40 zł dla rencistów i części emerytów

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Jeśli projekt przejdzie pomyślnie przez parlament oznaczać to będzie, że ogół polskich podatników sfinansuje waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych.
Rząd informuje, że wszystkie emerytury i renty zostaną podwyższone wskaźnikiem waloryzacji 103,84 proc., z gwarantowaną kwotą podwyżki 50 zł. Warto jednak wyjaśnić, że w rzeczywistości będzie to podwyżka wynosząca mniej, bo 40,50 zł miesięcznie. To znaczna różnica in minus w porównaniu z przedwyborczymi obietnicami Prawa i Sprawiedliwości w 2019 r. Wtedy, by zachęcić Polaków do głosowania na PiS obiecywano podwyżkę tych świadczeń o 70 zł.
W 2021 r. najniższe świadczenia zostaną podwyższone do 1250 zł brutto w przypadku najniższej emerytury, renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy, renty rodzinnej i renty socjalnej, oraz 937,50 zł brutto w przypadku najniższej renty z tytułu częściowej niezdolności do pracy.
W przypadku renty z tytułu częściowej niezdolności do pracy i renty inwalidzkiej III grupy kwota waloryzacji wyniesie 37,50 zł brutto czyli jeszcze mniej.
W 2020 r. najniższa gwarantowana emerytura brutto to 1200 zl miesięcznie, czyli 1028 zł na rękę. Podwyżka o 50 zł brutto oznacza emeryturę netto wynoszącą 1068,50 zł. Faktyczna podwyżka wyniesie więc 40 i pół złotego miesięcznie
W przypadku osób pobierających emeryturę częściową (w 2021 r. będzie ich prawie pół miliona), kwota waloryzacji nie będzie mogła być niższa bardziej niż o połowę, czyli wyniesie tylko 25 zł zł. Tak więc, jak zwykle w Polsce, najubożsi dostaną najmniej.

Bezprawie w czasach zarazy

Epidemia stała się w Polsce pretekstem do nadużywania władzy oraz kolejnych ataków na praworządność i swobody obywateli.
Pandemia COVID-19 doprowadziła na całym świecie do poważnego kryzysu zdrowotnego. Wirus okazał się wyzwaniem również z perspektywy praworządności i demokratycznych instytucji. Z jednej strony, została ona wykorzystana przez lokalnych przywódców o autorytarnych skłonnościach, do konsolidacji swojej władzy i usprawiedliwienia naruszeń praw człowieka. Z drugiej strony, pandemia jest testem trwałości demokracji i pojawiają się nadzieje na „demokratyczne odrodzenie”.
Nadużycia władzy widoczne były również w Polsce, gdzie od pięciu lat instytucje gwarantujące rządy prawa i wolności jednostki są atakowane – podkreśla Forum Obywatelskiego Rozwoju w raporcie na temat kryzysu praworządności w Polsce w okresie pandemii COVID-19.
FOR wskazuje, że po przejęciu Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądownictwa, Prawu i Sprawiedliwości udało się dodać Sąd Najwyższy do listy instytucji kontrolowanych przez nominatów PiS.
Pandemia była również związana z gwałtownym przyrostem produkcji nowego prawa, co w połączeniu z osłabieniem przejrzystości procesu legislacyjnego, przyczyniło się do pogłębienia prawnego chaosu. W tym samym czasie upolityczniony Trybunał Konstytucyjny został wykorzystany do przepychania politycznej agendy rządzących i osłabiania ograniczeń władzy rządu.
Podczas gdy nadzwyczajne okoliczności wymagają środków przewidzianych dla stanów nadzwyczajnych, rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wykorzystał tych zapisanych w Konstytucji narzędzi. W ich miejsce wprowadzano obostrzenia pozbawione prawidłowej podstawy prawnej – stwierdza FOR. Wiele z nich, z epidemiologicznego punktu widzenia, było uzasadnionych, to brak umocowania w prawie doprowadził do problemów z ich egzekwowaniem, o czym świadczą kolejne wyroki uniewinniające za przypadki braku przestrzegania obostrzeń.
Główną przyczyną pominięcia konstytucyjnych regulacji były bez wątpienia wybory prezydenckie. Zgodnie z Konstytucją wybory nie mogą odbyć się w trakcie stanu nadzwyczajnego i 90 dni po jego zniesieniu. Ostatecznie wybory odbyły się w lipcu 2020 roku, po nieodbyciu się w pierwotnym terminie, a cały okres przedwyborczy był pełen kontrowersji z powodu nielegalnych zmian w prawie wyborczym i prób przepchnięcia głosowania całkowicie korespondencyjnego.
Jak ocenia FOR, druga kadencja Andrzeja Dudy jest zwiastunem kolejnych ataków na rządy prawa i wolność jednostek, jakie obserwujemy od końca 2015 roku.

Czy staną przed sądem za brak szczepionki?

PiS-owscy dygnitarze debatują, jak skłonić Polaków do szczepień na Covid-19, a nie potrafią zapewnić odpowiednich dostaw szczepionek przeciw grypie znanych od wielu lat.

Dotychczas w sezonie grypowym 2020/2021 do Polski trafiło zaledwie niespełna 2 mln dawek szczepionek przeciw grypie. To skandalicznie niskie dostawy, stanowiące kroplę w morzu. Warto przypomnieć, że w sezonie 2019/2020 do naszego kraju dostarczono około 1,6 mln dawek, a zaszczepiło się 1,58 mln mieszkańców Polski, czyli 4,12 proc. populacji.
Tyle, że wtedy nie było jeszcze mowy o pandemii koronawirusa, i o tym jak groźne jest jego połączenie z grypą. O tym wszystkim mówiło się natomiast na okrągło od połowy marca bieżącego roku, fachowcy na całym świecie i w Polsce już od wiosny przekonywali, że warto będzie się zaszczepić przeciw grypie.
Normalne, w miarę rozumne rządy innych państw zakupiły więc dla swych mieszkańców odpowiednie dawki szczepionek antygrypowych. W Wielkiej Brytanii, prawie 30 mln dawek, we Włoszech około 16 mln, w Niemczech około 26 mln.
A w Polsce? Otóż rząd Prawa i Sprawiedliwości informuje, że zorganizował dostawy tylko niespełna 2 mln dawek! To oczywisty skandal, wyglądający jak świadome narażanie Polaków na zwiększone ryzyko śmierci.
Przecież nawet osoba o umysłowości sześciolatka, widząc co się dzieje i obserwując zachowania rządów innych państw (z których doświadczeń PiS podobno umiejętnie czerpie), wiedziałaby że w tym roku zainteresowanie szczepieniami przeciw grypie będzie znacznie wyższe niż rok temu. I oto, w takiej sytuacji, rząd PiS organizuje tylko minimalnie zwiększone dostawy: w ubiegłym sezonie 1,6 mln, a teraz niespełna 2 mln. To karygodne zaniedbanie!.
Członkowie rządu PiS z wicepremierem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo i kierownictwem resortu zdrowia na czele powinni stanąć przed sądem z art. 165 paragraf 1 kodeksu karnego: „Kto sprowadza niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób powodując zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej /…/ podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”.
Natomiast par. 3 wspomnianego artykułu kk dopowiada: „Jeżeli następstwem czynu określonego w § 1 jest śmierć człowieka lub ciężki uszczerbek na zdrowiu wielu osób, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12”.
Ten przepis pasuje jak ulał do oceny działalności członków rządu PiS. Ale to nie wszystko. Czegokolwiek by nie mówić o tych ludziach, nie są oni jednak ograniczeni umysłowo i z pewnością doskonale wiedzieli, że w tym roku Polacy będą potrzebować co najmniej parę razy więcej szczepionek na grypę niż rok temu. Tylko, że widocznie te potrzeby ich kompletnie nie obchodziły – a to, że ileś ludzi więcej może umrzeć z powodu braku szczepionek przeciw grypie musiało być dla nich sprawą pozbawioną jakiegokolwiek znaczenia.
Przecież, gdyby członkowie rządu przejmowali się potrzebami zdrowotnymi Polaków, to na pewno postarali by się o zwiększą ilość dawek szczepionek na grypę. Prominenci PiS mieli to jednak w nosie. Niestety, oczekiwanie, by zobaczyć ich na ławie oskarżonych z pewnością się nie spełni. Postara się już o to upartyjniona prokuratura.
Obecnie minister zdrowia opowiada, że w sezonie 2020/2021 być może uda się się jeszcze sprowadzić stopniowo do ok. 0,5 mln dawek. I to już będzie wszystko. Wolne żarty!
Według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) grupy ryzyka o największym priorytecie szczepień to przede wszystkim pracownicy ochrony zdrowia, seniorzy, dzieci, kobiety w ciąży oraz osoby z chorobami współistniejącymi. U nas te grupy ryzyka mogą sobie najwyżej posłuchać, jakie to ważne, żeby się zaszczepić.
A tymczasem szczepienia przeciw grypie, gdy nie ma na razie szczepionki na Covid-19, są jednym z podstawowych narzędzi walki z pandemią koronawirusa. Potwierdzają to krajowe i międzynarodowe wytyczne medyczne wskazujące na zasadność zwiększenia liczby szczepień przeciw grypie w dobie pandemii
Eksperci Rady Naukowej Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy, od kilku lat prowadzącego działania w celu eliminowania zagrożeń wynikających z tej groźnej choroby, podkreślają, że szczepienie jest najskuteczniejszą metodą walki z wirusem grypy, a na zaszczepienie się nigdy nie jest za późno. Wykonanie szczepień w grudniu i styczniu, w dalszym niosłoby za sobą wymierne korzyści zdrowotne (odporność na zakażenie grypą zyskuje się po około miesiącu od dnia zaszczepienia) i dało możliwość zwiększenia ochrony przed szczytem sezonu grypowego, który przypada na okres styczeń – marzec.
Takie szczepienie nie tylko chroni przed zakażeniem wirusem grypy, zmniejsza także ryzyko wystąpienia groźnych powikłań, które mogą wymagać pilnego skierowania do szpitala. Szczepienia przeciwko grypie byłyby ważne także, w kontekście powrotu dzieci do nauczania stacjonarnego, który jest zapowiadany przez premiera i ministra edukacji na 18 stycznia. – Warto zaszczepić się nawet na początku przyszłego roku, jeżeli tylko będą dostępne szczepionki. Ze względu na to, że objawy COVID-19 i grypy są do siebie bardzo zbliżone, z większym prawdopodobieństwem będzie można wykluczyć zachorowania na grypę u pacjenta, który był zaszczepiony – tłumaczy prof. dr hab. med. Adam Antczak, przewodniczący Rady Naukowej Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy. Niestety, tych szczepionek w Polsce nie ma i nie będzie
Ze względu na pandemię i sezon grypowy, okres jesienno – zimowy stanowi nadzwyczaj duże wyzwanie zarówno dla ochrony zdrowia, jak i samych pacjentów. Partie szczepionek przeciw grypie w tym sezonie w sumie wystarczają na zaszczepienie najwyżej 5 proc. polskiego społeczeństwa.
„Warto już teraz wyciągnąć wnioski na przyszły rok i odpowiednio wcześniej zastanowić się nad zapotrzebowaniem na kolejny sezon” – sugerują eksperci Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy. Święte słowa. Ale przede wszystkim, warto aby polski rząd składał się z ludzi, którym choć w minimalnym stopniu zależy na zdrowiu Polaków.

Przegrywamy walkę z pandemią

W Polsce koronawirus zabija już najwięcej ludzi w Europie. Prominenci PiS zmieniają nasz kraj w trupiarnię.
Warto zapamiętać tę ponurą datę: 9 grudnia 2021 r. W tym właśnie dniu na COVID 19 w Polsce zmarło najwięcej ludzi w całej Europie. Zanosiło się na to od dawna. W Polsce już od dłuższego czasu notowano więcej zgonów z powodu koronawirusa, niż w innych krajach ze znacznie większą liczbą ludności. I wreszcie stało się: wyszliśmy (oby nie na stałe) na pierwsze miejsce w tragicznej statystyce pandemicznych zgonów.
We wspomnianym dniu 9 grudnia w Polsce koronawirus zabił 568 osób – i nie była to bynajmniej najwyższa dzienna liczba zgonów w wyniku pandemii w Polsce. Jednak w tym samym dniu 9 grudnia we Francji zmarło 296 osób, w Niemczech 458 osób, we Włoszech 409, w Wielkiej Brytanii 533, w Hiszpanii 325 (ta liczba jest z 10 grudnia po kilkudniowej tendencji wzrostowej). Wszystkie te kraje są znacznie ludniejsze niż Polska.
Należy także pamiętać, że dane o liczbie zgonów podawane są przez rząd PiS, więc ich wiarygodność jest ograniczona. Mogą być zaniżone, tak jak statystyki podające stwierdzoną w Polsce liczbę zakażeń. Przecież PiS-owska ekipa tak bardzo się chwaliła, jak to rzekomo świetnie sobie radzi z pandemią (i nadal się chwali swą żałosną „skutecznością”), że manipulacje statystyczne w jej wykonaniu są nader prawdopodobne.
A gdy nie daje się już ukryć faktów zaprzeczających propagandzie, PiS-owska władza chwali się, jak to z wyprzedzeniem tworzy (cóż za zadziwiająca przezorność!)… program szczepień na koronawirusa, których to szczepień w Polsce nie ma i nie wiadomo czy oraz kiedy będą. O skuteczności PiS-u w kwestii szczepień najlepiej świadczy zaś przykład szczepionek na grypę, których także u nas nie ma.
Prominenci PiS powinni stanąć przed sądem za bezczynność i nieudolność w przygotowaniu kraju do pandemii. Mieli ku temu wszelkie możliwości, czas oraz pieniądze. Niestety, zmarnowali i nadal marnują te szanse. Oczywiście upartyjniona prokuratura nie dopuści do żadnych postępowań przeciwko nim.
PiS-owska propaganda uprawiana w partyjnej telewizji „publicznej”, przekonuje, że pandemia strasznie jakoby atakuje inne kraje Europy. Tyle, że w tych krajach liczba zgonów na koronawirusa spada, inaczej niż w Polsce.
Przedstawiciele rządu Mateusza Morawieckiego mają czelność okazywać zadowolenie z „stabilizacji” liczby zakażeń i zgonów na koronawirusa. Rzeczywiście, wspaniała jest ta stabilizacja: w ciągu tygodnia w Polsce wymiera jedno niewielkie miasteczko. Można by nawet obliczyć po jakim czasie, za sprawą działań i zaniechań ekipy rządzącej, wyginie niemal cała ludność Polski.
Warto dodać, że w naszym kraju w wypadkach samochodowych traci życie niespełna trzy tysiące osób rocznie. To mniej więcej tyle, ile koronawirus zabija w ciągu tygodnia. Czy prominentów PiS spotka kiedykolwiek należyta kara za to, do czego doprowadzili Polaków?

Czego jeszcze nie przewidział rząd?

Tłumaczenia Rady Ministrów wyjaśniające wzrost kosztów przekopu Mierzei Wiślanej pokazują, że rząd PiS wraz z premierem Morawieckim to garstka dyletantów na poziomie umysłowym uczniów czwartej klasy szkoły podstawowej.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości postanowił wytłumaczyć społeczeństwu, dlaczego ma nastąpić ponad dwukrotny wzrost kosztów przekopu Mierzei Wiślanej.
Otóż, jak stwierdziła w swojej uchwale Rada Ministrów, zwiększenie wydatków na budowę kanału – jak na razie, z 880 000 000 zł do 1 984 051 500 zł (cóż za zdumiewająca precyzja, dokładność do 500 zł!) jest spowodowane zmianą cen materiałów i robót budowlanych od 2016 roku.
Ponadto, projekty budowlane i cała koncepcja realizacji tej inwestycji musiały zostać dostosowane do warunków działania w obszarach Natura 2000, określonych w decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach dla przedsięwzięcia.
Rada Ministrów podkreśliła też, że pojawiły się nowe elementy inwestycji, których realizacja nie była planowana w 2016 r. Chodzi przede wszystkim o likwidację mostu pontonowego stanowiącego przeszkodę nawigacyjną na rzece Elbląg w miejscowości Nowakowo – i budowę w tym miejscu nowego, stałego mostu, który nie będzie przeszkadzać żegludze.
Konieczna będzie także budowa mostu zwodzonego obrotowego na kanale przez Mierzeję, zamiast planowanego wcześniej mostu podnoszonego. Chodzi tu o zwiększenie odporności jego konstrukcji na silny wiatr oraz o możliwość awaryjnego otwarcia mostu przy ewentualnym braku zasilania. Potrzebne będzie również pogłębienie wejścia do Portu Elbląg.
Ponadto, jak dodaje uchwała Rady Ministrów, na skutek wydłużenia postępowań przetargowych, harmonogram budowy kanału zostanie opóźniony o trzy miesiące.
Te tłumaczenia rządu, wyjaśniające wzrost kosztów przekopu, porażają swoją infantylnością. Wynika z nich, iż w 2016 r. Rada Ministrów zakładała, że ceny materiałów i robót budowlanych do 2021 r. nie wzrosną, co stawia pod znakiem zapytania sprawność umysłową premiera Morawieckiego i członków jego gabinetu.
Rząd nie przewidział też – jakież niezwykłe zaskoczenie! – że trzeba będzie usunąć przeszkodę nawigacyjną utrudniającą ruch statków na rzece Elbląg. Nie zwrócił uwagi na to, że inwestycje prowadzone w obszarze chronionym Natura 2000 muszą sprostać zaostrzonym wymogom środowiskowym.
Rada Ministrów w 2016 r. nie zaplanowała również przerzucenia nad przekopem mostu odpornego na silny wiatr. Nie wzięto pod uwagę, że mogą zdarzyć się przerwy w dostawie energii elektrycznej, więc powinny istnieć alternatywne sposoby uruchamiania mostu zwodzonego.
Nie zauważono, że w związku z budową przekopu potrzebne będzie pogłębienie wejścia do portu Elbląg, tak by mogły zawijać do niego te statki, które zmieszczą się w kanale. Nie brano też pod uwagę, iż procedury przetargowe w Polsce mogą się wydłużać.
Wszystkie to potwierdza, niezbyt zresztą odkrywcze przekonanie, iż rząd PiS wraz z premierem Morawieckim to garstka dyletantów na poziomie umysłowym uczniów czwartej klasy szkoły podstawowej. Bo ci z piątej klasy podstawówki umieliby już rozumniej zaplanować wykonanie, nieskomplikowanego wszak przedsięwzięcia, jakim jest przekop przez Mierzeję Wiślaną.
Pytanie, ile razy jeszcze trzeba będzie podnosić koszt budowy kanału?. Bo że będzie potrzeba to pewne. Obecne zapisy uchwały rządu są tu bez znaczenia, gdyż w obecnym systemie prawnym uchwała Rady Ministrów stanowi tylko zapis określonych intencji, który nikogo do niczego nie zobowiązuje.

Branża, która ucierpiała najbardziej

Polska jak dotychczas nie uruchomiła żadnej strategii powrotu do normalności w turystyce.
Najnowsze restrykcje rządu związane z turystyką, praktycznie kładą na łopatki tę i tak już ostro osłabioną branżę. To brutalny nokaut na turystycznym ringu, a ograniczenie pracy wyciągów narciarskich to dodatkowe kopnięcie leżącego.
Nie jesteśmy jedynym krajem na świecie, który ucierpiał. Światowa turystyka zastygła w oczekiwaniu na koniec pandemii. Popyt na podróże został zamrożony przez restrykcje ograniczające wszystkie sektory gospodarki.
Zauważam jednak istotną różnicę. W krajach świadomych wagi sektora turystycznego dla całej gospodarki, specjaliści już dziś przygotowują się do nowego otwarcia i przyjęcia turystów. Promocja atrakcji turystycznych, szkolenia, badania zachowań pocovidowego rynku, to tylko niektóre z działań mających na celu silne wsparcie branży.
Nowe trendy w globalnym popycie na podróże wymuszają nowe aktywności organizatorów turystyki – wskazuje Warszawska Izba Gospodarcza. Z prowadzonych przez Tripadvisor badań wynika, że świat chce podróżować, ale zmieniają się preferencje wycieczek i miejsc docelowych. Dwie trzecie ankietowanych konsumentów twierdzi, że unikanie zatłoczonych miejsc podczas podróży jest obecnie ważniejszym czynnikiem wyboru niż przed pandemią, a ponad połowa chętniej niż wcześniej wybiera wypoczynek na świeżym powietrzu.
Porównując październik tego roku do danych z października 2019 r można zauważyć, że ośrodki narciarskie i nadmorskie, a także małe miejscowości zdominowały listę najszybciej regenerujących się miejsc w Europie pod względem wyszukiwania miejsc zakwaterowania. Ta sytuacja wygenerowała potrzebę szczegółowego planowania podróży. Blisko 70 procent respondentów deklaruje, że podczas planowania wypoczynku będzie szukać dokładniejszych niż poprzednio informacji.
Polska jak dotychczas nie uruchomiła żadnej strategii powrotu do normalności. I chociaż prowadzenie działań promocyjnych, kampanii podkreślających bezpieczeństwo podróży, jest dziś równie ważne, co bieżące łatanie dziur budżetowych organizacji, nie dostrzegam takich działań. A szkoda. Bo w nowej odsłonie podróżowania, turysta będzie wybierać bardziej świadomie, a nawet rodzimi konsumenci pojadą tam, gdzie taniej, atrakcyjniej, a przede wszystkim bezpieczniej.

Czy prominenci PiS staną przed sądem za tragiczne żniwo pandemii?

Pod względem liczby dziennych zgonów na koronawirusa Polska zajmuje już drugie miejsce w Europie, tuż za Włochami. Mamy olbrzymią śmiertelność. Do takich nieszczęść doprowadziły nas rządy Prawa i Sprawiedliwości.
Wspomniane, tragiczne drugie miejsce zajmujemy w liczbach bezwzględnych, wyprzedzając kraje dużo ludniejsze od nas. Jednak w stosunku do liczby ludności liczba dziennych zgonów jest u nas najprawdopodobniej największa w Europie – i zapewne również na świecie. Całkowitą odpowiedzialność za tę tragedię ponosi ekipa rządząca z Prawa i Sprawiedliwości. Niewyobrażalny jest cynizm i hipokryzja tych ludzi, którzy mieli czelność chwalić się, jak to rzekomo świetnie przygotowali kraj do odparcia pandemii. Gdy zaś okazało się to wierutnym kłamstwem, zrzucają winę na wszystkich wokół siebie – choć to oni mieli wszelkie możliwości, by przygotować kraj do odparcia pandemii.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości miał wszystko: pełną władzę w państwie, czas, pieniądze, doświadczenia z państw wcześniej dotkniętych pandemią. I widzimy, jaki los zgotowali Polakom rządzący z PiS.
Jak na razie, najbardziej tragiczny był dzień 18 listopada. Wtedy na Covid19 zmarły w Polsce aż 603 osoby – o wiele więcej, niż w innych, znacznie ludniejszych krajach Europy. Ale dzień później było w naszym kraju już 637 ofiar.
18 listopada koronawirus zabił 425 osób we Francji, 351 osób w Hiszpanii, 305 w Niemczech i 529 w Wielkiej Brytanii. W każdym z tych krajów mieszka dużo więcej ludzi niż w Polsce. Władze tych krajów doprowadzają do stopniowego spadku zgonów na koronawirusa w porównaniu z pierwszą połową roku. Władze Polski nie umieją tego osiągnąć, a zresztą nawet się nie starają.
Także i w innych państwach, w których wcześniej na koronawirusa umierało więcej ludzi niż w Polsce, teraz umiera mniej, by wymienić na przykład Rumunię czy Szwecję.
Dodajmy, że w dwóch wielkich państwach tylko częściowo leżących w Europie, w których wcześniej koronawirus również zabijał więcej ludzi niż w Polsce, czyli w Turcji i Rosji, też potrafiono zmniejszyć liczbę zgonów. 18 listopada w Turcji koronawirus zabił 116 osób, a w Rosji 456. U nas, przypomnijmy – aż 603 osoby, a liczba zgonów dotychczas rośnie. Ta tragiczna statystyka jest krzyczącym oskarżeniem pod adresem rządów PiS.
Bardzo wiele już powiedziano na temat tego, w jaki sposób Prawo i Sprawiedliwość przyczynia się do wzrostu liczby zgonów na Covid19 w Polsce. Nie ma sensu wyliczać kolejnych decyzji, zaniedbań i zaniechań tej ekipy, powodujących, że umiera coraz więcej ludzi.
Szczególną winą prominentów PiS, w wymiarze moralnym równą co najmniej zdradzie stanu jest jednak ich całkowita obojętność na los Polaków, tysiącami umierających na koronawirusa. To po prostu nie ma dla nich żadnego znaczenia, zaś ograniczenie liczby zgonów nie stanowi dla nich jakiejkolwiek wartości – no chyba, że może prowadzić do utraty władzy przez PiS. Bo to właśnie władza, oraz wynikające z niej przywileje i apanaże, stanowią tą jedyną „wartość” na której im naprawdę zależy. I zrobią wszystko, zrealizować słowa Władysława Gomułki: władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy.
Ile tysięcy ludzi w Polsce jeszcze umrze, by prominenci PiS mogli dalej rządzić? – to przecież dla nich bez znaczenia. Pamiętają z pewnością słowa innego „klasyka”, Józefa Stalina: ludzi u nas mnogo.
Szczególne miejsce zajmuje tu faktyczny władca Polski, wicepremier Jarosław Kaczyński. W żadnej z jego publicznych wypowiedzi nie było empatii wobec ofiar pandemii, prób zrozumienia ich tragedii, jakichś słów dodających otuchy. Było natomiast jątrzenie, szczucie, wygrażanie, dzielenie Polaków – i oczywiście to, co jest znakiem firmowym Prawa i Sprawiedliwości: obciążanie innych odpowiedzialnością za działania i zaniedbania swoje i swoich ludzi.
W normalnym kraju PiS szybko zostałoby odsunięte od władzy, a członkowie tej ekipy stanęliby przed sądem. Jest ku temu oczywiście stosowna podstawa w kodeksie karnym:
Art. 231 § 1. Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.
Warto tylko dodać, że korzyść osobista – czyli zachowanie władzy – jest tu oczywista.
Jest też i inny przepis kodeksu karnego, który zapewne znalazłby wielokrotne zastosowanie wobec członków PiS-owskiej ekipy:
Art. 160. § 1. Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
Polska nie jest jednak normalnym krajem. Jest krajem, w którym członkowie PiS-owskiej ekipy, chcąc osiągnąć bezkarność, podporządkowali sobie wszystkie organy państwa, z służbami mundurowymi oraz prokuraturą. I próbują uczynić to samo z niezależnymi sądami. Dlatego nieprędko zobaczymy prominentów PiS na ławie oskarżonych.
Pozostaje tragiczne pytanie: ilu Polaków musi jeszcze umrzeć na koronawirusa, zanim uda się powstrzymać złowrogą, antypolską działalność obecnej władzy?.

Nowe obiecanki mieszkaniowe rządu PiS

Tym razem rząd obiecuje, że już za 10 lat liczba mieszkań przypadających w Polsce na 1000 mieszkańców zwiększy się do poziomów osiąganych przeciętnie w krajach Unii Europejskiej.

Po niepowodzeniu dotychczasowych programów wsparcia dla budownictwa mieszkaniowego, o których opowiadał (bo nie można powiedzieć, że je realizował) rząd Prawa i Sprawiedliwości, tym razem ekipa rządząca sformułowała kolejne obietnice. Ich istotą ma być zachęcenie prywatnych inwestorów, by włączyli się w działania budowlane i wyłożyli na ten cel więcej własnych pieniędzy.
Dlatego rząd PiS proponuje, żeby taki prywatny inwestor kupował nieruchomość od gminy, wybudował na niej budynek wielorodzinny, po czym przekazał część mieszkań gminie. Gmina mogłaby zaś te mieszkania zachować w swoim zasobie (jako komunalne) lub wnieść je do spółek gminnych (np. towarzystw budownictwa społecznego).
W ten sposób gmina uzyskiwałaby zasób mieszkaniowy, bez konieczności samodzielnego prowadzenia skomplikowanego i czasochłonnego procesu inwestycyjnego. Wszystko to jest dosyć oczywiste i nie można pojąć, dlaczego przez prawie pięć lat rząd PiS nie był w stanie stworzyć takich rozwiązań. Mimo dotychczasowych niepowodzeń, rząd obiecuje, że nastąpi zwiększenie do 2030 r. liczby mieszkań przypadających w Polsce na 1000 mieszkańców „do poziomów osiąganych przeciętnie w krajach Unii Europejskiej”. Budownictwo mieszkaniowe ma być też kołem zamachowym dla naszej gospodarki, boleśnie dotkniętej skutkami COVID-19.
Zapisem, który teoretycznie powinien przyspieszyć proces inwestycyjny i zmniejszyć niepewność potencjalnych inwestorów co do możliwości zagospodarowania danej nieruchomości, będzie przepis, zgodnie z którym tereny oferowane przez gminę muszą być objęte miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego lub musi być wydana dla nich decyzja o warunkach zabudowy.
I tu pojawia się właśnie bariera, która może sprawić, że i ten pomysł mieszkaniowy PiS zakończy się klapą. Zdecydowana większość polskich gmin nie ma bowiem planów zagospodarowania przestrzennego i nie pali się do ich tworzenia, a rząd PiS nic nie robi, aby je do tego zachęcić. Natomiast uzyskiwanie decyzji o warunkach zabudowy już teraz trwa ponad trzy miesiące, a gdy gmina będzie musiała przygotować warunki zabudowy dla wszystkich oferowanych przez siebie nieruchomości, to ten czas może wydłużyć się na lata – albo gminy po prostu nie będą oferować terenów przygotowanych pod budownictwo mieszkaniowe. Rząd chce jakoś temu zaradzić i dlatego obiecuje również zachęty finansowe dla gminy, które zechcą inwestować w budownictwo mieszkaniowe oraz w infrastrukturę techniczną i społeczną, która towarzyszy budownictwu.
Gminy zaangażowane w programy mieszkaniowe będą więc mogły otrzymać 10-procentowy grant na pokrycie części kosztów stworzenia infrastruktury towarzyszącej budownictwu mieszkaniowemu. Tyle, że rząd PiS ani nie ma pieniędzy, ani chęci do finansowego wspierania samorządów, zwłaszcza w gminach, w których rządzi opozycja. Należy więc przypuszczać, że jeżeli jakieś granty w ogóle będą przyznawane, to tylko z partyjnego rozdania, dla tych gmin w których panuje PiS.

Angliki nie trzymają się mocno

Gospodarka Wielkiej Brytanii spisuje się poniżej oczekiwań ekspertów. Trudne wychodzenie z Unii Europejskiej jeszcze może pogorszyć sytuację.

Gospodarka Wielkiej Brytanii, po dobrych dwóch miesiącach (czerwiec i lipiec), w sierpniu 2020 r. odnotowała obniżenie dynamiki wzrostu gospodarczego. Na to nałożyło się nadejście drugiej fali koronawirusa, która zmusiła rząd brytyjski do wprowadzenia pewnych ograniczeń w gospodarce. Te ograniczenia natomiast sprawiły, że rząd zdecydował się na kontynuację programów pomocowych, choć w nieco ograniczonej formie.
Początek drugiej połowy 2020 roku przyniósł w Wielkiej Brytanii gospodarcze ożywienie, podobnie jak w większości krajów Europy Zachodniej. Po rekordowym spadku produktu krajowego brutto w drugim kwartale (- 19,8 proc.), w czerwcu i lipcu nastąpiło odbicie, odpowiednio o 8,3 proc. i 6,6 proc. miesiąc do miesiąca, co było w dużej mierze spowodowane stopniowym znoszeniem restrykcji, nałożonych podczas wiosennych działań nakierowanych na ograniczenie rozprzestrzeniania się koronawirusa.
Nie dziwi zatem, że wśród sektorów prym wiodły gałęzie gospodarki związane z szeroko pojętym wypoczynkiem (hotelarstwo, gastronomia), których wartość dodana pomiędzy czerwcem a sierpniem wzrosła z 20 proc. do około 50 proc. poziomu sprzed pandemii.
Najnowszy, sierpniowy odczyt miesięcznego wzrostu PKB (+ 2,1 proc. m/m) był już jednak znacznie niższy od oczekiwań analityków. Jest on tym bardziej niepokojący, że rząd wciąż wspiera wybrane sektory, m.in. wspomnianą gastronomię i hotelarstwo, gdzie tymczasowo obniżył VAT i dopłacał klientom do rachunków w restauracjach. Ponadto sierpień był miesiącem o relatywnie niskiej uciążliwości restrykcji związanych z pandemią.
Dane te powodują, że rośnie prawdopodobieństwo niższego niż wcześniej oczekiwano wzrostu w trzecim kwartale (który teraz szacowany jest na ok. 15 proc. kwartał do kwartału), a najnowsze prognozy zmian PKB w 2020 roku mówią o ponad 10 procentowym spadku – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Należy jednak pamiętać, że miesięczne odczyty PKB w obecnej sytuacji gospodarczej mogą być obarczone istotnym błędem szacunkowym i możemy spodziewać się w przyszłości znacznych rewizji sierpniowego odczytu.
Sierpniowe obniżenie dynamiki odbicia gospodarczego, połączone z nadejściem drugiej fali koronawirusa i ponownym wprowadzeniem ograniczeń dotyczących między innymi działalności pubów sprawiły, że rząd zdecydował się na kontynuację programów pomocowych, ale w nieco ograniczonej formie. Program ochrony miejsc pracy (Coronavirus Job Retention Scheme), w ramach którego państwo między innymi pokrywało 80 proc. pensji przymusowo urlopowanych (furloughed) pracowników, zostanie wygaszony do końca października. Na jego miejscu pojawi się półroczny program wsparcia miejsc pracy (Job Support Scheme), w ramach którego pracodawca będzie wypłacał całość pensji za przepracowane godziny i jedną trzecią za godziny których pracownik nie przepracował (ponieważ został ograniczony wymiar jego czasu pracy) – a rząd będzie pokrywał kolejną jedną trzecią pensji za nieprzepracowane godziny.
Nowy program, w przeciwieństwie do poprzedniego, zobowiązuje pracodawcę do uiszczania składek na ubezpieczenie społeczne pracowników ze zmniejszonym wymiarem pracy. Ograniczenie wysokości wsparcia każe spodziewać się istotnego wzrostu bezrobocia, którego do tej pory udało się uniknąć, z obecnych 4,6 proc. do około 7 proc. na przełomie roku – wskazuje TEP.
Kolejnym z zagrożeń dla odbicia gospodarczego Wielkiej Brytanii są brexitowe negocjacje z Unią Europejską dotyczące relacji gospodarczych i handlowych po tym, gdy skończy się okres przejściowy (to jest po 31.12.2020 r.), podczas którego zachowane zostało status quo. Najnowsze doniesienia wskazują na bardzo duże ryzyko fiaska rozmów i tym samym przejścia handlu pomiędzy Wielką Brytanią i Unią Europejską na ogólne zasady WTO (Światowej Organizacji Handlu. To z kolei może spowodować olbrzymie problemy, przede wszystkim związane z handlem i koniecznością przeprowadzania czasochłonnych odpraw celnych. Ekonomiści z Oxford Economics szacują, że brak umowy regulującej te kwestie obniży poziom PKB Wielkiej Brytanii o minimum 1 proc. do 2022 roku.
Pesymistyczne prognozy gospodarcze i ryzyko znacznego wzrostu liczby bezrobotnych sprawiły, że Bank Anglii po raz kolejny zaczął dopuszczać możliwość obniżenia stóp procentowych poniżej zera (obecnie stopa referencyjna jest na poziomie 0,1 proc.). Pomimo braku oficjalnej decyzji ze strony Banku, spekulacje przybrały na sile po ujawnieniu listu, jaki Prudential Regulation Authority (odpowiednik polskiej Komisji Nadzoru Finansowego) wysłała do brytyjskich banków, w którym zażądała od nich informacji na temat przygotowania do ewentualnego obniżenia stóp procentowych przez Bank Anglii.
Mimo tych spekulacji, wydaje się jednak, że korzyści z poluzowania polityki monetarnej w obecnym, bardzo niepewnym otoczeniu gospodarczym, byłyby bardzo niepewne, a mogłyby negatywnie odbić się na i tak już nienajlepszej kondycji brytyjskich banków.

Gospodarka 48 godzin

Ktoś im uwierzy?

Dodatkowe świadczenie postojowe, zwolnienie z płacenia składek na ZUS, bezzwrotne dotacje w wysokości 5 tys. zł dla mikro- i małych firm oraz zwolnienie z opłaty targowej – to nowe rozwiązania dla zamkniętych przez rząd branż w związku z pandemią koronawirusa. Zaprezentował je premier Mateusz Morawiecki. Jak podsumował Business Insider, nowa tarcza dla biznesu związana z drugą falą pandemii obejmie ponad 170 tys. firm i będzie kosztować 1,83 mld zł. Premier zapowiedział, że przedstawione właśnie rozwiązania dotyczą tylko listopada, ale wsparcie może być przedłużone na kolejne dwa miesiące. Rząd jakoby, we współpracy z pracodawcami i pracownikami pracuje nad strategią wsparcia gospodarki w kolejnych latach. Wsparcie ma dotyczyć branż gastronomicznej, fitness, targowej, estradowej, filmowej, rozrywkowej i rekreacyjnej, fotograficznej i fizjoterapeutycznej, ale ponoć nie tylko. – Chcemy, by wszystkie przedsiębiorstwa, które zostaną dotknięte obostrzeniami zostały objęte programem wsparcia – zapowiedział Mateusz Morawiecki. Nie wiadomo jednak, czy ta chęć zamieni się w konkrety. W każdym razie minister finansów Tadeusz Kościński obiecał, że rząd ma pieniądze na dalsze wspieranie gospodarki i zwróci się do Sejmu o nowelizację budżetu na przyszły rok.
Dodatkowe świadczenie postojowe, czyli „dopłata z budżetu państwa do utrzymania zatrudnienia w tych firmach” za listopad będzie przysługiwać, jeśli przychody firmy będą w październiku lub listopadzie niższe o co najmniej 40 proc. niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Świadczenie będzie pokrywane z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19. Drugim rozwiązaniem jest zwolnienie z opłacania należnych składek na ubezpieczenia społeczne i ubezpieczenie zdrowotne, na Fundusz Pracy, Fundusz Solidarnościowy, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych lub Fundusz Emerytur Pomostowych. Zwolnienie to będzie przysługiwać, jeśli przychody firmy w listopadzie tego roku spadły o co najmniej 40 proc. względem listopada 2019 roku. Kolejne rozwiązanie to 5 tysięcy złotych dotacji dla mikro- i małych firm w przypadku uzyskania w październiku lub listopadzie tego roku przychodów niższych o co najmniej 40 proc. niż rok wcześniej. Jak wskazuje Business Insider, plan rządu zakłada ponadto zawieszenie poboru opłaty targowej w 2021 roku. Dla gmin przewidziano rekompensatę za jej brak, zostanie ona pokryta ze środków Funduszu Przeciwdziałania COVID19. Projekt przewiduje zwrot utraconych dochodów targowych w przypadku, gdy przekraczały one w danej gminie 10 tys. zł w 2019 roku.
Kolejne obietnice wygłosił, pragnący uwiarygodnić się, po „wychodzonym” przez siebie powrocie do rządu, wicepremier Jarosław Gowin. Obiecał on dalsze wsparcie dla gospodarki w dającej się przewidzieć przyszłości. Jak powiedział, rząd PiS już pracuje nad strategiami wsparcia dla polskiej gospodarki w perspektywie najbliższych 6-9 miesięcy, a także w perspektywie najbliższych kilku lat. Dodał także, że opracowywanie tych strategii odbywa się w dialogu z przedstawicielami pracodawców i pracowników. Zapowiedział również, że w najbliższy czwartek spotyka się z Radą Dialogu Społecznego (opuszczoną przez część związków zawodowych) oraz z Radą Przedsiębiorczości. Jak obiecał, wraz z pracodawcami oraz ze związkami zawodowymi będziemy dyskutować nad strategiami rozwojowymi i strategiami przeciwdziałania negatywnym gospodarczym skutkom pandemii.