PiS nie chce zwalczać smogu

Rząd nic nie robi, by w Polsce było czystsze powietrze. Woli zwalać swoje obowiązki na samorządy lokalne.

Rząd PiS wymyślił sposób jak ukryć swoją indolencję i bezczynność w zwalczaniu zanieczyszczeń powietrza. Postanowił przerzucić ten obowiązek na samorządy.
Dlatego właśnie Rada Ministrów przyjęła nowelizację prawa ochrony środowiska oraz ustawy o zarządzaniu kryzysowym.
Projekt przewiduje przyspieszenie – rękami samorządów – eliminacji zagrożeń związanych z występowaniem nadmiernych stężeń niektórych zanieczyszczeń powietrza. Dotyczy to zwłaszcza przekroczeń dopuszczalnych poziomów pyłów PM10 i PM2,5, a także dwutlenku azotu oraz benzoapirenu.

Częściej umierają? No to trudno

Polska ma bardzo duże kłopoty z dotrzymaniem wymogów jakości powietrza, ze względu na zanieczyszczenie pyłami zawieszonymi. Na 46 stref w Polsce, dopuszczalny poziom skażeń jest przekraczany w 44. Za przekroczenia te odpowiada zwłaszcza sektor bytowo-komunalny oraz transport.
Skala zaniedbań PiS-owskiej władzy jest tak duża, że według Światowej Organizacji Zdrowia zanieczyszczone powietrze w Polsce jest przyczyną przedwczesnej śmierci ok. 45 tys. osób rocznie. Z kolei tzw. niska emisja – wytwarzana w dużym stopniu przez małe zakłady i gospodarstwa wykorzystujące do ogrzewania kotły na paliwo stałe – odpowiada w Polsce za ok. 19 tys. przedwczesnych zgonów.
Rząd kompletnie nie przejmuje się rosnącą liczbą zgonów. Nic nie umie na to poradzić – a i absolutnie nie ma ochoty, bo musiałby ograniczyć spalanie węgla, co naruszyłoby interesy lobby górniczego.
Rada Ministrów uznała więc, że podstawą do działań naprawczych w sferze ochrony powietrza ma być aktywność samorządów – a konkretnie, uchwała sejmiku województwa w sprawie programu ochrony powietrza.
Mamy niby rządowy program „Czyste Powietrze” ale jest on już taką lipą, że sam rząd nie zwraca na niego uwagi, O czyste powietrze mają zatem walczyć samorządy. Rząd jest od ważniejszych spraw.

Będziemy więcej kontrolować

Dzisiejsze przepisy mówią, że sejmik województwa, w terminie 18 miesięcy od dnia otrzymania wyników oceny poziomów szkodliwych substancji w powietrzu (taką ocenę przeprowadzają wojewódzcy inspektorzy ochrony środowiska i klasyfikacji stref) – określa program ochrony powietrza w swojej uchwale.
Zgodnie z decyzją rządu, teraz samorządy będą miały mniej czasu na przygotowanie programów ochrony powietrza. Termin zostanie skrócony o 3 miesiące, więc będą musiały się zmieścić w 15 miesiącach. Ostateczny termin przyjęcia tych programów przez sejmiki wojewódzkie rząd wyznaczył na 15 czerwca 2020 r.
Rząd PiS postanowił też zająć się tym, co lubi najbardziej – czyli kontrolowaniem innych.
Aby wzmocnić kontrolę realizacji programów ochrony powierza, Rada Ministrów narzuciła samorządom obowiązek corocznego monitorowania przez zarząd województwa postępu działań naprawczych nawet na szczeblu gminnym. Kontrolowane będzie wykonanie planów ochrony powietrza oraz wynikających z nich planów działań krótkoterminowych.
„Nałożono dodatkowe zadania na administrację samorządową” – szczerze stwierdza Rada Ministrów, wskazując, iż działania kontrolne umożliwią monitorowanie skuteczności realizowanych zadań.
Tyle, że od samego monitorowania i kontrolowania nic się nie poprawi – tak jak od mieszania herbata nie zrobi się słodsza.
Wśród tych dodatkowych obowiązków, które rząd PiS, zamiast sobie, narzuca samorządom, znalazł się wymóg przygotowania dodatkowej dokumentacji i sprawozdawczości oraz monitorowanie stopnia realizacji działań, na poziomie od gminy do województwa.
Do nowych zadań urzędu marszałkowskiego należeć będzie teraz stała weryfikacja stanu zaawansowania poszczególnych działań i przygotowywanie szczegółowych informacji oraz sprawozdań dla ministra środowiska.
Nasilenie kontroli i sprawozdawczości – taka jest recepta PiS na zapewnienie czystszego powietrza w Polsce.
Rząd narzuci też samorządom nowy kształt planów ochrony powietrza – ale to, jakie zmiany będą one musiały wprowadzić do tych planów, zostanie określone szczegółowo w rozporządzeniu ministra środowiska. Rozporządzenie załatwi to po cichu, bez publicznego roztrząsania, nieuniknionego, gdy przepisy „stają na rządzie”.
Jednym z nowych obowiązków samorządów będzie też, jak podkreśla Rada Ministrów, „nawiązanie ciągłej, stałej współpracy z innymi podmiotami oraz prowadzenie bieżącej i systematycznej analizy skuteczności działań naprawczych wprowadzanych na poziomie regionalnym”.

To nie my, to rzecz samorządów

Jak wskazuje Rada Ministrów, samorządy zostaną wyraźnie zobowiązane do tego, by ich działania przewidziane w programie umożliwiały ograniczenie przekroczeń wartości dopuszczalnych, w możliwie najkrótszym terminie.
A może rząd PiS nałożyłby na siebie taki obowiązek, zamiast zwalać własne zadania na innych? Na to jednak nie można liczyć. „Dobra zmiana” do perfekcji opanowała sposoby migania się od roboty. A jeśli w dodatku przy okazji może wziąć pod but samorządy lokalne (bo idea samorządności jest wraża dla PiS), to jeszcze lepiej.
Dobrym przykładem na to, że rząd PiS tylko pozoruje walkę ze smogiem, jest rozporządzenie ministra rozwoju i finansów z 1 sierpnia 2017 r. w sprawie wymagań dla kotłów na paliwo stałe. Rozporządzenie wprowadziło restrykcyjne wymagania dla takich pieców. Od 1 października 2017 r. obowiązuje zaś zakaz stosowania tzw. rusztu awaryjnego, zaostrzono normy dotyczące tlenku węgla, związków gazowych oraz pyłów.
Wszystko to guzik pomogło, bo kotły-”kopciuchy’ są sprzedawane i użytkowane bez przeszkód, tyle, że pod inną nazwą. Rząd skąpi pieniędzy na sfinansowanie ich wymiany, szkodliwym miałem węglowym można handlować bez przeszkód, a poziom skażeń badany jest sporadycznie.
Dziś więc rząd stwierdza: „Mimo przeprowadzonej nowelizacji rozporządzenia z 1 sierpnia 2017 r., niezbędne okazało się wprowadzanie zmian na poziomie ustawowym”. I tradycyjnie, sposobem na zwalczenie smogu ma być poprawa „efektywności systemu kontroli przestrzegania przepisów dotyczących wymagań dla kotłów na paliwo stałe”.
Tym razem dodatkowe zadania nałożono na organy Inspekcji Handlowej. Będą one mogły nakładać na przedsiębiorców kary pieniężne do 5 proc. przychodu uzyskanego przez nich ze sprzedaży przestarzałych kotłów.
Rząd utrzymuje, że wyeliminuje to sprzedawców i producentów fałszujących świadectwa jakości pieców lub sprzedających kotły „bezklasowe” pod innymi nazwami. Nic takiego naturalnie się nie stanie, o czym rząd doskonale wie – ale wie też, że łatwiej wydawać wyssane z palca przepisy i w ten sposób pokazywać, że coś się robi, zamiast na serio wziąć się do poważnej walki ze smogiem.

Samo dosypywanie pieniędzy nie wystarczy

Program 500 plus należy uzupełnić działaniami prorodzinnymi, pozwalającymi na to, aby posiadanie dzieci nie kłóciło się z efektywnym i opłacalnym wykonywaniem pracy.

Całkowity koszt programu Rodzina 500+ w nowym, rozszerzonym kształcie wyniesie około 42 mld zł rocznie.
Czy będą to dobrze wydane pieniądze?

Drogo i nie zawsze sensownie

Należy zgodzić się z argumentacją ekspertów zajmujących się świadczeniami publicznymi, transferami społecznymi, którzy wskazują, że Polska przeznacza zbyt mało środków na usługi społeczne i relatywnie dużo – ale nie zawsze efektywnie – na transfery socjalne.
Zatem, wydaje się, że bardziej racjonalne, oraz znacznie mniej kosztowne, byłoby zastosowanie innego wariantu pomocy, z uwzględnieniem pierwszego dziecka w rodzinie.
Ponieważ dziś sztywny próg dochodowy przy świadczeniu na pierwsze dziecko może całkowicie pozbawiać wypłaty z programu przy minimalnym choćby przekroczeniu wyznaczonej granicy, zamiast bezwarunkowego rozszerzania programu Rodzina 500+ na pierwsze dziecko, należałoby wprowadzić mechanizm „złotówka za złotówkę“.
Taki system nie zabiera całkowicie świadczenia po przekroczeniu, choćby o wspomnianą złotówkę, kryterium dochodowego – ale stopniowo je zmniejsza.

Sposób na oszczędność

Dzięki rozwiązaniu stosującemu zasadę „złotówka za złotówkę”, rodzice otrzymywaliby świadczenie pomniejszone o kwotę o jaką przekroczyli kryterium, a świadczenie trafiłoby, przynajmniej w części, do tych rodzin, które mają wprawdzie niskie dochody, ale nieznacznie przekraczają kryterium.
Polityka wsparcia kierowana byłaby wtedy do tych rodzin, które są w najgorszej sytuacji i tego wsparcia rzeczywiście potrzebują. Oszczędności budżetowe byłyby spore. Eksperci szacują, że wprowadzenie zasady „złotówka za złotówkę” mogłoby przynieść ok. 2 miliardy złotych rocznie.
Zaoszczędzone w ten sposób fundusze rząd mógłby przeznaczyć na inne, ważne elementy polityki społecznej. Wiadomo nie od dziś, że to nie tylko pieniądze otrzymywane przez rodziców decydują o tym, ile zechcą oni mieć dzieci. Służyć temu powinna cała polityka rodzinna, ułatwiająca opiekę nad dzieckiem i łączenie obowiązków zawodowych z rodzicielskimi.
By to osiągnąć, oprócz wspomnianej zmiany w samej konstrukcji programu „Rodzina 500+”, konieczne są też inne ważne działania: zwiększenie dostępności opieki dla niemowląt i dzieci w wieku przedszkolnym, wspieranie finansowe przez pracodawców i państwo równego dzielenia się obowiązkami opiekuńczymi przez matkę i ojca, uelastycznienie na życzenie rodziców ich czasu i miejsca pracy.
Tyle, że zrobienie tego wszystkiego wymaga pomyślunku i sensownych działań organizacyjnych – a to znacznie trudniejsze, niż proste dosypanie gotówki.

Nie wymyślą, ale mogą naśladować

Rząd Prawa i Sprawiedliwości wprawdzie nie wykazuje ani woli, ani ochoty do rzeczywistych działań prorodzinnych, ale nie musiałby niczego wymyślać od zera. Przykładów jest aż nadto.
Polski rząd mógłby zatem wykorzystać doświadczenia innych europejskich państw, powszechnie uważanych za wzorcowe jeśli chodzi o skuteczną politykę społeczną, na przykład Francji i Szwecji. Oba prowadzą politykę skutecznie wpływającą jednocześnie na poprawę poziomu opieki nad dziećmi, na kondycję materialną rodzin i na wzrost zatrudnienia kobiet.
Ten ostatni czynnik nie jest bez znaczenia, bo okazuje się, że więcej dzieci rodzi się w krajach, gdzie matki częściej pracują, a odpowiedzialność za opiekę nad dziećmi w szerszym zakresie bierze na siebie państwo.
Kraje te stwarzają także prawną możliwość elastycznego dostosowania czasu i sposobu uczestnictwa w rynku pracy, głównie poprzez zatrudnienie na część etatu lub pracę z domu.
Przyjęcie powyższych rozwiązań w Polsce wydaje się niewykonalne organizacyjne i mentalnie, zwłaszcza przez rząd PiS. Premier Mateusz Morawiecki, któremu przecież musi zależeć na kondycji naszego trzeszczącego budżetu, nie jest tym zainteresowany. Byłoby to jednak znacznie bardziej skuteczne oraz „strawne’ dla budżetu państwa bez powiększania zadłużenia.
Wtedy premier już nie musiałby apelować do bardziej zamożnych Polaków by nie korzystali z wypłat 500 plus, za pomocą chwytania ich za serce (co nie wszyscy lubią) i takich słów: „Każdy, kto jest bogaty, kto ma dużo środków i sumienie, czy serce mu podpowiada, to nie bierze tych środków i znam takich ludzi bardzo, bardzo wielu“.
Nie wiadomo, jak szeroki jest ten altruistyczny krąg znajomych premiera, ale podobne apele nie wydają się właściwą ani skuteczną metodą dbałości o finanse publiczne. I zwykle są głosem wołającego na puszczy.

Trzy cenne cele

W uzasadnieniu do rozszerzenia programu Rodzina 500 plus, Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło następujący opis celowości tej inicjatywy: „Działania Rządu w zakresie polityki rodzinnej koncentrują się w szczególności na trzech wymiarach: demografia, tj. wzrost liczby urodzeń, ograniczenie ubóstwa, w szczególności wśród dzieci, inwestycja w rodzinę (poprawa „jakości” kapitału ludzkiego).“
Co do pierwszego, przedstawionego przez rząd celu, czyli wzrostu liczby urodzeń, okazuje się, że w 2018 r. urodziło się mniej dzieci niż rok wcześniej. Po nieznacznym wzroście tych urodzeń w 2016 r. (o 1 proc.) nastąpił powrót do tendencji spadkowej obserwowanej od 2010 r., a udział urodzeń pierwszego dziecka zmniejszył się z 48,7 proc. w 2010 r. do 42,9 proc. w 2017 r. Jak oceniają eksperci, widać, że 500+ to nie jest rozwiązanie, które zachęca do rodzicielstwa.
Jeśli chodzi o drugi cel: „ograniczenie ubóstwa, w szczególności wśród dzieci“, dane statystyczne oraz opinie analityków wskazują, że Rodzina 500+ rzeczywiście dobrze działa działa w tym ważnym obszarze – i skutecznie pomaga rodzinom żyjącym w skrajnym ubóstwie. Jak podkreśla Business Centre Club, ma to jednak również nienajlepszy wpływ na rynek pracy, ponieważ rodzice w ponad 1,5 mln gospodarstw domowych (czyli grupie ok. 2,5 mln dorosłych) zaczęli zastanawiać się, czy warto, by współmałżonek poszedł do pracy i zaczął starać się o poprawę swoich kwalifikacji.
„W wielu przypadkach odpowiedź była negatywna, oparta na logicznym, finansowym uzasadnieniu” – ocenia BCC.
Natomiast trzeci, wskazany cel czyli „inwestycję w rodzinę i poprawę „jakości” kapitału ludzkiego)“ trudno wymiernie ocenić. Pytanie natomiast, czy środki na taką „inwestycję w rodzinę“ zostały właściwie zaadresowane?.
Brak kryterium dochodowego pozwolił na skierowanie wsparcia także do rodzin doskonale sytuowanych, co zwiększyło koszt programu i spowodowało ograniczenie wydatków na inne, ważne cele społeczne. Tymczasem ich realizacja paradoksalnie pomogłaby osiągnąć zakładane cele Rodziny 500+.

Czym grożą obietnice prezesa?

Tak zwana „Piątka Kaczyńskiego” oznacza kolejne podatki oraz cięcia w wielu wydatkach. Nauczyciele już się o tym boleśnie przekonali.

Pomimo wysokich kosztów, nowe programy PiS nie rozwiązują żadnych istotnych problemów, a nastawione są przede wszystkim na efekt wyborczy. Wymuszają natomiast podwyżki podatków oraz ograniczenie wydatków na inne cele, przede wszystkim na usługi publiczne. Tak oceniają sytuację ekonomiści Forum Obywatelskiego Rozwoju, Aleksander Łaszek i Rafał Trzeciakowski uważając, iż mamy „Pętlę Kaczyńskiego na szyi podatnika”.
Przede wszystkim, ich zdaniem „trzynasta emerytura” nie walczy z ubóstwem emerytów i rencistów, ponieważ trafi zarówno do osób zamożnych, jak i ubogich. Nie zachęca też do dłuższej pracy, gdyż nie jest powiązana ze stażem pracy.
Rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko także nie jest efektywnym sposobem walki z ubóstwem – ponieważ świadczenia skierowane do najuboższych realizowałyby ten cel znacznie efektywniej.
W dodatku, doświadczenia innych krajów wskazują, że we wspieraniu dzietności znaczenie efektywniejsza jest dostępność wysokiej jakości usług pomagających w wychowywaniu potomstwa (żłobki, przedszkola, szkoły, szpitale), których u nas brakuje – niż transfery pieniężne.
Proponowane zmiany w PIT (wprowadzenie trzech stawek oraz zerowy podatek od dochodów niektórych osób poniżej 26 roku życia) nie rozwiązują zaś problemu wysokiego opodatkowania niskich dochodów, natomiast pogłębiają skomplikowanie naszego systemu podatkowego.
W Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2019-2022 Ministerstwo Finansów przedstawiło, w jaki sposób rząd zamierza sfinansować nowe obietnice wyborcze. Tak więc, w bieżącym roku zakładany jest wzrost deficytu, natomiast w kolejnych latach rosnąć mają podatki i składki, przy jednoczesnym ograniczeniu wydatków publicznych w relacji do produktu krajowego brutto.
Łącznie, rząd planuje zwiększyć podatki i składki na ubezpieczenie społeczne z 36 proc. PKB w 2018 r. do 37,8 proc. w 2021 r. Nowe obietnice wyborcze PiS to dla polskich finansów publicznych roczny koszt ponad 40 mld zł. Ponadto, rząd PiS uchwalił na kolejne lata wzrost szeregu innych wydatków, na przykład na armię.
Realizacja „Piątki Kaczyńskiego” wymusi relatywne ograniczenie wydatków na inne cele oraz podwyżki różnych podatków. Polski system podatkowy zawiera szereg wyjątków i ulg, których ograniczenie może przynieść wzrost dochodów budżetu.
Tymczasem, pomimo bardzo dobrej koniunktury w 2018 roku Polska nie zlikwidowała deficytu sektora finansów publicznych, co negatywnie wyróżniało nas na tle szeregu innych państw Unii Europejskiej.
Przy realizacji „Piątki Kaczyńskiego”, ze względu na wolniejszy wzrost gospodarczy oraz wyczerpanie się szeregu rezerw, rząd ma coraz mniejsze pole manewru. Stosuje więc, zresztą nie od dziś, różne kruczki prawne. Na przykład, by uniknąć zwiększania wydatków na służbę zdrowia, do wyliczeń użyto PKB sprzed dwóch lat, w efekcie czego faktyczne wydatki na zdrowie w relacji do PKB niemal nie uległy zmianom między 2015 a 2019 rokiem. Natomiast trzynasta emerytura dla żołnierzy ma być sfinansowana w ramach budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej, co oznacza że będzie wliczona do ustawowych 2,1 proc. PKB przeznaczanych na armię.
Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział już, że realizacja obietnic z „Piątki Kaczyńskiego” spowoduje wzrost deficytu i zadłużenia budżetu państwa.
Niepewność, dotycząca tego, kogo obciążą podatki potrzebne na sfinansowanie tych obietnic, może pogłębić długookresowe problemy polskiej gospodarki związane z niską stopą inwestycji.

Matury: rząd PiS złamał prawo

Skierowanie nowelizacji ustawy oświatowej do parlamentu
bez przeprowadzenia konsultacji stanowi przykład totalitaryzmu
w działaniach obecnej ekipy. Nie pierwszy i nie ostatni.

Skrócona definicja mówi, że totalitaryzm to system rządów, w którym państwo kontroluje społeczeństwo i stara się nadzorować wszystkie aspekty życia publicznego oraz prywatnego na tyle, na ile to możliwe.
Charakterystycznymi cechami państw totalitarnych są: autokratyzm (w szczególności zasada wodzostwa), jak najszersze kontrolowanie przez aparat władzy życia obywateli, ingerencja w ich przekonania i zachowania oraz rozbudowana propaganda (często fałszująca obraz rzeczywistości).
Z powyższej definicji wynika aż nazbyt wyraźnie, że obecna ekipa zmierza do totalitaryzmu w Polsce (zmierza – bo choć próbuje, to jeszcze nie zdołała rozciągnąć kontroli nad społeczeństwem).

Władza nie chciała porozumienia

Najnowszym przykładem totalitaryzmu jest nie przeprowadzenie przez rząd PiS konsultacji publicznych, związanych z obecną nowelizacją prawa oświatowego.
Nowelizacja ta stwierdza, iż klasyfikacji uczniów i ich dopuszczania do matury mogą dokonywać dyrektorzy szkół – a nie, jak dotychczas, rady pedagogiczne szkół we współpracy z dyrektorami. Jeśli zaś dyrektor szkoły uzna, że z jakichś powodów nie może tego zrobić, to wtedy wójt, burmistrz czy prezydent miasta będzie musiał wyznaczyć nauczyciela, który dokona klasyfikacji i dopuszczenia uczniów.
Ta nowelizacja jest, typowym dla rządów PiS, przykładem centralizacji mogącej prowadzić do totalitaryzmu. Klasyfikowanie uczniów zostaje odebrane organowi kolegialnemu, mającemu największą wiedzę o swych podopiecznych (czyli radom pedagogicznym) – i przekazane urzędnikowi, który będzie o tym jednoosobowo decydować.
Rząd PiS tłumaczy, że musiał wprowadzić taką zmianę ze względu na strajk nauczycieli, grożący tym, iż uczniowie nie zostaną sklasyfikowani i nie będą mogli przystąpić do matur.
To oczywiście lipa. Rząd, gdyby chciał, mógłby już dawno zakończyć strajk nauczycieli w pięć minut, godząc się na ich postulaty, przecież całkowicie uzasadnione i w dodatku stopniowo przez nich ograniczane.
Rząd świadomie jednak dążył do zaognienia sytuacji, odrzucając wszelki kompromis, usztywniając swe stanowisko i prowokując nauczycieli.

Żeby strajkowali dłużej

Ze strony rządu PiS rozmowy z ZNP były wyłącznie grą pozorów, mającą przeciągnąć strajk jak najbliżej do chwili rozpoczęcia matur. Dzięki temu rząd i jego propagandyści mogli oskarżać nauczycieli, że igrają uczniowskim losem (co w rzeczywistości robił właśnie rząd) i napuszczać na nich opinię publiczną.
Rząd mógł zaś udać sprawnego, odpowiedzialnego decydenta, troszczącego się o uczniów i umiejącego szybko podjąć odpowiednią decyzję.
Tak więc, rząd zabrał się za administracyjne spacyfikowanie awantury, którą najpierw sam rozpętał i zaognił.
To typowe dla sposobu poszerzania swej władzy, stosowanego przez PiS: najpierw wywołuje się konflikt i przeciwstawia jedne grupy obywateli drugim, a potem uchwala przepisy, które – niby w celu zduszenia rozpętanego konfliktu – przyznają nowe uprawnienia urzędnikom.
Związek Nauczycielstwa Polskiego, w przeciwieństwie do rządu PiS, wykazał odpowiedzialność i zawiesił strajk, by można było przeprowadzić matury. Mimo to PiS oczywiście nie zrezygnował z wprowadzenia przepisów, ograniczających kompetencje rad pedagogicznych i zwiększających jednoosobową władzę dyrektorów szkół.
Bo w rzeczywistości PiS-owskim prominentom nie chodziło o stworzenie warunków dla przeprowadzenia matur, lecz o dalsze rozszerzenie swego panowania nad polską oświatą, uderzenie w ZNP oraz pokazanie nauczycielom kto tu rządzi.
Dążenie do totalitaryzmu uświęca środki. A takie drobiazgi jak łamanie prawa w ogóle nie zaprzątają uwagi PiS-owskiej ekipy rządzącej.

PiS nie będzie się pospolitować

Wspomnianym tu złamanym prawem są przepisy o konsultacjach publicznych. Ten rodzaj współuczestniczenia obywateli w decydowaniu o losach kraju zawsze był w Polsce traktowany po macoszemu, gdyż żadna władza nie paliła się do konsultowania czegokolwiek z mieszkańcami.
Szczególnie jednak, konsultacje są wraże dla PiS – którego liderzy uważają, że skoro zdołali wygrać wybory, to mogą robić w Polsce co im się żywnie podoba, bez pytania kogokolwiek o zdanie. PiS-owscy prominenci, jako grupa trzymająca władzę, nie chcą się więc pospolitować i zniżać do poziomu wysłuchiwania opinii swoich poddanych.
Mieliśmy w polskim prawie ustawę o konsultacjach społecznych, przyjętą, żeby było zabawniej, jeszcze „za komuny” w 1988 r. i uchyloną w 1995 r., za czasów wolnej Polski, przez koalicję SLD-PSL. Od tej chwili zasady przeprowadzania konsultacji są regulowane przepisami niższego rzędu, po to by każda władza mogła je swobodnie zmieniać wedle własnego uznania.
Obecnie, kwestie dokonywania konsultacji określa PiS-owski regulamin pracy Rady Ministrów, uchwalony przez nią samą i po raz ostatni zmieniony przez tąż Radę Ministrów w dniu 22 stycznia 2019 r.
Ale nawet w tych PiS-owskich przepisach, mających służyć utrwalaniu panowania obecnego rządu nad obywatelami, ostał się – zapewne przez niedopatrzenie jakichś urzędników – wyraźny zapis ustanawiający obowiązek przeprowadzania konsultacji.

To obowiązek rządu

O konsultacjach mówi par. 36 regulaminu pracy Rady Ministrów zatytułowany: „Przedstawienie projektu dokumentu rządowego do konsultacji publicznych”.
Stwierdza on co następuje: „Organ wnioskujący, biorąc pod uwagę treść projektu założeń projektu ustawy, projektu ustawy lub projektu rozporządzenia, a także uwzględniając inne okoliczności, w tym znaczenie projektu oraz przewidywane skutki społeczno-gospodarcze, stopień jego złożoności oraz jego pilność, przedstawia projekt do konsultacji publicznych, w tym może skierować projekt do organizacji społecznych lub innych zainteresowanych podmiotów albo instytucji w celu przedstawienia ich stanowiska”.
Zajmijmy się najpierw pierwszą częścią tego długiego zdania. „Organ wnioskujący” to właśnie rząd (czyli Rada Ministrów), a przepis stanowi jednoznacznie, że „przedstawia” on projekt do konsultacji publicznych.
Nie jest tu napisane, że rząd „może przedstawić” projekt czy „ma prawo przedstawić” projekt, lecz, że właśnie przedstawia.
Oznacza to, że rząd nie ma wyboru – i musi przedstawić projekt do konsultacji publicznej, a jeśli tego nie robi, łamie prawo – tak jak właśnie złamał je rząd Mateusza Morawieckiego, nie kierując do konsultacji projektu nowelizacji prawa oświatowego.

Kłamstwo i nieuczciwość

Rządowi propagandyści kłamliwie tłumaczyli brak konsultacji tym, że nie było na nie czasu, gdyż nowe prawo, umożliwiające dyrektorom szkół dokonywanie klasyfikacji uczniów, trzeba było wprowadzić jak najszybciej. To kolejna lipa.
Cytowany paragraf 36 regulaminu pracy Rady Ministrów nic nie mówi, że pilność projektu pozwala na odstąpienie od konsultacji. Przeciwnie, stwierdza, iż rząd przedstawia projekt do konsultacji, uwzględniając takie okoliczności, jak m.in. jego pilność.
Czyli, oznacza to, że właśnie ze względu na pilność projektu, konsultacje należało przeprowadzić jak najszybciej.
Argument, iż brakowało czasu na konsultacje jest kłamliwy także i dlatego, że strajk nauczycieli nie zaczął się wczoraj, więc Rada Ministrów miała dość czasu na przygotowanie projektu i przeprowadzenie rzetelnych konsultacji. Nie chciała ich, bo PiS-owska władza nie lubi zniżać się do wysłuchiwania opinii swych poddanych. Zwłaszcza, gdy wiadomo, że te opinie byłyby jednoznacznie krytyczne, bo nikt kto jest uczciwy intelektualnie, nie mógłby poprzeć rządowego projektu nowelizacji prawa oświatowego.
Druga część zdania tworzącego par. 36 stanowi, że w ramach konsultacji publicznych rząd może skierować projekt do organizacji społecznych lub innych zainteresowanych podmiotów albo instytucji w celu przedstawienia ich stanowiska.
Tu nie ma już obowiązku prawnego. Rząd może więc ale nie musi kierować projekt do organizacji społecznych i innych zainteresowanych. Wolno mu podjąć próbę przeprowadzenia konsultacji publicznych w jakiś inny sposób (choć trudno sobie wyobrazić,jaki) – ale przeprowadzić je musi, bo tak mu każe prawo.
Rada Ministrów dopuściła się złamania prawa, które sama ustanowiła. To także jeden z elementów budowy ustroju totalitarnego: gdy władza łamie przepisy przez siebie przyjęte, jeśli okazują się dla niej niewygodne.
Na PiS-owską większość parlamentarną i jej popleczników oraz na prezydenta Andrzeja Dudę spada zaś odpowiedzialność za przyjęcie nowelizacji, przygotowanej z naruszeniem prawa – ale robili to już tyle razy przy innych okazjach, że zdążyli przywyknąć. Polacy także zdołali się przyzwyczaić, że prominenci PiS postępują zgodnie z regułą: nie mamy waszych płaszczy i co nam zrobicie?

Przypij piątkę Kaczyńskiemu

Rząd wezwał wódkę na ratunek. Wódko daj żyć, poprosił.

Dziś każdy trzeźwy ekonomista widzi, że bez wódki „Piątka Kaczyńskiego” zdechnie jak pies. I żadne dodatkowe „Jarkowe” strumieniem pieniężnym też nie popłynie.

Bo budżet IV RP wysycha.

Nie stać go na jednoczesne kupowanie głosów wyborczych, dotowanie kolejnymi miliardami narodowo-katolickiej TVP Jacka Kurskiego i Imperium Zmysłów Ojca Dyrektora Rydzyka.
Dodatkowo pani minister finansów alarmuje, że narastający deficyt budżetowy może przekroczyć granice bezpieczeństwa. I zagrożone są nawet coroczne premie i nagrody dla ministrów tego najliczniejszego rządu w historii III i IV Rzeczpospolitej!
Suche wyliczenia resortu finansów są jednoznaczne – bez przelewów z podwyższonej akcyzy na alkohol budżet IV Rzeczpospolitej wyschnie jak Morze Aralskie. Dlatego, aby utrzymać go przy życiu i obiecywaną „Piątkę Kaczyńskiego”, rząd pana premiera Morawieckiego musi podwyższyć akcyzę na alkohol. O całe 3 procent.
Teraz od każdej flaszki taniego wina sprzedawanego w polskim lub polskojęzycznym markecie za 15 złotych, narodowo-katolicki rząd ma 1,11 złotych. Za piwo sprzedawane tam po 3 złote, rząd ma 0,48 złotych.
Za to od każdej flaszki najtańszej wódki sprzedawanej za 20 złotych pan premier dostaje 11,41 złotych. Bo akcyza na wódkę jest najwyższa. Stanowi aż 57 procent ceny każdej flaszki.
Koszty produkcji wódki są też tańsze od wyrobu wina i piwa.
Dodatkowo wódkę produkujemy wyłącznie z produktów polskiego pochodzenia. Polskiego kartofla, polskiej pszenicy i żyta.
Pan prezes Kaczyński obiecał po pięćset złotych każdej polskiej krowie produkowanej z polskiej trawy i po stówce każdej polskiej świni spasionej polskimi kartoflami.
A flaszce wódki pędzonej wyłącznie na polskich ziemniakach nic!

Ani grosza dopłaty.

Takie to mamy prawo. I gdzie tu sprawiedliwość?
Statystyczny obywatel IV Rzeczpospolitej wypija rocznie niecałe 10 litrów statystycznego, stuprocentowego alkoholu. Spożycie alkoholu za czasów rządów PiS systematycznie rośnie, co dobitnie dowodzi renesansu patriotycznych, tradycyjnych postaw Polek i Polaków. Co jest sukcesem rządowej polityki historycznej. Polityki przywracania godności wszystkiemu co polskie, dowartościowania narodowych wartości.
Spośród wszystkich alkoholowych trunków, Polki i Polacy, najwięcej wypijają piwa – ponad 50 procent. A potem wódki – ponad 35 procent.
„Piwo bez wodki – diengi na wietier”, mawiał Stalin, bo znał się na trunkach i potrafił ekonomicznie skalkulować proces ludzkiego upijania się. Nic dziwnego, że nauki tego klasyka popijawek znajdują w Polsce podatny grunt i głębokie zrozumienie.
Dziś rząd pana premiera Morawieckiego trzeźwo postawił na wzrost wpływów z płynącego do narodowych i katolickich gardeł alkoholu. Bo jego pan prezes Kaczyński postanowił kupić sobie nasze głosy wyborcze za nasze pieniądze.
Ale zdążył te nasze pieniądze wydać już na swe, nietrzeźwe ekonomicznie obietnice wyborcze.
Zatem w wódce i wódkopijcach pozostała ostatnia nadzieja Prawa i Sprawiedliwości. Pod jej obronę ucieka się narodowo-katolicka polska prawica. Już dziś każdy polski patriota, każdy przywiązany do trakcyjnych wartości polski katolik musi wyciągnąć pomocną dłoń ku panu prezesowi. I dłoń ta nie może być pusta. Trzeźwa „Piątka Kaczyńskiego” nie pożyje długo.
„Małpki w dłoń, kufle w dłoń, „Piątkę Kaczyńskiego chroń!” – już słychać patriotyczne uniesienia.
Pić trzeba, Polki i Polacy, bo kampania wyborcza PiS polega na wprowadzeniu obywateli IV Rzeczpospolitej w stan chronicznej nietrzeźwości umysłowej.
Upijania wyborców przez upajanie ich mile szumiącymi w głowach obietnicami kolejnych, rozdanych pieniędzy.
Niestety, radość z picia, nawet najbardziej patriotycznej wódeczki, nie jest wieczna. Następstwem jej jest przykra suchość organizmu i nieznośny ból głowy.
Obiecywana „Piątka Kaczyńskiego” podobna jest piciu wódki. Najpierw szał, potem kac.

Ale idą święta.

Niech zatem pocieszą się obietnicami wszyscy obdarowani. Rachunek za rządy PiS przyjdzie nam zapłacić później.
Pij, pij, pij braci pij, na starość torba i kij!

Ps. Już teraz rząd może zlikwidować zbędną Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Wielkich oszczędności nie będzie, bo budżet agencja ma kusy, ale prezes Kurski albo Ojciec Dyrektor każdą kasę łykną.

Najlepszy rząd we Wszechświecie

Premier Morawiecki nie zdaje sobie sprawy z tego co mówi, ale czy w związku z tym naprawdę nie należy mieć o to do niego pretensji?

Ponad trzy lata rządów Prawa i Sprawiedliwości jest przez premiera Mateusza Morawieckiego przedstawiane w samych superlatywach. A każdy sukces, nawet ten, którego nie było, jak i ten, który nie wynika z jego działania, okazuje się być właśnie jego własnym dziełem – i jego rządu.
Niestety, premier albo nie wie co mówi, albo wie, ale pomimo tego decyduje się mówić nieprawdę, którą okrasza magicznymi pojęciami i zaklęciami. A to wymaga stanowczego sprzeciwu i obywatelskiego działania.

Państwo to ja

Przede wszystkim, premier Morawiecki przypisuje sobie zasługi „usprawnienia instytucji państwa”, czego dowodzić ma wzrost ściągalności podatków. Choć nie przedstawia na to żadnych obliczeń, to z danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego (luty 2019) wynika, że za wzrost dochodów w budżecie państwa w ostatnich latach w około 50 proc. odpowiada poprawa światowej koniunktury. Warto również pamiętać, że identyczny rozmiar dochodów z podatku VAT w relacji do polskiego PKB, a więc na poziomie 7,8 proc., był już w 2011 roku.
Premier Morawiecki przypisuje więc sobie zasługi w znacznej części z przypadkowego zjawiska, nie wspominając także o projektach zmierzających do poprawienia ściągalności podatku VAT, przygotowanych i wprowadzonych jeszcze za poprzedniej koalicji.
Jednym z kluczowych, niezrozumiałych, używanych przez Mateusza Morawieckiego haseł-zaklęć jest „reindustralizacja”, która rzekomo „postępuje jak nigdy dotąd”. Owa reindustralizacja, cokolwiek oznacza, ma być odpowiedzią na „czyhające na Polskę pułapki”, przedstawione w tzw. Planie Odpowiedzialnego Rozwoju.
Premier ani nie tłumaczy, co ma na myśli, ani nie przedstawia żadnych konkretnych dowodów na reindustrializację „postępującą jak nigdy dotąd”. Natomiast z danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wynika, że w latach 1989-2015 (czyli przed rządami PiS) produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła o około 250 proc.
Na czym zatem ma polegać to hasło? Co PiS chce „reindustralizować”? Jak to odnosi się do kluczowych wyzwań stojących przed polską gospodarką?

Umie się chwalić

Choć premier Morawiecki chwali się, że zwiększył udział wydatków publicznych na badania i rozwój, to w krajach, które stawia za wzór, jak np. Szwecja, łączny poziom wydatków na badania i rozwój jest wciąż ponad 3 razy wyższy niż u nas, z czego około 70 proc. wydatków jest wykonywanych przez sektor przedsiębiorstw – o czym premier szczególnie powinien pamiętać, jeżeli chce pompować pieniądze przez państwowe molochy i nacjonalizować kolejne przedsiębiorstwa.
„Znakiem firmowym” Mateusza Morawieckiego ma być prowadzenie rozwoju „solidarnego i terytorialnie zrównoważonego”, opierającego się na wyrównywaniu szans. Program 500+ ma być według niego sposobem na „zniwelowanie pułapki demograficznej”, a także „impulsem antycyklicznym”, czyli odpowiedzią na prognozowany spadek koniunktury.
Program 500+ zdaje się więc być reakcją na wszystkie problemy polskiej gospodarki. I choć zgodnie z przewidywaniami ekonomistów nie zwiększył on poziomu dzietności, to premier Morawiecki zdaje się tym nie przejmować i uparcie twierdzi, że im więcej rozdawnictwa, tym mniej problemów. Jak w Grecji.
Kolejnym sukcesem, którym chwali się premier, jest „wyjście z naszymi produktami na zewnątrz”. Ale co to w ogóle znaczy? Czy to Mateusz Morawiecki otworzył Polskę na świat? Wartość polskiego eksportu od lat 90. wręcz eksplodowała i mimo bardzo szybkiego rozwoju gospodarczego wzrosła z około 20 do 50 proc wartości naszego produktu krajowego brutto. Mateusz Morawiecki nie ma z tym nic wspólnego.
Z jego logiki wynika, że tzw. piątka Kaczyńskiego, a więc kolejne miliardowe wydatki socjalne, ma być sposobem na upodobnienie Polski do krajów Zachodu, w tym krajów skandynawskich. Z tego wynika, że premier nie ma pojęcia o tym, co w rzeczywistości było przyczyną sukcesów gospodarczych krajów skandynawskich.
Dla przykładu Szwecja, która w 1800 roku była jednym z najbiedniejszych krajów w Europie, zawdzięcza swój dzisiejszy sukces funkcjonującym w niej od lat instytucjom wolnorynkowym. I choć wciąż utrzymuje się wysoko w międzynarodowych rankingach dotyczących wolności gospodarczej, to dzieje się to pomimo, a nie dzięki wysokiemu obciążeniu podatkowemu. Jeśli ktoś wierzy, że redystrybucja i podatki mogą być siłą napędową gospodarki, to równie dobrze może wierzyć, że samochód pojedzie bez silnika.

Bariera rozwojowa czyli PiS

A jak Mateusz Morawiecki tłumaczy rekordowy spadek w inwestycjach publicznych? To dosyć proste, bo według niego inwestycje muszą być dobrze przygotowane – a PiS ciągle pracuje nad likwidacją barier rozwojowych.
W rzeczywistości inwestycje prywatne, będące długookresową siłą napędową każdej gospodarki, spadły do najniższego od 20 lat poziomu wraz z objęciem władzy przez PiS. Gdy połączymy ten fakt z logiką premiera Morawieckiego, okaże się, że największą „barierą rozwojową” jest dojście do władzy PiS, który trzeba usunąć, aby wyzwolić polskie inwestycje. Zdaniem Mateusza Morawieckiego do jego osiągnięć należy też obniżenie współczynnika Giniego, zatrzymanie „błędnego koła nierówności” i spadek poziomu emigracji z Polski. , wprowadzenie „zupełnie nowej jakości polityki rozwojowej” oraz „rozkręcenie wielu rzeczy”. Premier nie zgadza się też z podejściem, które polega na tym, że najpierw trzeba zarobić, żeby potem wydać. A jeśli chodzi o zakaz handlu w niedziele, który zgodnie z przewidywaniami ekonomistów przyniósł odwrotne skutki do zamierzonych, to premier Morawiecki tylko „zastanowi się, co dalej z tym zrobić”.
Obraz naszego państwa, który wyłania się z licznych wypowiedzi Mateusza Morawieckiego, jest zatrważający. Według niego, każda władza od czasów transformacji była kimś w rodzaju „obcego”, który celowo szkodził Polsce. Zgodnie z tą logiką, przyszłość Polski ma się opierać przede wszystkim na zwiększaniu udziału polityków w gospodarce i ograniczaniu roli mediów prywatnych.
Nowa „piątka Kaczyńskiego” nie ma już nic wspólnego z „piątką Morawieckiego”, która nie została zrealizowana i jest stale modyfikowana w zależności od potrzeb konkretnego wywiadu. I choć szef rządu nie dostrzega kluczowych wyzwań stojących przed polską gospodarką, takich jak niska stopa inwestycji czy starzenie się polskiego społeczeństwa, to swoimi działaniami przyczynia się do tego, że Polska jest coraz gorzej na te wyzwania przygotowana, chociażby poprzez obniżanie wieku emerytalnego lub akceptowanie niszczenia trójpodziału władzy.

Obiecanki, cacanki

PiS da – i nie martwi się konsekwencjami. Rządzący zapowiadają dziś hojne wydatki pieniędzy publicznych, ale ich następcy będą musieli porządnie zaciskać pasa.

PiS zapowiedziało w polityce gospodarczej powtórzenie swoich działań z 2007 roku. Wówczas w szczycie światowej koniunktury rząd PiS uchwalił ustawy, które weszły w życie w trakcie spowolnienia w 2008 i 2009 r., zwiększając deficyt sektora finansów publicznych o 2 proc. PKB i wymuszając na rządzie PO-PSL szukanie oszczędności.
Obecne zapowiedzi również ogłoszono w szczycie koniunktury, ale w pełni wejdą w życie dopiero w kolejnych latach, gdy wedle dostępnych prognoz wzrost gospodarczy będzie wolniejszy i – w konsekwencji – sytuacja finansów publicznych trudniejsza.

Podciągnęła nas strefa euro

Lata 2015-2018 to okres najszybszego od 2007 r. wzrostu naszego największego partnera handlowego – strefy euro, co sprzyjało szybkiemu wzrostowi polskiej gospodarki.
O ile przez cały okres 2013-2015 gospodarka strefy euro urosła o 3,2 proc., to w latach 2015-2018 wzrost przyspieszył do 6,4 proc. Obecnie zaczyna już być widoczne cykliczne spowolnienie w strefie euro (prognozowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy wzrost w okresie 2019-2021 to 5,2 proc.).
Szybki wzrost strefy euro wspierał wzrost polskiej gospodarki, która wzrastała w szybkim tempie pomimo negatywnych skutków polityki PiS, najlepiej widocznych w załamaniu stopy inwestycji (po 3 latach rządów PiS jest ona na najniższym poziomie od ponad 20 lat). Wzrost gospodarczy, oparty przede wszystkim o konsumpcję, przyczynił się do szybkiego wzrostu dochodów podatkowych.
W kolejnych latach czeka nas jednak spadek tempa rozwoju, związany nie tylko ze spowolnieniem w strefie euro, ale także ze starzeniem się społeczeństwa (efekt dodatkowo pogłębiony obniżeniem wieku emerytalnego przez PiS).

Kiełbasa wyborcza

Najnowsze zapowiedzi partii rządzącej są dużo gorsze od ustaw uchwalonych przez nią w 2007 roku. Wówczas obniżono podatek od dochodów osób fizycznych i składki na ZUS, co choć zwiększyło deficyt sektora finansów publicznych w 2009 r. o ponad 2 proc. PKB, to jednocześnie obniżyło opodatkowanie pracy i sprzyjało wzrostowi zatrudnienia.
Obecne zapowiedzi w trzech czwartych dotyczą wzrostu wydatków socjalnych (500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura to łącznie 25-30 mld zł), a tylko w jednej czwartej zmniejszenia opodatkowania pracy (zwolnienia z PIT dla osób młodych oraz wzrost kosztów uzyskania przychodu – łącznie ok. 10 mld zł).
Poza ogłoszonymi w sobotę obietnicami, rząd PiS już wcześniej uchwalił na 2020 r. wzrost wydatków na zdrowie i armię o 0,27 proc. PKB, czyli ok. 5 ld zł. Razem z najnowszymi zapowiedziami daje to dodatkowe wydatki na poziomie 40-45 mld zł (prawie 2 proc. PKB).

Będzie coraz trudniej

Dobra koniunktura w ciągu ostatnich 3 lat ułatwiła wzrost ściągalności podatków, ukryte podwyżki podatków (brak zmiany progów podatkowych) i oszczędności (mrożenie wynagrodzeń w sektorze publicznym).
O ile jeszcze w tym roku możliwe będzie sfinansowanie wchodzących od połowy roku nowych wydatków bez zwiększenia zaplanowanego deficytu, to w 2020 r. sytuacja będzie już znacznie trudniejsza.
W czasie spowolnienia gospodarczego następny rząd będzie miał o wiele bardziej ograniczone pole manewru. Utrudnione będzie finansowanie nowych wydatków, ograniczona zostanie możliwość przeprowadzenia potrzebnych reform, jak np. reformy podatkowej.

Rakietowe interesy z Wielkim Bratem

Polska gospodarka będzie tracić na nadzwyczajnej uległości PiS-owskiej ekipy wobec wszelkich oczekiwań amerykańskich.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości zorganizował w Warszawie antyirańską konferencję w interesie Izraela.
Rząd PiS zorganizował ją na polecenie Stanów Zjednoczonych, choć w rzeczywistości przedstawiciele władz amerykańskich nie musieli nikogo z obecnej ekipy do tego namawiać.
Aktualny rząd aż się bowiem palił, by jakoś usłużyć zachodnim sojusznikom – i dał do zrozumienia, że wierzy w amerykańskie bajki o kontynuowaniu przez Iran zbrojeń nuklearnych.
Są one zaś taką samą bujdą, jak wcześniejsze amerykańskie fałszywki o posiadaniu broni masowego rażenia przez Irak, produkowane przez ekipę prezydenta Busha. Doprowadziły one do ataku USA na ten kraj – i zmieniły go w enklawę nędzy, terroru oraz fundamentalizmu islamskiego.

W ramach propagandy sukcesu

Przy okazji warszawskiej konferencji ogłoszono, że z pieniędzy polskich podatników wydanych zostanie ponad 414 mln dolarów na zakup amerykańskich wyrzutni rakietowych i pocisków do nich.
PiS-owska propaganda sukcesu, do uprawiania której odkomenderowano tzw. „media publiczne” (czyli działające za publiczne pieniądze w interesie obecnej ekipy) przedstawia ten zakup rakiet jako wielkie osiągnięcie – i sukces, który polski rząd uzyskał m.in. dlatego, że zgodził się na tę konferencję. To oczywista lipa.
Po pierwsze, obecny rząd nie tyle wyraził zgodę na zorganizowanie antyirańskiej konferencji w Warszawie lecz po cichu się o nią prosił, chcąc wykazać odpowiedni stopień wierności wobec oczekiwań prezydenta Trumpa i jego ludzi.
Po drugie zaś, zakup amerykańskich wyrzutni nie ma nic wspólnego z konferencją warszawską, bo kontrakt w tej sprawie uzgodniono już jesienią ubiegłego roku – o czym wie każdy, kto choć minimalnie interesuje się tematem polsko-amerykańskiej współpracy zbrojeniowej.

Głos „polityka” Adama Bielana

W związku z konferencją w Warszawie wypowiedział się także wicemarszałek Senatu Adam Bielan, żartobliwie niekiedy nazywany „politykiem”.
Otóż pan polityk-wicemarszałek stwierdził, że zorganizowanie konferencji w Warszawie oznacza ogromny prestiż (!) dla Polski. Oświadczył też stanowczo: „Iran musi się wycofać z programu zbrojeń”.
Źródła dobrze poinformowane twierdzą, że od razu po tej wypowiedzi pana wicemarszałka Bielana, w Iranie dały się zauważyć oznaki paniki.
Rzeczywiście, „polityk” całą gębą….

Zapłacimy za tę wierność

Wiernopoddańczość PiS-owskiej ekipy w stosunku do Stanów Zjednoczonych nie jest bynajmniej bezinteresowna. Ona będzie mieć swoją cenę, tyle, że paradoksalnie, nie zapłacą jej Amerykanie – lecz druga strona, czyli Polacy i polska gospodarka.
Ceną, jaką cała Polska zapłaci za PiS-owską wierność dla ekipy Donalda Trumpa, będzie utrata inwestycji, które mogłyby być zrealizowane w naszych zakładach zbrojeniowych. A także ograniczenie wielkości kontraktu przez stronę amerykańską (najprawdopodobniej dlatego, że USA nie chcą drażnić Rosji dozbrajaniem Polski).
Kontrakt na wyrzutnie i rakiety miał być większy o ponad jedną trzecią. Kupimy jednak mniej rakiet i wyrzutni niż nam obiecano w ubiegłym roku, gdyż Amerykanie doszli do logicznego wniosku, że skoro Polska robi bez proszenia konferencję w Warszawie oraz wszystko co oni chcą, to nie trzeba zabiegać o nasze względy – i można bez problemu obciąć kontrakt, piekąc przy okazji inną ważną pieczeń: zminimalizowanie reakcji Rosji na arenie międzynarodowej. Oczywiście ta kalkulacja władz USA okazała się jak najbardziej słuszna.
Identyczny mechanizm zadziałał przy okazji inwestycji, których w Polsce nie będzie. Nie powstaną, bo Stany Zjednoczone uznały, że i bez tego obecny polski rząd zrobi ochoczo wszystko, czego się od niego oczekuje. I oczywiście tu także USA mają rację.

Nie musimy niczego obiecywać

Co do inwestycji, to w przeszłości zwykle było tak – i tak właśnie działo się, gdy rządzili poprzednicy PiS z Platformy Obywatelskiej – że gdy Polska kupowała sprzęt wojskowy od USA, to uzyskiwała też tzw. offset.
Tak nazywano inwestycje w polskich fabrykach zbrojeniowych, towarzyszące importowi amerykańskiej broni. Przeważnie chodziło tu o wytwarzanie części i podzespołów, które eksportowaliśmy do USA.
Offset tworzył nowe miejsca pracy w Polsce i wpływał pozytywnie na nasz rozwój gospodarczy. Właśnie dzięki temu polski przemysł zbrojeniowy w jako takiej formie przetrwał do dziś.
Przy okazji zakupu wyrzutni HIMARS za 414 mln dol, o offsecie nie było mowy. Strona polska wolała zapewne o nim nie wspominać, aby nie doprowadzić do jakiejkolwiek negatywnej reakcji władz amerykańskich.
Poza tym, władze USA doskonale wiedziały, że Polska zrobi wszystko czego się od niej zechce i nie trzeba jej niczego obiecywać. Zrezygnowały więc z wszelkich dodatkowych zobowiązań, z łatwością uwalniając od ambarasu, jakim byłoby dla nich inwestowanie w polski przemysł zbrojeniowy.
Jest jeszcze jeden, ostatni, ale nie najmniej ważny powód, dla którego rząd PiS potulnie nawet słowem nie wspominał o offsecie.
Otóż Minister Obrony Mariusz Błaszczak, na którego spadłby trud rozmawiania o offsecie z Amerykanami, reprezentuje tak zwany „nurt intelektualny” w Prawie i Sprawiedliwości – i w związku z tym chodzą słuchy, że podobno nie za bardzo wie, co to jest ten offset. Tłumaczenie mu o co chodzi, musiałoby zaś zająć zbyt wiele czasu.

Wszystko po dobrej woli

Offsetu zatem nie będzie, a Amerykanie jak zwykle uzyskali od Polski wszystko czego chcieli. Tak samo, jak kiedyś uzyskiwali wszystko Rosjanie.
Tyle, że w relacjach Polski z Rosją istniał element przymusu, zaś dla USA obecny rząd robi wszystko po dobrej woli, byle tylko zachodni Wielki Brat był zadowolony.
Ktoś mógłby przy tej okazji zauważyć, że strona polska jest lekceważona przez ekipę Donalda Trumpa. To słuszna konstatacja, lecz trudno mieć w związku z tym pretensję do władz Stanów Zjednoczonych.
Tak już bowiem jest, że jeśli ktoś prosi się o to, żeby być lekceważony, to prędzej czy później na pewno będzie.

Bo do tanga…

Byłem zdecydowanym przeciwnikiem tworzenia Zjednoczonej Lewicy przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Mój wniosek postawiony na posiedzeniu Rady Krajowej SLD, aby Sojusz startował samodzielnie, przepadł w głosowaniu. Swoje wystąpienie zakończyłem zdaniem: „co będzie, jeśli Zjednoczona Lewica otrzyma 7,9 proc. głosów, a PiS dzięki temu uzyska możliwość samodzielnego rządzenia”. Pomyliłem się o mniej niż pół procenta.

Jak dobre wino

Po wyborach – jak to Polak po szkodzie – już prawie wszyscy w partii wiedzieli, że „związek partnerski” Millera z Palikotem był błędem. Dlatego kierownictwo partii zapowiedziało zaniechanie tego typu eksperymentów w przyszłości. Szyld SLD miał być obecny podczas każdych kolejnych wyborów.
W wielu powyborczych dyskusjach zwracałem uwagę, że partia może (i powinna) przechodzić przeobrażenia. Niemniej Sojusz Lewicy Demokratycznej, myśląc o powrocie do Sejmu, powinien przede wszystkim liczyć na swoje siły. Znany wszystkim wyborcom szyld SLD – plus liczne i dobrze zorganizowane struktury partii – będą najlepszym gwarantem sukcesu w następnych wyborach. „Bo SLD jest jak stare, dobre wino” – powtarzałem. Dojrzewające z wiekiem. I oczywiście czerwone…
Czy dzisiaj – na parę miesięcy przed kolejnymi wyborami – coś się zmieniło? Tak!

Bryza

Jeden ze znanych polityków przyrównał uprawianie polityki do surfowania. Gdy nad morzem zawieje wiatr. Gdy pojawi się fala. Można surfować. Nie ma jednak szans ten surfer, który chciałby płynąć pod prąd. Ani polityk.
Rok temu zamysł kierownictwa Sojuszu Lewicy Demokratycznej był jasny. Nie opowiadamy się po żadnej stronie POPiS-owej wojny Kaczyńskiego ze Schetyną. Chcemy iść własną polityczną drogą. Niektórzy nazywali ją „trzecią drogą”. Inni – lewicą społeczną. To miał być wyraźny sygnał dla wyborców. „Nie musicie wybierać pomiędzy PiS i PO” – powtarzał wielokrotnie przewodniczący Czarzasty.
Próbą stworzenia „trzeciej siły” były rozmowy z Polskim Stronnictwem Ludowym, prowadzone wiosną 2018 roku. I przymiarki do wspólnego startu w wyborach samorządowych. Zamówiony wówczas przez obie partie bardzo obszerny sondaż (na próbie 16 tysięcy respondentów) dał obiecujący wynik. Można było się spodziewać, że w wielu województwach taka koalicyjna lista do sejmiku dorównałaby poparciem obu głównym partiom. Ostatecznie jednak ludowcy nie zdecydowali się na wspólny start.
Przebieg wyborów samorządowych pokazał, że hipotetyczna „trzecia siła” i tak nie miałaby wielkich szans. Tak przynajmniej dzisiaj sądzę. Bo „morska bryza” miała inny kierunek.

Dwa bieguny

Sondaże, sondażami. Nawet najdroższe. I robione stuprocentowo rzetelnie. Ale nic tak dobrze nie oddaje oczekiwań wyborców, jak prawdziwe wybory. Wybory samorządowe pokazały postępującą polaryzację sceny politycznej. Na dwa obozy: PiS i antyPiS. Potwierdza to wiele moich koleżanek i kolegów startujących w ostatnich wyborach. To, jaki program mieli do zaoferowania kandydaci, okazało się dla bardzo wielu wyborców sprawą drugorzędną. Najważniejszym było, czy kandydat należy do „armii” PiS-u? Czy antyPiS-u?
Można oczywiście ubolewać, że decyzja o wyborze konkretnego kandydata lub kandydatki na prezydenta, burmistrza i radnego zapadała w oparciu o tak uproszczone kryteria. Ale trudno. W wyborach też obowiązuje zasada sklepowa: „klient ma zawsze rację”. Ostatecznie to wyborcy decydują o wyniku wyborów. Nie politycy.
Uważam, że jedną z najistotniejszych przyczyn słabego wyniku Sojuszu Lewicy Demokratycznej w niektórych regionach Polski była właśnie polaryzacja zapatrywań wyborców. I nie jestem w tym osądzie odosobniony. Dlatego z tamtych wyborów trzeba wyciągnąć wnioski. Żadnemu surferowi nie uda się płynąć pod prąd.

Za Unią

Gdy piszę te słowa, senatorowie debatują nad budżetem. Sejm już go przegłosował. Można niemal w 100 procentach założyć, że Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się na skrócenie kadencji parlamentu. Tak jak pisałem dwa tygodnie temu. A więc wybory do parlamentu europejskiego będą pierwszymi w tym roku. I staną się czymś w rodzaju prawyborów do parlamentu krajowego. Tak zresztą było cztery lata temu. Dobra kampania Andrzeja Dudy (i zła Bronisława Komorowskiego) oraz ostateczne zwycięstwo kandydata PiS-u miało olbrzymi wpływ na późniejszy sukces Zjednoczonej Prawicy w wyborach parlamentarnych.
Nie trzeba być utytułowanym spin-doktorem, aby przewidzieć, pod jakim hasłem będzie przebiegała kampania w wyborach europejskich. To będzie drugie referendum unijne. Wyborcy PiS-u będą tymi, którzy chcą wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Pozostali wyborcy – okażą się proeuropejskimi. Oczywiście politycy PiS-u będą się zarzekali, że nie planują żadnego „polexitu”. Już to robią. To bez znaczenia. Polityka rządzących – osłabiająca pozycję Polski w UE – jest faktem.
Dla wyborców idących do urn 26 maja nie będzie się liczyła żadna „trzecia siła”. Będzie głosował na PiS. Lub antyPiS. Za Unią. Lub przeciw.

Unia kontra Unia

Wybory europejskie będą trudnym orzechem do zgryzienia dla Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego długo zastanawiał się, czy nie skrócić kadencji Sejmu, by najpierw odbyły się wybory krajowe. Jeśli opozycji uda się stworzyć jednolity blok proeuropejski, PiS może te wybory przegrać. Bo zwolenników polskiej obecności w Unii Europejskiej jest cztery razy więcej niż eurosceptyków.
Czy cała antypisowska opozycja będzie w stanie stworzyć jedną listę skupiającą wszystkie siły proeuropejskie? Nawołuje do tego wielu polityków lewicy. „Taki szeroki blok, koalicja wyborcza w wyborach do Parlamentu Europejskiego, powinien po prostu nazywać się Europa” – twierdzi Włodzimierz Cimoszewicz. Mniejsza o nazwę. Wola porozumienia jest – również ze strony SLD. Problemy mogą pojawić się, gdy zacznie się rozmowa o szczegółach. Czyli listach. Bo w tych wyborach jest zaledwie 13 okręgów wyborczych. I tylko 52 mandaty do obsadzenia.
W Parlamencie Europejskim liczącym 705 europosłów (już bez Brytyjczyków) Polska będzie miała niespełna 7,5 proc. reprezentację. Jednakże bardzo ważnym jest, aby w tym gronie znalazło się jak najwięcej przedstawicieli i przedstawicielek sił proeuropejskich. Liczba eurosceptyków i nacjonalistów w Europie rośnie. Wielu z nich wystartuje w najbliższych wyborach. Nie możemy przyłożyć ręki do budowania antyeuropejskich frakcji w samym Europarlamencie. To kolejny argument z wspólnym startem.

Konwencja

Przed Sojuszem Lewicy Demokratycznej trudna decyzja o ewentualnej rezygnacji z samodzielnego startu w wyborach europejskich. I włączeniu się w budowę wspólnego bloku europejskiego. Trudna! Bo z takimi partiami jak Platforma Obywatelska i Nowoczesna zdecydowanie więcej nas dzieli niż łączy. A dla wielu ludzi lewicy ewentualna koalicja wyborcza z partią Grzegorza Schetyny może się okazać równie niezrozumiała, jak cztery lata temu tworzenie Zjednoczonej Lewicy z Januszem Palikotem.
Na początku lutego odbędzie się Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To wówczas zapadnie wiążąca decyzja dotycząca startu SLD w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Według mojego rozeznania i opinii wielu działaczy, z którymi rozmawiałem, Konwencja prawdopodobnie zaakceptuje zamiar tworzenia wspólnej koalicji proeuropejskiej.
Co na to druga strona? W tym najważniejszy ewentualny koalicjant – Platforma Obywatelska. Rozmowy trwają. Oni też z pewnością mają kłopot. Jak wytłumaczyć swoim wyborcom dogadywanie się z „postkomunistami”.

Może sami?

Jak powiedział Włodzimierz Czarzasty, jeśli wysiłki zmierzające do stworzenia wspólnej koalicji proeuropejskiej spełzną na niczym, Sojusz Lewicy Demokratycznej może wystartować samodzielnie. A konkretnie, w ramach koalicji SLD – Lewica Razem, sprawdzonej już dwa razy w wyborach samorządowych. W wyborach europejskich próg wyborczy dla koalicji jest taki sam jak dla komitetu partyjnego – 5 proc. A więc powtórka ze Zjednoczonej Lewicy nam nie grozi. Co wówczas?
Jestem zdania, że taka formuła startu powinna być ostatecznością. Polaryzacja sceny politycznej może okazać w tych wyborach zdecydowanie silniejsza niż w wyborach samorządowych. I oznaczać utratę jakiejś części poparcia z 6,7 proc. uzyskanego przez koalicję SLD – Lewica Razem w wyborach samorządowych.
Rozważając start lewicy pod szyldem SLD – Lewica Razem, pamiętajmy o najważniejszym tegorocznym zadaniu. Powrocie lewicy do Sejmu. Słaby wynik w wyborach europejskich – poniżej wyniku z wyborów samorządowych – może plany powrotu Sojuszu Lewicy Demokratycznej do Sejmu zniweczyć.

Partia Biedronia

Nie sposób nie wspomnieć o inicjatywie Roberta Biedronia. Dysponującego niezwykłym wsparciem części mediów. Jeśli policzylibyśmy ilość godzin spędzonych w studiu telewizyjnym, na przykład TVN, przez przewodniczącego największej partii pozaparlamentarnej i świeżo upieczonego kandydata na szefa nieistniejącej jeszcze partii, to… Ta proporcja miałaby się jak 1 do 100.
Wypromowana przez media – mimo polaryzacji – partia Biedronia ma szansę na przekroczenie progu w wyborach europejskich. Będzie bowiem dla wielu wyborców pachniała nowością. Moim zdaniem, Biedroń jest w stanie przekonać do siebie 7-8 proc. wyborców. Odbierze głosy przede wszystkim Platformie Obywatelskiej i Nowoczesnej. Ale Sojuszowi Lewicy Demokratycznej również – nie łudźmy się.
Rozważając samodzielny start SLD lub w ramach szerszej koalicji proeuropejskiej nie sposób nie zauważyć nowej siły politycznej – konkurencyjnej dla SLD. Dlaczego nie dogadacie się z Biedroniem – pytają mnie działacze. Odpowiedź jest oczywista dla każdego pragmatyka politycznego. Mimo gładkich słów i uśmiechów, Robert Biedroń nie zdecyduje się na siadanie przy jednym stole z działaczami swojej byłej partii. Bo wówczas ten „zapach nowości” natychmiast by się ulotnił.

Bo do tanga

Wielokrotnie na łamach Trybuny pisałem o celowości startu SLD pod własnym lewicowym szyldem. Dlaczego dzisiaj – na cztery miesiące przed wyborami europejskimi – uważam inaczej? Starałem się to wytłumaczyć. Że tegorocznego „wyborczego tanga” nie da się zatańczyć w pojedynkę.

Flaczki tygodnia

W Sejmie RP odśpiewano święta. I Pan Marszałek Marek Kuchciński może już zamknąć ten stresujący go gmach na klucz. Bo jeszcze tylko w przyszłym tygodniu poobiaduje sobie tam Senat RP, zwany Izbą Dumania. Ale nikt tam opozycyjnych ekscesów nie przewiduje. Pogadają senatorowie o tym co Sejm uchwalił. Krótko, bo nie ma też wiele o czym gadać. I potem w tym roku więcej już gadania w Sejmie RP nie będzie.

 

***

Następne posiedzenie Sejmu pan Marszałek wyznaczył dopiero na 16,17,18 stycznia 2019 roku. A kolejne na 20,21, 22 lutego 2019 roku.

 

***

Idą święta, polski parlament zapada w sen zimowy. Władza i opozycja jeszcze w przyszłym tygodniu przypomni nam o swoim istnieniu. A potem będzie Wigilia, potem pierwszy, drugi dzień świat. Potem Nowy Rok i po nim laba aż do Trzech Króli. Dni wolne dla społeczeństwa od bieżącej polityki. Nie zakłóci ich nawet prezydenckie noworoczne orędzie wygłoszone w przerwach pomiędzy narciarskimi szusami Pierwszego Obywatela.

 

***

W Sejmie RP odśpiewano święta, ale nie rozpoczęto najważniejszej debaty. Nad corocznym deficytem budżetowym. Zwanym „budżetem państwa”.
Ów deficytowy budżet miał być w zeszłym tygodniu procedowany, ale pan Marszałek wykreślił taka debatę z porządku obrad. W tym roku zapewne taka debata się nie będzie, bo zestresowany pan Marszałek nie zwoła nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu w tej sprawie.

 

***

Zatem Sejm RP deficyt budżetowy na rok 2019 uchwalić może już po rozpoczęciu roku budżetowego. Zdarzało się tak już wcześniej, ale taki stan nigdy nie świadczył o dobrym stanie parlamentu lub naszej gospodarki. Czemu teraz polski parlament nie zdążył z uchwaleniem ustawy budżetowej? Nie rozpoczął nawet debatowania?

 

***

Miał do tego znakomite warunki. Rząd przyjął projekt budżetu na rok 2019 jeszcze w sierpniu 2018. Chwalił się rząd zaplanowanym niskim poziomem deficytu. Chwalił się przewidywanym wysokim wzrostem gospodarczym, rzędu nawet 3,8 procent. Zaiste tak zaplanowanym deficytem budżetowym nie można się wstydzić.

 

***

Nie ma też przeszkód, aby nie przegłosować ustawy budżetowej w parlamencie. Partia pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego dysponuje wystarczającą większością głosów w Sejmie i Senacie RP. Co przecież ostatnie, piątkowe głosowania nad wotum nieufności dla pana premiera Morawickiego potwierdziło. Czasu na debatę budżetową też nie brakowało. Można było przynajmniej rozpocząć procedowanie i debatować przynajmniej do najbliższego czwartku.

 

***

Sejm tej kadencji, Sejm zdominowany przez prawicę z PiS, dowiódł już, że potrafi każdą ustawę przegłosować. W bardzo krótkim czasie. I jeśli pan prezes Kaczyński zadecyduje, że trzeba przegłosować ustawę budżetową na styczniowym posiedzeniu Sejmu RP, to większość PiS przegłosuje ją. Może nawet pobije kolejny rekord szybkości w przegłosowywaniu ustaw.

 

***

Ale jeśli pan prezes Kaczyński zadecyduje, że Sejm RP ustawy budżetowej nie przegłosuje, to nie zostanie ona przedstawiona panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie do podpisu. I wtedy pan prezydent może zarządzić skrócenie kadencji Sejmu RP.

 

***

Może tak uczynić, nie dlatego, żeby ukarać Sejm za to, że Wysoka Izba pozbawiła go jego ulubionego zajęcia, czyli podpisywania ustaw.

 

***

Uczyni tak kierując się, tym razem, Konstytucją RP. Artykułem 225.
A on stanowi: „Jeżeli w ciągu 4 miesięcy od dnia przedłożenia Sejmu projektu ustawy budżetowej nie zostanie ona przedstawiona Prezydentowi Rzeczypospolitej do podpisu, Prezydent Rzeczpospolitej może w ciągu 14 dni zarządzić skrócenie kadencji Sejmu.”
Ten Artykuł trzeba czytać z Artykułem 222, który stanowi: „Rada Ministrów przedkłada Sejmowi najpóźniej na 3 miesiące przed rozpoczęciem roku budżetowego projekt ustawy budżetowej na rok następny. W wyjątkowych przypadkach możliwe jest późniejsze przedłożenie projektu.”
To oznacza, że jeśli Sejm RP nie uchwali budżetu do końca stycznia 2019, to pan prezydent może skrócić kadencję Sejmu i zarządzić przedterminowe wybory parlamentarne.

 

***

Wtedy wybory parlamentarne mogą się odbyć już w marcu 2019 roku, a nie w październiku 2019 roku.

 

***

Co na takim przyśpieszeniu zyskuje rządzący PiS? Na pewno wygrywa te wybory. Sondaże dają mu zdecydowaną większość. Czy wygrana da mu samodzielne rządy, to już zależy od stanu opozycji i jej wyników wyborczych.

 

***

Na razie opozycja nie jest gotowa do zbudowania jednego, ani nawet dwóch, antyPiSowskich bloków wyborczych. Ale decyzja o przyśpieszonych wyborach może takie zjednoczenie opozycji radykalnie przyśpieszyć.
PiS-owi pozostaje jeszcze konstruktywna opozycja, czyli Kukiz15. To ugrupowania może się rozpaść w najbliższych miesiącach. Szybsze wybory leża w interesie tego ugrupowania. I jeśli jego politycy zostaną znowu wybrani do Sejmu, to mogą być w następnej kadencji koalicjantami zwycięskiego PiS.

 

***

Partia pana prezesa Kaczyńskiego ma największe poparcie przedwyborcze. Ale po ogłoszeniu podwyżki cen energii elektrycznej może ono zacząć spadać. Może też im poparcie spadać w efekcie ujawnianych afer gospodarczych i licznych przypadków nepotyzmu. Rośnie w Polsce niezadowolenie wywołane niskimi płacami. Zapewne kierownictwo PiS ma swoje, poufne sondaże opinii prognozujące ich przyszłe poparcie.

 

***

Odkładając uchwalenie ustawy budżetowej pan prezes Kaczyński dał sobie do ręki narzędzie do zorganizowania przyśpieszonych wyborów parlamentarnych. Ogłaszając długie wakacje polityczne zapewne pracuje teraz nad przygotowaniem szybkich wyborów.

 

***

Czy w przyszłym roku obudzimy się w gorączce przyśpieszonych wyborów – o tym znowu zadecyduje pan prezes.

 

***

Wesołych Świąt !