Sąd Najwyższy przeciw „dezubekizacji”

Sąd Najwyższy nie pozostawił suchej nitki na jednym ze sztandarowych projektów PiS. Automatyczne obniżenie emerytur wszystkich pracowników służb PRL zostało porównane do praktyk odpowiedzialności zbiorowej, stosowanych przez państwa totalitarne. Teraz sądy mają rozpatrywać każdy przypadek indywidualnie.

– Państwo jest uprawnione do rozliczania się z reżimem. Jednak przed sądem powszechnym staje konkretny człowiek. Na tle ustawy dezubekizacyjnej powstał problem prawny, czy ustawodawca chce oceniać czyny jednostki, czy też chce odpowiedzialności zbiorowej – czytał uzasadnienie wyroku sędzia Józef Iwulski. – Należałeś do danej instytucji, to cię karzemy. Cześć świadczeń osoby pokrzywdzone nabyły już jednak w wolnej Polsce. Czy więc można je zrównywać z osobami, które działały w reżimie i łamały prawa człowieka? To nie jest zgodne z preambułą konstytucji. My nie możemy działać jak państwo totalitarne, które nie daje człowiekowi prawo do sprawiedliwego sądu.

Każda sprawa oceniana osobno

Sprawa tzw. dezubekizacji (pisaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”, dlaczego jest to określenie głęboko zwodnicze i ukierunkowane na budzenie negatywnych skojarzeń opinii publicznej) trafiła do Sądu Najwyższego w listopadzie 2019 r. Białostocki Sąd Apelacyjny zadał SN pytanie: czy jeśli emeryt mundurowy walczy o przywrócenie emerytury przed sądem, to z jakich przesłanek należy wychodzić, rozpatrując sprawę? Czy należy przyjąć wyłącznie kryterium ogólne, czyli „pełnienie służby na rzecz państwa totalitarnego”, czy też powinno się przyjmować, że każdą sprawę traktuje się indywidualnie?

Politycy PiS chcieli wariantu pierwszego – z bardzo nielicznymi wyjątkami np. dla funkcjonariuszy, którzy potrafili udowodnić, że po cichu wspierali opozycję czy Kościół. Ale Izba Pracy Sądu Najwyższego nie miał wątpliwości. Każdemu przypadkowi należy przyjrzeć się osobno i zdecydować, czy ta konkretna osoba, a nie abstrakcyjny „system”, łamała prawa i wolności człowieka. I to strona, która odpowiada za wypłatę świadczeń będzie musiała wykazać, dlaczego w przypadku konkretnego człowieka chce je odebrać.

Ustawa krwią pisana

Emeryci mundurowi mówili o ustawie jako o „pisanej krwią”. Niebezpodstawnie – za jej sprawą 39 tys. byłym pracownikom służb PRL obniżono emerytury i renty. Cięto nawet renty, które przysługiwały małżonkom i dzieciom funkcjonariuszy poległych na służbie. Nie robiono wyjątków dla nikogo – ani dla tych, którzy przepracowali na feralnym stanowisku bardzo krótki czas, ani dla tych, którzy pracowali np. w charakterze telefonistek, sekretarek czy kierowców. Jak zbrodniarzy potraktowano ludzi, których już raz pozytywnie zweryfikowano, dopuszczając do pracy w policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, Straży Granicznej czy Biurze Ochrony Rządu w III RP.

Poziom życia tysięcy ludzi, którzy pracowali niegdyś dla Polski – jedynej, jaka była – uległ drastycznemu pogorszeniu. Kilkadziesiąt osób popełniło samobójstwo.

Dramatycznie ucierpiała również wiarygodność państwa polskiego, które ustawą dezubekizacyjną jednym ruchem przekreśliło własne zobowiązania wobec konkretnej grupy ludzi. Zwracali na to od dawna uwagę politycy Lewicy.

– Skandal całej tej sytuacji polega na tym, że dzisiaj zabierze się jednej grupie społecznej prawa nabyte, jutro zabierze się sędziom, pojutrze prokuratorom, a popojutrze wszystkim tym, którzy są, według partii rządzącej, nielojalni, agresywni, walczący o rzeczy, które partia rządząca nie uważa za ważne. To jest zła droga – mówił ongiś wicemarszałek Sejmu, przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty..

Również rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar opowiadał się za indywidualnym badaniem postępowania każdego byłego funkcjonariusza.

Wskazówka dla innych sądów

W Trybunale Konstytucyjnym ustawa „dezubekizacyjna” leży od dwóch i pół roku. Tajemnicą poliszynela jest, dlaczego prezes TK Julia Przyłębska odkłada kolejne posiedzenia w tej sprawie. To, które miało odbyć się w ubiegły piątek, też zostało przeniesione – na październik.

Jeszcze w dniu ogłoszenia wyroku SN prokurator wnioskował o prokurator wniósł o odroczenie sprawy do czasu rozstrzygnięcia podobnej kwestii przez Trybunał Konstytucyjny. Wniosek został odrzucony.

– Z uwagi na autorytet Sądu Najwyższego, z uwagi na fakt, że sprawą zajmuje się skład 7-osobowy, należy spodziewać się, że inne sądy będą kierowały się wykładnią Sądu Najwyższego – stwierdził jeszcze przed ogłoszeniem wyroku Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego Sądu Najwyższego.

W uzasadnieniu wyroku padły również inne ważne konstatacje. Choćby ta, że państwo demokratyczne ma prawo rozliczać się z niedemokratyczną przeszłością, ale droga ostrych rozliczeń i prób naprawiania krzywd po latach jest tylko jedną z możliwości. Ocenianie przeszłości, powiedział sędzia Bohdan Bieniek, „powoduje silne linie podziału od strony etycznej, społecznej, ideologicznej czy wręcz politycznej”. Powstaje uzasadniona wątpliwość, czy na gruncie samego tylko prawa można w ogóle takie wielkie historyczne spory rozstrzygać.

Powyborcze żale

To że Sąd Najwyższy uzna wynik wyborów prezydenckich było wiadomo w momencie gdy porównało się liczbę protestów z różnicą głosów oddanych w drugiej turze na obydwu kandydatów.

Gdyby nawet Sąd uznał za zasadne wszystkie spośród 5 847 protestów, to i tak nie zrównoważyłoby 422 385 głosów, które Rafałowi Trzaskowskiemu brakowało do zwycięstwa – argumentuje umiejący liczyć szewc Fabisiak. Takie są realia z którymi jednak nie chce się zgodzić Platforma Obywatelska, której poniekąd zrozumiała nerwowość przejawia się w nieprzemyślanych i wzajemnie ze sobą sprzecznych reakcjach. Z jednej strony składa ona protest kwestionujący wynik wyborów, z drugiej zaś uznaje ich ważność. Świadczy o tym m .in. to, że Trzaskowski spotkał się z Dudą, choć – jak łatwo było przewidzieć – spotkanie to nie przyniosło żadnych widocznych rezultatów. Obydwaj panowie wymienili się poglądami co równie dobrze mogli uczynić przy pomocy sms-ów ewentualnie poczty elektronicznej.

Kiedy szewc Fabisiak dowiedział się, że Platforma zgłosiła protest kwestionujący wynik wyborów zadał sobie pytanie czy to samo by uczyniła gdyby to jej kandydat wygrał wybory. Podważanie korzystnego dla siebie wyniku byłoby jednak ośmieszającym tę formację objawem paranoi. Jednak podobnie paranoidalnym wydaje się być platformiany protest. PO podnosi zarzut niekonstytucyjności wyborów, tendencyjnej propagandy w telewizji ponoć publicznej czy też zaangażowania rządu w promowanie konkurencyjnego kandydata. Wszystko to jest prawdą tyle, że było o tym wiadomo przynajmniej już po pierwszej rundzie. Skoro Platforma uznała wybory za niekonstytucyjne, to biorąc w nich udział sama złamała konstytucję – wnioskuje szewc Fabisiak. Gdyby była konsekwentna, to powinna zbojkotować drugą turę. Oddanie wyborów walkowerem byłoby jednak wyjątkową głupotą a skoro tak, to głupotą jest również wysuwanie argumentu o niekonstytucyjności. Reguły gry, choć oparte na nierównych szansach, były bowiem wiadome i skoro w tej nierównej grze wzięło się udział, to teraz nie ma sensu biadolenie nad przysłowiowym rozlanym mlekiem – uważa szewc Fabisiak. Ponadto Platforma dała się wpuścić w wariant mecenasa Giertycha, niegdysiejszego faworyta wpływowego toruńskiego księdza a obecnie sprzymierzeńca PO, który optował za unieważnieniem wyborów w przypadku zwycięstwa Andrzeja Dudy.

Również pozostałe argumenty Platformy, skądinąd merytorycznie słuszne, nie dają podstawy prawnej do unieważnienia wyniku wyborów. Prawo nie zabrania bowiem premierowi tudzież jego ministrom rozdawania czeków czy też obiecywania wozów strażackich akurat podczas kampanii. Może to być sprzeczne z poczuciem przyzwoitości ale niestety nie z prawem. Zastrzeżenia co do działalności TVP wydają się być bardziej zasadne. Istotnie, pisowska telewizja prowadziła nachalną kampanię promując jednego i równocześnie gnojąc innego kandydata. Powstaje jednak pytanie o wpływ telewizyjnej propagandy na wyniki głosowania. Czy ludzie zmienili swoje polityczne preferencje pod wpływem tej propagandy czy też jedynie umocniła ona ich w poczuciu trafnego wyboru? – pyta szewc Fabisiak. I ma w tym temacie pewne wątpliwości. Uważa, że traktowanie telewizyjnych oglądaczy jak jakiejś ciemnej masy bezkrytycznie wierzącej w to co się jej wciska z ekranu jest interpretacją dosyć prymitywną. Ponadto niektórym bardziej wrażliwym telewidzom serwowane na okrągło obrazki wrzeszczącego Dudę mogłyby odebrać chęć oddania nań głosu.

Skoro Sąd Najwyższy uznał ważność wyborów, to Platformie nie pozostało nic innego jak kwestionowanie kompetencji samego sądu. Poseł Michał Szczerba argumentuje, iż uchwałę Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych nie można uznać za stanowisko Sądu Najwyższego jako że izba ta została ustanowiona z naruszeniem prawa. Święta prawda, lecz o tym wiedziano na długo przed wyborami do których kandydaci przystąpili z pełną tego faktu świadomością. Wylewając wiadro wody na rozpalone głowy platformerskich polityków szewc Fabisiak nie może pominąć okazji aby nie przyładować Rafałowi Trzaskowskiemu. Kiedy w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego jego uczestniczka Wanda Traczyk-Stawska mówiła o tym, że w powstaniu walczyli też komuniści, to Trzaskowski pryncypialnie zareagował w stylu tępego antykomunizmu psiocząc na mroczne czasy komuny, która nie pozwalała mówić o powstaniu. Nie wdając się w historyczne dywagacje szewc Fabisiak pragnie jedynie Rafała Trzaskowskiego poinformować, że Plac Wareckich został przemianowany na Plac Powstańców Warszawy właśnie za czasów owej komuny i znajduje się w centrum miasta, którego pan Trzaskowski jest prezydentem.

Platforma Obywatelska nie ma jednak monopolu na powyborcze biadolenie. Dotyczy to także Szymona Hołowni, który czyni to jednak w jeszcze bardziej bezsensownym stylu. Otóż twierdzi on, że Jarosław Kaczyński umożliwił podmiankę platformowego kandydata, ponieważ przestraszył się, że on Szymon Hołownia mógłby wygrać drugą turę wyborczą. A przestraszył się dlatego, że dowiedział się, iż jego Szymona Hołowni ruch ma już biura w 17 miastach. A jak powszechnie wiadomo to właśnie przy pomocy takich biur wygrywa się wybory czego nie jest świadomy ani PiS ani PO choć też posiadają struktury terenowe. Za to wie o tym doskonale Szymon Hołownia.

Sąd Najwyższy czy Inkwizycja?

Bohatera skandalizującej publikacji „Gazety Wyborczej” Kamila Zaradkiewicza podmieniono na byłego dyrektora głównemu punktu odniesienia katolickich fundamentalistów – instytutu Ordo Iuris.

Po tym, gdy Zaradkiewicz złożył rezygnację, prezydent Andrzej Duda mianował na stanowisko pełniącego obowiązki prezesa Sądu Najwyższego Aleksandra Stępkowskiego. Z deszczu pod rynnę – zakrzyknęło wielu komentatorów wcześniej oburzonych wyborem Zaradkiewicza.

Profesor

Absolwent wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, od 2001 roku doktor, od 2011 nawet habilitowany, później profesor nadzwyczajny. Naukowiec jak się patrzy. Tak, zaopatrzony w stopnie i wykształcony Stępkowski zostaje w 2013 roku prezesem fundacji Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, trwał na tym stanowisku dwa lata. Najwyraźniej sprawdził się znakomicie, gdyż rok później, w listopadzie 2016 roku znów objął to stanowisko na kolejnych 12 miesięcy.

W przerwie jednakowoż nie próżnował. W listopadzie 2015 roku został powołany na stanowisko podsekretarza stanu w ministerstwie Spraw Zagranicznych za czasów Witolda „San Escobar” Waszczykowskiego. Był odpowiedzialny za sprawy prawne traktatowe oraz za prawa człowieka. Ze stanowisko odwołano go w sierpniu rok później. „Gazeta Wyborcza” spekulowała wówczas, że była to kara za pomysł sprowadzenia do Polski Komisji Weneckiej, która zamiast pochwalić PiS lub sformułować neutralne stanowisko wobec działań w obszarze sądownictwa (jak się spodziewał inicjator lub inicjatorzy), skrytykowała władze.

Izba Kontroli

Gdy PiS, zabrawszy się za dewastację sądownictwa, doszedł w swych staraniach do Sądu Najwyższego Aleksander Stępkowski zgłosił w 2018 roku swoją kandydaturę na sędziego Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN w pierwszym naborze ogłoszonym przez urządzoną już przez PiS Krajową Radę Sądownictwa. O wycofanie się z kandydowania apelowali m.in. do niego w liście otwartym profesorowie i wykładowcy Wydziału Prawa i Administracji UW.

Dotąd może nie odegrał jakiejś wiodącej roli w polityce, ale widać, ze nadszedł jego czas. Stępkowski jest zwolennikiem całkowitego zakazu aborcji oraz zajadłym przeciwnikiem „ideologii gender” i autorem książki na temat tzw. „obrony życia poczętego” oraz autorem ważnej rozprawy w tomiku fundamentalistycznych esejów pod zgoła niezaskakującym tytułem Dyktatura gender. Warto dodać, że w swoich poglądach nie jest osamotniony w SN. Jest bowiem już drugim, obok Krzysztofa Wiaka, przedstawicielem tej organizacji w Sądzie Najwyższym.

A skrajny konserwatyzm Ordo Iuris to już stały punkt odniesienia polskiej prawicy. Przypomnijmy kilka głośnych spraw, w których w ostatnich latach głos zabierali prawnicy organizacji.

Zakaz mowy nienawiści to indoktrynacja

W styczniu ubiegłego roku najpierw prezydent Wrocławia Jacek Sutryk, a po nim Rafał Trzaskowski w Warszawie zaapelowali do dyrektorów szkół, aby zorganizowali lekcje wychowawcze dotyczące mowy nienawiści. – Nienawiść ma niszczycielskie skutki. A wszystko zaczyna się od słów. Dlatego w warszawskich szkołach jeszcze przed feriami zostaną przeprowadzone lekcje na temat tego, jak reagować i przeciwdziałać mowie nienawiści – zapowiadał Trzaskowski.

Ordo Iuris wspólnie ze działaczką antyaborcyjną Kają Godek z miejsca zaczął apelować do rodziców, by zwolnili dzieci z takich lekcji. W internecie był nawet rozpowszechniany specjalny formularz, za pomocą którego rodzic miał żądać, by szkoła każdorazowo uprzedzała o zamiarze prowadzenia lekcji na temat mowy nienawiści i zawsze uzyskiwała zgodę rodzica.

– Poważne wątpliwości budzą opublikowane w Internecie materiały, które mają być wykorzystywane podczas zajęć na ten temat. Określają one bowiem dyskryminowane grupy społeczne na podstawie kryteriów ideologicznych. Stwierdza się w nich, że dyskryminacja miałaby dotyczyć zwykle m.in. feministek, czy osób prowadzących homoseksualny styl życia – grzmiał prezes Instytutu Jerzy Kwaśniewski. W jego przekonaniu pod lekcjami tolerancji i szacunku kryła się… skrajnie lewicowa indoktrynacja.

Zabezpieczenie szkół

Przed startem roku szkolnego 2019/2020 Ordo Iuris przygotował na nowy rok szkolny broszurkę dla rodziców „Jak powstrzymać wulgarną edukację seksualną w szkole”. Prezes Instytutu, komentując jej zadania, mówił o „zabezpieczeniu szkół” – w terminologii fundamentalistów, przed demoralizacją młodzieży. Organizacje liberalne i zajmujące się edukacją mówiły raczej o blokowaniu nowoczesnej, będącej standardem w Europie, dostosowanej do wieku edukacji seksualnej.

Jak podawała wówczas Gazeta Wyborcza, w ciągu ostatnich dwóch lat Ordo Iuris, któremu funduszy nie brakuje, kontrolował niemal 700 szkół pod kątem „demoralizacji dzieci”. Gdy wykryje takie „zagrożenie”, zgłasza sprawę kuratorom. We wspomnianym poradniku sugeruje się zwiększoną aktywność rodziców w tropieniu i przeciwdziałaniu edukacji seksualnej. Gotowe są instrukcje, jak sprzeciwiać się dodatkowym zajęciom dotyczącym antykoncepcji i zapobiegania chorobom przenoszonym drogą płciową. Rodzice, według zamierzeń Ordo Iuris, działać mają poprzez rady rodziców i trójki klasowe, poprzez które mogą protestować przeciwko zajęciom, z których założeniami się nie zgadzają.

Aktywność i naciski Ordo Iuris przynoszą już rezultaty: władze stolicy nie będą finansowały dodatkowych zajęć z edukacji seksualnej. Mazowiecka kurator oświaty wysłała list do rodziców, ostrzegający przed edukacją seksualną „poza przyjętymi standardami prawnymi”, cokolwiek to oznacza.

Władza, nie odpowiedzialność

Skrajnie ideologiczny w pojęciu Ordo Iuris był również projekt kodeksu rodzinnego, złożony w sierpniu 2018 r. przez odchodzącego z funkcji Rzecznika Praw Dziecka Marka Michalaka. Tym razem nie poszło o demoralizowanie nieletnich.

W kodeksie zapisana jest instytucja „władzy rodzicielskiej”, a ogólna wymowa koncentruje się na prawach i obowiązkach rodziców w zakresie opieki i wychowania swoich dzieci. W propozycji Marka Michalaka wyrażenie „władza rodzicielska” zostało zastąpione pojęciem „rodzicielskiej odpowiedzialności” i chyba to najbardziej zabolało konserwatystów.
„Takie rozwiązania obniżają autonomię rodziny i autorytet rodziców poprzez m.in. umożliwienie dzieciom toczenia sporów przed organami państwowymi. To stawia pod znakiem zapytania możliwość efektywnego wykonywania przez rodziców ich praw i obowiązków opiekuńczo-wychowawczych” – dowodził instytut.

Marek Michalak mógł sobie tłumaczyć, że chodzi o upodmiotowienie dzieci i wzmocnienie ich ochrony. „Dobro rodziny i dobro dziecka to nierozłączne pojęcia. Nie można w pełni zrealizować dobra dziecka nie realizując dobra rodziny i odwrotnie. Biorąc to wszystko pod uwagę wydaje się, że rewolucja prawna przygotowana przez ustępującego Rzecznika Praw Dziecka ma na celu nie tyle upodmiotowienie najmłodszych członków społeczeństwa, co zniszczenie tradycyjnego modelu rodziny poprzez wprowadzenie w stosunki łączące jej członków silnej interwencji czynników państwowych. Przyjęcie projektowanych regulacjo oznaczałoby wywieranie silnej presji na rodziny, w kierunku kształtowania przez nie stosunków z dziećmi – zwłaszcza w sferze wychowania – zgodnie z obowiązującymi ideologiami, kryjącymi się pod pozorem stosunków społeczno-prawnych” – pisał jeden z ekspertów Ordo Iuris.

***

Na koniec warto odnotować, że rząd i prezydent kompletnie przestali się już przejmować przepisami prawa i postawili chyba na zupełną wolną amerykankę, którą realizują bezpośrednio lub przez swoich klakierów. Już sama nominacja Stępkowskiego na sędziego SN budziła mnóstwo wątpliwości, gdyż Duda powołał go wbrew orzeczeniu Naczelnego Sądu Administracyjnego, który wstrzymał powołania do SN. Zaś Krajowa Rada Sądownictwa wskazała go, choć nie było pewności, czy spełnił wymogi formalne, bo sędzią SN może zostać osoba, która posiada wyłącznie polskie obywatelstwo, a Stępkowski miał również obywatelstwo brytyjskie i nie było pewne, czy udało mu się go zrzec.

Sąd sądem, a sprawiedliwość ma być po naszej stronie

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości przejmują Sąd Najwyższy bo chcą zapewnić sobie bezkarność, jeśli po ewentualnej zmianie władzy będą musieli stanąć przed sądem.
Wielu polskich sędziów protestuje przeciw działaniom Kamila Zaradkiewicza, mianowanego na pełniącego obowiązki I prezesa Sądu Najwyższego. Stowarzyszenie Sędziów Iustitia wskazuje, że Polska pogrążona jest obecnie w chaosie wyborczym. W niedzielę 10 maja „odbyły się” wybory na urząd prezydenta RP, które się w rzeczywistości nie odbyły.
Również w Sądzie Najwyższym odbywają się wybory na kandydatów na I Prezesa SN, które trudno jest nazwać wyborami. Zawiaduje nimi pan dr hab. Kamil Zaradkiewicz, co do którego od lipca 2019 r. podejmowane są czynności dyscyplinarne. Warto zauważyć, że nie ma on za sobą aplikacji sędziowskiej, nigdy nie był więc prawdziwym sędzią – a „sędzią” został w 2018 r., z racji zajmowanego stanowiska, wtedy gdy PiS-owska władza skierowała go do Sądu Najwyższego.
Nie przeszkadzało to oczywiście prezydentowi Andrzejowi Dudzie w posłusznym powołaniu p. Zaradkiewicza na stanowisko wykonującego obowiązki I prezesa SN na podstawie tzw. ustawy kagańcowej (która w opinii wielu prawników jest sprzeczna z Konstytucją).
„Pan Zaradkiewicz wprowadził do Sądu Najwyższego najgorsze sejmowe zwyczaje. Niczym polityk odrzucił wniosek o przyjęcie regulaminu obrad, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Podejmuje również działania, aby jednoosobowo zdecydować o ważności głosowania” – wskazuje prezes Iustitii Krystian Markiewicz.
Jeszcze niedawno Kamil Zaradkiewicz zdejmował ze ściany portrety I prezesów Sądu Najwyższego z czasów PRL – a zaraz potem prowadził obrady tak, jakby cofnął się w czasie do tamtych lat.
Iustitia stwierdza, że stanowczo sprzeciwia się skandalicznym zachowaniom i decyzjom podejmowanym przez prowadzącego Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN pana Kamila Zaradkiewicza – i opisuje te przypadki, które psują kulturę prawną i pogłębiają chaos prawny w naszym kraju. Oto one:
Odrzucenie wniosku o przyjęcie regulaminu obrad – pan Zaradkiewicz odrzucił bez jakiegokolwiek uzasadnienia wniosek o przyjęcie regulaminu porządku obrad. Takie działanie sprawiło, że przez dwa dni obrad nie wybrano nawet komisji skrutacyjnej. Są to zachowania znane nam ze świata obecnej polityki parlamentarnej, a nie ze świata prawa i władzy sądowniczej, w którym operują sędziowie.
Odrzucenie wniosku o wyłączenie z obrad osób nielegalnie powołanych przez neo-Krajową Radę Sądownictwa i prezydenta Dudę. Pan Kamil Zaradkiewicz tym samym naruszył postanowienie Trybunału Sprawiedliwości UE z kwietnia 2020 r., które zakwestionowało uprawnienia sędziowskie tych osób. Tylko bowiem niezależni sędziowie – a nie nominaci ekipy rządzącej – mogą wybierać spośród niezależnych sędziów I Prezesa SN.
Zakwestionowanie uchwały Komisji o braku wyboru komisji skrutacyjnej. Pan Kamil Zaradkiewicz arbitralnie zakwestionował uchwałę Komisji, która stwierdziła, że w trzecim głosowaniu nie wybrano komisji skrutacyjnej. Takie działanie może wypełniać znamiona przestępstwa nadużycia władzy z art. 231 k.k., a jeśli w oparciu o nie dojdzie do prowadzenia i zakończenia Zgromadzenia udokumentowanego protokołem, będzie mogło to wypełniać znamiona przestępstwa fałszu intelektualnego z art. 271 k.k.
Iustitia, stowarzyszenie zrzeszające około 4 tys. polskich sędziów, apeluje więc do pana K. Zaradkiewicza o poszanowanie reguł i zasad działania SN, instytucji mającej ponad 100 lat. Do pozostałych neo-sędziów: o zachowanie zgodne z sędziowskim ślubowaniem. Natomiast do polityków obozu rządzącego o powstrzymanie się od dalszego łamania reguł demokratycznego państwa prawa. Sędziowie oczekują postępowania zgodnie z ładem wyrażonym w Konstytucji, a nie wolą zapisaną w jakimś partyjnym porozumieniu dwóch posłów.
Stowarzyszenie sprzeciwia się manipulowaniu prawem, potęgowaniu stanu niepewności i nieprzejrzystości zarówno w odniesieniu do wyborów na I prezesa Sądu Najwyższego, jak i prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Jednocześnie zapewnia, że dołoży wszelkich starań, aby każdy, kto przyczynia się do zamachu na konstytucyjny organ, jakim jest Sąd Najwyższy i I Prezes Sądu Najwyższego, stanął przed obliczem sprawiedliwości i odpowiedział za swoje czyny. Obowiązek doprowadzenia do ukarania winnych spoczywa na całym prawniczym środowisku w naszym kraju.
Warto tu dodać, iż PiS-owscy prominenci dobrze wiedzą, że gdy w Polsce dojdzie do zmiany władzy, grozi im sąd za ich nielegalne poczynania. Dlatego stosują zasadę Władysława Gomułki: „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” – i chcą przejąć Sąd Najwyższy, by w ostatniej instancji zapewnić sobie bezkarność i wyroki uniewinniające.

Bezbrzeżna pogarda władzy

– W tej chwili w parlamencie nie dyskutuje się poszczególnych poprawek, tylko wszystko leci w pakietach. To ułatwia zaszywanie w nich niedemokratycznych rozwiązań – mówi Ewa Łętowska, profesor nauk prawnych, w latach 2002-2011 sędzia Trybunału Konstytucyjnego, w rozmowie z Maciejem Wiśniowskim (Strajk.eu).

Jaki był grzech pierworodny zbliżających się wyborów prezydenckich?

Jeżeli mówić o grzechu pierworodnym, to musielibyśmy się cofnąć co najmniej o rok, kiedy zaczęto grzebać w Kodeksie Wyborczym. Ale nie idźmy aż tak daleko. Wydarzenia gwałtownie przyspieszyły właśnie teraz.
Gdy wybuchła epidemia, tłem konfliktu stała się możliwość przeprowadzenia wyborów jako zdarzenia masowego, ułatwiającego transmisję wirusa z jednej strony, a zaleceniami sanitarnymi mówiącymi o konieczności izolacji ludzi z drugiej. Otóż z przyczyn politycznych, których nie chcę już teraz komentować – są przecież szeroko znane – mamy nadciągające wybory, w których szanse urzędującego prezydenta na reelekcje są bardzo wysokie.

Zastanawiająca jest ta wysoka pozycja urzędującego prezydenta.

Wobec jakiegokolwiek kryzysu władza autorytarna  zawsze ma poparcie ludzi, którzy się po prostu boją i chcą, żeby władza wszystko ogarniała. A zatem kandydat urzędujący ma większe szanse. Natomiast z powodu nieuchronnego kryzysu gospodarczego, ale jeszcze większego z powodu nieudolnej walki ze skutkami epidemii i  jej chaotycznością (polska specjalność)  za czas jakiś będziemy mieli z pewnością do czynienia z kryzysem władzy. I to się obróci przeciwko rządzącym, przeciwko  establishmentowi. Szanse Andrzeja  Dudy wówczas zmaleją. Dlatego establishment tak prze do wyborów prezydenckich teraz, ponieważ liczy na to, że w pierwszym rzucie, w majowych wyborach urzędujący prezydent uzyska dobry wynik.

To polityka i jej uwarunkowania. A prawo?

Patrząc na to od strony prawnej, mamy do czynienia ze stanem nadzwyczajnym, chociażby ze względu na obostrzenia, które nas dotykają, a które są typowe dla stanu klęski żywiołowej. Jednak stany nadzwyczajne, regulowane w Konstytucji, mają tę cechę szczególną, że w czasie ich istnienia nie odbywają się żadne wybory. Kadencja ciał, które są wybierane, ulega stosownemu przedłużeniu. Tak samo byłoby z wyborami prezydenckimi. Ale przełożenie w czasie jest niedogodne politycznie, o czym wspominałam, stąd parcie na majowy termin, który zbiega się z wysokim zagrożeniem sanitarno-epidemiologicznym. To jest tło tych wszystkich nerwowych ruchów i bardzo niedobrych z punktu widzenia legislacyjnego posunięć. Seria zdarzeń wokół prawa wyborczego byłaby wręcz komiczna, gdyby nie była jednym wielkim skandalem.

To mocne sformułowanie.

Dokonuje się  nagłych, fragmentarycznych zmian w prawie wyborczym bez właściwych procedur. One nakazują we właściwym czasie przedstawienie projektu, odbycie zasady kilku czytań, przedyskutowanie sprawy, mówiąc krótko, potrzeba czasu i spokojnego namysłu. A u nas się wszystko robi na chybcika, na kolanie, bardzo często w przyspieszanym głosowaniu pod osłoną nocy i pod presją czasu. Na dodatek zaszywa się w proponowanych projektach ustaw bardzo poważne zmiany w przepisach pakietowych, dotyczących innych spraw.

Ale może nadzwyczajna sytuacja wymaga nadzwyczajnych rozwiązań?

Nie, ponieważ te pakiety  służą moralnemu szantażowi. W jakimś pakiecie są umieszczone sprawy poświęcone ratowaniu słabnącej gospodarki na skutek epidemii, a jednocześnie zaszywa się w nim niekonstytucyjną, bardzo złą zmianę prawa wyborczego. Wtedy szantażuje się opozycję i ewentualnych krytyków takim oto tokiem rozumowania: „jesteście przeciwko ratowaniu gospodarki, skoro jesteście przeciwko temu pakietowi”. Proszę zwrócić uwagę –w tej chwili w parlamencie nie dyskutuje się poszczególnych poprawek, tylko wszystko leci w pakietach. To ułatwia zaszywanie w nich niedemokratycznych rozwiązań. Takie jajo  z niespodzianką.

Ale jest jeszcze Senat, w którym można temu się dokładnie przyjrzeć. Czy tam wykorzystuje się tę szansę?

W tej chwili w Senacie (Senat wykorzystuje swoją ustawową prerogatywę i dyskutuje uważnie ten projekt) nadrabiają to, czego nie zrobiono w Sejmie: robi się przesłuchania, zamawia ekspertyzy. I ujawniają się na skutek tego różne tajemnice związane z tymi wyborami.

Na przykład dotyczące rzekomo bezpiecznych wyborów korespondencyjnych. To okazało się nieprawdą. Bo nieprawdą jest, że te wybory zostały tak uregulowane, żeby zapewnić brak kontaktu między listonoszem a adresatem przesyłki. Mają one polegać na doręczaniu pakietów wyborczych poprzez wrzucanie do skrzynek  anonimowych przesyłek i owszem, to zapewnia brak kontaktów, ale jednocześnie  w systemie prawnym wisi nieuchylony przepis Kodeksu Wyborczego, który wymaga, by przy głosowaniu korespondencyjnym kwitować imiennie pobranie tego pakietu. Czyli gdzieś teoretycznie powinien nastąpić między listonoszem a wyborcą kontakt bezpośredni. Lub na poczcie, jeżeli listonosz zostawi awizo. Wynika z tego, że to bezpieczeństwo, o którym propaganda tak wiele mówi jako o motywie powszechnie wprowadzonego modelu pocztowego, po prostu nie istnieje. A wszystko poprzez niechlujstwo ustawodawcze.  Albo zatem kontakt wyborcy z listonoszem (więc nie ma bezpieczeństwa sanitarnego), albo brak kontaktu i wtedy każde doręczenie jest wadliwe i będzie podstawą do protestu wyborczego.

I jest coś równie ważnego. Podczas prac nad projektem ustawy, które toczą się w Senacie, wezwano na przesłuchania przedstawiciela związku zawodowego listonoszy. Ten związkowiec powiedział (mało kto na to zwrócił uwagę, ale ja owszem), że te pakiety wyborcze wrzuca się tak, jak druki reklamowe, czyli bez nawet zaadresowania imiennego do skrzynek, a na liście z PESEL-ami odhacza się fakt wrzucenia.

A skąd Poczta Polska ma tę listę numerów PESEL?

W mojej ocenie, listę PESEL Poczta Polska uzyskała z naruszeniem przepisów prawa, ponieważ listy wyborcze, zawierające inne dane i umożliwiają pełniejsza nad tym kontrolę, mają  organy samorządowe. One odmówiły wydania tych list…

Słusznie?

Jak najbardziej, ponieważ wszystkie ewentualnie wydane obecnie dyspozycje, dotyczące wydania, kwestii drukowania kart, dysponowania tymi kartami i rozsyłania ich gdziekolwiek odbywają się bez jakiejkolwiek prawnej podstawy.

Jak to?

Podstawa spoczywa w tej chwili w Senacie i jest jeszcze nieuchwalona. To już nie jest jedynie dezynwoltura ustawodawcza, to jest autokracja folwarczna. Z tym właśnie mamy do czynienia.

Czy ktoś powinien za to ponieść odpowiedzialność?

Oczywiście, że tak. Jeżeli ktokolwiek podejmuje decyzje, na podstawie których następuje wypłata pieniędzy publicznych, to musi mieć prawną podstawę. Nie jest usprawiedliwieniem, że kazał tak robić zwierzchnik. Jeżeli wykonawca nie weźmie na piśmie dyspozycji od zwierzchnika, to oczywiste jest, że będzie za to odpowiadał. Bo inaczej to jest absolutnie bezprawna działalność. Dlatego zresztą w którymś z pakietach  zmian prawa pozaszywano przepisy zwalniające urzędników od odpowiedzialności. No i nie byłoby to wszystko możliwe, gdyby wcześniej nie zadbano o ręczne sterowanie prokuraturą.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że jest jakaś gra do jednej, w danym wypadku obywatela, bramki.

Jestem wyborcą, coś ode mnie zatem zależy. Niedużo, ale jednak. Cała ta sytuacja pokazuje bezbrzeżną pogardę, jaką okazuje mi władza jako wyborcy i obywatelowi. To, co jest kośćcem prawa czyli Konstytucja, jest kompletnie lekceważone. Kompletnie się nie liczę jako partner umowy, którą ze mną zawarto uchwalając Konstytucję czy inne ustawy. Jedna strona umowy po prostu prawo łamie.

To się kłóci z elementarną zasadą podmiotowości obywatela w społeczeństwie. Powiem szczerze, że: „nie na to żeśmy się umawiali”.

Sytuacja rzeczywiście wygląda patowo, więc dużych możliwości ruchu nie mamy.

Społeczeństwo  obywatelskie  musi Polskę sobie na nowo budować. Bo na bazie tego, co myśmy do tej pory konstruowali okazało się, że wszystko zostało kompletnie zlekceważone, zasady wyrzucone przez jedną stronę na śmietnik, a my, czyli obywatele, mamy ich jednak przestrzegać.

Czy to, o czym Pani Profesor mówi, to jest podstawa do wezwania do jakiejś formy obywatelskiego nieposłuszeństwa?

To każdy musi to rozstrzygać we własnym sumieniu. Dostrzegam bardzo wiele elementów takiego działania oddolnego. To Owsiak i jego WOŚP, która wspomagała niewydolną służbę zdrowia. Różne NGO’sy robią to, czego państwo nie umie lub dać nie chce. Ludzie zaczynają sobie zakładać obywatelskie media, organizują różne działania i to jest właśnie forma obywatelskiego nieposłuszeństwa, sprzeciwu wobec sposobu funkcjonowania państwa.

Trudno chyba mówić w takiej sytuacji  o wyborach czteroprzymiotnikowych.

Naruszany jest każdy z przymiotników wyborczych. Powszechność? Całe grupy wyborców pozbawione są możliwości głosowania.  Cała Polonia i ludzie przebywający w różnych formach odosobnienia. Równość? Ci, którzy kandydują, nie mają równych możliwości organizowania sobie kampanii wyborczej. Nieprawda, że każdy może sobie organizować kampanię. Może, tylko czy uda mu się z tym dopchać do mediów?  A poza tym – przy tej dystrybucji kart do głosowania, ci, którzy mieszkają nie tam, gdzie są zameldowani, będą pominięci. Bezpośredniość? W wyborach bezpośrednich wybiera wyborca i miedzy nim a aktem wyboru pośrednika nie ma. A tutaj między wyborcą i ostatecznym policzeniem głosów jest taki łańcuch, że nie ma żadnych gwarancji, czy nie włączy się w to jakiś elektor-uzurpator. I to on wykorzysta czyjś pakiet.  Tajność? Nie ma jej, bo nie o to chodzi, że są oddzielne karty na poświadczenie i na kartę wyborczą. Chodzi o gwarancje obiegu dokumentów wyborczych. Doszliśmy do stanu, że do każdego przymiotnika nie ma żadnych gwarancji. Nie o to chodzi, czy ktoś naprawdę fałszuje wybory, tylko to, że są ku temu realne ogromne możliwości.   Już chyba lepiej byłoby te karty drukować sobie z internetu lub dostarczać z gazetami. Taki sam poziom  powagi, zabezpieczenia i gwarancji.

Ale przyzna Pani, że wszyscy bez wyjątku aktorzy tego spektaklu nie są w stanie udźwignąć swoich ról. Opozycja miota się w swych deklaracjach, nie wie czego chce…

Ja chcę uniknąć mówienia kto jest cacy, a kto jest be. Powiem jedno: teatr polityki wymaga pewnej powagi, traktowania na serio własnej roli. Nie można co pięć minut mówić czego innego, raz rozszerzać wybory korespondencyjne, raz znosić i znów przywracać, wyłączać kompetencje PKW i oddawać je  jakiemuś ministrowi. Ale nie można również mówić czegoś takiego, co ja słyszałam od marszałka Terleckiego. Otóż on,  komentując perspektywy  jakiegoś  głosowania w sejmie powiedział o tym lekceważąco, że „może komuś się zatnie komputer albo wyłączą światło”. To ja najmocniej przepraszam, jeżeli organ tego parlamentu tak lekko traktuje akt, który jest emanacją woli tego ciała, to jakie ja mam gwarancje, że inaczej traktuje swoją rolę podczas kierowania pracami parlamentu? To jest niepoważne. A brak powagi skutkuje brakiem zaufania. Ja nie mam zaufania, ono zostało zniszczone w sposób całkowity.

Powstaje fundamentalne pytanie: bojkotować czy nie?

Proponuję nie używać słowa „bojkot”. To nie jest dobre słowo w odniesieniu do aktu wyborczego. To nie jest gra na nosie, ani w podchody . To jest bardzo poważna sprawa, kiedy człowiek musi podjąć decyzję: czy jeszcze chce uwierzytelniać tę farsę swoja własną obecnością,  czy też wierząc, że jednak nie będzie cudów nad urną, chce grać (celowo używam tego słowa) na obniżenie szans jednego z kandydatów. To kwestia decyzji: czy się wybiera zasady, czy pragmatyzm.

Przed moimi oczami rozgrywa się spektakl, który jest złym spektaklem. Ten spektakl budzi moją niechęć. Jeżeli jestem na złych przedstawieniach i koncertach, to po prostu z nich wychodzę.

Jeszcze nie rozmawialiśmy o Sądzie Najwyższym i jego ewentualnej roli w tym spektaklu…

A to jest bardzo ciekawe pytanie, bo seria tych nieszczęśliwych posunięć legislacyjnych doprowadziła do tego, że w miejsce Izby Pracy i Spraw Publicznych, która dawniej tym się zajmowała, w tej chwili oceną wyborów zajmie się nowopowstała Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. To izba nowa,  w stosunku do której istnieje wiele zastrzeżeń związanych ze sposobem rekrutacji, otrzymania rekomendacji dla sędziów, którzy tam zasiadają. Na tej Izbie cieniem legło uzyskanie rekomendacji z neo-KRS, która jest organem powołanym i  pracującym wadliwie.

Zastanawia się Pani, jak się zachowają sędziowie tej Izby, gdy dojdzie do oceny wyborów?

Bywały w historii takie wypadki, że ktoś, kto miał problemy ze swoja prawomocnością, w godzinie próby dźwigał się na szczyty swoich możliwości moralnych i zawodowych. Są tego przykłady w literaturze. Myślę, że tam jest wielu dobrych, bardzo dobrych prawników, których kariery miałam okazje śledzić czasami z bardzo bliska. Uczestniczyłam przecież w procesach kwalifikacyjnych, pisałam recenzje ich prac. Ceniłam walory intelektualne tych ludzi. Tyle tylko, że wtedy oceniałam poziom intelektualny. Nie oceniałam charakteru, poziomu odpowiedzialności, odporności na to, z czym oni się w tej chwili stykają i umiejętności zareagowania na ewentualne błędy, które ich w życiu spotkały. Ale tego, czy i jak przejawią te cechy, dowiemy się już niedługo. To jest jak w Piśmie Świętym: po owocach ich poznacie.

To dobra pointa.

PiS uderza w demokrację i praworządność

Trybunał Konstytucyjny, działając jak część aparatu władzy Prawa i Sprawiedliwości, bezprawnie zdecydował o tym, co wolno i czego nie wolno czynić Sądowi Najwyższemu.

Pod propagandową przykrywką zmagań z koronawirusem, ekipa z Prawa i Sprawiedliwości dokonała kolejnego zamachu na demokrację i praworządność w Polsce. Uderzenia dokonał Trybunał Konstytucyjny, przejęty przez nominatów z PiS. Można by powiedzieć, że Trybunal Konstytucyjny spełnia oczekiwania PiS-owskiej władzy – ale trafniejsze byłoby stwierdzenie, iż TK dziś po prostu sam jest jednym z organów PiS-owskiej władzy.
Tak więc, Trybunał Konstytucyjny, działając jako część władzy PiS, uznał w tym tygodniu, że to oczywiście władza PiS ma prawo zatwierdzać lub odrzucać rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego. Innymi słowy – że to partia powinna w Polsce decydować o wyrokach, a nie jakieś niby niezależne sądy (Sąd Najwyższy jeszcze nie został w pełni przejęty przez Prawo i Sprawiedliwość, więc wciąż może wpływać na to, że wyroki polskich sądów nie zawsze będą zgodne z oczekiwaniami obecnej ekipy).
Trybunał Konstytucyjny w swym orzeczeniu stwierdził, że niezgodna z Konstytucją i prawem międzynarodowym jest uchwała Sądu Najwyższego stanowiąca, iż wyroki wydawane z udziałem sędziów, w których powoływaniu uczestniczyła obecna Krajowa Rada Sądownictwa, mogą być podważone w kolejnej instancji.
To orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego jest epokowe. Uznawanie, iż rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego mogą być bezprawne i nie obowiązujące, stanowi bowiem krok milowy do wyjścia Polski z Unii Europejskiej, gdzie nie ma miejsca dla państw, w których nie panują rządy prawa. Najpierw zaś, za sprawą obecnego orzeczenia TK nastąpi bardzo znaczne zmniejszenie pomocy, otrzymywanej przez Polskę od UE – co znacznie ułatwi PiS-owi przekonywanie ludzi, że Unia nie jest nam do niczego potrzebna.

Wrogowie wolności

Sąd Najwyższy w styczniu tego roku (działając w rozszerzonym składzie, z sędziami trzech izb SN) przyjął uchwałę, że wyroki wydawane przez sądy z udziałem sędziów, w których powoływaniu uczestniczyła obecna Krajowa Rada Sądownictwa (czyli przejęta przez PiS), mogą być podważone w kolejnej instancji – z powodu zarzutu niewłaściwej lub sprzecznej z prawem obsady składu orzekającego tych sądów.
Ta styczniowa uchwała Sądu Najwyższego stanowiła realizację wcześniejszego orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Oba te najwyższe i w Unii, i w Polsce organy wymiaru sprawiedliwości uznały bowiem, że istnieje niebezpieczeństwo, iż sędzia powołany z udziałem Krajowej Rady Sądownictwa obsadzonej przez obecną ekipę rządzącą, może nie być niezawisły w swoich decyzjach. To zaś może także – choć nie musi – oznaczać, że wyda wyrok taki, jakiego sobie życzy obecna ekipa rządząca, a nie wyrok, który będzie sprawiedliwy.
Jest to sprzeczne z istotą sądownictwa, które, jak stwierdza polska Konstytucja, jest władzą odrębną i niezależną od innych władz, a sędziowie są niezawiśli (art. 173 i 177 Konstytucji).
O tym, że sędziowie są niezawiśli i bezstronni stanowi również Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej, do przestrzegania której zobowiązała się Polska.
Tak więc, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz Sąd Najwyższy bronią polskiej Konstytucji oraz unijnych i po prostu ogólnoludzkich praw podstawowych – natomiast ekipa rządząca Prawa i Sprawiedliwości łamie Konstytucję i wszystkie te prawa.
Ci którzy łamią Konstytucję i prawo, łamią zaś także praworządność i demokrację – i w ten sposób pozbawiają Polaków wolności, czyniąc ich sobie podległymi. PiS-owskim prominentom warto zasugerować, że należy nieco mitygować totalitarne zapędy. Niech nie zapominają o osiemnastowiecznej, ale wciąż żywej zasadzie: „Nie ma wolności dla wrogów wolności”.

Na drodze do dyktatury

W łamaniu praworządności, demokracji i wolności przeszkadzają instytucje Unii Europejskiej – i właśnie chcąc się pozbyć tej przeszkody, liderzy Prawa i Sprawiedliwości dążą do wyprowadzenia naszego kraju z Unii.
PiS-owska ekipa już wkrótce po styczniowym orzeczeniu Sądu Najwyższego rozpoczęła kolejny atak na praworządność i demokrację. PiS-owska marszałek Sejmu stwierdziła – niezgodnie z prawdą – że w wyniku styczniowej uchwały SN nastąpił spór kompetencyjny pomiędzy Sądem Najwyższym i Sejmem. Wystąpiła wiec z wnioskiem o rozstrzygnięcie tego sporu do Trybunału Konstytucyjnego, przejętego już przez PiS. Prezes Rady Ministrów, działając z nią wspólnie i w porozumieniu, wystąpił zaś do TK o zbadanie konstytucyjności przepisów, na mocy których Sąd Najwyższy podjął swą uchwałę.
W rzeczywistości, nie ma i nie było żadnego sporu kompetencyjnego między Sejmem a Sądem Najwyższym, co stwierdził sam Sąd Najwyższy. Mimo to jednak Trybunał Konstytucyjny jeszcze w styczniu br. uznał, niezgodnie z prawem, że spór kompetencyjny istnieje, a do czasu jego rozstrzygnięcia wstrzymane zostaje wykonywanie wspomnianej uchwały Sądu Najwyższego, mówiącej iż wyroki wydane przez sąd z udziałem sędziów, w których powoływaniu uczestniczyła obecna Krajowa Rada Sądownictwa, mogą być podważone w kolejnej instancji z powodu zarzutu niewłaściwej lub sprzecznej z prawem obsady składu orzekającego. TK zakazał też Sądowi Najwyższemu podejmowania jakichkolwiek uchwał dotyczących Krajowej Rady Sądownictwa czy prawidłowości powołań sędziowskich.
Tak więc, TK działając jako część aparatu władzy Prawa i Sprawiedliwości, bezprawnie zdecydował o tym, co wolno i czego nie wolno czynić Sądowi Najwyższemu (formalnie przecież niezależnemu i niezawisłemu od innych wladz).
Teraz zaś Trybunał Konstytucyjny orzekł, że styczniowa uchwała Sądu Najwyższego, dotycząca sędziów powołanych z udziałem obecnej Krajowej Rady Sądownictwa, jest sprzeczna z Konstytucją i prawem międzynarodowym – a więc nie wolno jej stosować na zawsze.

Nam wszystko wolno

Może nieco dziwić, dlaczego Trybunał Konstytucyjny, będący przecież – choćby z nazwy – również sądem, tak chętnie podjął się roli organu PiS-owskiej władzy, opresyjnej wobec niezależnego i niezawisłego sądownictwa w Polsce.
To zdziwienie jednak mija, gdy uświadomimy sobie, że ekipa rządząca z Prawa i Sprawiedliwości odkomenderowała do TK swych oddanych ludzi, dobrze wiedzących, co mają robić, oraz w ogóle nie będących sędziami – czyli takich, którym obce mogą być zasady niezależności i niezawisłości sędziowskiej.
Wyrok Trybunału Konstytucyjnego mówiący o tym, iż styczniowa uchwała Sądu Najwyższego dotycząca sędziów powołanych z udziałem obecnej, PiS-owskiej Krajowej Rady Sądownictwa jest jakoby (jakoby – czyli zdaniem Trybunału, który nie miał uprawnień, by wydawać jakiekolwiek orzeczenie w tej sprawie) niezgodna z Konstytucją, odczytał oraz uzasadnił PiS-owski nominat Stanisław Piotrowicz.
W rzeczywistości „sędzia” Trybunału S. Piotrowicz nigdy wcześniej nie był sędzią – lecz prokuratorem, oskarżającym opozycjonistów w stanie wojennym, a także zasłużonym członkiem egzekutywy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Prokuraturze Wojewódzkiej w Krośnie. Komunistyczny, partyjny prokurator oskarżający opozycjonistów w stanie wojennym, to widocznie według prominentów Prawa i Sprawiedliwości, dobry materiał na wykonawcę poleceń obecnej władzy.
Sędzią sprawozdawcą w tej sprawie była zaś Krystyna Pawłowicz, także skierowana do TK przez PiS. Wcześniej nie pracowała ona jako sędzia, a jej kariera również zaczęła się w komunistycznej Polsce, czyli w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. W tym „niesłusznym” ustroju działała ona w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich. To poniekąd łączy ją z Julią Przyłębską, prezes PiS-owskiego Trybunału Konstytucyjnego, która także była działaczką Socjalistycznego Związku Studentów Polskich.
Wszystko to nie stanowi broń Boże żadnych pretensji wobec wszelkich wymienianych tutaj osób, a także wobec żadnych innych członków obecnego Trybunału Konstytucyjnego, robiących kariery „za komuny”. Przeciwnie, pokazuje jak świadomie ekipa z Prawa i Sprawiedliwości obsadza ważne stanowiska, troszcząc się o to, by byli na tych stanowiskach ludzie, dający rękojmię odgadywania i spełniania oczekiwań obecnej ekipy.
Prominenci Prawa i Sprawiedliwości doskonale przecież znają – i konsekwentnie stosują – zasadę Włodzimierza Lenina, że „Kadry decydują o wszystkim”. Oraz jego drugą zasadę, jeszcze ważniejszą: „Nasz kodeks moralny jest absolutnie nowy. (…) nam wszystko wolno”.

Apel o wykonanie wyroku

Mimo robienia przez rządzących dobrej miny do złej gry, doskonale oni wiedzą, że wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej jest niekorzystny dla Prawa i Sprawiedliwości.

Wyrok przyznaje Sądowi Najwyższemu kompetencję zbadania prawomocności funkcjonowania Krajowej Rady Sądownictwa i Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.
A ponieważ SN nie został przejęty przez PiS, więc rośnie liczba organizacji pozarządowych, wzywających władzę do wykonania wyroku TSUE.
„W związku z ogłoszonym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu ws. KRS i Izby Dyscyplinarnej, podkreślamy, że pełne wykonanie orzeczenia jest obowiązkiem wszystkich władz Rzeczypospolitej Polskiej. Wskazujemy, że państwo członkowskie UE, które nie przestrzega standardów dotyczących niezawisłości sądów krajowych nie może uczestniczyć w ponadnarodowej integracji europejskiej. Trybunał Sprawiedliwości uważa bowiem niezawisłość sędziowską za element wartości praworządności w rozumieniu art. 2 TUE, która jest nieodzowna dla funkcjonowania systemu prawnego Unii Europejskiej, a także do tego, by inne państwa członkowskie i instytucje unijne miały zaufanie do polskich sądów i do polskiego systemu sądowniczego.
Jeżeli wyrok TSUE nie zostanie zrealizowany szybko i w zgodzie ze standardami europejskimi, zasadą pewności prawa, a także z poszanowaniem praw obywateli, którzy pokładali zaufanie w polskim systemie sądownictwa, to nieuchronnie dojdzie do bezprecedensowego chaosu w systemie prawnym. Orzeczenia polskich sądów nie będą przede wszystkim korzystać z zasady wzajemnego zaufania i uznawania w innych państwach członkowskich UE.
Wskazujemy na to, że na prezesach sądów, sędziach, a także na ustawodawcy, KRS i pozostałych władzach państwowych ciąży ogromna odpowiedzialność, by w jak najszybszym czasie wykonać wyrok TSUE, by zagwarantować bezpieczeństwo prawne wszystkich obywateli UE” – stwierdza niedawny apel szeregu organizacji.
Są to między innymi: Amnesty International Polska, Fundacja im. S. Batorego, Forum Obywatelskiego Rozwoju, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Instytut Prawa i Społeczeństwa, Ogólnopolskie Stowarzyszenie Sędziów Sądów Administracyjnych, Forum Współpracy Sędziów, Stowarzyszenie im. prof. Zbigniewa Hołdy, Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex Super Omnia”, Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, Stowarzyszenie Sędziów „Themis”, Stowarzyszenie Wolne Sądy.
Wszystkie te organizacje niejednokrotnie krytykowały Prawo i Sprawiedliwość za naruszanie standardów praworządności. Teraz będą powtarzać swój apel, co stawia rządzących w niezręcznej sytuacji. Ale to przede wszystkim od Sądu Najwyższego będzie zależeć, co dalej. Należy oczekiwać, że niezwłocznie zajmie się on zbadaniem prawomocności działania KRS i Izby Dyscyplinarnej SN.

Pożegnanie z PiS-owską władzą nad sądami

Obecna Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego przestanie istnieć, a Krajowa Rada Sądownictwa będzie musiała zostać powołana na nowych zasadach. Trudno wyobrazić sobie inne konsekwencje wyroku TSUE.

Znaczna (szczególnie ta najbardziej niechętna wobec obecnej władzy) część środowiska sędziowskiego triumfuje po wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Orzekł on, iż to Sąd Najwyższy ostatecznie rozstrzygnie, czy Izba Dyscyplinarna SN może być uznana za niezależny i niezawisły sąd. Także Sąd Najwyższy oceni, czy Krajowa Rada Sądownictwa daje wystarczające gwarancje niezależności od organów władzy ustawodawczej i wykonawczej.

PiS strzelił samobója

Orzeczenie TSUE to bolesny cios dla obecnej ekipy. Sąd Najwyższy nie został dotychczas przejęty przez Prawo i Sprawiedliwość, toteż można się spodziewać, jakie będą jego wyroki w sprawie KRS oraz Izby Dyscyplinarnej.
Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” przypomina zatem, że w wypadku, gdyby Sąd Najwyższy uznał wadliwość powołania i funkcjonowania nowej Krajowej Rady Sądownictwa, niezbędne będzie podjęcie kroków w celu wybrania nowej KRS zgodnie z prawem unijnym.
Sędziowie apelują zatem do polityków o ułatwienia dla Polaków, poszkodowanych aktywnością partyjnych prawników.
Jak wielokrotnie podnosiło stowarzyszenie „Iustitia”, Krajowa Rada Sądownictwa, w której 23 spośród 25 członków powołali politycy, może nie spełniać warunków niezależności od władzy politycznej. Jeżeli Sąd Najwyższy, kierując się zaleceniami TSUE, stwierdzi, że nie jest ona organem niezależnym, może to oznaczać chaos prawny dla tysięcy obywateli polskich, gdyż przy udziale KRS powołano nie tylko sędziów Izby Dyscyplinarnej, ale również około 300 sędziów sądów powszechnych. Sędziowie ci od czasu powołania wydali tysiące wyroków.
W rezultacie „Iustitia” stwierdza: ponad 70 000 postępowań może zostać uznanych za wadliwe. Konieczne będzie zatem zapewnienie obywatelom skutecznej procedury wznowienia postępowań. Wygląda na to, że PiS, obejmując władzę nad Krajową Radą Sądownictwa, strzeliło sobie bramkę samobójczą.

A nie mówiliśmy?

– Jako stowarzyszenie „Iustitia” podkreślaliśmy od początku skutki błędów w odwoływaniu dotychczasowych i powoływaniu nowych członków KRS, a także Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Byliśmy z tego tytułu hejtowani w rządowych mediach oraz stawiani przed oblicze rzecznika dyscyplinarnego. W obliczu wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej najważniejsze jest uchronienie obywateli przed katastrofą prawną. Kilkuset tysiącom Polaków grozi anulowanie ich wyroków oraz fundamentalne pozbawienie poczucia sprawiedliwości. Ci, którzy rozpętali ten chaos, powinni natychmiast go naprawić. Apeluję o to do rządzących polityków. Tutaj nie chodzi o to, jak odbiorą to Wasi wyborcy. Tu chodzi o coś więcej: o stabilność Polski, o bezpieczeństwo zwykłych obywateli. Wasze samopoczucie w ministerstwach w Warszawie powinno być teraz na ostatnim miejscu . Macie obowiązek respektować wyrok TSUE i wydany na jego podstawie wyrok SN. Nie potrafiliście naprawić sytuacji w polskim wymiarze sprawiedliwości, o co prosimy od lat. Teraz mamy gotowe rozwiązanie, jak ustrzec zwykłych ludzi przed szkodliwością Waszych działań – stwierdził prof. Krystian Markiewicz, prezes SSP “Iustitia”.
Jakie to rozwiązanie? Otóż, jak wskazują sędziowie, dla ważności wszystkich postępowań sądowych niezbędne będzie w pierwszej kolejności odpolitycznienie procesu nominacyjnego sędziów.
„W tym celu, aby być w zgodzie w wyrokiem TSUE konieczne jest powołanie nowej KRS, spełniającej wymogi dla państwa praworządnego. Członkowie będący sędziami powinni być wybierani w powszechnych wyborach przez sędziów, a nie przez polityków” – stwierdza „Iustitia”. Tu akurat stowarzyszenie sędziów się pośpieszyło, bo to przecież Sąd Najwyższy ma ocenić, czy będzie trzeba powołać nową Krajową Radę Sądownictwa (i jak należałoby to zrobić).
„Iustitia” postuluje, by w celu zapobieżenia chaosowi prawnemu, do czasu wydania przez Sąd Najwyższy orzeczenia w oparciu o wyrok TSUE, sędziowie i kandydaci na sędziów nie zgłaszali się do konkursów na stanowiska sędziowskie, a jeśli się już zgłosili w celu objęcia stanowiska, niezwłoczne wycofali się.

Słyszała osoba?

„Iustitia” apeluje też do osób powołanych na stanowiska sędziowskie przy udziale upolitycznionej KRS („Iustitia” odmawia im tytułu sędziowskiego, uznając je jedynie za „osoby”) aby wstrzymali się z orzekaniem; a do sędziów „właściwych”, tych dobrze powołanych – aby nie orzekali w składach z takimi „osobami”, do czasu rozstrzygnięcia przez Sąd Najwyższy, jaki jest status ustrojowy tychże osób.
Podobnie, „Iustitia” apeluje do sędziów sądów dyscyplinarnych o wstrzymanie się z orzekaniem do czasu rozstrzygnięcia przez Sąd Najwyższy kwestii statusu „osób” zasiadających w Izbie Dyscyplinarnej SN.
Do instytucji pełniącej dotąd rolę KRS (której „Iustitia” nie uważa za Krajową Radę Sądownictwa) oraz do Prezydenta RP (w tym przypadku „Iustitia” nie mówi o osobie pełniącej dotąd rolę prezydenta) apeluje zaś o natychmiastowe wstrzymanie postępowań nominacyjnych na sędziów – gdyż każda kolejna nominacja pogłębia chaos prawny ze szkodą dla obywateli.
Wreszcie, do Ministra Sprawiedliwości „Iustitia” apeluje o nieogłaszanie nowych konkursów na stanowiska sędziowskie do czasu rozstrzygnięcia przez Sąd Najwyższy statusu KRS. Domaga się też – w razie stwierdzenia przez Sąd Najwyższy, że KRS nie spełnia warunków niezależności od władzy politycznej, a co za tym idzie, nominacje sędziowskie z jej udziałem są dotknięte wadą prawną – o zapewnienie specjalnej, przyspieszonej procedury wznowienia postępowań, w których orzekały „osoby” powołane przy udziale upolitycznionej KRS.
Na koniec jest też apel do Sejmu i Senatu, aby uchwalono nową ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa, przewidującą wybór 15 sędziów przez samych sędziów, w ogólnopolskich wyborach, zapewniających odpowiednią reprezentację wszystkich rodzajów i szczebli sądownictwa. No i apel do Sądu Najwyższego: o jak najszybsze rozstrzygnięcie statusu KRS, sędziów Izby Dyscyplinarnej oraz statusu ustrojowego „osób” powołanych przy udziale upolitycznionej KRS i skutków wadliwości orzeczeń przez nich wydanych.

Leczenie dżumy cholerą

Nie da się ukryć, że realizacja postulatów Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” przypominałaby leczenie dżumy cholerą. I że propozycje tego towarzyszenia, mające jakoby zapobiec chaosowi prawnemu, mogą dopiero go wzmóc.
Dla porządku warto więc przypomnieć, że Sąd Najwyższy w uchwale z 10 kwietnia 2019 r. (uchwała ta jest zasadą wpisaną do księgi zasad prawnych) orzekł:
„Udział w składzie sądu osoby, która została powołana przez Prezydenta RP (…) w trybie określonym przepisami ustawy z 8 grudnia 2017 r. (tej PiS-owskiej, oprotestowanej przez środowisko sędziowskie – przyp aut.) nie narusza prawa do rozpoznania sprawy przez niezawisły i bezstronny sąd, wskutek czego osoba taka nie jest osobą nieuprawnioną do orzekania, a skład orzekający sądu, w którym zasiada taka osoba, nie jest sądem nienależycie obsadzonym”. Ta zasada prawna wiąże wszystkie składy orzekające Sądu Najwyższego w każdej sprawie.
Trudno więc sobie także wyobrazić, że to, iż Krajowa Rada Sądownictwa mogła zostać powołana w sposób niewłaściwy, miałoby stanowić podstawę do unieważnienia wszystkich sędziów, powołanych przy udziale tejże KRS.

Ponieśli i wilka

Stowarzyszenie Iustitia z okazji 15 marca – Dnia Edukacji Prawnej – zorganizowało w całej Polsce kilkadziesiąt akcji edukacyjnych polegających na symulacji procesów sądowych oraz rozmowach o mowie nienawiści. Eventy będą odbywać się w sądach i szkołach aż do końca kwietnia. Tegoroczną edycję wspierają m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich i Komisja Europejska. W Warszawie święto zainaugurował pokazowy proces w Sądzie Najwyższym: było to rozstrzygnięcie sprawy wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. Został uniewinniony.
Poszczególne role odgrywali aktorzy (w oskarżonego wilka wcielił się Jerzy Radziwiłłowicz), ale obrońcy, sędziowie i prokuratorzy, a także cały przebieg procesu był „prawdziwy”. Konsultantem w sprawie wilka był znany przyrodnik Adam Wajrak, a w jego obronie występowali Rzeczniczka Praw Zwierząt – mec. Karolina Kuszlewicz oraz mec. Andrzej Gąsiorowski z fundacji Fota4Climate.
Symulacja procesu w Sądzie Najwyższym na użytek dzieci i młodzieży miała na celu zapoznanie się z procedurami sądowymi, ale również poruszała temat ochrony prawnej dzikich zwierząt w Polsce, zwłaszcza, że wilki padły w ostatnich miesiącach ofiarą nagonki ze strony władzy wspierającej myśliwych. A ci utrzymują, że gatunek ten stanowi zagrożenie dla człowieka i wskazane byłoby zdjęcie z niego ochrony.
– Tropię wilki od lat. Mieszkam w miejscu w Puszczy Białowieskiej, gdzie jest ich największe zagęszczenie. Wilki bardzo boją się ludzi, starają się do nas nie podchodzić, bo prześladowaliśmy je latami. W Polsce nie zdarzył się nigdy atak drapieżniczy wilka na człowieka – zeznawał „biegły” Adam Wajrak. Na pytanie, co zrobić, jeśli spotkamy w lesie wilka, odpowiedział: – Och, trzeba się zachwycić! Bo to będzie bardzo krótkie spotkanie, a wilków w lesie jest niezwykle mało. Ledwo dwa tysiące. Sam, gdy pierwszy raz spotkałem wilka, to nogi mi drżały ze strachu. To przykre i niesprawiedliwe wysoki sądzie.
Ustalono, że wilk w naszym kraju często pada ofiarą negatywnych stereotypów, podobnie jak dzik (fikcyjna postać dzika zeznawała zresztą w procesie jako świadek), którego przed masowymi odstrzałami broniła w styczniu cała Polska.
„Wilk ma prawo do obrony przed pochopnym i niesprawiedliwym potraktowaniem tak jak każda istota” – apelowali w mowie końcowej obrońcy wilka.
– W mojej ocenie przepisy dotyczące ochrony przyrody są jednymi z najbardziej fikcyjnych przepisów od zawsze – powiedział nam jeden z nich – mec. Andrzej Gąsiorowski. – Prawo jest wtedy przestrzegane, jeśli ludzie czują psychiczną potrzebę ochrony jakichś dóbr, w przypadku przyrody tak się nie dzieje. Dlatego obchodzi się nawet niedoskonałe przepisy. Organy stosowania prawa działają z ogromną inercją. W zasadzie trochę lepiej jest tylko w obszarze ochrony praw zwierząt towarzyszących, cała reszta to w znacznej mierze fikcja. Ale sama akcja edukacyjna okazała się bardzo udana. Dzieci naprawdę się w nią zaangażowały.
Oprócz Sądu Najwyższego, w Warszawie eventy edukacyjne przygotowały także sądy rejonowe na Mokotowie i Woli, zaś Rzecznik Praw Obywatelskich zorganizował debatę o mowie nienawiści. Podobne akcje planuję inne polskie miasta.

PiS tylko udaje siłę Wywiad

Justyna Koć (wiadomo.co) rozmawia z doktorem Markiem Migalskim o tym, czemu według niego to wobec własnego obozu Kaczyński mógłby dziś krzyczeć „komuniści i złodzieje”.

 

JUSTYNA KOĆ: Platforma składa wniosek o konstruktywne wotum nieufności, wiedząc z góry, że nie ma ono szans. To marnowanie czasu?

DR MAREK MIGALSKI, politolog: Zazwyczaj wnioski o konstruktywne wotum nieufności kończą się niepowodzeniem, ale przecież nie o to chodzi tym, którzy go składają. Grzegorz Schetyna potrafi doliczyć do 231 i wie, że nie jest w stanie obalić rządu Morawieckiego, natomiast tu chodzi o coś innego. O ciągnięcie tematów niewygodnych dla PiS-u, przedstawiających rząd i Morawieckiego w złym świetle. Chodzi o debatę, aby w przestrzeni publicznej krążyły tematy niewygodne dla rządu i żeby w dalszym ciągu narzucać agendę polityczną, nie pozwolić przejść PiS-owi do kontrofensywy. Rzeczywiście jest tak, że od kilku tygodni PiS nie mogło narzucić żadnego tematu debaty, jest tylko reaktywne i odpowiada tylko na kolejne wewnętrzne problemy swojego obozu. To konstruktywne wotum jest kontynuacją pozytywnego dla opozycji trendu.

 

Rząd jest w defensywie od czasu wyborów, ale sytuacja z KNF tę sytuację jeszcze zaostrzyła. O tym też mówił Grzegorz Schetyna, uzasadniając wniosek.

Nie ma takich takich spraw, które by raz na zawsze zepchnęły jakąś partię do defensywy, natomiast sprawa KNF jest rzeczywiście problemem dla PiS. Ta partia zdobywała władzę pod hasłami sanacji obyczajów, obiecywała, że będzie postępować inaczej niż krytykowana PO. Okazało się, że to wobec własnego obozu Jarosław Kaczyński mógłby dziś krzyczeć „komuniści i złodzieje”. To pokazuje, że PiS nie odzyskało od wyborów inicjatywy, nie jest w stanie narzucić agendy, czyli tego, co udawało się PiS-owi przez wiele lat.

 

Od 2015 roku, kiedy PiS przejął władzę?

Tak, w latach 2015-2018 polska polityka toczyła się wokoło tego, co zaproponował Jarosław Kaczyński bądź jego ludzie. Teraz to się ewidentnie skończyło, w PiS-ie widać napięcie i wewnętrzną wojnę, przy jednoczesnym pozbieraniu się opozycji. Ten problem PiS-u trwa od kilku tygodni i nic nie zapowiada, żeby miał się skończyć.

 

Sprawa zatrudnienia syna ministra Kamińskiego w Banku Światowym pogrąży PiS jeszcze bardziej?

Tego typu sytuacja jest podobnie druzgocąca jak nagranie Chrzanowskiego. Też pokazuje PiS w „negliżu”, takim jakim on chciał, żeby wyborcy postrzegali jego przeciwników politycznych: jako partię kolesiostwa i nepotyzmu. To w połączeniu ze słynnymi ciągle premiami premier Szydło, z pozycją ministra Zielińskiego, z którym bez przerwy walczą policjanci, to buduje de facto tę druzgocącą, katastrofalną dla PiS-u narrację. Uderza w to, co PiS, zdawało się, ma najsilniejsze: surowość obyczajów, patriotyzm, poświęcenie dla kraju. Nie wygląda to na specjalnie przemyślaną strategię opozycji, ale można doszukać się w tym elementów uderzania w najsilniejszy punkt przeciwnika. Jest taka koncepcja Karla Rove, amerykańskiego spin doktora, która mówi o ataku przeciwnika w najsilniejsze miejsca, bo po pierwsze się nie spodziewa, po drugie wprowadza to w konfuzję wyborców przeciwnika.

 

Tu chyba PiS sam się uderza.

Tak, ale opozycja jak na razie dobrze to wykorzystuje. Przez pierwsze dwa lata PiS zajmował stanowiska, teraz już jest etap cieszenia się nimi i władzą. Działa tu też mechanizm, który często gubi partię rządzącą: skoro uszło nam już tyle na sucho, to dlaczego ma się nie udać i tym razem. Długo, niezależnie od tego, co robił PiS, sondaże ani drgnęły, prasa i media, poza opozycyjnymi, wszystko wybaczały, wyborcy byli ciągle łaskawi, zatem „hulaj dusza, piekła nie ma”. To takie degenerowanie się władzy, u PiS-u przyszło po 2-3 latach. Stawiam tezę, że PiS jest do pokonania wtedy, kiedy wszyscy widzą, że nie jest wszechmocny, omnipotentny; przykład to 27:1 podczas głosowania w Europie. Wtedy po raz pierwszy i na razie ostatni PO wyprzedziła PiS, właśnie dlatego, że wyborcy zobaczyli, że PiS jest ośmieszony, nieporadny. Kaczyński świetnie o tym wiedział i próbował ratować sytuację, wręczając kwiaty na lotnisku i dziękując Beacie Szydło. Wiedział, że gdy Europa powiedziała sprawdzam, to okazało się, że PiS jest bezsilny. PiS zwyżkuje, kiedy wszyscy myślą, że jest nie do pokonania, także przeciwnicy, że Kaczyński jest genialnym strategiem, nawet jeśli potworem. Kiedy to jest zdekodowane, obnażone jako nieprawdziwe, PiS przegrywa. Dlaczego sprawa z SN jest moim zdaniem kluczowa? Jeśli opozycji uda się przekonać wyborców, że PiS rakiem, pospiesznie w trzy godziny i 27 minut wycofuje się z tego, czego broniło przez rok, i to pod wpływem tej „wyimaginowanej wspólnoty”, to będzie to dla PiS-u mordercze. Tym bardziej, że Kaczyński zrejterował przed tymi, których wyśmiewał i upokarzał. Tymczasem okazało się, że kilku sędziów w Luksemburgu może rzucić Jarosława Kaczyńskiego na łopatki. Oczywiste jest, że PiS będzie robił wszystko, żeby ukryć ten stan rzeczy i pokazywać swoją wszechmoc.

 

Opozycja mówi o politycznej korupcji na Śląsku, sprawa jest tym bardziej pikantna, że wszystko organizował minister w KPRM Michał Dworczyk. Czy to spodoba się wyborcom PiS?

Moim zdaniem to przekabacenie posła Kałuży zaszkodzi PiS-owi, ponieważ znowu pokazuje tę partię tak, jak nie chce być widziana, jako kogoś, kto korumpuje, mafię, która przekupuje biednego radnego. Dla mnie to jest pyrrusowe zwycięstwo. Minister Dworczyk i PiS ogłosili zwycięstwo i oczywiście ono tym jest, bo zyskali władzę nad drugim co do wielkości województwem, tylko jeżeli opozycja to wykorzysta, to możemy mieć do czynienia z reinkarnacją Misiewicza, a sam pan Kałuża stanie się symbolem, słusznie czy nie, przekupstwa.