Gospodarka 48 godzin

Wszczęcie nie musi przerwać
Naczelny Sąd Administracyjny rozstrzygnął 24 maja rozbieżności orzecznicze dotyczące zakresu kontroli sądowej decyzji podatkowych. NSA stwierdził, że sądy administracyjne mają prawo badania prawidłowości zastosowania przez organy podatkowe przepisów o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego z uwagi na wszczęcie postępowania karnoskarbowego, gdyż mieści się to „w granicach sądowej kontroli legalności tej decyzji”. Decyzja NSA rozszerza zakres kontroli sądów nad decyzjami administracyjnymi i może mieć duże znaczenie dla osób, pragnących skorzystać z przedawnienia w sprawach wytoczonych w związku z zaległościami podatkowymi. – Sąd kontroluje zaskarżoną decyzję administracyjną w całości, tj. w jej wszystkich aspektach. NSA opowiedział się za szerokim rozumieniem sprawy sądowo-administracyjnej i nie zgodził się z poglądem części składów orzekających, że sądy administracyjne badają jedynie w sposób formalny, czy podatnik został prawidłowo zawiadomiony o wszczęciu postępowania karnoskarbowego. Jest to niewątpliwie jasny przekaz dla organów podatkowych, że wszczęcie takiego postępowania nie zawsze będzie automatycznie skutkować zawieszeniem biegu terminu przedawnienia – mówi dr. Radosław Buleja, ekspert Business Centre Club. Zdaniem BCC, to ważna uchwała dla wszystkich podatników, która może wpłynąć na ograniczenie nadużywania wszczynania przez organy administracji skarbowej postępowań karnych-skarbowych wyłącznie w celu zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązań podatkowych, mimo braku uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa. W tej niekorzystnej dla podatników praktyce chodzi o to, by organ mógł dalej prowadzić postępowanie (choćby opieszale), bez dyscyplinującego czynnika w postaci upływającego terminu przedawnienia.

Tuba propagandowa PiS
Po raz kolejny stanowczo protestujemy przeciwko przejęciu przed PKN Orlen gazet regionalnych i lokalnych oraz portali internetowych należących do grupy Polska Press. Mimo wielu zastrzeżeń zgłaszanych przez środowiska dziennikarskie uruchomiony został proces błyskawicznego przekształcania tych mediów w propagandowe tuby Prawa i Sprawiedliwości. Trwa błyskawiczna wymiana redaktorów naczelnych i kadr kierowniczych. Zwalniani są dziennikarze niezgadzający się z linią propagandową narzucaną tym gazetom – stwierdza oświadczenie Stowarzyszenia Dziennikarzy RP. SDRP domaga się zaprzestania rugów kadrowych i przywrócenia odwołanych redaktorów naczelnych. Wzywa też Orlen do poszanowania wyroku niezawisłego sądu oraz zaprzestania działań ingerujących w podmiotowość redakcji. Media przejęte przez PKN Orlen znalazły się w ogromnym niebezpieczeństwie. Grozi im trwała marginalizacja i utrata wiarygodności jaką mozolnie budowały przez dziesięciolecia. Stowarzyszenie domaga się zatem także przestrzegania konstytucyjnych zasad gwarantujących wolność słowa. Bez niezależnej prasy nie może być w Polsce dobrze funkcjonującej demokracji i społeczeństwa obywatelskiego, którego częścią są zarówno ci, którzy popierają rządzących jak i ci, którzy ich krytykują. Tymczasem dziennikarze zatrudnieni w grupie Polska Press zostali potraktowani przez PKN Orlen w sposób urągający elementarnym zasadom etyki i kultury. SDRP deklaruje, że będzie – w miarę możliwości – udzielać wsparcia i porady prawnej dziennikarzom z Polska Press nagle zwolnionym lub zagrożonym utratą pracy.

Gospodarka 48 godzin

TSUE nic nie zmienia
Jak było do przewidzenia, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał orzeczenie stwierdzające, że to sąd krajowy powinien ocenić kwestię dotrzymania warunków umowy o kredyt frankowy. Skutki stwierdzenia przez sąd istnienia nieuczciwego warunku w umowie podlegają także przepisom prawa krajowego. To również sąd krajowy powinien poinformować konsumenta o konsekwencjach, jakie będzie niosło za sobą unieważnienie umowy zawartej z bankiem. Tak więc, orzeczenie TSUE niczego nie zmienia w sytuacji osób, które zaciągnęły kredyty frankowe.

Towarzystwa się nie boją
Po zmianach rozpoczętych przez rząd Platformy Obywatelskiej w 2014 roku otwarte fundusze emerytalne będą ulegać automatycznemu wygaszaniu. To pożądany proces, dający możliwość wykorzystania aktywów zgromadzonych w II filarze do wzmocnienia i rozbudowy systemu indywidualnych, długoterminowych oszczędności emerytalnych. „Ta inicjatywa uporządkuje i uprości konstrukcję systemu emerytalnego. Istotnym walorem planowanych zmian jest usunięcie niepewności dotyczącej przyszłości Otwartych Funduszy Emerytalnych oraz utrzymanie możliwości dywersyfikacji ryzyka związanego z finansowaniem życia na emeryturze w postaci inwestowania na rynku kapitałowym. Reforma będzie stanowić impuls do weryfikacji stanu osobistych przygotowań, zwłaszcza finansowych, do życia po zakończeniu aktywności zawodowej. Transfer aktywów z OFE do IKE służyć będzie popularyzacji rozwiązań III filara, a atrakcyjność oferowanych w jego ramach form i produktów, może skłonić znaczącą liczbę osób do gromadzenia dodatkowych oszczędności” – stwierdza Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych, która bynajmniej nie jest zmartwiona tym, że dojdzie do likwidacji OFE, które przez lata stanowiły złotą żyłę dla zarządzających nimi powszechnych towarzystw emerytalnych. IGTE ma bowiem pewność, że towarzystwa emerytalne będą także zarządzać nowymi funduszami inwestycyjnymi, stworzonymi na gruzach OFE.

Przyszłość Turowa
Kompleks energetyczny oparty na kopalni węgla brunatnego w Turowie będzie funkcjonować co najmniej do 2044 r., zgodnie z uzyskaną koncesją. To ważne dla około 5,5 tys. pracowników Turowa. Razem z rodzinami, kopalnia daje utrzymanie 15-20 tys. osób. Wprawdzie Czechy wniosły skargę do Trybunału Sprawiedliwości UE przeciwko Polsce, domagając się wyeliminowania szkodliwego wpływu kopalni węgla brunatnego w Turowie, ale jeśli Trybunał przychyli się do stanowiska Republiki Czeskiej, to najpierw zobowiąże Polskę do naprawy sytuacji. Jak wskazują Zieloni, trudno w tej chwili ocenić,w jaki sposób miałoby to wyglądać. Wszystko zależeć będzie od tego, które z zarzutów Czech zostaną podzielone przez TSUE. Jeżeli jednak tak się stanie, to najpierw Trybunał wyznaczy Polsce odpowiedni termin na działania naprawcze (zapewne dość odległy). I dopiero wówczas, jeżeli Polska nie wywiąże się z tego zobowiązania, Republika Czeska będzie mogła wnieść ponowną sprawę związaną z niewykonaniem wyroku. Jeśli tę sprawę wygra, to TSUE będzie mógł nałożyć na Polskę ewentualne kary finansowe, co jednak wcale nie jest pewne. Tak więc, kopalnię węgla brunatnego Turów czeka jeszcze wiele lat niezakłóconej pracy, co martwi Zielonych, ale cieszy tych, którym Turów zapewnia przyzwoitą egzystencję.

Gospodarka 48 godzin

Pretensja do sądu
Jak było do przewidzenia, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów uznał, że sąd niesłusznie wstrzymał przejęcie prasy lokalnej przez państwowy Orlen. 8 kwietnia sąd ochrony konkurencji i konsumentów wydał decyzję w związku z wnioskiem Rzecznika Praw Obywatelskich o wstrzymanie wykonania decyzji prezesa UOKiK wydającej zgodę na przejęcie przez PKN Orlen spółek należących do Polska Press. W postanowieniu sąd uznał, że do czasu rozstrzygnięcia złożonego przez Rzecznika odwołania, trzeba wstrzymać się z wykonaniem zaskarżonej przez RPO decyzji.
Oświadczenie prezesa UOKiK zarzuca, iż sąd wydając postanowienie, nie odnosił się do merytorycznych zagadnień w zakresie tego, czy decyzja została wydana zgodnie z ustawą o ochronie konkurencji i konsumentów, i w oparciu o przewidziane prawem kryteria. Postanowienie dotyczy wyłącznie kwestii możliwości „zawieszenia” wykonywania decyzji do czasu rozstrzygnięcia wniesionego przez Rzecznika Praw Obywatelskich odwołania. Zdaniem prezesa Tomasza Chróstnego, chronologia zdarzeń wskazuje, że sąd wydając swoje postanowienie, mógł nie zapoznać się ze stanowiskiem prezesa UOKiK oraz z aktami sprawy zgromadzonymi w toku postępowania. „Sąd na etapie wydawania postanowienia o zastosowaniu bardzo poważnego środka tymczasowego nie podjął się oceny merytorycznych przesłanek wstrzymania decyzji, w tym braku potencjalnych skutków dla konkurencji. Podobnie nie zweryfikowano tego, czy zastosowanie środka tymczasowego jest uzasadnione podnoszonymi przez RPO argumentami” – zarzuca prezes UOKiK.
W ocenie prezesa UOKiK, sąd w sposób nieuprawniony przyjął, że złożenie odwołania od decyzji automatycznie powinno skutkować koniecznością jej wstrzymania. Automatyczne wstrzymywanie zgód koncentracyjnych, gdy wątpliwości co do zasadności decyzji nie znajdują solidnych podstaw, jest niepokojącym precedensem, który niewątpliwie może godzić w prawa przedsiębiorców – uważa szef UOKiK. Według niego, taka interpretacja przepisów zwiększa niepewność co do sytuacji prawnej oraz może istotnie opóźniać realizację transakcji gospodarczych, generując szereg ryzyk z tym związanych, w tym w zakresie inwestycji zagranicznych (choć trudno pojąć co mają wspólnego z inwestycjami firm zagranicznych, postanowienia sądu wobec UOKiK). Prezes Chróstny oświadczył, że UOKiK analizuje dalsze kroki prawne, w tym możliwość wzruszenia postanowienia sądu. Prezes UOKiK zapowiedział, że zamierza złożyć do sądu wniosek o przyspieszenie rozstrzygnięcia odwołania RPO od wydanej decyzji. „Uznajemy, że okoliczności wydania środka tymczasowego, w tym brak zapoznania się przez sąd ze stanowiskiem Prezesa UOKiK oraz przekazanym materiałem postępowania, rodzi poważne wątpliwości, czy nie doszło do naruszenia praw przedsiębiorców” – stwierdził szef UOKiK. Chodzi tu oczywiście o prawa państwowego Orlenu.
Prezes Chróstny dziwi się, że odwołanie RPO w głównej mierze podnosiło zarzut nieuwzględnienia przez UOKiK „pozaustawowych przesłanek” wydania zgody, których analiza pozostaje poza kompetencją organu ochrony konkurencji (tą pozaustawową przesłanką była wolność prasy w Polsce). „Tym bardziej zaskakuje wydanie środka tymczasowego tak dalece ingerującego w prawa przedsiębiorców bez nawet pobieżnej analizy prawnej tego zagadnienia” – dodaje Tomasz Chróstny. I podkreśla, że jest przekonany o słuszności wydanej decyzji dotyczącej przejęcia przez PKN Orlen spółek Polska Press.

Gospodarka 48 godzin

Podatnicy dla o. Rydzyka
325 milionów złotych z państwowej kasy otrzymał w czasach rządów PiS ojciec Tadeusz Rydzyk na swoją działalność – policzył Oko.press. Najbardziej hojne jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego, które na propagandę ojca Rydzyka przekazało od 2015 roku kwotę 185 mln zł z pieniędzy podatników. Nieco mniej, bo 74 mln zł przelał Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki. Trzecie miejsce na podium zajął Zbigniew Ziobro. Za poparcie redemptorysty, tak ważne dla istnienia politycznego Zbigniewa Ziobry, minister i prokurator generalny zapłacił 26 mln zł z pieniędzy podatników. Przeciwnik ministra sprawiedliwości, premier Mateusz Morawiecki, wbrew pozorom jest tu w trudniejszej sytuacji. Wprawdzie kieruje całym rządem, ale nie stoi na czele konkretnego ministerstwa, za pośrednictwem którego mógłby przekazywać pieniądze Polaków na cele ojca Rydzyka. Ma jednak do dyspozycji ich środki, którymi zarządza jego kancelaria – i właśnie z kancelarii premiera przekazano 8 mln zł na huczne urodziny radia ojca Rydzyka. Resztę środków, składających się na wspomnianą kwotę 325 mln zł zapłaciły inne urzędy i firmy państwowe.

Nie wiedziała, co czyni?
Organizacje pozarządowe (oczywiście z wyjątkiem tych opanowanych przez klientów Prawa i Sprawiedliwości) apelują do I Prezes Sądu Najwyższego o wycofanie z Trybunału Konstytucyjnego wniosku w sprawie zbadania konstytucyjności przepisów ograniczających dostęp do informacji publicznej. Wiadomo, że TK, który orzeka zgodnie z oczekiwaniami obecnej władzy, zdecyduje, iż te przepisy są zgodne z Konstytucją, co oznaczać będzie faktyczny koniec dostępu do informacji publicznej. Wprawdzie także i Sąd Najwyższy został przejęty przez PiS, jednak wśród przedstawicieli niezależnych organizacji pozarządowych istnieje jeszcze cień przekonania, być może nieuzasadnionego, że SN wraz ze swoją szefową będzie bronił prawa i dobra obywateli – a nie dobra władzy. Stowarzyszenie Dziennikarzy RP uważa, że dziennikarzom, a w szczególności reporterom i publicystom śledczym, I prezes SN zamierza założyć knebel, ale być może podświadomie. Jest to więc próba umożliwienia pani I Prezes SN wyjścia z twarzą z obecnej sytuacji, poprzez sugerowanie, że nie wiedziała ona co czyni i miała ograniczoną zdolność rozpoznania znaczenia swego czynu oraz kierowania własnym postępowaniem. Nie wiadomo jednak, czy pani Małgorzata Manowska zechce skorzystać z tego koła ratunkowego. Twierdzi ona, że jawność nie ma pierwszeństwa przed prawem do prywatności i ochroną danych osobowych (co w tym przypadku oznacza ochronę interesów władzy). Nie uważa też, że jej wniosek uderza w fundamenty ustawy,w której zawarte są podstawowe prawa obywatelskie do jawności życia publicznego. Skutki czynu pani Małgorzaty Manowskiej już widać. Jak twierdzi SDRP, wiele instytucji publicznych niemal natychmiast po ujawnieniu informacji o złożeniu przez nią wniosku do TK zaczęło ograniczać dostęp do informacji publicznej lub odmawiać udzielania informacji do czasu opublikowania orzeczenia Trybunału. Słuszne są więc obawy, że po orzeczeniu TK będziemy mogli zapomnieć o ujawnianiu błędów władzy i różnych przekrętów w instytucjach oraz firmach państwowych.

Zakup prasy lokalnej przez Orlen trafi do sądu

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podkreśla, że nie bierze pod uwagę pluralizmu mediów oraz wolności słowa. Natomiast Rzecznik Praw Obywatelskich stwierdza, iż UOKiK ma uwzględniać wszelkie okoliczności wpływające na chronione dobro konsumenta.
Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, zaskarżył do sądu decyzję Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który wyraził zgodę na zakup wydawnictwa Polska Press przez Polski Koncern Naftowy Orlen. To gest w zasadzie symboliczny, bo wiadomo, że każdy niekorzystny dla panowania PiS wyrok sądu zostanie zaskarżony do Sądu Najwyższego, a tam sędziowie posłuszni obecnej władzy wydadzą orzeczenie zgodne z jej oczekiwaniami. Tym niemniej trzeba coś robić – i w miarę możliwości sprzeciwiać się destrukcji demokracji w Polsce.
RPO zarzuca, że UOKiK nie zbadał czy efektem tak ogromnej koncentracji prasy regionalnej i lokalnej oraz mediów elektronicznych i kolportażu nie będzie ograniczenie konkurencji i niedopuszczalne ograniczenie wolności prasy. – UOKiK ma uwzględniać wszelkie okoliczności wpływające na chronione dobro konsumenta, a media kontrolowane przez Skarb Państwa, czyli faktycznie polityków, nie zapewniają obywatelom obiektywnych informacji – stwierdza Adam Bodnar. Przedstawiają obraz jednostronny, korzystny dla aktualnie rządzącej większości.
PKN Orlen kupując za pieniądze podatników 20 regionalnych gazet (w większości wojewódzkich) 150 tygodników lokalnych, kilka periodycznych magazynów, 23 regionalne serwisy informacyjne i 6 drukarni, całość należącą do Polska Press, przejmując Ruch, stanie się koncernem prasowym na wzór RSW Prasa-Książka – Ruch w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Partyjną kontrolę nad koncernem Orlenu, też na wzór peerelowski, sprawować będzie wierny działacz PiS, prezes PKN Orlen Daniel Obajtek.
Prasa regionalna pod partyjną kontrolą zostanie pozbawiona niezależności, wolności słowa a przede wszystkim prawdy. Dziennikarze,jeżeli zostaną w zespołach redakcyjnych, nie będą w stanie spełniać podstawowej misji jaką jest kontrolowanie władzy. Staną się pracownikami aparatu partyjnej propagandy Prawa i Sprawiedliwości, podobnie jak obecnie w telewizji publicznej, a w rzeczywistości, partyjno-rządowej.
Opinia publiczna nie poznała pełnego uzasadnienia UOKiK wyrażającego zgodę na zakup Polska Press przez PKN Orlen. Prezes tego urzędu odmówił ujawnienia dokumentacji. To jawne naruszenie prawa dostępu do informacji publicznej. W takich okolicznościach skierowanie sprawy do sądu jest tym bardziej uzasadnione. W pełni popieramy działania Rzecznika Praw Obywatelskich – stwierdza Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej.
Natomiast Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oznajmił, że z zaskoczeniem przyjmuje działanie Rzecznika Praw Obywatelskich związane ze złożeniem do sądu odwołania od decyzji wyrażającej zgodę na koncentrację Polska Press w rękach PKN Orlen.
UOKiK przypomina, że decyzje w sprawach dotyczących koncentracji mają na celu ocenę transakcji wyłącznie pod kątem zachowania warunków konkurencji, bowiem tylko takie uprawnienia ustawa przyznaje prezesowi Urzędu. Prezes UOKiK nie ma możliwości oceny innych aspektów projektowanej transakcji w tym na przykład oceny wpływu koncentracji na pluralizm mediów czy wolność słowa.
– Wydanie decyzji w sprawie przejęcia Polska Press przez PKN Orlen poprzedziła dokładna analiza skutków, jakie koncentracja może spowodować dla stanu konkurencji na badanych rynkach. To wyłącznie przesłanki merytoryczne dały podstawę do wydania decyzji pozwalającej na koncentrację. Dlatego ostatnie działania RPO kwestionujące decyzję niezależnego organu traktuję jako niezrozumiałe. Nie zgadzam się ze stanowiskiem RPO i nie widzę podstaw do takiego postępowania – stwierdza Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Już w trakcie postępowania w sprawie przejęcia Polska Press przez PKN Orlen do UOKiK wpływały pisma, w tym od Rzecznika Praw Obywatelskich, z wnioskiem o wydanie decyzji zakazującej dokonania tej transakcji ze względu na ograniczenie wolności słowa. Dlatego UOKiK podkreśla, że badając każdą koncentrację, ocenia to, czy przyczyni się ona do istotnego ograniczenia konkurencji. Nie są brane pod uwagę przesłanki wykraczające poza zakres ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, np. wpływ na pluralizm w mediach. – Prezes UOKiK jest niezależnym organem, działającym na podstawie i w granicach prawa. Uwzględnienie w postępowaniu koncentracyjnym, subiektywnych i bliżej niezdefiniowanych w prawie antymonopolowym kryteriów czy przesłanek, stanowiłoby złamanie prawa. Tym trudniej zaakceptować postawę RPO, który nie tylko w toku postępowania sugerował podjęcie działań niezgodnych z prawem, ale również bezpodstawnie kwestionuje decyzję niezależnego organu ochrony konkurencji – mówi prezes UOKiK, który jak widać uważa działania na rzecz wolności prasy za sprzeczne z prawem. Jest to podejście zgodne z duchem sprawowania władzy w Polsce przez Prawo i Sprawiedliwość.
UOKiK przypomina też, że to nie pierwszy raz, gdy RPO skarży decyzję UOKiK do sądu – do tej pory jednak w wyniku takich działań sąd nigdy nie zmienił rozstrzygnięcia wydanego przez prezesa Urzędu. – Decyzja została wydała rzetelnie i na podstawie merytorycznych, ustawowych przesłanek. Jesteśmy gotowi do przedstawienia argumentów sądowi – dodaje Tomasz Chróstny.

Aresztują cię przez internet, ale siedzieć pójdziesz naprawdę

Rzeczpospolita Kaczyńskiego zaczyna niepokojąco coraz bardziej przypominać antyutopie Orwella czy Huxleya. Obywatel ma coraz mniej praw, a w tle słychać gromkie zapewnienia władz, że to w celu obrony tych praw.

W projekcie Tarczy 4.0 proponuje się zmiany dotyczące tymczasowego aresztowania. To poważna, bo najbardziej dotkliwa forma środków zabezpieczenia wobec podejrzanego lub oskarżonego w toku procesu sądowego.

Przypomnieć należy, że w świetle polskiego – i nie tylko! – prawa człowiek jest niewinny do momentu, kiedy zapadnie prawomocny skazujący wyrok sądu. Zatem areszt, stosowany wobec człowieka formalnie niewinnego jest sprawą, do której należy podchodzić bardzo poważnie, bo dotyczy wolności jednostki.

Wspomniana „antykryzysowa” zmiana polegać ma na tym, że o tymczasowym aresztowaniu decydować miałby sędzia podczas posiedzenia sądu przeprowadzonego on-line.

W praktyce miałoby to wyglądać tak: sędzia połączy się przez internet z podejrzanym, któremu towarzyszyć będzie asystent prokuratora lub przedstawiciel służby więziennej. Obrońca, owszem, jest ciągle jeszcze przewidziany, ale również zdalnie. Sędzia może jednak uznać za stosowne wezwać go na salę rozpraw. Wtedy będą rozmawiać z podejrzanym wspólnie, z jednego łącza.

Obrońca, który chciałby porozmawiać ze swoim klientem na osobności, będzie mógł do niego zadzwonić i rozmawiać podczas przerwy, orzeczonej przez sędziego. Projekt nie mówi nic, co będzie, jeżeli sędzia tej zgody na kontakt nie udzieli, lub jeśli rozmowa adwokata z podejrzanym nie będzie miała gwarancji dyskrecji.

Co będzie, jeżeli łącze internetowe po którejś ze stron będzie słabe lub nastąpi uszkodzenie?

Można by zrozumieć tę formę, gdyby miała charakter tymczasowy i dotyczyła np. wyłącznie podejrzanego przebywającego na kwarantannie lub z potwierdzoną chorobą COVID-19. Jednak wiele wskazuje na to, że projekt tych zmian miałby być wprowadzony na stałe i zostać z nami także w tych szczęśliwych czasach, gdy nie będziemy już egzystować w cieniu koronawirusa.

– Ten sposób, jeżeli miałby zostać na stałe, jest głupi, krzywdzący i nieodpowiedzialny – powiedział mi znany warszawski adwokat. – To się może obrócić przeciwko każdemu obywatelowi. Jeżeli sędzia mając do wyboru podjąć nieco wysiłku albo nie podjąć go wcale tylko biernie przyklepać to, co znajduje się we wniosku o areszt, to proszę zgadnąć, co sędzia wybierze? Oprócz tego, co to znaczy, że obrońca będzie dzwonił do podejrzanego? Co z prawem do prywatności? To jest rozwiązanie, które się nie mieści w standardach jakiegokolwiek demokratycznego państwa i jakiegokolwiek rzetelnego procesu karnego.

Wolnych sądów tysiące obywateli broniły z dużym zaangażowaniem. W czasie pandemii protesty uliczne zostały poważnie ograniczone. Chyba jednak warto podnieść głowę w sprawie takich zmian, które mogą obrócić się przeciw każdemu z nas.

Czas próby dla sędziów

PiS przejęło kierowanie Sądem Najwyższym. To ważne dla prominentów tego ugrupowania, bo po zmianie władzy mogą oczekiwać odpowiedzialności karnej, a „własny” sąd zapewne pozwoli jej uniknąć.

W związku z zakończeniem pracy I prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzaty Gersdorf, przewodniczący Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” Krystian Markiewicz uznał, iż była to kadencja historyczna, bez wątpienia jedna z najtrudniejszych w ponad 100-letniej historii Sądu Najwyższego. Nigdy bowiem wcześniej w historii polskiego sądownictwa nie było tak bezpardonowego, brutalnego ataku na Sąd Najwyższy ze strony polityków partii rządzącej oraz prokuratury. Nigdy też wcześniej I prezes SN nie znalazł się w sytuacji, gdy instytucje takie jak Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownictwa, nie współpracują z Sądem Najwyższym, lecz wraz z politykami szukają sposobu na sparaliżowanie i zniszczenie jego niezależności. Nigdy wcześniej wreszcie nie było sytuacji, w której władza tworzyła sprzeczne z Konstytucją prawo, mające na celu usunięcie ze stanowiska I prezesa SN. Jak stwierdził K. Markiewicz, prof. Gersdorf przetrwała te zmasowane ataki na Sąd Najwyższy i na nią samą. Dawała świadectwo prawdy, w Polsce i w Europie. Dbała o dobre imię SN. Angażowała się w setki spotkań, konferencji, działań. Dzięki temu – nigdy nie była sama. Odpowiedź, która nadeszła do niej w tych wyjątkowych czasach, także była wyjątkowa: sędziowie i obywatele stanęli razem, w obronie wartości i w obronie I prezes SN. Setki tysięcy Polaków wychodziły na ulice, a z całego świata od różnych instytucji i organizacji płynęły słowa wsparcia i uznania. „Te chwile zostały w naszej pamięci i dały nam wszystkim wiele siły” – dodał sędzia K. Markiewicz. Jak mówił, to był czas wielkiej próby dla wszystkich sędziów – i nigdy wcześniej współpraca między Sądem Najwyższym a SSP Iustitia nie układała się tak dobrze. Sąd Najwyższy i sędziowie sądów powszechnych zawsze byli zgodni co do najważniejszych spraw: trzeba robić wszystko, by chronić prawa i wolności każdego człowieka. W rezultacie, sędziom udało się coś, co nie udaje się niestety politykom: w środowisku sędziowskim rozmawiają, uczą się od siebie nawzajem. „Połączyliśmy doświadczenie z przyszłością, mądrość i rozwagę autorytetów z energią tysięcy sędziów w całej Polsce. Mamy i odwagę, i pokorę. Mamy też zaufanie wobec siebie nawzajem. Nasza siła tkwi właśnie w tym, że idziemy dalej do przodu razem. To jest recepta na długie dystanse” – podkreślił K. Markiewicz. Stwierdził też, że koniec kadencji I prezesa SN to żaden koniec – bo niezależny Sąd Najwyższy przetrwa w sędziach: „To nasz pokoleniowy moment próby”. Każdy sąd powszechny w Polsce, każdy sędzia, będzie jak SN. Będzie – oby – stał na straży Konstytucji. To niezłomność sędziów będzie skałą, na której przetrwa nadzieja Polaków na sprawiedliwość. A bogini sprawiedliwości nie da się ani kupić, ani zakneblować. Cóż, słowa szefa Iustitii są wzniosłe, ale czas pokaże, jak rzeczywiście będą się zachowywać sędziowie.

Związkowcy wygrali w sądzie

Warszawski sąd rejonowy uniewinnił działaczy związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza od zarzutu zakłócania porządku publicznego na lotnisku Chopina. Sąd stwierdził, że rozdawanie ulotek nie może zostać w ten sposób zakwalifikowane.

Chodzi o sytuację z 23 października 2018 roku, kiedy w ramach akcji solidarnościowej ze strajkującymi pracownikami LOT-u, związkowcy z Inicjatywy Pracowniczej rozdawali na lotnisku Chopina w Warszawie ulotki. Informowali w nich pasażerów opóźnionych bądź odwołanych lotów, jakie są przyczyny strajku. Kampania miała na celu przeciwdziałać nagonce, jaka dotknęła strajkujących ze strony mediów publicznych.
Akcja informacyjna nie spodobała się władzom lotniska. Osoby wręczające ulotki zostały szybko zatrzymane przez Straż Ochrony Lotniska. Na miejsce została wezwana policja.

– Funkcjonariusze nie bardzo wiedzieli co z nami zrobić, bo nie przychodził im do głowy żaden przepis, pod który mogliby podciągnąć nasze zachowanie. Po wylegitymowaniu chcieli nas puścić udzielając pouczenia. Jednak po konsultacji ze swoim przełożonym, powiedzieli nam, że nie mogą tego zrobić. Upewnili się, że ich nie nagrywamy i przyznali, że sprawa ma charakter polityczny i najprawdopodobniej dostaniemy wezwanie na przesłuchanie, a w stosunku do nas zostanie skierowany wniosek o ukaranie do sądu – informuje Inicjatywa Pracownicza na Facebooku.
Sąd w postępowaniu nakazowym ukarał działaczy karami grzywny za prowadzenie, wbrew zakazowi, działalności zakłócającej porządek na lotnisku. Związkowcy wnieśli sprzeciwy, uważając, że zarzuty wobec nich są absurdalne. Ich zdaniem policja nie wskazała, w jaki konkretnie sposób zakłócali porządek na lotnisku.

25 lutego Sąd Rejonowy dla m. Warszawy podzielił ten pogląd, uniewinniając oskarżonych działaczy. Sąd w uzasadnieniu stwierdził, że ich akcja nie miała znamion zakłócania porządku, nie utrudniła pracy obsłudze lotniska czy podróży pasażerom. Wyrok nie jest prawomocny. Policja może wnieść apelację.

Prezydent – obywatel lepszego sortu

Zgodnie z artykułem 32 Konstytucji RP „wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”. Mimo to okazuje się, że polski system prawny jest niespójny, bo Kodeks karny zakłada, że prezydent RP jest obywatelem lepszego sortu, którego prawo chroni w większym stopniu niż innych obywateli.

Istnieje bowiem paragraf, który nie tylko chroni prezydenta przed krytyką, ale wręcz grozi więzieniem za znieważanie go. Zgodnie z artykułem 135 Kodeksu karnego „kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Każdy obywatel może chronić swoich praw w procesie cywilnym o naruszenie dóbr, ale prezydent ma prostą ścieżkę do procesu karnego. Innymi słowy prawo ostrzega przed krytyką głowy państwa.

Błyskawiczna interwencja

W tym kontekście niepokoi, ale nie dziwi fakt, że 65-letniemu mężczyźnie, który na spotkaniu z Andrzejem Dudą w Łowiczu miał baner z hasłem „Mamy durnia za prezydenta”, prokuratura już w kilka godzin po zatrzymaniu postawiła zarzut. Mężczyzna odpowie właśnie z artykułu 135.
Skądinąd gdyby konsekwentnie stosować przepis dotyczący znieważenia prezydenta, prokuratura musiałaby interweniować tysiące razy dziennie na facebooku, youtubie czy twitterze, gdzie w zasadzie non stop pada wiele, delikatnie mówiąc, nieprzychylnych określeń wobec Andrzeja Dudy.

Kara nieproporcjonalna?

Blisko 10 lat temu Sąd Okręgowy w Gdańsku zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego z pytaniem prawnym, czy wysoka kara za znieważenie prezydenta nie narusza prawa do wolności wypowiedzi. Sąd podkreślił, że przepis Kodeksu karnego w obowiązującym kształcie stanowi podstawę do zbyt dużej ingerencji państwa w prawo do debaty politycznej i wyrażania własnej opinii. Sąd stwierdził wtedy, że tak wysoka kara jest nieproporcjonalna do wymiaru kary.

W oświadczeniu z 6 lipca 2011 roku Trybunał Konstytucyjny nie zgodził się ze stanowiskiem Sądu Okręgowego. Stwierdził, że przepis art. 135 par.2 Kodeksu karnego jest zgodny z Konstytucją oraz nie narusza przepisów zawartych w umowach międzynarodowych, których Polska jest stroną. TK argumentował wtedy między innymi, że „Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji”.

PiS kiedyś był przeciw

Co ciekawe, wtedy to politycy PiS opowiadali się za usunięciem art. 135. „Jestem zdecydowanym zwolennikiem zniesienia tego artykułu. Złożymy taki wniosek na początek nowego sezonu politycznego” – zapowiedział Jarosław Kaczyński w lipcu 2012 roku. Lata mijają, a przepis pozostał.

Niebezpieczny przepis

Artykuł 135 Kodeksu karnego jest archaiczny i niebezpieczny. Polityk to zawód zaufania publicznego, a obywatele powinni mieć pełną swobodę w ocenie najważniejszych osób w państwie. Dlatego prezydent, premier, poseł to osoby, które powinny liczyć się z ostrą i stanowczą krytyką ze strony społeczeństwa. Gdy władza nie dotrzymuje słowa, gdy ludzi krzywdzi, oszukuje, frustruje, to jej ostra krytyka jest w pełni zrozumiała.
Prezydent powinien budować swoją pozycję nie groźbami kar dla swoich krytyków, lecz wiarygodnością, charyzmą, wiedzą, przekonującą wizją kraju. A grożenie więzieniem za nazywanie prezydenta durniem nie zmieni przekonania części społeczeństwa, że prezydent durniem jest, a raczej je umocni.

Smogowa opłata klimatyczna

Za oddychanie zatrutym powietrzem trzeba jeszcze dopłacać.

Turyści, którzy odwiedzili ostatnio Toruń, Sandomierz i Szczyrk zaskarżyli pobieraną tam opłatę miejscową. Jak twierdzą, opłaty są bezprawne, gdyż miasta nie spełniają kryteriów czystości powietrza.
Wszystkie te trzy miasta według Generalnej Inspekcji Ochrony Środowiska leżą w strefach przekroczeń norm jakości powietrza i notują je niejednokrotnie.
Naczelny Sąd Administracyjny w marcu 2018 r. orzekł, że tam, gdzie ani miasto, ani strefa w której się ono znajduje, nie spełniają kryteriów czystości powietrza, nie można pobierać opłaty miejscowej.
W Polsce na 46 stref jakości powietrza tylko 12 spełniało normy zdrowotne dla stężeń pyłu PM10, a tylko trzy dla rakotwórczego benzoapirenu. Ani Toruń, ani Sandomierz, ani Szczyrk nie znajdują się na terenie czystej strefy. Od turystów miasta pobierają opłatę w wysokości ok. 2 złotych dziennie za „szczególne korzystne właściwości klimatyczne i walory krajobrazowe”. Jakość powietrza wciąż jednak pozostawia wiele do życzenia.
– Wybrałem się do Sandomierza, żeby zwiedzić to piękne średniowieczne miasteczko, znane z lokalnych winnic i przytulnej, zwartej zabudowy. Nie spodziewałem się, że będę musiał mierzyć się z takim smogiem – nie przystawało to nijak do wizji Sandomierza, jaką znam z mediów. Przez większość 35-minutowej drogi z dworca oddychałem na przemian spalinami samochodowymi i czarnym dymem z kopciuchów. To wszystko w mieście, które pobiera opłatę miejscową, m.in. za czyste powietrze. Okazało się, że lepiej zejść do miejskich lochów – tam jest lepsze powietrze niż na zewnątrz” – mówi Beniamin Łuczyński, działacz stowarzyszenia „Miasto Jest Nasze”.
Łuczyński dodaje, że podobny zawód spotkał go w kopernikańskim Toruniu, gdzie dym z kominów na ulicach miesza się ze spalinami z rur wydechowych. Szczególnie dotkliwe było to w obrębie zespołu staromiejskiego oraz Bydgoskiego Przedmieścia. Są to piękne spacerowe dzielnice – efekt psuje jednak powszechny smog, który utrudnia zwiedzanie tych miejsc w sezonie grzewczym i przy większym ruchu samochodów.
15 marca 2018 roku Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok w sprawie poboru opłat w Zakopanem. Orzekł, że miasto Zakopane nielegalnie ściąga opłaty miejscowe od turystów – i podkreślił, iż nie zostały dopełnione wymagania klimatyczne, aby je pobierać. Wówczas sąd, po trzech latach, wydał wyrok w sprawie turysty, który odwiedził Zakopane w 2015 r. i zakwestionował pobór opłaty klimatycznej. Według niego podatek został pobrany bezprawnie, bo miasto i strefa, w której leży, nie spełniają kryteriów czystości powietrza. Takich, walczących przed sądem turystów, jest jednak na razie bardzo niewielu.