Rok mi nął

Szast-prast mija rok 2018. Jak z pejcza trzasnął. Z bicza znaczy się. Ale trzasnął na pewno. Niejednego.

***

Obchodziliśmy Stulecie Odzyskania Niepodległości. Uroczyście. Na bogato. Po pańsku, nierzadko przewalając pieniądze niepotrzebnie. Tak po szlachecku, utracjuszowsko. Ale w polskiej mitologii niepodległość jest bezcenna i każdą sumę roztrwonić na jej celebrę można.

***

Przy okazji licznych celebracji okazywało się, że przez wiele lat od roku Odzyskania Niepodległości, umownego zresztą, prawdziwie niepodlegli Obywatele naszego państwa nie byli. Bo w międzyczasie mieliśmy tu okupację niemiecką i radziecką. Bo państwo polskie w ciągu ostatnich stu lat radykalnie zmieniło swoje granice. Radykalnie zmieniło swój skład narodowościowy. Bo Polska Ludowa jest plugawiona równo. Przez obecnie rządzące elity PiS i „demokratyczną” opozycję z PO. Jedynie SLD zauważa dobre strony PRL. Zatem obchodziliśmy Setkę, której faktycznie nie było.

***

Był to rok oczekiwań na Mesjaszów. Politycznych. Nowy pan premier Mateusz Morawiecki miał być narodowo-katolickim Macronem. Okazało się, że już po miesiącu z macronowego embriona wykluł się premier Pinokio. Nie pierwszy narodowo-katolicki kłamczuch polityczny i pewnie nie ostatni.

***

Mesjaszem i Macronem obozu konstytucjonalistów ma być Donald Tusk. Wielu już widziało we snach, jak wraca z Brukseli na „białym koniu”. Czyli Pawle Grasiu. Wielu śni nadal, że Donald Zbawiciel demokratyczny krajowy Macron już siodła tego Grasia. Już słyszy stuk złotych kopytek.

***

„Biedronieczko leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba” – to nowa świecka modlitwa lewicujących liberałów. Oczekujących liberalnego Mesjasza. I Macrona też. Zawierzających w nowe bożyszcze polityczne, nowo narodzonego, niepokalanego Roberta Biedronia. Tego który zejdzie na polską ziemię, da siłę uciśnionemu przez PiS liberalnemu ludowi i odmieni oblicze tej ziemi. Chwalmy pana Roberta na harfie, chwalmy pana na cytrze.

***

I tylko lewitujący lewicowcy z SLD przestali już na swego Mesjasza czekać. Bo i jego im ten „niecharyzmatyczny” Czarzasty zablokował.

***

W Polsce wszyscy republikanie, zwłaszcza demokraci i nawet lewicowcy, stale marzą o silnym, polskim społeczeństwie obywatelskim. I jednocześnie wzdychają do świętego obrazu kolejnej Charyzmatycznej Jednostki. Wodza politycznego, który przyjdzie i naprawi im ten świat. Wodza, któremu się zaufa bezgranicznie. Za którym pobiegnie się bezkrytycznie. Jak kiedyś za Wałęsą, Krzaklewskim, Kwaśniewskim. Millerem, Lepperem, Kaczyńskim, Tuskiem, Palikotem, Petru, Kukizem.
Czemu ci deklarujący swe demokratyczne poglądy Polacy zachowują się jak polityczne barany już na sam dźwięk fujarki kolejnego namaszczanego Wodza?

***

Hakatumba to synteza trzeciego roku rządów kaczystowskiej prawicy. Zastopowanej rewolucji narodowo-katolickiej. Poronionej rewolucji „Dobrej zmiany”. Zaczęło się w 2015 od wstawania z kolan, doszło się do czasu napełniania kieszeni w 2018.

***

„Wyrwij murom zęby krat”. Te złote zęby, rzecz jasna. Rwij jak najszybciej, bo kolega partyjny też już sobie na nie ząbki ostrzy.

***

Byliśmy już prawie „Drugą Japonią”, „Zieloną irlandzką wyspą”, „Budapesztem w Warszawie”. Teraz mamy być „Fort Trumpem”. Najwierniejszą i najsilniejszą proamerykańską placówką na europejskim wschodzie. Przedmurzem cywilizacji amerykańskiej i katolickiej wiary.
Tak widzą Polskę elity PiS. Jak widzi taką Polskę administracja USA, napisała w swym liście nowa pani amerykańska ambasador. Widzi nas jako kolejną, bananowa republikę. No może nie taką bananową. Kartoflaną jedynie.

***

Był to rok klęski wizerunkowej polskiego kościoła katolickiego. Fabularyzowany dokument „Kler” dobitnie pokazał, jak naprawdę jest ten kościół postrzegany. Przy okazji ów film pobił polski rekord frekwencyjny wszech czasów. Przeskoczył najczęściej oglądany do tej pory w Polsce film, czyli „Krzyżaków”. Też o okupantach z zagranicy, też o okrutnikach spod znaku krzyża.

***

Ale największym skandalem było i jest milczenie hierarchii polskiego kościoła kat. przyzwalające na pedofilskie zbrodnie księży. Nic dziwnego, że liczni wierni zaczęli odmawiać przyjmowania księży „po kolędzie”. A to odczuła hierarchia kościelne szczególnie boleśnie. Bo po kieszeni.

***

Odbyły się wybory samorządowe. Czyli wielka bitwa wojny plemiennej PiS-PO. Oba walczące plemiona ogłosiły zwycięstwo, co oznacza, że faktycznie był remis.

***

Przy okazji zmiany barw politycznych przez śląskiego radnego Kałużę, okazało się jak wielki jest obszar politycznego bagna w naszym kraju. Jak łatwo wyborcy akceptują polityczne transfery, choć jednocześnie deklarują przywiązanie do podstawowych, moralnych zasad w polityce.
Zabawne jest też, jak wyborcy, zwłaszcza ci formalnie dobrze wykształceni, dają się złapać na lep przeróżnych „bezpartyjnych” komitetów wyborczych. Łudząc się, że są one bardziej uczciwe niż istniejące partie polityczne. A potem okazuje się, że ich bycie „bezpartyjnymi” to ich ukryte zadanie partyjne.

***

Był to rok aktywności największego kanibala politycznego IV RP, czyli pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego i największego wampira politycznego przewodniczącego Grzegorza Schetyny. Rok, w którym wszyscy usłyszeli o zagłuszających wszystko „szumidłach”.

***

Był to rok stuletniej rocznicy Powstania Wielkopolskiego. Jedynego w pełni udanego powstania polskiego.
Dlatego apelują do radnych Rady Warszawy. Zmieńcie nazwę mostu imienia generała Bora-Komorowskiego, wyjątkowego nieudacznika i szkodnika, na most imienia Powstania Wielkopolskiego.

 

Szczęśliwego Nowego Roku!

PiS tylko udaje siłę Wywiad

Justyna Koć (wiadomo.co) rozmawia z doktorem Markiem Migalskim o tym, czemu według niego to wobec własnego obozu Kaczyński mógłby dziś krzyczeć „komuniści i złodzieje”.

 

JUSTYNA KOĆ: Platforma składa wniosek o konstruktywne wotum nieufności, wiedząc z góry, że nie ma ono szans. To marnowanie czasu?

DR MAREK MIGALSKI, politolog: Zazwyczaj wnioski o konstruktywne wotum nieufności kończą się niepowodzeniem, ale przecież nie o to chodzi tym, którzy go składają. Grzegorz Schetyna potrafi doliczyć do 231 i wie, że nie jest w stanie obalić rządu Morawieckiego, natomiast tu chodzi o coś innego. O ciągnięcie tematów niewygodnych dla PiS-u, przedstawiających rząd i Morawieckiego w złym świetle. Chodzi o debatę, aby w przestrzeni publicznej krążyły tematy niewygodne dla rządu i żeby w dalszym ciągu narzucać agendę polityczną, nie pozwolić przejść PiS-owi do kontrofensywy. Rzeczywiście jest tak, że od kilku tygodni PiS nie mogło narzucić żadnego tematu debaty, jest tylko reaktywne i odpowiada tylko na kolejne wewnętrzne problemy swojego obozu. To konstruktywne wotum jest kontynuacją pozytywnego dla opozycji trendu.

 

Rząd jest w defensywie od czasu wyborów, ale sytuacja z KNF tę sytuację jeszcze zaostrzyła. O tym też mówił Grzegorz Schetyna, uzasadniając wniosek.

Nie ma takich takich spraw, które by raz na zawsze zepchnęły jakąś partię do defensywy, natomiast sprawa KNF jest rzeczywiście problemem dla PiS. Ta partia zdobywała władzę pod hasłami sanacji obyczajów, obiecywała, że będzie postępować inaczej niż krytykowana PO. Okazało się, że to wobec własnego obozu Jarosław Kaczyński mógłby dziś krzyczeć „komuniści i złodzieje”. To pokazuje, że PiS nie odzyskało od wyborów inicjatywy, nie jest w stanie narzucić agendy, czyli tego, co udawało się PiS-owi przez wiele lat.

 

Od 2015 roku, kiedy PiS przejął władzę?

Tak, w latach 2015-2018 polska polityka toczyła się wokoło tego, co zaproponował Jarosław Kaczyński bądź jego ludzie. Teraz to się ewidentnie skończyło, w PiS-ie widać napięcie i wewnętrzną wojnę, przy jednoczesnym pozbieraniu się opozycji. Ten problem PiS-u trwa od kilku tygodni i nic nie zapowiada, żeby miał się skończyć.

 

Sprawa zatrudnienia syna ministra Kamińskiego w Banku Światowym pogrąży PiS jeszcze bardziej?

Tego typu sytuacja jest podobnie druzgocąca jak nagranie Chrzanowskiego. Też pokazuje PiS w „negliżu”, takim jakim on chciał, żeby wyborcy postrzegali jego przeciwników politycznych: jako partię kolesiostwa i nepotyzmu. To w połączeniu ze słynnymi ciągle premiami premier Szydło, z pozycją ministra Zielińskiego, z którym bez przerwy walczą policjanci, to buduje de facto tę druzgocącą, katastrofalną dla PiS-u narrację. Uderza w to, co PiS, zdawało się, ma najsilniejsze: surowość obyczajów, patriotyzm, poświęcenie dla kraju. Nie wygląda to na specjalnie przemyślaną strategię opozycji, ale można doszukać się w tym elementów uderzania w najsilniejszy punkt przeciwnika. Jest taka koncepcja Karla Rove, amerykańskiego spin doktora, która mówi o ataku przeciwnika w najsilniejsze miejsca, bo po pierwsze się nie spodziewa, po drugie wprowadza to w konfuzję wyborców przeciwnika.

 

Tu chyba PiS sam się uderza.

Tak, ale opozycja jak na razie dobrze to wykorzystuje. Przez pierwsze dwa lata PiS zajmował stanowiska, teraz już jest etap cieszenia się nimi i władzą. Działa tu też mechanizm, który często gubi partię rządzącą: skoro uszło nam już tyle na sucho, to dlaczego ma się nie udać i tym razem. Długo, niezależnie od tego, co robił PiS, sondaże ani drgnęły, prasa i media, poza opozycyjnymi, wszystko wybaczały, wyborcy byli ciągle łaskawi, zatem „hulaj dusza, piekła nie ma”. To takie degenerowanie się władzy, u PiS-u przyszło po 2-3 latach. Stawiam tezę, że PiS jest do pokonania wtedy, kiedy wszyscy widzą, że nie jest wszechmocny, omnipotentny; przykład to 27:1 podczas głosowania w Europie. Wtedy po raz pierwszy i na razie ostatni PO wyprzedziła PiS, właśnie dlatego, że wyborcy zobaczyli, że PiS jest ośmieszony, nieporadny. Kaczyński świetnie o tym wiedział i próbował ratować sytuację, wręczając kwiaty na lotnisku i dziękując Beacie Szydło. Wiedział, że gdy Europa powiedziała sprawdzam, to okazało się, że PiS jest bezsilny. PiS zwyżkuje, kiedy wszyscy myślą, że jest nie do pokonania, także przeciwnicy, że Kaczyński jest genialnym strategiem, nawet jeśli potworem. Kiedy to jest zdekodowane, obnażone jako nieprawdziwe, PiS przegrywa. Dlaczego sprawa z SN jest moim zdaniem kluczowa? Jeśli opozycji uda się przekonać wyborców, że PiS rakiem, pospiesznie w trzy godziny i 27 minut wycofuje się z tego, czego broniło przez rok, i to pod wpływem tej „wyimaginowanej wspólnoty”, to będzie to dla PiS-u mordercze. Tym bardziej, że Kaczyński zrejterował przed tymi, których wyśmiewał i upokarzał. Tymczasem okazało się, że kilku sędziów w Luksemburgu może rzucić Jarosława Kaczyńskiego na łopatki. Oczywiste jest, że PiS będzie robił wszystko, żeby ukryć ten stan rzeczy i pokazywać swoją wszechmoc.

 

Opozycja mówi o politycznej korupcji na Śląsku, sprawa jest tym bardziej pikantna, że wszystko organizował minister w KPRM Michał Dworczyk. Czy to spodoba się wyborcom PiS?

Moim zdaniem to przekabacenie posła Kałuży zaszkodzi PiS-owi, ponieważ znowu pokazuje tę partię tak, jak nie chce być widziana, jako kogoś, kto korumpuje, mafię, która przekupuje biednego radnego. Dla mnie to jest pyrrusowe zwycięstwo. Minister Dworczyk i PiS ogłosili zwycięstwo i oczywiście ono tym jest, bo zyskali władzę nad drugim co do wielkości województwem, tylko jeżeli opozycja to wykorzysta, to możemy mieć do czynienia z reinkarnacją Misiewicza, a sam pan Kałuża stanie się symbolem, słusznie czy nie, przekupstwa.

Kałuża czyli polityka III RP

Jeżeli przez trzydzieści lat III RP w polskiej polityce tolerowano szambo, to jedna kałuża nie powinna dziwić.

 

Moje najgłębsze zdumienie wzbudziło zachowanie radnych Koalicji Obywatelskiej, którzy pod adresem swojego byłego kolegi partyjnego, radnego Wojciecha Kałuży podczas pierwszej sesji Sejmiku Województwa Śląskiego krzyczeli „zdrajca”, „Judasz”, „sprzedawczyk”.
Wojciech Kałuża poprzednio był radnym i wiceprezydentem Żor , do Sejmiku Województwa Śląskiego dostał się z listy Koalicji Obywatelskiej, na którą został rekomendowany przez Nowoczesną. Kałuża był pierwszy na liście KO w swoim okręgu – co świadczy o jego silnej pozycji wśród śląskich liberałów i dzięki temu zdobył 25 tysięcy głosów.
W 45 osobowym śląskim Sejmiku decyduje jeden głos – do czasu jak Kałuża zmienił barwy klubowe 22 głosy miało Prawo i Sprawiedliwość a 23 głosy porozumienie Koalicji Obywatelskiej (PO plus Nowoczesna – 20 mandatów), Sojuszu Lewicy Demokratycznej (2 mandaty) i Polskiego Stronnictwa Ludowego (1 mandat). Porozumienie KO-SLD-PSL „już było w ogródku i witało się z gąską” – ustalili kto będzie marszałkiem Sejmiku, kto we władzach województwa. A tu nagle jeden radny Kałuża zmienił polityczną rzeczywistość na Śląsku o 180 stopni, stąd te okrzyki rozgoryczonych radnych pod adresem Kałuży na pierwszej sesji Sejmiku. W nagrodę Kałuża został wybrany głosami PiS wicemarszałkiem województwa, a partyjni koledzy oświadczyli, że złożą na niego doniesienie do prokuratury w związku z „możliwością zaistnienia korupcji politycznej”.

 

Polityczny „brak wartości”

Najbardziej mnie ubawiło, że szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer zarzuciła Kałuży „kłamstwo, brak wartości, oszustwo”. Zwłaszcza ten „brak wartości” mnie wzruszył. Bo rzeczywiście pomiędzy PiS-em a Nowoczesną jest ogromna programowa przepaść, dzieli ich wszystko co może dzielić. Nowoczesna to partia liberalna, PiS to konserwatywni chrześcijańscy demokraci, Nowoczesna jest raczej za państwem neutralnym światopoglądowo, jest liberalna zarówno w kwestiach gospodarczych, jak i obyczajowych. W PiS-ie wszystko na odwrót – konserwatyzm obyczajowy, etatystyczna, centralnie kierowana gospodarka z dużym udziałem państwa, aktywna polityka społeczna i udział kościoła w życiu publicznym. Jak radnemu Kałuży udała się w jedną noc tak radykalna przemiana? I rozumiem, że musiał zostać wicemarszałkiem województwa żeby mu rozchwiana psychika wróciła do właściwego stanu.
Ale już zupełnie na poważnie – wypowiedź Katarzyny Lubnauer oczywiście w złym świetle stawia Kałużę, ale przecież w nie lepszym ja samą i innych członków Nowoczesnej. Przecież Kałuża był wpływowym członkiem Nowoczesnej, radnym i wiceprezydentem miasta, a Nowoczesna wywalczyła dla niego możliwość startu w wyborach z prestiżowego, pierwszego miejsca na liście wyborczej Koalicji Obywatelskiej. Stąd zapewne te 25 tysięcy głosów. Czy Lubnauer i władze Nowoczesnej nie wiedziały kto to jest Kałuża i do czego jest zdolny w imię osobistej kariery? Bo przecież gdyby nie przeszedł do PiS to i tak byłby w obozie władzy w ramach bloku KO-SLD-PSL, ale zapewne nie na tak eksponowanym stanowisku. Co dla Kałuży znaczą wszystkie programowe założenia Nowoczesnej w obliczu osobistej kariery? Jeżeli tak prominentny działacz Nowoczesnej ma takie podejście do własnej partii to co można powiedzieć o szarych członkach? Rzeczywiście Katarzyna Lubnauer i władze Nowoczesnej mają problem, bo może przy tworzeniu Nowoczesnej nie chodziło o robienie „lepszej”, „prawdziwej” Platformy Obywatelskiej, ale tylko o to żeby był „ruch w interesie” i żeby w nowych strukturach poszczególni działacze uzyskali lepsze pozycje i stanowiska niż w Platformie Obywatelskiej, gdzie układ personalny był już w miarę stabilny?

 

Nie jeden Kałuża

Zmiana poglądów politycznych i co za tym idzie barw partyjnych w jedną noc oczywiście musi budzić co najmniej zdziwienie, zażenowanie czy wręcz oburzenie. Musi rodzić pytanie o kondycję już nawet nie tylko polityczną, ale wręcz moralno-etyczną człowieka. Ale to nie wszystko – przecież gdyby system był zdrowy to nikomu do głowy by nie przyszło zrobienie czegoś takiego. Ale system od dawna jest chory i polityczne wolty, takie jak radnego Kałuży, od lat są elementem polskiej sceny politycznej i są jak najbardziej tolerowane, a nawet pochwalane. Warto przypomnieć, że w chwili rozpadu Akcji Wyborczej „Solidarność” kwestia wyboru pomiędzy PO a PiS dla wielu działaczy politycznych była wielokrotnie sprawą przypadku, a nie poglądów politycznych. Przecież najpierw była koncepcja koalicji PO-PiS, a dopiero później nastąpiło wykrystalizowanie się polityczne tych partii. Więc skąd to zdziwienie i oburzenie na czyn radnego Kałuży? Jego działanie nie odbiegało od normy, tylko było wyjątkowo widowiskowe, bo decyzją jednego człowieka na kilka lat zmieniła się sytuacja polityczna w jednym z największych regionów Polski.
Ale spójrzmy na losy polityczne wybitnych polskich polityków i proszę mi powiedzieć czym się one różnią od politycznych losów radnego Kałuży?
Na początek polityczny życiorys konserwatywnego liberała, prezydenta RP, który raczej nie jest i nie był widziany jako polityczny awanturnik. Bronisław Komorowski – w okresie PRL był związany z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela, od 1980 członek NSZZ „Solidarność”. W 1981 sygnatariusz deklaracji założycielskiej Klubów Służby Niepodległości. Pełnił różne funkcje w rządach Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Hanny Suchockiej. Jako bezpartyjny kandydat był posłem z listy Unii Demokratycznej w 1991 i 1993. Od 1994 w Unii Wolności m.in. sekretarz generalny. Wewnątrz UW w 1997 razem z Janem Marią Rokitą współtworzył Koło Konserwatywno-Ludowe. W tym samym roku razem z KKL współtworzył Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, które przystąpiło do Akcji Wyborczej „Solidarność”. W SKL był sekretarzem generalnym i wiceprezesem. W 1997 został posłem z listy AW„S”. W 2001 razem z grupą działaczy SKL związał się z Platformą Obywatelską, z jej listy uzyskał mandat poselski, wystąpił z SKL i przystąpił do PO. Gdzie był m.in. członkiem Zarządu Krajowego i wiceprzewodniczącym. Z ramienia tej partii był marszałkiem Sejmu i w 2010 z powodzeniem kandydował na urząd prezydenta RP. Po wyborze na urząd prezydenta RP zrezygnował z członkostwa w PO.
Dla odmiany barwny polityczny życiorys człowieka związanego z prawą stroną sceny politycznej, przez wielu ludzi widziany jako polityczny awanturnik, co nie przeszkadza, że dziś jest prezesem Telewizji Polskiej. Jacek Kurski – od połowy lat 80. związany z NSZZ Solidarność”, w pierwszej połowie lat 90. związany z Porozumieniem Centrum Jarosława Kaczyńskiego, potem związany z Ruchem Odbudowy Polski byłego premiera Jana Olszewskiego. Po 1997 związany ze Zjednoczeniem Chrześcijańsko-Narodowym, które wchodziło w skład Akcji Wyborczej „Solidarność”, za manipulacje przy liście wyborczej w 2001 został usunięty z ZChN, w związku z tym wstąpił do Prawa i Sprawiedliwości. Ponieważ w wyborach samorządowych w 2002 nie został umieszczony na listach PiS, wstąpił do Ligi Polskich Rodzin. W 2004 w wyniku lokalnego konfliktu w LPR wystąpił z tejn partii i ponownie wstąpił do PiS. W 2005 wykluczony z PiS za słynny tekst o „dziadku z wehrmachtu” Donalda Tuska, wkrótce jednak został przywrócony. W 2011 ponownie wykluczony z PiS. Od 2012 związany z partią Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry, z której został wykluczony w lipcu 2014. Potem formalnie bezpartyjny. Od 2016 prezes TVP.
Powyższe dwa życiorysy, ludzi związanych z PO i z PiS, są charakterystyczne dla polityków tych formacji i bez żadnego trudu można przytoczyć polityczne losy jeszcze bardziej pokomplikowane niż dwa powyższe.

 

***

Tak wygląda polska polityka i losy jej bohaterów. Politycy zmieniają przynależność partyjną jak przysłowiowe rękawiczki, zakładają kolejne partie i koalicje partyjne tylko po to żeby je wkrótce opuścić w poszukiwaniu kolejnej „szalupy ratunkowej”. Polska polityka wytworzyła klasę polityczną – ludzi, którzy w rubryce „zawód” powinni wpisywać „polityk”. Bo to jest jedyne co potrafią. Dla tych ludzi wypadnięcie z polityki to śmierć życiowa, więc polityki muszą się trzymać za wszelką cenę, niezależnie od posiadanych poglądów i wyznawanych wartości.
Dlatego też działanie radnego Kałuży nie powinno dziwić, bo przecież jest tylko fragmentem większej całości.

Makiawelizm powiatowy

Degrengolada i upadek moralności w polityce postępuje. W poprzednich kadencjach radni sejmikowi czy powiatowi zachowywali resztki przyzwoitości. Transfery, zdrady polityczne czy klubowe następowały zazwyczaj w trakcie kadencji. W Sejmie było podobnie. Po tych wyborach radni, coraz częściej, uważają że werdyktem wyborców mogą się podetrzeć w toalecie i dopuszczają się zdrad już na początku kadencji. Prym w podbieraniu radnych wiedzie PiS. Partia, która mieniła się być uczciwą i swoim przeciwnikom przypięła maskę zdradzieckich mord. Przypomnę, ze to ta partia lansowała hasło – wystarczy być uczciwym.
Okazuje się, że PiS otwarcie nawołuje do nieuczciwości. Podkupuje radnych z konkurencji i nie brzydzi się szyldami Nowoczesnej czy PO. Przekabacani nie mają skrupułów, bo kasa jest najważniejsza. Wola wyborców jest niczym. Nawoływania partyjnych central do wierności ideom, kiedy dochodzi do ważenia co bardziej cenne, partyjna lojalność czy stołki, coraz częściej więcej powabu mają stołki i godziwe pensje.
Skoro jednak zdrady polityczne mają miejsce także na górze, to czemu się dziwić, że w tzw. terenie ma był moralniej i uczciwej. Tak dzieje się i na prawicy i na lewicy. Na prawicy ostatnio częściej, bo oszustów z prawicy wyborcy teraz bardziej lubią. Tak więc wyborca głosuje na PO, bo nie znosi PiS, a okazuje się, że zagłosował na tych, których tak bardzo nie cierpiał. Zdrada z polityce staje się normą i już nie wzbudza emocji. Politycy bez honoru i bez zahamowań moralnych coraz dynamicznej wypierają tych uczciwych i z zasadami. Robią to przy pomocy wyborców, którzy często im w tym pomagają . Ale z drugiej strony jak odgadnąć co polityk ma w głowie? Czy jest tam śmierdzące szambo czy polityczna przyzwoitość.