PiS robi skok na pieniądze emerytów

Obecny rząd postanowił szybko i jednym ruchem zabrać emerytom 15 proc. zgromadzonych przez nich środków. I niewykluczone, że na tym się nie skończy, bo budżet pęka w szwach.

Co najmniej 19,3 miliardów złotych zabierze emerytom rząd Prawa i Sprawiedliwości pod pretekstem „oddawania” im pieniędzy, zgromadzonych dziś w otwartych funduszach emerytalnych. To dość ostrożne szacunki, bo w praktyce ta kwota może sięgnąć niemal 24 mld zł.
Oczywiście rządowi propagandyści sukcesu, udający dziennikarzy w tzw. „publicznych” czyli także rządowych mediach, nie wspominają ani słowem o rządowym skoku na emerycką kasę. Zamiast tego zachwalają, jak to rząd PiS – naturalnie w odróżnieniu od wrednych poprzedników – zwraca emerytom ich ciężko wypracowane składki. Od razu przypomina się orwellowskie Ministerstwo Miłości.

Przymus, a nie możliwość

Rząd PiS bardzo zabiega o to, by jak najszybciej doprowadzić do przyjęcia przepisów, zmuszających potencjalnych emerytów do przeniesienia swych składek z OFE do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych albo na Indywidualne Konta Emerytalne.
Rząd PO dał przyszłym seniorom tylko taką możliwość, wprowadzając „okienka transferowe”, w których można przenosić składki przechowywane w OFE (aczkolwiek na 10 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego, z automatu trafiają one do ZUS). Rząd „dobrej zmiany” nie zmusza, aby koniecznie wybrać ZUS – ale wprowadza przymus wycofania składek z OFE.
Rzecz w tym, że pieniądze zgromadzone w OFE są niedostępne dla rządu, który nie może położyć na nich łapy. Z pieniędzmi w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych może natomiast robić co chce, zaś w przypadku przenoszenia składek na IKE pobiera haracz właśnie w postaci opłaty przekształceniowej. Tę opłatę trudno nazwać inaczej, niż rozbojem na prostej drodze, bo wynosi ona aż 15 proc. zgromadzonych składek!

Czas ucieka, kasy brakuje

Rząd unika nazywania opłaty przekształceniowej podatkiem – i ma ku temu swoje, bardzo wymierne powody.
Chodzi o to, że środki gromadzone w OFE są opodatkowane stawką 15 proc. Osoba, odkładająca składki w otwartych funduszach płaci te 15 proc. w chwili, gdy jest już na emeryturze i otrzymuje świadczenie z OFE.
Rząd PiS nie zamierza jednak czekać na pieniądze od kolejnych roczników Polaków odchodzących na „zasłużony odpoczynek” – zwłaszcza, że bardzo prawdopodobne, iż za jakiś czas te pieniądze otrzymałby już inny, nie PiS-owski rząd. Ekipa „dobrej zmiany” chce zgarnąć całą kasę od emerytów jak najszybciej.
Dlatego właśnie PiS-owscy prominenci wymyślili, że te 15 procent rząd zabierze emerytom od razu, gdy tylko zdecydują się na przeniesienie swych składek na IKE. Cała operacja przenoszenia składek ma zostać zrealizowana już w przyszłym roku.
Skoro zaś pieniądze zostaną zabrane emerytom, zanim jeszcze ci je zobaczą, nie nazwano ich podatkiem lecz właśnie opłatą przekształceniową.
Jest jednak jeszcze drugi, znacznie ważniejszy powód takiego nazewnictwa. Jeśli bowiem pieniądze emerytów nie zostaną opodatkowane, lecz obłożone opłatą przekształceniową, to nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby rząd opodatkował je wtedy, gdy emeryci zaczną otrzymywać swe świadczenia.
Nikt nie będzie się wtedy czepiać, że oznacza to podwójne opodatkowanie – no bo przecież za pierwszym razem była to opłata przekształceniowa, a dopiero później podatek właściwy.

De Tocqueville ma rację

Dziś nie można przesądzać, czy rząd na pewno zdecyduje się na powtórne zabranie emerytom części ich świadczeń (razem dawałoby to już 30 proc.). Budżet trzeszczy jednak w szwach i bardzo prawdopodobne, że obecnej ekipie jednak zabraknie pieniędzy na wysokie apanaże dla krewnych i znajomych królika czy na kolejne upamiętnienia „żołnierzy wyklętych”.
Od razu więc nasuwa się na myśl słynny cytat Alexisa de Tocqueville (powszechnie znany w nieco innej niż tu przytaczana, mniej prawidłowej wersji): „Do jak bezprawnych i nieuczciwych praktyk może brak pieniędzy skłonić rządy łagodne, ale działające tajnie i bez kontroli”.
Tym bardziej, że rząd PiS wprawdzie rzeczywiście działa bez kontroli, ale trudno go uznać za łagodny.
Dziś w OFE znajdują się 160 mld zł przyszłych emerytów. Gdyby wszyscy przenieśli swe środki do IKE, rząd zgarnąłby z tego tytułu 24 mld zł. Wiadomo jednak, że tak się nie stanie, gdyż część obywateli najprawdopodobniej wybierze jednak przekazanie składek do ZUS.

Biznesowi nikt nic nie zabierze

Rząd PiS, zmuszając Polaków do wybrania: albo ZUS, albo IKE, zadbał jednocześnie o to, aby włos z głowy nie spadł powszechnym funduszom emerytalnym, czyli firmom (przeważnie zagranicznym) zarządzającym otwartymi funduszami emerytalnymi. Zdecydowano bowiem, że to właśnie powszechne towarzystwa emerytalne będą prowadzić Indywidualne Konta Emerytalne.
Dlatego więc szefowie powszechnych towarzystw emerytalnych zachowują całkowity spokój – i nie krytykują nowych przepisów. Dla tych przyszłych emerytów, którzy wybiorą IKE, w rzeczywistości nic zatem się zmieni. Tak samo, zarówno w OFE, jak i w IKE, ich pieniądze będą mogły w majestacie prawa stopnieć do zera, w przypadku złego zarządzania czy dekoniunktury na rynkach finansowych. Tyle, że wybierając IKE, prędzej stracą te 15 proc., no i nie jest wykluczone, że za jakiś czas będą musieli zapłacić podatek w takiej samej wysokości.
Za to, jeśli wybiorą ZUS, zostaną uderzeni (tzn., ściśle mówiąc nie oni, co ich spadkobiercy) po kieszeni zbójeckim prawem, wedle którego środki złożone w tej instytucji nie mogą być dziedziczone.
„Dobra zmiana” zafundowała więc przyszłym seniorom wybór, taki jak między dżumą a cholerą…

 

Polacy powinni studiować

Zwolnienia młodych ludzi z podatku PIT mogą być koniem trojańskim dla przyszłości Polski.

Nie potrzeba być wielkim znawcą polityki by dostrzec cele działań PiS-u i jego sukcesy. Główne hasło to utrzymać się u władzy, bez oglądania się na dalekosiężne skutki swoich działań.
Tymczasem dobry rząd to ten, który dostrzega skutki swoich działań i jest na tyle odpowiedzialny że potrafi realizować program nawet wbrew oczekiwaniom społecznym. Jeżeli obywatele są rozumni i widzą dalej niż czubek własnego nosa potrafią to docenić. O wiele łatwiej jest bawić się w populistę wykorzystując niechęć społeczeństwa do ponoszenia jakichkolwiek ciężarów reform i wszelkich innych; podatków, opłat, ubezpieczeń itp.

Polecą na ulgę?

Niestety, promowanie głupoty i ciemnoty jest najskuteczniejszą polityką PiS-u, teraz i zapewne na przyszłość. Społeczeństwo zacofane nie rozumiejące wiele, to pewna władza tej partii i jej sprzymierzeńca kleru.
Najjaśniej politykę PiS-u widać przy rozdawaniu pieniędzy, nie chciano dać nauczycielom (zbyt mądrzy aby głosować na tę partię), opiekunom niepełnosprawnych (szkoda, a zresztą nieliczni). Młodzi Polacy mają zaś polecieć na ulgę w podatku dochodowym i głosować na PiS.
Tu jest ukryta pułapka, zapewne liczni młodzi odłożą studia na potem, ruszą do pracy lub biznesu z myślą szybkiego zarobienia dzięki uldze. Bardzo nielicznym się uda, ulga się rozpłynie, większość pozostanie na stanowiskach znacznie niżej płatnych niż ci po dobrych studiach. Powrót do nauki nie będzie prosty ani tani (płatne studia).

Dwie strony medalu

Jakie znaczenie może mieć ta ulga dla Skarbu Państwa i rządzących? Oficjalne czynniki przedstawiają tylko straty fiskusa związane z ulgą, mające wynieść ponoć 1,5 mld. zł.
Drugą stroną tej operacji mogą być mniejsze nakłady państwa na szkolnictwo wyższe na skutek rezygnacji ze studiowania części młodej populacji. Mniejsze wydatki państwa to jednak niewielkie skutki, dalekosiężnym efektem będzie obniżenie tempa rozwoju kraju. Rozwój społeczny zależy od poziomu wykształcenia narodu – dla Polski takim impulsem było postawienie w PRL-u na rozwój bezpłatnego szkolnictwa, z zamiarem wyciągnięcia społeczeństwa z zacofania i ciemnoty oraz ukształtowania nowocześnie myślących nowych pokoleń. Niestety, nasze plany szybkiego skoku z zacofania do nowoczesności załamały się w latach 70 ubiegłego wieku.
Edukacja przeorała oblicze krajów Europy Środkowej i Wschodniej, oraz częściowo Zachodniej, gdzie za przykładem krajów socjalistycznych następowało odejście od płatnej nauki
Czy obecnie chodzi o to, aby odciągnąć młodzież od studiowania, skończyć z zepsuciem odziedziczonym po PRL-u i powrócić do „właściwych” wzorców Polski przedrozbiorowej i przedwojennej? Bo im naród mniej uświadomiony i wyedukowany, tym łatwiej nim rządzić. O Polsce mądrej i wykształconej pozostanie wspomnienie.

 

 

Rząd zarobi na niezamożnych

Zapowiadany przez PiS wzrost płacy minimalnej spowoduje, że budżet ściągnie o ponad 350 zł miesięcznie więcej z każdej osoby, która będzie osiągać to minimum.

Od ponad 20 lat płacę podatki i ZUS, kupuję masę usług, przy okazji dając pracę prawnikom i księgowym. To nie jest tekst o mnie. Ale moja refleksja po 30 latach wolności, którą to rocznicę w tym roku świętujemy jest taka, że Polska zmieniła się w tym czasie nie do poznania. Dokonaliśmy największego skoku ze wszystkich państw startujących z naszego poziomu.
Ale dziś, w 2019 roku ciągle jesteśmy siódmym najbiedniejszym krajem Unii Europejskiej. Ten fakt nie zmieni się za sprawą rządowych nakazów, nowych regulacji czy transferów socjalnych.

Niskie płace wysoko opodatkowane

Kampanie wyborcze przebiegają pod znakiem prezentów, które politycy obiecują w nadziei na poparcie. Osoby potrzebujące istnieją i wymagają wsparcia, ale nie są na tyle liczne, aby ich głosy przynosiły wygraną w wyborach. Uwaga polityków skupia się więc na szerokich grupach społecznych.
Jednak za każdym razem zapominana jest grupa najważniejsza – ci, którzy ciężko pracują nie prosząc o przywileje, ani pieniądze innych ludzi, ale których praca tworzy dobrobyt Polski i te obietnice polityków finansuje. To my, ludzie pracy, którym zamiast prezentów politycy rzucają kłody pod nogi – rekordowo czasochłonny system podatkowy z rekordowymi karami, rekordowe opodatkowanie rekordowo wysokiej płacy minimalnej, kolejne ograniczenia i zakazy.
Polski system podatkowy należy do najbardziej czasochłonnych w UE – polski przedsiębiorca przez dodatkowe 20 dni rocznie zamiast rozwijać swoją firmę musi walczyć z dłuższymi i bardziej skomplikowanymi formularzami niż w innych krajach – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju. A każdy błąd może go słono kosztować – nigdzie kary nie są tak srogie jak w Polsce. Na przykład, gdy w innych krajach maksymalna kara za brak raportowania tzw. schematów podatkowych średnio wynosi niecałe 0,2 mln euro, to w Polsce grozi za to ponad 5 mln euro kary!
Polskie państwo nie rozpieszcza ludzi pracy – już pensja minimalna jest obłożona 39 proc. podatków i składek. Na świecie mało kto tak mocno opodatkowuje osoby o najniższych dochodach. Można płacić mniej kombinując z samozatrudnieniem czy umowami cywilnoprawnymi, ale znowu oznacza to, że energia ludzi jest marnowana na szukanie luk w systemie.

Tylko rząd skorzysta

Przed wyborami premier Morawiecki ogłosił pakiet ustaw kosztujących ponad 40 mld zł, za które zapłacą pracujący Polacy – ale tylko 10 mld z tej kwoty ma zostać przeznaczone na obniżenie podatków dla pracujących.
I o ile obniżka podatków została uchwalona przed wyborami, to po wyborach pracujący będą musieli zapłacić składki ZUS wyższe o ponad 11 mld zł.
Podnosząc płacę minimalną rząd stawia przeciwko sobie wszystkich ludzi pracy – pracowników i pracodawców jednocześnie, sam będąc tak naprawdę jedynym beneficjentem tych zmian.

System nieprzyjazny pracy

Wzrost płacy minimalnej do 3 tys. zł, po uwzględnieniu podatków i składek oznacza, że pracodawcy będą musieli zapłacić za każdy etat o co najmniej 900 zł więcej. Ale pracownik z tej kwoty zobaczy niecałe 550 zł, bo ponad 350 zł pójdzie na wyższe podatki i składki.
Bardzo nieprzyjazny dla pracy jest nasz system. I ten rząd czyni go coraz bardziej nieprzyjaznym.
To my pracujemy na wzrost, który premier może pokazywać w swoich kolejnych power pointach. Ale któregoś dnia może nam się już przestać chcieć. Możemy mieć dość bycia karanym za uczciwość i chęć życia w swoim, rozwijającym się kraju.

 

Zasługi mocno wątpliwe

Gdy opadł kurz wyborczy i PiS zaczyna wycofywać się ze swych obietnic składanych w kampanii, warto usystematyzować fakty i spojrzeć, jak naprawdę wyglądały ich sukcesy gospodarcze tak szeroko reklamowane przez rządową propagandę sukcesu. Bo zamach na praworządność nie budzi wątpliwości.

Jak podaje Forum Obywatelskiego Rozwoju w audycie „Gospodarka i Praworządność pod rządami PiS. Wnioski na przyszłość”, w debacie publicznej dominują dwa duże chwyty propagandowe.
Po pierwsze, zasługi związane z poprawą sytuacji gospodarczej przypisywane są automatycznie aktualnemu rządowi. Po drugie, rozliczanie obietnic wyborczych nie uwzględnia faktu, że realizację złych dla gospodarki, społeczeństwa i państwa obietnic należy ocenić negatywnie z punktu widzenia rozwoju Polski. Główne fakty w dziedzinie gospodarki są takie: przynajmniej połowa dodatkowych wpływów z VAT jest niezależna od działań rządu.
Sektor finansów publicznych w 2020 roku będzie miał deficyt, obniżony tylko jednorazowymi dochodami oraz podwyżkami ZUS.
Rząd wprowadził wiele obciążeń dla obywateli i firm: podatek bankowy, kontynuacja zamrażania progów podatku od dochodów osób fizycznych, podwyższenie składek ZUS, opłata emisyjna, danina solidarnościowa, opłata recyklingowa.
Zgodnie z przewidywaniami ekspertów, program 500 plus nie spowodował trwałego wzrostu urodzeń. Po spadku ubóstwa w latach 2014-2017, w 2018 zaczęło ono rosnąć. Rządy PO-PSL lepiej realizowały uzasadnione cele, wymienione w strategii Morawieckiego niż rządy PiS. Spółki Skarbu Państwa są dzisiaj o ponad 75 mld mniej warte niż w momencie wyboru Andrzeja Dudy na prezydenta RP. Repolonizacja firm, w tym banków, to w rzeczywistości ich nacjonalizacja i zagarnianie przez nominatów PiS. Jeśli zaś chodzi o praworządność, to jak wskazuje FOR, PiS zrealizował zamach na niezależność wymiaru sprawiedliwości, która jest niezbędnym fundamentem trwałej demokracji.
Pogłębiono dotychczasowe problemy związane z przewlekłością spraw w sądach – a jednocześnie stworzono bezprecedensowe zagrożenie dla ich niezależności. Dokonano ogromnej koncentracji władzy w prokuraturze w rękach członka rządu PiS, Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego, co zagraża niezależności prokuratorów od decyzji politycznych. Powołano na zajęte już miejsca w Trybunale Konstytucyjnym trzy osoby nazywane powszechnie dublerami, co umożliwiło przejęcie politycznej kontroli nad TK. Jednocześnie, premierzy rządu PiS bezprawnie odmawiali publikacji wyroków TK. 92 proc. członków nowej Krajowej Rady Sądownictwa to politycy lub osoby wybierane przez polityków. Nowa KRS, zdominowana przez nominatów PiS, rekomendowała osoby do nowych izb Sądu Najwyższego, w tym, mającej cechy niekonstytucyjnego sądu wyjątkowego, Izby Dyscyplinarnej SN. W sposób arbitralny Minister Sprawiedliwości wymienił prawie 160 prezesów i wiceprezesów sądów powszechnych oraz prawie 40 proc. sędziów SN powołując się m.in. na konieczność rzekomej „dekomunizacji”.

Innowacyjnie to już było

Rządowi PiS nie zależy na modernizowaniu polskiej gospodarki. Przekracza to zresztą jego możliwości.

Jeśli mowa o postępie w innowacyjności, to niestety Polski to nie dotyczy. Rząd Prawa i Sprawiedliwości nic nie robi, by podnieść innowacyjność naszej gospodarki.
PiS-owscy prominenci wprawdzie dość często o tym mówią, ale to tylko lipna propaganda na użytek szerokiej publiczności. W rzeczywistości obecna ekipa się tym nie zajmuje – i nie przejmuje.

Pod koniec listy

Efekty takiego podejścia ze strony rządu PiS widać w międzynarodowych rankingach najbardziej innowacyjnych gospodarek. Jak wskazuje Globalny Indeks Innowacyjności 2019, Polska zajmuje dopiero 39 miejsce. To najważniejszy na świecie wskaźnik dotyczący tej sfery, sporządzany przez Światową Organizację Własności Intelektualnej ONZ oraz dwie wybitne wyższe uczelnie: Uniwersytet Cornella oraz Europejski Instytut Administracji Biznesowej. Obejmuje on 129 krajów.
Za czasów rządów PO-PSL, Polska awansowała w Globalnym Rankingu Innowacyjności z 56 na 39 miejsce. Postęp był więc naprawdę duży, ale ekipa z PIS to zaprzepaściła. Od 2016 r. nasz kraj zajmuje to samo 39 miejsce.
Jeszcze gorzej wypadamy w drugiej prestiżowej klasyfikacji: Europejskim Rankingu Innowacyjności publikowanym przez Komisję Europejską. Ranking ten obejmuje wszystkie kraje Unii Europejskiej. Polska zajmuje w nim 25 miejsce, wyprzedzając jedynie Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Możemy tylko marzyć o doścignięciu Litwy, Łotwy czy Słowacji, o Czechach, Węgrach czy Słowenii już nie wspominając. Za rządów PO-PSL nasz kraj zajmował w tym rankingu 23 miejsce.

Rząd bezczynny i bierny

Indolencja i brak zainteresowania rządu PiS to główny powód tak niskiego stopnia innowacyjności polskiej gospodarki – bo bez wsparcia ze strony administracji państwowej żaden kraj nie jest w stanie skutecznie modernizować swego potencjału wytwórczego.
Polscy naukowcy mogą osiągać sukcesy, ale ich praca jest niweczona przez bierność i bezczynność instytucji rządowych.
– Wydatki na innowacyjność w Polsce w rzeczywistości często polegają na… kupowaniu innowacji zagranicznych. Konkurujemy zaś, tak jak zwykle, tanią siłą roboczą. Ale czas taniej siły roboczej właśnie się u nas kończy – mówi dr. Patryk Dziurski ze Szkoły Głównej Handlowej.
O braku wsparcia dla innowacji dobrze wie znakomity naukowiec oraz lekarz, prof. Henryk Skarżyński, twórca i szef Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu oraz Światowego Centrum Słuchu. Swoje Centrum Innowacyjne profesor otwiera w Senegalu.
– W Polsce szuka się oszczędności na innowacyjnych technologiach medycznych. W rezultacie, rodzice chorych dzieci korzystają z nich prywatnie – ale oczywiście tylko ci, których na to stać. Narodowy Fundusz Zdrowia nie finansuje nowatorskich technologii – podkreśla prof. Henryk Skarżyński.
Takie technologie mogą w Polsce powstawać. Przeszkodą nie jest brak zdolności naszych naukowców. Przeszkodą jest bierność i nieskuteczność organizacyjna rządu PiS.

Daleko od patentów

– Mamy świetnych naukowców, ich odkrycia mogą i powinny być bazą do uzyskiwania patentów na najważniejszych rynkach świata. Nie wystarczy jednak stworzenie dobrej technologii. Trzeba mieć strategię budowania portfela patentowego. Polska własność intelektualna musi być powszechnie chroniona. My jednak nie możemy skalować swych osiągnięć i zaistnieć globalnie – wskazuje Bogusława Skowrońska, ekspertka z zarządu Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej.
Oczywiście, nie zmienia to faktu, że w Polsce są lepsi i gorsi naukowcy – w tym i tacy, co nie tylko prochu, lecz niczego nie wymyślą.
Bojąc się utraty swych posad wykonują bezpieczne badania podstawowe, które zgodnie z definicją ( zawartą w ustawie o szkolnictwie wyższym i nauce ) są pracami teoretycznymi, podejmowanymi przede wszystkim w celu zdobycia nowej wiedzy o podstawach zjawisk i faktów, bez nastawienia na bezpośrednie zastosowanie komercyjne.
Te badania można spokojnie ciągnąć latami, bez widocznych rezultatów – ale one nie unowocześnią polskiej gospodarki.

Trzeba zmieniać rzeczywistość

– Wykonując tylko badania podstawowe, niczego wokół siebie nie zmienimy. Trzeba prowadzić takie badania, które przynoszą konkretne wyniki – a potem je komercjalizować, wytwarzać i stosować – mówi prof. Anna Wójcicka z Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Pani profesor wie o tym z własnego doświadczenia, jako prezes spółki naukowej wykonującej zaawansowane testy genetyczne mogące ratować życie.
Jak głosi misja spółki: „Wykorzystując nowoczesne narzędzia analizy genetycznej poszukujemy w genomie człowieka błędów odpowiedzialnych za powstawanie chorób”.
– Dla wielu pacjentów to bardzo istotne, że jesteśmy firmą polską. Dzięki temu aż 98 proc. z nich zgadza się na wykorzystanie badań swych genów dla naszych celów naukowych Wykonujemy te same badania co w zaawansowanych krajach zachodnich – ale umiemy tworzyć technologie, dzięki którym możemy robić je taniej. Obniżka cen, wynikająca z innowacyjności, a nie z niskich kosztów pracy, to duża część naszego sukcesu – podkreśla prof. Wójcicka.
Z tych testów genetycznych wynika między innymi, że u 5 proc. badanych osób występuje bardzo duże ryzyko zachorowania na chorobę nowotworową. Wykonanie badań genetycznych u wszystkich Polaków pozwoliłoby na zapobieganie i wczesne leczenie tych nowotworów.
Te badania genetyczne uratowałyby życie wielu ludzi i przyniosły ok. 90 mld zł oszczędności – ale oszczędności byłyby w perspektywie dwudziestu lat, a nie od razu. Wiadomo więc, że rząd PiS nie wyda ani grosza, aby takie badania przeprowadzić.

Polnische Wirtschaft?

Umieliśmy tylko zburzyć. Niestety, okazuje się, że historia budynku naszej ambasady w Berlinie może potwierdzać prawdziwość powyższego antypolskiego stereotypu.

Liczące się na świecie, ważne państwa, mają swe ambasady w prestiżowych punktach stolicy Niemiec.
Stany Zjednoczone – na Placu Paryskim, tuż przy Bramie Brandenburskiej. Francja – też na Pariser Platz, po drugiej stronie Bramy Brandenburskiej. Wielka Brytania – zaraz przy Amerykanach. Rosja – nieco dalej, przy Unter den Linden.

W doborowym gronie

Była w tym doborowym gronie i Polska, również mając swą siedzibę dyplomatyczną przy Unter den Linden, nawet nieco bliżej Bramy Brandenburskiej niż Rosjanie. Najpierw urzędowali tam dyplomaci Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej a po 1989 r., Rzeczpospolitej Polskiej.
Symbolika tego miejsca jest oczywista. 2 maja 1945 r. na Bramie Brandenburskiej zawisła polska flaga, zatknięta przez żołnierzy Dywizji Kościuszkowskiej. W tym rejonie znajdują się wyłącznie ambasady najważniejszych państw, których wojska pokonały hitlerowskie Niemcy. Wsród tych państw jest także i Polska. Ale jako jedyna z „wielkiej piątki” liderów koalicji antyhitlerowskiej nie ma już swej ambasady przy Bramie Brandenburskiej.
W jej miejscu, przy Unter den Linden 70-72, widnieje od lat ogromna wyrwa z gruzami. To jedyna taka dziura w najściślejszym centrum Berlina.
Działka przy Unter den Linden 70-72 jest własnością Polski – i polskie gospodarowanie doprowadziło ją do obecnego stanu. Dwa słowa są tu chyba najtrafniejsze: wstyd i hańba. Bo też i mianem „hańby w środku miasta” określały tę dziurę niektóre berlińskie media.

Siła polskiej dumy

Wprawdzie, jak to się mówi, wstyd nie dym, oczu nie wykole, ale zrozumiałe, że ekipa „dobrej zmiany”, dla której tak ważna jest duma z Polski, nie mogła znosić widoku dziury i gruzów na polskiej ziemi przy Unter den Linden.
I dlatego właśnie płot ogradzający tę dziurę zasłonięto czarnym plastikiem, aby nie było widać gruzów. Na plastiku zawieszono zaś kilka zdjęć przedstawiających różne budynki znajdujące się w Polsce. To tak ku pokrzepieniu serc, żeby pokazać, iż Polacy umieją nie tylko burzyć i rozwalać, ale także budować. I nieważne, że niektóre z obiektów pokazanych na tych zdjęciach zostały zbudowane przez Niemców, jak np. Hala Stulecia we Wrocławiu, a inne powstały dzięki pieniądzom unijnym.
Ale to nie wszystko. Najważniejszym punktem naszej narodowej instalacji na Unter den Linden jest sterczący nad płotem duży baner reklamowy. Przedstawia on wizualizację jakiegoś budynku, przypominającego kolumbarium cmentarne. Na banerze, ozdobionym godłem orła i barwami naszej flagi, widnieje zaś dumny napis po polsku i po niemiecku: „Tu powstanie ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Berlinie”.
Oczywiście nie trzeba dodawać, że w miejscu ruiny po polskiej ambasadzie nie toczą się żadne prace budowlane, które mogłyby uprawdopodobnić ziszczenie się tej dumnej zapowiedzi.
Kilkanaście dni temu z wielką pompą otwarto w Berlinie pierwszy zagraniczny oddział Instytutu Pileckiego. PiS-owska propaganda z dumą podkreślała, w jak prestiżowym miejscu się on znajduje: obok Bramy Brandenburskiej, na Placu Paryskim, niedaleko ambasad Francji i USA. Obecnej ekipie jakoś nie zależy na tym, by i polska ambasada stała w prestiżowym miejscu.

Umieliśmy tylko zburzyć

Jaki był bieg wypadków – a raczej bieg naszej nieudolności i lenistwa – który doprowadził do tego, że tam gdzie była polska ambasada, dziś straszy dziura z gruzami?
Teren przy Unter den Linden 70-72 został przekazany Polsce przez władze Niemieckiej Republiki Demokratycznej w 1964 r. Zbudowano tam budynek biurowy, w którym znalazła się polska ambasada.
Budynek nie był piękny, ale miał niezaprzeczalne znaczenie architektoniczne. Został bowiem uznany za ciekawy przykład modernizmu lat sześćdziesiątych. Po ponad trzydziestu latach eksploatacji przyszedł jednak czas na jego remont.
Problemem były naturalnie pieniądze lecz nie tylko. Budynek ambasady miał bowiem elementy z rakotwórczego azbestu. Polski rząd zaczął się więc zastanawiać, czy go wyremontować – czy może jednak rozebrać i postawić w tym miejscu coś innego? Ale jeżeli coś innego, to co? Zastanawiano się, jak to u nas, długo, bo tam gdzie dwie osoby, to trzy zdania.
Postanowiono wreszcie, że budynek zostanie zburzony, a na jego miejscu stanie nowa siedziba ambasady. Elegantsza, ładniejsza, bardziej funkcjonalna itd.
Polska władza nie chciała jednak za dużo wydać na tę inwestycję. W 1997 r. rząd zdecydował się zatem na dziwaczny wariant kombinowany. Uzgodniono, że niemiecka firma zbuduje za swoje pieniądze dwa budynki na polskiej działce przy Unter den Linden. W pierwszym znajdzie się ambasada, a drugi będzie w ciągu 30 lat bezpłatnie dzierżawiony i użytkowany przez stronę niemiecką – po czym, w ramach rozliczenia, zostanie zwrócony Polsce.
Budynek został opróżniony, a pracownicy ambasady z całą infrastrukturą urzędową przenieśli się „tymczasowo” do jeszcze starszego budynku – niemieckiej willi w której kiedyś urzędowała Polska Misja Wojskowa, na zachodnich peryferiach Berlina. Tam jakoś nikomu nie przeszkadzała ewentualna obecność podsłuchów, tym bardziej, że przeprowadzka miała być przecież tymczasowa. Ta „tymczasowość” trwa prawie od ćwierćwiecza i nikt nie wie czy i kiedy się skończy.

Wyszło jak zawsze

Nie doszło do realizacji polsko-niemieckiego projektu budowy naszej ambasady. Pojawiły się bowiem obawy, że niemiecka firma, budując Polakom ambasadę, niechybnie zainstaluje w jej ścianach urządzenia podsłuchowe. Obawy te umiejętnie rozdmuchiwały media, zwłaszcza pismo „Wprost”. W rezultacie, zrezygnowano z współpracy z niemiecką firmą. Postanowiono, że sami sobie zbudujemy swoją ambasadę na swojej działce w Berlinie.
Określono więc warunki, jakie ma spełnić nowy budynek, rozpisano konkurs, rozstrzygnięto go. Nasi urzędnicy chętnie się zajęli tym wszystkim, bo za te czynności mogli liczyć na trochę dodatkowego grosza.
W międzyczasie rząd uznał jednak, że projekt trzeba trochę przerobić. Rozbudować go tu i tam, dodać nowe pomieszczenia, przystosować do dodatkowych funkcji, takich jak np. działalność wystawowa. Projekt został więc zmieniony, a koszty lawinowo wzrosły. Budowy wprawdzie nie rozpoczęto, ale firma wykonująca projekt zarobiła kilkanaście milionów złotych na wprowadzeniu poprawek. Kilka milionów kapnęło także firmie niemieckiej, wykonującej dodatkowe prace projektowe na miejscu.
W kolejnym międzyczasie rząd uznał, że projekt powinien uwzględniać też surowsze wymogi bezpieczeństwa. Projekt należało więc znowu przerobić, ale tym razem poprawki były na tyle znaczące, że wymagały napisania go na nowo. Koszty okazały się jednak tak wysokie, że w końcu w ogóle zrezygnowano z pomysłu budowy nowego budynku – i wrócono do koncepcji remontu oraz usunięcia elementów azbestowych.
Najpierw trzeba było jednak sprawdzić, czy remont będzie wykonalny technicznie. Budynki z azbestem traktowano bowiem rozmaicie. NRD-owski Pałac Republiki rozebrano po zjednoczeniu Niemiec aby zrobić miejsce dla odbudowy berlińskiego zamku (zadecydowała o tym nie tylko obecność azbestu lecz i względy ideologiczne). Modernistyczny gmach Berlaymont w Brukseli (siedziba Komisji Europejskiej) został zaś pozbawiony azbestu i gruntownie zmodernizowany.
Natomiast Polska zburzyła to co miała – ale niczego nowego nie była w stanie zbudować. Wyszło więc jak zawsze, choć przecież chęci były dobre.
W ramach tych dobrych chęci, rząd wynajął niemiecką firmę, która (za słoną opłatą) wykonała ekspertyzę wykonalności – i uznała, że modernizacja budynku jest możliwa. Zorganizowano zatem przetarg na projekt – już nie budowy nowego budynku, lecz modernizacji dotychczasowego.
Pierwszy przetarg rozstrzygnięto, lecz potem uznano, że był wadliwy, więc go anulowano. Rozpisano kolejny przetarg – ale i ten anulowano, tym razem dlatego, że rząd zaczął mieć wątpliwości, czy modernizacja dotychczasowego budynku nie będzie jednak zbyt kosztowna.

Nic się tam nie dzieje

Sprawa gmachu naszej ambasady w Berlinie zaczęła mieć posmak aferalny. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że aneks, podnoszący wypłaty dla projektodawców, podpisano mimo braku realnych perspektyw na rozpoczęcie budowy. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bo ci, co decydowali o dodatkowych środkach płacili przecież państwowe pieniądze, a poza tym mogli mieć nadzieję na wdzięczność tych, którym je przyznawali.
Już w XXI wieku rząd powołał specjalny zespół, który miał ustalić, co zrobić z budynkiem ambasady. Zespół uznał, że jednak lepiej go nie remontować – lecz zburzyć i postawić nowy. Powrócono zatem do koncepcji budowy.
Po raz kolejny zorganizowano konkurs, rozstrzygnięto go, zaplanowano nawet, że budynek zostanie oddany do 2012 r. Rozpisano też kolejny przetarg, tym razem na wyłonienie generalnego wykonawcy. Oczywiście nic z tego nie wyszło, więc termin oddania nowego budynku ambasady przesunięto na rok bieżący. Te plany naturalnie również okazały się fikcją.
Rząd PiS postanowił oczywiście rozliczyć poprzedników, więc uznano, że doszło do rażącej niegospodarności i niedopełnienia obowiązków, rozpoczęło się śledztwo. Ale i śledztwo trwa latami, nie dając żadnego rezultatu.
Obecna władza zdecydowała jednak, że na Unter den Linden powinien powstać nowy budynek ambasady. Tym razem, w partnerstwie publiczno-prywatnym, do spółki z jakąś firmą polską bądź zagraniczną. Opracowano koncepcję – ale w międzyczasie rząd uznał, że partnerstwo nie jest jednak dobrym pomysłem. Po raz kolejny postanowiono więc, że Polska sama zbuduje swoją ambasadę. Ale oczywiście niczego się nie buduje.
Tak więc, nic się nie dzieje na ruinie przy Unter den Linden 70-72 – i nie wiadomo, czy kiedykolwiek coś zacznie się dziać. No cóż, Polnische Wirtschaft…

Chwiejna, ale równowaga

Pod rządami PiS polska gospodarka rozwija się coraz wolniej, ale szeroko reklamowana propagandowo równowaga wydatków i dochodów, została zapisana w projekcie przyszłorocznej ustawy budżetowej.

Jak zachwala rząd, przygotowany na przyszły rok budżet jest prospołeczny i prorozwojowy.
W projekcie ustawy budżetowej zaplanowano dochody – 429,5 mld zł, oraz wydatki również – 429,5 mld zł. Wprawdzie wiele państw Unii Europejskiej, korzystając z dobrej koniunktury ostatnich lat, osiągnęło już nadwyżkę budżetową, ale w Polskich warunkach już ta teoretyczna równowaga budżetowa jest sukcesem. Teoretyczna – bo nie brak opinii, że w przyszłym roku budżet trzeba będzie nowelizować.
Równowaga nie oznacza jednak całkowitego wyeliminowania deficytu. Otóż deficyt sektora finansów publicznych (według metodologii unijnej) ma ukształtować się na poziomie 0,3 proc. naszego produktu krajowego brutto.
Rząd zakłada, że w przyszłym roku PKB naszego kraju zwiększy się, w ujęciu realnym, tylko o 3,7 proc. Będzie to zatem wzrost znacznie wolniejszy niż w ostatnim okresie. Przypomnijmy, że w ubiegłym roku tempo wzrostu polskiej gospodarki wynosiło jeszcze 5,1 proc, w tym roku spadnie do najwyżej 4,4 proc., zaś w przyszłym roku będzie znowu dużo wolniej.
Jednocześnie pójdą w górę ceny. Średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych rząd zaplanował na 2,5 proc. ale już dziś widać, że to stanowczo zbyt optymistyczne założenie, gdyż dobrze będzie jeśli wzrosną nie więcej niż o 3 proc.
Mimo wzrostu cen, Polacy, według rządu, wciąż będą dużo kupować. Przewiduje się nominalny wzrost spożycia prywatnego o 6,4 proc. (faktycznie będzie zapewne o połowę mniejszy).
Na prognozowane dochody będzie miał wpływ wolniejszy niż dotychczas wzrost gospodarczy i przewidywany wzrost inflacji, a także działania nieco zmniejszające podatek dochodowy. Chodzi tu o zwolnienie z podatku przychodów z pracy i umów zlecenia osób poniżej 26 roku życia do kwoty 85 528 zł (od sierpnia 2019 r.), obniżenie stawki podatkowej dla pierwszego progu podatkowego na skali podatkowej z 18 do 17 proc. (od października 2019 r.), oraz podwyższenie kosztów uzyskania przychodu (od października 2019 r.). Wszystko to będzie miało wpływ na przyszłoroczne finanse naszego państwa.
Natomiast czynnikiem pozytywnie wpływającym na dochody budżetu będzie dalszego uszczelnianie systemu podatkowego.
Mimo sprowadzenia wydatków budżetowych do poziomu planowanych dochodów, Rada Ministrów zapewnia iż w przyszłym roku zapewniono niezbędne środki finansowe zarówno na kontynuację dotychczasowych programów jak i na realizację nowych. Chodzi tu zwłaszcza o utrzymanie rozszerzonego programu „Rodzina 500+”, który od 1 lipca 2019 r. obejmuje wszystkie dzieci do 18. roku życia bez kryterium dochodowego, finansowanie świadczenia uzupełniającego dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji, podwyższenie zasiłku pielęgnacyjnego oraz wzrost kryterium dochodowego uprawniającego do świadczenia z funduszu alimentacyjnego. Wydatki budżetowe zwiększy także wypłata uzupełniającego świadczenia rodzicielskiego dla osób, które wychowały co najmniej czworo dzieci i ze względu na długoletnie zajmowanie się potomstwem nie wypracowały emerytury w wysokości odpowiadającej co najmniej kwocie najniższego świadczenia emerytalnego.
Rząd planuje też waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych od 1 marca 2020 r. , według wskaźnika waloryzacji na poziomie 103,24 proc.., a także zwiększenie limitu wydatków na obronę narodową. W tym sektorze . zaplanowano o około 5 mld zł środków więcej w stosunku do 2019 r – co niektórzy ekonomiści z prof. Grzegorzem Kołodką na czele, uważają za szkodliwy nonsens. Po stronie wydatków uwzględniono też wsparcie finansowe przewozów autobusowych oraz tradycyjnie, budowę kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.

Nie ma miejsca dla ropy i paliw

Rosną kłopoty z brakiem magazynów, w których można przechowywać produkty naftowe. Rząd PiS zaniedbał sprawę. Zapewne nie rozumiał, że w miarę rozwoju naszej gospodarki, zwiększa się też stopniowo zużycie paliw więc potrzeba więcej pojemności magazynowej.

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o zapasach produktów naftowych i gazu ziemnego oraz o zasadach postępowania w sytuacjach zagrożenia bezpieczeństwa paliwowego i zakłóceń na rynku naftowym.
Projekt ma stanowić odpowiedź na rosnące trudności w dostępie do magazynów paliw, z jakimi borykają się firmy działające w Polsce.
Rząd wyjaśnia, że te trudności są dlatego, iż rośnie zapotrzebowanie na pojemności magazynowe dla ropy naftowej i paliw, co z kolei ma być jakoby spowodowane tym, że i rośnie legalny obrót tymi produktami – a to zaś jest efektem skutecznej ponoć walki rządu z „szarą strefą” paliwową.
Tłumaczenie jest lipne, bo problem polega na tym, iż rząd Prawa i Sprawiedliwości nie umiał doprowadzić do zbudowania wystarczającej liczby nowych magazynów. Te magazyny, które powstały zaś w czasach rządów PO są w sporej części zajęte przez Agencję Rezerw Materiałowych, zobowiązaną do utrzymywania części zapasów interwencyjnych.

Nie wiedzieli, że potrzeby rosną

Jeszcze w 2017 r. dostępne pojemności magazynowe pokrywały potrzeby sektora naftowego. Rząd PiS nie był jednak w stanie pojąć, że rozwijająca się gospodarka potrzebuje więcej paliw – mimo że chwali się programem „zrównoważonego rozwoju”. A jeżeli nawet pojął, to nie chciał bądź nie potrafił doprowadzić do budowy nowych magazynów.
W rezultacie, zarówno Agencja Rezerw Materiałowych, jak i firmy z branży naftowej nie od dziś zgłaszają problemy z uzyskaniem miejsca w magazynach. Wiadomo już, że kłopoty z brakiem powierzchni magazynowej będą nie tylko w 2019 r., ale i latach kolejnych.
Rząd próbuje się tłumaczyć i oświadcza: „Na ograniczony dostęp do pojemności magazynowych wpłynęły także utrzymujące się w 2017 r. niskie notowania cen ropy naftowej oraz produktów naftowych, które przyczyniły się do zgromadzenia znacznych ilości zapasów handlowych ropy naftowej i paliw (zasobów spekulacyjnych) w systemie magazynowym”.
To trochę dziwne, że rząd PiS, mający ponoć uzdrawiać polską gospodarkę, doprowadził do tego że potrzebne tejże gospodarce magazyny paliw są zajmowane przez zapasy spekulacyjne.
Rzecz jednak w tym, że problemem nie są niskie ceny produktów naftowych (czego akurat kompletnie nie odczuwają kierowcy w Polsce) lecz to, że rząd PiS nie umie doprowadzić do budowy nowych magazynów. Zamiast tego tworzy przepisy, mające uregulować jak podzielić niewystarczającą powierzchnię w magazynach paliwowych.

Prowizorka jest trwała

Żeby ratować sytuację, Rada Ministrów przyjęła przepisy, które dają prezesowi ARM uprawnienie do czasowego utrzymywaniu zapasów agencyjnych paliw w magazynach „nie spełniających wymagań w zakresie dostępności fizycznej” – czyli w takich bardziej prowizorycznych, z których nie będzie można, w razie potrzeby, wydobyć tych paliw w czasie do 90 dni (czego wymagają względy bezpieczeństwa państwa).
Ta prowizorka, zgodnie z zasadą, że zawsze jest ona bardzo trwała, ma istnieć aż do 30 czerwca 2029 r. Nie ma bowiem nadziei, że wcześniej rząd PiS potrafi doprowadzić do budowy nowych magazynów paliw.
Nie ma takiej nadziei zresztą i także, gdy chodzi o lata jeszcze późniejsze, no ale to jest tak odległy termin, że obecna ekipa rządząca nie zamierza nim sobie zaprzątać głowy. Wie przecież, że za 10 lat nikt nie będzie pamiętać, tego co dziś obiecuje rząd PiS.

Będzie trudniej o rezerwy

Jednocześnie, rząd PiS postanowił zrezygnować z odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa paliwowego naszego państwa.
Zdecydował bowiem, że w okresie od 1 stycznia 2024 r. do 31 grudnia 2028 r. ma obowiązywać wymóg dostępności do magazynowanej ropy naftowej już nie w okresie 90 dni, lecz aż 150 dni. Natomiast w przypadku paliw wymagania dostępności w okresie 90 dni mają obowiązywać od 1 stycznia 2024 r.
Tak więc, teraz gdy Polska będzie musiała szybko skorzystać z gromadzonych paliw, to w majestacie prawa ich wydobywanie może potrwać aż 150 dni.
Równocześnie wydłużono termin (z 1 stycznia 2024 r. do 1 stycznia 2029 r.), do którego parametry techniczne magazynów mają odpowiadać wymaganiom w zakresie dostępności fizycznej w okresie 90 dni
Rząd postanowił zająć się też administracyjnym rozdzielaniem miejsca w magazynach, co ma ponoć doprowadzić do „ zrównoważenia zaopatrzenia rynku w paliwa” (i tak właśnie w praktyce wygląda tzw. strategia zrównoważonego rozwoju). W związku z tym wprowadzono zasadę, że przynajmniej 75 proc. zapasów agencyjnych stanowić mają paliwa gotowe, czyli takie, z których gospodarka mogłaby w razie potrzeby szybciej korzystać. Ciekawe, kto i jak będzie sprawdzać przestrzeganie tych proporcji?

Reglamentują zamiast budować

Ciekawie też brzmi przepis, który stanowi, że na prezesa Agencji Rezerw Materiałowych nałożono obowiązek sporządzania i aktualizacji prognozy krajowego zapotrzebowania na pojemność magazynową dla zapasów paliw i ropy naftowej. Prognoza ma zapewnić skuteczną ocenę działania krajowego systemu zapasów i możliwości zapewnienia odpowiednich pojemności magazynowych.
Wynika z tego, że dotychczas rząd PiS nie ma pojęcia, jak może kształtować się zapotrzebowanie na magazyny paliw i ropy w Polsce. Nic więc dziwnego, że miejsca w tych magazynach brakuje. Rzeczywiście, oto „zrównoważony rozwój” całą gębą.
Rządowi warto by poradzić, by zamiast zajmować się administracyjną, skomplikowaną reglamentacją powierzchni w magazynach paliw (rodem z czasów socjalistycznej gospodarki nakazowo – rozdzielczej) wziął się wreszcie za budowę nowych magazynów.
Trzeba mieć jednak zarazem świadomość, że takie zadanie przekracza skromne możliwości tej ekipy.

Żadnych marzeń, panowie!

Rząd wprowadza kolejne przymusowe rozwiązania, mające ratować trzeszczący budżet. Już ma nie być znikających podatników.

Władza podjęła decyzję – wbrew oporowi części przedsiębiorców, mechanizm podzielonej płatności wkrótce będzie w Polsce obowiązkowy. To jedno z rozwiązań mających ratować budżet.
Rada Ministrów przyjęła bowiem projekt nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług. Projekt zakłada obowiązkowe korzystanie z mechanizmu podzielonej płatności (split payment), którego stosowanie eliminuje oszustwa w VAT. Obowiązkowa forma tego podatku zastąpi tzw. mechanizm odwróconego obciążenia, który okazał się niewystarczający w walce o zabezpieczenie i podniesienie wpływów z VAT (mimo, iż rząd PiS się chwali, jak bardzo podniósł rzekomo te wpływy). Wprowadzono także zmiany wprowadzające surowsze zasady stosowania odpowiedzialności podatkowej. Proponowane rozwiązania mają służyć, dotychczas mało skutecznemu, uszczelnianiu polskiego systemu podatkowego.
Obowiązkowe stosowanie formuły split payment ma być stosowane wobec większości dostaw towarów i usług. W stosunku do dziś stosowanego mechanizmu odwrotnego obciążenia, obowiązek korzystania z podzielonej płatności zostanie rozszerzony dodatkowo na transakcje, których przedmiotem są części i akcesoria do pojazdów silnikowych, węgiel i produkty węglowe, maszyny i urządzenia elektryczne, ich części oraz akcesoria.
Rząd twierdzi, że mechanizm podzielonej płatności eliminuje oszustwa w VAT już w zarodku. Mechanizm ten przeciwdziała nadużyciom i oszustwom podatkowym, zapobiegając znikaniu podatników wraz z zapłaconym im przez kontrahentów, a nieodprowadzonym podatkiem.
System uniemożliwia ponoć powstawanie nadużyć, a jednocześnie zapewnia lepszą transparentność rozliczeń VAT-owskich.
Stosowanie mechanizmu podzielonej płatności polega na tym, że kwota płatności za towary i usługi ma być wpłacana na jeden rachunek, zaś podatek – na oddzielny rachunek VAT.
Zdaniem rządu, pozwoli to z jednej strony na zabezpieczenie budżetu państwa przed ryzykiem nieodprowadzenia VAT przez dostawcę, z drugiej – uwolni kontrahentów od ryzyka „uwikłania w schematy”, zmierzające do wyłudzenia tego podatku. Przedsiębiorcy nie za bardzo się jednak cieszą, że rząd postanowił „uwolnić” ich od tego ryzyka.
Elementem, pozwalającym na stwierdzenie, czy zastosowano obowiązkowy mechanizm podzielonej płatności do danej transakcji, będzie odpowiednia informacja zamieszczona na fakturze.
Obowiązkowy mechanizm podzielonej płatności będzie stosowany wyłącznie co do faktur, których wartość brutto wynosi powyżej 15 tys. zł (to kwota po przekroczeniu której występuje obowiązek dokonania płatności przelewem bankowym).
Możliwe będzie opłacanie z rachunku VAT nie tylko tego podatku, ale również innych należności: podatków dochodowych, akcyzy, cła oraz składek ZUS. Wprowadzenie tej możliwości jest odpowiedzią na obawy zgłaszane przez przedsiębiorców co do pogorszenia się ich możliwości finansowych w związku z tym, że dysponowanie środkami zgromadzonymi na rachunku VAT będzie ograniczone. Ponadto możliwe będzie stosowanie mechanizmu podzielonej płatności do zaliczek wnoszonych przed wystawieniem faktury. Przepisy umożliwią także dokonywanie jednym przelewem płatności za więcej niż jedną fakturę.
Obowiązek stosowania mechanizmu podzielonej płatności ma wejść w życie już 1 września 2019 r.

We wszystkim jesteśmy przeciętni

Rząd musi podjąć bardziej aktywne i przemyślane działania na rzecz polskiej gospodarki. Powinniśmy się wreszcie skoncentrować na kilku wybranych dziedzinach.

Polska gospodarka jest na rozdrożu. Dotychczasowymi motorami rozwoju były w uproszczeniu, niskie koszty, w tym przede wszystkim niskie koszty pracy oraz inteligencja operacyjna i motywacja polskich przedsiębiorców. Niskie koszty pracy mamy już za sobą. Pozostałe atrybuty nadal możemy uznawać za naszą przewagę konkurencyjną.
Jak zatem konkurować? Aby wygrać trzeba robić coś albo lepiej, albo inaczej, albo taniej. To samo jest w konkurencji między państwami. “Taniej” mamy już za sobą.
Czy możemy “lepiej” wątpię – 50 letnia przerwa w ciągłości rozwoju nam na to nie pozwala. Gdy Zachód akumulował kapitał, doskonalił technologie, systemy zarządzania, zdobywał know how – my doskonaliliśmy się w polowaniu na papier toaletowy w sklepach. Nie jesteśmy w stanie konkurować z Zachodem kapitałem czy technologiami – bo ich zwyczajnie nie mamy. Musimy wybrać inne dziedziny, w których realnie możemy osiągnąć przewagę.
Według mnie narzędziami naszej konkurencji powinny być:
Konkurencja prawno-instytucjonalna – należy stworzyć najlepsze na świecie instytucje otoczenia biznesu, w tym sądownictwo oraz najlepsze i najprostsze prawo gospodarcze i podatkowe na świecie. Tworzyć akty prawne, jako pierwsi na świecie, dla nowych dziedzin (np. samochody autonomiczne). Jeśli będziemy jednym z najlepszych miejsc na świecie do prowadzenia działalności gospodarczej – zbiegną nam się przedsiębiorcy i innowatorzy z całego świata. Uwolni to też pełny potencjał inteligencji operacyjnej polskich przedsiębiorców. Jest to możliwe – wystarczy wola polityczna.
Pracownicy – w XIX wieku pracownicy sunęli ze wszystkich stron do fabryk. W XXI wieku fabryki suną tam gdzie są pracownicy. Polska powinna zastosować bardzo agresywną politykę demograficzną, żeby Polki chciały rodzić drugie i trzecie dziecko. Dążyć do standardu polskiej rodziny 2+3. To co do tej pory jest robione – chwała za to – to działalność bardzo lajtowa. Trzeba znacznie bardziej agresywnie. Jeśli chodzi o mnie jestem gotowy poprzeć wyłączanie o 18.00 światła w soboty (w ramach sprzyjania większej dzietności), jednak taka działalność może przynieść owoce za 25 lat. Teraz trzeba podjąć realne działania na rzecz ściągnięcia Polaków z Europy Zachodniej, Ameryki Północnej i Brazylii.
Jak wykonamy punkt pierwszy i staniemy się rajem dla działalności gospodarczej na świecie – może wrócić ich nawet milion. Kolejne narzędzie to suwerenna polityka imigracyjna i przyjmowanie oraz asymilowanie imigrantów zarobkowych ze sprawdzonych kierunków tj. z Wietnamu, Białorusi i Ukrainy, w ilościach potrzebnych naszej gospodarce. Celem naszej polityki demograficznej powinno być 50 milionów obywateli Polski w 2050 roku.
Potrzebujemy też bardziej aktywnej i przemyślanej polityki oraz działania rządu. Przede wszystkim na forum Unii Europejskiej. Musimy stanowczo i agresywnie przystąpić do pełnego wdrożenia unijnej dyrektywy usługowej. Polskie przedsiębiorstwa są dyskryminowane, zwłaszcza we Francji, metodami najróżniejszymi – poczynając od legalnych na nielegalnych kończąc. Zamknięcie firmy na podstawie anonimowego donosu na pół roku do wyjaśnienia to standard.
Ponad 10-letnie wysiłki Polski na forum UE nie przyniosły żadnych efektów. Trzeba zastosować retorsje wobec krajów, które z nami tak postępują – i zakomunikować im wyraźnie, że ich firmy będą mogły bez przeszkód działać w Polsce, jeśli nasze będą mogły działać u nich. Na tym poprzestanę, ale powinniśmy przestać się cackać i dawać się tak traktować. Jeśli nie zareagujemy – będzie tylko gorzej. Rząd musi zacząć działać zdecydowanie.
Pomoc publiczna dla biznesu. Nie mamy za dużo pieniędzy, to tym bardziej te które mamy powinniśmy wydawać rozsądnie. Tymczasem wydajemy je od sasa do lasa. Trudno dostrzec w tym jakąś strategię i myśl. Znaczna część tych środków trafia do… międzynarodowych koncernów!!! Zachowujemy się jakbyśmy chcieli wszystkiego naraz. Izrael, jak powstawał postawił na cztery obszary: hydrologię, optykę, przemysł zbrojeniowy i rolnictwo – i na tym skoncentrował wszystkie pieniądze i wysiłki. Dzisiaj sprzedaje 1 kg nasion pomidorów rosnących na pustyni za 100 tysięcy dolarów, a z ich optyki muszą korzystać wszystkie arabskie armie.
Musimy zrezygnować z megalomanii i gigantomanii i wybrać kilka dziedzin, w które skierujemy, to co mamy. Powinny to być raczej dziedziny nowe – nie sądzę, żebyśmy mieli jakieś szanse z Niemcami np. w silnikach Diesla. Jakie to dziedziny to odrębna dyskusja, ale nie powinno być ich na pewno więcej niż pięć.
Oczywiście już słyszę ten śmiech, że się nie da, niemożliwe, na pewno się nie uda etc. etc. Przyzwyczajony jestem – całe lata 80. słyszałem, że komunizmu nie da się obalić, a na pomysł wyprowadzenia wojsk sowieckich z Polski, co poniektórzy tarzali się ze śmiechu po podłodze. Każdy naród ma to na co zasługuje. My też. Musimy zerwać z naszą chorobą przeciętności. We wszystkim jesteśmy przeciętni. Wszystko w naszych rękach.