Wiślacka kanonada

Takie wyniki w naszej piłkarskiej ekstraklasie to rzadkość. W 25. kolejce Wisła Kraków rozgromiła w Kielcach Koronę aż 6:2. Rezultat jest zdumiewający, bo kielczanie w tym sezonie na swoim boisku w poprzednich 12 występach stracili tylko 12 bramek.

Trener Korony Gino Lettieri nie wyciągnął chyba należytych wniosków po ubiegłotygodniowej porażce 1:4 z Zagłębiem Sosnowiec i nie dokonał rewolucji w składzie. Teraz będzie musiał zrobić solidną korektę, zwłaszcza w ustawieniu defensywy, bo dziesięć straconych goli w dwóch kolejnych meczach nie wystawia graczom tej formacji dobrego świadectwa. Szkoleniowiec wiślaków Maciej Stolarczyk był znacznie odważniejszy, bo od pierwszej minuty wystawił do gry trzech piłkarzy, którzy w przegranym 2:3 meczu z Pogonią Szczecin weszli na boisko dopiero w końcówce – Łukasza Burligę, Vukana Savicevicia i Krzysztof Drzazgę. Miał nosa, bo ten tercet strzelił Koronie aż pięć goli, a królem polowania okazał się trzeci z wymienionych, który ustrzelił hat-tricka. Szóstą bramkę wiślaków na swoje konto zapisał Jakub Błaszczykowski, dla którego było to drugie trafienie po powrocie do „Białej Gwiazdy”.

Pierwsza połowa starcia w Kielcach była niezwykle emocjonująca. Pierwszego gola strzelili gospodarze po niespełna kwadransie gry. Pomógł im w tym trochę Burliga, który sprokurował rzut wolny, z którego Gruzin Wato Arweładze zaskoczył bramkarza Wisły Mateusza Lisa i zdobył bramkę na 1:0.

Wiślacy zrewanżowali się rywalom w 24. minucie. Burliga zrehabilitował się za wcześniejszy błąd i po jego dośrodkowaniu Drzazga wpakował piłkę do bramki kielczan. Cztery minuty później Korona znów objęła prowadzenie, a na listę strzelców ponownie wpisał się Arweładze. Radość kieleckich kibiców nie trwała długo, bo w 37. minucie Błaszczykowski płaskim strzałem z kilku metrów wyrównał na 2:2.

Nic nie zapowiadało, że po zmianie stron wiślacy urządzą sobie taką kanonadę. Zespół Korony po przerwie przestał istnieć na boisku i w 55. minucie przegrywał już 2:4. Najpierw trafił Drzazga z podania Błaszczykowskiego, a potem sam zaliczył asystę przy golu Savicevicia. Piątą bramkę zapisał na swoje konto Burliga, a asystował mu Sławomir Peszko, zaś w końcówce spotkania dzieła zniszczenia dopełnił Drzazga, który wykorzystując podanie Marcina Wasilewskiego skompletował hat-tricka.

Wyniki 25. kolejki:
Górnik Zabrze – Piast Gliwice 0:2, Śląsk Wrocław – Jagiellonia Białystok 2:0, Cracovia – Zagłębie Sosnowiec 2:1, Korona Kielce – Wisła Kraków 2:6, Arka Gdynia – Legia Warszawa 1:2,  Pogoń Szczecin – Zagłębie Lubin 0:3. Niedzielny mecz Miedzi Legnica z Lechem Poznań zakończył się po zamknięciu wydania. Spotkanie Lechii Gdańsk z Wisła Płock odbędzie się w poniedziałek 11 marca, początek godz. 18:00.

 

Lotto Ekstraklasa: Porażka Wisły w Zabrzu

Kończący 21. kolejkę poniedziałkowy mecz Górnika Zabrze z Wisłą Kraków był sportowym wydarzeniem gównie ze względu na pierwszy po ponad 11 latach przerwy występ Jakuba Błaszczykowskiego w polskiej ekstraklasie.

Pierwszy po ponad 11 latach występ w polskiej ekstraklasie 105-krotnego reprezentanta Polski przyciągnął na stadion w Zabrzu 14 689 widzów, co było frekwencyjnym rekordem pierwszej po zimowej przerwie kolejce spotkań. Nie wszyscy fani Górnika potraktowali jednak Błaszczykowskiego życzliwie, taryfy ulgowej nie dostał też od graczy walczącej o unikniecie degradacji zabrzańskiej jedenastki. Był pieczołowicie pilnowany przez cały mecz i bezpardonowo atakowany, co sprawiło, że jego pierwszy po latach występ w barwach „Białej Gwiazdy” nie wypadł okazale, chociaż zarazem zaprzeczył sugestiom, że 33-letni skrzydłowy powinien już pomyśleć o piłkarskiej emeryturze.

Kapitan Wisły okazał się najszybszym zawodnikiem w swojej drużynie. Zmierzono mu, że podczas sprintu osiągnął 32,13 km/h. Drugi pod tym względem w krakowskim zespole Maciej Sadlok osiągnął 31,84 km/h. Cóż jednak z tego, skoro w swoim 52. występie w polskiej ekstraklasie Błaszczykowski nie stworzył żadnej okazji bramkowej ani dla siebie, ani dla kolegów, nie wykonał też an i jednego udanego dryblingu. W linii pomocy przyćmił go sprowadzony zimą z Zagłębia Lubin strzelec obu goli dla Górnika Mateusz Matras.

Cud zatem się nie zdarzył. Wisła Kraków po stracie siedmiu kluczowych zawodników jest już zupełnie innym zespołem niż jesienią ubiegłego roku. Chorwat Marko Kolar jest dużo słabszy od Zdenka Ondraszka i nie absorbuje obrony rywali w takim stopniu, jak robił to czeski napastnik. Sławomir Peszko zagrał ambitnie, podobnie jak Błaszczykowski, ale obaj nie dali zespołowi takiej kreatywności w grze, jaką zapewniali w środkowej linii Dawid Kort, Jesus Imaz i Tibor Halilović.

„Górnik Zabrze był lepszy. Szybko strzelił gola, a my nie byliśmy w stanie odpowiedzieć. Wiadomo, jakie mamy problemy, ale ja wierzę we wszystkich zawodników, którzy są w kadrze Wisły. Mamy umiejętności, musimy tylko w nie uwierzyć i pokazać je na boisku. Co do mnie, to czuję się dobrze fizycznie. W meczu z Górnikiem nie wszystko wyszło tak, jakbym chciał, ale sport daje szybką możliwość rehabilitacji” – podsumował Błaszczykowski.

Wiślacy po tej porażce wypadli z grupy mistrzowskiej, a ich miejsce zajęła Cracovia. Górnik dzięki zwycięstwu opuścił strefę spadkową awansując na 14. miejsce.

 

Kara dla Peszki czy dla Lechii?

Komisja Ligi zdyskwalifikowała piłkarza Lechii Sławomira Peszkę na trzy miesiące oraz nałożyła na niego karę finansową w wysokości 30 tys. złotych za brutalny faulu na graczu Jagiellonii Arvydasie Novikovasie.

 

Do bulwersującego zdarzenia doszło w 90. minucie meczu Jagiellonii z Lechią. Peszko zaatakował Novikovasa kopiąc go z całej siły od tyłu w nogi. Litwin miał sporo szczęścia, że wyszedł z tego bez szwanku. Pomocnik Lechii następnego dnia opublikował przeprosiny, ale ponieważ po nieudanych mistrzostwach świata był już na cenzurowanym jako ten, który na mundial do Rosji pojechał po znajomości, spadła na niego potężna fala krytyki. Media przypomniały natychmiast jego wcześniejsze tego typu wybryki i stało się jasne, że w takiej atmosferze członkowie Komisji Ligi w wymierzaniu kary przekroczą wszelkie granice. To dlatego działacze Lechii w przeddzień ogłoszenia wyroku ogłosili, że Peszko został przez władze klubu ukarany „surową karą finansową”. Kwoty nie podano, co nie ma zresztą znaczenia, bo i tak zapewne nie zostanie wyegzekwowana. Po tym, jak w środę Komisja Ligi zdyskwalifikowała Peszkę na trzy miesiące, ze strony klubu prędzej spotkają go gest współczucia i solidarności, niż dodatkowe sankcje. Tym bardziej, że piłkarz dostał jeszcze solidnie po kieszeni, bo musi zapłacić 30 tysięcy złotych kary.
Sankcje nałożone na Peszkę wydają się mimo wszystko przesadnie surowe. Komisja Ligi tłumaczy, że to skutek recydywy, bo w kwietniu ten piłkarz wraz ze Simeonem Sławczewem skopał dmuchane lalki w barwach Arki Gdynia po spotkaniu derbowym, za co został ukarany finansowo, a wcześniej był karany za brutalny faul m.in. na Vadisie Odjidja-Ofoe i uderzenie łokciem Tomasza Kędziory. Tylko że wykluczenie zawodnika z gry na trzy miesiące to nie jest kara dla niego, tylko dla klubu.

 

Lotto Ekstraklasa: Dolny Śląsk górą

Inauguracja rozgrywek naszej piłkarskiej ekstraklasy nie wypadła zbyt okazale. W ośmiu meczach padło 18 goli, a na trybunach mimo pięknej pogody zjawiło się 78639 kibiców, co daje średnio 9830 widzów na jedno spotkanie.

 

Największa widownia była w Zabrzu – 16 683 osób, najmniejsza w Sosnowcu – 4500. Wypada jednak odnotować, że w miniony weekend najliczniejszą widownię we wszystkich ligach piłkarskich w naszym kraju miał trzecioligowy Widzew Łódź, którego mecz z Olimpią Elbląg (1:0) obejrzało 17 431 kibiców. Ale frekwencja na widzewskim obiekcie to fenomen na światową skalę. Fani broniącej tytułu Legii Warszawa najwyraźniej są jeszcze na wakacjach, bo na inaugurujący nowy sezon mecz z Zagłębiem Lubin przybyło ich tylko 12 278. A jeszcze piłkarze stołecznej drużyny sprawili im paskudnego psikusa przegrywając z „Miedziowymi” 1:3. Ta porażka jeszcze niczego nie przesądza, bo poprzedni sezon, zwieńczony zdobyciem podwójnej korony (Puchar Polski także padł ich łupem), legioniści również rozpoczęli od porażki.

Z czołowego kwartetu poprzednich rozgrywek (Legia, Jagiellonia, Lech, Górnik), komplet punktów zdobył jedynie Lech Poznań, który wygrał na wyjeździe z przygotowaną do sezonu jeszcze przez Jerzego Brzęczka (obecnie trenerem „Nafciarzy” jest Dariusz Dźwigała) Wisłą Płock 2:1. Jeden punkt zdobył Górnik Zabrze, który zremisowane 1:1 spotkanie z Koroną Kielce rozpoczął jedenastką złożoną wyłącznie z polskich piłkarzy, co jest w naszej ekstraklasie ewenementem.
Dla porównania aspirująca do walki o mistrzostwo Polski Cracovia w przegranym na wyjeździe spotkaniu ze Śląskiem Wrocław miała w wyjściowym składzie tylko czterech Polaków, a wspomniana już Legia wystawiła aż ośmiu cudzoziemców. Ta personalna polityka okazała się mało skuteczna, bo po pierwszej kolejce Cracovia i Legia są na dnie ligowej tabeli. A na szczycie znalazły się zwycięskie w starciach z tymi drużynami zespoły z Dolnego Śląsk.

Trzeci zespół z tego regionu, Miedź Legnica, w swoim debiutanckim występie w ekstraklasie także zanotował zwycięstwo, pokonując na własnym stadionie Pogoń Szczecin 1:0. Drugi z beniaminków ekstraklasy, Zagłębie Sosnowiec, przegrał u siebie z walczącym w poprzednim sezonie do końca o utrzymanie Piastem Gliwice 1:2. Ta porażka nie najlepiej wróży sosnowiczanom na przyszłość.

Wicemistrz Polski Jagiellonia Białystok przed własną publicznością przegrała z Lechią Gdańsk 0:1. Oba zespoły kończyli mecz w dziesiątkę, a ukaranego za brutalny faul czerwoną kartką Sławomira Peszkę czeka w środę rozprawa przed Wydziałem Dyscypliny PZPN. Już wiadomo, że żadne tłumaczenie nie uchroni go od kary dyskwalifikacji, niewiadomą jest tylko jej wymiar.

 

Wyniki 1. kolejki ekstraklasy

Legia Warszawa – Zagłębie Lubin 1:3
Gole: Adam Hlousek (37) – Patryk Tuszyński (15 i 87), Filip Starzyński (21 karny).
Żółte kartki: Vesović, Żyro – Dąbrowski.
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Widzów: 12 278.

Wisła Kraków – Arka Gdynia 0:0
Żółta kartka: Cvijanović (Arka).
Sędziował: Piotr Lasyk (Bytom).
Widzów: 9215.

Jagiellonia Białystok – Lechia Gdańsk 0:1
Gol: Flavio Paixao (10).
Żółte kartki: Sheridan, Romanczuk – Stolarski, Nalepa, Kuciak, Joao Nunes, Mladenović. Czerwone kartki: Guilherme (68., Jagiellonia) – Sławomir Peszko (90., Lechia).
Sędziował: Łukasz Szczech (Warszawa).
Widzów: 11 766.

Miedź Legnica – Pogoń Szczecin 1:0
Gol: Petteri Forsell (90).
Żółte kartki: Łobodziński – Kożulj.
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 5587.

Śląsk Wrocław – Cracovia 3:1
Gole: Piotr Celeban (14), Augusto (57), Jakub Kosecki (89) – Gerard Oliva (30).
Żółte kartki: Ahmadzadeh – Diego Ferraresso, Helik, Hernandez.
Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 496.

Górnik Zabrze – Korona Kielce 1:1
Gole: Daniel Smuga (46) – Ivan Jukić (62).
Żółte kartki: Urynowicz, Wiśniewski – Soriano, Żubrowski, Malarczyk.
Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz).
Widzów: 16 683.

Wisła Płock – Lech Poznań 1:2
Gole: Giorgi Merebaszwili (77) – Łukasz Trałka (16), Pedro Tiba (89).
Żółte kartki: Stefańczyk – Raduț, Burić.
Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce).
Widzów: 8114.

Zagłębie Sosnowiec – Piast Gliwice 1:2
Gole: Vamara Sanogo (36) – Aleksandar Sedlar (67 karny), Tomasz Jodłowiec (80).
Sędziował: Tomasz Musiał (Kraków).
Widzów: 4500.

Peszko popsuł inaugurację ekstraklasy

Koniec wakacji w polskim futbolu klubowym. W miniony weekend rozpoczęły się rozgrywki w trzech najwyższych klasach rozgrywkowych. Największe zainteresowanie rzecz jasna wzbudziła inauguracja zmagań w ekstraklasie.

 

W przededniu rozpoczęcia rozgrywek piłkarska ekstraklasa zyskała nowego sponsora. PKO BP przez trzy lata będzie partnerem głównym rozgrywek, które nadal jednak będą się odbywać pod szyldem należącej do Totalizatora Sportowego marki Lotto. Bank PKP BP zamierza w swoich długofalowych planach współpracy z ekstraklasą wspierać rozwój piłkarskich talentów. „Chcemy angażować się w proces budowy silnej ligi najpopularniejszej w Polsce dyscypliny sportu. Zależy nam na jej rozwoju a przede wszystkim wspieraniu młodych talentów. Będziemy współpracować na wielu płaszczyznach oferując dużą wiedzę ekspercką z zakresu finansów, która powinna przynieść korzyści zarówno klubom, jak i zawodnikom występującym w Ekstraklasie. Podobnie, jak w zachodnich rozgrywkach, Bank uruchomi system emerytalny dla graczy w Polsce. Wspierając Ekstraklasę chcemy być jeszcze bliżej naszych klientów” – zapowiedział w stosownym oświadczeniu prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło.

Totalizator Sportowy natomiast przedłużył umowę sponsorską na kolejne trzy lata. Logo rozgrywek z logotypem Lotto pozostanie m.in. na koszulkach piłkarzy oraz w przestrzeni reklamowej wszystkich szesnastu stadionów. Ponadto będzie eksponowany podczas transmisji telewizyjnych z meczów w trakcie całego sezonu, a także za pośrednictwem wszelkich kanałów komunikacji prowadzonych przez kluby i ligę. Lotto jest sponsorem tytularnym Ekstraklasy od dwóch sezonów. W pierwszym sezonie Totalizator Sportowy zapłacił za to ok. 10 mln zł, a w drugim ok. 7 mln zł. Wcześniej przez dwa lata sponsorem rozgrywek była należąca do Totalizatora Sportowego marka Keno. Oprócz umów z tymi dwoma potentatami spółka Ekstraklasa SA może też pochwalić się przedłużeniem umów sponsorskich z wszystkimi dotychczasowymi partnerami. Na stadionach Lotto Ekstraklasy nadal obecne więc będą dwie marki firmy Oshee (Oshee, Combu), Henryk Kania i Aztorin. Dzięki temu budżet sponsorski rozgrywek wzrósł dwukrotnie i wynosi teraz około 30 mln złotych. Pieniądze te zostaną rozdzielone między kluby.

Nie wiadomo jednak jak te środki zostaną spożytkowane. Poziom sportowy naszej ekstraklasy wciąż pozostawia wiele do życzenia, czego dowodem są męczarnie naszych drużyn w kwalifikacjach Ligi Mistrzów (Legii) i Ligi Europy (Lecha i Górnika oraz mierne widowiska zafundowane kibicom w pierwszej kolejce nowego sezonu. Największą sensacją była rzecz jasna porażka na własnym stadionie broniącej mistrzowskiego tytułu Legii z Zagłębiem Lubin (1:3), ale większym echem odbił się brutalny faul piłkarza Lechii Gdańsk Sławomira Peszki na zawodniku Jagiellonii Arvidasie Novikovasie. Bandycki wybryk Peszki popsuł i tak niezbyt udaną inaugurację.

 

Nawałka szykuje raport końcowy

Po mundialowej klęsce nasza piłkarska reprezentacja z zleciała z piedestału z dość głośnym łomotem. Po walnięciu o ziemię okazało się, że wcale nie jest ze spiżu, jak nam wmawiano, bo łatwo rozpadła się na wiele kawałków, zaś każdy z nich ma pretensje do pozostałych, że w Rosji nie wyszło.

 

Wszyscy teraz szukają przyczyn niepowodzenia i wskazują winnych. Najbardziej aktywni w tym dziele są prezes PZPN Zbigniew Boniek i kapitan drużyny Robert Lewandowski, a swoje trzy grosze w formie pisemnego raportu szykuje też Adam Nawałka. Nie ma jednak co liczyć, że były już selekcjoner biało-czerwonych w swoim raporcie napisze coś mądrzejszego ponad to, co zdążył już powiedzieć w swoich kilku publicznych wypowiedziach po trzech meczach grupowych i tuż po powrocie do kraju. „Nie trafiłem z wyborem ludzi i taktyką. Winę biorę na siebie”.

 

Trenerom pomyłki nie uchodzą

W tych kilku słowach zdefiniował cały bezmiar swojej winy, nie łudźmy się jednak, że owym sławetnym raportem popełni harakiri. Jeśli jednak zamierza wrócić na trenerską ścieżkę, a jak wieść niesie zamierza jak najszybciej, musi tak wyczyścić swój wizerunek, żeby ponownie świecił blaskiem nieomylności i mamił wrażeniem perfekcyjnej fachowości.
Nie będzie to łatwe zadanie, bo ostrzem swoich ocen nie może swobodnie rysować po wizerunkach innych uczestników nieudanej rosyjskiej eskapady. Ale jak się dobrze postara, to swoimi błędami bez trudu obciąży innych.

Nawałka ewidentnie faworyzował w swoich wyborach Wojciecha Szczęsnego i trudno go za to winić, bo chociaż Łukasza Fabiański swoimi występami co rusz udowadniał, że nie jest gorszym bramkarzem, to jednak Szczęsny w ostatnich czterech latach był numerem 1 w Arsenalu Londyn, w AS Roma, a teraz gra w Juventusie Turyn. Natomiast Fabiański w tym czasie tkwił w prowincjonalnym Swansea City i chociaż dokonywał cudów w bramce, to na zgrupowanie przed mundialem w Rosji przyjechał jako gracz zespołu zdegradowanego do II ligi.

Te okoliczności trochę tłumaczą wybór Nawałki, ale efekt jego decyzji widzieliśmy – Szczęsny w spotkaniach z Senegalem i Kolumbią wypadł słabo, za to Fabiański w „meczu o honor” z Japonią trzykrotnie uratował zespół w beznadziejnych sytuacjach i zachował czyste konto, przez co zostawił wrażenie, że na mundialu był lepiej dysponowany. Trener na treningach powinien takie rzeczy dostrzec i zweryfikować swoje personalne wybory. Nie zrobił tego i nic go nie tłumaczy.

Obiektywnie rzecz biorąc, Jakub Błaszczykowski w ogóle nie powinien znaleźć się w kadrze na mistrzostwa świata. A skoro się już znalazł, bo jest „żywą legendą polskiej piłki”, to raczej nie powinien być graczem podstawowej jedenastki. Nawałka tymczasem wystawił go do gry w spotkaniu z Senegalem, odtwarzając w ten sposób tak świetnie spisujące się podczas Euro 2016 prawe skrzydło z Łukaszem Piszczkiem w roli prawego obrońcy. Niestety, Błaszczykowski nie nadrobił miesięcy straconych na leczenie urazu kręgosłupa i w starciu z rosłymi i szybko biegającymi rywalami po prostu nie nadążał, wystawiając swojego dawnego boiskowego partnera z Borussii Dortmund na z góry przegraną walkę z przeważającymi siłami przeciwnika. Będąca kiedyś motorem napędowym naszej reprezentacji dwójka tych znakomitych zawodników zawiodła i w przerwie Nawałka posadził Błaszczykowskiego na ławce. Po meczu z Kolumbią jego los podzielił też Piszczek.

Po wyborze Jerzego Brzęczka na nowego selekcjonera kadry w mediach zaroiło się od spekulacji, czy Błaszczykowski odzyska kapitańską opaskę. Tak się raczej na pewno nie stanie, bo czas Błaszczykowskiego w reprezentacji Polski się skończył i jeśli na coś ten piłkarz powinien jeszcze liczyć, to na piękne pożegnanie. Brzęczek jest jednak jego wujkiem, więc pewnie w Lidze Narodów „Błaszczu” szanse gry dostanie, żeby odejść w glorii rekordzisty w liczbie występów w reprezentacji Polski.

 

Litania pomyłek jest dłuższa

Największym grzechem Nawałki było jednak zlekceważenie podstawowego elementu w każdej grze zespołowej, jakim jest zgranie. W ostatnich 10 meczach pod jego wodzą nasza reprezentacja za każdym razem grała w innym składzie, czego oczywistym skutkiem były żenujące na poziomie mistrzostw świata błędy popełniane przez całe formacje i poszczególnych graczy. Pewne decyzje podjął jednak kuriozalne, choćby wystawiając Thiago Cionka na miejsce kontuzjowanego Kamila Glika, chociaż w próbie generalnej z Chile u boku Michała Pazdana obiecująco zagrał Jan Bednarek.

Zapłacił za to słoną cenę, bo Cionek nie zdzierżył zadaniu i popełnił błąd, który kosztował nasz zespół stratę bramki na 0:1. Nie zagrał później już ani minuty, za to Bednarek nie zawiódł, a w meczu z Japonią strzelił nawet zwycięskiego gola i jako jeden z nielicznych kadrowiczów wrócił z mundialu z tarczą. Nie bardzo też wiadomo, dlaczego Karol Linetty nie wystąpił w Rosji nawet minuty, chociaż jest piłkarzem bez wątpienia lepszym od Jacka Góralskiego, Sławomira Peszki, Rafała Kurzawy, a nawet Kamila Grosickiego.

Nawałka z taktyką też sobie nie poradził, wybierał bowiem rozwiązania albo archaiczne, albo niedopracowane. Na dodatek rozbił kadrę wewnętrznie wyrażając zgodę na nieobecność Lewandowskiego i Piszczka na zgrupowaniu w Juracie. Reprezentacja Polski jest dobrowolnym stowarzyszenie równych sobie zawodników i faworyzowanie któregokolwiek z nich, nawet najwybitniejszego, prędzej czy później skończy się klęską, bo futbol jest grą zespołową. Mundial w Rosji pokazał to dobitnie. I taki wniosek powinien zakończyć raport Nawałki i stać się punktem wyjścia w pracy jego następcy.