Gospodarka 48 godzin

Widmo plajt
W ciągu dwóch pierwszych miesięcy 2021 r. w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano informacje o 316 niewypłacalnościach polskich firm, czyli o 75 proc. więcej niż przed rokiem (181 niewypłacalności w styczniu i lutym 2020 r. Analiza obrotów i zatrudnienia wskazuje, że płynność masowo tracą firmy najmniejsze, często rodzinne, będące jednocześnie już wiele lat na rynku, co wyklucza problemy dotykające nowicjuszy w biznesie. Niewypłacalność oznacza niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, powodującą upadłością bądź postępowanie restrukturyzacyjne.To efekt domina, kłopoty obejmują też kontrahentów. Najwięcej plajt jest w sektorze usług, w którym liczba niewypłacalności była przeszło trzykrotnie większa: 131 w styczniu i lutym 2021 r. wobec 45 przed rokiem (wzrost o 190 proc.). Przednówek jest niełatwy także dla budownictwa. Liczba bankructw wzrosła tu o 45 proc., z 22 przed rokiem do 30 w styczniu i lutym 2021 r. W produkcji odnotowano w tym czasie wzrost niewypłacalności o 42 proc, a w handlu o 31 proc. W żadnym z sektorów gospodarki nie było spadku liczby niewypłacalności licząc rok do roku. Usługi odczuwają nie tylko skutki drugiego zamknięcia gospodarki ogłoszonego jesienią 2020 r., ale także kryzysu w budżetach samorządów, firm i konsumentów. Oprócz plajt w hotelarstwie, gastronomii i cateringu oraz w ochronie zdrowia pojawiły się problemy firm utrzymania zieleni, ochrony, pośrednictwa pracy, opieki przedszkolnej – uważa Euler Hermes. Niewypłacalności obejmują również produkcję podstawowych artykułów spożywczych, uprawy i hodowlę. Efekt domina obejmuje otoczenie rolnictwa – problemy mają firmy obsługi upraw i chowu, skupujące i handlujące płodami rolnymi, zwierzętami oraz mięsem. W budownictwie spowolnienie realizacji dotychczasowych kontraktów i zawierania nowych w drugiej połowie ubiegłego roku, w połączeniu z ostrą zimą uderzyło zwłaszcza w firmy budownictwa specjalistycznego. „Problemy dotyczą zwłaszcza małych, ale stabilnych dotychczas firm rodzinnych, obecnych na rynku od wielu lat, a nie startupów i, płacących frycowe debiutantów” – mówi Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.

Postęp na dwóch odcinkach
Rząd wreszcie przymierza się do unowocześnienia archaicznego systemu pobierania opłat na państwowych autostradach. Na razie chodzi tylko o dwa niedługie odcinki Konin-Stryków (autostrada A2) i Wrocław-Sośnica (autostrada A4). Na odcinkach tych wprowadzona zostanie nowa metoda poboru opłaty w systemie swobodnego ruchu. Umożliwi to likwidację tam bramek i szlabanów. Jak wiadomo, w obecnym systemie poboru opłaty konieczne jest zatrzymanie auta i oczekiwanie na podniesienie szlabanu, co powoduje powstawanie zatorów w okresach zwiększonego ruchu. Jak zapowiada rząd, kierowcy korzystający z tych dwóch odcinków będą mogli kupić elektroniczny bilet autostradowy, który będzie obowiązywał w określonym czasie na danym odcinku autostrady. Nie trzeba będzie w tym celu instalować żadnego urządzenia. Kupno e-biletu ma być możliwe zarówno online, jak i w formie wydrukowanego biletu na stacji paliw czy w kiosku. Rząd obiecuje, że na tych dwóch odcinkach likwidacja bramek i możliwość zakupu biletów autostradowych nastąpi od 1 grudnia 2021 r.

Gospodarka 48 godzin

Eksportowy elektropotentat
Pozycja Polski w eksporcie autobusów elektrycznych w Unii Europejskiej wyraźnie się umocniła – z 10 proc. w 2017 r. do 46 proc. w pierwszych 10 miesiącach ubiegłego roku. Tym samym, Polska stała się największym eksporterem auto busów elektrycznych w UE, wyprzedzając Belgię (odpowiadała ona za 36 proc. unijnego eksportu). Dużo mniejsze znaczenie miały Czechy (7 proc.), Niemcy (4 proc.) oraz Holandia (niespełna 2 proc.). Pandemia COVID-19 pokazała, że elektromobilność to nie chwilowy trend. Rynek pojazdów zasilanych prądem okazał się bardziej odporny na pandemię, niż rynek pojazdów spalinowych. Sprzedaż samochodów elektrycznych na większości rynków nie tylko nie zmalała, w przeciwieństwie do samochodów konwencjonalnych, ale nadal rosła, a niejednokrotnie nawet znacząco przyspieszyła – wskazuje Polski Instytut Ekonomiczny. Na rosnącej popularności elektromobilności zyskała również Polska, która od kilku lat włączyła się w produkcję i eksport autobusów elektrycznych. Mówimy: Polska, bo chodzi o wytwórnie funkcjonujące w naszym kraju, jednakże nie są to niestety przedsiębiorstwa z rodzimym kapitałem lecz zagraniczne. W naszym kraju takie autobusy produkują trzy przedsiębiorstwa: Solaris w Bolechowie koło Poznania (Solaris Urbino Electric), Volvo we Wrocławiu (Volvo 7900 Electric) i od niedawna MAN Truck & Bus w Starachowicach (MAN Lion’s City E), którego pierwsze pojazdy pasażerskie zjechały z linii produkcyjnej w październiku 2020 r. Największym producentem jest Solaris, który dotychczas pozyskał zamówienia na ponad 1000 pojazdów elektrycznych (tyle ogółem wyprodukował i sprzedał autobusów według stanu na połowę listopada ubiegłego roku. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w okresie od stycznia do listopada ubiegłego roku ci trzej producenci dostarczyli do zagranicznych odbiorców autobusy elektryczne o wartości 213,4 mln EUR, co oznacza wzrost o 50,7 proc. licząc rok do roku. W pierwszych 11 miesiącach 2020 r. największy udział w polskim eksporcie autobusów elektrycznych miały Niemcy i Włochy – odpowiednio 36,9 proc. oraz 35,2 proc. W porównaniu z analogicznym okresem 2019 r. wartość eksportu do tych państw zwiększyła się ponad czterokrotnie – wskazuje Polski Instytut Ekonomiczny. Odbiorcami autobusów z Polski były także Norwegia, Rumunia, Luksemburg, Francja i Szwecja.

Ziemia dla państwa
W ubiegłym roku obszar gruntów państwowych pozostających w Zasobie Własności Rolnej Skarbu Państwa wynosił ponad 1,3 mln ha, z czego grunty oddane w dzierżawę stanowiły ponad 1,0 mln ha. 30 kwietnia 2021 r. upłynie ustawowy okres, na jaki wstrzymana jest sprzedaż nieruchomości wchodzących w skład Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa. Rząd chce przedłużyć ten okres o kolejne 5 lat, to jest do 30 kwietnia 2026 r. W tym celu Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o wstrzymaniu sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa. Wraz ze wstrzymaniem sprzedaży nieruchomości z ZWRSP w 2016 r., podstawowym sposobem zagospodarowania nieruchomości państwowych stała się – i pozostaje do dziś – dzierżawa.

Są jednak obrońcy OFE

Pieniądze gromadzone w otwartych funduszach emerytalnych mogą w majestacie prawa stopnieć do zera. Zdarzały się już wielomiliardowe uszczuplenia gromadzonych w nich środków. Jak pokazuje poniższy artykuł autorstwa członka Towarzystwa Ekonomistów Polskich, wciąż zdarzają się zwolennicy tego „filara emerytalnego”.
Przyjęty przez rząd projekt przekształcenia OFE w fundusze inwestycyjne podważa zaufanie do państwa i ma na celu przede wszystkim jednorazowe zwiększenie dochodów budżetowych o kilkanaście miliardów złotych. Rząd stawia obywateli przed niechcianym i trudnym „przymusowym” wyborem. Obydwa warianty obarczone są wysoką niepewnością. Zaproponowane zmiany dotyczące OFE są również niekorzystne dla części spółek giełdowych, dla których proces ten oznacza ich nacjonalizację.
Projekt ustawy o „przekształceniu” Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE) w fundusze inwestycyjne został niedawno przyjęty przez Radę Ministrów. Celem ostatecznej likwidacji OFE nie jest ani prywatyzacja środków w OFE (słynne „oddamy pieniądze Polakom” premiera Morawieckiego), ani uporządkowania systemu.
Wbrew temu co twierdzi rząd, dla ponad 15 milionów Polaków, którzy trzymają swoje oszczędności emerytalne na rachunkach w OFE, drugi filar kapitałowy nie stracił sensu istnienia, ponieważ zapewnia dywersyfikację w oszczędzaniu na emeryturę, wybór między funduszami i Zakładem Ubezpieczeń Społecznych oraz niezawodność systemu wypłat emerytur. Nie ma żadnych przesłanek do likwidacji OFE w obecnym kształcie poza motywem fiskalnym oraz częściową nacjonalizacją giełdowych spółek, których akcje znajdują się dziś w portfelach OFE.
Ta pseudo reforma nie tylko podważa zaufanie do państwa, obniża wysokość emerytur, psuje dobrze ukształtowany trójfilarowy system emerytalny. Ale również oznacza w przyszłości wyższe dopłaty z budżetu państwa do najniższych emerytur, ponieważ po likwidacji II filaru ubezpieczeń emerytalnych, środki pochodzące z OFE nie będą brane pod uwagę do wyliczania minimalnych emerytur. Argumentem nie może być również fakt, iż poprzedni rząd zmniejszył zaufanie do systemu (co akurat jest prawdą), ponieważ żadna z wcześniejszych reform nie prowadziła do zmniejszenia uprawnień emerytalnych.
Obecna tak zwana reforma daje klientom wybór pozostania w przekształconym funduszu, który ma działać według zasad podobnych do obecnie działających Indywidulanych Kont Emerytalnych (IKE) albo przeniesienia środków do ZUS. Klient zmuszony jest do wyboru IKE lub ZUS, ale każdy z tych wyborów jest gorszy niż dotychczasowe OFE.
Jeśli zdecyduje się na pozostawienie środków z OFE w funduszu przekształconym w IKE, to jego rachunek zostanie opodatkowany tzw. „opłatą przekształceniową”. Wysokość tej opłaty została ustalona w wysokości 15 proc. od zgromadzonych oszczędności, co ma być odpowiednikiem efektywnej stopy podatkowej przy wypłacie środków. Nawet jeśli istnieje ta ekwiwalentność dziś, to istnieje duże ryzyko, że nie będzie ona trwała. Na przykład, podniesienie kwoty wolnej od podatku lub wzrost inflacji, pogorszy sytuację klienta w scenariuszu poboru tak zwanej opłaty przekształceniowej, wobec scenariusza opodatkowania środków z OFE, ZUS lub tych, które stosowane są w Indywidualnych Kontach Zabezpieczenia Emerytalnego.
Rząd świadomie wybrał formułę IKE, a nie IKZE, aby uzyskać kilkanaście miliardów jednorazowego dochodu budżetowego. Trudno szacować skalę tego dochodu, ponieważ zależy ona teoretycznie od wyboru klienta między „IKE a ZUS” – a w praktyce od akcji informacyjnej związanej z tym nieodwracalnym wyborem, oraz od trudności administracyjnych związanych z przeniesieniem środków do ZUS.
O tym, że prawdziwym celem zmiany jest cel fiskalny, świadczy też to, że opcją domyślną nie jest przejście do ZUS, tylko wybór IKE. Im więcej klientów nie będzie umiało podjąć żadnej decyzji, lub po prostu się zagapi w krótkim, zaledwie dwumiesięcznym okresie wyznaczonym na dokonanie wyboru, tym większe będą dochody budżetowe z tytułu tak zwanej opłaty przekształceniowej.
Jeśli natomiast zostanie wybrany ZUS, to klient straci prawo do dziedziczenia środków, czyli cenne uprawnienie, które dla wielu osób stanowiło argument za wyborem OFE (a nie ZUS). W tym wypadku 100 proc. oszczędności zostanie zapisanych na koncie ZUS, a aktywa zostaną przekazane do Funduszu Rezerwy Demograficznej. FRD zostanie przekazany przez ZUS z mocy prawa w zarządzanie Polskiemu Funduszowi Rozwoju. PFR pobierze za to opłatę, która może wynieść nawet 70 milionów zł – za zarządzanie aktywne funduszem na bazie „starych” aktywów FRD, którymi dotychczas nieodpłatnie zarządzał ZUS, oraz „nowych” aktywów przeniesionych z OFE do FRD.
Tym samym Polski Fundusz Rozwoju stanie się największym graczem na polskiej giełdzie, z łącznymi aktywami FRD przekraczającymi 100 miliardów złotych. Co więcej, w portfelu zarządzanym przez państwowego akcjonariusza dojdzie do konsolidacji akcji spółek giełdowych, które dotychczas znajdowały się w portfelach wielu otwartych funduszy emerytalnych. Dojdzie do rzeczywistej nacjonalizacji wielu spółek.
Rząd stawia obywateli przed niechcianym przez nich przymusem nieodwracalnego wyboru. Każdy z tych wyborów będzie mniej korzystny dla obecnych członków OFE, dla stabilności systemu emerytalnego, dla giełdowych spółek, które zostaną znacjonalizowane, oraz dla rynku kapitałowego, bo płynność wielu akcji zostanie znacząco ograniczona. Ponadto, pojawiają się nowe ryzyka dla klientów, jak choćby te związane z likwidacją obecnego systemu wypłat i możliwością kolejnego opodatkowania środków, które pozostaną w przekształconych IKE.
Na tej niechcianej reformie, zyska wyłącznie budżet i instytucje państwa, takie jak PFR oraz budżet – ze względu na to, iż po „reformie” cała składka emerytalna będzie kierowana do ZUS. Tymczasem dziś prawie 15 proc. tej składki może być kierowane do OFE.

Los opowieści premiera Morawieckiego

Szczęśliwie dla polskiej gospodarki, rząd PiS bynajmniej nie palił się do bardziej stanowczego wprowadzania swoich „programów rozwojowych” w życie.
Które z założeń „Planu Morawieckiego” udało się zrealizować przez ostatnie pięć lat? Przypomnijmy, że 16 lutego 2016 roku Rada Ministrów przyjęła uchwałę „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”.
Tego samego dnia ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki przedstawił swoją słynną prezentację tego planu. We wprowadzeniu premier Beata Szydło zapowiedziała: „Chcemy, ażeby ten program budował naszą gospodarczą potęgę w następnych latach”. Niecały rok później Rada Ministrów przyjęła, będącą rozwinięciem planu, „Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”.
W prezentacji Morawieckiego można byo wyróżnić trzy główne elementy – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju: diagnozę stanu gospodarki; opis planowanych projektów inwestycyjnych; listę ogólnogospodarczych celów i mierzalnych wskaźników, według których należało realizację tych celów oceniać.
Stawiając diagnozę, Morawiecki wskazał na pięć „pułapek rozwojowych”, w które Polska rzekomo wpadła, mieszając przy tym faktyczne problemy (np. zmienność prawa, spadek liczby Polaków w wieku produkcyjnym) z wyimaginowanymi (np. duża obecność inwestycji zagranicznych w Polsce przy pominięciu płynących z nich korzyści).
Morawiecki zidentyfikował „stan gospodarczy jako bardzo trudny”, co według FOR jest zdumiewające, jeśli wziąć pod uwagę fakt nieprzerwanego i wysokiego wzrostu gospodarczego w Polsce od 1992 roku. Jednak wydaje się, że tego rodzaju fałszywa diagnoza była konieczna do uzasadnienia zmiany „paradygmatu gospodarczego” na bardziej etatystyczny, zakładający umocnienie panowania władz administracyjnych nad gospodarką.
W chwili obecnej niektóre projekty znalazły się we wstępnej fazie realizacji: w ramach programu „Batory” Morawiecki w czerwcu 2017 roku położył tzw. stępkę, która rdzewieje do dziś. Z kolei dokonana przez Polski Fundusz Rozwoju nacjonalizacja znajdującej się na skraju bankructwa Pesy ma służyć prawdopodobnie wykonaniu „Luxtorpedy 2.0”, programu wedle którego w Polsce miałyby jakoby jeździć tzw. innowacyjne pociągi.
Zdaniem FOR, szczęśliwie dla polskiej gospodarki rząd nie zdecydował się na bardziej stanowcze wprowadzanie swoich „programów rozwojowych” w życie.
Premier Morawiecki wymienił też ogólnogospodarcze cele na 2020 rok, jakim ma jego plan służyć, oraz wskaźniki, według których należy realizację tych celów oceniać, rozdzielając dziewięć wskaźników pomiędzy pięć filarów („reindustrializacja”, „rozwój innowacyjnych firm”; „kapitał dla rozwoju”, „ekspansja zagraniczna” oraz „rozwój społeczny i regionalny”).
Cele wyznaczono na 2020 rok, ale można – rzecz jasna – podnosić, że szyki rządowi pokrzyżowała pandemia. Mimo że w miarę dostępności prezentujemy też dane za 2020 rok, podstawą naszej oceny będzie koniec 2019 roku. Aby uniknąć zarzutów o stronniczość, w tej prezentacji porównujemy wszystkie wybrane przez Morawieckiego cele z ich realizacją. Jednocześnie, dążąc do tego, by ewaluacja była pełniejsza, na koniec porównujemy dynamikę wskaźników z analogicznym czteroletnim okresem przed dojściem PiS do władzy, gdy rządziła koalicja PO-PSL – podkreśla FOR.
Okazuje się, że z dziewięciu celów osiągnięte zostały tylko dwa: eksport wzrósł bardziej niż PKB (co było jednak tylko kontynuacją trendu obecnego od początków transformacji); zasięg ubóstwa względnego (nie skrajnego) spadł, osiągając poziom poniżej 15,5 proc. (stało się to jednak już w 2015 roku).
Różne cele z pierwotnego planu Morawieckiego były później wielokrotnie modyfikowane, ale rząd PiS nigdy nie przedstawił ocen stopnia ich realizacji. Postawionych celów w większości obszarów nie udałoby się osiągnąć, nawet gdyby nie wybuchła pandemia. Jednak rząd zamiast przedstawić podsumowanie wykonania planu Morawieckiego, zapowiedział kolejny „wielki plan” o chwytliwej nazwie – „Nowy Polski Ład”.

Gospodarka 48 godzin

Odbudowa to konieczność
Rząd PiS oświadczył, że przygotował projekt Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności, który, jak się chwali rząd, „został sporządzony przez Rząd RP w wyniku dogłębnej oceny sytuacji społeczno-gospodarczej spowodowanej wybuchem pandemii COVID”. Niczego więcej na temat tego opracowania nie warto pisać – raz, że to tylko projekt, a dwa (przede wszystkim), że rząd PiS przyzwyczaił już Polaków do mnożenia planów i obietnic, z których nic nie wynika. Poczekamy więc na rezultaty. Jedyne, zasługujące dziś na uwagę, spostrzeżenie rządu, słusznie akurat wskazuje na to, że rządy Prawa i Sprawiedliwości w połączeniu z pandemią COVID-19 musiały doprowadzić kraj do stanu, wymagającego odbudowy.

Przejścia zwierzęce
Jak policzyła państwowa firma PKP Polskie Linie Kolejowe, w ubiegłym roku dostosowano 109 obiektów inżynieryjnych – mostów, wiaduktów, przepustów – do swobodnego poruszania się zwierząt nad i pod liniami kolejowymi. Pozwalają one bezpiecznie przekroczyć tory dużym zwierzętom: sarnom, łosiom czy dzikom, jak i mniejszym. Płazy i gady mogą natomiast korzystać ze specjalnie dla nich dostosowanych przepustów pod torami oraz pochylni. Przepusty i mosty zostały wyposażone w specjalne półki, którymi także zwierzęta pełzają, skaczą lub dreptają. Pomyślano też o nietoperzach. W części przepustów wybudowano domki, które dla tych latających ssaków mają stanowić schronienie w dzień i być miejscem lęgowym. Najwięcej przejść i przepustów dla zwierząt znajduje się w obszarze ich korytarzy migracyjnych, np. na liniach: Zielonka – Kuźnica Białostocka, Warszawa – Gdańsk, Kraków – Medyka, Poznań – Szczecin. Wykorzystanie kamer i fotopułapek pozwoliło poznać zwyczaje zwierząt w sąsiedztwie linii kolejowych. Sarny, jelenie czy łosie swobodnie czują się przy torach, a uciekają na dźwięk nadjeżdżającego pociągu. Wilki, po sprawdzeniu, ostrożnie i spokojnie przechodzą przez tory. Żaby bardzo rzadko przeskakują przez torowisko. Zaskrońce przypełzają wygrzewać się koło szyn, do czasu kiedy poczują drgania nadjeżdżającego pociągu; wówczas znikają w bezpiecznym otoczeniu. Nietoperze w dzień szukają schronienia w kolejowych mostach i przepustach.

Coraz później
Jak wskazuje Główny Urząd Statystyczny, w Polsce w ciągu ostanich 30 lat mediana wieku nowożeńców wzrosła o ponad 5 lat (dla kobiet z 22 lat w 1990 roku do prawie 28 lat w 2018 roku, dla mężczyzn z 25 lat do 30), co spowodowało również wzrost wieku kobiet rodzących pierwsze dziecko (z 23 lat w 1990 r. do 28 lat w 2017). Odkładanie decyzji o założeniu rodziny, posiadaniu mniejszej liczby dzieci, czy nawet samotnym życiu są wynikiem przeobrażeń zachodzących w zachowaniach ludzi młodych, którzy zwykle najpierw inwestują w rozwój zawodowy, a dopiero później w założenie rodziny i jej powiększenie. Kolejność zdarzeń jest na ogół następująca: ukończenie edukacji formalnej, podjęcie pierwszej pracy, opuszczenie domu rodzinnego, utworzenie związku, urodzenie pierwszego dziecka. Porównanie typowych biografii życiowych dwóch pokoleń (osób urodzonych w latach 1950-1954 oraz w latach 1975-1979) wskazuje na opóźnianie się procesu przejścia do dorosłości, którego elementem jest opuszczenie domu rodzinnego i usamodzielnienie się od rodziców. Także wyniki realizowanego w krajach Unii Europejskiej badania dochodów i warunków życia wskazują na coraz późniejsze opuszczanie przez dzieci rodzinnego gniazda.

Przedsiębiorcy proszą o wsparcie

Tu nie wystarczy miłosierdzie gminy. Potrzebna jest systemowa pomoc ze strony rządu, który powinien odpowiadać za skutki swych działań.
Drobniejsi przedsiębiorcy pominięci w dotychczasowych tarczach antykryzysowych upominają się o wsparcie. Zorganizowali konferencję, na której razem z nimi wystąpił Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorstw Adam Abramowicz.
Przedsiębiorcy zaprezentowali na konferencji petycję o uwzględnienie ich w tarczach pomocowych, jaką wystosowali do Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii. Zwrócili oni uwagę na istnienie licznej grupy firm, które mimo spadków obrotów rzędu 70 – 80 proc. nie otrzymały od rządu wsparcia, a powodem był m.in. nieodpowiedni numer w Polskiej Klasyfikacji Działalności (PKD). – Ci przedsiębiorcy reprezentują sektor MŚP. Przed epidemią ich działalność doskonale się rozwijała i pozwalała utrzymać siebie oraz najbliższą rodzinę. Dopiero koronawirus i zamknięcie gospodarki sprawiły, że firmy te zaczęły borykać się z problemami. Od czterech miesięcy, nie mogąc normalnie pracować, znalazły się na krawędzi bankructwa. Dotychczas nie wypłacono im ani złotówki rekompensaty ponieważ nie mają właściwego numeru PKD – powiedział Adam Abramowicz, Rzecznik MŚP.
Przykładem może być działalność Magdaleny Leszczak-Wardęgi. Jej firma wynajmuje namioty wraz z wyposażeniem na targi i imprezy rozrywkowe. Od marca 2020 roku pani Magdalena jest niemal pozbawiona przychodów, a mimo to nie została objęta rekompensatami, gdyż jej kod PKD – 77.39 Z (wynajem i dzierżawa pozostałych maszyn, urządzeń oraz dóbr materialnych) – nie został zakwalifikowany do pomocy z tarczy. Stało się tak pomimo tego, że pod tym kodem działa wielu przedsiębiorców ściśle współpracujących z zamkniętymi branżami, a tym samym także pozbawionych przychodów.
Wstrzymanie ruchu turystycznego i trudności w przekraczaniu granicy były z kolei źródłem problemów firm Barbary Bielinowicz i Moniki Tęczy. Pierwsza z pań zajmuje się handlem przygranicznym na zachodzie Polski. Przez wprowadzone obostrzenia, niemieccy kupujący nie mogą przekroczyć granicy i jej firma straciła swoje główne źródło dochodu. Natomiast pani Monika prowadzi sklep z pamiątkami na krakowskim rynku. W 2020 roku liczba turystów odwiedzających Kraków zmniejszyła się o połowę, a pod koniec roku, z powodu zamknięcia hoteli i atrakcji turystycznych, spadła niemal do zera.
Mimo braku przychodu spowodowanego decyzją o blokadzie części gospodarki, z powodu nieuwzględnienia posiadanych przez obie firmy kodów PKD, państwo odmówiło im jakiekolwiek pomocy.
Paweł Churzępa, jubiler, podczas konferencji prasowej reprezentował ogół przedsiębiorców prowadzących działalność w galeriach handlowych. Podkreślił on, że w ciągu ostatnich miesięcy rząd dwukrotnie – w listopadzie 2020 r. i w styczniu bieżącego – radykalnie ograniczył działalność w centrach handlowych, pozwalając działać tylko wybranym sklepom. Nie wszystkie zamknięte firmy w galeriach mogą jednak składać wnioski o pomoc. Pominięte zostały chociażby sklepy z zabawkami, sprzętem elektronicznym czy właśnie jubilerzy.
Sala zabaw dla dzieci, prowadzona przez Ewelinę Szmit, rozpoczęła działalność dopiero w 2020 roku. Pierwszy lockdown zatrzymał rozwój firmy ale odmrożenie gospodarki pozwoliło wyjść na prostą. W ostatnim kwartale było wiele rezerwacji na imprezy na dzieci, które niestety w wyniku drugiego zamknięcia trzeba było odwołać. Brak możliwości porównania spadku przychodów, z powodu braku prowadzenia działalności w 2019 roku, wyeliminował Ewelinę Szmit z przeważającej większości programów pomocowych.
Joanna Dłużniewska prowadzi firmę sprzedającą odzież. Ten konkretny rodzaj działalności znalazł się w tarczach. Niestety, w wyniku niedopatrzenia, przedsiębiorstwu pani Joanny wpisano inny dominujący kod PKD. Tylko z tego powodu, mimo ponad 70 proc. spadku obrotów, musi ona wciąż uiszczać składki na ubezpieczenia społeczne ale nie otrzyma świadczenia postojowego ani dotacji na prowadzenie działalności.
Delegacja przedsiębiorców spotkała się z wicepremierem Jarosławem Gowinem. Ich petycja została podpisana przez ponad 2000 firm. Postuluje ona włączenie do tarcz przedsiębiorstw ze spadkiem obrotów powyżej 70 proc., bez względu na kod PKD. Wicepremier Gowin zapowiedział „podjęcie kroków”, zmierzających do objęcia pomocą szerszej grupy firm, w tym rozpoczęcie prac nad objęciem rekompensatami przedsiębiorców, których przychody spadły o ponad 70 proc., niezależnie od ich kodu PKD i daty rozpoczęcia działalności. Problem w tym, że pozycja Jarosława Gowina w rządzie nigdy nie była mocna, a teraz stała się już iluzoryczna. Na pomoc czekają zaś tysiące firm pozbawionych przychodu przez lockdown i pozostających poza tarczami. Te przedsiębiorstwa są już na krawędzi bankructwa i tylko niezwłoczne objęcie ich wsparciem może temu zapobiec.

Witajcie w ciężkich czasach

Pandemia wywarła dotkliwy wpływ na sytuację gospodarczą Polski i perspektywy jej rozwoju w najbliższych latach.

Zakażenia koronawirusem trwają w Polsce od początku marca ubiegłego roku. Pierwszy przypadek w naszym kraju miał miejsce 4 marca 2020 r i wirus ten szybko rozprzestrzenił się na cały kraj. Do końca lipca ilość dobowych zakażeń praktycznie nie przekraczała 500 osób i kilka, kilkanaście zgonów. Od końca lipca do końca drugiej dekady września ilość dobowych zakażeń nie przekraczała tysiąca osób.
Od końca września stopniowo zwiększała się ilość zachorowań, osiągając kulminację w dniach 5 -7 listopada – ponad 27 tys. osób na dobę i kilkaset zgonów (300 – 600). W grudniu sytuacja ustabilizowała się na poziomie około10 tys. zakażeń na dobę.
W końcu grudnia 2020 r. w Polsce odnotowano w sumie ponad 1 300 tys. zachorowań i ponad 28 tys. zmarłych (obecnie już ponad 37 tys.), a na świecie ponad 83 mln zachorowań, zaś liczba zmarłych zbliżała się do 2 mln osób (obecnie ponad 2,2 mln).
Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się zakażeń, rząd podejmował decyzje ograniczające aktywność gospodarczą i osobistą obywateli. Szczególne ograniczenia dotyczyły branż usługowych – gastronomii, hotelarstwa, branży fitness. Branże te były czasowo wyłączane z działalności.
Ograniczenia dotyczące ludności to przede wszystkim nakaz używania maseczek – w okresie mniejszego nasilenia zakażeń tylko w pomieszczeniach zamkniętych, a w okresie intensywnych zakażeń – również na otwartej przestrzeni. Kolejne obostrzenia to ograniczenia ilości osób na spotkaniach prywatnych i służbowych.
Ograniczenia działalności gospodarczej powodowały groźbę utraty pracy przez osoby zatrudnione w branżach wyłączonych z działalności oraz niemożność wywiązywania się firm z zobowiązań finansowych. W związku z tym podejmowane były decyzje o pomocy finansowej firmom dotkniętym obostrzeniami. Formy pomocy: umorzenie składek ZUS, bezzwrotna mikropożyczka, świadczenia postojowe, dofinansowanie prowadzenia działalności gospodarczej dla samozatrudnionych, dofinansowanie wynagrodzeń pracowników z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowników, dofinansowanie części kosztów wynagrodzeń pracowników.
Łączna wartość pomocy finansowej w 2020 r to ponad 212 mld zł na ochronę miejsc pracy i gospodarki oraz około 100 mld zł dodatkowych środków. Dzięki działaniom osłonowym bezrobocie w Polsce jest po Czechach najmniejsze w Europie (3 proc. w listopadzie 2020 r).
Przemożny okazał się wpływ pandemii na gospodarkę poszczególnych krajów. Ze względu na przeciwdziałanie rozszerzaniu się zachorowań, rządy wyłączały z działalności całe branże, a nawet całą gospodarkę, zapewniając zaopatrzenie tylko w niezbędne do życia obywateli artykuły (sklepy spożywcze, apteki, drogerie, sprzedaż książek i prasy).
Obserwując wpływ działań obniżających aktywność gospodarczą, już na pierwszy rzut oka widać, że kraje naszego regionu (Europy środkowo – wschodniej) zostały mniej dotknięte pandemią. Najwyższe spadki produktu krajowego brutto – powyżej 9 proc. – wykazują kraje południa Europy – Hiszpania, Włochy, Portugalia, Francja, Grecja, Chorwacja. Jest to związane z tym, że w krajach tych znaczącą rolę w gospodarce odgrywa turystyka, która w niektórych okresach 2020 r. niemal całkowicie została zatrzymana. Spośród krajów północy Europy najgorzej radzi sobie z pandemią Wielka Brytania, która w drugim kwartale 2020 r ma rekordowy spadek PKB – o 19,8 proc.
Ogólnie rzecz biorąc polska gospodarka lepiej radzi sobie z pandemią niż kraje zachodniej Europy. Spadek PKB na koniec 2020 r to 3,6 proc. Przewiduje się więc pewne zmniejszenie dystansu Polski wobec tych krajów. Korzystną rolę odegra tu eksport polskiego przemysłu.
Najszybciej z pandemii wyszły Chiny. Jest to jedyny kraj, dla którego prognoza na koniec 2020 roku wykazywała wzrost PKB (1,9 proc.). Należy zauważyć, że prognoza spadku PKB jako średnia dla wszystkich krajów świata za 2020 r. wynosiła minus 4,4 proc.
Spośród krajów naszego regionu najlepiej poradziły sobie gospodarki Litwy i Polski. Pogłębił się niekorzystny stan gospodarki Ukrainy (minus 7,2 proc.), która w okresie trzydziestolecia transformacji gospodarczej miała w naszym regionie najgorsze wyniki.
Sytuacja społeczno – polityczna w Polsce nie jest stabilna. Są zarzuty wobec Zjednoczonej Prawicy, że większą uwagę poświęca sprawom ideologicznym niż rozwiązywaniem problemów gospodarczych. Drugi zarzut to „niefrasobliwe wydawanie pieniędzy”, nie licząc się z trudną sytuacją wynikającą z pandemii.
Prognozy Eurostatu na 2021 r. dla Polski są korzystne. Również budżet państwa przewiduje korzystne kształtowanie się wskaźników ekonomicznych: wzrost PKB o 4 proc., deficyt budżetu państwa wynoszący 6 proc. PKB, dług publiczny 64,7 proc. PKB, stopa bezrobocia 7,5 proc., wzrost cen 1,8 proc.
Jeśli chodzi o prognozę na 2021 r., to Eurostat przewiduje wzrosty dla gospodarek krajów Europy od 2 do 5 proc. PKB. Wzrost 5 proc. przewidywany jest dla krajów, które miały najwyższe spadki. Wyraźnie widać, że przewiduje się odrodzenie turystyki. Prognoza na 2021 r jest podawana jako wielkość minimum – dla wszystkich krajów przewiduje się możliwość wyższych wzrostów.
Rezultaty gospodarek europejskich i światowych w najbliższych latach będą oczywiście zależeć od wygaszania pandemii. Nadzieją na ten proces jest dostępna już szczepionka. Spośród krajów europejskich, pierwsza Wielka Brytania rozpoczęła szczepienia swoich obywateli – w połowie grudnia 2020 r. Pozostałe kraje, w tym Polska, rozpoczęły szczepienia w końcu grudnia 2020 r.
Po tych wszystkich przewidywaniach spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: Jak i kiedy wyjdziemy z kryzysu? Przytoczę tu opinie, które sformułował prof. Grzegorz Kołodko.
Przede wszystkim należy rozróżniać pojęcia kryzysu i recesji. Recesja trwa krótko, kryzys to proces wieloletni. Można prognozować, że z recesją uporamy się w 2021 r. – kiedy zostaną pokonane trudności po stronie popytowej i podażowej. Natomiast obecnie mamy do czynienia z systemowym kryzysem współczesnego kapitalizmu. Prof. Kołodko – w odróżnieniu od Wielkiego Kryzysu lat 1929 – 1933 – nazywa ten kryzys Jeszcze Większym Kryzysem (JWK). Kryzysu tego nie da się pokonać instrumentami tradycyjnej polityki gospodarczej. Musi powstać innowacyjna teoria ekonomiczna zorientowana na strategię potrójnie zrównoważonego rozwoju społeczno – gospodarczo – ekologicznego, co oznacza zerwanie z dotychczasowym ukierunkowaniem na wzrost PKB. Ta zmiana celu prowadzenia działalności gospodarczej może potrwać całą najbliższą dekadę.
To była opinia na temat zjawisk globalnych. Jeżeli zaś chodzi o Polskę, to po wyjściu z recesji Polska wpada w kryzysy: strukturalny, instytucjonalny, polityczny i kulturowy. Pokonanie tych kryzysów to zadanie wieloletnie. Jeżeli byśmy mieli zejść do poziomu prozy wskaźników ekonomicznych, to – jak stwierdza prof. Kołodko – odczujemy, że będzie lepiej, jeśli spełnione zostaną warunki „3 razy 3”, tzn.:

  • tempo wzrostu PKB będzie powyżej 3 proc.,
  • stopa inflacji będzie poniżej 3 proc.,
  • deficyt systemu finansowego w stosunku do rosnącego PKB będzie poniżej 3 proc.
    Gdybym miał skomentować powyższe warunki, to powiedziałbym, że najłatwiej spełnić warunek pierwszy – PKB powyżej 3 proc. może wzrosnąć już w 2021 r. Istnieje szansa na utrzymanie inflacji w granicach 3 proc. Będzie to jednak zależało między innymi od tego, kiedy nadejdzie możliwość normalnego funkcjonowania branż usługowych (gastronomia, hotelarstwo) i jak dalece te branże będą chciały „odbić” sobie wzrostem cen okres obostrzeń. Bieżąca polityka Narodowego Banku Polskiego może tu odegrać rolę znaczącą.
    Prognozowanie wysokości inflacji w tym momencie jest czynnością dość ryzykowną.. Najtrudniej będzie osiągnąć prawdziwą, a nie kreatywną równowagę w systemie finansowym. Prognozuję ten okres na co najmniej siedem lat.
    Wszystko będzie zależało od wielu czynników, ale wymieniłbym dwa najważniejsze: równowaga i mądrość sprawowanej władzy oraz przywrócenie spójności społecznej, na co zwraca uwagę prof. Kołodko. Jeśli do zadań do wykonania dołączymy pokonanie wymienionych wyżej czterech kryzysów, to biorąc pod uwagę aktualny stopień rozchwiania społecznego i politycznego, będzie to zadanie niezwykle trudne, jeżeli w ogóle wykonalne.

Innowacyjność w polskim wydaniu

Trudno zauważyć, aby rząd Prawa i Sprawiedliwości był zainteresowany poprawą innowacyjności gospodarki, toteż zrozumiałe, że nakłady na działalność badawczo-rozwojową w stosunku do produktu krajowego brutto są w Polsce niskie.
Instytuty naukowo-badawcze w Polsce nie robią tego, do czego zostały powołane. Dysponują one niemałym i kosztownym potencjałem naukowym, który powinien być wykorzystywany do podnoszenia innowacyjności i konkurencyjności gospodarki. Model ich funkcjonowania jest jednak pod tym względem mało efektywny i niekiedy wręcz szkodliwy.
Instytuty same stawiają sobie wyzwania, wskazują problemy do rozwiązania i kierunki rozwoju – przeważnie zgodnie z zasadą, żeby zarobić, ale się nie narobić. „Skutek był taki, że celem ich działania stała się maksymalizacja przychodów własnych, a nie wkład w rozwój gospodarki” – stwierdza najnowszy raport Najwyższej Izby Kontroli.
W rezultacie ponad 30 proc. tych instytutów czerpało zyski głównie z wynajmu nieruchomości, a nie z działalności badawczo-rozwojowej. Istotną częścią ich przychodów były też subwencje i dotacje przyznawane głównie przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Narodowe Centrum Nauki oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Środki na finansowanie konkretnych projektów przekazywała również Komisja Europejska, wierząc, że coś pożytecznego jednak wyniknie z funkcjonowania tych instytutów.
Były to jednak płonne nadzieje, bo w 2019 r. w unijnym rankingu innowacyjności (European Innovation Scoreboard) Polska zajęła dopiero 24 miejsce wśród 27 państw. To zresztą nie nowość, wiadomo nie od dziś, że Polacy nie należą do narodów zbytnio pomysłowych i raczej prochu nie wymyślają. Największą pozycję wśród wydatków instytutów stanowią nie koszty prowadzonych prac, ale wynagrodzenia pracowników.
Jeżeli chodzi o wykorzystanie wyników prac naukowo-badawczych do unowocześniania polskiej gospodarki, to jesteśmy wciąż na szarym końcu unijnej klasyfikacji. Twórcy tego zestawienia wskazują na na słabe wyniki aktywności innowacyjnej przedsiębiorstw, małą liczbę polskich zgłoszeń w Europejskim Urzędzie Patentowym oraz bardzo niewielkie przychody ze sprzedaży patentów i licencji za granicę.
O tym wszystkim od dawna wiedzą polscy decydenci, ale nic z tym nie robią. Według diagnozy zawartej w rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju do roku 2020 (z perspektywą do 2030 r.), uznano, że instytuty badawcze w niewystarczającym stopniu realizują swoją misję przybliżania nauki do biznesu. Z kolei niska skłonność firm do współpracy i z biznesem, i ze światem nauki w dużym stopniu rzutuje na ich kiepską innowacyjność. Badania wskazują, że poszukiwanie partnera do projektu jest postrzegane przez przedsiębiorców raczej, jako wymóg formalny, konieczny do uzyskania wsparcia finansowego, niż jako źródło korzyści gospodarczych. Nikt w obozie władzy nie przejmuje się tymi ustaleniami.
Trudno zauważyć, aby rząd Prawa i Sprawiedliwości był zainteresowany poprawą innowacyjności gospodarki, toteż zrozumiałe, że nakłady na działalność badawczo-rozwojową w stosunku do produktu krajowego brutto są w Polsce niskie. W 2018 r. wynosiły 1,21 proc. PKB i zakładano, że w 2020 wzrosną najwyżej do 1,7 proc., podczas gdy Unia Europejska planowała średni wzrost do 3 proc. Czy w rzeczywistości osiągnięto w Polsce te 1,7 proc. PKB, jeszcze nie wiadomo. Wiadomo jednak, że w 2019 r. wydatki na badania i rozwój stanowiły realnie w Unii Europejskiej 2,19 proc. w relacji do PKB, a w naszym kraju zaledwie 1,32 proc.
Podczas kontroli sprawdzono m.in. nadzór, jaki nad instytutami sprawuje rząd. Jako „nierzetelny” NIK ocenia nadzór Ministra Aktywów Państwowych, który nie sformułował ani celów nadzoru, ani celów, które miałyby osiągnąć same instytuty. Nie zlecił im także żadnych zadań do realizacji.
W rezultacie, działalność jednostek podlegających temu resortowi nie była powiązana z żadnymi rządowymi strategiami i programami dotyczącymi innowacji. Inna sprawa, że nie bardzo wiadomo, jakie są konkretnie te rządowe strategie i programy innowacyjne. „Na pełną weryfikację działań nadzorczych Ministra Aktywów Państwowych i ich rzeczywistych skutków nie pozwoliły istotne braki w dokumentacji” – podkreśla NIK.
W polskich instytutach naukowo-badawczych dochodzi do bezprawnego zawłaszczania publicznych pieniędzy. W efekcie kontroli NIK złożyła zawiadomienie do prokuratury dotyczące podejrzenia popełnienia przestępstwa w Instytucie Energetyki. W 2018 r. pracownikom wchodzącego w jego skład Laboratorium Aparatury Pomiarowej wypłacono niemal 1,5 mln złotych premii motywacyjnej, choć zgodnie z regulaminem wewnętrznym przyznanie takiej premii jest możliwe wyłącznie wtedy, gdy laboratorium odnotuje zysk za dany rok. W tym przypadku wykazano jednak stratę i to w wysokości ponad 263 tys. zł; tymczasem premia przeznaczona tylko dla samego kierownika laboratorium wyniosła ponad 506 tys. zł.
I tak właśnie wygląda innowacyjność po polsku. Jak widać, polega na pomysłowości w wyciąganiu dodatkowej kasy od innych.

Flaczki tygodnia

Zaryczały lwy Lechistanu. Sejm RP wezwał władze Federacji Rosyjskiej do uwolnienia Aleksieja Nawalnego. Sprzeciwił się jego prześladowaniom, które uznał za jeden „z wielu przykładów represji obywateli Federacji Rosyjskiej, którzy aktywnie angażują się w życie publiczne, ujawniają polityczną korupcję i nadużywanie władzy przez przedstawicieli autorytarnego reżimu”.

„Zatrzymanie i pozbawienie opozycjonisty prawa do sprawiedliwego sądu jest aktem represji i naruszeniem praw człowieka. To kolejna próba zastraszenia demokratycznej opozycji w Rosji i demonstracja siły wobec obywateli”, zagrzmiało nasze „Sanktuarium demokracji”. „Wyrażamy podziw dla niezłomnej postawy Aleksieja Nawalnego, który daje światu przykład bezkompromisowości w sprawach najistotniejszych dla demokracji i praworządności”, popłynął słowotok podziwu. „Zapewniamy go o naszym wsparciu i solidarności”, nie zapomniano też o zapewnieniu.

Zapewne sejmowa uchwała nie wstrząśnie Kremlem. Ani uwięzionym Nawalnym. I za dni parę niewielu będzie już o niej pamiętało. Sejm RP regularnie uchwala uchwały, które są przykładami pracy pozornej i głupoty. Wiele z nich razi pustosłowiem i hipokryzją. Ta jednak to istna bomba zakłamania.

Aresztowanie opozycjonisty Nawalnego i wcześniejsza próba otrucia go, to działania niewątpliwie godne potępienia i sprzeciwu. Ale nie przez ten Sejm.

Publiczne potępianie władz Federacji Rosyjskiej za „represje i prześladowania obywateli, którzy aktywnie angażują się w życie publiczne, ujawniają polityczną korupcję i nadużywanie władzy przez przedstawicieli autorytarnego reżimu” przez ten kaczystowski Sejm RP to prawdziwe Himalaje hipokryzji! Przecież przez ostatnie lata, a zwłaszcza miesiące, „przedstawiciele autorytarnego reżimu” PiS wielokrotnie „represjonowali i prześladowali” polskich obywateli, którzy „ujawniali polityczną korupcję i nadużywanie władzy przez przedstawicieli autorytarnego reżimu”.

Za „ujawnianie korupcji i nadużywania władzy” przez prezesa Kaczyńskiego i jego klikę, aresztowano niedawno mecenasa Romana Giertycha, pozbawiono pracy sędziów i prokuratorów. Za uczestnictwo w demonstracjach Strajku Kobiet przeciwko „politycznej korupcji” policja zatrzymywała w aresztach, biła i gazowała pokojowo tysiące demonstrujących kobiet. Nikt już w Unii Europejskiej nie wątpi, że w Polsce pod rządami kaczystów łamane są prawa, nawet Konstytucja. A korupcja została uznana za podstawowe prawo człowieka „kaczysty”.

Kiedy policja polska biła polskie kobiety, to kaczystowska większość sejmowa skutecznie blokowała protesty opozycji parlamentarnej i zachęcała do dalszych „represji i prześladowania obywateli, którzy aktywnie angażują się w życie publiczne, ujawniają polityczną korupcję i nadużywanie władzy”.

Kiedy w sojuszniczych USA doszło do demonstracji poparcia dla prezydenta Trumna, ataku na Kapitol, masowych rozruchów i śmierci pięciu osób, wówczas kaczystowski prezydent Duda uznał te demonstracje i ostre policyjne represje za „wewnętrzną sprawę USA”. Czy podobnie uzna za „wewnętrzną sprawę Rosji” demonstracje w obronie Nawalnego i brutalne interwencje rosyjskiej policji?

Pan prezydent Duda powiedział: „Uważam, że policja u nas zachowuje się w niezwykle profesjonalny sposób. U nas nie ma przypadku, że ktoś zginął w czasie jakichkolwiek zamieszek”. Tak to zdefiniował mocą swego konstytucyjnego urzędu „policyjny profesjonalizm.”

Teraz już wiemy, że jeśli policja tylko bije pałkami teleskopowymi, gazuje, łamie ręce demonstrującym to działa „profesjonalnie”. Kiedy już zabija, to dowodzi jedynie braku swego wyszkolenia. Czy oznacza to, że policja bratnich Stanów Zjednoczonych jest jedynie nieprofesjonalna? I powinna teraz uczyć się od polskiej bicia pałkami teleskopowymi, tak jak kiedyś barbarzyńscy Francuzi uczyli się od polskich Sarmatów ogłady, kultury i jedzenia widelcem?

W zeszłą sobotę odbyły się w wielu rosyjskich miastach masowe demonstracje w obronie Nawalnego. Rosyjska policja, przypadkowo zapewne, nie zabiła nikogo z setek tysięcy demonstrantów. Czy pan prezydent Duda pochwali „profesjonalizm” rosyjskiej policji?

Aleksander Nawalny jest obecnie najsłynniejszym rosyjskim opozycjonistą. Swoją popularność w Rosji osiągnął, bo nie jest „demokratą” wedle standardów zachodniej, liberalnej demokracji. Nie zachęca on do przyjmowania przez Rosję wartości i standardów Unii Europejskiej. Europejsko rozumianych praw człowieka. Chce Rosji tradycyjnej, konserwatywnej, zbudowanej na fundamencie „obywatelskiego nacjonalizmu”. Jest rosyjskim nacjonalistą. Narodowcem.

Nawalny popiera aneksję Krymu i Południowej Osetii, utraconej przez Gruzję w wojnie 2008 roku. W konflikcie gruzińsko- rosyjskim stoi po stronie prezydenta Putina, a nie byłego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Pomimo tego pan prezes Kaczyński, brat Lecha, popiera Nawalnego. Nawalny nie deklaruje też poparcia dla środowiska LGBTI, nie obiecuje państwu polskiemu zwrotu wraku prezydenckiego Tupolewa. Nie żąda zastopowania budowy gazociągu Nord Stream 2. I nie rozwali go jeśli zostanie prezydentem Rosji. Jedynie wymieni rosyjski skład zarządu i rady nadzorczej spółki.

Zapewne „obywatelski nacjonalista” Nawalny reprezentuje zorganizowanych już przeciwników starego, skorumpowanego prezydenta Putina i jego oligarchów. Młodszych, energicznych rosyjskich nacjonalistów przekonanych, że zużyta politycznie, moralnie i skorumpowana ekipa Putina hamuje rozwój rosyjskiego imperium. Można uznać Nawalnego za bojownika o „praworządność”, ale uznawanie go za „demokratę” to już polskie chciejstwo.

Spór ekip Putina i Nawalnego to walka dekadenckiego rosyjskiego imperializmu z imperializmem młodym i rozwojowym. Jaki ma polityczny interes Sejm RP by wspierać rozwój i odmłodzenie imperialnej Rosji?

Podobne można zapytać; czemu polski rząd walczy z administracją Wielkiej Brytanii o ciało brytyjskiego obywatela polskiego pochodzenia, uznanego za zmarłego w szpitalu Plymouth? Czemu robi tak drastyczną szopkę propagandową? Śmiech z pogrzebu. Czemu bezcześci propagandowo zwłoki Polaka? Po co demonstracyjnie przyznaje zmarłemu polski paszport dyplomatyczny, grozi przejęciem zwłok, zapewne przez wysłane tam komando terytorialsów, i codziennie wznieca w swych mediach seanse pogardy i nienawiści do Wielkiej Brytanii? Mało im nienawiści do Niemiec i Rosji ? Czy tylko dlatego żeby odwrócić uwagę wyborców PiS od szczepionkowego bałaganu?

Przy okazji dowiedzieliśmy się na czym polega wyższość cywilizacji kaczystowskiej od brytyjskiej.W Wielkiej Brytanii fakt śmierci człowieka potwierdza lekarz. W IV RP decyduje o tym guru sekty kaczystów i usłużny mu kościół kat.

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Złe rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

Gospodarka 48 godzin

Finanse pod nadzorem
Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu. Polskie prawo ma wreszcie zostać dostosowane do dyrektywy Unii Europejskiej dotyczącej zapobiegania wykorzystywaniu systemu finansowego do prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu. Nowe rozwiązania mają zwiększyć przejrzystość przepływów finansowych, a w konsekwencji wzmocnią skuteczność organów odpowiedzialnych za wykrywanie środków finansowych pochodzących z działalności przestępczej – zaś przy okazji, pozwolą służbom na lepszy wgląd w finanse Polaków. Rozszerzony został zakres statystyk gromadzonych przez Generalnego Inspektora Informacji Finansowej. Doprecyzowano przepisy dotyczące ułatwień w przekazywaniu informacji przez Generalnego Inspektora Informacji Finansowej innym organom. Wprowadzono mechanizmy weryfikacji danych zawartych w Centralnym Rejestrze Beneficjentów Rzeczywistych, czyli systemie, w którym są gromadzone i przetwarzane informacje o osobach fizycznych sprawujących bezpośrednią lub pośrednią kontrolę nad spółkami. Rozszerzono też listę przedsiębiorstw, na które ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu nakłada dodatkowe obowiązki informacyjne. Chodzi szczególnie o przedsiębiorców, którzy prowadzą działalność polegającą na obrocie lub pośrednictwie w handlu dziełami sztuki, przedmiotami kolekcjonerskimi oraz antykami, zwłaszcza, gdy w grę wchodzą transakcje o wartości równej lub przekraczającej 10 tys. euro – bez względu na to, czy transakcja jest przeprowadzana jako pojedyncza operacja, czy kilka operacji, które wydają się być ze sobą powiązane.

Siła pracy zespołowej
Główny Inspektorat Transportu Drogowego w 2017 utworzył zespół, w celu wdrożenia automatycznego systemu kontroli i karania wykrytych naruszeń prawa, związanych z poruszaniem się po drogach pojazdów zbyt ciężkich. Pomimo, że od powołania zespołu minęły ponad trzy lata, jego działania nie przyniosły efektów – i nie wdrożono oczekiwanych koncepcji, dotyczących automatycznego systemu pomiaru parametrów pojazdów w ruchu. Minister Infrastruktury wyjaśnił, że jest to proces złożony i długotrwały, wymagający przeprowadzenia projektu badawczego oraz współpracy wielu urzędów i instytucji. Czyli, jak zwykle u nas, nic nie da się zrobić – a powołanie zespołu jest najlepszym sposobem na zamiecenie problemu pod dywan.

Nowe obietnice
Rząd zapowiada pomoc dla ponad 200 gmin położonych na terenach górskich. Rząd obiecuje, że będą one mogły skorzystać z dwóch rodzajów wsparcia: wynikającego z ich wydatków na inwestycje w latach 2016-2020 oraz z 80-proc. rekompensaty za zwolnienie przedsiębiorców z podatku od nieruchomości (tylko w pierwszym kwartale tego roku). Program pomocy ma wartość 1 mld zł i powinien realnie ruszyć najpóźniej pod koniec marca 2021 r. „Wsparcie rządu to odpowiedź na sytuację gmin z terenów górskich związaną z Covid -19” – chwali się rząd. Dofinansowanie dla gmin wyniesie 40 proc. średniorocznej wartości wydatków na inwestycje w latach 2016-2020, jednak nie więcej niż 8 mln zł na jedną gminę.