FIFA uczciła 70. urodziny Laty

W środę 8 kwietnia Grzegorz Lato obchodził 70. urodziny. Z tej okazji znakomitego piłkarza, jedynego polskiego króla strzelców mistrzostw świata, uczciła też FIFA, która zamieściła na Twitterze stosowne życzenia okraszone zapisem wideo wszystkich jego goli z MŚ 1974.

Nie ulega wątpliwości, że Grzegorz Lato jest jedną z najważniejszych postaci w historii polskiego futbolu. W biało-czerwonych barwach zaliczył 100 występów i strzelił 45 goli. Lepszym bramkowym dorobkiem od niego mogą pochwalić się jedynie Włodzimierz Lubański (48) i Robert Lewandowski (61). Debiut w narodowej drużynie zaliczył za trenerskiej kadencji Kazimierza Górskiego 10 października 1971, w przegranym 1:3 meczu z RFN, po raz ostatni zagrał w niej 17 kwietnia 1984 w towarzyskim spotkaniu z Belgią (0:1). W 1972 jako 22-letni zawodnik znalazł się w kadrze Górskiego na turniej olimpijski w Monachium, w którym Polacy zdobyli złoty medal, ale zagrał w tej imprezie tylko jeden mecz, z Danią. Dwa lata później na mistrzostwach świata w Niemczech był już jednak filarem ekipy biało-czerwonych. Wystąpił we wszystkich siedmiu spotkaniach i strzelił siedem goli, co dało mu tytuł króla strzelców turnieju. Nadal jest jedynym polskim piłkarzem, który dokonał tej sztuki.
I właśnie ten jego wyczyn przypomniała FIFA składając mu urodzinowe życzenia. Przypomnijmy, że na niemieckich stadionach Lato strzelił po dwie bramki w meczach z Argentyną (3:2) i Haiti (7:0) oraz po jednej ze Szwecją (1:0), Jugosławią (2:1) i w meczu o 3. miejsce z Brazylią (1:0). „Na tym turnieju był nie do powstrzymania. Maszyna. Dołącz do nas i złóż życzenia urodzinowe polskiej legendzie, przeżywając raz jeszcze gole, które uczyniły go królem strzelców MŚ 1974” – napisano na oficjalnym koncie FIFA na Twitterze.
Lato był też kluczowym graczem kadry Górskiego podczas igrzysk 1976 roku w Montrealu (Polska zdobyła tam srebro), pierwszoplanowe role w naszej drużynie odegrał też w mistrzostwach świata w 1978 roku w Argentynie (Polska zajęła tam miejsca 5-6) oraz cztery lata później w Hiszpanii, gdzie biało-czerwoni po raz drugi w historii wywalczyli trzecią lokatę. W sumie w trzech występach na mistrzostwach świata rozegrał 20 meczów i zdobył w nich 10 bramek, a jeśli dodamy do tego dwa brązowe medale światowego czempionatu oraz złoto i srebro olimpijskie, to jako piłkarz Lato jest najbardziej utytułowanym polskim graczem w historii. I prawdę mówiąc w pełni zasłużył na miano „Piłkarza 100-lecia PZPN”, lecz jak wiadomo takiego tytułu podczas ubiegłorocznych obchodów jubileuszowych nie przyznano, zastępując nagrodę dla jednego gracza wyróżnieniami dla „Jedenastki stulecia”.
Dokonania Laty w klubowych zespołach też były nietuzinkowe. W Polsce grał w Stali Mielec, w barwach której zaliczył 295 występów, strzelił 112 goli, zdobył dwa tytuły mistrza Polski dwukrotnie został królem strzelców ekstraklasy. Latem 1980 roku dostał zgodę ówczesnych władz na wyjazd za granicę i podpisał kontrakt z belgijskim Lokeren, następnie przez kolejne dwa sezony występował w Meksyku, w zespole Atlanta FC, z którym w 1983 roku wywalczył Puchar Mistrzów CONCACAF. Od 1984 do 1991 roku przebywał w Kanadzie, gdzie amatorsko kopał w piłkę w polonijnej drużynie w Toronto.
Po powrocie do kraju pracował jako trener w Stali Mielec, Amice Wronki, Olimpii Poznań, Widzewie Łódź, zaliczył też krótki epizod w greckiej Kavali. W latach 2001-2005 z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej był senatorem., 2005 był członkiem komitetu wyborczego Włodzimierza Cimoszewicza w wyborach prezydenckich, w 2004 bez powodzenia kandydował w wyborach do Parlamentu Europejskiego, a w 2005 i 2007 w wyborach do Sejmu.
W 2008 wystartował w wyborach na prezesa PZPN. W tajnym głosowaniu otrzymał 57 głosów i pokonał rywalizujących z nim Zdzisława Kręcinę (36 głosów) oraz Zbigniewa Bońka (19 głosów). Jego zwycięstwo nie zostało jednak przyjęte życzliwie przez znaczną część mediów i przez cała kadencję Lato musiał zmagać się z ich bezkompromisowymi atakami. Chociaż za jego kadencji w Polsce i na Ukrainie z powodzeniem zorganizowano mistrzostwa Europy, w czym duży dział miał też PZPN, to największą winą za słaby występ reprezentacji Polski na tym turnieju media także obarczyły Latę. Nic dziwnego, że w kolejnych wyborach, 26 października 2012, nawet nie ubiegał się o reelekcję. Od ośmiu lat trzymany jest przez obecne władze PZPN na marginesie polskiego futbolu, dlatego dobrze, że FIFA odświeżyła jego piłkarskie dokonania.

Wszystkie ręce na pokład

 – Oferujemy Polakom program, na który składa się zarówno oferta społeczna, w zakresie służby zdrowia i płac, jak i poszanowanie dla reguł demokratycznych – mówi poseł Jacek Czerniak, szef lubelskich struktur Lewicy, w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Kilka miesięcy temu lewica wróciła do parlamentu, a w Senacie współtworzy demokratyczną większość przeciw niedemokratycznym rządom PiS. W Sejmie jednak PiS ma większość…

To jednak stworzyło nową jakość. Lewica obecna w Sejmie może, mimo stwarzanych barier, prezentować swój program, formułować oceny, w większym stopniu patrzeć władzy na ręce. Okazało, że PiS nie może liczyć ani na większość konstytucyjną, na którą miało nadzieję w poprzedniej kadencji, ani na dalsze aż tak jak dotąd bezkarne hulanie po parlamencie. Dlaczego? Bo jest w nim Lewica. Było sytuacją chorą, jedyna w Europie, że w wskutek błędów popełnionych przez nas w wyborach 2015 roku, lewica znalazła się na cztery lata poza Sejmem. Dziś oferujemy Polakom nasz program, na który składa się zarówno dobra oferta społeczna, ekonomiczna, w zakresie służby zdrowia, płac i tak dalej, jak i poszanowanie dla reguł demokratycznych. Zwracam uwagę, że Sojusz Lewicy Demokratycznej, który rządził w latach 1993-1997 i 2001-2005, choć odsądzany „od czci i wiary” jako „postkomuna” – choć popełniał błędy, a każdy, kto sprawuję władzę, je popełnia – to nigdy nie naruszył reguł demokratycznych, a tym bardziej nigdy nie dokonał zamachu na instytucje demokratycznego państwa prawa, jak PiS, które podobno wywodzi się z demokratycznego ruchu solidarnościowego. Dla niektórych to paradoks, ale takie są fakty. Tym bardziej obecna Lewica, zbudowana wokół potencjału SLD, będzie szanować te reguły, walcząc o nowoczesne, świeckie państwo dobrobytu.

Jakie jest najważniejsze zadanie Lewicy na najbliższe miesiące?

Nie ma w tej chwili pilniejszego i ważniejszego zadania niż to, związane ze wspieraniem naszego kandydata w wyborach prezydenckich, Roberta Biedronia. W pewnym sensie można powiedzieć, że wszystkie inne kwestie na te niespełna trzy miesiące do 10 maja, odkładamy na bok, a wszystkie siły i środki kierujemy na wspieranie naszego kandydata. Wszystkie ręce na pokład.

Mimo tego, że Robert Biedroń wygrał kiedyś rywalizację o fotel prezydenta Słupska, to jednak wystawienie właśnie jego do walki o najważniejszą funkcję w państwie, niesie ze sobą spore ryzyko w prawicowym, klerykalnym i mocno homofobicznym krajobrazie Polski. Czy zdeklarowany gej żyjący w udanym związku partnerskim, podkreślający swój neutralny światopogląd, ma szansę „pójść drogą” utorowaną przez Aleksandra Kwaśniewskiego ćwierć wieku temu?

Moim zdaniem znaczna część społeczeństwa polskiego dojrzała już do takiej kandydatury. Nowa świadomość, tolerancja obyczajowa przedziera się nie bez trudności, ale czyni postępy, choć oczywiście są jeszcze duże pokłady konserwatyzmu, światopoglądu zamkniętego, odpornego na przemiany dokonujące się w otaczającym nas świecie.
Robert Biedroń ma wiele atutów, intelektualnych, osobowościowych, ma świetny kontakt z ludźmi, jest rozpoznawalny, a ponadto ma wielką energię, entuzjazm i pracowitość. To najbardziej optymalny kandydat, jakiego mogliśmy wskazać.

W niedawnym wywiadzie dla „Trybuny” Robert Biedroń nawiązał bardzo aprobatywnie do prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, nazywając go swoim nauczycielem politycznym, nawiązał też do jego dokonań, w tym w szczególności do faktu, że był on głównym architektem Konstytucji 1997 roku. Czy można nazwać Kwaśniewskiego symbolicznym patronem kandydatury Biedronia?

Myślę, że tak, a poza tym jesteśmy w dobrym momencie na porównanie prezydentur Aleksandra Kwaśniewskiego i Andrzeja Dudy. To są zupełnie różne światy, oczywiście na niekorzyść obecnej prezydentury. Pomimo trudnej ówcześnie sytuacji gospodarczej, wysokiego bezrobocia, taśmowo zwijanych przedsiębiorstw i zacofanego rolnictwa, dzięki determinacji Aleksandra Kwaśniewskiego i Tadeusza Mazowieckiego uchwalono udaną Konstytucję, która sprawnie, skutecznie funkcjonowała do czasu objęcia rządów przez PiS. Roberta Biedronia można bez problemu porównać do formatu Aleksandra Kwaśniewskiego z tamtych czasów. Jest młody, obyty politycznie, z doświadczeniem politycznym i administracyjnym, ze znajomością języków obcych. Będzie dobrym prezydentem w kraju, a Polacy nie będą mieli powodu wstydzić się go za granicą. Ma otwarty umysł, wolny od uprzedzeń ideologicznych, od ograniczeń mentalnych, ma życzliwość dla innych. Tolerancję ma w swoim indywidualnym „DNA”. Należy także podkreślić, że Robert Biedroń jest autentycznym państwowcem, dla którego Polska nie jest własnością jednego ugrupowania politycznego, prymitywnego nacjonalizmu i wszechwładzy hierarchów kościelnych. Posiada wizję kraju bezpiecznego, otwartego, szanującego prawa obywatelskie, wartości demokratycznej Europy i przepisy Konstytucji. Konstytucja będzie dla niego świecką „ewangelią”. Stan cywilny Roberta i jego życie prywatne stanowią wyłącznie jego sprawę i kropka. Wierzę, że Polki i Polacy dojrzeli do racjonalnego wyboru, Biedroń nie zawiedzie marzeń o Polsce dla wszystkich. Będzie także dobrym prezydentem dla PiS i Kaczyńskiego, o ile zechcą uszanować ustawę zasadniczą. Uważam, że Lewica dokonała udanego i odważnego wyboru.

Jak województwo lubelskie i jego mieszkańcy, Twój macierzysty przecież okręg wyborczy, reagują na kampanię wyborczą Roberta Biedronia? To przecież jeden z tych obszarów kraju, gdzie PiS ma szczególnie silne wpływy. Robert pojawi się tu niebawem w ramach kampanii…

Ta kampania jest ogromnym wyzwaniem, a na Lubelszczyźnie stoimy przed szczególnie trudnym egzaminem. Nie jestem hipokrytą, więc nie będę udawał, że Lubelszczyzna jest dla kandydata Lewicy łatwa. To region w ogóle trudny dla lewicy, w dużym stopniu wiejski i im dalej od Lublina, tym bardziej słabnie zrozumienie dla wartości bliskich Robertowi Biedroniowi. Nie można oczywiście mieć pretensji do ludzi o to, że posiadają takie czy inne poglądy, ale nie ukrywam, że często smuci mnie i martwi poziom zajadłości i wrogości, prezentowany często w środowiskach wiejskich, zwłaszcza tych, która ulegają wpływom proboszczów. W części gmin Lubelszczyzny przyjęto niestety haniebne deklaracje przeciw LGBT. Myślę jednak, że u podstaw tych przekonań nie leży autentyczna nienawiść. Jest to raczej efekt niedostatecznego uświadomienia, czasem wykluczenia cyfrowego, a z całą pewnością efekt dzielenia Polaków przez PiS. Ale nie poddajemy się i z niecierpliwością czekamy na wizytę Roberta w regionie. Pod koniec lutego spotkamy się z nim we Włodawie, na wschodniej rubieży, gdzie będzie gościł na zaproszenie burmistrza Wiesława Muszyńskiego. Miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo. Chcemy z perspektywy kresowego miasteczka zaprezentować Biedronia, jako człowieka potrafiącego skutecznie zaangażować się zarówno w sprawy metropolii, jak i powiatu. Wierzę, że Włodawa ciepło przyjmie Roberta.

Wspomniany prezydent Włodawy Wiesław Muszyński, który jest z Lewicy, złożył propozycję partnerskiej współpracy francuskiemu Saint-Jean-de-Braye, które zawiesiło współpracę z Tuchowem, po tym, jak jego radni przyjęli homofoniczną deklarację przeciw LGBT…

Tak, to dobra deklaracja, pokazująca, że nie wszystkie samorządy, także te na ścianie wschodniej, reprezentują zamknięte, ciasne, konserwatywne poglądy. Cieszy mnie ta deklaracja, bo w jakimś stopniu może się ona przyczynić do zatarcia złego wrażenia, jakie wywierają w Unii Europejskiej homofobiczne zachowania prezentowane przez część samorządów i instytucji w Polsce. Może przyczynić się do przywrócenia Polsce dobrego imienia, nadwerężonego przez ludzi reprezentujących konserwatywną ciasnotę.

Zupełnie niedawno, Robert Biedroń, ostro krytykując w Brukseli rządy PiS, użył sformułowania, że ta formacja „bardziej niszczy Polskę niż komunizm”. Ten zwrot zabolał część działaczy i wyborców lewicy, zwłaszcza tych starszych, których lata aktywności życiowej i zawodowej lub przynajmniej ich część, przypadła na okres Polski Ludowej, a to ona określana bywa często jako tzw. „komunizm”. Zabolało ich to, sprawiło przykrość, bo budowali tę Polskę, pracowali dla niej uczciwie. Czy Robert Biedroń jakoś się do tego odniesie?

Znam Roberta i wiem, że nie ma on urazu do PRL i docenia walory tego okresu, bo takie były. Robert na pewno nie jest tzw. „antykomunistą”. Myślę, że szukając silnego argumentu retorycznego w emocjonalnym przemówieniu krytycznym wobec PiS użył akurat takiego, który szczególnie PiS zaboli, użył sformułowania z języka zapiekłej, agresywnej prawicy. To był błąd retoryczny, ale znam Roberta i jestem pewien, że odnosi się on z szacunkiem do pokolenia które pracowało w PRL i do dokonań tamtych czasów, bo takie też tamtym ustroju były, nie tylko błędy. Myślę, że Robert jeszcze się do tego odniesie.

Jakie plany na najbliższe tygodnie?

Przed nami nawał pracy. Aktywnie zbieramy podpisy na rzecz naszego kandydata. Umówiliśmy się w gronie koalicjantów, że zbiórkę poprowadzimy przy pełnym zaangażowaniu struktur i sympatyków. Będzie to dla nas prawdziwy test na skuteczność. W całym województwie lubelskim powołałem Komitety Poparcia Roberta Biedronia. Z przyjemnością dodam, że za pośrednictwem strony robertbiedron.pl zgłaszają się licznie wolontariusze zainteresowani pomocą w kampanii. Jest wśród nich wielu ludzi młodych i bardzo młodych. Już dziś dziękuję im za ich pracę, za to co robią naprawdę wspaniale. Powołaliśmy koalicyjny regionalny sztab. Trud kierowania nim i odpowiedzialność za organizację kampanii wzięła na siebie moja znakomita koleżanka z Białej Podlaskiej, posłanka Monika Pawłowska, dotychczas związana z Wiosną. Ja odpowiadam za przepływ informacji w ramach wszystkich komitetów poparcia w województwie. Jest z nami także koleżeństwo z Lewicy Razem – dr Magdalena Długosz i Mateusz Roczon. Stale przyświeca nam jedna myśl – nie wolno lekceważyć wyborców. O tym, czym to się może skończyć, boleśnie przekonał się pięć lat temu Bronisław Komorowski. Dzięki takim spotkaniom, jak to, które czeka nas niedługo we Włodawie, Robert będzie miał świetną okazję zaprezentować się jako Polak i obywatel, jeden z nas. Naszym zasadniczym celem jest zwycięskie starcie Biedronia z aktualnym rezydentem Pałacu Prezydenckiego. W tej walce zwycięzca może być tylko jeden. Wierzę, że nie wszyscy mieszkańcy województwa lubelskiego godzą się na „wsamraśną” Polskę z twarzą schorowanego Jarosława Kaczyńskiego i jego uległego wasala w pałacu prezydenckim.

Jakie przesłanie dla mieszkańców województwa lubelskiego rekomendujesz Robertowi Biedroniowi?

Nasze województwo jest nadal w ogonie Europy. Niskie płace, infrastruktura wymagająca modernizacji, młodzi, którzy po ukończeniu szkoły wyjeżdżają w inne części kraju, koszmarnie zadłużone szpitale samorządowe, to oczywiście nie wszystkie bolączki regionu. Jest ich znacznie więcej. Wyborcy muszą czuć się docenieni przez kandydata, jego program musi być przekonywujący. Ja ze swojej strony namawiam Roberta do położenia większego akcentu na prawa pracownicze. Należy docenić, że udało się na tym polu osiągnąć wiele. Jednak w tym wszystkim nie można zgubić człowieka i jego naturalnych potrzeb. PiS np. na sztandar wynosi sprawy socjalne, m.in. cykliczne podnoszenie minimalnego wynagrodzenia za pracę. Od stycznia br. minimalna płaca powinna wynosić 2600 zł. I rzeczywiście pracodawcy stosują nowe regulacje. Jest jednak pewien haczyk, który pozwala pracodawcom sektora państwowego i samorządowego „kreatywnie”, czyli niekorzystnie dla pracowników, kształtować ścieżkę dochodzenia do wypłaty określonej przez przepisy. Niestety, aktualnie wzrost płacy minimalnej powoduje spłaszczenie płac, które negatywnie odczuwają osoby zarabiające miesięcznie ponad 2600 zł, zatem to one poniosą stratę. Na papierze wszystko się zgadza – pracownik dostaje minimum krajowe, więc podwyżki dawać nie trzeba. Jak czuje się osoba z 30-letnim stażem, która zarabia tyle samo, co nowy pracownik od pierwszego dnia pracy? Ustawodawca tego nie przewidział. W sektorze publicznym problem nawarstwia się od lat, spłaszczane są sukcesywnie siatki wynagrodzeń. Należy podkreślić, że problem ten dotyczy dziesiątków tysięcy pracowników administracji samorządowej, rządowej itd. Ci ludzie mają prawo czuć się pokrzywdzeni. Ta sytuacja powinna być jak najszybciej załatwiona. OPZZ od lat postuluje wyłączenie wszystkich dodatków tak, żeby płaca minimalna stała się wynagrodzeniem zasadniczymi, czyli podstawą, do której dodatki są doliczane. Dodatek powinien być dodany do podstawy, a nie traktowany jako część składowa. Ze strony polityki państwa przymykanie oczu na tego typu praktyki uważam za niedopuszczalne. Jeżeli rząd PiS boi się pracodawców i nie ma odwagi na merytoryczną dyskusję, to niech zaproponuje rozwiązanie alternatywne. Ja jestem przekonanym zwolennikiem skrócenia czasu pracy. Może się wydawać, że skrócenie czasu pracy przy tych samych zarobkach musi oznaczać podwyżkę płac – pracujemy krócej za takie same pieniądze. Ale musimy też pamiętać, że życie nie powinno ograniczać się do pracy, nawet jeżeli praca jest w jego centrum. „Solidarność” wymogła na PiS zakaz pracy w niedzielę, Lewica ma szansę pójść dalej – pracujący mieliby więcej czasu na realizację własnych potrzeb, na sport, kino, na kulturę, na odpoczynek. Będę namawiał Roberta Biedronia do skorzystania z moich pomysłów. Myślę, że mieszkańcy województwa lubelskiego, szczególnie ci, którzy żyją z płacy minimalnej z wdzięcznością przyjmą inicjatywę zmian przepisów kodeksu pracy. PiS coraz bardziej dowodnie pokazuje, że przypisywana mu przez niektórych „lewicowość”, to bujda na resorach, to mistyfikacja, za którą kryje się ordynarny prawicowy populizm polegający na korumpowaniu grup społecznych. Chcemy udowodnić, że to my jesteśmy prawdziwą, wrażliwą społecznie lewicą i udowodnimy to.
Dziękuję za rozmowę.

Zaproszenie

Na terenie Łodzi od 14 listopada 2016 r. działa Łódzki klub miłośników prasy lewicowej.

Celem tej inicjatywy jest :

1/ Odkłamywanie historii
2/ Propagowanie ciekawych artykułów prasy lewicowej

3/ Próba wspólnej dyskusji członków SLD z innymi na tematy Historii ruchów lewicowych, przybliżania faktów historycznych ,

4/ Wymiany zdań na tematy historyczne i bieżące. Inne próby interpretacyjne

6 Lutego 2020 r (czwartek) o godz. 16.30 Na terenie siedziby zarządu miejskiego SLD w Łodzi ul.Piotrkowska 203/205 odbędzie się kolejne spotkanie klubu.

Tematem wprowadzenia do dyskusji będzie problematyka przemian na lewicy, związana z 30 rocznicą powstania Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Wprowadzenia do dyskusji dokona Ryszard Kwiatkowski – uczestnik tego wydarzenia.
Serdecznie zapraszamy.
Telefon kontaktowy : 42 636 60 44

Poznań i Wielkopolska od lewej strony

Po okresie smuty spowodowanej klęską polskiej lewicy w wyborach parlamentarnych w roku 2015, po czteroletniej nieobecności w Sejmie i Senacie, potem, po słabych, dalekich od oczekiwań wynikach w lokalnych wyborach samorządowych w roku 2018, w życiu wielkopolskiej Lewicy daje się zauważać znaki postępującego zwrotu ku lepszemu.

Odzyskanie miejsca w polskim parlamencie plus obiecujące owoce niedawno sfinalizowanej unifikacji SLD z Wiosną Biedronia pod nazwą Nowa Lewica, dobrze podziałały na członków i struktury partii w Wielkopolsce. Nie tak dawna perspektywa zjednoczeniowa, jakkolwiek w większości aprobowana, nie pozostawał bezdyskusyjną. Dało się to odczuć na ostatnim w minionym roku, grudniowym posiedzeniu Rady Miejskiej SLD. Poza podsumowaniem działalności w 2019 roku, oraz planami na rok 2020, członkowie miejskich władz partii dyskutowali o projekcie statutu Nowej Lewicy, wysuwając, między innymi, wątpliwości co do zapisu w nim o „frakcjach”. Były tez inne uwagi. Politycznej adrenaliny dodało dyskusji nominowanie wspólnego kandydata lewicy w majowych wyborach prezydenckich.

Nie bez znaczenia dla lokalnych działaczy i sympatyków Partii pozostaje świadomość, że wielkopolska lewica jest reprezentowana w Sejmie IX kadencji przez sześciu posłów – pięciu o rodowodzie SLD, bogatym doświadczeniu i dorobku samorządowym, także poselskim: Roman Ajchler, były radny powiatu międzychodzkiego i rajca Sejmiku Województwa Wielkopolskiego, wkracza w piątą kadencję posłowania na mocy mandatu uzyskanego w Okręgu Pilskim; Katarzyna Kretkowska, do niedawna sześciokadencyjna radna miasta Poznania, zauważalna i skuteczna w działaniu, posłuje po raz pierwszy; również po raz pierwszy wkracza do parlamentu Karolina Pawliczak, była wieloletnia radna i Wiceprezydent Kalisza, wybrana na posła głosami wyborców z Okręgu Kalisko – Leszczyńskiego. W tym samym okręgu fotel sejmowy wywalczył Wiesław Szczepański, wieloletni przewodniczący Rady Wojewódzkiej SLD w Poznaniu, po drodze radny powiatowy i rajca wielkopolskiego Sejmiku Województwa, poseł na Sejm czterech z minionych kadencji; sześciokadencyjną dotąd obecnością w ławach sejmowych legitymuje się Tadeusz Tomaszewski, nagrodzony wyborem na kolejną, IX kadencję, głosami mieszkańców konińskiego. Z Partii Wiosna wywodzi się Katarzyna Ueberhan, aktywistka działająca na rzecz praw kobiet, feministka, która uzyskała mandat poselski dzięki werdyktowi lewicowego elektoratu Okręgu Poznańskiego i Powiatu Poznańskiego.

Przybywają nowi członkowie

Gdyby chociaż po krótce nasycić konkretami opis drogi politycznej i samorządowej wielkopolskich, lewicowych nominatów do foteli poselskich, zabrałoby to sporo miejsca w zapisie, a i tak nie oddałoby dorobku i społecznych zasług wymienionych. Niewątpliwie warto podkreślić ogromne doświadczenie tego grona w politycznym i samorządowym rzemiośle, co zdaje się dobrze rokować przyszłości lewicy, również tej wielkopolskiej. Jak zauważa Przewodniczący poznańskiej Rady Miejskiej SLD, Henryk Kania, znany lokalny działacz samorządowy, radny miejski – głos ten podziela Lucjan Dutkiewicz, sekretarz Rady Wojewódzkiej SLD – rośnie zainteresowanie lewicą w regionie; pojawia się coraz więcej zapytań od mieszkańców o jej działalność w Poznaniu i Wielkopolsce, przyrasta liczba zaglądających do poznańskiej siedziby partii na ulicy Piekary. Jak podkreśla szef Rady Miejskiej, pojawiają się oznaki zainteresowania przystąpieniem do Lewicy nowych członków. Do dotąd działających w Poznaniu dwunastu działaczy SLD dołączyło niedawno – po długim okresie posuchy – grono całkiem nowe, składające się, póki co, z sześciu młodych ludzi, dowodzonych przez dobrze zapowiadającego się młodego, ambitnego pasjonata lewicy Marcina Staniewskiego, również kandydata do Sejmu z listy SLD. Okoliczność ta daje szansę na tchnięcie nadziei w serca i dusze wiernego, w większości starzejącego się grona członków partii lewicy w Poznaniu i Wielkopolsce – na pokoleniową zmian. Otwartą kwestią pozostaje powrót do aktywnej partyjności niemałego grona osób, które w ostatnich latach, z różnych powodów, niekiedy rozczarowanych słabymi efektami działalności partii, wycofały się do politycznego kąta. Daje się zauważyć ożywienie aktywności członków i sympatyków Lewicy w mediach społecznościowych; przybywają nowi wspierający, kibicujący jej w walce z polityczną patologią Prawa i Sprawiedliwości. Poznaniacy zdają się z wolna zauważać nowy kierunek pracy partii.

Zawalczyć w bastionie PO

Niestety, całość nadal nie idzie w parze z większą obecnością w lokalnych mediach państwowych i pozostałych. Co do tych pierwszych, ze względu na powszechnie oczywistą czytelność jej przyczyn, pozostawiam sprawę bez komentarza, w przypadku tych drugich, pewnie trzeba będzie poczekać na rozbudzenie szerszego zainteresowania – zasłużyć sobie konkretami. Tu należy dodać, że Poznań nigdy nie należał do lewicowo silnych ośrodków na politycznej mapie kraju. Miasto jest niewątpliwie mocnym zapleczem Platformy Obywatelskiej, nadto socjalna szczodrość PiS-u odwróciła w kierunku tej partii oczy części wielkopolskiego elektoratu. Sprzyjająca polskiej lewicy nowa układanka parlamentarna daje szansę na wzmocnienie notowań w Wielkopolsce, z czego doskonale zdają sobie sprawę zaprawieni w lewicowości lokalni aktywiści Partii, dobrze również rozeznani we własnych słabościach.

Do tych należy niewątpliwie zaliczyć niewielką liczebnie, bo dwuosobową zaledwie, obecność radnych z rekomendacji SLD w 34 – osobowej Radzie Miasta Poznania. Liczebna ułomność – współistnienie w ramach liczącej 4 osoby grupy radnych niezależnych – równoważona jest aktywnością rajców SLD we wszystkich miejskich komisjach. Autorską inicjatywą tej grupy było w ubiegłym roku konsekwentne zabieganie o zwiększenia dopłat do poznańskich żłobków niepublicznych. Starania zostały sfinalizowane przyrzeczeniem Prezydenta Miasta, że zostanie ono wprowadzone poprawką do budżetu miasta w marcu bieżącego roku. Czy obietnica zostanie spełniona, okaże się. Ostatnie sygnały płynące ze strony Ratusza niepokoją: obok już zatwierdzonej, niebawem odczuwalnej, podwyżki opłat za parkowanie samochodów w centrum miasta, przy równoczesnej zapowiedzi zwyżki cen biletów za przejazdy tramwajami i autobusami – co samo w sobie jest najeżone sprzecznościami – pojawił się zamiar skasowania darmowych dotąd przejazdów środkami komunikacji miejskiej dla uczniów. Ta marna perspektywa otwiera poznańskiej lewicy nowy front w walce o prawa mieszkańców miasta – o poprawienie jej codziennego bytu.

Nieobecność lewicy w części wielkopolskich powiatów – co stanowi jej kolejną słabość – da się wytłumaczyć, między innymi, brakiem jakiegokolwiek wsparcia finansowego na rozbudzenie i trwanie aktywności. Pomimo finansowej posuchy lewica całkiem dobrze radzi sobie w Gnieźnie, Kaliszu, Lesznie, Pile, Koninie i Ostrowie Wielkopolskim. Niedoborem pieniędzy na działalność dotknięte są również struktury partii w samym Poznaniu – zresztą ośrodki miejskie i powiaty w całym kraju są skazane na finansowanie aktywnej obecności wyłącznie ze składek członków partii. Pieniądze w polityce były i pozostają nieustannie ważne. Przyszedł czas, aby się zastanowić nad sposobem podjęcia jakiejś próby rozwiązania problemu, który hamuje rozbudzenie lewicowego potencjału drzemiącego w tzw. terenie – czekającego na przebudzenie.

Pamiętać o historii

W lewicowej Wielkopolsce nie odkłada się na bok dyskusji o historii i poszukiwania dróg racjonalnej, sprawiedliwej i wyważonej oceny polskiej przeszłości – II wojny i PRL – która jest w sposób karykaturalny wykoślawiana przez prawicowe władze i skoligaconych z nią prawicowych fanatyków. Wadą licznych rozważań na ten temat wewnątrz Partii, oraz w gronie utożsamiających się z nią lokalnych organizacji kombatanckich i wojskowych, także zrzeszających byłych członków i działaczy ruchu młodzieżowego, jak np. „Pokolenia”, jest brak możliwości przełożenia ich treści na zewnątrz – dotarcia do szerszego odbiorcy, zwłaszcza do młodzieży. Powody są powszechnie znane. Ileż czasu było trzeba, zanim lokalne władze państwowe i samorządowe wyraziły w 2015 roku łaskawą zgodę na odsłonięcie na terenie poznańskiej Cytadeli pomnika poświęconego Żołnierzom 2. Armii Wojska Polskiego. Cenzurowanie słów utrwalonych na płycie pomnika zdawało się nie mieć końca. Pracowite i konsekwentne starania podejmowane w tej materii przez działaczy wielkopolskiego oddziału Związku Żołnierzy Wojska Polskiego, wsparte przez przyjazny sprawie, i lewicy, lokalną strukturę Związku Weteranów i Rezerwistów Wojska Polskiego, oraz przez ówczesnych radnych lewicowych, dały oczekiwany owoc. Pozostaje marzeniem mundurowych kombatantów, i członków SLD, aby to miejsce, obok już istniejących, zostało wpisane jako oficjalne do katalogu celebrowania w Poznaniu ważnych rocznic państwowych. To wyzwanie, obok wielu innych, napełnia niekończącą się troską Lewą Stronę Poznania i Wielkopolski.

Więcej nadziei niż obaw

Dwie sale, obok siebie, w jednym centrum konferencyjnym.

W jednej osoby w wieku dojrzałym, a miedzy nimi młodzi, ale nieliczni. W drugiej młodzi, a miedzy nimi trochę starszych.
Ci pierwsi, z twarzami ogorzałymi od polityki, posłowie i byli parlamentarzyści, prezydenci miast i byli ministrowie. Ale raczej tacy, którzy już szczyt kariery politycznej mają za sobą. W drugiej sali młodzi, którym wiosenny optymizm nie do końca się udał, a na dalszą drogę zapału jakoś już nie starcza.
Pierwsi od lat mają około 5 procent poparcia u wyborców, drudzy mieli poparcie chwilowe, ale rozpłynęło się jak kamfora.
Do starszych przemawia Adrian Zandberg. Krótkie wystąpienie spotyka się z akceptacją, starsi podają Zandbergowi ręce i robią focie. Jest inaczej niż jeszcze niedawno temu.Te dwie grupy mają stworzyć nową partię. W sali ze starszymi co poniektórzy z nostalgią bronią dorobku partii i nazwy, ale ten dorobek nie stwarza nadziei na przyszłość. W polityce pamięć wyborców jest krótka.
Z sali z młodymi co i rusz dochodzą okrzyki euforii. Jeżeli to radość z nadchodzącego nowego to niech tak będzie. W tym czasie starsi mozolą się nad nowym statutem partii. Co będzie jak sąd taki statut odrzuci? Wtedy pozostaniemy przy starym statucie i będziemy nadal nazywać się SLD, ale to chyba nie jest dobry projekt na przyszłość.
W obu salach unosi się także duch niepewności. Jak to będzie kiedy doświadczeni spotkają się z młodymi, gorącymi głowami. Innego wyjścia nie ma. Partia stara i partia młoda osobno nie odnotowują wysokiego poparcia. Połączone razem jak najbardziej. Przy współpracy z partią Razem lewica ostatnio odnotowuje 19 procent poparcia. Nawet jak się niektórym w partiach połączenie nie podobało to podoba się wyborcom. To, rosnące poparcie pokazuje, że sojusz musi być.
Starsi w końcu, po paru godzinach, głosują nad projektem nowego statutu.
Konwencje się kończą i dają początek nowemu. W holu starsi i młodzi jedzą wigilijne pierogi z kapustą i popijają cienkim barszczykiem. Widać, że w partyjnych kasach raczej skromnie. Oczywiście pewności, że nowa partia odniesie sukces nie ma, ale jest nadzieja. Osobne trwanie partii starszych z nielicznymi młodymi i partii młodych z rozpadającymi się strukturami nadziei na sukcesy w polityce nie dawały żadnych.
Ale SLD mi szkoda. Samymi wspomnieniami żyć można, ale w polityce niewiele to daje. Mówię to ja, który swoje przeżył, ale ciągle spoglądam w przyszłość, choć wzrok już nie ten.

 

Zjednoczona lewica musi być odważna

Dla jednej socjaldemokratycznej lewicy (brytyjskiej) pewien historyczny etap się skończył. Dla innej (polskiej) właśnie się zaczyna, wraz z uruchomieniem procesu łączenia SLD i Wiosny, z wyborami prezydenckimi w perspektywie. Walkę, ideowe poszukiwania, trudne położenie pierwszych w Polsce opisywano i komentowano niezwykle szeroko. Czy drudzy wyciągnęli wnioski?

W brytyjskich wyborach poległo polityczne centrum. Na czasy kryzysu i niepewności ludzie szukali tego, kto da proste, wyraziste, jednoznaczne odpowiedzi. Dziś sami aktywiści Partii Pracy przyznają, że niuansowanie przekazu w sprawie Brexitu nie przyniosło partii pożytku, nawet jeśli merytorycznie było uzasadnione. Skrzydło socjalistyczne przekonuje też, że nawet jeśli jego program nie pozwolił zwyciężyć w ostatnich wyborach, to odejście od szkodliwej „trzeciej drogi” kilka lat temu w ogóle dało laburzystom szansę przetrwania. Inaczej dawno by się rozpłynęli, jak niejedna stara i szacowna partia na kontynencie, gdzie tyleż socjalizmu w nazwach, ile neoliberalizmu w działaniu.

A gdzie jest prosty i wyrazisty przekaz Nowej Lewicy? Z tych strzępów, które dotarły do mediów, najwięcej programowego konkretu było tym razem u Roberta Biedronia. I ta jedyna deklaracja ideowa, a nie organizacyjno-techniczna, brzmiała: „Chcemy tworzyć silną, centrolewicową, progresywną, postępową, europejską, otwartą partię”. Znowu centrum, znowu zostawianie sobie furtki odwrotu, wiecznie ta europejskość, pod którą każdy może sobie podstawić to, co mu się wydaje. Prawica, gdy chce naprawdę przyciągać elektorat, nie bawi się w podobne subtelności. Polska socjaldemokracja też zdawała się to rozumieć jeszcze na konwencji w sierpniu, gdy Włodzimierz Czarzasty piętnował wielki kapitał.

Podobno prawdziwą konwencję, z pompą i rozmachem, Nowa Lewica dopiero zorganizuje. To dobrze, będzie okazja przypomnieć i rozwinąć naprawdę niezłekampanijne propozycje.
Tylko szkoda, że tak późno!

Szkoda też, że wyborcy ciągle nie znają nazwiska wspólnej socjaldemokratycznej kandydata/kandydatki na prezydenta. Jeśli poznają ją grubo po świętach, potencjalny elektorat zdąży już dowiedzieć się ze wszystkich możliwych źródeł, że głosować ma na Małgorzatę Kidawę-Błońską, bo kobieta, bo rozsądna, bo prowadzi dialog i szuka platform porozumienia, bo jest poważna, a nie radykalna, jak nie przymierzając Adrian Zandberg i jego partyjne koleżanki.

Tak, dziś Zandberga pełno we wszystkich mediach liberalnych, a niektóre snują nawet rozważania pt. czy lider niepopularnej partii może być przywódcą opozycji, ale wszystko do czasu. Wyrażenie „radykalizm partii Razem”, które wkrótce przerodzi się, dla uproszczenia, w „[groźny] radykalizm lewicy” zaczyna już stawać się zbitką na miarę innych starych idiomów tego obozu, jak „likwidacja przywilejów emerytalnych”. Histeryczne wezwania, by głosować na konserwatystkę, by ratować się przed tymi „radykałami”, dopiero się zaczną. Przypomnijmy: szczytem wywrotowości rzekomych „radykałów” jest mówienie o Skandynawii i państwie dobrobytu ze sprawnym transportem, dobrą szkołą i przyzwoitą służbą zdrowia. Co nie przeszkadza liberalnym mediom budować absurdalnych „zestawień skrajności”, gdzie nazwiska polityków Lewicy stoją obok wolnorynkowo-konserwatywnych szaleńców z Konfederacji.

Gratulacje za zjednoczenie – zgarnięte. Sondaże – niezłe. Czekamy na ciąg dalszy. Nie tylko zapewnienia, że współpraca będzie trwała, ale też nieustanne pokazywanie, że to współpraca odważna. Samo „Lewica zawsze wygrywa wybory, kiedy idzie zjednoczona” to za mało.

Cofnąć „ustawę splamioną krwią”

Lewica złożyła projekt ustawy przywracającej uprawnienia emerytalne byłym funkcjonariuszom służb mundurowych. Przypomniała: państwo musi wywiązywać się z umów, które raz zawarło z obywatelami.

– Każdy funkcjonariusz, który służył Polsce, zasługuje na szacunek – powiedział o projekcie poseł Lewicy Andrzej Rozenek, od dawna zaangażowany w walkę o prawa nabyte tych ludzi oraz ich dobre imię. Parlamentarzyści Lewicy zorganizowali 16 grudnia w Senacie debatę pt. „Ustawa o zaopatrzeniu emerytalnym funkcjonariuszy. Ocena skutków, możliwości zmiany”. Następnie na konferencji prasowej przedstawili założenia swojego projektu ustawy i przyczyny, dla których odebranie funkcjonariuszom uprawnień emerytalnych było prawdziwym skandalem.

– Dzisiaj zabierze się jednej grupie społecznej prawa nabyte, jutro zabierze się sędziom, pojutrze prokuratorom, a popojutrze wszystkim tym, którzy są – według partii rządzącej – nielojalni, agresywni, walczący o rzeczy, które partia rządząca nie uważa za ważne. To jest zła droga – mówił przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty. Przypominał, że wywiązywanie się przez państwo z jego raz podjętych zobowiązań jest kluczowym elementem społecznej stabilności.

Takie też argumenty padają w uzasadnieniu projektu. – Z perspektywy minionych trzech lat od uchwalenia ustawy z dnia 16 grudnia 2016 r. o zmianie ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym funkcjonariuszy oraz po dokonaniu analizy przyjętych w niej rozwiązań, można stwierdzić, że narusza ona zasadę zaufania obywateli do państwa i stanowionego przez nie prawa, ochrony praw nabytych, równości wobec prawa oraz gwarancji należytego zabezpieczenia społecznego osób niezdolnych do pracy i szczególnie potrzebujących. Narusza również zasadę niedziałania prawa wstecz oraz niestosowania odpowiedzialności zbiorowej. Ograniczenie wysokości emerytury do poziomu tzw. średniej emerytury ZUS de facto pozbawia byłych policjantów, funkcjonariuszy i żołnierzy świadczeń wypracowanych w wolnej i demokratycznej Polsce – czytamy.

Manipulacje totalitaryzmem

Dalej w uzasadnieniu przypomniano, dlaczego politycy SLD i środowisko emerytów mundurowych nie wahało się nazywać ustawy sprzed trzech lat „ustawa splamioną krwią”. – Odnotowano 59 przypadków samobójstw i nagłych zgonów, których podłożem był stan załamania nerwowego, obniżenie lub całkowita utrata bezpieczeństwa materialnego byłych policjantów i funkcjonariuszy oraz ich rodzin przez postanowienia wspomnianej ustawy – stwierdzają autorzy.

W uzasadnieniu projektu złożonego przez Lewicę zaznaczono, że ustawę pozbawiającą emerytów uprawnień celowo nazywano „dezubekizacyjną”, mówiono też i pisano o „służbie na rzecz państwa totalitarnego”, o by wprowadzić w błąd opinię publiczną. – Takie sformułowania sugerują objęcie jej działaniem wyłącznie „ludzi rzekomo niegodnych i zasługujących na „karę” w postaci odebrania im emerytury lub renty”. Tymczasem Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego (od 14 grudnia 1954 r. Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego) oraz Urząd Bezpieczeństwa Państwa nie istnieją od 63 lat. Także posługiwanie się terminem „państwo totalitarne” jest mocno wątpliwe. To pojęcie politologiczne, nie prawne, w dodatku przedstawiciele nauk społecznych i historycznych w Polsce są zgodni: totalitaryzm nad Wisłą skończył się w 1956 r. Nie każde państwo niedemokratyczne może być nazywane w ten sposób!

Czy PiS uszanuje patriotów?

Wniesiony przez Lewicę projekt przewiduje powrót do ustawowego wskaźnika 2,6 proc. podstawy wymiaru emerytury za każdy rok służby pełnionej zarówno przed, jak i po 31 lipca 1990 r. Takie rozwiązania przewidywała ustawa zaopatrzeniowa z dnia 18 lutego 1994 r.

Poseł Rozenek apelował do parlamentarzystów PiS, by nie kierowali projektu do sejmowej zamrażarki, lecz by stał się on przedmiotem debat na sejmowych komisjach i na sali plenarnej. W odróżnieniu zresztą od ustawy z 2016 r., przyjętej w Sali Kolumnowej na niesławnym posiedzeniu, podczas którego pogwałcono parlamentarny regulamin i normy ustawowe.

– Jeżeli nie macie odwagi tego zrobić, to po prostu potwierdzicie opinie, która krąży o Prawie i Sprawiedliwości wśród mundurowych, że jest to partia, która nie szanuje Polski, nie szanuje patriotów – stwierdził Rozenek. – Bo prawdziwi patrioci to ci, którzy szanują Polskę, szanują państwo polskie i szanują funkcjonariuszy, którzy tego państwa polskiego bronili – bronili przed 1990 rokiem i bronili po 1990 roku.

Na razie Kancelaria Sejmu odmówiła nawet sali na organizację wspomnianej na wstępie konferencji. To dlatego odbyła się ona w Senacie, gdzie PiS nie ma ostatniego słowa.

Uprzejme zapytanie

Z informacji telewizyjnych dowiedziałam się, że oto SLD i rozpadająca się Wiosna utworzyły partię pod nazwą Nowa Lewica. Rozumiem, że tym samym partia pod nazwą „Sojusz Lewicy Demokratycznej” zostaje rozwiązana? Czy mam rację?

W związku z tym, w imieniu własnym (i części tej „starej lewicy”), jako członek SLD zwracam się do „Dziennika Trybuna” z prośbą o pomoc i pośrednictwo w wyjaśnieniu następujących kwestii:
W jakim trybie decyzja ta została podjęta? Czy ślad za nową świecką tradycją „poza trybem”, czyli autorytarnie? Nie dotarły bowiem do mnie informacje np. oo konsultacjach przeprowadzonych w organizacjach lokalnych SLD, choćby w warszawskiej.

Czy była to decyzja odgórna, czy inicjatywa oddolna? Jakie argumenty merytoryczne i polityczne przesądziły o podjęciu takiej decyzji? O ile wiem, nie było żadnego referendum ogólnopartyjnego w tej sprawie – chyba, że je przegapiłam. Jeśli tych czynników zabrakło, uważam, że członków partii potraktowano przedmiotowo, a to nie wróży nic dobrego na przyszłość. Z drugiej strony: dlaczego mnie to nie dziwi?

Kto ma dziś prawo do posługiwania się nazwą „Sojusz Lewicy Demokratycznej”, bo może w sztucznych okolicznościach dokonanej zmiany warto będzie ją od nowa zarejestrować?

Podejrzewam, że wąskie grono członków SLD, które podjęło decyzję o zniknięciu partii, mającej w III RP swoją demokratyczną historię i tradycję, postarało się o to, aby pod względem prawnym nie można było tej decyzji podważyć, chociaż…? Jak kto dobrze pomyśli, to wymyśli.

Nowa Lewica – nowa nadzieja?

Można i trzeba kibicować nowemu lewicowemu ugrupowaniu, które formalnie powstanie w styczniu 2020 roku, a o powstaniu którego zadecydowano 14 grudnia na konwencjach SLD i Wiosny.

Co prawda nieprzyjemnym akcentem był fakt, że mimo zaproszenia dziennikarzy na konwencję SLD okazało się, że wejścia na konwencję pilnowało dwóch cerberów, którzy prasy nie wpuszczali. Prośby o wejście, choćby w celu zrobienia zdjęć, kwitowane były przez działaczy odpowiedzialnych za tę kwestię krótkim: „nie!”. Wstęp na konwencję Wiosny był wolny.

Niemniej wydarzenie jest znaczące: po nowemu ustawia polską scenę polityczną.Po 20 latach przestaje istnieć Sojusz Lewicy Demokratycznej, razem z jego osiągnięciami i równie poważnymi błędami. Przestaje istnieć ugrupowanie Wiosna, po dużo krótszym, zaledwie kilkumiesięcznym politycznym żywocie. Połączyły się dwa organizmy różnej wielkości – SLD liczy swoich członków na około 30 tysięcy, Wiosna ma około tysiąca. Za SLDstoją lata błędów, ale i niewątpliwych sukcesów, doświadczenie polityczne, ale i pewne zmęczenie materiału. Wiosna to ciągle niewykorzystany potencjał.

Co z tego wyjdzie? Jeszcze nie wiadomo, ale nadzieje są duże. Uzgodniono równy podział władzy w nowym ugrupowaniu. Na poziomie centralnym i wojewódzkim nowe ugrupowanie będzie miało dwójkę pełnoprawnych przewodniczących.

Zamknięcie drzwi przez mediami działacze SLD w kuluarach tłumaczyli burzliwą i nie do końca rozstrzygniętą dyskusją na temat połączenia. Miała być silna frakcja tzw. eseldowskich patriotów, którzy uważali, że SLD powinna iść przez politykę samodzielnie. Nawet jeśli tak było, głosowanie tego nie wykazało: na 120 delegatów, za połączeniem z Wiosną głosowało 109.
Po lewej stronie sceny politycznej będą zatem, jeśli chodzi o parlamentarny byt, dwa ugrupowania: Nowa Lewica i Partia Razem. Liderzy SLD i Wiosny: Włodzimierz Czarzasty i Robert Biedroń podkreślali słusznie, że zjednoczenie dobrze wróży na przyszłość, bo lewicy służy jednoczenie, a nie atomizacja. Teraz czas na konkrety.

Historyczny moment dla lewicy

Lewica zawsze wygrywała idąc zjednoczona i przegrywała idąc podzielona. Krajowa Konwencja SLD podjęła decyzję o zmianie statutu Sojuszu, która umożliwi połączenie sił Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz Wiosny. Partia Wiosna podczas swojej konwencji również podjęła decyzję o integracji lewicy. Nowa Lewica będzie kontynuować współpracę z Partią Razem, wspólnie zostanie wskazana kandydatka lub kandydat na prezydenta RP oraz utrzymamy zostanie wspólny klub parlamentarny.

Włodzimierz Czarzasty podczas konferencji prasowej powiedział:

Krajowa Konwencja SLD po konsultacjach w województwach, podjęła decyzję o zmianie statutu Sojuszu, która umożliwi połączenie sił SLD i partii Wiosna. Głosowało 127 delegatek i delegatów, za oddano 109 głosów, przeciwko było 10 osób, a 8 wstrzymało się od głosu. W związku z tym kończy się powoli rozdział pod tytułem SLD oraz partia Wiosna.
Nad nami nie krąży żaden, trzeci nieobecny. Jest tu z nami Dorota Olko, rano wysłuchaliśmy Adriana Zandberga. Wspólnie idziemy w jednym kierunku. Z Partią Razem stanowimy jeden klub, wystawimy jedną lub jednego kandydata na prezydenta i w tej sprawie z nikim się nie ścigamy. Proszę nie dawać żadnym negatywnych interpretacji, ponieważ one byłyby dla nas krzywdzące.
Klub parlamentarny zmieni nazwę na Nowa Lewica Razem.

Natomiast Robert Biedroń podczas konferencji prasowej stwierdził:

Lewica zawsze wygrywa wybory, kiedy idzie zjednoczona. Lewica zawsze odnosi sukcesy, kiedy idzie we wspólnocie. Lewica ponosi klęski, kiedy idzie podzielona. Odrobiliśmy wielką lekcję w ostatnich wyborach do polskiego parlamentu. Przypomnę, iż jeszcze kilka tygodni temu polskiej lewicy nie było w parlamencie i byliśmy jedynym takim krajem w Europie. Dzisiaj nie tylko lewica wróciła do polskiej polityki, nie tylko jest w polskim parlamencie, ale milionom Polek i Polaków daje nadzieję, że polityka może wyglądać inaczej. Cieszę się z i gratuluję Sojuszowi Lewicy Demokratycznej decyzji, która została podjęta z tak silnym mandatem na dzisiejszej konwencji.

Wiosna dzisiaj także podejmowała ważne decyzje, podczas porannej Rady Krajowej jednogłośnie podjęliśmy uchwałę intencyjną, o chęci jednoczenia lewicy i chęci współpracy z SLD. Dzisiaj obradowała również konwencja Wiosny, ponad 300 delegatek i delegatów Wiosny podjęło decyzję o tym, iż chcemy współpracować na lewicy. Chcemy tworzyć silną, centrolewicową, progresywną, postępową, europejską, otwartą partię, która będzie się nazywała – Nowa Lewica.

To początek konsolidacji wszystkich sił lewicowych oraz postępowych w polskiej polityce, ale to dopiero początek. Przed nami wybory prezydenckie i po nowym roku przedstawimy kandydatkę lub kandydata, który powalczy i z dobrym wynikiem będzie reprezentował polską lewicę. Przed nami wybory parlamentarne i samorządowe, do których już dziś się przygotowujemy budując mosty oraz niszcząc wszystkie mury, które do tej pory nas dzieliły.