Liberalizm kulturowy przegra

„Opozycja Nne może skupiać się na dyskursie kulturowym i antyklerykalnym. To jest i będzie politycznie nieskuteczne” – mówi prof. Rafał Chwedoruk w rozmowie z Kamilą terpiał (wiadomo.co).

KAMILA TERPIAŁ: Znamy oficjalne wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego. PiS zdobył 45 proc. poparcia i wygrał 7 punktami procentowymi z Koalicją Europejską. Dla partii rządzącej to wynik marzeń?
RAFAŁ CHWEDORUK: Nie ulega najmniejszej wątpliwości. O ile w wyborach samorządowych wynik procentowy był daleki od marzeń, natomiast wynik mandatowy przekraczał te marzenia, to w tym wypadku i jedno, i drugie je przekracza. Gdyby postarać się przełożyć ten rezultat na wynik wyborów sejmowych, to oznaczałoby pewność samodzielnej większości i to nawet z zapasem. Na dodatek stało się to w wyborach, które dla prawicy były zawsze trudniejsze. Pod uwagę trzeba wziąć też nieprzewidywalność tych wyborów. Wszyscy wiedzieli, że frekwencja będzie wysoka, a zwycięstwo PiS-u było pewne, niespodzianką jest za to dystans względem KE w liczbach bezwzględnych.

Taki wynik należy traktować jako zapowiedź wygranej PiS-u w jesiennych wyborach?
Od pierwszego dnia tej kadencji Sejmu było dla mnie jasne, że PiS będzie największą partią także w kolejnej kadencji, czyli że wygra wybory parlamentarne. Natomiast wątpliwość dotyczyła tego, czy będzie miał większość mandatów. W obecnym Sejmie układ sił był wynikiem zbiegu okoliczności. Wczorajsze wybory pokazały, że PiS może liczyć nie tylko na zbiegi okoliczności i błędy innych, ale wystarczy im własna kampania.
PiS-owi najłatwiej też przekonać wyborców niezdecydowanych, których będzie więcej przy wyższej frekwencji.

PiS przekupił wyborców i nadal będzie tak robił?
Polacy generalnie są społeczeństwem umiarkowanie egalitarnym. Ogromna część miała poczucie strukturalnej niesprawiedliwości po 1989 roku i to emanowało na kolejne pokolenia. Nadzieję lokowano w różnych okresach w różny sposób. PiS konsekwentnie przez kilkanaście lat powtarzał te same treści. Nie ulega wątpliwości, że obywatele czekają na aktywną rolę państwa oraz instytucji publicznych w polityce społecznej czy regulowaniu gospodarki, natomiast liberalizm kulturowy jest największą przegraną – większości ludzi to po prostu nie interesuje.

Czekają na kolejne 500 Plus?
Społeczeństwo konsumpcyjne, po 25 latach szkolenia w neoliberalnej ekonomii, nie interesuje się na przykład tym, jak zachowuje się miejscowy ksiądz. Można powiedzieć, że nastąpiła prywatyzacja świadomości. Nie chcemy obecności państwa w sferach, które uważamy za intymne, i w kwestiach światopoglądowych. Polacy są od lat co do tego zgodni. Oczekują od państwa aktywności w polityce społecznej i gospodarczej, np. w walce z bezrobociem. Dlatego problemem Koalicji Europejskiej nie są jej własne działania, które były dosyć ostrożne, ale to, że PiS zmobilizował ponadstandardową liczbę wyborców. KE „zawdzięcza to” swojemu zapleczu w postaci elit opiniotwórczych, aktorów, mediów i środowisku bliskiemu Donaldowi Tuskowi. Okazało się, że poprzez eskalację dyskursu kulturowego uskrajniło go. W efekcie KE przyciągnęła tylko tych, których i tak miała już po swojej stronie. Paradoks historii polega na tym, że triumfy PO z ubiegłej dekady były możliwe poprzez zanegowanie dawnej Unii Demokratycznej i Unii Wolności, poprzez brak wyrazistości w kwestiach kulturowych i światopoglądowych. Miała być partią ostrożnego, codziennego pragmatyzmu, rozliczającą rządzących.
KE stała się nagle koalicją wojującego antyklerykalizmu, chociaż większość jej członków nie powinna być traktowana w takich kategoriach.

„Zbudowaliśmy koalicję, to nie wystarczyło. Trzeba się zastanowić i trafić tam, gdzie przegraliśmy” – mówił lider PO Grzegorz Schetyna w poniedziałek rano w TVN24. Jak to zrobić?
Jeżeli opozycja chce się zbliżyć wynikiem do PiS-u i liczyć na to, że nie wystarczy im mandatów do samodzielnego rządzenia w przyszłym Sejmie, to nie może być formacją skoncentrowaną na tematyce istotnej dla mniejszości wyborców. Nie może skupiać się na dyskursie kulturowym i antyklerykalnym. Taka koalicja musi potrafić nie tyle zmobilizować dodatkowych wyborców wokół siebie, bo na to jest już po prostu za późno, ale przynajmniej próbować zneutralizować ponadstandardowo wysokie poparcie dla PiS-u. W najważniejszych sprawach, zwłaszcza zero-jedynkowych dla elektoratu, musi mieć spójny przekaz. Poza tym, jeżeli próbuje pokazać, że nie jest prostym powrotem do tego, co było przed ostatnią serią wyborów, i że jest nową jakością, to jej twarzą nie może być polityk kojarzony z rządami PO, z tym, co udane i nieudane, czyli Donald Tusk. To jest i będzie politycznie nieskuteczne, bo jeżeli dotrze, to tylko do tych, którzy są a priori przeciwko PiS-owi, a to stanowczo za mało, aby ich pokonać.
Partia rządząca przy wszystkich swoich słabościach bardzo szybko uczy się na własnych błędach i potrafi tasować nawet niewielką ilością kart, które posiada. I to jest też ważny wniosek z tych wyborów. Poza tym ma wyraźnie wskazany ośrodek kierowniczy, w postaci formalnego kierownictwa PiS-u jako partii.
Wśród opozycji za to chętnych do przewodzenia jest wielu. W takiej kakofonii nie ma szans, aby nawiązać walkę z profesjonalną partią polityczną, którą PiS z czasem się stał. Pokazał też nie po raz pierwszy, że lepiej odczytuje nastroje wyborców, którzy mogli się zawahać w swoich preferencjach.

Zjednoczonej opozycji potrzebny jest silny i wyrazisty przywódca?
Nie chodzi nawet o samą personalizację. W sytuacji, w której startuje się z pozycji słabszego, to może ona spowodować, że zalety oraz wady danego polityka staną się zaletami i wadami wszystkich. W skali ogólnopolskiej skuteczniejsze może być rozpisanie na role, zwłaszcza jeżeli próbuje się pozyskać zróżnicowany elektorat, dalece wykraczający poza samych wyborców PO. Problemem KE jest jej niekontrolowane otoczenie. W PiS-ie natomiast wszyscy grają do jednej bramki, a konflikty i spory wewnętrzne rozstrzygane są odpowiednio wcześnie. Podczas kampanii wyborczej widać było, że w KE niektóre z ośrodków grały na to, aby przejąć władzę, a rywalizacja z PiS-em była tylko instrumentem. To powinno być przedmiotem refleksji, nie tylko ze względu na sam wynik, ale przede wszystkim skalę straty do PiS-u. W liczbach bezwzględnych wynik nie jest zły. To jest zsumowanie elektoratu PO, SLD czy PSL-u. A to jest też pewna sztuka.

A może koalicja powinna zostać rozszerzona na przykład o Roberta Biedronia?
To byłoby nie do zaakceptowania dla niektórych członków koalicji, mam na myśli oczywiście PSL. Jej poszerzenie o skrajność polskiej polityki w wymiarze kulturowym byłoby dysfunkcjonalne. Ten ruch nie ma samodzielnej racji bytu i w tym momencie nie sądzę, aby był w stanie cokolwiek dyktować nawet osłabionej wyborami KE.
Na szali pomiędzy PSL-em, nawet z jego słabnącymi strukturami, a kontrowersyjnym Biedroniem zielona koniczynka jednak przeważy nad gasnącą Wiosną.

Zjednoczona opozycja w takim kształcie przetrwa?
Myślę, że będzie toczyła się o to walka. Z jednej strony obecne struktury będą się opierały dalszym zmianom. Z drugiej strony dla Donalda Tuska to jest być może ostatnia szansa na wejście jako wielki gracz do polskiej polityki. Może być przedstawiany jako swoisty metaprzywódca, który stworzy nową jakość poprzez to, że będzie miał za sobą poparcie kilku prezydentów większych miast. W naturalny sposób zderzy się z beneficjentami KE. To nastąpi zapewne w ciągu najbliższych kilku tygodni.
Prawdziwe stracie i tak dopiero przed nami…
Waga kampanii parlamentarnej jest najważniejsza. Przede wszystkim dla Koalicji Europejskiej, ale także dla PiS-u. Dla premiera Mateusza Morawieckiego to będzie być albo nie być. Na razie ma szansę grać dalej o poważne role w polskiej polityce.
Ale to odsunięta z funkcji premiera Beata Szydło „rozbiła bank” i uzyskała historyczny wynik. O czym to świadczy?
Popularna premier, kojarzona z największym sukcesami wyborczymi PiS-u i z polityką społeczną, startująca w swoim okręgu wyborczym – to musiało zadziałać. Ale wiadomo, że w PiS-ie nikt nie może rosnąć za bardzo. Myślę, że jej rola ograniczy się do Parlamentu Europejskiego. Ona będzie jedną z twarzy w wyborach do Sejmu i Senatu, ale do ważnej funkcji w polityce krajowej w kolejnej kadencji Sejmu raczej nie wróci.

Rekonstrukcja rządu będzie dla prezesa PiS-u problemem czy wręcz przeciwnie?
Raczej może dodać PiS-owi politycznej siły. W taki sposób można zaprezentować opinii publicznej twarze, które będą miały już podczas kampanii dotrzeć do określonych grup wyborczych. Stworzy to przestrzeń, aby dotrzeć do niszowych grup.
Długofalowo ważne jest to, co stanie się z Joachimem Brudzińskim. Jest to jeden z polityków, o którym można powiedzieć, że należy do ścisłego kierownictwa tej partii i jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do przejęcia w przyszłości najważniejszej roli w tej partii.

Szykowany jest na następcę Jarosława Kaczyńskiego?
Jego kolejne awanse są formą przygotowywania. Sznyt europejski w polityce zawsze był ważny, a zawsze był piętą achillesową PiS-u. Nieprzypadkowo więc został wysłany do Parlamentu Europejskiego. Zobaczymy.

Co mogłoby powstrzymać PiS w marszu po zwycięstwo?
Pamiętajmy, że kampanie wyborcze są tylko fragmentem polityki, decydują przede wszystkim czynniki gospodarcze.
Mamy do czynienia z koniunkturą gospodarczą, działaniami strukturalnymi zmierzającymi do dystrybucji tego, co z niej wynika, przetasowaniami na arenie międzynarodowej. To są wszystko czynniki tylko częściowo zależne od polskich władz.
Dopóki któryś z tych czynników nie zacznie się zmieniać w sposób przekładający się na codzienne życie obywateli, opozycja musi sobie zdawać sprawę, że aby walczyć o przyszłe zwycięstwo, najpierw musi przetrwać jako polityczna siła. Dopiero wtedy może czekać na moment, w którym te obiektywne czynniki wyczerpią swoją moc. Na razie żadnej sensownej gwarancji zwycięstwa z PiS-em dać nie może.

Koniec ofensywy PiS Wywiad

„Rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności” – z prof. Rafałem Chwedorukiem, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Czy PiS przeszedł do defensywy?

RAFAŁ CHWEDORUK: Niewątpliwie mamy do czynienia ze zmianą sytuacji, co nie przeczy, że PiS cieszy się i będzie cieszyć poparciem wyższym, niż jakakolwiek inna partia. Niemniej ciężko wskazać teraz przesłanki, które wskazywałyby na to, że ta przewaga może się jeszcze powiększyć. Cykl wydarzeń – od mianowania Mateusza Morawieckiego prezesem Rady Ministrów po drugą turę wyborów samorządowych – zmienił polską politykę. Skończyła się ofensywa PiS i chyba pojawiło się coś na kształt wojny pozycyjnej, gdzie obie strony są zdolne do odnoszenia taktycznych sukcesów. Być może Polska polityka wróciła do stanu sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych; wiemy, że PiS wygra, ale do ostatniej chwili nie będziemy wiedzieć, kto będzie miał ile mandatów w Sejmie. Najważniejsze jest to, że o tym, iż PiS znalazł się w tej defensywie, wiedzieliśmy już po wyborach samorządowych, chociaż podział mandatów w sejmikach przyniósł PiS wielkie zwycięstwo. Natomiast jeśli chodzi o rywalizację międzypartyjną, to niebezpieczeństwo uczynienia z następnych wyborów plebiscytu na temat integracji europejskiej jest dla PiS wyzwaniem. Ta partia musi szybko znaleźć takie tematy, które na nowo określą podziały polityczne tudzież przywrócą te, które przed wyborami były główne. W tym kontekście rzeczywiście możemy mówić, że rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności.

 

Pytanie, czy PiS będzie w stanie znaleźć takie osie podziału, żeby znowu podbić słupki poparcia i przejść do ofensywy.

PiS to solidna partia z poważnym zapleczem intelektualnym, z całą pewnością byłaby do tego zdolna, ale widzę tu dwa problemy. Po pierwsze czas – w tej chwili mamy do czynienia z pewnym interludium w polityce, tzn. wszyscy czekają na następne wyniki sondaży w dalszym odstępie czasu od wyborów samorządowych. Te sondaże pokażą, czy tendencje zarysowane w wyborach samorządowych mają przełożenie na poparcie dla partii w perspektywie innego typu elekcji, czy będziemy mieli do czynienia z powrotem mechanizmów, które mieliśmy w czasie sporów dotyczących sądownictwa; w szczytowych momentach mobilizacji środowisk opozycyjnych sondaże rosły, natomiast tydzień czy dwa po manifestacjach słupki wracały do normy bądź też nawet po chwili refleksji obywateli następował wzrost poparcia dla partii rządzącej. Drugi problem PiS polega na tym, że szczególną polityczną broń, jaką są zmiany personalne na szczycie, łącznie z premierem, PiS już wykorzystał. Owszem, może zmienić któregoś z ministrów, ale zauważmy, że już dziś ministrowie PiS-u to nie są ludzie, którzy budziliby ogromne emocje, w tym negatywne. Nie ma w rządzie Antoniego Macierewicza czy ministra Szyszki. W tym rządzie są politycy z głównego nurtu PiS-u albo drobni koalicjanci lub technokraci. Nie sposób sobie wyobrazić, aby drugi raz w ciągu jednej kadencji bez wyraźnego powodu PiS zmieniło prezesa Rady Ministrów. Dziś już widać, jak bardzo ryzykownym krokiem i nieczytelnym wtedy, a dziś tym bardziej niezrozumiałym, była zmiana premiera u szczytu popularności rządu. Obecna sytuacja prosiłaby się o zmianę premiera i właśnie aby to Mateusz Morawiecki został premierem, pokazując bardziej technokratyczne, liberalne niemal, europejskie oblicze PiS. A tak obecny prezes Rady Ministrów musiał tracić swoje polityczne zasoby na gaszenie różnych drobnych pożarów. PiS nie może zatem jednym manewrem uciec do przodu, a wojna pozycyjna jest dla tej partii siłą rzeczy kosztowna. Opozycja, która nie organizuje wielkich, spektakularnych manifestacji, nie atakuje PiS-u z jednakową zaciętością w każdym temacie, paradoksalnie jest dużo trudniejszym przeciwnikiem.

 

Czy „czterdzieści milionów” z afery KNF będą tym samym, co „lub czasopisma” dla SLD albo ośmiorniczki dla PO? Czy to spowoduje znaczne osłabienie rządów PiS-u i w konsekwencji oddanie władzy? Elektorat PiS-u już dużo przełknął: nagrody, Misiewicza, ministra Szyszkę, 27:1…

Znaczenie tych poszczególnych historii było inne. Paradoksalnie to nagrody były dla PiS najgroźniejsze ze względu na etos tej partii i tradycyjne hasła walki z nepotyzmem. Powiedziałbym, że jeśli afera KNF zatrzyma się na obecnym etapie, to nie sądzę, żeby miała wielkie znaczenie dla relacji PiS-u z jego wyborcami i widzę tu dwie przyczyny. Po pierwsze, żelazny elektorat raczej na to nie zareaguje, z kolei ten elektorat, który dołączał do PiS-u w ostatnich kampaniach, który nie był stricte prawicowy i konserwatywny, w wielu wypadkach nie ma złudzeń co do polityków. Drugą istotną sprawą jest to, że trudno wyobrazić sobie bankiera w pozytywnej roli – mówię tu o panu Czarneckim. Mówiąc w skrócie, konsumowanie ośmiorniczek za pieniądze podatnika w restauracji może być dla wyborców, i to różnych, czymś co staje się symbolem. Natomiast świat wielkich finansów, co do którego zaufanie w ostatnich latach, mówiąc delikatnie, raczej nie wzrosło, nie jest czymś, co mogłoby obrosnąć w symbole. To, że państwo próbuje przejąć bank, który ma kłopoty, było wręcz normą w czasach wielkiego kryzysu. Jedyną perspektywą, aby coś się tu zmieniło, byłyby kolejne informacje w sprawie, które pokazałyby inne bulwersujące aspekty, czego oczywiście nie możemy wykluczyć. Znaczenie tej sprawy jest inne i nie ma co patrzeć na segmenty elektoratu. Żyjemy w świecie, w którym sektor finansów jest najważniejszy w gospodarce i to w skali globalnej. Każda partia, nawet ta, która przedstawia się jako szczególnie wrażliwa na ekscesy rynku i asertywna wobec kapitalistów, wcześniej czy później, rządząc, musi zacząć szukać jakiegoś modus vivendi z finansjerą krajową i międzynarodową. Nie ma wątpliwości, że PiS uczynił wiele kroków w tę stronę, stąd może nieinteresujące dla wyborców ukłony w stronę przedsiębiorców, stąd też nominacja dla Mateusza Morawieckiego itd. Znalezienie przez PiS jakiegoś modus vivendi z biznesem, dużym polskim biznesem, często powiązanym z międzynarodowym, dawałoby większe perspektywy długotrwałego rządzenia. Myślę, że po tej sprawie droga PiS-u do porozumienia ze światem finansjery wydłuży się znacznie. Biznes będzie teraz raczej czekać na wynik następnych wyborów, i to jest moim zdaniem jedyna strategicznie ważna kwestia w tej sprawie.

 

A sprawa pracy dla syna ministra Kamińskiego? To musi wkurzać nawet elektorat PiS-u.

Na pewno nie wzbudzi entuzjazmu, szczególnie biorąc pod uwagę strukturę tego elektoratu, gdzie nadreprezentowane są grupy mniej zamożne i siłą rzeczy wyczulone na kariery na skróty. Natomiast nie jest to precedens w polskiej polityce i wskazanie dziesiątek przykładów u poprzedników nie nastręcza tutaj problemów. Być może większym problemem będzie fakt, że dotyczy to polityka, co do pryncypialności którego nawet najwięksi przeciwnicy nie mieli wątpliwości. Być może spowoduje to większe kłopoty nawet w samym PiS-ie niż na zewnątrz. Natomiast skoro wcześniej sprawa Misiewicza, dużo bardziej jednoznaczna, nie spowodowała rewolucji, to teraz również tej rewolucji nie będzie. Ta sprawa powinna natomiast nauczyć polityków powściągliwości w krytyce nepotyzmu. Okazuje się, że trudno funkcjonować bez elementarnej dozy zaufania do współpracowników, co z kolei zwiększa perspektywy nepotyzmu. Niestety, Polska nigdy nie będzie pod tym względem drugą Szwecją. Pamiętajmy, że jesteśmy społeczeństwem postchłopskim, które walczyło dramatycznie o przetrwanie i nie sposób będzie moim zdaniem trwale wykorzenić tych zjawisk, bo wiele uwarunkowań historycznych się na to złożyło. Powinniśmy zatem rozliczać osoby protegowane przez polityków przede wszystkim z kompetencji.

 

Jeden z lewicowych publicystów napisał niedawno, że PiS jako partia weszła w „okres Bieruta”, rozpoczął się etap gnicia władzy. Zgadza się pan z tym określeniem?

Nie zgadzam się z żadnymi metaforami, które porównują polską rzeczywistość i w ogóle obecny świat do lat 30. i 40. Bardzo bym przestrzegał przed używaniem takich analogii, niezależnie od tego, czy te słowa padły z ust lewicującego publicysty, czy ministra w rządzie PiS, czy z ust przewodniczącego Rady Europejskiej, choćby ze względu na nieadekwatność tych słów i pamięć o ofiarach dramatycznych dekad. Myślę też, że słowo „gnicie” jest błędne, bo PiS rządzi za krótko. Procesy erozji władzy, kiedy nie wiadomo już, jaki jest sens rządzenia, kiedy okazuje się, że kierujący państwem rządzą tylko po to, aby sprawować władzę, kiedy stają się zdolni do wszystkich możliwych kompromisów, żeby tylko utrzymać stołki, z reguły następuje w formacjach, które rządzą wiele kadencji. Myślę, że problem PiS-u jest inny. Zresztą był jasny jeszcze zanim PiS objął władzę, to jest problem kadr. PiS ma w miarę sprawny klub parlamentarny, ale krótką ławkę. Z wielu historycznych powodów prawica w Polsce ma w kwestiach kadrowych pod górę. Kolejne rządy po 89 roku, w których główne nurty postsolidarnościowej prawicy uczestniczyły, to potwierdzały. Stąd otwartość obecnie rządzących na ludzi z zewnątrz, którzy są kompetencyjnie przygotowani, można tu wskazać wiele przykładów także w obecnej Radzie Ministrów. PiS nie ma problemu z zawieraniem koalicji na niższych szczeblach samorządów, mimo że wydawało się, że będzie odwrotnie. To, co obserwujemy, jest raczej potwierdzeniem kadrowych problemów PiS-u, niż zjawiskiem charakterystycznym dla partii, która sprawuje długo władzę i zdążyła zapomnieć, dlaczego tę władzę zdobyła.

PPS na stulecie niepodległości

Komisja Historyczna Polskiej Partii Socjalistycznej była w dniu 28 września 2018 roku organizatorem konferencji „Rola socjalistów i PPS w odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku”, która wpisuje w program obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości realizowany konsekwentnie przez PPS od blisko dwóch lat. Trzeba przypomnieć, że przed rokiem obchodzona była 125. rocznica Kongresu Paryskiego i powstania Polskiej Partii Socjalistycznej.

 

PPS to najstarsza działająca dziś w Polsce partia polityczna, która jak trafnie podkreśla główne hasło konferencji „odegrała kluczową rolę w sprawach niepodległości kraju”. Zarówno myśl polityczna PPS przyjęta w jej programie politycznym, jak i udział wielu tysięcy działaczy tej partii w walce, przyczyniły się możliwości ogłoszenia w listopadzie 1918 roku, że powstaje po 123 latach zaborów Niepodległa Polska. Do historii Polski przeszły wielkie postaci tego okresu jak Józef Piłsudski, Ignacy Daszyński czy Jędrzej Moraczewski, które wywodziły się z PPS.

Podczas konferencji wygłoszono następujące referaty merytoryczne: red. Andrzej Ziemski – Kontekst polityczny i historyczny odzyskania przez Polskę niepodległości, prof. Maria Szyszkowska – U źródeł założeń ideowych PPS, red. Przemysław Prekiel – Rola kobiet w środowiskach socjalistycznych przełomu XIX i XX wieku i dr hab. Rafał Chwedoruk – Od niepodległościowego socjalizmu do państwowego konserwatyzmu – polityczna ewolucja „Piłsudczyków”.

Debata koncentrowała się na zasadniczych dla polskiej niepodległości problemach jak sprzyjające uwarunkowania międzynarodowe i gotowość społeczeństwa do stworzenia od podstaw niepodległego kraju, warstwa ideowa nowej Polski oparta o program PPS realizowany przez dwa pierwsze rządy Daszyńskiego i Moraczewskiego, rola środowisk socjalistycznych wśród intelektualistów polskich związanych z ideami polskiego socjalizmu niepodległościowego, rola kobiet socjalistek a także ewolucja pierwotnie demokratycznego kraju w roku 1918 w kierunku autorytaryzmu i ograniczenia praw obywatelskich w latach 30.

Konferencja ta i jej treści stanowić mogą wielki obszar poznawczy dla całego społeczeństwa, bowiem aktualna narracja oficjalna, realizowana z okazji 100-lecia niepodległości wybiórczo i wyłącznie na korzyść polskiej prawicy ukazuje ówczesne tło wydarzeń i polskich bohaterów, twórców II RP. Wiadomo, na podstawie niezatartych jeszcze w polskiej pamięci faktów historycznych z tego okresu, że na czele twórców niepodległej Polski byli socjaliści. To bardzo ważne, szczególnie dla polskiej młodzieży, która ma coraz bardziej ograniczony dostęp do rzetelnie realizowanego przekazu historycznego.

W konferencji uczestniczyło ponad 50 osób z różnych środowiska intelektualnych kraju. Jednym z ważnych elementów poznawczych konferencji była książka „Wielcy Socjaliści” wydana z okazji 125-lecia PPS i rocznicy polskiej niepodległości, ukazująca sylwetki socjalistów – polskich bohaterów narodowych.

Teatr jednego aktora

Wielu to się nie podoba, ale tak jest – teraz Kaczyński! On dziś nadaje ton polskiej polityce i jego się dziś słucha. Nie inaczej było i tym razem – Prezes występując w Sali Kolumnowej od razu skupił na sobie uwagę wszystkich mediów, które natychmiast porzuciły flagi wciągane na maszty, kompanie reprezentacyjne oraz pasjonujące pogawędki Polaków przy grillu i przybiegły do Sejmu. Prezes powiedział, co miał do powiedzenia, teraz jest pora na interpretacje. I my poprosiliśmy prof. Rafała Chwedoruka z Uniwersytetu Warszawskiego, żeby pomógł nam zrozumieć, co polityka nam gotuje. Oddajemy ten tekst do uważnej lektury zwłaszcza „liniowym” działaczom SLD, bo to od nich w dużej mierze zależy, jak potoczą się losy tej formacji.

 

Panie profesorze, prezes Kaczyński znów narobił – jak się zdaje – kłopotów swej głównej konkurentce, Platformie Obywatelskiej. Wybijał jej argumenty jak pionki w warcabach, osiągając szczyt politycznej perfi dii zapowiedzią referendum konstytucyjnego

Prof. Rafał Chwedoruk: – Rzeczywiście, Platforma Obywatelska znalazła się, delikatnie mówiąc, w trudnej sytuacji. Nie zapominamy, że takie referendum ogłosił i przeprowadził przy walnym udziale PO, tuż przed wyborami prezydenckimi, Bronisław Komorowski, który zaproponował w nim de facto zmianę Konstytucji. To dziś oznacza, że PO głosząc obronę Konstytucji przed Kaczyńskim i PiS, musi bronić Konstytucji, którą sama chciała zmienić, z którą nie w pełni się zgadza. Na przykład niektóre kwestie dotyczące spraw społeczno-gospodarczych zawarte w Konstytucji są raczej trudne do akceptacji przez zdeklarowanych liberałów. Warto też zwrócić uwagę na bardzo silny podtekst egalitarny w wystąpieniu Kaczyńskiego, kiedy użył sformułowania „wolność – równość – sprawiedliwość”. Jest to frazeologia, która w historii towarzyszyła różnym ruchom lewicowym. Kaczyński mówił, że nie może być tak, że kto silniejszy, ten lepszy.

Oraz, że są ludzie gorsi tylko dlatego, że noszą moherowe berety. To przecież było wprost odwołanie się do tego elektoratu najprostszego, małomiasteczkowego, prowincjonalnego w myśleniu i obyczaju. Widać, że Kaczyński, zdając sobie sprawę, że nie jest akceptowany, a przynajmniej nie jest powszechnie akceptowany w warstwach wykształconych, pośród społeczeństwa wielkomiejskiego, szuka poparcia i znajduje je w niższych pod każdym względem warstwach społecznych – tych samych, które są także opoką kościoła katolickiego. Zdaje się im mówić: brońcie PiS-u jak swojej wiary, brońcie tej władzy, bo to jest wasza władza.

– W sytuacji takiej dwubiegunowej polaryzacji między socjalnym i umiarkowanie konserwatywnym światopoglądowo PiS-em a liberalną opozycją, istotna część nawet bardziej liberalnych wyborców, nieutożsamiających się z PiS, nie będzie miała wyjścia, jak tylko głosować na partię Jarosława Kaczyńskiego. Bardzo łatwo da się ją przekonać argumentem, że jeśli PiS przegra, a wygra zdominowana przez liberałów opozycja, to zabierze 500+, czy obniży wiek emerytalny.

Jarosław Kaczyński wyraźnie wskazał, że źródło polskich problemów tkwi w mechanizmie kształtowania elit władzy, autorytetów itd. Zapowiedział stworzenie instytucji, które przywrócą „sprawiedliwość” w awansach naukowych, czy w dostępie do „rzetelnej” informacji – poprzez wzmocnienie i rozwój lokalnej prasy, poprzez nowe portale internetowe. To zabrzmiało wręcz jak zapowiedź wielkiej ofensywy medialnej i wielkiego planu wysunięcia na plan pierwszy nowych, „naszych” elit – ludzi, którzy dotąd, z przyczyn poza merytorycznych nie mogą się przebić przez skorupę układów.

– Ten zamysł polityczny Kaczyńskiego przypomina strategię partii socjaldemokratycznych sprzed stu lat. W sytuacji, kiedy były one izolowane, odrzucone przez wyższe warstwy społeczne, musiały tworzyć jakby alternatywne społeczeństwo, które nie mogąc korzystać z instytucji państwowych, tworzyło ich własną sieć. Teraz wyraźnie widać, że zdobycie władzy na szczeblu państwa będzie źródłem rekrutacji własnych elit, żeby utrwalić istnienie partii, której zaplecze w olbrzymim stopniu składa się z wyborców z regionów mniej zamożnych, mieszkających na wsi, w mniejszym miastach, a jak w dużych, to głównie w uboższych dzielnicach.

Jeśli zaś chodzi o wrogów osobistych Jarosława Kaczyńskiego, to poza Tuskiem nie wymienił on nikogo.

– Tak, Tuska wymienił dwa razy. To pokazuje, że gdyby do takiej taktycznej konieczności doszło, partia ta będzie zdolna do współpracowania z każdym, z wyjątkiem środowiska Donalda Tuska.

Jak pan sądzi, czy ten występ w sejmowej scenografi i, w otoczeniu wiernych pretorianów, to było tylko zneutralizowanie przyszłosobotniej demonstracji KOD-u, która ma odbyć się pod hasłem obrony Konstytucji i Polski w Unii Europejskiej, czy mieliśmy do czynienia ze swoistym rozpoczęciem przygotowań do następnych wyborów parlamentarnych? No, bo takie jednoznaczne określenie: „Polska w Unii, to jest oczywista oczywistość”, unieważnia główne hasło tej demonstracji. A zmiany w Konstytucji? – przecież nie dalej, jak rok temu sami ich chcieliście…

– Moim zdaniem, to było wystąpienie podyktowane potrzebą chwili. Proszę zwrócić uwagę, że oponenci PiS-u atakują go z różnych stron. Atak frontalny w sprawie Trybunału Konstytucyjnego zakończy się porażką opozycji. Ona dzięki temu podtrzymuje spór, ale nie jest w stanie wygrać większości w społeczeństwie. Opozycja będzie więc próbowała na różne sposoby docierać do niewielkich choćby segmentów wyborców rządzącego obozu, żeby je po kolei wyrywać. Vide pomysły zaostrzenia ustawodawstwa aborcyjnego, które przecież nie były pomysłem PiS. Podobny charakter ma kwestia relacji z Unią Europejską. PO wykorzystuje po prostu radykalne hasła skrajnej prawicy, Ruchu Narodowego, ONR-ów, Kukiza’15, którzy podnoszą hasła antyeuropejskie i stawiają PiS w kłopotliwej sytuacji. Zapewniając, że Polska jest w Europie, i że bycie w Europie oznacza dziś bycie w Unii Europejskiej, Kaczyński pokazał, że PiS nie będzie się radykalizował i będzie mniej więcej trzymał się swej dotychczasowej polityki. To wystąpienie pokazuje natomiast jedno – PiS jest przynajmniej o dwie długości przed opozycją. Jeśli opozycja chce mu zagrozi realnie, musi wymyśleć cokolwiek więcej poza sprawą Trybunału Konstytucyjnego i jakimiś pojedynczymi tematami, które nie aktywizują pinii publicznej.

W kalendarzu wyborczym trzy i pół roku, to nie jest tak dużo, a opozycja na razie ciągle jest w szoku i rozsypce. Rzeczywiście PiS niesiony jednym zwycięstwem, umocniony w strukturach państwowych, ze zjednoczonym wokół niego elektoratem „prostych ludzi”, może i następne zwycięstwo wyborcze wziąć w cuglach.

– Jeśli nie zajdą jakieś poważne zewnętrzne okoliczności, na przykład kolejna fala światowego kryzysu… Przecież świat czeka dość kompleksowe przemeblowanie – wybory, przede wszystkim w USA, ale też w Rosji, Francji, Niemczech, Hiszpanii, mogą spowodować, że ukrywane do tej pory kłopoty gospodarcze wielu krajów, mogą ujawnić się z nieoczekiwaną siłą. Również sytuacja geopolityczna zmierza do jakiegoś przesilenia. Jeśli więc z tamtych kierunków nie wypłynie coś, co uderzyłoby w polską gospodarkę, to nie sądzę, żeby ktokolwiek był zdolny pokonać w wyborach Prawo i Sprawiedliwość. Dzięki efektownemu samobójstwu lewicy, to, co się będzie działo, będzie się decydowało między dwiema partiami liberalnymi – PO i Nowoczesną a PiS. To brak w Sejmie lewicy zdecydował, że tak a nie inaczej potoczyła się polska polityka.

Ale, gdy mamy do czynienia z dwoma w gruncie rzeczy rodowodowo tożsamymi blokami, tylko jednym bardziej liberalnym, a drugim bardziej konserwatywnym: PO-Nowoczesna i PiS, to jakieś pole do działania pomiędzy nimi dla lewicy jednak się rysuje.

– Myślę, że SLD (to wciąż jedyna partia na lewo od PO i Nowoczesnej, dysponująca ogólnokrajowymi strukturami i notowana na granicy 5 proc.) ma już tylko jedną rolę do odegrania, tzn. dramatyczną próbę powrotu do parlamentu. Obecna sytuacja coraz ostrzej pokazuje, że jedynie żelazny elektorat SLD może, zwłaszcza przy niskiej frekwencji wyborczej, przywrócić tę partię do parlamentu. Inaczej nie będzie miejsca na lewicę. Ani PiS ani PO nie są i nie będą zainteresowane mariażem z SLD. Zwłaszcza dla PO to jest naturalny konkurent w walce o wyborcę. Co najwyżej politycy niezwiązani z SLD – w stylu Barbary Nowackiej, mogą znaleźć się na listach liberalnej opozycji, jako jednostkowi reprezentanci drugorzędnych środowisk. Przy tej okazji doskonale widać, że także popularność partii Razem była pewnym mitem stworzonym przez część liberalnych elit opiniotwórczych, bo takiego wyborcy, do którego ta partia się odwołuje, póki co w Polsce nie ma.

Krótko mówiąc dla SLD zbliża się „bój ostatni”.

– I albo on zakończy się sukcesem i powstanie jakiś przyczółek do działania na przyszłość, albo będzie to grupa rekonstrukcji historycznej, ograniczająca się do działalności publicystycznej. O sukces będzie tym trudniej, że dla europejskich partii socjaldemokratycznych nadchodzi prawdziwa katastrofa. Ona na sto procent nastąpi we Francji, bardzo źle będzie też w Niemczech, bardzo źle stało się już w Austrii, gdzie ta partia dostała najniższy wynik w całej swej historii, również w Hiszpanii przedterminowe wybory zakończą się porażką tamtejszej lewicy, w Skandynawii partie socjaldemokratyczne osłabia kwestia migrantów itd. Tak więc, to co dzieje się w Polsce absolutnie nie dziwi.

Dziękujemy za rozmowę