Komu służy sojusz z Rydzykiem

Jeżeli partia mająca 30 procent poparcia nawiązuje sojusz z Kościołem, którego formalni wierni stanowią ponad 90 procent, a praktykujący ponad 60 procent, to taki sojusz opłaca się wyłącznie tej partii, a nie temu Kościołowi.

Według raportu na temat pedofilii w Kościele, przedstawionego niedawno przez Episkopat Polski, „małoletni płci męskiej stanowili 58,4 proc. ofiar nadużyć seksualnych ze strony duchownych, natomiast 41,6 proc. to małoletnie ofiary płci żeńskiej”. To były dane Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, uzyskane nawet w polskiej sytuacji, gdzie dziewczynki są mniej chronione przed molestowaniem, niż chłopcy, a prawicowy argument, że tylko „pederastia” jest problemem, a nie pedofilia, został przyswojony nawet przez pedofilów w sutannach.
W filmie braci Sekielskich ksiądz-pedofil, który molestował małe dziewczynki, mówi do jednej ze swoich dawnych ofiar, jakby to było alibi: „ale ja przecież nigdy nie robiłem takich rzeczy z chłopcami”.
Jak się do tego ma wypowiedź czołowego intelektualisty Prawa i Sprawiedliwości, ulubionego rozmówcy Jarosława Kaczyńskiego, drugiej pozycji na liście PiS do europarlamentu z Małopolski Ryszarda Legutki, że „ponad 80 procent przypadków nadużyć dotyczy chłopców w wieku od 12 do 17 lat, no to przepraszam bardzo, co to jest za pedofilia? To nie jest żadna pedofilia, to jest pederastia po prostu”?
Oczywiście Legutko, mimo że był pytany o film braci Sekielskich i o sytuację w Polsce, powołał się na „badania amerykańskie”. Jako najlepszy w Polsce znawca amerykańskich wojen kulturowych nie dodał, że zostały one tam wykonane na zlecenie przeciwników papieża Franciszka, chcących ewidentne winy i zaniechania Kościoła zrzucić na „gejów” i „rewolucję obyczajową lat sześćdziesiątych”.
Kiedy jednak intelektualista świadomie nagina rzeczywistość, nie robi tego z niewiedzy, ani z głupoty, ale dlatego, że mu się to opłaca. Opłaca się jemu, jego partii, opłaca się jego liderowi, od którego zależy posada tego intelektualisty w europarlamencie, cała jego kariera polityczna, dla której zrezygnował z kariery akademickiej i w ogóle – z bycia filozofem.
Tak jest właśnie w przypadku Ryszarda Legutki. Zmuszanie go do przeprosin mija się z sensem, bo on uważa, że relatywizowanie i obrona patologii pojawiających się w polskim Kościele po prostu opłaca się jego partii – PiS-owi. I oczywiście Ryszard Legutko ma rację.
Dlaczego bowiem Jarosław Kaczyński zdecydował się na sojusz nie tyle z Kościołem, co z jego najbardziej patologiczną i niechrześcijańską częścią, jaką jest tzw. Kościół Rydzyka?
Dlaczego jego ludzie bronią dziś księży i biskupów, którzy chronili pedofilów przed odpowiedzialnością, umożliwiali skazanym dalszy kontakt z dziećmi, jeśli tylko ci biskupi i księża rewanżują się publicznie okazywanym poparciem dla PiS?
Odpowiedź jest żenująco prosta. Jeżeli partia mająca 30 procent poparcia w polskim społeczeństwie nawiązuje sojusz z Kościołem, którego wierni formalni stanowią w tym społeczeństwie ponad 90 procent, a praktykujący ponad 60 procent, to taki sojusz opłaca się wyłącznie tej partii, a nie temu Kościołowi. Polscy katolicy są w różnych partiach. Zarówno jako politycy, liderzy, jak też jako wyborcy. Pozwalając Kaczyńskiemu i jego partii na przyssanie się do najsilniejszej w Polsce instytucji, żerowanie na jej autorytecie – niektórzy ludzie polskiego Kościoła zdradzają znaczną część swoich wiernych. Można powiedzieć, że zdradzają większość katolików na rzecz mniejszości PiS-owców.
Jarosław Kaczyński doskonale to wiedział, kiedy przyssał się do Kościoła. Kiedy zaczął mówić – z właściwą sobie przesadą, która zawsze jest znakiem cynizmu – że „ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę”.
Ale czy wiedzieli to biskupi pozwalając Kaczyńskiemu wykorzystać autorytet Kościoła w swojej partyjnej walce o ziemską, osobistą władzę?
Jednak jest jeszcze tzw. Kościół Rydzyka – biskupi, księża i wierni, którzy o katolicyzmie czy o chrześcijaństwie uczyli się z Radia Maryja. A więc uczyli się źle, bo chrześcijaństwo jest religią uniwersalną, religią etyczną, religią miłosierdzia. A z Radia Maryja dowiadywali się, że jest religią kulturowej i partyjnej wojny, religią polskiego nacjonalizmu, a nawet „białego” rasizmu. Stanisław Michalkiewicz, czołowy felietonista Radia Maryja, powiedział niedawno o kobiecie, której sąd przyznał odszkodowanie za to, że jako trzynastolatka była wielokrotnie gwałcona przez księdza pedofila: „żadne k…wy na całym świecie nie są tak wynagradzane”. Michalkiewicz nadal jest felietonistą Radia Maryja, nadal „naucza” polskich katolików, szczególnie chętnie o Żydach i o kobietach.
Jednak ani Jarosławowi Kaczyńskiemu, ani Mateuszowi Morawieckiemu, ani Jarosławowi Gowinowi, ani Zbigniewowi Ziobrze, nie przeszkadza to pompować w Radio Maryja kolejne miliony i regularnie pielgrzymować do Tadeusza Rydzyka z błaganiem o polityczne wsparcie.
Jednak akurat Kościołowi Rydzyka opłaca się sojusz z PiS-em, na którym traci cały Kościół katolicki w Polsce. To bowiem właśnie dzięki pieniądzom od PiS-u (dokładniej, pieniądzom z państwowego budżetu i ze środków unijnych, którymi dysponuje rząd), a także dzięki uprzywilejowanym kontaktom z władzą Tadeusz Rydzyk powoli przejmuje cały polski Kościół. Promuje swoich proboszczów i biskupów, osłabia i próbuje zniszczyć proboszczów i biskupów wobec siebie krytycznych.
Prymas Józef Glemp, przecież nie żaden „liberał”, raczej „konserwatysta”, tyle że mający na uwadze dobro instytucji, którą kierował, potrafił napisać o Rydzyku – w głośnym liście z 1997 roku do jego zakonnego przełożonego, prowincjała redemptorystów – „ojciec Rydzyk, mimo popularności i poparcia wielkich rzesz, nie może żądać dla siebie przywilejów i stać ponad prawem…, nie można szerzyć przekonania, że teraz przeżywamy najtrudniejsze czasy, zasada: kto nie jest z nami, jest przeciwko nam, nie jest zasadą ewangeliczną”. I dodawał: „sam słuchałem ojca Rydzyka i byłem upokorzony jego pychą”.
Dziś już nikt tak w całym polskim episkopacie nie powie, nie ośmieli się tak powiedzieć.
Rydzyk urósł w czasie pierwszych rządów PiS w latach 2006-2007. Już wtedy dostawał od Kaczyńskiego pieniądze, przywileje i częstotliwości. Jeszcze bardziej urósł dzisiaj, po czterech latach kolejnych rządów PiS.
Zatem powtórzmy jeszcze raz – Kaczyńskiemu sojusz jego 30-procentowej partii z 90- czy choćby 60-procentowym Kościołem opłaca się w sposób oczywisty. Rydzykowi sojusz z Kaczyńskim też się opłaca, bo daje mu nadzieję na przejęcie całego 90-procentowego Kościoła. Ale dlaczego na taki sojusz zgadzają się polscy biskupi? A zgadzają się faktycznie, zgadzają się milcząc, zgadzają się tolerując.

Podkop

Minister spraw wewnętrznych Brudziński, ksywa „Jojo” chce ścigać uczestników parady LGBT w Częstochowie za to, że mieli znieważyć orła, polskie godło narodowe nadając tłu tęczowe barwy.

 

Ten sam Brudziński, który jeszcze kilka tygodni temu przepraszał uczestników naukowej konferencji o Marksie za najście, które na nich zrobiła jego policja.
PiS próbuje szturmować Sąd Najwyższy, ale jeśli porównać to z blitzkriegiem roku 2016 do lata 2017 robi to z „jakąś taką nieśmiałością” i póki co wstrzymuje się od sięgania po łom. Takich przykładów rozchwiania ideowego i nerwowości można zaobserwować dużo więcej.

 

Budżetówka się sroży. Rolnicy też.

Niebawem władza może stanąć wobec perspektywy protestów szeregu grup zawodowych, w tym budżetówki, od nauczycieli do policjantów, którzy podobnie jak niepełnosprawni postanowili wyciągnąć konsekwencje z ogłoszonego przez PiS cudu gospodarczego.
Bardzo niebezpieczna jest dla PiS także narastające wkurzenie rolników, w tym doprowadzonych do rozpaczy plantatorów owoców miękkich. Jakiekolwiek pogłoski o słabnięciu PiS byłyby grubo przedwczesne, to niebawem władza wejdzie w turbulencje, bo protesty budżetówki nie mieszczą się na sześćdziesięciu metrach sejmowego korytarza z ograniczonym dostępem do łazienki. Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że nawet prorządowej „Solidarności” Dudy Piotra trudno będzie bez mydła wysługiwać się władzy, gdy do protestów przystąpią inne związki i centrale z OPZZ Jana Guza na czele.
Dla PiS szczególnie niebezpieczny jest ferment w niedopłaconej policji, bo w sytuacji, gdyby nie daj boże siła jej wsparcia dla władzy okazała się – delikatnie mówiąc – niedostatecznie gorliwa i niedostatecznie szczelna. Warto pamiętać, że po 14 lipca 1789 roku francuskiej rewolucji nie poparł wyższy kler fioletowy, ale szary kler parafialny już w ogromnym stopniu tak.
Nieudolnością wprost nie do pojęcia jest to, że nikt po stronie opozycji nie złożył dotąd choćby policji i służbom mundurowym sensownej oferty, zanim zrobi to przyciśnięta do muru władza PiS. Nie lubię krytykować żadnej opozycji, bo jej sprzyjam, ale czasem ręce opadają. Co zrobić, jak się kto neoliberałem urodził, głupi musi umrzeć.

 

Madonno, Czarna Madonno

Z drugiej strony rydzykowszczyzna zaczyna się denerwować brakiem postępu a nawet regresem na drodze do całkowitego zakazu aborcji, od którego Kaczyński i pisowscy „realiści” opędzają się jak od muchy tse-tse, bo jak ognia boją się czarnych protestów. Rydzykowcy nie są w ciemię bici i tak jak wiedzą, że konfitury trzeba zagarniać na full, bo to mogą być ostatnie tłuste lata, tak obecny układ może być ostatnia szansą na drugą Irlandię tyle że w wersji sprzed ćwierć wieku.
Tym bardziej, że jedna z liderek czarnych protestów Marta Lempart oświadczyła, że pójdą one w dużej liczbie pod atrapę Trybunału Konstytucyjnego, gdyby to rękami magister Przyłębskiej próbowano wyjąć te antyaborcyjne kasztany z ognia.
A rydzykowszczyzna wie przecież, że rzeczona magister nie zrobi tego, czego zabroni jej prezes. Ostra rekuza dana godkowszczyźnie nawet przez pisowską przewodniczącą komisji sejmowej, która zepchnęła do piwnicy projekt „Zatrzymaj aborcję”, nakazuje zastąpić grę pionkiem grą większymi figurami.
Atutem dla rydzykowszczyzny może być zakaz kandydowania do samorządów nałożony na beneficjentów spółek Skarbu Państwa, który wywołał w aparacie PiS popłoch od morza do Tatr i od Bugu po Odrę i Nysę Łużycką. Rydzyk może zaproponować im swoje listy wyborcze, do których coraz bardziej się przymierza, bez warunku pozbycia się spółkowych fruktów za to z warunkiem wierności poczętemu życiu.
Aby nieco złagodzić te napięcia, władza zintensyfikowała ostatnio wyrazy synowskiego oddania klerowi, a w mszy przed obchodami 550-lecia polskiego parlamentaryzmu uczestniczyli jak jeden mąż uchodzący za prezydenta Polski pan Duda i uchodzący za marszałków Sejmu i Senatu „dwaj panowie K” (co brzmi jak tytuł peerelowskiego kryminału milicyjnego), Kuchciński i Karczewski.
Także premier Matteo, największy polski wizjoner gospodarczy od czasów, gdy w 1828 roku książę Drucki-Lubecki założył Bank Polski wpisał się w nabożny nastrój i przemawiał na Jasnej Górze mając za plecami ojca Rydzyka i to bardzo w jego poetyce. Wyraźnie nawiązując do lektury „Potopu” mówił o tym, że znów są tacy, którzy próbują dokonać „podkopu pod polskość” i oddawał się w niewolę Czarnej Madonny. Nie jest to język bankowego technokraty, ale sorry Winnetou – biznes is biznes. Nie ma wątpliwości, że gdyby nie straszny cień „czarnego protestu”, jak nic zaniósłby Rydzykowi do stóp na częstochowskich wałach zakaz aborcji, włożony do kosza między chleb, sól i wieniec z polnego kwiecia. Ale nie wszystko można w życiu mieć.

 

Władza sądzenia

O jej znaczeniu mówił już sam Emmanuel Kant, ale nie o tym teraz mowa.
Jako się rzekło na wstępie, PiS – w porównaniu do barbarzyńskiej determinacji w odniesieniu do Trybunału Konstytucyjnego i nieco przez Dudę Andrzeja pohamowanego natarcia Ziobry na sądy powszechne – w kwestii Sądu Najwyższego wyraźnie osłabł. I nawet walkowerem oddanego mu przez prezes Małgorzatę Gersdorf jej czasu w postaci urlopu wziętego wybitnie nie w porę, nie wykorzystuje tak, jak można by się tego spodziewać, a durny wystrzał „lustracyjny” oddany przez dyrektora Cenckiewicza z IPN w stronę p.o. prezesa SN, sędziego Józefa Iwulskiego okazał się niewypałem nawet dla większości propisowskich mediów ( z wyjątkiem niezawodnej TVPiS, zwanej też kur-„wizją”).
Los Sądu Najwyższego nie jest zatem wbrew pozorom przesądzony, o ile Luksemburg zdąży z zawieszeniem pisowskiej ustawy o SN, prezes Gersdorf będzie mniej labilna w swoich posunięciach i na dłużej zapomni o wypoczynku.
A szansa jest, bo po pierwsze, Duda w narcystycznym dążeniu do roli przez wszystkich podziwianej primadonny (jak ten człowiek kocha siebie samego z wzajemnością i jak uprawia autoerotyzm nawet dźwiękiem własnej wymowy!) znów może w popłochu zaplątać się we własne nogi, a Ziobro może w tej akurat kwestii jedynie gryźć z bezsilności palce. A po drugie, PiS przeżywa obecnie fazę, która zdarza się przestępcom pochodzącym z dobrego domu – zaczyna bać się własnej, uprzedniej przestępczej odwagi i ta refleksyjność osłabia jego determinację.

 

Ośrodki zarodowe

A tymczasem PiS, w kontrze, szykuje się do wypłacenia wyprawki „za trzysta” i kontynuuje budowę ośrodków zarodowych, pisowskich ośrodków lebensborn, wzorem Heinricha Himmlera.
Bo co innego będą miały do roboty młode małżeństwa osadzone w paździerzowych, jak z filmów Barei (pisała o tym w „DT” Weronika Książek) osiedlach z programu „mieszkanie plus”, n.p, w Białej Podlaskiej, niż – jak mawiał kiedyś Lech Wałęsa – „przez fakty dokonane robić robotę” i z braku innej, a przynajmniej lepszej, kolekcjonować rok po roku „500 plus”? Podobno taki ośrodek zarodowy PiS chce sprokurować także w okolicach warszawskiego Ursynowa. Tylko kogo tam osiedli? Leniwych do rozrodu hipsterów z placu Zbawiciela?

 

Czy mogę prosić­­­?

Na koniec, po raz 863 wystąpiłbym z poważnym ostrzeżeniem, a co najmniej prośbą do wodzów PiS, by zechcieli szanować art.25 Konstytucji i nie modlili się tak głośno w kościele jak ostatnio. Tyle że wtedy, z uczciwą symetrią musiałbym poprosić towarzyszkę profesor Genowefę Grabowską, eksparlamentarzystkę SLD, by tak bezwstydnie i bez mydła nie wysługiwała się PiS w żyrowaniu jego poczynań przeciw prawu i demokracji. Kika i tak Towarzyszka nie prześcignie.