Canarinhos za pół darmo

Kryzys spowodowany pandemią koronawirusa wpłynął znacząco na liczbę transferów brazylijskich piłkarzy do klubów zagranicznych. Tego lata wyjechało ich o 62 procent mniej niż rok temu.

Brazylia jest krajem, który od lat z wielkim zyskiem wysyła w świat najwięcej piłkarzy. W tym roku ten transferowy biznes mocno jednak ucierpiał z powodu pandemii koronawirusa. W okresie od 1 czerwca do 8 września wyjechało z Brazylii za granicę tylko 74 zawodników – na zasadzie wypożyczenia lub stałego transferu, a z tej grupy 56 trafiło do klubów europejskich. Dla porównania w tym samym okresie 2019 roku wyjechało 194 piłkarzy. To oznacza, że w trwającym okienku transferowym liczba brazylijskich piłkarzy wykupionych przez kluby zagraniczne w porównaniu z ubiegłym rokiem spadła aż o 61,8 procent. To poważny cios dla budżetów brazylijskich klubów, dla których transfery zawodników za granicę stanowią około jednej czwartej przychodów klubów i są drugim po prawach telewizyjnych źródłem największych dochodów. Na dodatek niepewność ekonomiczna związana z koronawirusem doprowadziła nie tylko do zmniejszenia liczby transferowanych za granicę graczy, lecz także ich rynkową cenę.
W ubiegłym roku tylko trzy największe zagraniczne transfery zawodników z brazylijskich klubów przyniosły wpływy w wysokości 77 milionów euro, natomiast w tym roku łączna kwota za trzech najdroższych graczy z Brazylii nie przekroczyła 62 mln euro. Przed rokiem Real Madryt bez zbędnych targów zapłacił ponad 45 milionów na skrzydłowego Santosu Rodrygo, a tego lata najwięcej zdecydowała się zapłacić Benfica Lizbona, która nie należy przecież do finansowego topu europejskich klubów, dlatego jej działacze targowali się twardo w sprawie transferu reprezentanta Brazylii Evertona Soaresa z Gremio Porto Alegre i ostatecznie zbili cenę do 28 mln euro. „W innym czasie i normalnych realiach ten piłkarz z pewnością zostałby sprzedany za co najmniej dwukrotnie wyższą cenę” – zauważają ze smutkiem brazylijscy eksperci piłkarscy.

Futbolowe tuzy z wirusem

Mimo surowych przepisów epidemicznych koronawirus atakuje nawet największych tuzów sportu, także piłkarzy i trenerów, z najwyższej półki. Ostatnio Covid-19 pojawił się nawet w Realu Madryt i Paris Saint-Germain.

Thibaut Courtois, bramkarz Realu Madryt, uzyskał pozytywny wynik podczas badania, wymaz z nosa, na obecność koronawirusa. Przeprowadzono je na zgrupowaniu reprezentacji Belgii, która zagra w Lidze Narodów przeciwko Danii (5 września) i Islandii (8 września). Na razie jednak Courtois nie został jeszcze odesłany na kwarantannę, ponieważ stanie się tak po kolejnym badaniu, tym razem krwi, jeśli wirus nadal będzie występować w organizmie piłkarza. W innym wypadku nic nie stanie na przeszkodzie, by bramkarz „Królewskich” znalazł się kadrze na te dwa mecze.
Także Paris Saint-Germain oficjalnie potwierdził trzy przypadki koronawirusa w drużynie. Według dziennika „L’Equipe” zakażonymi piłkarzami są Brazylijczyk Neymar oraz Argentyńczycy Angel Di Maria i Leandro Paredes. Cała trójka spędzała wspólnie wakacje na Ibizie po finałowym turnieju Ligi Mistrzów. Liga francuska, która nie dokończyła poprzedniego sezonu, rozpoczęła już rozgrywki edycji 2020/2021. Mecze kilku drużyn, w tym PSG, przeniesiono jednak na późniejsze terminy. Mistrzowie Francji swój pierwszy mecz mają rozegrać dopiero 10 września przeciwko RC Lens. Trójka zakażonych graczy na pewno w nim nie zagra.
Włoskie media doniosły też o pechu, jaki dopadł byłego właściciela AC Milan (w latach 1986-2018) Silvio Berlusconiego, u którego testy dały pozytywny wynik na obecność koronawirusa. Informację tę potwierdził osobisty lekarz byłego premiera Włoch Alberto Zangrillo, który zapewnił, że jego pacjent czuje się dobrze i przechodzi Covid-19 bezobjawowo. 83-letni milioner po odsprzedaży swoich udziałów w AC Milan nie odszedł z futbolu. Obecnie jest szefem i współwłaścicielem klubu AC Monza, beniaminka włoskiej Serie B, do którego tego lata przeszedł z Lecha Poznań króla strzelców ostatniego sezonu PKO Ekstraklasy Duńczyk Christian Gytkjaer.

Bayern zdetronizował Real Madryt

Triumf Bayernu Monachium w Lidze Mistrzów zaowocował awansem niemieckiego klubu na pozycję lidera klubowego rankingu UEFA. Bawarczycy wyprzedzili w zestawieniu dwa hiszpańskie zespoły – Real Madryt i FC Barcelona. Z polskich zespołów w czołowej setce znalazła się tylko Legia Warszawa, która została sklasyfikowana jednak na odległym 90. miejscu.

Odniesione w minioną niedzielę w Lizbonie zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów w potyczce z Paris Saint-Germain (1:0) zapewniło Bayernowi nie tylko solidny przypływ gotówki (w sumie na udział w tej edycji mistrzowie Niemiec zarobili ponad 82 mln euro), ale też awans w klasyfikacji europejskich klubów. Ranking UEFA tworzony jest na podstawie wyników z ostatnich pięciu sezonów w europejskich pucharach. Każda drużyna otrzymuje dwa punkty za zwycięstwo oraz jeden punkt za remis. Z powodu pandemii koronawirusa zmieniono zasadę liczenia punktów za wyniki w Lidze Mistrzów. Zmiany w regulaminie regulowały zasady liczenia punktów za spotkaniach rozgrywanych bez rewanżów. zespoły, które odniosły w nich zwycięstwa w regulaminowym czasie gry lub dogrywce otrzymywały trzy punkty, dwa przyznawano za remis w dogrywce, a jeden punkt za porażkę w regulaminowym czasie gry lub w dogrywce. Przyznawano także dodatkowe punkty za awans do ćwierćfinału, półfinału oraz finału. Za kwalifikację do fazy grupowej Ligi Mistrzów UEFA nagradza czterema punktami bonusowymi, zaś za awans do rundy pucharowej daje pięć punktów bonusowych.
W poprzednim notowaniu po sezonie 2018/2019 Bayern zajmował trzecią lokatę, teraz z dorobkiem 136 punktów awansował na pierwsze miejsce przed Real Madryt (134 pkt) i Barcelonę (128 pkt). Kolejne lokaty w czołowej dziesiątce zestawienia zajęły: 4. Atletico Madryt (127 pkt), 5. Juventus Turyn (117 pkt), 6. Manchester City (116 pkt), 7. Paris Saint-Germain (113 pkt), 8. FC Sevilla (102 pkt), 9. Manchester United (100 pkt) i 10. FC Liverpool (99 pkt).
Daleko w tyle znalazło się także miejsce dla jednego z klubów PKO Ekstraklasy. W przeciągu ostatnich pięciu sezonów Legia Warszawa w ostatnich pięciu sezonach zdobyła w europejskich rozgrywkach zaledwie 17 punktów, co dało jej 90. pozycję w rankingu. To najwyżej z polskich klubów, bo kolejne ex aequo z dorobkiem 3,225 pkt sklasyfikowano na 299. miejscu. Są to: Piast Gliwice, Lechię Gdańsk, Cracovię, Jagiellonię Białystok, Górnik Zabrze, Arkę Gdynia, Zagłębie Lubin i Śląsk Wrocław.
Niemcy walczą o Lewego
Robert Lewandowski spełnił wreszcie swoje wielkie sportowe marzenie i do kolekcji swoich piłkarskich trofeów dołączył triumf w Lidze Mistrzów. Ma jednak jeszcze wielką szansę zgarnąć w tym roku drugi z wymarzonych laurów, czyli nagrodę dla piłkarza roku. Wiadomo już, że tytułu przyznawanego od 1956 roku przez „France Football” w tym roku nie dostanie, bo redakcja tego francuskiego tygodnika zrezygnowała z przyznawania „Złotej Piłki” w 2020 roku. I ostatnio potwierdziła, że zdania nie zmieni, chociaż jest z tego powodu powszechnie na całym świecie krytykowana. Ale plebiscyt „FF” to nie jedyne przecież wyróżnienie indywidualne w światowym futbolu. Nie mniejszą wartość i ciężar gatunkowy ma nagroda dla piłkarza roku przyznawana przez FIFA i wszystko wskazuje, że w tym roku dostanie ja właśnie Lewandowski. Takie przekonanie wyraził ostatnio m.in. prezydent Bayernu Monachium Herbert Hainer. „ Robert w pełni zasłużył na to, by zgarnąć nagrodę dla najlepszego piłkarza na świecie. Rozegrał znakomity sezon. Wygrał wszystko, a został najlepszym strzelcem w trzech rozgrywkach, w tym w Lidze Mistrzów, strzelił najwięcej goli w całym sezonie, a ponadto wykonał świetną robotę w finale z Paris Saint-Germain. Nie widzę nikogo, kto mógłby w tym roku odebrać Lewandowskiemu tytuł najlepszego piłkarza na świecie” – powiedział Hainer na łamach sportbild.bild.de.
Kapitan reprezentacji Polski został królem strzelców Bundesligi (34 gole), Pucharu Niemiec (sześć goli) i Ligi Mistrzów (15 goli), zatem w barwach Bayernu w minionym sezonie zdobył 55 bramek. Trudno zaprzeczyć, że są to mocne argumenty za przyznaniem mu nagrody „Piłkarza Roku FIFA”.
Utrzymać się na szczycie
Jeśli rzeczywiście „Lewy” ją dostanie, byłby to dopiero drugi wyłom w trwającej ponad dekadę dominacji Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo, którzy w ostatnich latach zgarniali niemal wszystkie indywidualne wyróżnienia. W 2018 roku wszedł im w paradę Chorwat Luka Modrić, któremu trochę na wyrost przyznano tytuł Piłkarza Roku FIFA” i „Złotą Piłkę” po zdobyciu przez zespół Chorwacji wicemistrzostwa świata w Rosji. Teraz przed szansą przełamania hegemonii Argentyńczyka i Portugalczyka stoi Lewandowski, mocno wspierany tym razem przez Bayern Monachium i całą niemiecka Bundesligę, której dla celów marketingowych taka indywidualna nagroda dla występującego w niej piłkarza jest bardzo potrzebna.
Wymuszona przez pandemię nietypowa forma dokończenia rozgrywek w Lidze Mistrzów przyniosła sukces zespołom z niżej dotąd cenionych Bundesligi oraz Lique 1. W półfinale doszło przecież do dwóch potyczek niemiecko-francuskich, a wcześniej z rywalizacji odpadły zespoły hiszpańskie, włoskie i angielskie, wśród których byli też finaliści Ligi Mistrzów z poprzedniego sezonu, czyli Tottenham i FC Liverpool).
W tej chwili trudno przewidzieć, czy w obecnej edycji Champions League Bayern Monachium zdoła powtórzyć sukces. Cytowany już wyżej prezes klubu uważa, że tak. „To może być początek nowej ery Bayernu. W ostatnich latach odmłodziliśmy zespół w ściśle ukierunkowany sposób. Dokonaliśmy zmian po czasach Arjena Robbena i Francka Ribery’ego. Mamy młody, utalentowany zespół, w którym nie brakuje też doświadczonych i klasowych zawodników, jak Manuel Neuer, Thomas Mueller i Robert Lewandowski. To naprawdę dobra mieszkanka i co najważniejsze, jeszcze nie wypalona. Dlatego jestem dobrej myśli także jeśli chodzi o wyniki w nowym sezonie” – zapewnia Herbert Hainer.
Piłkarze Bayernu dostali wolne do 7 września, a do gry wrócą już 11 września, w meczu 1. rundy Pucharu Niemiec z FC Dueren. Potem podopieczni Hansiego Flicka zagrają z Schalke w meczu inaugurującym 1. kolejkę Bundesligi, zaś później czeka ich mecz z FC Sevilla o Superpuchar Europy.

Liga Mistrzów: Koncerty trzech tenorów

Zaległe mecze 1/8 finału Champions League zostaną zapamiętane głównie z fenomenalnych występów trzech gigantów futbolu – Leo Messiego, Cristiano Ronaldo i Roberta Lewandowskiego. Portugalczyk z tej edycji już jednak wraz z Juventusem odpadł, natomiast Argentyńczyk i Polak w piątek 14 sierpnia o palmę pierwszeństwa w tym sezonie powalczą w ćwierćfinałowym meczu Bayernu Monachium z Barceloną.

Lewandowski w pierwszym meczu z Chelsea, na Stamford Bridge w Londynie, zaliczył dwie asysty i jednego gola w wygranym przez Bayern 3:0 spotkaniu. W spotkaniu rewanżowym rozegranym w minioną sobotę na Allianz Arena w Monachium, wygranym przez bawarska drużynę 4:1, kapitan reprezentacji Polski zdobył dwie bramki i dorzucił dwie asysty, czyli „Lewy” miał udział przy wszystkich siedmiu bramkach jakie w tym dwumeczu Bayern wbił ekipie Chelsea. Tym niesamowitym wyczynem chyba już ostatecznie przekonał niedowiarków, że należy mu się miejsce na samym szczycie piłkarskiej hierarchii, obok Messiego i Cristiano Ronaldo. Lewandowski powiększył swój strzelecki dorobek w obecnej edycji Ligi Mistrzów do 13 trafień w siedmiu występach i jest zdecydowanym liderem klasyfikacji strzelców. Następny w zestawieniu Erling Haaland z Borussii Dortmund ma na koncie 10 goli, ale on już odpadł ze swoim zespołem z rozgrywek.
Z zawodników, których drużyny wciąż pozostają w grze, Raheem Sterling i Gabriel Jesus z Manchesteru City maja po sześć trafień, tyle samo mają też w dorobku klubowy kolega „Lewego” Serge Gnabry oraz napastnik Olympique Lyon Memphis Depay, natomiast po po pięć goli na koncie mają Kylian Mbappe i Mario Icardi z Paris Saint-Germain oraz Josip Ilcic z Atalanty Bergamo. Co ciekawe, gol strzelony przez Leo Messiego w wygranym przez Barcelonę 3:1 sobotnim spotkaniu z SSC Napoli był dopiero drugim trafieniem Argentyńczyka w obecnym sezonie Ligi Mistrzów. Gwiazdor „Dumy Katalonii” w starciu z włoskim zespołem błysnął jednak wielką formą, dlatego kibice już ostrzą sobie apetyty na starcie Barcelony i Bayernu, które będzie też wielkim pojedynkiem o tytuł piłkarza roku w Europie i na świecie w 2020 roku. Messi w poprzednim roku zgarnął wszystkie najważniejsze indywidualne wyróżnienia i w tym roku wciąz jeszcze ma szanse powtórzyć ten wyczyn, a jedynym graczem który może mu w tym realnie przeszkodzić, jest właśnie Lewandowski.
Tak dla przypomnienia – „Lewy” jest nie tylko najlepszym strzelcem bieżącej edycji Ligi Mistrzów, jest także królem strzelców Bundesligi i Pucharu Niemiec, wiceliderem klasyfikacji „Złotego Buta” oraz w ogóle najskuteczniejszym piłkarzem tego sezonu w Europie – we wszystkich rozgrywkach w 44 rozegranych meczach zdobył 53 bramki. Pod tym względem zostawił w tyle nie tylko Messiego, ale także Cristiano Ronaldo, Neymara, Kyliana Mbappe, Harry’ego Kane’a, Mohameda Salaha, Timo Wernera, Elinga Haalanda i Karima Benzemę, którego Polak właśnie ponownie wyprzedził w klasyfikacji strzelców wszech czasów Ligi Mistrzów. Lewandowski z 66 golami w dorobku awansował na czwarte miejsce, a przed nim są już tylko Raul (72 gole), Messi (114) i niekwestionowany Cristiano Ronaldo (130).
Portugalczyk nie powalczy w tym sezonie o triumf w Lidze Mistrzów, bo Juventus po jego dwóch golach wygrał z Olympique Lyon tylko 2:1, za mało żeby wyeliminować francuską dużynę, która pierwszy mecz u siebie wygrała 1:0. Na pocieszenie Cristiano Ronaldo pozostały indywidualne osiągnięcia: po dublecie w meczu z Olympique Lyon powiększył liczbę swoich goli w tym sezonie do 37, co jest nowym rekordem w historii Juventusu Turyn. CR7 przebił osiągnięcie Felice Placido Borela II, który w sezonie 1935/1936 zdobył dla Juve 36 bramek. Mistrz świata z 1934 roku do zebrania takiego dorobku potrzebował 40 występów, a Portugalczyk swój rekord ustanowił w 46 spotkaniach. Przez 86 lat żaden piłkarz Juventusu nawet nie zbliżył się do rekordu Borela II. Najlepsi dochodzili do 32 bramek, a byli to Alessandro Del Piero (1997/1998), David Trezeguet (2001/2002) i Gonzalo Higuain (2016/2017).
Cristiano Ronaldo ma teraz o czym myśleć, bo w Juventusie już w sobotę zaczęła się personalna rewolucja. Pierwszy sezon Juventusu pod wodzą trenera Maurizio Sarriego w opinii włodarzy turyńskiego potentata zakończył się niepowodzeniem. Wywalczone nie bez problemu scudetto okazało się jedynym trofeum bianconerich, którzy po transferze Cristiano Ronaldo mieli wspiąć się na szczyt europejskiego futbolu i wywalczyć wymarzony puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Decyzję o zwolnieniu szkoleniowca podjął ponoć osobiście właściciel Juve Andrea Agnelli. Sarri przepracował w Turynie tylko jeden sezon. Były trener Chelsea i Napoli zastąpił na tym stanowisku Massimiliano Allegriego. Zdaniem włoskich mediów 61-letni szkoleniowiec nie miał posłuchu u największych gwiazd zespołu. Jego nagłe odejście zwolnienie skomplikowało sytuację Arkadiusza Milika, którego głównie Sarri chciał ściągnąć do Juventusu, więc teraz transfer może okazać się nieaktualny. Ale Milik już zdążył podpaść wszystkim ważniakom w Napoli i jeśli zostanie, będzie miał w tym klubie ciężkie życie. Jeszcze w sobotę władze Juventusu dokonały wyboru nowego szkoleniowca. Został nim Andrea Piro, wybitny przed laty włoski piłkarz, mistrz świata z 2006 roku, czterokrotny mistrz Italii w barwach Juventusu. Jego nominacja jest niespodzianka, bo 41-letni obecnie Pirlo dopiero w 2017 roku zakończył piłkarską karierę i w Juve zadebiutuje w trenerskim fachu.
Nie mniejsze niż w Turynie rozgoryczenie panuje też w ekipie Realu Madryt, który został upokorzony dwoma porażkami przez Manchester City. Dla hiszpańskiego trenera angielskiego zespołu Pepa Guardioli piątkowe zwycięstwo 2:1 było już 11 w jego trenerskiej karierze odniesione przez jego zespoły w potyczkach z „Królewskimi”. W historii futbolu pod tym względem nie ma lepszego. Przy okazji Guardiola przerwał niesamowitą serię triumfów trenera Realu Zinedine’a Zidane’a, który po raz pierwszy w karierze szkoleniowca poznał smak odpadnięcia z Ligi Mistrzów. W latach 2016-2018 Francuz poprowadził Królewskich do trzech kolejnych triumfów w tych elitarnych rozgrywkach i do piątku miał stuprocentową skuteczność w fazie pucharowej Champions League. Pod jego wodzą Real wygrał 9 dwumeczów i trzy finały. Jeśli ktoś miał Zidane’a powstrzymać, to tylko Guardiola. Gdy prowadził Barcelonę (2008-2012) wygrała aż 9 z 15 El Clasico. Jako trener Bayernu dostał co prawda od Realu łomot w Lidze Mistrzów, ale jako trener „The Citizens” wrócił na zwycięską ścieżkę. W pierwszym meczu 1/8 finału Champions League Manchester City wygrał na Santiago Bernabeu 2:1, a w rewanżu na swoim stadionie powtórzył ten rezultat. Teraz bilans Guardioli z Realem to 11 zwycięstw, 4 remisy i 4 porażki – żaden szkoleniowiec nie wygrał tylu spotkań z Królewskimi. W piątkowym meczu angielski zespół dostał mocne wsparcie ze strony francuskiego stopera „Królewskich” Raphaela Varane’a, którego dwa kompromitujące błędy przyniosły gospodarzom obie bramki. Hiszpańskie media nie zostawiły na tym piłkarzu suchej nitki i obciążyły go całą winą za odpadnięcie Realu.
Teraz osiem zespołów, które wywalczyły awans do ćwierćfinału, zbierze się w Lizbonie, gdzie od 12 sierpnia rozgrywki w Lidze Mistrzów zostaną dokończone w formule turniejowej.
Zestaw par 1/4 finału:
Atalanta Bergamo – Paris Saint-Germain (środa, 12 sierpnia);
RB Lipsk – Atletico Madryt (czwartek, 13 sierpnia);
FC Barcelona – Bayern Monachium (piątek, 14 sierpnia);
Manchester City – Olympique Lyon (sobota, 15 sierpnia);
1/2 finału:
Manchester City/Olympique Lyon – FC Barcelona/Bayern Monachium (18 sierpnia);
RB Lipsk/Atletico Madryt – Atalanta Bergamo/Paris Saint-Germain (19 sierpnia);
Finał odbędzie się 23 sierpnia. Wszystkie mecze rozpoczynać się będą o 21:00.

Lewandowski w grze o Ligę Mistrzów

W środę i czwartek rozegrano mecze 1/8 finału Ligi Europy, a w piątek i sobotę odbędą się zaległe rewanżowe spotkania w Lidze Mistrzów. Ostatni mecz w tej fazie rozgrywek, Liverpoolu z Atletico Madryt (2:3) rozegrano 149 dni temu. W piątek zmierzą się Juventus Turyn z Olympique Lyon (0:1) i Manchester City z Realem Madryt (2:1), a w sobotę Bayern Monachium z Chelsea Londyn (3:0) oraz FC Barcelona z SSC Napoli (1:1).

Tak właśnie zacznie się finisz najdziwniejszego sezonu w historii europejskich pucharów. Cztery zespoły zdążyły przed wybuchem pandemii wywalczyć awans do 1/4 finału, osiem w piątek i sobotę powalczy w rewanżach o cztery pozostałe miejsca. A potem wszyscy ćwierćfinaliści zjadą do Lizbony, gdzie od środy 12 do niedzieli 23 sierpnia odbędzie się finał tegorocznej edycji Champions League w wersji turniejowej. W związku z pandemią UEFA chciała ograniczyć podróże i na areny decydujących bojów o triumf w Lidze Mistrzów wybrała stadiony dwóch klubów z Lizbony – Benfiki i Sportingu. O awansie do kolejnej rundy zmagań rozstrzygać będzie tylko jeden mecz. Wszystkie starcia będą odbywać się przy pustych trybunach, co eliminuje jakąkolwiek przewagę związaną z pełnieniem roli gospodarza. Dozwolona będzie zmiana pięciu graczy oraz szóstego w przypadku dogrywki.
Do stolicy Portugalii każdy klub będzie mógł zabrać maksymalnie 80 ludzi, z czego 45 będzie miało dostęp do „strefy zero”, czyli boiska i jego najbliższych okolic. Mowa tu o 23 zawodnikach, ośmiu członkach sztabu szkoleniowego oraz 14 pracowników zaplecza technicznego drużyny. Każda z tych osób będzie musiała poddać się badaniom na koronawirusa na dwie doby przed pierwszym meczem, wszystkim będzie mierzona temperatura przed wejściem na stadion, rezerwowi będą musieli zakładać maseczki, a zespoły będą wjeżdżały na teren stadionu co najmniej w dziesięciominutowych odstępach. To powinno uchronić uczestników turnieju przed Covid-19, ale do Lizbony wybiera się nieokreślona jeszcze do końca liczba kibiców. Utrzymać ich w ryzach epidemicznych zarządzeń będzie bardzo trudno.
Wcześniej jednak kibiców czekają emocje w czterech zaległych meczach rewanżowych 1/8 finału. Najmniej spekulacji towarzyszy potyczce Bayernu Monachium z Chelsea Londyn, bo zaliczka trzech goli z pierwszego spotkania w Londynie stawia bawarską jedenastkę w roli stuprocentowego faworyta. Nic dziwnego, że Robert Lewandowski, który na Stamford Bridge był bohaterem spotkania (zaliczył dwie asysty przy golach Serge’a Gnabry’ego i sam strzelił londyńczykom gola), przed sobotnią potyczką na Allianz Arena w Monachium był dobrej myśli. Kpaitan reprezentacji Polski jest mocno zmotywowany, bo po tym jak Ciro Immobile sprzątnął mu sprzed nosa „Złotego Buta”, nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich, chciałby powetować sobie tę stratę zdobyciem korony króla strzelców Ligi Mistrzów. A ma na to realne szanse, bo w tej chwili prowadzi w zestawieniu z dorobkiem 11 goli. Z grona zawodników, którzy nadal grają w Champions League, najmniej do naszego piłkarz traci jego kolega z Bayernu Serge Gnabry oraz belgijski napastnik SSC Napoli Dries Mertens (obaj mają po sześć goli). Za ich plecami z dorobkiem pięciu trafień czają się jednak groźni konkurenci – Francuz Kylian Mbappe i Mario Icardi z Paris Saint-Germain, Raheem Sterling i Gabriel Jesus z Manchesteru City, Josip Ilicić z Atalanty Bergamo i Memphis Depay z Olympique Lyon. Ale biorąc pod uwagę, że w w fazie pucharowej tylko najlepsze zespoły rozegrają po trzy mecze, dogonić Lewandowskiego będzie piekielnie trudno. Zwłaszcza, że przecież on sam też będzie w grze, a ponieważ w tym sezonie prezentuje życiową formę, czego dowodem jest 51 zdobytych przez niego bramek we wszystkich rozgrywkach. „Lewy” jest najskuteczniejszym strzelcem w Europie i dystansuje pod względem liczby trafień nawet dotychczasowych hegemonów w tej „konkurencji”, czyli Cristiano Ronaldo i Leo Messiego.
Faworytem zaległych meczów w 1/8 finału, chociaż już nie takim murowanym jak Bayern, wydaje się być też Manchester City, bo trener tej drużyny, Pep Guardiola, raczej nie dopuści do roztrwonienia przez jego zespół przewagi wywalczonej na Santiago Bernabeu (2:1). Ale Realu Madryt nigdy nie należy lekceważyć. W pozostałych dwóch spotkaniach (Juventusu z Olympique Lyon i Barcelony z Napoli) szanse drużyn na wywalczenie awansu można uznać za równe.
Ale wytypowanie już dzisiaj triumfatora Ligi Mistrzów jest czystą loterią. I nie chodzi wyłącznie o to, że większość zespołów uważanych za faworytów znalazła się po jednej stronie turniejowej drabinki. Inną kwestią jest przygotowanie drużyn do gry. Francuskie zespoły (Paris Saint-Germain i Olympique Lyon przystąpią do rywalizacji po pięciu miesiącach przerwy w grze, ale po przejściu pełnego okresu przygotowawczego do nowego sezonu. Z kolei włoskie drużyny (Juventus i Atalanta) do zmagań w Champions League przystąpią praktycznie z marszu, bo Serie A rozgrywki zakończyła w miniony weekend. W podobnej sytuacji są też kluby hiszpańskie – Barcelona, Real i Atletico. Teoretycznie w najlepszej sytuacji znalazły się zespoły niemieckie – Bayern i RB Lipsk, które zakończyły sezon w Bundeslidze miesiąc temu, zdążyły posłać swoich graczy na krótkie urlopy, a po ich powrocie miały czas na przygotowanie ich do zmagań w Lidze Mistrzów. Bawarska jedenastka po pandemii byli w spektakularnej formie i z łatwością obroniła mistrzostwo Niemiec, wygrała też jedyny sparing po powrocie z wakacji (1:0 z Olympique Marsylia), ale w jakiej formie znajduje się teraz, przekonamy się dopiero w sobotę, gdy rozegra mecz z Chelsea. Fani Bayernu liczą, że trener Hansi Flick wykorzysta doświadczenie wyniesione z reprezentacji Niemiec, a to właśnie on jako asystent Joachima Loewa odpowiadał za przygotowanie niemieckiej kadry do mundial w 2014 roku.
Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że drużyny przystąpią do rywalizacji w zmienionych składach, bo przecież trwa letnie okienko transferowe. Z Paris-Saint Germain odeszli z tego powodu Edinson Cavani i Thomas Meunier, z RB Lipsk Timo Werner, a z Manchesteru City Leroy Sane. UEFA ponownie otworzyła okres rejestrowania zawodników do Ligi Mistrzów, ale z zastrzeżeniem, że do listy dopisać można wyłącznie graczy, którzy na początku lutego byli w drużynie. Wykorzystały to m.in. Manchester City, który zarejestrował wracającego do zdrowia Aymerica Laporte czy Barcelona, która liczy na Ousmane Dembele.
My rzecz jasna trzymamy kciuki za kwartet naszych piłkarzy, którzy pozostali jeszcze w grze o triumf w Lidze Mistrzów. Oprócz Lewandowskiego, są to jeszcze Wojciech Szczęsny (Juventus) oraz Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik (SSC Napoli).

48 godzin sport

Vettel odchodzi z Ferrari
Sebastian Vettel nie przedłuży umowy z Ferrari i po sezonie 2020 rozstanie się z włoską stajnią. Informację tę potwierdziła ekipa Ferrari, a także sam niemiecki kierowca. Obie strony nie doszły do porozumienia w sprawie wysokości nowego kontraktu. Włoski zespół chciał zmniejszyć wynagrodzenie Vettela do kwoty 12 mln euro rocznie, na co on nie przystał. W barwach Ferrari Vettel, który wcześniej w barwach Red Bulla czterokrotnie zdobył mistrzostwo świata kierowców, ścigał się od 2015 roku. Przez ten czas zdołał wygrać tylko 14 wyścigów.

Bieniek w Skrze Bełchatów
Mateusz Bieniek w najbliższym sezonie występował w zespole PGE Skry Bełchatów. Reprezentant Polski został wypożyczony na rok z włoskiego Cucine Lube Civitanova. W bełchatowskiej ekipie ma zastąpić Jakuba Kochanowskiego, który przeszedł do ZAKSY Kędzierzyn-Koźle. Bieniek, który był w zwycięskim składzie reprezentacji Polski na mistrzostwach świata w 2018 roku, rywalizuje teraz o miejsce w kadrze na igrzyska olimpijskie w Tokio.

Rząd Norwegii zapłaci klubom
Norweskie kluby piłkarskie otrzymają pełną rekompensatę za nieuzyskane wpływy z biletów w odwołanych z powodu epidemii koronawirusa meczach oraz za te, które od 16 czerwca będą rozgrywane bez publiczności. „Kluby tracą pieniądze z powodu decyzji rządu, który w marcu zakazał imprez sportowych, albo zadecydował o braku publiczności. To my zamknęliśmy stadiony, więc to my musimy pokryć straty” – powiedział minister kultury i sportu Abid Raja. Norweski rząd przeznaczy na rekompensaty dla klubów sportowych 100 milionów euro.

Anglia chce grać od 1 czerwca
Brytyjskie władze podały do wiadomości publicznej szczegóły drugiego stopnia pięcioczęściowego planu, opracowanego w ramach walki z pandemią koronawirusa. Drugi etap, który rozpocznie się nie wcześniej niż 1 czerwca, zakłada zezwolenie na organizowanie wydarzeń kulturalnych i sportowych bez udziału widowni w celu przeprowadzenia transmisji, przy jednoczesnym unikaniu ryzyka kontaktów społecznych na dużą skalę. Oznacza to, że już w przyszłym miesiącu możliwy będzie restart rozgrywek Premier League.

Smutek w Realu Madryt
Real Madryt poinformował, że piłkarz tego klubu Luka Jović złamał kość prawej stopy. Uraz wykryto podczas badań przed wznowieniem sezonu. 22-letni serbski napastnik przeszedł do ekipy „Królewskich” latem ubiegłego roku z Eintrachtu Frankfurt za 60 mln euro. W tym sezonie zaliczył 24 spotkaniach w barwach „Los Blancos”, ale zdobył w nich tylko dwie bramki i dorzucił dwie asysty. Z powodu urazu będzie musiał pauzować kilka tygodni. To nie jedyna smutna wiadomość dla fanów tego madryckiego klubu. W wieku 71 zmarł znakomity przed laty napastnik „Królewskich” Ico Aguilar, który w 190 występach strzelił 50 goli.

Santiago Bernabeu bez Realu

Jeśli sezon Primera Division zostanie wznowiony, Real Madryt domowe spotkania rozgrywać będzie na swoim treningowym stadionie im. Alfredo Di Stefano w Valdebebas. „Królewscy” otrzymali już na to zgodę od zarządu Primera Division oraz od władz hiszpańskiej federacji.

Real Madryt porzuca swoją legendarną arenę z dwóch powodów. Po pierwsze, wiadomo już, że jeśli rozgrywki w hiszpańskiej ekstraklasie piłkarskiej zostaną wznowione, to mecze będą grane przy pustych trybunach. A skoro tak, znacznie taniej wyjedzie „Królewskim” korzystać ze znacznie mniejszego stadionu w Valdebebas, który ma pojemność 6 tys. miejsc. Drugi powód, to realizowana właśnie modernizacja Santiago Bernabeu. Gdy ją rozpoczynano, klub zawarł umowę z wykonawcami, że prace budowlane nie mogą utrudniać rozgrywania meczów, co wydłużyło termin zakończenia inwestycji do 2023 roku. Teraz z powodu koronawirusa zespół może na wiele miesięcy zwolnić obiekt, co ułatwi budowlańcom zadanie. A na zmodernizowanym obiekcie Real zwiększy swoje przychody z tylko komercyjnej działalności do kwoty 150 mln euro. Taki efekt na pewno wart jest wyrzeczeń.

CR7 za drogi dla Juve?

Pandemia koronawirusa wpędza w finansowe tarapaty nawet futbolowych potentatów. W Juventusie Turyn na przykład coraz poważniej rozważany jest transfer Cristiano Ronaldo.

W minioną sobotę kierownictwo Juventusu ogłosiło porozumienie z drużyną w sprawie redukcji zarobków. Piłkarze i trenerzy „Starej Damy” zgodzili się na całkowitą rezygnację z należnych im wynagrodzeń kontraktowych za okres od marca do czerwca tego roku. W ten sposób turyński klub zaoszczędzi 90 mln euro. Ale to może okazać się za mało na przetrzymanie pandemii koronawirusa. Jak donosi dziennik „Il Messaggero” szefowie Juventusu są w tej chwili skłonni zakończyć juz po tym sezonie współpracę z najdroższym piłkarzem w ich zespole, Cristiano Ronaldo. Kontrakt 35-letniego Portugalczyka opiewa na kwotę 31 mln euro netto i jest największym obciążeniem dla klubowego budżetu, bo wraz z podatkami kosztuje klub aż 54 mln euro.
Działacze mistrza Włoch rozważają więc transfer portugalskiego gwiazdora już tego lata, co pewnie nie byłoby takie trudne, bo synny CR7 ostatnio coraz częściej daje do zrozumienia, że nie jest w Turynie szczęśliwy i że bardzo chciałby wrócić do Realu Madryt. W madryckim klubie chętnie nadstawiają ucha na takie spekulacje, tym bardziej, że z obozu turyńczyków docierają wieści, iż Juventus latem będzie gotów oddać tego wybitnego gracza nawet za 70 mln euro. To wprawdzie kwota o blisko 40 mln euro mniejsza od tej, za jaką w lipcu 2018 roku wykupili go z Realu Madryt, ale jak się do niej doliczy 108 mln euro, które turyński klub musiałby mu zapłacić do końca wygasającego 20 czerwca 2022 roku kontraktu, to taka transakcja już na kiepską nie wygląda, a nawet wręcz przeciwnie. Przy całym szacunku dla niebywałych piłkarskich dokonań Cristiano Ronaldo, to mimo jego anegdotycznej już dbałości o fizyczną formę, Portugalczyk szczyt możliwości ma za sobą. Poza tym w Juventusie nie udało mu się uzyskać takiej mocnej pozycji w drużynie i w klubie, jaką miał wcześniej w Realu Madryt, stąd pewnie bierze się też jego rosnąca tęsknota za „Królewskimi”.

Zmarł Piotr Jegor

W wieku 51 lat zmarł Piotr Jegor, były reprezentant Polski i piłkarz m.in. Górnika Zabrze, który jako pierwszy poinformował o jego śmierci. W ekipie z Zabrza zmarły występował przez dziesięć sezonów.

Jegor zaczynał karierę piłkarską w Górniku Knurów, skąd przeszedł do Górnika Zabrze, którego barwy reprezentował przez blisko 10 lat. W 1988 roku, jako 20-letni zawodnik, zasłynął kapitalna bramką zdobytą strzałem z dystansu w meczu przeciwko Realowi Madryt, którego trenerem był znany dobrze w Polsce Leo Beenhakker. Ostatecznie zabrzanie przegrali z „Królewskimi” 2:3, ale był to mecz w 1/8 finału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych.
Lwią część piłkarskiej kariery Jegor spędził w polskich klubach, a za granicą zaliczył jedynie krótki epizod w Hapoelu Hajfa. Najwięcej sezonów spędził w Górniku (10), ale występował też w Stali Mielec, Odrze Wodzisław, a na koniec grał jeszcze w zespołach niższych lig – w Stali Bielsko-Biała, Górniku Jastrzębie-Zdrój oraz LKS Bełk. W ekstraklasie Jegor rozegrał 294 meczów i zdobył 27 bramek, w reprezentacji Polski w latach 1989-1997 zaliczył 20 występów i strzelił jednego gola.

Real nie chce Bale’a

Wygląda na to, że po tym sezonie, obojętnie kiedy się zakończy, Real Madryt ponownie spróbuje pozbyć się walijskiego skrzydłowego Garetha Bale’a.

Jeśli wierzyć doniesieniom hiszpańskich mediów, władze Realu Madryt mają już tak serdecznie dosyć Walijczyka, że są gotowe oddać go w letnim oknie transferowym za darmo. Dla madryckiego klubu będzie to poważana strata, bo swego czasu wykupiły Garetha Bale’a z Tottenhamu za 91 mln euro, ale chociaż walijski skrzydłowy ma już 30 lat i niezbyt udane trzy ostatnie sezony, to jego transferową wartość wycenia się na kwotę 40 mln euro. Ale Walijczyk ma z Realem kontrakt ważny do końca czerwca 2022 roku, który gwarantuje roczne zarobki w wysokości 17 mln euro. A zatem zgodzi się na przejście do innego klubu tylko wtedy, gdy nowy pracodawca da mu takie same uposażenie.
W tym sezonie w 18 występach Bale strzelił tylko trzy gole, ale nie tylko dlatego Real chce go oddać za darmo. Po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej jest on graczem spoza Europy, a takich kluby w Hiszpanii mogą mieć w kadrze trzech, a „Królewscy” mają dziesięciu.