Efekt Fijo

Jego sprawą żyła cała Polska. Oprawca psa Fijo skazany na 1,5 roku więzienia.

Szczeniak, który został skatowany przez byłego właściciela, do tej pory jest częściowo sparaliżowany. Sąd Rejonowy w Toruniu nie dał wiary Bartoszowi D., że ten będąc pod wpływem alkoholu przewrócił się na psa tak nieszczęśliwie, że uszkodził mu tylne łapy. Bartosz D. został skazany na 1,5 roku pozbawienia wolności za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem. Ma również zakaz posiadania zwierząt przez 10 lat.
– Wersja oskarżonego jest całkowicie niewiarygodna – oceniła sędzia. Opierając się na opinii biegłych uznała, że Fijo został co najmniej trzykrotnie uderzony przez oskarżonego. Działanie to, zdaniem sądu, spełniało znamiona „szczególnego okrucieństwa”. – zdecydowała sędzia Aneta Zawulewska-Glonek. – W ocenie sądu kara jest adekwatna do społecznej szkodliwości czynu.
skarżyciele domagali się maksymalnego wymiaru kary (przed nowelizacją ustawy są to 3 lata pozbawienia wolności. – Ważne, że oskarżony został skazany na bezwzględne więzienie, ale liczyłam, że będzie to wyrok przełomowy, czyli, że będzie zasądzony maksymalny wymiar kary. Zastanowimy się nad odwołaniem – komentowała po ogłoszeniu wyroku adwokat Katarzyna Topczewska, która reprezentowała fundację „Judyta”.
Gabriela Kieres-Rynkowska z Prokuratury Rejonowej Toruń-Wschód podkreślała, że postawa skazanego od początku była naganna: – W dniu zdarzenia został kilkukrotnie powiadomiony przez żonę o fakcie ujawnienia obrażeń psa, ich zakresie, o tym, że psu należy udzielić bezwzględnie natychmiast pomocy, nie tylko laboratoryjnej, ale także w zakresie uśmierzenia bólu. Nie zainteresował się tą sytuacją. W swoich wyjaśnieniach wskazał, że udał się do kolegi, ponieważ miał ochotę dalej spożywać alkohol. Nie interesował się, jak sytuację odbiorą dzieci, co czują, co uważają, ani kto się nimi zajmie, gdy żona będzie udzielała psu pomoc. Dzieci były ofiarami tej przemocy. Były świadkami tego, jak zwierzę cierpi. Miały świadomość, że doszło do tragedii. Osoba, która powinna zapewnić im stabilizację i bezpieczeństwo, była sprawcą tej agresji.
Żona Bartosza D. z Chełmży odmówiła zeznań, ale to ona znalazła psa w kałuży krwi i wezwała pomoc. Mąż najpierw tłumaczył, że Fijo potrącił samochód, później zmienił wersję.
Skrzywdzony pies przechodził wielomiesięczne leczenie w specjalistycznych lecznicach w Czechach i Portugalii. Nadal wymaga rehabilitacji, ma sparaliżowane tylne łapy. Trafił do nowego domu pod opiekę odpowiedzialnych opiekunów.

Apelacja od uniewinnienia redaktorów „Brzasku”

Prokuratura Rejonowa w Katowicach złożyła apelację do Sądu Okręgowego w Katowicach od wyroku uniewinniającego redaktorów pisma „Brzask” oraz strony internetowej Komunistycznej Partii Polski, wydanego 18 stycznia 2019 r. przez Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej.
Prokurator domaga się ponownego rozpatrzenia sprawy przez sąd pierwszej instancji. Powtarza postawiony w akcie oskarżenia zarzut propagowania totalitaryzmu poprzez publikacje „odwołujące się bezpośrednio do idei komunistycznego ustroju państwa oraz marksizmu i leninizmu”. Prokurator utożsamia marksizm-leninizm z totalitaryzmem, a odwołania do rewolucji społecznej traktuje jako nawoływanie do siłowego obalenia władzy. Zarzuca oskarżonym redaktorom także krytykę reformizmu oraz odwoływanie się do przedwojennej KPP. Sądowi natomiast prokurator zarzuca przekroczenie „zasady swobodnej oceny przeprowadzonych dowodów” oraz uznanie zeznań złożonych przez oskarżonych za wiarygodne.
Proces w tej sprawie trwa od ponad 3 lat, a jego geneza jest jeszcze dłuższa. Sięga donosu złożonego w 2013 r. przez posła PiS Bartosza Kownackiego na działalność KPP, w którym domagał się delegalizacji partii. Wówczas prokuratura odmówiła wszczęcia postepowania karnego, nie dopatrując się znamion przestępstwa. Do sprawy powrócono pod koniec 2015 r., po dojściu PiS do władzy. Prokuratura sformułowała akt oskarżenia przeciwko redaktorom wydawanego przez KPP pisma „Brzask” oraz administratorowi partyjnej strony internetowej. 31 marca 2016 r. zapadł wyrok w trybie nakazowym, tzn. bez udziału oskarżonych, skazujący czworo oskarżonych na prace społeczne i grzywny. Ich odwołanie od wyroku rozpoczęło standardową procedurę procesową.
W styczniu 2017 r. Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej zadecydował o umorzeniu postępowania, jednak od decyzji tej odwołała się prokuratura, a Sąd Okręgowy w Katowicach skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia. W trakcie procesu prokuratura nie była w stanie udowodnić postawionych redaktorom zarzutów, a prokurator nie potrafił nawet zdefiniować terminu „totalitaryzm”, na który się powoływał. W styczniu 2019 roku, po ośmiu rozprawach przed sądem w Dąbrowie Górniczej, ostatecznie zapadł wyrok uniewinniający. W uzasadnieniu wyroku sąd odwołał się również do faktu, iż Komunistyczna Partia Polski jest legalnie działającą i zarejestrowaną partią
polityczną.
Nie wyznaczono jeszcze terminu rozpatrzenia apelacji prokuratora. Koszty trwających latami działań przeciwko wolności słowa ponoszą podatnicy. Prokurator nie musi się nimi przejmować.

Przegrana dezubekizacja

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie zapadł precedensowy wyrok: zdecydowano o cofnięciu zmniejszenia emerytury w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Orzeczenie dotyczy mężczyzny, któremu MSWiA obniżyło świadczenie, chociaż był idealnym przykładem przewidzianego w ustawie wyjątku.

Orzeczenie dotyczy Augustyna Skitka – byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, który w latach 80. w Gorzowie Wielkopolskim współpracował z „Solidarnością”, przekazywał opozycjonistom informacje o planowanych działaniach SB, których celem byli przeciwnicy rządu oraz aktywni w opozycji duchowni. W 1990 r. mężczyzna został zweryfikowany pozytywnie i przez kolejne 15 lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa. Po wprowadzeniu pierwszej tzw. ustawy dezubekizacyjnej przez rząd PO-PSL sąd potwierdził, że jego emerytura nie podlegnie zmniejszeniu. Mężczyzna spełniał wskazany w ustawie warunek – „podjął bez wiedzy i zgody przełożonych współpracę i czynnie wspierał osoby i organizacje działające na rzecz niepodległości Państwa Polskiego”.
Gdy PiS ogłosił drugą, radykalniejszą ustawę zmniejszającą świadczenia dawnych funkcjonariuszy, Augustyn Skitek również stracił emeryturę. Chociaż ponownie spełniał warunki, by zrobiono dla niego wyjątek. MSWiA nie zagłębiło się jednak w szczegóły jego sprawy, pozostało głuche na interwencję gorzowskiej „Solidarności” oraz rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara. Skitek poszedł do sądu.
Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, na niejawnym posiedzeniu Sądu Okręgowego Wydziału Ubezpieczeń Społecznych w Warszawie sędzia Jolanta Lewandowska ogłosiła uchylenie decyzji Zakładu Emerytalnego MSWiA o zmniejszeniu emerytury, nakazała przywrócić pełne świadczenie i wypłacić wyrównanie za ostatnie 18 miesięcy – ok. 22 tys. złotych.
Obniżka emerytur na mocy ustawy przeforsowanej przez PiS dotyczy blisko 40 tys. osób. Większość złożyła odwołania, ale Zakład Emerytalny MSWiA uwzględnił je tylko w stosunku do kilkunastu sportowców, których milicyjne etaty były czystą fikcją. W tej sytuacji 27 tys. osób zwróciło się do sądu. Jeden z sędziów rozpatrujących taką skargę zadał w tej sprawie pytanie Trybunałowi Konstytucyjnemu.
– Teraz inni sędziowie zawieszają postępowanie w podobnych sprawach, tłumacząc się, że czekają właśnie na wyrok TK. Ale tak nie musi być. Sędziowie, jeśli uznają to za zasadne, mogą wydać wyrok bez czekania na Trybunał – tłumaczy „GW” Tomasz Oklejak, naczelnik Wydziału Spraw Żołnierzy w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.
Na razie jednak orzekać bez czekania na opinię TK zdecydowała się jedynie sędzia Lewandowska z warszawskiego Sądu Okręgowego. – To może być przełom, który spowoduje, że inni sędziowie też zaczną wydawać podobne orzeczenia – skomentował dla „GW” Zdzisław Czarnecki, szef Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP.

Nacjonaliści w Hajnówce po raz czwarty wychwalali „Burego”

Mieszkańcy Hajnówki – prawosławni i katolicy – wspólnie uczcili pamięć zamordowanych przez oddział „Burego”. Solidarnie z nimi w pełnej powagi uroczystości wzięli udział działacze partii Razem oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Godzinę później ruszył marsz nacjonalistów – kilkaset osób wykrzykujących  o wielkiej Polsce katolickiej, z transparentem wychwalającym najkrwawszych „wyklętych”.

Podobnie jak w ubiegłym roku, mieszkańcy Hajnówki odpowiedzieli na prowokacyjny, pełen agresji marsz nacjonalistów własnym, pełnym powagi zgromadzeniem. Na skwerze Dymitra Wasilewskiego złożono kwiaty i znicze oraz odczytano 79 nazwisk ofiar morderczego rajdu „Burego” w 1946 r. – zabitych furmanów zmuszonych wcześniej do przewożenia oddziału „wyklętych”, żywcem spalonych i zastrzelonych mieszkańców Zaleszan, Szpaków, Zań. Informacje o czynach „bohatera” znalazły się również na wystawie przygotowanej przez inicjatywę Nasza Pamięć. Wcześniej w intencji zabitych modlono się w hajnowskiej cerkwi Narodzenia św. Jana Chrzciciela – w nabożeństwie wziął udział m.in. burmistrz miasta Jerzy Sirak, który w poprzednich tygodniach bezskutecznie starał się przekonać sądy, że marsz nacjonalistów w jego mieście sieje nienawiść i powinien zostać zabroniony.
Solidarność z hajnowianami wyrazili również lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej Włodzimierz Czarzasty i członek Zarządu Krajowego partii Razem Adrian Zandberg. Ten pierwszy przeprosił zgromadzonych za to, że jego partyjni koledzy swojego czasu w Sejmie poparli pomysł ustanowienia dnia pamięci „żołnierzy wyklętych”. – Nie mam wątpliwości, że ten marsz to prowokacja, żeby ludzi skłócić, wywołać demony nienawiści. Polska jest wspólna, nikt nikogo nie ma prawa mordować, wykluczać, dlatego że jest innej narodowości czy wyznania – mówił drugi.
Zupełnie inna atmosfera panowała na marszu nacjonalistów, który ruszył godzinę później spod kościoła Podwyższenia Krzyża Pańskiego. Na zaproszenie Narodowej Hajnówki zjechali się na niego aktywiści Obozu Narodowo-Radykalnego i Młodzieży Wszechpolskiej z całej Polski, działacze Marszu Niepodległości, kibice z grupy Patriotyczna Jagiellonia. Był Piotr Rybak, znany z całej serii antysemickich inicjatyw oraz delegacja kibiców z Bydgoszczy, którzy wystąpili z transparentem „Najwięksi wyklęci z wyklętych – Ogień i Bury. Nasi bohaterowie”. Kilkusetosobowa grupa skandowała dobrze znane z poprzednich lat hasła: „Armio wyklęta, Hajnówka o was pamięta”, „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, „Cześć i chwała bohaterom”.
W odróżnieniu od poprzednich lat, gdy „z szacunku dla miejscowej społeczności” powstrzymywano się od skandowania o wielkiej Polsce katolickiej (zamiast tego była „chrześcijańska”), tym razem nacjonaliści sięgnęli także po to hasło. Przez megafon mówili również o tym, że walka z Kościołem to zbrodnia, a polski narodowy katolicyzm wolny jest od rasizmu. Zgodnie z planem marsz przeszedł obok prawosławnego soboru Trójcy Świętej. Nad prowadzącą do niego ulicą wcześniej zawieszony został transparent z biblijnym cytatem: Ojcze, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią.
Na trasie marszu nacjonalistów stanęli Obywatele RP, którzy przybyli do podlaskiego miasta nie bez trudu – rano w Warszawie policja nie dopuściła ich autokaru do ruchu z powodu jednego niesprawnego pasa bezpieczeństwa. Ostatecznie działacze i działaczki jechali do Hajnówki własnymi samochodami. Mieli ze sobą białe róże, transparent „Bury nie jest bohaterem” oraz tabliczki, na których wypisano miejscowości, gdzie oddział Romualda Rajsa mordował cywilów. Policja siłą usunęła z drogi część blokujących, zepchnęła i odgrodziła pozostałych kordonem, by marsz mógł przejść drugą połową jezdni. 76 osobom wręczono mandaty za zakłócanie legalnego zgromadzenia. W momencie mijania usuniętej blokady członkowie ONR zakrzyknęli „Bury, Bury – nasz bohater”.
Chociaż agresja haseł utrzymała się na podobnym poziomie, liczba nacjonalistów uczestniczących w prowokacyjnym marszu wyraźnie spadła. – Tendencja jest pozytywna. To bardziej przechodzi już z zastraszania w rozbawianie – napisał na Twitterze Michał Kalina, prawosławny Podlasianin.

Jak korporacje dbają o czystość szeregów?

Korupcja to poważne przewinienie, ale niepłacenie składek bywa uważane za równie wielki grzech przez szefów organizacji branżowych.

Tylko karę upomnienia otrzymał od Naczelnego Sądu Aptekarskiego, skazany wyrokiem sądu powszechnego za łapownictwo Tadeusz B., były prezes Wielkopolskiej Okręgowej Izby Aptekarskiej. W dodatku Naczelny Sąd Aptekarski odmówił upublicznienia uzasadnienia swego tak niebotycznie „surowego” orzeczenia.
O tym wszystkim z ochotą poinformował Związek Pracodawców Aptecznych PharmaNET, skupiający głównie większych pracodawców z tej branży, który nie do końca zgodnie żyje z zawodowym samorządem aptekarskim, zrzeszonym w Izbach.
Warto przypomnieć, że Tadeusz B. zażądał, za pośrednictwem innej osoby, 120 tysięcy złotych łapówki za wydanie pozytywnych rękojmi dotyczących otwarcia i prowadzenia aptek. Od łapówki uzależnił też wydanie pozytywnych opinii dotyczących kierowników aptek. Starający się o otwarcie aptek przedsiębiorca, po otrzymaniu korupcyjnej propozycji powiadomił policję. Ostatecznie w torebce, którą przyjął w ramach tzw. kontrolowanego wręczenia łapówki, było 50 tysięcy złotych.
Sprawa ma już swoją historię, bo to się działo na przełomie lat 2014 i 2015. 14 października 2015 r. odbył się proces, a poznański sąd skazał Tadeusza B. na półtora roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata i orzekł pięcioletni zakaz pełnienia funkcji w organach samorządu aptekarskiego. Były już prezes WOIA (zrezygnował przed procesem) musiał też zapłacić 30 tysięcy złotych grzywny.
„Oskarżony wyraził skruchę, przyznał się w całości do popełnionego czynu. W związku z tym, że nie był wcześniej karany, kara uzgodniona z prokuratorem jest adekwatna do stopnia winy, stopnia społecznej szkodliwości czynu, spełni swoje cele zapobiegawcze i wychowawcze” – uzasadniła wtedy ten wyrok przewodnicząca składu orzekającego.
Natomiast Naczelny Sąd Aptekarski w toku postępowania dyscyplinarnego ukarał nieuczciwego farmaceutę jedynie upomnieniem. Upomnienie to zaś najmniej dotkliwa kara ze wszystkich możliwych do orzeczenia przez sądy aptekarskie. NSA go upomniał – a następnie odmówił udostępnienia uzasadnienia tego orzeczenia.
„Trudno wyobrazić sobie jakiej zbrodni musiałby dopuścić się farmaceuta, żeby został pozbawiony prawa wykonywania zawodu, skoro za przyjęcie 50 tys. złotych łapówki grozi jedynie upomnienie” – ironizuje szefostwo Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET, które postanowiło poznać – i ogłosić publicznie – motywy tego orzeczenia, wydanego przez korporacyjny sąd aptekarski. NSA, co można zrozumieć, nie odniósł się jednak przychylnie do takiej inicjatywy. Gdy odmówił udostępnienia uzasadnienia, związek pracodawców zaskarżył tę odmowę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.
Kolejna odmowa była następstwem uchylenia pierwszej odmownej decyzji sądu aptekarskiego przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Naczelny Sąd Aptekarski ponownie jednak odmówił upublicznienia uzasadnienia wyroku nakładającego karę upomnienia.
Ukaranie kogoś przez samorząd zawodowy za korupcję tylko upomnieniem i utajenie uzasadnienia takiego orzeczenia trudno uznać za działanie służące oczyszczeniu własnych szeregów.
Związek Pracodawców Aptecznych uznał, że działania samorządu aptekarskiego wskazują na to, iż korporacja za wszelką cenę stara się sprawę wyciszyć. Takie działanie nie przystoi zaś samorządowi zawodu zaufania publicznego.
ZPA wskazuje także na fakt, że korporacja wydaje się być dużo łaskawsza dla „prominentnego członka aptekarskiego establishmentu” niż dla kogoś mniej znaczącego . Liczne przykłady wskazują, że zwykli farmaceuci nie mogą liczyć na tak daleko idącą wyrozumiałość kolegów. Przykładowo, taką samą karę, jaką były prezes Wielkopolskiej OIA otrzymał za korupcję, zwyczajni farmaceuci otrzymują na przykład za niepłacenie składek członkowskich.
Ten przykład jest jednak mocno nietrafiony, ponieważ dla każdej korporacji zawodowej niepłacenie składek na jej rzecz jest strasznym przewinieniem. Zrozumiałe więc, że Naczelny Sąd Aptekarski uznaje coś takiego za czyn o ciężarze gatunkowym równym korupcji.
Nie znając uzasadnienia orzeczenia w sprawie Tadeusza B. można domniemywać, iż sąd aptekarski miał nieco życzliwości dla swego kolegi po fachu – i zrozumiał, że przeżył on sytuację wybitnie stresującą.
Dobrze jest bowiem postawić się na jego miejscu: wszystko zostało skutecznie dogadane, wykazano stosowną ostrożność, sprawę załatwiano przez pośrednika, pieniądze już były w ręku – a tu nagle wpadają obcy faceci, zatrzymują, machają odznakami. Przecież to można paść na zawał (choćby z żalu za straconą kasą)!. Warto więc czasami okazać wyrozumiałość komuś, kto miał pecha.

Rozmowy przy wycinaniu lasów

To ile drewna sprzedają nasze nadleśnictwa odbiorcom prywatnym budzi wielkie emocje – więc zaczyna być traktowane niemal jak tajemnica państwowa.

Lasy Państwowe nie przepadają raczej za jawnością. Właśnie zasugerowały swoim kontrahentom, by ci zastrzegali tajemnicę przedsiębiorcy – bo do jednostek Lasów Państwowych wpływają wnioski różnych osób o udostępnienie w trybie dostępu do informacji publiczne,j szczegółowych danych o sprzedaży drewna w poszczególnych nadleśnictwach.
Lasy Państwowe załączają nawet wzór takiego oświadczenia.

Wiemy ale nie powiemy

Wszystko zaczęło się od wniosku sieci Watchdog o informację publiczną, wysłanego do wszystkich nadleśnictw. Pytano w nim o ilość sprzedanego drewna, listę odbiorców i skany umów z nimi.
Najpierw wszystkie nadleśnictwa odpowiedziały w identyczny sposób, przedłużając czas odpowiedzi.
Następnie przesłały informacje na temat ilości pozyskanego drewna i listę firm kupujących drewno. Pominięto jednak odbiorców prywatnych (może to dotyczyć kilkudziesięciu tysiecy firm) i odmówiono udostępnienia skanów umów.
W niemal 15 wyrokach, które zapadły po skargach na odmowę, stwierdzono, że nadleśnictwa nie uargumentowały w wystarczającym stopniu konieczności ograniczenia dostępu do informacji publicznej.
Na przykład Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach wskazał m.in.: „Nie wystarczy samo przekonanie podmiotu dysponującego informacją o działalności przedsiębiorcy, że posiadane przez niego dane mają charakter poufny. Poufność danych musi być wyraźnie lub w sposób dorozumiany zamanifestowana przez samego przedsiębiorcę. To on powinien podjąć w stosunku do danych informacji niezbędne działania w celu zachowania ich poufności, ponieważ to na nim spoczywa w razie sporu ciężar wykazania, że określone dane stanowiły tajemnicę przedsiębiorcy”.

Bo ja jestem z lasu

Warto zwrócić uwagę na komentarze, jaki pojawiły się po tych sprawach.
Na przykład Nadleśnictwo Białowieża stwierdziło: „Uważamy, że życie publiczne powinno być w możliwie jak największym stopniu jawne. Jednak tu mamy do czynienia z interesami innych podmiotów. Wielu z przedstawicieli firm, które odbierały od nas drewno, było szykanowanych, a pod adresem niektórych kierowane były wręcz groźby karalne. Nie uważamy, że mamy prawo narażać ich na takie działania”.
Natomiast Lasy Państwowe zaczęły wysyłać do przedsiębiorców maila o takiej treści:
„Szanowni Państwo, pragniemy poinformować, że do jednostek Lasów Państwowych wpływają wnioski różnych osób o udostępnienie w trybie dostępu do informacji publicznej szczegółowych danych dotyczących Państwa relacji kontraktowych z Lasami Państwowymi takich jak np. indywidualne dane o wielkości historii zakupów, ilości zakupionego drewna czy nawet pełnej treści zawieranych umów. Lasy Państwowe konsekwentnie uznają takie informacje za tajemnicę przedsiębiorcy przysługującą każdemu z Klientów Lasów Państwowych jak również samym Lasom Państwowym – i nie zamierzają tych informacji udostępniać w żadnym przypadku. Lasy Państwowe stoją na stanowisku, że obowiązek ochrony takich informacji wynika z przepisów prawa a także z treści umów sprzedaży drewna zawieranych z poszczególnymi Klientami. Lasy Państwowe są gotowe bronić tego stanowiska w postępowaniach sądowo-administracyjnych. W związku z tym, uprzejmie prosimy każdego Klienta Lasów Państwowych, któremu zależy na ochronie jego tajemnicy przedsiębiorstwa, o przekazanie do Państwa jednostki macierzystej pisemnego oświadczenia (podpisanego przez osoby uprawnione do reprezentacji) potwierdzającego wyraźny sprzeciw wobec udostępniania informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa”.
Lasy Państwowe przygotowały też przykładowy wzór takiego oświadczenia dla swych klientów.

Z pełną transparentnością

Zdaniem sieci Watchdog „Instytucja publiczna, jaką są Lasy Państwowe, „w mało elegancki i subtelny sposób chce obejść zasady jawności”. Powoływanie się na ogólnikowe oświadczenie przedsiębiorcy, w którym ten nie zgadza się na ujawnienie treści umowy, to zdecydowanie za mało, by nie udostępniać informacji. Nie można z automatu powoływać się na tajemnicę przedsiębiorcy, w przeciwnym razie większość kontrahentów publicznych instytucji załączałaby do umów taką klauzulę.
Każdorazowo należy rozważyć, czy rzeczywiście w danej sytuacji zachodzi konieczność ograniczenia jawności ze względu na istotną wartość gospodarczą żądanych informacji. Odmowa udostępnienia informacji publicznej musi mieć rzeczywiste oparcie w danej sprawie”.
Tymczasem, wedle orzeczeń sądów, wydawanie publicznych pieniędzy na rzecz prywatnej firmy, z zasady wymaga zachowania pełnej transparentności, stąd odmowa udostępnienia tych informacji może mieć jedynie charakter wyjątkowy i uzasadniony okolicznościami konkretnej sprawy (np. tajemnica państwowa).
Lasy Państwowe chcą jednak z automatu odmawiać udostępniania informacji o sprzedaży drewna, chowając się za oświadczeniami jego nabywców.

Zwierzęta wobec prawa

Prawo wobec zwierząt.

„Nie mogłabym być adwokatem byłego właściciela psa Fijo” – mówi mecenas Karolina Kuszlewicz, Rzeczniczka Praw Zwierząt, powołana przez Polskie Towarzystwo Etyczne. – „Rozumiem, że każdy ma prawo do obrony. Ale uczciwie uprzedzam, że taka osoba nie mogłaby zapewne liczyć na 100 procent mojej energii, jest we mnie zbyt duży sprzeciw wobec krzywdy niemych ofiar”.

Na piętrze kawiarni przy Andersa 29 sala jest pełna, chociaż jest środek tygodnia, a Karolina Kuszlewicz rzeczniczką praw zwierząt została ogłoszona już jakiś czas temu, jesienią 2018. 23 stycznia przyszła opowiedzieć o „braciach mniejszych w sądzie”. Wciąż nie mają godnej reprezentacji. Prawnicy, organizacje pozarządowe, aktywiści robią co mogą. Ale jest ciężko.
– Adwokat może prowadzić pięć spraw pro bono, może prowadzić dziesięć – stwierdziła Kuszlewicz. – Ale pięćdziesięciu nie poprowadzi.

Wtedy przychodzi ten moment kiedy aktywiści robią zbiórki. A opinia publiczna jest oburzona, że prawnik w ogóle domaga się za taką sprawę pieniędzy. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że tych spraw jest tak dużo.

Najczęściej na biurko Rzeczniczki Praw Zwierząt trafiają sprawy, gdzie krzywda już ma miejsce i są czworonożni poszkodowani. Odkąd Karolina Kuszlewicz założyła bloga „W imieniu zwierząt i przyrody” wiadomości ze zgłoszeniami i prośbami o natychmiastową interwencję dostaje tyle, że w zasadzie mogłaby przestać pracować zarobkowo i odpisywać na nie całymi dniami. Kuszlewicz uważa, że trwa w najlepsze obustronny klincz: państwo powinno mieć w budżecie zarezerwowaną sumę na obsługę prawną spraw dotyczących zwierząt, ale doskonale wie, że organizacje pozarządowe je w tym wyręczą, wykopią potrzebne pieniądze spod ziemi, bo tak bardzo zależy im na każdym ocalonym życiu. Dlatego czuje się z tej funkcji całkowicie zwolnione.

Jaki jest główny cel, który przyświeca rzeczniczce? „Okrągły Stół Praw Zwierząt”. Kuszlewicz chce, aby ustawodawcy i rządzący usiedli z obrońcami i przemyśleli, gdzie powinna w XXI wieku przebiegać granica między eksploatacyjną gospodarką zwierząt a uznaniem ich wartości za samoistną. Być może nawet uda się wypracować jakiś algorytm, który wyliczy, do którego momentu działa interes społeczno-ekonomiczny (którego zabrakło przy ostatniej masowej wycince Puszczy Białowieskiej).

Karolina Kuszlewicz liczy na to, że instytucja, którą reprezentuje, z czasem przestanie być wyłącznie instytucja społeczną, a zacznie urzędową: – Potrzebne jest wyrównanie instytucjonalne. Minister środowiska i minister rolnictwa reprezentują podejście gospodarcze. A etyczne? Stajemy przed pogłębioną debatą. Musimy się zastanowić, co wybrać: bo na przykład w przypadku ferm futrzarskich nie da się pogodzić dobrostanu zwierząt z produkcją dóbr luksusowych. Coś musimy wybrać. A często wybieramy (ustawodawcy wybierają – przyp. WK) ad hoc. Raz wykreślają z ustawy łańcuchy i wykorzystywanie zwierząt w cyrkach, potem przywracają. Musimy te granice przesunąć na stałe.

Z sali padają pytania – pierwsze o gołębia nabitego na kolce zamontowane na elewacji kamienicy, którego znaleziono na warszawskiej Starówce. Mieszkańcy próbowali go reanimować, na próżno. Autorka pytania sama jest prawnikiem, nie przyszła więc na spotkanie z niczym – przyniosła opinię, z której wynikało, że administracja budynku wprowadziła w błąd ją oraz sąsiadów, twierdząc, że przy następnej serii remontów „rozważy” usunięcie kolców w tym konkretnym budynku, ale w innych już nie. Rzeczniczka stwierdziła, że Prawo ochrony środowiska mówi wyraźnie, że wszelkie prace modernizacyjne i remontowe powinny odbywać się z poszanowaniem przyrody, zatem kolce, jak również zalepianie starych kratek wentylacyjnych, w których często gniazdują ptaki, jest niedopuszczalne. Drugie pytanie spływa od pogromcy pseudohodowli: trzy osoby zrezygnowały z członkostwa w jego stowarzyszeniu po zmasowanym ataku hodowców, z groźbami włącznie. Chcieli tylko dokonać kontroli: w obowiązującej (jeszcze) ustawie o ochronie zwierząt jest zakaz rozmnażania zwierząt, o ile hodowla nie jest zrzeszona w związku o zasięgu ogólnopolskim. W kraju istnieje około 137 „psich” stowarzyszeń. Tylko kilka z nich ma zasięg ogólnopolski, rozmnaża większość.

Hejt spadł na samą Kuszlewicz po tym, jak skrytykowała na swoim blogu sprawę malowania koni farbami na Dzień Dziecka w 2018 w jednym z hoteli w (moim rodzinnym) powiecie wołomińskim. Przyznała, że język nienawiści „w tej branży” pojawia się często, bo i poziom emocji społecznych jest ogromny. – Pod artykułami o przestępstwach wobec zwierząt często można spotkać „życzenie śmierci”, albo życzenie przywrócenia kary śmierci. To specyficzna strefa, gdzie emocje biorą górę, gdzie wrażliwcy chcieliby swojego „oka za oko”.

***

Zwierzę nie jest rzeczą (chyba, że nam tak wygodnie)”. Z Karoliną Kuszlewicz, Rzeczniczką Praw Zwierząt, rozmawia Strajk.eu.

Zwierzęta potrzebują swojego rzecznika? To nie jest stawianie ich praw ponad naszymi?

Bardzo potrzebują. Przy czym pełniona przeze mnie funkcja nie jest na szczeblu urzędowym, odzwierciedla pewne pragnienie, zamierzenia na przyszłość. Zwierzęta potrzebują swoich pełnomocników i pełnomocniczek, aby reprezentowali je przed sądem i dbali o to, by tworzyć dla nich dobre prawo. Nasz system prawny ochronę zwierząt wywodzi raczej z obowiązków moralnych człowieka, a nie ze względu na uznanie, że zwierzęta mają prawa, czyli, że są wartością samą w sobie. Zwierzęta są istotami żywymi i zdolnymi do odczuwania cierpienia. Ale wiadomo, że współautorami prawa, które my piszemy – nigdy nie będą. Nasze kodeksy regulują ich życie: w przypadku zwierząt hodowlanych nawet w najdrobniejszych szczegółach. My wpisujemy je na listy gatunków łownych. Oprócz organizacji pozarządowych, które mają swoje ograniczenia formalne czy budżetowe – zwierzęta nie mają żadnej systemowej, funkcjonalnej reprezentacji. Więc będą przegrywały z grupami wpływów biznesowych.

Pies jest przyjacielem, a świnka czy norka?

Już nie. Choć stan wiedzy biologicznej pozwala na stwierdzenie, że z całą pewnością da się również z nimi „zaprzyjaźnić”, ale mimo to mają jeszcze mniej słyszalny głos niż tzw. zwierzęta towarzyszące. W ogóle uzależnianie poziomu zwierząt od tego, w jakiej jesteśmy z nimi relacji, czyli jak bliskie nam , od poziomu naszej sympatii, uważam za przejaw wysokiego nierozumienia idei praw zwierząt.

A może zajmujemy się tymi zwierzątkami, żeby odwrócić uwagę od „prawdziwych problemów”? Służba zdrowia, niskie płace…

To częsty zarzut. W mojej ocenie kompletnie absurdalny. Świat jest złożony, zarówno z perspektywy biologicznej, ekosystemowej jak i społecznej – jesteśmy cali w siatce wzajemnych zależności. Ludzie są częścią tej samej biosfery co zwierzęta. Lista problemów, które mamy w kraju i na świecie jest długa, ale nie da się stworzyć lepszego społeczeństwa, wolnego od przemocy, jeśli będziemy tolerować przemoc wobec zwierząt. Mechanizmy przemocy są uniwersalne, wynikają z autorytarnego pragnienia sprawcy do decydowania o losie podmiotu słabszego. Gdybyśmy tylko potrafili łączyć te zjawiska i rozumieć, że bezpieczeństwo od przemocy ludzi jest połączone z zabezpieczeniem zwierząt i wykształceniem wrażliwości! Zresztą regularnie na tę zależność zwraca uwaga dr Sylwia Spurek, zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich, która specjalizuje się m.in.w problematyce przemocy wobec kobiet. Istnieją badania, m.in. ze Stanów Zjednoczonych, które dowodzą, że w co piątym domu, w którym dochodziło do aktów przemocy w rodzinie, wcześniej dochodziło do aktów przemocy wobec zwierząt.

Kiedy człowiek powinien się wtrącać w dobrostan zwierząt? Kiedy np. kierowca potrąci sarnę samochodem – nie mamy wątpliwości: ratować. A jeśli przyrodnik zobaczy w kamerce stado wilków z jednym chorym osobnikiem powłóczącym nogami? Potrafi rozpoznać chorobę tego wilka, a nawet wie, że dałoby się ją wyleczyć za pomocą określonych leków. Ma reagować czy pozwolić na naturalną selekcję?

Tu się zderza dwojakie podejście do ochrony zwierząt: ochrona przed niehumanitarnym traktowaniem (pomagamy, gdy mamy środki i sposobność) oraz podejście ekosystemowe, stosowane w przypadku zwierząt dzikich.

Z naszej perspektywy wystarczy tylko dać zastrzyk. Ale to może osłabić pulę genetyczną…?

Tak. Ja stoję na stanowisku, aby człowiek reagował, gdy zwierzę doznaje uszczerbku na skutek naszej działalności. Ale w sytuacji, gdy zwierzę żyje całkowicie w warunkach naturalnych i choruje, musimy się z tym pogodzić i zostawić możliwość samoregulacji. Pamiętajmy, że nasza ingerencja powoduje zawsze cały szereg dalszych skutków dla przyrody.

Jaki jest najbardziej efektywny model karania za przemoc wobec zwierząt?

Piszą o tym autorzy raportu „Osadzeni za zwierzęta”: sensowne kary ograniczenia wolności – odpłatnej pracy przez sprawców. To jest użyteczne społecznie i nie wyklucza ze społeczeństwa. Kara pozbawienia wolności powinna być orzekana wyłącznie w przypadkach wyjątkowo drastycznych. Samo „wsadzenie sprawcy do więzienia” nie przyniesie automatycznej poprawy losu zwierząt.

A zakaz posiadania? Pomaga, nie pomaga?

Jestem jednoznaczną zwolenniczką zakazu, to narzędzie chroni potencjalne ofiary przed powtórką z przemocy. Prawomocnie skazany sprawca przemocy wobec zwierzęcia powinien mieć odebrane prawo do posiadania kolejnego zwierzęcia pod opieką. Bo jasnym jest, że nie rozumie istoty tej relacji, opiera ją na brutalnej dominacji, nie zaś opiece i ochronie. W sprawach, które prowadzę, zabiegam o zakaz, jeśli stwierdzono, że sprawcy umyślnie znęcali się nad zwierzętami.

Zaniedbanie to przemoc?

Z poziomu organów ścigania ciągle jeszcze trudno przychodzi uznanie tego, ale świadomość się zmienia. Zaniedbanie może być znęcaniem, ale nasze organy ścigania latami były wyczulone na to, że przemoc jest wtedy, kiedy jest krew, a kiedy żebra na wierzchu – niekoniecznie. Dziś już coraz częściej uznaje się za równie ważny dostęp do wody, do schronienia przed zimnem. Zdowie lub życie zwierzęcia tak samo może być zagrożone na skutek jego bicia, jak i głodzenia, czy pozostawienia na mrozie.

Komu to zgłaszać?

Na policję, czyli organ powołany do ścigania przestępstw powszechnych. Faktem jest, że policja nie zawsze reaguje właściwie, wciąż za dużo jest lekceważenia w podejściu do tych spraw, często sprawa nie ma ciągu dalszego. Bardzo krytycznie to oceniam, bo taka postawa podważa zaufanie społeczeństwa do policji i w ogóle do państwa.

Mamy za sobą sezon świąteczny i mimo wyroku SN znów całe masy karpi przetrzymywanych w skandalicznych warunkach. Co robić?

To prawda, ale jest jednak widoczna zmiana. Część sklepów przyjęła co prawda strategię udawania, jakby wyroku SN nie było, wynosząc z kolei wytyczne Głównego Lekarza Weterynarii do rangi przepisów prawa. To błąd. Bo sprzedawców obowiązuje ustawa o ochronie zwierząt, a wytyczne pozostawały w mojej ocenie z nią sprzeczne.

To kolejny już dowód na to, że tę dyskusję trzeba przenosić na poziom prawny, bo fakt, że karpie mają taką biologiczną zdolność, by przeżyć jakiś czas bez wody nie oznacza, że w tym czasie nie cierpią. I z tą głupotą walczymy m.in. za pomocą wyroku z 2016r. Przed Sadem Najwyższym przedstawiłam taką metaforę, że na tej samej zasadzie, na jakiej „karp wytrzyma bez wody” moglibyśmy przez 5 dni w tygodniu głodzić psa, a szóstego karmić. Przecież przeżyje.

Prawo zezwala na sprzedawanie w sklepie chomika, ale już nie psa. To zgodne z ustawą?

Artykuł 1 ustęp 1 Ustawy o ochronie zwierząt mówi „zwierzę nie jest rzeczą”, ale już ustęp 2 mówi „W sprawach nieuregulowanych w ustawie do zwierząt stosuje się odpowiednio przepisy dotyczące rzeczy”. Czyli zwierzę nie jest rzeczą, chyba, że nam tak wygodnie. Zwierzęta w rozumieniu prawa cywilnego podlegają sprzedaży. I to jest również jedna z kwestii, które wymagają zrewidowania – obok tych bardziej spektakularnych, jak hodowla zwierząt na futra. Przez zrewidowanie nie mam na myśli całkowitego zakazania obrotu zwierzętami, bo to niemożliwe, ale bardzo mocne wdrożenie zasady humanitarnego traktowania zwierząt w każdej sytuacji, dotyczącej postępowania z nimi.

[patronite]

Wciąż nie chcą płacić

Nie pomagają różne metody, wymyślane przez nasze państwo przeciwko niesolidnym alimenciarzom. Trzeba na własną rękę walczyć z nimi o należne pieniądze.

 

Przypadki, gdy były partner uchyla się od obowiązku alimentacyjnego, nie są rzadkie. Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, skala problemu wzrosła w ciągu pierwszego półrocza 2018 r. Łączne zaległości w płaceniu alimentów na dzieci wynoszą blisko 11,9 mld zł i dotyczą prawie 319 tys. osób. Średnio na jednego dłużnika alimentacyjnego przypada ponad 37 tys. zł zaległości. Nie oznacza to jednak, że odzyskanie przyznanych przez sąd pieniędzy jest zupełnie niemożliwe.
Jak podaje Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty”, problem zaległych alimentów dotyka w Polsce ponad 1 mln dzieci. Gdy zobowiązany rodzic nie płaci, ciężar utrzymania rodziny spoczywa na jednej osobie. Nawet miesiąc opóźnienia lub braku płatności może oznaczać początek problemów finansowych dla rodzica, który sprawuje realną opiekę nad dzieckiem.
Pierwszym z kroków, jakie należy podjąć w takiej sytuacji, jest próba polubownego rozwiązania sprawy.
– Przedstawmy byłemu mężowi lub żonie, na jak wysoką sumę zalega i wyznaczmy nowy termin na przekazanie środków. Niestety, zdarza się, że po rozwodzie mamy utrudniony kontakt z eks-partnerem. Wtedy o pomoc możemy poprosić firmę windykacyjną. Jest to wskazane, jeżeli drugi rodzic unika wszelkiego kontaktu. Firma windykacyjna podejmie się za nas mediacji z dłużnikiem alimentacyjnym – mówi radca prawny Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Jeśli mimo to były partner nie płaci alimentów przez dłuższy okres i unika polubownych rozwiązań, pozostaje nam oddanie sprawy do sądu i skorzystanie z pomocy komornika. Decyzja sądu, czyli wydany tytuł wykonawczy oraz sporządzony wniosek są podstawą do wszczęcia przez komornika egzekucji z majątku dłużnika. Komornik podejmuje wtedy działania, które mają na celu odzyskanie należności, zajmując np. do 60 proc. wynagrodzenia niepłacącego rodzica, z której pokrywane są roszczenia.
–W przypadku alimenciarzy posiadających legalne zatrudnienie, możliwe jest także złożenie bezpośrednio u pracodawcy wniosku o potrącenie wierzytelności alimentacyjnych zgodnie z tytułem wykonawczym. Wówczas pracodawca potrąca z pensji dłużnika zasądzoną kwotę i wypłaca ją osobie, która ma ustalone prawo do alimentów – dodaje radca Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Mając prawomocny wyrok sądu, nakazujący wypłacenie zaległych alimentów, można wpisać dłużnika do Krajowego Rejestru Długów. Osoba na takiej liście staje się niewiarygodnym kredytobiorcą w oczach banku i to będzie mieć nie tylko problem z zaciągnięciem kredytu, ale nawet z zakupami na raty. Gdy egzekucja komornicza jest bezskuteczna, można starać się o świadczenie alimentacyjne. Prawo do niego ma jednak wąska grupa rodziców, którzy znajdują się w szczególnej trudnej sytuacji finansowej (dochód na jednego członka rodziny nieprzekraczający 725 zł).

Skazani za propagowanie komunizmu

Czworo działaczy Komunistycznej Partii Polski zostało skazanych 31 marca 2016 roku przez Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej za propagowanie ideologii komunistycznej na łamach pisma „Brzask” oraz partyjnej stronie internetowej na kary 9 miesięcy ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania przymusowej, nieodpłatnej pracy społecznej oraz na kary grzywny.
Ten prowokacyjny wyrok zapadł na podstawie procedury nakazowej, bez obecności stron, stosowanej zwykle do wykroczeń, w których wina oskarżonego nie budzi wątpliwości. Sąd nawet nie przeprowadził standardowego postępowania procesowego, opierając się jedynie na akcie oskarżenia. Oskarżeni nie mieli nawet prawa do obrony. Skazani złożyli już sprzeciw od wyroków w trybie nakazowym domagając się rozpatrzenia sprawy w normalnym trybie.
Działaczom KPP postawiono zarzut z artykułu 256§1 kodeksu karnego: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.
Wcześniejsza próba nowelizacji tego artykułu poprzez dodanie zakazu prezentowania symboliki komunistycznej spotkała się ze sprzeciwem w kraju i za granicą. 19 lipca 2011 roku została unieważniona przez Trybunał Konstytucyjny jako ograniczająca wolność słowa.
Oskarżenie działaczy KPP o promowanie totalitarnego ustroju państwa jest kolejną próbą zrównywania komunizmu z faszyzmem i zakazania w ten sposób działalności komunistycznej.
Sprawę zapoczątkował donos posła PiS Bartosza Kownackiego z 2013 r. Wówczas prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Postępowanie wznowione na podstawie tego donosu przyspieszyło bieg pod koniec ubiegłego roku – po wyborach wygranych przez PiS. 31.12.2015 roku Prokuratura Rejonowa w Katowicach skierowała do Sądu Rejonowego w Dąbrowie Górniczej akt oskarżenia przedstawiający zarzut w brzmieniu: „publicznie propagował totalitarny ustrój państwa, w ten sposób, że wchodząc w skład zespołu redakcyjnego czasopisma „Brzask” zamieszczał na jego łamach treści, odwołujące się bezpośrednio do idei komunistycznego ustroju państwa oraz marksizmu i leninizmu, publikowane następnie na stronie internetowej www.kompol.org, co w kontekście doświadczeń historycznych jest zaprzeczeniem wartości demokratycznych…”, czyli za statutową działalność legalnej partii politycznej.
Dla sprawy istotne jest również upolitycznienie instytucji prokuratury poprzez jej podporządkowanie Ministrowi Sprawiedliwości – Zbigniewowi Ziobro z PiS, mianowanemu Prokuratorem Generalnym.
Wymiar sprawiedliwości w sposób jawny zupełnie inaczej traktuje skrajną prawicę. W tym samym czasie, gdy skazano członków redakcji „Brzasku”, neofaszyści z ONR swobodnie demonstrowali w 82 rocznicę powstania organizacji na ulicach Białegostoku. Na demonstracji nieśli sztandary z symbolem falangi i wzywali do rozprawy z wrogami politycznymi, czyli bezpośrednio nawiązywali do faszyzmu. Pomimo tego Ministerstwo Obrony planuje uzbrojenie neofaszystów w ramach struktur obrony terytorialnej. Wcześniej częstochowski sąd uniewinnił człowieka handlującego rasistowskimi koszulkami, nie dopatrując się w tym naruszenia wspomnianego art. 256 kk. Ostatnio Minister Sprawiedliwości oraz Prokurator Generalny zawiesił wykonanie wyroku wobec nacjonalisty skazanego za napaść na policjanta.
Wyrok na polskich komunistów zbiegł się z uchwaleniem 1 kwietnia przez Sejm ustawy „o zakazie propagowania komunizmu”, która zmusza samorządy do zmiany nazw ulic i innych obiektów kojarzących się z komunizmem i historią PRL, przez co uderza w tradycje ruchu robotniczego. W tym samym czasie Instytut Pamięci Narodowej tworzy rejestr oraz domaga się od samorządów likwidacji pomników żołnierzy radzieckich oraz innych związanych z komunizmem. Dewastacja i likwidacja pomników świadectw historii oraz jej fałszowanie jest właśnie przejawem faszystowskich praktyk.
Burżuazyjny rząd łudzi się, że zastraszy KPP poprzez represje, a antykomunistyczna kampania przyniesie mu korzyści. Żądamy zakończenia antykomunistycznych represji, a także zniesienia ustawy dekomunizacyjnej oraz zaprzestania fałszowania historii.
Ręce precz od KPP!

Historia pewnego fake newsa

„Ten strajk jest nielegalny” – tę kwestię niczym mantrę powtarzał prezes LOT Rafał Milczarski oraz kilku niższych rangą funkcjonariuszy tego przedsiębiorstwa, zatrudnionych w dziale komunikacji z mediami. Z taką bezczelną i szeroko zakrojoną akcją propagandową wymierzoną w pracowników i ich postulaty nie mieliśmy do czynienia już dawno.

 

Nielegalność jest kluczowym pojęciem w autorytarnych modelach zarządzania. To najbardziej skuteczna metoda na wykluczenie przeciwnika – podważenie legalności jego działalności. Aby ją zastosować, trzeba zdobyć akceptację ze strony aparatu władzy. Rafał Milczarski najwidoczniej czuł się bardzo pewnie, kiedy wiosną bieżącego roku zakwestionował legalność referendum strajkowego, zorganizowanego przez pracowników LOT. Mimo, że w głosowaniu wzięła udział ponad połowa członków personelu zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, a ponad 90 proc. z nich poparło akcje strajkową, prezes ogłosił, że plebiscyt był nielegalny. Celem tego zabiegu było zastraszenie zbuntowanej załogi przed zaplanowaną na 1 maja odmową pracy. Plan wypalił, bo za sprawą „Solidarności” i kilku innych nieszczególnie bojowych związków, w komitecie strajkowym dokonał się rozłam, akcja została przełożona.
Prezes Milczarski postanowił pójść za ciosem i spróbować kryminalizacji nie tylko strajku, ale również jego organizatorów. Na początku czerwca dyscyplinarnie zwolniona została Monika Żelazik, przewodnicząca komitetu strajkowego, a także główna negocjatorka strony pracowniczej. Zarzut? Prowadzenie działalności terrorystycznej. Chodziło o fragment wiadomości wysłanej do pracowników, w której apelowała o dostarczenie na protest uzbrojenia z czasów Powstania Warszawskiego. Zarząd uznał to za pretekst do wyeliminowania najsilniejszej osobowości w obozie przeciwnika. Z odsieczą przyszła prokuratura, które błyskawicznie poinformowała o wszczęciu postępowania.
O tym, że strajk jest nielegalny słyszeliśmy również, kiedy pracownicy w końcu do niego przystąpili. Milczarski twierdził, że ma postanowienie sądu, który faktycznie strajku zakazał, wskazując na błędy przy organizacji referendum. Prezes wymachiwał wyrokiem, grzmiąc o „terroryzowaniu” i „działaniu na szkodę spółki”. Zapomniał jednak dodać, że podstawą do organizacji strajku nie było już głosowanie pracowników, a fakt bezprawnego wyrzucenia z pracy głównej negocjatorki, co pozwoliło pracownikom przeprowadzić akcje strajkową według uproszczonej procedury. Świstek wydany przez sąd, do którego odnosił się Milczarski, nie miał zatem żadnego znaczenia. Po raz kolejny jednak fejkowa wersja rzeczywistości, wyprodukowana przez aparat propagandy, zawirowała w części mediów.
„Nielegalny” był zatem strajk, który odbył się w ramach protestu przeciwko ewidentnie nielegalnemu, co potwierdzają opinie ekspertów od prawa pracy, zwolnieniu przewodniczącej związku zawodowego, który z zachowaniem wszelkich procedur zamierzał zorganizować strajk, do którego prawo gwarantuje nam Konstytucja. „Nielegalna”, według prezesa i jego ludzi, była akcja niezgody na umowy śmieciowe, na podstawie których pracują stewardesy i piloci, mimo, iż według opinii Generalnego Inspektoratu Pracy to właśnie takie formy zatrudnienia są niezgodne z prawem. „Nielegalny” był też protest przeciwko odmowie przywrócenia regulaminu wynagradzania, skasowanego pod szantażem upadku spółki podczas kryzysu w 2010 roku. Brak takiego regulaminu w tak dużej spółce jest niespotykanym kuriozum. Prezes Milczarski wyrasta w tym kraju na specjalistę od opisywania rzeczywistości na opak.