Trwa realizacja rosyjskiego scenariusza

Prominenci obozu prawicy świadomie osłabiają Polskę, narażają ją na utratę środków z Unii Europejskiej i demontują praworządność. Wypada zapytać, co im za to obiecano?
Najpierw Unia wstrzymała wypłatę środków z Funduszu Odbudowy, teraz grożą nam olbrzymie kary finansowe. W tym sporze chodzi przede wszystkim o orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 14 lipca 2021 r., w którym stwierdzono, iż Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego jest nielegalna. Komisja Europejska w sposób bardzo jednoznaczny wyznaczyła Polsce termin, aby do 16 sierpnia ostatecznie uregulować kwestie związane z wyrokiem TSUE, do tego czasu Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego musi przestać działać. Izba Dyscyplinarna wciąż działa, a odpowiedź rządu przesłana do Komisji Europejskiej została uznana za niesatysfakcjonującą
Kary nałożone za niewykonanie orzeczenia TSUE mogą sięgać mionów euro dziennie, ale nie będą za nie płacić Morawiecki i Ziobro, ale Polki i Polacy. Wysokość ewentualnych kar leży w gestii Trybunału Sprawiedliwości UE. Jeżeli rząd nie będzie chciał płacić, Komisja Europejska kary pieniężne będzie mogła potrącić Polsce z dotacji z budżetu UE.
Polska i Polacy stają się więc zakładnikami w wewnętrznej wojnie w obozie władzy. Ignorowanie postanowień i wyroków TSUE to jawne łamanie traktatów, podważające sens polskiego członkostwa w Unii Europejskiej. Zdaniem Lewicy, tzw. Zjednoczonej Prawicy wcale nie chodzi o suwerenność Polski, ale o bezkarność w rządzeniu naszym krajem. Według nich sytuacja ma wyglądać następująco – dajcie nam kasę oraz wolną rękę w tym co robimy w Polsce, a jak nie, to będziemy Wam droga Unio bruździć. To niebezpieczna gra, ponieważ prawica postawiła na szali ponad 700 mld złotych, które Polki i Polacy mogą otrzymać w najbliższych latach z Unii Europejskiej. – Harce Zbigniewa Ziobro zaczynają mieć wpływ na stan finansów publicznych naszego państwa. Przypomnę Turów, wyrok TSUE i potencjalne kary, które na dziś mogą wynieść ponad 200 mln złotych. Cały czas nie został zaakceptowany Krajowy Plan Odbudowy. To tego dochodzi kwestia Izby Dyscyplinarnej SN. Jak tlenu potrzebujemy dodatkowych miliardów na rozwój naszej gospodarki, wsparcie dla samorządów i przedsiębiorców. Wszyscy, którzy czekają na te pieniądze poczynili już pewne plany, aby wykorzystać środki z unijnych dotacji oraz pożyczek. A w obozie popękanej prawicy trwa burza, prężenie muskułów, aby pokazać kto jest twardszym zawodnikiem: Ziobro czy Morawiecki, a interes Polek i Polaków został zepchnięty na dalszy plan. Absolutnie nie może być tak, że inne państwa Unii Europejskiej otrzymują już pieniądze, a Polska tylko dlatego, że ma w swoim obozie takiego harcownika jakim jest minister Ziobro, tych pieniędzy nie widzi i co więcej nie wie, kiedy je zobaczy. Dość harców i wojenek, nie chcemy obudzić się z ręką w nocniku, bo wojna na prawicy na środki z Unii Europejskiej może trwać kolejne tygodnie czy miesiące – mówi pos. Tomasz Trela.
Lewica chce wiedzieć na jakim etapie są negocjacje w sprawie zatwierdzenia przez Komisję Europejską polskiego KPO i kiedy środki unijne popłyną do Polski. W tym celu na najbliższym posiedzeniu Sejmu klub parlamentarny Lewicy złoży wniosek, aby odbyć debatę na temat sytuacji negocjacyjnej pomiędzy polskim rządem o Komisją Europejską – i oczekuje pełnej informacji oraz dyskusji z premierem na ten temat. – Minister Zbigniew Ziobro stwierdza, że „UE się myli”, że „KE się myli”, że to „Komisja, a nie Polska narusza prawo”. Wypowiedź ministra Ziobro jest bezczelna, pełna manipulacji, arogancji i kłamstw. Te kłamstwa należy prostować. W żadnym kraju UE poza Polską nie wydarzyła się taka sytuacja, w której przerwano kadencje legalnie działającego konstytucyjnego organu. W żadnym kraju UE poza Polską politycy nie mają tak bezpośredniego wpływu na działalność wymiaru sprawiedliwości. O tym pan minister Ziobro zdaje się zapomniał, podobnie jak o tym, że jeżeli nawet w innych krajach członkowskich UE członków instytucji sądowych wybierają politycy, to działają one niezależnie i są chronione przed ingerencją polityków – twierdzi pos. Krzysztof Śmiszek.
Tymczasem prominenci z obozu władzy świadomie osłabiają Polskę i narażają ją na utratę środków z Unii Europejskiej. Wypada zapytać, wzorem Zagłoby, jakie kondycje od Rosjan im za to obiecano?.

Powrót Giuseppe Conte

W styczniu tego roku pisałem, że mamy do czynienia z końcem epoki Giuseppe Conte w roli premiera Włoch, kiedy prezydent Włoch Sergio Mattarella przyjął jego dymisję z funkcji premiera.

Wtedy drugi rząd Conte utracił stabilność po tym, gdy na tle sporu o kształt wyjścia z kryzysu wyszła z niego mała formacja byłego premiera Matteo Renziego – Italia Viva. Powodem polemik był głównie rozdział środków z unijnego Funduszu Odbudowy. Osłabiony rząd otrzymał mimo wszystko wotum zaufania w obu izbach parlamentu. Sęk w tym, że w rzeczywistości poparcie w Senacie opierało się na dożywotnich senatorach, na których obecności nie zawsze można liczyć. Dowiodło to zdaniem ekspertów, że Rada Ministrów może istnieć, ale nie może rządzić, bo prawie zawsze będzie im brakować pewności, co do poparcia w obu izbach.
W związku z trudnością utrzymania równowagi w koalicji Giuseppe Conte złożył na ręce Prezydenta swoją rezygnację i po niedługim czasie stery przejął Mario Draghi, były prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi. Conte miał świadomość, że w nowej konfiguracji mógłby zostać zmarginalizowany, więc wybrał chyba najlepsze wyjście, czyli odejście na własnych warunkach i spokojny powrót do zawodu prawnika i wykładowcy. I tak zakończył się drugi rząd Conte, który w sumie trwał 537 dni.
Jednak wszyscy obserwatorzy włoskiej sceny politycznej mieli świadomość, że to nie jest ostatnie słowo wykładowcy z Uniwersytetu we Florencji i że prędzej czy później wykorzysta swój kapitał polityczny w jakiś sposób. Tym bardziej, że już były Premier, dotychczas związany z Ruchem Pięciu Gwiazd, ale niebędącym formalnie członkiem partii, był jednym z najbardziej cenionych postaci na włoskiej scenie politycznej. Według sondażu Ipsos w styczniu br. cieszył się poparciem ok. 56 proc. społeczeństwa, co można uznać za rzadkość we włoskiej politycznej rzeczywistości. Głównie wynikało, to z faktu, że przez cały okres sprawowania funkcji pełnił rolę mediatora między partiami koalicyjnymi gasząc kolejne konflikty, które wybuchały między Ruchem 5 Gwiazd, a Ligą a później w drugim rządzie Partią Demokratyczną.
Niedługo Conte pozostał poza polityką, ponieważ niedługo po przejęciu rządu we Włoszech przez tak zwany „gabinet jedności narodowej” sondaże Ruchu ledwo przypominały te sprzed wyborów w 2018 roku, w związku z czym jego założyciel, Beppe Grillo zlecił Contemu misję przygotowania gruntownego planu reform ugrupowania. Pomysł o tyle dobry, że były premier miał na tyle dobre poparcie społeczne, że mógł nawet utworzyć własne ugrupowanie, do którego szybko mogłoby przejść kilka kluczowych postaci ze środowiska Ruchu 5 Gwiazd. Kiedy odchodził z urzędu włoski dziennik „Il Sole 24 Ore” zlecił badanie, z którego wynikało, że ugrupowanie założonego przez byłego premiera Włoch mogłaby liczyć nawet na wynik 16-18 proc. przy przedterminowych wyborach. Gra była, więc warta świeczki.
Włoskie media spodziewały się, że Conte zostanie ogłoszony przewodniczącym Ruchu Pięciu Gwiazd i zastąpi w tej roli p.o. przewodniczącego Vito Crimiego, bądź partia zdecyduje się na powołanie komitetu kierującego ugrupowaniem i to właśnie na jego czele miał stanąć. W międzyczasie prawnik z Apulii wstąpił formalnie do partii i napisał jej nowy statut, który wszedł w życie po głosowaniu przez zarejestrowanych członków partii online. W lipcu zarząd ugrupowania zdecydował o wyborach nowego przewodniczącego, które odbyły się na początku sierpnia. Oczywiście również drogą internetową, jak zawsze w przypadku Ruchu 5 Gwiazd. Ruch nie miał stałego lidera politycznego, odkąd z funkcji tej w styczniu 2020 roku ustąpił obecny szef włoskiej dyplomacji Luigi Di Maio.
Po głosowaniu zakończonym w nocy z 6 na 7 sierpnia poinformowano, że spośród 67 tysięcy jego uczestników byłego szefa rządu poparło prawie 93 procent. Wybór profesora prawa na lidera ruchu, uważanego dotąd za antysystemowy i populistyczny, interpretuje się, jako ważny przełom i nadanie mu nowego wizerunku oraz wzmocnienie po miesiącach wewnętrznego kryzysu.
Należy też mieć w pamięci, że w międzyczasie doszło zmian u największego koalicjanta Ruch, czyli Partii Demokratycznej, kiedy z fotela przewodniczącego zrezygnował Nicola Zingaretti, a na jego miejsce został wybrany bardziej pragmatyczny były premier Włoch Enrico Letta. Nie jest tajemnicą, że obaj panowie doskonale się rozumieją i wiedzą, że tylko dobra współpraca między ich ugrupowaniami może podnieść szanse na dobry wynik w wyborach parlamentarnych, które mają podobno odbyć już nawet w 2022 roku, czyli rok przed zakończeniem kadencji. Wynika to głównie z prognoz, które dają obecnemu Premierowi Mario Draghiemu spore szanse na objęcie, po Sergio Mattarelli, fotelu Prezydenta Republiki Włoch, które kadencja kończy się właśnie w przyszłym roku.
W sumie, można uznać za fakt, że wraz z oficjalnym objęciem funkcji w Ruchu 5 Gwiazd Conte utraci swoją ugruntowaną już pozycję „bezpartyjnego mediatora” między politykami Ruchu a współtworzącą z nimi rząd w latach 2019-2021 Partią Demokratyczną. Zdaniem agencji wypracuje on jednak stabilny sojusz z Demokratami, który ułatwi centrolewicy stworzenie przeciwwagi dla prawicowej koalicji Braci Włoch z Ligą i jej liderem Matteo Salvinim na czele.
Giuseppe Conte, jako Przewodniczący Ruchu, oświadczył po głosowaniu: „Mamy mocny, solidny program na przyszłość, do 2050 roku” i zapowiedział, że we wrześniu ruszy w objazd po Włoszech. Pozostaje pytanie czy uda mu się przerobić antyestablishmentowy charakter ugrupowania założonego przez byłego komika Beppe Grillo w poważny element politycznej układanki i jednocześnie podnieść jego sondaże? To się okaże, bo wyborcy mogą na to zwyczajnie źle zareagować, ale jednak persona samego Conte może im to jakoś zrekompensować. Pamiętajmy też, że do tej pory postać przewodniczącego Ruchu 5 Gwiazd nigdy nie była jego mocną stroną. Może teraz to się odmieni.

Krew płynie drogami, a statystyki się zaniża

Główne przyczyny tragedii to oczywiście zachowania polskich kierowców, wskazujące, że w dużej części są to osoby z poważnymi zaburzeniami psychicznymi, często niebezpieczne dla otoczenia. Ale nie tylko.
Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej pod względem bezpieczeństwa ruchu drogowego. W ciągu ostatnich 10 lat (2010 – 2020) rocznie ginęło w Polsce średnio ponad 3,2 tys. osób (ok. 8 każdego dnia). W samym tylko 2019 r. ponad 37 tys. osób zostało rannych, a straty spowodowane wypadkami szacowane są na ponad 56 mld zł rocznie.
Korzystający z dróg w Polsce są ponad trzy razy bardziej narażeni na utratę życia w następstwie wypadku, niż podróżujący po drogach Szwecji czy Norwegii. Podstawowa przyczyna to oczywiście zachowanie polskich kierowców, wskazujące, że w dużej części są to osoby z poważnymi zaburzeniami psychicznymi, często niebezpiecznymi dla otoczenia. Jednak nie tylko o to chodzi.
Brak spójnego i kompleksowego systemu zapewnienia bezpieczeństwa ruchu drogowego, rozproszenie odpowiedzialności za stan bezpieczeństwa ruchu, niska skuteczność egzekwowania prawa, stanowiący szczególny problem nietrzeźwi kierowcy, niewystarczająca jakość dróg – zwłaszcza niższej kategorii czy też niezadowalający poziom szkolenia kierowców to – obok niebezpiecznych zachowań ludzi siadających za kierownicą – główne przyczyny dużej liczby wypadków drogowych.
Na polskich drogach ciągle leje się krew. Warto przypomnieć, że od 2004 r. do 2013 r. na drogach zginęło ponad 47 tys. osób, a ponad pół miliona zostało rannych, z czego wielu zostało inwalidami do końca życia.
Niestety, mimo propagandowych obietnic, rząd Prawa i Sprawiedliwości nic nie zmienił w sprawie bezpieczeństwa ruchu. Najwyższa Izba Kontroli dokonała analizy danych za lata 2015 – 2019, czyli w okresie, gdy PiS już zdobyło władzę. Okazało się, że nie było żadnych przesłanek, które wskazywały, że nastąpiła istotna poprawa bezpieczeństwa ruchu drogowego zarówno w ujęciu krajowym, jak i w odniesieniu do innych państw europejskich.
Konkretyzując, w okresie tym spadła liczba wypadków oraz ofiar ciężkich (o 5,1 proc.) i lekkich (o 13,1 proc.), natomiast znacznie wzrosła (o 25,5 proc.) liczba kolizji drogowych. Liczba ofiar śmiertelnych wypadków drogowych kształtowała się na zbliżonym poziomie (w 2015 r. – 2 938, natomiast w 2019 r. – 2 909). W tej najsmutniejszej kategorii nie nastąpiła zatem niemal żadna poprawa.
Zauważalną zmianę przyniósł natomiast rok ubiegły, kiedy to nastąpił spadek liczby wypadków o ponad 22 proc. w stosunku do 2019 r. Zginęło w nich 2 491 osób, a ranne zostały 26 436 osoby (odpowiednio 14,4 proc. i 25,4 proc. mniej w stosunku do 2019 r.). Tyle, że nie ma w tym ani zasługi PiS-owskich władz, ani samych kierowców.
„Główną przyczyną tego stanu rzeczy była sytuacja związana ze stanem epidemii i ograniczeniami w przemieszczaniu się, która spowodowała, że ruch na drogach w 2020 r. był znacząco niższy niż w latach ubiegłych, a nie systemowa poprawa stanu bezpieczeństwa na drogach” – nie ma wątpliwości NIK.
Co gorsza, w ubiegłym roku, z powodu załamania w służbie zdrowia, do jakiego doprowadziły rządy PiS, wzrosła umieralność w wypadkach. Izba podkreśla, że pomimo znacznego spadku liczby zdarzeń drogowych, wzrósł wskaźnik osób zabitych na 100 wypadków (z 9,6 w 2019 r. do 10,58 w 2020 r.), a Polska niezmiennie pozostaje w czołówce państw europejskich, w których na skutek wypadków drogowych ginie najwięcej osób.
Kierowcy wymagający izolacji i leczenia to jedno. Inna sprawa, że w Polsce wciąż nie ma powszechnego i spójnego systemu oddziaływania na bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Dzieje się tak mimo rekomendacji wielu instytucji w tym Banku Światowego.
Jak wykazała kontrola NIK, Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, mimo szerokich ustawowych kompetencji, nie była w stanie skutecznie wypełniać funkcji inicjatora i koordynatora działań administracji rządowej w sprawach bezpieczeństwa ruchu drogowego. NIK wskazuje, że nie zostały przyjęte priorytety działań Rady, nie odbyło się żadne posiedzenie stacjonarne, a jej prace ograniczały się wyłącznie do obiegowego uzgodnienia i przyjęcia dokumentów, co do których istniał taki obowiązek.
Ponadto, KRBRD nie zainicjowała lub choćby zaopiniowała projektu jakiegokolwiek aktu prawnego, mimo, że w okresie tym procedowane były projekty istotnych ustaw związanych na przykład z pierwszeństwem pieszych przechodzących przez przejścia dla pieszych, z zapobieganiem ingerencji w przebieg licznika pojazdu mechanicznego, a także ze zmianami w systemie badań technicznych pojazdów. Rada nie zajęła się też wdrażaniem rekomendacji po kontrolach NIK. Jak widać więc, KRBD jest tylko ciałem fasadowym, służącym głównie celom propagandowym.
Za czasów rządów Platformy Obywatelskiej wykonano dość znaczący krok w kierunku stworzenia – rekomendowanego już dawno przez NIK – krajowego systemu bezpieczeństwa ruchu drogowego. Wiosną 2015 r. ustanowiono bowiem urząd Pełnomocnika Rządu do spraw Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Niestety, stanowisko Pełnomocnika funkcjonowało tylko przez około 20 miesięcy. Gdy bowiem w 2015 r. Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę w Polsce, zaczęło unicestwiać działania poprzedników, nie chcąc, żeby obywatele kojarzyli rządy PO z jakimikolwiek pozytywnymi poczynaniami. Polska miała być w ruinie – i na tym gruzowisku dopiero PiS miało zacząć budowę czegoś nowego. Ofiarą takiego podejścia padło nie tylko bezpieczeństwo na drogach, ale na przykład także wprowadzony przez rządy PO system dopłat do kredytów mieszkaniowych, ułatwiający zdobycie własnego M, który został zlikwidowany przez rząd PiS.
NIK wskazuje też, że w Polsce brakuje systemu analizy efektów działań podejmowanych w celu poprawy bezpieczeństwa. Prowadzone są różne, często kosztowne tzw. kampanie społeczne, ale nikt nie bada, czy przynoszą one jakiekolwiek pozytywne skutki. Wprawdzie Komendant Główny Policji, w związku z pogarszającymi się statystykami wypadków drogowych, zwrócił się w 2016 r. o przeprowadzenie stosownych badań do ośrodków naukowo-badawczych, lecz z uwagi na brak możliwości zapewnienia ich finansowania, badania te nie zostały przeprowadzone. Obecna władza oszczędza bowiem na bezpieczeństwie obywateli. Woli wydawać pieniądze tychże obywateli na upamiętnianie „żołnierzy wyklętych”. „Kłopoty z finansami od wielu lat dotyczą praktycznie wszystkich podmiotów zaangażowanych w bezpieczeństwo ruchu drogowego” – podkreśla NIK.
Za rządów Platformy Obywatelskiej przyjęty został w 2013 r. Narodowy Program Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego do 2020 r. Rząd PiS oczywiście nie kwapił się do jego realizacji. Jak wykazała kontrola NIK, Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego nie wiedziała o stanie realizacji założeń i celów tego programu, nie dokonywała analiz, nie wprowadzono okresowych badań pozwalających na ocenę faktycznego wpływu podejmowanych działań na poziom bezpieczeństwa ruchu drogowego w Polsce. „Przewodniczący KRBRD (jest nim minister właściwy do spraw transportu), mimo upływu prawie siedmiu lat realizacji Programu, nie wiedział o tym co zrobiono, by wdrożyć te zamierzenia” – zauważa NIK.
Oczywiste jest – ale oczywiście nie dla obecnej władzy – że bezpieczeństwo ruchu drogowego wymaga ciągłej analizy, by zaproponowane i wdrożone rozwiązania prawne rzeczywiście powodowały poprawę stanu bezpieczeństwa oraz umożliwiały szybką odpowiedź na to, co dzieje się na drogach i ulicach (np. na masowe wykorzystanie hulajnóg elektrycznych).
NIK zauważa, że cały szereg od dawna procedowanych zmian nie doczekał się w ogóle realizacji. Dotyczyło to np. zapowiadanych zmian w zakresie maksymalnej kwoty grzywny, którą można nałożyć w postępowaniu mandatowym. Rząd PiS dopiero teraz postanowił się tym zająć, w wyniku najnowszej informacji NIK o fatalnym stanie bezpieczeństwa na polskich drogach.
Osobny problem stanowią drogi w Polsce. Należą one do jednych z najbardziej niebezpiecznych w Unii Europejskiej. Przyczynia się do tego także ich fatalne oznakowanie, sprawiające wrażenie, jakby miało specjalnie wprowadzać w błąd kierowców.
Co gorsza, rząd PiS wykazał się jednocześnie i nieudolnością, i marnotrawstwem. „Niestety, poprawa infrastruktury drogowej i poniesienie znaczących nakładów nie przyczyniło się do radykalnej poprawy wskaźników bezpieczeństwa ruchu drogowego” – jednoznacznie stwierdza NIK. Izba także widzi, że oznakowanie dróg w Polsce jest poniżej wszelkiej krytyki. „Problemem jest prawidłowe i dostosowane do realnych potrzeb oznakowanie dróg” – podkreśla NIK.
Od wejścia Polski do UE nastąpiło wyraźne przyśpieszenie budowy nowych odcinków autostrad i dróg ekspresowych. Miało to przyczyniać się do ograniczenia liczby najgroźniejszych w skutkach wypadków, zwłaszcza zderzeń czołowych i bocznych. Mimo to na polskich drogach ekspresowych i autostradach ciągle dochodzi do dużej liczby wypadków drogowych z ofiarami śmiertelnymi i ciężko rannymi.
Niezależnie od wprowadzającego w błąd oznakowania, zły jest także stan techniczny polskich dróg. Rodzi się więc pytanie: na co faktycznie wydano grube miliardy złotych, przeznaczane jakoby przez rząd PiS na budowę i remonty dróg? Bo roboty ślimaczą się latami, a efektów nie widać.
Stan techniczny dróg zależy m.in. od tego, kto nimi zarządza. Drogami krajowymi zajmuje się Generalna Dyrekcja Dróg krajowych i Autostrad.
„Ogólny stan techniczny nawierzchni sieci dróg krajowych zarządzanych przez GDDKiA w ciągu ostatnich lat utrzymywał się na zbliżonym poziomie (z pewnymi wahaniami). Mimo to, na koniec 2020 r. nadal prawie 40 proc. tych dróg znajdowało się w stanie złym bądź niezadowalającym, a na natychmiastowe remonty potrzeba było aż 4,8 mld zł – przy czym GDDKiA planowała wydać na nie około 500 mln zł” – podkreśla NIK. Czyli, mamy tu do czynienia z workiem bez dna. Pieniądze na remonty płyną, ciągle trzeba ich coraz więcej, a sytuacja się nie poprawia. Co więc, u Boga ojca, rząd PiS robi z kasą podatników, przeznaczaną ponoć na poprawę infrastruktury drogowej? Wygląda na to, że za ogromne pieniądze obywateli rząd wykonuje pracę równą zeru, chwaląc się przy tym swą skutecznością, która jak widać, jest praktycznie żadna.
Inna sprawa, że w jeszcze gorszym stanie są drogi na szczeblu powiatowym, gdzie żaden skontrolowany fragment nie osiągnął stanu zadowalającego. Rząd PiS chwali się rzekomymi funduszami, mającymi wspierać drogi lokalne, ale prawda jest taka, że z powodów finansowych zarządcy powiatowi i gminni ograniczali naprawy, remonty i modernizacje.
Nadzór nad ruchem drogowym jest prowadzony przede wszystkim przez policję i Główny Inspektorat Transportu Drogowego. Trzeba zauważyć, że polepszeniu ulega poziom przeszkolenia specjalistycznego policjantów, dotyczący bezpieczeństwa ruchu. Kiepsko jest jednak z łapaniem kierowców prowadzących pod gazem. NIK wskazuje, że niejednokrotnie do oceny stopnia stężenia alkoholu w wydychanym powietrzu wykorzystywano urządzenia pomiarowe, które nie zostały poddane obowiązkowemu wzorcowaniu lub kalibracji.
„W dziewięciu z dziesięciu skontrolowanych komend były nieprawidłowości dotyczące niezapewnienia wymaganej kalibracji ponad połowy posiadanych urządzeń. Ponadto, wskutek nieprzeprowadzenia odpłatnej kalibracji sensorów w terminach określonych w kartach gwarancyjnych, dopuszczono do utraty gwarancji łącznie 20 urządzeń pomiarowych. W połowie skontrolowanych komend nie wykonano koniecznej dla kwalifikacji czynu czynności wzorcowania 14 urządzeń pomiarowych służących do prawidłowego udokumentowania stopnia zawartości alkoholu u kierującego” – podkreśla NIK. Jak poważny to problem niech świadczą dane policji – w 2020 r. ponad 10 procent użytkowników dróg uczestniczyło w wypadkach pod wpływem alkoholu.
„Niestety działania właściwych organów administracji publicznej oraz obowiązujące regulacje prawne, rozwiązania organizacyjne i techniczne nie przyczyniały się do skutecznej eliminacji z ruchu osób znajdujących się pod wpływem alkoholu lub innych substancji działających podobnie do alkoholu” – konkluduje Izba, wskazując na fikcyjność działań podejmowanych przez obecne władze.
Nawet mimo prawomocnych orzeczeń sądów o zakazie prowadzenia pojazdów, osoby skazane ponownie kierowały pojazdami w stanie nietrzeźwości, guzik się przejmując tymi wyrokami. W 2020 r. skazano 6 184 osoby za prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środka odurzającego, które były wcześniej już prawomocnie skazane za prowadzenie pojazdu pod wpływem tych substancji. Jak widać, PiS-owskie państwo działa tylko teoretycznie.
W dodatku, nie wiadomo, jakie są rzeczywiste statystyki wypadków w Polsce. Wygląda na to, że podawane dane są wyraźnie zaniżone. „Wciąż ograniczona jest wiarygodność danych o zdarzeniach drogowych” – zwraca uwagę NIK.
Izba wskazuje, że zakres zdarzeń drogowych podlegających rejestracji w Systemie Ewidencji Wypadków i Kolizji został ograniczony tylko do tych, które zaistniały lub miały początek na drodze publicznej, w strefie ruchu lub strefie zamieszkania, a nie odnosi się do szerokiego pojęcia „ruchu lądowego”. Takie podejście powoduje oczywiście, że oficjalna liczba tragedii na drogach jest dużo mniejsza od liczby rzeczywistej. Tymczasem, według ustalonej linii orzeczniczej Sądu Najwyższego kryterium „ruchu lądowego” nie należy wiązać wyłącznie z formalnym statusem konkretnej drogi, czy też określonego miejsca, lecz z faktyczną dostępnością i rzeczywistym wykorzystaniem dla ruchu pojazdów i innych uczestników ruchu drogowego. Niestety, w Polsce, nie uwzględnia się wszystkich zdarzeń, żeby statystyki wyglądały korzystnie.
Przykładem niech będzie wypadek, który zdarzył się koło Bełchatowa, 9 czerwca 2020 r. Na ogólnodostępnej drodze zginęło dwóch motocyklistów w miejscowości Dębina. Policjanci z komendy w Bełchatowie ustalili, że odcinek drogi gminnej, na której doszło do tego wypadku został, uchwałą gminy został w 2017 r. pozbawiony kategorii drogi publicznej. To wystarczyło, żeby nie umieścić o nim informacji w SEWiK. Takich wypadków, nie istniejących w statystykach, jest oczywiście znacznie więcej. Władzy to jednak odpowiada, bo przecież nie chce się przyznawać, że sytuacja na polskich drogach jest coraz bardziej tragiczna.
Ponadto, jak wykryła NIK, w praktyce policyjnej funkcjonuje też zdarzenie nazwane „wypadkiem statycznym”. To zdarzenie, w którym jedynym poszkodowanym był jego sprawca i które nie jest kwalifikowane jako wypadek. Wydawać by się mogło, że policja powinna gromadzić dane dotyczące wszystkich zdarzeń drogowych, w tym o powstałych obrażeniach u wszystkich uczestników tych zdarzeń, niezależnie od tego czy jedyną ofiarą był sprawca zdarzenia. W Polsce jednak, jak widać dzieje się inaczej.
Zdarza się też, że w SEWiK odnotowano lekkie obrażenia, choć w wyniku zdarzenia piesi doznali obrażeń ciężkich, a nawet ginęli. Na przykład w Zgierzu w systemie SEWiK nie odnotowano informacji o zmarłym poszkodowanym, który kilkanaście dni wcześniej został ranny w wypadku.
Drugą służbą odpowiedzialną za bezpieczeństwo ruchu drogowego w Polsce jest Główny Inspektorat Transportu Drogowego. W jego gestii znajduje się system automatycznego nadzoru nad ruchem drogowym. Składają się na niego stacjonarne urządzenia rejestrujące, urządzenia do odcinkowego pomiaru prędkości i urządzenia do rejestracji przejazdu na czerwonym świetle. Wpływ GITD na bezpieczeństwo ruchu jest jednak znikomy. Według stanu na 31 grudnia 2020 r. było zainstalowanych 485 takich urządzeń, tj. średnio 1,6 na tysiąc km kw. powierzchni Polski. Dla porównania w Belgii było 37 takich urządzeń na km kw, a w Niemczech 10.
W GITD, a szczególnie w Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym (CANARD) wciąż brakuje pracowników. W rezultacie, nie wobec wszystkich prowadzących pojazdy naruszające ograniczenie prędkości obowiązujące w miejscu ustawienia urządzenia, podejmowane sa dalsze działania. Technika trafia zatem w próżnię kadrową. Wciąż nie zostały też wdrożone skuteczne mechanizmy umożliwiające egzekwowanie odpowiedzialności za naruszenia przepisów ruchu drogowego w stosunku do obcokrajowców spoza UE. Skoro jest mało ludzi, procedury trwają długo i często kończą się niczym. W samym tylko 2018 r. przedawnieniu uległo 467 370 (około 17 proc. ) spraw o szacunkowej wartości mandatów 71 974 980 zł!.
Wiele do życzenia pozostawia system szkolenia kandydatów na kierowców. Świadczą o tym dane o wypadkach powodowanych przez młodych i niedoświadczonych kierowców. W 2019 r. w 4 910 takich wypadkach zginęły 462 osoby, a rannych zostało 6 409.
Źle wygląda także ratowanie ofiar wypadków. Nie zbudowano dotychczas ogólnokrajowego cyfrowego systemu łączności radiowej, który umożliwiałby bezpośrednią wymianę informacji pomiędzy służbami ratowniczymi. Obecny system analogowy nie umożliwia jednoczesnej wymiany informacji pomiędzy wieloma abonentami, co może mieć negatywny wpływ na skuteczność akcji ratunkowej.
Wszystkie dane, zebrane przez NIK, pokazują, że stan bezpieczeństwa na polskich drogach jest fatalny, a bezczynność i nieudolność rządu zasługuje na słowa krytyki. Niestety, mało jest nadziei, że sytuacja w nadchodzących latach się poprawi.

Gospodarka 48 godzin

Seniorzy będą mądrzeć
Mieszkający w Polsce ludzie w wieku od 55 do 60 (kobiety) i 65 lat (mężczyźni) oraz starszym, są raczej kiepsko wykształceni – co w jakimś stopniu może tłumaczyć dotychczasowe, niewielkie sukcesy naszego kraju w budowie innowacyjności i postępu. W tym przedziale wiekowym osoby z wyższym wykształceniem stanowią tylko 17 proc., podczas gdy w grupie 45 – 54 lat takich osób jest już 26 proc., a wśród ludzi mających 35 – 44 lata, aż 44 proc. ukończyło studia. Tak więc, im Polak młodszy, tym mądrzejszy. W miarę starzenia się społeczeństwa i rosnącego w nim udziału populacji osób w wieku 50 plus, będzie jednak też rosnąć grono seniorów, którym udało się skończyć studia. To zasługa demografii. Być może lepsze wykształcenie ludzi w jesieni życia skłoni ich również do szukania pracy na emeryturze – bo ludziom kiepsko wyedukowanym proponuje się głównie nieskomplikowane acz męczące zajęcia, co nie skłania ich do kontynuowania zatrudnienia po przejściu na emeryturę. W rezultacie, współczynnik aktywności zawodowej wśród osób powyżej 65 roku życia wynosi tylko niespełna 6 proc., nad czym boleje rząd Prawa i Sprawiedliwości, który chciałby zaoszczędzić na emeryturach i szuka sposobu, jakby tu skłonić seniorów do dalszej pracy. Być może najskuteczniejszy okaże się przymus ekonomiczny, gdyż pod rządami PiS ubóstwo dochodowe osób w wieku 65 plus systematycznie się rozszerzało. Na koniec 2018 roku, jak podaje Główny Urząd Statystyczny, wśród ogółu osób dotkniętych tym ubóstwem odsetek seniorów osiągnął 17 proc., podczas, gdy w 2015 r., ostatnim, w którym rządziła Platforma Obywatelstwa, ten odsetek ubóstwa wynosił zaledwie 11,2 proc. Dobrze to pokazuje, jak prominenci Prawa i Sprawiedliwości „troszczyli się” o ludzi w jesieni wieku. Jak widać, rząd PiS konsekwentnie proponował seniorom zmianę diety, pragnąc zapewne aby z głodu ogryzali oni korę z drzew. Zapewne w ten sposób rządowi wreszcie uda się ich zachęcić do pracowania po 65 roku życia.

Z kim zarabiamy?
Polska sprzedaje towary i usługi głównie do krajów rozwiniętych. Ich udział w naszym eksporcie stanowi obecnie 86, 3 proc. (w tym Unia Europejska to 75 proc.), a w imporcie jest nieco mniejszy – 63,7 proc., z czego UE to 55,2 proc. Natomiast najmniejszy udział w polskim handlu zagranicznym mają kraje naszego regionu, czyli Europy Środkowo-Wschodniej. Ich udział w eksporcie ogółem wyniósł 5,6 proc. , a w imporcie 6,8 proc. Na wymianie handlowej z tymi państwami, oraz z państwami rozwijającymi się, Polska traci – ujemne saldo odnotowane przez GUS z krajami rozwijającymi się wyniosło minus 104,6 mld PLN, zaś z krajami Europy Środkowo-Wschodniej minus 5,2 mld PLN. Zarabiamy za to w handlu z krajami rozwiniętymi. Tu dodatnie saldo wynosi 125,8 mld PLN , w tym z krajami UE osiągnęło 110,1 mld PLN.

Kumulacja błędów
Jak podaje państwowa firma Polskie Sieci Elektroenergetyczne, przyczyną awarii, która w maju tego roku wstrzymała pracę elektrowni Bełchatów, był błąd człowieka w połączeniu z niewłaściwymi rozwiązaniami technicznymi. Okazało się, że dyżurny pomylił guziki i doprowadził do zwarcia. Zwarcia udałoby się uniknąć, gdyby instalacja uziemiająca miała prawidłowe parametry, ale była ona ośmiokrotnie cieńsza, niż być powinna.

„Dobry Arab” w rządzie Izraela

Mansur Abbas twierdzi, że jego rola w nowej izraelskiej koalicji jest „historyczna”. Ale większość obywateli narodowości palestyńskiej wybiera inny kierunek.

Po odłączeniu się od Wspólnej Listy przed ostatnimi wyborami w Izraelu, Zjednoczona Lista Arabska (Ra’am), islamska partia kierowana przez Mansoura Abbasa, prowadziła kampanię, w której starała się przedstawić swoją partię jako „konserwatywną”, jednocześnie oferując „nowe podejście” wobec arabskiej polityki w Izraelu. Zgodnie z tą strategią Ra’am mogła wejść do każdego nowego rządu izraelskiego, niezależnie od tego, czy był on lewicowy czy prawicowy, nawet jeśli oznaczało to zasiadanie w jednej koalicji z kahanistami. Oderwanie się Ra’am od pozostałych trzech arabskich partii Wspólnej Listy, jak podkreślał Abbas, miało być „historyczne”.
W zamian za aktywne wsparcie dla tej rzekomo przełomowej strategii, partia islamska obiecała swoim wyborcom kilka poważnych korzyści. Pierwszą z nich miały być znaczne wydatki budżetowe na cele ważne dla izraelskich Palestyńczyków; dalej – rządowy plan walki z szalejącą przestępczością i rosnącym wskaźnikiem morderstw w palestyńskich społecznościach w Izraelu; uznanie nieuznawanych palestyńskich wiosek beduińskich na pustyni Nakab/Negew wreszcie zniesienie dyskryminującego Prawa Kaminitza, które grozi wyburzeniem tysięcy arabskich domów za to, że zostały zbudowane bez zezwoleń, które nigdy nie zostałyby im przyznane. Innymi słowy, Abbas był gotów sprzedać zjednoczony palestyński front polityczny za podstawowe prawa, które już teraz powinny przysługiwać jego społeczności.
A co z izraelskim oblężeniem Gazy, atakami na meczet Al-Aksa, rozbudową osiedli na Zachodnim Brzegu czy judaizacją dwunarodowych miast w Izraelu? Według Abbasa, nie są to kwestie, które musi rozwiązać jego partia.
W środę wieczorem Abbas w końcu zapisał się w historii, dołączając do nowego rządu, na czele którego stanie skrajnie prawicowy Naftali Bennett, w zamian za żenująco niewiele: brak zniesienia jakichkolwiek dyskryminujących, przypominających apartheid praw (w tym ustawy o żydowskim państwie narodowym); obietnicę skierowania części budżetów do społeczności arabskich w przyszłości oraz utworzenie komisji w Knesecie w celu omówienia kwestii (!) uznania kilku beduińskich wiosek.
Na czym więc dokładnie polega nowe podejście Abbasa? Prawdą jest, że został on pierwszym liderem partii arabskiej, który wszedł w skład koalicji rządzącej – przynajmniej od czasów tzw. arabskich partii satelickich z początków państwa, które zobowiązały się do lojalności wobec rządzącej partii Mapai. Czy jednak jest to rzeczywiście znaczące wydarzenie, które warto świętować?
Nie jest to przełomowy moment, o którym mówi wielu – a powód jest dość prosty. My, obywatele palestyńscy, już wcześniej widywaliśmy mieliśmy takich „reprezentantów” – osoby pochodzenia arabskiego, które wchodziły w skład izraelskiej koalicji rządzącej. Izrael miał nawet arabskiego ministra nauki, kultury i sportu, Ghaliba Madżadlihę z Partii Pracy. Moim najżywszym wspomnieniem z jego kadencji jest to, gdy zasnął on w świetle kamer podczas jakiejś ceremonii.
Historia pełna jest tych tak zwanych przywódców palestyńskich, którzy skutecznie sprzedali sprawę swojego narodu dla własnych korzyści osobistych. Podczas wojskowych rządów nad palestyńskimi obywatelami państwa w latach 1948-1966, izraelski establishment mianował i wspierał „muchtarów” (przywódców tradycyjnej starszyzny) w wielu arabskich miastach i wsiach, dając władzę i prestiż takiej starszyźnie, która była lojalna wobec kolonialnego reżimu. W swojej książce „Dobrzy Arabowie”, opartej na wcześniej ukrytych archiwach państwowych i relacjach palestyńskich obywateli, izraelski historyk Hillel Cohen barwnie opisuje lata arabskiego sprzedawania się w pogoni za korzystnymi stanowiskami przyznawanymi przez reżim wojskowy. W tym za wpływowymi stanowiskami w szkołach, radach lokalnych i rządzie.
To podejście „dobrego Araba”, mającego nadzieję, że zostanie przyjęty przez izraelsko-żydowski establishment, jest uderzająco podobne do ostrego pojęcia wprowadzonego przez Malcolma X: „niewolnika domowego” .
Tak działacz nazwał daremne próby niektórych części czarnej społeczności w Stanach Zjednoczonych, by „zintegrować się” i zostać „zaakceptowanym” przez białą większość. Palestyńscy obywatele wiedzą jednak, że nigdy nie mogą stać się całkowicie „izraelskimi”. Syjonistyczny establishment próbował narzucić nam ten mit poprzez wymazanie naszej kultury i tożsamości – w tym poprzez próby przekształcenia nas w „izraelskich Arabów” , gdy równocześnie mówią, że Izrael będzie to zawsze „państwo żydowskie”.
My, obywatele palestyńscy, wciąż jednak sprzeciwiamy się temu wymazywaniu i polityce „dziel i podbijaj”, którą Izrael praktykuje od 1948 roku. Palestyńczycy powinni być częścią procesu decyzyjnego w kraju, ale tylko wtedy, gdy Izrael przestanie oblegać, wypędzać i zabijać naszych ludzi. Wejście do rządu okupanta jest nie tylko koszerną pieczęcią dla jego zbrodni przeciwko naszym ludziom, ale także aktywnym wspieraniem prób państwa utrzymania naszej społeczności w stanie fragmentacji.
A jednak, pomimo „nowego” podejścia Abbasa, stało się jasne, że miliony Palestyńczyków w całym kraju wybierają inny kierunek – nie biorąc pod uwagę wskazówek od swoich politycznych przedstawicieli.
Od ramadanowych protestów we Wschodniej Jerozolimie, przez walki w Szajch Dżarrah, po obronę palestyńskich domów w miastach dwunarodowych przed żydowskimi osadnikami i policją, Palestyńczycy tworzą swoją własną historię.
Prawie każde palestyńskie miasto lub wioska w całym Izraelu zorganizowała protest w obronie Szajch Dżarrah, Al-Aksy, Gazy i samych siebie. Ten prawie bezprecedensowy pokaz jedności doprowadził do historycznego strajku generalnego w zeszłym miesiącu, w którym masowo uczestniczyli Palestyńczycy od rzeki Jordan do brzegów Morza Śródziemnego.
To, że kolejne pokolenie Palestyńczyków w Izraelu wyszło na ulice, aby odzyskać swoją godność, jest prawdziwym historycznym momentem. To oni pokazują światu, jak naprawdę może wyglądać „nowe podejście”.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu +972 Mag, antywojennym, lewicowym portalu tworzonym przez izraelskich i palestyńskich autorów.
Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)

Informacje rządu PiS: Polska ginie!

Jak stwierdza wicepremier Gowin, nielegalne wykorzystywanie olejów odpadowych jako opałowych to skutek braku mechanizmów kontroli, a w rezultacie, braku danych o rynku olejów w Polsce. Tych mechanizmów nie wdrożył właśnie obecny rząd.
Dramatyczny obraz zatrutego środowiska naturalnego w Polsce pod rządami „zjednoczonej prawicy”, szczerze przedstawił wiceprezes Rady Ministrów dr. Jarosław Gowin w najnowszym raporcie Globalnego Porozumienia Narodów Zjednoczonych. Nie on jeden. Warto dodać, że raport ten w pełni odzwierciedla stanowisko polskiego rządu, bo jego współautorami są Ministerstwo Rozwoju, Ministerstwo Finansów oraz Krajowa Administracja Skarbowa.
Z materiałów tych instytucji, włączonych do wspomnianego raportu Globalnego Porozumienia Narodów Zjednoczonych (UN Global Compact Poland), jasno wynika, że bajką są opowieści prominentów PiS, jak to ich rząd dzielnie zwalcza rozmaite nadużycia w Polsce. W rzeczywistości jest odwrotnie – rząd toleruje je i w konsekwencji, godzi się na dalsze zatruwanie środowiska. Aż dziwi, że dygnitarze obozu „zjednoczonej prawicy”, w dokumencie, który nie jest wszak tajny, tak szczerze przyznali się do swych zaniedbań oraz świadomych zaniechań.
W raporcie tym wicepremier dr. Jarosław Gowin oświadcza: „Polska, jak wiemy, od wielu lat znajduje się w czołówce europejskich krajów z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem – dotyczy to wszystkich szkodliwych substancji – pyłu zawieszonego PM2.5 i PM10, benzopirenu, tlenków azotu oraz szczególnie szkodliwych dla zdrowia związków metali ciężkich, dioksyn i furanów. Polskie miasta od wielu lat zajmują czołowe pozycje w zestawieniach, sporządzanych okresowo przez Światową Organizację Zdrowia, miejsc w Europie z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Szkodliwe działanie zanieczyszczeń powietrza na zdrowie i życie człowieka zyskało już empiryczne potwierdzenie. Według raportów Światowej Organizacji Zdrowia oraz Europejskiej Agencji Środowiska, zanieczyszczenie powietrza w Polsce w znacznym stopniu przyczynia się do ok. 45 000 przedwczesnych zgonów wywołanych przeważnie przez choroby układu krążenia oraz układu oddechowego. To wielokrotnie więcej niż liczba zgonów w wypadkach komunikacyjnych. Problem smogu w Polsce jest często wynikiem spalania na potrzeby ogrzewania budynków złej jakości paliw lub innych produktów, których wykorzystywanie w tym celu jest nielegalne, co ma prowadzić do obniżenia kosztów. Nielegalne użycie olejów odpadowych jako olejów opałowych – niezależnie od szkód dla środowiska i zdrowia ludzi – przekłada się także na wymierne straty podatkowe, m.in. z tytułu nieodprowadzonej akcyzy (rocznie szacowane ostrożnie na ponad 150 mln zł). Dodatkowo, wykorzystywanie do ogrzewania olejów odpadowych powoduje, że z jednej strony odpad taki nie zasila krajowych mocy przerobowych do recyklingu olejów odpadowych, obniżając opłacalność inwestycji w rozwój, a z drugiej zmniejsza wpływy budżetu państwa z opłaty produktowej od nowo wprowadzonych do obrotu olejów grzewczych – nielegalnie spalany olej odpadowy wypiera w ten sposób legalne paliwa” – stwierdza wicepremier Gowin w swej obszernej prezentacji.
Te słowa porażają, zwłaszcza, gdy się je skonfrontuje z propagandowymi zapewnieniami premiera Mateusza Morawieckiego i rządu, zachwalającymi swe rzekome nieugięte zwalczanie nadużyć podatkowych oraz sukcesy w staraniach o lepszy stan środowiska naturalnego.
W tym momencie rodzi się pytanie, dlaczego rząd „zjednoczonej prawicy”, rządzący Polską od ponad pięciu lat i mający w ręku wszelkie mechanizmy władzy, praktycznie nic dotychczas nie zrobił z patologiami opisanymi przez wicepremiera?. Jarosław Gowin po części odpowiada na to pytanie.
Pisze on w cytowanym raporcie: „Możliwość nielegalnego wykorzystania produktów tego typu jest efektem braku efektywnego mechanizmu kontroli ilości wprowadzanych produktów, a w konsekwencji pełnych danych o wielkości i strukturze rynku olejów w Polsce. Wprowadzenie na rynek olejów poza oficjalnym obiegiem przekłada się bowiem na powstanie odpowiadającej masy odpadów, w stosunku do której żaden producent czy importer nie ponosi odpowiedzialności za zapewnienie prawidłowego przetworzenia. Z drugiej strony brak jest mechanizmu motywującego, zapewniającego rzeczywiste kierowanie zużytych olejów do systemu od ich końcowych użytkowników w miejsce nielegalnego spalania”.
Wicepremier Jarosław Gowin szczerze wskazuje więc na bezradność rządu, a także i na zauważalny brak woli obozu „zjednoczonej prawicy” w zwalczaniu nadużyć na rynku paliw i olejów. Pisze o braku efektywnego mechanizmu kontroli, braku danych, braku mechanizmu motywującego… Za to wszystko ponosi odpowiedzialność właśnie rząd Prawa i Sprawiedliwości, który z jakichś powodów nie usunął wspomnianych tu, znanych od lat nieprawidłowości. Czy chodzi o to, że „zjednoczona prawica” nie chce złapać się za swoją własną rękę? Tym samym, wicepremier Gowin oskarża też po części i siebie, jako ważnego członka obecnej ekipy rządzącej, odpowiadającej za taki stan rzeczy.
Z bezradnością i brakiem skutecznej walki z nieprawidłowościami nie kryje się także prezes Urzędu Regulacji Energetyki dr. Rafał Gawin. Oświadcza on: „Jednym z obszarów wymagających lepszego uregulowania i zapewnienia mechanizmu, który umożliwi pozyskiwanie wiarygodnych informacji, jest rynek smarów i olejów polirolitycznych, które de facto są olejami opałowymi. Coraz większe wolumeny przywożonych do kraju szeroko rozumianych olejów średnich i ciężkich, które przeważnie nie posiadają jakichkolwiek dokumentów potwierdzających ich jakość, stanowią bowiem znaczącą część paliw zużywanych przez podmioty gospodarcze. Obserwujemy także, że tego typu oleje importowane oraz wytwarzane bez jakiejkolwiek kontroli są spalane w kotłach nieprzystosowanych dla tych paliw, co zanieczyszcza środowisko i ma bardzo niekorzystny wpływ na nasze zdrowie i życie” – z rezygnacją oświadcza prezes URE.
Widoczne jest więc przyzwolenie PiS-owskiej administracji na nadużycia. Szef Urzędu Regulacji Energetyki informuje o nasilających się patologiach, które obserwują jego służby i on sam. Wszyscy oni obserwują, mówią o „obszarach wymagających lepszego uregulowania” – ale jak widać, wspomnianych patologii nie zwalczają skutecznie.
Ciekawe, czy ta dramatyczna prawda o efektach rządów Prawa i Sprawiedliwości, zaprezentowana przez przedstawicieli tegoż rządu, spowoduje, że może choćby o włos zmieni się ton nachalnej propagandy sukcesu, uprawianej zwłaszcza w PiS-owskiej partyjnej telewizji, nazywanej czasami żartobliwie „publiczną”?.

Gospodarka 48 godzin

Polskie złoto
W sejfach Narodowego Banku Polskiego na koniec 2020 roku znajdowało się 228,7 tony złota. Jego łączna wartość to około 52,3 mld zł. Bezpośrednio przed nami na liście krajów z największymi rezerwami złota jest Austria, mająca 280 ton tego kruszcu. Pierwsze miejsce w Europie zajmują oczywiście Niemcy: 3362 tony złota, przed Włochami – 2452 zł. Natomiast na świecie największe rezerwy złota mają naturalnie USA: aż 8133 tony. Nie całe polskie złoto znajduje się w Polsce, część nadal jest przechowywana w Banku Anglii, co ze względu na nasze położenie geopolityczne i relacje z sąsiadami zaprowadzone przez PiS, stanowi dość bezpieczne rozwiązanie – acz trzymanie złota w Wlk. Brytanii kosztuje.

Dywidenda z parkietu
Przychody grupy kapitałowej Giełdy Papierów Wartościowych wyniosły 112,3 mln zł w pierwszym kwartale bieżącego roku. To wzrost o 15,5 proc. w stosunku do I kwartału 2020 r. Zysk EBITDA (przed potrąceniem odsetek, podatków i amortyzacji) wyniósł 53,6 mln zł (wzrost o 7,1 proc. rok do roku), a zysk netto osiągnął 38,7 mln zł (plus 32,1 proc. rdr) i jest o o 17,2 proc. mniejszy niż w IV kwartale 2020 r. W zeszłym roku zysk netto grupy GPW osiągnął 151 mln zł. Giełda zamierza wypłacić dywidendy za 2020 r. w łącznej wysokości 104,93 mln zł (2,50 zł na akcję). Ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie walne zgromadzenie akcjonariuszy GPW, które zostało zwołane na 21 czerwca 2021 r. – W każdej grupie produktowej nastąpiła znacząca poprawa, a szczególnie cieszy utrzymanie pozycji europejskiego lidera pod względem dynamiki obrotów na rynku akcji. Przyszłość też się rysuje w jasnych barwach – mówi Marek Dietl, prezes giełdy. Na głównym rynku notowane są akcje 434 firm (383 krajowych i 51 zagranicznych), natomiast na parkiecie New Connect 376 (372 krajowych i 4 zagranicznych). Jak wskazują władze giełdy, GPW jest liderem wśród giełd Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby notowanych spółek i łącznej kapitalizacji spółek krajowych. Udział warszawskiej giełdy w obrocie akcjami na giełdach środkowoeuropejskich wynosić ma aż 81 proc. Obecnie trwają negocjacje w sprawie przejęcia większościowego pakietu akcji giełdy w Armenii przez GPW. W tym roku giełda obchodziła trzydziestolecie istnienia. 12 kwietnia 1991 r. ówcześni ministrowie przekształceń własnościowych i finansów podpisali akt założycielski spółki akcyjnej „Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie S.A.” Cztery dni później, w dniu sesji inauguracyjnej GPW handlowano akcjami pięciu spółek, a obrót wyniósł 1990 zł. Obecnie średni obrót sesyjny na GPW wynosi około 1,2 mld zł.

Wielki optymizm rządu
Rząd prognozuje, że produkt krajowy brutto Polski w 2022 r. wzrośnie aż o 4,3 proc. To dużo więcej od przewidywań uznanych specjalistów. Na przykład firma konsultingowa Standard and Poor’s przewiduje, że wzrost polskiego PKB w przyszłym roku wyniesie 2,7 proc. Równie optymistyczny jest rząd PiS w ocenie inflacji, która według niego w 2022 r. ma wynieść zaledwie 2,8 proc. Obecnie inflacja w Polsce wynosi aż 4,8 proc.

Ośli upór w sprawie Turowa

Ciekawe, ile setek milionów złotych będzie musiał w rzeczywistości wydać rząd z pieniędzy podatników, by uniknąć zamknięcia kopalni?
Negocjacje, podjęte w pośpiechu przez polski rząd w sprawie kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów nie rozwiązują rzeczywistego problemu, jakim jest brak daty odejścia Polski od węgla, a pozew Czech do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej to tylko jedna z konsekwencji nieodpowiedzialnej polityki energetycznej rządu i spółki Polska Grupa Energetyczna – zauważają ekolodzy (m.in. z EKO-UNII, Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”, Greenpeace i fundacji Frank Bold). Wzywają oni do podania realnej i szybkiej daty odejścia od węgla do produkcji energii w całej Polsce.
Całkowita i szybka rezygnacja z węgla oczywiście nie będzie korzystna dla Polski i Polaków. Tym niemniej, trzeba zauważyć, że rząd PiS świadomie lekceważył pojawiające się sygnały ostrzegawcze. Międzynarodowy konflikt z mieszkańcami Czech i Niemiec o skutki działalności kopalni Turów narastał przecież od dawna. Mieszkańcy tych państw oraz rząd czeski od lat sprzeciwiali się rozbudowie odkrywki i dowodzili skutków działania kopalni: obniżania poziomu wód gruntowych, wzrostu hałasu oraz zanieczyszczenia powietrza.
Już w 2019 roku podczas konsultacji transgranicznych czeski rząd oficjalnie zajął negatywne stanowisko w sprawie dalszych prac wydobywczych w Turowie. To nic nie dało, więc pod koniec lutego Czechy wniosły przeciwko Polsce skargę do TSUE.
– TSUE nakazał natychmiastowe wstrzymanie prac wydobywczych w kopalni na wniosek Czechów, stając tym samym po stronie mieszkańców przygranicznego regionu Liberec. Polska powinna teraz zastosować się do tego orzeczenia, niezależnie od podejmowanych prób porozumienia się ze stroną czeską. Jawna odmowa wykonania orzeczenia TSUE może podawać w wątpliwość wykonanie przyszłej umowy między Polską a Czechami – mówi Dominika Bobek, radczyni prawna z mało znanej dotychczas w Polsce fundacji Frank Bold.
I nic dziwnego, że tak mówi, bo jest to czeska fundacja z siedzibą w Brnie, jej szefem jest Pavel Franc, więc jako „niezależna organizacja pozarządowa” przyjmuje oczywiście czeski punkt widzenia. Gdyby pani Dominika Bobek posłuchała opinii mieszkańców Bogatyni, która za sprawą kopalni Turów należy do najbogatszych gmin w Polsce, to zrozumiałaby, że przekonanie o konieczności zamknięcia Turowa jest w Polsce dość ograniczone. Co nie znaczy, że ktokolwiek chce usprawiedliwiać bezczynność i indolencję rządu PiS, które doprowadziły do obecnej sytuacji.
Organizacje ekologiczne widzą jednak także i pozytywy. Ich zdaniem sprawa Turowa ma szerszy kontekst i może stać się impulsem do zaplanowania odejścia od węgla w Polsce. Problem w tym, że polski rząd, a także znajdująca się w centrum sporu o Turów państwowa spółka PGE, największy polski emitent dwutlenku węgla, wciąż nie mają strategii odejścia od tego surowca w energetyce. Tymczasem, jak twierdzą niektórzy naukowcy, aby uniknąć najbardziej katastrofalnych skutków zmian klimatu, wszystkie kraje Unii Europejskiej, w tym Polska, powinny odejść od spalania węgla do 2030 roku – co jest oczywiście kompletnie nierealne. Warto zauważyć, iż nawet eksperci bliscy ekologom uważają, że w celu zachowania bezpieczeństwa energetycznego kraju, należy pięć najmniej emisyjnych bloków węglowych o mocy 4200 megawatów pozostawić w rezerwie mocy co najmniej do 2040 r.
– Sprawa Turowa to konsekwencja nieudolnego podejścia polskiego rządu do sprawiedliwej transformacji energetycznej i trwania z oślim uporem przy węglowym status quo. A tylko zaplanowanie przez rząd szybkiej i realnej daty zakończenia wydobycia węgla i produkcji energii w Turowie może rozwiązać problemy, bez spowodowania katastrofy społecznej w Bogatyni, gdy kopalnia zostanie zamknięta z dnia na dzień. Doraźne zasypanie 200 milionami złotych konfliktu z Czechami nie załatwia problemu wytwarzania energii z coraz bardziej nieopłacalnego węgla – zauważa Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.
Elektrownia Turów produkuje rocznie średnio nieco ponad 3 proc. krajowej energii – wskazują ekolodzy. W rzeczywistości jest to dokładnie 3,7 proc., z tym, że wskaźnik wykorzystania mocy zainstalowanej w elektrowni Turów wynosi niespełna 50 proc., więc jej udział w produkcji energii może być nawet dwukrotnie wyższy. Według ekologów kompleks w Turowie mógłby zakończyć działalność już w 2026 r. Dziś nie wiadomo oczywiście, jakie byłyby skutki zamknięcia Turowa w wspomnianym roku. Za pięć lat, to jednak nie natychmiast, jak nakazał TSUE.
– Mitem jest, że bez funkcjonowania Turowa zabraknie nam prądu w gniazdkach, zaś dane ekonomiczne są bezlitosne: wzrost kosztu kapitału i ubezpieczenia wraz z rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 doprowadzą do zamknięcia elektrowni i kopalni Turów najpóźniej w 2030 roku. Czas pogodzić się z rzeczywistością i podać datę zamykania bloków w elektrowni oraz zaplanować programy osłonowe dla osób zwalnianych w wyniku powolnego, lecz nieuniknionego spadku zatrudnienia w kompleksie. To zadania dla PGE oraz ministra Jacka Sasina – podkreśla Kuba Gogolewski z fundacji Rozwój TAK – Odkrywki NIE. Komentując tę wypowiedź trzeba stwierdzić, że oczywiście nie ma ekonomicznych danych z których wynikałoby, że do 2020 r. kopalnia i elektrownia Turów przestaną funkcjonować. Są tylko przypuszczenia i przewidywania.
Tym niemniej, nie można budować polskiej przyszłości energetycznej na węglu. Jak widać, ostatnie tygodnie były niespokojne w polskiej energetyce. Dwie awarie zatrzymujące pracę elektrowni Bełchatów i decyzja TSUE w sprawie Turowa podniosły temperaturę dyskusji wokół transformacji energetycznej.
– Ostatnie dni dobitnie pokazują, że węgiel wcale nie jest gwarantem bezpieczeństwa energetycznego, a zamiast szumnie zapowiadanego ładu, w energetyce panuje chaos. Premier Morawiecki i jego rząd muszą w końcu przestać ignorować potrzebę transformacji energetycznej i pilnie przygotować plan szybkiego odejścia od węgla. Potrzebujemy nowoczesnego, rozproszonego systemu opartego o odnawialne źródła energii, a także inwestycji w efektywność energetyczną. W dobie kryzysu klimatycznego tylko tak można zapewnić prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne, ale i bezpieczną przyszłość – komentuje Joanna Flisowska, szefowa działu Klimat i Energia w Greenpeace Polska.
Niezależnie od intencji Greenpeace, tym słowom trudno odmówić słuszności. Problem jednak w tym, że realnie wciąż nie bardzo czym mamy zastąpić węgiel.

Może będzie bezpieczniej ale i drożej

Zapewne zwiększy się ochrona kupujących – lecz nowe przepisy mogą sprawić, iż mieszkania będą jeszcze droższe i jeszcze mniej dostępne, a formalności związane z ich zakupem tylko się wydłużą.
Nowa ustawa deweloperska – czyli mówiąc dokładniej, ustawa o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz o Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym – została już przyjęta przez Sejm z niektórymi poprawkami Senatu i czeka na podpis prezydenta. Jak wskazuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który przygotował jej projekt, ma ona wzmocnić ochronę osób kupujących nowe domy i mieszkania (czyli na rynku pierwotnym).
Może i wzmocni, ale najprawdopodobniej sprawi również, że mieszkania będą jeszcze droższe i jeszcze mniej dostępne dla wielu rodzin, a wszystkie formalności związane z ich zakupem tylko się wydłużą. Przy okazji, do ustawy deweloperskiej rząd wmontował też przepisy, które mogą pomóc w zasileniu trzeszczącego w szwach budżetu, pieniędzmi przeznaczonymi na wspieranie budownictwa mieszkaniowego. Co oczywiście nie byłoby z pożytkiem dla budownictwa.
Elementem wzmacniającym ochronę kupujących będzie nowy fundusz – właśnie wymieniony w tytule ustawy Deweloperski Fundusz Gwarancyjny – w połączeniu ze zmianą roli mieszkaniowych rachunków powierniczych.
Rachunki te istnieją już od dawna. Deweloperzy muszą gromadzić na nich wpłaty klientów. Mieszkaniowe rachunki powiernicze mogą być zamknięte lub otwarte. W pierwszym przypadku bank wypłaca przedsiębiorcy pieniądze z rachunku dopiero po przeniesieniu własności mieszkania lub domu na nabywcę. Na rynku dominują jednak (w ok. 90 proc.) otwarte mieszkaniowe rachunki powiernicze, czyli takie z których środki trafiają do dewelopera stopniowo, zgodnie z harmonogramem prac na budowie.
Deweloperzy starają się narzucać klientom otwarte rachunki powiernicze, bo to jest wygodniejsze i bezpieczniejsze dla firm budujących i sprzedających mieszkania. Dla klientów oznacza jednak realne ryzyko straty w sytuacji, gdy firma przerwie budowę lub upadnie, a bank przekazał jej już środki z rachunku powierniczego, wpłacone wcześniej na ten rachunek przez klientów.
Nowa ustawa przewiduje, że nadal będą istnieć zamknięte i otwarte mieszkaniowe rachunki powiernicze. Jednakże, wedle jej przepisów, w przypadku otwartego mieszkaniowego rachunku powierniczego ostatnia transza płatności do dewelopera nastąpi dopiero po przeniesieniu przez dewelopera własności lokalu mieszkalnego na klienta na podstawie zawartego aktu notarialnego.
Zabezpieczeniem dla środków nabywcy zgromadzonych na rachunkach powierniczych stanie się nowa instytucja, czyli wspomniany Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Deweloperzy będą odprowadzać na niego część wpłat klientów dokonywanych na mieszkaniowe rachunki powiernicze.
Wysokość stawek procentowych, według których deweloper samodzielnie obliczy, jaką część wpłat klientów powinien przeznaczyć na Deweloperski Fundusz Gwarancyjny będzie ustalać w rozporządzeniu minister właściwy do spraw budownictwa (czyli obecnie to Minister Rozwoju, Pracy i Technologii). Przepisy nowej ustawy deweloperskiej przewidują, że składka może wynieść maksymalnie do 1 proc. w przypadku otwartych mieszkaniowych rachunków powierniczych i zaledwie do 0,1 proc. w przypadku zamkniętych rachunków, stwarzających skuteczniejszą ochronę dla nabywców mieszkań. O tyle też zmniejszą się kwoty wpłacane na te rachunki.
Tak więc, wraz ze wzrostem kwot na mieszkaniowych rachunkach powierniczych, rosnąć też będzie Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Ten 0,1 proc., albo najwyżej 1 proc. to sumy zupełnie marginalne, niemal niezauważalne w jakichkolwiek bilansach. Tym niemniej środowisko deweloperów i ich lobbystów zaczęło narzekać, jaki to kłopot i jak znacząco mogą podrożeć z tego powodu nowe mieszkania. To do złudzenia przypomina biadolenia banków komercyjnych, gdy muszą one zwiększyć kapitały rezerwowe – jakby te kapitały gromadzono z prywatnych pieniędzy bankierów, a nie ze środków klientów banków. Wzrost cen mieszkań trzeba jednak poważnie brać pod uwagę, bo deweloperzy nie przepuszczą żadnego pretekstu, aby głębiej sięgnąć w portfele swoich klientów.
Z Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego będą także wypłacane pieniądze w przypadku upadłości dewelopera lub upadłości banku (powyżej kwoty chronionej przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny).
Upadłość banku, który prowadzi mieszkaniowe rachunki powiernicze, choć jest potencjalną rzadkością, może być zagrożeniem dla nabywcy mieszkania. Kwoty do 100 tys. euro są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny, ale mieszkania bywają droższe. Poza tym limit gwarancji BFG dotyczy łącznie wszystkich pieniędzy klienta w danym banku, także zgromadzonych na koncie osobistym czy lokatach. W związku z tym nawet w przypadku zamkniętego rachunku powierniczego klient dewelopera może nie odzyskać całej sumy – i wtedy do akcji powinien wejść Deweloperski Fundusz Gwarancyjny.
Pieniądze z DFG będą też uruchamiane w przypadkach odstąpienia klienta od umowy w sytuacjach wskazanych w ustawie. Chodzi tu zwłaszcza o nie przeniesienie przez dewelopera na klienta własności lokalu w terminie określonym w umowie deweloperskiej, a także nieusunięcia przez dewelopera wady istotnej, którą uznał w protokole odbioru albo została ona potwierdzona przez rzeczoznawcę budowlanego. Czyli, chodzi generalnie o ochronę przed nieuczciwością deweloperów.
Ustawa deweloperska nie jest czymś nowym w polskim porządku prawnym. Po raz pierwszy problemem poprawy ochrony nabywców mieszkań zajęto się za czasów rządów Platformy Obywatelskiej (czym innym były wcześniejsze akty prawne, na mocy których Skarb Państwa mógł poręczać niektóre kredyty mieszkaniowe), kiedy to w 2011 r. przyjęto obecnie obowiązującą ustawę o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego. Rząd PiS chciał mieć jednak nowe, już własne – i oczywiście prezentowane jako lepsze – przepisy w tej dziedzinie, żeby móc się chwalić bardziej efektownym dorobkiem. – Dotychczasowe przepisy nie zapewniały klientom deweloperów odpowiedniej ochrony prawnej, a także finansowej. Nowa ustawa doprowadzi do tego, że polskie rodziny decydujące się na zakup mieszkania lub domu od dewelopera nie będą musiały obawiać się utraty powierzanych przedsiębiorcy pieniędzy. Temu służy także utworzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, z którego w kryzysowych sytuacjach, takich jak upadłość firmy deweloperskiej lub banku, nabywcy mieszkań otrzymają zwrot wpłaconych środków – twierdzi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Wszystko to jest jednak pieśnią odległej przyszłości, bo prezydent jeszcze nie podpisał ustawy deweloperskiej, a większość jej zapisów zacznie obowiązywać dopiero po dwunastu miesiącach od daty ogłoszenia ustawy.
Ustawa obejmuje też kwestię umów rezerwacyjnych. W dotychczasowej ustawie nie były one uregulowane. Umowa rezerwacyjna to forma gwarancji, że po dokonaniu ustalonej opłaty deweloper przez określony czas nie sprzeda nikomu innemu mieszkania przez nas wybranego.
Zgodnie z nową ustawą opłata rezerwacyjna nie będzie mogła przekraczać 1 proc. ceny nieruchomości. W przypadku kupna mieszkania, kwota ta zostanie zaliczona na poczet ceny mieszkania i trafi na mieszkaniowy rachunek powierniczy. Jeśli bank nie udzieli klientowi kredytu, to odzyska on wpłacone pieniądze. Gdyby natomiast deweloper w trakcie rezerwacji zawarł z inną osobą umowę dotyczącą zarezerwowanego lokalu, to będzie musiał zwrócić rezerwującemu wpłaconą przez niego opłatę rezerwacyjną w podwójnej wysokości – czyli tak jak w przypadku zadatku. Ale jeśli klient się rozmyśli, wówczas straci wpłaconą deweloperowi sumę.
Obecnie nabywca nie może zrezygnować z zakupu mieszkania lub domu, gdy ma on wady istotne, czyli takie, które czynią go bezwartościowym lub niezdatnym do zwykłego użytku. . Nowe przepisy dają nabywcy skuteczniejszy instrument dochodzenia swoich roszczeń w takiej sytuacji. Jeżeli deweloper uznał wadę istotną w protokole odbioru, a następnie nie usunął jej, to nabywca będzie mógł odstąpić od umowy i odzyskać kasę. Jeżeli jednak deweloper w trakcie odbioru nie uzna wady istotnej, nabywca może wystąpić do rzeczoznawcy budowlanego o opinię. W przypadku, gdy taka opinia potwierdzi istnienie wady istotnej, nabywca także będzie mógł skorzystać z prawa odstąpienia od umowy.
Nowa ustawa swoim zakresem obejmuje wszystkie umowy zawierane pomiędzy deweloperem a nabywcą, także te w których deweloper dopiero zobowiązuje się do wybudowania lokalu mieszkalnego (domu), ustanowienia jego własności lub przeniesienia tego prawa na nabywcę. Do tych umów zastosowanie znajdą wszystkie przepisy ustawy – a zatem deweloper będzie musiał założyć mieszkaniowy rachunek powierniczy, odprowadzić składki na DFG, zawrzeć umowę w formie aktu notarialnego, a roszczenia nabywcy zostaną wpisane do księgi wieczystej.
Taki sam zakres regulacji będzie stosowany do umów dotyczących lokali użytkowych, np. garaży, jeżeli będą zawierane łącznie z umową deweloperską. Jeżeli jednak deweloper zdecyduje, że w odniesieniu do lokali gotowych będzie zawierał klasyczne umowy sprzedaży (na podstawie tej umowy nabywca staje się właścicielem nieruchomości) to jego obowiązki ograniczone będą tylko do przekazania nabywcy określonych informacji przed zawarciem umowy oraz dokonania odbioru. Deweloper nie będzie musiał wtedy zakładać rachunku powierniczego, ani odprowadzać składek na DFG. Zresztą, analogiczne zasady będą obowiązywały przedsiębiorcę innego niż deweloper, który sprzedawałby nabywcom nowe mieszkania.
W przypadku gdy na nieruchomości, na której powstaje budynek ustanowiona została hipoteka na rzecz banku kredytującego dewelopera, deweloper będzie miał obowiązek uzyskać zgodę tego banku na to, aby klient po wpłaceniu pełnej ceny dostał mieszkanie z czystą hipoteką. Zgoda ta będzie załącznikiem do umowy deweloperskiej. Teraz taka zgoda nie jest obowiązkowa, więc w przypadku upadłości dewelopera kredytujący go bank zabiera pieniądze z hipoteki. Wedle nowych przepisów nabywca otrzyma mieszkanie bez obciążeń hipotecznych albo uzyska pierwszeństwo w zaspokojeniu swoich roszczeń. Jeśli deweloper nie będzie miał na to zgody banku, to pomimo istnienia obciążenia hipotecznego, klient może odstąpić od umowy, a sam deweloper będzie mógł zostać ukarany grzywną.
Przy tych, generalnie korzystnych dla nabywców mieszkań przepisach, rząd Prawa i Sprawiedliwości nie byłby jednak sobą, gdyby nie zechciał uszczknąć trochę kasy na swe wydatki nie związane z budowaniem mieszkań.
Nowa ustawa deweloperska ma generalnie wejść w życie po upływie 12 miesięcy od dnia ogłoszenia, ale niektóre przepisy zaczną obowiązywać wcześniej. Chodzi tu między innymi o art 46, który zacznie obowiązywać po 30 dniach. Artykuł ten precyzuje, że Deweloperski Fundusz Gwarancyjny, zwany dalej „Funduszem”, stanowi wyodrębniony rachunek w Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym.
Wśród licznych celów, na jakie będzie można wydatkować środki Funduszu, jest też zapis, mówiący, że ze środków Funduszu pokrywa się również „wydatki związane z nabyciem rzeczowych składników majątku oraz wartości niematerialnych i prawnych, które będą wykorzystywane przy realizacji zadań Funduszu”. To zdanie jest zaś na tyle pojemne i mało precyzyjne, że stwarza pole do wydawania pieniędzy potencjalnych nabywców mieszkań, na cele niekoniecznie bezpośrednio związane z budowaniem i sprzedawaniem tychże mieszkań.

Gospodarka 48 godzin

Zerwane negocjacje
Jak informuje NSZZ „Solidarność”, reprezentatywne centrale związkowe: Forum Związków Zawodowych, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” i Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych „z oburzeniem” przyjęły wiadomość o jednostronnym zerwaniu negocjacji nad „Umową Społeczną” przez stronę rządową. Takie stwierdzenia zawarte są w stanowisku, jakie przyjęły związki zawodowe w Warszawie 24 maja 2021 r. Za zerwanie negocjacji został uznany fakt, iż zdaniem związków, strona rządowa mimo braku uzgodnienia w jakimkolwiek z tematów w poszczególnych obszarach wspólnie ustalonych w ramach zawieranej „Umowy”, w dniu 19 maja br. skierowała na ścieżkę legislacyjną projekt nowelizacji kodeksu pracy, ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych oraz ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Nowelizacje obejmują swoim zakresem uregulowanie pracy zdalnej. Stanowisko związków zarzuca, że strona rządowa mając świadomość generalnych rozbieżności stanowisk oraz braku uzgodnień, „usiłuje siłą wprowadzić własne uregulowania, nie bacząc na strony dialogu, tworząc jednocześnie bezprecedensowe pole konfliktu”. I właśnie dlatego, strona związkowa uznaje kontynuację negocjacji w ramach „Umowy społecznej” za rzecz bezzasadną i nieuzasadnioną – i stwierdza (z oburzeniem), że to strona rządowa zerwała rozmowy. Pod oświadczeniem podpisali się szefowie związków z Piotrem Dudą (NSZZ „S”) na czele. „Solidarność” i współpracujące z nią związki udają tu pierwszych naiwnych. Jakby nie wiedzieli, jaka jest zdolność PiS-owskiej władzy i Jarosława Kaczyńskiego do ustępstw czy kompromisów. Do tej pory widzieli to w przypadku innych partnerów obecnej ekipy, teraz na sobie doświadczają koncyliacyjności PiS. Nie po raz ostatni.

Za mało wiatraków
Nie całkiem wiadomo, co hutnictwo ma wspólnego z wiatrakami energetycznymi, ale Hutnicza Izba Przemysłowo-Handlowa oraz Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej ogłosiły wspólne stanowisko, w którym apelują o jak najszybsze odblokowanie budowy elektrowni wiatrowych na lądzie, tak aby polski przemysł mógł także jak najszybciej zacząć korzystać z taniej, bezemisyjnej energii. Rosną bowiem ceny uprawnień do emisji CO2, a w ślad za nimi ceny energii w Polsce. To poważne zagrożenie dla konkurencyjności polskiego przemysłu, zwłaszcza w sytuacji awarii trapiących tradycyjną energetykę. I tu właśnie widać, co ma do tego hutnictwo. Jak mówi Stefan Dzienniak, prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, nadchodząca dekarbonizacja hutnictwa będzie wiązać się ze znacznym zwiększeniem zużycia energii elektrycznej sektora. Aby umożliwić „zazielenienie” stali i utrzymać konkurencyjność polskiego hutnictwa na arenie międzynarodowej, konieczne jest zapewnienie dostępu do taniej, niskoemisyjnej energii elektrycznej i to w jak najkrótszym czasie. Największy potencjał by spełnić te wymagania posiada energia z wiatru na lądzie – podkreśla prezes. Obecnie trwają konsultacje publiczne nowelizacji tzw. „ustawy odległościowej”. To ograniczenie lokalizacyjne, wprowadzone przed niemal pięciu laty, utrudniło rozwój energetyki wiatrowej w Polsce.

Spóźnione rozmowy
Premier Mateusz Morawiecki i rząd zaczęli negocjować z Czechami w sprawie wstrzymania pracy Turowa. Rząd PiS miał na to wiele miesięcy przed decyzją unijnego Trybunału Sprawiedliwości, tyle, że wtedy miał swych sąsiadów w nosie. Ciekawe, gdzie oni będą teraz mieć rząd PiS?