Gospodarka 48 godzin

Podatnicy dla o. Rydzyka
325 milionów złotych z państwowej kasy otrzymał w czasach rządów PiS ojciec Tadeusz Rydzyk na swoją działalność – policzył Oko.press. Najbardziej hojne jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego, które na propagandę ojca Rydzyka przekazało od 2015 roku kwotę 185 mln zł z pieniędzy podatników. Nieco mniej, bo 74 mln zł przelał Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki. Trzecie miejsce na podium zajął Zbigniew Ziobro. Za poparcie redemptorysty, tak ważne dla istnienia politycznego Zbigniewa Ziobry, minister i prokurator generalny zapłacił 26 mln zł z pieniędzy podatników. Przeciwnik ministra sprawiedliwości, premier Mateusz Morawiecki, wbrew pozorom jest tu w trudniejszej sytuacji. Wprawdzie kieruje całym rządem, ale nie stoi na czele konkretnego ministerstwa, za pośrednictwem którego mógłby przekazywać pieniądze Polaków na cele ojca Rydzyka. Ma jednak do dyspozycji ich środki, którymi zarządza jego kancelaria – i właśnie z kancelarii premiera przekazano 8 mln zł na huczne urodziny radia ojca Rydzyka. Resztę środków, składających się na wspomnianą kwotę 325 mln zł zapłaciły inne urzędy i firmy państwowe.

Nie wiedziała, co czyni?
Organizacje pozarządowe (oczywiście z wyjątkiem tych opanowanych przez klientów Prawa i Sprawiedliwości) apelują do I Prezes Sądu Najwyższego o wycofanie z Trybunału Konstytucyjnego wniosku w sprawie zbadania konstytucyjności przepisów ograniczających dostęp do informacji publicznej. Wiadomo, że TK, który orzeka zgodnie z oczekiwaniami obecnej władzy, zdecyduje, iż te przepisy są zgodne z Konstytucją, co oznaczać będzie faktyczny koniec dostępu do informacji publicznej. Wprawdzie także i Sąd Najwyższy został przejęty przez PiS, jednak wśród przedstawicieli niezależnych organizacji pozarządowych istnieje jeszcze cień przekonania, być może nieuzasadnionego, że SN wraz ze swoją szefową będzie bronił prawa i dobra obywateli – a nie dobra władzy. Stowarzyszenie Dziennikarzy RP uważa, że dziennikarzom, a w szczególności reporterom i publicystom śledczym, I prezes SN zamierza założyć knebel, ale być może podświadomie. Jest to więc próba umożliwienia pani I Prezes SN wyjścia z twarzą z obecnej sytuacji, poprzez sugerowanie, że nie wiedziała ona co czyni i miała ograniczoną zdolność rozpoznania znaczenia swego czynu oraz kierowania własnym postępowaniem. Nie wiadomo jednak, czy pani Małgorzata Manowska zechce skorzystać z tego koła ratunkowego. Twierdzi ona, że jawność nie ma pierwszeństwa przed prawem do prywatności i ochroną danych osobowych (co w tym przypadku oznacza ochronę interesów władzy). Nie uważa też, że jej wniosek uderza w fundamenty ustawy,w której zawarte są podstawowe prawa obywatelskie do jawności życia publicznego. Skutki czynu pani Małgorzaty Manowskiej już widać. Jak twierdzi SDRP, wiele instytucji publicznych niemal natychmiast po ujawnieniu informacji o złożeniu przez nią wniosku do TK zaczęło ograniczać dostęp do informacji publicznej lub odmawiać udzielania informacji do czasu opublikowania orzeczenia Trybunału. Słuszne są więc obawy, że po orzeczeniu TK będziemy mogli zapomnieć o ujawnianiu błędów władzy i różnych przekrętów w instytucjach oraz firmach państwowych.

Zakup prasy lokalnej przez Orlen trafi do sądu

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podkreśla, że nie bierze pod uwagę pluralizmu mediów oraz wolności słowa. Natomiast Rzecznik Praw Obywatelskich stwierdza, iż UOKiK ma uwzględniać wszelkie okoliczności wpływające na chronione dobro konsumenta.
Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, zaskarżył do sądu decyzję Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który wyraził zgodę na zakup wydawnictwa Polska Press przez Polski Koncern Naftowy Orlen. To gest w zasadzie symboliczny, bo wiadomo, że każdy niekorzystny dla panowania PiS wyrok sądu zostanie zaskarżony do Sądu Najwyższego, a tam sędziowie posłuszni obecnej władzy wydadzą orzeczenie zgodne z jej oczekiwaniami. Tym niemniej trzeba coś robić – i w miarę możliwości sprzeciwiać się destrukcji demokracji w Polsce.
RPO zarzuca, że UOKiK nie zbadał czy efektem tak ogromnej koncentracji prasy regionalnej i lokalnej oraz mediów elektronicznych i kolportażu nie będzie ograniczenie konkurencji i niedopuszczalne ograniczenie wolności prasy. – UOKiK ma uwzględniać wszelkie okoliczności wpływające na chronione dobro konsumenta, a media kontrolowane przez Skarb Państwa, czyli faktycznie polityków, nie zapewniają obywatelom obiektywnych informacji – stwierdza Adam Bodnar. Przedstawiają obraz jednostronny, korzystny dla aktualnie rządzącej większości.
PKN Orlen kupując za pieniądze podatników 20 regionalnych gazet (w większości wojewódzkich) 150 tygodników lokalnych, kilka periodycznych magazynów, 23 regionalne serwisy informacyjne i 6 drukarni, całość należącą do Polska Press, przejmując Ruch, stanie się koncernem prasowym na wzór RSW Prasa-Książka – Ruch w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Partyjną kontrolę nad koncernem Orlenu, też na wzór peerelowski, sprawować będzie wierny działacz PiS, prezes PKN Orlen Daniel Obajtek.
Prasa regionalna pod partyjną kontrolą zostanie pozbawiona niezależności, wolności słowa a przede wszystkim prawdy. Dziennikarze,jeżeli zostaną w zespołach redakcyjnych, nie będą w stanie spełniać podstawowej misji jaką jest kontrolowanie władzy. Staną się pracownikami aparatu partyjnej propagandy Prawa i Sprawiedliwości, podobnie jak obecnie w telewizji publicznej, a w rzeczywistości, partyjno-rządowej.
Opinia publiczna nie poznała pełnego uzasadnienia UOKiK wyrażającego zgodę na zakup Polska Press przez PKN Orlen. Prezes tego urzędu odmówił ujawnienia dokumentacji. To jawne naruszenie prawa dostępu do informacji publicznej. W takich okolicznościach skierowanie sprawy do sądu jest tym bardziej uzasadnione. W pełni popieramy działania Rzecznika Praw Obywatelskich – stwierdza Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej.
Natomiast Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oznajmił, że z zaskoczeniem przyjmuje działanie Rzecznika Praw Obywatelskich związane ze złożeniem do sądu odwołania od decyzji wyrażającej zgodę na koncentrację Polska Press w rękach PKN Orlen.
UOKiK przypomina, że decyzje w sprawach dotyczących koncentracji mają na celu ocenę transakcji wyłącznie pod kątem zachowania warunków konkurencji, bowiem tylko takie uprawnienia ustawa przyznaje prezesowi Urzędu. Prezes UOKiK nie ma możliwości oceny innych aspektów projektowanej transakcji w tym na przykład oceny wpływu koncentracji na pluralizm mediów czy wolność słowa.
– Wydanie decyzji w sprawie przejęcia Polska Press przez PKN Orlen poprzedziła dokładna analiza skutków, jakie koncentracja może spowodować dla stanu konkurencji na badanych rynkach. To wyłącznie przesłanki merytoryczne dały podstawę do wydania decyzji pozwalającej na koncentrację. Dlatego ostatnie działania RPO kwestionujące decyzję niezależnego organu traktuję jako niezrozumiałe. Nie zgadzam się ze stanowiskiem RPO i nie widzę podstaw do takiego postępowania – stwierdza Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Już w trakcie postępowania w sprawie przejęcia Polska Press przez PKN Orlen do UOKiK wpływały pisma, w tym od Rzecznika Praw Obywatelskich, z wnioskiem o wydanie decyzji zakazującej dokonania tej transakcji ze względu na ograniczenie wolności słowa. Dlatego UOKiK podkreśla, że badając każdą koncentrację, ocenia to, czy przyczyni się ona do istotnego ograniczenia konkurencji. Nie są brane pod uwagę przesłanki wykraczające poza zakres ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, np. wpływ na pluralizm w mediach. – Prezes UOKiK jest niezależnym organem, działającym na podstawie i w granicach prawa. Uwzględnienie w postępowaniu koncentracyjnym, subiektywnych i bliżej niezdefiniowanych w prawie antymonopolowym kryteriów czy przesłanek, stanowiłoby złamanie prawa. Tym trudniej zaakceptować postawę RPO, który nie tylko w toku postępowania sugerował podjęcie działań niezgodnych z prawem, ale również bezpodstawnie kwestionuje decyzję niezależnego organu ochrony konkurencji – mówi prezes UOKiK, który jak widać uważa działania na rzecz wolności prasy za sprzeczne z prawem. Jest to podejście zgodne z duchem sprawowania władzy w Polsce przez Prawo i Sprawiedliwość.
UOKiK przypomina też, że to nie pierwszy raz, gdy RPO skarży decyzję UOKiK do sądu – do tej pory jednak w wyniku takich działań sąd nigdy nie zmienił rozstrzygnięcia wydanego przez prezesa Urzędu. – Decyzja została wydała rzetelnie i na podstawie merytorycznych, ustawowych przesłanek. Jesteśmy gotowi do przedstawienia argumentów sądowi – dodaje Tomasz Chróstny.

Aresztują cię przez internet, ale siedzieć pójdziesz naprawdę

Rzeczpospolita Kaczyńskiego zaczyna niepokojąco coraz bardziej przypominać antyutopie Orwella czy Huxleya. Obywatel ma coraz mniej praw, a w tle słychać gromkie zapewnienia władz, że to w celu obrony tych praw.

W projekcie Tarczy 4.0 proponuje się zmiany dotyczące tymczasowego aresztowania. To poważna, bo najbardziej dotkliwa forma środków zabezpieczenia wobec podejrzanego lub oskarżonego w toku procesu sądowego.

Przypomnieć należy, że w świetle polskiego – i nie tylko! – prawa człowiek jest niewinny do momentu, kiedy zapadnie prawomocny skazujący wyrok sądu. Zatem areszt, stosowany wobec człowieka formalnie niewinnego jest sprawą, do której należy podchodzić bardzo poważnie, bo dotyczy wolności jednostki.

Wspomniana „antykryzysowa” zmiana polegać ma na tym, że o tymczasowym aresztowaniu decydować miałby sędzia podczas posiedzenia sądu przeprowadzonego on-line.

W praktyce miałoby to wyglądać tak: sędzia połączy się przez internet z podejrzanym, któremu towarzyszyć będzie asystent prokuratora lub przedstawiciel służby więziennej. Obrońca, owszem, jest ciągle jeszcze przewidziany, ale również zdalnie. Sędzia może jednak uznać za stosowne wezwać go na salę rozpraw. Wtedy będą rozmawiać z podejrzanym wspólnie, z jednego łącza.

Obrońca, który chciałby porozmawiać ze swoim klientem na osobności, będzie mógł do niego zadzwonić i rozmawiać podczas przerwy, orzeczonej przez sędziego. Projekt nie mówi nic, co będzie, jeżeli sędzia tej zgody na kontakt nie udzieli, lub jeśli rozmowa adwokata z podejrzanym nie będzie miała gwarancji dyskrecji.

Co będzie, jeżeli łącze internetowe po którejś ze stron będzie słabe lub nastąpi uszkodzenie?

Można by zrozumieć tę formę, gdyby miała charakter tymczasowy i dotyczyła np. wyłącznie podejrzanego przebywającego na kwarantannie lub z potwierdzoną chorobą COVID-19. Jednak wiele wskazuje na to, że projekt tych zmian miałby być wprowadzony na stałe i zostać z nami także w tych szczęśliwych czasach, gdy nie będziemy już egzystować w cieniu koronawirusa.

– Ten sposób, jeżeli miałby zostać na stałe, jest głupi, krzywdzący i nieodpowiedzialny – powiedział mi znany warszawski adwokat. – To się może obrócić przeciwko każdemu obywatelowi. Jeżeli sędzia mając do wyboru podjąć nieco wysiłku albo nie podjąć go wcale tylko biernie przyklepać to, co znajduje się we wniosku o areszt, to proszę zgadnąć, co sędzia wybierze? Oprócz tego, co to znaczy, że obrońca będzie dzwonił do podejrzanego? Co z prawem do prywatności? To jest rozwiązanie, które się nie mieści w standardach jakiegokolwiek demokratycznego państwa i jakiegokolwiek rzetelnego procesu karnego.

Wolnych sądów tysiące obywateli broniły z dużym zaangażowaniem. W czasie pandemii protesty uliczne zostały poważnie ograniczone. Chyba jednak warto podnieść głowę w sprawie takich zmian, które mogą obrócić się przeciw każdemu z nas.

Czas próby dla sędziów

PiS przejęło kierowanie Sądem Najwyższym. To ważne dla prominentów tego ugrupowania, bo po zmianie władzy mogą oczekiwać odpowiedzialności karnej, a „własny” sąd zapewne pozwoli jej uniknąć.

W związku z zakończeniem pracy I prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzaty Gersdorf, przewodniczący Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” Krystian Markiewicz uznał, iż była to kadencja historyczna, bez wątpienia jedna z najtrudniejszych w ponad 100-letniej historii Sądu Najwyższego. Nigdy bowiem wcześniej w historii polskiego sądownictwa nie było tak bezpardonowego, brutalnego ataku na Sąd Najwyższy ze strony polityków partii rządzącej oraz prokuratury. Nigdy też wcześniej I prezes SN nie znalazł się w sytuacji, gdy instytucje takie jak Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownictwa, nie współpracują z Sądem Najwyższym, lecz wraz z politykami szukają sposobu na sparaliżowanie i zniszczenie jego niezależności. Nigdy wcześniej wreszcie nie było sytuacji, w której władza tworzyła sprzeczne z Konstytucją prawo, mające na celu usunięcie ze stanowiska I prezesa SN. Jak stwierdził K. Markiewicz, prof. Gersdorf przetrwała te zmasowane ataki na Sąd Najwyższy i na nią samą. Dawała świadectwo prawdy, w Polsce i w Europie. Dbała o dobre imię SN. Angażowała się w setki spotkań, konferencji, działań. Dzięki temu – nigdy nie była sama. Odpowiedź, która nadeszła do niej w tych wyjątkowych czasach, także była wyjątkowa: sędziowie i obywatele stanęli razem, w obronie wartości i w obronie I prezes SN. Setki tysięcy Polaków wychodziły na ulice, a z całego świata od różnych instytucji i organizacji płynęły słowa wsparcia i uznania. „Te chwile zostały w naszej pamięci i dały nam wszystkim wiele siły” – dodał sędzia K. Markiewicz. Jak mówił, to był czas wielkiej próby dla wszystkich sędziów – i nigdy wcześniej współpraca między Sądem Najwyższym a SSP Iustitia nie układała się tak dobrze. Sąd Najwyższy i sędziowie sądów powszechnych zawsze byli zgodni co do najważniejszych spraw: trzeba robić wszystko, by chronić prawa i wolności każdego człowieka. W rezultacie, sędziom udało się coś, co nie udaje się niestety politykom: w środowisku sędziowskim rozmawiają, uczą się od siebie nawzajem. „Połączyliśmy doświadczenie z przyszłością, mądrość i rozwagę autorytetów z energią tysięcy sędziów w całej Polsce. Mamy i odwagę, i pokorę. Mamy też zaufanie wobec siebie nawzajem. Nasza siła tkwi właśnie w tym, że idziemy dalej do przodu razem. To jest recepta na długie dystanse” – podkreślił K. Markiewicz. Stwierdził też, że koniec kadencji I prezesa SN to żaden koniec – bo niezależny Sąd Najwyższy przetrwa w sędziach: „To nasz pokoleniowy moment próby”. Każdy sąd powszechny w Polsce, każdy sędzia, będzie jak SN. Będzie – oby – stał na straży Konstytucji. To niezłomność sędziów będzie skałą, na której przetrwa nadzieja Polaków na sprawiedliwość. A bogini sprawiedliwości nie da się ani kupić, ani zakneblować. Cóż, słowa szefa Iustitii są wzniosłe, ale czas pokaże, jak rzeczywiście będą się zachowywać sędziowie.

Związkowcy wygrali w sądzie

Warszawski sąd rejonowy uniewinnił działaczy związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza od zarzutu zakłócania porządku publicznego na lotnisku Chopina. Sąd stwierdził, że rozdawanie ulotek nie może zostać w ten sposób zakwalifikowane.

Chodzi o sytuację z 23 października 2018 roku, kiedy w ramach akcji solidarnościowej ze strajkującymi pracownikami LOT-u, związkowcy z Inicjatywy Pracowniczej rozdawali na lotnisku Chopina w Warszawie ulotki. Informowali w nich pasażerów opóźnionych bądź odwołanych lotów, jakie są przyczyny strajku. Kampania miała na celu przeciwdziałać nagonce, jaka dotknęła strajkujących ze strony mediów publicznych.
Akcja informacyjna nie spodobała się władzom lotniska. Osoby wręczające ulotki zostały szybko zatrzymane przez Straż Ochrony Lotniska. Na miejsce została wezwana policja.

– Funkcjonariusze nie bardzo wiedzieli co z nami zrobić, bo nie przychodził im do głowy żaden przepis, pod który mogliby podciągnąć nasze zachowanie. Po wylegitymowaniu chcieli nas puścić udzielając pouczenia. Jednak po konsultacji ze swoim przełożonym, powiedzieli nam, że nie mogą tego zrobić. Upewnili się, że ich nie nagrywamy i przyznali, że sprawa ma charakter polityczny i najprawdopodobniej dostaniemy wezwanie na przesłuchanie, a w stosunku do nas zostanie skierowany wniosek o ukaranie do sądu – informuje Inicjatywa Pracownicza na Facebooku.
Sąd w postępowaniu nakazowym ukarał działaczy karami grzywny za prowadzenie, wbrew zakazowi, działalności zakłócającej porządek na lotnisku. Związkowcy wnieśli sprzeciwy, uważając, że zarzuty wobec nich są absurdalne. Ich zdaniem policja nie wskazała, w jaki konkretnie sposób zakłócali porządek na lotnisku.

25 lutego Sąd Rejonowy dla m. Warszawy podzielił ten pogląd, uniewinniając oskarżonych działaczy. Sąd w uzasadnieniu stwierdził, że ich akcja nie miała znamion zakłócania porządku, nie utrudniła pracy obsłudze lotniska czy podróży pasażerom. Wyrok nie jest prawomocny. Policja może wnieść apelację.

Prezydent – obywatel lepszego sortu

Zgodnie z artykułem 32 Konstytucji RP „wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”. Mimo to okazuje się, że polski system prawny jest niespójny, bo Kodeks karny zakłada, że prezydent RP jest obywatelem lepszego sortu, którego prawo chroni w większym stopniu niż innych obywateli.

Istnieje bowiem paragraf, który nie tylko chroni prezydenta przed krytyką, ale wręcz grozi więzieniem za znieważanie go. Zgodnie z artykułem 135 Kodeksu karnego „kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Każdy obywatel może chronić swoich praw w procesie cywilnym o naruszenie dóbr, ale prezydent ma prostą ścieżkę do procesu karnego. Innymi słowy prawo ostrzega przed krytyką głowy państwa.

Błyskawiczna interwencja

W tym kontekście niepokoi, ale nie dziwi fakt, że 65-letniemu mężczyźnie, który na spotkaniu z Andrzejem Dudą w Łowiczu miał baner z hasłem „Mamy durnia za prezydenta”, prokuratura już w kilka godzin po zatrzymaniu postawiła zarzut. Mężczyzna odpowie właśnie z artykułu 135.
Skądinąd gdyby konsekwentnie stosować przepis dotyczący znieważenia prezydenta, prokuratura musiałaby interweniować tysiące razy dziennie na facebooku, youtubie czy twitterze, gdzie w zasadzie non stop pada wiele, delikatnie mówiąc, nieprzychylnych określeń wobec Andrzeja Dudy.

Kara nieproporcjonalna?

Blisko 10 lat temu Sąd Okręgowy w Gdańsku zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego z pytaniem prawnym, czy wysoka kara za znieważenie prezydenta nie narusza prawa do wolności wypowiedzi. Sąd podkreślił, że przepis Kodeksu karnego w obowiązującym kształcie stanowi podstawę do zbyt dużej ingerencji państwa w prawo do debaty politycznej i wyrażania własnej opinii. Sąd stwierdził wtedy, że tak wysoka kara jest nieproporcjonalna do wymiaru kary.

W oświadczeniu z 6 lipca 2011 roku Trybunał Konstytucyjny nie zgodził się ze stanowiskiem Sądu Okręgowego. Stwierdził, że przepis art. 135 par.2 Kodeksu karnego jest zgodny z Konstytucją oraz nie narusza przepisów zawartych w umowach międzynarodowych, których Polska jest stroną. TK argumentował wtedy między innymi, że „Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji”.

PiS kiedyś był przeciw

Co ciekawe, wtedy to politycy PiS opowiadali się za usunięciem art. 135. „Jestem zdecydowanym zwolennikiem zniesienia tego artykułu. Złożymy taki wniosek na początek nowego sezonu politycznego” – zapowiedział Jarosław Kaczyński w lipcu 2012 roku. Lata mijają, a przepis pozostał.

Niebezpieczny przepis

Artykuł 135 Kodeksu karnego jest archaiczny i niebezpieczny. Polityk to zawód zaufania publicznego, a obywatele powinni mieć pełną swobodę w ocenie najważniejszych osób w państwie. Dlatego prezydent, premier, poseł to osoby, które powinny liczyć się z ostrą i stanowczą krytyką ze strony społeczeństwa. Gdy władza nie dotrzymuje słowa, gdy ludzi krzywdzi, oszukuje, frustruje, to jej ostra krytyka jest w pełni zrozumiała.
Prezydent powinien budować swoją pozycję nie groźbami kar dla swoich krytyków, lecz wiarygodnością, charyzmą, wiedzą, przekonującą wizją kraju. A grożenie więzieniem za nazywanie prezydenta durniem nie zmieni przekonania części społeczeństwa, że prezydent durniem jest, a raczej je umocni.

Smogowa opłata klimatyczna

Za oddychanie zatrutym powietrzem trzeba jeszcze dopłacać.

Turyści, którzy odwiedzili ostatnio Toruń, Sandomierz i Szczyrk zaskarżyli pobieraną tam opłatę miejscową. Jak twierdzą, opłaty są bezprawne, gdyż miasta nie spełniają kryteriów czystości powietrza.
Wszystkie te trzy miasta według Generalnej Inspekcji Ochrony Środowiska leżą w strefach przekroczeń norm jakości powietrza i notują je niejednokrotnie.
Naczelny Sąd Administracyjny w marcu 2018 r. orzekł, że tam, gdzie ani miasto, ani strefa w której się ono znajduje, nie spełniają kryteriów czystości powietrza, nie można pobierać opłaty miejscowej.
W Polsce na 46 stref jakości powietrza tylko 12 spełniało normy zdrowotne dla stężeń pyłu PM10, a tylko trzy dla rakotwórczego benzoapirenu. Ani Toruń, ani Sandomierz, ani Szczyrk nie znajdują się na terenie czystej strefy. Od turystów miasta pobierają opłatę w wysokości ok. 2 złotych dziennie za „szczególne korzystne właściwości klimatyczne i walory krajobrazowe”. Jakość powietrza wciąż jednak pozostawia wiele do życzenia.
– Wybrałem się do Sandomierza, żeby zwiedzić to piękne średniowieczne miasteczko, znane z lokalnych winnic i przytulnej, zwartej zabudowy. Nie spodziewałem się, że będę musiał mierzyć się z takim smogiem – nie przystawało to nijak do wizji Sandomierza, jaką znam z mediów. Przez większość 35-minutowej drogi z dworca oddychałem na przemian spalinami samochodowymi i czarnym dymem z kopciuchów. To wszystko w mieście, które pobiera opłatę miejscową, m.in. za czyste powietrze. Okazało się, że lepiej zejść do miejskich lochów – tam jest lepsze powietrze niż na zewnątrz” – mówi Beniamin Łuczyński, działacz stowarzyszenia „Miasto Jest Nasze”.
Łuczyński dodaje, że podobny zawód spotkał go w kopernikańskim Toruniu, gdzie dym z kominów na ulicach miesza się ze spalinami z rur wydechowych. Szczególnie dotkliwe było to w obrębie zespołu staromiejskiego oraz Bydgoskiego Przedmieścia. Są to piękne spacerowe dzielnice – efekt psuje jednak powszechny smog, który utrudnia zwiedzanie tych miejsc w sezonie grzewczym i przy większym ruchu samochodów.
15 marca 2018 roku Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok w sprawie poboru opłat w Zakopanem. Orzekł, że miasto Zakopane nielegalnie ściąga opłaty miejscowe od turystów – i podkreślił, iż nie zostały dopełnione wymagania klimatyczne, aby je pobierać. Wówczas sąd, po trzech latach, wydał wyrok w sprawie turysty, który odwiedził Zakopane w 2015 r. i zakwestionował pobór opłaty klimatycznej. Według niego podatek został pobrany bezprawnie, bo miasto i strefa, w której leży, nie spełniają kryteriów czystości powietrza. Takich, walczących przed sądem turystów, jest jednak na razie bardzo niewielu.

Wydrukowany senator, czyli pisowscy sędziowie w działaniu

Na kartach do głosowania w Senackim Okręgu Wyborczym nr 2, przy imieniu i nazwisku zgłoszonego przez partię Polska Lewica członka SLD Kazimierza Klimka umieszczono błędnie symbol komitetu wyborczego koalicji Lewica, z przyczyny natury pragmatycznej (pięcioprocentowy sejmowy próg wyborczy zamiast ośmioprocentowego) startującej w wyborach pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Na Klimka zagłosowało 27158 wyborców, zwycięski kandydat Prawa i Sprawiedliwości Krzysztof Mróz wyprzedził startującego z poparciem Lewicy i Koalicji Polskiej kandydata Koalicji Obywatelskiej o 1168 głosów, co stanowiło 5,02 proc. głosów oddanych na sejmową listę Lewicy (23256) w powiatach tworzących Senacki Okręg Wyborczy nr 2 (jaworski, jeleniogórski, kamiennogórski, złotoryjski, Jelenia Góra). Do zwycięstwa Mroza wystarczyło, żeby: po pierwsze, co dziewiętnasty – dwudziesty wyborca Lewicy uznał Klimka za osobę przez nią zgłoszoną (a w obwieszczeniu wyborczym widniało, zgodnie z prawdą, iż Klimek należy do Sojuszu Lewicy Demokratycznej), po drugie, nie zauważył obecności kandydata KO lub pomimo jego obecności postanowił zagłosować na kandydata Lewicy. Oczywiście, decyzje wyborcze powinno się podejmować po uważnym zapoznaniu się z obwieszczeniami, nie zaś na podstawie pobieżnego przejrzenia karty do głosowania. Różnie jednak bywa w rzeczywistości, dotyczy to także części lewicowego elektoratu.
Krajowa Rada Sądownictwa, składająca się w olbrzymiej większości z osób wybranych dzięki poparciu pisowskich posłów i senatorów poprzedniej kadencji parlamentarnej, wyselekcjonowała wszystkich kandydatów do pełnienia urzędu sędziowskiego w nowo utworzonej Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. Powołani przez prezydenta Dudę sędziowie stwierdzili niedawno ważność wyborów do Sejmu oraz Senatu. Nikt myślący racjonalnie nie zakładał, rzecz jasna, iż Prawo i Sprawiedliwość zacznie teraz ordynarnie fałszować wybory. Zdarzają się jednak sytuacje niejednoznaczne, takie jak wyżej opisana. Formalnie rzecz biorąc, nie da się wykazać ponad wszelką wątpliwość, że choćby jeden wyborca zagłosował niezgodnie ze swoją wolą z powodu błędu drukarskiego. Sąd ma oczywiście prawo przeprowadzenia tak zwanego dowodu z zeznań świadków, ale zeznać można niemal wszystko, niekoniecznie zgodnie ze stanem rzeczywistym. Jest jednak wynik wyborów z 2015 roku, w których startujący w tym samym okręgu, zgłoszony przez komitet wyborczy Obywatele do Parlamentu Kazimierz Klimek zdobył 6063 głosy (5,93 proc.), podczas gdy w 2019 roku 27158 głosów (21,58 proc.). Nie da się sensownie wyjaśnić skali tej różnicy ponad dwudziestu tysięcy głosów oraz kilkunastu punktów procentowych inaczej, niż zespolonym efektem informacji z obwieszczenia wyborczego o przynależności Klimka do SLD w połączeniu z niewłaściwym symbolem komitetu wyborczego na karcie do głosowania.
Byłoby chyba przesadą liczenie na to, że senator Mróz uniesie się honorem i zrezygnuje z mandatu senatorskiego, umożliwiając ponowne przeprowadzenie wyborów, w których znów wystartuje. Myślę, iż w podobnej sytuacji nie oczekiwalibyśmy takiego postępowania od lewicowego senatora. Zastanawiam się jednak, jaki będzie komfort wykonywania mandatu senatora przez osobę, która zapewne zdaje sobie sprawę z tego, że niemal na pewno zawdzięcza swój sukces błędowi drukarskiemu. Kibice sportowi nazywają nieuczciwe sędziowanie drukowaniem, a wynik tak sędziowanego meczu określają jako wydrukowany. Okazuje się, iż można być również, w nieco innym znaczeniu tego sformułowania, wydrukowanym senatorem. Co ciekawe, przed czterema laty Mróz (wtedy jedynie wieloletni działacz etatowy Prawa i Sprawiedliwości, radny Jeleniej Góry) wygrał wybory uzyskując zaledwie 31,08 proc. oddanych głosów, zawdzięczając zwycięstwo rozdzieleniu się poparcia pozostałych wyborców na pięciu innych kandydatów. Przy takim szczęściu Krzysztof Mróz powinien koniecznie zagrać w jakąś grę liczbową. Mógłby też ewentualnie typować wyniki rozgrywek polskich gier zespołowych. Tylko sędzia musiałby być z PiS-u.

Seryjny gwałciciel szczękowy

7 lat więzienia za zrobienie pannie poznanej w internecie, tego samego, co tysiące mężów bezkarnie robi swoim ślubnym raz w tygodniu.

Kariera dentystyczna pana Tomasza rozwijała się jak powinna. Miał gabinet pod Toruniem. I w Toruniu też miał. Tak samo z mieszkaniami. Ze względu na swój fach i stan uzębienia miejscowych, na brak kasy od lat przestał narzekać. A ponieważ miał 37 lat, to świat należał do niego.

Sieć szczęścia

I dzięki internetowi, kobiety również. Założył sobie konto na portalu Badoo i rozpoczął łowy. Szło fajnie. Urok zawodu i ten osobisty, działały. Życie towarzyskie stomatologa Tomasza kwitło. Tak jak z panią poznaną na portalu. Gadka szmatka, przejście na fejsa, telefon, kawa, wreszcie taksówką do niej i z nią do siebie, na toruńską chatę. A potem całkiem obopólnie miły seks. Za drugim i trzecim razem zresztą też.
Niestety przyszedł 21 kwietnia 2016 roku. W „Znanym lekarzu” – portalu internetowym gdzie pacjenci oceniają medyków, pojawił się wpis. Pierwszy i nader niefajny.
„Bardzo żałuję, że trafiłam w ręce tego Pana. Leczenie kanałowe wraz z odbudową na włóknie szklanym zostało przeprowadzone w tempie ekspresowym. Co się okazało? Nerwy usunięte do połowy a ząb niezaleczony. Suma summarum, straciłam tego zęba. Zero kontaktu z tym panem, nie polecam” napisała Ewa P.
Czy to z powodu nieradzenia sobie z internetowym hejtem, czy raczej poczucia, że babka ma rację, pan Tomasz się zestresował. I postanowił, z tym napięciem coś zrobić. Zadzwonił do panny z Badoo. Potem w taksówkę i po przywiezieniu jej do siebie, mógł wreszcie przystąpić do rzeczy.

Gwałtowny sponsoring

Opis intymnego pożycia, które teraz nastąpiło różni się w zależności od tego, kto opowiada. Stomatolog Tomasz opisuje, że jak zwykle było miło, ale tym razem spróbowali czegoś z pogranicza sodo-maso.
Zdaniem jego towarzyszki pieszczoty zaczęły się natomiast od uderzenia w twarz, rzucenia jej na łóżko i szarpania. Pojawiły się też propozycje uprawiania seksu w sposób dla pani niemiły, na co nie przystawała. Przynajmniej do czasu, jak mężczyzna zagroził, że jak jej się nie zachce, to on ściągnie swoich kolegów i wyegzekwują od pani to czego chce, wespół w zespół. Wobec takiego ultimatum pani nie pozostało nic innego jak robić to na co wpadł facet. A potem jeszcze co innego i jeszcze i jeszcze. A ponieważ fantazji i pary stomatologowi Tomaszowi nie brakowało, to panna naliczyła kilka niechcianych zbliżeń. Oczywiście w tej narracji nie mogło zabraknąć opowieści o tym, że usiłowała pod pozorem zrobienia siusiu dać nogę, ale mieszkanie było zamknięte na klucz, którego w drzwiach nie było. została zgwałcona kilkakrotnie, w różny sposób. Odniosła też obrażenia. Gehenna, którą kobieta przeżyła, skutkowała kilkoma lekkimi obrażeniami skóry i błony śluzowej oraz niepowetowaną traumą psychiczną. Tak straszną, że nawet nie pozwoliła ta trauma pobiec na policję i zobligować ją do aresztowania gwałciciela sadysty.
Przez 3 tygodnie, na „Znanym lekarzu” nikt nic nie o dentyście nie napisał. Pan Tomasz zaś klikał w internet i to skutecznie. Na tyle, by poznać inną panią. Taką, która szukała sekssponsora. Na taką rolę, wrodzone skąpstwo pana Tomasza się zgodzić nie mogło. Dlatego rozmowy o układzie za kasę skończyły się fiaskiem po dwóch wizytach pani w toruńskiej garsonierze dentysty.
10 maja 2016 r. pani zadzwoniła do pana Tomasza niemal zawodowo. Bolał ją bowiem ząb. Mimo godziny 1.00 w nocy stomatolog wbił się w taksówkę, po drodze nabył flaszkę i pomknął do potrzebującej kobiety. A potem wraz z nią do swojego mieszkania. Gdzie odbył się – zdaniem dentysty – zupełnie udany seks. Ostry, ale sprawiający obojgu niezłą frajdę.

I jeszcze narkoman

Panna widziała rzecz nieco inaczej. Tuż po wejściu do mieszkania stomatolog kazał jej się rozbierać, bo jak nie, to włoży jej butelkę w tyłek, a potem ten efekt poprawią wezwani przez niego koledzy. Argument ten wsparł uderzeniem z liścia, szarpnięciem za włosy i rzuceniem na łóżko. Po czym zrobił z panią dokładnie to, co z jej poprzedniczką. Skończył o godz 10. 30, bo właśnie wtedy pannie udało się uciec z mieszkania oprawcy. Pobiegła tam gdzie powinna, w związku z czym policja już po kilku godzinach mogła zaraportować ujęcie brutalnego gwałciciela.
Po przejrzeniu komputera stomatologa, śledczy błyskawicznie do zgwałconej dokooptowali jej poprzedniczkę. Mieli zatem seryjnego, brutalnego gwałciciela. Bo wszak – jak to ujął rzecznik mundurowych – „jedna z kobiet odniosła obrażenia, ale skutkujące konsekwencjami w okresie poniżej 7 dni”. Za takie coś, prokurator z reguły wnioskuje o 15 lat.
Zanim jednak powstał akt oskarżenia, pana Tomasza aresztowano. A w mediach wszczęto akcję poszukiwania jego kolejnych ofiar. Miejscowe gazety i portale rzuciły się na temat, więc doniesienia o dentyście sadyście hulały w nich przez kilka dni. Wraz z apelem do ofiar, aby porzuciły wstyd i zeznawały. I mimo, że każda kobieta w Toruniu i okolicy wiedziała o „zwyrodnialcu” i zdawała sobie sprawę ze statusu majątkowego pana Tomasza, to w sprawie nie pojawiła się następna pokrzywdzona. Ani tez taka, która chciałaby zapolować na zadość uczynienie finansowe. Po pół roku czekania na ofiary, prokurator postanowił oskarżyć stomatologa o kilka gwałtów na dwóch paniach. No i o posiadanie 15 g amfetaminy, co to ją znaleziono na miejscu zbrodni. Kwalifikować to miało dentystę do spędzenia bez towarzystwa kobiet – 8 lat.

Zagrożenie publiczne

Po roku bycia w areszcie, adwokatka pana Tomasza przekonała sąd, że ponieważ wszystkie dowody zostały zebrane, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby jej klient mógł dochodzić na proces z własnego domu. Sąd Okręgowy, mimo sprzeciwu prokuratury, na to przystał.
Media zawyły. „Zwyrodnialec na wolności”, „Torunianki boją się wychodzić z domu”, „Sadystyczny gwałciciel może w każdej chwili zaatakować” – to tylko kilka cytatów z chwilowej paniki.
Mijały miesiące, a pan Tomasz nikogo nie zgwałcił – nawet łagodnie. Wyżywał się na zębach pacjentów, bo wrócił do uprawiania swojego fachu. Robił zatem swoje i sumiennie zgłaszał się w określonym czasie na policję. Bywał też na kolejnych odsłonach swojego procesu.
Praca zawodowa szła dentyście na tyle nieźle, że w październiku tamtego toku na „Znanym lekarzu” objawił się drugi wpis.. Zachwycona Malwina wyklikała, że stomatolog jest „Bardzo przyjemny. Cudowne podejście do pacjenta, usunięcie zęba przeprowadzone bezboleśnie. Wszystko po zabiegu wyjaśnione i w ogóle. Serdecznie polecam!”.
Nerwówka dentysty miała się skończyć 14 lutego. W Walentynki. I się skończyła. Pan Tomasz dowiedział się, że jest winny. I pójdzie do więzienia na 6 lat. A każdej z ofiar ma zadośćuczynić kwotą 2 tys zł. Ponieważ był to wyrok pierwszej instancji, to nie był prawomocny.
Lokalnym mediom to nie przeszkadzało. Przez kilka tygodni trwała nagonka na sąd, że skazanego na długoletnie więzienie nie zamknął. Co było prawdą, bo pan Tomasz usłyszawszy werdykt i złożywszy apelację, wciąż opiekował się zębami swoich pacjentów i – mimo że każdy w Toruniu wiedział kim jest stomatolog G. – pacjentek zresztą też.
Skończyło się to w czerwcu. Parcie mediów i prokuratury na Sąd Okręgowy było takie, że sędzia, mimo że przez 2 lata na wolności dentysta nawet na milimetr nie uchybił warunkom niebycia w areszcie, uległ argumentom i stomatologa nakazał zapuszkować. Dosłownie parę tygodni przed wyrokiem apelacyjnym.

Nieszczęśliwa siódemka

W tej instancji prokurator nie chciał już – jak poprzednio – 8 lat za brutalne gwałty i narkotyki. Podniósł stawkę do okrągłej dychy. Stomatolog walcząc o uniewinnienie, podtrzymywał oczywiście, że jest ofiarą pomówienia, bo seks uprawiał z paniami za ich zgodą.
Sędzia się z tym nie zgodził. „Obie te kobiety, niezależnie od siebie, opowiadają w zasadzie o takim samym przebiegu zdarzenia, o takim samym postępowaniu sprawcy – jazda taksówką, pobyt w mieszkaniu, przyjemna atmosfera, alkohol… Nagle zachowanie, które nie powinno czy nie jest niczym uzasadnione, gdzie zauważają: pobudzenie, agresję i przeradza się to w przemoc sprowadzającą się do gwałtu” – powiedział, i w imieniu Rzeczpospolitej skazał stomatologa na 7 lat więzienia. Ofiary też dowartościował. Pan dentysta musi każdą z nich zaspokoić nie dwoma, a 5 tysiącami zł.
Stomatolog pewnie nie ma pojęcia, że 3 lata temu z hakiem, wkurzył się niepotrzebnie, nie wiedząc, że internetowi nie ma co ufać. Będąc od tygodni za kratami, nie wie wszak, że już po wyroku, na jego profilu w „Znanym lekarzu” pojawił się trzeci wpis. 11 lipca pacjentka Justyna napisała: „Wizyta w niedzielę wieczorem. Lekarz przyjął bez problemu i pomógł. Usunięcie było skomplikowane i nikt nie chciał się podjąć. Pan Doktor zrobił to bez problemu szybko. Polecam”.

Dychotomia procesowa

Sprawa Janka Śpiewaka doskonale oddaje nastroje w szeregach Koalicji Obywatelskiej, lub szerzej, w środowisku tzw. demokratycznej opozycji. Jeśli nie popierasz w całej rozciągłości argumentacji o zamachu na władzę sądownicza w Polsce oraz o przetrącaniu kręgosłupa prawom i wolnościom przez nieludzką tyranię – popierasz PiS. Kto mówi, że jest inaczej, to sprzedajny symetrysta.

Moja znajoma opowiadała mi, że pewnego razu, kiedy poszła do lasu z psem na spacer, pośrodku niczego, na polnej dróżce, siedział sobie po turecku blondwłosy kawaler. Wzrok miał mętny. W jednej ręce trzymał papierosa, w drugiej otwarte piwo. Sprawiał wrażenie zmęczonego. I piwem i życiem. Na pytanie, czy nic mu nie jest i czy można mu jakoś pomóc, zaciągnął się głęboko, odwrócił oczy ku słońcu i wydusił z siebie: „Mi już nikt i nic nie może pomóc”, po czym upił łyk i kontynuował siedzenie.

Jan Śpiewak, którego cenię za upór w dążeniu do celu i pryncypialność w głoszeniu mało popularnych tez, został prawomocnie skazany za pomówienie. W tle wyroku mamy sprawę dzikiej reprywatyzacji, córkę byłego ministra, 120-letniego właściciela kamienicy i kuriozalny wyrok, do tego utajniony. O sprawie Janka Śpiewaka wie prezydent. Zaprosił go do Pałacu, żeby pogadać, a Janek zaproszenie przyjął. Prezydent obiecał pomyśleć nad ułaskawieniem Janka, jeśli wniosek do niego wpłynie i będą podstawy. Janek w mediach społecznościowych dał wyraźnie do zrozumienia, że nie jest fanem dobrej zmiany, a próby majstrowania przy sądowej niezawisłości są dlań bardzo na wyrost, a przynajmniej tempo oraz sposób ich wdrażania.

Mam tak samo jak Janek. I podobnie jak On wiem, że nie jest wcale tak, że władza sądownicza jest w Polsce kryształowa i bez skazy, a zła pisowska bolszewia chce ją sprowadzić do roli kagańcowego psa. Za dużo naczytałem się o wyrokach z kapelusza i za dużo nasłuchałem się opowieści o tym, jak jedną decyzją sąd polski potrafił człowieka puścić z torbami; zaliczyć do grona grupy przestępczej; podeptać marzenia o własnym biznesie albo skazać na infamię i społeczny ostracyzm.

Jest w Olsztynie sędzia, który pierwszy zaczął mówić o tym, że listy poparcia do KRS wciąż są niejawne i to rzeczywiście skandal. Bo te procedury, jak każde inne, jawnymi być powinny, jeśli chcemy mieć w tym kraju jako taki porządek. Ale przy okazji można było się dowiedzieć, że ten sam sędzia z Olsztyna przyklepał komorniczą egzekucję za kwotę wadium, po której tonący w długach właściciel gospodarstwa targnął się na własne życie. Że pisał pisma, jakoby z żoną jednego z policjantów prowadzących śledztwo łączyła go zażyłość, czemu ta kategorycznie zaprzeczyła. Jeśli już pojawiają się takie kwiatki, to darujcie Państwo, ale naprawdę dużo mniej mnie obchodzi, co pan sędzia sądzi o reformie sądownictwa. Znacznie bardziej zależy mi na tym, aby ustosunkował się do informacji, czy jego wyroki przyczyniły się do tragedii człowieka.

Z polskim systemem sprawiedliwości jest trochę jak z pijakiem na polnej dróżce. Załamuje ręce, że nagle władza brutalnie go pacyfikuje i nie ma już dla niego żadnego ratunku, no chyba że w Brukseli, choć prawda jest dużo bardziej banalna. Odstawić chlanie, oporządzić się, wstać. Podobnie jest z próbą narzucenia ludziom dychotomii wyborów i postaw: jak nie popierasz PiS-u, musisz chodzić z nami na marsze, bo „kasty” ruszyć nie wolno, gdyż to Bóg i historia postawiły ją w tym miejscu. Albo: przepędzić z sądów warcholstwo i wyrugować komusze złogi, bo orzekają aparatczycy mianowani jeszcze za Jaruzela, choć prawda jest taka, że tych z rodowodem z poprzedniej epoki jest niewielu. Tak jakby w PRL-u nie wykładano prawa rzymskiego, tylko sam „Kapitał”.
Janek Śpiewak, ja zresztą też, mówimy inaczej; jest w sądach w Polsce bardzo dużo patologii, co nie znaczy, że trzeba je zbudować i zaprzysiąc na nowo; sądy w Polsce złamały niejeden życiorys; niejeden wylądował przez nie na bruku. Ale można w sądach w Polsce wydrapać sobie sprawiedliwość-i trzeba to pokazywać w dwójnasób. Co niniejszym czynię/czynimy.