Nie uciekniemy od transformacji energetyki

Liderzy Związku Zawodowego Górników obudzili się z letargu, w który popadli na początku rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Nie reagowali, gdy kilka dni temu Andrzej Duda mobilizował ich do działań przeciwko sędziom. Nie organizowali akcji protestacyjnych i milczeli, gdy partia rządząca zamykała kopalnie i likwidowała miejsca pracy w branży. Przez wiele miesięcy nie przeszkadzało im, gdy import węgla z Rosji bił historyczne rekordy. Zmobilizowali się dopiero wtedy, gdy do Polski przyjechała nastoletnia szwedzka działaczka, Greta Thunberg.
Obelgi zamiast dyskusji
Związkowcy obudzili się z wielomiesięcznego snu, aby mocno uderzyć nie tylko w Thunberg, ale też górników, którzy ośmielili się z nią spotkać, w tym szczególnie organizującego spotkanie, Jerzego Hubkę. W ten sposób liderzy Związku Zawodowego Górników i Sierpnia 80 wpisali się w najgorsze stereotypy antyzwiązkowe. Rzecznik Sierpnia 80, Patryk Kosela zwyzywał Hubkę, używając prymitywnych, nienawistnych sformułowań. Brakowało tylko gróźb pobicia. Podejście władz ZZG o tyle zdumiewa, że przez wiele lat mówiły one tym samym językiem, co Hubka dziś. Najwyraźniej Prawo i Sprawiedliwość zepsuło nie tylko standardy działań w polityce sejmowej, ale też część środowisk związkowych.
W stanowisku, które przyjęła w tej sprawie Związkowa Alternatywa, czytamy, że „świat, w tym Polska, wymaga podjęcia całościowych działań na rzecz zapobiegania zmianom klimatycznym. Ślepota na te procesy jest przejawem nieodpowiedzialności i niewiedzy”.
Przypomnieliśmy też jako związek, że Hubka nie mówił o likwidowaniu żadnych kopalni – tym zajmuje się rząd za cichym przyzwoleniem dużych związków górniczych. Hubka jedynie „apelował o wdrożenie w górnictwie nowoczesnych technologii, które pozwoliłyby na zachowanie miejsc pracy, a zarazem realizację ambitnych celów klimatycznych”.
Ambitne cele nie dla Polski?
Niestety Polska jest krajem, w którym tak oczywiste tezy budzą kontrowersje. Związkowcy, podobnie jak i przedstawiciele władz publicznych, powinni usiąść i pilnie opracować zasady polityki energetycznej na najbliższe lata, uwzględniając cele klimatyczne. Tymczasem wolą bronić status quo, które jest niekorzystne dla nikogo: kopalnie są likwidowane, miejsc pracy w górnictwie ubywa, importujemy coraz więcej węgla z Rosji, nie mogąc sprzedać swojego, a zmiany klimaty dokonują się w coraz szybszym tempie, zagrażając przyszłości całej ludzkości. Ponadto polskie władze zamiast negocjować z Unią Europejską pozyskanie dodatkowych środków na inwestycje ekologiczne, wolą bronić status quo jak niepodległości. W konsekwencji polska energetyka ani nie jest bardziej ekologiczna, ani bardziej opłacalna, ani bezpieczniejsza. Jest tylko w 100 proc. narodowa, czyli zgodna z wolą partii rządzącej.
Od OZE… odchodzimy
Nagonka na Gretę Thunberg ukrywa brak jakiejkolwiek polityki energetycznej polskich władz i dokonujący się regres odnośnie ekologicznej transformacji. Kilka dni temu Europejski Urząd Statystyczny opublikował raport dotyczący udziału energii odnawialnej w ogólnym zużyciu energii. Zgodnie z ostatnimi danymi w 2018 r. w krajach należących do Unii Europejskiej energia odnawialna stanowiła 18 proc. całej energii, czyli o 0,5 pkt proc. więcej niż rok wcześniej o i 1,3 pkt proc. więcej niż w 2015 r. Blisko połowa państw osiągnęła już zaplanowane cele klimatyczne, większość się zbliża do ich realizacji.
Jak wygląda Polska? Nasz kraj wynegocjował jeden z najmniej ambitnych celów i zadeklarował, że w 2020 r. poziom energii odnawialnej sięgnie 15 proc. Ale nawet do tej granicy się nie zbliżamy. W 2018 r. energia odnawialna stanowiła 11,3 proc. wykorzystywanej energii, czyli o 0,4 pkt proc. mniej niż w 2015 r. Za rządów PiS odchodzimy zatem od energii odnawialnej. O energii atomowej wciąż nic nie wiadomo i wydawane są kolejne dziesiątki milionów na ekspertyzy.
Pod koniec ubiegłego roku rząd ogłosił, że w 2020 r. trzeba przyjąć plan budowy elektrowni i otworzyć pierwszy reaktor do 2033 r. Jakichkolwiek konkretów brak. Również oficjalnie adorowane przez rząd kopalnie są zamykane w coraz szybszym tempie. Cóż więc nam zostaje? Wygląda na to, że rząd celowo skazuje nas na rosyjski węgiel. Walka z Gretą Thunberg nic tutaj nie zmieni.

Powstał nowy rząd. Ludzie nadal protestują

Po dwudniowych protestach podczas których doszło do ostrych starć z policją w wyniku których zostało rannych ponad 500 osób w Libanie został powołany nowy rząd. Na jego czele stanął były profesor Amerykańskiego Uniwersytetu w Bejrucie Hassan Diab. Został on przez prezydenta desygnowany na to stanowisko jeszcze w grudniu ubiegłego roku. W październiku pod naciskiem społecznych protestów podał się do dymisji poprzedni premier Saad Hariri.

W skład nowego gabinet wchodzi 20 ministrów w tym dwie kobiety. Jedna z nich została wicepremierem a druga będzie, po raz pierwszy w historii Libanu, kierować resortem obrony.
Poszczególni ministrowie choć są w większości specjalistami nie należącym formalnie do partii politycznych, to są jednak z nimi powiązani. Sam premier ma poparcie ze strony proirańskiego ugrupowania Hezbollah.
W swoim pierwszym wystąpieniu nowy premier pozdrowił rewolucję, która „uczyniła Liban zwycięskim” mówiąc jednocześnie, że rząd reprezentuje aspiracje demonstrantów, którzy „mobilizowali się w ogólnonarodowych protestach w okresie ponad trzech miesięcy”.
Zapowiedział ponadto, że jego rząd będzie dążyć do spełnienia żądań protestujących co do niezależnego sądownictwa, odzyskania sprzeniewierzonych pieniędzy i walki z uzyskiwaniem nielegalnych dochodów.
Jak oświadczył, rząd „będzie działał szybko, lecz nie pochopnie”. Zaznaczył też, że jego ministrowie będą wolni od kumoterstwa i dążenia do osiągania osobistych korzyści czego dowodem ma być to, że nie będą kandydować w najbliższych wyborach parlamentarnych.
Pomimo takiej pojednawczej retoryki we wtorek 21 stycznia na ulicach Bejrutu ponownie zebrały się tłumy protestujących. Domagali się ustąpienia nowego rządu oraz prezydenta Michela Aouna, skandując „rewolucja, rewolucja!”. Głównym postulatem protestujących jest przeprowadzenie wcześniejszych wyborów parlamentarnych i utworzenie pozapartyjnego technicznego rządu fachowców, który będąc wolnym od partyjnych układów jako jedyny mógłby uporać się z problemami gospodarczymi i socjalnymi kraju takimi jak wysokie bezrobocie czy niskie zarobki. Niektórzy demonstranci zapowiadają, że będą kontynuować siedzący protest dopóki ich żądania nie zostaną spełnione.
Jednak eksperci dobrze znający polityczne realia Libanu, którego system od lat oparty jest na układach pomiędzy partiami nie pozostawiają złudzeń. Profesor Hilal Khashan z Amerykańskiego Uniwersytetu w Bejrucie twierdzi, iż postulat utworzenia całkowicie apolitycznego, technokratycznego rządu to przejaw myślenia życzeniowego, ponieważ za każdym kandydatem na ministerialne stanowisko stoi jakaś partia, która wspiera jego nominację.
Zapowiada się zatem kolejna fala protestów.

Im dłużej, tym gorzej

O takich osiągnięciach ekipa z Prawa i Sprawiedliwości może tylko pomarzyć. Niestety pod jej rządami sytuacja
Polski systematycznie się pogarsza.

PiS-owska „dobra zmiana” miała zastać Polskę zrujnowaną po poprzednich rządach. Oto te ruiny, których zestawienie zostało sporządzone przez Mariana Waldemara Kuczyńskiego:
– 460 mld. zł uzyskanych przez Polskę z budżetu Unii Europejskiej;
– 1000 km. nowych autostrad oraz 1200 km. dróg ekspresowych;
– ponad 12000 km. dróg lokalnych;
– spadek liczby Polaków zagrożonych ubóstwem z 45 proc. do do 22 proc. mieszkańców;
– jeden z najdłuższych w Europie (52 tygodnie) urlopów rodzicielskich.
– Dobra pozycja w Unii, przejawiająca się w tym, że Polak był szefem Parlamentu Europejskiego oraz Rady Europejskiej
– wzrost liczby narodzin (w tym z dofinansowania in vitro urodziło się 27 tys. dzieci); –
– świadczenie rodzicielskie 1000 zł otrzymywane przez rok;
– podwyżki płac nauczycieli w sumie o 44 proc.
– od 2007 do 2015 roku długość życia kobiet z 79,7 lat wzrosła do 81,1, a mężczyzn z 71 lat do 73,5;
– płaca minimalna wzrosła z 936 zł do 1750 zł, zaś płaca przeciętna z 2691 zł do 3783 zł;
– bezrobocie spadło z 10 proc. do 7,9 proc.;
– nakłady na zdrowie zwiększyły się z 41,5 mld zł do 66,1 mld.
Ponadto, w okresie od 2007 do 2015 r. nasz PKB na głowę w stosunku do średniego w UE wzrósł z 53,8 proc. do 70 proc, eksport z 387 do 682 mld.zł; zatrudnienie osób w wieku 55-64 z 29,7 proc. do 42,5 proc.;
– przybyło przedszkoli: z 16.9 tys do 21,6 tys;
– 110 tys. młodym ludziom dofinansowano zakup mieszkania;
– 260 tys. firm powstało z pomocą państwa, w tym 100 tys kobiecych i 25 tys. założonych staraniem osób 50+;
– odsetek dzieci objętych opieką przedszkolną na wsi zwiększył się z 23 proc. do 57 proc.
– wsparcie finansowe uzyskało 1,5 tys start-upów.
– wydrukowano 1,8 mln. bezpłatnych podręczników dla uczniów;
– nastąpił trzykrotny wzrost liczby studiujących osób niepełnosprawnych;
– termomodernizacja objęła 800 tys. mieszkań;
– ułożono 8 tys km światłowodów.
Takie są niektóre rezultaty ośmiu lat rządów koalicji – PSL. Nietrudno zauważyć, że na tle tych liczb, dokonania Prawa i Sprawiedliwości prezentują się gorzej niż żałośnie.
W praktycznie każdej dziedzinie jest regres: gorzej, mniej, słabiej. Strefa skrajnego ubóstwa rośnie, długość życia Polaków się skraca, sytuacja w budowie dróg i autostrad to już w ogóle żenada, nie ma żadnego wsparcia dla zakupów mieszkania, w Unii Europejskiej jesteśmy marginalizowani.
Jednak rządowa propaganda sukcesu, uprawiana w tzw. mediach publicznych, czyli zawłaszczonych przez rząd PiS, buduje obraz potiomkinowskiej Polski. Tyle, że te atrapy „sukcesu” kiedyś upadną i wszyscy zobaczą, w jakiej naprawdę kondycji jest nasz kraj i jego mieszkańcy.
Wypada się zdziwić, że opozycja, mając tak wyraźne dowody swoich dokonań, oraz nieudolności ekipy PiS, nie wykorzystała tych wszystkich danych przed wyborami.
Może jednak rzeczywiście PO wolała poczekać w opozycji na pełną kompromitację rządów PiS, zamiast próbować niewielkiego zwycięstwa w ubiegłym roku i rządów z nieprzychylnym prezydentem?

Palą zamiast pracować

Nasi pracodawcy policzyli, że pracownicy, robiąc sobie przerwy w pracy na papierosa, uzyskują dzięki temu dodatkowo 20 dni wolnych od pracy rocznie.

Trzy miliony złotych od państwa (a ściślej od państwowego Funduszu Rozwiązywania Problemów Hazardowych) na działania propagujące niepalenie otrzymali Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to największa organizacja pracodawców w Polsce, skupiająca 19 tys firm więc pieniędzy jej nie brakuje. Rząd PiS uznał jednak, iż pracodawcy zasługują na wsparcie. Inna sprawa, że bez zastrzyku państwowych pieniędzy Pracodawcy RP nie kwapili się do podejmowania działań mających promować niepalenie i zdrowe życie.
Fundusz Rozwiązywania Problemów Hazardowych został stworzony za rządów Platformy Obywatelskiej. Prawo i Sprawiedliwość po objęciu władzy zaczęło dość szeroko traktować pojęcie hazardu – i dlatego pracodawcy mogli dostać wsparcie w związku ze szkodliwością palenia.
To trochę tak jak z Funduszem Sprawiedliwości mającym pomagać ofiarom przestępstw, z którego PiS finansuje między innymi działania różnych organizacji powiązanych z prawicą. Posłowie opozycji mówili, iż działacze PiS uznali Fundusz Sprawiedliwości po prostu za Fundusz Prawa i Sprawiedliwości.
Za otrzymane pieniądze Pracodawcy RP organizują ogólnopolską kampanię „Nie palę, bo…”. Jak informują, „celem jest edukacja pracodawców i pracowników w zakresie możliwości rzucenia nałogu palenia wyrobów tytoniowych i wyrobów powiązanych. Będzie ona realizowana poprzez akcje informacyjno-edukacyjno-profilaktyczne prowadzone w miejscach pracy”.
Kampania jest generalnie skierowana do pracodawców zachęcających swoich pracowników do rzucenia palenia i wspierających ich w walce z nałogiem. W jej ramach zorganizowano cykl konferencji, konkurs „Firma wolna od tytoniu” oraz przygotowano pakiety informacji o pożytkach z rzucania palenia.
Pracodawcy są autentycznie i żywo zainteresowani tym, by ich pracownicy nie palili. Organizacja podliczyła, że, jak wynika z przeprowadzonych przez nią badań, pracownicy robiący sobie przerwy „na papieroska”, mają w ten sposób dodatkowo wolnych 20 dni roboczych w roku (robią bowiem średnio pięć ośmiominutowych przerw w ciągu 250 dni roboczych, co daje 160 „przepalonych” godzin pracy). Jeśli zaś nie będą palić, to w tym czasie będą pracować.
Ten problem obrazuje film nakręcony w ramach kampanii, w którym pokazano, jak pracownicy gremialnie udają się na papierosa, paląc przed drzwiami firmy zamiast pracować. „A ty za to płacisz” – mówi kolega do zmartwionego tym pracodawcy. W filmie nie pokazano natomiast pracodawców, robiących sobie przerwy na papierosa.
– Palenie w pracy to obniżenie efektywności pracy, przekładające się na wymierne, dodatkowe obciążenie i straty ekonomiczne dla przedsiębiorstwa – podkreśla Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Naprawdę dobra zmiana dla sprawców wykroczeń

Pod rządami PiS prawie połowa ukaranych nie płaci mandatów, a budżet państwa traci setki milionów złotych.

Czterech panów w Polsce w latach 2016-2018 zdołało dostać ponad 500 mandatów. Musieli się naprawdę postarać!
Jeden z nich, samodzielny rekordzista, otrzymał w tym okresie mandaty na kwotę przekraczającą 147 tys. zł, której oczywiście nie zapłacił. Wydaje się wątpliwe, czy takie stosowanie kar o charakterze finansowym, zapewnia ich wychowawcze i zapobiegawcze oddziaływanie.

Nie płacą, bo mogą

Należności z mandatów karnych rosną, bo system ich dochodzenia jest w Polsce nieskuteczny. Budżet państwa traci na tym rocznie wiele milionów złotych. Istotna część kar grzywny nie zostaje wyegzekwowana, a należności wynikające z tych kar ulegają przedawnieniu.
Skuteczność, prowadzonej przez skarbówkę egzekucji zaległości z mandatów była w latach 2016-2018 niższa niż w latach 2011-2012, za rządów Platformy Obywatelskiej. W Polsce, w latach 2016-2018 skuteczność ta wynosiła bowiem 35,5 proc., a w latach 2011-2012 – 42,1 proc.
PiS nie umie sobie z tym poradzić. Jedyne rozwiązanie jakie stosuje ta ekipa, to centralizowanie wszystkiego czego się tylko da. Dlatego rząd wprowadził w 2016 r. zmianę systemu poboru kwot z mandatów, polegającą oczywiście na jego scentralizowaniu. Rząd PiS spodziewał się napływu wzmożonego strumienia gotówki, ale naturalnie nic z tego nie wyszło. Jak stwierdza Najwyższa Izba Kontroli, zmieniony system nie spowodował poprawy skuteczności windykacji, a w dodatku nie zapewnia wiarygodnych danych o stanie należności i zaległościach z tego tytułu.
Tak więc, nie wiadomo dokładnie, ile kasy z nałożonych mandatów nie trafia do budżetu. Jeszcze przed tą niefortunną PiS-owską centralizacją można było ustalić, że w latach 2011-2012 Skarb Państwa tracił ponad 100 milionów złotych rocznie z powodu przedawnienia się należności z tytułu mandatów. Teraz jest to na pewno o wiele więcej.
Tylko niespełna połowa ukaranych (47 proc.) płaci dobrowolnie mandaty. W przypadku ok. 23 proc. spraw, kary grzywny zostały jakoś wyegzekwowane, pomimo uchylania się ukaranych od dokonania płatności.
Natomiast w przypadku ok. 30 proc. spraw, państwu nie udało się wyegzekwować kar – i znaczna ich część po upływie trzech lat od daty ich nałożenia ulegała przedawnieniu.
Unikanie zapłaty mandatu nie wiąże się dla ukaranego z jakąkolwiek inną, dotkliwą sankcją o charakterze finansowym bądź niefinansowym. Stanowi tym samym zachętę do odłożenia tej niemiłej płatności.
„Znacząca skala przypadków, w których pomimo zaangażowania organów państwa, nie doszło do wyegzekwowania nałożonych kar, utrwalała w części społeczeństwa przekonanie o braku nieuchronności wykonania kary” – stwierdza NIK w raporcie o dochodzeniu należności Skarbu Państwa z tytułu mandatów karnych.

Typowa nieudolność tej ekipy

Zmiana systemu dochodzenia należności z tytułu mandatów karnych, miała, jak zapowiadał rząd, poprawić skuteczność egzekwowania tych kar. Reorganizacja polegała na scentralizowaniu obsługi mandatów karnych.
Do 31 grudnia 2015 r. to wojewodowie byli uprawnieni do poboru należności z tytułu mandatów, a wpływy z tego tytułu trafiały do Skarbu Państwa za ich pośrednictwem.
Rząd PiS niespecjalnie wierzył jednak w sprawność i sumienność swych wojewodów, więc od 2016 r. windykację powierzył Naczelnikowi Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu. Wpłaty z tytułu mandatów nie trafiają już na konta poszczególnych urzędów wojewódzkich, lecz na rachunek bankowy wskazany przez ministra finansów.
Rząd PiS obiecywał oczywiście, że na skutek centralizacji i powierzenia funkcji wierzyciela organowi podatkowemu, windykacja należności mandatowych będzie sprawna. Wysoka automatyzacja działań windykacyjnych miała sprawić, iż koszty funkcjonowania całego systemu dochodzenia takich należności zostaną na takim samym poziomie jak wtedy, gdy funkcję wierzyciela pełnili wojewodowie – a skuteczność wyraźnie wzrośnie. Naturalnie stało się odwrotnie: koszty wzrosły, a skuteczność w najlepszym razie nie spadła.
Najwyższa Izba Kontroli stwierdza: „Z przeprowadzonej kontroli (obejmującej lata 2016-2018) wynika, że nie nastąpiło zwiększenie skuteczności dochodzenia należności z tytułu mandatów karnych. Jednocześnie wzrosły koszty funkcjonowania tego systemu o blisko 6 mln zł rocznie czyli o ponad 30 proc.”. No i takie właśnie efekty przynosi radosna twórczość PiS-owskiej ekipy.
NIK oczywiście krytycznie ocenia dochodzenie należności Skarbu Państwa z tytułu mandatów karnych w latach 2016-2018.
Największą odpowiedzialność za te straty ponosi Minister Finansów. W tym czasie stanowisko to zajmowali: Paweł Szałamacha (do 28 IX 2016 r.), Mateusz Morawiecki (najdłużej, do 9 I 2018 r.) oraz Teresa Czerwińska. Nikt z tego grona oczywiście nie wspomina o swoich błędach i zaniechaniach, które spowodowały, że Skarb Państwa nie uzyskał setek milionów złotych.
Jak wskazuje NIK, żaden z tej trójki ministrów nie zapewnił takiej funkcjonalności systemu informatycznego przeznaczonego do obsługi mandatów, który umożliwiałby wierzycielowi (tj. Naczelnikowi Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu) sprawny i skuteczny pobór zaległości z tytułu grzywien mandatowych.
Teoretycznie taki system oczywiście istniał. Był to Scentralizowany System Podatkowy (SSP), stanowiący element składowy systemu e-Podatki.
„W ocenie NIK, system ten nie był dostosowany do potrzeb jego użytkowników, nie zapewniał pełnej automatyzacji podejmowanych czynności, zaniechano wdrożenia niektórych jego funkcjonalności oraz obsługi ulg w spłacie należności i ewidencjonowania ich skutków, jak również monitorowania terminowości odroczonych wpłat i umarzania należności” – wskazuje Izba. Skutek tych zaniechań jest jednoznaczny i trwały: narastające zaległości w podejmowaniu działań windykacyjnych przez wierzyciela.

Najgłupszy system świata?

NIK podkreśla także, że przyjęta przez Ministerstwo Finansów organizacja rachunkowości i sprawozdawczości, dotyczącej należności i dochodów z tytułu mandatów, narusza przepisy ustawy o rachunkowości i nie zapewnia rzetelnych danych o niezapłaconych mandatach.
Jak widać, PiS-owski resort finansów nie przejmuje się ustawą o rachunkowości. Oznacza to, że niewiarygodne są też i sprawozdania budżetowe.
Dobrze chociaż, że kierownictwo resortu finansów zdaje sobie sprawę ze swej nieudolności. W odpowiedzi na wystąpienie pokontrolne NIK, Ministerstwo Finansów poinformowało bowiem, iż jednym z rozważanych rozwiązań jest wygaszenie Scentralizowanego Systemu Podatkowego z uwagi na jego niewydolność.
Jak widać ów nieszczęsny Scentralizowany System Podatkowy nieco przypomina maszynę Trurla, którą jego przyjaciel Klapaucjusz uznał za „najgłupszą maszynę rozumną na całym świecie”.
W związku z tym wszystkim NIK negatywnie oceniła pobór należności z tytułu mandatów przez Naczelnika Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu. Wpływ na to miała wspomniana „ograniczona funkcjonalność” Scentralizowanego Systemu Podatkowego.
Skuteczność dochodzenia przez Naczelnika Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu należności z tytułu mandatów w całym badanym okresie (lata 2016-2018) wyniosła mniej niż 63,7 proc. Czyli, z wystawionych w latach 2016-2018 mandatów na kwotę blisko 2,1 mld zł do budżetu państwa wpłynęło nieco ponad 1,3 mld zł. Zabrakło, bagatela, prawie 800 milionów złotych.
Warto zauważyć, że za rządów Platformy Obywatelskiej, konkretnie w latach 2011-2012 (kilka lat temu NIK skontrolowała ściąganie mandatów w tym okresie) Skarb Państwa uzyskiwał co najmniej 70 proc. należności z tytułu mandatów. Tak właśnie działa w praktyce „dobra zmiana”.
Z ustaleń tegorocznej kontroli wynika, że po pierwszym roku od centralizacji systemu ściągania należności mandatowych, niezapłaconych zostało 2,8 mln z 5,4 mln mandatów wystawionych w 2016 r. Kwota zaległości z tego tytułu sięgnęła ponad 378 mln zł.
Po trzech latach od reorganizacji liczba niezapłaconych mandatów wzrosła już do blisko 6,7 mln na koniec 2018 r., a zaległości z tego tytułu wynosiły blisko 757 mln zł. Oznacza to wzrost zaległości z tytułu nieopłaconych mandatów o ponad 148 mln zł w porównaniu do roku 2011 (na koniec 2011 r. zaległości wynosiły 609 mln zł).
Ów wzrost zaległości wystąpił pomimo niższej liczby nakładanych mandatów. W latach 2011-2012 wystawiano przeciętnie ok. 5 mln mandatów rocznie, a w latach 2016-2018 ok. 4,8 mln mandatów. Na koniec 2018 r. nieopłaconych było 1,9 mln mandatów wystawionych w 2016 r., które są już bliskie przedawnieniu.
Szefowie Scentralizowanego Systemu Podatkowego, próbując jakoś radzić sobie z jego nieskutecznością, zaczęli rezygnować z ściągania najłagodniejszych mandatów, w kwocie nie przekraczającej (razem z kosztami upomnienia) 116 zł. To akurat rzeczywiście stanowiło dobrą zmianę dla wszystkich ukaranych.
NIK stwierdził jednak, iż było to było działanie nierzetelne. Oznaczało bowiem zaniechanie ściągania należności z tytułu ok. 70 proc. wszystkich nieopłaconych mandatów – gdyż mandaty stuzłotowe są nakładane najczęściej.
W całym tym krajobrazie mandatowej nieudolności, drobiazgiem jest już to, że upomnienia i tytuły wykonawcze obejmujące zaległości z mandatów, nie były na bieżąco sporządzane i przekazywane do organów egzekucyjnych. W 68 proc. spraw tytuły takie były wystawiane w okresie dłuższym niż dwa lata od wpisania mandatu do ewidencji wierzyciela.
Kontrolerzy stwierdzili też zaniechanie objęcia tytułami egzekucyjnymi 45 proc. nie wyegzekwowanych na koniec 2018 r. zaległości z mandatów, wystawionych w 2016 r. Oznaczało to, że 746 tys. grzywien w kwocie blisko 114 mln zł nie było dochodzonych w drodze egzekucji, pomimo iż od nałożenia mandatu upłynęły co najmniej niż dwa lata. Tymczasem z ustaleń poprzedniej kontroli NK wynikało, że w latach 2011-2012, za rządów PO, nie wystawiono tytułów egzekucyjnych tylko dla 0,04 proc. mandatów starszych niż 18 miesięcy. Różnica jest porażająca!

Policji się nie śpieszy

Należy dodać, że kontrolerzy NIK mają też szereg zastrzeżeń do pracy komend policji. Ujawnione tam nieprawidłowości polegały na „istotnych opóźnieniach” we wprowadzaniu do systemu informacji o nałożonych mandatach. „Stan taki w 2016 r. był zjawiskiem powszechnym” – podkreśla NIK.
W 2016 r. w skontrolowanych jednostkach policji mniej niż 1 proc. mandatów wprowadzono do systemu w wymaganym terminie 7 dni! Ponad 5 proc. mandatów wprowadzono do systemu dopiero po upływie ponad 365 dni!. Trzeba tu pamiętać, że najwięcej mandatów karnych wystawiają w Polsce właśnie funkcjonariusze policji – aż ponad 95 proc. mandatów nałożonych w latach 2016-2018.
Tymczasem, wprowadzana w terminie do systemu informacja o wysokości nałożonej grzywny ma decydujące znaczenie dla rzetelnego ustalenia należności Skarbu Państwa. A także i dla szybkiego podjęcia działań zmierzających do ich poboru.
Najwyższa Izba Kontroli uważa, że dobrym rozwiązaniem, dyscyplinującym kierowców ukaranych mandatami, byłoby uzależnienie usunięcia punktów karnych z centralnej ewidencji kierowców od uprzedniego uiszczenia grzywny. Czyli, punkty karne już nie znikałyby automatycznie po roku, lecz dopiero po zapłaceniu mandatu. „Mogłoby to skutecznie motywować kierowców do płacenia mandatów” – stwierdza NIK. To już jednak chyba zbyt drakońska propozycja.
Można natomiast rozważyć inną sugestię NIK, która wskazuje, iż nie ma sensu wielokrotne nakładanie mandatów na te same osoby, które popełniając wykroczenia, notorycznie lekceważą normy życia społecznego, zaś mandatów nie płacą. Tylko co z nimi robić. Zamykać na długie miesiące?

Zielona socjaldemokratka premierem

Finlandia będzie mieć odnowiony centrolewicowy rząd z nową szefową – Sanna Marin, dotychczasowa minister transportu, została wytypowana przez Partię Socjaldemokratyczną do przejęcia schedy po Anttim Rinne. Przed 34-letnią polityczką stoją poważne wyzwania.

Światowe media zwróciły uwagę przede wszystkim na wiek Sanny Marin, która, gdy formalnie obejmie urząd, zostanie najmłodszą szefową rządu w historii Finlandii i najmłodszą aktualnie na świecie. Część dziennikarzy podkreśla również, że dzięki wyborowi Marin wszystkie pięć partii tworzących fińską koalicję rządową jest kierowanych przez kobiety.
Ale jeszcze bardziej warta uwagi jest spójna wizja, którą prezentuje polityczka w swoich poglądach. – Głównym celem socjaldemokratów jest kontynuowanie pracy nad budowaniem bardziej sprawiedliwego, egalitarnego społeczeństwa – napisała przyszła premier w liście do członków partii już po uzyskaniu rekomendacji do objęcia stanowiska szefowej rządu. – Moje wartości to równość, wolność i światowa solidarność – pisała z kolei na swojej stronie internetowej podczas kampanii wyborczej do parlamentu wiosną tego roku. Dała się również poznać jako przeciwniczka zbliżenia Finlandii z NATO, orędowniczka zielonej gospodarki i sprawiedliwej transformacji.
We wszystkim, o czym mówi Marin, jest wiarygodna: pochodzi z niezamożnej robotniczej rodziny z Tampere, wielkiego niegdyś ośrodka przemysłowego w centralnej Finlandii, była pierwszą osobą w rodzinie, której udało się ukończyć szkołę średnią i studia. Wielokrotnie podkreślała, że było to możliwe tylko w państwie opiekuńczym, jakim jest jej ojczyzna. O swoim życiu, trudnej sytuacji finansowej rodziny oraz o tym, jak zetknęła się z homofobią, gdy jej matka związała się z inną kobietę, szczerze pisała na blogu. Po studiach w zakresie administracji była radną Tampere, potem zdobyła mandat parlamentarzystki i w 2019 r. powtórzyła ten sukces. Należała do najbliższych współpracowników byłego premiera Anttiego Rinne.
34-letnia polityczka obejmie obowiązki – głosowanie w parlamencie nad jej kandydaturą wydaje się formalnością – w niełatwym momencie. Strajk na fińskiej poczcie, wsparty przez pracowników transportu miejskiego Helsinek i linii lotniczych Finnair, kosztował stanowisko premiera Rinne, który nie był w stanie przekonująco wytłumaczyć, czy jego rząd starał się wcześniej ratować korzystny dla pracowników układ zbiorowy na poczcie i nie dopuścić do eskalacji sporu w państwowej spółce. Dziś w Finlandii zbiorowo zastrajkowali robotnicy zrzeszeni w związkach zawodowych Unia Przemysłowa i Trade Union Pro, co oznacza zatrzymanie kopalń, firm farmaceutycznych i innych wielkich zakładów przemysłowych. Solidarnościowo przerwali pracę również elektrycy i budowlańcy.
Głosując na socjaldemokratów, obywatelki i obywatele Finlandii liczyli na zatrzymanie polityki cięć i prób uelastyczniania rynku pracy, wbrew zasadom państwa opiekuńczego. I chociaż gabinet Anttiego Rinne faktycznie odszedł od liberalnego kursu poprzedniego prawicowego gabinetu, to ludzie oczekiwali więcej. Czy Sanna Marin będzie w stanie spełnić te nadzieje? Na razie jej partia traci w sondażach, a zyskują skrajnie prawicowi Finowie.

Finlandia: Liberałowie przeciwko socjaldemokratom

Premier Finlandii Antti Rinne podał się do dymisji, ale i tak będzie miał wiele do powiedzenia podczas formowania nowego gabinetu; nadal będzie to rząd Partii Socjaldemokratycznej, zielonych i centrystów. To nieoczekiwany skutek zwycięskiego strajku fińskich pocztowców.

To Partia Centrum, jedyny liberalny członek koalicji rządowej, ogłosiła, że straciła zaufanie do socjaldemokratycznego premiera. Oficjalnie nie dlatego, że strajk zakończył się podpisaniem porozumienia gwarantującego pracownikom sortowni paczek zachowanie dotychczasowych zarobków. Centryści stwierdzili, że nie ufają już premierowi, gdyż dawał niejasne wyjaśnienia w sprawie przedstrajkowych prób rozwiązania konfliktu w państwowej spółce pocztowej.
Przypomnijmy, że po proteście z rządu odeszła minister samorządu lokalnego i zarządzania własnością Sirpa Paatero, a Rinne zarzucił jej, że nie działała w sprawie Posti zgodnie z jego zaleceniami, w szczególności niedostatecznie stanowczo dała zarządowi poczty do zrozumienia, że priorytetem rządu jest zachowanie warunków pracy i płacy na dotychczasowym poziomie. Wcześniej natomiast zapewniał, że Paatero bardzo aktywnie upominała się o pracowników, czemu z kolei zaprzeczał zarząd poczty.
Portal Italehti opublikował jednak materiały, z których wynika, że intencje Partii Centrum mogły być inne. To wycieki z prywatnej grupy polityków Centrum na komunikatorze WhatsApp, gdzie były premier z ramienia centrystów, Juha Sipilä, wspierany przez prawe skrzydło klubu centrystów, sugeruje rozdmuchanie i wykorzystanie całej sytuacji, by zmusić Anttiego Rinne do odejścia. Politycy Centrum oczywiście zaprzeczają całej intrydze i twierdzą, że mieli w całej sprawie najczystsze intencje.
Pewne jest jedno: ani centryści, ani socjaldemokraci nie chcą nowych wyborów, bo tylko by na nich stracili. Społeczeństwo, które poparło w ostatnich wyborach lewicę, by powstrzymać politykę cięć i zagwarantować utrzymanie fińskiego modelu państwa socjalnego, jest przekonane, że rząd robi za mało – to pokazują ostatnie sondaże, gdzie łącznie 52 proc. odpowiadających wyraża rozczarowanie jego dotychczasową aktywnością. Jedyną partią wchodzącą w skład koalicji, której notowania rosną, jest jej człon najbardziej konsekwentny w lewicowych poglądach – Związek Lewicowy, formacja demokratycznych socjalistów. Centrum chce więc innego premiera, nie byłego związkowca, ale nie przedterminowych wyborów.
Kto może pokierować nowym rządem Finlandii? Zainteresowanie zgłosił już Antti Lidtman, obecnie szef klubu parlamentarnego Partii Socjaldemokratycznej oraz minister transportu i komunikacji Sanna Marin, również z SDP. Tymczasem będący w opozycji konserwatyści z Koalicji Narodowej domagają się, by rozmowy o nowym gabinecie uwzględniały wszystkie siły reprezentowane w fińskim parlamencie. Targi wokół nowego składu rządu mogą potrwać nawet kilka tygodni.

Chytry plan

Obecny rząd obniżył dla obywateli podatek PIT i CIT dla przedsiębiorstw. Obywatelom i firmom zrobił dobrze, ale beneficjentami tych podatków są przede wszystkim samorządy. Oznacza to, że do kas gminnych wpłynie mniej pieniędzy.

I dalej. Rząd dał podwyżki nauczycielom i bardzo dobrze, ale nie przekazał gminom pieniędzy na te podwyżki co jest jego (rządu)ustawowym obowiązkiem. Rządy od dawna skąpią obligatoryjnych pieniędzy na oświatę. Te luki uzupełniają samorządy z własnych pieniędzy oszczędzając na innych wydatkach. Rząd jednak nie obniżył, a obiecywał, np. podatku VAT. Bo ten zasila budżet państwa i wtedy na rządowe programy socjalne zabrakło by pieniędzy.
Będzie więc tak. Samorządy, którym zabrano wpływy ze wspomnianych podatków, a podwyższono np. ceny energii elektrycznej, a inne koszty też, np. inwestycji, szybują do góry, będą zmuszone do cięć w budżetach i uchwalania nowych podwyżek. To oczywiście wywoła niezadowolenie obywateli. Rząd wtedy powie. Obywatele widzicie jak jest. My wam zmniejszamy podatki, a samorządy, przecież nie przez nas głównie zarządzane, podwyższają wam ceny na wszystko co tylko możliwe. Kto tam będzie dochodził prawdy dlaczego tak się dzieje. Rząd jest dobry, bo obniża podatki, a samorządy są złe. bo podwyższają ceny gdzie się tylko da. Więc kto jest lepszy? Centralna władza PiS-owska, czy samorządowa niePiS-owska?
I taką narrację pewnie już szykuje na nowy rok rządowa propaganda. Dla wielu będzie to bardzo przekonywujący argument.

Niech wreszcie zaczną mniej truć

Na razie rzekome starania rządu o wyeliminowanie „kopciuchów”
sprowadzają się głównie do działań propagandowych.

Rządy Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły do tego, że mieszkańcy Polski muszą oddychać najbardziej zanieczyszczonym powietrzem w Europie.
Wprawdzie, jeżeli chodzi tylko o zatrucie powietrza w samych miastach, z wyłączeniem wszelkich obszarów pozamiejskich, to nieco gorzej od nas wypada Bułgaria – tam procentowo, zanotowano przekroczenie norm w większym odsetku miast niż w Polsce. Gdy jednak wziąć pod uwagę wielkość tych przekroczeń, jesteśmy absolutnie bezkonkurencyjni.
Wedle statystyk Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), obecnie wśród 50 miast w Unii Europejskiej z najbardziej skażonym powietrzem aż 36 leży w naszym kraju (wśród nich na niechlubnym podium jest kolejno Opoczno, Żywiec i Rybnik), a tylko 7 w Bułgarii. A przecież jeszcze bardziej trującym powietrzem często oddychają mieszkańcy małych polskich miejscowości.

Martwi ludzie

Skutki tego wszystkiego widzimy już w postaci zwiększonej umieralności. Podawane są różne liczby, mówiące o skali zgonów z powodu smogu: w 2017 r. wymieniano liczby 30 – 35 tys, obecnie mówi się już o prawie 70 tys. ofiar śmiertelnych rocznie.
Dokładniej zbadał to Narodowy Fundusz Zdrowia, który przeanalizował przyczyny wzrostu liczby zgonów w 2017 r. Okazało się, że szczególnie duża śmiertelność panowała w styczniu i lutym – dwóch miesiącach, w których najbardziej intensywnie pracuje system grzewczy, a ludzie najczęściej palą w piecach.
Najbardziej tragiczny był styczeń – w pierwszym miesiącu 2017 r. w Polsce zmarło o 23,5 proc. więcej ludzi, niż w styczniu rok wcześniej. Analiza tych zgonów dokonana przez specjalistów z NFZ dała jednoznaczny wynik. Narodowy Fundusz Zdrowia stwierdził w swym raporcie: „Średnie natężenie pyłów PM10 w powietrzu dla Polski w styczniu 2017 r. było na rekordowym poziomie. Ponadto w styczniu 2017 roku odnotowano najniższą średnią temperaturę powietrza w porównaniu do analogicznych okresów z zeszłych lat (..)Potencjalną przyczyną wzrostu liczby zgonów w styczniu 2017 r. jest skokowe pogorszenie jakości powietrza, które może rodzić gwałtowne konsekwencje zdrowotne u osób szczególnie podatnych”.
Te osoby szczególnie podatne to przede wszystkim dzieci i seniorzy, a także ludzie z dolegliwościami układu krążeniowo-oddechowego. To oni w pierwszej kolejności umierają z powodu zatrutego powietrza.

Martwe przepisy

Liderzy Prawa i Sprawiedliwości oczywiście nie poniosą żadnej realnej odpowiedzialności za śmierć kilkudziesięciu tysięcy Polaków. Ciąży na nich wprawdzie odpowiedzialność moralna, ale tym naturalnie nikt się nie przejmuje.
W Polsce od 1 lipca 2018 r. nie wolno sprzedawać pieców grzewczych na paliwo stałe nie spełniających wymogów najwyższej, piątej klasy ekologicznej.
Zakaz był tylko pustym przepisem, którego nikt nie egzekwował, toteż naturalnie pozostał na papierze.
Obecna ekipa wprawdzie się tym nie przejmowała – ale trudno było wciąż ignorować rosnące niezadowolenie elektoratu z powodu coraz bardziej zatrutego powietrza.Jadwiga Emilewicz, wcześniej minister przedsiębiorczości i technologii, a obecnie minister rozwoju oświadczyła więc: – Z obserwacji rynku kotłów na paliwo stałe wynika, że sprzedawcy nadal oferują urządzenia niespełniające wymagań rozporządzenia. To wpływa negatywnie nie tylko na jakość powietrza, a co za tym idzie na nasze zdrowie, ale jest także elementem nieuczciwej konkurencji. Nie zgadzamy się na reklamowanie urządzeń wysokoemisyjnych jako niskoemisyjnych, posługiwanie się fałszywymi świadectwami jakości lub sprzedaż kotłów bezklasowych pod innymi nazwami.

Może UE wymusi zmiany?

Kilka dni temu, 23 listopada weszła w życie znowelizowana ustawa Prawo Ochrony Środowiska. Nowelizacja ma wreszcie spowodować możliwość egzekwowania, martwego dotychczas, zakazu sprzedaży kopciuchów obowiązującego od 1 lipca ubiegłego roku.
Poniekąd wymusiła to na polskiej władzy Unia Europejska, bo od 1 stycznia 2020 r. kraje członkowskie będą musiały przestrzegać tzw. ekoprojektu, czyli proekologicznego rozporządzenia Komisji Europejskiej. Dzięki UE pojawił się więc cień szansy, że kiedyś powietrze w Polsce będzie nieco czystsze.
Nowelizacja Prawa Ochrony Środowiska ma wzmocnić uprawnienia organów Inspekcji Handlowej do sprawdzania, czy oferowane przez przedsiębiorców kotły na paliwo stałe o znamionowej mocy cieplnej nie większej niż 500 kilowatów (czyli używane do ogrzewania pomieszczeń przez gospodarstwa domowe oraz małe i średnie zakłady ) spełniają stosowne wymagania czystości emisji.
Zgodność tych pieców z wymaganiami będzie sprawdzania poprzez badania laboratoryjne oraz posiadanie odpowiedniej dokumentacji, świadectw i certyfikatów. Nowelizacja przydziela także instytucjom kontrolnym więcej kasy na przeprowadzanie laboratoryjnej weryfikacji oraz wprowadza bardziej szczegółowe definicje „kotła na paliwo stałe” oraz „wprowadzenia do obrotu” takiego kotła. Ma to utrudnić indywidualne sprowadzanie do Polski kopciuchów z innych państw.
Organy Inspekcji Handlowej będą mogły nakładać kary na firmy sprzedające takie piece – ale już nie na osoby prywatne. Oznacza to, że teoretycznie żaden przedsiębiorca nie ma prawa oferować pieców nie spełniających wymogów, ale każdy człowiek ma prawo taki piec kupić – i go używać (choć oczywiście nie ma prawa go używać tam, gdzie samorządy wprowadziły zakaz palenia paliwem stałym).

Żeby pokazać, że coś się robi

W rządzie postanowiono też wykonać dodatkowe propagandowe gesty, świadczące o tym, że władza jednak trochę stara się o promowanie czystszych źródeł ciepła.
Sprawa jest dosłownie paląca, bo na polski rynek trafia rocznie, wedle różnych szacunków od ponad 100 tys do prawie 250 tys. pieców na paliwa stałe. Ponieważ rządu to nie interesowało, to nie ma też żadnych dokładniejszych danych o ich sprzedaży. Organizacje pozarządowe oceniają jednak, że 20 – 25 proc. tych kotłów grzewczych to kopciuchy niespełniające żadnych wymagań.
Trudno całkowicie przejść nad tym do porządku dziennego, toteż rząd postanowił pokazać, że coś się robi. Na zlecenie Ministerstwa Rozwoju powstało więc oprogramowanie, które pozwoli Inspekcji Handlowej analizować oferty sprzedaży kotłów na paliwo stałe w internecie. Dzięki temu teoretycznie ma być łatwiej „namierzyć” sprzedawane kopciuchy.
Oprogramowanie umożliwi zautomatyzowaną weryfikację ogłoszeń o sprzedaży kotłów, zamieszczanych na portalach internetowych. Program ma wyłapywać te oferty, z których wynika, że urządzenie nie spełnia wymagań określonych w przepisach. Formalny dostęp do niego będą mieć pracownicy Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz wojewódzkich inspekcji handlowych.
Aplikacja ma wyszukiwać podejrzane oferty na podstawie następujących zwrotów, wskazujących na istnienie sprzeczności słów oferty z przepisami, np. „kocioł klasy 5 i inne parametry emisyjne”, „kocioł na zamówienie” czy „określona klasa kotła inna niż klasa 5”. Przypomnijmy, że piąta klasa to ta najczystsza, jedyna, której urządzenia teoretycznie można sprzedawać.
Wyłapywane też będą pojedyncze, podejrzane słowa, np. „ ruszty, ręczne” (nie mają ich piece na dozwolone paliwo płynne czy lotne), czy zakazany rodzaj paliwa (węgiel lub drewno).
Pierwsze kontrole ruszą już w grudniu. Inspekcja Handlowa będzie sprawdzać kotły na paliwo stałe o mocy cieplnej do 500 kW, dostępne w sklepach, hurtowniach, u producentów czy importerów.
Skontrolują najwyżej etykietki
Na razie, ponieważ pieniądze na kontrole zaplanowano w budżecie dopiero od 2020 r., IH skontroluje tylko dokumentację. W przyszłym roku będzie też zlecać badania laboratoryjne. Co roku ma dostawać na ten cel 900 tys. zł. Pozwoli to zbadać w laboratorium ok. 50 kotłów rocznie.
– Inspektorzy zostali odpowiednio przeszkoleni do kontroli kotłów. Wkrótce ogłosimy przetarg na wybór specjalistycznego laboratorium, które będzie je badać. Jednocześnie upowszechniamy wśród przedsiębiorców wiedzę o wymaganiach wobec kotłów na paliwo stałe. Na początku listopada wysłaliśmy pismo z wyjaśnieniami do dużych sieci marketów budowlanych oraz do stowarzyszeń producentów. Przygotowaliśmy także na naszej stronie internetowej kompendium wiedzy na ten temat – mówi Tomasz Chróstny, wiceprezes UOKiK.
Te 50 kotłów, które będzie można badać laboratoryjnie w ciągu roku to liczba śmiesznie mała, w porównaniu z ponad 100 tysiącami (najskromniej licząc) corocznie wprowadzanymi do obrotu.
Nikt zresztą nie ma specjalnych złudzeń, że nowe przepisy cokolwiek zmienią, jeśli rząd PiS nie wprowadzi pełnej rekompensaty za wymianę kopciucha na nowy, czysty piec.
A nie wprowadzi, bo ma w niewielkim poważaniu zdrowie i życie Polaków. Ważniejsze są wydatki na czczenie żołnierzy wyklętych i finansowanie propagandy sukcesu w rządowych mediach.
Na razie więc, żeby pokazać jakąś aktywność, UOKiK prowadzi wyrywkową kontrolę etykiet energetycznych na kotłach. Bada się, czy te etykiety są i czy zawierają prawidłowe sformułowania – ale już nie to, czy sformułowania na etykietach są zgodne z faktycznymi parametrami kotła…

Ceny energii idą w górę

Korzystanie z węgla sprawia, że polskie firmy muszą ponosić coraz wyższe opłaty z tytułu emisji CO2. W rezultacie będzie spadać konkurencyjność naszych przedsiębiorstw, co przełoży się na wolniejsze tempo rozwoju gospodarki.

Realne ceny energii w Polsce są dziś o wiele wyższe niż kilka lat temu – a to dopiero początek ich ostrego marszu w górę. Rząd PiS, walcząc o zwycięstwo w wyborach w tym roku dotował ceny energii, przeznaczając na ten cel dodatkowe środki z zaległych praw do emisji. Ceny są dotowane: dla odbiorcy indywidualnego w 100 proc., dla przedsiębiorców przynajmniej w połowie (Za pierwsze półrocze bieżącego roku firmom przysługują ceny energii z czerwca 2018. Nadpłaty mają być wyrównywane poprzez korekty w fakturach za kolejne miesiące).
Nie ma jednak środków na dotacje do cen energii w przyszłym roku. Jest już po wyborach, a napięty budżet pęka w szwach.
Znaczące podwyżki odczują zatem wszyscy, a Polska będzie miała jedne z najwyższych cen energii w regionie – ocenia Polskie Towarzystwo Gospodarcze.
Na wysokie ceny wpływają właśnie opłaty emisyjne. Stanowią one aktualnie 45-50 proc. kosztów energii w Polsce. W ciągu kilku lat cena opłat emisyjnych za tonę dwutlenku węgla wzrosła z 5 do 25 EUR. W lipcu tego roku został zaś dotychczasowy szczyt – uprawnienia kosztowały prawie 30 EUR. To nie koniec, bo Komisja Europejska postuluje, aby 30 EUR za tonę dwutlenku węgla było minimalną opłatą emisyjną. W związku z tym musimy być przygotowani na jeszcze wyższe ceny energii.
Inna ważna przyczyna wzrostu cen to polskie zapóźnienie energetyczne, pogłębiające się w ciągu ostatnich czterech lat. Mamy przestarzałe bloki energetyczne, których wydajność spada szczególnie w czasie upałów oraz niemodernizowaną infrastrukturę przesyłową. Tymczasem państwowe firmy energetyczne, zamiast inwestować w nowoczesność, angażują się w różne nierentowne przedsięwzięcia Skarbu Państwa.
Rosnące ceny energii to pożądany moment aby dokonać przeglądu energetycznego naszego przemysłu.
Różne maszyny mogą generować wyższe zużycie prądu, nawet nieużywane. Aby to sprawdzić trzeba zainstalować czujniki, które będą raportować zużycie energii przez poszczególne maszyny w danym czasie – proponuje Polskie Towarzystwo Gospodarcze,.
Jak szacuje PTG, dzięki wyeliminowaniu miejsc utraty energii można czasem zmniejszyć jej zużycie nawet o 30 proc. Warto też wyeliminować wszelkie miejsca utraty ciepła. Dotąd niewykorzystywane ciepło można zamienić na energię. Efektywność systemu skojarzonego w ten sposób także może być nawet o 30 proc. wyższa.
Może być – ale najpierw trzeba mieć pieniądze na takie działania, a rząd ani ich nie ma, ani nie spróbuje ich znaleźć. Będzie wiec tak jak u Kuby Sienkiewicza: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie dalej tak jak jest”. Przecież o nadmiernej energochłonności polskiej gospodarki mówi się od prawie pół wieku i zawsze z tak samo marnym skutkiem.
Tym niemniej, technologia idzie do przodu. Panele fotowoltaiczne są dziś o wiele bardziej wydajne niż dziesięć lat temu. Gwałtowny wzrost cen energii wywołany opłatami emisyjnymi CO2 spowodował, że produkowanie energii z odnawialnych źródeł zaczęło być bardziej konkurencyjne nawet bez rządowych dopłat. Cena energii z OZE kształtuje się dziś na poziomie 240-250 zł za megawatogodzinę. Gdy zważyć, że w przyszłym roku średnie ceny energii mogą osiągnąć 300-330 zł/MWh, ta różnica staje się interesująca.
Problem z OZE jest jednak taki, że nie są one pewnym źródłem energii. Najmniej stabilne są oczywiście farmy wiatrowe. Bardziej – ogniwa fotowoltaiczne, w których intensywność produkcji prądu można projektować poprzez ekspozycję na słońce. Generalnie, w związku z niestabilnością OZE, mogą one tylko częściowo pokrywać zapotrzebowanie na prąd.
Na razie jesteśmy skazani na proste spalanie węgla, bo rząd nie inwestuje w inne możliwości. Produkcja energii w Polsce będzie więc nadal w dużym stopniu zależeć od kosztów emisji CO2. Spowoduje to, że ceny prądu zapewne będziemy mieć najwyższe w regionie.
Przełoży się to oczywiście na niską konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Znalezienie rozwiązań, które zminimalizują negatywne efekty tej sytuacji jest naglącym wyzwaniem strategicznym państwa polskiego – ale obecna ekipa z pewnością nie podejmie takiego wyzwania.