Czas próby dla sędziów

PiS przejęło kierowanie Sądem Najwyższym. To ważne dla prominentów tego ugrupowania, bo po zmianie władzy mogą oczekiwać odpowiedzialności karnej, a „własny” sąd zapewne pozwoli jej uniknąć.

W związku z zakończeniem pracy I prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzaty Gersdorf, przewodniczący Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” Krystian Markiewicz uznał, iż była to kadencja historyczna, bez wątpienia jedna z najtrudniejszych w ponad 100-letniej historii Sądu Najwyższego. Nigdy bowiem wcześniej w historii polskiego sądownictwa nie było tak bezpardonowego, brutalnego ataku na Sąd Najwyższy ze strony polityków partii rządzącej oraz prokuratury. Nigdy też wcześniej I prezes SN nie znalazł się w sytuacji, gdy instytucje takie jak Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownictwa, nie współpracują z Sądem Najwyższym, lecz wraz z politykami szukają sposobu na sparaliżowanie i zniszczenie jego niezależności. Nigdy wcześniej wreszcie nie było sytuacji, w której władza tworzyła sprzeczne z Konstytucją prawo, mające na celu usunięcie ze stanowiska I prezesa SN. Jak stwierdził K. Markiewicz, prof. Gersdorf przetrwała te zmasowane ataki na Sąd Najwyższy i na nią samą. Dawała świadectwo prawdy, w Polsce i w Europie. Dbała o dobre imię SN. Angażowała się w setki spotkań, konferencji, działań. Dzięki temu – nigdy nie była sama. Odpowiedź, która nadeszła do niej w tych wyjątkowych czasach, także była wyjątkowa: sędziowie i obywatele stanęli razem, w obronie wartości i w obronie I prezes SN. Setki tysięcy Polaków wychodziły na ulice, a z całego świata od różnych instytucji i organizacji płynęły słowa wsparcia i uznania. „Te chwile zostały w naszej pamięci i dały nam wszystkim wiele siły” – dodał sędzia K. Markiewicz. Jak mówił, to był czas wielkiej próby dla wszystkich sędziów – i nigdy wcześniej współpraca między Sądem Najwyższym a SSP Iustitia nie układała się tak dobrze. Sąd Najwyższy i sędziowie sądów powszechnych zawsze byli zgodni co do najważniejszych spraw: trzeba robić wszystko, by chronić prawa i wolności każdego człowieka. W rezultacie, sędziom udało się coś, co nie udaje się niestety politykom: w środowisku sędziowskim rozmawiają, uczą się od siebie nawzajem. „Połączyliśmy doświadczenie z przyszłością, mądrość i rozwagę autorytetów z energią tysięcy sędziów w całej Polsce. Mamy i odwagę, i pokorę. Mamy też zaufanie wobec siebie nawzajem. Nasza siła tkwi właśnie w tym, że idziemy dalej do przodu razem. To jest recepta na długie dystanse” – podkreślił K. Markiewicz. Stwierdził też, że koniec kadencji I prezesa SN to żaden koniec – bo niezależny Sąd Najwyższy przetrwa w sędziach: „To nasz pokoleniowy moment próby”. Każdy sąd powszechny w Polsce, każdy sędzia, będzie jak SN. Będzie – oby – stał na straży Konstytucji. To niezłomność sędziów będzie skałą, na której przetrwa nadzieja Polaków na sprawiedliwość. A bogini sprawiedliwości nie da się ani kupić, ani zakneblować. Cóż, słowa szefa Iustitii są wzniosłe, ale czas pokaże, jak rzeczywiście będą się zachowywać sędziowie.

Związkowcy wygrali w sądzie

Warszawski sąd rejonowy uniewinnił działaczy związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza od zarzutu zakłócania porządku publicznego na lotnisku Chopina. Sąd stwierdził, że rozdawanie ulotek nie może zostać w ten sposób zakwalifikowane.

Chodzi o sytuację z 23 października 2018 roku, kiedy w ramach akcji solidarnościowej ze strajkującymi pracownikami LOT-u, związkowcy z Inicjatywy Pracowniczej rozdawali na lotnisku Chopina w Warszawie ulotki. Informowali w nich pasażerów opóźnionych bądź odwołanych lotów, jakie są przyczyny strajku. Kampania miała na celu przeciwdziałać nagonce, jaka dotknęła strajkujących ze strony mediów publicznych.
Akcja informacyjna nie spodobała się władzom lotniska. Osoby wręczające ulotki zostały szybko zatrzymane przez Straż Ochrony Lotniska. Na miejsce została wezwana policja.

– Funkcjonariusze nie bardzo wiedzieli co z nami zrobić, bo nie przychodził im do głowy żaden przepis, pod który mogliby podciągnąć nasze zachowanie. Po wylegitymowaniu chcieli nas puścić udzielając pouczenia. Jednak po konsultacji ze swoim przełożonym, powiedzieli nam, że nie mogą tego zrobić. Upewnili się, że ich nie nagrywamy i przyznali, że sprawa ma charakter polityczny i najprawdopodobniej dostaniemy wezwanie na przesłuchanie, a w stosunku do nas zostanie skierowany wniosek o ukaranie do sądu – informuje Inicjatywa Pracownicza na Facebooku.
Sąd w postępowaniu nakazowym ukarał działaczy karami grzywny za prowadzenie, wbrew zakazowi, działalności zakłócającej porządek na lotnisku. Związkowcy wnieśli sprzeciwy, uważając, że zarzuty wobec nich są absurdalne. Ich zdaniem policja nie wskazała, w jaki konkretnie sposób zakłócali porządek na lotnisku.

25 lutego Sąd Rejonowy dla m. Warszawy podzielił ten pogląd, uniewinniając oskarżonych działaczy. Sąd w uzasadnieniu stwierdził, że ich akcja nie miała znamion zakłócania porządku, nie utrudniła pracy obsłudze lotniska czy podróży pasażerom. Wyrok nie jest prawomocny. Policja może wnieść apelację.

Prezydent – obywatel lepszego sortu

Zgodnie z artykułem 32 Konstytucji RP „wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”. Mimo to okazuje się, że polski system prawny jest niespójny, bo Kodeks karny zakłada, że prezydent RP jest obywatelem lepszego sortu, którego prawo chroni w większym stopniu niż innych obywateli.

Istnieje bowiem paragraf, który nie tylko chroni prezydenta przed krytyką, ale wręcz grozi więzieniem za znieważanie go. Zgodnie z artykułem 135 Kodeksu karnego „kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Każdy obywatel może chronić swoich praw w procesie cywilnym o naruszenie dóbr, ale prezydent ma prostą ścieżkę do procesu karnego. Innymi słowy prawo ostrzega przed krytyką głowy państwa.

Błyskawiczna interwencja

W tym kontekście niepokoi, ale nie dziwi fakt, że 65-letniemu mężczyźnie, który na spotkaniu z Andrzejem Dudą w Łowiczu miał baner z hasłem „Mamy durnia za prezydenta”, prokuratura już w kilka godzin po zatrzymaniu postawiła zarzut. Mężczyzna odpowie właśnie z artykułu 135.
Skądinąd gdyby konsekwentnie stosować przepis dotyczący znieważenia prezydenta, prokuratura musiałaby interweniować tysiące razy dziennie na facebooku, youtubie czy twitterze, gdzie w zasadzie non stop pada wiele, delikatnie mówiąc, nieprzychylnych określeń wobec Andrzeja Dudy.

Kara nieproporcjonalna?

Blisko 10 lat temu Sąd Okręgowy w Gdańsku zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego z pytaniem prawnym, czy wysoka kara za znieważenie prezydenta nie narusza prawa do wolności wypowiedzi. Sąd podkreślił, że przepis Kodeksu karnego w obowiązującym kształcie stanowi podstawę do zbyt dużej ingerencji państwa w prawo do debaty politycznej i wyrażania własnej opinii. Sąd stwierdził wtedy, że tak wysoka kara jest nieproporcjonalna do wymiaru kary.

W oświadczeniu z 6 lipca 2011 roku Trybunał Konstytucyjny nie zgodził się ze stanowiskiem Sądu Okręgowego. Stwierdził, że przepis art. 135 par.2 Kodeksu karnego jest zgodny z Konstytucją oraz nie narusza przepisów zawartych w umowach międzynarodowych, których Polska jest stroną. TK argumentował wtedy między innymi, że „Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji”.

PiS kiedyś był przeciw

Co ciekawe, wtedy to politycy PiS opowiadali się za usunięciem art. 135. „Jestem zdecydowanym zwolennikiem zniesienia tego artykułu. Złożymy taki wniosek na początek nowego sezonu politycznego” – zapowiedział Jarosław Kaczyński w lipcu 2012 roku. Lata mijają, a przepis pozostał.

Niebezpieczny przepis

Artykuł 135 Kodeksu karnego jest archaiczny i niebezpieczny. Polityk to zawód zaufania publicznego, a obywatele powinni mieć pełną swobodę w ocenie najważniejszych osób w państwie. Dlatego prezydent, premier, poseł to osoby, które powinny liczyć się z ostrą i stanowczą krytyką ze strony społeczeństwa. Gdy władza nie dotrzymuje słowa, gdy ludzi krzywdzi, oszukuje, frustruje, to jej ostra krytyka jest w pełni zrozumiała.
Prezydent powinien budować swoją pozycję nie groźbami kar dla swoich krytyków, lecz wiarygodnością, charyzmą, wiedzą, przekonującą wizją kraju. A grożenie więzieniem za nazywanie prezydenta durniem nie zmieni przekonania części społeczeństwa, że prezydent durniem jest, a raczej je umocni.

Smogowa opłata klimatyczna

Za oddychanie zatrutym powietrzem trzeba jeszcze dopłacać.

Turyści, którzy odwiedzili ostatnio Toruń, Sandomierz i Szczyrk zaskarżyli pobieraną tam opłatę miejscową. Jak twierdzą, opłaty są bezprawne, gdyż miasta nie spełniają kryteriów czystości powietrza.
Wszystkie te trzy miasta według Generalnej Inspekcji Ochrony Środowiska leżą w strefach przekroczeń norm jakości powietrza i notują je niejednokrotnie.
Naczelny Sąd Administracyjny w marcu 2018 r. orzekł, że tam, gdzie ani miasto, ani strefa w której się ono znajduje, nie spełniają kryteriów czystości powietrza, nie można pobierać opłaty miejscowej.
W Polsce na 46 stref jakości powietrza tylko 12 spełniało normy zdrowotne dla stężeń pyłu PM10, a tylko trzy dla rakotwórczego benzoapirenu. Ani Toruń, ani Sandomierz, ani Szczyrk nie znajdują się na terenie czystej strefy. Od turystów miasta pobierają opłatę w wysokości ok. 2 złotych dziennie za „szczególne korzystne właściwości klimatyczne i walory krajobrazowe”. Jakość powietrza wciąż jednak pozostawia wiele do życzenia.
– Wybrałem się do Sandomierza, żeby zwiedzić to piękne średniowieczne miasteczko, znane z lokalnych winnic i przytulnej, zwartej zabudowy. Nie spodziewałem się, że będę musiał mierzyć się z takim smogiem – nie przystawało to nijak do wizji Sandomierza, jaką znam z mediów. Przez większość 35-minutowej drogi z dworca oddychałem na przemian spalinami samochodowymi i czarnym dymem z kopciuchów. To wszystko w mieście, które pobiera opłatę miejscową, m.in. za czyste powietrze. Okazało się, że lepiej zejść do miejskich lochów – tam jest lepsze powietrze niż na zewnątrz” – mówi Beniamin Łuczyński, działacz stowarzyszenia „Miasto Jest Nasze”.
Łuczyński dodaje, że podobny zawód spotkał go w kopernikańskim Toruniu, gdzie dym z kominów na ulicach miesza się ze spalinami z rur wydechowych. Szczególnie dotkliwe było to w obrębie zespołu staromiejskiego oraz Bydgoskiego Przedmieścia. Są to piękne spacerowe dzielnice – efekt psuje jednak powszechny smog, który utrudnia zwiedzanie tych miejsc w sezonie grzewczym i przy większym ruchu samochodów.
15 marca 2018 roku Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok w sprawie poboru opłat w Zakopanem. Orzekł, że miasto Zakopane nielegalnie ściąga opłaty miejscowe od turystów – i podkreślił, iż nie zostały dopełnione wymagania klimatyczne, aby je pobierać. Wówczas sąd, po trzech latach, wydał wyrok w sprawie turysty, który odwiedził Zakopane w 2015 r. i zakwestionował pobór opłaty klimatycznej. Według niego podatek został pobrany bezprawnie, bo miasto i strefa, w której leży, nie spełniają kryteriów czystości powietrza. Takich, walczących przed sądem turystów, jest jednak na razie bardzo niewielu.

Wydrukowany senator, czyli pisowscy sędziowie w działaniu

Na kartach do głosowania w Senackim Okręgu Wyborczym nr 2, przy imieniu i nazwisku zgłoszonego przez partię Polska Lewica członka SLD Kazimierza Klimka umieszczono błędnie symbol komitetu wyborczego koalicji Lewica, z przyczyny natury pragmatycznej (pięcioprocentowy sejmowy próg wyborczy zamiast ośmioprocentowego) startującej w wyborach pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Na Klimka zagłosowało 27158 wyborców, zwycięski kandydat Prawa i Sprawiedliwości Krzysztof Mróz wyprzedził startującego z poparciem Lewicy i Koalicji Polskiej kandydata Koalicji Obywatelskiej o 1168 głosów, co stanowiło 5,02 proc. głosów oddanych na sejmową listę Lewicy (23256) w powiatach tworzących Senacki Okręg Wyborczy nr 2 (jaworski, jeleniogórski, kamiennogórski, złotoryjski, Jelenia Góra). Do zwycięstwa Mroza wystarczyło, żeby: po pierwsze, co dziewiętnasty – dwudziesty wyborca Lewicy uznał Klimka za osobę przez nią zgłoszoną (a w obwieszczeniu wyborczym widniało, zgodnie z prawdą, iż Klimek należy do Sojuszu Lewicy Demokratycznej), po drugie, nie zauważył obecności kandydata KO lub pomimo jego obecności postanowił zagłosować na kandydata Lewicy. Oczywiście, decyzje wyborcze powinno się podejmować po uważnym zapoznaniu się z obwieszczeniami, nie zaś na podstawie pobieżnego przejrzenia karty do głosowania. Różnie jednak bywa w rzeczywistości, dotyczy to także części lewicowego elektoratu.
Krajowa Rada Sądownictwa, składająca się w olbrzymiej większości z osób wybranych dzięki poparciu pisowskich posłów i senatorów poprzedniej kadencji parlamentarnej, wyselekcjonowała wszystkich kandydatów do pełnienia urzędu sędziowskiego w nowo utworzonej Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. Powołani przez prezydenta Dudę sędziowie stwierdzili niedawno ważność wyborów do Sejmu oraz Senatu. Nikt myślący racjonalnie nie zakładał, rzecz jasna, iż Prawo i Sprawiedliwość zacznie teraz ordynarnie fałszować wybory. Zdarzają się jednak sytuacje niejednoznaczne, takie jak wyżej opisana. Formalnie rzecz biorąc, nie da się wykazać ponad wszelką wątpliwość, że choćby jeden wyborca zagłosował niezgodnie ze swoją wolą z powodu błędu drukarskiego. Sąd ma oczywiście prawo przeprowadzenia tak zwanego dowodu z zeznań świadków, ale zeznać można niemal wszystko, niekoniecznie zgodnie ze stanem rzeczywistym. Jest jednak wynik wyborów z 2015 roku, w których startujący w tym samym okręgu, zgłoszony przez komitet wyborczy Obywatele do Parlamentu Kazimierz Klimek zdobył 6063 głosy (5,93 proc.), podczas gdy w 2019 roku 27158 głosów (21,58 proc.). Nie da się sensownie wyjaśnić skali tej różnicy ponad dwudziestu tysięcy głosów oraz kilkunastu punktów procentowych inaczej, niż zespolonym efektem informacji z obwieszczenia wyborczego o przynależności Klimka do SLD w połączeniu z niewłaściwym symbolem komitetu wyborczego na karcie do głosowania.
Byłoby chyba przesadą liczenie na to, że senator Mróz uniesie się honorem i zrezygnuje z mandatu senatorskiego, umożliwiając ponowne przeprowadzenie wyborów, w których znów wystartuje. Myślę, iż w podobnej sytuacji nie oczekiwalibyśmy takiego postępowania od lewicowego senatora. Zastanawiam się jednak, jaki będzie komfort wykonywania mandatu senatora przez osobę, która zapewne zdaje sobie sprawę z tego, że niemal na pewno zawdzięcza swój sukces błędowi drukarskiemu. Kibice sportowi nazywają nieuczciwe sędziowanie drukowaniem, a wynik tak sędziowanego meczu określają jako wydrukowany. Okazuje się, iż można być również, w nieco innym znaczeniu tego sformułowania, wydrukowanym senatorem. Co ciekawe, przed czterema laty Mróz (wtedy jedynie wieloletni działacz etatowy Prawa i Sprawiedliwości, radny Jeleniej Góry) wygrał wybory uzyskując zaledwie 31,08 proc. oddanych głosów, zawdzięczając zwycięstwo rozdzieleniu się poparcia pozostałych wyborców na pięciu innych kandydatów. Przy takim szczęściu Krzysztof Mróz powinien koniecznie zagrać w jakąś grę liczbową. Mógłby też ewentualnie typować wyniki rozgrywek polskich gier zespołowych. Tylko sędzia musiałby być z PiS-u.

Seryjny gwałciciel szczękowy

7 lat więzienia za zrobienie pannie poznanej w internecie, tego samego, co tysiące mężów bezkarnie robi swoim ślubnym raz w tygodniu.

Kariera dentystyczna pana Tomasza rozwijała się jak powinna. Miał gabinet pod Toruniem. I w Toruniu też miał. Tak samo z mieszkaniami. Ze względu na swój fach i stan uzębienia miejscowych, na brak kasy od lat przestał narzekać. A ponieważ miał 37 lat, to świat należał do niego.

Sieć szczęścia

I dzięki internetowi, kobiety również. Założył sobie konto na portalu Badoo i rozpoczął łowy. Szło fajnie. Urok zawodu i ten osobisty, działały. Życie towarzyskie stomatologa Tomasza kwitło. Tak jak z panią poznaną na portalu. Gadka szmatka, przejście na fejsa, telefon, kawa, wreszcie taksówką do niej i z nią do siebie, na toruńską chatę. A potem całkiem obopólnie miły seks. Za drugim i trzecim razem zresztą też.
Niestety przyszedł 21 kwietnia 2016 roku. W „Znanym lekarzu” – portalu internetowym gdzie pacjenci oceniają medyków, pojawił się wpis. Pierwszy i nader niefajny.
„Bardzo żałuję, że trafiłam w ręce tego Pana. Leczenie kanałowe wraz z odbudową na włóknie szklanym zostało przeprowadzone w tempie ekspresowym. Co się okazało? Nerwy usunięte do połowy a ząb niezaleczony. Suma summarum, straciłam tego zęba. Zero kontaktu z tym panem, nie polecam” napisała Ewa P.
Czy to z powodu nieradzenia sobie z internetowym hejtem, czy raczej poczucia, że babka ma rację, pan Tomasz się zestresował. I postanowił, z tym napięciem coś zrobić. Zadzwonił do panny z Badoo. Potem w taksówkę i po przywiezieniu jej do siebie, mógł wreszcie przystąpić do rzeczy.

Gwałtowny sponsoring

Opis intymnego pożycia, które teraz nastąpiło różni się w zależności od tego, kto opowiada. Stomatolog Tomasz opisuje, że jak zwykle było miło, ale tym razem spróbowali czegoś z pogranicza sodo-maso.
Zdaniem jego towarzyszki pieszczoty zaczęły się natomiast od uderzenia w twarz, rzucenia jej na łóżko i szarpania. Pojawiły się też propozycje uprawiania seksu w sposób dla pani niemiły, na co nie przystawała. Przynajmniej do czasu, jak mężczyzna zagroził, że jak jej się nie zachce, to on ściągnie swoich kolegów i wyegzekwują od pani to czego chce, wespół w zespół. Wobec takiego ultimatum pani nie pozostało nic innego jak robić to na co wpadł facet. A potem jeszcze co innego i jeszcze i jeszcze. A ponieważ fantazji i pary stomatologowi Tomaszowi nie brakowało, to panna naliczyła kilka niechcianych zbliżeń. Oczywiście w tej narracji nie mogło zabraknąć opowieści o tym, że usiłowała pod pozorem zrobienia siusiu dać nogę, ale mieszkanie było zamknięte na klucz, którego w drzwiach nie było. została zgwałcona kilkakrotnie, w różny sposób. Odniosła też obrażenia. Gehenna, którą kobieta przeżyła, skutkowała kilkoma lekkimi obrażeniami skóry i błony śluzowej oraz niepowetowaną traumą psychiczną. Tak straszną, że nawet nie pozwoliła ta trauma pobiec na policję i zobligować ją do aresztowania gwałciciela sadysty.
Przez 3 tygodnie, na „Znanym lekarzu” nikt nic nie o dentyście nie napisał. Pan Tomasz zaś klikał w internet i to skutecznie. Na tyle, by poznać inną panią. Taką, która szukała sekssponsora. Na taką rolę, wrodzone skąpstwo pana Tomasza się zgodzić nie mogło. Dlatego rozmowy o układzie za kasę skończyły się fiaskiem po dwóch wizytach pani w toruńskiej garsonierze dentysty.
10 maja 2016 r. pani zadzwoniła do pana Tomasza niemal zawodowo. Bolał ją bowiem ząb. Mimo godziny 1.00 w nocy stomatolog wbił się w taksówkę, po drodze nabył flaszkę i pomknął do potrzebującej kobiety. A potem wraz z nią do swojego mieszkania. Gdzie odbył się – zdaniem dentysty – zupełnie udany seks. Ostry, ale sprawiający obojgu niezłą frajdę.

I jeszcze narkoman

Panna widziała rzecz nieco inaczej. Tuż po wejściu do mieszkania stomatolog kazał jej się rozbierać, bo jak nie, to włoży jej butelkę w tyłek, a potem ten efekt poprawią wezwani przez niego koledzy. Argument ten wsparł uderzeniem z liścia, szarpnięciem za włosy i rzuceniem na łóżko. Po czym zrobił z panią dokładnie to, co z jej poprzedniczką. Skończył o godz 10. 30, bo właśnie wtedy pannie udało się uciec z mieszkania oprawcy. Pobiegła tam gdzie powinna, w związku z czym policja już po kilku godzinach mogła zaraportować ujęcie brutalnego gwałciciela.
Po przejrzeniu komputera stomatologa, śledczy błyskawicznie do zgwałconej dokooptowali jej poprzedniczkę. Mieli zatem seryjnego, brutalnego gwałciciela. Bo wszak – jak to ujął rzecznik mundurowych – „jedna z kobiet odniosła obrażenia, ale skutkujące konsekwencjami w okresie poniżej 7 dni”. Za takie coś, prokurator z reguły wnioskuje o 15 lat.
Zanim jednak powstał akt oskarżenia, pana Tomasza aresztowano. A w mediach wszczęto akcję poszukiwania jego kolejnych ofiar. Miejscowe gazety i portale rzuciły się na temat, więc doniesienia o dentyście sadyście hulały w nich przez kilka dni. Wraz z apelem do ofiar, aby porzuciły wstyd i zeznawały. I mimo, że każda kobieta w Toruniu i okolicy wiedziała o „zwyrodnialcu” i zdawała sobie sprawę ze statusu majątkowego pana Tomasza, to w sprawie nie pojawiła się następna pokrzywdzona. Ani tez taka, która chciałaby zapolować na zadość uczynienie finansowe. Po pół roku czekania na ofiary, prokurator postanowił oskarżyć stomatologa o kilka gwałtów na dwóch paniach. No i o posiadanie 15 g amfetaminy, co to ją znaleziono na miejscu zbrodni. Kwalifikować to miało dentystę do spędzenia bez towarzystwa kobiet – 8 lat.

Zagrożenie publiczne

Po roku bycia w areszcie, adwokatka pana Tomasza przekonała sąd, że ponieważ wszystkie dowody zostały zebrane, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby jej klient mógł dochodzić na proces z własnego domu. Sąd Okręgowy, mimo sprzeciwu prokuratury, na to przystał.
Media zawyły. „Zwyrodnialec na wolności”, „Torunianki boją się wychodzić z domu”, „Sadystyczny gwałciciel może w każdej chwili zaatakować” – to tylko kilka cytatów z chwilowej paniki.
Mijały miesiące, a pan Tomasz nikogo nie zgwałcił – nawet łagodnie. Wyżywał się na zębach pacjentów, bo wrócił do uprawiania swojego fachu. Robił zatem swoje i sumiennie zgłaszał się w określonym czasie na policję. Bywał też na kolejnych odsłonach swojego procesu.
Praca zawodowa szła dentyście na tyle nieźle, że w październiku tamtego toku na „Znanym lekarzu” objawił się drugi wpis.. Zachwycona Malwina wyklikała, że stomatolog jest „Bardzo przyjemny. Cudowne podejście do pacjenta, usunięcie zęba przeprowadzone bezboleśnie. Wszystko po zabiegu wyjaśnione i w ogóle. Serdecznie polecam!”.
Nerwówka dentysty miała się skończyć 14 lutego. W Walentynki. I się skończyła. Pan Tomasz dowiedział się, że jest winny. I pójdzie do więzienia na 6 lat. A każdej z ofiar ma zadośćuczynić kwotą 2 tys zł. Ponieważ był to wyrok pierwszej instancji, to nie był prawomocny.
Lokalnym mediom to nie przeszkadzało. Przez kilka tygodni trwała nagonka na sąd, że skazanego na długoletnie więzienie nie zamknął. Co było prawdą, bo pan Tomasz usłyszawszy werdykt i złożywszy apelację, wciąż opiekował się zębami swoich pacjentów i – mimo że każdy w Toruniu wiedział kim jest stomatolog G. – pacjentek zresztą też.
Skończyło się to w czerwcu. Parcie mediów i prokuratury na Sąd Okręgowy było takie, że sędzia, mimo że przez 2 lata na wolności dentysta nawet na milimetr nie uchybił warunkom niebycia w areszcie, uległ argumentom i stomatologa nakazał zapuszkować. Dosłownie parę tygodni przed wyrokiem apelacyjnym.

Nieszczęśliwa siódemka

W tej instancji prokurator nie chciał już – jak poprzednio – 8 lat za brutalne gwałty i narkotyki. Podniósł stawkę do okrągłej dychy. Stomatolog walcząc o uniewinnienie, podtrzymywał oczywiście, że jest ofiarą pomówienia, bo seks uprawiał z paniami za ich zgodą.
Sędzia się z tym nie zgodził. „Obie te kobiety, niezależnie od siebie, opowiadają w zasadzie o takim samym przebiegu zdarzenia, o takim samym postępowaniu sprawcy – jazda taksówką, pobyt w mieszkaniu, przyjemna atmosfera, alkohol… Nagle zachowanie, które nie powinno czy nie jest niczym uzasadnione, gdzie zauważają: pobudzenie, agresję i przeradza się to w przemoc sprowadzającą się do gwałtu” – powiedział, i w imieniu Rzeczpospolitej skazał stomatologa na 7 lat więzienia. Ofiary też dowartościował. Pan dentysta musi każdą z nich zaspokoić nie dwoma, a 5 tysiącami zł.
Stomatolog pewnie nie ma pojęcia, że 3 lata temu z hakiem, wkurzył się niepotrzebnie, nie wiedząc, że internetowi nie ma co ufać. Będąc od tygodni za kratami, nie wie wszak, że już po wyroku, na jego profilu w „Znanym lekarzu” pojawił się trzeci wpis. 11 lipca pacjentka Justyna napisała: „Wizyta w niedzielę wieczorem. Lekarz przyjął bez problemu i pomógł. Usunięcie było skomplikowane i nikt nie chciał się podjąć. Pan Doktor zrobił to bez problemu szybko. Polecam”.

Dychotomia procesowa

Sprawa Janka Śpiewaka doskonale oddaje nastroje w szeregach Koalicji Obywatelskiej, lub szerzej, w środowisku tzw. demokratycznej opozycji. Jeśli nie popierasz w całej rozciągłości argumentacji o zamachu na władzę sądownicza w Polsce oraz o przetrącaniu kręgosłupa prawom i wolnościom przez nieludzką tyranię – popierasz PiS. Kto mówi, że jest inaczej, to sprzedajny symetrysta.

Moja znajoma opowiadała mi, że pewnego razu, kiedy poszła do lasu z psem na spacer, pośrodku niczego, na polnej dróżce, siedział sobie po turecku blondwłosy kawaler. Wzrok miał mętny. W jednej ręce trzymał papierosa, w drugiej otwarte piwo. Sprawiał wrażenie zmęczonego. I piwem i życiem. Na pytanie, czy nic mu nie jest i czy można mu jakoś pomóc, zaciągnął się głęboko, odwrócił oczy ku słońcu i wydusił z siebie: „Mi już nikt i nic nie może pomóc”, po czym upił łyk i kontynuował siedzenie.

Jan Śpiewak, którego cenię za upór w dążeniu do celu i pryncypialność w głoszeniu mało popularnych tez, został prawomocnie skazany za pomówienie. W tle wyroku mamy sprawę dzikiej reprywatyzacji, córkę byłego ministra, 120-letniego właściciela kamienicy i kuriozalny wyrok, do tego utajniony. O sprawie Janka Śpiewaka wie prezydent. Zaprosił go do Pałacu, żeby pogadać, a Janek zaproszenie przyjął. Prezydent obiecał pomyśleć nad ułaskawieniem Janka, jeśli wniosek do niego wpłynie i będą podstawy. Janek w mediach społecznościowych dał wyraźnie do zrozumienia, że nie jest fanem dobrej zmiany, a próby majstrowania przy sądowej niezawisłości są dlań bardzo na wyrost, a przynajmniej tempo oraz sposób ich wdrażania.

Mam tak samo jak Janek. I podobnie jak On wiem, że nie jest wcale tak, że władza sądownicza jest w Polsce kryształowa i bez skazy, a zła pisowska bolszewia chce ją sprowadzić do roli kagańcowego psa. Za dużo naczytałem się o wyrokach z kapelusza i za dużo nasłuchałem się opowieści o tym, jak jedną decyzją sąd polski potrafił człowieka puścić z torbami; zaliczyć do grona grupy przestępczej; podeptać marzenia o własnym biznesie albo skazać na infamię i społeczny ostracyzm.

Jest w Olsztynie sędzia, który pierwszy zaczął mówić o tym, że listy poparcia do KRS wciąż są niejawne i to rzeczywiście skandal. Bo te procedury, jak każde inne, jawnymi być powinny, jeśli chcemy mieć w tym kraju jako taki porządek. Ale przy okazji można było się dowiedzieć, że ten sam sędzia z Olsztyna przyklepał komorniczą egzekucję za kwotę wadium, po której tonący w długach właściciel gospodarstwa targnął się na własne życie. Że pisał pisma, jakoby z żoną jednego z policjantów prowadzących śledztwo łączyła go zażyłość, czemu ta kategorycznie zaprzeczyła. Jeśli już pojawiają się takie kwiatki, to darujcie Państwo, ale naprawdę dużo mniej mnie obchodzi, co pan sędzia sądzi o reformie sądownictwa. Znacznie bardziej zależy mi na tym, aby ustosunkował się do informacji, czy jego wyroki przyczyniły się do tragedii człowieka.

Z polskim systemem sprawiedliwości jest trochę jak z pijakiem na polnej dróżce. Załamuje ręce, że nagle władza brutalnie go pacyfikuje i nie ma już dla niego żadnego ratunku, no chyba że w Brukseli, choć prawda jest dużo bardziej banalna. Odstawić chlanie, oporządzić się, wstać. Podobnie jest z próbą narzucenia ludziom dychotomii wyborów i postaw: jak nie popierasz PiS-u, musisz chodzić z nami na marsze, bo „kasty” ruszyć nie wolno, gdyż to Bóg i historia postawiły ją w tym miejscu. Albo: przepędzić z sądów warcholstwo i wyrugować komusze złogi, bo orzekają aparatczycy mianowani jeszcze za Jaruzela, choć prawda jest taka, że tych z rodowodem z poprzedniej epoki jest niewielu. Tak jakby w PRL-u nie wykładano prawa rzymskiego, tylko sam „Kapitał”.
Janek Śpiewak, ja zresztą też, mówimy inaczej; jest w sądach w Polsce bardzo dużo patologii, co nie znaczy, że trzeba je zbudować i zaprzysiąc na nowo; sądy w Polsce złamały niejeden życiorys; niejeden wylądował przez nie na bruku. Ale można w sądach w Polsce wydrapać sobie sprawiedliwość-i trzeba to pokazywać w dwójnasób. Co niniejszym czynię/czynimy.

Skazany, bo biedny

Skazali w Krakowie człowieka za palenie węglem w piecu. Będzie musiał wykonać 20 godzin prac społecznych. Pierwsza myśl – znakomicie, w końcu ktoś wziął się na poważnie za walkę z syfem zalegającym w powietrzu.

W stolicy Małopolski od 1 września obowiązuje tzw. uchwała antysmogowa, zakazująca palenia węglem, drewnem i innymi paliwami stałymi w kotłach, piecach i kominkach. Za jej złamanie grozi kara ograniczenia wolności albo nawet 5 tys zł grzywny. Przepisy zostały ustanowione pod presją środowisk aktywistycznych, zajmujących się walką z zanieczyszczeniem powietrza. Kraków był do tej pory jednym z najbardziej zatrutych miast na świecie. Mieszkańcy oddychali toksycznym koktajlem średnio przez ponad 150 dni w roku.
A więc wszystko idzie w dobrym kierunku? Nie, kochani, to nie jest takie proste. Karać jest najłatwiej. Za pomocą strachu można oczywiście wymusić dostosowanie do ekologicznych konieczności. Szkopuł w tym, że w pierwszej kolejności odczują to osoby o najniższych dochodach.
Polacy nie palą węglem dlatego, że są wrednymi skurwysynami, lubią jak się wesoło w piecu hajcuje, cieszy ich smród czy bawią czarne obłoczki wydobywające się z kominów. Kupują ten węgiel i ładują do kopciuchów, bo tak im wychodzi najtaniej. Na krótką metę, e życie biednego jest nieprzewidywalne, przez co można zapomnieć o strategiach mikroekonomicznych, którymi bawią się klasośredniacy.
Zjawisko to nazywa się ubóstwem energetycznym. Dotyka ono ok 20 proc. polskich gospodarstw, dla których wydatki na ogrzewanie stanowią 10 do 20 procent budżetu, co – według europejskich norm – oznacza nadmierne obciążenie. Aż 23 procent skarży się także na tzw. dyskomfort cieplny – szmalu na ogrzewanie przeznaczają coraz więcej, oszczędzają wciąż na opale, a mimo to nadal marzną, mieszkają w niedogrzanych lokalach, a to oznacza szereg problemów. W zimnie kwitną grzyby i drobnoustroje; zapalenia dróg oddechowych stają się sezonową normą, z czasem przeradzają się w poważniejsze schorzenia. Dochodzi też do zaburzeń hormonalnych, układu krążenia oraz, co oczywiste – pogorszenia stanu psychicznego – depresji, apatii, zaburzeń nerwowych.
W Krakowie i w innych ośrodkach władze dopłacają nawet do 100 proc. kosztów wymiany instalacji cieplnej – z węglowej na gazową. Ale do rachunków już nie dorzucają. Tymczasem węgiel jest wciąż najtańszym paliwem do domowego ogrzewania. Pod warunkiem, że mamy dobry piec. Koszt 1 kWh energii z czarnego kruszcu wrzucanego do prawidłowo użytkowanego kotła podajnikowego to 0,14 zł, w przypadku gazu jest to 0,29 zł.
Nie wystarczy karać, trzeba też wyciągnąć rękę, szczególnie do tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. A tego polskie miasta, ani rząd centralny nie robią.
Nieodłącznym elementem polityki antysmogowej musi być zabezpieczenie potrzeb energetycznych obywateli. Rozwój miejskich sieci ciepłowniczych to podstawa. Dopłaty do ogrzewania gazowego, których beneficjentami będą gospodarstwa o najniższych dochodach powinny być drugim filarem. Jeśli polityka antysmogowa ma polegać wyłącznie na wymianie pieców, wysyłaniu patrolowych dronów i reagowaniu na sąsiedzkie donosy, nie będzie to polityka sprawiedliwa.

Komisja Jakiego przegrywa sprawę kamienicy symbolu

W grudniu 2017 r. komisja weryfikacyjna kierowana przez Patryka Jakiego uchyliła decyzję reprywatyzacyjną w sprawie kamienicy przy Nabielaka 9, gdzie mieszkała Jolanta Brzeska. Nakazała również, by Marek M., znany „handlarz roszczeń”, zwrócił do miejskiej kasy 2,9 mln złotych. Wczoraj Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie uznał, że decyzja ta była bezpodstawna.

Zaledwie kilka dni temu WSA w Warszawie uchylił decyzję komisji Patryka Jakiego w sprawie dwóch działek na Powiślu. Krytycy reprywatyzacji i obrońcy praw lokatorów spodziewali się, że na rozprawie w sprawie kamienicy przy Nabielaka 9 może zapaść podobny werdykt. Mieli rację. Symboliczna sprawa, dotycząca nieruchomości zniszczonej podczas II wojny światowej, odbudowanej przez mieszkańców, a w 2006 r. zwróconej trojgu spadkobierców oraz „kupcowi roszczeń” Markowi M. (nabył roszczenia od kolejnych spadkobierców, za wyjątkowo niskie kwoty), kończy się triumfem tego ostatniego.
Historię nieruchomości przypomina we wpisie na Facebooku Jan Śpiewak, aktywista miejski zajmujący się nagłaśnianiem reprywatyzacyjnych patologii. – Marek Mossakowski kupił roszczenia do kamienicy na Nabielaka za 1500 złotych. Za kolejne 300 złotych kupił prawa do odszkodowania. Kamienica była zburzona w 70% w czasie wojny. Otrzymał nowiutką kamienicę na Dolnym Mokotowie decyzją Mirosława Kochalskiego w 2006 roku. Niedługo później na jego konto wpłynęło 1,9 miliona złotych tytułem „odszkodowania”. Zaczęło się czyszczenie nieruchomości. Do mieszkania, w którym mieszkała Jolanta Brzeska Mossakowski próbował się włamać za pomocą szliferki. Żądał od lokatorów pięniędzy za korzystanie z chodnika i części wspólnych. Brzeska nie chciała się wyprowadzić. W marcu 2011 roku została porwana ze swojego mieszkania i spalona żywcem w Lesie Kabackim – pisze.
Komisja weryfikacyjna cofnęła decyzję o reprywatyzacji nieruchomości przy Nabielaka 9, a córce Brzeskiej, Magdalenie, przyznała wysokie odszkodowanie. Miasto nigdy go nie wypłaciło, a decyzję komisji zaskarżyło do sądu. O sądowe rozstrzygnięcie zwrócił się również Marek M.
Sędzia Dariusz Pirogowicz, uzasadniając uchylenie decyzji komisji, stwierdził, że nie mogła ona „uchylać praw przynależnych do budynku jako takiego czy też lokalu do tego budynku należącego”. Orzekł także, że nie można zarzucać prezydentowi Warszawy, by rażąco naruszył przepisy postępowania administracyjnego przy wydawaniu decyzji o reprywatyzacji Nabielaka 9.
Sebastian Kaleta, który obecnie przewodniczy komisji weryfikacyjnej, zapowiedział, że komisja złoży skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego. Stwierdził, że wyrok i jego uzasadnienie „godzą w elementarne zasady państwa prawa”. – Sąd de facto zaprzeczył potrzebie oraz możliwości usuwania skutków błędnych i szkodliwych społecznie decyzji reprywatyzacyjnych – skomentował Kaleta. Jeszcze mocniej o wyroku wypowiedział się w mediach społecznościowych Jan Śpiewak. – Sąd znowu stanął po stronie skazanego prawomocnym wyrokiem kryminalisty (…) Sądy znowu stają po stronie bezprawia przeciwko interesowi publicznemu. Mamy do czynienia z rokoszem sądów administracyjnych, które łamią wyroki Trybunału Konstytucyjnego i dowolnie na korzyść handlarzy roszczeń interpretują dekret Bieruta – napisał.

Sąd zabrania kłamać o LGBT

Stowarzyszenie Tolerado pozwało FundacjęPro – Prawo do Życia o zniesławienie i zażądało też 75 tys. zł zadośćuczynienia. Wprawdzie wyrok nie został jeszcze wydany, jednak rozpatrujący sprawę gdański sąd zakazał Fundacji rozpowszechniania uprawianej przez nią chętnie obleśnej homofobicznej propagandy.

Z przedstawicielami Tolerado po decyzji sądu rozmawiali dziennikarze portalu Onet.
– To przełomowa decyzja sądu, z której wynika, że Fundacja ani nikt inny nie może rozpowszechniać kłamliwych informacji na temat środowisk LGBT. Kończy się nachalna propaganda na ulicach polskich miast – cieszy się Jacek Jasionek z Tolerado; cytuje go właśnie Onet.
– Warto podkreślić, że ta decyzja nie jest ograniczaniem wolności słowa. Nie można jednak rozpowszechniać nieprawdziwych informacji, które szkalują ludzi. A to, że są to nieprawdziwe informacje, udało nam się wykazać i uprawdopodobnić – dodaje.
Przypomnijmy. Po przeciwnych stronach wokandy stanęły walczące o prawa środowisk mniejszości seksualnych liberalne Stowarzyszenie Tolerado i fundamentalistyczna, antyaborcyjna Fundacja Pro – Prawo do Życia. Ta ostatnia przeprowadziła kilka miesięcy temu akcję, wysyłając na ulice Trójmiasta obwieszony banerami samochód. Ich treść wskazywała m.in., że homoseksualizm jest groźny i może prowadzić do pedofilii. Podobne treści prezentowane były też podczas innych akcji Fundacji, np. w trakcie zbiórki podpisów przed galeriami handlowymi. Stowarzyszenie Tolerado wytoczyło więc Fundacji sprawę karną, a w sierpniu br. złożyło dodatkowo pozew cywilny. Jego przedstawiciele żądają by Fundacja natychmiast zaprzestała „rozpowszechnia nieprawdziwych i homofobicznych treści na temat rzekomego związku pomiędzy pedofilią a homoseksualnością”.
Wyroku jeszcze nie ma, niemniej Sąd Okręgowy w Gdańsku wydał ważne postanowienie. Nakazał, by na czas trwania procesu Fundacja zaprzestała rozpowszechniania określonych informacji.
Chodzi m.in. o często prezentowane w przestrzeni publicznej wizerunki dwóch nagich mężczyzn okraszonych obrzydliwymi napisami, np.: „Pederaści żyją średnio 20 lat krócej”, „Czyny pedofilskie zdarzają się wśród homoseksualistów 20 razy częściej”, „Tacy chcą edukować twoje dzieci. Powstrzymaj ich”, „70 proc. zachorowań na AIDS dotyczy pederastów”, „91 proc. dzieci wychowywanych przez lesbijki i 25 proc. wychowywanych przez pederastów jest molestowanych”. Fundacja nie będzie teraz mogła pokazywać takich treści w żadnej formie, nawet na własnej stronie internetowej. Gdański sąd przyznał, że takie hasła mogą być postrzegane jako obraźliwe i krzywdzące dla osób LGBT, bo łączą m.in. homoseksualizm i pedofilię.
Dziennikarze Onetu piszą, że przedstawiciele Fundacji przekonywali ich, iż statystyki umieszczone na banerach wyprowadzone są z naukowych przesłanek. Powoływali się m.in. na badania Marka Regnerusa i Paula Camerona. Tolerado ripostowało, że badania wspomnianych naukowców nie zostały uznane przez żaden renomowany instytut badawczy, nie zostały potwierdzone i nie wytrzymały merytorycznej krytyki.
Sąd nie przychylił się jednak do wniosku o zakaz rozpowszechniania agit-propu na temat edukacji seksualnej, który skonstruowała Fundacja. Chodzi o prezentowane na banerach hasła: „Czego lobby LGBT chce uczyć dzieci? 4-latki: masturbacji, 6-latki wyrażania zgody na seks, 9-latki pierwszych doświadczeń seksualnych i orgazmu”.
Sąd stwierdził, że „w szeroko pojętej dyskusji publicznej na okoliczność zakresu i rodzaju edukacji seksualnej dzieci nie można zabronić drugiej stronie prawa wypowiadania się i sprzeciwiania się takim działaniom. Każdy obywatel ma zagwarantowane w konstytucji prawo do swobodnej, nawet mocnej wypowiedzi i wypowiadania sprzeciwu przeciwko edukacji seksualnej dzieci według takich standardów, a zwłaszcza nie można odmówić takiego prawa rodzicom korzystającym z wolności słowa w ramach konstytucyjnego zagwarantowanego prawa do wychowywania dzieci wedle własnego przekonania”. Tak uzasadnił swoją decyzję w tym zakresie.