Opowieści o szklanych domach

W świetle najnowszych obietnic rządu, budownictwo mieszkaniowe w Polsce czeka okres świetlanego rozwoju.

PiS zamierza wreszcie zatrzeć kompromitację, jaką było dotychczasowe fiasko programów mieszkaniowych, szumnie zapowiadanych przez to ugrupowanie. Dlatego Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji niektórych ustaw wspierających rozwój mieszkalnictwa.
Rząd obiecuje, że chce wspierać najemców mieszkań, którzy nie mają pieniędzy na opłacenie czynszu, bo z powodu pandemii COVID-19 utracili część dochodów. Niestety, ta chęć wsparcia ze strony rządu zaowocowała – jak to się często zdarza w przypadku Prawa i Sprawiedliwości – głównie działaniami pozornymi.
Zgodnie z decyzją rządu, dla najemców mieszkań dotkniętych pandemią koronawirusa wprowadzone zostaną dopłaty do czynszu (będą one stanowić część dodatków mieszkaniowych). Najemcom umożliwi to regularne opłacanie czynszu, a wynajmującym – zapewni płynność finansową, co pozwoli na regulowanie kredytów bankowych czy utrzymanie eksploatowanych mieszkań w właściwej kondycji technicznej.
Dopłaty do czynszu wyniosą maksymalnie 1,5 tys. zł miesięcznie (do 75 proc. czynszu). Będą wypłacane tylko przez 6 miesięcy. Jak komuś po tym okresie będzie się nadal kiepsko wiodło, to już trudno. W tym roku budżet państwa ma przeznaczyć na ten cel 420 mln zł.
Osoby pragnące skorzystać z dopłat będą musiały wykazać, że w okresie trzech miesięcy poprzedzających datę złożenia wniosku o przyznanie dodatku mieszkaniowego, ich średni miesięczny dochód był o co najmniej 25 proc. niższy niż w 2019 r. (przede wszystkim na podstawie zeznania PIT za 2019 r.). Dodatek mieszkaniowy powiększony o dopłatę będzie przysługiwał tylko wtedy, jeżeli ktoś był najemcą lokalu mieszkalnego przed 14 marca 2020 r., kiedy to oficjalnie zaczęła się w Polsce epidemia koronawirusa.
Wnioski o dopłaty do czynszu będzie można składać do końca 2020 r. Będą one mogły być przyznane wraz z dodatkiem mieszkaniowym także wstecznie, za cały okres od daty wprowadzenia stanu zagrożenia epidemicznego.
Problem jednak w tym, że z opisanej tu dopłaty do czynszu będzie mogła skorzystać bardzo niewielka część mieszkańców, którym się kiepsko wiedzie w wyniku pandemii koronawirusa. Tak bowiem zostały pomyślane te przepisy.
I tak, obejmą one tylko najemców – czyli o dopłatę nie będzie się mogła ubiegać większość mieszkańców naszego kraju, którzy zajmują mieszkania spółdzielcze, wykupione czy wybudowane za własne pieniądze. A ci ludzie przecież także zostali uderzeni po kieszeni przez epidemię.
Po drugie, z przepisów wynika, że dopłata do czynszu będzie przysługiwać wyłącznie ludziom którzy mają prawo do otrzymywania dodatku mieszkaniowego. Kryteria uprawniające do uzyskania tego dodatku są ustalane indywidualnie prez każdą z gmin w Polsce. Są więc zróżnicowane, ale przeważnie łączy je jedno – żeby móc uzyskać dodatek mieszkaniowy trzeba mieć bardzo niskie dochody i zajmować bardzo małe mieszkanie.
Po trzecie wreszcie: tylko spadek dochodów co najmniej o wspomniane 25 proc. daje prawo ubiegania się o dopłatę. Jeżeli czyjeś dochody spadły o 24 proc. – guzik dostanie. Granica jest ustalona sztywno. Rząd, chcąc zmniejszyć grono osób mogących dostawać dopłaty, świadomie zrezygnował bowiem z zasady „złotówka za złotówkę” (polegającej na tym, że wysokość wsparcia odpowiada wielkości ubytku w dochodach).
Tak więc, by mieć szanse na dopłatę do czynszu trzeba jednocześnie spełnić kilka warunków: mieszkać w mieszkaniu należącym do kogoś innego, mało zarabiać, mieć kiepskie warunki mieszkaniowe, stracić co najmniej 25 proc. dochodów w porównaniu z ubiegłym rokiem. Nie wiadomo, ile osób sprosta tak wyśrubowanym kryteriom – ale na pewno nie można mówić, że wsparcie dla poszkodowanych przez pandemię będzie powszechne.
Rada Ministrów przyjęła też przepisy, mające sprawić, że w Polsce zacznie się wreszcie budować więcej mieszkań. Zapowiedzi są daleko idące, jak zwykle zresztą w przypadku rządu PiS.
Gminy będą mogły otrzymać większe wsparcie na budowę mieszkań w Towarzystwach Budownictwa Społecznego. Bezwrotna pomoc finansowa dla gmin z Funduszu Dopłat w Banku Gospodarstwa Krajowego na budowę mieszkań w Towarzystwach Budownictwa Społecznego zwiększy się z 20 proc. kosztów inwestycji do nawet 35 proc. (w określonych przypadkach). Wypada mieć nadzieję, że państwowy BGK nie będzie kierował tego wsparcia przede wszystkim do gmin, w których rządzi PiS.
Istotną zmianą jest to, że wsparcie będzie mogło być uruchomione już na etapie realizacji inwestycji – żeby środki bezpośrednio pokrywały część kosztów, a nie refinansowały koszty już poniesione. Obecnie pieniądze są wypłacane dopiero po rozliczeniu inwestycji, co oznacza konieczność wcześniejszego zaangażowania własnych środków gminy.
Zwiększą się możliwości działania Krajowego Zasobu Nieruchomości. KZN będzie mógł tworzyć i przystępować do już istniejących Towarzystw Budownictwa Społecznego. Poza tym, w KZN powstanie Fundusz Rozwoju Społecznego Budownictwa Czynszowego. Środki Funduszu będą pochodziły ze zbycia nieruchomości KZN, które przeznaczane byłyby na wsparcie inwestycji w ramach TBS (w zamian za objęcie udziałów w Towarzystwach). Te pieniądze – na razie kompletnie nie wiadomo, o jakie sumy może chodzić – mają być wydawane właśnie na tworzenie TBS-ów przez Krajowy Zasób Nieruchomości lub na obejmowanie w nich udziałów. Możliwe będzie też współfinansowanie nowych inwestycji TBS przez KZN.
Uelastycznione zostaną zasady dotyczące wysokości czynszu w przypadku inwestowania przez TBS w odnawialne źródła energii, termomodernizację lub poprawę dostępności lokali dla seniorów i osób niepełnosprawnych.
Wprowadzone będą też premie remontowe na budynki TBS starsze niż 25 lat (obecnie ogólna zasada pozwala uzyskać premię na remont budynku wybudowanego przed 1961 r. czyli co najmniej sześćdziesięcioletniego. Rząd obiecuje też „wakacje czynszowe” dla lokatorów w TBS-ach (do 20 proc. obniżki czynszu), po spłacie kredytu przez TBS. Natomiast w przypadku stawiania przez TBS mieszkań z wyższym udziałem lokatora w kosztach budowy, przyjęta ma zostać możliwość zmiany umowy najmu na umowę najmu z dojściem do własności (czyli droższą).
Pytanie, czy te rozwiązania kiedykolwiek wejdą w życie i czy zdołają reanimować dogorywające TBS-y? Jeżeli nawet zdołają, to przecież TBS-y zajmują się tylko drobną częścią budownictwa mieszkaniowego w Polsce. Ogromną większość mieszkań stawiają firmy deweloperskie i spółdzielnie budowlano-mieszkaniowe. A wsparcie dla nich nie jest przewidziane.
Wprowadzone zostaną wreszcie dopłaty do czynszów w PiS-owskim programie „Mieszkanie na start”, który dotychczas zawiódł na całej linii. Dopłaty do czynszów mają być szansą dojścia do własności nowego mieszkania także dla osób uboższych, bez tzw. zdolności czynszowej. Dopłaty są przewidywane również dla lokatorów mieszkań wynajmowanych od inwestora przez gminę i podnajmowanych.
Ponadto, do 50 proc. kosztów podwyższona ma zostać wysokość finansowego wsparcia z Funduszu Dopłat na remont mieszkań komunalnych. Także do 50 proc. kosztów zwiększone zostaną nakłady na budowę nowych budynków komunalnych.
Zobaczymy, co w rzeczywistości zostanie z tego katalogu obietnic rządu – i czy spowodują one, że budowa mieszkań komunalnych w Polsce ruszy z kopyta.

Gospodarka 48 godzin

Internetowe obietnice

Rząd obiecuje, że w przyszłości więcej procedur budowlanych będzie można załatwiać przez internet. Kiedy konkretnie? Nie wiadomo. W każdym razie ma się pojawić możliwość składania niektórych wniosków i dokonywania zgłoszeń w procesie budowlanym w postaci elektronicznej. Powinno się to stać dzięki zapowiadanej cyfryzacji czynności inwestycyjno – budowlanych, którą stopniowo ma wdrażać Główny Urząd Nadzoru Budowlanego. Przez internet będzie możliwe m.in. zgłoszenie robót budowlanych (z wyjątkiem tych zgłoszeń, do których konieczne jest dołączenie projektu zagospodarowania działki lub terenu albo projektu architektoniczno-budowlanego), złożenie wniosku o pozwolenie na rozbiórkę, zgłoszenie rozbiórki, wniosku o wydanie decyzji o konieczności wejścia do sąsiedniego budynku czy lokalu lub na teren sąsiedniej nieruchomości, zgłoszenie zmiany sposobu użytkowania obiektu budowlanego lub jego części. Do zgłoszenia czy wniosku w przyszłości mają wystarczyc jedynie kopie wymaganych załączników, zamiast oryginałów. Umożliwi to obywatelowi załatwianie częsci spraw bez wychodzenia z domu. W tym celu, w nieokreślonej na razie przyszłości, uruchomiony zostanie tzw. generator, nad stworzeniem którego pracuje GUNB. Z generatora (jeśli powstanie) będzie można korzystać za pośrednictwem rządowej strony internetowej. Na tej stronie za pomocą generatora obywatel wypełni wniosek, zgłoszenie czy zawiadomienie, załączy skan lub zdjęcie wymaganych dokumentów (o ile ich oryginał posiada w postaci papierowej) – i wszystko to wyśle przez internet. „Zaproponowane rozwiązania znacznie usprawnią proces budowlany w Polsce i sprawią, że inwestycje będą realizowane sprawniej i szybciej” – obiecuje rząd.

Minimalne nie dla każdego

Rada Ministrów chce ustalić minimalne wynagrodzenie za pracę w 2021 r. na poziomie 2 800 zł brutto (co oznacza 2062 złotych netto czyli „na rękę”). Oznacza to wzrost minimalnego wynagrodzenia, które w tym roku wynosi 2600 zł (1921 zł na rękę) o 7,7 proc. Wzrost ten jest wprawdzie nominalny, trzeba więc od niego odliczyć tempo wzrostu cen, ale różnica 141 złotych miesięcznie daje się zauważyć. W rezultacie w przyszłym roku minimalne wynagrodzenie będzie stanowić 53,2 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej na 2021 r. Wprowadzenie wyższej płacy minimalnej spowoduje zwiększenie wydatków budżetu państwa o około 385,8 mln zł w przyszłym roku. Natomiast nowa minimalna stawka godzinowa w 2021 r. ma wynieść 18,30 zł (w 2020 r. było to 17 zł). Przyjęcie tej propozycji spowoduje zwiększenie wydatków budżetu państwa o ok. 2,5 mln zł. Problemem w Polsce już nie jest za niska kwota minimalnego wynagrodzenia, lecz to, że wiele osób zatrudnionych na ułamkach etatu czy na umowach śmieciowych nie ma szans na uzyskiwanie takich poborów.
Wzrost minimalnej płacy i stawki godzinowej, powodujący zwiększenie przyszłorocznych wydatków budżetowych o niespełna 390 mln zł jest niczym w porównaniu z kosztami waloryzacji rent i emerytur. Rada Ministrów zaplanowała, że wskaźnik waloryzacji emerytur i rent w 2021 r. wyniesie 103,84 proc. Zgodnie z polskim prawem, mniej już nie może wynieść. Koszt waloryzacji świadczeń emerytalno-rentowych i innych świadczeń z systemu powszechnego, rolniczego i mundurowego, przy takim wskaźniku oszacowano aż na 9,6 mld zł!. A przecież rząd podniesie renty i emerytury o najniższy, dopuszczalny ustawowo wskaźnik.

Władza nawet nie udaje sprzeciwu wobec Nord Stream 2

PiS-owscy prominenci w rozmowach z członkami władz Niemiec czy Rosji boją się, nomen omen, choćby pis-nąć, że są przeciwni budowie drugiej nitki gazociągu z Rosji do Niemiec.
Od pięciu lat polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi, mocno rozreklamowane postępowanie, mające ponoć zapobiec budowie gazociągu Nord Stream 2, biegnącego pod dnem Bałtyku z Rosji do Niemiec.
„Ponoć” – bo rzekome polskie starania o storpedowanie budowy drugiej nitki Nord Stream 2 to wyłącznie propaganda, która ma pokazać, jak to rząd PiS walczy o polskie interesy energetyczne. W rzeczywistości jest to jedynie teatr odgrywany przez prominentów PiS na użytek krajowy, bo na forum międzynarodowym, podczas spotkań z członkami władz Niemiec czy Rosji, przedstawiciele PiS-owskiego rządu boją się, nomen omen, choćby pis-nąć, że chcą wstrzymać budowę tego gazociągu.
Oficjalnie, władze Niemiec czy Rosji nawet nie wiedzą, że strona polska jest przeciwna tej budowie, bo przecież nikt z rządu PiS nie ośmielił się ich o tym zawiadomić w formalny sposób. Raz, miesiąc temu, na wspólnej konferencji prasowej polskiego i niemieckiego Ministra Spraw Zagranicznych w Warszawie, Jacek Czaputowicz w obecności szefa niemieckiego MSZ Heiko Maasa oświadczył, iż gazociąg Nord Stream 2 jest krytycznie oceniany przez Polskę, gdyż nie zapewnia bezpieczeństwa energetycznego Europie, uzależniając dostawy dużych ilości gazu od jednego dostawcy, jakim jest Gazprom.
Jednocześnie, polski minister stwierdził jednak, iż Polska dywersyfikuje dostawy gazu, popierając budowę gazociągu Baltic Pipe i sprowadzając gaz statkami do gazoportu w Świnoujściu. W ten sposób Jacek Czaputowicz osłabił swe wątlutkie „zdanie odrębne”, no bo skoro Polska kupuje coraz więcej gazu od dostawców innych, niż Gazprom, to uruchomienie Nord Stream 2 raczej jej nie zaszkodzi.
Znając faktyczną uległość PiS-owskiej ekipy wobec Niemiec, wydaje się zresztą, że wypowiedzenie tej jednej, krytycznej uwagi wobec Nord Stream 2 zostało uzgodnione ze stroną niemiecką – po to, żeby rząd PiS mógł zachować twarz i nie zmagał się z zarzutami, że nic nie robi dla zablokowania dokończenia budowy gazociągu.
W rzeczywistości, Niemcy i Rosja oczywiście wiedzą, że Polsce nie podoba się Nord Stream 2 – ale wiedzą to dzięki protestowi ekipy Platformy Obywatelskiej, która naprawdę, a nie tylko propagandowo, wystąpiła przeciwko budowie Nord Stream 2.
W 2017 r, Donald Tusk ówczesny przewodniczący Rady Europejskiej, napisał list do Jean-Claude Junckera, stwierdzając, iż gazociąg rosyjski będzie szkodliwy nie tylko dla Polski, ale dla całej Unii Europejskiej, gdyż jeszcze bardziej zwiększy uzależnienie Europy od rosyjskiego gazu i umocni pozycję Gazpromu jako dominującego dostawcy gazu do UE. Natomiast polska komisarz Elżbieta Bieńkowska, jako jedyna w całej Komisji Europejskiej jednoznacznie sprzeciwiła się budowie Nord Stream 2.
PIS-owscy prominenci nigdy nie odważą się na takie wystąpienia. Oni są mocni tylko w słowach, na krajowym podwórku – a nie w negocjacjach z reprezentantami władz innych państw.
W ten scenariusz lękliwego zaniechania dobrze wpisują się poczynania – czy raczej ich brak – Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Wedle oświadczeń szefostwa UOKiK, aktywność tego urzędu wygląda tak, że w czerwcu bieżącego roku prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowanie przeciw Gazpromowi za „brak współpracy” podczas prowadzonego dochodzenia antymonopolowego.
Ów brak współpracy, to niechęć rosyjskiego koncernu do udzielania prezesowi UOKiK-owi jakichkolwiek informacji. Gazpromowi, jak straszy UOKiK, za ów brak udzielenia informacji grozi kara w wysokości do 50 mln EUR, niezależna od konsekwencji wynikających z postępowania o dokonanie koncentracji firm budujących Nord Stream 2 bez zgody prezesa UOKiK.
Rzecz w tym, że Gazprom ma w głębokim poważaniu i polskie kary za „brak współpracy”, i rzekome „konsekwencje” mogące być efektem jakiegoś postępowania antymonopolowego w sprawie Nord Stream 2, prowadzonego jakoby przez UOKiK.
Jak zapewnia UOKiK, postępowanie w sprawie budowy gazociągu Nord Stream 2 rozpoczęło się w 2015 r. Wtedy to do UOKiK wpłynął, wymagany formalnie przez prawo unijne, wniosek sześciu spółek (Gazprom, Engie Energy, Uniper, OMV, Shell oraz Wintershall) o wydanie zgody na utworzenie wspólnego przedsiębiorstwa odpowiedzialnego za budowę i eksploatację gazociągu Nord Stream 2.
W 2016 r. UOKiK wydał zastrzeżenia do koncentracji, w których uznał, że planowana transakcja mogłaby doprowadzić do ograniczenia konkurencji i przedstawił swoje zastrzeżenia. PiS-owska propaganda sukcesu zaczęła zaś rozgłaszać, jak to dzięki skutecznym staraniom nowych władz, nasz kraj zatrzyma budowę Nord Stream 2. Zagraniczni przedsiębiorcy wycofali wniosek, co w teorii miało oznaczać brak połączenia. Tyle, że nie przejęli się oni zastrzeżeniami polskiego UOKiKu – i mimo to sześć spółek podpisało umowę na finansowanie gazociągu. Nasz urząd nie miał o tym pojęcia, dowiedział się o wszystkim dzięki informacjom z mediów.
W rezultacie, UOKiK powiadomił, iż rozpoczyna kolejne postępowanie przeciw Gazpromowi i jego pięciu kontrahentom – tym razem o dokonanie transakcji finansowania budowy gazociągu bez zgody UOKiK. Długo to trwało, ale wreszcie, po wystąpieniu Donalda Tuska i Elżbiety Bieńkowskiej, rząd PiS uznał, że trzeba pokazać, iż coś się robi w sprawie Nord Stream 2. Tak więc, w 2018 r. UOKiK postawił sześciu wspomnianym spółkom zarzuty finansowania budowy gazociągu bez wymaganej prawnie zgody.
Te przedsiębiorstwa naturalnie nie przejęły się doniesieniami o „zarzutach” jakie miał im postawić UOKiK – i dalej robiły swoje. Postępowanie, które w rzeczywistości nie zostało naprawdę rozpoczęte, odłożono zaś ad acta.
Czas jednak płynął, a polska opinia publiczna coraz wyraźniej zauważała zaś, że PiS-owska władza, wbrew swoim deklaracjom, nic nie robi, by zablokować Nord Stream 2. Trzeba było pokazać jakiś cień aktywności – więc po wielu miesiącach bezczynności, na początku 2020 r. prezes UOKiK zwrócił się do Gazpromu o przekazanie stronie polskiej dokumentów istotnych dla sprawy.
Chodziło tu o kontrakty zawarte przez spółkę zależną Gazpromu z pozostałymi firmami finansującymi budowę Nord Stream 2. Były to przede wszystkim umowy przesyłu, dystrybucji, sprzedaży, dostaw i magazynowania paliw gazowych. Oczywiście Gazprom olał polska prośbę. „Pomimo ciążącego na nim obowiązku współpracy z Urzędem przedsiębiorca nie przekazał tych informacji” – żalił się UOKiK.
Jak powiedział prezes UOKiK Tomasz Chróstny, przepisy są jasne i takie same dla wszystkich, jednak Gazprom kilkukrotnie odmówił przekazania dokumentów istotnych dla prowadzonego przez nas dochodzenia.
„Rosyjski potentat gazowy nie może działać ponad prawem, dlatego wszcząłem przeciwko Gazpromowi postępowanie w sprawie nałożenia kary za nieudzielenie informacji podczas prowadzonego postępowania. Zgodnie z prawem spółce grozi sankcja finansowa do wysokości 50 mln euro” – oświadczył Tomasz Chróstny.
Dodał on, że jeśli transakcja ma wpływ na krajowy rynek lub grupa kapitałowa osiąga na nim odpowiedni obrót, to także zagraniczny przedsiębiorca ma obowiązek zgłosić transakcję do urzędu antymonopolowego danego kraju i odpowiedzieć na jego wezwania. Podstawą tychże obowiązków są przepisy europejskie, na których opiera się polska ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów.
Nie trzeba dodawać, że Gazprom przejął się tym wystąpieniem Tomasza Chróstnego dokładnie tak samo, jak i innymi poczynaniami UOKiK w sprawie Nord Stream 2. Podobnie zachowują się i inni uczestnicy konsorcjum sześciu spółek. Gazprom to bowiem kolejna firma, która nie współpracowała z UOKiK w toku postępowania dotyczącego bezprawnego utworzenia podmiotu finansującego Nord Stream 2.
W ubiegłym roku UOKiK nałożył 172 mln zł kary na spółkę Engie Energy, która nie przekazała Urzędowi informacji o paliwach gazowych, m.in. umów przesyłu, dystrybucji, sprzedaży, dostaw czy magazynowania. Oczywiście wspomniana spółka także nie przejęła się tą karą – i nie zamierza płacić ani grosza. Strona polska ma zresztą tego świadomość, więc prezes UOKiK oświadczył, że urząd będzie się starał zrobić wszystko, by tę karę wyegzekwować – ale jak dodał, kara jest precedensowa, więc sposób jej egzekucji będzie też precedensowy. Dopowiedzmy tu, że po prostu żadnej egzekucji nie będzie.
Dziś prezes UOKiK próbuje robić dobrą minę do gry, w której nie ma szans na zwycięstwo. Oświadcza więc, że szczególnie naganne jest to, iż wielkie, międzynarodowe koncerny nie stosują się do obowiązujących przepisów prawa – ale zapewnia też, że jeśli ów brak współpracy miał spowolnić działania UOKiK w sprawie budowy Nord Stream 2, to te koncerny nie osiągnęły swego celu.
„Mamy już odpowiedni materiał dowodowy i zbliżamy się do końca dochodzenia w sprawie koncentracji bez uzyskania zgody UOKiK – mówi prezes Tomasz Chróstny. Przypomina, że za naruszenie zakazu dokonania koncentracji bez uzyskania zgody prezesa krajowego UOKiK grozi kara do 10 proc. rocznego obrotu przedsiębiorcy (co w przypadku tych sześciu spółek oznaczałoby gigantyczne sumy). Ponadto, jeżeli koncentracja została dokonana, a przywrócenie konkurencji na rynku nie jest możliwe, prezes Urzędu może nakazać zbycie całości lub części majątku przedsiębiorcy, udziałów lub akcji zapewniających kontrolę nad przedsiębiorcą, a także rozwiązanie spółki, nad którą przedsiębiorcy sprawują wspólną kontrolę.
Cóż, wszystko to być może, ale w rzeczywistości, te groźby UOKiK należy między bajki włożyć. Prezes Tomasz Chróstny ma tego świadomość, więc ostrożnie nie mówi, jaki może być ów koniec dochodzenia w sprawie UOKiK.
A prawda jest taka – o czym wszyscy wiedzą – że tylko ewentualne sankcje ze strony prezydenta Stanów Zjednoczonych mogą zagrozić dokończeniu drugiej nitki gazociągu z Rosji do Niemiec, nie zaś jakiekolwiek postępowanie podjęte przez UOKiK. Na cichy, dyskretny pisk PiS-owskiej ekipy nikt przecież nie zwraca uwagi.

Tysiące Bułgarów domaga się dymisji rządu

Stolicą Bułgarii wstrząsają protesty. Tysiące obywatelek i obywateli domaga się, by krajem przestała rządzić „mafia”, która w ich przekonaniu panuje nad rządem Bojko Borisowa i prokuraturą generalną kierowaną przez Iwana Geszewa. O „walce o nowoczesną Bułgarię” i „bitwie o godność” mówi prezydent Rumen Radew, który zażądał od Borisowa dymisji.

Gniew w Bułgarii narastał od kilku dni. 7 lipca Christo Iwanow, lider opozycyjnej partii Tak, Bułgaria! usiłował łodzią dostać się na plażę w pobliżu rezydencji Ahmeda Dogana, założyciela Ruchu na rzecz Praw i Swobód – partii reprezentującej mniejszość turecką i bułgarskich muzułmanów. Dogan uważany jest za wpływową figurę bułgarskiej polityki, osobę bliską premierowi Bojko Borisowi, a jego rezydencja w pobliżu Burgas od dawna była przedmiotem zainteresowania krytycznych dzienikarzy. Chociaż brzeg morza nie jest własnością prywatną, Iwanow został wypędzony z plaży przez ochroniarzy, którzy okazali się funkcjonariuszami państwowej Narodowej Służby Ochrony (NSO). Sprawę skomentował prezydent Rumen Radew, stwierdzając, że nie ma żadnego powodu, dla którego państwowe służby powinny ochraniać nieruchomość Dogana.
Dzień później, 9 lipca, policja, na polecenie prokuratury, wkroczyła do kancelarii prezydenta. Mundurowi przeprowadzili przeszukanie u prezydenckiego doradcy ds. prawnych i walki z korupcją Płamena Uzunowa oraz w gabinecie doradcy ds. bezpieczeństwa i obrony Iliji Miłuszewa. Obydwaj zostali ponadto przesłuchani, według prokuratury – w związku ze śledztwami odpowiednio dotyczącymi złamania tajemnicy państwowej i nadużyć. Prokurator generalny Iwan Geszew zapewniał, że między skandalem z willą Dogana a najściem na prezydenckie biura nie ma związku, jednak tysiące obywateli i obywatelek mu nie uwierzyło.
Zwolennicy prezydenta jeszcze tego samego dnia zaczęli gromadzić się pod pałacem prezydenckim w Sofii. Do wsparcia prezydenta i protestu przeciwko działaniom Geszewa wezwała organizacja „Sprawiedliwość dla wszystkich”. Rumen Radew przemówił do zebranych, wzywając do oczyszczenia rządu i prokuratury z przedstawicieli mafii. Prezydent, sprawujący urząd od 2015 r. i wybrany z poparciem Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, daleko nie pierwszy raz występuje z podobnymi zarzutami pod adresem rządu Borisowa i partii GERB. Konflikt między głową państwa i szefem rządu trwa od dawna; w ubiegłym roku Radew sprzeciwiał się powierzeniu Iwanowi Geszewowi stanowiska prokuratora generalnego.
– Zwolennicy Radewa uważają go za prawdziwego bułgarskiego męża stanu: niezależnego, stanowczego, wyważonego, uczciwego człowieka. Integruje zarówno starsze, jak i młode pokolenie, wszystkich, którzy są zniesmaczeni postępowaniem obecnych władz Bułgarii – tłumaczy w rozmowie z Portalem Strajk Władimir Mitew, bułgarski dziennikarz, redaktor lewicowego portalu Barikada. – To Radew twierdził, że obecne elity są skorumpowane, a mafia powinna zostać przepędzona. Radew już w swojej kampanii wyborczej (w 2016 r. – przyp. MKF) atakował GERB za korupcję i zdobył poparcie ludzi zarówno o lewicowych, jak i prawicowych poglądach. Mówił rzeczy, które ludzie chcieli usłyszeć, i które teraz są powtarzane. Wygląda na to, że jest konsekwentny, obecnie stał się wyrazicielem społecznego niezadowolenia. Jakie będą tego efekty? Za wcześnie, by prognozować; trzeba dalej przyglądać się biegowi wypadków.
A te na razie rozwijają się w sposób dla Bułgarii co najmniej rzadki: zarówno 10, jak i 11 lipca tysiące protestujących przemaszerowało przez historyczne centrum Sofii spod budynku pałacu prezydenckiego na Most Orłów. Ostatni raz podobne tłumy gromadziły się w stolicy na demonstracjach w 2014 r. W sobotę 11 lipca Rumen Radew oficjalnie wezwał Bojko Borisowa i Iwana Geszewa, by podali się do dymisji. Tylko w ten sposób jego zdaniem kryzys może zostać zażegnany. – To bitwa o naszą godność, nasze dzieci, naszą przyszłość, to bitwa o uczciwą, nowoczesną, europejską Bułgarię – mówił. Protesty miały miejsce również w Płowdiwie, drugim co do wielkości mieście w kraju.
Uczestnicy demonstracji wyrażają wściekłość nie tylko z powodu ostatnich wydarzeń. Korupcja, samowola władz, bieda, upadek usług publicznych i podstawowej infrastruktury trawiły kraj od lat. 2 mln Bułgarów już wyemigrowało, nie widząc dla siebie perspektyw godnej pracy i życia w ojczyźnie. W 2018 r. ubóstwem i wykluczeniem społecznym było zagrożonych 32,8 proc. obywateli bałkańskiego kraju– był to najgorszy wynik w Unii Europejskiej.
Na demonstracjach pojawili się wszyscy niezadowoleni z rządów GERB – z jednej strony przedstawiciele Bułgarskiej Partii Socjalistycznej na czele z jej przewodniczącą Korneliją Ninową, z drugiej – bułgarscy nacjonaliści. Niekiedy podczas protestów dały się zauważyć akcenty antytureckie – jak wtedy, gdy obecnie rządzących Bułgarią obraźliwie nazywano „janczarami”. Równocześnie Rumena Radewa poparł w wywiadzie dla bułgarskiej telewizji państwowej Cwetan Cwetanow, były minister spraw wewnętrznych i wiceprzewodniczący GERB. Ruch „Sprawiedliwość dla wszystkich” wzywa, by mimo różnic w poglądach jednoczyć się w obronie demokracji, wolności i prymatu prawa nad samowolą rządzących. Część uczestników zapewnia z kolei, że protesty są apolityczne, ponad podziałami na prawicę i lewicę, gdyż gniew wywołany przez arogancję ludzi takich jak Geszew, Borisow czy Dogan jest uniwersalny. – To również pokrywa się z retoryką Rumena Radewa, który podkreśla, że jest osobą ponad podziałem partyjnym, zwolennikiem uczciwości i godności – mówi Władimir Mitew.
Trudno na razie powiedzieć, jakie stanowisko wobec protestów w Bułgarii zajmie Unia Europejska czy USA. Europejska Partia Ludowa, do której należy GERB, zadeklarowała już poparcie dla rządu Bojko Borisowa. Swoich zwolenników w Europie ma jednak również Rumen Radew, a socjalistyczni eurodeputowani z Bułgarii mają zamiar zorganizować w Europarlamencie wysłuchanie, by przedstawić sytuację w Sofii z perspektywy protestujących.
W końcu premier Bułgarii Bojko Borisow rzuca na pożarcie trzech ministrów swojego rządu, ale sam odchodzić nie zamierza. A tego właśnie domagają się uczestnicy protestów na ulicach Sofii, trwających już od tygodnia.
Siódmego wieczora z rzędu, pod budynkami, w których pracują bułgarski rząd i prezydent – obiekty te znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie – zgromadził się kilkutysięczny tłum. Główny postulat protestujących to dymisja Bojko Borisowa i całego rządu tworzonego przez partię GERB. Korupcja, nepotyzm i nadużycia jej polityków przez wiele lat były akceptowane przez Bułgarów w milczeniu. Teraz przynajmniej część społeczeństwa ma już ich naprawdę dość. Jak iskra na proch podziałały dwa incydenty. W ubiegły wtorek polityk małej opozycyjnej partii Tak, Bułgaria! udowodnił, że willa Ahmeda Dogana, lidera mniejszości tureckiej w Bułgarii związanego z ekipą Borisowa, jest bez żadnej podstawy prawnej ochraniana przez państwowe służby. Dwa dni później prokurator generalny Iwan Geszew, nominat i protegowany Borisowa, polecił policji przeszukać biura w kancelarii prezydenta Radewa.
Na protestach gromadzą się zarówno politycy i zwolennicy Bułgarskiej Partii Socjalistycznej (w wielu punktach podobnej do polskiego SLD), jak i sympatycy narodowej prawicy czy też ludzie, którzy wierzą, że uzdrowicielem państwa mógłby być prezydent Rumen Radew. To on od kilku miesięcy prowadził głośny w mediach spór z Borisowem, zarzucał mu, że jego rząd opanowała „mafia”, a w ubiegłym tygodniu rzucił hasło dymisji premiera.
Protesty w Sofii. Demonstrantka trzyma transparent z napisem „Bułgaria nie będzie folwarkiem Orwella”/ fot. Iskra Baewa
Bojko Borisow poddawać się nie ma zamiaru. W środę poinformował, iż po rozmowach w partyjnym gronie postanowiono, iż odejść powinni minister spraw wewnętrznych Mładen Marinow, minister finansów Władisław Goranow oraz kierująca resortem gospodarki i demografii Marijana Nikołowa. To politycy, o których od dawna spekulowano, iż są tylko marionetkami, ludźmi Ahmeda Dogana i innego bułgarskiego oligarchy związanego z GERB, Deljana Peewskiego. Protestujący przed budynkami rządowymi przyjęli tę wiadomość z entuzjazmem, ale po pierwszej radości natychmiast zaczęli skandować, że to nie wystarczy.
Organizacje zajmujące się walką z korupcją oraz lewicowi komentatorzy od dawna opisują Bułgarię jako państwo niemal całkowicie zawłaszczone: GERB ma nie tylko parlamentarną większość, ale też oddał rynek medialny w ręce przychylnych sobie oligarchów, swoimi ludźmi obsadził prokuratury i sądy. Transparency International w swoim rankingu przejrzystości życia publicznego od siedmiu lat umieszcza Bułgarię na ostatnim miejscu wśród państw UE. – Ludzie nie chcą już obecnego, oligarchicznego modelu władzy – powiedział podczas protestów prezydent Rumen Radew.

Gospodarka 48 godzin

Czy RSP przetrwają?
Rolnicze Spółdzielnie Produkcyjne – ten relikt czasów „głębokiej komuny” (tworzono je, często przymusowo w latach 1950–1956, a potem zezwolono na ich likwidację, co też często nastąpiło) – przetrwały aż do dziś. Wciąż doceniany jest model wspólnego gospodarowania rolników na wniesionej przez nich do spółdzielni ziemi. Dziś istnieje jeszcze prawie 700 Rolniczych Spółdzielni Produkcyjnych a należy do nich około 40 tys osób. Okazuje się jednak, że za sprawą rządu PiS, mogą już nie przeżyć czasu pandemii. Dziś bowiem odmawia się im udzielania subwencji w ramach Tarczy Finansowej, w przypadku, gdy jakaś spółdzielnia nie zatrudnia żadnej osoby na podstawie stosunku pracy, a pracę w niej wykonują wyłącznie członkowie spółdzielni. Specyfika zatrudniania w tych spółdzielniach nie została uwzględniona w rządowej tarczy finansowej. W rezultacie, banki ochoczo odmawiają pomocy finansowej, powołują się na materiały informacyjne zamieszczone na stronie internetowej państwowego Polskiego Funduszu Rozwoju. W dodatku RSP, które charakteryzuje prowadzenie wspólnego gospodarstwa rolnego, nie otrzymały jeszcze pełnych odszkodowań tzw. suszowych. Krajowa Rada Spółdzielcza poinformowała Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi o trudnej sytuacji ekonomicznej części spółdzielni, którą jeszcze pogorszył spadek cen produktów rolnych (drobiu, wołowiny, mleka, wieprzowiny) w wyniku załamania się ich eksportu na skutek pandemii COVID-19.

Rząd szkodzi zdrowiu

W Polsce brak jasno i kompleksowo sprecyzowanej strategii walki z koronawirusem i panuje niespójna polityka informacyjna rządu związana z epidemią COVID-19. Brak też przygotowanych przez Ministerstwo Zdrowia procedur poboru osocza ozdrowieńców – a są one pilnie potrzebne do produkcji leku przeciw koronawirusowi. Ponadto nastąpiła próba ukrytego zaostrzenia, w ramach uchwalonej Tarczy Antykryzysowej 4.0, odpowiedzialności karnej lekarzy i lekarzy dentystów za błędy medyczne. Ponadto, brakuje do tej pory ustawy o powołaniu Funduszu Medycznego w wysokości 2,7 mld zł, przeznaczonego na leczenie onkologiczne i chorób rzadkich, inwestycje oraz profilaktykę – chociaż decyzja w sprawie takiego Funduszu zapadła 6 marca, po tym jak Sejm zatwierdził dotację dla TVP w wysokości 2 mld zł. W przypadku ochrony zdrowia, rząd niestety nie zaproponował dotąd pakietu rozwiązań, jak zrobił to w odniesieniu do pozostałych gałęzi gospodarki, który pozwoliłby jednostkom ochrony zdrowia złagodzić wielopłaszczyznowe skutki pandemii oraz planować racjonalnie działania przynajmniej do końca tego roku Wszystkie te krytyczne uwagi pod adresem rządu PiS sformułowała organizacja przedsięborców Business Centre Club. „Zauważalny w ostatnich miesiącach spadek wpływu składek zdrowotnych do NFZ będzie potęgował zjawisko pogłębiającego się kryzysu w ochronie zdrowia. Ta sytuacja pokazuje, że rząd nadal nie tylko nie dotrzymuje danego słowa o priorytetowym rozwiązywaniu nabrzmiałych problemów ochrony zdrowia, ale jeszcze w dobie koronawirusa, poprzez brak stosownych planów pomocy, problemy te pogłębia”. – stwierdziła Anna Janczewska, ekspert ds. ochrony zdrowia w BCC.

Gospodarka 48 godzin

Festiwal obietnic
W ramach starań na rzecz reelekcji Andrzeja Dudy, Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Rząd chwali się więc, że przygotował korzystne zmiany dla emerytów urodzonych w 1953 r., którzy stracili na wprowadzeniu w 2013 r. nowych zasad obliczania emerytury. Cześć z nich ma otrzymać średnią miesięczną podwyżkę na poziomie ponad 1,4 tys. zł, a część wyrównanie roczne – średnio o ponad 12 tys. zł, oraz przeciętną miesięczną podwyżkę o ok. 200 zł. Na zmianach skorzysta ok. 74 tys. osób. W 2013 r. zmieniono zasady obliczania wysokości świadczenia emerytalnego osobom pobierającym wcześniejszą emeryturę, wprowadzając mniej korzystne rozwiązanie. Chodzi o odliczenie od podstawy obliczenia emerytury powszechnej pobranych dotychczas kwot emerytur wcześniejszych. Roczniki, które do 2013 r. osiągnęły powszechny wiek emerytalny skorzystały z możliwości obliczenia wysokości emerytury według dotychczasowych – korzystniejszych dla nich zasad. Takiej możliwości nie miał rocznik 1953.
Rada Ministrów obiecuje zatem, że wyższą emeryturę będą otrzymywać te kobiety i mężczyźni urodzeni w 1953 r., którzy pobierają lub pobierali wcześniejsze emerytury; otrzymali prawo do wcześniejszej emerytury przed 1 stycznia 2013 r.; kiedykolwiek wystąpili o emeryturę według nowych zasad, przyznawaną po ukończeniu ustawowego wieku emerytalnego zaś emerytura ta została ustalona z pomniejszeniem podstawy obliczenia o sumę kwot pobranych wcześniejszych emerytur. A także ci, którzy nie wystąpili dotychczas o emeryturą powszechną, a wystąpią o nią w lipcu 2020 r. Nie wiadomo, co w rzeczywistości zostanie zrealizowane z tych rządowych wypowiedzi. Jedno, co dziś wiadomo, to to, iż precyzyjnie podana liczba 74 tys. osób to kropelka w całym morzu polskich emerytów.
Ponadto Rada Ministrów znowelizowała program wieloletni pod nazwą „Program Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023 (z perspektywą do 2025 r.)”. Rząd obiecuje, że przeznaczy dodatkowo ponad 21 mld zł na ów program. Więcej pieniędzy ma zostać przewidzianych m.in. na budowę dróg ekspresowych S6 od Koszalina do obwodnicy Trójmiasta oraz S10, Toruń – Bydgoszcz. „Zwiększenie środków na drogi będzie korzystne dla polskiej gospodarki, która wychodzi z kryzysu wywołanego przez COVID-19. Realizacja przedsięwzięć drogowych wpisuje się także w plan inwestycji strategicznych zaproponowany przez prezydenta Andrzeja Dudę” – stwierdza Rada Ministrów.
Zapowiadany wzrost wydatków Programu Budowy Dróg Krajowych o ponad 21 mld zł ma zacząć się najwcześniej dopiero w 2022 r. i trwać przez kilka lat. Odległa to więc perspektywa. Niestety, zakres obietnic rządu PiS tak dalece przekracza to co rząd faktycznie realizuje, że jak dotychczas, mimo gorączkowych prób, przed wyborami prezydenckimi nie udało się niczego uroczyście otworzyć, ani z wielką pompą przeciąć żadnej wstęgi. Może więc kierownictwo partii i rządu jeszcze raz wkopałoby w plażę, tak jak prezes Jarosław Kaczyński przed wyborami samorządowymi w październiku 2018, kijek mający pokazywać, gdzie kiedyś przebiegnie przekop przez Mierzeję Wiślaną. Możnaby wtedy zaintonować sławną pieśń: „Hej młody Junaku, smutek zwalcz i strach! Przecież na tym piachu za trzydzieści lat, przebiegnie być może jasny, długi prosty, szeroki jak rzeka kanał mierzejkowski. I z brzegiem zepnie drugi brzeg, na którym twój ojciec legł!”.

Gospodarka 48 godzin

Wzrost w sieci Zamrożenie gospodarki zmieniło zwyczaje zakupowe Polaków. Wiele osób, z uwagi na swoje bezpieczeństwo przeniosło robienie zakupów do sieci. Główny Urząd Statystyczny podał dane o sprzedaży on-line po wybuchu epidemii. Wynika z nich, że prawie o jedną trzecią wzrosła w kwietniu sprzedaż detaliczna przez internet (w porównaniu z danymi z marca 2020). Nigdy wcześniej nie było tak wielkiego przyrostu w ciągu jednego miesiąca – częściowo wymuszonego poprzez zamknięcie wielu placówek handlowych. Według obliczeń GUS, w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2020 roku udział e-commerce w całej sprzedaży krajowej zwiększył się niemal dwukrotnie w stosunku do tego samego okresu 2019 r. –  z 6,3 proc. do 11,9 proc. Tempo wzrostu jest duże, ale sprzedaż internetowa cały czas stanowi tylko drobną część wszystkich zakupów robionych przez Polaków.

TVP „zwycięża” pandemię
Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie potrafi podjąć skutecznej walki z epidemią koronawirusa w Polsce. To nie tylko nieudolność. Nie widać także, aby jakoś się on przykładał do ograniczenia rozmiarów pandemii, gdyż podstawową pracą wykonywaną obecnie przez ekipę rządzącą jest działanie na rzecz zwycięstwa wyborczego Andrzeja Dudy. Tymczasem w naszym kraju wciąż rośnie liczba zgonów i przypadków COViD 19, a pod względem nasilenia nowych zakażeń Polska należy do niechlubnej czołówki Europy. Natomiast jeśli chodzi o liczbę wykonywanych testów, to przeciwnie, jesteśmy pod koniec listy państw naszego kontynentu. Ponura prawda o nieudolności i nieskuteczności rządu PiS w walce z pandemią mogłaby znacząco zmniejszyć szanse wyborcze Andrzeja Dudy. Wprawdzie inne, pozarządowe media nie przemilczają epidemii, ale wiadomo, że elektorat PiS to w dużym stopniu widzowie rządowej TVP. Dlatego właśnie temat pandemii koronawirusa został ograniczony do minimum w PiS-owskiej telewizji „publicznej”. Od dłuższego czasu jeżeli w Wiadomościach w ogóle pojawiają się informacje o zgonach i nowych zakażeniach, to głównie przez moment na małym pasku na dole ekranu. W zasadniczym przekazie mówi się natomiast o ozdrowieńcach. A skoro epidemia znika z PiS-owskiej telewizji to publiczność powinna odnieść wrażenie, że znika w ogóle. Udający dziennikarzy propagandyści z TVP próbują więc wmawiać telewidzom, że pandemia jest w odwrocie, a światłe działania rządu przynoszą same sukcesy w walce z koronawirusem. Zmienił się też sposób narracji ze strony rządu. Przez wiele tygodni było to typowe PiS-owskie samochwalstwo uprawiane przez przedstawicieli tej ekipy. Gdy jednak okazało się, że propagandowymi bajkami trudno zasłonić prawdę o nieskuteczności władzy PiS w walce z pandemią, to oprócz mówienia o rzekomych sukcesach rządowych zaczęto prezentować akcenty krytyczne wobec społeczeństwa – że zbyt lekkomyślnie rezygnuje z izolowania się, że nazbyt optymistycznie zapomina o doświadczeniach Włoch czy Wielkiej Brytanii, że nie bardzo przestrzega ograniczeń. Słowem, przekaz jest taki, że jeśli są sukcesy, to jest to zasługa rządu PiS. Jeśli są zaś kłopoty, to winę ponosi kto inny. To zgodne z podstawową zasadą obecnej ekipy: nigdy nie przyznawać się do żadnego błędu i poczuwać do jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Rząd PiS nie radzi sobie z koronawirusem

Nieudolne, nieprzemyślane, błędne, chaotyczne, mało energiczne, spóźnione – takie są działania administracji państwowej mające zwalczać pandemię.
To, iż rząd Prawa i Sprawiedliwości nie umie podjąć skutecznej walki z epidemią stanowi najważniejszy wniosek, jaki można wyciągnąć z rezultatów ogólnopolskiego badania empirycznego na temat zwalczania koronawirusa w ocenie pracowników ochrony zdrowia.
Ponad 80 proc. ankietowanych pracowników ochrony zdrowia uważa, że w dobie pandemii poziom zaopatrzenia placówek medycznych w środki ochrony osobistej jest skrajnie niewystarczający.
Wobec niezapewnienia przez administrację publiczną środków ochrony osobistej w placówkach medycznych, ich pracownicy w inny sposób próbują pozyskiwać te środki. 66 proc. badanych kupuje je samodzielnie, 44 proc. otrzymuje od darczyńców, 34 proc. dostaje od zwierzchników, a 11 proc. pozyskuje z innych źródeł.
65 proc. respondentów wskazuje, że zdarza im się pracować bez pełnego zabezpieczenia w środki ochrony indywidualnej, jak maseczki, kombinezony czy rękawiczki jednorazowe, i to nawet w placówkach, gdzie występuje COVID-19. Zdaniem ankietowanych zagraża to ich życiu i zdrowiu, jak również naraża zdrowie pacjentów.
Brak środków ochrony indywidualnej badani uznają za jedną z najistotniejszych przyczyn rozprzestrzeniania się epidemii i poważne zaniedbanie władz publicznych.
Jedna trzecia badanych pracowników sektora ochrony zdrowia nie poznała procedur antycovidowych, określających zasady postępowania z pacjentami podejrzewającymi u siebie zakażenie SARS-CoV-2. Chodzi tu np. o procedurę określającą, dokąd skierować pacjenta w celu wykonania diagnostyki, oraz jakie kolejno kroki powinien podjąć pacjent podejrzewający u siebie zakażenie.
69 proc. respondentów uznaje, że powyższe procedury nie funkcjonują w praktyce w sposób prawidłowy i efektywny, a przeciwnego zdania jest zaledwie 14 proc. badanych.
W ocenie ankietowanych, nieefektywność procedur powoduje, że zarządzanie epidemią jawi się jako chaotyczne, bezplanowe, przypadkowe oraz odbywa się z naruszeniem interesów i praw pacjentów.
Badani jeszcze bardziej krytycznie oceniają działanie procedur określających zasady postępowania z pacjentami, u których potwierdzono zakażenie SARS-CoV-2. 78 proc. ankietowanych uznaje, że procedury te nie funkcjonują w sposób prawidłowy i efektywny, a tylko 8 proc. respondentów przyznaje im ocenę pozytywną. Z wywiadów przeprowadzonych w toku badania wynika, iż nieefektywność tych procedur (np. błędy w zasadach izolacji chorych) może stanowić poważne zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów.
Jedną z przyczyn, dla których wskazane powyżej procedury nie funkcjonują właściwie w praktyce, jest niska jakość komunikacji pomiędzy administracją publiczną a sektorem ochrony zdrowia.
Aż 72 proc. badanych oświadcza, że nigdy nie otrzymało informacji o organizowaniu przez instytucje administracji publicznej szkoleń, seminariów lub innego rodzaju spotkań informacyjnych (także w formie zdalnej, np. webinarium), których celem byłoby zapoznanie pracowników ochrony zdrowia z obowiązującymi w Polsce procedurami określającymi zasady postępowania z pacjentami podejrzanymi o zakażenie SARS-CoV-2?
68 proc. respondentów nigdy nie uczestniczyło w takich szkoleniach. Udział w szkoleniach potwierdziło zaledwie 32 proc. ankietowanych, z czego tylko 11 proc. uczestniczyło w nich więcej niż jeden raz.
Ponad 85 proc. badanych uznaje za konieczne przeprowadzanie profilaktycznych testów na koronawirusa wśród personelu medycznego. Brak takich testów badani uznają za naruszenie ich praw pracowniczych i przepisów BHP.
Wszystkie te wyniki dowodzą tego, jak kłamliwy jest rządowy przekaz o tym, jakoby rząd PiS dobrze przygotował kraj do nadejścia koronawirusa i skutecznie walczył z pandemią. Otóż, jest dokładnie odwrotnie, co zresztą chyba wszyscy już widzimy. Propagandowe kłamstwa w PiS-owskich mediach „publicznych” tego nie ukryją.
Podane wcześniej rezultaty ankietowe to tylko kilka najważniejszych, wybranych wniosków z ogólnopolskiego badania na temat zarządzania epidemią koronawirusa w ocenie pracowników ochrony zdrowia. Badanie w okresie od 20 kwietnia do 20 maja br. zrealizował Instytut Nauk o Zarządzaniu i Jakości Wyższej Szkoły Humanitas w Sosnowcu. Wzięli w nim udział lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni i menedżerowie ochrony zdrowia.
Autorzy badań zapytali ich o ocenę rozmaitych aspektów zarządzania epidemią koronawirusa – od kwestii jakości opracowanych procedur epidemicznych, po zagadnienie zaopatrzenia szpitali i przychodni w środki ochrony osobistej dla personelu medycznego. Badanie „Wybrane aspekty zarządzania epidemią SARS-COV-2 w percepcji pracowników sektora ochrony zdrowia” zrealizowane zostało z wykorzystaniem techniki ankiety oraz wywiadów pogłębionych. Uzyskano więc nie tylko dane liczbowe, ale także cenne komentarze i opinie pracowników ochrony zdrowia pokazujące kulisy walki z epidemią oczami lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych.

-W naszej uczelni zatrudniamy wielu nauczycieli akademickich, pracujących również w ochronie zdrowia. To oni zainspirowali nas do przeprowadzenia badań. Badanie zrealizowaliśmy na grupie najistotniejszej z punktu widzenia skuteczności walki z epidemią. Nasi ankietowani są „na pierwszej linii frontu” i mają najszerszą wiedzę na temat tego, jak zarządzanie epidemią wygląda w praktyce. Gdzie jest dobrze, a gdzie zmierzamy ku katastrofie. Wnioski z badań mogą być ciekawym materiałem dla rządzących i pomóc w poprawieniu wielu błędów, które popełniono na pierwszym etapie zwalczania koronawirusa – mówi prof. ucz. dr hab. Michał Kaczmarczyk, kierownik projektu badawczego.
Może w wielu krajach Europy pandemia już zanika, ale nasza batalia z COVID-19 wciąż dopiero się nasila i nie wiemy, jak długo jeszcze potrwa. Mądry, skuteczny rząd powinien posłuchać lekarzy i menedżerów ochrony zdrowia, którzy podpowiadają co zrobić, by tę batalię toczyć skuteczniej. Nie można jednak tego oczekiwać po ekipie z PiS.

Igranie życiem obywateli

Pandemia koronawirusa zbiera w Polsce coraz tragiczniejsze żniwo. Znowu z dnia na dzień rośnie liczba ofiar śmiertelnych.
Jeszcze niedawno wydawało się, że sytuacja epidemiologiczna naszego kraju wreszcie zaczyna się powoli poprawiać – nawet mimo masowych zakażeń na Śląsku. Zmniejszała się bowiem liczba umierających osób, zakażonych koronawirusem.
W piątek 29 maja resort zdrowia poinformował, że koronawirus zabił 13 osób. W sobotę 30 maja – 10 osób. W niedzielę – tylko trzy (choć niedzielnym statystykom nie za bardzo można u nas wierzyć). Są to oficjalne dane rządowe, więc w rzeczywistości liczba ofiar śmiertelnych była prawdopodobnie większa, ale tendencja wydawała się jednoznaczna – coraz mniej zgonów.
Niestety, ostatnie dni przyniosły odwrócenie tego pozytywnego trendu. W Polsce znowu zaczęła się zwiększać liczba zgonów spowodowanych koronawirusem. W poniedziałek 1 czerwca rząd zawiadomił, że zmarło 9 osób. We wtorek 2 czerwca – już 18. W środę 3 czerwca – poinformowano o zgonie 23 ofiar. Aż strach prorokować co się stanie, jeśli te tragiczne statystyki będą rosnąć w podobnym tempie.
Wydaje się że wzrost liczby ofiar to wynik nieodpowiedzialnych działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, który pochopnie złagodził (i łagodzi dalej) obostrzenia, ograniczające kontakty między ludźmi.
Jeszcze bardziej szkodliwe jest to, że rządowa propaganda w mediach publicznych przejętych przez PiS, usilnie próbuje sugerować, że epidemia jest w odwrocie, wszystko idzie ku lepszemu, a rząd w pełni panuje nad sytuacją.
Chodzi o stworzenie wrażenia, że – naturalnie dzięki sprawnym i mądrym poczynaniom rządu PiS – w Polsce w zasadzie wszystko jest już normalnie, a władza poradziła sobie z zagrożeniem. Dlatego, wedle przekazu propagandowego płynącego z rządowych mediów, warto tę władzę popierać, a zwłaszcza dać temu wyraz w wyborach prezydenckich.
Niestety, jakaś część społeczeństwa uwierzyła w rządowy przekaz, sugerujący, iż epidemia się cofa – i zaczęła ograniczać stosowanie środków ostrożności. Szybko przyniosło to smutny efekt. Wypada wyrazić dość oczywiste przekonanie, że obecna władza nie powinna igrać życiem i zdrowiem Polaków dla realizacji swych partyjnych interesów.

Duża liczba ofiar to cena walki z kryzysem?

Wyniki gospodarki brytyjskiej okazały się lepsze od oczekiwań, a spadek aktywności gospodarczej jest tam mniejszy niż w innych krajach.

Pomimo że to kraje południowej Europy – przede wszystkim Włochy i Hiszpania – skupiły na sobie większość uwagi w kontekście pandemii, to właśnie Wielka Brytania jest „antybohaterem” ostatnich tygodni, z największą liczbą śmierci spowodowanych przez koronawirusa na Starym Kontynencie.
Najnowsze dane wskazują na mniejszy niż w innych krajach spadek aktywności gospodarczej w pierwszym kwartale 2020 r., jak również na to, że gospodarka na Wyspach najprawdopodobniej ma już swój „dołek” za sobą. Ale tak drugi kwartał, jak i cały rok Wielka Brytania zakończy na minusie. Nie dziwią więc zdecydowane działania władz, jak również zapowiedzi kolejnych, tak w sferze fiskalnej, jak i monetarnej.
Opublikowane dane dotyczące brytyjskiej gospodarki w pierwszym kwartale 2020 roku okazały się lepsze od oczekiwań: spadek produktu krajowego brutto o około 2 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału blednie w porównaniu z 5-6 proc. recesji we Francji czy Hiszpanii. Niewielka skala spadku była w dużej mierze konsekwencją relatywnie długiego zwlekania przez rząd Borisa Johnsona z wprowadzeniem lockdownu (zamknięcia gospodarki), który został ogłoszony dopiero 20 marca, czyli niemal dwa miesiące po zdiagnozowaniu pierwszego pacjenta na Wyspach zarażonego koronawirusem. Tym samym lockdown obowiązywał jedynie przez niecałe dwa ostatnie tygodnie pierwszego kwartału. Zdołał spowodować w marcu spadek PKB o 5,8 proc. w stosunku do lutego).
Drugi kwartał tego roku będzie dla gospodarki Wielkiej Brytanii znacznie gorszy. Jak zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, ostatnie prognozy wskazują na możliwy spadek rzędu 15-25 proc. kwartał do kwartału i 10-procentową recesję w całym 2020 roku.
Choć najnowsze odczyty wskaźnika koniunktury PMI dla przemysłu i usług wzrosły odpowiednio do 27,8 i 40,6 (z 13,4 i 32,6 w kwietniu), co wskazuje na poprawę sytuacji związaną głównie z niewielkim poluzowaniem restrykcji, to główny indeks PMI wciąż pozostaje ponad 20 punktów poniżej granicznej wartości 50 – wskazuje TEP.
Utrzymująca się wysoka liczba zarażonych i zmarłych z powodu koronawirusa sprawia, że rząd nie spieszy się z „odmrażaniem” gospodarki: zapowiedział, że rozpocznie otwieranie sklepów z początkiem czerwca (wtedy też część dzieci ma wrócić do szkół), choć puby i restauracje pozostaną zamknięte co najmniej do lipca.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią spotkał się ze zdecydowaną odpowiedzią rządu już w marcu, kiedy to kanclerz skarbu Rishi Sunak zapowiedział pakiet fiskalny o wartości 175 miliardów funtów na lata 2020-25 (ok. 8 proc. PKB, co czyni z programu największe luzowanie fiskalne na Wyspach od 1992 roku), z czego 32 mld funtów (1,5 proc. PKB) ma zostać wydane w bieżącym roku. Oprócz dodatkowych wydatków fiskalnych, pakiet zawierał gwarancje pożyczkowe dla przedsiębiorstw opiewające na 300 miliardów funtów (15 proc. PKB) i został później uzupełniony o odroczenia płatności VAT i program nieoprocentowanych rządowych pożyczek dla firm.
Co więcej, ogłoszono powstanie programu grantów ukierunkowanych na utrzymanie miejsc pracy, w którym rząd zobowiązał się do pokrywania 80 proc. wynagrodzenia „zawieszonych” (furloughed) pracowników i 80 proc. dochodów samozatrudnionych do wysokości 2.500 funtów miesięcznie. Bank Anglii również zareagował zdecydowanie, ścinając główną stopę procentową do 0,1 proc. i restartując program luzowania ilościowego, zamierzając skupić aktywa o wartości 200 mld funtów. Stworzył również nowy program (Term Funding Scheme), który miał na celu obniżenie kosztów uzyskiwania finansowania przez małe i średnie firmy.
W związku z przedłużającym się okresem lockdownu podejmowane są kolejne działania mające na celu ograniczenie negatywnych skutków kryzysu. Ze strony fiskalnej, rządowy program utrzymywania miejsc pracy został przedłużony do lipca, a najnowsze szacunki dotyczące potrzeb pożyczkowych netto rządu mówią o 290 miliardach funtów (14 proc. PKB) w 2020 roku – z czego za 170 miliardów odpowiadać będą programy rządowe (za resztę tzw. automatyczne stabilizatory).
Inflacja natomiast znaczne wyhamowała (do 0,9 proc. rok do roku w kwietniu), co skłoniło Bank Anglii do pierwszej w historii dyskusji o możliwości obniżenia stóp procentowych poniżej zera. Spodziewane jest też rozszerzenie skupu aktywów o kolejne 100 mld. funtów, co będzie utrzymywać długookresowe stopy procentowe na niskich poziomach (obecnie oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji nie przekracza 0,175 proc.).
Radykalne działania fiskalne rządu (przede wszystkim nakierowane na utrzymanie miejsc pracy i zapewnienie płynności firmom) są uzasadnione – ocenia się, że ograniczą one spadek bezrobocia o co najmniej 2-3 punkty procentowe w najbliższych kwartałach. Więcej wątpliwości budzą zapowiedzi Banku Anglii dotyczące wprowadzenia ujemnych stóp procentowych. Obecna na Wyspach „dezinflacja”: to w dużej mierze pokłosie spadku cen ropy naftowej i nie jest jasne, jak dalsza obniżka stóp miałaby w tej sytuacji w znaczący sposób pobudzić wzrost cen. Ujemne stopy procentowe mogłyby okazać się per saldo kosztownym posunięciem, ponieważ oznaczałyby negatywne konsekwencje dla sektora bankowego.