Zgubiona klasowość

Osierocona lewica albo rzuca się w objęcia liberałów, albo chce leczyć kompleksy własną wersją populizmu, nadal zadręczając się mrzonkami o wyborach. Tymczasem konsekwentna polityka klasowa oznacza jeszcze coś innego.

Gdy Wiosna Roberta Biedronia szturmem bierze sondaże przedwyborcze, sytuacja partii Razem, nigdy niespecjalnie dobra, stała się fatalna jak nigdy wcześniej. Jesienią 2018 r. kompletna klęska w wyborach samorządowych, w lutym 2019 r. konflikt wewnętrzny w partii na tle stosunku do ordynarnego zagrania Wiosny z „milionem za jedynkę”, odejście niedoszłej „jedynki” i tych członków rady krajowej, których utożsamiano raczej z prawym skrzydłem partii. Poparcie, rzecz jasna, w granicach błędu statystycznego. I chociaż ci, którzy zostali, deklarują gotowość mocnego zwrotu w lewo i podejmowane są starania o porozumienie z innymi siłami lewicy społecznej, to położenie karminowej lewicy pozostaje skrajnie trudne, bo rozpoznawalność i poparcie dla potencjalnych sojuszników kształtuje się w podobnych granicach.
Zastanawia furia, z jaką na podupadłe Razem rzucili się lewicujący publicyści. Jak gdyby chcieli chcieli wziąć okrutny odwet na ugrupowaniu, które ostatecznie ich zawiodło i zdradziło, trwoniąc kredyt zaufania, jakim obdarzyli je w chwili narodzin. To dość niesprawiedliwe, do Razem postanowiło być po prostu wierne sobie. Symptomatyczne też, że bodźcem do „dorzynania watahy” okazał się tutaj fakt powstania Wiosny jako kolejnej „fajnej partii” – by posłużyć się przygnębiająco postpolityczną frazeologią Krzysztofa Pacewicza z GW. Ów radzi Partii Razem dokonać samorozwiązania, żeby „nie przeszkadzała” fajnej formacji. Imponujący wynik sondażowy, z którym Wiosna wchodzi do „wielkiej polityki” wydaje się doskonale świadczyć o tym, na co tak naprawdę przez cały czas liczyli lewicujący krytycy Razem. Powaleni 16-procentowym słupkiem, oddali hołd nowemu hegemonowi, przyznając rację własnej intuicji, która zapewne od dawna w nich kiełkowała: że ugrupowanie Zandberga skończyło marnie, bo nie było dość zdecydowane w budowaniu lewicy metodą ciągłego przesuwania jej do centrum.

Lemingi lewicowości

Kiedy nieprawicowy mainstream – sam oczywiście reprezentujący klasę średnią – nieustannie pouczał karminowych, że są za mało „średnioklasowi”, mimo że przekaz razemitów był zdecydowanie przeestetyzowany, w rzeczywistości nie mógł się najwidoczniej doczekać powstania siły politycznej, która eksplodowała tandetnym show podczas konwencji na Torwarze. Nie bez powodu politolog Rafał Chwedoruk porównał ją do kampanii reklamowej kredytów hipotecznych. Nie oszukujmy się: jedynym, co odróżnia Roberta Biedronia od jego konkurencji, są walory estetyczne. To polityk, który marketing wizerunkowy ma w małym palcu i odrobił tę lekcję zdecydowanie lepiej niż Razem – stąd też jego „fajność”. Pod tym kątem jest też skrojony „program” Wiosny. Intelektualiści kibicujący nowej partii zajmują się z kolei translacją tego eklektycznego koncertu życzeń na język ideologii, by oblec średnioklasową „fajność” partii w pozór teorii. Stąd Adam Leszczyński w swym niesławnym tekście, instrumentalizującym myśl Marksa w sposób bez mała stalinowski, agituje za zamykaniem kopalń, posługując się przy tym nie tylko mitologią zielonego kapitalizmu i parodią materializmu historycznego, lecz – a jakże! – figurą „umorusanego węglem górnika”.
Uwiąd Razem i rozkwit Wiosny, która już w ogóle nawet nie próbuje określać się mianem lewicy, znamionuje więc jednocześnie dalszy etap zanikania lewicowej części inteligencji. Zachowa ona prawdopodobnie odrębność publicystyczną, będzie dalej odwoływać się do postmarksistowskich teorii społecznych i postkeynesowskich tradycji ekonomicznych, a jednocześnie coraz bardziej będzie skłonna akceptować wyłącznie projekty polityczne mieszczące się na obrzeżach polskiego liberalizmu – „bo konstytucja”. Kierunek ten został obrany właśnie na skutek rozczarowania narastającą bezradnością Razem w obliczu silnej polaryzacji polskiej sceny politycznej z „obroną demokracji” w tle, a na łamach KP wyznaczył go Michał Sutowski w 2017 r. Nieumiejętność odnalezienia się karminowej partii między młotem a kowadłem, przekonała ostatecznie lewicujących teoretyków o konieczności postawienia na kolejnego konia – jeszcze „fajniejszego”. Znaleźli go: konfetti wypełniło halę Torwaru, padły hasła równości małżeńskiej, podwyżki płacy minimalnej, emerytury obywatelskiej i zamknięcia kopalń – nie pało wstydliwe słowo lewica. Dziwić się nie można, bo to postulaty w pełni mieszczące się ofercie dzisiejszego liberalizmu. Maciej Gdula dołączył do zespołu doradców Biedronia, więc pakt najwyraźniej przypieczętowano. Proces samolikwidacji polskiej lewicowej inteligencji zdaje się potwierdzać fakt, na który zwrócił uwagę Rafał Woś: Gdula przyznaje, że jego nowy projekt polityczny ma „wiele pól wspólnych” z Platformą Obywatelską. Woś pisze o nieusuwalnej „pępowinie” łączącej nową nie-lewicę z liberałami.
Razem zostało więc kompletnie osamotnione i zbiera nieopisane cięgi od tych, którzy jeszcze niedawno pokładali w nich nadzieję, za to że, rzekomo zdradziło ich swoim „radykalizmem”. Jaki to może być „radykalizm”? Nie chodzi przecież o diagnozę Janusza Majcherka czy Wojciecha Maziarskiego, lecz o publicystów, którzy nie wydają się uważać, że biedni zasługują na wszystko co najgorsze. Wyjaśnienia udzielił Adam Leszczyński w kolejnym artykule: radykałowie to ci członkowie, którym nie podobał się pomysł kupienia od Biedronia „jedynki” na liście za milion złotych. Radykałowie, co ci, którzy łudzili się, że dotrą w końcu ze swoim przekazem do ludu. Radykalizm to propozycja zaostrzenia progresji podatkowej.
Wszystko to w krytycznym odniesieniu do tekstu Justyny Samolińskiej i Mateusza Trzeciaka, opublikowanego przez Portal Strajk (ukazał się również na łamach „DT” pod tytułem „Spowiedź fioletowych”). Ich głos, który był w istocie bolesną samokrytyką partii Razem i został ciepło przyjęty przez część jej członków, dał jednoznacznie do zrozumienia, że razemici zgrzeszyli przesadnym ugrzecznieniem i niezdolnością do postępowego populizmu, niemocą dotarcia do biednych i wykluczonych. Stanowisko to – częściowo słuszne – zostało oczywiście wyśmiane przez Leszczyńskiego, bo to antypody Biedronia. Patrząc na porażkę Razem bez wątpienia jednak trzeba mówić o czymś więcej, niż tylko o źle dobranym stylu, z którego „spowiadają się” Samolińska i Trzeciak.

Tylko z ludem

Ich diagnozę można podsumować tak: w Polsce postkomunistycznej, gdzie ideologicznie lewica jest zablokowana ze względu na absolutną hegemonię prawicy, oparcie „innej polityki” na lewicowej tożsamości to niewypał. Krytykowana przez nich taktyka bazuje „na założeniu, że polityka nie powinna być wyrażeniem interesów zbiorowych, wspólnotowych (a te, z założenia, są przeciwstawne innym interesom – biedni mają odwrotne interesy niż bogaci, pracownicy odwrotne niż pracodawcy, obywatele i obywatelki inne niż klasa rządząca), a płaszczyzną realizacji swojej tożsamości i wynikających z niej pragnień, a także reprezentacja danej tożsamości w sferze publicznej” – piszą, odważnie akcentując klasowy punkt widzenia.
Lepiej więc iść w socjalny populizm, stawiać na prosty język, nieobciążony skojarzeniami, przez które w myśl standardów określonych przez antykomunistyczną i narodowo-katolicką prawicę od razu czeka ich dyskwalifikacja. Zrezygnować z dyskursu „eksperckiego”, który ludziom kojarzy się ze skompromitowanymi liberałami, chcącymi zlikwidować 500+. To nawet nienajgorszy pomysł, choćby z tego względu, że jeszcze nikt na polskiej lewicy na poważnie go nie realizował. I dobry pomimo tego, że pozornie nieodległy od obecnego stanowiska KP – oni też chcą projektu bez etykietki „lewica”. Tyle, że w przypadku KP oznacza to dołączenie do liberałów, a Samolińska i Trzeciak proponują kierunek diametralnie odmienny. Faktycznie jest to niezrealizowany projekt dużej części razemitów, który nigdy nie doszedł do głosu w sytuacji, gdy główna linia partii była ciągle nastawiona na poszukiwanie akceptacji u mainstreamowych mediów.
Nic dziwnego, że teraz sentymenty populistyczne w Razem odżywają. Publicysta Krytyki oczywiście chłodno gasi zapał karminowego lewego skrzydła: „Razem bardzo chciało być partią ludową – taką, na którą głosują prekariusze, bezrobotni, pracujący biedni czy robotnicy. Sęk w tym, że ten elektorat albo nie głosuje wcale, albo głosuje na nacjonalistyczną prawicę – prosocjalną i obyczajowo konserwatywną. Zapotrzebowanie ludu na partię radykalną socjalnie (jak na polskie warunki) i liberalną obyczajowo było bliskie zera. Zamiast wyciągnąć wnioski z tego faktu, partia postanowiła z impetem i rytmicznie uderzać głową w ścianę”.
Żeby było jasne: Leszczyński radzi w ogóle zaprzestać szukania poparcia wśród biednych, u ofiar wyzysku i niesprawiedliwości kapitalistycznych stosunków produkcji – dokładnie tak, jak SLD w latach 90. („Biedni nie głosują”). To już zaś nie jest kwestia tożsamości, a określania bazy społecznej dla podstawowych celów politycznych. Pisze to nawet dziwnie nieświadomy faktu, że siły polityczne, które zawładnęły polską sceną polityczną po 1989 r. nie dostosowywały przekazu do oczekiwań wyborców, tylko te oczekiwania sami przez lata kształtowali. Jak tego dokonać – to osobna sprawa. Rzecz w tym, że lewicujący autorzy przestali już w ogóle dostrzegać jakąkolwiek poważną rolę dla siebie w przestrzeni publicznej. Tyle zostało z gadania o hegemonii.
Kiedyś na łamach KP Agata Szczęśniak też proponowała, by odejść od forsowania na siłę lewicowej tożsamości, jednak w innym celu: „Ludzie nie czekają na lewicę. Ludzie nie potrzebują lewicy. (…) Ludzie czekają na mieszkania. Na wypłatę w terminie. Na to, żeby ich dzieci żyły z mniejszym wysiłkiem niż oni. Na to, żeby móc decydować o tym, jak będzie wyglądała ich rodzina”. Teraz Leszczyński musiałby to uznać za populizm, radykalizm i inne zagrożenia dla „obozu postępu”. Można chyba uznać, że KP zwija swój projekt rozpoczęty w 2002 r. Nie wiadomo już, jakiej lewicy chcą, skoro deklaratywnie rezygnują z resztek lewicowości. Marzy im się lewicowa partyzantka na zapleczu liberałów, podczas gdy nigdy nawet nie wyjaśnili, jakim cudem byłaby ona możliwa. Zwłaszcza w sytuacji, jeżeli po odsunięciu – jakimś cudem! – PiSu od władzy Biedroń i tak będzie musiał pokornie układać się z Koalicją Obywatelską… Zresztą nie wiadomo, na czym po eksmisji biednych ze swojej bazy społecznej lewicy miałby polegać projekt lewicowy i kto by za nim stał. Na nowo określi więc go pewnie Grzegorz Schetyna.

Populizm ściętej głowy

Mimo, że Samolińska i Trzeciak zasadniczo mają rację, jest jednak istotny problem z realizacją ich postępowo-populistycznej wizji. Cały czas towarzyszy im podejście czysto elektoralne, skupienie się na kampanii w nadchodzących wyborach, a między kampaniami – na dalszym bieganiu pomiędzy studiami telewizyjnymi. Jest to absolutna alfa i omega polskiej „ideowej lewicy” – z kim, gdzie i jak do wyborów. Kończy się zawsze przewidywalnie. Razem myślało, że zrobią to samo, tylko lepiej i rezultat będzie lepszy. Nie będzie. Bo faktycznie jest tak, jak pisze Leszczyński: biedni nie głosują, a jak już głosują, to na PiS – bo wspólnota narodowo-katolicka wydaje im się jedynym pocieszeniem w ich biedzie i upodleniu wolnym rynkiem. Nikt poza PiSem i Rydzykiem do tej pory nie chciał ich przecież pocieszać. Razemici, owszem, chcieli, lecz dotychczas nie określili sposobu dotarcia do tych ludzi ze swoim socjalnym przekazem. Wspomniani autorzy żywią przekonanie, że oczyszczenie ich narracji z elitarystycznych naleciałości załatwi sprawę. „Przekaz »ZŁODZIEJE WYPIERDALAĆ« jest na początek w zupełności wystarczający” – twierdzą. Tymczasem nie jest.
Jakub Majmurek dokonuje całkiem przekonującej analizy ruchów populistycznych dominujących dziś w Europie i USA. Nie bez powodu nie mają one charakteru lewicowego, a zdecydowanie prawicowy. Elementy programów socjalnych są tam nieznaczącymi dodatkami. Przede wszystkim są nacjonalistyczne, ksenofobiczne. To podstawowa płaszczyzna ich „buntu” wobec elit, choć warunki ekonomiczną są takie, że teoretycznie nie musiałyby takie być – doskonale pokazuje to brexit, czyli przykład społeczeństwa udręczonego neoliberalizmem, w którym odżywają hasła socjalistyczne.
Wielkie zakłady pracy zorganizowane na modłę tayloryzmu wyjechały do Azji, ruch robotniczy poszedł w rozsypkę, więc gniew społeczny jest coraz trudniejszy do artykulacji na sposób ściśle klasowy, a o to chodzi razemitom-populistom. Odwołania do nieokreślonego „ludu”, którego tożsamość przebiega w poprzek podziałów klasowych, skutkują wzmożeniem wyobraźni drobnomieszczańskiej wydającej na świat kolejne quasi-faszyzmy. Dodatkowo ruchy te mają w istocie naturę ściśle elektoralną, istnieją tylko jako siła widząca się w parlamencie, nie stanowią zaś alternatywy systemowej, nie proponują faktycznie żadnej zmiany społecznej – zazwyczaj ograniczają się do obietnicy przegnania „obcych”. Gniew społeczny wyraża się w nich w sposób od razu zapośredniczony politycznie, skanalizowany przez podmioty w pełni zakorzenione w systemie, bo rozgniewani oczekują szybkich rezultatów i potrzebują kogoś o prawdziwej sile sprawczej. Dlatego za brexitem stały de facto amerykańskie think tanki i bogaci biznesmeni, którzy potem zajęli się kampanią Trumpa w USA. W Polsce jest zresztą podobnie. Wzrost i triumf populizmu pisowskiego wymagał lat rozwoju – również, jak się okazało, na obszarze zaplecza finansowego. A jest to i tak tylko wariant systemu. Lewicowy populizm wymaga z kolei jego zakwestionowania. Jednak w XXI w. środki do tego nadal pozostają nieokreślone.
Wracamy więc do punktu wyjścia. Partia Razem nie ma i nie będzie miała środków, które pozwoliłyby jej tworzyć projekt socjalny, mogący pozostawać w jakiejkolwiek symetrii względem populizmu prawicowego na obecnej scenie wyborczej. Do tego też potrzebne są media, które potraktują ich socjalny przekaz poważnie. Ich namiastkę właśnie stracili na rzecz Biedronia. Mimo to, ugrupowanie nadal zamierza koncentrować się na wyborach, listach wyborczych i arytmetyce wyborczej – to akurat rzeczywiście wydaje się biciem głową w mur. Bartosz Migas z Razem odpowiedział na krytykę Leszczyńskiego twierdząc zwyczajnie, że „elektorat lewicowy” (choć nie wiadomo już co to znaczy) odzyska wiarę w Razem, bo rozczarują się Biedroniem. Nie. Prawdopodobnie ten elektorat czekał właśnie na kogoś w typie Biedronia, skoro z analiz powyborczych z 2015 r. wynikało, że dla wyborców partii Razem, ugrupowaniem drugiego wyboru była Nowoczesna.

Żądając niemożliwego

Na polskiej scenie politycznej – w sensie: elektoralnej – nie ma obecnie miejsca na taką partię, jaką chce być Razem. To fakt. Nie dokonają cudu. Jeżeli pójdą w socjal, nie zmieszczą się w tolerowanym przez media spektrum. Swoich mediów nie mają.
Jednak jest na nią miejsce gdzie indziej – w społeczeństwie. Jeżeli ktoś chce rzeczywiście „innej polityki” i gruntownej zmiany społecznej, przełomu na drodze do społeczeństwa równych ludzi, musi myśleć o tworzeniu oddolnego ruchu łączącego aktywność na niwie pracowniczej, związkowej, lokatorskiej, polityki lokalnej zorientowanej na opór wobec procesu utowarowienia i komercjalizacji przestrzeni publicznej. Razem próbowało takiej aktywności, niestety był to tylko dodatek do karminowych memów. A tylko przez bezpośrednią obecność wśród ludzi jest możliwa dziś polityka klasowa. Ponieważ jest to wyzwanie na lata i wymaga skuteczności w bezpośrednim rozwiązywaniu realnych problemów składających się na całość życia społecznego, oznacza to konieczność odejścia od polityki elektoralnej. Pytanie jednak, jaki cel ostatecznie przyświeca polskim lewicowcom. Zmiana świata nie nastąpi w parlamencie, bo parlamenty są zdecydowanie częścią problemu. Obecność w nim może być pomocna, ale stanie się możliwa tylko jeżeli ruch wykiełkuje poza nim.
Jest to wbrew pozorom perspektywa nie tylko romantyczna, ale i pragmatyczna – zależy tylko, w jakim horyzoncie umieszcza się swoją aktywność polityczną. Populizm w znanej postaci jest tylko instrumentalizacją gniewu przez nowe elity zazdroszczące starym. Chodzi zaś o tworzenie, o budowanie pośród ludzi jakiejś społecznie odczuwalnej wartości. Lewica socjalistyczna nie będzie miała innych kanałów dojścia do społeczeństwa – do tych mitycznych „zwykłych Polaków” – poza własną działalnością na ich rzecz. To właśnie musi być nasz przekaz, jeżeli ma być wiarygodny – bo z wiarygodnością w oczach ludzi właśnie najtrudniej. Obawy o to, że skład takiej organizacji politycznej, budującej swoją bazę w długotrwałej pracy u podstaw, będzie początkowo wątpliwy klasowo – w sensie „średnioklasowy” – są bezzasadne. Wszystkie ruchy lewicowe, a na pewno wszystkie zwycięskie, były „rozkręcane” przez wykształciuchów spoza klasy robotniczej. W mniejszej skali, również ruchy lokatorskie w Polsce, działające dość prężnie, zostały zapoczątkowane przez pełnych pasji lewicowych inteligentów. Ich przykład może czegoś uczyć.
Uczyć też może los Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, który systematycznie marnuje swój doskonały potencjał na stworzenie takiego – powiedzmy na wyrost – rewolucyjnego bytu politycznego. Wszystko dlatego, że praca u podstaw jest regularnie składana w ofierze bożkowi elektoralizmu, który Piotra Ikonowicza nijak obłaskawiać nie zamierza. To doskonały przykład dla populistów z partii Razem, co robić i czego nie robić. Po pierwsze, nie przeskakiwać etapu, który jeszcze nie został domknięty. A takim etapem przed próbą sięgnięcia po władzę, jest stworzenie ruchu społecznego, który w sytuacji słabości ośrodków państwowych opartych na kompradorskich elitach, będzie mógł stanowić rozbudowane zaplecze gotowe asystować prospołecznemu rządowi we wdrażaniu postępowej polityki.
Trudne? Bardzo. Dlatego warto o to walczyć. Jeżeli ktoś mówi: inna polityka jest możliwa, niech przyzna też: bądź realistą, żądaj niemożliwego. Innego rozwiązania niż długi marsz nie będzie. Mierzymy się bowiem z samym KAPITALIZMEM – tak się nazywa całość społeczna, którą musimy zakwestionować, by myśleć dziś o jakiejkolwiek trwałej zmianie na lepsze.
Kłania się tu inna słabość Razem: ciągle wierzą, że jest jakiś socjaldemokratyczny model, który można do Polski przenieść z Europy Zachodniej lub Skandynawii na zasadzie kopiuj-wklej. Nie można z dwóch powodów. Po pierwsze, u szczytu powodzenia tych modeli kraje te zajmowały zupełnie inną pozycję w światowym podziale pracy i globalnej strukturze kapitału. Po drugie, od lat podlegają one deterioracji i końca tego procesu nie widać z powodu przywrócenia znanej z XIX w. pełnej dominacji kapitału nad światem pracy. Przykład Francji i „żółtych kamizelek” pokazuje, że kapitał jest nieubłagany. Spadający z dekady na dekadę wzrost i narastające od 50 lat tendencje kryzysowe ustawiły go pod ścianą, tak że opór wobec niego wymaga do społeczeństwa powrotu postaw wprost rewolucyjnych. Nie bez powodu jednak na całym kontynencie polityka wyborcza jest coraz bardziej podzielona między projekt nacjonalistyczny a liberalny – w obliczu kryzysu socjaliści żyją przeszłością i nie mają do zaproponowania niczego przekonującego.
Drogą lewicy musi być dziś budowanie masowego i demokratycznego ruchu, który w przyszłości pomoże ludziom zmienić stosunki produkcji. Czy po drodze uda się wejść do parlamentu, jest kwestią drugorzędną. Partia lewicowa z prawdziwego zdarzenia, której na tym zależy, musi zacząć uprawiać politykę tam gdzie jest ona jeszcze zupełnie nieobecna i w sposób, którego jeszcze nie ma. Nie brzmi to jak program na najbliższe wybory. Jeżeli jednak podejmujemy się reanimacji konającego, trudno oczekiwać że zaraz po dźwignięciu się na nogi będzie gotowy boksować się z innymi. Są rzeczy ważniejsze, a warte dokonania. Cała przyszłość do zdobycia.

Mądrzy po szkodzie

Przed wyborami samorządowymi, tu we Wrocławiu, SLD zachęcał do stworzenia lewicowej koalicji z Razem, Zielonymi, ruchami miejskimi, kobiecymi. itp. Potraktowano nas (SLD) z buta. Razem i Zieloni podpisali porozumienie przedwyborcze, ale w końcu nic z tego nie wyszło. Partie poszły osobno do wyborów. Podobne wysiłki czynił SLD w całym kraju. Wyniki były podobne.
W końcu wrocławski SLD poszedł w innej koalicji i ma trzech radnych w Radzie Miejskiej. Gdyby przed wyborami samorządowymi SLD w całym kraju nie był traktowany jak trędowaty pewnie postałaby silna koalicja na lewicy i wynik wyborów byłby znacznie lepszy, choć to teraz też tylko gdybanie. Z tych wyborów wszystkie partie lewicy wyszły osłabione, ale Razem i Zieloni szczególnie. Okazało się, że samodzielnie niczego nie są w stanie w wyborach osiągnąć, a SLD osiągnął mniej niż zakładano. Po przegranych wyborach nastąpiło olśnienie: idziemy razem. Zdecydowanie za późno. SLD postanowił szukać porozumienia z politycznym centrum. I nagle okazało się to, co było wiadome od dawna, że bez SLD na lewicy nie może powstać żadna koalicja. Zieloni też przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej, a Razem szybko rozpada się. Nie ma się z czego cieszyć, bo cierpi na tym lewicowa strona sceny politycznej. Pewnie będzie na tym korzystać Wiosna.
Zmądrzenie i refleksja przyszły za późno. Teraz SLD w oczach tych, którzy nami gardzili uznawany jest za lewicę, która lewicę zdradziła i zbratała się z centrum. Nie o takich koalicjach marzyłem. Młoda i wydawałoby się wykształcona lewica wykazała się barkiem politycznego realizmu. Szkoda, bo wiele pracy poszło na marne.

Drapieżna Wiosna

Czy Wiosna zamierzała wchłonąć Razem? O dealu, którego podobno nie było, ale który oficjalnie odrzucił Adrian Zandberg.

Partia Wiosna złożyła partii Razem „korzystną” ofertę wspólnego startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego – mówią Portalowi Strajk działacze karminowej lewicy. Anonimowo opowiadają: Razem miało otrzymać jedną „jedynkę” na liście wyborczej w zamian za wpłatę miliona złotych na kampanię, przy rezygnacji z własnej symboliki i szyldu. Wśród aktywistów partii taki efekt negocjacji z formacją Roberta Biedronia wzbudził prawdziwy gniew.
Po fatalnych dla Razem wyborach samorządowych, w których partia uzyskała wynik 1 proc. i żadnego mandatu, w partii rozważane były różne warianty dalszego działania. Dopuszczono nawet scenariusz, który wcześniej był odrzucany a priori – dogadanie się z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Pewne nadzieje były również pokładane we współpracy z partią Roberta Biedronia, która wtedy była jeszcze projektem w stadium tworzenia.
Rozmowy z Wiosną doprowadziły jednak bardziej niż bolesnego rozczarowania – dowiedział się Portal Strajk. Jak niezależnie od siebie opowiedziały nam dwie osoby zasiadające w partyjnej Radzie Krajowej, pod warunkiem zachowania anonimowości, partia Roberta Biedronia wykluczyła możliwość startu z Razem w formacie koalicji uwzględniającej symbole, nazwy i koncepcje programowe obydwu formacji. Od Razem oczekiwano również wpłaty miliona złotych (po negocjacjach – 900 tys. złotych) na wspólną kampanię pod nazwą typu „Europejska Wiosna Roberta Biedronia”. Co mieli z tego mieć socjaldemokraci? Gwarantowano im jedno miejsce nr 1 i jedną „dwójkę” w jednym z okręgów.
Wiosna stawiała również warunek, by ową „jedynką” nie został Adrian Zandberg, którego osoba nie pasowała liderom partii Biedronia do ogólnej koncepcji. Jak mówią rozmówcy Portalu Strajk, typowano Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk.
– W Zarządzie Krajowym Razem tylko dwie osoby były gotowe uznać takie porozumienie za sensowne – mówi nam działacz jednego z okręgów partii w południowej Polsce. – W Radzie Krajowej była już minimalna większość, 18 osób, za takim rozwiązaniem. Ale gdy przedstawiono je ogółowi partii, co nastąpiło 12 lutego, wybuchł bunt – dodaje.
Oświadczenia ze sprzeciwem wobec porozumienia wydały partyjne okręgi poznański i krakowski. 12 kolejnych terytorialnych struktur (Gdańsk, Białystok, Częstochowa, Kalisz, Katowice, Olsztyn, Bielsko-Biała, Łódź, Lublin, Kielce, Tarnów, Rzeszów, a ponadto zarząd okręgu województwa lubuskiego) podpisało się pod wspólnym stanowiskiem, w którym również dają jasno do zrozumienia, że nie takiej partii sobie życzą.
– Zamiast szukania coraz bardziej desperackich opcji koalicyjnych, wzywamy do przeprowadzenia szerokiej dyskusji nad dalszą przyszłością partii, jej metodami działania i strukturą organizacyjną. Staje się coraz bardziej jasne, że silna centrala koncentrująca się na obecności w mediach nie zdała egzaminu i nie doprowadziła nas bliżej do realizacji naszych postulatów – piszą działacze z Gdańska w stanowisku, do którego dotarł Portal Strajk. – Albo znajdziemy inne sposoby na działalność polityczną, albo nie przeżyjemy i oddamy pole organizacjom ze znacznie lepszymi koneksjami od nas – takimi jak Wiosna – podsumowują.
– Warto przypomnieć, że kryzys z którego do dzisiaj nie może wydobyć się europejska lewica jest silnie związany z mitem “trzeciej drogi” i współpracą z partiami o liberalnym profilu światopoglądowym – trafnie zauważają z kolei aktywiści ze stolicy Wielkopolski. – Nadchodzi moment w którym musimy zadać sobie jedno bardzo ważne pytanie – po której stoimy stronie? Pracujących biednych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, czy prezesów korporacji, którzy wyzysk starają się przysłonić prowadzoną przez siebie działalnością charytatywną? Ludzi, którzy ciułają grosze, by spłacić ratę kredytu hipotecznego (o ile w ogóle ich na niego stać), czy deweloperów liczących zyski przy okazji nabrzmiewającej bańki spekulacyjnej? Strajkujących lekarzy, pielęgniarek i nauczycieli żądających zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia i edukację, czy postępującej prywatyzacji tych sektorów, która drenuje nasze kieszenie i wpływa na pogłębienie różnic klasowych w dostępie do podstawowych usług publicznych?
Poznańscy działacze Razem widzą wzory do naśladowania raczej w hiszpańskim Podemos, programie labourzystów Jeremy’ego Corbyna czy Alexandrii Ocasio-Cortez w USA. Zaś moi rozmówcy nie mają wątpliwości: liczba aktywistów i aktywistek, którzy chcą „skrętu w lewo”, współpracy z organizacjami takimi jak Ruch Sprawiedliwości Społecznej i wspierania walk pracowniczych przewyższa liczbę zwolenników partyjnego „prawego skrzydła”.
Kategorycznie stawiają sprawę aktywiści z Krakowa, którzy w swoim stanowisku oznajmiają: – Nie zgadzamy się na wydawanie pieniędzy powierzonych nam przez naszych wyborców i naszych członków na zakup sznura, na którym mamy się powiesić.
– Robert Biedroń niestety zaprezentował metody prowadzenia polityki w starym stylu. Okazuje się więc, że jest nie tylko produktem marketingowym, ale też cwaniaczkiem w sprawach finansowych. Przypomina to trochę Jarosława Kaczyńskiego z ostatnio ujawnionych taśm – mówi nam jeden z rozmówców. Zaznacza, że po takiej reakcji partyjnych dołów przyjęcie propozycji należy uznać za niewyobrażalne.
O porozumienie z Biedroniem Portal Strajk zapytał również Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk. Ta stanowczo zaprzecza, jakoby informacje o „milionie za jedynkę” były zgodne z prawdą. – Nigdy nie było mowy o żadnym porozumieniu zakładającym zapłacenie Robertowi Biedroniowi miliona złotych lub jakichkolwiek innych pieniędzy za jedną „biorącą jedynkę” na jego listach. Nigdy także nie rozmawialiśmy o zapłaceniu Biedroniowi jakichkolwiek pieniędzy konkretnie za mój start – powiedziała nam członkini Zarządu Krajowego partii. Dziemianowicz-Bąk potwierdziła, że w ostatnich miesiącach jej partia rozmawiała z podmiotem tworzonym przez Biedronia o możliwościach współpracy koalicyjnej, jednak porozumienia nie zawarto – Rada Krajowa Razem nie przystała na warunki proponowane przez drugą stronę, która z kolei odrzuciła kontrpropozycję. Jakie więc rozważano warunki? Na to pytanie odpowiedzi nie otrzymaliśmy.
– Podjęte na wniosek Rady Krajowej Razem próby ponownego otwarcia rozmów nie zakończyły się sukcesem i na ten moment Razem nie prowadzi z Wiosną negocjacji wyborczych – mówi polityczka. Dodaje przy tym, że ona sama od początku dopuszczała dwie możliwości startu Razem w eurowyborach. – Albo start koalicyjny z innym podmiotem, dający szansę na przekroczenie progu wyborczego i uzyskanie mandatów, albo całkowicie samodzielny start Razem, w celu walki o jak najlepszy wynik przy zachowaniu tożsamości, odrębności i podmiotowości partii, jako budowanie własnej marki i podwalin pod kolejne wybory – precyzuje w rozmowie z nami Dziemianowicz-Bąk.
Sondaże dają obecnie Wiośnie poparcie w granicach 14-16 proc., Razem w tych samych badaniach nie przekracza fatalnego wyniku z wyborów samorządowych. Równocześnie po konwencji partii Biedronia na warszawskim Torwarze nie brakowało głosów, że szereg postulatów uwzględnionych w programie tej formacji, zwłaszcza tych o charakterze socjalnym i emancypacyjnym, było wcześniej mozolnie wprowadzanych do polskiego dyskursu politycznego przez Razem. Z tym, że wtedy część mediów głównego nurtu traktowała je jako z gruntu nierealne i nadmiernie radykalne.
Portal Strajk poprosił Wiosnę o ustosunkowanie się do informacji, które zostały anonimowo przekazane nie tylko nam, ale pojawiły się również na profilach dziennikarzy Adriany Rozwadowskiej i Witolda Głowackiego w mediach społecznościowych.
***
Partia Wiosna nie odpowiedziała na prośbę portalu o komentarz.
Dopiero w godzinach popołudniowych odniosła się do sprawy w innych mediach, twierdząc, że „milionowa” propozycja nigdy nie miała miejsca.
Partia Razem tymczasem już oficjalnie potwierdza: propozycja organizacji Biedronia została odrzucona. Adrian Zandberg z Zarządu Krajowego Razem oznajmił w wywiadzie z NaTemat.pl, iż jego formacja to partia lewicowa, dążąca do sprawiedliwości społecznej, a nie starająca się pozyskać elektorat liberalny. Zaznaczył także, iż Razem nie jest zainteresowane „wypożyczaniem polityków” do innych formacji i ukrywaniem swojego szyldu.

W kolejnym wydaniu „Dziennika Trybuna” przedstawimy kulisy działania Partii Razem od początku jej istnienia. Wnikliwą analizę początkowych sukcesów oraz ostatnich klęsk partii przygotowała Justyna Samolińska oraz Mateusz Trzeciak.

KO+SLD=?

Szefowi SLD marzy się szeroka koalicja w wyborach w europarlamentu. Widzi w niej miejsce zarówno dla swojego ugrupowania, jak i Partii Razem i antyspołecznych liberałów.

Lewica czy liberalizm? Sojusz Lewicy Demokratycznej po raz kolejny w swojej historii staje przez takim wyborem. Wariant, w którym SLD wystartuje samodzielnie w najbliższych wyborach wydaje się bardzo mało prawdopodobny, a zatem partii Czarzastego przyjdzie wybrać pomiędzy Partią Razem i Zielonymi, a sojuszem liberałów, startującym pod szyldem Koalicji Europejskiej.
Ostateczna decyzja zapadnie 16 lutego na konwencji partyjnej, jednak w alians SLD z Partią Razem nie wierzy już prawie nikt. Taka perspektywa zaczęła się oddalać, kiedy w sondażach pojawiło się ugrupowanie Roberta Biedronia, co spowodowało spadek notowań Sojuszu i skłoniło kierownictwo do poszukiwania innych rozwiązań. – Idziemy z liberałami, to jest już postanowione. Zadecydował strach przez drugim z rzędu słabym wynikiem, co mogłoby się przełożyć na katastrofę w wyborach do parlamentu – wyznał anonimowo jeden z polityków SLD.
Wrażenie pogodzonego z takim wyborem sprawia od kilku dni Włodzimierz Czarzasty. – Ja jestem zwolennikiem utworzenia jak najszerszej koalicji jeżeli chodzi o Unię Europejską (…) Uważam, że koalicja szerokich sił, tzn. i PSL-u i Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej i SLD i Partii Razem i partii Zielonych, byłaby najrozsądniejsza” – oświadczył szef Sojuszu w Polskim Radio 24.
Co o pomyśle wspólnej listy z liberałami myślą razemici? – Przeanalizowaliśmy kilka wariantów, ale ten można rozpatrywać tylko w kategorii humorystycznej – powiedział Portalowi Strajk polityk Partii Razem.
Czarzasty przyznał też, że dobre wrażenie zrobiła na nim odezwa byłych premierów wystosowana w ubiegły piątek ws. wspólnego startu – pod szyldem Koalicji Europejskiej – w wyborach do PE.- Apel premierów mi się podoba, podoba mi się apel ludzi, który wprowadzali Polskę do Unii Europejskiej – dodał polityk.
Dołączenie SLD do liberalnego sojuszu sprawi, że Partia Razem pozostanie na placu boju z praktycznie zerową możliwością koalicyjną. Na razie do karminowej lewicy dołączyły tylko marki takie jak PPS czy Unia Pracy, które od lat nie prowadzą żadnej poważnej działalności politycznej. Razem może również liczyć na Ruch Sprawiedliwości Społecznej i być może – Zielonych.

Robert

W ten weekend Robert Biedroń inicjuje powstanie 82. polskiej partii politycznej. Czy ruch Biedronia zniweczy plany powrotu lewicy do Sejmu?

Tak naprawdę, to właśnie Robertowi Biedroniowi zawdzięczam wypłynięcie na szersze polityczne wody. Gdy na początku 2013 roku procedowana była w Sejmie ustawa o związkach partnerskich, Biedroń zaproponował mi prowadzenie tego projektu w ramach klubu poselskiego. Zależało mu, aby związki partnerskie nie były kojarzone wyłącznie z gejami i lesbijkami. We Francji, po wprowadzeniu w 1999 roku podobnej ustawy (PACS), skorzystały z niej w równym stopniu pary hetero i homoseksualne.
Do swojego 10-minutowego wystąpienia przygotowywałem się bardzo solidnie. Media zainteresowały się tematem. I mną – dotychczas słabo rozpoznawalnym posłem.

Media

Właśnie. Media. Mówi się potocznie o IV władzy. A przecież w wielu wypadkach o karierach lub porażkach polityków decydują przede wszystkim dziennikarze, ich kamery i gazety. Jeden z czołowych polityków podsumował to krótko: jak Cię nie ma w wieczornych Faktach, Wydarzeniach i Wiadomościach – to Cię nie ma w wielkiej polityce. To prawda.
Trzy główne serwisy informacyjne ogląda codziennie ponad 6 milionów widzów. Gdyby jakiś polityk postanowił dzień w dzień, przez 365 dni w roku, objeżdżać Polskę. I spotykać się codziennie z 50 wyborcami. To podobną widownią mógłby się pochwalić po 300 latach takiego pielgrzymowania. Czasami, siedząc w studiu telewizyjnym lub widząc je w telewizji, nie do końca zdajemy sobie sprawę z potęgi tej więcej niż IV władzy.
Robert Biedroń od dawna jest częstym gościem rozgłośni radiowych i telewizyjnych. Z licznego grona prezydentów miast i miasteczek to on z pewnością wygrał w ubiegłej kadencji ranking medialnej aktywności. To zresztą związek z wzajemnością. Z czasów wspólnego pobytu w Sejmie nie zapamiętałem ani jednego przypadku, by Robert Biedroń odmówił dziennikarzowi rozmowy lub zrezygnował z zaproszenia do programu.
Popularność medialna lidera będzie najsilniejszą stroną jego przyszłej partii.

Języki

Z zażenowaniem obserwowałem, jak premier Szydło, by zamienić parę słów z kanclerz Merkel, korzystała z pomocy tłumacza. W Sejmie znajomość języków obcych wśród czołowych polskich polityków jest na szokująco niskim poziomie.
Oczywiście Robert Biedroń nie jest w stanie przebić Tadeusza Iwińskiego. Deklarującego znajomość co najmniej 10 języków obcych. Z arabskim, japońskim i łaciną włącznie. Ale pamiętam, że w poprzedniej kadencji Sejmu Biedroń cierpliwie szlifował swoje umiejętności lingwistyczne. Gdy większość posłanek i posłów późnym popołudniem rozchodziła się do domów i pokojów w hotelu sejmowym, on zostawał. Czekając na nauczycielkę. I kolejną lekcję. Bodajże francuskiego lub włoskiego.
Dzisiejszy świat jest światem globalnym. Podobnie świat polityki. Łatwość poruszania się po tym świecie i łatwość wzajemnego komunikowania jest kolejną silną stroną lidera nowej partii.

Organizacja

Gdy po wyborze na prezydenta Słupska Robert Biedroń złożył mandat poselski, dyrektor jego biura poselskiego przez pewien czas był moim współpracownikiem. Poznałem wówczas bliżej metody pracy posła Biedronia.
Oceniam, że było to jedno z najlepiej zorganizowanych biur poselskich. Mimo ograniczonych funduszy, jakimi dysponował każdy poseł (wówczas 12 tys. zł miesięcznie na lokal, wynagrodzenia, delegacje, prawników itp.) potrafił zgromadzić wokół siebie spore grono współpracowników. To oni przygotowywali analizy, dokumenty i spotkania – zapełniając Jego kalendarz od rana do wieczora. Dzięki temu Biedroń mógł wykorzystać maksimum możliwości, jakie dawała mu obecność w parlamencie.
Umiejętności organizacyjne Biedroń podszlifował w słupskim ratuszu. I staną się kolejną silną stroną przy budowaniu nowego ruchu politycznego.

Struktury

Laurka – powiecie Szanowni Czytelnicy – wystawiona Robertowi Biedroniowi przez sejmowego kolegę. Nie! Teraz o rafach. Nowa partia trafi na wiele raf. I Biedroń nie ominie ich swą medialną popularnością, ani konwersacją po włosku. Pierwsza i najważniejsza rafa to… struktury!
Wyłapałem na pozór drobną różnicę w zapowiedziach Biedronia. Jeszcze dwa miesiące temu zapewniał, że w sobotę na Torwarze pochwali się strukturami nowej partii we wszystkich powiatach w Polsce. Później zaczęto mówić już tylko o pełnomocnikach powiatowych. To oczywiste. Budowanie wartościowych struktur partyjnych trwa latami, nie miesiącami. Wiem jak taka praca wygląda, bo sam byłem kiedyś zaangażowany w budowanie struktur nowej partii.
Zresztą takie zbudowane ad hoc struktury partyjne są wylęgarnią najróżniejszych konfliktów personalnych. Dzisiaj nie ma jeszcze partii Biedronia. Ale jestem przekonany, że jest już co najmniej 500 świeżo upieczonych działaczek i działaczy. Przekonanych, że to im należą się „jedynki” w 41 okręgach w wyborach parlamentarnych. Program, programem. A ambicje, ambicjami.

Program

Wydawało się, że ambicją Biedronia będzie stworzenie szerokiego frontu lewicowego. Nie, Biedroń, jak to kiedyś powiedział, nie chce być „mesjaszem lewicy”. Ostatnio zresztą coraz rzadziej słyszymy w jego ustach słowo lewica. Marcin Anaszewicz, szef Instytutu Myśli Demokratycznej, będącego think tankiem Roberta Biedronia, przez wszystkie przypadki odmienia słowo „progresywny”. Na pytanie co to oznacza, twierdzi, że myślenie progresywne dotyczy „bardzo mocnego przywiązania do idei dobra wspólnego, dialogu społecznego, praw i wolności jednostki” (Rzeczpospolita 11.09.2018).
Takie sformułowanie to programowy „wytrych”. Przecież pod postulatem przywrócenia praw i wolności jednostki podpisze się też Janusz Korwin Mikke. Żądając prawa do posiadania broni palnej przez każdego obywatela Rzeczypospolitej. Myślę, że tak naprawdę o to Biedroniowi i jego doradcom chodzi. Zainteresowania sobą nie tylko 20 proc. wyborców o poglądach lewicowych. Ale również dotarcia do tych, którzy głosowali na przykład na Pawła Kukiza.
Nie przypuszczam, by zabieg „odlewicowienia” Biedronia zakończył się sukcesem. W polityce prócz mediów, języków i pracowitości, kluczowym warunkiem powodzenia jest wiarygodność. Robert Biedroń – jako polityk lewicowy – jest wiarygodny. Gdy zacznie się zastanawiać, co wolno powiedzieć liberalnym i konserwatywnym wyborcom PO – przestanie być wiarygodnym. A dla „korwinowców” i „kukizowców” i tak zostanie po wsze czasy „lewakiem”. Albo jeszcze gorzej.

Bryza

Kto z Czytelników czytał ubiegłotygodniową Trybunę, pamięta, że o bryzie już pisałem. Polityk, jak surfer, musi korzystać z pojawiającej się fali. Płynąc pod prąd – ryzykuje zatopieniem. Nie ma dzisiaj dobrej fali dla Biedronia. To prawda, jest olbrzymie zniesmaczenie wyborców partiami, politykami i stylem rządzenia przez ostatnie co najmniej kilkanaście lat. Ale przede wszystkim – wśród elektoratu niepopierającego Jarosława Kaczyńskiego – dominuje chęć odsunięcia tegoż polityka od władzy. Prędzej zagłosują na znienawidzonego Schetynę, niż zaczną się zastanawiać, co proponuje progresywny Biedroń.
Podobna sytuacja miała już miejsce w III RP. Proszę w żadnym razie nie traktować tego przykładu jako przyrównania Roberta Biedronia do Stana Tymińskiego. Chodzi mi o olbrzymi dyskomfort, jaki może być udziałem wielu wyborców podczas jesiennych wyborów. Pamiętam, jak z ciężkim sercem stawiałem krzyżyk przy nazwisku Lecha Wałęsy. Ale tragedią dla Polski byłby prezydent Tymiński. A najważniejszym tegorocznym zadaniem jest odsunięcie PiS-u od władzy.
Jeśli nowa partia Biedronia dostanie się między dwa koła młyńskie – jedno z napisem „PiS”, a drugie z szyldem „antyPiS” – niewiele zostanie z pięknych i słusznych haseł o progresywnej polityce.

Torwar

Nie wątpię, że zwolennicy Biedronia licznie stawią się w niedzielę na warszawskim Torwarze. Będzie ich kilka tysięcy. By wprowadzić do Sejmu 40 posłów, potrzeba 1,5 miliona głosów. Jak pisałem tydzień temu, walorem partii Biedronia będzie efekt świeżości. Dzięki niemu, być może, uda mu się w majowych wyborach europejskich przekroczyć próg wyborczy i uzyskać wynik na poziomie 7-8 proc. Jeśli tak się zdarzy, będzie na dobrej drodze do powtórzenia podobnego wyniku w jesiennych wyborach parlamentarnych.

Indywidualista

„Jednej listy lewicy nie ma i wiemy, dlaczego i przez kogo jej nie ma” – powiedział Włodzimierz Czarzasty w rozmowie z Justyną Dobrosz-Oracz na łamach „Gazety Wyborczej”. Redakcja opatrzyła słowa przewodniczącego SLD tytułem: „Czarzasty uderza w Biedronia”. Nieprawda, nikt nikogo tutaj nie bije. Takie są fakty.
Po fiasku wykreowania Adriana Zandberga i Barbary Nowackiej na liderów lewicy, brak jest kandydata, który byłby akceptowalnym dla większości ugrupowań lewicowych. Robert Biedroń wydawał się kandydatem naturalnym. A laurka, jaką mu wystawiłem jako koledze z ław sejmowych, jest tego potwierdzeniem.
Wybrał samodzielną drogę polityczną. Nie zaskoczył mnie. Czteroletni pobyt w Sejmie to nie tylko przygoda z wielką polityką. To również zwykłe, codzienne życie. Słabo znam Biedronia z tej strony. Ale z tego co zaobserwowałem, zawsze chadzał swoimi ścieżkami. Tak zrobił i tym razem. Szkoda.

Lewica w Sejmie

Będę przyglądał się nowemu ruchowi. Mając świadomość, że Biedroń buduje partię konkurencyjną wobec Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Chcąc – to oczywiste – przejąć część elektoratu SLD. Czy jego partia zmniejszy szanse lewicy na powrót do Sejmu? Dzisiaj trudno dać jednoznaczną odpowiedź.
Badania wskazują, że nowa partia Biedronia zabierze wyborców głównie Platformie Obywatelskiej. Media odnotowały ostry skręt w lewo partii Grzegorza Schetyny podczas ubiegłotygodniowej Konwencji PO. Która przebiegała pod hasłem „powstrzymać Biedronia”. Jest więc prawdopodobnym, że w przyszłym Sejmie, obok Platformy Obywatelskiej, nieco osłabionej przez „progresywnego Biedronia”, znajdzie się też miejsce dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej. A suma głosów posłanek i posłów obozu antypisowskiego pozwoli na usadzenie Kaczyńskiego w ławach opozycji. To scenariusz pozytywny.
Ale może też się zdarzyć, że rozdrobniona lewica po raz drugi nie dostanie się do parlamentu. A PiS będzie rządził do 2023 roku. Wówczas jednym z ojców sukcesu Jarosława Kaczyńskiego będzie Robert.

Włodku, musisz!

Po przeciętnym wyniku w wyborach samorządowych dla SLD, zaczęło się coś, co w polityce jest naturalne – wzajemne animozje, pretensje i gorzkie żale. Oczekiwania z pewnością były większe, choć wynik SLD nie jest taki słaby, jaki lansuje wielu publicystów.

 

Wielu samorządowców winą na wynik wyborczy obarcza lidera Sojuszu. Takie opinie docierają z Warszawy i Poznania. Obie struktury uważają, że Włodzimierz Czarzasty powinien podać się do dymisji. Jakby zapominając z jakiego dołka wyciągał tę partię Czarzasty jeszcze dwa lata temu, kiedy to podzielony i wewnętrznie rozbity Sojusz miał 2-3% w sondażach i gdzie wielu lansowało tezę o zwinięciu sztandaru. Tak się jednak nie stało. SLD przetrwał najgorszy dla siebie czas. Lewicy nadal jednak będzie pod górkę z co najmniej trzech powodów.
Po pierwsze. Włodzimierz Czarzasty postawił na podmiotowość SLD za co został wściekle zaatakowany przez liberalny mainstream, który rolę lewicy widzi w Koalicji Obywatelskiej, która jest konglomeratem i zlepkiem wielu idei, których nie łączy tak naprawdę nic, poza dokopaniem władzy. Jak to zrobić, to już mniej ważne. A tak się z PiS nie wygra, bowiem Jarosław Kaczyński dość skutecznie przeorał świadomość społeczną w Polsce poprzez wprowadzenie programu 500 plus. Liberalna opozycja twierdziła, że nie ma na to pieniędzy, że jego wprowadzenie zniszczy budżet. Poprzez emocje zawsze budowało się w Polsce skutecznie politykę społeczną polegającą na ograniczaniu na nią wydatków i sprowadzając rolę państwa do nic nieznaczącego czynnika. To się skończyło. I to wydaje się zrozumiał Włodzimierz Czarzasty, który konsekwentnie odmawia koalicji w ramach Koalicji Obywatelskiej. Szansa na sojusz z partią Razem i szukanie wsparcia na lewicy, to jedyny słuszny kierunek, jaki dziś Sojusz może obrać. W ramach Koalicji Obywatelskiej Włodzimierz Czarzasty zawsze będzie za Grzegorzem Schetyną a lewicowe postulaty rozmyją się w liberalnym programie PO. Czy obecność takich postaci jak Rosati, Hübner, Arłukowicz, zmieniło oblicze PO? Nie, a przykładem tego niech będzie cytat Barbary Nowackiej, która grzmiała po głosowaniu w Sejmie w sprawie aborcji. Okazało się wówczas, że zabrakło zaledwie 9 głosów, by obywatelski projekt „Ratujmy kobiety” skierować do dalszych prac. Zabrakło, gdyż wielu przedstawicieli opozycji w ogóle nie wzięło udziału w głosowaniu. Nowacka pisała: Na demonstracjach prodemokratycznych, sorry, nie macie czego szukać(…) Być mniej progresywnym od Macierewicza i Pawłowicz? Mega słabe. Tym bardziej dziwi jej energiczne wsparcie projektu Koalicji Obywatelskiej.
Po drugie. W przyszłym roku pierwszym testem dla lewicy będą wybory do Parlamentu Europejskiego. Sojusz ma swojego wiceprzewodniczącego PE prof. Bogusława Liberadzkiego. To ewenement, aby partia, która znajduje się poza Sejmem, miała swojego wiceszefa PE. Obecnie tylko SLD potrafi wysunąć w miarę liczącą się reprezentację w tych wyborach. Będą one nieco inne niż wybory samorządowe, gdzie dużą rolę odrywały lokalne komitety wyborcze. W tych wyborach w dużej mierze wybór będzie albo za europejskimi wartościami albo za ich zanegowaniem. W PiS już widać, że flaga Unii Europejskiej będzie eksponowana, choć jeszcze niedawno wycofana była z KPRM a przez jej posłankę nazwana była „szmatą”. Działania PiS na arenie międzynarodowej skutecznie osłabiają pozycję Polski. Nie mamy praktycznie żadnych przyjaciół. Pragmatyczni Węgrzy, Czesi czy Słowacy prowadząc ostre negocjacje z UE nie zamykają sobie furtki z Rosją, skutecznie lawirując w polityce międzynarodowej. Rząd PiS skutecznie skłócił Polskę z UE a w walce z Rosją stał się europejskim jastrzębiem, co nie przynosi zrozumienia w Europie. Wspólna lista lewicy, w tym Zielonych i Razem to szansa na poszerzenie socjalistycznej frakcji w PE, drugiej po chadeckiej. PO i PSL zasiadają w tej samej frakcji co partia premiera Victora Orbana. W takiej być może zasiądzie również Barbara Nowacka.
I wreszcie po trzecie. Polskie społeczeństwo jest egalitarne a trwająca od ponad dekady jałowy spór PO-PiS niszczy debatę publiczną w Polsce. Wychowuje się nowe społeczeństwo, które żyje w tym konflikcie, podsycane nienawiścią i wojną. Doszliśmy w debacie publicznej do jakiegoś absurdu. Nie potrafimy już rozmawiać na argumenty, brak elementarnej kultury wypowiedzi, a chamskie wypowiedzi posłów i dziennikarzy stają się nieodłączne w dyskusji. Nigdy chyba po 1989 roku nie byliśmy tak podzieleni, jak dziś. Dlatego tak bardzo potrzebna jest trzecia siła. Może być nią tylko lewica, konsekwentnie opowiadająca się za prawami pracowniczymi, prawami człowieka i europejskimi wartościami. Rozmowy SLD z Razem to milowy krok ku wspólnej liście w przyszłorocznych wyborach do Sejmu. Być może dołączy do tego Robert Biedroń, który widzi w swojej tworzącej się partii alternatywę dla rządów PO-PiS. Jest on, podobnie jak Czarzasty, atakowany przez liberalne media za niedołączenie do projektu Koalicji Obywatelskiej. Lider SLD, jako przewodniczy największej dziś lewicowej partii, musi zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do jeszcze większej polaryzacji na scenie politycznej. Wspólny blok SLD, Razem, partii Roberta Biedronia to może być autentyczna alternatywa wobec dwóch wielkich bloków politycznych. Rok 2019 będzie zatem decydująca dla przyszłości nie tylko SLD, ale całej lewicy. W 2015 rok SLD i Razem otrzymały ponad półtora miliona głosów. Lewicowi wyborcy pozostali osieroceni poprzez głupotę i ambicje liderów. Nie można do tego dopuścić w przyszłym roku. Wszystkie ręce na pokład!

Partio Razem, musisz!

W wigilię święta zmarłych na lewicy przyszło na świat nowe życie. Partia Razem pogrzebała swoje świętości, aby narodzić się na nowo. Przyznam, że konferencja prasowa, na której Maciej Konieczny i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk obwieścili społeczeństwu gotowość podjęcia współpracy z SLD zaskoczyła nawet mnie, hienę lewicowej żurnalistyki. Nieformalne rozmowy pomiędzy przedstawicielami obu ugrupowań toczyły się już od pewnego czasu, jednak mało kto spodiewał się tak szybkiej anuncjacji.

 

Klęska Razem w wyborach samorządowych nie była trudna do przewidzenia. Słaby wynik to przede wszystkim skutek polaryzacji pola politycznego przez popisowski duopol, ale również wypadkowa etapu rozwoju, na którym znajduje się młoda lewica. Razemici przedstawili niezły program i bardzo poprawnie, na tyle na ile starczyło środków i ludzkiego zapału, przeprowadzili kampanie wyborczą w większych ośrodkach. Cóż z tego, skoro społeczeństwo kompletnie nie postrzega Razem jako poważnej siły w polityce lokalnej, a lewicowe postulaty do swoich programów wpisały główne siły polityczne. W takiej sytuacji jedyną szansą okazało się postawienie na kandydatów z doświadczeniem i sukcesami w działalności politycznej, którzy mogliby uwiarygodnić propozycje programowe oraz znalezienie koalicjantów Na takie rozwiązanie zdecydowali się działacze z Poznania. W efekcie współtworzony przez nich komitet wyborczy zdobył dwa mandaty w radzie miasta. W wyścigu o lokalną prezydenturę Razem poparło wiceprezydenta miasta Tomasza Lewandowskiego, który ostatecznie zajął trzecie miejsce. Dokładając do tego trzeci w skali kraju wynik w wyborach do sejmiku wojewódzkiego, otrzymujemy świadectwo, że w polityce można wygrywać, tylko trzeba wiedzieć, kogo wziąć do składu.

Kierownictwo Razem nie pokładało szczególnych nadziei w wyborach lokalnych. Miały one służyć przede wszystkim zwiększeniu rozpoznawalności kandydatów przed bardzo ważnym rokiem 2019, a także zaprawieniu aktywu w działaniach kampanijnych i przeprowadzeniu testu sprawności politycznej przed kluczowymi dla przyszłości partii starciami – o europarlament i Wiejską. Test został oblany, ale to nie jedyna fatalna wiadomość dla działaczy. Lekarstwem na obniżone morale miał być dobry wynik w eurowyborach, kiedy niska frekwencja tradycyjnie sprzyja małym ugrupowaniom. Zdobycie kilku mandatów pozwoliłoby przystąpić do boju o parlament w r0li poważnej siły politycznej. Pojawił się jednak problem, a na imię mu Robert Biedroń. Były prezydent Słupska od dwóch miesięcy jeździ po kraju, spotyka się z wyborcami, a przede wszystkim – tworzy struktury swojego ugrupowania przed debiutem, który zaplanował właśnie na eurowybory. Biedroń ma wszystko to, czego brakuje razemitom – nazwisko, nimb sukcesu politycznego, wiarygodność i pewność siebie. A jednym z segmentów rynku wyborczego, do którego zamierza dotrzeć z ofertą, jest elektorat Partii Razem.

Widmo katastrofy w eurowyborach jest dla Razem perspektywą apokaliptyczną. Jeśli partia nie doskoczy do progu, defetyzm i demotywacja osiągną masę krytyczną, konflikty przerodzą się w dekompozycję, co ostatecznie sprawi, że karminowe sztandary będziemy mogli podziwiać już tylko w Muzeum Socjaldemokracji, zbudowanym z inicjatywy prezydenta Biedronia w roku 2027.
Robert Biedroń nie będzie koalicjantem Razem. Nie ma żadnego powodu, by nim zostać. Jego celem jest stworzenie i szybka promocja własnego brandu, za pomocą którego zamierza zdobyć serca „lewego” segmentu elektoratu PO, Nowoczesnej i znacznej części lewicy, która zagłosuje na niego, bo nie ma żadnej poważnej alternatywy.

Co więc może zrobić Partia Razem, by uniknąć zagłady? Sojusz z SLD jest jedyną szansą na wprowadzenie karminowych reprezentantów do europarlamentu i polskiego Sejmu. Nikt przecież wówczas nie zabroni prowadzenia własnej, niezależnej od SLD gry politycznej, przychodzenia na pracownicze demonstracje, angażowania się w ruchy kobiece czy LGBT. Oczywistą korzyścią będzie zapewnienie finansowej reprodukcji ugrupowania, większa liczba cytowań i zaproszeń do najważniejszych stacji telewizyjnych, co z kolei może być początkiem końca anonimowości najdzielniejszych działaczy karminowej lewicy.

Elektorat Razem różni się znacznie od eseldowskiego, więc ryzyko „pożarcia”, tak namiętnie kreślone przez krytyków tej koalicji, jest niczym jak innym jak projekcją zaniżonego poczucia własnej wartości i zwykłym lewackim panikarstwem. Dla wielu osób związanych z Razem pakt z SLD oznacza konieczność wymiany fundamentów etyki politycznej. Hasła takie jak „znajdzie się cela dla Leszka Millera” czy „kurica nie ptica, SLD nie lewica” symbolizowały negacje bezideowego, neoliberalnego projektu, który gospodarował przestrzeń lewicową w poprzednich dekadach, a także marzenie o stworzeniu prospołecznej formacji. Mamy jednak rok 2018, nie 2005.

Czas na pracę SLD

Polakom zagraża konserwatywna prawica spod znaku Prawa i Sprawiedliwości, a nikt nie obroni ich tak, jak może to uczynić lewica.

 

21 października, pierwszy raz od porażki w 2015 r., poddaliśmy się osądowi wyborców. Trzy lata temu, gdy lewica nie znalazła się w Sejmie, wielu wieszczyło koniec Sojuszu Lewicy Demokratycznej i nie wierzyło, że w przyszłości będziemy w stanie przekroczyć próg wyborczy i znaleźć się ponownie w parlamencie. Wiele sondaży nie było dla nas łaskawych: co pewien czas dowiadywaliśmy się, że popiera nas trzy lub cztery procent wyborców, a lepszą decyzją jest głos na inne ugrupowania. 21 października lista SLD Lewica Razem otrzymała ponad milion głosów i 6,7 proc. poparcia w skali kraju. Przekroczyliśmy magiczne 5 procent, zdobyliśmy wynik lepszy niż Kukiz ’15, a przede wszystkim pokazaliśmy, że Polacy potrzebują lewicy i oczekują jej powrotu. Nie jest to wynik, który pozwala mówić o sukcesie, ale jest to wynik, który daje nadzieję: na powrót do Sejmu, udział we współrządzeniu Polską i realizację naszego programu. Jest kolejnym krokiem na drodze odbudowy lewicy (po głupiej decyzji o wystawieniu kandydatury Magdaleny Ogórek na prezydentkę Polski i wypadnięciu SLD z Sejmu), którą rozpoczęliśmy w 2016 r., i którą zakończymy w 2019 r., gdy nasi parlamentarzyści ponownie zasiądą na Wiejskiej. Nie ogłaszam więc sukcesu, ale i nie mówię o klęsce. Nie czas na przypominanie, że jesteśmy partią pozaparlamentarną, że nie wszystkie media są nam życzliwe, że nie mamy tyle sił i środków co nasi konkurenci. Czas na ciężką pracę i wiarę w sukces. Nie zgadzamy się na podział Polski między PiS i PO. Okazało się kolejny raz , że bez SLD i PSL nie da się przywrócić normalności i stworzyć stabilnych większości gwarantujących uczciwe rządy na poziomie sejmików i parlamentu.

Ponad milion głosów na SLD Lewica Razem w wyborach samorządowych tworzy przestrzeń dla nowych sojuszy przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i wyborami parlamentarnymi. Nie będą to porozumienia dyktowane przez konieczność. Nasz wynik nas do tego nie zmusza. Sojusz Lewicy Demokratycznej zweryfikował swoje poparcie w wyborach samorządowych. Jesteśmy w stanie wystawić własne listy i wprowadzić swoich parlamentarzystów zarówno do Parlamentu Europejskiego, jak i do Sejmu. Wierzę jednak, że warto w pierwszym rzędzie postawić na konsolidację wszystkich środowisk lewicowych wokół wspólnego programu i obrony naszych wartości: wolności, równości, solidarności, otwartości, integracji europejskiej, świeckiego państwa, praw kobiet i szacunku dla mniejszości. Dlatego powinniśmy zabiegać o dalszą współpracę z naszymi dotychczasowymi partnerami z Lewicy Razem oraz prowadzić rozmowy z tymi z którymi nie udało się dotychczas porozumieć. Myślę tu m.in. o partii Razem czy Zielonych. Myślę też o środowisku związanym z Robertem Biedroniem.

Polakom zagraża konserwatywna prawica spod znaku Prawa i Sprawiedliwości, a nikt nie obroni ich tak, jak może to uczynić lewica. Wyniki wyborów samorządowych, które – co trzeba przyznać – wygrała partia rządząca, skłaniają też do zacieśnienia współpracy z innymi formacjami stojącymi – podobnie jak lewica – na gruncie obowiązującej Konstytucji i przynależności Polski do Unii Europejskiej. Czas, w którym zagrożone są w Polsce fundamenty demokratycznego państwa prawnego, wymaga bowiem porozumienia ponad podziałami: zarówno partyjnymi, biograficznymi, jak i ideologicznymi. Chcę więc rozmawiać z Polskim Stronnictwem Ludowym, PO i Nowoczesną. W wielu miejscach w Polsce współpracując w tych wyborach samorządowych, dowiedliśmy, że nasze współdziałanie przynosi sukces. Wystarczy przywołać przykład Łodzi, Lublina czy Wrocławia.

Rezultat wyborów samorządowych to wiele indywidualnych sukcesów polityczek i polityków lewicy. Setki mandatów radnych gmin, miast, powiatów i województw. To nasi prezydenci i wiceprezydenci, burmistrzowie i wójtowie. To kluby radnych, powyborcze koalicje i porozumienia. To trzy województwa, w których niemożliwe jest zbudowanie większości w sejmiku bez radnych Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To także trudne wybory partnerów politycznych, z którymi warto zawiązać koalicję w gminie, powiecie i województwie.

Prawdą jest, że lokalne życie polityczne rządzi się swoimi prawami, że toczy się w dużej mierze poza podziałami, które wyznacza ogólnokrajowa polityka. Ale do wyborów szliśmy pod hasłem „Silny samorząd, demokratyczna Polska”. Pamiętaliśmy, że Prawo i Sprawiedliwość zdominowało Sejm i Senat, rząd i administrację rządową w terenie, podporządkowało sobie prokuraturę, niszczy niezawisłe sądy, a z naruszania Konstytucji uczyniło podstawową metodę sprawowania władzy. Naszym celem były nie tylko dobrze zarządzane gminy, powiaty i województwa, ale obrona demokratycznego państwa prawnego. Chcieliśmy, by samorząd terytorialny pozostał jedynym segmentem władzy niezależnym od Prawa i Sprawiedliwości. Właśnie dlatego przez ostatnie miesiące walczyliśmy o samorząd i właśnie dlatego dzisiaj nie ma naszej zgody na koalicje z Prawem i Sprawiedliwością: zarówno w sejmikach województw, jak i w radach powiatów i miast. Wiarygodność i uczciwość wobec wypowiedzianych w trakcie kampanii słów są najważniejsze!

Partia która przygotowała i przegłosowała obowiązującą Konstytucję, nie może przyłożyć ręki do wzmocnienia partii, która Konstytucję tę ma za nic i stale ją narusza. Sojusz Lewicy Demokratycznej – partia, która wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej – nie może nigdzie wspierać formacji, która chce Polskę z Unii wyprowadzić i zniszczyć dorobek kilkunastu lat naszego członkostwa. Wymaga tego szacunek do demokratycznego państwa prawnego, dorobku naszego środowiska politycznego, a tak po prostu – zwykła ludzka przyzwoitość, której nie może przesłonić doraźna kalkulacja. Wiem, że nie zawsze osoby z Polskiego Stronnictwa Ludowego, PO i Nowoczesnej są łatwymi partnerami. Ale współpraca z nimi jest koniecznością czasu, w którym musimy walczyć o to, by Polska dalej była demokratycznym państwem prawnym. Państwem, które budowaliśmy przez ostatnie trzydzieści lat.

4 listopada druga tura wyborów samorządowych. W pierwszej wielu naszych kandydatów obroniło swoje stanowiska w miastach, którymi z sukcesami rządzą. Z naszym poparciem już w pierwszej turze urząd prezydenta zdobyli: Krzysztof Matyjaszczyk w Częstochowie, Beata Moskal-Słaniewska w Świdnicy, Rafael Rokaszewicz w Głogowie, Beata Klimek w Ostrowie Wielkopolskim, Łukasz Komoniewski w Będzinie, Jacek Wójcicki w Gorzowie Wielkopolskim, Marcin Krupa w Katowicach i Tadeusz Ferenc w Rzeszowie. Wspólnymi kandydatami SLD, PO, PSL i Nowoczesnej byli Jacek Sutryk we Wrocławiu, Hanna Zdanowska w Łodzi i Krzysztof Żuk w Lublinie. W niedzielę walczymy dalej: wierzę w sukces Agaty Fisz w Chełmie, Marcina Bazylaka w Dąbrowie Górniczej, Łukasza Kulika w Ostrołęce i Jacka Majchrowskiego w Krakowie. To dobrzy, mądrzy kandydaci i sprawdzeni samorządowcy, którzy pokazują codziennie, jak skutecznie rządzić potrafi lewica. Trzymam za nich kciuki, wiem, że odniosą sukces.

A co po wyborach? Praca na jak najlepszy wynik w 2019 r. I więcej uśmiechu.

Razem z SLD?

Słaby wynik w wyborach samorządowych i marne perspektywy na sukces w boju o europarlament skłoniły Partie Razem do poszukiwania sojuszników. Na wtorkowej konferencji członkowie zarządu krajowego zasygnalizowali chęć współpracy z innymi lewicowymi ugrupowaniami, w tym również z Sojuszem Lewicy Demokratycznej.

 

Na spotkaniu z dziennikarzami głos zabrali: Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, uznawana za jedną z bardziej charyzmatycznych osób w Razem oraz Maciej Konieczny, w przeszłości członek Młodych Socjalistów, jeden ze współzałożycieli partii. Za ich plecami stał milczący Adrian Zandberg, który jeszcze dwa tygodnie temu, podczas drugiego dnia strajku w LOT, zapewniał, że nie ma mowy o nawiązaniu bliskości pomiędzy Razem, a SLD.

Rzeczywistość zmusiła jednak kierownictwo PR do rewizji stanowiska. Po wyborach samorządowych na łonie Partii trwała intensywna debata na temat kierunku działań przed wyborami do europarlamentu, które, zważywszy na marny wynik w starciu o samorządy, będą dla Razem bojem o „być albo nie być”. Wnioski zostały zaprezentowane na dzisiejszej konferencji. Wygląda na to, że powstała w 2015 roku młoda lewica będzie zmuszona porzucić antyeseldowskie nastawienie i otworzyć się na współpracę z ugrupowaniem, którego lewicowość dotąd konsekwentnie kwestionowała.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk mówiła o „bolesnej lekcji” ostatnich wyborów, a także o imadle, w którym zakleszczyły społeczeństwo PO i PIS. – Nadal dostrzegamy różnice, jakie dzielą nas od innych ugrupowań. Nadal pozostajemy bardzo krytyczni wobec wielu działań starej lewicy, w szczególności SLD. Zdaniem polityczki jluczowym zadaniem jest obecnie budowa alternatywny dla duopolu PO-PiS, którą stanowić może tylko”silna i skuteczna lewica”, budowa której jest „obowiązkiem wobec Polek i Polaków”. Dziemianowicz-Bąk wymieniła również grupy, które obecnie nie mają politycznej reprezentacji w parlamencie.– To nasz obowiązek wobec strajkujących pracowników PLL LOT, protestujących pielęgniarek i nauczycielek, kobiet pozbawionych dostępu do legalnej i bezpiecznej aborcji, wobec pracowników wypchniętych na śmieciówki i fikcyjne samozatrudnienie, wobec osób z niepełnosprawnościami, aktywistek na rzecz świeckiego państwa i mieszkańców niewielkich miejscowości odciętych od transportu publicznego – wyliczała członkini zarządu krajowego Partii Razem.

Ciekawe akcenty znalazły się również w wystąpieniu Macieja Koniecznego. – Wszyscy jednak niezależnie od szyldu, niezależnie od ambicji, jesteśmy politykami. Nie możemy obrażać się na rzeczywistość. Jeżeli chcemy, aby różnorodna lewica znalazła się w Parlamencie Europejskim, a potem w polskim Sejmie, to Razem, Robert Biedroń i SLD muszą usiąść do stołu. Jako Razem jesteśmy na to gotowi – stwierdził Konieczny, w przeszłości członek Młodych Socjalistów, organizacji, która sprzeciw wobec rządów SLD osadziła w swoim politycznym DNA.

Co na to szefostwo Sojuszu? – Bardzo pozytywnie odbieram tę deklarację – powiedział Włodzimierz Czarzasty. – Jako SLD nigdy nie mówiliśmy źle o Partii Razem, o Zielonych, o Robercie Biedroniu, ani tym bardziej o żadnym z naszych 21 partnerów politycznych (koalicja SLD-Lewica Razem). Wolę współpracy na lewicy deklarujemy od dawna. Przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego są idealnym momentem, aby stworzyć wspólne listy lewicy – skomentował szef SLD.

 

Wyjdźmy na ulice!

List do Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia, Adriana Zandberga, Małgorzaty Tracz, Bogusława Gorskiego, Waldemara Witowskiego, Jana Śpiewaka.

 

100-lecie polskiej niepodległości to wyjątkowa okazja, aby przypomnieć polskiemu społeczeństwu rolę lewicy w walce o niepodległość. To również doskonałą okazja do narzucenia własnej narracji historycznej. Zwłaszcza młodemu pokoleniu, które niemal całkowicie ma dziś poglądy prawicowe.

Prezydent RP Andrzej Duda odrzucił propozycję środowisk narodowych, aby uczestniczyć w wspólnym marszu. Zatem jedynym środowiskiem, które wyjdzie, licznie jak zwykle, na ulice Warszawy, będą nacjonaliści. Po raz kolejny to ich środowisko skanalizuje bunty społeczne młodego pokolenia. Lewica, o ile w ogóle, potrafi tego dnia tylko blokować takie marsze. W społecznym odbiorze zatem po raz kolejny lewica zamiast wyjść z własną inicjatywą, podkreślić rolę PPS w walce o niepodległość i sprawiedliwość społeczną, będzie blokowała czyjąś inicjatywę. Tak to będzie odebrane. Lewica sama, na własne życzenie, oddaje pole narodowej prawicy. Jakby zapominając słowa Orwella: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość”.

Odzyskanie przez Polskę niepodległości było w dużej mierze zasługą socjalistów. Czerwone flagi nie były wówczas synonimem bolszewizmu. W odróżnieniu od prawicy, kolaborującej z zaborcami i zerkającej na obce mocarstwa, to socjaliści 7 listopada 1918 r., nie oglądając się na nikogo, stworzyli pierwszy polski rząd gwarantujący prawo do strajku, 8 godzinnego dnia pracy i równości płci.
W narodowe święto niepodległości nie usłyszymy o zdobyczach socjalnych pierwszego niepodległego rządu polskiego, na czele którego stanął Ignacy Daszyński z PPS. Socjaliści, bili się nie tylko o niepodległość, ale również o kształt państwa. Ich główny postulat to przekształcenie państwa w demokratyczną Republikę Ludową. W myśl manifestu wszyscy obywatele mieli otrzymać równouprawnienie pod względem politycznym i obywatelskim, co miało wyrażać się wolnością sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, i strajków. W ramach dążeń do poprawy warunków socjalnych zapowiedziano ośmiogodzinny dzień pracy w przemyśle, handlu i rzemiośle.

Jako jeden z pierwszych rządów na świecie Tymczasowy Rząd Ludowy potwierdza i gwarantuje prawa wyborcze kobiet, wyprzedzając tym samym większość państw europejskich, a także USA. Manifest ustala 8-godzinny dzień pracy w przemyśle, rzemiośle i handlu. Rząd deklaruje natychmiastowe przystąpienie do reorganizacji organów samorządu terytorialnego i utworzenie milicji ludowej. Zobowiązuje się wnieść do Sejmu Ustawodawczego projekty reform dotyczących: przeprowadzenia reformy rolnej; upaństwowienia niektórych działów przemysłu i komunikacji; udziału robotników w administrowaniu prywatnymi przedsiębiorstwami; wprowadzenia prawa o ubezpieczeniach i ochronie pracy; powszechnego, świeckiego i bezpłatnego nauczania w szkołach.

Odezwa „Do ludu Polskiego” nie pozostawiała wątpliwości, jaki charakter mieć będzie przyszła Polska – „Nad skrwawioną i umęczoną ludzkością wschodzi zorza pokoju i wolności. W gruzy walą się rządy kapitalistów, fabrykantów i obszarników, rządy militarnego ucisku i społecznego wyzysku mas pracujących. Wszędzie lud pracujący dochodzi do władzy. I nie zaświta lepsza dola nad narodem polskim, jeżeli rdzeń i olbrzymia jego większość, lud pracujący, nie ujmie w swoje ręce budowy podwalin naszego życia społecznego i państwowego.”

Zdezorientowana prawica, która skompromitowała się współpracując z zaborcami, m.in. podczas rewolucji 1905 roku, przystępuje do działania. Nie zgadza się na rewolucyjne zmiany, jakie postulowani socjaliści. Narodowa demokracja przeciwna była m.in. prawem do głosu dla kobiet oraz dalszą klerykalizacją kraju. Ignacego Daszyńskiego zastępuje inny socjalista, Jędrzej Moraczewski, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego. To wówczas powstają dwa poważne dokumenty – Dekret o ośmiogodzinnym dniu roboczym” oraz „Warunki służbowe minimalne dla niższej służby folwarcznej (parobków)”, które zostają zatwierdzone przez Piłsudskiego. Dla robotników i chłopów, ważna była wszak nie tylko odzyskana niepodległość, ale przede wszystkim warunki, jakie stworzy niepodległe państwo. Czy miała to być w dalszym ciągu pańszczyzna, 16-godzinnny czas pracy bez możliwości strajku, czy demokratyczne i egalitarne państwo? Co robi prawica? W nocy z 4 na 5 stycznia 1919 przygotowuje zamach stanu na socjalistyczny gabinet premiera Jędrzeja Moraczewskiego.

Dziś zagrożenie ze strony skrajnej prawicy jest minimalne. To margines, groźny, głośny, ale margines. Zamiast straszyć faszyzmem, lepiej wyjść na ulice z własnymi hasłami. W tym roku nadarza się wyjątkowa okazja. Odsłonięty bowiem zostanie pomnik Ignacego Daszyńskiego. Policzmy się, wszyscy! Czy lewice jednak stać na ten organizacyjny wysiłek? Przed wojną wyjście na ulice było dla lewicy czymś naturalnym. Odnoszę wrażenie, że po 1989 roku stało się synonimem obciachu i wysiłkiem przekraczającym możliwości.