Flaczki tygodnia

W Sejmie RP odśpiewano święta. I Pan Marszałek Marek Kuchciński może już zamknąć ten stresujący go gmach na klucz. Bo jeszcze tylko w przyszłym tygodniu poobiaduje sobie tam Senat RP, zwany Izbą Dumania. Ale nikt tam opozycyjnych ekscesów nie przewiduje. Pogadają senatorowie o tym co Sejm uchwalił. Krótko, bo nie ma też wiele o czym gadać. I potem w tym roku więcej już gadania w Sejmie RP nie będzie.

 

***

Następne posiedzenie Sejmu pan Marszałek wyznaczył dopiero na 16,17,18 stycznia 2019 roku. A kolejne na 20,21, 22 lutego 2019 roku.

 

***

Idą święta, polski parlament zapada w sen zimowy. Władza i opozycja jeszcze w przyszłym tygodniu przypomni nam o swoim istnieniu. A potem będzie Wigilia, potem pierwszy, drugi dzień świat. Potem Nowy Rok i po nim laba aż do Trzech Króli. Dni wolne dla społeczeństwa od bieżącej polityki. Nie zakłóci ich nawet prezydenckie noworoczne orędzie wygłoszone w przerwach pomiędzy narciarskimi szusami Pierwszego Obywatela.

 

***

W Sejmie RP odśpiewano święta, ale nie rozpoczęto najważniejszej debaty. Nad corocznym deficytem budżetowym. Zwanym „budżetem państwa”.
Ów deficytowy budżet miał być w zeszłym tygodniu procedowany, ale pan Marszałek wykreślił taka debatę z porządku obrad. W tym roku zapewne taka debata się nie będzie, bo zestresowany pan Marszałek nie zwoła nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu w tej sprawie.

 

***

Zatem Sejm RP deficyt budżetowy na rok 2019 uchwalić może już po rozpoczęciu roku budżetowego. Zdarzało się tak już wcześniej, ale taki stan nigdy nie świadczył o dobrym stanie parlamentu lub naszej gospodarki. Czemu teraz polski parlament nie zdążył z uchwaleniem ustawy budżetowej? Nie rozpoczął nawet debatowania?

 

***

Miał do tego znakomite warunki. Rząd przyjął projekt budżetu na rok 2019 jeszcze w sierpniu 2018. Chwalił się rząd zaplanowanym niskim poziomem deficytu. Chwalił się przewidywanym wysokim wzrostem gospodarczym, rzędu nawet 3,8 procent. Zaiste tak zaplanowanym deficytem budżetowym nie można się wstydzić.

 

***

Nie ma też przeszkód, aby nie przegłosować ustawy budżetowej w parlamencie. Partia pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego dysponuje wystarczającą większością głosów w Sejmie i Senacie RP. Co przecież ostatnie, piątkowe głosowania nad wotum nieufności dla pana premiera Morawickiego potwierdziło. Czasu na debatę budżetową też nie brakowało. Można było przynajmniej rozpocząć procedowanie i debatować przynajmniej do najbliższego czwartku.

 

***

Sejm tej kadencji, Sejm zdominowany przez prawicę z PiS, dowiódł już, że potrafi każdą ustawę przegłosować. W bardzo krótkim czasie. I jeśli pan prezes Kaczyński zadecyduje, że trzeba przegłosować ustawę budżetową na styczniowym posiedzeniu Sejmu RP, to większość PiS przegłosuje ją. Może nawet pobije kolejny rekord szybkości w przegłosowywaniu ustaw.

 

***

Ale jeśli pan prezes Kaczyński zadecyduje, że Sejm RP ustawy budżetowej nie przegłosuje, to nie zostanie ona przedstawiona panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie do podpisu. I wtedy pan prezydent może zarządzić skrócenie kadencji Sejmu RP.

 

***

Może tak uczynić, nie dlatego, żeby ukarać Sejm za to, że Wysoka Izba pozbawiła go jego ulubionego zajęcia, czyli podpisywania ustaw.

 

***

Uczyni tak kierując się, tym razem, Konstytucją RP. Artykułem 225.
A on stanowi: „Jeżeli w ciągu 4 miesięcy od dnia przedłożenia Sejmu projektu ustawy budżetowej nie zostanie ona przedstawiona Prezydentowi Rzeczypospolitej do podpisu, Prezydent Rzeczpospolitej może w ciągu 14 dni zarządzić skrócenie kadencji Sejmu.”
Ten Artykuł trzeba czytać z Artykułem 222, który stanowi: „Rada Ministrów przedkłada Sejmowi najpóźniej na 3 miesiące przed rozpoczęciem roku budżetowego projekt ustawy budżetowej na rok następny. W wyjątkowych przypadkach możliwe jest późniejsze przedłożenie projektu.”
To oznacza, że jeśli Sejm RP nie uchwali budżetu do końca stycznia 2019, to pan prezydent może skrócić kadencję Sejmu i zarządzić przedterminowe wybory parlamentarne.

 

***

Wtedy wybory parlamentarne mogą się odbyć już w marcu 2019 roku, a nie w październiku 2019 roku.

 

***

Co na takim przyśpieszeniu zyskuje rządzący PiS? Na pewno wygrywa te wybory. Sondaże dają mu zdecydowaną większość. Czy wygrana da mu samodzielne rządy, to już zależy od stanu opozycji i jej wyników wyborczych.

 

***

Na razie opozycja nie jest gotowa do zbudowania jednego, ani nawet dwóch, antyPiSowskich bloków wyborczych. Ale decyzja o przyśpieszonych wyborach może takie zjednoczenie opozycji radykalnie przyśpieszyć.
PiS-owi pozostaje jeszcze konstruktywna opozycja, czyli Kukiz15. To ugrupowania może się rozpaść w najbliższych miesiącach. Szybsze wybory leża w interesie tego ugrupowania. I jeśli jego politycy zostaną znowu wybrani do Sejmu, to mogą być w następnej kadencji koalicjantami zwycięskiego PiS.

 

***

Partia pana prezesa Kaczyńskiego ma największe poparcie przedwyborcze. Ale po ogłoszeniu podwyżki cen energii elektrycznej może ono zacząć spadać. Może też im poparcie spadać w efekcie ujawnianych afer gospodarczych i licznych przypadków nepotyzmu. Rośnie w Polsce niezadowolenie wywołane niskimi płacami. Zapewne kierownictwo PiS ma swoje, poufne sondaże opinii prognozujące ich przyszłe poparcie.

 

***

Odkładając uchwalenie ustawy budżetowej pan prezes Kaczyński dał sobie do ręki narzędzie do zorganizowania przyśpieszonych wyborów parlamentarnych. Ogłaszając długie wakacje polityczne zapewne pracuje teraz nad przygotowaniem szybkich wyborów.

 

***

Czy w przyszłym roku obudzimy się w gorączce przyśpieszonych wyborów – o tym znowu zadecyduje pan prezes.

 

***

Wesołych Świąt !

Moje salomonowe rozwiązania

Często słyszałem, że dziennikarze, nawet ci z „Trybuny”, jedynie krytykują i krytykują, a nie proponują, nie wskazują pozytywnych rozwiązań. Że dziennikarze powinni nie tylko interpretować świat, ale też go zmieniać.
Podążając śladem tej krytyki prezentuję pozytywne rozwiązania obecnie trzech palących Polskę problemów.

 

Pomnik księdza paskudnika

„Nie chcemy pomnika księdza paskudnika” – pod takim hasłem protestują gdańszczanie. Przeciwko obecności w ich mieście pomnika księdza katolickiego Henryka Jankowskiego, znanego pedofila.
Pomnik jednak trudno jest zwyczajnie zburzyć, bo ksiądz pedofil nadal jest popierany przez hierarchię polskiego kościoła kat. i prominentnych działaczy NSZZ „Solidarność”.
Poparcie hierarchii kościelnej dla pedofila jest zrozumiałe. To typowa solidarność korporacyjna.
Czemu związek zawodowy NSZZ „Solidarność” broni księdza pedofila?
Czy zastrajkuje w razie usuwania pedofilskiego pomnika?
Dlatego, aby uniknąć konfliktów proponuję salomonowe rozwiązanie.
Pomnik księdza pedofila można przenieść z Gdańska do innej parafii katolickiej. Tak jak hierarchowie przenoszą żywych księży pedofilii po ujawnieniu ich zbrodniczej działalności.
I po krzyku.

 

Wypożyczalnia posłów

W gmachu Sejmu RP panie posłanki i panowie posłowie mają wszystko, co im do życia jest potrzebne. Sklep z gorzałką, kaplicę katolicką, basen, gabinet fryzjerski, restaurację, bankomaty i okienka bankowe. Ostatnie praktyki parlamentarne, czyli kanibalizm polityczny pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego i wampiryzm polityczny przewodniczącego Grzegorza Schetyny, czyli podbieranie i wysysanie parlamentarzystów z konkurencyjnych klubów parlamentarnych, wytworzyły popyt na nowy gatunek pań posłanek i panów posłów.
Zapotrzebowanie na parlamentarzystów, którzy uzupełniają braki podebranych lub wyssanych parlamentarzystów klubów parlamentarnych. Aby zaatakowany przez pana kanibala lub wampira klub parlamentarny nie spadł do drugorzędnej, pogardzanej wręcz, roli koła poselskiego.
Aby uniknąć takich sejmowych problemów proponuję kolejne, salomonowe rozwiązanie.
Pan Marszałek Sejmu RP utworzy w Sejmie nową instytucję – „Wypożyczalnię parlamentarną” – i oddeleguje tam parlamentarzystów zawsze gotowych przejść do innego klubu parlamentarnego. Zwłaszcza tego zagrożonego klubu parlamentarnego.
Oczywiście, za stosownymi korzyściami. Dlatego każdy z takich parlamentarzystów powinien zaprezentować cenę swego transferu. Czyli co chce dla siebie, co dla swojej rodziny, a co dla swojego zaplecza politycznego. Oczywiście cenę umowną, do negocjacji.
Warto się też zastanowić, czy nie stworzyć w najbliższych wyborach parlamentarnych osobną listę kandydatów na parlamentarzystów do wypożyczenia.
Zwiększy to radykalnie transparentność i uczciwość polskiej sceny politycznej.

 

Stop podwyżkom prądu w 2019 roku

O podwyżkach prądu wspominał minister Krzysztof Tchórzewski odpowiedzialny w rządzie PiS za energię i ceny prądu. Potwierdzali nieuchronność takiej podwyżki ekonomiści, bo rząd PiS nie modernizuje polskiej energetyki, i przez takie zaniechania ceny prądu rosnąć muszą.
Ale pan prezes Jarosław Kaczyński przypomniał sobie, że w przyszłym roku będą wybory parlamentarne i nie można wkurzać suwerena, a zwłaszcza „ciemnego ludu”. I nakazał swemu premierowi Mateuszowi, zwanemu „Krzywoustym” lub „Pinokio”, natychmiast zastopować podwyżki prądu. Dla odbiorców indywidualnych i dla małych firm.
Dla dużych już nie, bo dużych firm jest mniej. Poza tym, są to zwykle wrogie PiS-owi firmy i na nie podwyżka prądu spadnie. Jakaś kara za anty-PiS musi być.
Co zrobić, aby w 2020 roku,i w latach następnych nie było podwyżki cen prądu, przynajmniej dużych?
W roku 2020 będą wybory prezydenckie.
Wtedy opozycja musi wystawić kandydata, który tak przestraszy pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że znowu odwoła on podwyżki cen prądu.
A po 2020 roku można w każdym, kolejnym roku organizować jakieś wybory.

 

Stop globalnemu ociepleniu

O zagrożeniu globalnym ociepleniem każde dziecko już w Polsce wie.
Ale nikt jeszcze nie przedstawił skutecznego i szybkiego zatrzymania postępującego globalnego ocieplenia.
Na szczęście ktoś w tym kraju jeszcze myśli.
Aby uniknąć nadchodzącej katastrofy, proponuję aby globalne ocieplenie zatrzymało, niezwykle ostatnio aktywne, Centralne Biuro Antykorupcyjne.
Potem posiedzi sobie takie ocieplenie w areszcie wydobywczym.
Zmięknie i pójdzie z władzami na współpracę.

 

PS. Ci którzy nie wiedzą kto to był Salomon, mogą sobie wyguglać w Internecie.

Taki mamy klimat Szczyt klimatyczny

3 grudnia rozpoczął się w Katowicach Szczyt klimatyczny ONZ (COP24). Wystąpienie inauguracyjne wygłosił pan Prezydent RP Andrzej Duda. Dowiedziałem się z niego, że Polska jest w czołówce krajów działających na rzecz ochrony klimatu.

 

Uczestniczymy we wdrażaniu proekologicznych programów takich jak przeciwdziałanie pustynnieniu, ochronie terenów leśnych, czy też ograniczeniu emisji, CO2. Dowiedziałem się także, że nie zrezygnujemy z energetyki opartej o spalanie paliw kopalnych (węgla), jako podstawowej metody wytwarzania energii elektrycznej.
W mojej opinii kluczową informacją na temat COP24 jest to, kto w nim NIE bierze udziału. Nie przybyli do Katowic między innymi prezydenci USA, Francji, Rosji, czy kanclerz Niemiec Angela Merkel. Bez „możnych tego świata” katowicki szczyt może przejść do historii, jako kolejna impreza, która urodzi pakiet deklaracji i stanowisk bez żadnego wpływu na rzeczywistość.
Degradacja klimatu to problem palący. Nie rozwiążą go „słuszne głosy” To USA, Chiny, Rosja, są kluczowymi graczami w rozwiązaniu problemu, bo to ich potężne gospodarki emitują lwią część gazów cieplarnianych i zanieczyszczeń. Prawdziwym zagrożeniem dla przyszłości planety jest obojętność a nawet niechęć (wycofanie się prezydenta Trampa z Porozumienia Paryskiego z 2015) czy też spowolnienie realizacji postanowień traktatu z Kioto.
Unia Europejska, która także zalicza się do wiodących gospodarek świata, wykazuje relatywnie duże zainteresowanie problematyką ekologiczną. Pojawiają się inicjatywy a co ważniejsze, realne działania. Przykładem niech będzie ograniczanie dopuszczalnej emisji CO2 czy też projekt „Europy bez emisyjnej do 2050 roku.
Niestety jest w tym trochę hipokryzji. Funkcjonujemy w erze globalizmu i gospodarki neoliberalnej. Przepływ kapitału i sił wytwórczych jest powszechny. Europejscy przemysłowcy przenoszą zakłady o wysokiej emisji ciepła i zanieczyszczeń do Chin, Indii lub krajów rozwijających się, gdzie przed ekologią mają pierwszeństwo problemy podstawowe, i już mają sumienie spokojne a ręce czyste.
Czy Katowice staną się kamieniem milowym w procesie ratowania ziemi przed katastrofą klimatyczną czy też źródłem różnych deklaracji i dezyderatów, których kluczową frazą będzie „trzeba by…”?
Pewna część naszych elit skłania się do poglądu „Nasza chata z kraja”, nasz kraj nie zbawi całego świata, to, co emitujemy (2 razy mniej niż Niemcy) ma znikomy wpływ na globalny bilans zjawiska cieplarnianego a Emisją CO2, smogu i trujących wyziewów szkodzimy głównie sobie.
Warto oceniać jak deklaracje kolejnych rządów mają się do rzeczywistości.
Według dostępnych danych ponad 40 000 Polaków umiera rocznie na choroby spowodowane złą jakością powietrza a 38 polskich miast jest na czele europejskiej listy przekraczających dopuszczalne normy zanieczyszczenia.

 

Co jest źródłem zanieczyszczeń?

Ok. 70 proc. to nasze gospodarstwa domowe (ogrzewanie) 15 proc. to motoryzacja a reszta to przemysł. (Dane liczbowe różnią się nieznacznie w zależności od źródła)
Działania państwa, z tego, co możemy zaobserwować, to głównie samorządowe akcje wymiany pieców, ocieplanie budynków, kontrola gospodarstw domowych, co ma zapobiec spalaniu śmieci. Pan prezydent pochwalił się 30 proc. obniżeniem emisji, CO2, ale w komentarzu wyjaśnia, że odniesieniem jest poziom emisji z epoki Polski Ludowej, która budowała przemysł ciężki i wydobywczy. Obecnie to ułamek naszej gospodarki. Można by przypuszczać, że powrót do pierwotnych metod wytwarzania zlikwiduje problem.
Mamy wiele akcji edukacyjnych i uświadamiających wagę zagadnienia. Mam świadomość tego, że są one potrzebne, ale same z siebie nie wiele zmienią. Wstrzymywanie oddechu przez celebrytów nie pomaga, jeżeli przesadzą o parę minut, poniesiemy straty w sferze kultury, sztuki a nawet kulinariów.
Nasza energetyka opiera się w 80 proc. na spalaniu paliw kopalnych. (Węgiel kamienny i brunatny, gaz i pochodne ropy). Energetyki węglowej, jak mówi pan Prezydent, będziemy bronić jak niepodległości.

 

Czy są rozwiązania alternatywne?

Polska jest płaska jak naleśnik. Hydroenergia może jedynie uzupełniać potrzeby. Edward Gierek w epoce minionej próbował tworzyć program „Wisła” (10 progów na Wiśle), lecz została z niego tylko zapora we Włocławku. Sądzę, że tak wielkie programy inwestycyjne są nieosiągalne w neoliberalnej Polsce gdyż brak wystarczająco dużych i zainteresowanych źródeł finansowania.
Energetyka jądrowa to wielkie koszty i jeszcze większa odpowiedzialność Pierwszy projekt, Żarnowiec, został złożony na ołtarzu demokracji obecny jest tak odległy w czasie, że prawie nie realny. Na dzień dzisiejszy wygenerował tylko kilka lukratywnych posad.
Program OZE (odnawialne źródła energii) miał być wielkim otwarciem na technologie, rozpowszechniające się na świecie: elektrownie wiatrowe, energia solarna, bioenergia, elektromobilność, geotermia itp. Niestety kolejne inicjatywy okazują się medialnymi efemerydami. Przypominam plantacje wierzby energetycznej, kolektory biomasy, syntezę paliw z odpadów czy kolektory słoneczne na dachach, że nie wspomnę o geotermii, która miała być źródłem ciepła a zaowocowała aferami finansowymi w Toruniu. Większość okazywała się nieopłacalna lub zanikała z powodu braku środków na inwestycje. Energetyka wiatrowa została storpedowana przez lobby węglowe ustawą wygaszającą lądowe wiatraki. Nawet środowiska proekologiczne i samorządy lokalne miały w tym swój udział. Podobno kury się nie niosły.
Nie widzę też specjalnej troski o tereny zielone, o nasze lasy, to 10 proc. wydzielanego do atmosfery tlenu. Wyczyny pana Ministra Szyszki z trudem ograniczone przez ekologów i UE, wycinanie drzew w miastach, wyrąb lasów karpackich (Bieszczady), których mało, kto chce bronić nie rokuje dobrze na przyszłość.

 

Czy spalanie węgla to jedyna realna alternatywa?

Za nim stwierdzimy, że nie obchodzi nas, co będzie za 50 lat, ważne jak dożyjemy do końca miesiąca rozważmy kilka faktów.
Zasoby węgla nie są odnawialne. Według lobby węglowego ma ich starczyć na 200 lat, ale to, co zostało jest coraz głębiej lub znajduje się pod miastami i zasobami biologicznymi. Wydobycie jest coraz droższe i ryzykowne.
To właśnie elektrownie węglowe odpowiadają za zbliżającą się podwyżkę cen energii elektrycznej (opłaty emisyjne) i wzrost cen węgla. Żadne dopłaty dla odbiorców indywidualnych nie zrekompensują wzrostu kosztów zależnych od cen energii.
Brak dywersyfikacji energetycznej to efekt wieloletnich zapóźnień. Nie było takiej formacji politycznej, która odważyłaby się narazić sektorowi górniczemu, to obecnie 300 000 miejsc pracy. To także gałąź gospodarki rozpieszczana przez władze całej powojennej Polski, kiedyś podstawa naszej gospodarki i powód do dumy. Kilka formacji próbowało, lecz musiało się wycofać przed społecznym niezadowoleniem. Patrząc na wydarzenia we Francji trudno się dziwić, przecież Macron chciał podniesienia akcyzy paliwowej uzasadniając to ekologią.
Można jedynie w miarę możliwości łagodzić skutki wieloletnich zaniedbań. Wymiana pieców i docieplanie mieszkań na pewno poprawia jakość powietrza i oszczędza energię, ale biorąc pod uwagę, że to właśnie gospodarstwa domowe są głównym źródłem smogu trzeba dążyć do ogrzewania centralnego. Elektrociepłownia (nawet węglowa) dzięki możliwościom filtrowania i oczyszczania spalin jest bardziej ekologiczna niż tysiące piecyków, kominków i tzw. „kóz” z rurą sterczącą z okna. Takie elektrociepłownie budowano w Polsce Ludowej i to dzięki nim Warszawa ma nieco czystsze powietrze.
Odnawialne źródła energii muszą być dofinansowywane. Nie wystarczy pisać o nich ciepło w dziale ciekawostki. Indywidualnego odbiorcę bez wyraźnego bodźca finansowego nie namówimy do inwestowania w coś, co jest nowinką techniczną a przy tym kosztuje znacznie więcej niż spalanie byle jakiego węgla lub śmieci, które ma za darmo.
Podobnie jest z elektromobilnością. Musi ona być konkurencyjna dla pojazdów spalinowych. A działacze miejscy promujący rowery i hulajnogi powinni pamiętać, że nie każdego da się na nie wsadzić. Podstawą jest i będzie transport publiczny.
O potrzebie ochrony zasobów leśnych napisano już tyle, że jedyne, co potrzeba naszej przyrodzie to system prawny realnie ją chroniący, niezależny od lobby myśliwskiego, meblarskiego i kilku innych tak miłych części naszych elit.
Niestety powyższe działania jedynie złagodzą nasze problemy. Żeby je rozwiązywać w skali kraju czy świata potrzebna jest wizja i siły, które zechcą ją zrealizować.
Musimy pogodzić się z tym, że ludzie zamieszkają w ekologicznych miastach zamiast betonowych klocków z łuczkiem i kolumienką, rozwijających się w górę i w dół wykorzystujących wytwarzane ciepło regenerujących wodę korzystających z odnawialnych zasobów energii, miasta ze zintegrowanym transportem i powiązane z miejscami pracy.
Samowystarczalność żywieniowa będzie oparta o rolnictwo intensywne, w minimalnym stopniu zależne od pogody i ograniczonym wpływie na zasoby naturalne.
Musimy pozwolić otaczającej nas przyrodzie na samo regenerację, naturalną odbudowę zasobów wodnych i oczyszczenie powietrza.

 

Brzmi jak science fiction?

Na pewno tak. Ale jeżeli nasze prawnuki mają żyć w przyzwoitych warunkach trzeba iść tą drogą.
Martwi mnie jedynie, że neoliberalny system, gdzie imperatywami kategorycznymi są własność i swoboda gospodarowania, a fetyszem zysk, gdzie prezydent uważa, że unijny zakaz produkcji żarówek żarowych to atak na demokrację wizja pozostanie w świecie s/f.

Głos lewicy

Przed szczytem

 

Robert Maślak, biolog z Partii Razem podaje „przepis”: Jak szybko ośmieszyć kraj? Przepis podaje polski rząd i Ministerstwo Środowiska.

Najwięksi truciciele patronami szczytu klimatycznego w Katowicach COP24! Sam Bełchatów, który jest największym trucicielem w Europie, to 40 mln ton CO2, 3 tony rtęci i 1200 zgonów rocznie. Przedstawiciele 195 państw będą zapewne ucieszeni obradami w jednym z najbardziej zatrutych krajów świata, gdzie szef jednego z patronów mówi: „chcemy na międzynarodowym forum umocnić nasz wizerunek jako największego producenta węgla koksowego i koksu”. Obrady szczytu rozpoczynają się w poniedziałek. Do Katowic przyjadą delegacje 195 państw, które w 2015 r. podpisały porozumienie paryskie. Jego cel to powstrzymanie globalnego wzrostu temperatury, by świat uniknął katastrofy klimatycznej, która grozi nam z powodu emisji gazów cieplarnianych pochodzących w 80 proc. ze spalania paliw kopalnych. Tymczasem wybrani przez rząd PiS partnerzy szczytu są jednymi z głównych w Polsce emitentów dwutlenku węgla, metanu, tlenków siarki, azotu i rakotwórczego benzenu. To Jastrzębska Spółka Węglowa, Tauron, Polska Grupa Energetyczna oraz PGNiG.

Trójka z kłopotami

Coraz gorsze perspektywy dla włoskiej gospodarki, w Turcji istnieje realna groźba recesji, z problemami boryka się również Rumunia.

 

Najnowsze szacunki Komisji Europejskiej pokazują, że włoski deficyt sektora finansów publicznych sięgnie 3,1 proc. w 2020 r. To będzie najgorszy rezultat w całej Unii.
Najwyższy deficyt w całej UE łączy się z najniższym oczekiwanym wzrostem gospodarczym wśród 27 badanych krajów. W 2020 r. ma on wynieść jedynie 1,3 proc. Na kondycję Włoch negatywnie wpłyną też najwyższe w Unii koszty finansowania zadłużenia. Sięgną one 3,8 proc. PKB w 2019 r., czyli o 0,3 pkt proc. (ok. 5 mld euro) więcej, niż szacowano jeszcze wiosną.
Te złe prognozy są związane z wprowadzeniem we Włoszech dochodu gwarantowanego oraz ze zmianami w systemie emerytalnym, które ułatwiają przejście na wcześniejszą świadczenie. KE podkreśla, że „Perspektywa wzrostu jest obarczona wysoką niepewnością, ze względu na rosnące negatywne ryzyka. Utrzymujący się wysoki poziom rentowności skarbowych pogorszy warunki finansowania dla banków i zredukuje dostępność kredytu, podczas gdy wydatki publiczne mogą wypychać prywatne inwestycje”.
Chociaż Turcja nie należy do Unii, to jednak KE przedstawia jej prognozy jako kraju kandydującego do Wspólnoty. Są to pierwsze przewidywania obejmujące wszystkie ostatnie wydarzenia gospodarcze nad Bosforem.
KE spodziewa się recesji w Turcji. W przyszłym roku. PKB ma spaść o 1,5 proc. Załamaniu ulegną inwestycje, które spadną o ponad 12 proc. Wyraźnie wzrośnie bezrobocie, z 10 do niemal 13 proc., a inflacja wyniesie 15,4 proc.
Komisja podkreśla, że na sytuację gospodarczą największy wpływ wywrze wstrzymanie wielkich inwestycji infrastrukturalnych. Innym negatywnym elementem są wydarzenia na rynku nieruchomości prywatnych, gdzie przeinwestowanie z ostatnich lat powoduje konieczność przeprowadzania transakcji po znacznie niższych cenach. Czasami nieruchomości nie można sprzedać w ogóle.
Elementem ryzyka dla Turcji, związanym z obniżeniem się wartości liry o 35 proc. oraz wysoką inflacją i utrudnionym finansowaniem z zagranicy, może być pogarszanie się bilansów banków.
Rumunia jest kolejnym państwem, którego kondycja gospodarcza niepokoi – mimo wzrostu gospodarczego na poziomie 7,3 proc. w 2017 r. i spadku bezrobocia poniżej 5 proc.
O połowę ma zmniejszyć się wzrost PKB w tym roku w porównaniu do 2017 r. Deficyt na rachunku obrotów bieżących sięgnie 4,5 proc. PKB w 2020 r., chociaż jeszcze trzy lata temu wynosił zaledwie 0,8 proc. Bardzo podobnie wygląda sytuacja budżetu, który w 2015 r. był zbilansowany (wyrównany o wpływ koniunktury), a za dwa lata deficyt ma wynieść 4,6 proc. PKB.
Co do Rumunii, warto zwrócić uwagę na wzrost wynagrodzeń. Od końca 2015 r. rosną one w granicach 12-14 proc. rocznie. Dane za wrzesień pokazały wzrost 13,1 proc.
KE zwraca uwagę, że wynagrodzenia w sektorze publicznym zostały podwyższone o 25 proc., a w opiece zdrowotnej oraz w edukacji wzrosły jeszcze więcej. Nierównowagę tworzy również znaczny wzrost wskaźnika indeksacji emerytur.
Te podwyżki spowodowały wybuch konsumpcji. W 2016 r. sprzedaż detaliczna w niektórych miesiącach zwiększyła się o blisko 20 proc. rok do roku, a na przełomie lat 2017 i 2018 wzrost wynosił 15 proc. r/r. W sierpniu br. tempo wzrostu obniżyło się do 1,8 proc. r/r.
Gwałtowny wzrost płac nie nadążał za wzrostem konkurencyjności Rumunii. Deficyt w obrotach towarowych tego kraju ma sięgnąć 8 proc. PKB w 2020 r.
Jak wskazuje portal Cinkciarz.pl, w każdym z tych trzech krajów problemy gospodarcze były rezultatem decyzji rządu. Tylko w bardzo ograniczonym stopniu wynikają one z pogorszenia się zewnętrznej koniunktury – chociaż władze tych trzech państw, co znamienne, widzą sprawy odmiennie.

PiS ma problem Wywiad

PiS ma poważny problem strukturalny w dużych miastach, nie tylko w Warszawie. A to jest przyczynek do bardzo poważnych rozważań, czy my nie pękamy jako społeczeństwo.

Z doktorem Markiem Migalskim rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Bardzo dobry wynik w Warszawie dla Rafała Trzaskowskiego. To dobry prognostyk dla Koalicji Obywatelskiej?

DR MAREK MIGALSKI: To pokazuje, że nawet bardzo dobra kampania Patryka Jakiego była bez znaczenia, bo dostał zaledwie 4 punkty procentowe więcej niż Sasin 4 lata temu. Strukturalnie jest tak, że nie da się pewnych rzeczy przeskoczyć, bo to jest taki, a nie inny elektorat. Widać, że nastąpiła ogromna mobilizacja warszawiaków, bo to zwycięstwo Trzaskowskiego trzeba połączyć z wysoką frekwencją wyborczą w Warszawie. To pokazuje, że na warszawiaków nie zadziałał ten szantaż, który całkiem otwarcie zastosował pan Guział odnośnie do funduszy dla samorządów. Warszawiacy pokazali, że w ten sposób z nimi postępować nie można i nie będą akceptować tego rodzaju polityki.

 

Sondaże dają wygraną KO w pierwszej turze w dużych miastach. Oprócz Warszawy to Łódź, Lublin, Poznań, prawdopodobnie Wrocław. 4 lata temu liberalni kandydaci nie mogli liczyć na takie poparcie. Co to oznacza?

To pokazuje, że PiS ma poważny problem strukturalny w dużych miastach, nie tylko w Warszawie. A to jest przyczynek do bardzo poważnych rozważań, czy my nie pękamy jako społeczeństwo. Z jednej strony są duże miasta, w których PiS nie ma szans, a z drugiej strony jest polski interior, polska prowincja, gdzie w wielu miejscach liberalni kandydacie nie mają szans z PiS-em. To pokazuje, że nasze społeczeństwo, być może, zaczyna przypominać społeczeństwo amerykańskie, które jest całkowicie podzielone na Republikanów i Demokratów.
Ten przykład Warszawy to pokazuje. Duże miasta, aglomeracje są liberalne, a prowincja konserwatywna.

 

32,3 dla PiS, 24,7 dla Koalicji Obywatelskiej, 16,6 dla PSL (to bardzo dobry wynik ludowców). Prezes Kaczyński mówił: wygraliśmy po raz czwarty.

To było przewidywane i mówiłem o tym już wcześniej, że PiS dostanie 1/3 a KO 1/4 głosów. To oznacza, że obydwie partie będą mogły ogłosić sukces. Z jednej strony PiS wygrało te wybory, a z drugiej KO powstrzymała marsz PiS-u w samorządach, bo większość w większości sejmików będzie oparta o dotychczasową współpracę KO czy PO z PSL. Wysoki wynik PSL to zapewni. Tu obydwie strony będą mogły ogłosić swoje zwycięstwo. PiS wygrało w liczbach bezwzględnych, a KO będzie mówiła, że obroniła Polskę przed marszem PiS, ponieważ w zdecydowanej większości z 16 województw przetrwa koalicja PO-PSL.

 

5,7 proc. dla SLD. To dobry wynik dla partii Czarzastego?

Bardzo słaby. Apetyty SLD były znacznie większe. O ile PSL dostało więcej głosów niż się spodziewało, to SLD dostało mniej niż wszyscy się spodziewali. SLD miało nadzieje na 7-8, być może nawet 10 proc. Jedyne, z czego mogą się cieszyć, że są ciągle hegemonem na lewicy, dlatego że ich konkurenci, czyli partia Razem, dostała od nich jeszcze mniej. W jakimś sensie wygrali więc walkę o dominację na lewicy. Niemniej SLD na pewno jest rozczarowane, że ich radni nie zawsze będą potrzebni do stworzenia koalicji.

 

W sztabie PiS-u zaraz po prezesie Kaczyńskim przemawiał premier Mateusz Morawiecki, twarz tej kampanii. To oznacza, że wynik PiS-u jest zadowalający, a akcje premiera ciągle wysoko stoją?

Rzeczywiście w ostatniej części kampanii wyborczej widać było, że szukają winnego, pewnie wiedzieli, jaki wynik osiągną. Widać było, że Morawiecki zastawia pułapki na Zbigniewa Ziobrę, a minister sprawiedliwości na Morawieckiego. Zatemod woli Jarosława Kaczyńskiego będzie zależało, kto poniesie konsekwencje za ten jednak słabszy wynik niż oczekiwano. Przez ostatnie kilka dni w konflikcie wewnątrz PiS-u widać było, że prezes stoi za premierem Morawieckim. To, że pozwolił mu wystąpić na konwencji, oznacza, że w dalszym ciągu będzie go popierał.

Czy rząd PiS popiera Nord Stream II?

Opowieści, o rzekomym sprzeciwie polskiego rządu przeciwko budowie tego gazociągu, to tylko frazesy głoszone na użytek krajowej publiczności.

 

Mimo niezadowolenia z budowy gazociągu Nord Stream II, deklarowanego oficjalnie przez obecną ekipę, nie robi ona nic, aby wstrzymać tę inwestycję.
Przeciwnie, PIS-owscy decydenci konsekwentnie stawiają na zacieśnianie stosunków z Rosją. Nie podejmują więc żadnych praktycznych działań przeciwko temu rurociągowi.

 

Gazociąg niczym reparacje

Wprawdzie rządowa propaganda, uprawiana w PiS-owskich mediach „publicznych”, przekonuje jak to dzielnie i bojowo nasi decydenci walczą z Nord Stream II, ale w rzeczywistości nic takiego się nie dzieje.
To trochę tak, jak z reparacjami od Niemiec za II wojnę światową, których jakoby ma się domagać polski rząd. A naprawdę, to żaden polski czynnik oficjalny w jakichkolwiek rządowych rozmowach polsko-niemieckich nigdy nawet słowem nie wspomniał, że oczekujemy reparacji.
Również i w sprawie Nord Stream II próżno szukać jakichkolwiek wystąpień polskich władz do rządów obu państw, finalizujących ten projekt.
PiS-owski rząd wydaje co najwyżej cichutkie popiskiwania, mające pokazywać, że w tej sprawie coś się robi. Ale nic się nie robi, a wszelkie poczynania strony polskiej w tej sprawie mają tylko pozorny charakter.

 

To nie nasz spór

Znamienna była wypowiedź ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza, który dość uczciwie i szczerze – co w dyplomacji nie stanowi być może cech szczególnie pożądanych – mówi o rzeczywistych działaniach podejmowanych przez stronę polską.
Pod koniec sierpnia, po rozmowach z niemieckim ministrem spraw zagranicznych Heiko Maasem, szef polskiej dyplomacji oświadczył, że w świetle polskiego stanowiska, kwestia budowy gazociągu Nord Stream II to spór istniejący między USA a Niemcami.
Nasz minister dał w ten sposób do zrozumienia, że nie należy uważać Polski za uczestnika tego sporu, a zwłaszcza za jego stronę. Tak więc, Polska nie powinna być uznawana za kraj spierający się o Nord Stream II z Niemcami.
Identyczne stanowisko obowiązuje, jeśli chodzi o stosunki polsko-rosyjskie. Tu sprawa jest o tyle oczywista, że zgodnie z PiS-owską polityką budowania więzi między Polską i Rosją, nasz kraj nie porusza tematu rurociągu we wzajemnych rozmowach.
Jeżeli natomiast chodzi o relacje Polski i Niemiec, to odnosząc się do amerykańsko-niemieckiego sporu o Nord Stream II (pamiętajmy: nie do sporu polsko-niemieckiego, którego przecież nie ma), minister Jacek Czaputowicz oświadczył, iż w tym niemiecko-amerykańskim sporze Polska jest po stronie USA.

 

Troszczymy się o Ukrainę

Minister dodał też, iż problemem może być to, że budowa gazociągu Nord Stream II stawia w trudnej sytuacji Ukrainę.
Czyli, ten gazociąg nie jest przedmiotem troski dla Polski, lecz dla naszego wschodniego sąsiada – i to o jego interesy się troszczymy po dobrosąsiedzku.
Warto tu dodać, że o dobro Ukrainy już wcześniej zatroszczył się premier Mateusz Morawiecki.
W czerwcu br. oświadczył on, że kanclerz Merkel pod naszym wpływem zmieniła retorykę i weszła w bardzo intensywny dialog z Ukrainą. Jak podkreślił premier, wcześniej nie było mowy o tym, żeby gwarantować jakąś część transferu gazu przez gazociągi ukraińskie.
Szkoda, że polski premier i rząd nie próbują doprowadzić do tego, by Niemcy weszły w „bardzo intensywny dialog” z Polską – no ale zrozumiałe, że są interesy ważne i ważniejsze…

 

Zdanie Polski – bez znaczenia

Zrozumiałe wydaje się, że w świetle tych wszystkich polskich wypowiedzi, strona niemiecka miała pełne prawo uznać, iż stanowisko naszego rządu w sprawie Nord Stream II jest zupełnie bez znaczenia.
Tak więc, minister spraw zagranicznych Niemiec Heiko Maas powiedział krótko, że znane im są obawy polskiego rządu, ale Niemcy ich nie podzielają.
To jedno zdanie, wypowiedziane dwa miesiące temu, zamknęło w niemieckich sferach rządowych obecność tematu: „co polska strona myśli na temat Nord Stream II”. Nikt po stronie Niemiec nie zwracał i nie zwraca na to uwagi.
Rozumie to i premier Mateusz Morawiecki, który oświadczył, że bez wsparcia innych państw projekt budowy Nord Stream 2 będzie nam ciężko zablokować.

 

Polska szkoła udawania

Polskie władze nie wykazują aktywności w wykonywaniu realnych kroków, mogących wstrzymać Nord Stream II. Zamiast tego podejmują działania pozorne, przy wykorzystaniu podległych im urzędów.
Z racji swych funkcji, do takich działań mających udawać aktywność i maskować bierność obecnej ekipy, najlepiej nadaje się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zgodnie z prawem unijnym, urzędy antymonopolowe w krajach członkowskich mają prawo wstrzymywania inwestycji naruszających konkurencję.
Sprawa budowy Nord Stream II była po raz pierwszy analizowana przez UOKiK w sierpniu 2016 roku. Wówczas prezes UOKiK uznał, że planowana koncentracja między Gazpromem oraz pięcioma spółkami międzynarodowymi, służąca budowie Nord Stream II, mogłaby doprowadzić do ograniczenia konkurencji.
Urząd stwierdził wówczas, że Gazprom posiadał pozycję dominującą w dostawach gazu do Polski, a transakcja mogłaby doprowadzić do dalszego wzmocnienia siły negocjacyjnej rosyjskiego koncernu.
Uczestnicy konsorcjum zrezygnowali z zawiązania formalnej spółki z Gazpromem, ale oczywiście nie zrezygnowali ze wspólnej realizacji całej inwestycji.

 

Pobrzękiwanie szabelką

W kwietniu 2017 roku UOKiK ponownie przyjrzał się sprawie i wszczął postępowanie wyjaśniające. Stało się tak dlatego, że gazety poinformowały, iż niedoszli uczestnicy spółki, mimo sprzeciwu UOKiK, finansują jednak budowę tego gazociągu.
– Dwa lata temu spółka, która miała zająć się budową gazociągu Nord Stream 2, nie otrzymała od nas zgody na tę transakcję. Niestety, jak wykazało postępowanie wyjaśniające, mimo naszego sprzeciwu, podmioty zdecydowały się na finansowanie tego projektu. Może to oznaczać złamanie prawa antymonopolowego i dlatego stawiamy zarzuty Gazpromowi oraz pięciu innym podmiotom – wyjaśniał wówczas prezes UOKiK, Marek Niechciał.
Swoją drogą, dobrze to pokazuje, jak bardzo firmy zagraniczne przejmują się sprzeciwami naszego urzędu. To postępowanie wyjaśniające trwało, z niewiadomych powodów, aż ponad rok. Wreszcie, w maju 2018 r. UOKiK wszczął postępowanie antymonopolowe – i postawił zarzuty sześciu spółkom, które podejrzane są o sfinalizowanie transakcji mimo braku zgody.
Są to przedsiębiorcy należący do międzynarodowych grup: Gazpromu z Federacji Rosyjskiej, Engie ze Szwajcarii, a także czterech pochodzących z Holandii: Uniper, OMV, Shell oraz Wintershall.
Zdaniem urzędu, działania niedoszłych uczestników konsorcjum mogą być próbą obejścia braku zgody na utworzenie spółki finansującej budowę gazociągu Nord Stream II.

 

Strachy na Lachy

UOKiK straszy, że za naruszenie zakazu dokonania koncentracji bez uzyskania zgody prezesa UOKiK grozi kara do 10 proc. obrotu.
Ponadto, jeżeli koncentracja została dokonana, a przywrócenie warunków konkurencji na rynku nie jest możliwe, prezes urzędu może nakazać zbycie całości lub części majątku firm, udziałów, akcji, a także rozwiązanie spółki, nad którą przedsiębiorcy sprawują wspólną kontrolę.
Nie wiadomo, kiedy i jakim efektem zakończy się to postępowanie UOKiK. Bardzo interesujące będzie jednak obserwowanie tego, jak prezes UOKiK weźmie się za zbywanie majątku Gazpromu i jakie przyniesie to efekty. Media z pewnością zostaną o tym dokładnie poinformowane.
A mówiąc bardziej serio, wiadomo przecież, że tak jak i poprzednio, nikt się nie przejmie wynikami postępowania antymonopolowego naszego Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Budowa gazociągu Nord Stream II będzie zaś kontynuowana bez zakłóceń ze strony Polski, aż do pomyślnego końca.

Na przedsiębiorców nie wystarczy sam kij

Administracja skarbowa zapomniała, że czasami potrzebna jest także i marchewka. To warzywo na razie jest obecne tylko w oficjalnych deklaracjach rządu.

 

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizujący ustawę o Krajowej Administracji Skarbowej.
Służby fiskalne mają otrzymać większe uprawnienia, aby skuteczniej walczyć z przestępcami podatkowymi. Niepokojące jest to, że rząd od pewnego momentu otwarcie hołduje teorii, że aby zmusić do płacenia podatków, wystarczy kij. Bo kto by tam przedsiębiorcom rzucał marchewkę. Ostrożnie! Takie podejście bardzo szybko może przynieść odwrotne rezultaty.

 

Godzenie ognia z wodą

Z jednej strony mamy ze strony rządu deklaracje, że skarbówka będzie przyjazna przedsiębiorcom, mamy też rzecznika tychże przedsiębiorców w osobie posła Adama Abramowicza. Mamy zapowiedź tzw. matrycy VAT-owskiej, która uprości regulację tego podatku i sprawi, że właścicielom firm na twarzy na stałe zagości szeroki uśmiech.
Ale z drugiej strony mamy sukcesywnie wdrażane rozszerzenie uprawnień fiskusa – i kolejne rozwiązania, których celem jest uszczelnienie systemu podatkowego, ale które zwiększają koszty działalności firm.
Słowem, trwa usilna praca nad pogodzeniem ognia z wodą. Trochę wygląda to tak, jakby ogłaszać, że policja będzie bardziej przyjazna obywatelom, a jednocześnie ogromnie zwiększać uprawnienia funkcjonariuszy. Może w teorii da się to jakoś uzasadnić, ale w praktyce nigdy to nie wychodzi.
Odwołam się do prawa karnego. Są różne szkoły – jedni karniści uważają, że surowe wyroki nic nie dadzą, lepsza jest prewencja i dobra resocjalizacja, inni sądzą, że wysoka kara za poważne przestępstwa nie wyklucza innych działań.
Ale ze świecą szukać karnisty, który głosi, że jedynym panaceum na przestępczość są surowe wyroki i ogromne uprawnienia policji oraz prokuratury.
Albo, że podejrzanego, dajmy na to, o oszustwo policja powinna trzymać na dołku przez tydzień bez zgody sądu – a jak się już przyzna, to powędruje na 10 lat do ciężkiego więzienia. Takiego poglądu nikt poważny nie podziela.
Dlaczego wobec tego z całą powagą głosi się pogląd, że przestępczość podatkową zwalczy się dzięki większym prerogatywom fiskusa, surowym karom i pomysłom typu przejęcie firmy przez prokuraturę w zarządzanie?
To tak, jakby nie było żadnego związku między kształtem systemu podatkowego w danym kraju a ściągalnością podatków.

 

Metoda nieustającej kontroli

Nawet nie śmiem podejrzewać decydentów o to, że wychodzą z założenia, iż przedsiębiorcy mają we krwi kantowanie państwa, więc nie warto iść im na rękę. Podejrzewam natomiast co innego.
Otóż po tym, jak faktycznie udało się zmniejszyć lukę w VAT, nasi rządzący uwierzyli, że znaleźli wzór na kwadraturę koła, czyli uniwersalny sposób na zwiększenie przychodów z podatków. Metodą samej nieustającej kontroli. A ten, jak mawiał klasyk, zawrót głowy od sukcesu może Polskę sporo kosztować.
Wadą polskiego systemu podatkowego nie jest nadmierna wysokość danin. Przynajmniej na tle innych państw europejskich. Owszem, zawsze gdzieś można by było je obniżyć, ale nie przesadzajmy, nie jest tragicznie.
Podstawową wadą jest jego niespójność i nieprzejrzystość, a także brak odpowiednich zachęt do rozwijania biznesu.

 

Jakby się czas zatrzymał

Celem podatków jest nie tylko napełnienie państwowej kasy – tak było kilka wieków temu. Jednym z ważniejszych celów polityki podatkowej jest skuteczne zachęcenie do rozwoju. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia: jeżeli dzisiaj cię nie złupię i umożliwię ci zwiększenie przychodów, to jutro sobie zrekompensuję to z nawiązką.
A u nas – czas jakby się zatrzymał. Jasne, są kolejne zapowiedzi, są małe ruchy, jak obniżony CIT dla najmniejszych firm. Najmniejsi przedsiębiorcy działają zwykle w formie działalności gospodarczej, a nie rejestrują spółek, ale to szczegół.
Co jednak z akcyzą, która zwiększana, wzmacnia szarą strefę? Co z faktycznymi udogodnieniami dla rozkręcających własny biznes?
Stawianie tylko na kontrolę doraźnie zwiększy ściągalność podatków – zapewne tak będzie. Jednak zahamuje rozwój przedsiębiorczości i w konsekwencji sprawi, że w długofalowej perspektywie do budżetu wpłynie mniej.
W przypadku prawa karno-skarbowego jest dokładnie tak, jak w przypadku prawa karnego: surowe regulacje mogą doraźnie zmniejszyć przestępczość, ale skłaniają do wypracowania skuteczniejszych mechanizmów uniknięcia konsekwencji. Na końcu przegrywa interes publiczny.

Mój kraj wpadł w ręce politycznych złoczyńców WYWIAD

Z profesorem nauk społecznych RADOSŁAWEM MARKOWSKIM, politologiem, socjologiem, specjalistą w zakresie porównawczych nauk politycznych i analizy zachowań wyborczych rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Od trzech lat mam coraz większe problemy z sondażami. Coraz mniej mówią mi o rzeczywistym poziomie poparcia dla sił politycznych, a coraz bardziej są narzędziem walki politycznej, pałką zamiast barometrem. No i zapewne źródłem dochodów pracowni badawczych. Są więc może przydatne politykom, zwłaszcza obozu rządzącego, ale nie wyborcom… Skąd ta ich niestabilność? Jednego dnia PiS ma według badań CBOS, w jednym sondażu 43 procent, trzecią siłą jest Kukiz ’15, a SLD jest pod progiem, a następnego dnia, w innym sondażu, czytam, że PiS ma 38 procent a Kukiz ’15 i SLD zamieniają się miejscami. I co biedny obserwator patrzący na takie wyniki ma myśleć?

W demokracji każdy obywatel ma prawo wiedzieć po pierwsze co sądzą na różne tematy ich współobywatele, a także co zamierzają czynić politycy. Niestety część dziennikarzy i tzw. intelektualistów publicznych głosi pogląd odnośnie do wyborów, nawiązujący do metafory rynku, że politycy to swoiste towary a my, konsumenci je kupujemy, przy czym kampanie to rodzaj promocji towarów. Nic bardziej błędnego niż ta metafora rynku. Oferty politycznej nie kupuje się jak czekolady, spodni czy auta. Trafna jest raczej metafora giełdy. Idąc na wybory inwestujemy swój czas, energię oraz wiedzę o politykach. I nasz ewentualny zysk czy strata zależą od tego, jak postąpią inni akcjonariusze. My nie możemy sami „kupić” sobie jakiegoś ugrupowania by rządziło, to wspólny wynik naszych decyzji powoduje, ze ktoś dochodzi do władzy. A teraz co do sondaży. Ponad dwadzieścia lat temu byłem wicedyrektorem CBOS. Wtedy badania były realizowane tak, ze trafialiśmy do ponad 80 procent wylosowanej próby; dzisiaj realizacja wynosi około 40proc., a i to jak się ma szczęście… I nie byłoby wielkiego problemu gdyby te 40 proc. było takie samo jak 60 proc. do którego docieramy mniej losowo. Ale nie jest. Co więcej, owa realizacja na poziomie 40 proc. nie jest równo rozłożona w kraju – mieszkańcy wielkich miast są w nich niedoreprezentowani, a mieszkańcy prowincji, wsi i np. ściany wschodniej nadreprezentowani. Problemem tych ośrodków jest to, że zatrzymały się na metodologii z lat siedemdziesiątych. By temu problemowi zaradzić na świecie stosowana jest metoda tzw. wielokrotnych imputacji, czyli sztucznego niejako dorzucania do badania cech osób, o których wiemy, że powinni się znaleźć w naszej próbie byśmy odpowiedzialni mogli mówić że próba jest reprezentatywna, a – z wyżej opisanych powodów technicznych – ich tam nie ma. Polskie ośrodki tego nie robią. Problem polega także na tym, że są one zdominowane przez socjologów, i socjologiczne przekonania o tym, jak wygląda społeczeństwo, podczas gdy na świecie są w nich także politolodzy i psycholodzy społeczni. I otóż ci socjolodzy ważą daną próbę według wieku, wykształcenia, płci, miejsca zamieszkania, a to nie ma wiele wspólnego ze społecznością polityczną – tą połową Polaków, która chodzi głosować. Zatem jeśli chcemy wiedzieć jak wygląda rzeczywiste poparcie dla partii politycznych powinniśmy „ważyć” – by użyć statystycznego żargonu – (niedoskonale zrealizowaną) próbę politycznie, a nie socjologicznie. Ci którzy głosują i ci którzy nie głosują, to są dwa różne zbiory – należy docierać do wspólnoty wyborczej, do tej połowy i na nich opierać prognozy wyników. W 2015 roku PiS dostało nieco ponad 37 procent ze wspomnianych 50 procent głosujących, obywateli. Inaczej: spośród 31 milionów osób uprawnionych do głosowania, otrzymało 5 mln 700 tysięcy głosów, czyli 18,6 procent Polaków uprawnionych do głosowania. A to oznacza, że 81 procent Polaków uprawnionych do głosowania nie poparło PiS albo aktywnie, popierając innych, albo biernie, nie popierając nikogo, nie idąc do wyborów. Mój aktualny szacunek jest taki, że z tych 5 mln 700 tysięcy zostało najwyżej około 5 mln 200 tysięcy. Nie należy wierzyć wynikom wspomnianych badań, dopóki nie przekonamy się, że badana jest owa wspólnota polityczna – czy konkretniej – wyborcza, a nie całe społeczeństwo i że dokonuje się owych imputacji, zastępowania poważnych luk w realizacji próby, a nie jedynie waży socjologicznie. Bez spełnienia tych warunków nie ma sobie co zaprzątać głowy takimi `wynikami`.

 

Poza metodologią badań, o której Pan mówi, w przestrzeni publicznej pojawiają się jednak także podejrzenia o manipulacje dokonywane w ośrodkach. To uzasadnione podejrzenie?

Choć nie wiem co jest gorsze, niechlujstwo czy manipulacja, to nie sądzę, aby dokonywano manipulacji poprzez proste dodawanie punktów do niektórych wyników. Co do znanych ośrodków obaw nie mam tym bardziej, że napisano wagony książek na temat tego jak można wpływać na wyniki badań innymi zabiegami, jak kolejność zadawania pytań, bądź stosowanie odpowiedniego słownictwa.

 

Po 2015 roku w przestrzeni publicznej pojawiła się jeszcze jedna hipoteza co do czynników zniekształcających wyniki badań: lęk przed takim deklarowaniem wyborczych preferencji, które mogłyby nie podobać się władzy. Czy to uzasadniona hipoteza?

Ośrodki wysyłają listy zapowiednie do wylosowanych, zapraszające ich do udziału w badaniu. Gdy odbiorca takiego zaproszenia zorientuje się, że firma, która się do niego zwraca, jest np. rządowa, a ten rząd zajmuje się także zastraszaniem różnych grup społecznych, to – rzecz jasna nie wszyscy – ale powiedzmy jakieś 10-20 procent bardziej lękliwych, albo takich, którzy mieszkają w rejonie w którym władza wyjątkowo parszywie się zachowuje, może obawiać się udzielania uczciwych odpowiedzi na temat swych politycznych preferencji. I nawet niekoniecznie muszą zadeklarować głosowanie na PiS, wystarczy, że ukryją to, że głosują na inną partię. W tej atmosferze, którą wytworzyła telewizja – nazywana dowcipnie – „publiczną” i cała machina propagandowa PiS, która demontuje demokrację w naszym kraju, która rozkłada trójpodział władz, ma za nic sądownictwo, która zastrasza, takie obawy są zasadne. Ja to zjawisko nazywam autorytarnym klientelizmem – tu pokazują marchewkę, tu cukierka, a tu kij. Klientelizm polega nie tylko na tym, że się daje, ale także na mechanizmie, zgodnie z którym ten, który daje, oczekuje później rewanżu w postaci poparcia w wyborach. Najlepszym przykładem nowinki techniczne w nowej ordynacji: przezroczysta urna, kamerka rejestrującą zachowanie ludzi (a kto wie co jeszcze – wszak można powiększenie zrobić!), bodygarda, który strzeże urny, jest działaniem psychologicznym mającym przekonać wyborów, że „władza patrzy”, jest formą pośredniego zastraszania.

 

Co by się nie powiedziało o sondażach, to jedno jest w nich stałe: PiS zawsze jest na pierwszym miejscu. Z Pana wypowiedzi dla mediów odnotowałem, że kilkakrotnie powtórzył Pan pogląd, iż PiS-owi nie wzrosło, mimo, że pisowskie media nieustannie pieją, że poparcie dla tej partii ciągle rośnie.

Gdyby „ciągle rosło” to by przekroczyli już 100 procent…ale nie zajmujmy się wyziewami – jak ich nazywam – „dziennikarzopodobnych wyrobów”, świadczących swe usługi w propagandowych tubach….Procenty to cudowna rzecz. Ta sama liczba 5 mln 700 tysięcy przy różnej podstawie procentowania,ma inny procentowy wyraz i co innego politycznie oznacza. Dziś PiS w liczbach bezwzględnych ma mniej więcej około 5 mln głosów, ale wynik wyborczy zależy od tego, ile mają pozostałe partie. Im mają więcej, tym te 5 milionów da PiS mniej mandatów. Warto przyglądać się Węgrom, gdzie opozycja jest słaba i rozbita. Orbán nawet podtrzymuje rozbicie opozycji, w tym socjalistów, Gyurcsaniego, bo to jest w jego żywotnym interesie. I w Polsce PiS nie będzie musiał nic robić żeby wygrać, jeśli po lewej stronie będzie tak jak jest. Lewica jest Polsce żywotnie potrzebna, lewica mądra, skoncentrowana na edukacji, prawach kobiet, sensownej redystrybucji czy transporcie publicznym. Proszę nie wierzyć opowieściom, że w Polsce dokonał się jakiś wyraźny zwrot konserwatywny. Nie dokonał się, jeśli pominąć werbalną autoidentyfikację na osi prawica-lewica. Jeśli jednak zapytać o szczegółowe poglądy, to 35 do 40 procent Polaków, tych ze wspólnoty politycznej, ma poglądy lewicowe i to zarówno w sferze ekonomicznej jak i kulturowej. Problem polega na tym, że lewica nie jest ich w stanie przekonać co do swego programu, jak i zdolności sprawczej – by ludzie uwierzyli, że dani politycy są godni zaufania, że spełnią swoje deklaracje, gdy do władzy dojdą. Plus całkowity brak przekonującego lidera. Tymczasem w Polsce mamy kuriozalną sytuację, w której 18,8 procenta poparcia uprawnionych do głosowania Polaków – w ordynacji proporcjonalnej – przekształciło się w 51 procent mandatów w Sejmie zagarniętych przez jedną partię. Takiej dysproporcjonalności Europa nie zna.
Ten wynik był proceduralnym wypadkiem przy pracy. Stało się tak, gdyż 17 procent głosów zostało wyrzucone do kosza, w tym blisko 8 procent zjednoczonej lewicy, prawie 4 procent dla Razem i jeszcze kilku pomniejszych. Podstawa procentowania się zmniejszyła i to sztucznie nabiło wynik PiS. A teraz, dlaczego opłaca się łączyć w bloki i koalicje wyborcze, w takiej ordynacji jaka dziś obowiązuje. W ostatnich wyborach „Nowoczesna” dostała 7,6. Z jednego procenta takiego wyniku uzyskuje się około trzy i pół mandatu. Platforma z wyniku 24,1 procenta uzyskała niemal 6 mandatów z jednego procenta. Gdyby wystąpiły razem, uzyskały by odpowiednio większą liczbę mandatów, bo PiS z wynikiem 37,6 dostał z jednego procenta 6,3 mandatu. Wracając do lewicy – Polsce bardzo potrzebna jest lewica socjaldemokratyczna a nawet socjalliberalna, ale nie można sobie pozwolić na kluby dyskusyjne ludzi bawiących się w politykę za publiczne pieniądze, którzy samodzielnie uzyskują po kilka procent i nic z tego nie wychodzi, a ludzki wysiłek się marnuje. Barbara Nowacka wykonała kilka ruchów w stronę Razem, SLD i innych, nic z tego nie wyszło, więc poszła do Koalicji Obywatelskiej decydując się na koalicje drugiego wyboru. Ludzie polskiej lewicy oczekują od pana Biedronia, Czarzastego, Zandberga, że pójdą pod jednym sztandarem. Kiedy na zachodnich kongresach mówię o tym, co się stało z lewicą w wyborach 2015 roku, nie mogą uwierzyć, że lewicowe ugrupowania nie poszły razem. Pytają: dlaczego? Przecież pójście razem było racjonalne; można było ustalić kto startuje i później podzielić mandaty wg `składowych` takiej koalicji, no ale do tego trzeba mentalnie wyjść z politycznej piaskownicy. Jest jednak jeszcze ważniejsze uzasadnienie dla tego, by małe partie, nieco odmienne programowo, poszły razem. Chodzi o to, że jak się dojdzie do władzy, tonie można realizować swojego widzimisię, ale trzeba uwzględniać różne interesy. Trzeba uczyć się tego, co jest możliwe, a co niemożliwe, jak układać budżet, jak układać priorytety. Mądrość demokracji polega na tym, że rządy demokratyczne zawsze odbywają się za przyzwoleniem przegranych. W całej powojennej historii Europy zaledwie 20-30 procent rządów naprawdę miało większość. Reszta rządów, to są rządy mniejszościowe i zależą od tego czy przegrani uwierzą, że przestrzegane będą pewne reguły i że rządzący o wszystko zadbają. Mówimy o 50 procentowej frekwencji, ale rotacyjnie to nawet 80 procent Polaków bierze udział w wyborach. Polacy wchodzą, wychodzą i wracają na rynek wyborczy. Na przykład ogromna część tych, którzy dali SLD 41-procentowy wynik w 2001 roku, potem głównie zniechęcili się i zostali w domu, co dało efekt w postaci 11-procent dla SLD w 2005 roku. Tylko niewielka ich część rozproszyła się po innych partiach. Pośród tych, którzy odeszli od PiS są m.in. profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy do 2015 roku przez wiele lat ochoczo wspierali PiS i Kaczyńskiego, a potem zmienili zdanie. Chwała im, że dziś zachowują się jak reszta przyzwoitych obywateli i że mieli odwagę zmienić publicznie zdanie. Ale pytanie, czego oboje nie przeczytali, żeby nie przewidzieć tego, co stanie się po objęciu władzy przez PiS, nadal mnie nurtuje. To ważne bo status nauk społecznych jest poddawany w wątpliwość, gdy nie jesteśmy w stanie przewidywać i to był przykład tej niemocy….Wracam do lewicy. Zwyczajne doświadczenie życiowe podpowiada nam, że racjonalne oczekiwanie, żeby poszli do wyborów razem, jest nierealne. Wielką lekcję pokory dostały swego czasu, w roku 1993, środowiska wywodzące się z kościelnego zabobonu, te wszystkie ZChN-y, chadecje i tym podobne, które myślały, że pomoże im dziewica Maryja i że pięcioprocentowy próg im nie przeszkodzi. I wtedy 29 procent takich głosów poszło do kosza. Po czterech latach poszli po rozum do głowy, stworzyli AWS i dostali 33 procent jako wielka koalicja. Jeśli pan Czarzasty, pan Zandberg czy pan Biedroń tego nie rozumieją, to czarno to widzę. Ten, kto dobrze życzy lewicy, powinien tym panom postawić ultimatum. Przecież od 2005 roku lewica jest nieobecna w polskiej polityce jako licząca się siła polityczna. Zastępuje ją po części PiS, ale prawdziwa lewica mogłaby to robić lepiej, bez politycznego klientelizmu i bez oparcia się na kościelnym zabobonie.

 

Jednak zwykłe doświadczenie nie pozwala wierzyć w powstanie jednolitego bloku lewicy. Żadnych marzeń. Co wtedy?

Wtedy wyborcy o lewicowych poglądach powinni pokazać im czerwona kartkę, odesłać na zieloną trawkę i czekać na nowe rozdanie. Skoro te partyjki wbrew zdrowemu rozsądkowi nie chcą się połączyć, to zaciśnijcie raz zęby i nie głosujcie na nich, przecież i tak nie wejdą do parlamentu. Gdy odejdą oczyści się przedpole dla nowej, mądrej lewicy.

 

Nawet kosztem oddania pełni władzy PiS i wystawienia kraju na jego pastwę?

Ależ PiS i tak w takim stanie rzeczy ją zdobędzie, więc nie mamy nic do stracenia. Moja ojczyzna wpadła w ręce politycznych łobuzów, którzy patrząc na swoje wąsko pojęte interesy mają za nic międzynarodowe zobowiązania, przyjaznych europejskich sąsiadów i podatników tych krajów, którzy od wielu lat transferują gigantyczne pieniądze i pomagają nam wyjść z cywilizacyjnej zapaści. Mają za nic coś, co jest świętością demokracji, czyli konstytucję, więc nadrzędnym celem jest odsunięcie ich od władzy. A przecież PiS jeszcze w latach 2001-2005 był w miarę normalną partią konserwatywną o ciągotkach patriotyczno-nacjonalistycznych, ale takich jakie zdarzają się wszędzie. Dla dobra kraju, jego demokratycznej przyszłości i nowych pokoleń najważniejsze jest pozbawienie władzy i rozliczenie PiS, dlatego już dawno wzywałem wszystkie demokratyczne siły, żeby zebrały się pod jednym parasolem i ogłosiły, że choć różnią się we wszystkich sprawach, od obronności do polityki rodzinnej, by poszły razem do wyborów, aby odsunąć od władzy politycznych szkodników, a jednocześnie z góry zapowiedziały, że po roku ogłoszą przedterminowe pluralistyczne wybory i wtedy powróci normalne polityczne współzawodnictwo we wszystkich szczegółowych kwestiach. A jeśli jest to niemożliwe, to należy wykreować przynajmniej dwa obozy – jeden centrowo-liberalno-ludowo-demokratyczny (i to się poniekąd dzieje), a drugi lewicowo-zielony. W Szwecji cztery partie prawicowe o różnych programach, w normalnych warunkach rywalizujące, utworzyły blok, by stawić czoła tzw. Szwedzkim Demokratom, w rzeczywistości nacjonalistom. Bo tam prawdziwi demokraci sięgnęli po to, czym wyróżniać się powinien gatunek homo sapiens, czyli po zdolność używania rozumu.

 

Pojawiła się ostatnio teza, że jeśli lewica się nie zjednoczy, a Robert Biedroń i PSL wystąpią do wyborów samodzielnie, to PiS ponownie nie tylko wygra, ale uzyska samodzielną większość.

Biedroń pewnie (bo na razie o programie nic nie wiemy) wniesie do polityki coś, co nazywa się socjalliberalizmem. To takie rzadkie zwierzę, które jest połączeniem tego, co daje rynek, innowacyjność etc. z wrażliwością społeczną, ale nie tą w wersji uproszczonej – redystrybucyjną, klientelistyczną, natomiast inwestującą w słabszych, dającą im raczej wędkę niż rybę. Tymczasem, po pierwsze, co mnie w jego decyzji zaskoczyło to timing. Gdyby choć ogłosił swoją inicjatywę 5 listopada, po drugiej turze wyborów samorządowych, dziś zachowuje się tak jakby kandydował w wyborach samorządowych, czego przecież nie robi. Po drugie, w jego ostatnich wystąpieniach jest bardzo niewiele krytycyzmu PiS, za to uderzenia w opozycje, z PO na czele. A przecież w kraju, w którym połowa uprawnionych nie głosuje, nie trzeba wydzierać elektoratu istniejącym partiom. Wystarczy sięgnąć po zdemobilizowanych. Jest mnóstwo takich, którzy głosowali na lewicę, na liberałów czy na cywilizowanych konserwatystów, a potem się zniechęcili. Nie mogę się wypowiadać o motywach, ale obiektywnie jego timing jest sabotażowy w stosunku do opozycji, która jakoś próbuje sobie poradzić z problemem rozbicia i przywrócić jakiś ład. Dlaczego przeszkadza innym, skoro nie startuje? I nie wiem, czy on chce, jak niegdyś Palikot, czy później Kukiz, uzyskać 7-8 procent czy chce być polskim Macronem. Ale warunków dla macronizmu w Polsce nie ma, bo konfiguracja polityczna we Francji była kompletnie inna. Poza tym nie wiem, czy Robert Biedroń zdaje sobie sprawę, że brak mu maszynki wyborczej. Ma swoje zalety – wiedzę, pewien polityczny urok, ale potrzeba mu ludzi, sprzętu, dobrego sztabu i armii wolontariuszy, a to stworzyć jest bardzo trudno. Natomiast dobrze kalkuluje by najpierw wystartować w wyborach do Parlamentu UE. Co do PSL, to jest w przywołanej przez pana tezie coś na rzeczy. Może być tak, że to, czy PiS wygra wybory i w jakim rozmiarze, zależy od PSL. Co prawda, kierując się generaliami, wolałbym żeby PSL weszło do Koalicji Obywatelskiej, ale jeśli peeselowska „remiza” miałaby możliwość najwięcej wyrwać PiS-owi, to może lepiej, żeby startowali osobno. PSL, niezależnie od tego, czy wejdzie czy nie wejdzie do parlamentu, kilka procent PiS-owi odbierze. Pytanie czy będzie to9-10 czy 3-4 procent. Można się obawiać czy sam Kosiniak-Kamysz nie jest za bardzo wielkomiejski, a PSL za mało uwagi poświęca sprawom bliskim ziemi. Paradoksalnie to od przedstawicieli wsi może zależeć los tych wyborów.

 

Wnioskuję z tego, że przywołanego przeze mnie „logarytmu” krążącego po mediach nie warto traktować poważnie…

W ogóle nie należy poważnie traktować tego rodzaju „logarytmów”, zwłaszcza że do wyborów parlamentarnych jest jeszcze ponad rok. A czy ktoś trzy lata temu myślał, że ktokolwiek wygra z Bronisławem Komorowskim, który miał ponad 70 procent poparcia? W związku z tym wszystkie partie wystawiły kandydatów fikcyjnych, z góry przewidzianych do odstrzału, w tym PiS Dudę. A wygrał jeden tych do odstrzału. Inna sprawa, że w tym stanie „pewniactwa” Komorowskiego ani on nie miał powodu, by bardzo w tej kampanii pracować, ani też Platforma nie miała powodu by go bardzo wspierać. Jak wiadomo prezydenci drugiej kadencji – jako nie ubiegający się o reelekcję – są bardziej nieprzewidywalni, mniej sterowalni, więc Platforma uznała, że nie będzie nawet tego swojego prezydenta nadmiernie popierać, że może lepiej nich wygra ale niekoniecznie w pierwszej turze. Jednak to wszystko wymknęło im się z rąk.

 

Wyjdźmy jeszcze bardziej w przyszłość, w czas wyborów prezydenckich 2020 roku. Na razie mamy potwierdzenie ze strony Kaczyńskiego, że kandydatem Zjednoczonej Prawicy będzie ponownie Andrzej Duda. Jednak na horyzoncie pojawiają się też nazwiska Donalda Tuska i Roberta Biedronia. Jak widzi Pan tę perspektywę?

Do tego czasu zostały jeszcze prawie dwa lata, więc trudno cokolwiek przewidywać. Kluczowe jest to, czy na kandydowanie zdecyduje się Donald Tusk. Natomiast nie mam przekonania, że PiS będzie optować za Andrzejem Dudą. Biorę pod uwagę, że Kaczyński może go zamienić na Mateusza Morawieckiego. Ten, gdy objął urząd premiera, to poza kiksami w rodzaju deklaracji o potrzebie rechrystianizacji Europy, jako umysłowo kształtowanego przez Opus Dei, wydawał się, jako „bankier” człowiekiem jednak dość pragmatycznym. Okazał się jednak człowiekiem bardzo zideologizowanym, dla wielu to wielki zawód. Jednak wygląda na takiego, który ma apetyt na większą karierę, być może prezydencką. Nie wykluczałbym więc jego startu. Tym bardziej, że obecny prezydent proceduralny był potrzebny tylko do wspierania bezprawia politycznego i naiwnego brania za to osobistej odpowiedzialności. To jego zdjęcie u Trumpa rzeczywiście urąga godności mojego kraju. Razić może jego napuszony język, szumne słownictwo. Poza tym Duda nie ma zaplecza. W sprawie przyszłych wyborów prezydenckich kluczowa decyzja jest jednak w ręku Donalda Tuska.

 

W przestrzeni komentarzy politycznych dotyczących sytuacji politycznej w Polsce często pojawia się pogląd, że tylko kłopoty ekonomiczne mogą nadwerężyć poparcie dla PiS. Czy Pan widzi inne, pozaekonomiczne źródła ewentualnego spadku tego poparcia?

Wszystko wskazuje na to, że w przyszłorocznych wyborach PiS wygra, to znaczy uzyska lepszy wynik niż inni. Pytanie jest takie: czy te 18 procent ze 100 procent głosujących, które głosuje na PiS, a co się przekształca – w zależności od frekwencji i losów innych partii – w 30-40 procentowy wynik wyborczy, przełożą się na taką liczbę mandatów, która ponownie da im samodzielne rządy. Jeśli tego nie uzyskają, a będą chcieli rządzić, to będą musieli wejść z kimś w koalicję …a tu może być problem. A co do pana pytania, to odpowiem tak: komunizm padł, to i kaczyzm padnie, pytanie tylko: kiedy. Jednak dla socjalizacji i demokratyzacji polskiego społeczeństwa byłoby lepiej, gdyby PiS przegrał dopiero po drugiej kadencji. Brzmi to cynicznie, wiem, ale wyjaśnię o co mi chodzi. Jeśliby utracili władzę pod wpływem trudności gospodarczych, pojawiłaby się narracja, że nieźle rządzili, coś tam zrobili, ale pokonał ich kryzys. To byłoby bazą do ich powrotu w przyszłości. Poza tym przegrani o tylko kilka procent będą bardzo dokuczliwą opozycją. Demokratyczny obywatel naszego kraju powinien życzyć sobie innego scenariusza – żeby PiS utracił władzę za łamanie konstytucji i by przegrał wyraźnie. Wielu myśli tak: może niech ten PiS nie pada jeszcze w 2019 roku, bo wolimy by, jeżeli już padnie, by nic po nim nie zostało. Żeby wyczyszczone zostały po nich te wszystkie nonsensy i fanaberie – pomniki, „żołnierze wyklęci”, iluzja smoleńska, kilka tysięcy niewyszkolonych facetów biegających po lasach jako „obrona terytorialne” w czasie, gdy sensowne inwestowanie w obronność to kwestia masowej rekrutacji zdolnych informatyków…etc. etc. . Oprócz tego, gdy PiS padnie, czeka nas gigantyczna praca posprzątania po nich, by przywrócić ład konstytucyjny i porządek demokratyczny, usunięcie ze stanowisk niekompetentnych karierowiczów o zerowym dorobku zawodowym zasiadających na ważnych stanowiskach, itd…

 

Mam swoją subiektywną tezę, że jeśli PiS ponownie wygra wybory z samodzielną większością, to będzie rządzić tak, że okres obecnej kadencji będziemy rzewnie wspominać jako okres poszanowania demokracji, prawa, niezawisłości sądów, konstytucji, wolności obywatelskich etc. Czy Pan podzieliłby te obawy?

Węgierski politolog Magyar Balint napisał głośną książkę o rządach Orbána, pt. „Węgry. Anatomia państwa mafijnego” (tytuł polskiego wydania). To rzecz nie o tym, że w państwie zbyt dużo do powiedzenia ma mafia, ani o tym, że państwo współdziała z mafią, lecz że samo funkcjonuje jak mafia. Balint twierdzi, że Polska jest w lepszej sytuacji, bo tu władza zagarnia państwo i rozdaje synekuralne milionowe pensje „swoim”, ale jeszcze nie zabiera własności prywatnej, co dzieje się na Węgrzech. Niestety, wielkim rozczarowaniem dla wielu jest tu postawa Unii Europejskiej, bo według – mnie także – każdy kraj członkowski, który tak się zachowuje, a konkretnie: nie spełnia kryteriów na podstawie których został do tej demokratycznej wspólnoty przyjęty, powinien zostać z niej usunięty. Dosadniej – „na zbity pysk” wyrzucony i pozbawiony wsparcia finansowego. Mimo tego, w dłuższym okresie czasu, zwłaszcza po odsunięciu Trumpa, co jest coraz bardziej prawdopodobne, sytuacja się zmieni. Wracając do pana pytania – ta przyszła kadencja może pójść w stronę metod Erdogana czy Orbána, ale przy pewnej konfiguracji może być odwrotnie, jeśli Polacy będą nadal tak silnie obstawać przy Unii Europejskiej, a ta będzie bardziej stanowcza niż obecnie. Pojawiają się zarzuty (które jeszcze parę lat temu bym wyśmiał jako niedorzeczne) że PiS jest ekspozyturą Moskwy. I choć nadal wypada mieć wątpliwości czy PiS działa na zamówienie Moskwy, to nie można nie dostrzegać, że niemal wszystko co robi np. w polityce zagranicznej jest po myśli Putina. Najważniejsze: jest koniem trojańskim osłabiającym Unię. Co rusz jakieś posunięcie władzy PiS sprawia, że na Kremlu strzelają korki od szampana. Polska – za przeproszeniem – „dyplomacja” popsuła nawet nasze relacje z Ukrainą ku uciesze Putina i ochoczo kupuje węgiel z okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy, bezpośrednio wspierając istniejące tam marionetkowe, kontrolowane przez Kreml władze. A co do Macierewicza – po ukazaniu się książki Tomasza Piątka, w każdym cywilizowanym kraju minister obrony narodowej, zmuszony do tego przez własną partię, natychmiast wytoczyłby mu proces. A tu cisza, jeśli nie liczyć zakulisowego zastraszania Autora. Jako analityk polityki nie mam najmniejszej wątpliwości, że polityka PiS jest na rękę Rosji, a czy to wynik celowych działań czy efekt uboczny to już ma mniejsze znaczenie, bo w polityce liczy się funkcjonalizm działań a nie motywacja. Celowe działanie czy głupota polityczna? Ciągle mam nadzieję, że to drugie, ale skutek może być równie opłakany.

 

Nie mogę nie zapytać o taki czynnik polityczny jak Kościół katolicki…

To wielkie wyzwanie socjalizacyjne na następne dziesięciolecia, musimy Polaków przekonać, by traktowała tą instytucję tak jak na to zasługuje – jako prywatną instytucję o zasięgu międzynarodowym, na rzecz której zrzekliśmy się części suwerenności, a w odróżnieniu od EU, nic nie dostajemy w zamian. Co więcej, instytucja ta działa jak organizacja półświatka przestępczego – podatków nie płaci, zabrała nam mnóstwo dobra publicznego w postaci ziemi czy budynków, jako obywatele nic nie wiemy o jej finansach, zasobach, poza tym, ze ostatnie trzydziestolecie to wielki sukces nieskrępowanej zachłanności kościoła. Ta instytucja silnie wpływa na sytuację polityczną kraju, pośrednio kształtując mentalność poddanego – wierzącego w cuda i determinizm losu ludzkiego – a nie obywatela, szerząca pogardę dla nauki, medycyny i ludzkiego rozumu. O morale jej emisariuszy nie wspomnę, o wizji roli kobiety w 21 wieku propagowana przez ta instytucję też wstyd pisać. Jej hierarchia nie podjęła żadnej próby wyczyszczenia swoich brudów i nawiązania dialogu z nowoczesnością. To grajdoł ciemnogrodu, broniący nie dającego się obronić prestiżu tej instytucji. Ten fatalny stan zawdzięczamy także `mądrości’ lewicy, konkretnie SLD, który dla wyzbycia się „grzechu pierworodnego” dał Kościołowi katolickiemu rozległe koncesje. Na szczęście światełkiem w tunelu są twarde dane wskazujące na postępującą laicyzację społeczeństwa i to laicyzację na różnych poziomach.

 

Opublikowane kilka miesięcy temu wyniki międzynarodowych badań pokazują, że w sferze laicyzacji młodego pokolenia Polska jest światowym liderem…

W Polsce występuje powolny, ale stały trend sekularyzacyjny. Rządy PiS są prawdopodobnie jedną z ostatnich w Europie rewolt przeciwko nowoczesności i modernizmowi, które zwyciężają, stąd bezpośrednie zaangażowanie kościoła w popieranie tej partii. Z moich badań jasno wynika, że Polacy bardziej cenią wolność niż równość, bardziej postęp i nowoczesność niż tradycję, bardziej rywalizację na rynku niż solidaryzm. Moim zdaniem to, że Kościół katolicki tak jednoznacznie opowiedział się za PiS, nieuchronnie obróci się przeciwko niemu.

 

Zakładamy, że PiS kiedyś utraci władzę. Co ta nowa władza miałaby zrobić z pisowską spuścizną, z pisowskimi sędziami-dublerami, z pisowską KRS, z pisowskim Trybunałem Konstytucyjnym, z niektórymi ustawami? Pojawiają się groźby postawienia polityków PiS z prezydentem na czele przed Trybunałem Stanu, pojawia się okrzyk: „Będziecie siedzieć” pojawiają się pomysły uchwalenia aktu odnowy demokracji, ustawy-czapki niwelującej pisowskie zmiany. Co Pana zdaniem przyszła niepisowska władza powinna zrobić? Co po PiS?

W 1989 roku niektórzy mówili, żeby PRL wymazać gumką, ale nie sposób wymazać gumką tego, co trwało prawie pół wieku. Na pytanie, czy da się wymazać gumką cztery czy osiem lat musieliby odpowiedzieć prawnicy. Ja Trybunał Konstytucyjnym nazywam tzw. Trybunałem lub budynkiem TK. Prezydenta nazywam prezydentem proceduralnym, ale nie merytorycznym. Bo prezydentem jest ktoś, kto broni konstytucji, a on nigdy nie podjął się tego zadania, choć ciągle chciałbym mu dać szanse i zacząć nazywać go prezydentem, ale to on musi chcieć, jako obywatel jestem gotów mu odpuścić… Tak samo mówię nie o KRS, a o tzw. KRS. Prawnicy będą musieli określić, co uda się odkręcić niejako „od ręki”. Gorzej będzie z naprawieniem takich strat, jak choćby zniszczenie dorobku stadniny koni w Janowie Podlaskim, a przykładów takich jest tysiące…Po odsunięciu PiS od władzy, należy krok po kroku odkręcać to co można. szybko usunąć dublerów z TK i wiele podobnych rzeczy. W dalszej kolejności trzeba się zastanowić nad rozwiązaniem obrony władzy sadowniczej. Nie namawiam do naśladowania modelu tureckiego czyli do czasów kiedy wojsko broniło demokracji, ale po tym co się stało, może trzeba będzie pomyśleć o powołaniu jakiejś formacji obrony władz konstytucyjnych przed uzurpatorami, czegoś w rodzaju Gwardii Szwajcarskiej albo jednostek specjalnych. Gdy uzurpatorzy zechcą wejść do Trybunału Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego, to będą musieli się zastanowić czy chcą ryzykować stracie z uzbrojonymi formacjami, które zgodnie z konstytucja maja za zadanie bronienie np. konstytucyjnego zapisu o kadencyjności jakiegoś urzędu. Bo dziś takie instytucje jak TK czy SN są z fizycznego punktu widzenia bezbronne. Wystarczy, że uzurpator wyśle policję z jakimś świstkiem papieru i już siła jest po jego stronie. Odsunąć od władzy to jedno, a zabezpieczyć kraj na przyszłość przed uzurpatorami, przed recydywą, to drugie. A co do hasła: „Będą siedzieć” – niektórzy zapewne trafią tam, gdzie ich miejsce. Nawiasem mówiąc, PiS wypłynęło na pomawianiu innych o złodziejstwo, a jakoś po niemal pełnej kadencji u władzy nie udało się nikogo posadzić, mimo, że mają po temu wszystkie instrumenty. Z całego domniemanego „złodziejstwa” i korupcji PO został do znudzenia wypominany zegarek Nowaka i ośmiorniczki. Ale mogą wpaść we własne sidła i prawo które tworzą, zostanie wykorzystane przeciw nim. Państwo demokratyczne musi mieć wolę i siłę osądzić tych, którzy je demontowali, ale cywilizowany sposób rozliczenia okresu po 2015 roku musi spełniać wszystkie wymogi uczciwego procesu i procedur państwa prawa. Wielu obawia się jednak, że gdy opozycja wróci do władzy, to znów okaże pobłażliwość; paradoksalnie pobłażliwość sprzeczną z prawem… To dla wielu byłby niewybaczalny błąd, a z moich obserwacji wynika, że jest tez powodem niechęci głosowania na opozycję, która część Polaków podejrzewa o niezdolność do podjęcia się rzetelnej naprawy Rzeczypospolitej. Ale ważniejsze niż same kary dla tych którzy sprzeniewierzyli się Konstytucji jest sam proces wyjaśnienia obywatelom co i w jaki sposób zostało naruszone i nie było respektowane. To musi być wielka inwestycja socjalizacji politycznej na przyszłość.

 

Jeszcze trzy lata temu nie zadałbym tego pytania, ale w międzyczasie moja wyobraźnia się poszerzyła. Czy PiS, jeśli przegra, odda władzę pokojowo?

To dobre pytanie. Już próbują manipulować ordynacją, a opanowanie Sądu Najwyższego może im ułatwić unieważnienie niekorzystnego dla nich wyniku wyborów.

 

A myśli Pan że zdobyliby się na zbrojną obronę przed oddaniem władzy?

Znając ich mentalność nie można tego wykluczyć. Już stosują zresztą przemoc fizyczną, pozwalając faszystowskim bojówkom bezkarnie bić kobiety. Ale – choć znów cynicznie to zabrzmi – taka decyzja choć być może kosztowna oznaczałaby ich całkowity koniec, więc chyba nic takiego nie nastąpi…

 

Dziękuję za rozmowę.

Igrzyska niepodległości

Zbliża się setna rocznica odzyskania przez Polskę Niepodległości. Pozostało do niej około 100 dni, a nie widać dobrego pomysłu na jej uczczenie.

 

Finałowy mecz mundialu (Chorwacja – Francja) oglądałem w Czarnogórze; w klimatycznej nadmorskiej knajpce mojego kolegi Petera. Gospodarz witał wszystkich wchodzących i deklarujących kibicowanie Chorwacji (innych tam zresztą nie było) kieliszkiem rakii; drugi gratisowy kieliszek obiecywał po meczu, czyli po zwycięstwie Chorwacji. Sam nie pił – przed 16 laty zrobił beczułkę swojego znakomitego trunku i postanowił rzucić picie. Po meczu klienci czekali na kieliszek i Petera, ale się go nie doczekali. Zaczęli się rozchodzić. Poszedłem w kącik sali, w którym lubi przesiadywać niewidoczny dla gości i oniemiałem. Siedział przy stole nad ogromną tacą wypełnioną kieliszkami (ze 100 ich na niej było) i łoił rakiję.
– Dlaczego pijesz? – zapytałem.
– Bo mi smutno – odpowiedział.
– Że Chorwacja przegrała?
– Nie, że nie mogę poczęstować gości.
– Dlaczego nie możesz? Wstawaj, idziemy! – próbowałem go podnieść.
– Piję, bo mi smutno, że ich zawiodłem, a wyjść do nich nie mogę, bo mi wstyd.
– Ale przecież to nie Ty grałeś!
– Ale wierzyłem w ich zwycięstwo – wytłumaczył rezolutnie.
Cóż, dosiadłem się do kolegi, bo jego wywód wydał mi się nad wyraz ciekawy i inspirujący. Prosty restaurator znad Adriatyku pokazał mi, czym może być wstyd przed fałszywą wiarą i nie chodzi tu oczywiście o religię. Pokazał, że jeśli ma się czyste serce i intencje, można się wstydzić nie tylko czynów, ale i myśli.

 

Po co wspominam o Peterze przy okazji rocznicy polskiej niepodległości?

Bo wydał mi się dobrym przykładem, pokazującym, jak nasza polska rzeczywistość oddaliła się od normalności, idąc w stronę obłudy i absurdu. I że ci, którzy nas tam prowadzą, zapomnieli już co ty wstyd.
Senator PO Jan Rulewski rzucił niedawno pod adresem parlamentarzystów PiS celne zdanie: „Gdyby teraz padło polecenie od prezesa, by łapać pytona, to byście się państwo tam udali i nawet go zjedli”. Prawdziwe to, niestety.
Zbliżające się Święto Niepodległości szykuje się na bezprecedensowy festiwal intelektualnego kiczu. Nie słyszałem o jakimkolwiek pomyśle na obchody, który można by uznać za kreatywny i wartościowy.
Skoro nasze aktualne elity pomysłów nie mają, prawo przestało funkcjonować, a pojęcie wstydu jest im obce, rzucam kilka pomysłów, dzięki którym rok 2018 może zapisać się w Polskiej historii tak wyraziście jak rok 1918. Zapewniam, że wszystkie są nie tylko możliwe, ale i proste w realizacji.

 

Prezydent.

100 aktów łaski dla setki aktualnych polityków PiS. Oczywiście na przyszłość. Jak się aktyw wsadzi do więzień, ktoś przecież będzie musiał myć pomniki Lecha.

 

Senat.

100 kolejnych zawierzeń Najjaśniejszej w 100 dni! Nie ograniczajmy się tylko do Króla – Jezusa Chrystusa i Matki Jego Marii (zawsze dziewicy!), ale rozszerzmy grono beneficjentów o matki inne niż częstochowska, pozostałych członków Świętej Rodziny i ich znajomych.

 

Sejm.

Wypowiedzmy 100 losowo wybranych umów międzynarodowych. No po co nam one? Przecież i tak będą kiedyś martwe w swej literze, a w tej chwili tylko ograniczają „dobrą zmianę”.
Ministerstwo Obrony. Ogłośmy 100 kolejnych przetargów na dostawę uzbrojenia i odwołajmy je wszystkie dzień przed rozstrzygnięciem. Do reszty zrujnujemy sobie opinię wśród światowych dostawców, przez co wzmocnimy polski sektor zbrojeniowy.
Ministerstwo Środowiska. Po drzewach, wilkach i dzikach czas na wytypowanie 100 gatunków zwierząt do całkowitego odstrzału. Po co komu lisy (kombinują), borsuki (okopują się w jamach), sowy (mądre są), albo – za przeproszeniem – zające? Te ostatnie zresztą najbardziej kombinują i od nich bym zaczął.
Ministerstwo Kultury. 100 kolejnych milionów złotych dla Rydzyka.
Ministerstwo Infrastruktury. Po 100 mln zł na budowę 100 nowych kościołów. I po 100 kolejnych milionów na remont 100 istniejących.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych. 100 mln zł dla Rydzyka.
Agencja Wywiadu. Ujawnijmy 100 polskich agentów operujących za granicą. 100 w 100 dni. To zadziała prewencyjnie na tych, którzy mogliby pomyśleć o zdradzie.
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Aresztujmy 100 osób podejrzanych o możliwość przyszłego zwerbowania przez Rosję. Nie ma co czekać, aż zaczną naprawdę donosić. Zróbmy to teraz, przecież stosunków z Rosją nie da się już bardziej zepsuć.
Centralne Biuro Śledcze. Aresztować 100 niewygodnych Redaktorów Naczelnych mediów opozycyjnych. Po co oni komu? Pustkę po upadłych tytułach szybko zapełni „dobra zmiana”.
Policja. Skoro bicie nie robi na opozycji wrażenia – zabijcie 100 KOD-ziarzy. Spokojnie, historia to doceni: lepiej teraz 100, niż za rok 100 tysięcy.
Ministerstwo Zdrowia. Zamknąć 100 największych szpitali. Ludzie chętniej zaczną się modlić i znajdą się pieniądze na realizację innych rocznicowych gestów.
Ministerstwo Cyfryzacji. 100 mln zł dla Rydzyka.
Ministerstwo Sprawiedliwości. Zamknąć 100 sędziów, każdego na 100 lat. Argumentacja zbędna – wiadomo o co chodzi…
Ministerstwo Rolnictwa. 100 tys. ha ziemi dla Rydzyka.
Ministerstwo Sportu. 100 basenów dla Rydzyka!
Ludzie prócz chleba potrzebują igrzysk, szczególnie gdy sprawuje się nad nimi władzę absolutną. Potrzebę tę docenił Herod Wielki, budując w podbitej Judei Cezareę z amfiteatrem (zaprojektowanym tak, by mogli w nim walczyć gladiatorzy) i hipodromem. Docenili cesarze Wespazjan i Tytus, wznosząc w Rzymie Amfiteatr Flawiuszów, zwany Koloseum.
Dziś rolę teatru przejęła telewizja, dlatego nie ograniczajmy się: po 100 mln dla Rydzykowej TV Trwam i Sakiewiczowej TV Republika. I po 100 mln dla każdego z kanałów TVPiS. Spokojnie: stać nas, a rocznicę niepodległości trzeba jakoś uczcić. A wstyd przecież nie istnieje…

 

Felieton ukazał się w „Faktach i Mitach”.