Oto liderki i liderzy list Lewicy

Zaczynamy naszą podróż do Sejmu. Polski parlament jest jedyny w Europie, w którym nie ma lewicy i skutki tego dziś widać – powiedział na prezentacji „Jedynek” szef sztabu wyborczego, Robert Biedroń.

Wejście Lewicy do Sejmu oznacza, że znów wrócą tam takie tematy, jak walka o prawa kobiet czy walka ze zmianami klimatycznymi. Lewica wygrywa wybory, gdy idzie zjednoczona, przegrywa, gdy jest podzielona – podkreślił Biedroń.
Do Sejmu idzie odważna ekipa, z konkretnymi rozwiązaniami dotyczącymi polityki socjalnej, mieszkalnictwa – powiedział Adrian Zandberg z Lewicy Razem.

Mamy świetną ekipę, która jest spójna programowo i wróci do Sejmu – zaznaczył Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Jedynkami Komitetu Wyborczego Lewicy będą:

Paulina Matysiak w Sieradzu,
Dorota Olko w Siedlcach,
Marcelina Zawisza w Opolu,
Paulina Nowak w Koninie,
Maciej Konieczny w Katowicach
Adrian Zandberg będzie otwierał warszawską listę Lewicy.
Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska w Legnicy,
Marek Dyduch w Wałbrzychu,
Robert Kwiatkowski w Toruniu,
Jacek Czerniak w Lublinie,
Tomasz Trela w Łodzi,
Ryszard Śmiałek w Chrzanowie,
Arkadiusz Iwaniak w Płocku,
Andrzej Rozenek w okręgu podwarszawskim,
Wiesław Buż w Rzeszowie,
Joanna Senyszyn w Gdyni,
Przemysław Koperski w Bielsku-Białej,
Zdzisław Wolski w Częstochowie,
Andrzej Szejna w Kielcach,
Marcin Kulasek w Olsztynie,
Wiesław Szczepański w Kaliszu,
Dariusz Wieczorek w Szczecinie.
Włodzimierz Czarzasty znajdzie się na czele listy w Sosnowcu.
Krzysztof Śmiszek we Wrocławiu,
Krzysztof Gawkowski w Bydgoszczy,
Monika Pawłowska w Chełmie,
Anita Kucharska-Dziedzic w Zielonej Górze,
Anita Sowińska w Piotrkowie,
Maciej Gdula w Krakowie,
Jakub Bocheński w Nowym Sączu,
Jacek Jabłoński w Tarnowie,
Patryk Fajdek w Radomiu,
Łukasz Rydzik w Krośnie,
Paweł Krutul w Białymstoku,
Beata Maciejewska w Gdańsku,
Maciej Kopiec w Rybniku,
Wanda Nowicka w Gliwicach,
Monika Falej w Elblągu,
Dariusz Standerski w Pile,
Katarzyna Ueberhan,
Małgorzata Prokop-Paczkowska w Koszalinie.

Nasi kandydaci

Odpowiadając na pytania naszych Czytelników informujemy, że:

Piotr Kusznieruk lider podlaskiego SLD i wydawca naszej „Trybuny” kandyduje do Sejmu RP z listy Lewicy,z drugiego miejsca na liście.

 

Piotr Gadzinowski redaktor naczelny „Trybuny” będzie kandydował do Sejmu RP z tej samej listy w mieście stołecznym Warszawie. Zapewne z ostatniego miejsca na liście.

 

Prosimy o przekazanie tej informacji sympatykom lewicy w naszym kraju.
Będziemy też was informować o innych autorach „Trybuny” kandydujących w najbliższych wyborach parlamentarnych.

O strategii Lewicy

Nic jeszcze nie jest stracone i że o tym, jaki będzie wynik wyborów zadecyduje dopiero niedziela 13 października.

W „Gazecie Wyborczej” ukazał się (6 sierpnia br.) kolejny artykuł na temat strategii wyborczej opozycji demokratycznej napisany przez dwoje uczonych – profesora Macieja Kisilowskiego z Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego i dr hab. Annę Wojciuk z Uniwersytetu warszawskiego. Autorzy, co na łamach tego dziennika nie dziwi, bardzo zdecydowanie opowiadają się za wspólnymi listami całej opozycji demokratycznej, co uważają za warunek sine qua non odebrania władzy Prawu i Sprawiedliwości, a tym samym zatrzymania groźnego procesu przekształcania Polski w państwo autorytarne. Jest to pogląd bardzo mi bliski, gdyż od dawna publicznie opowiadałem się za takim rozwiązaniem.
Podzielam więc krytycyzm, z jakim autorzy odnoszą się do decyzji przywódców Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, którzy doprowadzili do rozwiązania koalicji stworzonej kilka miesięcy temu na wybory europejskie. W tym kontekście odnotowuję z uznaniem – bardzo rzadkie na łamach tej gazety – pochwały pod adresem Włodzimierza Czarzastego i Leszka Millera, którzy (jak piszą autorzy) rozumieją, iż „jedyną szansą opozycji w starciu z państwowo-partyjnym konglomeratem zarządzanym z ulicy Nowogrodzkiej jest zaproponowanie wspólnej wizji alternatywnej”. Nawołują więc do zmiany decyzji i do stworzenie wspólnych list całej opozycji. Postulat ten uważam za słuszny, ale – niestety – już spóźniony, przynajmniej w odniesieniu do sejmowej części wyborów. Mam nadal nadzieję, że rozum zwycięży i że przywódcy Koalicji Obywatelskiej i PSL zdecydują się wspólnie z Lewicą przedstawić po jednym kandydacie na każde miejsce senatorskie. Gdyby tak postąpiono w 2015 roku, obecny Senat miałby opozycyjną wobec PiS większość, co nie byłoby bez znaczenia dla hamowania procesu demontażu państwa prawnego.
Zgadzając się z autorami z ich podstawowym kierunku myślenia nie podzielam przebijającego się w ich rozumowaniu pesymizmu. Autorzy uważają, że rezygnacja opozycji ze wspólnego bloku wyborczego będzie skutkowała nieuchronną wygraną Prawa i Sprawiedliwości.
Tak być może, ale tak być nie musi. Na dwa miesiące przed wyborami sianie defetyzmu niczemu dobremu nie służy. W 2015 roku w szeregach ówczesnej koalicji rządzącej (PO-PSL) panowało samobójcze w skutkach przekonanie, że ma ona zwycięstwo w kieszeni. Taki pseudo-optymizm demobilizuje pewną część potencjalnych wyborców i prowadzi do przegranej. Podobnie jednak działa pesymizm. Jeśli utrwali się przekonanie, że podzielona opozycja skazana jest na klęskę, trudno jej będzie zmobilizować tę część potencjalnych zwolenników, która nie jest skłonna głosować na przegraną sprawę.
Trzeba więc jasno i wyraźnie mówić, że nic jeszcze nie jest stracone i że o tym, jaki będzie wynik wyborów zadecyduje dopiero niedziela 13 października. Podzielonej opozycji będzie trudniej wygrać, ale nie znaczy to, że jest ona bez szans.
Szansa opozycji polega na tym, by wszystkie trzy jej części składowe uzyskały wyniki na tyle dobre, że zniweczy to (lub poważnie osłabi) efekt sprzyjającej najsilniejszemu ugrupowaniu metody d’Hondta. Koalicja Obywatelska ma pod tym względem komfortową sytuację, gdyż jej prawdopodobne poparcie przekroczy dwadzieścia, a może nawet dojdzie do trzydziestu procent. To Jednak nie wystarczy dla pokonania PiS. Kluczowe okażą się wyniki Lewicy oraz porozumienia montowanego przez PSL. Jeśli każda z tych list przekroczy poziom dziesięciu procentów, wysoce prawdopodobne jest, że suma mandatów zdobytych przez opozycję będzie (nieznacznie ) większa niż suma mandatów Zjednoczonej Prawicy.
W wypadku Lewicy taki wynik wydaje się wysoce prawdopodobny (chociaż nie z góry zagwarantowany). Mechaniczne sumowanie poparcia kandydatów SLD, Wiosny i Lewicy Razem z wyborów europejskich daje Lewicy około 13 procent głosów. Czy jednak uda się taki wynik osiągnąć? Bardzo wiele zależy tu od tego, jak zachowają się lewicowi wyborcy, a zwłaszcza czy uwierzą, że dobry wynik lewicy jest możliwy, a głos oddany na tę listę nie będzie głosem zmarnowanym. Niemniej ważne jest, by wyborcy – tak jak przywódcy – odłożyli na bok wczorajsze spory na lewicy i zrozumieli, że jej przyszłość zależy od zdolności patrzenia w przód, a nie rozpamiętywania dawnych sporów.
Z umiarkowaną nadzieją obserwuję poczynania PSL. Mam żal do przywódców tej partii o to, że to oni zainicjowali szkodliwy proces dzielenia opozycji. Ale teraz życzę im możliwie dobrego wyniku, by i ten segment elektoratu znalazł liczącą się reprezentację z Sejmie.
Niezależnie od oceny ostatnich decyzji opozycja musi przestrzegać zasady, że ma jednego, wspólnego przeciwnika i że cała opozycja to potencjalnie wspólna koalicja rządowa, jeśli uda się odebrać Prawu i Sprawiedliwości bezwzględną większość. Nie może więc być walki między kandydatami opozycji. Niech wszyscy oni zabiegają o maksymalną mobilizacje własnych zwolenników a nie na próbach „podbierania” wyborców innym partiom opozycyjnym.
Jeśli pesymistyczna prognoza o „nieuchronnej” wygranej PiS nie ma się sprawdzić, opozycja musi w kampanii wyborczej koncentrować się na tym, co najważniejsze i najbardziej aktualne. Nie są to sprawy światopoglądowe, wokół których PiS stara się skoncentrować uwagę licząc na poparcie bardziej konserwatywnej części społeczeństwa. Chociaż lewica ma i mieć powinna jasny, konsekwentny przekaz ideowy – za tolerancyjnym, świeckim państwem wolnych i równych obywateli – w kampanii wyborczej na plan pierwszy musi wysuwać to, co najbardziej bezpośrednio zagraża naszej wspólnej przyszłości. Są to cztery obszary podstawowe.
Po pierwsze: postawienie tamy procesowi niszczenia demokracji i państwa prawa. Bezkarność faszyzujących bojówek (jak ostatnio w Białymstoku), mowa nienawiści (także w wydaniu Jarosława Kaczyńskiego, któremu warto stale przypominać jego wyskok sejmowy o „kanaliach” i „zdradzieckich mordach”), upartyjnianie wymiaru sprawiedliwości, próby ograniczenia kompetencji władz samorządowych – wszystko to stanowi ciężką winę partii rządzącej wobec polskiej demokracji.
Po drugie: przywrócenie Polsce godnego jej miejsca w Unii Europejskiej. To Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło do tego, że Polska z cenionego prymusa stała się negatywnie ocenianym przykładem regresu, co odbija się na traceniu tej pozycji, którą mieliśmy, gdy polscy politycy stali na czele Parlamentu Europejskiego (Jerzy Buzek) czy rady Europejskiej (Donald Tusk). Tak poczucie narodowej godności, jak zrozumienie narodowego interesu podpowiadają, że dla dobra Polski trzeba obecną ekipę odsunąć od władzy.
Po trzecie: przywrócenie państwu utraconej sterowalności. PiS nie tylko rządzi niedemokratycznie, ale także nieudolnie. W służbie zdrowia coraz dotkliwiej brakuje lekarzy i pielęgniarek, przez co zamykane są oddziały szpitalne. W szkołach panuje chaos wywołany pseudo-reformą minister Zalewskiej. Sądy są coraz mniej sprawne a postepowanie coraz bardziej przewlekłe, gdyż polityka kadrowa ministra Ziobry stawia na czele sadow ludzi wiernych partii, co zazwyczaj nie idzie w parze z kompetencjami. Nieudolnie rządzone państwo szkodzi nam wszystkim – i to niezależnie od naszych politycznych przekonań.
Po czwarte wreszcie: przywrócenie elementarnej uczciwości w pracy państwowej. Niebotyczne apanaże ludzi władzy (bo „im się to należy”, jak z trybuny sejmowej głosiła Beata Szydło), rozbijanie się (z rodziną) specjalnymi samolotami rządowymi (z czego zasłynął marszałek Kuchciński), zamiatanie pod dywan podejrzanych interesów związanych z PiS Skoków – wszystko to stanowi poważne oskarżenie obecnych rządów. Skala patologii w tym obszarze jest bez porównania większa niż za poprzednich rządów.
To są sprawy wspólne, które nie powinny dzieli c opozycji. Ma ona różne poglądy na takie sprawy, jak polityka społeczna i gospodarcza, ustawa „antyaborcyjna” czy polityka historyczna. Przyjdzie czas, gdy – po odsunięciu Pis od władzy – można i trzeba będzie do spraw tych wrócić w klimacie poważnej, demokratycznie prowadzonej debaty publicznej. To jest jednak sprawa przyszłości, a nie temat na tegoroczną kampanię.

Kandydaci do Senatu

„Wieczny kandydat” Waldemar Witkowski tym razem powalczy o Senat w Wielkopolsce z list komitetu Lewica. Przewodniczący Unii Pracy startuje od wielu lat w praktycznie wszystkich możliwych elekcjach. Zwykle bez powodzenia. Poznaliśmy też nazwiska innych kandydatów. Lewica ponowiła też ofertę paktu senackiego w stronę liberałów. Ci jednak nie mają ochoty na taktyczny sojusz przeciwko PiS.

– Nasza propozycja jest bardzo prosta. W tych okręgach, w których lewica wystawi swoich kandydatów do Senatu, oczekujemy, że inne siły opozycyjne swoich kandydatów i swoje kandydatki wycofają. I na odwrót. Tam, gdzie wystawią swoich kandydatów przedstawiciele innych środowisk opozycyjnych, tam lewica jest gotowa nie wystawiać swoich kandydatów w tym konkretnym okręgu – mówił Adrian Zandberg. członek Zarządu Krajowego Lewicy Razem na dzisiejszej konferencji. Polityk zapewnił, że takie rozwiązanie umożliwi”demokratyczny, pluralistyczny Senat”.
W podobnym tonie wypowiadał się Włodzimierz Czarzasty.
– Chcemy porozumienia, chcemy się dogadać. Nie jesteśmy w tej sprawie aroganccy, nie będziemy niczego narzucali – mówił szef SLD.
Robert Biedroń wskazywał natomiast, że szczególnej woli porozumienia ze strony Koalicji Obywatelskiej nie ma.
– Od kilku tygodni apelujemy, żeby opozycja poszła po rozum do głowy i w tej sprawie się dogadała. Zegar tyka, zaczynamy zbierać podpisy i rejestrować listy do Senatu. Nie możemy czekać, ponieważ są z nami ludzie, którzy są gotowi wziąć współodpowiedzialność za Polskę w Senacie – mówił lider Wiosny.
– Grzegorz Schetyna i PO udają, że ich nie ma. I to jest największy problem dzisiejszej polskiej opozycji, i to doprowadzi do katastrofy, w której wygra PiS – dodał Biedroń.
Kim zatem będą kandydaci lewicy? Ogłoszone zostały następujące nazwiska: Jerzy Jaskiernia (świętokrzyskie), Jerzy Wenderlich (Włocławek), Wanda Nowicka (Warszawa), Małgorzata Niewiadomska-Cudak (Łódź), Anna Mackiewicz (Bydgoszcz), Waldemar Witkowski (Poznań), Wojciech Konieczny (Częstochowa), Rafał Skąpski (Nowy Sącz), Szymon Chojnowski (Wałbrzych), Roman Nehrebecki (Bielsko-Biała) oraz Seweryn Prokopiuk (Podlasie).
Kandydatów i kandydatki Lewicy do Sejmu mamy poznać w niedzielę.

Sztandar wprowadzić!

Rozpoczyna się najgorętszy okres tegorocznego lata. Prezydent Andrzej Duda ogłosił w tym tygodniu termin wyborów do Sejmu i Senatu.

W rzeczywistości kampania przedwyborcza trwa już od wielu tygodni. Jednak zgodnie z prawem jej początek wyznacza dzień 6 sierpnia, kiedy to prezydent Duda ogłosił termin wyborów do Sejmu i Senatu na 13 października. Teraz czeka nas najgorętsze 9 tygodni polskiej polityki. Jakie szanse w tej rywalizacji ma Sojusz Lewicy Demokratycznej? I pytanie zasadnicze. Czy SLD nadal istnieje?

Likwidacja SLD?

„Koniec SLD” – zatytułował swój komentarz jeden z portali internetowych. Podobne pytanie zadał mi spotkany na ulicy znajomy: „dlaczego chcecie zlikwidować Sojusz Lewicy Demokratycznej?”. To pokazuje stopień dezorientacji wyborców wobec tego, co dzieje się po lewej stronie sceny politycznej. Dlatego na początek uporządkujmy fakty.
Deklarację liderów Wiosny, partii Razem i Sojuszu Lewicy Demokratycznej zauważyli chyba wszyscy, którzy choć w minimalnym stopniu interesują się polityką. Deklarację o zamiarze wspólnego startu pod szyldem „Lewica”. Jednak mało kto zastanawiał się, jak to zrobić. Można oczywiście podpisać umowę koalicyjną trzech partii i zarejestrować Komitet Wyborczy Lewica. Tak zadecydowali Leszek Miller i Janusz Palikot w 2015 roku. Próbując połączyć siły lewicy pod szyldem Zjednoczonej Lewicy. Skończyło się pod progiem wyborczym. I otwarciem drogi Prawu i Sprawiedliwości do samodzielnych rządów. Bo koalicja to 8-procentowy próg wyborczy.
Przeczytałem wypowiedź Krzysztofa Śmiszka z Wiosny Roberta Biedronia, który już kilka dni temu ogłosił się liderem listy wyborczej we Wrocławiu. „Liczymy na 15-20 procent” – powiedział. Też bym sobie takiego wyniku życzył. Jednak aby lewica powróciła do Sejmu, musi przede wszystkim pokonać próg wyborczy. Dlatego kierownictwo SLD, jako jeden z kluczowych warunków wspólnego startu Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Wiosny i Razem określiło wymóg przyjęcia takiej formuły startu, w której próg wyborczy wyniesie nie 8 a 5 procent. To oznacza start wszystkich kandydatów i kandydatek z listy jednej partii. Wybrano SLD.
Konkluzja pierwsza: w jesiennych wyborach kandydaci i kandydatki Wiosny i Razem wystartują z list wyborczych Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Podobnie jak w tak zwanej „zjednoczonej prawicy”. Tam politycy partii Gowina i Ziobry wpisywani są na listę Prawa i Sprawiedliwości.

Zmiana statutu

Można zrozumieć dylemat polityków i polityczek partii Razem i Wiosny Roberta Biedronia. Startując z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej musieliby podczas całej kampanii wyborczej głęboko schować loga i nazwy swoich partii. Oznaczając wszystkie materiały wyborcze i sygnując całą swoją kampanijną aktywność wyłącznie szyldem SLD. Wychodząc naprzeciw koleżankom i kolegom z partii koalicyjnych, Sojusz Lewicy Demokratycznej zdecydował się na krok radykalny. Zmianę swojego statutu.
We wtorek 6 sierpnia odbyła się w Warszawie Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jednogłośnie zadecydowano o zamianie dotychczasowego skrótu „SLD” na „Lewica”. Dwa zdania wyjaśnienia. Z reguły partie mają zapisane w statutach dwie nazwy: nazwę pełną i skrótową. W statucie Sojuszu Lewicy Demokratycznej do wtorku figurował skrót nazwy: SLD. Po zmianie został zastąpiony słowem Lewica. Ten zabieg umożliwi zarejestrowanie komitetu wyborczego o nazwie KW Lewica. Bo ordynacja wyborcza wymaga, aby w nazwie komitetu wyborczego figurowała oficjalna nazwa partii. Lub właśnie jej nazwa skrótowa.
Konkluzja druga: W Sojuszu Lewicy Demokratycznej tak naprawdę nic się nie zmieniło. Partia, jej struktury, 20-letnia historia – pozostają bez zmian. A medialne doniesienia o „końcu SLD” można skwitować słowami Marka Twaina: „pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone”.

Czas

Tego, czego w chwili obecnej brakuje najbardziej, to czasu. Wiele tygodni spędziliśmy, jak kiedyś napisałem, „siedząc w przedpokoju Schetyny”. Dlatego dzisiaj jesteśmy parę kroków w tyle w stosunku do politycznej konkurencji. Ale nie pozostaje nic innego, jak racjonalnie wykorzystać czas, który pozostał do 13 października.
Po uchwaleniu zmiany statutu Sojuszu Lewicy Demokratycznej w miniony wtorek, w środę do sądu rejestrowego złożone zostały stosowne dokumenty. Zgodnie z prawem sąd powinien zadziałać niezwłocznie i zatwierdzić zmianę skrótu nazwy partii z SLD na Lewicę. Dokonując równocześnie korekty w rejestrze partii politycznych. Najbliższe dni pokażą, co w realiach sądowych oznacza enigmatyczne określenie „niezwłocznie”. Piszę te słowa w środę. Być może, gdy weekendowe wydanie Trybuny trafi do Państwa, ta formalna przeszkoda będzie już za nami.
Dwie najbliższe daty to: 24 sierpnia i 3 września. Pierwsza zakreśla termin, w którym trzeba dokonać w Państwowej Komisji Wyborczej rejestracji komitetu wyborczego. Druga, to ostateczny termin na zarejestrowanie w PKW list kandydatów. I dostarczenie list poparcia – w skali całego kraju z ponad 200 tysiącami podpisów. Można spekulować, czy nasi koalicjanci byliby w stanie samodzielnie w tak krótkim czasie zgromadzić taką liczbę podpisów. Szczególnie partia Roberta Biedronia, której struktury po wyborach europejskich uległy częściowemu rozproszeniu. Jednak liczne, dobrze zorganizowane i sprawne struktury Sojuszu Lewicy Demokratycznej gwarantują, że listy kandydatów wraz z listami poparcia zostaną na pewno zarejestrowane. A liczba zebranych podpisów grubo przekroczy wymagane 200 tysięcy.

Pieniądze

Gdy po wyborach w 2016 roku, jako nowo wybrani członkowie zarządu SLD, zapoznaliśmy się ze stanem partyjnych finansów, reakcja była jedna. Szok. Gdyby SLD nie było partią, a spółką prawa handlowego należałoby bezzwłocznie w jej nazwie dopisać słowa: w upadłości. Trzy lata oszczędnej i racjonalnej gospodarki posiadanymi pieniędzmi (roczny budżet partii to ok. 4,3 mln zł subwencji i ok. 1,5 mln składek członkowskich) wyprowadziło finanse partii na prostą. Długi zostały spłacone. A w przededniu wyborów do Sejmu i Senatu na koncie znajduje się bardzo konkretna suma, przeznaczona na sfinansowanie wyborów.
O pieniądzach wspominam nie bez kozery. Przyjęcie formuły startu polityków i polityczek Wiosny i Razem z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej oznacza, że pozbawieni zostaną oni dostępu do pieniędzy zgromadzonych na kontach swoich partii. Takie rygory nakładają zapisy Kodeksu Wyborczego i ustawy o partiach politycznych. W prowadzeniu kampanii wyborczej będą mogli liczyć wyłącznie na darowizny od osób fizycznych. I zapewne w jakimś stopniu na zasoby finansowe SLD.

Listy

Media od dawna spekulują co do kształtu przyszłych list. Obstawiając przede wszystkim „jedynki”. Bo to kandydaci i kandydatki z tego miejsca będą w przeważającej liczbie beneficjentami jesiennych wyborów. Aktualne sondaże dają Lewicy poparcie rzędu 10 procent. Taki poziom notowań oznacza prawdopodobieństwo wprowadzenia do Sejmu około 40 posłanek i posłów. Okręgów wyborczych jest w Polsce 41. Statystycznie wychodzi po jednym mandacie na okręg. Choć to duże uproszczenie, bo okręgi są różnej wielkości. I różne jest poparcie list lewicy w różnych regionach kraju.
Każda koalicja najlepiej wypada na wspólnym zdjęciu. Gorzej, gdy trzeba zmieścić się na jednej liście. Media spekulują, że 40 proc. tzw. miejsc biorących obsadzi Sojusz Lewicy Demokratycznej, tyle samo Wiosna Roberta Biedronia i 20 proc. partia Razem. Myślę że ostatecznie wynegocjowane proporcje nie będą odbiegały zasadniczo od medialnych spekulacji. Przy obecnych sondażach oznacza to, że w Sejmie IX kadencji zasiądzie po kilkunastu przedstawicieli i przedstawicielek każdej z trzech głównych partii wchodzących w skład komitetu Lewicy. Co dalej?

Wspólny klub

To zostało już dogadane i zaakceptowane przez polityków Razem, Wiosny i SLD. Przyszli parlamentarzyści nie rozejdą się po wyborach „każdy do swoich”. Dzieląc się na „leśnych dziadków” (jak to jeszcze niedawno mówił jeden z polityków koalicji), „postkomunę” i nowoczesną progresywną lewicę. Powstanie jeden wspólny klub parlamentarny Lewica. Będący zaczynem rzeczywistego zjednoczenia polskiej lewicy.
Zwróćmy uwagę na komplementarność partii wchodzących w skład koalicji Lewica. Zarówno jeśli chodzi o wiek przyszłych posłanek i posłów, jak i program poszczególnych formacji. Partia Razem od początku swojego istnienia bardzo duży nacisk kładła na obronę praw pracowniczych i sprawy społeczne. Wiosna Roberta Biedronia kojarzona jest przede wszystkim z postulatami światopoglądowymi. Zaś Sojusz Lewicy Demokratycznej sytuuje się w takim towarzystwie jako doświadczone, socjaldemokratyczne centrum koalicji. To istotna różnica w stosunku do Zjednoczonej Lewicy z 2015 roku. Kiedy to mariaż SLD Leszka Millera i Twojego Ruchu Janusza Palikota okrzyknięty został próbą łączenia wody z ogniem. Nieudaną.

Sztandar wprowadzić

Można się zastanawiać, czy realnym będzie kolejny krok – stworzenie na bazie dzisiejszych koalicjantów Lewicy jednej wspólnej partii. Czas pokaże. Jest wszak jeden bardzo pragmatyczny argument. Który do takiego kroku będzie zachęcał. Restrykcyjna ustawa o partiach politycznych nie pozwala na finansowanie jednej partii przez drugą. A ponieważ wszyscy koalicjanci Lewicy będą startowali na listach Sojuszu Lewicy Demokratycznej, siłą rzeczy cała przyszła subwencja trafi wyłącznie na konto tej partii. Próba przetransferowania części tych środków do Wiosny lub Razem byłaby oczywistym naruszeniem prawa. Zaś stworzenie wspólnej partii najbardziej oczywistym rozwiązaniem problemu finansów partyjnych.
Niezależnie od dywagacji co do przyszłości, jedno jest poza dyskusją. Przez całe lata niechętni Sojuszowi Lewicy Demokratycznej przywoływali słowa sprzed lat: sztandar wyprowadzić. Tymczasem jesteśmy na najlepszej drodze, by móc za dwa miesiące powiedzieć: Sztandar Lewicy wprowadzić. Po czterech latach nieobecności. Do polskiego parlamentu.

Bolące Jedynki

Lista wyborcza jest jak szczęka.

Nie wytrzymał przedwyborczego napięcia Michał Syska. Znany lewicowy publicysta i aktywista. Dyrektor wrocławskiego Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassale’a. Ostatnio współtwórca Partii Wiosna i doradca Roberta Biedronia.
Michał, którego znam od lat i cenię, pożalił się „Krytyce Politycznej” na swego lidera Robert Biedronia.
Michał Syska powiedział: „Dowiedziałem się z „Wyborczej”, że jedynką na listach lewicy we Wrocławiu ma być partner Roberta Biedronia, Krzysztof Śmiszek. Nie podoba mi się ten styl, nie podoba mi się, że o kluczowych decyzjach podejmowanych w partii, której jestem częścią, dowiaduję się z mediów.”
I dodał: „Od początku mojej współpracy z Robertem Biedroniem słyszałem zapewnienia z jego strony, że robimy ten projekt wspólnie i w tym projekcie ja będę otwierał listę we Wrocławiu.
Ponieważ tak się nie stało, Michał wycofał się z kandydowania. Szkoda.
Przypadek Michała obrazuje problem, o którym już pisałem w „Trybunie” i internecie. W Polsce, w czasie kampanii wyborczej bezmyślne media i leniwi komentatorzy polityczni wmawiają wyborcom, że jedynymi, najlepszymi i najważniejszymi kandydatami na listach wyborczych są ci umieszczeni na pierwszych miejscach. Tak zwane Jedynki. Bo oni są najlepszymi,. Lokalnymi liderami politycznymi.
W przypadku jednopartyjnej listy wyborczej taki system można jeszcze uznać za uzasadniony. P:przyjąć, że odzwierciedla on jakoś jakość kandydatów umieszczonych na listach. I tak mogło być w przeszłości.
Zauważcie jednak Szanowni Wyborcy, że w czasie październikowych wyborów będziemy mieli do czynienia z listami koalicyjnymi. Nie mono partyjnymi.
Będą listy PiS z wpisanymi tam kandydatami z prawicowych partii koalicyjnych. Tych od Ziobry i tych od Gowina. Dodatkowo jeszcze będzie grupa dawnych kukizowców.
Na liście Komitetu Obywatelskiego będziemy mieli liderów Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej, Inicjatywy Polskiej, Zielonych.
Na liście PSL liderów ludowców i resztek formacji Kukiz15.
Wreszcie na liście Komitetu Wyborczego Lewica będą krajowi i regionalni liderzy trzech dużych partii i liderzy kilkunastu innych lewicowych podmiotów.
Ponieważ mamy tylko 41 okręgów wyborczych to w każdej koalicji, powtarzam w każdej, nie starcza tych Jedynek na lokalnych listach dla wszystkich lokalnych liderów.
Taka sytuacja powoduje spory, konflikty wśród koalicyjnych liderów, zwłaszcza tych lokalnych. Budzi też wiele informacyjnego zamieszania wśród Wyborców. Pytania dlaczego lokalny lider mojej partii nie dostał Jedynki na lokalnej, koalicyjnej liście.
I wtedy trudno Wyborcom wytłumaczyć, że na przykład lider lokalnego SLD nie ma Jedynki na liście, bo w tym okręgu, wyniku porozumienia trzech partii, Jedynka przypadła partii Wiosna, albo partii Razem.
Podobnie Wyborcy Wiosny i Razem mogą poczuć się zlekceważeni widząc na Jedynce lokalnego lidera SLD, a nie swoich partii.
Ponieważ na lewicy wszyscy są równi to:

Apeluję do Roberta Biedronia, Włodzimierza Czarzastego i Adriana Zandberga:

Pokażcie, że inna polityka jest możliwa.
Kiedy będziecie prezentować listy wyborcze Lewicy, nie ograniczajcie się tylko do prezentowania Jedynek.
Zaprezentujcie przynajmniej trzy pierwsze miejsca na listach wyborczych.
Zaprezentujcie też kandydatów z mniejszych ugrupowań umieszczonych na dalszych miejscach.
A na deser zaprezentujcie kandydatów zajmujących ostatnie miejsca na listach.

Apeluję też do sztabów wyborczych Lewicy:

W czasie kampanii wyborczej promujcie wszystkich kandydatów, nie tylko Jedynki.

I na koniec apel do Wyborców:

Lista wyborcza jest jak szczęka. Przed głosowaniem obejrzyjcie ją dokładnie, bo tylko darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
W każdej szczęce i na każdej liście wyborczej najbardziej widoczne są Jedynki. Ale na nich nie kończy się uzębienie i zestaw kandydatów. Są jeszcze kły, są siekacze.
Na końcu znajdziecie zęby mądrości.

PS. W odpowiedzi na liczne pytania chciałbym potwierdzić krążącą w mediach informację. Zamierzam kandydować do Sejmu RP z okręgu warszawskiego, z listy Lewicy. Poprosiłem o ostatnie miejsce na liście.

Głos lewicy

Konwencja SLD

Sojusz Lewicy Demokratycznej dokona zmiany w swoim statucie i ewidencji partii politycznych tak, aby miejsce obecnie obowiązującego oficjalnego skrótu nazwy ugrupowania SLD – zastąpiło słowo „Lewica”. Partia utrzyma swą pełną nazwę – Sojusz Lewicy Demokratycznej. Konwencja rozpocznie się 6 sierpnia 2019 r. w Warszawie o godzinie 19.00.
– Podjęliśmy rozmowy na temat formuły startu, zmiany są wynikiem zobowiązań koalicyjnych w ramach Lewicy. Ta formuła startu jest podobna do formuł startu innych partii w Polsce takich jak np. PSL, gdzie Koalicja Polska wykorzystuje potencjał i struktury organizacyjne PSL-u, jak Zjednoczona Prawica, która wykorzystuje potencjał i struktury PiS-u, tak jeżeli chodzi o koalicję Lewica będzie wykorzystywała potencjał i struktury SLD. Musimy przystosować statut do tego, żeby to zobowiązanie zostało zrealizowane. Działamy sprawnie i dlatego nasza struktura zostanie wykorzystana przy wyborach parlamentarnych – oświadczył Włodzimierz Czarzasty.

Sztab wyborczy Lewicy

W zbliżających się wyborach do parlamentu Lewica wystartuje w formule komitetu wyborczego, którego bazą organizacyjno-prawną będzie SLD – poinformowali na konferencji prasowej Włodzimierz Czarzasty, Adrian Zandberg oraz Robert Biedroń.
Podczas spotkania z dziennikarzami, które odbyło się pod pomnikiem Ignacego Daszyńskiego, zaprezentowano również sztab wyborczy Lewicy, jego szefem został Robert Biedroń, który w tych wyborach nie będzie kandydował. Wiceszefami sztabu zostali Marcelina Zawisza, z Partii Lewica Razem; Marcin Kulasek, sekretarz generalny SLD oraz Krzysztof Gawkowski, z Partii Wiosna.
Rzeczniczka SLD Anna Maria Żukowska również w sztabie Lewicy będzie odpowiadać za kontakty z dziennikarzami, natomiast za komunikację komitetu będzie odpowiedzialna rzeczniczka Lewicy Razem Dorota Olko. Robert Kwiatkowski, były sztabowiec Aleksandra Kwaśniewskiego będzie pełnił funkcję szefa zespołu strategicznego. Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprezeska Wiosny pokieruje pracami zespołu prawno-finansowego. Dariusz Standerski, dyrektor programowy Wiosny będzie pilotował zespół programowy. Julia Zimmermann z Zarządu Krajowego Lewicy Razem została powołana na Pełnomocniczkę ds. kontaktów ze stroną społeczną. Zepołem organizacyjnym pokieruje Anna Zeizt z SLD.
W ramach sztabu funkcjonować będzie zespół koordynujący, w którym reprezentowane będą wszystkie ugrupowania wchodzące w skład lewicowego porozumienia: Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń i Adrian Zandberg, a także przedstawiciele stowarzyszenia „Spójnik”, Kongresu Świeckości, Związku Zawodowego Rolnictwa i Obszarów Wiejskich „Regiony”, Inicjatywy Feministycznej, stowarzyszenia „Ordynacka”, Polskiej Partii Internetowej, Unii Pracy, Polskiej Partii Socjalistycznej oraz były pierwszy wiceprezydent Warszawy Jacek Wojciechowicz. Trwają rozmowy na temat współpracy ze Strajkiem Kobiet.

W obronie Berlinga

– Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa – dewastacji pomnika Berlinga- złożone. Mam nadzieję, że Policja i prokuratura szybko uporają się z ukaraniem wandali, zwłaszcza, że swoim wyczynem chwalą się na TT – poinfomował wiceprzewodniczący SLD Sebastian Wierzbicki. – To właśnie takie czyny prowadzą do brutalizacji życia publicznego i przemocy na ulicach. Nie może być na to zgody! – podkreśla Wierzbicki.
W niedzielę 4 sierpnia 2019 r. około godz. 19 został przewrócony pomnik gen. Zygmunta Berlinga w Warszawie. Osoby uczestniczące w dewastacji pomnika nie są anominomowe, ponieważ w mediach społecznościowych informowali o swoich działaniach.

Źródło: sld.org.pl

Trzech muszkieterów

Koalicja lewicowych partii to dobra wiadomość dla polskiej demokracji. Brak lewicy doskwiera w polskim parlamencie. Jej brak widać, słychać i czuć. Ale ten związek z rozsądku to jedna wielka niewiadoma. W sposób naturalny powraca w pamięci katastrofa wyborcza sprzed czterech lat.

Błędna formuła

Oficjalnie nie wiemy jeszcze w jakiej formule pójdą SLD, Wiosna, Razem i inne podmioty polityczne. Najbardziej prawdopodobne wydaje się jednak powołanie koalicji wyborczej i postawienie przed sobą progu 8 proc. co jednak gwarantuje subwencję z budżetu państwa. Trudno sobie bowiem wyobrazić, aby po latach wojny jaką toczyła partia Razem, Adrian Zandberg i jego drużyna startowała z listy SLD. Podobnie jak Robert Biedroń, który jeszcze niedawno deklarował, że SLD to partia dinozaurów i zapewniał, że on sam będzie na jesieni premierem. Pieniądze w polityce są ważne, ale nie najważniejsze. To pokazały ostatnie cztery lata. Cóż bowiem z tego, iż SLD czy Twój Ruch otrzymują subwencję? Tak się PiS-u nie zatrzyma. A w przyszłym Sejmie PiS z pewnością będzie dążył do tego, aby zmienić obowiązującą Konstytucję. Inaczej bowiem partia ta nie zrealizuje swojego programu z głównym przesłaniem, czyli zmiany ustroju państwa. Trzeba być w Sejmie i miał jakiś wpływ na to co się dzieje w parlamencie.
Taką formułę, powołania komitetu wyborczego, wybrał Kukiz 15. I to wydaje się dla lewicy bezpieczniejsze z kilku powodów. Po pierwsze socjalny elektorat lewicy jest dziś przy PiS. To ten tradycyjny elektorat lewicy jest w głównej mierze beneficjentem władzy. Program 500 plus przeorał polską politykę. Dochodzą do tego kolejne, mniej lub bardziej udane programy społeczne, które forsuje partia Jarosława Kaczyńskiego. Po drugie, ostatnie wybory europejskie wykazały ogromną mobilizację nowych wyborców. Przy wysokiej frekwencji, a wszystko dziś na to wskazuje, ewentualna lewicowa koalicja będzie miała ogromny problem z przekroczeniem 8 proc. progu. Taki los spotkał w maju Konfederację, która przez kilka godzin cieszyła się z trzech mandatów a ostatecznie nie przekroczyła progu wyborczego. Duopol partyjny jest faktem i niezmiernie ciężko będzie komuś trzeciemu w polityce.
Małżeństwo z rozsądku
Na wspólnej konferencji prasowej liderzy trzech partii odmieniali słowo „miłość” przez wszystkie przypadki. Lider SLD stwierdził nawet, że „na lewicy nastąpiła wstępna gra miłosna”. Przez ostatnie lata bywało z tym jednak różnie. Partia Razem krytykowała SLD ze względu na PRL-owską tożsamość Sojuszu, zarzucając liderowi SLD, iż to partia przeszłości. Dochodziło do wielu słownych złośliwości z obu stron. Sytuacja niemal analogiczna do sporu jaką toczył SLD z Ruchem Palikota przez cztery lata. Aż w końcu, ku zdziwieniu wyborców SLD, Leszek Miller i Janusz Palikot podali sobie ręce i zapowiedzieli budowę Zjednoczonej Lewicy.
Lewicowy wyborca jest romantykiem, wierzy we wzniosłe cele, w budowę państwa opiekuńczego, ale nie lubi, gdy robi się z niego idiotę. Tak wtedy jak i wówczas lewicowa koalicję sklecono szybko i naprędce. Trzy miesiące w polityce to naprawdę niewiele czasu, aby zakopać głębokie podziały. Dochodzi do tego jeszcze Wiosna Roberta Biedronia i jego ogromne ambicje. Buńczuczne zapowiedzi o budowie wielkiej siły, burzenie muru PO-PiS i twierdzenia o byciu premierem nie brzmiały poważnie.
Wiarygodność lidera Wiosny została po tych wyborach mocno nadszarpnięta po tym, jak publicznie zapowiedział, iż po zdobyciu mandatu zaraz go odda. Nic takiego się jednak nie stało. Adrian Zandberg z kolei, przed wyborami do PE, wyznał, iż Wiosna proponowała mu jedynkę na swojej liście w zamian za milion złotych. Dziś lewicowi wyborcy mają uwierzyć, że koalicja jest zbudowana na trwałych i ideowych podstawach. Przekonanie Roberta Biedronia, które wyraził na wspólnej konferencji prasowej, iż „w Polsce lewica zawsze wygrywa wybory, kiedy jest zjednoczona” nie znajduje potwierdzenia w przeszłości. Najlepszym tego przykładem był rok 2015 i wyborcza klęska, czy wcześniejsza koalicja Lewica i Demokraci. Ówczesny lider SLD Leszek Miller obwiniał za wynik wyborczy w 2015 roku Adriana Zandberga, którego partia otrzymała ponad 3,5 proc. nie dostrzegając jednak własnych błędów.

Trzy bloki

Nie byłoby w ogóle mowy o zjednoczeniu lewicy, gdyby nie decyzja Platformy Obywatelskiej. Grzegorz Schetyna bowiem, świadom, iż wybory są już w zasadzie przegrane, postanowił wzmocnić własną partią i własne zaplecze polityczne. Pójście z koalicji z SLD, niezręczne dla PO z wielu powodów, wymuszałoby posunięcia się na listach wyborczych kosztem polityków Sojuszu. Grzegorz Schetyna wziął na siebie pełną odpowiedzialność w tej kampanii wyborczej i ewentualną wygraną PiS. To on bowiem ostatecznie odpowiada za zerwanie Koalicji Europejskiej po wycofaniu się z niej PSL-u. Włodzimierz Czarzasty bowiem co rusz powtarzał, że Sojusz gotowy jest kontynuować ten projekt. I trudno mu się dziwić. Sojusz był beneficjentem wyborów europejskich zgarniając pięć mandatów. Licząc po liczbie zdobytych mandatów SLD to dziś trzecia siła polityczna w kraju. Przed wyborami do PE przekaz był prosty. Koalicja Europejska i tylko zjednoczona opozycja jest w stanie wygrać z PiS. Jeśli ten projekt się rozpadł, to nikt na opozycji nie wierzy dziś w wyborcze zwycięstwo.
Grzegorz Schetyna stał się, chcąc czy nie chcąc, ojcem chrzestnym polskiej lewicy. I nie jest to dla niego wcale komfortowa sytuacja. Stoi on dziś bowiem przed ogromnym dylematem – czy walczyć z lewicą o sprawy światopoglądowe i o elektorat kulturowy, eksponując Barbarę Nowacką, narażając się tym samym na brak wiarygodności, czy spróbować zachować resztki konserwatywnego elektoratu?
Trzy bloki jakie zobaczymy na jesieni to wymarzony scenariusz polityczny dla Prawa i Sprawiedliwości. Porządkuje to co prawda scenę polityczna i choć polskie społeczeństwo jest egalitarne, to arytmetyka wyborcza i system D’Hondta jest nieubłagana. Ten wielomiesięczny spektakl wewnątrz opozycji przypominał spory na prawicy w latach 90. i z pewnością przyczynił się do samodzielnych rządów PiS. Jeśli lewica chce przyczynić się do zatrzymania Jarosława Kaczyńskiego, to absolutnie nie może powtórzyć błędu z 2015 roku. Musi zatem zrezygnować z ambicji w postaci budżetowej subwencji. Czy lewicę na to stać?

Białystok po ośmiu dniach

W niedzielę w Białymstoku odbył się protest przeciwko nienawiści. Organizatorami wiecu były partie bloku lewicowego  – Sojusz Lewicy Demokratycznej, Razem i Wiosna. Tym razem nie doszło od aktów przemocy, jak w poprzednią sobotę podczas pierwszego Marszu Równości zorganizowanego w stolicy Podlasia.

Ogłaszając manifestację liderzy partii lewicowych – Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń i Adam Zandberg napisali: „Chcemy wspólnie zaprotestować przeciwko przemocy, dyskryminacji i homofobii w przestrzeni publicznej oraz okazać solidarność z mieszkańcami miasta i ofiarami nienawiści”. „Mówimy jednym głosem: nie ma naszej zgody na przemoc i dyskryminację ze względu na orientację seksualną (czy z jakiegokolwiek innego powodu). Polska jest naszym wspólnym domem. Każda oraz każdy z nas ma prawo czuć się tu bezpiecznie” – zapowiedzieli organizatorzy wydarzenia.
Uczestnicy manifestacji demonstrowali pod hasłami „Polska dla wszystkich”, „Polska przeciw przemocy”, „Stop nienawiści”, Miłość nie wyklucza”, nieśli flagi tęczowe i flagi Unii Europejskiej. Na obrzeżach zgromadzenia gromadziły się grupki kontrmanifestantów, ale do aktów agresji nie dochodziło – nie powtórzyły się sceny, które osiem dni temu wstrząsnęły świadomością Polaków. Wówczas dochodziło do bezpośrednich ataków na uczestników marszu, lżenia ich, obrzucania jajkami, butelkami i innymi przedmiotami. Sobotni marsz odbywała się pod hasłem „Białystok domem dla wszystkich”. W świetle brutalnych ataków na jugo uczestników hasło to wydało się ponurą ironią, jakby rozbijający marsz kibole chcieli mu tym bardziej zadać kłam. W następstwie tych wydarzeń policja zidentyfikowała 112 osób i prowadzone są 84 postępowania.
„W pierwotnym założeniu manifestacja miała odbywać się również jako marsz, jednak organizatorzy nie dostali na to zgody” mówi przewodniczący podlaskich struktur SLD Piotr Kusznieruk, który specjalnie dla „Dziennika Trybuna” relacjonował przebieg odbywającej się na białostockim pl. Piłsudskiego demonstracji. Zwracał także uwagę, że spokojny przebieg niedzielnej manifestacji to również efekt reakcji mieszkańców Białegostoku, którzy poczuli, że skandaliczne wydarzenia – w których skądinąd brało udział wielu przyjezdnych, którzy specjalnie pojawili się w mieście aby blokować marsz – w konsekwencji są wyjątkowo szkodliwe dla wizerunku miasta w całej Polsce a nawet za granicą. Bo świadomość, że nazwa Białegostoku stała się znana w jednoznacznie negatywnym kontekście stała się czymś oczywistym. Poza protestem przeciw przemocy i dyskryminacji, taki był też cel zorganizowania niedzielnego wiecu – aby choć w części zatrzeć fatalne wrażenie jakie wywołały burdy i homofobiczna agresja.
Na wiecu występowali liderzy partii-organizatorek. „Nigdy nie myślałem, że będę skandował solidarność naszą bronią – powiedział mówił szef SLD Włodzimierz Czarzasty. – Nie będziemy nigdy tolerowali tego, że ktoś wiesza zdjęcia posłów, że dzieli Polskę na sorty, że idzie obok faszystów i mówi, że ich nie widzi”. Z kolei Adrian Zandberg z Razem mówił: „Wolność to życie bez strachu, to możliwość wyjścia na ulicę za rękę z tym, kogo się kocha. (…) Wierzę, że większość Polek i Polaków, po tym, co zobaczyła w zeszłym tygodniu, będzie solidarna z ofiarami przemocy. Kiedy biją, jest tylko jeden wybór – albo się jest po stronie bijących albo bitych. Innego wyboru nie ma”. Robert Biedroń dzielił się natomiast swoimi wspomnieniami, aby wykazać, że zmiana jest możliwa, że do akceptacji odmienności można dojść.
Dzień wcześniej, 27 lipca, przeciwko przemocy protestowały metropolie: Warszawa, Katowice, Szczecin i Wrocław. O „strefę wolną od nienawiści” zaapelowały również mniejsze miejscowości w całej Polsce: demonstracje odbyły się w Pile, Białowieży, Węgorzewie, Zgorzelcu, Wałbrzychu czy Gryficach.
Stołeczny wiec rozpoczęło przemówienie Ewy Hołuszko – działaczki „Solidarności” i osoby transpłciowej, która tydzień temu w Białymstoku była na czele zaatakowanego przez nacjonalistów i kiboli marszu.
– Spotkały się dwie Polski. Jedna to ta europejska, dążąca do wolności. Druga to ta pseudochrześcijańska, która chce nas cofnąć o dziesiątki lat – tak kobieta mówiła o wydarzeniach w stolicy Podlasia. Kolejne przemawiające osoby, które również uczestniczyły w tamtym marszu, mówiły o agresji i strachu, ale również o tym, że to politycy zawiedli, przeliczając poparcie społeczności LGBT na procenty poparcia i ignorując jej postulaty. Pisarka Sylwia Chutnik ostrzegała, że jeśli przemoc nacjonalistycznych bojówek będzie nadal tolerowana, to jej poziom będzie tylko rosnąć i dojdzie do prawdziwej tragedii.
Za to, że sprawy związków partnerskich nie zostały dotąd uregulowane prawnie, przepraszała reprezentantka SLD Anna-Maria Żukowska. „Chcę i marzę o tym, by w Marszach Równości nie trzeba już było chodzić po to, by walczyć o równe prawa, tylko po to, by podczas nich po prostu radośnie celebrować równość” – powiedziała, zaś Adrian Zandberg z Razem, przypominając o zniszczeniach, jakich faszyści dokonali w Warszawie, apelował o udział w jutrzejszym lewicowym marszu przeciw przemocy w Białymstoku oraz w marszu równości w Płocku 10 sierpnia.
Około 200 osób zebrało się na proteście w Katowicach, pod hasłami „Kożdy inkszy, wszyscy równi” oraz „Wolność, równość, tolerancja” Blisko tysiąc osób zgromadził marsz pod kurię archidiecezjalną we Wrocławiu. Podobnie jak w Warszawie, i tam w tłumie widoczne były flagi Razem, Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, Wiosny, sztandary tęczowe.
W niedzielę 28 lipca w Białymstoku lewicowi działacze wspólnie zaprotestowali przeciwko przemocy w przestrzeni publicznej oraz okazali solidarność z ofiarami nienawiści.