Czy kiedyś za to odpowiedzą?

Rząd PiS zmarnował mijające pięć lat dobrej koniunktury. W rezultacie, polskie finanse publiczne oraz system opieki zdrowotnej nie zostały przygotowane na epidemię koronawirusa. Tegoroczny, rzekomo „Zrównoważony budżet” stanowił tylko sztuczkę księgową, służącą rządowej propagandzie – w rzeczywistości, planowany deficyt sektora finansów publicznych, po odliczeniu dochodów jednorazowych, miał w 2020 roku wynieść 2,2 proc. produktu krajowego brutto (ponad 50 mld zł), czyli niewiele mniej niż 2,6 proc. PKB odnotowane w 2015 roku. W tym samym czasie 13 państw Unii Europejskiej planowało osiągnąć nadwyżki.
Jednocześnie, w Polsce nie przeprowadzono żadnej gruntownej reformy zwiększającej efektywność służby zdrowia, skupiając się przede wszystkim na wzroście transferów socjalnych.
W sytuacji rosnącej niepewności związanej z możliwymi konsekwencjami epidemii koronawirusa, jeszcze bardziej pilne niż dotychczas staje się ograniczenie niepewności legislacyjnej, wprowadzanej przez obecny rząd. Słusznym kierunkiem może wydawać się zatem apel o zawarcie paktu społecznego pod hasłem „2020 rokiem regulacyjnego spokoju” – postuluje dr. Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju. Najważniejszym punktem takiego paktu mogłoby być odroczenie wejścia w życie nowych obowiązków administracyjnych dla firm. Dodatkowym wzmocnieniem takiego paktu powinna być jednoznaczna deklaracja rządu o niewprowadzaniu nowych podatków i innych danin w 2020 roku – uważa FOR.
Do czasu uspokojenia się sytuacji i opanowania rozprzestrzeniania się koronawirusa proponuje on również, aby w najbliższych miesiącach nie przeprowadzać żadnych zmian legislacyjnych, które nie są bezpośrednio związane z reakcjami na zagrożenie epidemiologiczne i skutkami, jakie epidemia może wywołać w społeczeństwie i gospodarce, z wyłączeniem spraw pilnych.
Wstrzymane powinny zostać także wszystkie działania pogłębiające chaos w systemie wymiaru sprawiedliwości i osłabiające poziom praworządności.
Wreszcie, w sytuacji rosnącego zagrożenia epidemią przeglądu wymagają wszelkie obowiązki administracyjne nakładane na przedsiębiorstwa i, szerzej, obywateli. Zasadne może być przesunięcie części z nich w czasie lub ograniczenie sankcji za ich niestosowanie.
W tej chwili jest jeszcze nieco za wcześnie na to, aby decydować o ewentualnym konkretnym zakresie wsparcia dla poszczególnych branż lub podmiotów. Oczywiste jest jednak, że niezbędne jest wdrożenie przez rząd narzędzi, pozwalających zachować płynność firmom i sektorom szczególnie dotkniętym przez epidemię. FOR wskazuje też jednak, że koronawirus nie może stanowić pretekstu do dalszego obchodzenia istniejących reguł fiskalnych, co groziłoby pogłębieniem strukturalnych problemów polskich finansów publicznych.
Niezależnie od tych uwag, wypada też dodać, że konieczne wydają się także skuteczne działania ochronne dla pracowników, niezależnie od tego na jakiej umowie są zatrudnieni. Coraz bardziej zagrażają im powrót bezrobocia oraz bieda – złowrogie efekty uboczne epidemii koronawirusa.
A tymczasem, PiS prze do wyborów, zamiast skupić się na pomocy przedsiębiorcom i pracującym.
Zwalczanie pandemii koronawirusa i związanych z nią konsekwencje dla zdrowia i gospodarki powinno być dla rządzących priorytetem. Zamiast skupić się na służących temu rozwiązaniach, podejmu ją oni niezgodne z prawem działania, których celem jest realizacja planu Prawa i Sprawiedliwości: aby pomimo faktycznego stanu nadzwyczajnego w Polsce zorganizować 10 maja 2020 r. wybory prezydenckie – wskazuje wiceprezes FOR, ekonomista Marek Tatała.
Zdrowie Polek i Polaków, funkcjonowanie przedsiębiorstw i gospodarki czy środki do życia dla pracowników zeszły w ramach parcia do wyborów na dalszy plan
W nocy z 27 na 28 marca posłowie PiS dodali do ustawy o pomocy dla przedsiębiorców i pracujących w czasie epidemii koronawirusa poprawkę zmieniającą kodeks wyborczy. Poprawka umożliwia głosowanie korespondencyjne osobom powyżej 60. roku życia oraz osobom przebywającym w kwarantannie, izolacji i izolacji domowej
Bez względu na to, jakie formy głosowania na odległość byłyby dostępne, same wybory nie powinny odbywać się 10 maja 2020 r., ponieważ w Polce faktycznie obowiązuje stan nadzwyczajny, podczas którego wybory nie mogą zostać przeprowadzone. Rada Ministrów powinna formalnie wprowadzić stan klęski żywiołowej, czyli jeden ze stanów nadzwyczajnych.
W ramach skandalicznej nocnej zmiany kodeksu wyborczego politycy PiS zaproponowali głosowanie korespondencyjne dla części wyborców – chociaż w 2017 r. złożyli projekt likwidujący w całości głosowanie korespondencyjne, argumentując to zwiększonym ryzykiem nieprawidłowości, fałszerstw czy nawet kupowania głosów za pieniądze i alkohol.
Wprowadzając nocne zmiany w Kodeksie wyborczym, złamano kilkukrotnie prawo, w tym Regulamin Sejmu i Konstytucję. Ta zmiana w ustawie, której celem było przecież wprowadzenie mechanizmów wsparcia dla osób doświadczających skutków epidemii, może sprawić, że wejście w życie tych przepisów będzie z winy PiS opóźnione o kolejne dni.

Tegoroczny, rzekomo „Zrównoważony budżet” stanowił tylko sztuczkę księgową, służącą rządowej propagandzie – w rzeczywistości, planowany deficyt sektora finansów publicznych, po odliczeniu dochodów jednorazowych, miał w 2020 roku wynieść 2,2 proc. produktu krajowego brutto (ponad 50 mld zł), czyli niewiele mniej niż 2,6 proc. PKB odnotowane w 2015 roku. W tym samym czasie 13 państw Unii Europejskiej planowało osiągnąć nadwyżki.
Jednocześnie, w Polsce nie przeprowadzono żadnej gruntownej reformy zwiększającej efektywność służby zdrowia, skupiając się przede wszystkim na wzroście transferów socjalnych.
W sytuacji rosnącej niepewności związanej z możliwymi konsekwencjami epidemii koronawirusa, jeszcze bardziej pilne niż dotychczas staje się ograniczenie niepewności legislacyjnej, wprowadzanej przez obecny rząd. Słusznym kierunkiem może wydawać się zatem apel o zawarcie paktu społecznego pod hasłem „2020 rokiem regulacyjnego spokoju” – postuluje dr. Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju. Najważniejszym punktem takiego paktu mogłoby być odroczenie wejścia w życie nowych obowiązków administracyjnych dla firm. Dodatkowym wzmocnieniem takiego paktu powinna być jednoznaczna deklaracja rządu o niewprowadzaniu nowych podatków i innych danin w 2020 roku – uważa FOR.
Do czasu uspokojenia się sytuacji i opanowania rozprzestrzeniania się koronawirusa proponuje on również, aby w najbliższych miesiącach nie przeprowadzać żadnych zmian legislacyjnych, które nie są bezpośrednio związane z reakcjami na zagrożenie epidemiologiczne i skutkami, jakie epidemia może wywołać w społeczeństwie i gospodarce, z wyłączeniem spraw pilnych.
Wstrzymane powinny zostać także wszystkie działania pogłębiające chaos w systemie wymiaru sprawiedliwości i osłabiające poziom praworządności.
Wreszcie, w sytuacji rosnącego zagrożenia epidemią przeglądu wymagają wszelkie obowiązki administracyjne nakładane na przedsiębiorstwa i, szerzej, obywateli. Zasadne może być przesunięcie części z nich w czasie lub ograniczenie sankcji za ich niestosowanie.
W tej chwili jest jeszcze nieco za wcześnie na to, aby decydować o ewentualnym konkretnym zakresie wsparcia dla poszczególnych branż lub podmiotów. Oczywiste jest jednak, że niezbędne jest wdrożenie przez rząd narzędzi, pozwalających zachować płynność firmom i sektorom szczególnie dotkniętym przez epidemię. FOR wskazuje też jednak, że koronawirus nie może stanowić pretekstu do dalszego obchodzenia istniejących reguł fiskalnych, co groziłoby pogłębieniem strukturalnych problemów polskich finansów publicznych.
Niezależnie od tych uwag, wypada też dodać, że konieczne wydają się także skuteczne działania ochronne dla pracowników, niezależnie od tego na jakiej umowie są zatrudnieni. Coraz bardziej zagrażają im powrót bezrobocia oraz bieda – złowrogie efekty uboczne epidemii koronawirusa.
A tymczasem, PiS prze do wyborów, zamiast skupić się na pomocy przedsiębiorcom i pracującym.
Zwalczanie pandemii koronawirusa i związanych z nią konsekwencje dla zdrowia i gospodarki powinno być dla rządzących priorytetem. Zamiast skupić się na służących temu rozwiązaniach, podejmu ją oni niezgodne z prawem działania, których celem jest realizacja planu Prawa i Sprawiedliwości: aby pomimo faktycznego stanu nadzwyczajnego w Polsce zorganizować 10 maja 2020 r. wybory prezydenckie – wskazuje wiceprezes FOR, ekonomista Marek Tatała.
Zdrowie Polek i Polaków, funkcjonowanie przedsiębiorstw i gospodarki czy środki do życia dla pracowników zeszły w ramach parcia do wyborów na dalszy plan
W nocy z 27 na 28 marca posłowie PiS dodali do ustawy o pomocy dla przedsiębiorców i pracujących w czasie epidemii koronawirusa poprawkę zmieniającą kodeks wyborczy. Poprawka umożliwia głosowanie korespondencyjne osobom powyżej 60. roku życia oraz osobom przebywającym w kwarantannie, izolacji i izolacji domowej
Bez względu na to, jakie formy głosowania na odległość byłyby dostępne, same wybory nie powinny odbywać się 10 maja 2020 r., ponieważ w Polce faktycznie obowiązuje stan nadzwyczajny, podczas którego wybory nie mogą zostać przeprowadzone. Rada Ministrów powinna formalnie wprowadzić stan klęski żywiołowej, czyli jeden ze stanów nadzwyczajnych.
W ramach skandalicznej nocnej zmiany kodeksu wyborczego politycy PiS zaproponowali głosowanie korespondencyjne dla części wyborców – chociaż w 2017 r. złożyli projekt likwidujący w całości głosowanie korespondencyjne, argumentując to zwiększonym ryzykiem nieprawidłowości, fałszerstw czy nawet kupowania głosów za pieniądze i alkohol.
Wprowadzając nocne zmiany w Kodeksie wyborczym, złamano kilkukrotnie prawo, w tym Regulamin Sejmu i Konstytucję. Ta zmiana w ustawie, której celem było przecież wprowadzenie mechanizmów wsparcia dla osób doświadczających skutków epidemii, może sprawić, że wejście w życie tych przepisów będzie z winy PiS opóźnione o kolejne dni.

Tarcza, która nie ochroni

Tarcza Morawieckiego nie zawróci kijem recesji światowego kapitalizmu wspierając polskie mikrofirmy i zakłady uzależnione od dobrej koniunktury na rynkach światowych. Ten plan to ogromna pomyłka, która doprowadzi do katastrofy na rynku pracy i w produkcji.

Jako niewielki kraj Polska samodzielnie nie odmieni koniunktury światowej i nie wstrzyma trendów globalnych. Zależymy od gospodarki niemieckiej i światowych rynków, a rozwiązania krajowe nie powstrzymają finansowego krachu i rozpędzającego się kryzysu.

Tzw. tarcza przygotowana przez rząd Morawieckiego jest kompletną katastrofą i to niezależnie od tego, jaki jest nasz polityczny punkt widzenia. Jest ona kompletnie nieskuteczna nawet z perspektywy rozwiązań kapitalistycznych. Zakłada bowiem dopłaty z budżetu tylko dla małych – a więc i mało dochodowych, i mniej istotnych firm. Po drugie: drobnych i zazwyczaj posiadających znikome oszczędności małych firm nie będzie stać na wypłacanie kilkudziesięciu procent pensji pracowniczej przez kilka miesięcy w sytuacji, kiedy światowy łańcuch produkcji i konsumpcji został przerwany. Opłacanie z budżetu tylko 40 proc. płacy okaże się kompletnie nieskuteczne – ponieważ źródło dla pozostałej części często po prostu już nie istnieje. Tarcza nie ochroni małego biznesu żyjącego z dnia na dzień, a dużego natomiast w ogóle nie dotyczy. To środek, który ma służyć ochronie drobnej przedsiębiorczości, lecz w rezultacie obciąży tylko budżet państwa i nie przyniesie żadnych korzystnych, czy trwałych rozwiązań. Rozwiązania proponowane w Tarczy bez wątpienia są też zagrożeniem dla świata pracy. Postulowane uelastycznienie umożliwi wyzysk po 12 godzin na dobę, a zwolnienie firm ze składek jeszcze bardziej pogrąży budżet naszego – już niewydolnego – systemu ochrony zdrowia.

Polskie firmy już teraz zapowiadają setki tysięcy zwolnień, a prezesi już w tym momencie zamykają nierentowne fabryki i ograniczają produkcję. Robią tak z uwagi na spadek światowej konsumpcji i trendy o charakterze globalnym. Rząd tymczasem nie ma żadnego pomysłu, jak zamortyzować nieunikniony wzrost bezrobocia i obciążenia systemu pomocy socjalnej. Podtrzymanie na kroplówkach części spośród drobnych firm nie uratuje miejsc pracy – państwo nie będzie w stanie miesiącami finansować niedochodowych mikroprzedsiębiorstw, spośród których olbrzymia część nigdy już nie wróci do działalności w trybie sprzed światowej pandemii.

Nic nie będzie jak dawniej

Nie bez powodu francuski minister rolnictwa wzywa tracących zatrudnienie w sektorze usług do pracy w rolnictwie. Struktura gospodarki się zmieni, zmienią się ludzkie przyzwyczajenia i na całe lata nie wróci już koniunktura sprzed pandemii. Miejmy zresztą nadzieję, że nie wróci już nigdy, gdyż rozbuchany konsumpcjonizm najskuteczniejszy był dotychczas w niszczeniu klimatu naszej planety.

Mamy już pierwszy raport dotyczący skokowo rosnącego bezrobocia w Stanach Zjednoczonych (i to pomimo transferów setek miliardów dolarów w giełdę). Wedle niego liczba bezrobotnych starających się o zasiłek wzrosła tam w przeciągu trzech tygodni o trzy miliony (z poziomu 280 tys.!). Premier Morawiecki zamierza jednak bawić się w polską wersję FED-u. Tyle tylko, że zamierza ratować najmniejsze i najmniej dochodowe przedsiębiorstwa. To prosty przepis na klęskę i potworne koszty społeczne. Czekają nas masowe zwolnienia. Będą kolejki do urzędów pracy i po świadczenia społeczne. Będą eksmisje i tysiące bezdomnych. I będzie też ogromna bezradność głupszego niż neoliberalizm rządu. Rząd nie ma świadomości, że nic nie wróci już do pełnej „normy” sprzed kryzysu. Nie rozumie też, że zadaniem państwa w kryzysie jest sterowanie gospodarką, a nie dawanie pieniędzy drobnym firmom, które są najmniej odporne na wahania koniunktury i z których ogromna część już zaraz ogłosi upadłość. Rząd Morawieckiego jest też przesiąknięty starodawną ideologią neoliberalizmu i traktuje państwo, jak darmowy worek bez dna dla upadającego biznesu. Stany Zjednoczone robią dokładnie to samo – tam mamy jednak do czynienia z potężną gospodarką i państwowym sektorem militarnym przynoszącymi gigantyczne zyski. U nas sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Polski kapitalizm jest biedny i uzależniony od innych gospodarek, a państwowy budżet bardzo skromny. Zawdzięczamy to temu, że przez całe lata mieliśmy bardzo niskie podatki dla przedsiębiorstw. Rezultatem tej „troski” o firmy jest bardzo tanie państwo i przywiązanie do antypaństwowych schematów myślenia, które przynosi obecnie swoje efekty.

Przez to środki na utrzymywanie prywatnych firm szybko się skończą, a nowych po prostu nie będzie, ponieważ podatki były zbyt niskie i nie było odpowiedniej progresji (zwłaszcza podatku CIT). Zezwalaliśmy też na transfer gigantycznych zysków za naszą granicę – m.in. za sprawą polityki PiS-u i całkowitego podporządkowania się interesom USA. W ten właśnie sposób pozbawiono nas wpływów z odpowiedniego opodatkowania korporacji, czy zwolniono z podatków amerykańskie koncerny medialne. Poprzednie rządy zrobiły dosłownie wszystko byle tylko osłabić budżet, osłabić państwo i zawierzyć życie polskich obywateli kapitałowi, który najchętniej wysłałby nas już do pracy i to pomimo szalejącej pandemii i ryzyka milionów zgonów.

Tworzyć miejsca pracy

Zadaniem zdrowego państwa jest przygotowanie społeczeństwa na kryzys i na nieunikniony skokowy wzrost bezrobocia. Potrzebujemy gospodarczej mapy przyszłości, szybkich działań ze strony państwa i stworzenia nowych miejsc pracy w sektorach przyszłości: związanych z bezpieczeństwem obywateli, zdrowiem, produkcją żywności itd. Tymczasem głodni darmowych dopłat polscy przedsiębiorcy już teraz mówią o potrzebie drugiej i trzeciej tarczy antykryzysowej. I jest to w pełni zrozumiałe. Pragną utrzymać swój dotychczasowy model produkcji, bo przy niewielkim kapitale i niskiej elastyczności nie będą w stanie się przebranżowić i dostosować do zmieniających się okoliczności. Zamiast dotowania płac w niedochodowych przedsiębiorstwach należy tworzyć dochodowe i stabilne miejsca pracy w państwowych zakładach.

Co wiemy na pewno to, że rynek nie jest odporny na kryzysy i reaguje znacznie wolniej od państwa. Rynek – inaczej niż państwo – ceni też sobie zysk za wszelką cenę. Nie zatrzymają go miliony umierających z głodu, czy śmierć z chorób (zwłaszcza w przypadku kapitalistycznie nierentownych już osób starszych).

Na najbliższe miesiące należy zagwarantować płacę minimalną dla wszystkich tych, którzy stracą pracę i źródło utrzymania. Następnie trzeba wdrożyć państwowe programy tworzące miejsca i zakłady pracy dla tych, którzy tę pracę stracą. Państwo nie powinno wspierać mikrofirm, które nie wykazują żadnych zysków. Zamiast tego powinno jednak wspierać finansowo duże zakłady i przedsiębiorstwa. Powinno jednak robić to tylko i wyłącznie w zamian za udziały na rzecz państwa oraz dołączenie załóg pracowniczych w poczet ich kierownictwa.

Uzdrowić służbę zdrowia

Państwo musi też błyskawicznie znacjonalizować cały system ochrony zdrowia, ponieważ sektor prywatny jest antyspołeczny i kompletnie nieskuteczny w walce z pandemią. Potrzebne jest też planowe kształcenie i zatrudnienie lekarzy. Niezbędna jednocześnie jest gruntowna reforma ochrony zdrowia: niedopuszczalna musi stać się np. sytuacja w której wielu pracowników ochrony zdrowia pracuje w wielu miejscach jednocześnie. Potrzebne jest też odejście od prywatyzatorskiego systemu kontraktowego i limitów, które paraliżują możliwość korzystania nawet z już zakupionego sprzętu. Ten bardzo często stoi nieużywany, gdyż skończyły się już limity zabiegów opłacanych przez NFZ, natomiast za dopłatą od pacjenta uruchamia się go praktycznie od razu i bez kolejki (tak, ten sam sprzęt, który zakupiono z podatków). Nakłady na zdrowie powinny przy tym wzrosnąć przynajmniej do poziomu 9 proc. PKB. Pełnej, antyspekulacyjnej nacjonalizacji muszą też zostać poddane wszystkie fabryki produkujące środki bezpieczeństwa (maseczki, stroje ochronne, czy płyny do dezynfekcji). Walka ze spekulacją jest też konieczna na rynku spożywczym: podwyżki cen podstawowych produktów najbardziej uderzają bowiem w osoby niezamożne, których pensje skokowo tracą w tym momencie na swej wartości.

Konieczne jest zwiększenie płac w kluczowych dla funkcjonowania państwa branżach, gdzie pracownicy są najbardziej narażeni. Trzeba też błyskawicznie zatroszczyć się o najbiedniejszych i zwyczajnie zlikwidować bezdomność – mowa tu o osobach szczególnie narażonych w czasie epidemii, które utraciły też dostęp do datków. Wstrzymane muszą zostać wszystkie eksmisje, spłaty kredytów hipotecznych oraz odcinanie mediów w każdej postaci. Właśnie w czasie kryzysu należy też uruchomić masowy państwowy program budowy mieszkań, który zapewni zatrudnienie dodatkowym tysiącom pracowników. W walce o zdrowie publiczne musimy też szybko ratować polskie powietrze: koniecznością jest zatrzymanie lawinowego wzrostu zachorowań na choroby dróg oddechowych. Kilkadziesiąt miliardów złotych, które rząd wyrzuca obecnie na pomoc nierentownym firmom, wystarczyłoby na błyskawiczną zieloną transformację.

To wszystko jest do zrobienia. O skuteczności i o możliwościach państwa niech świadczą kroki, które dziś podejmuje się w obronie prywatnych firm i rynku, który cały czas miliony skazywał na zwykłą biedę. Tarcza, którą proponuje dziś rząd to tarcza dla neoliberalnej ideologii. Jeśli się jej nie przeciwstawimy to pójdziemy na dno. I to szybko.

Prezydent zagrożony koronawirusem?

Zarażeni koronawirusem: minister Michał Woś oraz szczeciński radny PiS Dariusz Matecki mieli styczność z prezydentem Andrzejem Dudą. Możliwe, że już wtedy byli nosicielami.

Wszyscy, którzy w ciągu ostatnich 14 dni mieli kontakt z osobami zakażonymi (lub potencjalnie zakażonymi) koronawirusem, zostali objęci kwarantanną domową – to zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia oraz polskiego Ministerstwa Zdrowia.

5 marca w Pałacu Prezydenckim miało miejsce zaprzysiężenie nowego ministra środowiska. 29-letni Michał Woś odebrał nominację z rąk prezydenta Andrzeja Dudy. Wśród obecnych na uroczystości były również Dariusz Matecki, radny PiS ze Szczecina, doradca polityków Solidarnej Polski oraz administrator fejsbukowego profilu Ministerstwa Sprawiedliwości.

W poniedziałek minister Woś poinformował, że badanie na obecność koronawirusa dało wynik pozytywny. W związku z tym rzecznik rządu Michał Dworczyk wydał oświadczenie o objęciu kwarantanną domową 15 członków rządu.

Rząd pracuje zdalnie

–To jest kwarantanna domowa, każdy z członków rządu pracuje na razie zdalnie. Rada Ministrów normalnie funkcjonuje, możemy podejmować decyzje w trybie obiegowym, ciągłość funkcjonowania jest zachowana – powiedział na antenie TVN24. – Przechodzimy w miarę możliwości na tryb pracy zdalnej, tak spotyka się np. sztab kryzysowy, ale nie wszystkie spotkania można odbyć w takim trybie – dodał.

Zarażony koronawirusem jest również Matecki. Wczoraj najpierw poinformował, że przebywa w szczecińskim szpitalu na Arkońskiej. Kilka godzin później okazało się, że wyniki testu na obecność koronawirusa są pozytywne. – Mam gorączkę, kaszel, ale ogólnie jest dobrze. Proszę o modlitwę i o pozostanie w domach – powiedział w rozmowie z TVP Info. Matecki w przeszłości organizował w Szczecinie „happening”, który polegał na paradowaniu w stroju epidemiologicznym i głoszeniu hasła „dezynfekcji” miasta z LGBT.

Matecki twierdzi, że zaraził się od Wosia. Woś uważa, że źródłem zarażenia był pracowników Lasów Państwowych, z którym odbył spotkanie kilka dni temu. Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zwraca jednak uwagę, że minister może mijać się z prawdą, aby chronić prezydenta podczas kampanii wyborczej przed kwarantanną.

„Michał Woś, by chronić głowę państwa przed kwarantanną oskarżył o zarażenie leśników, z którymi się spotykał. Jednak równie dobrze mógł się zarazić wcześniej od Mateckiego i to on mógł zarazić leśników” – czytany na stronie OMZRiK.

Od 5 do 16 marca minęło 11 dni. Zgodnie z obowiązującymi wytycznymi prezydent Duda powinien więc poddać się kwarantannie.

Mój rząd jest złodziejem

Dobrze że mam w domu dużo alkoholu i dużo książek. Czuję się zabezpieczony, przynajmniej tak, jak najlepiej potrafię. Widmo krąży po Europie. Pada, to tu, to tam. I straszy. Jak to widmo. Ja jednak tak łatwo się nie poddaję. Ale mój rząd już tak. Zabrał mi pieniądze, bo koronowirus. Zabrał mi czas, bo zamknął przedszkola i przymusowo uwięził w domu. I oczywiście nikt mi za to nie odda. Bo rząd nie od tego jest żeby oddawać, tylko żeby zabierać. Na wieki wieków.

Wódka, jak to wódka, smakuje jednakowo, znaczy się wspaniale. Jak się nie będzie mieścić do gardzieli, zawsze można jej użyć do nacierania skroni albo dezynfekcji rąk. Z książkami jest gorzej. Nie to że ich szkoda, tzn. to też.
Dziś na ten przykład, parę godzin po ogłoszeniu przez premiera decyzji o zamknięciu wszystkiego co się da i odwołaniu wszystkiego co się da odwołać, rzecz jasna, wszystkiego oprócz kościołów i nabożeństw w tychże, pojechałem na zakupy do dużego sklepu. Wariacja dotknęła ludzi z miejsca. Kupowali na oślep, co się dało. Papieru toaletowego nie dostałem. Podobnie w popularnej drogerii, dwie ulice obok. Dlatego dobrze mieć w domu, na czarną godzinę, nawet niewielką biblioteczkę, żeby sięgnąć po wolumin w ostateczności, kiedy wykupią wszystko do cna. Posiadacze kindli mogą jedynie wzdychać z zazdrości. M.in. dlatego pan Janek Himilsbach cenił bardziej swoje dzieła kamiennicze niż pisarskie. Dziś, w obliczu kryzysu sanitarnego, mógłby zmienić zdanie.

We wtorek premier pozbawił mnie źródła utrzymania. W majestacie prawa. Zadekretował, że imprezy masowe odwołuje do odwołania. Kosztowało mnie to kilkanaście tysięcy złotych. Tyle bowiem mógłbym i powinienem zarobić na wyprzedanej do ostatniego miejsca trasie. Ale nie zarobię. I rząd mi tego nie wyrówna. Trzeba było zostać szewcem, prawnikiem albo…dresiarzem.

Z rozbawieniem przeczytałem, jak jeden z dziennikarzy sportowych postuluje, aby klubom z ekstraklasy rząd wyrównał z państwowego garnuszka, za straty, których doznadzą przez rozgrywanie spotkań bez udziału publiczności. Nawet piłkarskie kluby mają jakichś sprzymierzeńców, a my, artyści, nawet pół głosu wołającego na puszczy. Możemy sobie biadolić, ale pies z kulawą nogą się o nas nie upomni. Pal licho nas, trawestując klasyka, Darmozjad się wyżywi, ale wiedzieć Wam trzeba, że taki koncert, spektakl czy wystawa, to oprócz samego artysty i jego dzieła, praca wielu osób, którym premier również zabrał we wtorek chleb. Inspicjentów, kierowców, oświetleniowców, technicznych. Żeby grupa Kult, w której na scenie gra 9 muzyków, mogła zagrać swój koncert, pracuje wokół niej i przy niej dodatkowych 9 osób. Ci ludzie mają rodziny, rachunki do zapłacenia i żołądki do zapełnienia. Żeby było jeszcze śmieszniej, w ten sam wtorek przeczytałem wytyczne Episkopatu Polski, który zalecił diecezjom i dekanatom, aby, w trosce o zdrowie parafian i w zgodnie z zaleceniami sanepidu, odprawiać więcej mszy, tak, aby zmniejszyć jednorazową liczbę wiernych na każdym nabożeństwie. Oczywiście taca zbierana będzie za każdym razem, bo hajs musi się zgadzać. I nikt nie zaprotestował.

Gdyby rząd nasz myślał z pozycji horyzontu myślowego a nie kolan na klęczniku, warto by np. podobny mechanizm zastosować do artystów i ich pracy. Jeśli mam zagrać jednego dnia jeden koncert dla tysiąca osób, mogę zagrać trzy koncerty dla 325 każdy. Lubię swoją pracę, więc nie stanowiłoby to wielkiego wyzwania. Byłbym w robocie dłużej, ale przynajmniej bym ją miał. Niestety, co wolno wikaremu, to nie byle grajkom.

Można by też, tak jak w firmach i firemkach, wystąpić do rządu o pokrycie strat w zysku. Dała raz już przykład Warszawa, która wykupiła koncert Madonny, bo słabo szła sprzedaż. Jeśli więc tak bardzo na sercu leży rządowi zdrowie i życie Polaków, promilem w wydatkach budżetu będzie wypłacenie nam, artystom, honorariów za odwołane koncerty czy wystawy. Na dzień wtorkowy sprzedało się tyle a tyle, po takiej cenie, więc kasa państwowa wypłaca, bo nie można człowieka zostawić bez środków do życia. Wszak to nic innego, jak zatrzymanie zapłaty pracownikom, czyli grzech wołający o pomstę do nieba. Ale wołać sobie można. Bo kto nas tam słucha. Chyba babka głucha…

Anatomia upadku i tworzenie legendy

W polskiej historii ostatnich trzydziestu lat niespełna półroczny okres rządu Jana Olszewskiego (grudzień 1991-czerwiec 1992) stanowi krótki, ale bardzo ważny epizod. Jego znaczenie podnosi to, że w narracji obecnego obozu władzy okres ten jawi się jako jedyny jasny punkt na tle źle ocenianych lat poprzedzających dojście do władzy Prawa i Sprawiedliwości. Ta narracja rodzi zrozumiałą psychologicznie tendencję do nazbyt nawet negatywnego oceniania tego epizodu przez ugrupowania wobec PiS opozycyjne. Na tym tle wydana ostatnio monografia Artura Kłusa („Bohater naszych czasów: Premier Jan Olszewski”, Warszawa 2019: Fundacja Instytut Edukacji Pro Futuro, stron 825) stanowi pozycję ważną i z kilku powodów godną uwagi.

Autor jest młodym socjologiem i politologiem z pokolenia, dla którego lata rządu Jana Olszewskiego stanowią historię odległą, nie objętą własnymi doświadczeniami. To jest zarazem zaletą i wadą. Zaletą, gdyż pozwala autorowi patrzeć na opisywany okres z dystansu, na jaki mnie na przykład byłoby trudno się zdobyć, a wadą, gdyż skazuje autora na to, że omawiane sprawy widzieć będzie głównie oczyma innych.
Książka oparta jest na bardzo solidnej pracy badawczej, którą autor podjął już w 2007 roku (gdy jeszcze był studentem) i kontynuował do śmierci bohatera tej pracy, a nawet nieco dłużej. Warsztat badawczy autora jest bardziej socjologiczny niż historyczny: chociaż wykorzystuje materiały archiwalne, jego podstawowym źródłem są wywiady.
Przeprowadził je z 71 osobami, głównie, ale nie wyłącznie, spośród osób czynnych politycznie i należących do całego wachlarza orientacji politycznych. Jako jeden z tych, z którymi autor przeprowadził wywiady, mogę potwierdzić, że czynił to z wielką wnikliwością i z uderzającym obiektywizmem. Obok rozmów ze świadkami wydarzeń autor przeprowadził kilkanaście (osobistych lub telefonicznych) rozmów z Janem Olszewskim. Rozmowy te w wielkim stopniu ukierunkowały jego sposób patrzenia na omawiany okres, co powoduje dość wyraźną fascynację osobą byłego premiera i w znacznym stopniu skłonność do patrzenia na opisywaną historię jego oczyma.
Monografia Artura Kłusa nie jest biografią Jana Olszewskiego, gdyż w zasadzie zamyka się w krótkim okresie powstawania i funkcjonowania kierowanego przez niego rządu.
Czytelnik niewiele więc dowie się z tej pracy o bardzo ważnym i ciekawym okresie, gdy Jan Olszewski był znanym obrońcą w procesach działaczy opozycji demokratycznej a także jednym z najważniejszych doradców „Solidarności”. Ta ostatnia rola warta jest szczególnego odnotowania, gdyż w tym okresie (tak przed wprowadzeniem stanu wojennego, jak i później) Jan Olszewski (podobnie jak kilku innych doradców, w tym Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek) był rzecznikiem umiaru, w czym różnił się od coraz bardziej radykalnego kierunku, w jakim szedł robotniczy aktyw „Solidarności”. W kontekście późniejszych podziałów w obozie dawnej opozycji demokratycznej jest to sprawa ciekawa i godna pogłębionej analizy.
Krótkie trwanie rządu Olszewskiego było wynikiem tych właśnie podziałów i wynikającej z nich struktury Sejmu I kadencji (1991-1993).
W Sejmie tym – wskutek przyjęcia skrajnie proporcjonalnej ordynacji (bez progów minimalnych) – znaleźli się posłowie wybrani z 29 list, w tym aż jedenastu z nich to jedyni posłowie z danej listy. Najliczniejszy klub (Unii Demokratycznej) liczył zaledwie 62 posłów, a ponad trzydziestu posłanek i posłów liczyło jeszcze sześć klubów: SLD (60), Wyborcza Akcja Katolicka (49), PSL (48), KPN (47) Porozumienie Obywatelskie Centrum (45), Kongres Liberalno-Demokratyczny (37). Poza tymi klubami było jeszcze 12 małych ugrupowań oraz wspomniana plejada pojedynczych posłów, nie należących do żadnego klubu lub koła. Tak bardzo rozproszony Sejm musiał mieć trudności z wyłonieniem stabilnej większości.
Nie była to jednak jedyna przyczyna trudności. Gdyby obóz dawnej opozycji demokratycznej pozostawał w miarę zjednoczony, byłby w stanie zapewnić koalicyjnemu rządowi trwałą większość.
Tak jednak nie było z dwóch powodów. Pierwszym był podział dawnej opozycji wynikający ze stosunku do porozumień okrągłego stołu. Jak bardzo wyraźnie ukazuje autor, koalicja, na której oparty był rząd Jana Olszewskiego, składała się z ugrupowań niechętnych tym porozumieniom i dążącym do ich przekreślenia. To niejako automatycznie oznaczało starcie z Unią Demokratyczną i jej sojusznikami z Kongresu Liberalno-Demokratycznego.
Ponieważ zaś obie strony tego konfliktu wykluczały współpracę z SLD, pojawił się układ bardzo zrównoważonych sił, gdzie o powstaniu i utrzymaniu większości decydowała postawa dwóch ugrupowań (KPN i PSL), które do koalicji nie wchodziły, ale z którymi prowadziła ona pewną grę taktyczną. Bardzo interesujące jest to, co autor pisze o powtarzających się rozbieżnościach między Janem Olszewskim i Jarosławem Kaczyńskim w sprawie stosunku do Unii Demokratycznej. Nieprzejednanemu stanowisku zajmowanemu w tej sprawie przez premiera Kaczyński przeciwstawiał racjonalną taktykę zakładającą rozszerzenie rządu o Unię Demokratyczną, co – rzecz prosta – stępiłoby ideologiczne ostrze rządu, ale zapewne uchroniłoby go przed upadkiem.
Taki układ sił sejmowych nie był jednak jedynym powodem trudności, z jakimi spotkał się rząd Jana Olszewskiego. Obok tego był jeszcze coraz ostrzejszy konflikt z prezydentem Wałęsą. Prezydent nie miał powodów do zadowolenia z wyników wyborów sejmowych.
W nowym Sejmie nie miał swojej partii politycznej, a – co najważniejsze – ugrupowania, z którymi wiązał nadzieje (Unia Demokratyczna i Kongres Liberalno-Demokratyczny) były zbyt słabe, by mogły rządzić – przynajmniej do czasu, gdy kryzys rządu Olszewskiego spowodował korzystne dla prezydenta przegrupowanie sił. Ważnym elementem ówczesnej sytuacji był gorący konflikt między Lechem Wałęsą a Jarosławem i Lechem Kaczyńskimi, których prezydent usunął ze swej kancelarii w 1990 roku. Sprawie tej autor nie poświęca dostatecznie wiele uwagi (choć o niej wielokrotnie wspomina), więc czytelnikowi pozostaje sięgnięcie do innych źródeł, by zrozumieć, co się wówczas zdarzyło i dlaczego. Nie ulega jednak wątpliwości, że ten odziedziczony przez premiera Olszewskiego konflikt stawiał go (i jego rząd) w bardzo trudnej sytuacji.
Opisując dzieje stopniowej agonii rządu Olszewskiego autor przychyla się do opinii samego premiera i kilku jego bliskich współpracowników, że upadek ten był przesądzony już w drugiej połowie maja 1992 roku, co miało wynikać z nakładania się dwóch wielkich sporów: wokół cywilnej kontroli nad wojskiem i wokół traktatu z Rosją dotyczącego warunków wyjścia z Polski wojsk rosyjskich. Silnie akcentując te sprawy autor utrzymuje, że sprawa lustracji nie była przyczyną upadku rządu Olszewskiego, a jedynie okolicznością, która upadek ten przyśpieszyła. Nie tak to pamiętam.
Będąc wtedy posłem byłem świadom narastającego konfliktu miedzy rządem i prezydentem, ale aż do początku czerwca nie miałem poczucia, że upadek rządu jest nieuchronny. Zapewne nie był. Gdyby nie uchwała lustracyjna a zwłaszcza ujawnienie materiałów obciążających tak znanych polityków prawicy jak Wiesław Chrzanowski, Leszek Moczulski i sam Lech Wałęsa, rząd miałby wciąż szanse obronić się w Sejmie przed opozycją. Szansę tę stracił, gdy przeciw niemu stanęły także KPN i PSL – w obu wypadkach w dużej mierze pod wpływem oburzenia na zarzuty stawiane ich działaczom.

Sprawie lustracji poświęca autor wiele uwagi, ale wydaje mi się, że nie do końca rozumie, w czym tkwiła istota problemu. Przede wszystkim kilkakrotnie pisze o lustracji i „dekomunizacji”, jakby była to ta sama sprawa.
W istocie szło o dwie różne kwestie: ujawnienie współpracy ze służbami specjalnymi z jednej i zakaz pełnienia funkcji politycznych z powodu politycznej przeszłości z drugiej strony. Ten drugi pomysł (potocznie nazywany „dekomunizacją”) w oczywisty sposób dotyka konstytucyjnie zagwarantowanego prawa wszystkich obywateli do równego udziału w życiu politycznym, co może w państwie praworządnym być ograniczone tylko prawomocnym wyrokiem sądowym.
W Sejmie pierwszej kadencji złożono (już po upadku rządu Olszewskiego) w sumie sześć projektów ustaw, z których cztery zakładały nie tylko lustrację (czyli ujawnienie współpracy ze służbami specjalnymi w okresie PRL), ale także „dekomunizację”, czyli mniej lub dalej idący zakaz pełnienia funkcji publicznych przez ludzi dawnego systemu. Były to projekty ustaw zgłoszone przez Senat, ZChN, Solidarność i Porozumienie Centrum.
Sondaże opinii publicznej jednoznacznie wskazywały, że o ile lustracja miała poparcie społeczne, to „dekomunizacja” poparcia takiego nie miała. Niejasność w sprawie rozróżnienia tych dwóch kwestii nie jest winą samego tylko autora.
To w retoryce rządu Olszewskiego (w tym w jego głośnym ostatnim przemówieniu w roli premiera) wybijało się pytanie „czyja ma być Polska”, przez co rozumiało się nie tylko lustrację, lecz właśnie „dekomunizację”. Późniejsze wydarzenia, w tym imponujące zwycięstwa wyborcze Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 i w 2000 roku, pokazują, że większości obywateli polityczna przeszłość działaczy lewicy nie przeszkadzała w udzielaniu im poparcia.
Nawiasem mówić również sprawa lustracji nie wygląda tak prosto, jak to się wydaje jej zwolennikom. Wadą podstawową lustracji jest to, że jednakowo traktuje wszelkie formy współpracy ze służbami specjalnymi: tak samo donoszenie, jak udzielanie pomocy polskiemu wywiadowi. Późniejsze wydarzenia polityczne pokazały, że w ocenach społecznych jest tu wyraźna różnica . W wyborach prezydenckich 2000 roku drugie (po Aleksandrze Kwaśniewskim) miejsce zajął Andrzej Olechowski, który ujawnił swą dawną współpracę z wywiadem gospodarczym PRL. Nie przeszkodziło mu to w uzyskaniu dobrego wyniku i pokonaniu między innymi szefa „Solidarności” Mariana Krzaklewskiego.
Autor powołując się na rozmowy z Janem Olszewskim i Antonim Macierewiczem dowodzi, że rząd przygotowywał ustawę lustracyjną i był niemile zaskoczony uchwaleniem przez Sejm (na wniosek posła Janusza Korwin-Mikke) uchwały zobowiązującej ministra spraw wewnętrznych do ujawnienia nazwisk byłych „agentów”. Sugeruje nawet, że za tą uchwałą mogły stać siły rządowi nieżyczliwe.
To nie wydaje mi się przekonujące, gdyż gdyby tak było, trudno byłoby zrozumieć, dlaczego w Sejmie uchwała ta przeszła głosami posłów koalicji rządowej i dlaczego, o czym autor pisze, politycy tego obozu tak spieszyli do Sejmu na głosowanie w tej sprawie. Myślę, że jest to dorabianie wytłumaczenia do oczywistego błędu, jakim z punktu widzenia ówczesnego rządu było pospieszne i niestaranne wprowadzenie tej sprawy na forum publiczne.
Sprawa lustracji była przysłowiowym „gwoździem do trumny” rządu Olszewskiego. Nie tylko zmobilizowała przeciw niemu prezydenta i całą opozycję sejmową, ale także pozbawiła go poparcia KPN, bez czego rząd nie mógł się utrzymać. W tym sensie dopiero sprawa lustracji uczyniła upadek rządu nieuchronnym.
Upadek ten stał się, co autor bardzo dobrze pokazuje, punktem wyjścia dla budowania jego legendy, jako pierwszego rządu prawdziwie „niepodległościowego”.
Dla socjologa jest to bardzo ciekawy przykład tworzenia legendy na podstawie tego, co w istocie było polityczną przegraną. Rząd Olszewskiego nie miał specjalnie wyróżniających się sukcesów, co nie dziwi gdy bierze się pod uwagę krótki okres jego trwania. Zaznaczył swoją rolę nieprzejednanie wrogim stanowiskiem wobec okresu PRL i ludzi z tym okresem związanym, a także zdecydowanym odrzucaniem współpracy ze zwolennikami kompromisu okrągłego stołu.
To czyni go ”bohaterem naszych czasów” w oczach obecnego obozu władzy i do pewnego stopnia równoważy fakt, że to dzisiejsza opozycja ma prawo za swych bohaterów uważać ludzi, którzy odegrali znacznie większą rolę przed i w 1989 roku. Legenda Jana Olszewskiego jest więc swego rodzaju mitem zastępczym mającym równoważyć pamięć o Jacku Kuroniu, Bronisławie Geremku, Tadeuszu Mazowieckim i innych – żyjących lub zmarłych – ludziach dawnej „Solidarności”.
Właśnie jako studium narodzin legendy książka Artura Kłusa jest szczególnie interesująca. Nie trzeba być zwolennikiem tej legendy, by doceniać jej wielką rolę w politycznej narracji obecnego obozu władzy.

Ukraina nie zmieni priorytetów

Zmiany kadrowe w ukraińskim rządzie nie zmieniają jego priorytetów – wszelkie wątpliwości rozwiał prezydent Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla „Bloomberga”. Przy okazji zadziwiająco szczerze wypowiedział się o tym, jak wielkie znaczenie na Ukrainie, sześć lat po Majdanie, nadal mają znienawidzeni oligarchowie.
Wymianę rządu, który jeszcze dwa tygodnie temu zbierał od niego pochwały, Zełenski wytłumaczył potrzebą „efektywności” pracy gabinetu. Zapewnił, że nikogo, kto pracuje efektywnie, nie wyrzuci z posady i raz jeszcze przekonywał, że obecny rząd przeprowadza w kraju reformy o historycznym znaczeniu.
Niewątpliwie takich zmian spodziewała się po Majdanie znaczna część ukraińskiego społeczeństwa, ale w tej samej rozmowie Zełenski przyznał mimochodem, że demontaż patologicznego układu oligarchów żerujących na zasobach Ukrainy nie został nawet dobrze zaczęty. – Oligarchowie kontrolują 70-80 proc. aktywów Ukrainy. Każdy menedżer na Ukrainie pracował dla któregoś z nich albo jest w jakiś sposób z jednym z nich powiązany – powiedział prezydent.
Zełenski mówił, że w obecnych czasach politycy ukraińscy powinni reformować, nie oglądając się na rankingi popularności, ale komentatorzy nie mają wątpliwości: to właśnie spadający ranking popularności prezydenta i jego partii Sługa Ludu był jedną z przyczyn, dla których rząd „młodych i dynamicznych menedżerów” wyleciał w powietrze. W lutym sondaże pokazywały, że już 53 proc. Ukraińców uważa, że sprawy kraju zmierzają w złym kierunku, a 60 proc. twierdziło, że nie ma zaufania do rządu (do prezydenta – 40 proc.). Tymczasem jeszcze pół roku temu 78 proc. społeczeństwa była raczej skłonna dawać gabinetowi Honczaruka szansę…
Cokolwiek kuriozalnie brzmi na tym tle deklaracja Zełenskiego, że nowy rząd będzie robił zasadniczo to samo, co poprzedni, a przynajmniej takie same stoją przed nim zadania. Denys Szmyhal i jego gabinet będą kontynuować współpracę z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, dokończyć reformę zezwalającą na swobodny obrót ziemią. Zwłaszcza ten drugi temat budzi wśród Ukraińców ogromne kontrowersje i raczej nie sprawi, że rząd nagle zacznie cieszyć się autentyczną sympatią. Do tego Szmyhal podobnie jak poprzednik jest admiratorem polskiej transformacji gospodarczej i chciałby się na niej wzorować.

Ograniczenie handlu w niedzielę: rośnie opór

Wraz z zaostrzaniem przepisów dotyczących zakazu handlu w niedziele rośnie liczba przeciwników rozwiązań narzucanych przez rząd.

Odsetek przeciwników zakazu handlu w niedzielę wzrósł do 47,7 proc. W 2018 r., zaraz po jego wprowadzeniu, za zniesieniem zakazu było tylko 41 proc. badanych. W tym samym czasie konsekwentnie spadł również odsetek zwolenników zakazu – z 40,8 proc do 36,2 proc.

Warto też zwrócić uwagę na fakt, że najwięcej przeciwników zakazu jest wśród mieszkańców dużych miast, których ograniczenia handlu najbardziej dotyczą. Wszak to właśnie w miastach funkcjonuje najwięcej sklepów wielkopowierzchniowych. Jednocześnie aż 36,1 proc. Polaków i Polek deklaruje, że odczuwa negatywne skutki zakazu handlu w niedziele.

Niechciana i nieskuteczna

Ustawa nie tylko budzi rosnącą niechęć społeczeństwa, ale też nie realizuje wpisanych w nią celów. Po kilkunastu miesiącach jej obowiązywania okazało się, że w jej wyniku spadły obroty w hipermarketach i dużych sieciach handlowych, ale straciły też małe sklepy, a część z nich zbankrutowała. Tymczasem to właśnie ich, wpisując się w jakże powszechny kult „małej, rodzinnej firmy” – o czym pisałem w poprzednim numerze „Dziennika Trybuna” polski konserwatywny rząd chciał najbardziej bronić. A przynajmniej tak mówił.

Wygrały stacje benzynowe

Fakty są bowiem takie, że po zmianach umocniły się głównie sklepy przy stacjach benzynowych i dyskonty, które są otwarte w niedziele. Ale i duże sklepy mają powody do satysfakcji. Sieci handlowe zintensyfikowały wysiłki na rzecz przyciągnięcia klientów w piątki i soboty, co sprawiło, że małe sklepy osiedlowe wcale nie zwiększyły sprzedaży. Duże sklepy wydłużyły zaś godziny pracy w piątki i soboty, a zwiększenie liczby klientów dało jeszcze jeden efekt niekorzystny dla pracowników. Praca kasjerów i kasjerek w ten dni stała się wyraźnie cięższa. Czy wolna niedziela to rekompensuje?

Klienci zaś robią zakupy, stojąc w długich i męczących kolejkach w piątki i soboty albo robiąc zakupy w drogich sklepach osiedlowych i na stacjach benzynowych, gdzie wybór towarów jest mały, a ceny są wysokie. Ostatecznie więc w wyniku ustawy stracili prawie wszyscy.

Bez dyskusji

Jednocześnie rząd praktycznie nie podejmuje dyskusji z przeciwnikami ustawy ani nie zwraca uwagi na niewygodne fakty. Liderzy Solidarności grzmieli, że niedziela ma służyć Bogu i rodzinie, a tymczasem ustawa ich autorstwa umocniła najbardziej śmieciowy niskopłatny segment rynku pracy, który może działać w niedziele bez żadnych ograniczeń.
Na dodatek niedawno pojawił się kuriozalny pomysł, aby w niedziele mogli pracować nie tylko właściciele sklepów, ale też nieodpłatnie członkowie ich rodzin. Miała być niedziela dla rodziny, a tymczasem pojawiają się pomysły, aby to właśnie rodziny wspólnie pracowały bez ograniczeń w dni ustawowo wolne od pracy.

Rząd unika jakiejkolwiek dyskusji na temat ustawy o handlu w niedziele, bo nie wiadomo komu ona służy i czemu obowiązuje. Nie pomaga ani pracownikom handlu, ani konsumentom. Nie skraca ona czasu pracy, nie poprawia warunków pracy w handlu, nie zwiększa wynagrodzeń, nie ułatwia zakupów klientom.

A może zapłacić więcej?

Znacznie lepszym rozwiązaniem od selektywnych zakazów, byłoby podniesienie płac za pracę w niedziele. Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa od wielu miesięcy apeluje, by wprowadzić 2,5 razy wyższe wynagrodzenia za pracę w niedziele niż za pracę w dni powszednie. Dla wszystkich branż i wszystkich regionów kraju. Dzięki temu w niedziele byłyby otwarte tylko te sklepy, w których pracownicy otrzymywaliby godne wynagrodzenia. Zadowoleni byliby kasjerzy i klienci. Niestety rząd woli dogmatycznie realizować propozycje kleru i Solidarności. Nawet jeżeli realnie nikt na nich nie korzysta.

Solidarność z rządem

Piotr Duda po raz kolejny udowodnił, że NSZZ Solidarność jest w większym stopniu przybudówką rządu niż związkiem zawodowym. Tym razem Duda zadeklarował udział w manifestacji wspierającej zawłaszczanie sądownictwa przez PiS. Nie tylko więc Solidarność nie stanęła w obronie sędziów, ale jej lider postanowił wyjść na ulicę w obronie władzy.

Niestety ta deklaracja przewodniczącego związku nie zaskakuje. Odkąd Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę w Polsce, centrala Piotra Dudy szybko stała się przybudówką władzy. Solidarność dała parasol ochronny nad destrukcyjną reformą oświaty, a następnie torpedowała postulaty płacowe Związku Nauczycielstwa Polskiego. Piotr Duda milczał, gdy wyrzucano ludzi z mediów publicznych i służby cywilnej, nie reagował, gdy rozpoczęto czystki w spółkach skarbu państwa, był obojętny wobec zwolnienia dyscyplinarnego 67 pracowników w PLL LOT.
Gdy Komitet Obrony Demokracji i Związek Nauczycielstwa Polskiego organizowały duże demonstracje antyrządowe, Piotr Duda groził krytykom władzy, że przykryje ich czapkami. Organ prasowy centrali, „Tygodnik Solidarność” od lat jest miejscem obrzydliwej, prorządowej propagandy, a peany na cześć żołnierzy wyklętych i Kościoła pojawiają się w nim częściej niż teksty o prawach pracowniczych. Duda poparł nawet nienawistne wystąpienia arcybiskupa Jędraszewskiego. Solidarność jest jednym z nielicznych prawicowych związków zawodowych w Europie, a ksenofobiczny przekaz władz związku szokuje związkowców z innych krajów europejskich. Przywódcy Solidarności szczuli przeciwko uczestniczkom czarnego protestu i wspierali homofobiczne akcje władzy, chociaż zakaz dyskryminacji ze względu na płeć, orientację seksualną czy pochodzenie stanowi jeden z fundamentów polskiego prawa, w tym Konstytucji i Kodeksu pracy. Jednocześnie Solidarność wielokrotnie brała udział w imprezach środowisk neofaszystowskich, w tym udostępniła salę BHP na terenie Stoczni Gdańskiej ekstremistom z ONR-u.
Tym razem Duda przystąpił do komitetu „Suwerenni”, który organizuje demonstrację wsparcia dla PiS-owskich zmian w wymiarze sprawiedliwości. „Oczekiwania społeczeństwa są jednoznaczne i wielokrotnie zostały wyrażone przy urnie wyborczej. Manifestacja jest jednym z narzędzi wywierania wpływu na konieczne zmiany” – wyjaśnił Duda swój planowany udział w manifestacji na cześć rządu. Trudno powiedzieć, skąd takie przekonanie, skoro badania opinii publicznej pokazują, że większość Polaków i Polek nie popiera reform rządowych. Zdaniem Dudy „społeczeństwo musi mieć kontrolę nad władzą sądowniczą. Tak jak nad ustawodawczą i wykonawczą”. Przewodniczący Solidarności najwyraźniej zgadza się w tej sprawie z Jarosławem Kaczyńskim i uważa, że „kontrola” oznacza dyktat partii. Nie wskazał też, na czym ma polegać kontrola włazy wykonawczej.
Poparcie dla rządu przez związek zawodowy w tym kontekście jest tym bardziej kompromitujące, że wiąże się ono nie tylko z poparciem autorytarnej władzy, ale też otwartym przyzwoleniem na dyskryminację na tle przekonań politycznych. Trudno pojąć, jak związek zawodowy może wspierać zamordystyczne działania rządu, których częścią są represyjne praktyki wobec sędziów. Jeżeli Solidarność nie ma odwagi stanąć w obronie państwa prawa i prześladowanych pracowników wymiaru sprawiedliwości, to niech przynajmniej milczy.

Coraz mniej małych sklepów

Rządy Prawa i Sprawiedliwości systematycznie doprowadzają drobne placówki handlowe do upadku.

Wciąż konsekwentnie spada sprzedaż w małych sklepach. W rezultacie maleje ich liczba.
Jeszcze w 2015 r. w Polsce funkcjonowały 40543 małe sklepy. Na koniec 2018 było ich już tylko 33231.
Jest to efekt rządów Prawa i Sprawiedliwości, skierowanych przeciw drobnym przedsiębiorcom, prowadzącym takie sklepy. Co gorsza, rządzący doprowadzają małe sklepy do upadku pod płaszczykiem fałszywych obietnic dbania o ich interesy.
Handel rośnie, sklepiki giną
Struktura handlu detalicznego w Polsce ulega rozmaitym zmianom. Handel w naszym kraju wciąż jeszcze notuje jednak wzrosty. Motorem tego zjawiska jest rosnąca konsumpcja. Jednakże, mimo tych korzystnych tendencji, likwidowane są kolejne małe sklepy.
Notuje się ciągły spadek sprzedaży w tzw. segmencie tradycyjnym (są to nie zorganizowane w sieci, pojedyncze sklepy zlokalizowane przede wszystkim w małych miastach i na obszarach wiejskich).
Ubytek wynosi średnio ok 7,7 proc. rocznie. Tak więc, zmniejsza się rola tradycyjnego handlu, mierzona zarówno wartością sprzedaży, jak i liczbą sklepów – wskazuje raport Związku Przedsiębiorców i Pracodawców „Perspektywy poprawy konkurencyjności na rynku handlu detalicznego w Polsce”.
Ekspertyzy wskazują także, że zauważalny jest wpływ ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele na pogłębianie spadku znaczenia tradycyjnych sklepów.
– Ustawa, która miała pomóc małym sklepom, przynosi odwrotny skutek. Zauważa się, że 49 proc. drobnych handlowców prowadzi dwa lub więcej sklepów. Przepisy dotykają ich więc bezpośrednio – mówi Piotr Palutkiewicz ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców i dodaje, że – rośnie udział dyskontów, które prowadzą aktywną politykę marketingową, zmieniając zachowania zakupowe Polaków.
Ponadto, duże sieci, korzystając z efektu skali, posiadają silną pozycję negocjacyjną w stosunku do producentów i są w stanie szybko dotrzeć z promocjami do konsumentów. Duzi producenci z kolei nie poświęcają czasu na negocjacje i realizowanie promocji z drobnymi partnerami.
Dyskretny urok małego formatu
Liczba małoformatowych sklepów spożywczych systematycznie maleje, podczas gdy dotychczas tzw. mały format pozostawał główną siłą napędową polskiego rynku FMCG (szybko zbywalnych artykułów konsumpcyjnych), co jest ewenementem w skali europejskiej – podkreśla ZPiP.
Na handel w Polsce i na świecie wpływają jednak nie tylko zmiany o charakterze gospodarczym, ale także trendy społeczne czy środowiskowe mające wpływ na zachowania konsumentów.
Dobrym opisem współczesnego konsumenta na rynku handlu detalicznego jest pojęcie tzw. smart shoppingu.
Smart shopper to klient, który ceni swój czas i korzysta w przemyślany sposób z dostępnych promocji, porównuje ze sobą oferty. Smart shopper posiada wiedzę o cenach najczęściej kupowanych produktów, sprawdza daty przydatności do spożycia, jest zainteresowany ofertami promocyjnymi.
Aby sprostać jego oczekiwaniom, sklep musi zapewnić nie tylko niską cenę, by zatrzymać klienta, ale także szybko dotrzeć do niego z korzystną ofertą. W rezultacie, konkurowanie na niskie ceny stało się fundamentem rynku sprzedaży detalicznej, wpisując się w takie właśnie oczekiwania konsumenckie.
Pierwszym krokiem do robienia inteligentnych zakupów jest ich odpowiednie planowanie. Już aż około 65 proc. Polaków sporządza w tym celu szczegółową listę produktów, a co drugi korzysta z gazetek promocyjnych jako źródła informacji o produktach i aktualnych promocjach.
Trzeba podejmować działania mogące powstrzymać likwidację małych, polskich sklepów – apeluje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Jako jedno z rozwiązań, ZPP proponuje szerokie wdrażanie innowacji technologicznych w małym handlu, które mogłyby pomóc w spełnieniu oczekiwań konsumentów specjalizujących się w smart shoppingu.
– Polacy nadal chcą robić zakupy w okolicznych, osiedlowych sklepach. Wykorzystanie technologii musi być połączone z modernizacją działania. Te dwa elementy mogą spowodować, że wiele małych polskich sklepów będzie miało szanse przetrwać i zachować rentowność – zauważa Cezary Kaźmierczak prezes ZPiP.
Rząd nie pomoże
Mały sklep może zdecydować się na wykorzystanie platformy, dzięki której otrzymuje moduł fiskalny połączony z oprogramowaniem do zarządzania sprzedażą. Sklep uzyskuje rejestr sprzedaż oraz dane dotyczące m.in. sprzedaży w przeszłości, rozliczenia płatności, indeksacji towaru, a także raporty analityczne pozwalające na śledzenie trendów w zakupach klientów. W ramach aplikacji otrzymuje także oferty promocyjne bezpośrednio od producentów. Dzięki wykorzystaniu takiego narzędzia, klient może kupić produkt po niższej cenie, a mały sklep zaproponuje promocje dotychczas dla niego niedostępne, przy równoczesnym utrzymaniu marży na sprzedawanych towarach. Oznaczać to będzie zwiększenie sprzedaży.
– Rozwiązanie zapewniające sklepom detalicznym dostęp do promocji oferowanych bezpośrednio przez producentów FMCG sprawia, że w konsekwencji małe sklepy są w stanie podjąć konkurencję cenową ze sklepami wielkopowierzchniowymi, dyskontami oraz dużymi sieciami detalicznymi – dodaje Piotr Palutkiewicz z ZPiP.
– Należy wszelkimi sposobami powstrzymać trend upadku małych sklepów. Jeśli rząd nie chce im pomóc, sklepikarze muszą wziąć sprawy w swoje ręce i wdrażać wszelkie dostępne narzędzia, które mogą być pomocne w konkurowaniu z dużymi podmiotami – konkluduje Cezary Kaźmierczak.
Wydaje się, że na co, jak na co, ale na pomoc rządu trudno liczyć. Prominenci PiS mają wrażliwość walca drogowego a ich ośli upór w ignorowaniu sugestii jakichkolwiek korekt we własnych poczynaniach jest już wręcz legendarny.

Kolejny pracowniczy zryw

Walka klas w Finlandii nabiera rumieńców. Ponad 15 tysięcy pracowników przemysłu drzewnego przerwało pracę, przystępując do strajku. Żądają wyższych płac i krótszego czasu pracy. Kapitaliści zareagowali po swojemu – zapowiedzieli lokaut – uniemożliwią przystąpienie do pracy zatrudnionym w kilkunastu zakładach.

Produkcja została wstrzymana w 110 zakładach produkujących towary papiernicze, meblarskie oraz przetwarzających drewno. Dla gospodarki pięciomilonowej Finlandii jest to bolesny cios, bo sektory te stanowią jedną z najważniejszych gałęzi przemysłu – niemal 20 proc. wpływów z eksportu.
Strajk ma potrwać przez trzy tygodnie. Chyba, że wcześniej strony dojdą do porozumienia. Na razie jednak nic na to nie wskazuje, bo kapitaliści przyjęli taktykę konfrontacyjną – w lutym na dojść do lokautu, który na trzy doby zamknie przed pracownikami bramy kilkunastu zakładów. W ten sposób właściciele chcą zaprotestować przeciwko organizowaniu strajków jako metodzie prowadzenia sporów zbiorowych.
Pracownicy oczekują, że będą zarabiać więcej, a ich czas pracy zostanie skrócony. Powołują się na rosnące zyski przedsiębiorstw oraz coraz głośniej artykułowany przez fińską klasę pracującą postulat skrócenia tygodnia pracy do czterech dni.
Co ciekawe, zwolenniczką takiego rozwiązania była do niedawna obecna premier Finlandii, Sanna Marin. W sierpniu 2019 roku, jeszcze jako ministra transportu zaprezentowała takie stanowisko na konferencji naukowej. „Czterodniowy tydzień pracy, sześciogodzinny dzień pracy, dlaczego nie mógłby to być kolejny krok? Czy 8. rano to prawda ostateczna? Moim zdaniem ludzie zasługują na to, by spędzać więcej czasu z rodzinami czy poświęcać go na aktywności kulturalne. To mógłby być kolejny krok w naszym zawodowym życiu” – mówiła polityczka, która trzy miesiące później objęła stanowisko premiera, co sprawiło, że musiała złagodzić swój przekaz pod wpływem partii. Obecnie fiński rząd nie planuje wcielenia w życie konceptu 4-dniowego tygodnia pracy.
W trwającym strajku uczestniczą również pracownicy tartaków i zakładów obróbki mechanicznej przemysłu drzewnego – ok. 6 tys. osób zrzeszonych w federacji pracowników branży przemysłowej (Teollisuusliito). Co ważne, pracy odmówili również zatrudnieni na stanowiskach zarządczych i administracyjnych w przemyśle papierniczym – ponad 2 tys. osób.
W listopadzie w Finlandii trwał wielki strajk pocztowców, w wyniku którego do dymisji podał się rząd. Na luty zaplanowany został natomiast strajk pracowników sektora chemicznego.