Żadnych marzeń, panowie!

Rząd wprowadza kolejne przymusowe rozwiązania, mające ratować trzeszczący budżet. Już ma nie być znikających podatników.

Władza podjęła decyzję – wbrew oporowi części przedsiębiorców, mechanizm podzielonej płatności wkrótce będzie w Polsce obowiązkowy. To jedno z rozwiązań mających ratować budżet.
Rada Ministrów przyjęła bowiem projekt nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług. Projekt zakłada obowiązkowe korzystanie z mechanizmu podzielonej płatności (split payment), którego stosowanie eliminuje oszustwa w VAT. Obowiązkowa forma tego podatku zastąpi tzw. mechanizm odwróconego obciążenia, który okazał się niewystarczający w walce o zabezpieczenie i podniesienie wpływów z VAT (mimo, iż rząd PiS się chwali, jak bardzo podniósł rzekomo te wpływy). Wprowadzono także zmiany wprowadzające surowsze zasady stosowania odpowiedzialności podatkowej. Proponowane rozwiązania mają służyć, dotychczas mało skutecznemu, uszczelnianiu polskiego systemu podatkowego.
Obowiązkowe stosowanie formuły split payment ma być stosowane wobec większości dostaw towarów i usług. W stosunku do dziś stosowanego mechanizmu odwrotnego obciążenia, obowiązek korzystania z podzielonej płatności zostanie rozszerzony dodatkowo na transakcje, których przedmiotem są części i akcesoria do pojazdów silnikowych, węgiel i produkty węglowe, maszyny i urządzenia elektryczne, ich części oraz akcesoria.
Rząd twierdzi, że mechanizm podzielonej płatności eliminuje oszustwa w VAT już w zarodku. Mechanizm ten przeciwdziała nadużyciom i oszustwom podatkowym, zapobiegając znikaniu podatników wraz z zapłaconym im przez kontrahentów, a nieodprowadzonym podatkiem.
System uniemożliwia ponoć powstawanie nadużyć, a jednocześnie zapewnia lepszą transparentność rozliczeń VAT-owskich.
Stosowanie mechanizmu podzielonej płatności polega na tym, że kwota płatności za towary i usługi ma być wpłacana na jeden rachunek, zaś podatek – na oddzielny rachunek VAT.
Zdaniem rządu, pozwoli to z jednej strony na zabezpieczenie budżetu państwa przed ryzykiem nieodprowadzenia VAT przez dostawcę, z drugiej – uwolni kontrahentów od ryzyka „uwikłania w schematy”, zmierzające do wyłudzenia tego podatku. Przedsiębiorcy nie za bardzo się jednak cieszą, że rząd postanowił „uwolnić” ich od tego ryzyka.
Elementem, pozwalającym na stwierdzenie, czy zastosowano obowiązkowy mechanizm podzielonej płatności do danej transakcji, będzie odpowiednia informacja zamieszczona na fakturze.
Obowiązkowy mechanizm podzielonej płatności będzie stosowany wyłącznie co do faktur, których wartość brutto wynosi powyżej 15 tys. zł (to kwota po przekroczeniu której występuje obowiązek dokonania płatności przelewem bankowym).
Możliwe będzie opłacanie z rachunku VAT nie tylko tego podatku, ale również innych należności: podatków dochodowych, akcyzy, cła oraz składek ZUS. Wprowadzenie tej możliwości jest odpowiedzią na obawy zgłaszane przez przedsiębiorców co do pogorszenia się ich możliwości finansowych w związku z tym, że dysponowanie środkami zgromadzonymi na rachunku VAT będzie ograniczone. Ponadto możliwe będzie stosowanie mechanizmu podzielonej płatności do zaliczek wnoszonych przed wystawieniem faktury. Przepisy umożliwią także dokonywanie jednym przelewem płatności za więcej niż jedną fakturę.
Obowiązek stosowania mechanizmu podzielonej płatności ma wejść w życie już 1 września 2019 r.

We wszystkim jesteśmy przeciętni

Rząd musi podjąć bardziej aktywne i przemyślane działania na rzecz polskiej gospodarki. Powinniśmy się wreszcie skoncentrować na kilku wybranych dziedzinach.

Polska gospodarka jest na rozdrożu. Dotychczasowymi motorami rozwoju były w uproszczeniu, niskie koszty, w tym przede wszystkim niskie koszty pracy oraz inteligencja operacyjna i motywacja polskich przedsiębiorców. Niskie koszty pracy mamy już za sobą. Pozostałe atrybuty nadal możemy uznawać za naszą przewagę konkurencyjną.
Jak zatem konkurować? Aby wygrać trzeba robić coś albo lepiej, albo inaczej, albo taniej. To samo jest w konkurencji między państwami. “Taniej” mamy już za sobą.
Czy możemy “lepiej” wątpię – 50 letnia przerwa w ciągłości rozwoju nam na to nie pozwala. Gdy Zachód akumulował kapitał, doskonalił technologie, systemy zarządzania, zdobywał know how – my doskonaliliśmy się w polowaniu na papier toaletowy w sklepach. Nie jesteśmy w stanie konkurować z Zachodem kapitałem czy technologiami – bo ich zwyczajnie nie mamy. Musimy wybrać inne dziedziny, w których realnie możemy osiągnąć przewagę.
Według mnie narzędziami naszej konkurencji powinny być:
Konkurencja prawno-instytucjonalna – należy stworzyć najlepsze na świecie instytucje otoczenia biznesu, w tym sądownictwo oraz najlepsze i najprostsze prawo gospodarcze i podatkowe na świecie. Tworzyć akty prawne, jako pierwsi na świecie, dla nowych dziedzin (np. samochody autonomiczne). Jeśli będziemy jednym z najlepszych miejsc na świecie do prowadzenia działalności gospodarczej – zbiegną nam się przedsiębiorcy i innowatorzy z całego świata. Uwolni to też pełny potencjał inteligencji operacyjnej polskich przedsiębiorców. Jest to możliwe – wystarczy wola polityczna.
Pracownicy – w XIX wieku pracownicy sunęli ze wszystkich stron do fabryk. W XXI wieku fabryki suną tam gdzie są pracownicy. Polska powinna zastosować bardzo agresywną politykę demograficzną, żeby Polki chciały rodzić drugie i trzecie dziecko. Dążyć do standardu polskiej rodziny 2+3. To co do tej pory jest robione – chwała za to – to działalność bardzo lajtowa. Trzeba znacznie bardziej agresywnie. Jeśli chodzi o mnie jestem gotowy poprzeć wyłączanie o 18.00 światła w soboty (w ramach sprzyjania większej dzietności), jednak taka działalność może przynieść owoce za 25 lat. Teraz trzeba podjąć realne działania na rzecz ściągnięcia Polaków z Europy Zachodniej, Ameryki Północnej i Brazylii.
Jak wykonamy punkt pierwszy i staniemy się rajem dla działalności gospodarczej na świecie – może wrócić ich nawet milion. Kolejne narzędzie to suwerenna polityka imigracyjna i przyjmowanie oraz asymilowanie imigrantów zarobkowych ze sprawdzonych kierunków tj. z Wietnamu, Białorusi i Ukrainy, w ilościach potrzebnych naszej gospodarce. Celem naszej polityki demograficznej powinno być 50 milionów obywateli Polski w 2050 roku.
Potrzebujemy też bardziej aktywnej i przemyślanej polityki oraz działania rządu. Przede wszystkim na forum Unii Europejskiej. Musimy stanowczo i agresywnie przystąpić do pełnego wdrożenia unijnej dyrektywy usługowej. Polskie przedsiębiorstwa są dyskryminowane, zwłaszcza we Francji, metodami najróżniejszymi – poczynając od legalnych na nielegalnych kończąc. Zamknięcie firmy na podstawie anonimowego donosu na pół roku do wyjaśnienia to standard.
Ponad 10-letnie wysiłki Polski na forum UE nie przyniosły żadnych efektów. Trzeba zastosować retorsje wobec krajów, które z nami tak postępują – i zakomunikować im wyraźnie, że ich firmy będą mogły bez przeszkód działać w Polsce, jeśli nasze będą mogły działać u nich. Na tym poprzestanę, ale powinniśmy przestać się cackać i dawać się tak traktować. Jeśli nie zareagujemy – będzie tylko gorzej. Rząd musi zacząć działać zdecydowanie.
Pomoc publiczna dla biznesu. Nie mamy za dużo pieniędzy, to tym bardziej te które mamy powinniśmy wydawać rozsądnie. Tymczasem wydajemy je od sasa do lasa. Trudno dostrzec w tym jakąś strategię i myśl. Znaczna część tych środków trafia do… międzynarodowych koncernów!!! Zachowujemy się jakbyśmy chcieli wszystkiego naraz. Izrael, jak powstawał postawił na cztery obszary: hydrologię, optykę, przemysł zbrojeniowy i rolnictwo – i na tym skoncentrował wszystkie pieniądze i wysiłki. Dzisiaj sprzedaje 1 kg nasion pomidorów rosnących na pustyni za 100 tysięcy dolarów, a z ich optyki muszą korzystać wszystkie arabskie armie.
Musimy zrezygnować z megalomanii i gigantomanii i wybrać kilka dziedzin, w które skierujemy, to co mamy. Powinny to być raczej dziedziny nowe – nie sądzę, żebyśmy mieli jakieś szanse z Niemcami np. w silnikach Diesla. Jakie to dziedziny to odrębna dyskusja, ale nie powinno być ich na pewno więcej niż pięć.
Oczywiście już słyszę ten śmiech, że się nie da, niemożliwe, na pewno się nie uda etc. etc. Przyzwyczajony jestem – całe lata 80. słyszałem, że komunizmu nie da się obalić, a na pomysł wyprowadzenia wojsk sowieckich z Polski, co poniektórzy tarzali się ze śmiechu po podłodze. Każdy naród ma to na co zasługuje. My też. Musimy zerwać z naszą chorobą przeciętności. We wszystkim jesteśmy przeciętni. Wszystko w naszych rękach.

Śląskie opowieści PiS-u

Obecny rząd wykazuje się bardzo dobrą skutecznością w składaniu obietnic i snuciu rozmaitych planów.

Rząd PiS chwali się, że w „realizację Programu dla Śląska zostało zaangażowane już 42 miliardy złotych”.
Nie bardzo wiadomo, co w użytym przez rząd kontekście oznacza słowo „zaangażowane”?. Czy są to pieniądze, które zostały już wydane, czy może takie, które w jakimś planie dopiero przeznaczono perspektywicznie na rozwój Śląska?

Strategia bez efektów

W każdym razie pewne jest to, że żadnych 42 mld zł dotychczas nie wydano na Program dla Śląska.
A ile konkretnie dotychczas wydano? Nie wiadomo, bo tym akurat rząd PiS się nie chwali. Chwali się natomiast tym, że stworzył strategię dla Śląska i są tego efekty.
Rządowy slogan reklamowy brzmi właśnie: „Program dla Śląska. Jest strategia są efekty”.
Co do strategii, to trudno się do niej odnieść. Wiadomo natomiast, że w rzeczywistości efektów nie ma. PiS-owski wojewoda śląski już w połowie ubiegłego roku zapewniał, iż rządowy Program dla Śląska jest realizowany. Może i jest – tyle, że póki co, niczego nie zrealizowano.
Rząd PiS za strategię uważa zwykle zestaw obietnic, odpowiadających potrzebom danego regionu. Przygotowywanie takich „strategii” jest więc proste i łatwe – toteż nic dziwnego, że rząd stworzył ich już wiele. Program dla Śląska nie wyróżnia się tu niczym szczególnym.

Dofinansowanie wirtualne

Wiadomo, że na Śląsku palącym (nomen omen) problemem jest walka z zanieczyszczeniem powietrza. Gdzie na Śląsku to zanieczyszczenie się zmniejszyło? Nigdzie!.
Rzecz w tym, że rządowy progam Stop Smog to przede wszystkim propagandowa lipa, a Śląsk jest jednym z tego przykładów.
Istnieje w tym regionie lokalny program, stanowiący odnogę rządowego Stop Smogu. Nosi nazwę: program kompleksowej likwidacji niskiej emisji na terenie województwa śląskiego. Realne efekty tego programu? Oczywiście brak!.
Zgodnie z obietnicami, ów śląski program antysmogowy ma dofinansowywać termomodernizację wielorodzinnych budynków mieszkaniowych, wymianę przestarzałych pieców i modernizację sieci ciepłowniczych oraz promować nowoczesne metody produkcji energii elektrycznej i ciepła.
Zainteresowanie społeczności lokalnych było, co zrozumiałe, bardzo duże. Mieszkańcy Śląska, nie mogąc się doczekać wsparcia ze strony rządu, na własną rękę postanowili realizować różne inwestycje służące walce ze smogiem. Gdy więc wreszcie władza centralna obiecała dofinansowanie, to rząd otrzymał 98 wniosków o dofinansowanie.
Łączny koszt śląskich działań , które miały być objęte dofinansowaniem to 913 milionów złotych, z czego wysokość dofinansowania unijnego ma stanowić 500 milionów złotych.
Rząd chwali się, że ma około 1 miliarda złotych tylko na poprawę jakości powietrza w województwie śląskim. Wydanie 913 mln zł nie byłoby więc żadnym problemem.
To jednak tylko teoria, bo nikt nie dostał żadnych pieniędzy, a dofinansowanie, tak jak było, pozostaje w sferze obietnic (w składaniu obietnic PiS jest rzeczywiście dobry).

Nie traćcie nadziei

O tym, że rządowe obietnice walki ze smogiem były fikcją, świadczy to, iż dotychczas o fundusze na termomodernizację mogły starać się tylko wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe. O wsparcie nie mogły ubiegać się samorządy lokalne – choć to przede wszystkim one planują, przygotowują i wykonują takie inwestycje na swoim terenie. Odcięcie władz lokalnych od wsparcia ze strony państwa było jednak zgodne z PiS-owską polityką ograniczania samorządności.
Dopiero w pierwszej połowie tego roku rząd ugiął się pod falą krytyki i zezwolił samorządom na ubieganie się o wsparcie z centralnej kasy – co wszakże wciąż pozostaje w sferze obietnic, bo realnie jeszcze żaden śląski samorząd nie dostał ani grosza na termomodernizację.
Rząd PiS już wcześniej obiecywał, że kilka najbardziej zanieczyszczonych miast w województwie śląskim (wytypowano Żywiec, Żory, Pszczyna, Knurów, Myszków, Wodzisław Śląski i Godów) będzie mogło uzyskać dofinansowanie w ramach programu Stop Smog.
Tu się nic nie zmieniło. Nadal obiecuje się, że te miasta będą mogły uzyskać dofinansowanie. Kiedyś…

Wszystko dla programu

Program dla Śląska to oczywiście nie tylko obietnice dotyczące czystszego powietrza. Przykładowo, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przeznacza prawie 220 milionów złotych na 42 innowacyjne inwestycje z obszarów: przemysł stalowy, energetyka, motoryzacja, medycyna i farmaceutyka.
O efektach tego finansowania oczywiście głucho. Tak jak i głucho o najważniejszej innowacyjnej śląskiej inwestycji (o której mówiono od lat), czyli o produkcji metanu w wyniku podziemnego zgazowania węgla.
Przede wszystkim zaś, do wspomnianego programu wpisano działania, które i tak byłyby wykonywane w ramach normalnych planów działania. Tyle, że teraz nazywa się, iż są one podejmowane w ramach Programu dla Śląska.
Na przykład, dwadzieścia parę tysięcy młodych ludzi po ukończeniu szkół rozpoczęło pracę w śląskich zakładach i instytucjach – podjęli ją oczywiście w ramach Programu dla Śląska. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w województwie śląskim powoli kontynuuje budowę autostrady A1 i nieco innych dróg – to także Program dla Śląska. I tak dalej.

Przede wszystkim, jest Rada

Jest jednak jeden ewidentny konkret, całkowicie związany z Programem dla Śląska i będący jego wyłącznym, stuprocentowym efektem. Otóż, w kwietniu tego roku premier Mateusz Morawiecki wydał zarządzenie, powołujące Radę Wykonawczą do spraw Programu dla Śląska.
Rada , jak zapowiada rząd, ma „wzmocnić koordynację działań podejmowanych przez rząd w ramach programu i zapewnić konsekwentną realizację planowanych inwestycji”.
Czyżby więc dotychczas koordynacja działań podejmowanych przez rząd PiS w ramach programu była za słaba, a planowane inwestycje nie były konsekwentnie realizowane?. Aż nie chce się w to wierzyć…
W każdym razie – i to jest najważniejsze – w skład Rady Wykonawczej do spraw Programu dla Śląska weszło zacne, wieloosobowe grono krewnych i znajomych królika, którzy oczywiście nie pełnią społecznie tych niezwykle odpowiedzialnych obowiązków, jakie wiążą się z zasiadaniem w Radzie Wykonawczej.
Należy oczekiwać, że przed tegorocznymi wyborami PiS ogłosi Program dla Śląska Plus. Tam dopiero będzie się roić od nowych obietnic. I zapewne potrzebna będzie kolejna Rada Wykonawcza.

Czas rozliczania Rządu (część I)

Mamy za sobą kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego i być może zamknięty rozdział rozliczeń z wyników tych wyborów. Teraz trzeba popatrzeć w przyszłość, a ona to wybory do Sejmu i Senatu.

Zanim rozpocznie się kampania nale­ży rozpocząć przygotowania do niej, by była ona już skuteczna (zwycięska). Kampa­nię naszą musimy oprzeć na atrakcyjnej ofercie programowej dla suwerena, ale też powinniśmy merytorycznie odnieść się do realizacji zaproponowanego w poprzedniej kampanii wyborczej programu obecnie rządzącej partii, a poprzez to odsłonić jego „wiarygodność”.
PiS kończy swoją pełną kadencję rządzenia naszym krajem. To najwyższa pora na podsumowanie i rozliczenie Rządu z realizacji obietnic wyborczych. W tym tek­ście skoncentrujemy się na przedstawieniu niezrealizowanych obietnicach wybor­czych lub tych, których rzekoma realizacja jest zwykłym oszustwem. Przedstawianie i omawianie zrealizowanych obietnic nie ma większego sensu, gdyż członkowie Rzą­du powtarzają je wielokrotnie każdego dnia i oczywiście będą o nich mówić także w najbliższej kampanii wyborczej ale z pewnością przemilczą te niezrealizowane i te, z których realizacją PiS ma spore problemy.
W kwestii zrealizowanych obietnic sprostowania wymaga program Rodzina 500+. Faktycznie w pełnym obiecanym, w trakcie wcześniejszej kampanii zakresie będzie ona zrealizowana dopiero od lipca 2019r. Ujmowanie programu 500+ na pierwsze dziecko w kolejnej „5 Kaczyńskiego” jest zwykłym oszustwem.
Wracając jednak do rozliczania Rządu z obietnic wyborczych, najbardziej zna­ną z kampanii Prezydenckiej i kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu jest przewalu­towanie kredytów frankowych po kursie z dnia podpisania umowy. Do dzisiaj pro­blem ten nie został rozwiązany. Politycy PiS-u brak propozycji rozwiązania tego pro­blemu tłumaczą swoją odpowiedzialnością za stabilność naszego systemu bankowe­go. Rodzi się więc pytanie, czy w trakcie kampanii wyborczej politycy ci o tym nie wiedzieli? Oczywiście, że wiedzieli bo w swoich szeregach mają przecież wielu eko­nomistów z tytułami profesorskimi, ale na potrzeby kampanii najnormalniej w świe­cie „mijali się z prawdą”. To właśnie ten jeden z przykładów na „wiarygodność” PiS-u, którą politycy tej partii próbują nam wmówić.
Kolejną obietnicą wyborczą przyszłej Premier Beaty Szydło, która miała być zrealizowana jako jedna z pierwszych, to podwyższenie rocznej kwoty wolnej od po­datku dla osób fizycznych do 8.000zł. Oferta ta praktycznie nie została zrealizowana. Rząd w tej kwestii wykonał ruchy pozorujące, zaproponował rozwiązania niewiele zmieniające w dotychczasowych warunkach. Zwiększenie kwoty wolnej od podatku nastąpiło jedynie dla osób o bardzo niskich rocznych dochodach nie przekracza-jących 8000zł (miesięczne wynagrodzenie około 667zł brutto). Aby zobrazować ten PiS-wski żart wystarczy powiedzieć, że przy najniższym wynagrodzeniu brutto, (rocznym dochodzie brutto 27.600zł) pracownik nie może skorzystać ze zwiększonej kwoty wolnej od podatku. Kochani Rodacy, PiS nie tylko nie podniósł kwoty wolnej od podatku to na domiar złego przez okres czterech lat nie przeprowadził jej rewaloryzacji, podobnie jak w tym czasie nie zrewaloryzował progów podatkowych. W efekcie tych działań, w czasie tej kadencji PiS pozbawił każdego pracującego obywatela i emeryta kilku tysięcy złotych. Ogłaszając propozycję 13-tej emerytury „władza” raczyła zwrócić emerytom tylko niewielką część zagarniętych wynagrodzeń tym samym 13-tą emeryturą, PiS częściowo zrealizował obietnicę zwiększenia kwoty wolnej od podatku wobec emerytów. W zaistniałej sytuacji wrzucanie 13-tej emerytury w nową „5 Kaczyńskiego” jest zwykłym oszustwem, bo jest to przecież częściowa realizacja wcześniejszej niezrealizowanej przez Rząd obietnicy dotyczącej zwiększenia kwoty wolnej od podatku od osób fizycznych. Politycy PiS-u są bardzo zdyscyplinowani i natrętnie powtarzają przekazy dnia, jakże często składające się z półprawd czy nawet kłamstw, w które jak się okazuje suweren jest w stanie uwierzyć, gdyż opozycja, zwłaszcza ta parlamentarna, mająca dostęp do mediów jest nieskuteczna w prostowywaniu tych nieprawdziwych informacji. Cza-sem odnosi się wrażenie, że ona też uwierzyła w wiarygodność PiS-u.
Szczególnym oszustwem wobec suwerena są darmowe leki dla Seniora 75+. Zasady oraz wykaz leków objętych tą ofertą sprawiają, że zamiast darmowych leków seniorzy oszczędzają przy wydatkach miesięcznych rzędu 100-200zł zaledwie kilka lub kilkanaście złotych. W tej sytuacji trudno mówić o darmowych lekach dla senio­rów. PiS dobrze wie jakie są realia tego programu, że faktycznie to fikcja a mimo to stara się wmówić to kłamstwo pozostałym rodakom, których oferta ta nie dotyczy. O tym, że taka jest rzeczywistość świadczą roczne środki przewidziane na obsługę tego programu. Według danych Ministra Zdrowia na program ten w 2018r przeznaczono 693,3mln zł, za które obsłużono 21mln recept sygnowanych symbolem „S”. Minister­stwo Zdrowia nie podaje informacji na jakim poziomie środki z tego programu zosta­ły wykorzystane. W poprzednim roku Ministerstwo chwaliło się znacznymi oszczęd­nościami w tym programie. Ale przyjmując, że środki te zostały wykorzystane w ca­łości i obsłużyły 21 mln recept to dofinansowanie było na poziomie 33zł. Czy w kon­tekście tych danych jest się uczciwym i wiarygodnym powtarzając, że zrealizowano obietnicę darmowych leków dla seniorów? Ocenę pozostawiamy suwerenowi. Szcze­gólnie przykra jest to sprawa, bo ta nieuczciwość dotyczy osób starszych bardzo schorowanych, dla których wykupienie leków to często kwestia przeżycia.
Bardzo dużo mówiono także o programie mieszkanie +. Jak wygląda realizacja tego programu? Propaganda PiS-u powtarza, że program jest realizowany. Chcąc po-kazać Polkom i Polakom jak skutecznie ruszył ten program podpinano do niego już realizowane obiekty lub te, które były przygotowane do realizacji. Przekładem mogły być mieszkania w Białej Podlaskiej. Okazało się również, że zapowiadane koszty użytkowania lokali były znacznie wyższe niż zapowiadano w kampanii. Aby lokato­rzy nie podnosili krzyku proponowano im dopłaty do czynszu, za które płacić będą wszyscy rodacy. A może czas najwyższy by wyjmowane z czapki propozycje, bo ta­kie nakrycie ma Prezes, miały poparcie w analizach ekonomicznych, które pozwoli­łyby na właściwe dopracowanie oferty programowej.
Warto by Zarząd tej partii zrozumiał, że Prezes PiS-u to zwykły śmiertelnik a nie „Jarosław Wszechmogący” i warto jego pomysły obudować analizami ekono­micznymi i finansowymi. Władze partii powinny wiedzieć, że przyjmując władzę w Polsce przyjmują również odpowiedzialność za nasz kraj i to nie tylko tą krótkoter­minową (kadencyjną) ale także za jej pomyślność w przyszłości.
Przedstawiliśmy tylko część obietnic wyborczych PiS-u niezrealizowanych lub których „realizacja” daleka jest od złożonych obietnic z kampanii wyborczej, które tylko potwierdzają jak daleko od bycia wiarygodnymi są politycy tej partii.
Kolejne oferty z kampanii, z których realizacją Rządzący mają problemy zosta­ną przedstawione w następnym komentarzu.
Na zakończenie warto zapytać Grzegorza Schetynę, co robi Gabinet Cieni, by obnażać te kłamstwa i półprawdy Rządzących? Czy to lenistwo jego członków, czy też w tej kwestii PiS ma rację mówiąc o gabinecie cieniasów? Najwyższa pora by ga­binet ten rozpoczął intensywne działania dekonspirujące rzeczywiste „sukcesy” tego rządu. Efekty tych prac powinny być konsekwentnie, z dużą systematycznością prze­kazywane rodakom. Na razie politycy PiS-u bez przeszkód próbują wmówić Polkom i Polakom swoją wiarygodność, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Bigos tygodniowy

Gdybym był sędzią skazałbym Marka Falentę na dożywocie bez prawa do przedterminowego zwolnienia. Za co? Za język, jakim napisał swój osławiony hiszpański list do Adriana z prośbą o ułaskawienie. Wszyscy komentatorzy skoncentrowali się na ogólnej treści listu, natomiast jakoś nikt nie zwrócił uwagi na jego żałosny „styl”. Otóż list został napisany pokracznym żargonem ćwierćinteligenta, niezbornym, dalekim od elementarnej logiki języka, a nawet od zwykłego sensu, o estetyce słowa pisanego nawet nie wspominając. To język niedouka, człowieka pozbawionego kultury umysłowej, pełen niedojrzałej emocjonalności i pseudorefleksyjności (te komiczne uwagi o tym jak „trudno o przyjaźń w tych czasach” i westchnięcia typu „ech, życie”), te tandetne, sentymentalne uniesienia nad życiem osobistym, ta amikoszoneria, którą raczy adresata w wątku o wspólnocie odchudzania. Do surowej kary dodałbym Falencie dożywotni zakaz korespondencji.

Po wyborach do PE wyśmiewano jedną z gazet, że napisała pospiesznie, iż „PiS wygrał o włos”. Gdy po ochłonięciu spokojnie policzono liczbę głosów oddanych na poszczególne komitety wyborcze okazało się, że PiS rzeczywiście wygrało z Koalicją Europejską o włos, bo przewagą liczbową zaledwie 115 tysięcy głosów i to pomimo mobilizacji pisowskiej „biomasy”. Jeśli do tego dodać wynik Wiosny plus Razem, to jawi się przewaga strony demokratycznej. Nawet przy uwzględnieniu wyników Kukiza i Konfederacji. Policzył to już senator Marek Borowski, który liczyć umie. W tej sytuacji PSL i Wiosna, jeśli nie wejdą do jednolitego bloku przeciw PiS, okażą się ugrupowaniami szkodliwymi dla Polski. „Tylko blok pokona PiS” – jak słusznie stwierdził profesor Jerzy J. Wiatr. Jeśli Wiosna, PSL i Razem nie otrzeźwieją ze swojej egoistycznej megalomanii i nie wejdą do Bloku, wszyscy razem, łącznie z nimi, zostaniemy zjedzeni w Kaczej Zupie. Szansa na wygraną ciągle jest…

Patryk Vega, który jest lepszym piarowcem swojej twórczości niż reżyserem (choć reżyserem jest technicznie sprawnym) oświadczył, że swoim filmem, który smaży na jesień, pozbawi PiS władzy. Swoje dzieło montuje podobno aż w Japonii, czyli w odległości bezpiecznej od kaczystów. PiS-u nie pokonał ani Górski „Uchem prezesa”, ani Smarzowski „Klerem”, ani Sekielscy swoim dokumentem, więc i Vega na tę władze nie poradzi. Nie wystarczy obsadzić Andrzeja Grabowskiego w roli Kaczora żeby PiS zadrżał w posadach. PiS może utracić władzę, ale nie z powodu filmu. Wolałbym więc, żeby Vega dalej robił kino ginekologiczne, które mi się bardzo podoba.

Adrian wędrował po niezmierzonych przestrzeniach USA. Odwiedził tam aktualnego Wuja Sama, który pochwalił chłopca, poklepał, powiedział mu, że jest dzielny, więc dzieciak się cieszy. Więcej, zrobił duuuże zakupy w trumpowym sklepiku z bronią. Słyszałem, jak ktoś powiedział, że wśród zakupów jest koncertowy fortepian dla wojskowej orkiestry dętej. Nawiasem mówiąc, obecny Wuj Sam łudząco jest podobny do swojego klasycznego wizerunku (też ma żółte włosy). Adrian wędrował też po bastionach polskości w USA, czyli po parafiach, gdzie parafialne zespoły folklorystyczne w strojach krakowskich odtańcowywały przed nim „krakowiaczek ci ja”. Te hołubce wyczerpywały cały intelektualny potencjał Polonii Amerykańskiej, która jest szczególnie dewocyjna i niezbyt mądra.

Święte Miasto Częstochowa jest Rodzinnym Miastem Redaktora Piotra Gadzinowskiego, który przyszedł w nim na świat, tak jak Jezus przyszedł na świat w Betlejem. Ale i ja sroce spod ogona nie wypadłem, bo miałem w Częstochowie świętej pamięci ciotkę Helenę, którą odwiedzałem. Dlatego także osobiście cieszy mnie sobotnia częstochowska Parada Równości z Matką Boską Tęczową na czele. Cieszy mnie, że ci młodzi ludzie swoją aktywnością uliczną rozrzedzają zaduch katolicki w Polsce i zwracają uwagę, że też są dziećmi bożymi.

Pojawiły się katolickie bractwa męskie, które mają bronić Wiary i Kapłanów przed licznymi wrogami. Rycerze Świętego Jana Pawła Drugiego zamierzają bronić obrońcy pedofilów Jędraszewskiego z Krakowa przed namolnością pismaków wszelakiego autoramentu. Wojownicy Maryi na czele których stanął niejaki Pejo, zięć Korwina, mają bronić Wiary w formule szerszej. Dobry przykład działa zaraźliwie, więc należy spodziewać się niebawem wysypu Rycerstwa. Cóż, jaki Kościół, tacy Rycerze.

Sąd uznał, że młody człowiek, który witał Adriana odbywającego gospodarską wizytę gdzieś tam, transparentem o treści: „Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent tylko dupa” jest niewinny. Dlatego ja, ośmielony przez sąd, ulżę sobie i napiszę cytując : „Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent, tylko dupa”.

Niegdyś Lwica Lewicy, dziś Służka Pisowska Aleksandra Jakubowska i publicystka u braci Karnowskich przeszła z fazy krytyki przeciwników do fazy pensjonarskiego, egzaltowanego uwielbienia dla nowego pana i nie daje powiedzieć o nim złego słowa. Do ekstowarzyszy z SLD oczywiście nienawiścią zieje niezmiennie. Kobiecina nie skorzystała z okazji by milczeć. Lewica zawsze wychodziła na zakamuflowanych, ciasnych drobnomieszczuszkach jak Zabłocki na mydle. Już Lenin przed nimi ostrzegał.

Donald Tusk ostro pojechał na pisiorów przed komisją „vatowską” Horały. Można tego mojego rówieśnika 1957 lubić albo nie, ale to mistrzowski fighter. Zdemaskował propagandowy charakter komisji i zadania postawionego przed nią przez Partię. Jedno jest pewne, wina Tuska jest niemożliwa do udowodnienia i nie zmieni tego kolejne „przesłuchanie”.

Ziobro z podkulonym ogonem wycofał się z oskarżenia prawników UJ i zaniechał kierowania przeciwko nim pozwu o kłamstwo w ocenie projektu noweli kodeksu karnego. Ptaszki ćwierkają, że Kaczor kwaknął i Pan Zbyszek odtrąbił odwrót twierdząc, że lud poznał prawdę o jego wielkim dziele i zbędne jest angażowanie sądów(jakże nielubianych) do oceny tegoż. Gdy mówił te słowa na jego twarzy wykwitły, znane i lubiane wypieki. Ciekawe dlaczego?

Ministrowie odeszli z rządu i wraz z nimi, jak donosi ”Rzepa”, zniknęły ich oświadczenia majątkowe. Nie wiemy więc, póki co, czy na finał dostali nagrody. Nie wiadomo też czy wszyscy zwrócili słynne szydłowe „należne”.

Kanikuła w powietrzu, ale nie w polityce.

Władze szkodzą, ludzie pomagają

Zablokowaliśmy eksmisję matki, córki i czteromiesięcznego niemowlęcia. Na Ursynowie, w spółdzielni Stokłosy. Największy problem polega na tym, że władze spółdzielni nie chcą rozmawiać, ani nawet podać lokatorkom sumy ewentualnego zadłużenia. Historia pani Alicji Wejherowa, mieszkającej w bloku gdzie jest tylko jeden kran i jeden wspólny wychodek na kilkanaście mieszkań, którą opisałem cytując jej dramatyczny list w poprzednim felietonie, poruszyła ludzkie serca. Ludzie deklarują chęć pomocy. Pewien człowiek zaoferował nawet wynajęcie jej mieszkania i opłacania czynszu przez rok. Jednak ona waha się czy porzyjąć pomoc, bo w życiu niewiele dobrego ją spotkało i twierdzi, „że nie ma nic za darmo”. A jednak jest. My i nasza pomoc jest za darmo i są ludzie dobrej woli chcący nieść bezinteresowną pomoc. To dzięki ich postawie jeszcze do reszty nie zdziczeliśmy. Przyszła na nasz czwartkowy duyżur pani Ewa, samotna matka, której udało się załatwić mieszkanie. I to porządne, z balkonem. Byłem wtedy u burmistrza dzielnicy Praga Północ w towarzystwie zakonnicy w habicie. Podziałało. Teraz jednak w dzielnicy są nowe władze i mimo, że lokatorka sumiennie płaci czynsz, odmówiono jej przedłużenia umowy. Wszystko dlatego, że w podaniu o przedłużenie wspomniała, za radą urzędnika z administracji, że trochę sobie dorywczo dorabia, bo z samego 500+ i zasiłków nie da się wyżyć. Natychmiast doniesiono o tym i do pomocy społecznej i zagrożono samotnej, schorowanej matce, że donosem do izby skarbowej a nawet procesem karnym. Nowa władza karze teraz kobietę samotnie wychowującą dziecko za to, że nie chce żyć w nędzy i podejmuje dorywcze prace oraz za szczerość. Praga Północ to najbiedniejsza dzielnica Warszawy. Ludzie mieszkaja tu w warunkach nadmiernego zagęszczenia, zagrzybionych, niedogrzanych mieszkaniach. A warszawski ratusz skąpi pieniędzy. Dzwonili do nas z Zakopanego, gdzie władze sprzedały budynek komunalny wraz z lokatorami spółce Tesco, a teraz kiedy po gwałtownej reakcji lokalnych mediów i mieszkańców budynek wrócił do miasta, zamierzają go wyburzyć by zrobić miejsce deweloperowi. W sytuacji kiedy właściciel burzy dom, lokatorom przysługuje prawo do lokali zamiennych, czyli takich, w których przypada co najmniej 10 m kwadratowych na osobę i wyposażonych w takie same urządzenia jak burzony budynek. To co miasto dotychczas oferuje nie spełnia żadnego z tych kryteriów.

Teraz albo nigdy

„Jeśli PiS jesienią wygra wybory, zapewni sobie w 2023 roku większość konstytucyjną. Zmieni prawo, media, konstytucję, prawo wyborcze, prawo o partiach politycznych…” – mówi dr hab. Marek Migalski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co). – „Albo PiS zostanie odsunięty od władzy w 2019 roku, albo nigdy”.

JUSTYNA KOĆ: Od kilku dni trwają spekulacje, kto zajmie miejsca ministrów, którzy zdobyli mandat europosła. Do Brukseli odchodzą jedni z najpopularniejszych polityków partii rządzącej. Czy to były lokomotywy, czy Jarosław Kaczyński chciał się pozbyć najpopularniejszych polityków? Wiemy, że nie lubi, jak ktoś staje się zbyt popularny – casus zamiany Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego.
MAREK MIGALSKI: Myślę, że jednak chodziło o to, aby popularni politycy ciągnęli listy i zdobywali głosy. Te wybory zdecydowanie zbudowały Beatę Szydło, bo pokazała w nich, że jest bardzo popularnym politykiem obozu władzy. Gdyby nie bardzo dobry wynik Patryka Jakiego, który zdobył ponad 200 tys. głosów, to prawdopodobnie Beata Szydło zdobyłaby nie ponad 500 tys., a 700 tys. głosów. Wyjazd może jej także pomóc z innego względu. Beata Szydło była ministrem ds. społecznych, który nic nie robił, i co gorsza – była odpytywana z tego nicnierobienia. W PE może zbudować sobie własne, nowe narzędzie, będzie miała do tego forum i ludzi, zatem jeśli planem Jarosława Kaczyńskiego było pozbycie się Beaty Szydło, to wysłanie jej do Brukseli było najgorszym pomysłem.

Zawsze mówi się, że wyjazd do Brukseli to zesłanie, dobra emerytura. Czy Beata Szydło, nieznająca nawet języka angielskiego, może tam cokolwiek osiągnąć?
Ja nie mam takiego wrażenia w przypadku polskich polityków, że to emerytura. Rzeczywiście tak jest w przypadku europosłów z krajów zachodnich, dla których to raczej stabilna i bezpieczna praca i tam wyjeżdża raczej drugi lub trzeci garnitur, ale w Polsce tak nie było, może poza wyborami 2004 roku. Teraz na pewno ci politycy nie znikną nam z oczu i nie zapomnimy o Joachimie Brudzińskim czy Patryku Jakim.

Czy polska delegacja do PE będzie potrafiła dobrze zabiegać o sprawy naszego kraju?
To zależy, o kim mówimy, bo są tam politycy bardzo dobrze odnajdujący się w sprawach europejskich i strukturze UE, jak Danuta Huebner, Jan Olbrycht czy Jacek Saryusz-Wolski, ale nie ma co ukrywać, że znaleźli się też tam ludzie, którzy nie mają pojęcia i umiejętności, a nawet nie mówią po angielsku, jak Beata Kempa. Dla nich to będzie po prostu drogi, w sensie zarobków, staż. Prawdą jest też, że obecność największej grupy europosłów, czyli z PiS, bo jest ich aż 27, w jakimś sensie będzie zmarnowana, bo przyłączą się do EKR lub innej grupy eurosceptyków, która będzie miała nikłe znaczenie w PE. Ze wszystkich szacunków, które teraz są, wynika, że EKR będzie piątą siłą w PE i znajdzie się na marginesie. Władzę utrzyma sojusz chadeków z socjalistami, prawdopodobnie wzmocniony przez liberałów lub Zielonych. Tak czy inaczej, w tej układance nie ma miejsca dla EKR, zatem większość polskich europosłów znajdzie się w grupie, która nie będzie miała znaczenia.
Można powiedzieć, że paradoksalnie 22 europosłów KE i 3 Wiosny może mieć większy wpływ na to, co będzie się działo w PE.

6 proc. dla Wiosny. To koniec partii Biedronia?
To zależy od jego strategii. Ten wynik jest rzeczywiście mocno rozczarowujący i te entuzjastyczne okrzyki Roberta Biedronia na wieczorze wyborczym były dobrą miną do złej gry, co zresztą podpowiada każdy podręcznik marketingu politycznego. Na pewno sam Biedroń rozumie, że taki wynik jest dla niego rozczarowujący i jeśli nic nie zrobi, to na jesieni jego partia przegra, pójdzie pod wodę, czyli poniżej 5 proc. Jeżeli będzie chciał utopić swoją partię, to zostanie w europarlamencie, wystawi jakąś listę w wyborach październikowych, przeprowadzi minimalną kampanię i otrzyma 3 proc., czyli tylko tyle, aby otrzymać subwencję wyborczą. Natomiast jeśli Biedroń się jeszcze nie zmęczył polityką, to musi wymyślić Wiosnę na nowo lub zbudować wokół niej sojusz sił progresywnych, które dadzą nowy impuls, żeby ludzie o takich poglądach poszli jesienią na wybory. Sama Wiosna nie wystarczy.

Przy frekwencji wyjątkowo wysokiej, jak na wybory do PE – 45 proc. – PiS osiągnął 45 proc. poparcia. W wyborach październikowych prawdopodobnie frekwencja będzie jeszcze wyższa. Czy PiS zrobi lepszy wynik, czy osiągnął maksimum?
Powiem żartobliwie, że jeśli PiS osiągnął przy frekwencji 45 proc. wynik 45 proc. poparcia, to przy 60-proc. frekwencji powinien osiągnąć 60 proc. To w połowie żart, ale w połowie prawda. Oczywiście PiS nie dostanie 60 proc. poparcia, ale uważam, że zwiększenie frekwencji na jesieni będzie jeszcze bardziej służyło PiS. Jeżeli zadamy sobie pytanie, kto nie poszedł na wybory 26 maja, a kto pójdzie na wybory jesienią, to są to potencjalni wyborcy PiS-u. To będą ci, którzy pójdą, aby obronić zdobycze socjalne, które dostali od PiS: 500 Plus, trzynastą emeryturę, obniżenie wieku emerytalnego i wszystkie inne rzeczy, które dla miliona Polaków oznaczają awans cywilizacyjny. Oni wiedzieli, że mogą odpuścić sobie wybory europejskie, bo w nich nie chodziło o to, czy te socjalne świadczenia będą dalej wypłacane. Ale na jesieni PiS zrobi wszystko, aby przedstawić wybory jako starcie w sprawie 500 Plus. Jeżeli przekona wyborców, że tylko kontynuacja rządów jest gwarancją wypłacania świadczeń socjalnych, wygra.
Moim zdaniem wszystko wskazuje na to, że PiS jest skazany na sukces, a Koalicja jest w dziś w takiej sytuacji, że nic nie wskazuje na to, aby mogła przedstawić spójny program i ciekawą strategię na jesień. Obawiam się, że jeżeli nic się nie zmieni, to opozycja zostanie dobita na jesieni przez PiS.

Czeka nas wtedy scenariusz węgierski?
Tak, czyli następne 4 lata, w trakcie których PiS całkowicie zmieni reguły gry i zapewni sobie w 2023 roku większość konstytucyjną. Zmieni prawo, media, konstytucję, prawo wyborcze, prawo o partiach politycznych, całkowicie wymieni warunki konkurencji gospodarczej, zoligarchizuje nasz system ekonomiczny, preferując tylko tych graczy, którzy będą się układali z władzą. Twierdzę tak od jakiegoś czasu, że albo PiS zostanie odsunięty od władzy 2019 roku, albo nigdy.

Jarosław Kaczyński zostanie premierem za Mateusza Morawieckiego?
Nie sądzę, bo Jarosław Kaczyński tak fantastycznie czuje się w roli naczelnika państwa, że nie będzie chciał psuć sobie zabawy, wypełniając ciężkie obowiązki premiera. Natomiast ta rekonstrukcja rządu jest kolejnym atutem w rekach PiS-u, bo popularnych polityków będzie można zastąpić jeszcze bardziej popularnymi.
Zaraz nastąpi wymiana, będą nowi ministrowie, spektakl będzie trwał i skupiał uwagę opinii publicznej na rządzie i odwracał uwagę od tego, co 4 czerwca powie Donald Tusk. Władza ma takie narzędzia do tego i będzie z nich korzystać, zresztą zawsze to robiła.
W ten sposób wejdziemy w okres wakacji; z nowym zrekonstruowanym rządem i pogubioną opozycją.

Ale po wakacjach zaczną się kłopoty. Protest nauczycieli, prawdopodobnie także lekarzy rezydentów, wzrosną ceny prądu. To może zaszkodzić rządzącym?
To może zaszkodzić, chociaż złamanie strajku nauczycieli pokazało, że rząd sobie radzi z takimi problemami. Wydawało się, że strajk tak pokaźnej grupy zawodowej jak nauczyciele musi negatywnie odbić się na poparciu dla rządu, a tak się nie stało. Oczywiście dla obozu władzy nigdy nie jest dobrze, jak kraj ogarnia fala strajków, ale PiS-owi udaje się bardzo sprytnie tak kierować niechęć opinii publicznej i napuszczać jedne grupy społeczne na drugie, że może się okazać, że i te protesty jesienne nie zaszkodzą PiS-owi.

Co powinna zrobić opozycja?
W moim przekonaniu PiS jest nie do pokonania, ale to nie znaczy, że opozycja jest na przegranym. Zadaniem opozycji na jesieni nie jest skonstruowanie i doklejanie do KE kolejnych bytów, żeby pokonać PiS. Opozycja powinna pójść w takiej konstrukcji, żeby uniemożliwić PiS-owi zdobycie więcej niż 231 mandatów. I to jest do zrobienia pod warunkiem, że każdy pójdzie po swój elektorat. Nawet przy systemie D’Hondta to się może udać, tak jak udało się opozycji w 2007 roku, kiedy PO dostała 42 proc. poparcia społecznego, ale to się nie przełożyło na większość bezwzględną, czyli na 231 mandatów.
To jest nadzieja opozycji; nie pokonanie PiS-u, ale obniżenie wyniku PiS-u tak, aby można było skonstruować rząd antypisowski w oparciu o kilku posłów. To oznacza idealne rozegranie meczu opozycji między sobą, aby wspólna liczba mandatów była wyższa, niż zwycięskiego PiS, i aby po wyborach mogła stworzyć rząd koalicyjny.

Tylko musiałaby wtedy też mieć Senat, gdzie – w przeciwieństwie do Sejmu – jest ordynacja większościowa.
Tak, ale to też jest do zrobienia. Tam opłaca się jednolita lista opozycyjna, gdzie w każdym ze 100 okręgów jest jeden kandydat opozycji. Wówczas jest możliwe, że opozycja zgarnie 51 mandatów. Do Sejmu idą komitety partyjne, a do Senatu w każdym z okręgów rejestruje się np. komitet „zjednoczona opozycja”.

PiS nie chce zwalczać smogu

Rząd nic nie robi, by w Polsce było czystsze powietrze. Woli zwalać swoje obowiązki na samorządy lokalne.

Rząd PiS wymyślił sposób jak ukryć swoją indolencję i bezczynność w zwalczaniu zanieczyszczeń powietrza. Postanowił przerzucić ten obowiązek na samorządy.
Dlatego właśnie Rada Ministrów przyjęła nowelizację prawa ochrony środowiska oraz ustawy o zarządzaniu kryzysowym.
Projekt przewiduje przyspieszenie – rękami samorządów – eliminacji zagrożeń związanych z występowaniem nadmiernych stężeń niektórych zanieczyszczeń powietrza. Dotyczy to zwłaszcza przekroczeń dopuszczalnych poziomów pyłów PM10 i PM2,5, a także dwutlenku azotu oraz benzoapirenu.

Częściej umierają? No to trudno

Polska ma bardzo duże kłopoty z dotrzymaniem wymogów jakości powietrza, ze względu na zanieczyszczenie pyłami zawieszonymi. Na 46 stref w Polsce, dopuszczalny poziom skażeń jest przekraczany w 44. Za przekroczenia te odpowiada zwłaszcza sektor bytowo-komunalny oraz transport.
Skala zaniedbań PiS-owskiej władzy jest tak duża, że według Światowej Organizacji Zdrowia zanieczyszczone powietrze w Polsce jest przyczyną przedwczesnej śmierci ok. 45 tys. osób rocznie. Z kolei tzw. niska emisja – wytwarzana w dużym stopniu przez małe zakłady i gospodarstwa wykorzystujące do ogrzewania kotły na paliwo stałe – odpowiada w Polsce za ok. 19 tys. przedwczesnych zgonów.
Rząd kompletnie nie przejmuje się rosnącą liczbą zgonów. Nic nie umie na to poradzić – a i absolutnie nie ma ochoty, bo musiałby ograniczyć spalanie węgla, co naruszyłoby interesy lobby górniczego.
Rada Ministrów uznała więc, że podstawą do działań naprawczych w sferze ochrony powietrza ma być aktywność samorządów – a konkretnie, uchwała sejmiku województwa w sprawie programu ochrony powietrza.
Mamy niby rządowy program „Czyste Powietrze” ale jest on już taką lipą, że sam rząd nie zwraca na niego uwagi, O czyste powietrze mają zatem walczyć samorządy. Rząd jest od ważniejszych spraw.

Będziemy więcej kontrolować

Dzisiejsze przepisy mówią, że sejmik województwa, w terminie 18 miesięcy od dnia otrzymania wyników oceny poziomów szkodliwych substancji w powietrzu (taką ocenę przeprowadzają wojewódzcy inspektorzy ochrony środowiska i klasyfikacji stref) – określa program ochrony powietrza w swojej uchwale.
Zgodnie z decyzją rządu, teraz samorządy będą miały mniej czasu na przygotowanie programów ochrony powietrza. Termin zostanie skrócony o 3 miesiące, więc będą musiały się zmieścić w 15 miesiącach. Ostateczny termin przyjęcia tych programów przez sejmiki wojewódzkie rząd wyznaczył na 15 czerwca 2020 r.
Rząd PiS postanowił też zająć się tym, co lubi najbardziej – czyli kontrolowaniem innych.
Aby wzmocnić kontrolę realizacji programów ochrony powierza, Rada Ministrów narzuciła samorządom obowiązek corocznego monitorowania przez zarząd województwa postępu działań naprawczych nawet na szczeblu gminnym. Kontrolowane będzie wykonanie planów ochrony powietrza oraz wynikających z nich planów działań krótkoterminowych.
„Nałożono dodatkowe zadania na administrację samorządową” – szczerze stwierdza Rada Ministrów, wskazując, iż działania kontrolne umożliwią monitorowanie skuteczności realizowanych zadań.
Tyle, że od samego monitorowania i kontrolowania nic się nie poprawi – tak jak od mieszania herbata nie zrobi się słodsza.
Wśród tych dodatkowych obowiązków, które rząd PiS, zamiast sobie, narzuca samorządom, znalazł się wymóg przygotowania dodatkowej dokumentacji i sprawozdawczości oraz monitorowanie stopnia realizacji działań, na poziomie od gminy do województwa.
Do nowych zadań urzędu marszałkowskiego należeć będzie teraz stała weryfikacja stanu zaawansowania poszczególnych działań i przygotowywanie szczegółowych informacji oraz sprawozdań dla ministra środowiska.
Nasilenie kontroli i sprawozdawczości – taka jest recepta PiS na zapewnienie czystszego powietrza w Polsce.
Rząd narzuci też samorządom nowy kształt planów ochrony powietrza – ale to, jakie zmiany będą one musiały wprowadzić do tych planów, zostanie określone szczegółowo w rozporządzeniu ministra środowiska. Rozporządzenie załatwi to po cichu, bez publicznego roztrząsania, nieuniknionego, gdy przepisy „stają na rządzie”.
Jednym z nowych obowiązków samorządów będzie też, jak podkreśla Rada Ministrów, „nawiązanie ciągłej, stałej współpracy z innymi podmiotami oraz prowadzenie bieżącej i systematycznej analizy skuteczności działań naprawczych wprowadzanych na poziomie regionalnym”.

To nie my, to rzecz samorządów

Jak wskazuje Rada Ministrów, samorządy zostaną wyraźnie zobowiązane do tego, by ich działania przewidziane w programie umożliwiały ograniczenie przekroczeń wartości dopuszczalnych, w możliwie najkrótszym terminie.
A może rząd PiS nałożyłby na siebie taki obowiązek, zamiast zwalać własne zadania na innych? Na to jednak nie można liczyć. „Dobra zmiana” do perfekcji opanowała sposoby migania się od roboty. A jeśli w dodatku przy okazji może wziąć pod but samorządy lokalne (bo idea samorządności jest wraża dla PiS), to jeszcze lepiej.
Dobrym przykładem na to, że rząd PiS tylko pozoruje walkę ze smogiem, jest rozporządzenie ministra rozwoju i finansów z 1 sierpnia 2017 r. w sprawie wymagań dla kotłów na paliwo stałe. Rozporządzenie wprowadziło restrykcyjne wymagania dla takich pieców. Od 1 października 2017 r. obowiązuje zaś zakaz stosowania tzw. rusztu awaryjnego, zaostrzono normy dotyczące tlenku węgla, związków gazowych oraz pyłów.
Wszystko to guzik pomogło, bo kotły-”kopciuchy’ są sprzedawane i użytkowane bez przeszkód, tyle, że pod inną nazwą. Rząd skąpi pieniędzy na sfinansowanie ich wymiany, szkodliwym miałem węglowym można handlować bez przeszkód, a poziom skażeń badany jest sporadycznie.
Dziś więc rząd stwierdza: „Mimo przeprowadzonej nowelizacji rozporządzenia z 1 sierpnia 2017 r., niezbędne okazało się wprowadzanie zmian na poziomie ustawowym”. I tradycyjnie, sposobem na zwalczenie smogu ma być poprawa „efektywności systemu kontroli przestrzegania przepisów dotyczących wymagań dla kotłów na paliwo stałe”.
Tym razem dodatkowe zadania nałożono na organy Inspekcji Handlowej. Będą one mogły nakładać na przedsiębiorców kary pieniężne do 5 proc. przychodu uzyskanego przez nich ze sprzedaży przestarzałych kotłów.
Rząd utrzymuje, że wyeliminuje to sprzedawców i producentów fałszujących świadectwa jakości pieców lub sprzedających kotły „bezklasowe” pod innymi nazwami. Nic takiego naturalnie się nie stanie, o czym rząd doskonale wie – ale wie też, że łatwiej wydawać wyssane z palca przepisy i w ten sposób pokazywać, że coś się robi, zamiast na serio wziąć się do poważnej walki ze smogiem.

Samo dosypywanie pieniędzy nie wystarczy

Program 500 plus należy uzupełnić działaniami prorodzinnymi, pozwalającymi na to, aby posiadanie dzieci nie kłóciło się z efektywnym i opłacalnym wykonywaniem pracy.

Całkowity koszt programu Rodzina 500+ w nowym, rozszerzonym kształcie wyniesie około 42 mld zł rocznie.
Czy będą to dobrze wydane pieniądze?

Drogo i nie zawsze sensownie

Należy zgodzić się z argumentacją ekspertów zajmujących się świadczeniami publicznymi, transferami społecznymi, którzy wskazują, że Polska przeznacza zbyt mało środków na usługi społeczne i relatywnie dużo – ale nie zawsze efektywnie – na transfery socjalne.
Zatem, wydaje się, że bardziej racjonalne, oraz znacznie mniej kosztowne, byłoby zastosowanie innego wariantu pomocy, z uwzględnieniem pierwszego dziecka w rodzinie.
Ponieważ dziś sztywny próg dochodowy przy świadczeniu na pierwsze dziecko może całkowicie pozbawiać wypłaty z programu przy minimalnym choćby przekroczeniu wyznaczonej granicy, zamiast bezwarunkowego rozszerzania programu Rodzina 500+ na pierwsze dziecko, należałoby wprowadzić mechanizm „złotówka za złotówkę“.
Taki system nie zabiera całkowicie świadczenia po przekroczeniu, choćby o wspomnianą złotówkę, kryterium dochodowego – ale stopniowo je zmniejsza.

Sposób na oszczędność

Dzięki rozwiązaniu stosującemu zasadę „złotówka za złotówkę”, rodzice otrzymywaliby świadczenie pomniejszone o kwotę o jaką przekroczyli kryterium, a świadczenie trafiłoby, przynajmniej w części, do tych rodzin, które mają wprawdzie niskie dochody, ale nieznacznie przekraczają kryterium.
Polityka wsparcia kierowana byłaby wtedy do tych rodzin, które są w najgorszej sytuacji i tego wsparcia rzeczywiście potrzebują. Oszczędności budżetowe byłyby spore. Eksperci szacują, że wprowadzenie zasady „złotówka za złotówkę” mogłoby przynieść ok. 2 miliardy złotych rocznie.
Zaoszczędzone w ten sposób fundusze rząd mógłby przeznaczyć na inne, ważne elementy polityki społecznej. Wiadomo nie od dziś, że to nie tylko pieniądze otrzymywane przez rodziców decydują o tym, ile zechcą oni mieć dzieci. Służyć temu powinna cała polityka rodzinna, ułatwiająca opiekę nad dzieckiem i łączenie obowiązków zawodowych z rodzicielskimi.
By to osiągnąć, oprócz wspomnianej zmiany w samej konstrukcji programu „Rodzina 500+”, konieczne są też inne ważne działania: zwiększenie dostępności opieki dla niemowląt i dzieci w wieku przedszkolnym, wspieranie finansowe przez pracodawców i państwo równego dzielenia się obowiązkami opiekuńczymi przez matkę i ojca, uelastycznienie na życzenie rodziców ich czasu i miejsca pracy.
Tyle, że zrobienie tego wszystkiego wymaga pomyślunku i sensownych działań organizacyjnych – a to znacznie trudniejsze, niż proste dosypanie gotówki.

Nie wymyślą, ale mogą naśladować

Rząd Prawa i Sprawiedliwości wprawdzie nie wykazuje ani woli, ani ochoty do rzeczywistych działań prorodzinnych, ale nie musiałby niczego wymyślać od zera. Przykładów jest aż nadto.
Polski rząd mógłby zatem wykorzystać doświadczenia innych europejskich państw, powszechnie uważanych za wzorcowe jeśli chodzi o skuteczną politykę społeczną, na przykład Francji i Szwecji. Oba prowadzą politykę skutecznie wpływającą jednocześnie na poprawę poziomu opieki nad dziećmi, na kondycję materialną rodzin i na wzrost zatrudnienia kobiet.
Ten ostatni czynnik nie jest bez znaczenia, bo okazuje się, że więcej dzieci rodzi się w krajach, gdzie matki częściej pracują, a odpowiedzialność za opiekę nad dziećmi w szerszym zakresie bierze na siebie państwo.
Kraje te stwarzają także prawną możliwość elastycznego dostosowania czasu i sposobu uczestnictwa w rynku pracy, głównie poprzez zatrudnienie na część etatu lub pracę z domu.
Przyjęcie powyższych rozwiązań w Polsce wydaje się niewykonalne organizacyjne i mentalnie, zwłaszcza przez rząd PiS. Premier Mateusz Morawiecki, któremu przecież musi zależeć na kondycji naszego trzeszczącego budżetu, nie jest tym zainteresowany. Byłoby to jednak znacznie bardziej skuteczne oraz „strawne’ dla budżetu państwa bez powiększania zadłużenia.
Wtedy premier już nie musiałby apelować do bardziej zamożnych Polaków by nie korzystali z wypłat 500 plus, za pomocą chwytania ich za serce (co nie wszyscy lubią) i takich słów: „Każdy, kto jest bogaty, kto ma dużo środków i sumienie, czy serce mu podpowiada, to nie bierze tych środków i znam takich ludzi bardzo, bardzo wielu“.
Nie wiadomo, jak szeroki jest ten altruistyczny krąg znajomych premiera, ale podobne apele nie wydają się właściwą ani skuteczną metodą dbałości o finanse publiczne. I zwykle są głosem wołającego na puszczy.

Trzy cenne cele

W uzasadnieniu do rozszerzenia programu Rodzina 500 plus, Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło następujący opis celowości tej inicjatywy: „Działania Rządu w zakresie polityki rodzinnej koncentrują się w szczególności na trzech wymiarach: demografia, tj. wzrost liczby urodzeń, ograniczenie ubóstwa, w szczególności wśród dzieci, inwestycja w rodzinę (poprawa „jakości” kapitału ludzkiego).“
Co do pierwszego, przedstawionego przez rząd celu, czyli wzrostu liczby urodzeń, okazuje się, że w 2018 r. urodziło się mniej dzieci niż rok wcześniej. Po nieznacznym wzroście tych urodzeń w 2016 r. (o 1 proc.) nastąpił powrót do tendencji spadkowej obserwowanej od 2010 r., a udział urodzeń pierwszego dziecka zmniejszył się z 48,7 proc. w 2010 r. do 42,9 proc. w 2017 r. Jak oceniają eksperci, widać, że 500+ to nie jest rozwiązanie, które zachęca do rodzicielstwa.
Jeśli chodzi o drugi cel: „ograniczenie ubóstwa, w szczególności wśród dzieci“, dane statystyczne oraz opinie analityków wskazują, że Rodzina 500+ rzeczywiście dobrze działa działa w tym ważnym obszarze – i skutecznie pomaga rodzinom żyjącym w skrajnym ubóstwie. Jak podkreśla Business Centre Club, ma to jednak również nienajlepszy wpływ na rynek pracy, ponieważ rodzice w ponad 1,5 mln gospodarstw domowych (czyli grupie ok. 2,5 mln dorosłych) zaczęli zastanawiać się, czy warto, by współmałżonek poszedł do pracy i zaczął starać się o poprawę swoich kwalifikacji.
„W wielu przypadkach odpowiedź była negatywna, oparta na logicznym, finansowym uzasadnieniu” – ocenia BCC.
Natomiast trzeci, wskazany cel czyli „inwestycję w rodzinę i poprawę „jakości” kapitału ludzkiego)“ trudno wymiernie ocenić. Pytanie natomiast, czy środki na taką „inwestycję w rodzinę“ zostały właściwie zaadresowane?.
Brak kryterium dochodowego pozwolił na skierowanie wsparcia także do rodzin doskonale sytuowanych, co zwiększyło koszt programu i spowodowało ograniczenie wydatków na inne, ważne cele społeczne. Tymczasem ich realizacja paradoksalnie pomogłaby osiągnąć zakładane cele Rodziny 500+.

Czym grożą obietnice prezesa?

Tak zwana „Piątka Kaczyńskiego” oznacza kolejne podatki oraz cięcia w wielu wydatkach. Nauczyciele już się o tym boleśnie przekonali.

Pomimo wysokich kosztów, nowe programy PiS nie rozwiązują żadnych istotnych problemów, a nastawione są przede wszystkim na efekt wyborczy. Wymuszają natomiast podwyżki podatków oraz ograniczenie wydatków na inne cele, przede wszystkim na usługi publiczne. Tak oceniają sytuację ekonomiści Forum Obywatelskiego Rozwoju, Aleksander Łaszek i Rafał Trzeciakowski uważając, iż mamy „Pętlę Kaczyńskiego na szyi podatnika”.
Przede wszystkim, ich zdaniem „trzynasta emerytura” nie walczy z ubóstwem emerytów i rencistów, ponieważ trafi zarówno do osób zamożnych, jak i ubogich. Nie zachęca też do dłuższej pracy, gdyż nie jest powiązana ze stażem pracy.
Rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko także nie jest efektywnym sposobem walki z ubóstwem – ponieważ świadczenia skierowane do najuboższych realizowałyby ten cel znacznie efektywniej.
W dodatku, doświadczenia innych krajów wskazują, że we wspieraniu dzietności znaczenie efektywniejsza jest dostępność wysokiej jakości usług pomagających w wychowywaniu potomstwa (żłobki, przedszkola, szkoły, szpitale), których u nas brakuje – niż transfery pieniężne.
Proponowane zmiany w PIT (wprowadzenie trzech stawek oraz zerowy podatek od dochodów niektórych osób poniżej 26 roku życia) nie rozwiązują zaś problemu wysokiego opodatkowania niskich dochodów, natomiast pogłębiają skomplikowanie naszego systemu podatkowego.
W Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2019-2022 Ministerstwo Finansów przedstawiło, w jaki sposób rząd zamierza sfinansować nowe obietnice wyborcze. Tak więc, w bieżącym roku zakładany jest wzrost deficytu, natomiast w kolejnych latach rosnąć mają podatki i składki, przy jednoczesnym ograniczeniu wydatków publicznych w relacji do produktu krajowego brutto.
Łącznie, rząd planuje zwiększyć podatki i składki na ubezpieczenie społeczne z 36 proc. PKB w 2018 r. do 37,8 proc. w 2021 r. Nowe obietnice wyborcze PiS to dla polskich finansów publicznych roczny koszt ponad 40 mld zł. Ponadto, rząd PiS uchwalił na kolejne lata wzrost szeregu innych wydatków, na przykład na armię.
Realizacja „Piątki Kaczyńskiego” wymusi relatywne ograniczenie wydatków na inne cele oraz podwyżki różnych podatków. Polski system podatkowy zawiera szereg wyjątków i ulg, których ograniczenie może przynieść wzrost dochodów budżetu.
Tymczasem, pomimo bardzo dobrej koniunktury w 2018 roku Polska nie zlikwidowała deficytu sektora finansów publicznych, co negatywnie wyróżniało nas na tle szeregu innych państw Unii Europejskiej.
Przy realizacji „Piątki Kaczyńskiego”, ze względu na wolniejszy wzrost gospodarczy oraz wyczerpanie się szeregu rezerw, rząd ma coraz mniejsze pole manewru. Stosuje więc, zresztą nie od dziś, różne kruczki prawne. Na przykład, by uniknąć zwiększania wydatków na służbę zdrowia, do wyliczeń użyto PKB sprzed dwóch lat, w efekcie czego faktyczne wydatki na zdrowie w relacji do PKB niemal nie uległy zmianom między 2015 a 2019 rokiem. Natomiast trzynasta emerytura dla żołnierzy ma być sfinansowana w ramach budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej, co oznacza że będzie wliczona do ustawowych 2,1 proc. PKB przeznaczanych na armię.
Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział już, że realizacja obietnic z „Piątki Kaczyńskiego” spowoduje wzrost deficytu i zadłużenia budżetu państwa.
Niepewność, dotycząca tego, kogo obciążą podatki potrzebne na sfinansowanie tych obietnic, może pogłębić długookresowe problemy polskiej gospodarki związane z niską stopą inwestycji.