Gospodarka 48 godzin

Czy RSP przetrwają?
Rolnicze Spółdzielnie Produkcyjne – ten relikt czasów „głębokiej komuny” (tworzono je, często przymusowo w latach 1950–1956, a potem zezwolono na ich likwidację, co też często nastąpiło) – przetrwały aż do dziś. Wciąż doceniany jest model wspólnego gospodarowania rolników na wniesionej przez nich do spółdzielni ziemi. Dziś istnieje jeszcze prawie 700 Rolniczych Spółdzielni Produkcyjnych a należy do nich około 40 tys osób. Okazuje się jednak, że za sprawą rządu PiS, mogą już nie przeżyć czasu pandemii. Dziś bowiem odmawia się im udzielania subwencji w ramach Tarczy Finansowej, w przypadku, gdy jakaś spółdzielnia nie zatrudnia żadnej osoby na podstawie stosunku pracy, a pracę w niej wykonują wyłącznie członkowie spółdzielni. Specyfika zatrudniania w tych spółdzielniach nie została uwzględniona w rządowej tarczy finansowej. W rezultacie, banki ochoczo odmawiają pomocy finansowej, powołują się na materiały informacyjne zamieszczone na stronie internetowej państwowego Polskiego Funduszu Rozwoju. W dodatku RSP, które charakteryzuje prowadzenie wspólnego gospodarstwa rolnego, nie otrzymały jeszcze pełnych odszkodowań tzw. suszowych. Krajowa Rada Spółdzielcza poinformowała Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi o trudnej sytuacji ekonomicznej części spółdzielni, którą jeszcze pogorszył spadek cen produktów rolnych (drobiu, wołowiny, mleka, wieprzowiny) w wyniku załamania się ich eksportu na skutek pandemii COVID-19.

Rząd szkodzi zdrowiu

W Polsce brak jasno i kompleksowo sprecyzowanej strategii walki z koronawirusem i panuje niespójna polityka informacyjna rządu związana z epidemią COVID-19. Brak też przygotowanych przez Ministerstwo Zdrowia procedur poboru osocza ozdrowieńców – a są one pilnie potrzebne do produkcji leku przeciw koronawirusowi. Ponadto nastąpiła próba ukrytego zaostrzenia, w ramach uchwalonej Tarczy Antykryzysowej 4.0, odpowiedzialności karnej lekarzy i lekarzy dentystów za błędy medyczne. Ponadto, brakuje do tej pory ustawy o powołaniu Funduszu Medycznego w wysokości 2,7 mld zł, przeznaczonego na leczenie onkologiczne i chorób rzadkich, inwestycje oraz profilaktykę – chociaż decyzja w sprawie takiego Funduszu zapadła 6 marca, po tym jak Sejm zatwierdził dotację dla TVP w wysokości 2 mld zł. W przypadku ochrony zdrowia, rząd niestety nie zaproponował dotąd pakietu rozwiązań, jak zrobił to w odniesieniu do pozostałych gałęzi gospodarki, który pozwoliłby jednostkom ochrony zdrowia złagodzić wielopłaszczyznowe skutki pandemii oraz planować racjonalnie działania przynajmniej do końca tego roku Wszystkie te krytyczne uwagi pod adresem rządu PiS sformułowała organizacja przedsięborców Business Centre Club. „Zauważalny w ostatnich miesiącach spadek wpływu składek zdrowotnych do NFZ będzie potęgował zjawisko pogłębiającego się kryzysu w ochronie zdrowia. Ta sytuacja pokazuje, że rząd nadal nie tylko nie dotrzymuje danego słowa o priorytetowym rozwiązywaniu nabrzmiałych problemów ochrony zdrowia, ale jeszcze w dobie koronawirusa, poprzez brak stosownych planów pomocy, problemy te pogłębia”. – stwierdziła Anna Janczewska, ekspert ds. ochrony zdrowia w BCC.

Gospodarka 48 godzin

Festiwal obietnic
W ramach starań na rzecz reelekcji Andrzeja Dudy, Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Rząd chwali się więc, że przygotował korzystne zmiany dla emerytów urodzonych w 1953 r., którzy stracili na wprowadzeniu w 2013 r. nowych zasad obliczania emerytury. Cześć z nich ma otrzymać średnią miesięczną podwyżkę na poziomie ponad 1,4 tys. zł, a część wyrównanie roczne – średnio o ponad 12 tys. zł, oraz przeciętną miesięczną podwyżkę o ok. 200 zł. Na zmianach skorzysta ok. 74 tys. osób. W 2013 r. zmieniono zasady obliczania wysokości świadczenia emerytalnego osobom pobierającym wcześniejszą emeryturę, wprowadzając mniej korzystne rozwiązanie. Chodzi o odliczenie od podstawy obliczenia emerytury powszechnej pobranych dotychczas kwot emerytur wcześniejszych. Roczniki, które do 2013 r. osiągnęły powszechny wiek emerytalny skorzystały z możliwości obliczenia wysokości emerytury według dotychczasowych – korzystniejszych dla nich zasad. Takiej możliwości nie miał rocznik 1953.
Rada Ministrów obiecuje zatem, że wyższą emeryturę będą otrzymywać te kobiety i mężczyźni urodzeni w 1953 r., którzy pobierają lub pobierali wcześniejsze emerytury; otrzymali prawo do wcześniejszej emerytury przed 1 stycznia 2013 r.; kiedykolwiek wystąpili o emeryturę według nowych zasad, przyznawaną po ukończeniu ustawowego wieku emerytalnego zaś emerytura ta została ustalona z pomniejszeniem podstawy obliczenia o sumę kwot pobranych wcześniejszych emerytur. A także ci, którzy nie wystąpili dotychczas o emeryturą powszechną, a wystąpią o nią w lipcu 2020 r. Nie wiadomo, co w rzeczywistości zostanie zrealizowane z tych rządowych wypowiedzi. Jedno, co dziś wiadomo, to to, iż precyzyjnie podana liczba 74 tys. osób to kropelka w całym morzu polskich emerytów.
Ponadto Rada Ministrów znowelizowała program wieloletni pod nazwą „Program Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023 (z perspektywą do 2025 r.)”. Rząd obiecuje, że przeznaczy dodatkowo ponad 21 mld zł na ów program. Więcej pieniędzy ma zostać przewidzianych m.in. na budowę dróg ekspresowych S6 od Koszalina do obwodnicy Trójmiasta oraz S10, Toruń – Bydgoszcz. „Zwiększenie środków na drogi będzie korzystne dla polskiej gospodarki, która wychodzi z kryzysu wywołanego przez COVID-19. Realizacja przedsięwzięć drogowych wpisuje się także w plan inwestycji strategicznych zaproponowany przez prezydenta Andrzeja Dudę” – stwierdza Rada Ministrów.
Zapowiadany wzrost wydatków Programu Budowy Dróg Krajowych o ponad 21 mld zł ma zacząć się najwcześniej dopiero w 2022 r. i trwać przez kilka lat. Odległa to więc perspektywa. Niestety, zakres obietnic rządu PiS tak dalece przekracza to co rząd faktycznie realizuje, że jak dotychczas, mimo gorączkowych prób, przed wyborami prezydenckimi nie udało się niczego uroczyście otworzyć, ani z wielką pompą przeciąć żadnej wstęgi. Może więc kierownictwo partii i rządu jeszcze raz wkopałoby w plażę, tak jak prezes Jarosław Kaczyński przed wyborami samorządowymi w październiku 2018, kijek mający pokazywać, gdzie kiedyś przebiegnie przekop przez Mierzeję Wiślaną. Możnaby wtedy zaintonować sławną pieśń: „Hej młody Junaku, smutek zwalcz i strach! Przecież na tym piachu za trzydzieści lat, przebiegnie być może jasny, długi prosty, szeroki jak rzeka kanał mierzejkowski. I z brzegiem zepnie drugi brzeg, na którym twój ojciec legł!”.

Gospodarka 48 godzin

Wzrost w sieci Zamrożenie gospodarki zmieniło zwyczaje zakupowe Polaków. Wiele osób, z uwagi na swoje bezpieczeństwo przeniosło robienie zakupów do sieci. Główny Urząd Statystyczny podał dane o sprzedaży on-line po wybuchu epidemii. Wynika z nich, że prawie o jedną trzecią wzrosła w kwietniu sprzedaż detaliczna przez internet (w porównaniu z danymi z marca 2020). Nigdy wcześniej nie było tak wielkiego przyrostu w ciągu jednego miesiąca – częściowo wymuszonego poprzez zamknięcie wielu placówek handlowych. Według obliczeń GUS, w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2020 roku udział e-commerce w całej sprzedaży krajowej zwiększył się niemal dwukrotnie w stosunku do tego samego okresu 2019 r. –  z 6,3 proc. do 11,9 proc. Tempo wzrostu jest duże, ale sprzedaż internetowa cały czas stanowi tylko drobną część wszystkich zakupów robionych przez Polaków.

TVP „zwycięża” pandemię
Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie potrafi podjąć skutecznej walki z epidemią koronawirusa w Polsce. To nie tylko nieudolność. Nie widać także, aby jakoś się on przykładał do ograniczenia rozmiarów pandemii, gdyż podstawową pracą wykonywaną obecnie przez ekipę rządzącą jest działanie na rzecz zwycięstwa wyborczego Andrzeja Dudy. Tymczasem w naszym kraju wciąż rośnie liczba zgonów i przypadków COViD 19, a pod względem nasilenia nowych zakażeń Polska należy do niechlubnej czołówki Europy. Natomiast jeśli chodzi o liczbę wykonywanych testów, to przeciwnie, jesteśmy pod koniec listy państw naszego kontynentu. Ponura prawda o nieudolności i nieskuteczności rządu PiS w walce z pandemią mogłaby znacząco zmniejszyć szanse wyborcze Andrzeja Dudy. Wprawdzie inne, pozarządowe media nie przemilczają epidemii, ale wiadomo, że elektorat PiS to w dużym stopniu widzowie rządowej TVP. Dlatego właśnie temat pandemii koronawirusa został ograniczony do minimum w PiS-owskiej telewizji „publicznej”. Od dłuższego czasu jeżeli w Wiadomościach w ogóle pojawiają się informacje o zgonach i nowych zakażeniach, to głównie przez moment na małym pasku na dole ekranu. W zasadniczym przekazie mówi się natomiast o ozdrowieńcach. A skoro epidemia znika z PiS-owskiej telewizji to publiczność powinna odnieść wrażenie, że znika w ogóle. Udający dziennikarzy propagandyści z TVP próbują więc wmawiać telewidzom, że pandemia jest w odwrocie, a światłe działania rządu przynoszą same sukcesy w walce z koronawirusem. Zmienił się też sposób narracji ze strony rządu. Przez wiele tygodni było to typowe PiS-owskie samochwalstwo uprawiane przez przedstawicieli tej ekipy. Gdy jednak okazało się, że propagandowymi bajkami trudno zasłonić prawdę o nieskuteczności władzy PiS w walce z pandemią, to oprócz mówienia o rzekomych sukcesach rządowych zaczęto prezentować akcenty krytyczne wobec społeczeństwa – że zbyt lekkomyślnie rezygnuje z izolowania się, że nazbyt optymistycznie zapomina o doświadczeniach Włoch czy Wielkiej Brytanii, że nie bardzo przestrzega ograniczeń. Słowem, przekaz jest taki, że jeśli są sukcesy, to jest to zasługa rządu PiS. Jeśli są zaś kłopoty, to winę ponosi kto inny. To zgodne z podstawową zasadą obecnej ekipy: nigdy nie przyznawać się do żadnego błędu i poczuwać do jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Rząd PiS nie radzi sobie z koronawirusem

Nieudolne, nieprzemyślane, błędne, chaotyczne, mało energiczne, spóźnione – takie są działania administracji państwowej mające zwalczać pandemię.
To, iż rząd Prawa i Sprawiedliwości nie umie podjąć skutecznej walki z epidemią stanowi najważniejszy wniosek, jaki można wyciągnąć z rezultatów ogólnopolskiego badania empirycznego na temat zwalczania koronawirusa w ocenie pracowników ochrony zdrowia.
Ponad 80 proc. ankietowanych pracowników ochrony zdrowia uważa, że w dobie pandemii poziom zaopatrzenia placówek medycznych w środki ochrony osobistej jest skrajnie niewystarczający.
Wobec niezapewnienia przez administrację publiczną środków ochrony osobistej w placówkach medycznych, ich pracownicy w inny sposób próbują pozyskiwać te środki. 66 proc. badanych kupuje je samodzielnie, 44 proc. otrzymuje od darczyńców, 34 proc. dostaje od zwierzchników, a 11 proc. pozyskuje z innych źródeł.
65 proc. respondentów wskazuje, że zdarza im się pracować bez pełnego zabezpieczenia w środki ochrony indywidualnej, jak maseczki, kombinezony czy rękawiczki jednorazowe, i to nawet w placówkach, gdzie występuje COVID-19. Zdaniem ankietowanych zagraża to ich życiu i zdrowiu, jak również naraża zdrowie pacjentów.
Brak środków ochrony indywidualnej badani uznają za jedną z najistotniejszych przyczyn rozprzestrzeniania się epidemii i poważne zaniedbanie władz publicznych.
Jedna trzecia badanych pracowników sektora ochrony zdrowia nie poznała procedur antycovidowych, określających zasady postępowania z pacjentami podejrzewającymi u siebie zakażenie SARS-CoV-2. Chodzi tu np. o procedurę określającą, dokąd skierować pacjenta w celu wykonania diagnostyki, oraz jakie kolejno kroki powinien podjąć pacjent podejrzewający u siebie zakażenie.
69 proc. respondentów uznaje, że powyższe procedury nie funkcjonują w praktyce w sposób prawidłowy i efektywny, a przeciwnego zdania jest zaledwie 14 proc. badanych.
W ocenie ankietowanych, nieefektywność procedur powoduje, że zarządzanie epidemią jawi się jako chaotyczne, bezplanowe, przypadkowe oraz odbywa się z naruszeniem interesów i praw pacjentów.
Badani jeszcze bardziej krytycznie oceniają działanie procedur określających zasady postępowania z pacjentami, u których potwierdzono zakażenie SARS-CoV-2. 78 proc. ankietowanych uznaje, że procedury te nie funkcjonują w sposób prawidłowy i efektywny, a tylko 8 proc. respondentów przyznaje im ocenę pozytywną. Z wywiadów przeprowadzonych w toku badania wynika, iż nieefektywność tych procedur (np. błędy w zasadach izolacji chorych) może stanowić poważne zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów.
Jedną z przyczyn, dla których wskazane powyżej procedury nie funkcjonują właściwie w praktyce, jest niska jakość komunikacji pomiędzy administracją publiczną a sektorem ochrony zdrowia.
Aż 72 proc. badanych oświadcza, że nigdy nie otrzymało informacji o organizowaniu przez instytucje administracji publicznej szkoleń, seminariów lub innego rodzaju spotkań informacyjnych (także w formie zdalnej, np. webinarium), których celem byłoby zapoznanie pracowników ochrony zdrowia z obowiązującymi w Polsce procedurami określającymi zasady postępowania z pacjentami podejrzanymi o zakażenie SARS-CoV-2?
68 proc. respondentów nigdy nie uczestniczyło w takich szkoleniach. Udział w szkoleniach potwierdziło zaledwie 32 proc. ankietowanych, z czego tylko 11 proc. uczestniczyło w nich więcej niż jeden raz.
Ponad 85 proc. badanych uznaje za konieczne przeprowadzanie profilaktycznych testów na koronawirusa wśród personelu medycznego. Brak takich testów badani uznają za naruszenie ich praw pracowniczych i przepisów BHP.
Wszystkie te wyniki dowodzą tego, jak kłamliwy jest rządowy przekaz o tym, jakoby rząd PiS dobrze przygotował kraj do nadejścia koronawirusa i skutecznie walczył z pandemią. Otóż, jest dokładnie odwrotnie, co zresztą chyba wszyscy już widzimy. Propagandowe kłamstwa w PiS-owskich mediach „publicznych” tego nie ukryją.
Podane wcześniej rezultaty ankietowe to tylko kilka najważniejszych, wybranych wniosków z ogólnopolskiego badania na temat zarządzania epidemią koronawirusa w ocenie pracowników ochrony zdrowia. Badanie w okresie od 20 kwietnia do 20 maja br. zrealizował Instytut Nauk o Zarządzaniu i Jakości Wyższej Szkoły Humanitas w Sosnowcu. Wzięli w nim udział lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni i menedżerowie ochrony zdrowia.
Autorzy badań zapytali ich o ocenę rozmaitych aspektów zarządzania epidemią koronawirusa – od kwestii jakości opracowanych procedur epidemicznych, po zagadnienie zaopatrzenia szpitali i przychodni w środki ochrony osobistej dla personelu medycznego. Badanie „Wybrane aspekty zarządzania epidemią SARS-COV-2 w percepcji pracowników sektora ochrony zdrowia” zrealizowane zostało z wykorzystaniem techniki ankiety oraz wywiadów pogłębionych. Uzyskano więc nie tylko dane liczbowe, ale także cenne komentarze i opinie pracowników ochrony zdrowia pokazujące kulisy walki z epidemią oczami lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych.

-W naszej uczelni zatrudniamy wielu nauczycieli akademickich, pracujących również w ochronie zdrowia. To oni zainspirowali nas do przeprowadzenia badań. Badanie zrealizowaliśmy na grupie najistotniejszej z punktu widzenia skuteczności walki z epidemią. Nasi ankietowani są „na pierwszej linii frontu” i mają najszerszą wiedzę na temat tego, jak zarządzanie epidemią wygląda w praktyce. Gdzie jest dobrze, a gdzie zmierzamy ku katastrofie. Wnioski z badań mogą być ciekawym materiałem dla rządzących i pomóc w poprawieniu wielu błędów, które popełniono na pierwszym etapie zwalczania koronawirusa – mówi prof. ucz. dr hab. Michał Kaczmarczyk, kierownik projektu badawczego.
Może w wielu krajach Europy pandemia już zanika, ale nasza batalia z COVID-19 wciąż dopiero się nasila i nie wiemy, jak długo jeszcze potrwa. Mądry, skuteczny rząd powinien posłuchać lekarzy i menedżerów ochrony zdrowia, którzy podpowiadają co zrobić, by tę batalię toczyć skuteczniej. Nie można jednak tego oczekiwać po ekipie z PiS.

Igranie życiem obywateli

Pandemia koronawirusa zbiera w Polsce coraz tragiczniejsze żniwo. Znowu z dnia na dzień rośnie liczba ofiar śmiertelnych.
Jeszcze niedawno wydawało się, że sytuacja epidemiologiczna naszego kraju wreszcie zaczyna się powoli poprawiać – nawet mimo masowych zakażeń na Śląsku. Zmniejszała się bowiem liczba umierających osób, zakażonych koronawirusem.
W piątek 29 maja resort zdrowia poinformował, że koronawirus zabił 13 osób. W sobotę 30 maja – 10 osób. W niedzielę – tylko trzy (choć niedzielnym statystykom nie za bardzo można u nas wierzyć). Są to oficjalne dane rządowe, więc w rzeczywistości liczba ofiar śmiertelnych była prawdopodobnie większa, ale tendencja wydawała się jednoznaczna – coraz mniej zgonów.
Niestety, ostatnie dni przyniosły odwrócenie tego pozytywnego trendu. W Polsce znowu zaczęła się zwiększać liczba zgonów spowodowanych koronawirusem. W poniedziałek 1 czerwca rząd zawiadomił, że zmarło 9 osób. We wtorek 2 czerwca – już 18. W środę 3 czerwca – poinformowano o zgonie 23 ofiar. Aż strach prorokować co się stanie, jeśli te tragiczne statystyki będą rosnąć w podobnym tempie.
Wydaje się że wzrost liczby ofiar to wynik nieodpowiedzialnych działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, który pochopnie złagodził (i łagodzi dalej) obostrzenia, ograniczające kontakty między ludźmi.
Jeszcze bardziej szkodliwe jest to, że rządowa propaganda w mediach publicznych przejętych przez PiS, usilnie próbuje sugerować, że epidemia jest w odwrocie, wszystko idzie ku lepszemu, a rząd w pełni panuje nad sytuacją.
Chodzi o stworzenie wrażenia, że – naturalnie dzięki sprawnym i mądrym poczynaniom rządu PiS – w Polsce w zasadzie wszystko jest już normalnie, a władza poradziła sobie z zagrożeniem. Dlatego, wedle przekazu propagandowego płynącego z rządowych mediów, warto tę władzę popierać, a zwłaszcza dać temu wyraz w wyborach prezydenckich.
Niestety, jakaś część społeczeństwa uwierzyła w rządowy przekaz, sugerujący, iż epidemia się cofa – i zaczęła ograniczać stosowanie środków ostrożności. Szybko przyniosło to smutny efekt. Wypada wyrazić dość oczywiste przekonanie, że obecna władza nie powinna igrać życiem i zdrowiem Polaków dla realizacji swych partyjnych interesów.

Duża liczba ofiar to cena walki z kryzysem?

Wyniki gospodarki brytyjskiej okazały się lepsze od oczekiwań, a spadek aktywności gospodarczej jest tam mniejszy niż w innych krajach.

Pomimo że to kraje południowej Europy – przede wszystkim Włochy i Hiszpania – skupiły na sobie większość uwagi w kontekście pandemii, to właśnie Wielka Brytania jest „antybohaterem” ostatnich tygodni, z największą liczbą śmierci spowodowanych przez koronawirusa na Starym Kontynencie.
Najnowsze dane wskazują na mniejszy niż w innych krajach spadek aktywności gospodarczej w pierwszym kwartale 2020 r., jak również na to, że gospodarka na Wyspach najprawdopodobniej ma już swój „dołek” za sobą. Ale tak drugi kwartał, jak i cały rok Wielka Brytania zakończy na minusie. Nie dziwią więc zdecydowane działania władz, jak również zapowiedzi kolejnych, tak w sferze fiskalnej, jak i monetarnej.
Opublikowane dane dotyczące brytyjskiej gospodarki w pierwszym kwartale 2020 roku okazały się lepsze od oczekiwań: spadek produktu krajowego brutto o około 2 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału blednie w porównaniu z 5-6 proc. recesji we Francji czy Hiszpanii. Niewielka skala spadku była w dużej mierze konsekwencją relatywnie długiego zwlekania przez rząd Borisa Johnsona z wprowadzeniem lockdownu (zamknięcia gospodarki), który został ogłoszony dopiero 20 marca, czyli niemal dwa miesiące po zdiagnozowaniu pierwszego pacjenta na Wyspach zarażonego koronawirusem. Tym samym lockdown obowiązywał jedynie przez niecałe dwa ostatnie tygodnie pierwszego kwartału. Zdołał spowodować w marcu spadek PKB o 5,8 proc. w stosunku do lutego).
Drugi kwartał tego roku będzie dla gospodarki Wielkiej Brytanii znacznie gorszy. Jak zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, ostatnie prognozy wskazują na możliwy spadek rzędu 15-25 proc. kwartał do kwartału i 10-procentową recesję w całym 2020 roku.
Choć najnowsze odczyty wskaźnika koniunktury PMI dla przemysłu i usług wzrosły odpowiednio do 27,8 i 40,6 (z 13,4 i 32,6 w kwietniu), co wskazuje na poprawę sytuacji związaną głównie z niewielkim poluzowaniem restrykcji, to główny indeks PMI wciąż pozostaje ponad 20 punktów poniżej granicznej wartości 50 – wskazuje TEP.
Utrzymująca się wysoka liczba zarażonych i zmarłych z powodu koronawirusa sprawia, że rząd nie spieszy się z „odmrażaniem” gospodarki: zapowiedział, że rozpocznie otwieranie sklepów z początkiem czerwca (wtedy też część dzieci ma wrócić do szkół), choć puby i restauracje pozostaną zamknięte co najmniej do lipca.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią spotkał się ze zdecydowaną odpowiedzią rządu już w marcu, kiedy to kanclerz skarbu Rishi Sunak zapowiedział pakiet fiskalny o wartości 175 miliardów funtów na lata 2020-25 (ok. 8 proc. PKB, co czyni z programu największe luzowanie fiskalne na Wyspach od 1992 roku), z czego 32 mld funtów (1,5 proc. PKB) ma zostać wydane w bieżącym roku. Oprócz dodatkowych wydatków fiskalnych, pakiet zawierał gwarancje pożyczkowe dla przedsiębiorstw opiewające na 300 miliardów funtów (15 proc. PKB) i został później uzupełniony o odroczenia płatności VAT i program nieoprocentowanych rządowych pożyczek dla firm.
Co więcej, ogłoszono powstanie programu grantów ukierunkowanych na utrzymanie miejsc pracy, w którym rząd zobowiązał się do pokrywania 80 proc. wynagrodzenia „zawieszonych” (furloughed) pracowników i 80 proc. dochodów samozatrudnionych do wysokości 2.500 funtów miesięcznie. Bank Anglii również zareagował zdecydowanie, ścinając główną stopę procentową do 0,1 proc. i restartując program luzowania ilościowego, zamierzając skupić aktywa o wartości 200 mld funtów. Stworzył również nowy program (Term Funding Scheme), który miał na celu obniżenie kosztów uzyskiwania finansowania przez małe i średnie firmy.
W związku z przedłużającym się okresem lockdownu podejmowane są kolejne działania mające na celu ograniczenie negatywnych skutków kryzysu. Ze strony fiskalnej, rządowy program utrzymywania miejsc pracy został przedłużony do lipca, a najnowsze szacunki dotyczące potrzeb pożyczkowych netto rządu mówią o 290 miliardach funtów (14 proc. PKB) w 2020 roku – z czego za 170 miliardów odpowiadać będą programy rządowe (za resztę tzw. automatyczne stabilizatory).
Inflacja natomiast znaczne wyhamowała (do 0,9 proc. rok do roku w kwietniu), co skłoniło Bank Anglii do pierwszej w historii dyskusji o możliwości obniżenia stóp procentowych poniżej zera. Spodziewane jest też rozszerzenie skupu aktywów o kolejne 100 mld. funtów, co będzie utrzymywać długookresowe stopy procentowe na niskich poziomach (obecnie oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji nie przekracza 0,175 proc.).
Radykalne działania fiskalne rządu (przede wszystkim nakierowane na utrzymanie miejsc pracy i zapewnienie płynności firmom) są uzasadnione – ocenia się, że ograniczą one spadek bezrobocia o co najmniej 2-3 punkty procentowe w najbliższych kwartałach. Więcej wątpliwości budzą zapowiedzi Banku Anglii dotyczące wprowadzenia ujemnych stóp procentowych. Obecna na Wyspach „dezinflacja”: to w dużej mierze pokłosie spadku cen ropy naftowej i nie jest jasne, jak dalsza obniżka stóp miałaby w tej sytuacji w znaczący sposób pobudzić wzrost cen. Ujemne stopy procentowe mogłyby okazać się per saldo kosztownym posunięciem, ponieważ oznaczałyby negatywne konsekwencje dla sektora bankowego.

Gospodarka 48 godzin

Festiwal obietnic
Tarcza antykryzysowa wciąż nie działa tak jak powinna, a wybory prezydenckie coraz bliżej. Dlatego rząd PiS sypie kolejnymi obietnicami. Ostatnio Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19. Jak zapowiada rząd, już niedługo te ważne rozwiązania pomogą firmom w zachowaniu miejsc pracy. „Uruchomimy ponad 560 mln zł na dopłaty do odsetek kredytów dla firm, które wpadły w kłopoty przez COVID-19” – stwierdza Rada Ministrów. W tym roku na ten cel ma pójść prawie 300 mln zł, a reszta – ponoć w przyszłym. Powinno to wygenerować kredyty o wartości ok. 32 mld zł. Banki będą więc udzielać kredytów przedsiębiorstwom dotkniętym skutkami wirusa, a do odsetek dopłacą podatnicy, czyli państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego. Wsparcie ma trafić także do przedsiębiorców działających w sektorze podstawowej produkcji rolnej. Rząd chce również chronić polskie firmy przed wrogimi przejęciami przez inwestorów spoza Unii Europejskiej w momencie, w którym – ze względu na epidemię – ich wycena może być szczególnie niska. Przyszłe rozwiązania dotyczące kontroli przejęć spółek mają obowiązywać przez 2 lata. Transakcje nabycia znacznej liczby udziałów w takich spółkach będą kontrolowane przez prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – co jednakże ze względu na niską skuteczność tego urzedu mieć będzie głównie znaczenie propagandowe.
Wsparcie otrzymają także samorządy (żeby nie mówiono, że PiS tak je tępi). Podwojony na kilka miesięcy ma zostać udział powiatów, w tym większych miast, w dochodach z gospodarki nieruchomościami Skarbu Państwa – od 1 maja tylko do końca 2020 r. Złagodzona będzie reguła fiskalna ograniczająca zadłużanie się samorządów. W związku z COVID-19, w tym roku możliwa będzie nierównowaga budżetu samorządów, powiększona dodatkowo o wartość faktycznego zmniejszenia się dochodów. Tzw. janosikowe (płacone przez zamożniejsze samorządy na rzecz biedniejszych) – przypadające w maju i czerwcu 2020 r., będzie można zapłacić w drugim półroczu tego roku. W bieżącym roku samorządy będą mogły przeznaczyć pieniądze z tzw. funduszu korkowego (środki pozyskiwane od przedsiębiorców sprzedających alkohol) na przeciwdziałanie i łagodzenie skutków koronawirusa. Rząd chce też obniżyć koszty udziału wykonawców w przetargach, a także poprawić ich płynność finansową. Nie będzie już obowiązku żądania wadium – ale tylko w przetargach o wielkiej wartości, powyżej progów unijnych. Wprowadzony ma być obowiązek zapłaty wynagrodzenia w częściach lub udzielania zaliczek przy dłuższych umowach dotyczących zamówienia publicznego. Obniżona zostanie dopuszczalna wysokość zabezpieczenia przy zamówieniach publicznych.
Wśród obietnic dla tzw. zwykłych obywateli jest zaś zapowiedź możliwości zawieszenia spłaty kredytu i odsetek (najwyżej do 3 miesięcy). To także ma tylko znaczenie propagandowe, bo taka możliwość jest zawsze, co nie znaczy, że można z niej skorzystać. Ma to dotyczyć wyłącznie osób, które straciły pracę lub inne główne źródło dochodu po 13 marca 2020 r. Ponadto, nieco więcej darowizn będzie można odliczyć od podstawy obliczania podatku dochodowego. Będzie to dotyczyć darowizn przekazanych na rzecz domów dla matek z małoletnimi dziećmi i kobiet w ciąży, noclegowni, schronisk dla osób bezdomnych, czy domów pomocy społecznej.

Nadciąga fala bezrobocia

Polacy boją się straty pracy bardziej niż koronawirusa. Wiedzą, że urzędy pracy nie pomogą im w jej znalezieniu.

Tak jak fale tsunami poprzedzone są wstrząsami na dnie morza, tak epidemia COVID19 oraz restrykcje nałożone przez rząd na działalność gospodarczą spowodują dramatyczne zmiany na rynku pracy. Obecnie obserwujemy względny spokój, ale tylko dlatego, że nie dysponujemy odpowiednimi narzędziami.
Statystyki bezrobocia (Głównego Urzędu Statystycznego, Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej) nie są w stanie pokazać ani prędkości z jaką porusza się fala, ani jej wysokości. Tymczasem tsunami już ruszyło i porusza się z olbrzymią prędkością.
Ograniczenia w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej i poruszania się oraz obawy związane z rozwojem pandemii odwróciły pozytywny trend na rynku pracy obserwowany przez ostatnie lata. Obecnie wchodzimy w okres, w którym przedsiębiorstwa szukają oszczędności poprzez obniżanie poziomu wynagrodzeń i wymiaru czasu pracy zatrudnionych oraz, w ostateczności, poprzez zwolnienia pracowników, zarówno indywidualne, jak i grupowe. Wpływa to na wzrost bezrobocia – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Choć obecnie znaczna ilość zatrudnionych nie pracuje lub pracuje w zmniejszonym wymiarze, a Urzędy Pracy zasypywane są wnioskami o rejestrację na liście bezrobotnych, to według opublikowanych przez MRPiPS danych z 6 maja 2020 wynika, że stopa bezrobocia rejestrowanego zachowuje się dość stabilnie: 5,7 proc. w końcu kwietnia br. (w marcu 5,4 proc. wg. GUS).
Po raz pierwszy od dłuższego czasu stopa bezrobocia przewyższa jego poziom w analogicznym miesiącu roku ubiegłego (w kwietniu 2019 r. 5,4 proc.). Jednak dane te nie odzwierciedlają w pełni sytuacji na rynku pracy.
Załamanie w zatrudnieniu nie jest widoczne w statystykach bezrobocia. Część osób, które straciły pracę, pojawi się w statystykach urzędów pracy dopiero, gdy minie im okres wypowiedzenia zawarty w ramach umów o pracę (jeden lub trzy miesiące). Do pełnego obrazu stanu rynku pracy brakuje więc informacji o tym, ile osób znajduje się obecnie w okresie wypowiedzenia. Podjęte decyzje o zwolnieniach zaczną być w większym stopniu widoczne w rejestrach bezrobotnych dopiero w czerwcu i kolejnych miesiącach, co będzie przypominać długą falę niszczycielskiego tsunami.
Istnieje też grupa osób, które z różnych względów nie zdecydują się na rejestrację w urzędach pracy i będą próbować samodzielnie znaleźć pracę. Tym bardziej, że kwota zasiłku dla bezrobotnych jest niewielka (przy stażu pracy od 5 do 20 lat – 861,40 zł netto przez pierwsze trzy miesiące, a przez kolejne – 676,40 zł). W większości są to osoby wykonujące pracę na podstawie umów cywilno-prawnych lub samozatrudnione, a więc przyzwyczajone do polegania na sobie.
Warto dodać, że same urzędy pracy nie mają opinii instytucji pomagającej w znalezieniu pracy. Ponadto proces rejestracji bezrobotnych jest w tej chwili opóźniony – wnioski można składać online oraz drogą pocztową, co dla części osób jest problemem. Dodatkowo, wewnętrzne procedury powodują, że rejestracja nie odbywa się w momencie złożenia wniosku, a gdy we wniosku brakuje jakiejś informacji, jej uzupełnienie (drogą elektroniczną) trwa i przeciąga proces rejestracji.
Powszechnie uważa się, że skutki COVID-19 na rynku pracy nie są natychmiastowe, co nie jest prawdą. Po prostu nie widzimy ich w statystykach – zauważa TEP. W związku z tym rząd, nie mając danych, nie jest w stanie przygotować właściwej odpowiedzi na pogarszającą się sytuację na rynku pracy.
Obecna sytuacja pokazuje, że niezbędna jest zmiana w klasyfikowaniu bezrobocia. Dostępne są co prawda wskaźniki obliczane na podstawie wyników BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności), jednak badanie to jest realizowane kwartalnie. Aby móc reagować właściwie na pogarszającą się sytuację na rynku pracy niezbędne jest opracowanie wskaźnika, który pokazywałby sytuacje w ujęciu niemal z dnia na dzień, bądź z opóźnieniem tygodniowym, w tym uwzględniając osoby, które już straciły pracę, ale jeszcze nie są bezrobotne.
Z jednej strony socjalne zdobyczne w zakresie prawa pracy są uznawane za element Europejskiego Modelu Społecznego i zapobiegają sytuacji widocznej w USA, gdzie osoby zwalniane, błyskawicznie ustawiają się w kolejkach po świadczenia wynoszące około 600 USD na tydzień. Efekt to 33,5 miliona zarejestrowanych bezrobotnych (stopa bezrobocia prawie 15 proc., najwyższa w historii USA).
Z drugiej strony wydaje się, że gdy utrzymanie miejsc pracy staje się dla rządu ważniejsze niż negatywne konsekwencje utrzymywania „na siłę” zatrudnienia w przedsiębiorstwach, zachodzi obawa czy będzie to rozwiązanie efektywne. Rząd nie ma narzędzi, aby ocenić skutki swoich decyzji, dlatego może odwołać się tylko do przesłanek moralnych.
W czasach kryzysu elastyczny rynek pracy, jak w USA, prowadzi do mniejszego obciążenia przedsiębiorstw, większych wahań w zatrudnieniu, ale i szybkiego wzrostu zatrudnienia, gdy kryzys się kończy. W Polsce przeważa myślenie, że należy “ratować miejsca pracy” za wszelką cenę, ale za realizację tej myśli odpowiada przedsiębiorca, czasem wspierany przez rząd, czego przykładem jest m.in. najnowsza, dyskutowana i wywołująca kontrowersje propozycja zawieszenia stosunku pracy na trzy miesiące.
Tymczasem tylko co czwarty przedsiębiorca ma płynność finansową, która pomoże mu przetrwać więcej niż trzy najbliższe miesiące (raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego). Utrata płynności spowoduje porzucenie planów rozwoju, a nawet ograniczenie skali działania (downsizing). Utrzymywanie nieproduktywnych miejsc pracy jedynie pogarsza sytuację. Niezbędna jest większa elastyczność na rynku pracy w relacjach pracownik – pracodawca.
W marcu przedsiębiorcy zwlekali jeszcze ze zwolnieniami, licząc na uchwaloną 31 marca tarczę antykryzysową. Dlatego bezrobocie w statystykach jest jeszcze umiarkowane. Natomiast rozwiązania zaproponowane w kolejnych wersjach tarcz antykryzysowych (w tym brak programów dla bezrobotnych) spowodują najwyżej odsunięcie w czasie fali zwolnień, poprzez udzielanie pomocy finansowej pracodawcom, którzy utrzymają stan zatrudnienia w okresie wypłat wsparcia. To powoduje, że dopiero po tym okresie pracodawcy będą dokonywali szacunków, na ile warunki prowadzenia działalności gospodarczej pozwolą na utrzymanie dotychczasowego stanu zatrudnienia. Rząd twierdzi, że dzięki tarczy udało się już ochronić 250 tys. miejsc pracy, jednakże nie jest pewne, czy nie było to jedynie odsunięcie tsunami w czasie.
W najbliższych miesiącach stopa bezrobocia może wzrosnąć do poziomu ok. 8 proc., a do końca roku wyniesie ponad 10 proc., co oznacza, że bez pracy zostanie ponad 2 mln Polaków. Paradoksalnie do wzrostu rejestrowanego bezrobocia może przyczynić się zapowiadany wzrost kwoty zasiłku dla bezrobotnych – zmobilizuje do rejestracji część osób pozostających bez pracy, a część zniechęci do szukania pracy.

Gospodarka 48 godzin

Teatr złudzeń

Polska, od czterech lat wstająca ciągle z kolan (pytanie, kiedy wreszcie się podniesie?) pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, aktywnie przygotowuje się do odgrywania roli mocarstwa kosmicznego. Termin “odgrywanie roli” jest jak najbardziej uzasadniony, bo to tylko teatr, mający uzasadnić stworzenie stanowisk dla PiS-owskich krewnych i znajomych królika, wysoko opłacanych z pieniędzy podatników. Grupa takich lukratywnych stanowisk powstanie właśnie w wyniku decyzji Ministra Obrony Narodowej z dnia15 maja 2020 r.w sprawie ustanowienia Pełnomocnika Ministra Obrony Narodowej do Spraw Przestrzeni Kosmicznej. Kosmiczne zapewne będą też zarobki takiego pełnomocnika oraz członków jego zespołu. Polska pod rządami PiS kupiła już za ciężkie pieniądze prawo do użytkowania kawałka dna oceanicznego, co oczywiście było pozbawione jakiegokolwiek sensu. Teraz, logicznie, przyszła więc pora na ekspansję w przeciwnym kierunku – i podbijanie kosmosu. A ponieważ o żadnym faktycznym podbijaniu nie może być mowy, bo Polska nie ma ku temu stosownych technologii ani możliwości produkcyjnych, więc pozostaje “podbój kosmosu” poprzez tworzenie cudacznych stanowisk, na których wybrańcy będą otrzymywać jak najbardziej realne pieniądze. Ów pełnomocnik kosmiczny ma w swym zakresie obowiązków: “opracowanie strategii wykorzystania przestrzeni kosmicznej, na podstawie której przedstawia Szefowi Sztabu Generalnego Wojska Polskiego propozycje dotyczące planowania, inicjowania, przygotowania, koordynowania i nadzorowania programów, projektów i procesów realizowanych w resorcie obrony narodowej w obszarze budowy zdolności Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej”. Oznacza to, że nasza dzielna armia powiększy się o kolejny rodzaj wojsk: wojska kosmiczne. Będą to wprawdzie wojska uziemione, pozbawione jakiejkolwiek możliwości działania w kosmosie, ale nazwa brzmi dumnie, uzasadniając stosownie wysokie apanaże dla pełnomocnika oraz jego ludzi. Z polską ekspansją kosmiczną będzie zaś kłopot, bo po pierwsze, nie mamy rakiet. Wprawdzie w tzw. mrocznych czasach komuny, gdy w Polsce jeszcze funkcjonował nowoczesny przemysł, konstruowano u nas własne rakiety, produkowane pod nazwą “Meteor” (wystrzeliwane na wysokość do 90 km) To już jednak odległa przeszłość, do której nasza gospodarka nigdy nie będzie w stanie nawiązać.

Zamach większości

Przedsiębiorcy chcą, by władza konsultowała ze stronami społecznymi swoje regulacje prawne, służące walce z koronawirusem. Na razie tego jednak brakuje. “Niestety, jak do tej pory, rząd wprowadza poszczególne instrumenty kierując się głównie własnym, bardzo zbiurokratyzowanym sposobem myślenia o pomocy dla przedsiębiorców. Co gorsza, poważnym zagrożeniem dla demokratycznych procedur legislacyjnych oraz autonomii partnerów społecznych stał się zamach sprawującej władzę większości parlamentarnej, przy aprobacie rządu, w postaci wrzutki poselskiej” – stwierdzają przedstawiciele Business Centre Club.

Czego nie mówią rządowe plany?

Już przed epidemią załamały się wpływy z VAT, co pokazało fikcję rzekomej PiS-owskiej walki z „mafiami VAT-owskimi”.
Obecnie jeszcze nie znamy pełnych konsekwencji gospodarczych pandemii koronawirusa oraz działań rządów mających je ograniczyć. W efekcie, prognozy makroekonomiczne są obarczone bardzo dużą niepewnością – z marcowej ankiety ekonomistów Narodowego Banku Polskiego wynikało, że z 50 proc. prawdopodobieństwem realny wzrost produktu krajowu brutto w tym roku będzie w przedziale między minus 4,5 proc. a minus 0,5 proc.
Polski rząd opublikował Program Konwergencji, który z powodu niepewności związanej z dalszym przebiegiem epidemii koronawirusa oraz wciąż zmienianymi programami pomocowymi jest dokumentem skróconym. W obecnej sytuacji wszelkie prognozy są obarczone dużą niepewnością, jednak w dokumencie szczególnie zwraca uwagę pominięcie wpływu na finanse publiczne tarczy finansowej oraz funduszu przeciwdziałania COVID-19, oraz brak refleksji nad podwyższoną ścieżką wydatków publicznych także po 2020 roku – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Rząd tworząc Program Konwergencji przyjmuje, że realne PKB spadnie o 3,4 proc., a nominalne o 0,3 proc. Jednocześnie zaznacza, że jest istotne ryzyko większego spadku.
Recesja spowodowana pandemią koronawirusa i ograniczeniem aktywności gospodarczej, będzie oznaczać spadek dochodów państwa, który w planie rządowym może być niedoszacowany.
Według założeń rządowych, dochody podatkowe mają, rok do roku spaść o ponad 5 proc. (czyli o ok. 25 mld zł). Choć spadek wynika przede wszystkim ze skutków recesji, to należy podkreślić, że jeszcze przed nią plany rządowe wydawały się nadmiernie optymistyczne.
O ile w całym 2020 roku rząd zakładał wzrost dochodów z VAT o 9 proc. r/r, to w ciągu ostatnich czterech miesięcy przed pandemią (listopad 2019 – luty 2020) wzrost w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego wynosił symboliczne 0,2 proc. Doświadczenia poprzednich spowolnień wskazują, że spadek dochodów z VAT może być jeszcze większy od zakładanych przez rząd.
W przypadku równie istotnych składek na ubezpieczenie społeczne, zakładany jest symboliczny wzrost, ale to efekt sposobu konstrukcji programów pomocowych – składki do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych za pracowników firm z nich zwolnionych zapłaci sektor publiczny. Można jednak odnieść wrażenie, że w tym miejscu niedoszacowane jest ryzyko zmian na rynku pracy – będzie mniej umów o pracę, a więcej niżej oskładkowanych nietypowych form zatrudnienia.
Według szacunków rządowych, koszty działań antykryzysowych mają wynieść ok. 3,2 proc. PKB – jednak szacunki te nie uwzględniają szeregu działań i przez to są niedoszacowane. Rząd wprost liczy koszty tzw. tarczy antykryzysowej, jednak pomija koszty realizowanej przez Polski Fundusz Rozwoju tzw. tarczy finansowej oraz mającego funkcjonować w Banku Gospodarstwa Krajowego funduszu przeciwdziałania COVID-19.
O ile rząd może manipulować krajową definicją długu publicznego i zamieść te pozycje pod dywan, to najpewniej Eurostat uwzględni je w statystykach sektora finansów publicznych, co będzie skutkowało silniejszym wzrostem długu publicznego, według szacunków dr. Sławomira Dudka nawet o 9 punktów procentowych. Ponadto należy pamiętać, że rząd wciąż pracuje nad kolejnymi rozszerzeniami tarczy antykryzysowej, które mogą zwiększyć jej koszt.
Według szacunków rządu, spadek dochodów oraz nowe wydatki kryzysowe mają łącznie podbić dług publiczny według metodologii unijnej do 55,2 proc. PKB. Jednak uwzględnienie długu ukrytego w PFR oraz w BGK może podbić tę relację nawet powyżej 60 proc.
Rządowy dokument, poza stwierdzeniem o oczekiwanym odbiciu gospodarki w 2021 roku oraz zapowiedzią nowych dochodów podatkowych, nie odnosi się do następnego roku.
Oczekiwania co do wzrostu w przyszłym roku są bardzo mgliste i mówią o odbiciu przekraczającym spadek w tym roku. Przyjęcie takiego założenia oznaczałoby, że w 2021 roku nominalny PKB będzie o jakieś 5-6 proc. wyższy niż w 2019 roku (łączny efekt spadku o 0,3 proc. w 2020 roku i wzrostu rzędu 5-6 proc. w 2021 roku). Tymczasem szereg pozycji wydatkowych wzrośnie w tym czasie znacznie bardziej.
Same wydatki administrowanego przez ZUS Funduszu Ubezpieczeń Społecznych oraz Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego mają w 2020 roku wzrosnąć o ok. 6-7 proc. Nawet przy czysto inflacyjnej waloryzacji oraz wzroście liczby emerytów proporcjonalnej do starzenia się społeczeństwa w 2021 roku, wzrosną one o kolejne 5 proc. W efekcie wydatki na emerytury i renty w relacji do PKB wzrosną z 11,6 proc. do 12,3 proc.
Podobnych efektów, choć na mniejszą skalę, można spodziewać się także w innych obszarach wydatków publicznych, np. w planie konwergencji rząd szacuje, że wydatki na płace w sektorze publicznym wzrosną z 10,2 proc. PKB w 2019 roku do 10,7 proc. PKB w 2020 roku. Pytanie, o ile uda się rządowi obniżyć ich dynamikę poniżej dynamiki PKB w 2021 roku?. Te mechanizmy oraz wcześniej uchwalone już nowe wydatki (np. wzrost wydatków na ochronę zdrowia) oznaczają, że nawet po wycofaniu wydatków na programy antykryzysowe wydatki publiczne w 2021 roku będą o 2-3 proc. PKB wyższe, niż w 2019 roku.
Nawet przy optymistycznym założeniu, że dochody w relacji do PKB tak szybko wrócą do poprzedniego poziomu, będzie to oznaczało wyższy deficyt – stawiając rząd przed wyborem nowych podatków (już zapowiedziano podatek od handlu) lub ograniczenia wydatków.