Jaka koalicja?

Zbliżają się wybory do sejmu. SLD jak i inne partie rozważają różne scenariusze startu w wyborach.

Ma ona moim zdaniem trzy możliwości: start samodzielny, w koalicji lewicowej Biedronia i w koalicji z Platformą Obywatelską (koalicji wyborczej). Z punktu widzenia ideowego najlepszy byłby start samodzielny, a jeżeli chodzi o ilość zdobytych mandatów to w koalicja z Platformą Obywatelską.
Uważam jednak, że można zawrzeć takie porozumienie wyborcze, które będzie spełniało ambicje poszczególnych partii jej liderów i nie będzie wymagało od nich heroicznych decyzji. To znaczy, że wszyscy członkowie koalicji zachowają swoje wartości i swoje programy. Będzie tylko część wspólna dotycząca przywrócenia w Polsce praworządności, trójpodziału władzy i dobrych stosunków z UE. Pozostałe części programów różnych członków koalicji mogły być odmienne a nawet sprzeczne. Po wyborach członkowie koalicji wyborczej zachowają odrębność organizacyjną będą mieli własne kluby i koła poselskie oraz posłów niezależnych.
Wspólna część programu koalicji nie powinna być prostym cofnięciem ustaw PIS-u, które są sprzeczne z konstytucją i wartościami europejskimi, ale także modernizacją systemu sprawiedliwości uwzględniające dobre rozwiązania, które wprowadził PIS np.: losowanie sędziów czy wzmocnienie roli nadzorczej prokuratora generalnego wobec prokuratorów niższego szczebla. Ta wspólna część programu musi być stosunkowo szczegółowa.
Trzeba oddzielić koalicję wyborczą od koalicji rządowej. Dopiero po rozdzieleniu mandatów mogła by się tworzyć koalicja rządowa, która powinna mieć jeden spójny program. Nie wszyscy członkowie koalicji wyborczej muszą wejść do koalicji rządowej, która w swoim składzie może mieć członków spoza koalicji wyborczej.
Najtrudniejszym zadaniem będzie przygotowanie list kandydatów na posłów i senatorów. Modele konstrukcji takich list mogą być różne. Najpierw trzeba ustalić ilu kandydatów na liście będzie miał każdy z członków koalicji bo do rozdzielenia będzie tylko 460 mandatów poselskich i 100 senatorskich. Można to ustalić na przykład na: podstawie preferencji wyborczych, ilości pieniędzy przeznaczonych na cele kampanii, popularności poszczególnych kandydatów lub w wyniku negocjacji. Ponadto trzeba tak ustawić listy w poszczególnych okręgach poselskich, aby wyborcy mieli w każdym okręgu partię pierwszego lub drugiego wyboru. Jeżeli w którymś okręgu nie ma kandydata SLD to jest kandydat Razem, albo jeżeli nie ma kandydata PO to jest z Nowoczesnej. Nie ma znaczenia kto jest na pierwszym miejscu listy ogólnej ma znaczenie kto jest pierwszy z danej partii. Głosujący najpierw w większości będą szukali partii potem wybierali człowieka z tej partii. Kolejność list partyjnych na liście ogólnej może być ustawiana na przemian tak, aby każda lista partyjna była pierwsza w jednym okręgu i następnie zajmowała kolejne miejsca w następnych okręgach. W przypadku mandatów senatorskich kandydat na jedno miejsce powinien być jeden dla całej koalicji. Jego ustalenie powinno się odbyć na podstawie badań sondażowych z pośród różnych kandydatów zgłoszonych przez członków koalicji.
Warunkiem przystąpienia do koalicji wyborczej będzie:
• Zaakceptowanie wspólnej części programu,
• Umieszczenie wspólnej części programu w swoim programie
• Zobowiązanie, że każdy członek koalicji bez względu na to czy koalicja wygra wybory czy nie czy utworzy koalicję rządową będzie dążył do realizacji wspólnej części programu
• Zgoda się uczestnictwo finansowe w proporcji do swoich możliwości w kampanii wyborczej,
• Pieniądze uzyskane od budżetu za uzyskane mandaty zostaną podzielone nie w proporcji do otrzymanych mandatów ale ilości głosów,
• Pieniądze uzyskane z budżetu nie będą wypłacane członkom koalicji jednorazowo tylko proporcjonalnie do upływu czasu kadencji.
Powołanie koalicji wyborczej ma wiele zalet:
• Będzie to pierwsza w historii Polski koalicja celowa do realizacji wspólnej części programu bez względu na to czy koalicja utworzy rząd
• Koalicja może uzyskać więcej głosów niż gdyby startowały poszczególne partie samodzielnie.
• Partie zachowują swoją tożsamość i swoje programy nie musząc się zgadzać na kompromisy programowe.
• Wyborcy nie boją się głosować na małe partie z powodu tego, że ich głos zostanie stracony.
• Istnieje swoboda wyboru partii do koalicji rządowej jak i udziału w innych koalicjach rządowych.
• Mali członkowie koalicji mimo, że nie uzyskają mandatu otrzymają pieniądze w proporcji do otrzymanych głosów.
W tak zorganizowanej koalicji może się zmieścić zarówno PSL, Razem, Wiosna jak i partia Gowina oraz różne organizacje społeczne. Jeżeli powstanie koalicja wyborcza to są duże szanse, że wygra ona wybory i będzie mogła przegłosować ustawy przywracające praworządność nawet wtedy gdy nie utworzy koalicji rządowej.
Skoro w tak skonstruowanej koalicji SLD nie musi godzić się na kompromisy programowe i nie musi się obawiać że nie wejdzie do sejmu to może przedstawić atrakcyjny lewicowy program. Moim zdaniem powinien on się składać między innymi z następujących elementów:
• Propozycji zmiany konstytucji w celu wprowadzenia w Polsce demokracji bezpośredniej zamiast parlamentaryzmu i wprowadzenia euro. Zlikwidowania przywilejów kościołów, które nie mogą mieć specjalnego statusu, a powinny być zorganizowane na ogólnych zasadach jako stowarzyszenia fundacje lub spółki prawa handlowego w zależności od prowadzonej działalności.
• Należy zwiększyć ilość i jakość programów misyjnych przy mniejszych kosztach poprzez zamianę telewizji i radia publicznego na państwową oraz stworzenie funduszu programów misyjnych o które rywalizowałyby jakością i kwotą dofinansowania telewizje i radia zarówno państwowe i prywatne na takich samych zasadach.
• Wprowadzenie możliwości aborcji na żądanie.
• Zalegalizowanie związków partnerskich z możliwością adopcji dzieci.
• Całkowitej zmiany systemu socjalnego w taki sposób aby każdy kto chce z niego skorzystać osiągał co najmniej dochody na poziomie minimum socjalnego. Aby to osiągnąć trzeba przyjąć kryterium dochodowości przy udzielaniu pomocy socjalnej i wykorzystać narzędzia rynkowe do racjonalnego wydawania środków przeznaczonych na systemy socjalne.
• Działań na rzecz utworzenia wspólnej operacyjnej armii europejskiej zdolnej do obrony Unii Europejskiej przed wszystkimi zagrożeniami w zakresie działań konwencjonalnych bez pomocy USA. Z jednej strony obniży to koszty obrony (oszczędności na zakupach broni i wyposażenia, drugiej strony uwolnienie się od szantażu Stanów Zjednoczonych w dziedzinie bezpieczeństwa państw europejskich.
• Wprowadzenia podatku obrotowego zamiast CIT, zmiana PIT-u na podatek jednostawkowy o bardzo wysokiej stopie oprocentowania i wysokiej kwocie wolnej od podatku i likwidacji wszystkich ulg. Wprowadzenie podatku katastralnego przy likwidacji podatku od nieruchomości i założeniu, że suma wpływów z podatku katastralnego będzie równa sumie wpływów z podatku od nieruchomości.
Przedstawione powyżej punkty mogę rozszerzyć przedstawiając bardziej konkretne rozwiązania jeżeli zajdzie taka potrzeba.
Biorąc to co wyżej napisałem, a szczególnie to że koalicja wyborcza zawarta będzie na zasadach przedstawionych opowiadam się za udziałem SLD w koalicji wyborczej.

Dlaczego PiS wygrało?

Dlatego, ze nie było powodów, aby nie wygrało.

Dlatego, że PiS ma pieniądze i jest u władzy. Po raz pierwszy od ustrojowego przełomu wzrost gospodarczy przekłada się na dobry, bardziej elastyczny budżet. Większe możliwości wydatkowe rząd przeznaczył na świadczenia znacząco odczuwalne w budżetach domowych.
Dlatego, że PiS bezwzględnością przekroczyło granice w zawłaszczaniu mediów publicznych i budowaniu własnej potęgi biznesowej.
Dlatego że w ramach „odkłamywania historii” i „przywracania Kościołowi należnego miejsca w życiu publicznym” zafundowano pokoleniu transformacji wychowanie nacjonalistyczno – konfesyjne, w czym duży udział miały też polityczne i opiniotwórcze elity o poglądach liberalnych. Jakakolwiek krytyczna refleksja o zbyt dużym wpływie Kościoła na stanowione prawo i instytucje państwowe nazywana była poglądem kontrowersyjnym lub radykalnym.
Dlatego że obniżyły się standardy etyczne, których oczekujemy od osób realizujących zadania publiczne, co dotyczy także mediów.Przyzwoitością rozumianą jako kształtowanie programu wedle zdiagnozowanych potrzeb i możliwości. Odwagi jako woli przekonywania do wniosków i propozycji, które z tego wynikają. Zbiorowa świadomość w oczekiwaniu sprawiedliwego podziału dóbr kieruje się merytokratycznością: tyle korzyści, ile wkładu pracy, wysiłku, kompetencji, umiejętności, starania, itd. Tyle obowiązków państwa, ile życiowego i społecznego ryzyka ponoszą jego obywatele. Tym dążeniem do ładu społecznego powinna kierować się opozycja.
Tymczasem świadczenie wychowawcze zastąpiło dyskusję o polityce społecznej w jej szerokim rozumieniu, a krytyczny namysł nad skutkami 500 + stał się praktycznie niemożliwy z powodu propagandowego zachwytu z jednej strony, z drugiej zaś z powodu obawy, że jakiekolwiek wątpliwości skażą opozycję na polityczny niebyt, publicystów i ekspertów na izolację.
500+ nie jest jednym z narzędzi przemyślanego systemu wsparcia rodzin z dziećmi. Jest zamiast. Zamiast podwyżek płac w sektorze publicznym, zamiast tanich samorządowych żłobków i przedszkoli, zamiast dostępu do lekarza specjalisty, taniego mieszkania, życia bez kredytu, dobrych szkół gwarantujących dalszy awans edukacyjny. Stąd jesteśmy świadkami przeobrażenia, ale nie likwidacji polskiej biedy. Istotnemu ograniczeniu ubóstwa materialnego rodzin z dziećmi, co było konieczne, ale nie takim kosztem i nie w taki sposób – towarzyszy pogłębianie nierówności edukacyjnych. Dziecko kończy 18 lat, traci 500+, jeśli nie mieszka w aglomeracji, nie ma szans na studia, ponieważ w Polsce nie istnieje praktycznie państwowy system stypendialny. Przepustką na dobre uczelnie i kierunki są dobre szkoły średnie, w tym zawodowe. W powiatach polikwidowane, bo się nie opłaca. Burs i internatów nie ma lub brakuje miejsc. Zresztą na naukę poza miejscem zamieszkania nie wystarcza nawet 500+. Zwłaszcza że konstrukcja systemu świadczeń rodzinnych, polegająca na uzależnieniu zasiłków rodzinnych i do teraz świadczenia wychowawczego na pierwsze dziecko od niskiego dochodu, czyni pracę niskopłatną nieopłacalną. Pracownica socjalna, której wynagrodzenie wynosi 1800 zł netto, wypłaca co miesiąc kobiecie będącej w podobnej sytuacji rodzinnej, niepracującej zawodowo, pieniądze większe od łącznego dochodu w swojej rodzinie. Pochodzą ze świadczenia alimentacyjnego, wychowawczego, zasiłków rodzinnych i dodatków, zwolnienia z opłat za pobyt dziecka w bursie, darmowych obiadów w szkole (bo 500+ nie wlicza się do dochodu, od którego zależą pozostałe świadczenia).Taki stan rzeczy deprecjonuje dochody z pracy i narusza ład społeczny. W warunkach najniższego w UE udziału płac w PKB, braku progresji podatkowej i niepodwyższania progów dochodowych z pomocy społecznej (od których zależy np. współpłacenie rodziny za pobyt jej członka w domu pomocy społecznej, za usługi opiekuńcze w domu) transfery socjalne nie przepływają z góry na dół ( od bogatych do biednych) – jak stwierdził jeden z lewicowych publicystów – ale od niezamożnych do niezamożnych, a nawet od biednych do zamożnych. W kraju, w którym 5 mld zł. na pierwsze dziecko rząd kieruje do bogatych rodzin, a dyrektorzy szpitali dramatycznie apelują o leki dla chorych onkologicznie – mamy do czynienia z barbarzyństwem.
Wskaźniki bierności zawodowej Polek w wieku 25 – 54 lata należą do najwyższych w Europie (wyższe są jedynie w Irlandii, Grecji, Rumunii, Włoszech i Malcie). Główną przyczyną niepodejmowania lub rezygnacji z pracy są powody osobiste i rodzinne. Tylko w Irlandii i Malcie większy odsetek kobiet wskazywał na te przyczyny. Deficyt usług opiekuńczych dla dzieci i dorosłych sprawia, że kobiety rezygnują z aktywności zawodowej. Za instytucje wsparcia i opieki odpowiadają samorządy. Ich prowadzenie jest zadaniem własnym gminy i powiatu. Niektóre z nich nie mają pieniędzy, inne uznają, że są zbyt kosztowne i nie należą do priorytetów. Na miejsce w domu pomocy społecznej czeka się 4, a nawet 7 lat. Nie ma ośrodków wsparcia dziennego, promil osób starszych i niepełnosprawnych korzysta z usług opiekuńczych. Barierą jest obowiązek współpłacenia powstający po przekroczeniu dochodu rodziny ustalonego na niskim poziomie, prywatyzacja instytucji opieki i integracji, w którą uciekają samorządy. Brakuje miejsc w samorządowych przedszkolach, publicznych żłobków jak na lekarstwo, nawet w prywatnych za 1000 – 1700 zł. rodzice zapisują dzieci z rocznym wyprzedzeniem, nie wspominając o zróżnicowanych standardach opieki edukacyjnej w tych placówkach. Niektóre gminy w ogóle nie prowadzą samorządowych przedszkoli. W tym stanie rzeczy relatywnie wysokie świadczenie wychowawcze prywatyzuje odpowiedzialność za obowiązki rodzinne podejmowaną przez kobiety. Rząd chwali się, że badania GUS nie odnotowują tendencji do rezygnacji z pracy na skutek 500+. Tymczasem Irena Kotowska z SGH twierdzi, że analiza danych BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności) dr hab. Igi Magdy i jej współpracowników wskazuje na dezaktywizacyjny efekt programu 500 plus. „Także bezpośrednie porównanie zmian wskaźników zatrudnienia kobiet według wieku na podstawie danych BAEL między II kwartałem 2016 r. a II kwartałem 2018 r. prowadzi do konstatacji, iż wskaźniki zatrudnienia kobiet w wieku 25–29 lat, a zwłaszcza w wieku 30–34 lata, są mniejsze. Wzrosły, owszem, ale tylko wskaźniki dla kobiet w wieku 20–24 lata oraz 35–49 lat”(cyt. za: I. Kotowska. Gazeta Prawna 06.01.2019). Przejawem skrajnej nieodpowiedzialności jest polityka społeczna, która z jednej strony zniechęca kobiety do aktywności zawodowej, przerzucając na nie obowiązki opiekuńcze, z drugiej zaś utrzymuje system emerytalny, w którym wysokość świadczenia na starość zależy od indywidualnie zgormadzonego ze składek kapitału. System ten w kraju, który konkuruje niskimi płacami, jest systemem o najmniejszej skali redystrybucji w Europie. Odzwierciedlając wszystkie nierówności na rynku pracy oznacza, zwłaszcza dla kobiet, głodowe emerytury w przyszłości.
Oferta społeczno – gospodarcza zjednoczonej opozycji musi przesunąć się na lewo. Nie chodzi jedynie o trafne rozpoznanie nastrojów społecznych, ale o to, co eksperci z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych w swoim apelu nazwali racjonalną polityką rodzinną (O racjonalną politykę rodzinną. Rodzina formacją niezastąpioną? Warszawa 2017) Polityką, która w swoich rozwiązaniach, instytucjach, świadczeniach, standardach wspiera pracę i egalitarne partnerstwo w rodzinie. Gwarantuje równy i powszechny dostęp do usług wysokiej jakości: wykształcenia, opieki zdrowotnej, pielęgnacyjnej i edukacyjnej, kultury. Przywraca bezpieczeństwo emerytalne i jego funkcję zabezpieczającą utratę dochodów z pracy. Odpowiedzią na socjalną ofertę PiS – u powinna być nowa polityka społeczna obejmująca:
1.Progresywny charakter podatku dochodowego od osób fizycznych. Wprowadzenie wyższej stawki opodatkowania dla podatników uzyskujących wysokie dochody i zmniejszenie opodatkowania najniższych dochodów przy jednoczesnym zwiększeniu kwoty dochodu skutkującego wejściem w kolejny próg podatkowy. W Polsce niezbędne jest przywrócenie systemowi podatkowemu jednej z podstawowych funkcji związanych z łagodzeniem społecznych skutków nierówności dochodowych.
2.Określenie perspektywy obniżenia podatku VAT, który nieproporcjonalnie dotkliwiej obciąża mniej zamożnych przeznaczających dochody wyłącznie na konsumpcję, zwłaszcza w jednoosobowych gospodarstwach emerytów.
3.Wprowadzenie stałego mechanizmu podwyższania wynagrodzeń w sektorze publicznym uwzględniającego wzrost inflacji i minimalny wskaźnik udziału w tempie wzrostu gospodarczego.
Upowszechnienie i wzmocnienie znaczenia ponadzakładowych układów zbiorowych poprzez powierzenie kompetencji w zakresie ich zawierania organizacjom związkowym i organizacjom pracodawców. W sferze usług społecznych przeniesienie roli pracodawcy odpowiednio na właściwego ministra, inny organ lub wójta, burmistrza, prezydenta, starosty, marszałka województwa. Obecnie np. stroną w sporze zbiorowym dla związków w placówce oświatowej jest jej dyrektor niemający żadnego wpływu na wynagrodzenia pracowników, których wysokość określa rząd i organ prowadzący, czyli samorząd odpowiedniego szczebla. Jest to nie tylko absurdalna sytuacja, ale bezzasadne przeniesienie odpowiedzialności. Uporządkowany, stały mechanizm podwyższania płac przeciwdziała również segmentacji rynku pracy ze względu na płeć i niskim emeryturom w przyszłości.
4. Przywrócenie tzw. części socjalnej jako składowej emerytury, stanowiącej procent średniego wynagrodzenia, co de facto oznacza przywrócenie I filarowi ubezpieczeń funkcji redystrybucyjnej. Dla osób otrzymujących niskie wynagrodzenia i co za tym idzie odprowadzających niższe składki taka struktura emerytury oznacza wyższą stopę zastąpienia ( wyższy udział procentowy pierwszej emerytury do ostatniego wynagrodzenia) . Jednocześnie opozycja powinna zdecydowanie przeciwstawić się propozycji premiera Morawieckiego, polegającej na daleko posuniętej komercjalizacji części kapitałowej ubezpieczeń. Wyłączenie z KRUS- u zamożnych przedsiębiorców rolnych.
5. Odstąpienie od forsowania wydłużenia wieku emerytalnego w warunkach skandalicznie niedofinansowanej opieki zdrowotnej. Zresztą w sytuacji uzależnienia wysokości świadczeń od zgromadzonego kapitału moment przejścia na emeryturę jest przeceniany. Natomiast można uzależnić pozostawienie tzw. części socjalnej w emeryturze ( patrz pkt 4) od wydłużonego stażu pracy. Podwyższanie wieku uprawniającego do nabycia emerytury to nie to samo co tworzenie warunków do wydłużenia aktywności zawodowej. Kluczem do niej są: dobra jakość ochrony zdrowia i instytucji opieki, wysokość płac i warunki pracy.
6. Uzależnienie prawa do 500+ od dochodu na osobę w rodzinie ustalonego na poziomie średniego wynagrodzenia netto. Jest nieprawdą, że uzależnienie świadczenia od dochodu wymaga zbudowania aparatu administracyjnego, którego koszt zniweczy korzyści z oszczędności. Samorządy od dziesięcioleci wypłacają w ten sposób zasiłki z pomocy społecznej i świadczenia rodzinne. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze w całości przeznaczyć na opiekę zdrowotną, zwłaszcza niedofinansowane jej segmenty.
7. Objęcie subwencją oświatową żłobków i przedszkoli.
8. Rozliczać samorządy z realizacji obowiązków w zakresie polityki społecznej. Więcej samorządności nie oznacza więcej dowolności. Dlatego należy w Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego wypracować standardy wykonywania zadań w sektorze społecznym: np. ile, jakich instytucji opieki, mieszkań socjalnych, warsztatów terapii zajęciowej, usług specjalistycznych i pielęgnacyjnych na jaką grupę mieszkańców; jaki zakres zlecania zadań publicznych podmiotom prywatnym, z jakimi gwarancjami dla korzystających, systemem kontroli, itp. W przypadkach szczególnych, związanych np. z instytucjonalną opieką nad ludźmi starszymi uwzględnić dotację celową dla samorządów realizujących to zadanie.
Kto się z Państwa kandydujących odważy?

Wygrać wybory

Jak wygląda stan przygotowań do wyborów parlamentarnych w miesiąc po wyborach europejskich?

Wygrana reprezentacji Polski w meczu z Izraelem sprzed dwóch tygodni pokazała, że ważne jest nie tylko 90 minut gry na boisku. Wielu komentatorów sportowych jest zdania, że kluczem do wygranej była wprowadzona przez trenera Brzęczka zmiana ustawienia zespołu na grę z dwoma napastnikami: Robertem Lewandowskim i Krzysztofem Piątkiem.
W polityce tak łatwo to nie działa. Może dlatego, że „trenerów” jest więcej. W Koalicji Europejskiej było ich pięciu. Jak będzie wyglądało ustawienie opozycyjnej drużyny na wybory parlamentarne? Tego jeszcze nie wiemy. Ale spróbujmy przeanalizować wszystkie „za” i „przeciw” ewentualnych koalicji.

Nieszczęsny D’Hondt

Sceptycy twierdzą, że nieważne jak kto głosuje, najważniejsze kto liczy głosy. To akurat nie dotyczy wyniku niedawnych wyborów europejskich, bo nikt nie kwestionował rzetelności tych wyborów. A w nadchodzących wyborach do Sejmu jednym z kluczowych elementów wpływających na ostateczny wynik będzie sposób liczenia głosów.
Obowiązujący do dzisiaj sposób liczenia głosów metodą D’Hondta wprowadzili do ordynacji wyborczej posłowie i posłanki rządzącego wówczas Sojuszu Lewicy Demokratycznej. „Sądziliśmy, że będziemy rządzili wiecznie” – przyznał w przypływie szczerości szef partii mającej kiedyś 41 proc. poparcia. A system D’Hondta preferuje takie partie w sposób ewidentny. Dlatego dzisiaj ta metoda liczenia głosów sprzyja Prawu i Sprawiedliwości.

2+2=5

Jak bardzo specyficzna jest metoda D’Hondta ilustruje następujący przykład. Niektórzy politycy twierdzą, że przeciwko Prawu i Sprawiedliwości opozycja powinna wystawić dwie koalicje: centro-prawicową (PO, PSL, Nowoczesna) i centro-lewicową (SLD, Wiosna, Zieloni, Razem). Załóżmy na moment, że tak się stanie. I że PiS uzyska tyle, co w wyborach europejskich – 43 procent. Zaś obie koalicje opozycyjne razem będą miały więcej, bo aż 46 procent: 28 proc. prawicowa i 18 proc. lewicowa.
Logika podpowiada, że zwycięzcą wyborów zostanie opozycja, a obie opozycyjne koalicje będą miały większość w Sejmie. Ale nie w systemie liczenia głosów D’Hondta! W przytoczonym przykładzie PiS uzyskałby około 240 mandatów – pozwalających na samodzielne rządy w kolejnej kadencji. Natomiast podzielona na dwa bloki opozycja miałaby w Sejmie tylko nieco powyżej 200 posłów i posłanek. Przytaczam ten argument już na samym początku przedwyborczej analizy, by uzmysłowić Czytelniczkom i Czytelnikom, że o wygranej opozycji nie decydują wyłącznie lepsze lub gorsze programy poszczególnych partii.

Koalicja Polska

Szef Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz po 26 maja ogłosił zakończenie projektu Koalicji Europejskiej. I zapowiedział próbę stworzenia konserwatywnej, prawicowej Koalicji Polskiej z udziałem ludowców. Z punktu widzenia polityków PSL-u taki pomysł ma sens. Nie musieliby więcej wikłać się w takie niewygodne dla nich tematy jak świeckie państwo, aborcja czy LGBT.
Koalicja Polska miałaby być ofertą dla wyborcy centro-prawicowego. „Kto przygarnie osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy?” – pytał przed wyborami europejskimi Ludwik Dorn w artykule Gazety Wyborczej. Bo Platforma Obywatelska – skręcając w lewo – zapomniała o deklaracji Grzegorza Schetyny. „Platforma Obywatelska ogłasza powrót do ostrego konserwatyzmu i koniec rzekomych »lewicowych eksperymentów«„ – mówił szef PO w 2016 roku.
Moim zdaniem, jedną z przyczyn porażki Koalicji Europejskiej było zachowanie się owych „osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy”. Na PiS nie chcieli głosować. Na koalicję PO z „postkomunistami” – też nie. Zostali w domu. Czy wobec tego zaproponowany przez ludowców pomysł Koalicji Polskiej jest wart kontynuowania? Nie!
Grzegorz Schetyna nie zgodzi się na wejście Platformy Obywatelskiej do Koalicji Polskiej. Doskonale rozumie, że dwa bloki opozycyjne utrudnią pokonanie PiS-u. „Jestem zwolennikiem szerokiej koalicji na wybory parlamentarne” – mówił szef PO w tym tygodniu na antenie TVN24. „Trzeba iść krok po kroku w stronę zbliżania stanowisk i podstawy programowej, a także dobrych list” – dodawał. Trzeba przekonywać ludowców –dodaję ja. Bo Koalicja Polska będąca przystanią dla takich politycznych singli jak choćby Marek Jurek prowadzi donikąd. Niech przewodniczący Kosiniak-Kamysz przestudiuje przypadek Zjednoczonej Lewicy z 2015 roku.

Zjednoczona Lewica

Toczą się rozmowy. To potwierdzają czołowi politycy wszystkich ugrupowań lewicowych: Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń, Adrian Zandberg. Co łączy te partie? Niemal pewny jednocyfrowy wynik w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Może powyżej progu wyborczego? A może poniżej? Czy połączywszy siły w jednej koalicji można liczyć na zsumowanie się elektoratów SLD, Wiosny, Razem i parunastu mniejszych lewicowych ugrupowań? Niekoniecznie.
Policzmy. Kandydatki i kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej startujący w ramach Koalicji Europejskiej uzyskali w sumie 6 proc. głosów. Koalicja Lewica Razem 1,24 proc. A Wiosna Roberta Biedronia 6,06 proc. Ale na Biedronia istotna część wyborców głosowała tylko dlatego, że głosił hasło „nareszcie zmiana”. Jakaż to zmiana i nowa polityka – w odczuciu jego wyborców – wespół z SLD. Szacuję, że Biedroń startujący w ramach zjednoczonej lewicy może stracić nawet połowę swoich fanów. W sumie koalicja lewicowa mogłaby liczyć na około 10 proc. głosów. Tylko 2 punkty procentowe powyżej 8-procentowego progu dla koalicji wyborczych.
Tak jak w przypadku Koalicji Polskiej, programowo koalicja lewicowa ma sens. Pozwala uniknąć kakofonii –szczególnie w sprawach światopoglądowych. Poza tym, nareszcie cała lewica znalazłaby się na jednej liście. A nie na trzech – jak w wyborach europejskich. Wszystko to prawda. I w to wszystko święcie wierzyli Ci, którzy w 2015 roku parli do stworzenia Zjednoczonej Lewicy. Która miała bez problemu osiągnąć wynik dwucyfrowy. „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” – to moja rada. Na jesieni najważniejszym celem jest powrót lewicy do Sejmu. A najpewniejszą drogą jest start w szerokiej koalicji.

PiS bez amunicji

Siedem punktów procentowych straty do Prawa i Sprawiedliwości to sporo. Ale nie zapominajmy, że Kaczyński znaczną część amunicji już wystrzelał. Beata Szydło – 525 tys. głosów, Jadwiga Wiśniewska – 409 tys. głosów, Patryk Jaki – 258 tys. głosów, Beata Kempa – 209 tys. głosów, Adam Bielan – 207 tys. głosów, Beata Mazurek – 204 tys. głosów, Joachim Brudziński – 185 tys. głosów. Tylko ta siódemka europarlamentarzystów zebrała 2 mln głosów. Ponad dwa razy więcej niż przegrana KE z PiS. A teraz pytanie za dziesięć punktów? Jak nazywają się następcy odchodzących ministrów: Szydło, Jakiego, Brudzińskiego? Czy jeśli wystartują do Sejmu, zbiorą również setki tysięcy głosów?
Na wyczerpaniu jest też amunicja budżetowa. „Uczciwie mówimy, że budżetu nie stać na więcej” – mówił Jarosław Gowin na parę tygodni przed wyborami europejskimi. A słowa wicepremiera potwierdzają dane ministerstwa finansów. W lutym wpływy z VAT-u były o 1,6 mld zł niższe niż przed rokiem, a w marcu o 1 mld zł niższe. Gdy ruszą wypłaty 500+ na pierwsze dziecko, pewnie znowu skoczą do góry. Ale widać, że bez ekstra transferów, zyski z samego uszczelniania VAT-u najwyraźniej osiągnęły swój kres.
Wiem, że Jarosław Kaczyński, jeśli chodzi o kiełbasę wyborczą, nie jest zbyt wybredny. Obawiam się, że „amunicją” najbliższych wyborów będą znowu masturbujące się czterolatki, Żydzi żądający odszkodowań i Niemcy niepłacący reparacji wojennych.

I bez Kukiza

Ugrupowanie Pawła Kukiza miało być kołem ratunkowym dla Jarosława Kaczyńskiego, gdyby jego partia nie uzyskała wystarczającej liczby mandatów do samodzielnego rządzenia. Ale to już raczej nieaktualne. W wyborach europejskich lista KKW Kukiz`15 nie przekroczyła progu wyborczego, uzyskując 3,69 proc. głosów. Niedawny sondaż CBOS dał Kukizowi 4 proc. – również poniżej progu. Reguła partii jednosezonowych potwierdza się. Po Ruchu Palikota i Nowoczesnej również Kukiz`15 kończy swój polityczny żywot.
Być może dotychczasowi parlamentarzyści Kukiz`15 wystartują z list Prawa i Sprawiedliwości. Paweł Kukiz przyznał w „Kawie na ławę” w TVN24, że jest do tego namawiany przez prezesa Kaczyńskiego. Nie przypuszczam jednak, aby politycy i polityczki od Kukiza przyczynili się w wyraźny sposób do poprawy notowań zjednoczonej prawicy. Jego parę procent byłego elektoratu raczej ulegnie rozproszeniu.
Nie zamierzam płakać po Kukizie. Wspominam o nim, bo utrata przez PiS ewentualnego powyborczego koalicjanta to fakt wart odnotowania. I kolejny argument przemawiający za stworzeniem jednego komitetu opozycji.

Razem czy osobno

W sobotę w Sojuszu Lewicy Demokratycznej odbędzie się referendum. Wszyscy członkowie i członkinie partii będą odpowiadali na pytanie, czy SLD w wyborach do Sejmu powinno startować samodzielnie, czy w koalicji ugrupowań prodemokratycznych? Niektórych może zdziwić ogólnikowość pytania o koalicję. Nie ma w nim doprecyzowania o kształt ewentualnej koalicji. Tego, czy ma to być koalicja ugrupowań lewicowych? Czy koalicja podobna do Koalicji Europejskiej, z udziałem Platformy Obywatelskiej.
Niestety, wobec braku ostatecznych rozstrzygnięć przyszłych koalicjantów, trudno pytać w referendum o konkretny kształt koalicji. Na przykład Piotr Zgorzelski z PSL-u zapowiedział, że ludowcy o swoim starcie w wyborach parlamentarnych zadecydują dopiero 6 lipca. Nawiasem mówiąc, pomysł ogólnopartyjnego referendum pojawił się po nieudanym projekcie Zjednoczonej Lewicy. Kiedy to o zawiązaniu koalicji zadecydowały wyłącznie gremia kierownicze partii. W 2016 roku wpisano do statutu, że w każdych kolejnych wyborach o starcie SLD w koalicji z innymi ugrupowaniami powinni decydować wszyscy członkowie i członkinie partii.

Wygrać wybory

„Dobrze oceniam Koalicją Europejską. Jest wystarczająco czasu, żeby zniwelować różnicę między PiS-em i wygrać” – powiedział w ubiegłym tygodniu przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty w rozmowie z Jackiem Prusinowskim w Radiu Plus. I tego się trzymajmy. Do wyborów pozostało 100 dni z okładem…

Bigos tygodniowy

Gdybym był sędzią skazałbym Marka Falentę na dożywocie bez prawa do przedterminowego zwolnienia. Za co? Za język, jakim napisał swój osławiony hiszpański list do Adriana z prośbą o ułaskawienie. Wszyscy komentatorzy skoncentrowali się na ogólnej treści listu, natomiast jakoś nikt nie zwrócił uwagi na jego żałosny „styl”. Otóż list został napisany pokracznym żargonem ćwierćinteligenta, niezbornym, dalekim od elementarnej logiki języka, a nawet od zwykłego sensu, o estetyce słowa pisanego nawet nie wspominając. To język niedouka, człowieka pozbawionego kultury umysłowej, pełen niedojrzałej emocjonalności i pseudorefleksyjności (te komiczne uwagi o tym jak „trudno o przyjaźń w tych czasach” i westchnięcia typu „ech, życie”), te tandetne, sentymentalne uniesienia nad życiem osobistym, ta amikoszoneria, którą raczy adresata w wątku o wspólnocie odchudzania. Do surowej kary dodałbym Falencie dożywotni zakaz korespondencji.

Po wyborach do PE wyśmiewano jedną z gazet, że napisała pospiesznie, iż „PiS wygrał o włos”. Gdy po ochłonięciu spokojnie policzono liczbę głosów oddanych na poszczególne komitety wyborcze okazało się, że PiS rzeczywiście wygrało z Koalicją Europejską o włos, bo przewagą liczbową zaledwie 115 tysięcy głosów i to pomimo mobilizacji pisowskiej „biomasy”. Jeśli do tego dodać wynik Wiosny plus Razem, to jawi się przewaga strony demokratycznej. Nawet przy uwzględnieniu wyników Kukiza i Konfederacji. Policzył to już senator Marek Borowski, który liczyć umie. W tej sytuacji PSL i Wiosna, jeśli nie wejdą do jednolitego bloku przeciw PiS, okażą się ugrupowaniami szkodliwymi dla Polski. „Tylko blok pokona PiS” – jak słusznie stwierdził profesor Jerzy J. Wiatr. Jeśli Wiosna, PSL i Razem nie otrzeźwieją ze swojej egoistycznej megalomanii i nie wejdą do Bloku, wszyscy razem, łącznie z nimi, zostaniemy zjedzeni w Kaczej Zupie. Szansa na wygraną ciągle jest…

Patryk Vega, który jest lepszym piarowcem swojej twórczości niż reżyserem (choć reżyserem jest technicznie sprawnym) oświadczył, że swoim filmem, który smaży na jesień, pozbawi PiS władzy. Swoje dzieło montuje podobno aż w Japonii, czyli w odległości bezpiecznej od kaczystów. PiS-u nie pokonał ani Górski „Uchem prezesa”, ani Smarzowski „Klerem”, ani Sekielscy swoim dokumentem, więc i Vega na tę władze nie poradzi. Nie wystarczy obsadzić Andrzeja Grabowskiego w roli Kaczora żeby PiS zadrżał w posadach. PiS może utracić władzę, ale nie z powodu filmu. Wolałbym więc, żeby Vega dalej robił kino ginekologiczne, które mi się bardzo podoba.

Adrian wędrował po niezmierzonych przestrzeniach USA. Odwiedził tam aktualnego Wuja Sama, który pochwalił chłopca, poklepał, powiedział mu, że jest dzielny, więc dzieciak się cieszy. Więcej, zrobił duuuże zakupy w trumpowym sklepiku z bronią. Słyszałem, jak ktoś powiedział, że wśród zakupów jest koncertowy fortepian dla wojskowej orkiestry dętej. Nawiasem mówiąc, obecny Wuj Sam łudząco jest podobny do swojego klasycznego wizerunku (też ma żółte włosy). Adrian wędrował też po bastionach polskości w USA, czyli po parafiach, gdzie parafialne zespoły folklorystyczne w strojach krakowskich odtańcowywały przed nim „krakowiaczek ci ja”. Te hołubce wyczerpywały cały intelektualny potencjał Polonii Amerykańskiej, która jest szczególnie dewocyjna i niezbyt mądra.

Święte Miasto Częstochowa jest Rodzinnym Miastem Redaktora Piotra Gadzinowskiego, który przyszedł w nim na świat, tak jak Jezus przyszedł na świat w Betlejem. Ale i ja sroce spod ogona nie wypadłem, bo miałem w Częstochowie świętej pamięci ciotkę Helenę, którą odwiedzałem. Dlatego także osobiście cieszy mnie sobotnia częstochowska Parada Równości z Matką Boską Tęczową na czele. Cieszy mnie, że ci młodzi ludzie swoją aktywnością uliczną rozrzedzają zaduch katolicki w Polsce i zwracają uwagę, że też są dziećmi bożymi.

Pojawiły się katolickie bractwa męskie, które mają bronić Wiary i Kapłanów przed licznymi wrogami. Rycerze Świętego Jana Pawła Drugiego zamierzają bronić obrońcy pedofilów Jędraszewskiego z Krakowa przed namolnością pismaków wszelakiego autoramentu. Wojownicy Maryi na czele których stanął niejaki Pejo, zięć Korwina, mają bronić Wiary w formule szerszej. Dobry przykład działa zaraźliwie, więc należy spodziewać się niebawem wysypu Rycerstwa. Cóż, jaki Kościół, tacy Rycerze.

Sąd uznał, że młody człowiek, który witał Adriana odbywającego gospodarską wizytę gdzieś tam, transparentem o treści: „Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent tylko dupa” jest niewinny. Dlatego ja, ośmielony przez sąd, ulżę sobie i napiszę cytując : „Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent, tylko dupa”.

Niegdyś Lwica Lewicy, dziś Służka Pisowska Aleksandra Jakubowska i publicystka u braci Karnowskich przeszła z fazy krytyki przeciwników do fazy pensjonarskiego, egzaltowanego uwielbienia dla nowego pana i nie daje powiedzieć o nim złego słowa. Do ekstowarzyszy z SLD oczywiście nienawiścią zieje niezmiennie. Kobiecina nie skorzystała z okazji by milczeć. Lewica zawsze wychodziła na zakamuflowanych, ciasnych drobnomieszczuszkach jak Zabłocki na mydle. Już Lenin przed nimi ostrzegał.

Donald Tusk ostro pojechał na pisiorów przed komisją „vatowską” Horały. Można tego mojego rówieśnika 1957 lubić albo nie, ale to mistrzowski fighter. Zdemaskował propagandowy charakter komisji i zadania postawionego przed nią przez Partię. Jedno jest pewne, wina Tuska jest niemożliwa do udowodnienia i nie zmieni tego kolejne „przesłuchanie”.

Ziobro z podkulonym ogonem wycofał się z oskarżenia prawników UJ i zaniechał kierowania przeciwko nim pozwu o kłamstwo w ocenie projektu noweli kodeksu karnego. Ptaszki ćwierkają, że Kaczor kwaknął i Pan Zbyszek odtrąbił odwrót twierdząc, że lud poznał prawdę o jego wielkim dziele i zbędne jest angażowanie sądów(jakże nielubianych) do oceny tegoż. Gdy mówił te słowa na jego twarzy wykwitły, znane i lubiane wypieki. Ciekawe dlaczego?

Ministrowie odeszli z rządu i wraz z nimi, jak donosi ”Rzepa”, zniknęły ich oświadczenia majątkowe. Nie wiemy więc, póki co, czy na finał dostali nagrody. Nie wiadomo też czy wszyscy zwrócili słynne szydłowe „należne”.

Kanikuła w powietrzu, ale nie w polityce.

Wszystkie scenariusze są dzisiaj na stole

Wywiad z Marcinem Kulaskiem, sekretarzem generalnym Sojuszu Lewicy Demokratycznej

Wybory do Parlamentu Europejskiego za nami. SLD zdobyło w nich trzeci wynik, obsadzając pięć mandatów. Mają Państwo chyba powody do satysfakcji?
Tak. 26 maja Sojusz Lewicy Demokratycznej potwierdził swoją pozycję jako trzecia siła polityczna w Polsce. Wprowadziliśmy do Parlamentu Europejskiego pięciu europosłów, a nasi kandydaci, którzy nie zdobyli mandatów, otrzymali naprawdę dobre, budzące szacunek wyniki. Mówię tu choćby o Małgorzacie Sekule-Szmajdzińskiej, której zabrakło kilkuset głosów, by znaleźć się w Brukseli. Te wyniki są dla nas bardzo ważne, ponieważ od ponad 3 lat nie jesteśmy obecni w Sejmie i Senacie, rzadziej od naszych konkurentów gościmy w mediach, a mimo tego pokonaliśmy trzy partie parlamentarne. Polskie Stronnictwo Ludowe wprowadziło tylko trzech posłów, a Nowoczesna i Kukiz’15 nie zdobyli ani jednego mandatu. To dobra prognoza na przyszłość. Wynik ten pokazuje, że Polacy potrzebują dzisiaj lewicy, potrzebują dzisiaj SLD.

A może to nie tyle siła SLD, ile bardziej kandydatów, których wystawiliście w wyborach do Parlamentu Europejskiego? Znanych nazwisk wśród nich nie brakowało.
Sojusz Lewicy Demokratycznej jest silny ludźmi, którzy go tworzą. To prawda, że wystawiliśmy mądrych, świetnie przygotowanych kandydatów. Z naszej rekomendacji mandaty zdobyli trzej byli premierzy: Leszek Miller, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Bogusław Liberadzki oraz wieloletni poseł SLD i częstochowski samorządowiec, Marek Balt. Mam pełną świadomość tego, że są to politycy, z których pracy w Parlamencie Europejskim dumni będą mogli być nie tylko członkowie SLD, ale wszyscy Polacy. Nasi europosłowie przez całą kampanię wyborczą występowali jednak pod szyldem Sojuszu Lewicy Demokratycznej i deklarowali, że po wyborach przystąpią – zgodnie z uchwałą Zarządu Krajowego SLD – do frakcji Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim. Myślę więc, że wyborcy głosowali świadomie: na świetnych kandydatów rekomendowanych przez SLD.

Za cztery miesiące wybory parlamentarne. W jakiej formule planuje startować SLD? Zostajecie w Koalicji Europejskiej, startujecie samodzielnie czy może planujecie stworzyć lewicową koalicję z Wiosną i Partią Razem?
Sojusz Lewicy Demokratycznej – jak wskazuje nazwa – jest partią demokratyczną. Nie akceptujemy podejmowania decyzji jednoosobowo przez przewodniczącego czy sekretarza generalnego. Dlatego o formule, w jakiej wystartujemy w wyborach do Sejmu i do Senatu, zdecydują wszyscy członkowie SLD w referendum. Odbędzie się ono 29 czerwca. Wtedy rozstrzygniemy, czy idziemy do tych wyborów samodzielnie czy w koalicji z innymi ugrupowaniami, które szanują obowiązującą Konstytucję i demokratyczne państwo prawne.

Jak w takim razie w referendum będzie głosował sekretarz generalny SLD?
26 maja SLD, startując w porozumieniu z innymi, prodemokratycznymi partiami politycznymi, odniósł niekwestionowany sukces. Sukces odniosła także Koalicja Europejska. Wprawdzie nie wygraliśmy z partią rządzącą, ale zdobyliśmy 38 proc. To więcej niż sondaże dawały wszystkim partiom tworzącym ten komitet wyborczy. To dobry punkt wyjścia w walce o wygraną w październiku. Dlatego jestem przekonany, że warto kontynuować współpracę. Platformę Obywatelską, Nowoczesną i Sojusz Lewicy Demokratycznej wiele dzieli. Łączy nas jednak szacunek dla Konstytucji, przekonanie o tym, że Polska powinna mieć silną pozycję w Unii Europejskiej i duma z 30 lat polskich przemian po 1989 r. To wystarczająco dużo, by zbudować silną listę wyborczą, walczyć o zwycięstwo w wyborach do Sejmu i Senatu, a w przyszłości – stworzyć koalicyjny rząd cieszący się poparciem większości Polaków. Z tego powodu będę namawiał koleżanki i kolegów do poparcia dalszej współpracy w ramach Koalicji Europejskiej. Zrozumiem jednak i uszanuję decyzję przeciwną.

Nie wolałby Pan budować wspólnej listy z Robertem Biedroniem i Adrianem Zandbergiem? I Wiosna, i Partia Razem deklarują chęć współpracy z SLD.
Sojusz Lewicy Demokratycznej jest największą i najsilniejszą partią lewicową w Polsce. Z tego powodu przed wyborami samorządowymi w 2018 r. zwróciliśmy się z propozycją utworzenia wspólnej listy do wszystkich sił politycznych na lewicy. Zaproszenie to skierowaliśmy także do Adriana Zandberga i Roberta Biedronia. W przeciwieństwie do naszych przyjaciół z Polskiej Partii Socjalistycznej czy Inicjatywy Feministycznej nie skorzystali oni z naszej propozycji. Pomysł utworzenia jednego, lewicowego bloku ponowiliśmy przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Koncepcja ta nie odpowiadała Robertowi Biedroniowi, który był przekonany, że samodzielnie zdobędzie kilkanaście procent poparcia. Teraz lider Wiosny zmienił zdanie. Wyciągamy więc do niego rękę i zapraszamy do rozmów. W tej chwili – przed wynikami referendum w SLD – niczego nie przesądzamy. Dzisiaj wszystkie scenariusze są na stole.

Dobrze ocenia Pan udział SLD w Koalicji Europejskiej. W mediach i wśród niektórych polityków Platformy, Nowoczesnej i PSL pojawia się jednak bardzo dużo głosów krytycznych wobec tego projektu i tego, jak był realizowany. Co Panu się w Koalicji Europejskiej nie podobało?
Ten projekt nie był łatwy. Pięć partii, 130 bardzo dobrych kandydatów i krótka kampania wyborcza. Zgadzam się jednak, że na pewno mogliśmy ją przeprowadzić lepiej. Mam wrażenie, że część polityków pozostałych partii koalicyjnych nie rozumiało, że kampanii wyborczej nie prowadzi się w studiach telewizyjnych, tylko w okręgach wyborczych. Wiem, o czym mówię, ponieważ przez ostatnie 3 lata, jako sekretarz generalny SLD, przejechałem razem z Włodzimierzem Czarzastym ponad 250 tysięcy kilometrów, byłem w ponad 300 powiatach. Dobre wyniki SLD dzisiaj to rezultat tego, że kierownictwo SLD częściej można spotkać w terenie, w województwach, w powiatach niż w Warszawie przy ul. Złotej, gdzie mieści się nasza centrala. Mam nadzieję, że nasi przyjaciele z PO i Nowoczesnej wezmą z nas przykład w najbliższej kampanii i wspólnie, zjednoczoną opozycją uda nam się wygrać z Prawem i Sprawiedliwością.

Będzie referendum

29 czerwca 2019 r. odbędzie się w SLD wewnątrzpartyjne referendum, w którym członkinie i członkowie partii zadecydują o formule startu ich partii z wyborach parlamentarnych 2019 r. – zadecydowała Rada Krajowa Sojuszu, w której wzięli udział również wszyscy przewodniczący organizacji powiatowych oraz liderzy partii i stowarzyszeń współpracujących z SLD.
Głosujący będą mieli do wyboru dwa warianty:
1. Popieram start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych w porozumieniu z innymi prodemokratycznymi partiami politycznymi.
2. Popieram samodzielny start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych.
Podczas obrad głos zabrali wszyscy eurodeputowani z rekomendacji Sojuszu: Marek Balt, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, prof. Bogusław Liberadzki oraz Leszek Miller.
Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD podczas konferencji prasowej po Radzie Krajowej Sojuszu powiedział:
Po różnych spotkaniach gremiów partii wchodzących w skład Koalicji Europejskiej, informacje są bardziej lub mniej stabilne. U nas nikt nie nagrywał, ale przyjęliśmy podsumowanie kampanii do Parlamentu Europejskiego, a nasze wnioski przedstawimy naszym koalicjantom.
Sojusz jest z tej kampanii zadowolony, uważamy, że odpowiedzialność za to co dobre, jak i złe, spada równomiernie na wszystkich udziałowców tej koalicji, czyli na 5 partii. Kierunek w jakim poszła dyskusja na Radzie Krajowej SLD, to kontynuowanie tej Koalicji, ponieważ tworzenie jednego demokratycznego bloku jest rozsądne. Naszym obradom przysłuchiwało się 20 przedstawicieli partii i stowarzyszeń lewicowych, to nasi przyjaciele, z którymi rozmawialiśmy na temat przyszłości. Rada Krajowa SLD podjęła decyzję o zwołaniu referendum, w sprawie formuły startu partii w wyborach do Sejmu i Senatu, które odbędzie się 29 czerwca. Przypominam, iż Statut Sojuszu Lewicy Demokratycznej zakłada referendum w trzech przypadkach: wyborze przewodniczącego bądź przewodniczącej; kandydatki bądź kandydata na urząd prezydenta formuły startu w wyborach parlamentarnych.
Ja mam swoje zdanie, kierownictwo SLD ma swoje zdanie, ale ostatecznie to 23 tysiące członkiń i członków partii zadecyduje.
W momencie kiedy będziemy wiedzieli, czy idziemy sami, czy też wystartujemy w koalicji wtedy będziemy podejmowali ostateczne decyzje. Uchwała dotycząca referendum została podjęta jednomyślnie, nikt nie zagłosował przeciw lub wstrzymał się od głosu. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ uzyskanie takiego konsensusu i jedności w partii jest trudne.
Podczas obrad Rady Krajowej SLD głos zabrali wszyscy eurodeputowani Sojuszu, cała piątka będzie nam pomagała w wyborach parlamentarnych.
Powołaliśmy zespół programowy, który ma zakończyć swoją pracę do końca lipca 2019 r., w jego skład wchodzi 50% pań i 50% mężczyzn. Nasze bardzo dokładne postulaty przedstawimy naszym potencjalnym koalicjantom.
Będziemy rozmawiali ze wszystkimi po demokratycznej stronie, w tym i z partią Wiosna. Jestem już umówiony z Robertem Biedroniem, z braćmi i siostrami z Partii Zielonych. Mamy również bardzo dobry i ciepły stosunek do Partii Razem. Jeżeli ktoś puka do naszych drzwi, to one będą otwarte.
Najpierw jednak referendum, po nim w 3-4 dni zostaną podjęte decyzje kierunkowe. Ja wykonam to co partia przegłosuje, ale moje zdanie jest następujące Koalicja Europejska zdobyła 7 procent mniej od PiS, a więc to jest koalicja, którą warto wspierać.
Bardzo się cieszę, że Sojusz Lewicy Demokratycznej przeszedł rozsądnie przez ten trudny czas. Pomimo prowokujących głosów, o tym kto jest bardziej a kto mniej związany z SLD, o tym jacy posłowie pójdą do jakiej grupy politycznej w Parlamencie Europejskim, prawda jest jedna. 5 eurodeputowanych SLD wejdzie w skład Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim, szefem delegacji jest prof. Bogusław Liberadzki i będzie pracował z pełnym wsparciem byłych premierów oraz skarbnika naszej delegacji pana Marka Balta.

Świeckie państwo

Zabieganie o przestrzeganie rozdziału kościoła i państwa nie ma nic wspólnego z walką z religią.

Kończy się zbiórka podpisów poparcia pod obywatelskim projektem ustawy „Świeckie państwo”. Zarejestrowany w kwietniu komitet inicjatywy ustawodawczej miał trzy miesiące czasu na zebranie 100 tysięcy podpisów pod projektem ustawy. Wkrótce projekt zostanie złożony w Sejmie, zaś marszałek Sejmu po sprawdzeniu i przeliczeniu podpisów powinien skierować go do pierwszego czytania na posiedzeniu plenarnym.
Fakt, mamy końcówkę VIII kadencji Sejmu, a posłankom i posłom pozostały zaledwie trzy posiedzenia plenarne. Gdyby projekt nie trafił pod obrady w tej kadencji Sejmu – nie przepadnie. Zwykłe projekty ustaw obowiązuje zasada dyskontynuacji – kończą swój żywot wraz z upływem kadencji. Wyjątkiem są projekty obywatelskie – nierozpatrzone w poprzedniej kadencji Sejmu, trafiają do nowowybranych parlamentarzystów. I chyba lepiej, by taki los spotkał „Świeckie państwo”.
Nikt nie ma chyba wątpliwości, jak sprawy świeckiego państwa traktuje rządząca prawica. W przyszłym Sejmie w ławach poselskich z pewnością pojawi się spora reprezentacja lewicy. A ponadto projekt „Świeckie państwo” będzie doskonałym sprawdzianem dla tych polityków i polityczek z innych partii, którzy wielokrotnie zapewniali swoich wyborców o „nie klękaniu przed biskupami”.

Zjednoczona lewica

Nie pamiętam sytuacji, w której cała lewica byłaby tak zjednoczona jak w przypadku obywatelskiego projektu „Świeckie państwo”. Obok siebie stanęli Włodzimierz Czarzasty z Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Adrian Zandberg – szef partii Razem. Poparcie projektu zadeklarowali również politycy Wiosny Roberta Biedronia. Prócz partii politycznych, w projekt „Świeckie państwo” zaangażowało się kilkadziesiąt lewicowych stowarzyszeń i fundacji oraz wielu działaczy społecznych, naukowców, artystów, poetów i pisarzy.
Po tak szumnej zapowiedzi, sam projekt „Świeckie państwo” być może niektórych zaskoczy. Nie proponuje rewolucji. Nie ma w nim wodotrysków. Jest – aż do znudzenia – wyliczanką paragrafów, które należy zmienić. By zlikwidowana została niczym nieuzasadniona uprzywilejowana pozycja Kościoła w Polsce.

Tajemnice finansów

Od szeregu tygodni opinię publiczną bulwersuje skala ujawnianych przestępstw pedofilii w Kościele katolickim. A także zachowanie licznej rzeszy hierarchów, którzy w przeszłości starali się skrzętnie ukrywać te przestępstwa, również przed organami ścigania. Zresztą nie tylko w przeszłości.
W tym tygodniu media obiegła wiadomość, że kierowana przez arcybiskupa Stanisława Gądeckiego kuria w Poznaniu odmówiła udostępnienia prokuraturze dokumentów dotyczących księdza pedofila z Chodzieży. Nie pomógł nawet sądowy nakaz, zobowiązujący kurię do wydania dokumentacji zgromadzonej podczas postępowania kościelnego. Biskupi tłumaczą, że wszystkie dokumenty zostały wysłane do Watykanu. Lub inaczej: zostały ukryte w Watykanie, dokąd nie sięga jurysdykcja polska.
Nie, projekt „Świeckie państwo” nie porusza tematu pedofilii wśród kleru. Ma za to zobowiązać Kościół do ujawnienia innych, skrywanych od lat, tajemnic. Tajemnic finansów kościelnych!

Konkordat

Istotę obywatelskiego projektu „Świeckie państwo” wyjaśnia tytuł ustawy: „O jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych”. Autorzy projektu nie starają się sięgać po działo największego kalibru: żądanie wypowiedzenia przez Polskę Konkordatu. Wychodzą z założenia, że zebranie w parlamencie większości konstytucyjnej do wykreślenia z art. 25 Konstytucji ustępu 4 („Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy”) zapewne jeszcze długo będzie nieosiągalne. Powołują się za to na artykuł 22 tegoż Konkordatu, mówiący o „przyjęciu za punkt wyjścia w sprawach finansowych instytucji i dóbr kościelnych oraz duchowieństwa obowiązującego ustawodawstwa polskiego i przepisów kościelnych”. No właśnie – ustawodawstwo polskie.
Ustawodawstwo polskie skrupulatnie określa obowiązki Polek i Polaków w zakresie finansów. Coroczne PIT-y szczegółowo informują organy skarbowe o przychodach podatników. Nawet nie mając obowiązku płacenia podatku, jak w przypadku niektórych darowizn i spadków, jesteśmy zobowiązani do składania odpowiednich informacji. Od dwóch lat przedsiębiorcy co miesiąc wysyłają do ministerstwa finansów tak zwany jednolity plik kontrolny z wyszczególnionymi wszystkimi wystawionymi i otrzymanymi fakturami. Z każdej złotówki rozliczają się fundacje i stowarzyszenia. A Kościół?
W 2009 roku poseł SLD Sławomir Kopyciński w interpelacji poselskiej pytał ministra finansów o poziom finansowania kościołów i związków wyznaniowych z budżetu państwa i budżetów samorządowych. Minister z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że… nie wie. Bo nikt tego nie zlicza. Podobną odpowiedź otrzymaliśmy w 2013 roku na interpelację poselską zawierającą pytanie o nieruchomości (również nieruchomości rolne) będące w posiadaniu kościołów. Nikt z polskich władz nie był w stanie udzielić odpowiedzi na takie pytanie.

Taca i kolęda

W roku 2014 kardynał Kazimierz Nycz oszacował roczny budżet Kościoła katolickiego na 8 miliardów złotych. Wielu ekonomistów potraktowało tę kwotę jako mocno zaniżoną. Twierdząc, że 6-8 mld zł przychodów Kościół ma z samej tacy. Seweryn Mosz w książce „Kasa Pana Boga” ocenia, że rokrocznie państwo w różny sposób dofinansowuje Kościół katolicki kwotą rzędu 14 mld zł.
Zwykle tylko w przypadku mafii zdarzało się, że miliardowe przepływy finansowe odbywały się poza wiedzą państwa. I właśnie temu obrotowi ogromnymi pieniędzmi bez jakiejkolwiek kontroli państwa ma postawić tamę ustawa „Świeckie państwo”. Nakłada ona obowiązek informacyjny dotyczący ujawnienia przez kościoły, związki wyznaniowe i kościelne osoby prawne wszelkich przychodów. Zarówno tych otrzymywanych od instytucji państwowych i publicznych, jak i od osób prywatnych. A więc Kościół musiałby zaprowadzić ewidencję przychodów z tacy, kolędy, opłat za chrzty, śluby czy pogrzeby. Aby system był transparentny, również wszystkie podmioty publiczne zostałyby zobowiązane do składania informacji dotyczących kwot przeznaczonych na finansowanie kościołów i związków wyznaniowych. Wszelkie informacje dotyczące finansów Kościoła trafiałyby w jedno miejsce – na biurko szefa Krajowej Administracji Skarbowej. I byłyby to informacje jawne.
To ważne: projekt „Świeckie państwo” nie przewiduje powszechnego opodatkowania przychodów kościelnych, szczególnie tych przeznaczonych na działalność religijną. Również przychodów z tacy czy kolędy. To racjonalne rozwiązanie. Nikt z nas nie wyobraża sobie opodatkowania pieniędzy wrzucanych do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Podobnie powinny być traktowane datki wiernych w kościołach. Dzisiaj różnica polega na tym, że Owsiak rozlicza się co do grosza, a o miliardach Kościoła nie ma pojęcia nawet minister finansów.

Spekulacja ziemią

Drugim ważnym celem ustawy „Świeckie państwo” jest unormowanie działalności gospodarczej kościołów i związków wyznaniowych, także jeśli chodzi o obrót nieruchomościami. Związane z tym uprzywilejowane traktowanie Kościoła dobrze ilustruje przykład gruntów nabytych we Wrocławiu przez Mateusza Morawieckiego.
Wrocławska parafia Świętej Elżbiety otrzymała od państwa 15 hektarów ziemi rolnej. Tak stanowiło ówczesne prawo, przyznające kościołom na Ziemiach Zachodnich grunty rolne przeznaczone na działalność rolniczą parafii (pomijam fakt absurdalności takich przepisów). Proboszcz parafii natychmiast ziemię sprzedał, inkasując od Mateusza Morawieckiego 700 tys. zł. Transakcja była chyba dla Morawieckiego korzystna, bo za 15 hektarów gruntu w obrębie miasta Wrocławia zapłacił tyle co za średniej wielkości szeregówkę. Niektórzy twierdzą, że już wówczas działka, którą obracano, mogła mieć wartość 4 mln zł. Gdyby sprzedawcą był nie proboszcz, a zwykły Kowalski, skarbówka bez wątpienia zakwestionowałaby kwotę zapisaną w umowie. I naliczyłaby parafii podatek od wartości rynkowej. Niejeden Kowalski w Polsce wie, jak to wygląda.
Ustawa „Świeckie państwo” nie zabrania Kościołowi prowadzenia działalności biznesowej. Ale wszystkie dochody z działalności gospodarczej muszą być opodatkowane na zasadach ogólnych. Zaś obrót ziemią odbywać się na takich samych zasadach jak innych podmiotów.

Fundusz Kościelny

Donald Tusk zabierał się za likwidację Funduszu Kościelnego z wielkim hukiem. To wtedy padły słowa, że „nie będzie klęczał przed biskupami”. Koniec końców biskupi okazali się silniejsi od premiera polskiego rządu. Pamiętam, że przy okazji dyskusji o in-vitro wraz z innymi posłami proponowałem, aby cały Fundusz Kościelny przeznaczyć na dofinansowanie zabiegów in-vitro. Wówczas była to kwota 94 mln zł. Rządząca koalicja PO‑PSL pomysł odrzuciła.
Od czasu objęcia rządów przez Prawo i Sprawiedliwość Fundusz Kościelny rośnie jak na drożdżach. Już w 2018 roku przekroczył 150 mln zł. Wśród celów, na które mogą być wydatkowane pieniądze z Funduszu Kościelnego znajdziemy remonty zabytkowych obiektów sakralnych, prowadzenie placówek opieki społecznej, pomoc ofiarom klęsk żywiołowych i wiele innych. Ale niech nikogo nie zmyli ta lista zbożnych celów. Lwia cześć pieniędzy z Funduszu Kościelnego przeznaczana jest na finansowanie składek ZUS osób duchownych.
„Obecny system ubezpieczeń społecznych osób duchownych narusza zasadę równości ubezpieczonych wobec prawa” – piszą w uzasadnieniu autorzy ustawy „Świeckie państwo”. To zupełnie oczywiste. Któż z nas nie chciałby otrzymywać „dotacji” na płacone co miesiąc horrendalne składki ZUS. Ale póki co, takimi szczęśliwcami są tylko księża i siostry zakonne.

Tęcza i wagina

Debatę publiczną rozgrzewa tęcza wokół głowy Matki Boskiej. Słowa Leszka Jażdżewskiego o świniach taplających się w błocie. Hostia w kształcie waginy (albo odwrotnie). Nabożeństwo ekumeniczne podczas Parady Równości. Można z aprobatą podchodzić do wspomnianych happeningów. Lub z dużą rezerwą. Jedno jest pewne. Zręby świeckiego państwa budowane są gdzie indziej.
Systematycznie. Krok po kroku. Politycy. Ale również prawnicy i legislatorzy. Powinni z polskiego prawodawstwa eliminować wszystkie te zapisy, które dają Kościołowi więcej. Więcej praw. Więcej ulg. Więcej przywilejów. Winni po części są wszyscy: Unia Wolności, AWS, SLD. Ważne, by dzisiaj naprawiać tamte błędy. Odbudowując świecką Polskę.
Obywatelski projekt „Świeckie państwo” nie załatwia wielu problemów pojawiających się na styku państwa i kościoła. Ale z pewnością jest krokiem we właściwym kierunku.

Objedziemy każdy powiat

Przemówienie z Rady Krajowej Sojuszu Lewicy Demokratycznej 9 czerwca 2019 r.

SLD to 23 tysiące ludzi w 340 powiatach, to silna partia. Silna partia, która jak wchodzi do koalicji to okazuje się – i mówię to bez arogancji i bufonady – że ta koalicja skręca w stronę programu, który Sojusz reprezentuje. Przecież wszyscy twierdzą, iż Koalicja Europejska skręciła w lewo. Jeżeli jest to prawda, że Koalicja skręciła w lewo, to stało się tak dzięki m.in. Sojuszowi Lewicy Demokratycznej. W ramach Koalicji Europejskiej uzyskaliśmy 16 procent głosów, 23 procent mandatów. Te 16% to jest ponad 800 tysięcy głosów i zdobyło je kilkanaście osób, czyli tyle co cała lista Wiosny. Proszę pamiętać, iż w wielu województwach były osoby wsparte co prawda przez nas, nie zrobiły takiego wyniku jakbyśmy chcieli. Ale to był nasz wybór, myśmy się decydowali i myśmy podejmowali decyzje. 16 procent głosów, to są głosy oddane m.in. na Gosię Sekułę-Szmajdzińską i to jest bardzo dobry przykład dla SLD. Gosia była 3 na liście i zdobyła 64 tysiące głosów. Czyli konkretny wyborca szukał osoby związanej z Sojuszem, znalazł ją i zagłosował. 64 tysiące głosów to jest więcej, niż zdobyła pięć lat temu w tym okręgu, pani Lidia Geringer de Odenberg z jedynki. Oznacza to, że jak chcemy to zdobywamy dobry wynik.
W tej chwili mówi się, że ta Koalicja powinna się rozwiązać, że to nie jest dobry pomysł. Proszę Państwa, 38 procent głosów zdobyła koalicja, która powstała 3 miesiące temu, a partia rządząca wydając miliardy, zdobyła 7 procent więcej. Czy jest gdzieś kraj, w którym na pół roku przed wyborami są dwie partie, które idą na różnicy 7 procentowej, a trzecia partia jest na progu wyborczym a czwartej nie ma, i mówi się, że to jest zły wynik? Patrzę na to z zadziwieniem, ponieważ zamiast się wziąć do roboty, zamiast poprawiać wszystkie rzeczy złe i skonsolidować się, zamiast być jak jedna pięść i walczyć – to jeden zmienił zdanie, drugi się zastanawia, a trzeci się waha i robią to w mediach. Mówię Wam: bądźcie dumni z tego wyniku. Ten wynik nie tylko dał 5 mandatów SLD, dał Polsce 5 mądrych eurodeputowanych oraz nadzieję na to, że wygramy z PiS-em. Nikt inny z PiS-em – poza tą Koalicją – nie wygra. Tak jak mamy 5 eurodeputowanych, to za chwilę mamy mieć wielu posłów. Nikt nam tego nie da, ale każdy będzie chciał to zabrać. To jest Koalicja, w której zasady są bardzo trudne, koalicja walki. Wygrywa silniejszy, szybszy, w pozytywnym sensie cwańszy i mądrzejszy. I do takiej walki stajemy. Ale Wy jesteście mądrzejsi, szybsi i cwańsi – tylko musicie w to uwierzyć. Jak tacy jesteśmy to mamy 5 eurodeputowanych. W związku z tym mam następującą propozycję: nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „oszukali nas”. Daliście się oszukać – taka jest interpretacja. Nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „byli od nas szybsi”. Byliście wolniejsi. Nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „byli mądrzejsi”. My byliśmy głupsi. Nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „zrobili spotkanie i dali kandydatów do komisji wyborczych”. My nie zrobiliśmy takiego spotkania jako pierwsi i to my nie daliśmy kandydatów. To jest walka, to jest polityka. Tu nikt nie będzie czekał na nikogo, macie być pierwsi!
Sprawia się ostatnio w mediach takie wrażenie, że najważniejszy jest Senat oraz prawa dla samorządów, że trzeba zmienić prawo, aby były one silniejsze, a także umocnić ludzi związanych z Koalicją Europejską w tychże samorządach i dać im większą władzę. Czekam na hasło: Wasz Sejm, nasz Senat. Pragnę powiedzieć twardo: uprzedzam przed takim sposobem myślenia. Prawo w Polsce jest stanowione przez Sejm i walczymy o obie izby parlamentu. Jeżeli odpuścimy Sejm i zaczniemy opowiadać bzdury na temat praw dla jednych, drugich, dziesiątych, że Senatem wszystko wygramy, że najważniejsze jest niedopuszczenie do większości konstytucyjnej dla PiS-u – to jako pragmatyk mówię Wam: przegramy. W poważnej polityce nie tworzy się prawa pod określone zjawiska i pod określonych ludzi. Jeżeli ktoś myśli, że prezydenci z SLD, z PO, czy też PSL będą nimi całe życie to się myli. Jeżeli damy im niesłychane uprawnienia, a werdykt wyborczy za 4 lata będzie w drugą stronę, to będziemy się zastanawiali jak te uprawnienia zabrać. To jest absurd. Ważne jest państwo, myślenie poważne i odpowiedzialne o nim, a nie o danej chwili. Ja w to wierzę, Socjaldemokracja zawsze uważała, że państwo powinno być silne. Oczywiście trzeba rozmawiać o przekazaniu środków finansowych samorządom, jeżeli te samorządy otrzymują dodatkowe zadania. Musi jednak istnieć zrównoważony rozwój – jedno z ważniejszych haseł socjaldemokracji. To nie może być tak, że Warszawa ma być bez przerwy bogatsza, a Ostrołęka ma być bez przerwy biedniejsza. Nie będziemy kasować funkcji wojewodów. Możemy ograniczać ich uprawnienia, ale państwo musi być sprawne np. w momencie klęski żywiołowej. Gwarantem tego rozsądnego rozwiązania powinniśmy być my. W tym miejscu należy zaznaczyć, iż inny wymiar ma wynik na poziomie 6,7 procenta uzyskany przez nas w wyborach samorządowych. Nie chcę wchodzić w polemiki, ponieważ przegadaliśmy to nie raz, ale powiem Państwu jedną rzecz. Gdybyśmy nie wzięli 6,7 procent w wyborach do samorządu, to nie bylibyśmy partnerem i podmiotem w rozmowach o Koalicji Europejskiej. Jak jadą dwa czołgi, a pośrodku jedziemy na rowerze, to prędzej czy później to czołgi pojadą dalej a rower ugrzęźnie w błocie. Mimo wszystko wzięliśmy 6,7 procent. Trzeci podmiot, który wprowadził eurodeputowanych w ostatnich wyborach – Wiosna – wziął też 6 procent. Taka jest polaryzacja. Rośnie frekwencja – mali maleją i trzeba to mądrze brać pod uwagę.
Wiecie, że nie jestem złośliwy, czy też cyniczny, ale na mojej drodze czytania książek pojawiło się nowe zjawisko – perwersja polityczna. Perwersja polityczna, która została zaprezentowana przez mojego byłego przyjaciela pana Krzysztofa Gawkowskiego. Nie rozumiałem jego decyzji o odejściu. Jak napisał na Twitterze, że dosyć ma partii, która bierze w wyborach 6,7 procenta, to nie wiedziałem, że chce iść do partii, która bierze 6 procent. Gdybym to wiedział, to powiedziałbym: Krzysiek idź do Kukiza oni wezmą 3 procent. Wszystko będzie pamiętane, a wszystkie słowa spisane. Były trudne momenty w historii SLD, z winy i głupoty ludzkiej lub partyjnej, ale konkretne osoby zostały i wciąż tworzą tę partię. Jak mawia Aleksander Kwaśniewski: „pamiętajmy, ale nie bądźmy pamiętliwi”.
Pytanie jest takie: co robić? Jakie mamy cele? Po pierwsze, przedstawienie mądrego, konkretnego i przyswajalnego programu. Programu, który posłuży do przekonania ludzi do nas, do naszych kandydatek i kandydatów. Po drugie, odsunięcie PiS-u od władzy. Po trzecie, wejście do parlamentu. Jak mówię o programie, to nie mówię o rozszerzaniu, zmienianiu o powołaniu komisji, że to ważny problem, ale mówię o konkretach. Mówię o emeryturze wdowiej, mówię o finansowanym przez państwo w kwocie 50 000 zł wkładzie własnym na mieszkanie, mówię o emeryturach – o prawie do niej po 35 latach pracy dla kobiet i 40 latach pracy dla mężczyzn, mówię o powiązaniu najniższej emerytury i renty z płacą minimalną, o kwocie wolnej od podatku równej rocznej płacy minimalnej, mówię o in vitro. Wchodząc w konkretną koalicję, chciałbym doprowadzić do tego, żeby położyć na stole 30 spraw, na których zależy polskiej lewicy i powiedzieć: to są sprawy, które wnosimy na wokandę, na których nam zależy. Mamy świadomość, że część z nich w takiej koalicji, nie zrealizujemy. Dlaczego? Ponieważ nie mamy w Sejmie lewicowej większości. Trzeba to nazwać i stworzyć protokół rozbieżności i powiedzieć, że tego nie da się przeprowadzić przez te cztery najbliższe lata. Ale przez te cztery lata będziemy tak pracować, aby odbudować siłę polskiej lewicy, bez względu na to czy ona się nazywa PPS, Zieloni, Razem czy SLD, po to, aby zrealizować nasze marzenia. A marzenia nie zawsze się spełniają od razu. A ja wyobrażam sobie to tak w przyszłej koalicji. Związki partnerskie. W Polsce blisko 30% dzieci rodzi się poza małżeństwami, w związkach partnerskich i nikt tego nie zmieni, ponieważ po prostu tak jest. Można powiedzieć w ten sposób: wprowadzimy związki partnerskie. Również dla osób tej samej płci. Dajmy im prawa w zakresie spadkobrania, wspólnego rozliczania się, tajemnicy lekarskiej. I tyle w tej kadencji. Czy to kogoś zbulwersuje? A popchnie sprawę do przodu. Mówmy naszemu elektoratowi: nie rezygnujemy z naszych poglądów, ale jesteśmy wstanie zrealizować tyle ile wydyskutowaliśmy w ramach tej koalicji. Jest cała służba zdrowia, reforma emerytalna, sprawy dotyczące starszego pokolenia, kwestia budowy nowych i remontowania starych mieszkań – to wszystko jest do ustalenia. Natomiast tam gdzie się różnimy, to nie chodźmy i opowiadajmy: nie dogadaliśmy się – dogadaliśmy się, oto protokół rozbieżności. W takiej sytuacji nikogo nie oszukujemy. Będziemy mieli siłę, będziemy realizowali nasze pragnienia – mamy mniej siły, to zrealizujemy tylko niektóre pragnienia. W obecnej koalicji nie ma problemu np. z in vitro, wszyscy za tym rękę podniosą, ponieważ wszyscy wiedzą, że in vitro to nie ideologia, ale medycyna.
Sprawa odsunięcia PiS-u od władzy. To nie może być podstawowy i jedyny motyw jakiejkolwiek naszej przyszłej kampanii, przecież my również walczymy o elektorat PiS-u. Nasza lewicowa zasada, którą dziś odmieniają przez wszystkie przypadki: damy Wam to, co dał Wam PiS, oddamy Wam to co PiS Wam zabrał, w sferze godności, praw nabytych, Konstytucji, praworządności, czy też sądownictwa. Sprawy socjalne są dla nas ważne, jesteśmy socjaldemokracją. Socjal jest i będzie dla nas ważny, jeżeli państwo stać na to, aby pomagać ludziom to ma to robić. Ale państwo musi być na to stać. Nie ma co wchodzić w żaden populizm, czy on jest progresywny, czy on jest ortodoksyjnie prawicowy. Populizm jest populizmem i służy tylko jednej rzeczy – zdobyciu władzy. A potem hulaj dusza… Socjaldemokracja się nigdy na to nie zgodzi.
Wejście do parlamentu. W tej sprawie dyskutowane są różne warianty. Partia Razem mówi, że ma prymat wartości nad pragmatyzmem i uczciwie to mówi. Bardzo ich za to szanuję i jesteśmy w bardzo dobrych kontaktach. Można mieć prymat pragmatyzmu nad wartościami, ale chciałem ogłosić następujące hasło na Radzie Krajowej SLD w obecności szefów organizacji powiatowych: mamy prymat wejścia do Sejmu z wykorzystaniem wszystkich możliwości. To jest dla nas najważniejsza sprawa, jeżeli nasza partia, jeżeli lewica nie wejdzie w tym roku, w październiku do Sejmu to w tym kształcie Razemowo-SLDowskim się rozpadnie. I miejcie tego świadomość. To jest nasza odpowiedzialność i nikt jej z nas nie zdejmie. Nikt! Nie chcę budować swojej pozycji, ona się buduje za Waszym pośrednictwem. Jeżeli będzie jakikolwiek projekt, który będzie balansował na progu wyborczym – 5 lub 8 procentowym – nie zgodzę się na ten projekt. Nie zgodzę się na ten projekt. Ludzie mnie zaklinają i mówią: „będzie na pewno 7 procent”. A ja się pytam: „co będzie, gdy wynik wyniesie 4,99 procent”? Mówią: „będzie na pewno 8 procent, dziś jest 10-12 procent”. A ja się pytam: „co będzie, gdy wynik wyniesie 7,99 procent”? Myśmy to przeżyli. Historia służy temu, aby wysnuwać z niej mądre wnioski. Musimy wybrać dobry projekt i być odpowiedzialnym, nie dać się podpuszczać. Media mainstreamowe zaczną nas chwalić, że nasze dogadywanie się na lewicy to taka świetna historia, ale jeżeli efektem tej narracji będzie koalicja, która będzie miała 9 procent, przy progu 8 procent – to nie ma na to mojej zgody. Zrezygnuję szybciej z funkcji szefa SLD niż zgodzę się na takie rozwiązanie. Pomóżcie mi wejść w projekt, który da nam gwarancję powrotu do Sejmu, da gwarancję powrotu lewicy do Sejmu. Ja w to wierzę i chcę zarazić Was tą wiarą!
Do końca lipca będziemy gotowi programowo, do dyskusji z każdym. Będziemy mieli 30 spraw, na których nam najbardziej zależy i to nie będzie rozmowa o wszystkim, ale o konkretnych sprawach. Jako Zarząd SLD proponujemy 29 czerwca 2019 r. przeprowadzić referendum, w którym chcemy zadać dwa pytania: czy jesteście za samodzielnym startem SLD w wyborach do parlamentu oraz czy jesteście za tym, aby SLD poszło do wyborów z partnerami? Dlaczego pytania są tak sformułowane? Musimy mieć w tej sprawie jasność. Zawsze po wyborach pojawia się masę głosów: „a nie mówiliśmy, aby SLD poszło samo”. Facebook. Twitter, listy, dyskusja w powiatach. Byliśmy z Marcinem Kulaskiem w 220 organizacjach powiatowych i zawsze słyszymy taki głos: „lepiej, abyśmy poszli sami”. Niech koleżanki i koledzy odpowiedzą na to pytanie, ponieważ jak nie mamy iść sami, to musimy szukać partnerów. A my musimy mieć drogę otwartą do tych partnerów. Mogliśmy zadać pytanie: „czy jesteś za tym, abyśmy byli w Koalicji Europejskiej?” albo „czy jesteś za tym, aby budować blok lewicowy?”. Tylko jest jeden problem, ja nie wiem co się stanie z Koalicją Europejską i nie chciałbym, aby partia zagłosowała za Koalicją Europejską, w której będziemy tylko my. Nie odpowiadam za PSL, nie odpowiadam za Platformę, nie odpowiadam za Nowoczesną, za przyjaciół z Partii Zieloni. Po prostu nie odpowiadam za nich. Również nie wiem czy do jesieni nie zniknie Wiosna. Przecież pory roku się zmieniają. W związku z tym prosimy Was o decyzję, czy mamy prowadzić rozmowy z partnerami? Jeżeli tak, to uwierzcie w to, że poprowadzimy je dobrze. W pierwszym rzędzie siedzi 5 eurodeputowanych. To jest dowód naszego rozsądku i umiejętności. Będziemy prowadzić negocjacje w czerwcu i w lipcu ze wszystkimi siłami. Niektórzy politycy z innych partii nie wytrzymują ciśnienia, ale my wytrzymamy, ponieważ mamy swoją historię. Dałem słowo i będę namawiał partię do pozostania w Koalicji Europejskiej, ponieważ przy tej polaryzacji społeczeństwa to jest dobry projekt. Ale jeżeli Państwo zadecydujecie inaczej, to bez szemrania będę wykonywał inne decyzje.
Zabezpieczymy te wybory finansowo, po raz pierwszy w ramach tego planu mówię tak: pieniądze będą kierowane do kandydatów. Ale nie będzie dane nic za darmo. Jeżeli komuś zależy, jeżeli ktoś chce z nami, czy też za mną gryźć trawę to znajdzie dodatkowe środki. Jeżeli ktoś wierzy w swój sukces to znajdzie pieniądze. Kandydatki i kandydaci do Sejmu i Senatu – zobowiązaliśmy wczoraj szefów Rad Wojewódzkich – chcemy ich kandydatury do końca czerwca. Przygotujcie się do tego, nikt tego za Was nie zrobi. Na szczeblu wojewódzkim i powiatowym zostaną powołane sztaby wyborcze, stanie się tak do końca lipca. Poprosimy naszych eurodeputowanych o pomoc, zresztą każdy z nich ją deklarował i wciąż ją deklaruje. Objedziemy każdy powiat, każdą gminę. I jeszcze jedno. Nie usłyszycie ode mnie złego słowa na Grzegorza Schetynę, ponieważ odpowiedzialnych nas było pięcioro i każde bierze odpowiedzialność za siebie. Jak patrzę na dyskusję mediów pt. „Zmienić szefa Platformy”, to jest to tak, jakbym powiedział do Gazety Wyborczej: „źle o nas piszecie, wywalcie z pracy Michnika”. Brońmy tych ludzi, jesteśmy na tej samej łódce, która wprowadzi nas do Sejmu.
Jesteśmy jako SLD ekipą. Uwierzcie w to, odbudowaliśmy ekipę. Jesteśmy – po trzech latach niebycia w parlamencie – ekipą. To jest bardzo ważne przesłanie. Każdy z nami chce współpracować, Robert Biedroń też. Chociaż prosiliśmy go o współpracę w wyborach samorządowych, czy też do Parlamentu Europejskiego. Ale wtedy miał 16% poparcia i nie chciał. Zdjęto z nas odium postkomunistycznych aparatczyków. Czy Państwo zauważyli, że nikt się nie wstydzi stanąć koło naszych byłych premierów, koło ludzi z SLD. Nie jesteśmy już trędowaci. To Wasza robota, to mądra polityka.
Przestrzegam Państwa przed arogancją, butą i złym traktowaniem naszych partnerów na lewicy. Zrobiliśmy bardzo dobry wynik, ale on jest przyczyną wielu elementów – głównie naszej pracy, ale również mieliśmy szczęście. Może to jest tak, że „pan Bóg kocha niewiernych, bo wiernych ma w kieszeni”. Mamy dobry czas, a ja szczególnie muszę się gryźć w język, aby nie powiedzieć czegoś bezsensownego.
Proszę Państwa, jeżeli jest tak, że na sali siedzi 3 byłych premierów z SLD, Aleksander Kwaśniewski pisze do nas list, na dwudziestolecie Sojuszu stoi obok mnie Marek Borowski, a dziś w pierwszych rzędach siedzi dwadzieścia liderek i liderów organizacji lewicowych, to znaczy, że naprawdę przeszliśmy kawał drogi. I nie spieprzmy tego.

 

Głos lewicy

SLD odniósł sukces

Przemówienie Marcina Kulaska, sekretarza generalnego SLD podczas zebrania Rady Krajowej 9 czerwca 2019:
Koleżanki i Koledzy!
26 maja Sojusz Lewicy Demokratycznej odniósł sukces.
Jako partia, która od blisko czterech lat jest poza Sejmem i Senatem, wprowadziliśmy do Parlamentu Europejskiego pięciu eurodeputowanych, doskonale przygotowanych, mądrych, z których dumni będziemy nie tylko my, zgromadzeni na tej sali, ale także wszyscy Polacy. Pięć mandatów dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Parlamencie Europejskim to tyle samo, ile udało nam się zdobyć pięć lat temu, w 2014 r. Ktoś może powiedzieć, że nie jest to w końcu tak dużo. Tak, to prawda. Są w Polsce dwie partie, którym udało się zdobyć lepszy wynik: to Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska. Ta sztuka jednak nie udała się innym formacjom parlamentarnym: Polskiemu Stronnictwu Ludowemu, które zdobyło tylko trzy mandaty, ruchowi Kukiz ‚15 i Nowoczesnej, które – mimo tego, że mają swoich przedstawicieli na Wiejskiej, że codziennie obecni są w mediach – nie wprowadziły ani jednego posła do Parlamentu Europejskiego.
Ten sukces to jednak nie tylko wybory i ciężka praca wszystkich kandydatów w kampanii, ale także praca, którą wykonaliśmy przed ogłoszeniem powstania Koalicji Europejskiej.
Stało przed nami zadanie podwójnie trudne. Musieliśmy usiąść do rozmów z partnerami, których dotychczas mieliśmy za swoich przeciwników, z partnerami, którzy mają inne niż nasze biografie polityczne, inny styl uprawiania polityki. Musieliśmy też zmierzyć się z kalendarzem. Czasu, jak nigdy, mieliśmy bardzo mało. Ale udało się.
Udało się wynegocjować dobre miejsca na listach dla naszych kandydatek i kandydatów. Lepsze niż mieli kandydaci PSL, Nowoczesnej i Zielonych, ale też często lepsze niż te, z których startowali obecni europosłowie Platformy Obywatelskiej. Jedynki, dwójki, trójki z SLD zrobiły dobre wyniki i nie mówię tu tylko o obecnych europosłach. 15 przedstawicielek i przedstawicieli rekomendowanych przez SLD zdobyło 23% głosów na Koalicję Europejską. Ten wynik mówi sam za siebie, bo koledzy z PSL zebrali tylko 12%, a z Nowoczesnej – 1%, mniej niż zdobyła Partia Zieloni.
Udało się wynegocjować dobre warunki finansowe naszego udziału w koalicji.
To wszystko, co powiedziałem pokazuje, że Koalicja Europejska miała realnie dwa filary: Platformę Obywatelską i Sojusz Lewicy Demokratycznej. To te dwie partie zdobyły lwią część głosów, to te dwie partie sfinansowały wspólną kampanię Koalicji Europejskiej. Byliśmy dla siebie trudnymi, ale odpowiedzialnymi partnerami.
26 maja Sojusz Lewicy Demokratycznej odniósł sukces. Pokazaliśmy, że jesteśmy formacją, która ma dobrą, mądrą ofertę dla społeczeństwa, która ma świetnych kandydatów, cenionych i szanowanych przez wyborców. Pokazaliśmy też, że jesteśmy sprawdzonym i poważnym partnerem dla naszych koalicjantów. To bardzo dużo. Dużo, jak na dobry początek drogi, która – o czym jestem przekonany – za niewiele ponad cztery miesiące zaprowadzi nas z powrotem do Sejmu i Senatu!

List Marka Falenty

– Kiedy przeczytałem ten list, to pomyślałem, że on jest tak napisany, żeby prezydent Duda nie mógł ułaskawić autora tego listu. To wygląda na szantaż i gdyby prezydent postąpił zgodnie z intencją autora tego listu, to by się naraził na bardzo poważną krytykę – mówił Leszek Miller na antenie TVN24.
Na uwagę prowadzącego program, że w założeniu list nie miał być publikowany, Miller odpowiedział: – Nigdy nie można zakładać, że jak coś się napisze, to to nigdy nie ujrzy światła dziennego, zwłaszcza jeżeli list ma przejść całą procedurę. Jeśli pan Falenta uważał, że to nigdy nie zostanie podane do publicznej wiadomości, to tylko potwierdzał swoją naiwność – dodał. Miller przypomniał też, że „Falenta jest skazany na 2,5 roku więzienia”. – W tej sytuacji każdy robi wszystko to co może, żeby się z tego więzienia wydostać przed terminem – podkreślił.
W ocenie gościa „Rozmowy Piaseckiego” „dwie możliwości są w miarę realne”. – Albo Falenta zaczął to [nagrywanie w aferze podsłuchowej – przyp. red.], bo liczył na profity w biznesie, bo dobrze wiedzieć, co biznesmeni czynią, jakie mają plany, albo miał jakiś kontakt ze służbami specjalnymi. Tylko jest pytanie, jakimi – skomentował eurodeputowany SLD.
Źródło: sld.org.pl
– Jeżeli by się okazało, że zleceniodawcy są jasno określeni, że był to czynnik polityczny, który użył tej sprawy do walki politycznej, to by był bardzo poważny problem dla PiS-u – ocenił były premier.

tytuł do lewicy
tekst

Syzyfowe podpisy

Już nie wiem po raz który politycy lewicy z centrali wymyślają, poniekąd słuszny, ale z góry skazany na niepowodzenie, obywatelski projekt ustawy pod którym trzeba zebrać podpisy. Podpisy oczywiście muszą zebrać szeregowi członkowie partii lub jej sympatycy. Do tego dochodzi cykliczne zbieranie podpisów pod listami wyborczymi, które są konieczne do ich (list) rejestracji. W sumie głównym zajęciem członków partii na lewicy jest zbieranie podpisów. Przy czym dodam, że przed podjęciem decyzji o takim czy innym zbieraniu podpisów dołów partyjnych góra o zgodę nie pyta.
Ostatnio zbierane są podpisy pod projektem ustawy o świeckim państwie. Jest to pomysł Barbary Nowackiej, oczywiście z punktu widzenia lewicy słuszny i niestety nie mający szans na powodzenie. Wszystkie projekty obywatelskie, kierowane do sejmu głównie przez lewicę, ale nie tylko, rządząca większość szybko lokuje w koszu na śmieci. Tak jest za rządów PiS i tak było za rządów PO-PSL. Przypuszczam, że pomysłodawcy takich ustaw mają świadomość, że ich pomysł w praktyce jest nierealny, ale chcą zaistnieć w polityce. Na to zaistnienie potem pracują tysiące ludzi zbierających podpisy poparcia. Są oni w pełni świadomi, że na nic zda się ich praca. To rodzi frustracje i złość. Bo ile można zbierać podpisy, które potem okazują się makulaturą. Ale zaraz po jednej akcji inny lider czy mała grupka wymyśla kolejną akcję. Innym liderom nie wypada się wykręcać i zaprzęgają swój aktyw do następnej syzyfowej akcji. Tymczasem zbierający podpisy czują się jak wyrobnicy, co to nie potrafią myśleć. Taka mnogość akcji podpisowych zniechęca także podpisujących, którzy coraz mniej chętnie ujawniają swoje dane. Powinny być one, w myśl nowych przepisów, chronione, a w tym przypadku raczej nie są.
Wkrótce czeka nas kolejne zbieranie podpisów przed wyborami jesiennymi. Ale może w Warszawie powstanie jakiś nowy pomysł polityczny wymagający zebrania podpisów i aktyw ponownie zostanie zaprzęgnięty do zbiorki. Aż się w końcu ten aktyw zdenerwuje i pogoni wymyślaczy obywatelskich projektów z góry skazanych na niepowodzenie. Sądzę, że ostatnie wybory były też tego sygnałem.