Białystok po ośmiu dniach

W niedzielę w Białymstoku odbył się protest przeciwko nienawiści. Organizatorami wiecu były partie bloku lewicowego  – Sojusz Lewicy Demokratycznej, Razem i Wiosna. Tym razem nie doszło od aktów przemocy, jak w poprzednią sobotę podczas pierwszego Marszu Równości zorganizowanego w stolicy Podlasia.

Ogłaszając manifestację liderzy partii lewicowych – Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń i Adam Zandberg napisali: „Chcemy wspólnie zaprotestować przeciwko przemocy, dyskryminacji i homofobii w przestrzeni publicznej oraz okazać solidarność z mieszkańcami miasta i ofiarami nienawiści”. „Mówimy jednym głosem: nie ma naszej zgody na przemoc i dyskryminację ze względu na orientację seksualną (czy z jakiegokolwiek innego powodu). Polska jest naszym wspólnym domem. Każda oraz każdy z nas ma prawo czuć się tu bezpiecznie” – zapowiedzieli organizatorzy wydarzenia.
Uczestnicy manifestacji demonstrowali pod hasłami „Polska dla wszystkich”, „Polska przeciw przemocy”, „Stop nienawiści”, Miłość nie wyklucza”, nieśli flagi tęczowe i flagi Unii Europejskiej. Na obrzeżach zgromadzenia gromadziły się grupki kontrmanifestantów, ale do aktów agresji nie dochodziło – nie powtórzyły się sceny, które osiem dni temu wstrząsnęły świadomością Polaków. Wówczas dochodziło do bezpośrednich ataków na uczestników marszu, lżenia ich, obrzucania jajkami, butelkami i innymi przedmiotami. Sobotni marsz odbywała się pod hasłem „Białystok domem dla wszystkich”. W świetle brutalnych ataków na jugo uczestników hasło to wydało się ponurą ironią, jakby rozbijający marsz kibole chcieli mu tym bardziej zadać kłam. W następstwie tych wydarzeń policja zidentyfikowała 112 osób i prowadzone są 84 postępowania.
„W pierwotnym założeniu manifestacja miała odbywać się również jako marsz, jednak organizatorzy nie dostali na to zgody” mówi przewodniczący podlaskich struktur SLD Piotr Kusznieruk, który specjalnie dla „Dziennika Trybuna” relacjonował przebieg odbywającej się na białostockim pl. Piłsudskiego demonstracji. Zwracał także uwagę, że spokojny przebieg niedzielnej manifestacji to również efekt reakcji mieszkańców Białegostoku, którzy poczuli, że skandaliczne wydarzenia – w których skądinąd brało udział wielu przyjezdnych, którzy specjalnie pojawili się w mieście aby blokować marsz – w konsekwencji są wyjątkowo szkodliwe dla wizerunku miasta w całej Polsce a nawet za granicą. Bo świadomość, że nazwa Białegostoku stała się znana w jednoznacznie negatywnym kontekście stała się czymś oczywistym. Poza protestem przeciw przemocy i dyskryminacji, taki był też cel zorganizowania niedzielnego wiecu – aby choć w części zatrzeć fatalne wrażenie jakie wywołały burdy i homofobiczna agresja.
Na wiecu występowali liderzy partii-organizatorek. „Nigdy nie myślałem, że będę skandował solidarność naszą bronią – powiedział mówił szef SLD Włodzimierz Czarzasty. – Nie będziemy nigdy tolerowali tego, że ktoś wiesza zdjęcia posłów, że dzieli Polskę na sorty, że idzie obok faszystów i mówi, że ich nie widzi”. Z kolei Adrian Zandberg z Razem mówił: „Wolność to życie bez strachu, to możliwość wyjścia na ulicę za rękę z tym, kogo się kocha. (…) Wierzę, że większość Polek i Polaków, po tym, co zobaczyła w zeszłym tygodniu, będzie solidarna z ofiarami przemocy. Kiedy biją, jest tylko jeden wybór – albo się jest po stronie bijących albo bitych. Innego wyboru nie ma”. Robert Biedroń dzielił się natomiast swoimi wspomnieniami, aby wykazać, że zmiana jest możliwa, że do akceptacji odmienności można dojść.
Dzień wcześniej, 27 lipca, przeciwko przemocy protestowały metropolie: Warszawa, Katowice, Szczecin i Wrocław. O „strefę wolną od nienawiści” zaapelowały również mniejsze miejscowości w całej Polsce: demonstracje odbyły się w Pile, Białowieży, Węgorzewie, Zgorzelcu, Wałbrzychu czy Gryficach.
Stołeczny wiec rozpoczęło przemówienie Ewy Hołuszko – działaczki „Solidarności” i osoby transpłciowej, która tydzień temu w Białymstoku była na czele zaatakowanego przez nacjonalistów i kiboli marszu.
– Spotkały się dwie Polski. Jedna to ta europejska, dążąca do wolności. Druga to ta pseudochrześcijańska, która chce nas cofnąć o dziesiątki lat – tak kobieta mówiła o wydarzeniach w stolicy Podlasia. Kolejne przemawiające osoby, które również uczestniczyły w tamtym marszu, mówiły o agresji i strachu, ale również o tym, że to politycy zawiedli, przeliczając poparcie społeczności LGBT na procenty poparcia i ignorując jej postulaty. Pisarka Sylwia Chutnik ostrzegała, że jeśli przemoc nacjonalistycznych bojówek będzie nadal tolerowana, to jej poziom będzie tylko rosnąć i dojdzie do prawdziwej tragedii.
Za to, że sprawy związków partnerskich nie zostały dotąd uregulowane prawnie, przepraszała reprezentantka SLD Anna-Maria Żukowska. „Chcę i marzę o tym, by w Marszach Równości nie trzeba już było chodzić po to, by walczyć o równe prawa, tylko po to, by podczas nich po prostu radośnie celebrować równość” – powiedziała, zaś Adrian Zandberg z Razem, przypominając o zniszczeniach, jakich faszyści dokonali w Warszawie, apelował o udział w jutrzejszym lewicowym marszu przeciw przemocy w Białymstoku oraz w marszu równości w Płocku 10 sierpnia.
Około 200 osób zebrało się na proteście w Katowicach, pod hasłami „Kożdy inkszy, wszyscy równi” oraz „Wolność, równość, tolerancja” Blisko tysiąc osób zgromadził marsz pod kurię archidiecezjalną we Wrocławiu. Podobnie jak w Warszawie, i tam w tłumie widoczne były flagi Razem, Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, Wiosny, sztandary tęczowe.
W niedzielę 28 lipca w Białymstoku lewicowi działacze wspólnie zaprotestowali przeciwko przemocy w przestrzeni publicznej oraz okazali solidarność z ofiarami nienawiści.

Nareszcie

Po raz pierwszy od wielu lat polska lewica pójdzie do wyborów parlamentarnych w jednym bloku.

Możecie zapytać, szanowni Czytelnicy i szanowne Czytelniczki: dlaczego tak późno? Od poprzedniej – nieudanej – próby jednoczenia lewicy w 2015 roku upłynęły cztery lata. Tymczasem nowy projekt powstaje zaledwie na trzy miesiące przed wyborami. Stało się tak, gdyż każde z ugrupowań nowej koalicji wybrało w przeszłości inną polityczną drogę. Decyzja o połączeniu sił mogła zapaść dopiero wtedy, gdy każda z tych trzech dróg okazała się ślepą uliczką.
Trzy drogi lewicy
Partia Razem od początku istnienia postawiła na samodzielność. Uważając, że najcenniejszym jej walorem będzie brak bagażu doświadczeń z przeszłości, szczególnie tych negatywnych. Nie wierzono, że można współpracować z politykami i polityczkami starszego pokolenia, z ludźmi lewicy czasów PRL-u. Złośliwi nazywali partię Zandberga partią „Osobno”. Ostatnie wybory europejskie dramatycznie zweryfikowały drogę polityczną partii Razem. Mimo że w eurowyborach Razem wystartowało w koalicji o nazwie Lewica Razem, wynik wyborczy całej koalicji nie przekroczył 2 procent.
Robert Biedroń, tworząc w lutym tego roku partię Wiosna, „śnił o potędze”. Pamiętamy, jak w przedwyborczych wystąpieniach meblował przyszły rząd. Widząc siebie w roli premiera. Wybory europejskie sprowadziły Biedronia na ziemię. Uzyskane 6 procent poparcia i trzech przedstawicieli Wiosny w Parlamencie Europejskim to oczywiście bardzo dobry rezultat. Biorąc pod uwagę zaledwie trzymiesięczny staż Wiosny na scenie politycznej. Ale zdecydowanie za mało, by Polską rządzić.
Sojusz Lewicy Demokratycznej postawił z kolei na zjednoczenie całej opozycji. Mając świadomość, że tylko w ten sposób można stworzyć siłę polityczną zdolną do stawienia czoła rządzącemu Prawu i Sprawiedliwości. Zresztą wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego potwierdził słuszność tej koncepcji. Sam Sojusz osiągnął bardzo dobry rezultat, uzyskując 5 mandatów. Ale również wynik całej Koalicji Europejskiej – mimo że słabszy od wyniku PiS-u – sugerował sensowność kontynuowania drogi jednoczenia demokratycznej opozycji. Niestety dla liderów PSL i PO ważniejsze okazały się wewnątrzpartyjne rozgrywki niż dążenie do odebrania władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu. Szkoda.
Lepiej późno niż wcale – zakończmy ten temat. Najważniejsze, że czekanie w przedwyborczym przedpokoju wreszcie się skończyło.

Koniec „dobrej zmiany”

Nie liczmy na to, że wspólny start lewicy spotka się z aplauzem politycznej konkurencji. Silna lewica może odbierać głosy Prawu i Sprawiedliwości. Tak! Zwłaszcza wśród tych grup wyborców, do których szeroki strumień transferów finansowych nie był kierowany. A więc ludzi starszych, emerytów i rencistów. Poza rzuconym ochłapem trzynastej emerytury, w ich życiu niewiele się zmieniło. A w wielu wypadkach – wobec rosnących cen żywności – sytuacja osób i rodzin najsłabszych ekonomicznie pogorszyła się.
Dane opublikowane niedawno przez GUS szokują. Po kilku latach systematycznych spadków, w 2018 roku wzrósł w Polsce poziom ubóstwa. I to we wszystkich grupach społeczno-ekonomicznych: pracowników, rolników, przedsiębiorców, emerytów i rencistów. Poziom skrajnego ubóstwa, określanego mianem minimum egzystencji, wzrósł w ciągu ostatniego roku aż o 25 proc. Równie wysoki poziom skrajnego ubóstwa GUS notował ostatni raz dziesięć lat temu, w 2009 roku. Czas rzekomych sukcesów „dobrej zmiany” dobiega końca.
Nie liczmy również na przychylność Koalicji Obywatelskiej. Którą Adrian Zandberg słusznie określił jako koalicję Grzegorza ze Schetyną. Szef PO postawił sobie za zadanie nie pokonanie Jarosława Kaczyńskiego, ale pokonanie i zdominowanie swoich niedawnych koalicjantów z Koalicji Europejskiej. Będzie najpewniej przekonywał o rzekomo straconych głosach wyborców, którzy chcieliby głosować na PSL lub na koalicję lewicową. Wykorzystując przy okazji obecność Barbary Nowackiej do tworzenia złudnego wrażenia, że interesy lewicy reprezentuje On.
Tak więc w nadchodzącej kampanii wyborczej lewica będzie musiała zmierzyć się z atakami nie tylko Prawa i Sprawiedliwości. Niestety, pewnie również ze strony Koalicji Europejskiej. Partie POPiS-u nie zaakceptują powstania trzeciej siły, mogącej w przyszłości zagrozić prawicowemu duopolowi. A jak zachowa się w tej sytuacji „czwarta władza”? Czyli media.

Grillowanie

Tak zwane „grillowanie” członków tworzącej się koalicji już się rozpoczęło. TVN24 postanowiło sprawdzić, co Adrian Zandberg w przeszłości mówił o SLD. Za chwilę inna stacja przypomni wypowiedź Roberta Biedronia o „leśnych dziadkach”. Z archiwów dziennikarze wygrzebią barwny obrazek, na którym Marcelina Zawisza z partii Razem nie chce podać ręki przewodniczącemu SLD. I tak dalej. W dzisiejszych czasach mediów elektronicznych i internetu – tak jak w przyrodzie – nic nie ginie. A stara zasada „dziel i rządź” nie straciła na aktualności. Mając świadomość, że lewica może podbierać elektorat głosujący dotychczas na PiS, szczególną determinacją w dzieleniu lewicowych koalicjantów wykaże się telewizja Kurskiego. Tak przewiduję.
Nie dać się sprowokować. Mówić jednym, wspólnym głosem. To możliwe. Choć faktycznie w przeszłości różnie bywało. Ale któż z nas, z ręką na sercu, może zapewnić. Że nigdy nie powiedział paru słów za dużo. W rodzinie. W pracy. I w polityce – również. Najlepszą odpowiedzią dla szukających różnic wśród lewicowych koalicjantów będzie wspólny program.

Senyszyn i Zandberg

Byłem w ubiegłym tygodniu, wraz z Maciejem Koniecznym z partii Razem, gościem programu Polsat News. Prowadzący zadał pytanie: jak wyobrażamy sobie obecność w jednej koalicji Joanny Senyszyn i Adriana Zandberga. Zadziwiające pytanie. Bo gdy popatrzymy nie na PESEL polityczki SLD i polityka Razem (o ageizmie czyli dyskryminacji ze względu na wiek pisałem niedawno na łamach Trybuny), a na poglądy polityczne – to ich obecność we wspólnej koalicji jest czymś oczywistym. W sprawach świeckiego państwa, w walce o prawa kobiet – Senyszyn, Zandberg i Biedroń mówią jednym głosem. Zresztą nie tylko w tych sprawach.
Najsilniejszą stroną i spoiwem powstającej koalicji lewicowej jest zgodność programów tworzących ją partii. Nawet propagandzistom Kurskiego trudno będzie wbić klin i próbować rozbijać koalicję, wynajdując różnice w programach koalicjantów. Zarówno jeśli chodzi o problematykę społeczną, jak i światopoglądową.
Osobiście kamień spadł mi z serca. Kibicowałem wielkiej koalicji „wszystkich ze wszystkimi”. Widząc w niej optymalną konfigurację umożliwiającą odsunięcie PiS-u od władzy. Ale jednocześnie zżymałem się na myśl, że lewica będzie musiała uzgadniać wspólny program z liberalną i antypracowniczą Platformą Obywatelską i z klerykalnym Polskim Stronnictwem Ludowym.

Pięć czy osiem

Pierwszym problemem, z którym zderzy się nowa koalicja, będzie formuła startu. Wybór pomiędzy sercem i rozumem – jak w dawnej reklamie. Serce podpowiada, by do wyborów poszła szeroka koalicja polskiej lewicy. A wszyscy jej uczestnicy pojawili się na listach wyborczych z wysoko niesionymi sztandarami własnych partii. Głęboko przy tym wierząc, że 8‑procentowy próg wyborczy nie okaże się przeszkodą. Bo sondaże dają…
W 2015 roku sondaże też były obiecujące. Politycy i polityczki Sojuszu Lewicy Demokratycznej szczególnie dobrze zapamiętali tamte przegrane przez lewicę wybory. Co prawda teraz sytuacja jest inna. Nie będzie, tak jak wówczas, dwóch list wyborczych lewicy. Ale rozum podpowiada, że 5-procentowy próg wyborczy z pewnością byłby bezpieczniejszym rozwiązaniem. Wówczas kandydaci koalicji musieliby startować z listy wyborczej jednej z partii wchodzącej w skład koalicji.
Decyzja o formule startu zostanie wkrótce podjęta wspólnie przez koalicjantów.

Jedynki, dwójki, trójki

Druga rafa, to oczywiście listy wyborcze. Startując osobno, każda partia ma komplet miejsc „dla swoich”. Jedynek. Dwójek. Trójek. Takie partykularne myślenie zwyciężyło w Polskim Stronnictwie Ludowym i w Platformie Obywatelskiej. I stało się jednym w ważniejszych powodów rozpadu Koalicji Europejskiej. W przypadku PSL-u to patrzenie na wybory wyłącznie pod kątem interesu własnej partii może zakończyć się wyeliminowaniem ludowców z polityki sejmowej. Ale to ich problem.
Myślę, że wszyscy politycy i polityczki koalicji lewicowej mają tę świadomość. Że po zadeklarowanym w ubiegły czwartek przez trzech liderów zamiarze wspólnego startu – nie ma odwrotu. Klamka zapadła. I jednym z kolejnych kroków tworzenia koalicji będzie podział miejsc na wspólnej liście wyborczej. Zresztą zarówno Biedroń, Zandberg jak i Czarzasty nie mają złudzeń – samodzielny start każdego z ugrupowań byłby wyłącznie walką o przekroczenie progu wyborczego.

Trzech tenorów

Pisałem nie tak dawno o „lewarowaniu lewicy”. Przewidując, że wspólny start SLD z partią Grzegorza Schetyny może okazać się dla lewicy korzystny. Pomagając w odbudowaniu pozycji tejże lewicy na scenie politycznej. Wobec rozpadu Koalicji Europejskiej, ten plan oczywiście spalił na panewce. Co pozostało?
Pamiętam jak po rozpadzie AWS-u, w objazd po kraju ruszyło „trzech tenorów” prawicy: Tusk, Olechowski i Płażyński. Mało kto przypuszczał, że to był początek rządzącej później przez osiem lat Platformy Obywatelskiej. Trudno dzisiaj przewidywać, jak potoczą się losy lewicowej koalicji zawiązanej przez Czarzastego, Zandberga i Biedronia (trochę brakuje w tym towarzystwie żeńskiego „sopranu”). Bo powstanie wspólnej reprezentacji, to dopiero pierwszy kamień milowy nowej polskiej lewicy.

Kamienie milowe

Drugim kamieniem milowym będzie powrót posłanek i posłów lewicy do Sejmu – po czteroletniej absencji. Kolejnym – wspólny klub parlamentarny. By koalicja nie okazała się wyłącznie trampoliną na Wiejską dla polityków i polityczek poszczególnych partii.
A potem? Myślę, że ciąg dalszy nastąpi… Jednoczenia lewicy.

Mity zjednoczenia lewicy

Na lewicy po raz kolejny obserwujemy podjęcie próby zjednoczenia lewicy. Nie wiadomo w zasadzie po co, na jakich zasadach i w ramach jakiego programu. Bez określenia czym lewica jest dziś i czym ma być w przyszłości.

Błędy przeszłości

Liderzy Sojusz z Włodzimierzem Czarzastym na czele jakby zapominali o ostatnich nie najlepszych doświadczeniach SLD. Nie wyciąganie wniosków z błędów przeszłości, nie tylko w polityce, mści się niemiłosiernie. A tymi błędami było z pewnością schowanie sztandaru tej partii, jedynej dziś realnej siły na lewicy, czy to się komuś podoba, czy nie, i startowanie w ramach dziwacznych koalicji i sojuszy. Wszystko zaczęło się sypać po 2005 roku. Najpierw była długo budowana formuła koalicji Lewica i Demokraci, gdzie w jednej formule znaleźli się byli działacz PZPR i dawni opozycjoniści.
Z tej koncepcji dość szybko się wycofano próbując ratować tożsamość SLD. Następnie były błędy z 2015 roku. W wyborach prezydenckich SLD wystawił kandydatkę, która SLD się brzydziła a w najlepszym razie dystansowała się od partii, która zainwestowała w nią swój czas i pieniądze. Wynik był katastrofalny. Następnie SLD poszło w koalicji z Januszem Palikota, która zwalczał niemiłosiernie tę partię, również rękami i ustami dzisiejszego członka Sojuszu Andrzeja Rozenka. Ówczesny szef SLD Leszek Miller publicznie oświadczył, iż SLD nie pójdzie do wyborów z ludźmi, którzy nie wspierają kandydatki SLD na urząd prezydenta. Doszła do tego niezrozumiała a w rezultacie katastrofalna decyzja o pójściu w koalicji, co wymagało uzyskania ponad 8% głosów, ale gwarantowało subwencję z budżetu. Sojusz mógł pójść w ramach komitetu wyborczego, jak zrobił Kukiz 15 i stworzyć własny klub parlamentarny. Okazało się, że subwencja znaczy więcej niż bycie w parlamencie. Sojusz wchodzi więc po raz kolejny do tej samej rzeki, mając nadzieję, że tym razem wypłynie na wierzch. Nurty rzeki jak wiemy, bywają jednak zdradne.
Lewicowy wyborca ma to do siebie, że potrafi pokochać, ale nie potrafi zapomnieć tego, że chce się z niego zrobić idiotę. Ewentualna koalicja z partią Razem, która przez lata obśmiewała SLD i robiła wszystko, aby zrobić z niej „relikt PRL-u” dziś jest otwarte na współpracę.

Sojusz jeszcze może

We wszystkich tych koalicjach SLD tracił, nie zyskiwał nowych wyborców a niekiedy tracił tych najwierniejszych. Koalicje mają niekiedy to do siebie, że wymuszają posunięcie się na listach wyborczych a to dla terenowych działaczy sytuacja niekiedy dramatyczna. Siła SLD są dziś z pewnością struktury, czyli wewnętrzne masy, które są dla liderów partyjnych skarbem największym. To im się chce, to oni płacą składki, to oni zbierają podpisy. Robią wszystko to, od czego zależy życie i funkcjonowanie partii. I pod tym Sojusz żyje. Za sprawą Włodzimierza Czarzastego i Marcina Kulaska, którzy z takim mozołem po 2016 roku starali się odbudować struktury, niekiedy je wskrzesić i poszerzyć a niekiedy również starać się ich nie stracić. Sojusz ma tę cechę, co pozwoliło mu przetrwać w najtrudniejszych chwilach. Nie jest bowiem sztuką być w partii, która rządzi bądź współrządzi i jest reprezentowana w Sejmie. Sztuką jest w niej być, kiedy nie idzie. Zostają bowiem zawsze najcenniejsi. Warto bowiem zauważyć na pewną analogię, która wówczas wystąpiła.
W szeregach SLD ostało się ponad 20 tysięcy członków, którzy wiążą z partią nadzieję, którzy chcą w niej działać i chcą być potrzebni. Na nowego przewodniczącego zgłosiło się dziesięć osób. To świadczy o tym, że funkcja szefa SLD, mimo, że partii nie ma w Sejmie, nadal jest atrakcyjna. Jest jeden wódz PiS, był jeden wódz w PO i mieliśmy 10 kandydatów na szefa SLD. To o czymś świadczy. W wyborach na przewodniczącego frekwencja wyniosła 64,5% aktywu SLD, kilka miesięcy po tym, jak SLD wypadł z Sejmu. To nie jest masa upadłościowa, jak chcieliby niektórzy. Liczba członków SLD przekracza 24 tysiące osób. Ten wynik ma jeszcze jeden ważny element. W podobnym czasie na funkcję przewodniczącego w wyborach powszechnym, zdecydował się PO, która przez osiem lat sprawowała władzę. Tylko 50 % członkiń i członków PO zdecydowało się wziąć udział w wyborach, czyli zaledwie osiem tysięcy osób spośród 17 tysięcy. Grzegorz Schetyna nie miał ponadto kontrkandydata. To wynik zdecydowanie na korzyść SLD, który świadczy o przywiązaniu do barw i sztandaru, jednym słowem, spuścizny partii. Co więcej, SLD jest pod względem płacenia składek na drugim miejscu za PiS. To zapewne ewenement, aby członkowie partii płacili więcej na partię, której nie ma w Sejmie niż na największa opozycyjna partię, która ma za sobą osiem lat rządów. Członkowie SLD wpłacili do partyjnej kasy w 2016 roku ponad milion złotych. Z danych PKW za rok 2018 z kolei wynika, iż było tego co prawda mniej, bowiem 460 tysięcy złotych, ale daje to Sojuszowi drugą pozycję za PiS-em. Działacze PO wpłacili w 2018 roku do partyjnej kasy zaledwie 169 tys, zł. To o czymś świadczy.

Co musi lewica?

Zwycięstwo PiS w 2015 roku było w dużej mierze nie tyle sukcesem partii Jarosława Kaczyńskiego, ile porażką PO. To był efekt sprawnej kampanii i kary, jaką wyborcy wyznaczyli za osiem lat rządów PO z podwyższeniem wieku emerytalnego na czele. Program 500 plus przeorał polską politykę. PiS w dużej mierze stał się partią prawicy społecznej, podkreślając swoje przywiązanie do nauki społecznej Kościoła, zupełnie inną wizję rozwoju Europy, jak również kładąc nacisk na bardziej zrównoważony rozwój, dzieląc się ze społeczeństwem owocami wzrostu gospodarczego. Lewica nie potrafiła odpowiedzieć na tę socjalną ofensywę PiS. Wpisywała się raczej w mainstream, pokazując, słusznie oczywiście, naruszanie zasad prawa i łamanie Konstytucji, ale dlaczego wyborca, mając do wyboru partie realizujące podobny program, miałby zagłosować za mniejszą partią?

W polityce należy narzucić własną narrację.

To, co wyróżniało ostatnio SLD i wpływają na tożsamość tej partii to kwestia emerytur mundurowych i ocena historii. Czy przez lata zwalczania SLD przez partię Razem możliwa jest wspólna lista obu partii? Czarzasty i Zandberg na jednej liście? To już było w 2015 roku, kiedy Miller i Palikot, tocząc ze sobą walkę na śmierć i życie, w ostatniej fazie kampanii podali sobie rękę, co wprawiło wielu wyborców SLD w zdumienie. Zapewne podobnie byłoby dziś.
SLD stać, aby startować pod własnym szyldem i z własnym programem. Owszem, tradycyjny elektorat SLD się kurczy, ale jeszcze jest i oczekuje, że partia, która wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej, dała państwu najlepszego w dziejach prezydenta, nie zejdzie z tego świata. Złote czasy dla Sojuszu było wówczas, gdy pod swoimi skrzydłami potrafił zgromadzić wszystkich na lewicy. Był tam też Piotr Ikonowicz, ówczesny lider PPS, tak było w ramach koalicji SdRP. W tamtych latach były zresztą dwie lewice odwołujące się do podobnego elektoratu, ale z zupełnie inną tożsamością historyczną. Mam na myśli Unię Pracy, która zawsze była na lewo od Sojuszu i nie pozwalała, w miarę swoich możliwości, na skręt w prawo. I tylko taka koalicja jest dziś na lewicy możliwa.
Pod sztandarem i nazwą SLD i jakimś minimum programowym. Przed liderami Sojuszu jest odpowiedź na pytanie- co dalej? Czy ma być to partia resentymentu do PRL, co zapewni SLD dostanie się do Sejmu w liczbie około 20 osób. Czy partia potrafi jeszcze skusić czymś młodsze pokolenie, całkowicie wyalienowane od lewicowego myślenia? Tradycyjny elektorat SLD się kurczy z przyczyn naturalnych. Jeśli Włodzimierz Czarzasty na znajdzie na to recepty, będzie ostatnim przewodniczącym SLD.

Razem w przedpokoju SLD?

Czy działacze i działaczki Lewicy Razem wystartują do Sejmu z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej? Chociaż taki scenariusz wydawać się mógłby kompletnie egzotyczny, to jednak jeszcze dwa dni temu był przedmiotem zupełnie poważnej dyskusji i głosowania na forum Rady Krajowej Razem. Ostatecznie przepadł zaledwie pięcioma głosami.
Spekulacje o tym, czy wyborcy w Polsce doczekają się w końcu lewicowej koalicji z udziałem wszystkich podmiotów deklarujących poglądy socjaldemokratyczne, socjalistyczne czy też ogólnikowo progresywne, nie ustają. Czy SLD (zgodnie z wolą większości swojego aktywu) wyląduje znowu w koalicji z neoliberałami, czy jednak dogada się z Razem? Co będzie z Wiosną? Czy porozumienie Razem z Ruchem Sprawiedliwości Społecznej i Unią Pracy będzie jeszcze kontynuowane w praktyce? Jak dowiedział się Portal Strajk, w Lewicy Razem (taką pełną nazwę przyjęli w tym roku karminowi socjaldemokraci) bardzo poważnie rozważany był jeszcze jeden scenariusz. Chodziło o start członkiń i członków Razem wprost z list SLD, nie w formie koalicyjnej. Jak powiedział Portalowi Strajk jeden z członków Rady Krajowej Razem, pomysł bardzo podobał się trójce najbardziej rozpoznawalnych działaczy partii.
– W dużej mierze pomysł był forsowany przez triumwirat Zawiszę, Zandberga i Koniecznego, bo wiadomo, że jedynki, które oni chcieliby dostać, byłyby spokojnie do dogadania (nie tak, jak np. z Wiosną). Myślę, że prawica partyjna też pozytywnie oceniała taką opcję – powiedział nam aktywista. Ostatecznie z takiego planu działania nic jednak nie wyszło, gdyż na forum Rady Krajowej większość była jednak za wykluczeniem wspomnianego scenariusza. Start z list SLD jako propozycję w negocjacjach dopuszczało 15 osób, 20 miało zdanie przeciwne.
Osobną kwestią jest sam stan negocjacji Razem-SLD. Z informacji Portalu Strajk wynika, że rozmowy w istocie nie są prowadzone. – To niczym serial który ma już za dużo odcinków – powiedział nam inny aktywista zasiadający w Radzie Krajowej. – Razem jest dla SLD planem awaryjnym, w przypadku, gdyby PO wysłało ich na księżyc. Ale koalicji nie chcą, bo boją się ośmioprocentowego progu. Według działaczy Lewicy Razem, z którymi rozmawialiśmy, porozumienia z PO chciałaby także… Unia Pracy, niedawny koalicjant ich partii. Tyle, że trudno sobie wyobrazić, by zdobyła uznanie Grzegorza Schetyny. Co do Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, jego lider jest „otwarty na różne opcje”, ale start z Razem to nadal dla niego wariant optymalny. A co z Wiosną, której lider w wywiadzie dla OKO.press zapewniał 7 lipca, że „rozmawia cały czas” nie tylko z Włodzimierzem Czarzastym, ale też z Adrianem Zandbergiem? Nasi rozmówcy z Razem reagują kategorycznie: to nieprawda. – Były jakieś kurtuazyjne rozmowy z Gawkowskim, ale to było dawno temu. Głównie po to chyba, żeby móc o tym mówić w mediach. Na takiej samej zasadzie można powiedzieć, że Wiosna rozmawiała z KOD-em czy Obywatelami RP. To jakieś żarty – podsumowuje jeden z członków Rady Krajowej.

Zgubiona klasowość

Osierocona lewica albo rzuca się w objęcia liberałów, albo chce leczyć kompleksy własną wersją populizmu, nadal zadręczając się mrzonkami o wyborach. Tymczasem konsekwentna polityka klasowa oznacza jeszcze coś innego.

Gdy Wiosna Roberta Biedronia szturmem bierze sondaże przedwyborcze, sytuacja partii Razem, nigdy niespecjalnie dobra, stała się fatalna jak nigdy wcześniej. Jesienią 2018 r. kompletna klęska w wyborach samorządowych, w lutym 2019 r. konflikt wewnętrzny w partii na tle stosunku do ordynarnego zagrania Wiosny z „milionem za jedynkę”, odejście niedoszłej „jedynki” i tych członków rady krajowej, których utożsamiano raczej z prawym skrzydłem partii. Poparcie, rzecz jasna, w granicach błędu statystycznego. I chociaż ci, którzy zostali, deklarują gotowość mocnego zwrotu w lewo i podejmowane są starania o porozumienie z innymi siłami lewicy społecznej, to położenie karminowej lewicy pozostaje skrajnie trudne, bo rozpoznawalność i poparcie dla potencjalnych sojuszników kształtuje się w podobnych granicach.
Zastanawia furia, z jaką na podupadłe Razem rzucili się lewicujący publicyści. Jak gdyby chcieli chcieli wziąć okrutny odwet na ugrupowaniu, które ostatecznie ich zawiodło i zdradziło, trwoniąc kredyt zaufania, jakim obdarzyli je w chwili narodzin. To dość niesprawiedliwe, do Razem postanowiło być po prostu wierne sobie. Symptomatyczne też, że bodźcem do „dorzynania watahy” okazał się tutaj fakt powstania Wiosny jako kolejnej „fajnej partii” – by posłużyć się przygnębiająco postpolityczną frazeologią Krzysztofa Pacewicza z GW. Ów radzi Partii Razem dokonać samorozwiązania, żeby „nie przeszkadzała” fajnej formacji. Imponujący wynik sondażowy, z którym Wiosna wchodzi do „wielkiej polityki” wydaje się doskonale świadczyć o tym, na co tak naprawdę przez cały czas liczyli lewicujący krytycy Razem. Powaleni 16-procentowym słupkiem, oddali hołd nowemu hegemonowi, przyznając rację własnej intuicji, która zapewne od dawna w nich kiełkowała: że ugrupowanie Zandberga skończyło marnie, bo nie było dość zdecydowane w budowaniu lewicy metodą ciągłego przesuwania jej do centrum.

Lemingi lewicowości

Kiedy nieprawicowy mainstream – sam oczywiście reprezentujący klasę średnią – nieustannie pouczał karminowych, że są za mało „średnioklasowi”, mimo że przekaz razemitów był zdecydowanie przeestetyzowany, w rzeczywistości nie mógł się najwidoczniej doczekać powstania siły politycznej, która eksplodowała tandetnym show podczas konwencji na Torwarze. Nie bez powodu politolog Rafał Chwedoruk porównał ją do kampanii reklamowej kredytów hipotecznych. Nie oszukujmy się: jedynym, co odróżnia Roberta Biedronia od jego konkurencji, są walory estetyczne. To polityk, który marketing wizerunkowy ma w małym palcu i odrobił tę lekcję zdecydowanie lepiej niż Razem – stąd też jego „fajność”. Pod tym kątem jest też skrojony „program” Wiosny. Intelektualiści kibicujący nowej partii zajmują się z kolei translacją tego eklektycznego koncertu życzeń na język ideologii, by oblec średnioklasową „fajność” partii w pozór teorii. Stąd Adam Leszczyński w swym niesławnym tekście, instrumentalizującym myśl Marksa w sposób bez mała stalinowski, agituje za zamykaniem kopalń, posługując się przy tym nie tylko mitologią zielonego kapitalizmu i parodią materializmu historycznego, lecz – a jakże! – figurą „umorusanego węglem górnika”.
Uwiąd Razem i rozkwit Wiosny, która już w ogóle nawet nie próbuje określać się mianem lewicy, znamionuje więc jednocześnie dalszy etap zanikania lewicowej części inteligencji. Zachowa ona prawdopodobnie odrębność publicystyczną, będzie dalej odwoływać się do postmarksistowskich teorii społecznych i postkeynesowskich tradycji ekonomicznych, a jednocześnie coraz bardziej będzie skłonna akceptować wyłącznie projekty polityczne mieszczące się na obrzeżach polskiego liberalizmu – „bo konstytucja”. Kierunek ten został obrany właśnie na skutek rozczarowania narastającą bezradnością Razem w obliczu silnej polaryzacji polskiej sceny politycznej z „obroną demokracji” w tle, a na łamach KP wyznaczył go Michał Sutowski w 2017 r. Nieumiejętność odnalezienia się karminowej partii między młotem a kowadłem, przekonała ostatecznie lewicujących teoretyków o konieczności postawienia na kolejnego konia – jeszcze „fajniejszego”. Znaleźli go: konfetti wypełniło halę Torwaru, padły hasła równości małżeńskiej, podwyżki płacy minimalnej, emerytury obywatelskiej i zamknięcia kopalń – nie pało wstydliwe słowo lewica. Dziwić się nie można, bo to postulaty w pełni mieszczące się ofercie dzisiejszego liberalizmu. Maciej Gdula dołączył do zespołu doradców Biedronia, więc pakt najwyraźniej przypieczętowano. Proces samolikwidacji polskiej lewicowej inteligencji zdaje się potwierdzać fakt, na który zwrócił uwagę Rafał Woś: Gdula przyznaje, że jego nowy projekt polityczny ma „wiele pól wspólnych” z Platformą Obywatelską. Woś pisze o nieusuwalnej „pępowinie” łączącej nową nie-lewicę z liberałami.
Razem zostało więc kompletnie osamotnione i zbiera nieopisane cięgi od tych, którzy jeszcze niedawno pokładali w nich nadzieję, za to że, rzekomo zdradziło ich swoim „radykalizmem”. Jaki to może być „radykalizm”? Nie chodzi przecież o diagnozę Janusza Majcherka czy Wojciecha Maziarskiego, lecz o publicystów, którzy nie wydają się uważać, że biedni zasługują na wszystko co najgorsze. Wyjaśnienia udzielił Adam Leszczyński w kolejnym artykule: radykałowie to ci członkowie, którym nie podobał się pomysł kupienia od Biedronia „jedynki” na liście za milion złotych. Radykałowie, co ci, którzy łudzili się, że dotrą w końcu ze swoim przekazem do ludu. Radykalizm to propozycja zaostrzenia progresji podatkowej.
Wszystko to w krytycznym odniesieniu do tekstu Justyny Samolińskiej i Mateusza Trzeciaka, opublikowanego przez Portal Strajk (ukazał się również na łamach „DT” pod tytułem „Spowiedź fioletowych”). Ich głos, który był w istocie bolesną samokrytyką partii Razem i został ciepło przyjęty przez część jej członków, dał jednoznacznie do zrozumienia, że razemici zgrzeszyli przesadnym ugrzecznieniem i niezdolnością do postępowego populizmu, niemocą dotarcia do biednych i wykluczonych. Stanowisko to – częściowo słuszne – zostało oczywiście wyśmiane przez Leszczyńskiego, bo to antypody Biedronia. Patrząc na porażkę Razem bez wątpienia jednak trzeba mówić o czymś więcej, niż tylko o źle dobranym stylu, z którego „spowiadają się” Samolińska i Trzeciak.

Tylko z ludem

Ich diagnozę można podsumować tak: w Polsce postkomunistycznej, gdzie ideologicznie lewica jest zablokowana ze względu na absolutną hegemonię prawicy, oparcie „innej polityki” na lewicowej tożsamości to niewypał. Krytykowana przez nich taktyka bazuje „na założeniu, że polityka nie powinna być wyrażeniem interesów zbiorowych, wspólnotowych (a te, z założenia, są przeciwstawne innym interesom – biedni mają odwrotne interesy niż bogaci, pracownicy odwrotne niż pracodawcy, obywatele i obywatelki inne niż klasa rządząca), a płaszczyzną realizacji swojej tożsamości i wynikających z niej pragnień, a także reprezentacja danej tożsamości w sferze publicznej” – piszą, odważnie akcentując klasowy punkt widzenia.
Lepiej więc iść w socjalny populizm, stawiać na prosty język, nieobciążony skojarzeniami, przez które w myśl standardów określonych przez antykomunistyczną i narodowo-katolicką prawicę od razu czeka ich dyskwalifikacja. Zrezygnować z dyskursu „eksperckiego”, który ludziom kojarzy się ze skompromitowanymi liberałami, chcącymi zlikwidować 500+. To nawet nienajgorszy pomysł, choćby z tego względu, że jeszcze nikt na polskiej lewicy na poważnie go nie realizował. I dobry pomimo tego, że pozornie nieodległy od obecnego stanowiska KP – oni też chcą projektu bez etykietki „lewica”. Tyle, że w przypadku KP oznacza to dołączenie do liberałów, a Samolińska i Trzeciak proponują kierunek diametralnie odmienny. Faktycznie jest to niezrealizowany projekt dużej części razemitów, który nigdy nie doszedł do głosu w sytuacji, gdy główna linia partii była ciągle nastawiona na poszukiwanie akceptacji u mainstreamowych mediów.
Nic dziwnego, że teraz sentymenty populistyczne w Razem odżywają. Publicysta Krytyki oczywiście chłodno gasi zapał karminowego lewego skrzydła: „Razem bardzo chciało być partią ludową – taką, na którą głosują prekariusze, bezrobotni, pracujący biedni czy robotnicy. Sęk w tym, że ten elektorat albo nie głosuje wcale, albo głosuje na nacjonalistyczną prawicę – prosocjalną i obyczajowo konserwatywną. Zapotrzebowanie ludu na partię radykalną socjalnie (jak na polskie warunki) i liberalną obyczajowo było bliskie zera. Zamiast wyciągnąć wnioski z tego faktu, partia postanowiła z impetem i rytmicznie uderzać głową w ścianę”.
Żeby było jasne: Leszczyński radzi w ogóle zaprzestać szukania poparcia wśród biednych, u ofiar wyzysku i niesprawiedliwości kapitalistycznych stosunków produkcji – dokładnie tak, jak SLD w latach 90. („Biedni nie głosują”). To już zaś nie jest kwestia tożsamości, a określania bazy społecznej dla podstawowych celów politycznych. Pisze to nawet dziwnie nieświadomy faktu, że siły polityczne, które zawładnęły polską sceną polityczną po 1989 r. nie dostosowywały przekazu do oczekiwań wyborców, tylko te oczekiwania sami przez lata kształtowali. Jak tego dokonać – to osobna sprawa. Rzecz w tym, że lewicujący autorzy przestali już w ogóle dostrzegać jakąkolwiek poważną rolę dla siebie w przestrzeni publicznej. Tyle zostało z gadania o hegemonii.
Kiedyś na łamach KP Agata Szczęśniak też proponowała, by odejść od forsowania na siłę lewicowej tożsamości, jednak w innym celu: „Ludzie nie czekają na lewicę. Ludzie nie potrzebują lewicy. (…) Ludzie czekają na mieszkania. Na wypłatę w terminie. Na to, żeby ich dzieci żyły z mniejszym wysiłkiem niż oni. Na to, żeby móc decydować o tym, jak będzie wyglądała ich rodzina”. Teraz Leszczyński musiałby to uznać za populizm, radykalizm i inne zagrożenia dla „obozu postępu”. Można chyba uznać, że KP zwija swój projekt rozpoczęty w 2002 r. Nie wiadomo już, jakiej lewicy chcą, skoro deklaratywnie rezygnują z resztek lewicowości. Marzy im się lewicowa partyzantka na zapleczu liberałów, podczas gdy nigdy nawet nie wyjaśnili, jakim cudem byłaby ona możliwa. Zwłaszcza w sytuacji, jeżeli po odsunięciu – jakimś cudem! – PiSu od władzy Biedroń i tak będzie musiał pokornie układać się z Koalicją Obywatelską… Zresztą nie wiadomo, na czym po eksmisji biednych ze swojej bazy społecznej lewicy miałby polegać projekt lewicowy i kto by za nim stał. Na nowo określi więc go pewnie Grzegorz Schetyna.

Populizm ściętej głowy

Mimo, że Samolińska i Trzeciak zasadniczo mają rację, jest jednak istotny problem z realizacją ich postępowo-populistycznej wizji. Cały czas towarzyszy im podejście czysto elektoralne, skupienie się na kampanii w nadchodzących wyborach, a między kampaniami – na dalszym bieganiu pomiędzy studiami telewizyjnymi. Jest to absolutna alfa i omega polskiej „ideowej lewicy” – z kim, gdzie i jak do wyborów. Kończy się zawsze przewidywalnie. Razem myślało, że zrobią to samo, tylko lepiej i rezultat będzie lepszy. Nie będzie. Bo faktycznie jest tak, jak pisze Leszczyński: biedni nie głosują, a jak już głosują, to na PiS – bo wspólnota narodowo-katolicka wydaje im się jedynym pocieszeniem w ich biedzie i upodleniu wolnym rynkiem. Nikt poza PiSem i Rydzykiem do tej pory nie chciał ich przecież pocieszać. Razemici, owszem, chcieli, lecz dotychczas nie określili sposobu dotarcia do tych ludzi ze swoim socjalnym przekazem. Wspomniani autorzy żywią przekonanie, że oczyszczenie ich narracji z elitarystycznych naleciałości załatwi sprawę. „Przekaz »ZŁODZIEJE WYPIERDALAĆ« jest na początek w zupełności wystarczający” – twierdzą. Tymczasem nie jest.
Jakub Majmurek dokonuje całkiem przekonującej analizy ruchów populistycznych dominujących dziś w Europie i USA. Nie bez powodu nie mają one charakteru lewicowego, a zdecydowanie prawicowy. Elementy programów socjalnych są tam nieznaczącymi dodatkami. Przede wszystkim są nacjonalistyczne, ksenofobiczne. To podstawowa płaszczyzna ich „buntu” wobec elit, choć warunki ekonomiczną są takie, że teoretycznie nie musiałyby takie być – doskonale pokazuje to brexit, czyli przykład społeczeństwa udręczonego neoliberalizmem, w którym odżywają hasła socjalistyczne.
Wielkie zakłady pracy zorganizowane na modłę tayloryzmu wyjechały do Azji, ruch robotniczy poszedł w rozsypkę, więc gniew społeczny jest coraz trudniejszy do artykulacji na sposób ściśle klasowy, a o to chodzi razemitom-populistom. Odwołania do nieokreślonego „ludu”, którego tożsamość przebiega w poprzek podziałów klasowych, skutkują wzmożeniem wyobraźni drobnomieszczańskiej wydającej na świat kolejne quasi-faszyzmy. Dodatkowo ruchy te mają w istocie naturę ściśle elektoralną, istnieją tylko jako siła widząca się w parlamencie, nie stanowią zaś alternatywy systemowej, nie proponują faktycznie żadnej zmiany społecznej – zazwyczaj ograniczają się do obietnicy przegnania „obcych”. Gniew społeczny wyraża się w nich w sposób od razu zapośredniczony politycznie, skanalizowany przez podmioty w pełni zakorzenione w systemie, bo rozgniewani oczekują szybkich rezultatów i potrzebują kogoś o prawdziwej sile sprawczej. Dlatego za brexitem stały de facto amerykańskie think tanki i bogaci biznesmeni, którzy potem zajęli się kampanią Trumpa w USA. W Polsce jest zresztą podobnie. Wzrost i triumf populizmu pisowskiego wymagał lat rozwoju – również, jak się okazało, na obszarze zaplecza finansowego. A jest to i tak tylko wariant systemu. Lewicowy populizm wymaga z kolei jego zakwestionowania. Jednak w XXI w. środki do tego nadal pozostają nieokreślone.
Wracamy więc do punktu wyjścia. Partia Razem nie ma i nie będzie miała środków, które pozwoliłyby jej tworzyć projekt socjalny, mogący pozostawać w jakiejkolwiek symetrii względem populizmu prawicowego na obecnej scenie wyborczej. Do tego też potrzebne są media, które potraktują ich socjalny przekaz poważnie. Ich namiastkę właśnie stracili na rzecz Biedronia. Mimo to, ugrupowanie nadal zamierza koncentrować się na wyborach, listach wyborczych i arytmetyce wyborczej – to akurat rzeczywiście wydaje się biciem głową w mur. Bartosz Migas z Razem odpowiedział na krytykę Leszczyńskiego twierdząc zwyczajnie, że „elektorat lewicowy” (choć nie wiadomo już co to znaczy) odzyska wiarę w Razem, bo rozczarują się Biedroniem. Nie. Prawdopodobnie ten elektorat czekał właśnie na kogoś w typie Biedronia, skoro z analiz powyborczych z 2015 r. wynikało, że dla wyborców partii Razem, ugrupowaniem drugiego wyboru była Nowoczesna.

Żądając niemożliwego

Na polskiej scenie politycznej – w sensie: elektoralnej – nie ma obecnie miejsca na taką partię, jaką chce być Razem. To fakt. Nie dokonają cudu. Jeżeli pójdą w socjal, nie zmieszczą się w tolerowanym przez media spektrum. Swoich mediów nie mają.
Jednak jest na nią miejsce gdzie indziej – w społeczeństwie. Jeżeli ktoś chce rzeczywiście „innej polityki” i gruntownej zmiany społecznej, przełomu na drodze do społeczeństwa równych ludzi, musi myśleć o tworzeniu oddolnego ruchu łączącego aktywność na niwie pracowniczej, związkowej, lokatorskiej, polityki lokalnej zorientowanej na opór wobec procesu utowarowienia i komercjalizacji przestrzeni publicznej. Razem próbowało takiej aktywności, niestety był to tylko dodatek do karminowych memów. A tylko przez bezpośrednią obecność wśród ludzi jest możliwa dziś polityka klasowa. Ponieważ jest to wyzwanie na lata i wymaga skuteczności w bezpośrednim rozwiązywaniu realnych problemów składających się na całość życia społecznego, oznacza to konieczność odejścia od polityki elektoralnej. Pytanie jednak, jaki cel ostatecznie przyświeca polskim lewicowcom. Zmiana świata nie nastąpi w parlamencie, bo parlamenty są zdecydowanie częścią problemu. Obecność w nim może być pomocna, ale stanie się możliwa tylko jeżeli ruch wykiełkuje poza nim.
Jest to wbrew pozorom perspektywa nie tylko romantyczna, ale i pragmatyczna – zależy tylko, w jakim horyzoncie umieszcza się swoją aktywność polityczną. Populizm w znanej postaci jest tylko instrumentalizacją gniewu przez nowe elity zazdroszczące starym. Chodzi zaś o tworzenie, o budowanie pośród ludzi jakiejś społecznie odczuwalnej wartości. Lewica socjalistyczna nie będzie miała innych kanałów dojścia do społeczeństwa – do tych mitycznych „zwykłych Polaków” – poza własną działalnością na ich rzecz. To właśnie musi być nasz przekaz, jeżeli ma być wiarygodny – bo z wiarygodnością w oczach ludzi właśnie najtrudniej. Obawy o to, że skład takiej organizacji politycznej, budującej swoją bazę w długotrwałej pracy u podstaw, będzie początkowo wątpliwy klasowo – w sensie „średnioklasowy” – są bezzasadne. Wszystkie ruchy lewicowe, a na pewno wszystkie zwycięskie, były „rozkręcane” przez wykształciuchów spoza klasy robotniczej. W mniejszej skali, również ruchy lokatorskie w Polsce, działające dość prężnie, zostały zapoczątkowane przez pełnych pasji lewicowych inteligentów. Ich przykład może czegoś uczyć.
Uczyć też może los Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, który systematycznie marnuje swój doskonały potencjał na stworzenie takiego – powiedzmy na wyrost – rewolucyjnego bytu politycznego. Wszystko dlatego, że praca u podstaw jest regularnie składana w ofierze bożkowi elektoralizmu, który Piotra Ikonowicza nijak obłaskawiać nie zamierza. To doskonały przykład dla populistów z partii Razem, co robić i czego nie robić. Po pierwsze, nie przeskakiwać etapu, który jeszcze nie został domknięty. A takim etapem przed próbą sięgnięcia po władzę, jest stworzenie ruchu społecznego, który w sytuacji słabości ośrodków państwowych opartych na kompradorskich elitach, będzie mógł stanowić rozbudowane zaplecze gotowe asystować prospołecznemu rządowi we wdrażaniu postępowej polityki.
Trudne? Bardzo. Dlatego warto o to walczyć. Jeżeli ktoś mówi: inna polityka jest możliwa, niech przyzna też: bądź realistą, żądaj niemożliwego. Innego rozwiązania niż długi marsz nie będzie. Mierzymy się bowiem z samym KAPITALIZMEM – tak się nazywa całość społeczna, którą musimy zakwestionować, by myśleć dziś o jakiejkolwiek trwałej zmianie na lepsze.
Kłania się tu inna słabość Razem: ciągle wierzą, że jest jakiś socjaldemokratyczny model, który można do Polski przenieść z Europy Zachodniej lub Skandynawii na zasadzie kopiuj-wklej. Nie można z dwóch powodów. Po pierwsze, u szczytu powodzenia tych modeli kraje te zajmowały zupełnie inną pozycję w światowym podziale pracy i globalnej strukturze kapitału. Po drugie, od lat podlegają one deterioracji i końca tego procesu nie widać z powodu przywrócenia znanej z XIX w. pełnej dominacji kapitału nad światem pracy. Przykład Francji i „żółtych kamizelek” pokazuje, że kapitał jest nieubłagany. Spadający z dekady na dekadę wzrost i narastające od 50 lat tendencje kryzysowe ustawiły go pod ścianą, tak że opór wobec niego wymaga do społeczeństwa powrotu postaw wprost rewolucyjnych. Nie bez powodu jednak na całym kontynencie polityka wyborcza jest coraz bardziej podzielona między projekt nacjonalistyczny a liberalny – w obliczu kryzysu socjaliści żyją przeszłością i nie mają do zaproponowania niczego przekonującego.
Drogą lewicy musi być dziś budowanie masowego i demokratycznego ruchu, który w przyszłości pomoże ludziom zmienić stosunki produkcji. Czy po drodze uda się wejść do parlamentu, jest kwestią drugorzędną. Partia lewicowa z prawdziwego zdarzenia, której na tym zależy, musi zacząć uprawiać politykę tam gdzie jest ona jeszcze zupełnie nieobecna i w sposób, którego jeszcze nie ma. Nie brzmi to jak program na najbliższe wybory. Jeżeli jednak podejmujemy się reanimacji konającego, trudno oczekiwać że zaraz po dźwignięciu się na nogi będzie gotowy boksować się z innymi. Są rzeczy ważniejsze, a warte dokonania. Cała przyszłość do zdobycia.

Mądrzy po szkodzie

Przed wyborami samorządowymi, tu we Wrocławiu, SLD zachęcał do stworzenia lewicowej koalicji z Razem, Zielonymi, ruchami miejskimi, kobiecymi. itp. Potraktowano nas (SLD) z buta. Razem i Zieloni podpisali porozumienie przedwyborcze, ale w końcu nic z tego nie wyszło. Partie poszły osobno do wyborów. Podobne wysiłki czynił SLD w całym kraju. Wyniki były podobne.
W końcu wrocławski SLD poszedł w innej koalicji i ma trzech radnych w Radzie Miejskiej. Gdyby przed wyborami samorządowymi SLD w całym kraju nie był traktowany jak trędowaty pewnie postałaby silna koalicja na lewicy i wynik wyborów byłby znacznie lepszy, choć to teraz też tylko gdybanie. Z tych wyborów wszystkie partie lewicy wyszły osłabione, ale Razem i Zieloni szczególnie. Okazało się, że samodzielnie niczego nie są w stanie w wyborach osiągnąć, a SLD osiągnął mniej niż zakładano. Po przegranych wyborach nastąpiło olśnienie: idziemy razem. Zdecydowanie za późno. SLD postanowił szukać porozumienia z politycznym centrum. I nagle okazało się to, co było wiadome od dawna, że bez SLD na lewicy nie może powstać żadna koalicja. Zieloni też przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej, a Razem szybko rozpada się. Nie ma się z czego cieszyć, bo cierpi na tym lewicowa strona sceny politycznej. Pewnie będzie na tym korzystać Wiosna.
Zmądrzenie i refleksja przyszły za późno. Teraz SLD w oczach tych, którzy nami gardzili uznawany jest za lewicę, która lewicę zdradziła i zbratała się z centrum. Nie o takich koalicjach marzyłem. Młoda i wydawałoby się wykształcona lewica wykazała się barkiem politycznego realizmu. Szkoda, bo wiele pracy poszło na marne.

Drapieżna Wiosna

Czy Wiosna zamierzała wchłonąć Razem? O dealu, którego podobno nie było, ale który oficjalnie odrzucił Adrian Zandberg.

Partia Wiosna złożyła partii Razem „korzystną” ofertę wspólnego startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego – mówią Portalowi Strajk działacze karminowej lewicy. Anonimowo opowiadają: Razem miało otrzymać jedną „jedynkę” na liście wyborczej w zamian za wpłatę miliona złotych na kampanię, przy rezygnacji z własnej symboliki i szyldu. Wśród aktywistów partii taki efekt negocjacji z formacją Roberta Biedronia wzbudził prawdziwy gniew.
Po fatalnych dla Razem wyborach samorządowych, w których partia uzyskała wynik 1 proc. i żadnego mandatu, w partii rozważane były różne warianty dalszego działania. Dopuszczono nawet scenariusz, który wcześniej był odrzucany a priori – dogadanie się z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Pewne nadzieje były również pokładane we współpracy z partią Roberta Biedronia, która wtedy była jeszcze projektem w stadium tworzenia.
Rozmowy z Wiosną doprowadziły jednak bardziej niż bolesnego rozczarowania – dowiedział się Portal Strajk. Jak niezależnie od siebie opowiedziały nam dwie osoby zasiadające w partyjnej Radzie Krajowej, pod warunkiem zachowania anonimowości, partia Roberta Biedronia wykluczyła możliwość startu z Razem w formacie koalicji uwzględniającej symbole, nazwy i koncepcje programowe obydwu formacji. Od Razem oczekiwano również wpłaty miliona złotych (po negocjacjach – 900 tys. złotych) na wspólną kampanię pod nazwą typu „Europejska Wiosna Roberta Biedronia”. Co mieli z tego mieć socjaldemokraci? Gwarantowano im jedno miejsce nr 1 i jedną „dwójkę” w jednym z okręgów.
Wiosna stawiała również warunek, by ową „jedynką” nie został Adrian Zandberg, którego osoba nie pasowała liderom partii Biedronia do ogólnej koncepcji. Jak mówią rozmówcy Portalu Strajk, typowano Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk.
– W Zarządzie Krajowym Razem tylko dwie osoby były gotowe uznać takie porozumienie za sensowne – mówi nam działacz jednego z okręgów partii w południowej Polsce. – W Radzie Krajowej była już minimalna większość, 18 osób, za takim rozwiązaniem. Ale gdy przedstawiono je ogółowi partii, co nastąpiło 12 lutego, wybuchł bunt – dodaje.
Oświadczenia ze sprzeciwem wobec porozumienia wydały partyjne okręgi poznański i krakowski. 12 kolejnych terytorialnych struktur (Gdańsk, Białystok, Częstochowa, Kalisz, Katowice, Olsztyn, Bielsko-Biała, Łódź, Lublin, Kielce, Tarnów, Rzeszów, a ponadto zarząd okręgu województwa lubuskiego) podpisało się pod wspólnym stanowiskiem, w którym również dają jasno do zrozumienia, że nie takiej partii sobie życzą.
– Zamiast szukania coraz bardziej desperackich opcji koalicyjnych, wzywamy do przeprowadzenia szerokiej dyskusji nad dalszą przyszłością partii, jej metodami działania i strukturą organizacyjną. Staje się coraz bardziej jasne, że silna centrala koncentrująca się na obecności w mediach nie zdała egzaminu i nie doprowadziła nas bliżej do realizacji naszych postulatów – piszą działacze z Gdańska w stanowisku, do którego dotarł Portal Strajk. – Albo znajdziemy inne sposoby na działalność polityczną, albo nie przeżyjemy i oddamy pole organizacjom ze znacznie lepszymi koneksjami od nas – takimi jak Wiosna – podsumowują.
– Warto przypomnieć, że kryzys z którego do dzisiaj nie może wydobyć się europejska lewica jest silnie związany z mitem “trzeciej drogi” i współpracą z partiami o liberalnym profilu światopoglądowym – trafnie zauważają z kolei aktywiści ze stolicy Wielkopolski. – Nadchodzi moment w którym musimy zadać sobie jedno bardzo ważne pytanie – po której stoimy stronie? Pracujących biednych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, czy prezesów korporacji, którzy wyzysk starają się przysłonić prowadzoną przez siebie działalnością charytatywną? Ludzi, którzy ciułają grosze, by spłacić ratę kredytu hipotecznego (o ile w ogóle ich na niego stać), czy deweloperów liczących zyski przy okazji nabrzmiewającej bańki spekulacyjnej? Strajkujących lekarzy, pielęgniarek i nauczycieli żądających zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia i edukację, czy postępującej prywatyzacji tych sektorów, która drenuje nasze kieszenie i wpływa na pogłębienie różnic klasowych w dostępie do podstawowych usług publicznych?
Poznańscy działacze Razem widzą wzory do naśladowania raczej w hiszpańskim Podemos, programie labourzystów Jeremy’ego Corbyna czy Alexandrii Ocasio-Cortez w USA. Zaś moi rozmówcy nie mają wątpliwości: liczba aktywistów i aktywistek, którzy chcą „skrętu w lewo”, współpracy z organizacjami takimi jak Ruch Sprawiedliwości Społecznej i wspierania walk pracowniczych przewyższa liczbę zwolenników partyjnego „prawego skrzydła”.
Kategorycznie stawiają sprawę aktywiści z Krakowa, którzy w swoim stanowisku oznajmiają: – Nie zgadzamy się na wydawanie pieniędzy powierzonych nam przez naszych wyborców i naszych członków na zakup sznura, na którym mamy się powiesić.
– Robert Biedroń niestety zaprezentował metody prowadzenia polityki w starym stylu. Okazuje się więc, że jest nie tylko produktem marketingowym, ale też cwaniaczkiem w sprawach finansowych. Przypomina to trochę Jarosława Kaczyńskiego z ostatnio ujawnionych taśm – mówi nam jeden z rozmówców. Zaznacza, że po takiej reakcji partyjnych dołów przyjęcie propozycji należy uznać za niewyobrażalne.
O porozumienie z Biedroniem Portal Strajk zapytał również Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk. Ta stanowczo zaprzecza, jakoby informacje o „milionie za jedynkę” były zgodne z prawdą. – Nigdy nie było mowy o żadnym porozumieniu zakładającym zapłacenie Robertowi Biedroniowi miliona złotych lub jakichkolwiek innych pieniędzy za jedną „biorącą jedynkę” na jego listach. Nigdy także nie rozmawialiśmy o zapłaceniu Biedroniowi jakichkolwiek pieniędzy konkretnie za mój start – powiedziała nam członkini Zarządu Krajowego partii. Dziemianowicz-Bąk potwierdziła, że w ostatnich miesiącach jej partia rozmawiała z podmiotem tworzonym przez Biedronia o możliwościach współpracy koalicyjnej, jednak porozumienia nie zawarto – Rada Krajowa Razem nie przystała na warunki proponowane przez drugą stronę, która z kolei odrzuciła kontrpropozycję. Jakie więc rozważano warunki? Na to pytanie odpowiedzi nie otrzymaliśmy.
– Podjęte na wniosek Rady Krajowej Razem próby ponownego otwarcia rozmów nie zakończyły się sukcesem i na ten moment Razem nie prowadzi z Wiosną negocjacji wyborczych – mówi polityczka. Dodaje przy tym, że ona sama od początku dopuszczała dwie możliwości startu Razem w eurowyborach. – Albo start koalicyjny z innym podmiotem, dający szansę na przekroczenie progu wyborczego i uzyskanie mandatów, albo całkowicie samodzielny start Razem, w celu walki o jak najlepszy wynik przy zachowaniu tożsamości, odrębności i podmiotowości partii, jako budowanie własnej marki i podwalin pod kolejne wybory – precyzuje w rozmowie z nami Dziemianowicz-Bąk.
Sondaże dają obecnie Wiośnie poparcie w granicach 14-16 proc., Razem w tych samych badaniach nie przekracza fatalnego wyniku z wyborów samorządowych. Równocześnie po konwencji partii Biedronia na warszawskim Torwarze nie brakowało głosów, że szereg postulatów uwzględnionych w programie tej formacji, zwłaszcza tych o charakterze socjalnym i emancypacyjnym, było wcześniej mozolnie wprowadzanych do polskiego dyskursu politycznego przez Razem. Z tym, że wtedy część mediów głównego nurtu traktowała je jako z gruntu nierealne i nadmiernie radykalne.
Portal Strajk poprosił Wiosnę o ustosunkowanie się do informacji, które zostały anonimowo przekazane nie tylko nam, ale pojawiły się również na profilach dziennikarzy Adriany Rozwadowskiej i Witolda Głowackiego w mediach społecznościowych.
***
Partia Wiosna nie odpowiedziała na prośbę portalu o komentarz.
Dopiero w godzinach popołudniowych odniosła się do sprawy w innych mediach, twierdząc, że „milionowa” propozycja nigdy nie miała miejsca.
Partia Razem tymczasem już oficjalnie potwierdza: propozycja organizacji Biedronia została odrzucona. Adrian Zandberg z Zarządu Krajowego Razem oznajmił w wywiadzie z NaTemat.pl, iż jego formacja to partia lewicowa, dążąca do sprawiedliwości społecznej, a nie starająca się pozyskać elektorat liberalny. Zaznaczył także, iż Razem nie jest zainteresowane „wypożyczaniem polityków” do innych formacji i ukrywaniem swojego szyldu.

W kolejnym wydaniu „Dziennika Trybuna” przedstawimy kulisy działania Partii Razem od początku jej istnienia. Wnikliwą analizę początkowych sukcesów oraz ostatnich klęsk partii przygotowała Justyna Samolińska oraz Mateusz Trzeciak.

KO+SLD=?

Szefowi SLD marzy się szeroka koalicja w wyborach w europarlamentu. Widzi w niej miejsce zarówno dla swojego ugrupowania, jak i Partii Razem i antyspołecznych liberałów.

Lewica czy liberalizm? Sojusz Lewicy Demokratycznej po raz kolejny w swojej historii staje przez takim wyborem. Wariant, w którym SLD wystartuje samodzielnie w najbliższych wyborach wydaje się bardzo mało prawdopodobny, a zatem partii Czarzastego przyjdzie wybrać pomiędzy Partią Razem i Zielonymi, a sojuszem liberałów, startującym pod szyldem Koalicji Europejskiej.
Ostateczna decyzja zapadnie 16 lutego na konwencji partyjnej, jednak w alians SLD z Partią Razem nie wierzy już prawie nikt. Taka perspektywa zaczęła się oddalać, kiedy w sondażach pojawiło się ugrupowanie Roberta Biedronia, co spowodowało spadek notowań Sojuszu i skłoniło kierownictwo do poszukiwania innych rozwiązań. – Idziemy z liberałami, to jest już postanowione. Zadecydował strach przez drugim z rzędu słabym wynikiem, co mogłoby się przełożyć na katastrofę w wyborach do parlamentu – wyznał anonimowo jeden z polityków SLD.
Wrażenie pogodzonego z takim wyborem sprawia od kilku dni Włodzimierz Czarzasty. – Ja jestem zwolennikiem utworzenia jak najszerszej koalicji jeżeli chodzi o Unię Europejską (…) Uważam, że koalicja szerokich sił, tzn. i PSL-u i Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej i SLD i Partii Razem i partii Zielonych, byłaby najrozsądniejsza” – oświadczył szef Sojuszu w Polskim Radio 24.
Co o pomyśle wspólnej listy z liberałami myślą razemici? – Przeanalizowaliśmy kilka wariantów, ale ten można rozpatrywać tylko w kategorii humorystycznej – powiedział Portalowi Strajk polityk Partii Razem.
Czarzasty przyznał też, że dobre wrażenie zrobiła na nim odezwa byłych premierów wystosowana w ubiegły piątek ws. wspólnego startu – pod szyldem Koalicji Europejskiej – w wyborach do PE.- Apel premierów mi się podoba, podoba mi się apel ludzi, który wprowadzali Polskę do Unii Europejskiej – dodał polityk.
Dołączenie SLD do liberalnego sojuszu sprawi, że Partia Razem pozostanie na placu boju z praktycznie zerową możliwością koalicyjną. Na razie do karminowej lewicy dołączyły tylko marki takie jak PPS czy Unia Pracy, które od lat nie prowadzą żadnej poważnej działalności politycznej. Razem może również liczyć na Ruch Sprawiedliwości Społecznej i być może – Zielonych.

Robert

W ten weekend Robert Biedroń inicjuje powstanie 82. polskiej partii politycznej. Czy ruch Biedronia zniweczy plany powrotu lewicy do Sejmu?

Tak naprawdę, to właśnie Robertowi Biedroniowi zawdzięczam wypłynięcie na szersze polityczne wody. Gdy na początku 2013 roku procedowana była w Sejmie ustawa o związkach partnerskich, Biedroń zaproponował mi prowadzenie tego projektu w ramach klubu poselskiego. Zależało mu, aby związki partnerskie nie były kojarzone wyłącznie z gejami i lesbijkami. We Francji, po wprowadzeniu w 1999 roku podobnej ustawy (PACS), skorzystały z niej w równym stopniu pary hetero i homoseksualne.
Do swojego 10-minutowego wystąpienia przygotowywałem się bardzo solidnie. Media zainteresowały się tematem. I mną – dotychczas słabo rozpoznawalnym posłem.

Media

Właśnie. Media. Mówi się potocznie o IV władzy. A przecież w wielu wypadkach o karierach lub porażkach polityków decydują przede wszystkim dziennikarze, ich kamery i gazety. Jeden z czołowych polityków podsumował to krótko: jak Cię nie ma w wieczornych Faktach, Wydarzeniach i Wiadomościach – to Cię nie ma w wielkiej polityce. To prawda.
Trzy główne serwisy informacyjne ogląda codziennie ponad 6 milionów widzów. Gdyby jakiś polityk postanowił dzień w dzień, przez 365 dni w roku, objeżdżać Polskę. I spotykać się codziennie z 50 wyborcami. To podobną widownią mógłby się pochwalić po 300 latach takiego pielgrzymowania. Czasami, siedząc w studiu telewizyjnym lub widząc je w telewizji, nie do końca zdajemy sobie sprawę z potęgi tej więcej niż IV władzy.
Robert Biedroń od dawna jest częstym gościem rozgłośni radiowych i telewizyjnych. Z licznego grona prezydentów miast i miasteczek to on z pewnością wygrał w ubiegłej kadencji ranking medialnej aktywności. To zresztą związek z wzajemnością. Z czasów wspólnego pobytu w Sejmie nie zapamiętałem ani jednego przypadku, by Robert Biedroń odmówił dziennikarzowi rozmowy lub zrezygnował z zaproszenia do programu.
Popularność medialna lidera będzie najsilniejszą stroną jego przyszłej partii.

Języki

Z zażenowaniem obserwowałem, jak premier Szydło, by zamienić parę słów z kanclerz Merkel, korzystała z pomocy tłumacza. W Sejmie znajomość języków obcych wśród czołowych polskich polityków jest na szokująco niskim poziomie.
Oczywiście Robert Biedroń nie jest w stanie przebić Tadeusza Iwińskiego. Deklarującego znajomość co najmniej 10 języków obcych. Z arabskim, japońskim i łaciną włącznie. Ale pamiętam, że w poprzedniej kadencji Sejmu Biedroń cierpliwie szlifował swoje umiejętności lingwistyczne. Gdy większość posłanek i posłów późnym popołudniem rozchodziła się do domów i pokojów w hotelu sejmowym, on zostawał. Czekając na nauczycielkę. I kolejną lekcję. Bodajże francuskiego lub włoskiego.
Dzisiejszy świat jest światem globalnym. Podobnie świat polityki. Łatwość poruszania się po tym świecie i łatwość wzajemnego komunikowania jest kolejną silną stroną lidera nowej partii.

Organizacja

Gdy po wyborze na prezydenta Słupska Robert Biedroń złożył mandat poselski, dyrektor jego biura poselskiego przez pewien czas był moim współpracownikiem. Poznałem wówczas bliżej metody pracy posła Biedronia.
Oceniam, że było to jedno z najlepiej zorganizowanych biur poselskich. Mimo ograniczonych funduszy, jakimi dysponował każdy poseł (wówczas 12 tys. zł miesięcznie na lokal, wynagrodzenia, delegacje, prawników itp.) potrafił zgromadzić wokół siebie spore grono współpracowników. To oni przygotowywali analizy, dokumenty i spotkania – zapełniając Jego kalendarz od rana do wieczora. Dzięki temu Biedroń mógł wykorzystać maksimum możliwości, jakie dawała mu obecność w parlamencie.
Umiejętności organizacyjne Biedroń podszlifował w słupskim ratuszu. I staną się kolejną silną stroną przy budowaniu nowego ruchu politycznego.

Struktury

Laurka – powiecie Szanowni Czytelnicy – wystawiona Robertowi Biedroniowi przez sejmowego kolegę. Nie! Teraz o rafach. Nowa partia trafi na wiele raf. I Biedroń nie ominie ich swą medialną popularnością, ani konwersacją po włosku. Pierwsza i najważniejsza rafa to… struktury!
Wyłapałem na pozór drobną różnicę w zapowiedziach Biedronia. Jeszcze dwa miesiące temu zapewniał, że w sobotę na Torwarze pochwali się strukturami nowej partii we wszystkich powiatach w Polsce. Później zaczęto mówić już tylko o pełnomocnikach powiatowych. To oczywiste. Budowanie wartościowych struktur partyjnych trwa latami, nie miesiącami. Wiem jak taka praca wygląda, bo sam byłem kiedyś zaangażowany w budowanie struktur nowej partii.
Zresztą takie zbudowane ad hoc struktury partyjne są wylęgarnią najróżniejszych konfliktów personalnych. Dzisiaj nie ma jeszcze partii Biedronia. Ale jestem przekonany, że jest już co najmniej 500 świeżo upieczonych działaczek i działaczy. Przekonanych, że to im należą się „jedynki” w 41 okręgach w wyborach parlamentarnych. Program, programem. A ambicje, ambicjami.

Program

Wydawało się, że ambicją Biedronia będzie stworzenie szerokiego frontu lewicowego. Nie, Biedroń, jak to kiedyś powiedział, nie chce być „mesjaszem lewicy”. Ostatnio zresztą coraz rzadziej słyszymy w jego ustach słowo lewica. Marcin Anaszewicz, szef Instytutu Myśli Demokratycznej, będącego think tankiem Roberta Biedronia, przez wszystkie przypadki odmienia słowo „progresywny”. Na pytanie co to oznacza, twierdzi, że myślenie progresywne dotyczy „bardzo mocnego przywiązania do idei dobra wspólnego, dialogu społecznego, praw i wolności jednostki” (Rzeczpospolita 11.09.2018).
Takie sformułowanie to programowy „wytrych”. Przecież pod postulatem przywrócenia praw i wolności jednostki podpisze się też Janusz Korwin Mikke. Żądając prawa do posiadania broni palnej przez każdego obywatela Rzeczypospolitej. Myślę, że tak naprawdę o to Biedroniowi i jego doradcom chodzi. Zainteresowania sobą nie tylko 20 proc. wyborców o poglądach lewicowych. Ale również dotarcia do tych, którzy głosowali na przykład na Pawła Kukiza.
Nie przypuszczam, by zabieg „odlewicowienia” Biedronia zakończył się sukcesem. W polityce prócz mediów, języków i pracowitości, kluczowym warunkiem powodzenia jest wiarygodność. Robert Biedroń – jako polityk lewicowy – jest wiarygodny. Gdy zacznie się zastanawiać, co wolno powiedzieć liberalnym i konserwatywnym wyborcom PO – przestanie być wiarygodnym. A dla „korwinowców” i „kukizowców” i tak zostanie po wsze czasy „lewakiem”. Albo jeszcze gorzej.

Bryza

Kto z Czytelników czytał ubiegłotygodniową Trybunę, pamięta, że o bryzie już pisałem. Polityk, jak surfer, musi korzystać z pojawiającej się fali. Płynąc pod prąd – ryzykuje zatopieniem. Nie ma dzisiaj dobrej fali dla Biedronia. To prawda, jest olbrzymie zniesmaczenie wyborców partiami, politykami i stylem rządzenia przez ostatnie co najmniej kilkanaście lat. Ale przede wszystkim – wśród elektoratu niepopierającego Jarosława Kaczyńskiego – dominuje chęć odsunięcia tegoż polityka od władzy. Prędzej zagłosują na znienawidzonego Schetynę, niż zaczną się zastanawiać, co proponuje progresywny Biedroń.
Podobna sytuacja miała już miejsce w III RP. Proszę w żadnym razie nie traktować tego przykładu jako przyrównania Roberta Biedronia do Stana Tymińskiego. Chodzi mi o olbrzymi dyskomfort, jaki może być udziałem wielu wyborców podczas jesiennych wyborów. Pamiętam, jak z ciężkim sercem stawiałem krzyżyk przy nazwisku Lecha Wałęsy. Ale tragedią dla Polski byłby prezydent Tymiński. A najważniejszym tegorocznym zadaniem jest odsunięcie PiS-u od władzy.
Jeśli nowa partia Biedronia dostanie się między dwa koła młyńskie – jedno z napisem „PiS”, a drugie z szyldem „antyPiS” – niewiele zostanie z pięknych i słusznych haseł o progresywnej polityce.

Torwar

Nie wątpię, że zwolennicy Biedronia licznie stawią się w niedzielę na warszawskim Torwarze. Będzie ich kilka tysięcy. By wprowadzić do Sejmu 40 posłów, potrzeba 1,5 miliona głosów. Jak pisałem tydzień temu, walorem partii Biedronia będzie efekt świeżości. Dzięki niemu, być może, uda mu się w majowych wyborach europejskich przekroczyć próg wyborczy i uzyskać wynik na poziomie 7-8 proc. Jeśli tak się zdarzy, będzie na dobrej drodze do powtórzenia podobnego wyniku w jesiennych wyborach parlamentarnych.

Indywidualista

„Jednej listy lewicy nie ma i wiemy, dlaczego i przez kogo jej nie ma” – powiedział Włodzimierz Czarzasty w rozmowie z Justyną Dobrosz-Oracz na łamach „Gazety Wyborczej”. Redakcja opatrzyła słowa przewodniczącego SLD tytułem: „Czarzasty uderza w Biedronia”. Nieprawda, nikt nikogo tutaj nie bije. Takie są fakty.
Po fiasku wykreowania Adriana Zandberga i Barbary Nowackiej na liderów lewicy, brak jest kandydata, który byłby akceptowalnym dla większości ugrupowań lewicowych. Robert Biedroń wydawał się kandydatem naturalnym. A laurka, jaką mu wystawiłem jako koledze z ław sejmowych, jest tego potwierdzeniem.
Wybrał samodzielną drogę polityczną. Nie zaskoczył mnie. Czteroletni pobyt w Sejmie to nie tylko przygoda z wielką polityką. To również zwykłe, codzienne życie. Słabo znam Biedronia z tej strony. Ale z tego co zaobserwowałem, zawsze chadzał swoimi ścieżkami. Tak zrobił i tym razem. Szkoda.

Lewica w Sejmie

Będę przyglądał się nowemu ruchowi. Mając świadomość, że Biedroń buduje partię konkurencyjną wobec Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Chcąc – to oczywiste – przejąć część elektoratu SLD. Czy jego partia zmniejszy szanse lewicy na powrót do Sejmu? Dzisiaj trudno dać jednoznaczną odpowiedź.
Badania wskazują, że nowa partia Biedronia zabierze wyborców głównie Platformie Obywatelskiej. Media odnotowały ostry skręt w lewo partii Grzegorza Schetyny podczas ubiegłotygodniowej Konwencji PO. Która przebiegała pod hasłem „powstrzymać Biedronia”. Jest więc prawdopodobnym, że w przyszłym Sejmie, obok Platformy Obywatelskiej, nieco osłabionej przez „progresywnego Biedronia”, znajdzie się też miejsce dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej. A suma głosów posłanek i posłów obozu antypisowskiego pozwoli na usadzenie Kaczyńskiego w ławach opozycji. To scenariusz pozytywny.
Ale może też się zdarzyć, że rozdrobniona lewica po raz drugi nie dostanie się do parlamentu. A PiS będzie rządził do 2023 roku. Wówczas jednym z ojców sukcesu Jarosława Kaczyńskiego będzie Robert.

Włodku, musisz!

Po przeciętnym wyniku w wyborach samorządowych dla SLD, zaczęło się coś, co w polityce jest naturalne – wzajemne animozje, pretensje i gorzkie żale. Oczekiwania z pewnością były większe, choć wynik SLD nie jest taki słaby, jaki lansuje wielu publicystów.

 

Wielu samorządowców winą na wynik wyborczy obarcza lidera Sojuszu. Takie opinie docierają z Warszawy i Poznania. Obie struktury uważają, że Włodzimierz Czarzasty powinien podać się do dymisji. Jakby zapominając z jakiego dołka wyciągał tę partię Czarzasty jeszcze dwa lata temu, kiedy to podzielony i wewnętrznie rozbity Sojusz miał 2-3% w sondażach i gdzie wielu lansowało tezę o zwinięciu sztandaru. Tak się jednak nie stało. SLD przetrwał najgorszy dla siebie czas. Lewicy nadal jednak będzie pod górkę z co najmniej trzech powodów.
Po pierwsze. Włodzimierz Czarzasty postawił na podmiotowość SLD za co został wściekle zaatakowany przez liberalny mainstream, który rolę lewicy widzi w Koalicji Obywatelskiej, która jest konglomeratem i zlepkiem wielu idei, których nie łączy tak naprawdę nic, poza dokopaniem władzy. Jak to zrobić, to już mniej ważne. A tak się z PiS nie wygra, bowiem Jarosław Kaczyński dość skutecznie przeorał świadomość społeczną w Polsce poprzez wprowadzenie programu 500 plus. Liberalna opozycja twierdziła, że nie ma na to pieniędzy, że jego wprowadzenie zniszczy budżet. Poprzez emocje zawsze budowało się w Polsce skutecznie politykę społeczną polegającą na ograniczaniu na nią wydatków i sprowadzając rolę państwa do nic nieznaczącego czynnika. To się skończyło. I to wydaje się zrozumiał Włodzimierz Czarzasty, który konsekwentnie odmawia koalicji w ramach Koalicji Obywatelskiej. Szansa na sojusz z partią Razem i szukanie wsparcia na lewicy, to jedyny słuszny kierunek, jaki dziś Sojusz może obrać. W ramach Koalicji Obywatelskiej Włodzimierz Czarzasty zawsze będzie za Grzegorzem Schetyną a lewicowe postulaty rozmyją się w liberalnym programie PO. Czy obecność takich postaci jak Rosati, Hübner, Arłukowicz, zmieniło oblicze PO? Nie, a przykładem tego niech będzie cytat Barbary Nowackiej, która grzmiała po głosowaniu w Sejmie w sprawie aborcji. Okazało się wówczas, że zabrakło zaledwie 9 głosów, by obywatelski projekt „Ratujmy kobiety” skierować do dalszych prac. Zabrakło, gdyż wielu przedstawicieli opozycji w ogóle nie wzięło udziału w głosowaniu. Nowacka pisała: Na demonstracjach prodemokratycznych, sorry, nie macie czego szukać(…) Być mniej progresywnym od Macierewicza i Pawłowicz? Mega słabe. Tym bardziej dziwi jej energiczne wsparcie projektu Koalicji Obywatelskiej.
Po drugie. W przyszłym roku pierwszym testem dla lewicy będą wybory do Parlamentu Europejskiego. Sojusz ma swojego wiceprzewodniczącego PE prof. Bogusława Liberadzkiego. To ewenement, aby partia, która znajduje się poza Sejmem, miała swojego wiceszefa PE. Obecnie tylko SLD potrafi wysunąć w miarę liczącą się reprezentację w tych wyborach. Będą one nieco inne niż wybory samorządowe, gdzie dużą rolę odrywały lokalne komitety wyborcze. W tych wyborach w dużej mierze wybór będzie albo za europejskimi wartościami albo za ich zanegowaniem. W PiS już widać, że flaga Unii Europejskiej będzie eksponowana, choć jeszcze niedawno wycofana była z KPRM a przez jej posłankę nazwana była „szmatą”. Działania PiS na arenie międzynarodowej skutecznie osłabiają pozycję Polski. Nie mamy praktycznie żadnych przyjaciół. Pragmatyczni Węgrzy, Czesi czy Słowacy prowadząc ostre negocjacje z UE nie zamykają sobie furtki z Rosją, skutecznie lawirując w polityce międzynarodowej. Rząd PiS skutecznie skłócił Polskę z UE a w walce z Rosją stał się europejskim jastrzębiem, co nie przynosi zrozumienia w Europie. Wspólna lista lewicy, w tym Zielonych i Razem to szansa na poszerzenie socjalistycznej frakcji w PE, drugiej po chadeckiej. PO i PSL zasiadają w tej samej frakcji co partia premiera Victora Orbana. W takiej być może zasiądzie również Barbara Nowacka.
I wreszcie po trzecie. Polskie społeczeństwo jest egalitarne a trwająca od ponad dekady jałowy spór PO-PiS niszczy debatę publiczną w Polsce. Wychowuje się nowe społeczeństwo, które żyje w tym konflikcie, podsycane nienawiścią i wojną. Doszliśmy w debacie publicznej do jakiegoś absurdu. Nie potrafimy już rozmawiać na argumenty, brak elementarnej kultury wypowiedzi, a chamskie wypowiedzi posłów i dziennikarzy stają się nieodłączne w dyskusji. Nigdy chyba po 1989 roku nie byliśmy tak podzieleni, jak dziś. Dlatego tak bardzo potrzebna jest trzecia siła. Może być nią tylko lewica, konsekwentnie opowiadająca się za prawami pracowniczymi, prawami człowieka i europejskimi wartościami. Rozmowy SLD z Razem to milowy krok ku wspólnej liście w przyszłorocznych wyborach do Sejmu. Być może dołączy do tego Robert Biedroń, który widzi w swojej tworzącej się partii alternatywę dla rządów PO-PiS. Jest on, podobnie jak Czarzasty, atakowany przez liberalne media za niedołączenie do projektu Koalicji Obywatelskiej. Lider SLD, jako przewodniczy największej dziś lewicowej partii, musi zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do jeszcze większej polaryzacji na scenie politycznej. Wspólny blok SLD, Razem, partii Roberta Biedronia to może być autentyczna alternatywa wobec dwóch wielkich bloków politycznych. Rok 2019 będzie zatem decydująca dla przyszłości nie tylko SLD, ale całej lewicy. W 2015 rok SLD i Razem otrzymały ponad półtora miliona głosów. Lewicowi wyborcy pozostali osieroceni poprzez głupotę i ambicje liderów. Nie można do tego dopuścić w przyszłym roku. Wszystkie ręce na pokład!