Gospodarka 48 godzin

Polskie złoto
W sejfach Narodowego Banku Polskiego na koniec 2020 roku znajdowało się 228,7 tony złota. Jego łączna wartość to około 52,3 mld zł. Bezpośrednio przed nami na liście krajów z największymi rezerwami złota jest Austria, mająca 280 ton tego kruszcu. Pierwsze miejsce w Europie zajmują oczywiście Niemcy: 3362 tony złota, przed Włochami – 2452 zł. Natomiast na świecie największe rezerwy złota mają naturalnie USA: aż 8133 tony. Nie całe polskie złoto znajduje się w Polsce, część nadal jest przechowywana w Banku Anglii, co ze względu na nasze położenie geopolityczne i relacje z sąsiadami zaprowadzone przez PiS, stanowi dość bezpieczne rozwiązanie – acz trzymanie złota w Wlk. Brytanii kosztuje.

Dywidenda z parkietu
Przychody grupy kapitałowej Giełdy Papierów Wartościowych wyniosły 112,3 mln zł w pierwszym kwartale bieżącego roku. To wzrost o 15,5 proc. w stosunku do I kwartału 2020 r. Zysk EBITDA (przed potrąceniem odsetek, podatków i amortyzacji) wyniósł 53,6 mln zł (wzrost o 7,1 proc. rok do roku), a zysk netto osiągnął 38,7 mln zł (plus 32,1 proc. rdr) i jest o o 17,2 proc. mniejszy niż w IV kwartale 2020 r. W zeszłym roku zysk netto grupy GPW osiągnął 151 mln zł. Giełda zamierza wypłacić dywidendy za 2020 r. w łącznej wysokości 104,93 mln zł (2,50 zł na akcję). Ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie walne zgromadzenie akcjonariuszy GPW, które zostało zwołane na 21 czerwca 2021 r. – W każdej grupie produktowej nastąpiła znacząca poprawa, a szczególnie cieszy utrzymanie pozycji europejskiego lidera pod względem dynamiki obrotów na rynku akcji. Przyszłość też się rysuje w jasnych barwach – mówi Marek Dietl, prezes giełdy. Na głównym rynku notowane są akcje 434 firm (383 krajowych i 51 zagranicznych), natomiast na parkiecie New Connect 376 (372 krajowych i 4 zagranicznych). Jak wskazują władze giełdy, GPW jest liderem wśród giełd Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby notowanych spółek i łącznej kapitalizacji spółek krajowych. Udział warszawskiej giełdy w obrocie akcjami na giełdach środkowoeuropejskich wynosić ma aż 81 proc. Obecnie trwają negocjacje w sprawie przejęcia większościowego pakietu akcji giełdy w Armenii przez GPW. W tym roku giełda obchodziła trzydziestolecie istnienia. 12 kwietnia 1991 r. ówcześni ministrowie przekształceń własnościowych i finansów podpisali akt założycielski spółki akcyjnej „Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie S.A.” Cztery dni później, w dniu sesji inauguracyjnej GPW handlowano akcjami pięciu spółek, a obrót wyniósł 1990 zł. Obecnie średni obrót sesyjny na GPW wynosi około 1,2 mld zł.

Wielki optymizm rządu
Rząd prognozuje, że produkt krajowy brutto Polski w 2022 r. wzrośnie aż o 4,3 proc. To dużo więcej od przewidywań uznanych specjalistów. Na przykład firma konsultingowa Standard and Poor’s przewiduje, że wzrost polskiego PKB w przyszłym roku wyniesie 2,7 proc. Równie optymistyczny jest rząd PiS w ocenie inflacji, która według niego w 2022 r. ma wynieść zaledwie 2,8 proc. Obecnie inflacja w Polsce wynosi aż 4,8 proc.

Ośli upór w sprawie Turowa

Ciekawe, ile setek milionów złotych będzie musiał w rzeczywistości wydać rząd z pieniędzy podatników, by uniknąć zamknięcia kopalni?
Negocjacje, podjęte w pośpiechu przez polski rząd w sprawie kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów nie rozwiązują rzeczywistego problemu, jakim jest brak daty odejścia Polski od węgla, a pozew Czech do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej to tylko jedna z konsekwencji nieodpowiedzialnej polityki energetycznej rządu i spółki Polska Grupa Energetyczna – zauważają ekolodzy (m.in. z EKO-UNII, Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”, Greenpeace i fundacji Frank Bold). Wzywają oni do podania realnej i szybkiej daty odejścia od węgla do produkcji energii w całej Polsce.
Całkowita i szybka rezygnacja z węgla oczywiście nie będzie korzystna dla Polski i Polaków. Tym niemniej, trzeba zauważyć, że rząd PiS świadomie lekceważył pojawiające się sygnały ostrzegawcze. Międzynarodowy konflikt z mieszkańcami Czech i Niemiec o skutki działalności kopalni Turów narastał przecież od dawna. Mieszkańcy tych państw oraz rząd czeski od lat sprzeciwiali się rozbudowie odkrywki i dowodzili skutków działania kopalni: obniżania poziomu wód gruntowych, wzrostu hałasu oraz zanieczyszczenia powietrza.
Już w 2019 roku podczas konsultacji transgranicznych czeski rząd oficjalnie zajął negatywne stanowisko w sprawie dalszych prac wydobywczych w Turowie. To nic nie dało, więc pod koniec lutego Czechy wniosły przeciwko Polsce skargę do TSUE.
– TSUE nakazał natychmiastowe wstrzymanie prac wydobywczych w kopalni na wniosek Czechów, stając tym samym po stronie mieszkańców przygranicznego regionu Liberec. Polska powinna teraz zastosować się do tego orzeczenia, niezależnie od podejmowanych prób porozumienia się ze stroną czeską. Jawna odmowa wykonania orzeczenia TSUE może podawać w wątpliwość wykonanie przyszłej umowy między Polską a Czechami – mówi Dominika Bobek, radczyni prawna z mało znanej dotychczas w Polsce fundacji Frank Bold.
I nic dziwnego, że tak mówi, bo jest to czeska fundacja z siedzibą w Brnie, jej szefem jest Pavel Franc, więc jako „niezależna organizacja pozarządowa” przyjmuje oczywiście czeski punkt widzenia. Gdyby pani Dominika Bobek posłuchała opinii mieszkańców Bogatyni, która za sprawą kopalni Turów należy do najbogatszych gmin w Polsce, to zrozumiałaby, że przekonanie o konieczności zamknięcia Turowa jest w Polsce dość ograniczone. Co nie znaczy, że ktokolwiek chce usprawiedliwiać bezczynność i indolencję rządu PiS, które doprowadziły do obecnej sytuacji.
Organizacje ekologiczne widzą jednak także i pozytywy. Ich zdaniem sprawa Turowa ma szerszy kontekst i może stać się impulsem do zaplanowania odejścia od węgla w Polsce. Problem w tym, że polski rząd, a także znajdująca się w centrum sporu o Turów państwowa spółka PGE, największy polski emitent dwutlenku węgla, wciąż nie mają strategii odejścia od tego surowca w energetyce. Tymczasem, jak twierdzą niektórzy naukowcy, aby uniknąć najbardziej katastrofalnych skutków zmian klimatu, wszystkie kraje Unii Europejskiej, w tym Polska, powinny odejść od spalania węgla do 2030 roku – co jest oczywiście kompletnie nierealne. Warto zauważyć, iż nawet eksperci bliscy ekologom uważają, że w celu zachowania bezpieczeństwa energetycznego kraju, należy pięć najmniej emisyjnych bloków węglowych o mocy 4200 megawatów pozostawić w rezerwie mocy co najmniej do 2040 r.
– Sprawa Turowa to konsekwencja nieudolnego podejścia polskiego rządu do sprawiedliwej transformacji energetycznej i trwania z oślim uporem przy węglowym status quo. A tylko zaplanowanie przez rząd szybkiej i realnej daty zakończenia wydobycia węgla i produkcji energii w Turowie może rozwiązać problemy, bez spowodowania katastrofy społecznej w Bogatyni, gdy kopalnia zostanie zamknięta z dnia na dzień. Doraźne zasypanie 200 milionami złotych konfliktu z Czechami nie załatwia problemu wytwarzania energii z coraz bardziej nieopłacalnego węgla – zauważa Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.
Elektrownia Turów produkuje rocznie średnio nieco ponad 3 proc. krajowej energii – wskazują ekolodzy. W rzeczywistości jest to dokładnie 3,7 proc., z tym, że wskaźnik wykorzystania mocy zainstalowanej w elektrowni Turów wynosi niespełna 50 proc., więc jej udział w produkcji energii może być nawet dwukrotnie wyższy. Według ekologów kompleks w Turowie mógłby zakończyć działalność już w 2026 r. Dziś nie wiadomo oczywiście, jakie byłyby skutki zamknięcia Turowa w wspomnianym roku. Za pięć lat, to jednak nie natychmiast, jak nakazał TSUE.
– Mitem jest, że bez funkcjonowania Turowa zabraknie nam prądu w gniazdkach, zaś dane ekonomiczne są bezlitosne: wzrost kosztu kapitału i ubezpieczenia wraz z rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 doprowadzą do zamknięcia elektrowni i kopalni Turów najpóźniej w 2030 roku. Czas pogodzić się z rzeczywistością i podać datę zamykania bloków w elektrowni oraz zaplanować programy osłonowe dla osób zwalnianych w wyniku powolnego, lecz nieuniknionego spadku zatrudnienia w kompleksie. To zadania dla PGE oraz ministra Jacka Sasina – podkreśla Kuba Gogolewski z fundacji Rozwój TAK – Odkrywki NIE. Komentując tę wypowiedź trzeba stwierdzić, że oczywiście nie ma ekonomicznych danych z których wynikałoby, że do 2020 r. kopalnia i elektrownia Turów przestaną funkcjonować. Są tylko przypuszczenia i przewidywania.
Tym niemniej, nie można budować polskiej przyszłości energetycznej na węglu. Jak widać, ostatnie tygodnie były niespokojne w polskiej energetyce. Dwie awarie zatrzymujące pracę elektrowni Bełchatów i decyzja TSUE w sprawie Turowa podniosły temperaturę dyskusji wokół transformacji energetycznej.
– Ostatnie dni dobitnie pokazują, że węgiel wcale nie jest gwarantem bezpieczeństwa energetycznego, a zamiast szumnie zapowiadanego ładu, w energetyce panuje chaos. Premier Morawiecki i jego rząd muszą w końcu przestać ignorować potrzebę transformacji energetycznej i pilnie przygotować plan szybkiego odejścia od węgla. Potrzebujemy nowoczesnego, rozproszonego systemu opartego o odnawialne źródła energii, a także inwestycji w efektywność energetyczną. W dobie kryzysu klimatycznego tylko tak można zapewnić prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne, ale i bezpieczną przyszłość – komentuje Joanna Flisowska, szefowa działu Klimat i Energia w Greenpeace Polska.
Niezależnie od intencji Greenpeace, tym słowom trudno odmówić słuszności. Problem jednak w tym, że realnie wciąż nie bardzo czym mamy zastąpić węgiel.

Może będzie bezpieczniej ale i drożej

Zapewne zwiększy się ochrona kupujących – lecz nowe przepisy mogą sprawić, iż mieszkania będą jeszcze droższe i jeszcze mniej dostępne, a formalności związane z ich zakupem tylko się wydłużą.
Nowa ustawa deweloperska – czyli mówiąc dokładniej, ustawa o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz o Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym – została już przyjęta przez Sejm z niektórymi poprawkami Senatu i czeka na podpis prezydenta. Jak wskazuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który przygotował jej projekt, ma ona wzmocnić ochronę osób kupujących nowe domy i mieszkania (czyli na rynku pierwotnym).
Może i wzmocni, ale najprawdopodobniej sprawi również, że mieszkania będą jeszcze droższe i jeszcze mniej dostępne dla wielu rodzin, a wszystkie formalności związane z ich zakupem tylko się wydłużą. Przy okazji, do ustawy deweloperskiej rząd wmontował też przepisy, które mogą pomóc w zasileniu trzeszczącego w szwach budżetu, pieniędzmi przeznaczonymi na wspieranie budownictwa mieszkaniowego. Co oczywiście nie byłoby z pożytkiem dla budownictwa.
Elementem wzmacniającym ochronę kupujących będzie nowy fundusz – właśnie wymieniony w tytule ustawy Deweloperski Fundusz Gwarancyjny – w połączeniu ze zmianą roli mieszkaniowych rachunków powierniczych.
Rachunki te istnieją już od dawna. Deweloperzy muszą gromadzić na nich wpłaty klientów. Mieszkaniowe rachunki powiernicze mogą być zamknięte lub otwarte. W pierwszym przypadku bank wypłaca przedsiębiorcy pieniądze z rachunku dopiero po przeniesieniu własności mieszkania lub domu na nabywcę. Na rynku dominują jednak (w ok. 90 proc.) otwarte mieszkaniowe rachunki powiernicze, czyli takie z których środki trafiają do dewelopera stopniowo, zgodnie z harmonogramem prac na budowie.
Deweloperzy starają się narzucać klientom otwarte rachunki powiernicze, bo to jest wygodniejsze i bezpieczniejsze dla firm budujących i sprzedających mieszkania. Dla klientów oznacza jednak realne ryzyko straty w sytuacji, gdy firma przerwie budowę lub upadnie, a bank przekazał jej już środki z rachunku powierniczego, wpłacone wcześniej na ten rachunek przez klientów.
Nowa ustawa przewiduje, że nadal będą istnieć zamknięte i otwarte mieszkaniowe rachunki powiernicze. Jednakże, wedle jej przepisów, w przypadku otwartego mieszkaniowego rachunku powierniczego ostatnia transza płatności do dewelopera nastąpi dopiero po przeniesieniu przez dewelopera własności lokalu mieszkalnego na klienta na podstawie zawartego aktu notarialnego.
Zabezpieczeniem dla środków nabywcy zgromadzonych na rachunkach powierniczych stanie się nowa instytucja, czyli wspomniany Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Deweloperzy będą odprowadzać na niego część wpłat klientów dokonywanych na mieszkaniowe rachunki powiernicze.
Wysokość stawek procentowych, według których deweloper samodzielnie obliczy, jaką część wpłat klientów powinien przeznaczyć na Deweloperski Fundusz Gwarancyjny będzie ustalać w rozporządzeniu minister właściwy do spraw budownictwa (czyli obecnie to Minister Rozwoju, Pracy i Technologii). Przepisy nowej ustawy deweloperskiej przewidują, że składka może wynieść maksymalnie do 1 proc. w przypadku otwartych mieszkaniowych rachunków powierniczych i zaledwie do 0,1 proc. w przypadku zamkniętych rachunków, stwarzających skuteczniejszą ochronę dla nabywców mieszkań. O tyle też zmniejszą się kwoty wpłacane na te rachunki.
Tak więc, wraz ze wzrostem kwot na mieszkaniowych rachunkach powierniczych, rosnąć też będzie Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Ten 0,1 proc., albo najwyżej 1 proc. to sumy zupełnie marginalne, niemal niezauważalne w jakichkolwiek bilansach. Tym niemniej środowisko deweloperów i ich lobbystów zaczęło narzekać, jaki to kłopot i jak znacząco mogą podrożeć z tego powodu nowe mieszkania. To do złudzenia przypomina biadolenia banków komercyjnych, gdy muszą one zwiększyć kapitały rezerwowe – jakby te kapitały gromadzono z prywatnych pieniędzy bankierów, a nie ze środków klientów banków. Wzrost cen mieszkań trzeba jednak poważnie brać pod uwagę, bo deweloperzy nie przepuszczą żadnego pretekstu, aby głębiej sięgnąć w portfele swoich klientów.
Z Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego będą także wypłacane pieniądze w przypadku upadłości dewelopera lub upadłości banku (powyżej kwoty chronionej przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny).
Upadłość banku, który prowadzi mieszkaniowe rachunki powiernicze, choć jest potencjalną rzadkością, może być zagrożeniem dla nabywcy mieszkania. Kwoty do 100 tys. euro są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny, ale mieszkania bywają droższe. Poza tym limit gwarancji BFG dotyczy łącznie wszystkich pieniędzy klienta w danym banku, także zgromadzonych na koncie osobistym czy lokatach. W związku z tym nawet w przypadku zamkniętego rachunku powierniczego klient dewelopera może nie odzyskać całej sumy – i wtedy do akcji powinien wejść Deweloperski Fundusz Gwarancyjny.
Pieniądze z DFG będą też uruchamiane w przypadkach odstąpienia klienta od umowy w sytuacjach wskazanych w ustawie. Chodzi tu zwłaszcza o nie przeniesienie przez dewelopera na klienta własności lokalu w terminie określonym w umowie deweloperskiej, a także nieusunięcia przez dewelopera wady istotnej, którą uznał w protokole odbioru albo została ona potwierdzona przez rzeczoznawcę budowlanego. Czyli, chodzi generalnie o ochronę przed nieuczciwością deweloperów.
Ustawa deweloperska nie jest czymś nowym w polskim porządku prawnym. Po raz pierwszy problemem poprawy ochrony nabywców mieszkań zajęto się za czasów rządów Platformy Obywatelskiej (czym innym były wcześniejsze akty prawne, na mocy których Skarb Państwa mógł poręczać niektóre kredyty mieszkaniowe), kiedy to w 2011 r. przyjęto obecnie obowiązującą ustawę o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego. Rząd PiS chciał mieć jednak nowe, już własne – i oczywiście prezentowane jako lepsze – przepisy w tej dziedzinie, żeby móc się chwalić bardziej efektownym dorobkiem. – Dotychczasowe przepisy nie zapewniały klientom deweloperów odpowiedniej ochrony prawnej, a także finansowej. Nowa ustawa doprowadzi do tego, że polskie rodziny decydujące się na zakup mieszkania lub domu od dewelopera nie będą musiały obawiać się utraty powierzanych przedsiębiorcy pieniędzy. Temu służy także utworzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, z którego w kryzysowych sytuacjach, takich jak upadłość firmy deweloperskiej lub banku, nabywcy mieszkań otrzymają zwrot wpłaconych środków – twierdzi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Wszystko to jest jednak pieśnią odległej przyszłości, bo prezydent jeszcze nie podpisał ustawy deweloperskiej, a większość jej zapisów zacznie obowiązywać dopiero po dwunastu miesiącach od daty ogłoszenia ustawy.
Ustawa obejmuje też kwestię umów rezerwacyjnych. W dotychczasowej ustawie nie były one uregulowane. Umowa rezerwacyjna to forma gwarancji, że po dokonaniu ustalonej opłaty deweloper przez określony czas nie sprzeda nikomu innemu mieszkania przez nas wybranego.
Zgodnie z nową ustawą opłata rezerwacyjna nie będzie mogła przekraczać 1 proc. ceny nieruchomości. W przypadku kupna mieszkania, kwota ta zostanie zaliczona na poczet ceny mieszkania i trafi na mieszkaniowy rachunek powierniczy. Jeśli bank nie udzieli klientowi kredytu, to odzyska on wpłacone pieniądze. Gdyby natomiast deweloper w trakcie rezerwacji zawarł z inną osobą umowę dotyczącą zarezerwowanego lokalu, to będzie musiał zwrócić rezerwującemu wpłaconą przez niego opłatę rezerwacyjną w podwójnej wysokości – czyli tak jak w przypadku zadatku. Ale jeśli klient się rozmyśli, wówczas straci wpłaconą deweloperowi sumę.
Obecnie nabywca nie może zrezygnować z zakupu mieszkania lub domu, gdy ma on wady istotne, czyli takie, które czynią go bezwartościowym lub niezdatnym do zwykłego użytku. . Nowe przepisy dają nabywcy skuteczniejszy instrument dochodzenia swoich roszczeń w takiej sytuacji. Jeżeli deweloper uznał wadę istotną w protokole odbioru, a następnie nie usunął jej, to nabywca będzie mógł odstąpić od umowy i odzyskać kasę. Jeżeli jednak deweloper w trakcie odbioru nie uzna wady istotnej, nabywca może wystąpić do rzeczoznawcy budowlanego o opinię. W przypadku, gdy taka opinia potwierdzi istnienie wady istotnej, nabywca także będzie mógł skorzystać z prawa odstąpienia od umowy.
Nowa ustawa swoim zakresem obejmuje wszystkie umowy zawierane pomiędzy deweloperem a nabywcą, także te w których deweloper dopiero zobowiązuje się do wybudowania lokalu mieszkalnego (domu), ustanowienia jego własności lub przeniesienia tego prawa na nabywcę. Do tych umów zastosowanie znajdą wszystkie przepisy ustawy – a zatem deweloper będzie musiał założyć mieszkaniowy rachunek powierniczy, odprowadzić składki na DFG, zawrzeć umowę w formie aktu notarialnego, a roszczenia nabywcy zostaną wpisane do księgi wieczystej.
Taki sam zakres regulacji będzie stosowany do umów dotyczących lokali użytkowych, np. garaży, jeżeli będą zawierane łącznie z umową deweloperską. Jeżeli jednak deweloper zdecyduje, że w odniesieniu do lokali gotowych będzie zawierał klasyczne umowy sprzedaży (na podstawie tej umowy nabywca staje się właścicielem nieruchomości) to jego obowiązki ograniczone będą tylko do przekazania nabywcy określonych informacji przed zawarciem umowy oraz dokonania odbioru. Deweloper nie będzie musiał wtedy zakładać rachunku powierniczego, ani odprowadzać składek na DFG. Zresztą, analogiczne zasady będą obowiązywały przedsiębiorcę innego niż deweloper, który sprzedawałby nabywcom nowe mieszkania.
W przypadku gdy na nieruchomości, na której powstaje budynek ustanowiona została hipoteka na rzecz banku kredytującego dewelopera, deweloper będzie miał obowiązek uzyskać zgodę tego banku na to, aby klient po wpłaceniu pełnej ceny dostał mieszkanie z czystą hipoteką. Zgoda ta będzie załącznikiem do umowy deweloperskiej. Teraz taka zgoda nie jest obowiązkowa, więc w przypadku upadłości dewelopera kredytujący go bank zabiera pieniądze z hipoteki. Wedle nowych przepisów nabywca otrzyma mieszkanie bez obciążeń hipotecznych albo uzyska pierwszeństwo w zaspokojeniu swoich roszczeń. Jeśli deweloper nie będzie miał na to zgody banku, to pomimo istnienia obciążenia hipotecznego, klient może odstąpić od umowy, a sam deweloper będzie mógł zostać ukarany grzywną.
Przy tych, generalnie korzystnych dla nabywców mieszkań przepisach, rząd Prawa i Sprawiedliwości nie byłby jednak sobą, gdyby nie zechciał uszczknąć trochę kasy na swe wydatki nie związane z budowaniem mieszkań.
Nowa ustawa deweloperska ma generalnie wejść w życie po upływie 12 miesięcy od dnia ogłoszenia, ale niektóre przepisy zaczną obowiązywać wcześniej. Chodzi tu między innymi o art 46, który zacznie obowiązywać po 30 dniach. Artykuł ten precyzuje, że Deweloperski Fundusz Gwarancyjny, zwany dalej „Funduszem”, stanowi wyodrębniony rachunek w Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym.
Wśród licznych celów, na jakie będzie można wydatkować środki Funduszu, jest też zapis, mówiący, że ze środków Funduszu pokrywa się również „wydatki związane z nabyciem rzeczowych składników majątku oraz wartości niematerialnych i prawnych, które będą wykorzystywane przy realizacji zadań Funduszu”. To zdanie jest zaś na tyle pojemne i mało precyzyjne, że stwarza pole do wydawania pieniędzy potencjalnych nabywców mieszkań, na cele niekoniecznie bezpośrednio związane z budowaniem i sprzedawaniem tychże mieszkań.

Gospodarka 48 godzin

Zerwane negocjacje
Jak informuje NSZZ „Solidarność”, reprezentatywne centrale związkowe: Forum Związków Zawodowych, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” i Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych „z oburzeniem” przyjęły wiadomość o jednostronnym zerwaniu negocjacji nad „Umową Społeczną” przez stronę rządową. Takie stwierdzenia zawarte są w stanowisku, jakie przyjęły związki zawodowe w Warszawie 24 maja 2021 r. Za zerwanie negocjacji został uznany fakt, iż zdaniem związków, strona rządowa mimo braku uzgodnienia w jakimkolwiek z tematów w poszczególnych obszarach wspólnie ustalonych w ramach zawieranej „Umowy”, w dniu 19 maja br. skierowała na ścieżkę legislacyjną projekt nowelizacji kodeksu pracy, ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych oraz ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Nowelizacje obejmują swoim zakresem uregulowanie pracy zdalnej. Stanowisko związków zarzuca, że strona rządowa mając świadomość generalnych rozbieżności stanowisk oraz braku uzgodnień, „usiłuje siłą wprowadzić własne uregulowania, nie bacząc na strony dialogu, tworząc jednocześnie bezprecedensowe pole konfliktu”. I właśnie dlatego, strona związkowa uznaje kontynuację negocjacji w ramach „Umowy społecznej” za rzecz bezzasadną i nieuzasadnioną – i stwierdza (z oburzeniem), że to strona rządowa zerwała rozmowy. Pod oświadczeniem podpisali się szefowie związków z Piotrem Dudą (NSZZ „S”) na czele. „Solidarność” i współpracujące z nią związki udają tu pierwszych naiwnych. Jakby nie wiedzieli, jaka jest zdolność PiS-owskiej władzy i Jarosława Kaczyńskiego do ustępstw czy kompromisów. Do tej pory widzieli to w przypadku innych partnerów obecnej ekipy, teraz na sobie doświadczają koncyliacyjności PiS. Nie po raz ostatni.

Za mało wiatraków
Nie całkiem wiadomo, co hutnictwo ma wspólnego z wiatrakami energetycznymi, ale Hutnicza Izba Przemysłowo-Handlowa oraz Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej ogłosiły wspólne stanowisko, w którym apelują o jak najszybsze odblokowanie budowy elektrowni wiatrowych na lądzie, tak aby polski przemysł mógł także jak najszybciej zacząć korzystać z taniej, bezemisyjnej energii. Rosną bowiem ceny uprawnień do emisji CO2, a w ślad za nimi ceny energii w Polsce. To poważne zagrożenie dla konkurencyjności polskiego przemysłu, zwłaszcza w sytuacji awarii trapiących tradycyjną energetykę. I tu właśnie widać, co ma do tego hutnictwo. Jak mówi Stefan Dzienniak, prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, nadchodząca dekarbonizacja hutnictwa będzie wiązać się ze znacznym zwiększeniem zużycia energii elektrycznej sektora. Aby umożliwić „zazielenienie” stali i utrzymać konkurencyjność polskiego hutnictwa na arenie międzynarodowej, konieczne jest zapewnienie dostępu do taniej, niskoemisyjnej energii elektrycznej i to w jak najkrótszym czasie. Największy potencjał by spełnić te wymagania posiada energia z wiatru na lądzie – podkreśla prezes. Obecnie trwają konsultacje publiczne nowelizacji tzw. „ustawy odległościowej”. To ograniczenie lokalizacyjne, wprowadzone przed niemal pięciu laty, utrudniło rozwój energetyki wiatrowej w Polsce.

Spóźnione rozmowy
Premier Mateusz Morawiecki i rząd zaczęli negocjować z Czechami w sprawie wstrzymania pracy Turowa. Rząd PiS miał na to wiele miesięcy przed decyzją unijnego Trybunału Sprawiedliwości, tyle, że wtedy miał swych sąsiadów w nosie. Ciekawe, gdzie oni będą teraz mieć rząd PiS?

Podatek reprograficzny coraz bliżej

Rząd mógł zostać zmanipulowany przez potencjalnie największych beneficjentów proponowanych zmian, czyli lobbystów z ZAiKS i innych organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi – stwierdza Federacja Konsumentów.
Nowy podatek od komputerów to groźny precedens – ocenia Federacja Konsumentów. I apeluje do decydentów, aby opierali się na wiedzy ekspertów i faktach, a nie zawierzali lobbystom i celebrytom.
Organizacja ta zaapelowała na swej stronie internetowej do premiera Mateusza Morawieckiego, kierowanego przez niego rządu oraz parlamentarzystów, w sprawie losów ustawy rozszerzającej opłatę reprograficzną, jaką obciążone mają być urządzenia elektroniczne – komputery czy telewizory, a możliwe, że finalnie również smartfony.
Jednocześnie, w swoim aktualnym apelu Federacja Konsumentów nigdzie nie wzywa do rezygnacji z rozszerzenia opłaty reprograficznej. Szefowie FK wskazują natomiast, że w efekcie wprowadzenia „podatku od komputerów” z kieszeni Polaków może być zabierany ponad 1 miliard złotych rocznie, a najbardziej ucierpią na tym uczniowie i studenci z biedniejszych rodzin, seniorzy czy osoby niepełnosprawne. Pieniądze te mają trafić w dużej części do artystów, także tych najbogatszych, także zagranicznych.
Wspomniany podatek ma zostać ściągnięty w wyniku rozszerzenia tzw. opłaty reprograficznej, która zdaniem FK jest już przeżytkiem – w wielu krajach ma toczyć się debata nad jej wycofaniem. Żyjemy bowiem w coraz bardziej cyfrowych czasach, gdzie rola tradycyjnych nośników, jak płyty CD czy DVD, staje się już marginalna – i zapewne mało kto dziś kopiuje muzykę na smartfonie lub laptopie. Jednakże ani organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, ani rząd nie przedstawili jakichkolwiek badań na ten temat. Lansowane są zaś tezy, które były prawdą może 20 lat temu, gdy rządziły pliki mp3. To już się nie dzieje!
Zdaniem FK Polacy mają zapłacić kolejny raz za to, za co płacą już wprost w ramach opłat za serwisy streamingowe lub oglądając reklamy podczas korzystania z serwisów dostarczających treści. I to niemało: w każdym 1 tysiącu złotych ceny komputera czy innego urządzenia ważnego dla pracy i nauki zdalnej, VAT i nowy podatek stanowią w sumie już około 220 zł. To więcej niż w bogatszych od Polski Niemczech. – Nowa opłata to oczywiście podwyżki cen na półkach sklepowych. Dlatego składamy uwagi do opublikowanego przez Rządowe Centrum Legislacyjne projektu ustawy, oraz publikujemy nasz apel do pana premiera i pozostałych decydentów. Z niepokojem obserwujemy determinację do szybkiego uchwalenia szkodliwych przepisów, które otworzą puszkę Pandory – z około połowy tych opłat, ponoszonych finalnie przez konsumentów, mają być wspierane emerytury artystów i twórców, również tych całkiem zamożnych, a pozostała część ma być dystrybuowana do nich za pośrednictwem m.in. ZAIKSu. To stworzy precedens do kolejnych tego typu nielogicznych i niesprawiedliwych rozwiązań podatkowych, a wolna ręka dla ministra kultury w zakresie stawek i urządzeń podlegających opłacie jest tym bardziej niebezpiecznym rozwiązaniem – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, Prezes Rady Krajowej Federacji Konsumentów.
W apelu możemy przeczytać:
Szanowni Państwo, 6 maja opublikowany został projekt ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego. Projekt przewiduje obłożenie tzw. opłatą reprograficzną w wysokości 4 proc. od ceny brutto między innymi komputerów stacjonarnych, przenośnych, a nawet telewizorów, czy dekoderów. Jednocześnie Minister Kultury otrzyma możliwość nakładania opłat na kolejne urządzenia, co może oznaczać wprowadzenie podatku również od np. smartfonów. Z kieszeni konsumentów – mimo trudnego czasu pandemii – ma zostać wyciągnięty nawet ponad 1 miliard złotych rocznie.
W opisie projektu powtórzono nieprawdziwe argumenty lobbystów opłaty, mimo iż Federacja Konsumentów od roku ostrzega, edukuje i pokazuje – w oparciu o przepisy prawa, dane i fakty – czym jest ta opłata i jakie będą konsekwencje jej wprowadzenia.
Apelujemy do rządu, aby reprezentował wszystkich obywateli i wczuwał się w ich potrzeby. Rozdysponowanie między celebrytów bardzo znaczących sum z publicznych pieniędzy podczas pandemii wystarczająco wzburzyło społeczeństwo.
Oczekujemy, że rząd poinformuje konsumentów o charakterze i skutkach opłaty. W demokracji obywatele mają prawo oczekiwać rzetelnej informacji o regulacjach, zwłaszcza tych, które będą ich obciążać.
Punktem wyjścia do dyskusji jest dla nas jasna deklaracja, że: jest to kolejny podatek, jego skutkiem będzie dodatkowe obciążenie fiskalne sprzętu elektronicznego, ceny detaliczne elektroniki wzrosną zaś płacona przez konsumentów opłata zostanie w części przekazana dla najlepiej zarabiających artystów, również zagranicznych. To wszystko w sytuacji, gdy w Polsce 1 mln uczniów nie ma własnego komputera, a 4,5 mln Polaków nie korzysta z Internetu.
Apelujemy by rząd nie poddawał się szantażowi moralnemu stosowanemu przez lobbystów opłaty, że chodzi o pomoc dla najuboższych. Opłata reprograficzna jest instrumentem rekompensaty dla najbogatszych, najpopularniejszych artystów, którzy obecnie otrzymują największe benefity z systemu praw autorskich.
Apelujemy również, aby jasno określono, czy i w jakiej części nowy podatek ma być przeznaczony na przywileje emerytalne dla artystów. Oczekujemy, że rząd RP zapyta o zdanie w tej sprawie również zwykłych obywateli, którzy także, na co dzień, mierzą się z konsekwencjami pandemii.
W ocenie Federacji Konsumentów, rząd mógł zostać zmanipulowany przez potencjalnie największych beneficjentów proponowanych zmian, czyli lobbystów z organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, m.in.inicjatora propozycji opłaty -ZAiKS. Tymczasem prawda i fakty są zupełnie inne.
Ponadto, już obecne ceny urządzeń elektronicznych są dla Polaków istotną barierą w korzystaniu z dobrodziejstw cyfryzacji. Badania opinii publicznej wskazują również, iż Polacy uważają proponowaną opłatę za podatek, którego nie akceptują. Proponowany podatek od komputerów stoi też w sprzeczności z rządowymi planami cyfryzacji kraju i zdalnego dostępu do usług administracji państwowej.
Tyle Federacja Konsumentów. Opłata została więc skrytykowana – ale nie powiedziano jej wyraźnie „nie”. To tylko jeden z wielu głosów w sprawie rozszerzenia opłaty reprograficznej, są i opinie bardziej zdecydowane. Ale rząd PiS ogromnie potrzebuje pieniędzy…

Gospodarka 48 godzin

Widmo plajt
W ciągu dwóch pierwszych miesięcy 2021 r. w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano informacje o 316 niewypłacalnościach polskich firm, czyli o 75 proc. więcej niż przed rokiem (181 niewypłacalności w styczniu i lutym 2020 r. Analiza obrotów i zatrudnienia wskazuje, że płynność masowo tracą firmy najmniejsze, często rodzinne, będące jednocześnie już wiele lat na rynku, co wyklucza problemy dotykające nowicjuszy w biznesie. Niewypłacalność oznacza niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, powodującą upadłością bądź postępowanie restrukturyzacyjne.To efekt domina, kłopoty obejmują też kontrahentów. Najwięcej plajt jest w sektorze usług, w którym liczba niewypłacalności była przeszło trzykrotnie większa: 131 w styczniu i lutym 2021 r. wobec 45 przed rokiem (wzrost o 190 proc.). Przednówek jest niełatwy także dla budownictwa. Liczba bankructw wzrosła tu o 45 proc., z 22 przed rokiem do 30 w styczniu i lutym 2021 r. W produkcji odnotowano w tym czasie wzrost niewypłacalności o 42 proc, a w handlu o 31 proc. W żadnym z sektorów gospodarki nie było spadku liczby niewypłacalności licząc rok do roku. Usługi odczuwają nie tylko skutki drugiego zamknięcia gospodarki ogłoszonego jesienią 2020 r., ale także kryzysu w budżetach samorządów, firm i konsumentów. Oprócz plajt w hotelarstwie, gastronomii i cateringu oraz w ochronie zdrowia pojawiły się problemy firm utrzymania zieleni, ochrony, pośrednictwa pracy, opieki przedszkolnej – uważa Euler Hermes. Niewypłacalności obejmują również produkcję podstawowych artykułów spożywczych, uprawy i hodowlę. Efekt domina obejmuje otoczenie rolnictwa – problemy mają firmy obsługi upraw i chowu, skupujące i handlujące płodami rolnymi, zwierzętami oraz mięsem. W budownictwie spowolnienie realizacji dotychczasowych kontraktów i zawierania nowych w drugiej połowie ubiegłego roku, w połączeniu z ostrą zimą uderzyło zwłaszcza w firmy budownictwa specjalistycznego. „Problemy dotyczą zwłaszcza małych, ale stabilnych dotychczas firm rodzinnych, obecnych na rynku od wielu lat, a nie startupów i, płacących frycowe debiutantów” – mówi Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.

Postęp na dwóch odcinkach
Rząd wreszcie przymierza się do unowocześnienia archaicznego systemu pobierania opłat na państwowych autostradach. Na razie chodzi tylko o dwa niedługie odcinki Konin-Stryków (autostrada A2) i Wrocław-Sośnica (autostrada A4). Na odcinkach tych wprowadzona zostanie nowa metoda poboru opłaty w systemie swobodnego ruchu. Umożliwi to likwidację tam bramek i szlabanów. Jak wiadomo, w obecnym systemie poboru opłaty konieczne jest zatrzymanie auta i oczekiwanie na podniesienie szlabanu, co powoduje powstawanie zatorów w okresach zwiększonego ruchu. Jak zapowiada rząd, kierowcy korzystający z tych dwóch odcinków będą mogli kupić elektroniczny bilet autostradowy, który będzie obowiązywał w określonym czasie na danym odcinku autostrady. Nie trzeba będzie w tym celu instalować żadnego urządzenia. Kupno e-biletu ma być możliwe zarówno online, jak i w formie wydrukowanego biletu na stacji paliw czy w kiosku. Rząd obiecuje, że na tych dwóch odcinkach likwidacja bramek i możliwość zakupu biletów autostradowych nastąpi od 1 grudnia 2021 r.

Gospodarka 48 godzin

Eksportowy elektropotentat
Pozycja Polski w eksporcie autobusów elektrycznych w Unii Europejskiej wyraźnie się umocniła – z 10 proc. w 2017 r. do 46 proc. w pierwszych 10 miesiącach ubiegłego roku. Tym samym, Polska stała się największym eksporterem auto busów elektrycznych w UE, wyprzedzając Belgię (odpowiadała ona za 36 proc. unijnego eksportu). Dużo mniejsze znaczenie miały Czechy (7 proc.), Niemcy (4 proc.) oraz Holandia (niespełna 2 proc.). Pandemia COVID-19 pokazała, że elektromobilność to nie chwilowy trend. Rynek pojazdów zasilanych prądem okazał się bardziej odporny na pandemię, niż rynek pojazdów spalinowych. Sprzedaż samochodów elektrycznych na większości rynków nie tylko nie zmalała, w przeciwieństwie do samochodów konwencjonalnych, ale nadal rosła, a niejednokrotnie nawet znacząco przyspieszyła – wskazuje Polski Instytut Ekonomiczny. Na rosnącej popularności elektromobilności zyskała również Polska, która od kilku lat włączyła się w produkcję i eksport autobusów elektrycznych. Mówimy: Polska, bo chodzi o wytwórnie funkcjonujące w naszym kraju, jednakże nie są to niestety przedsiębiorstwa z rodzimym kapitałem lecz zagraniczne. W naszym kraju takie autobusy produkują trzy przedsiębiorstwa: Solaris w Bolechowie koło Poznania (Solaris Urbino Electric), Volvo we Wrocławiu (Volvo 7900 Electric) i od niedawna MAN Truck & Bus w Starachowicach (MAN Lion’s City E), którego pierwsze pojazdy pasażerskie zjechały z linii produkcyjnej w październiku 2020 r. Największym producentem jest Solaris, który dotychczas pozyskał zamówienia na ponad 1000 pojazdów elektrycznych (tyle ogółem wyprodukował i sprzedał autobusów według stanu na połowę listopada ubiegłego roku. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w okresie od stycznia do listopada ubiegłego roku ci trzej producenci dostarczyli do zagranicznych odbiorców autobusy elektryczne o wartości 213,4 mln EUR, co oznacza wzrost o 50,7 proc. licząc rok do roku. W pierwszych 11 miesiącach 2020 r. największy udział w polskim eksporcie autobusów elektrycznych miały Niemcy i Włochy – odpowiednio 36,9 proc. oraz 35,2 proc. W porównaniu z analogicznym okresem 2019 r. wartość eksportu do tych państw zwiększyła się ponad czterokrotnie – wskazuje Polski Instytut Ekonomiczny. Odbiorcami autobusów z Polski były także Norwegia, Rumunia, Luksemburg, Francja i Szwecja.

Ziemia dla państwa
W ubiegłym roku obszar gruntów państwowych pozostających w Zasobie Własności Rolnej Skarbu Państwa wynosił ponad 1,3 mln ha, z czego grunty oddane w dzierżawę stanowiły ponad 1,0 mln ha. 30 kwietnia 2021 r. upłynie ustawowy okres, na jaki wstrzymana jest sprzedaż nieruchomości wchodzących w skład Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa. Rząd chce przedłużyć ten okres o kolejne 5 lat, to jest do 30 kwietnia 2026 r. W tym celu Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o wstrzymaniu sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa. Wraz ze wstrzymaniem sprzedaży nieruchomości z ZWRSP w 2016 r., podstawowym sposobem zagospodarowania nieruchomości państwowych stała się – i pozostaje do dziś – dzierżawa.

Są jednak obrońcy OFE

Pieniądze gromadzone w otwartych funduszach emerytalnych mogą w majestacie prawa stopnieć do zera. Zdarzały się już wielomiliardowe uszczuplenia gromadzonych w nich środków. Jak pokazuje poniższy artykuł autorstwa członka Towarzystwa Ekonomistów Polskich, wciąż zdarzają się zwolennicy tego „filara emerytalnego”.
Przyjęty przez rząd projekt przekształcenia OFE w fundusze inwestycyjne podważa zaufanie do państwa i ma na celu przede wszystkim jednorazowe zwiększenie dochodów budżetowych o kilkanaście miliardów złotych. Rząd stawia obywateli przed niechcianym i trudnym „przymusowym” wyborem. Obydwa warianty obarczone są wysoką niepewnością. Zaproponowane zmiany dotyczące OFE są również niekorzystne dla części spółek giełdowych, dla których proces ten oznacza ich nacjonalizację.
Projekt ustawy o „przekształceniu” Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE) w fundusze inwestycyjne został niedawno przyjęty przez Radę Ministrów. Celem ostatecznej likwidacji OFE nie jest ani prywatyzacja środków w OFE (słynne „oddamy pieniądze Polakom” premiera Morawieckiego), ani uporządkowania systemu.
Wbrew temu co twierdzi rząd, dla ponad 15 milionów Polaków, którzy trzymają swoje oszczędności emerytalne na rachunkach w OFE, drugi filar kapitałowy nie stracił sensu istnienia, ponieważ zapewnia dywersyfikację w oszczędzaniu na emeryturę, wybór między funduszami i Zakładem Ubezpieczeń Społecznych oraz niezawodność systemu wypłat emerytur. Nie ma żadnych przesłanek do likwidacji OFE w obecnym kształcie poza motywem fiskalnym oraz częściową nacjonalizacją giełdowych spółek, których akcje znajdują się dziś w portfelach OFE.
Ta pseudo reforma nie tylko podważa zaufanie do państwa, obniża wysokość emerytur, psuje dobrze ukształtowany trójfilarowy system emerytalny. Ale również oznacza w przyszłości wyższe dopłaty z budżetu państwa do najniższych emerytur, ponieważ po likwidacji II filaru ubezpieczeń emerytalnych, środki pochodzące z OFE nie będą brane pod uwagę do wyliczania minimalnych emerytur. Argumentem nie może być również fakt, iż poprzedni rząd zmniejszył zaufanie do systemu (co akurat jest prawdą), ponieważ żadna z wcześniejszych reform nie prowadziła do zmniejszenia uprawnień emerytalnych.
Obecna tak zwana reforma daje klientom wybór pozostania w przekształconym funduszu, który ma działać według zasad podobnych do obecnie działających Indywidulanych Kont Emerytalnych (IKE) albo przeniesienia środków do ZUS. Klient zmuszony jest do wyboru IKE lub ZUS, ale każdy z tych wyborów jest gorszy niż dotychczasowe OFE.
Jeśli zdecyduje się na pozostawienie środków z OFE w funduszu przekształconym w IKE, to jego rachunek zostanie opodatkowany tzw. „opłatą przekształceniową”. Wysokość tej opłaty została ustalona w wysokości 15 proc. od zgromadzonych oszczędności, co ma być odpowiednikiem efektywnej stopy podatkowej przy wypłacie środków. Nawet jeśli istnieje ta ekwiwalentność dziś, to istnieje duże ryzyko, że nie będzie ona trwała. Na przykład, podniesienie kwoty wolnej od podatku lub wzrost inflacji, pogorszy sytuację klienta w scenariuszu poboru tak zwanej opłaty przekształceniowej, wobec scenariusza opodatkowania środków z OFE, ZUS lub tych, które stosowane są w Indywidualnych Kontach Zabezpieczenia Emerytalnego.
Rząd świadomie wybrał formułę IKE, a nie IKZE, aby uzyskać kilkanaście miliardów jednorazowego dochodu budżetowego. Trudno szacować skalę tego dochodu, ponieważ zależy ona teoretycznie od wyboru klienta między „IKE a ZUS” – a w praktyce od akcji informacyjnej związanej z tym nieodwracalnym wyborem, oraz od trudności administracyjnych związanych z przeniesieniem środków do ZUS.
O tym, że prawdziwym celem zmiany jest cel fiskalny, świadczy też to, że opcją domyślną nie jest przejście do ZUS, tylko wybór IKE. Im więcej klientów nie będzie umiało podjąć żadnej decyzji, lub po prostu się zagapi w krótkim, zaledwie dwumiesięcznym okresie wyznaczonym na dokonanie wyboru, tym większe będą dochody budżetowe z tytułu tak zwanej opłaty przekształceniowej.
Jeśli natomiast zostanie wybrany ZUS, to klient straci prawo do dziedziczenia środków, czyli cenne uprawnienie, które dla wielu osób stanowiło argument za wyborem OFE (a nie ZUS). W tym wypadku 100 proc. oszczędności zostanie zapisanych na koncie ZUS, a aktywa zostaną przekazane do Funduszu Rezerwy Demograficznej. FRD zostanie przekazany przez ZUS z mocy prawa w zarządzanie Polskiemu Funduszowi Rozwoju. PFR pobierze za to opłatę, która może wynieść nawet 70 milionów zł – za zarządzanie aktywne funduszem na bazie „starych” aktywów FRD, którymi dotychczas nieodpłatnie zarządzał ZUS, oraz „nowych” aktywów przeniesionych z OFE do FRD.
Tym samym Polski Fundusz Rozwoju stanie się największym graczem na polskiej giełdzie, z łącznymi aktywami FRD przekraczającymi 100 miliardów złotych. Co więcej, w portfelu zarządzanym przez państwowego akcjonariusza dojdzie do konsolidacji akcji spółek giełdowych, które dotychczas znajdowały się w portfelach wielu otwartych funduszy emerytalnych. Dojdzie do rzeczywistej nacjonalizacji wielu spółek.
Rząd stawia obywateli przed niechcianym przez nich przymusem nieodwracalnego wyboru. Każdy z tych wyborów będzie mniej korzystny dla obecnych członków OFE, dla stabilności systemu emerytalnego, dla giełdowych spółek, które zostaną znacjonalizowane, oraz dla rynku kapitałowego, bo płynność wielu akcji zostanie znacząco ograniczona. Ponadto, pojawiają się nowe ryzyka dla klientów, jak choćby te związane z likwidacją obecnego systemu wypłat i możliwością kolejnego opodatkowania środków, które pozostaną w przekształconych IKE.
Na tej niechcianej reformie, zyska wyłącznie budżet i instytucje państwa, takie jak PFR oraz budżet – ze względu na to, iż po „reformie” cała składka emerytalna będzie kierowana do ZUS. Tymczasem dziś prawie 15 proc. tej składki może być kierowane do OFE.

Los opowieści premiera Morawieckiego

Szczęśliwie dla polskiej gospodarki, rząd PiS bynajmniej nie palił się do bardziej stanowczego wprowadzania swoich „programów rozwojowych” w życie.
Które z założeń „Planu Morawieckiego” udało się zrealizować przez ostatnie pięć lat? Przypomnijmy, że 16 lutego 2016 roku Rada Ministrów przyjęła uchwałę „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”.
Tego samego dnia ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki przedstawił swoją słynną prezentację tego planu. We wprowadzeniu premier Beata Szydło zapowiedziała: „Chcemy, ażeby ten program budował naszą gospodarczą potęgę w następnych latach”. Niecały rok później Rada Ministrów przyjęła, będącą rozwinięciem planu, „Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”.
W prezentacji Morawieckiego można byo wyróżnić trzy główne elementy – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju: diagnozę stanu gospodarki; opis planowanych projektów inwestycyjnych; listę ogólnogospodarczych celów i mierzalnych wskaźników, według których należało realizację tych celów oceniać.
Stawiając diagnozę, Morawiecki wskazał na pięć „pułapek rozwojowych”, w które Polska rzekomo wpadła, mieszając przy tym faktyczne problemy (np. zmienność prawa, spadek liczby Polaków w wieku produkcyjnym) z wyimaginowanymi (np. duża obecność inwestycji zagranicznych w Polsce przy pominięciu płynących z nich korzyści).
Morawiecki zidentyfikował „stan gospodarczy jako bardzo trudny”, co według FOR jest zdumiewające, jeśli wziąć pod uwagę fakt nieprzerwanego i wysokiego wzrostu gospodarczego w Polsce od 1992 roku. Jednak wydaje się, że tego rodzaju fałszywa diagnoza była konieczna do uzasadnienia zmiany „paradygmatu gospodarczego” na bardziej etatystyczny, zakładający umocnienie panowania władz administracyjnych nad gospodarką.
W chwili obecnej niektóre projekty znalazły się we wstępnej fazie realizacji: w ramach programu „Batory” Morawiecki w czerwcu 2017 roku położył tzw. stępkę, która rdzewieje do dziś. Z kolei dokonana przez Polski Fundusz Rozwoju nacjonalizacja znajdującej się na skraju bankructwa Pesy ma służyć prawdopodobnie wykonaniu „Luxtorpedy 2.0”, programu wedle którego w Polsce miałyby jakoby jeździć tzw. innowacyjne pociągi.
Zdaniem FOR, szczęśliwie dla polskiej gospodarki rząd nie zdecydował się na bardziej stanowcze wprowadzanie swoich „programów rozwojowych” w życie.
Premier Morawiecki wymienił też ogólnogospodarcze cele na 2020 rok, jakim ma jego plan służyć, oraz wskaźniki, według których należy realizację tych celów oceniać, rozdzielając dziewięć wskaźników pomiędzy pięć filarów („reindustrializacja”, „rozwój innowacyjnych firm”; „kapitał dla rozwoju”, „ekspansja zagraniczna” oraz „rozwój społeczny i regionalny”).
Cele wyznaczono na 2020 rok, ale można – rzecz jasna – podnosić, że szyki rządowi pokrzyżowała pandemia. Mimo że w miarę dostępności prezentujemy też dane za 2020 rok, podstawą naszej oceny będzie koniec 2019 roku. Aby uniknąć zarzutów o stronniczość, w tej prezentacji porównujemy wszystkie wybrane przez Morawieckiego cele z ich realizacją. Jednocześnie, dążąc do tego, by ewaluacja była pełniejsza, na koniec porównujemy dynamikę wskaźników z analogicznym czteroletnim okresem przed dojściem PiS do władzy, gdy rządziła koalicja PO-PSL – podkreśla FOR.
Okazuje się, że z dziewięciu celów osiągnięte zostały tylko dwa: eksport wzrósł bardziej niż PKB (co było jednak tylko kontynuacją trendu obecnego od początków transformacji); zasięg ubóstwa względnego (nie skrajnego) spadł, osiągając poziom poniżej 15,5 proc. (stało się to jednak już w 2015 roku).
Różne cele z pierwotnego planu Morawieckiego były później wielokrotnie modyfikowane, ale rząd PiS nigdy nie przedstawił ocen stopnia ich realizacji. Postawionych celów w większości obszarów nie udałoby się osiągnąć, nawet gdyby nie wybuchła pandemia. Jednak rząd zamiast przedstawić podsumowanie wykonania planu Morawieckiego, zapowiedział kolejny „wielki plan” o chwytliwej nazwie – „Nowy Polski Ład”.

Gospodarka 48 godzin

Odbudowa to konieczność
Rząd PiS oświadczył, że przygotował projekt Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności, który, jak się chwali rząd, „został sporządzony przez Rząd RP w wyniku dogłębnej oceny sytuacji społeczno-gospodarczej spowodowanej wybuchem pandemii COVID”. Niczego więcej na temat tego opracowania nie warto pisać – raz, że to tylko projekt, a dwa (przede wszystkim), że rząd PiS przyzwyczaił już Polaków do mnożenia planów i obietnic, z których nic nie wynika. Poczekamy więc na rezultaty. Jedyne, zasługujące dziś na uwagę, spostrzeżenie rządu, słusznie akurat wskazuje na to, że rządy Prawa i Sprawiedliwości w połączeniu z pandemią COVID-19 musiały doprowadzić kraj do stanu, wymagającego odbudowy.

Przejścia zwierzęce
Jak policzyła państwowa firma PKP Polskie Linie Kolejowe, w ubiegłym roku dostosowano 109 obiektów inżynieryjnych – mostów, wiaduktów, przepustów – do swobodnego poruszania się zwierząt nad i pod liniami kolejowymi. Pozwalają one bezpiecznie przekroczyć tory dużym zwierzętom: sarnom, łosiom czy dzikom, jak i mniejszym. Płazy i gady mogą natomiast korzystać ze specjalnie dla nich dostosowanych przepustów pod torami oraz pochylni. Przepusty i mosty zostały wyposażone w specjalne półki, którymi także zwierzęta pełzają, skaczą lub dreptają. Pomyślano też o nietoperzach. W części przepustów wybudowano domki, które dla tych latających ssaków mają stanowić schronienie w dzień i być miejscem lęgowym. Najwięcej przejść i przepustów dla zwierząt znajduje się w obszarze ich korytarzy migracyjnych, np. na liniach: Zielonka – Kuźnica Białostocka, Warszawa – Gdańsk, Kraków – Medyka, Poznań – Szczecin. Wykorzystanie kamer i fotopułapek pozwoliło poznać zwyczaje zwierząt w sąsiedztwie linii kolejowych. Sarny, jelenie czy łosie swobodnie czują się przy torach, a uciekają na dźwięk nadjeżdżającego pociągu. Wilki, po sprawdzeniu, ostrożnie i spokojnie przechodzą przez tory. Żaby bardzo rzadko przeskakują przez torowisko. Zaskrońce przypełzają wygrzewać się koło szyn, do czasu kiedy poczują drgania nadjeżdżającego pociągu; wówczas znikają w bezpiecznym otoczeniu. Nietoperze w dzień szukają schronienia w kolejowych mostach i przepustach.

Coraz później
Jak wskazuje Główny Urząd Statystyczny, w Polsce w ciągu ostanich 30 lat mediana wieku nowożeńców wzrosła o ponad 5 lat (dla kobiet z 22 lat w 1990 roku do prawie 28 lat w 2018 roku, dla mężczyzn z 25 lat do 30), co spowodowało również wzrost wieku kobiet rodzących pierwsze dziecko (z 23 lat w 1990 r. do 28 lat w 2017). Odkładanie decyzji o założeniu rodziny, posiadaniu mniejszej liczby dzieci, czy nawet samotnym życiu są wynikiem przeobrażeń zachodzących w zachowaniach ludzi młodych, którzy zwykle najpierw inwestują w rozwój zawodowy, a dopiero później w założenie rodziny i jej powiększenie. Kolejność zdarzeń jest na ogół następująca: ukończenie edukacji formalnej, podjęcie pierwszej pracy, opuszczenie domu rodzinnego, utworzenie związku, urodzenie pierwszego dziecka. Porównanie typowych biografii życiowych dwóch pokoleń (osób urodzonych w latach 1950-1954 oraz w latach 1975-1979) wskazuje na opóźnianie się procesu przejścia do dorosłości, którego elementem jest opuszczenie domu rodzinnego i usamodzielnienie się od rodziców. Także wyniki realizowanego w krajach Unii Europejskiej badania dochodów i warunków życia wskazują na coraz późniejsze opuszczanie przez dzieci rodzinnego gniazda.