Wiosna na cały wyborczy rok

Politycznym hitem ostatnich tygodni stała się konwencja założycielska partii Roberta Biedronia, która oficjalnie przyjęła optymistyczną nazwę „Wiosna”. Przyznam, że – jak na partię – nazwa to nietypowa.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że partie w większości już samą nazwą wbijają nam do głów swe ideowe przesłanie, aczkolwiek niektóre z nich popisały się w ostatnich latach wyjątkową przewrotnością: bez wątpienia cecha ta dotyczy przypadku „Prawa i Sprawiedliwości”, bowiem w praktyce nazwa ta stała się praktyczną wersją sformułowanej niegdyś, też przez J. Kaczyńskiego, zasady „tkm” (przed podaniem pełnej wersji spłoszyło mnie słowo na „k”).
Słucham, czytam i „konstatuję”, że R. Biedroń efektowną inauguracją zdrowo zamieszał politykom i dziennikarzom w głowach. Przywódcy partyjni nie wróżą Wiośnie rozwoju, chociaż na Torwarze zobaczyli mnóstwo młodych twarzy, i to zarówno kobiet, jak i mężczyzn! To rzadki obrazek na tle polskiej rzeczywistości politycznej i od razu wyznam, że mniej mnie dziwi nawet ten nadmierny optymizm (niektórzy nazywają to populizmem) Biedronia, demonstrowany na progu własnego politycznego domu, niż obecność np. Barbary Nowackiej w pierwszym rzędzie prawicowej Platformy. Zwłaszcza w kontekście podejmowanej przez nią mało zręcznej krytyki programu partii Wiosna.
Nie ulega wątpliwości, że Robert Biedroń wykonał kawał dobrej, społecznie potrzebnej roboty, wzywając do polityki pokolenie, którego obecności na polskiej scenie politycznej bardzo brakowało. Wprawdzie kilka lat temu powstała partia Razem, ale – przy użyciu ostrych kryteriów ideologicznych już na starcie zamknęła się przed otwartym naborem chętnych, co – jak wiadomo – ani jej, ani innym strukturom na lewicy sukcesu nie przyniosło. Zapamiętale krytykowała też SLD, odmawiając tej partii współpracy w jakiejkolwiek formie. Dzięki temu – jak to ktoś niedawno powiedział – Razem znalazła się dziś w próżni politycznej.
Warto przypomnieć, że na lewicy wcześniej były próby „pragmatycznej” zamiany liderów starych na młodych. W 2011 r ówczesny szef SLD – Grzegorz Napieralski – w wyborach do Sejmu powierzył jedynki w większości kandydatom młodym, aczkolwiek nawet na lewicy szerzej nie znanym. Próba zmiany pokoleniowej wewnątrz partii nie dała sukcesu, wynik wyborczy SLD był najsłabszy w ówczesnej historii partii. Podobną decyzję i z podobnym skutkiem podjął M. Borowski, który wyprowadził z SLD w 2004 poważnych ludzi, po czym nieoczekiwanie na czołowych funkcjach w partii wymienił ich na nieopierzonych, politycznych małolatów. Ci pierwsi poczuli się zbędni i z czasem zaczęli wracać do SLD, ci drudzy nie mieli siły przyciągania, bo – jak się okazało – niewiele jeszcze umieli. Myślę, że warto pamiętać o tych nieudanych próbach odmładzania partii na siłę.
Do niedawna zadawałam sobie nieustannie pytanie, w jaką niszę polityczną schowała się dziś generacja 25-45? Przecież nie wszyscy wyjechali z kraju w poszukiwaniu pracy i szczęścia pod innym niebem, nie wszyscy też trafili do wyizolowanej partii Razem. Wszystko wiedzący dziennikarze (wspierani przez niektórych socjologów) wieszczyli, że młode pokolenie w większości jest indyferentne politycznie, a jeśli już – to raczej skłania się ku prawicowej wizji rzeczywistości (patrz: narodowcy), niż ku lewicowości.
I oto okazało się, że na polskiej scenie politycznej jest zapotrzebowanie na nową partię polityczną – demokratyczną, proeuropejską i antyklerykalną, której powstanie zdecydowanie osłabia społeczne umocowanie bloku autorytarnego, reprezentowanego przez PiS, zwarte szeregi ONR i kościół hierarchiczny. Na Torwarze Wiosna przedstawiła polityczną ofertę i ekipę, która obiecała ją urzeczywistniać. Mam nadzieję, że nie zabraknie im energii, wytrwałości i rozumu, bo zbudowanie nowej partii jest samo w sobie wyzwaniem niezwykle żmudnym, wymagającym talentu i twórczej inwencji, a polityka jest zajęciem poważnym i odpowiedzialnym.
Wie coś na ten temat pokolenie lewicy, które budowało nową socjaldemokrację po 1989r, wówczas najczęściej 35 +, (Kwaśniewski był jeszcze młodszy, a Oleksy na pewno nie należał wówczas do „średnio-starszego” pokolenia). W każdym razie dominowali wśród nas ludzie urodzeni tuż po II wojnie światowej i tak nam się po 1989 /90 potoczyło, że niespodziewanie dla nas samych przyszło nam zastąpić tych, którzy przy Okrągłym Stole podzielili się władzą ze środowiskiem opozycyjnym.
Czy byliśmy do tego przygotowani..?
Moje pokolenie rosło szczęśliwie bez wojny, czas spędzało na kształceniu w porządnych szkołach i uczelniach, a po 1989r – gdy „przyszła na nas pora” – na miarę uzyskanego poparcia społecznego – odważnie włączyliśmy się w realizację wyzwania, jakim było wypracowanie nowego ładu ustrojowego i gospodarczego Polski oraz jej pozycji na scenie międzynarodowej. To, co nas odróżnia od współczesnych, w tym założycieli partii Wiosna, w większości polegało na znaczącej (przed 1989r) aktywności organizacyjnej i społecznikowskiej, przetrenowanej pod szyldami ZSP, ZMS, ZMW, ZHP, ZNP, LPŻ, Ligi Kobiet Polskich, Kół Gospodyń Wiejskich i wielu innych form organizowania się, według potrzeb i zainteresowań środowiskowych. Organizacje te miały charakter masowy, aprobujące socjalizm (dziś zwany „komunizmem”) i na tym gruncie tworzyły, bądź wspomagały adresowane do młodzieży ścieżki awansu społecznego, zawodowego oraz politycznego (w PZPR, ZSL, SD, Stowarzyszeniu „PAX” i in). Były najczęściej w całości, lub w części finansowane przez państwo, stąd na ogół miały charakter trwały. Przez te organizacje przez lata przewinęło się wiele milionów ludzi, wyposażonych w umiejętności organizatorskie (a niektórzy nawet przywódcze), kontakty i pozycję środowiskową, popartą najczęściej dyplomem wyższej uczelni. Ten kapitał społeczny bardzo nam się przydał po 1989r.
Na zadane powyżej pytanie mogę więc z przekonaniem odpowiedzieć, że tak, byliśmy przygotowani do pełnienia funkcji i zadań politycznych. A. Kwaśniewski czasem z rozrzewnieniem wspomina, że już z pierwszego klubu SLD można było wyłonić co najmniej dwa składy rządu…. ( i dobrze nam szło do momentu, w którym SLD zalała fala politycznych nomadów i łowców stanowisk – zły pieniądz zaczął wypierać lepszy).
Czy entuzjaści politycznego organizowania się – na zasadzie pospolitego ruszenia – w partię Wiosna, której celem jest najpierw sformułowanie programu, a później włączenie się w system wolnej gry sił politycznych, są przygotowani do brania na siebie odpowiedzialności za wspólną Rzeczpospolitą? – tego dziś nie wiem. Doświadczenia Ruchu Palikota, Europy+ i Razem każą zastanowić się, czy przypadkiem nie powstaje kolejna partia sezonowa, która nie udźwignie ciężaru, jaki pozostawią nam rządy prawicy. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w potencjale rządzenia państwem liczą się takie czynniki, jak zasoby kompetencyjne, pamięć instytucjonalna, poczucie środowiskowej wspólnotowości, odwołanie się do określonych tradycji, a dzisiaj –uwaga! –rośnie w cenę również uczciwość.
Zastanowiło mnie również określanie przez R. Biedronia nowo tworzonej partii mianem „progresywna” (co dziś może się bardziej kojarzyć z… prawem podatkowym, niż z ideowym charakterem partii). To hasło budzi we mnie semantyczne wątpliwości, chociażby z tego powodu, że w zasobach języka polskiego mamy przecież piękne słowo „postęp”.
Jednakże nie ulega wątpliwości, że Wiosna niesie polityczną świeżość. Odniosłam wrażenie, że ogłoszony program wyrażał poglądy pokolenia, które zebrało różnorakie indywidualne doświadczenia już w polskim kapitalizmie (bezrobocie rodziców, brak pewności jutra, narastanie nierówności społecznych, ureligijnianie od przedszkola „do naturalnej śmierci”, wojna 30-letnia w sprawie aborcji, antykoncepcji, in vitro, niskie płace, umowy śmieciowe itp.). Jak widać, wypowiedziało też zaufanie starym liderom, próbuje samodzielności i jeśli chce walczyć o swoje interesy na drodze demokratycznej – ma do tego prawo – nawet, gdy deklaracje programowe głoszone są na wyrost, a towarzyszące temu wyliczenia budzą wątpliwości. Jest jeszcze czas, aby to solidnie zweryfikować (z merytorycznym udziałem kandydata na premiera).
Zauważyłam również, że w swoim przemówieniu R. Biedroń nie użył ani razu hasła „komunizm”, bądź „postkomuniści”, nie atakował Polski Ludowej, nie mówił ani o teczkach i agentach, ani o zdrajcach i gorszym sorcie. Nie robił min Zeusa Gromowładnego, nie straszył, nie wymyślał, za to deklarował pochwałę obowiązującej Konstytucji.
Mój wcześniejszy optymizm zmąciły nieco ostatnie informacje, dotyczące przebiegu rozmów o współpracy z partią RAZEM. Dużo wokół nich niepotrzebnego swądu. Nieciekawe informacje na ten temat skomentuję wzorem klasyka: nie idźcie tą drogą, wystarczą nam kłótnie, kłamstwa, zapiekłość i nienawiść, które wniosły do życia politycznego partie postsolidarnościowe.
R. Biedroń wyszedł naprzeciw oczekiwaniom wcale już nie małych środowisk społecznych, które oczekują zmian, odnoszących się do stosunków państwo-kościół. Relacja ta obciążona jest złą praktyką polityczną, trwającą latami i potwierdzaną – niestety – wyrokami Trybunału Konstytucyjnego (TK). Na łamach „Trybuny” pisałam niejednokrotnie o tym, jak ten organ państwowy swymi orzeczeniami torował drogę dla prawnej akceptacji komponentów państwa wyznaniowego. W ani jednym z nich nie stanął na gruncie państwa neutralnego światopoglądowo, nie dostrzegł pluralizmu światopoglądowego społeczeństwa, w tym interesów ludzi niewierzących (interesy tej grupy po 1989 w żadnym z wyroków nie zaistniały, chociaż – jako mniejszość – powinna się cieszyć szczególną troską Trybunału!). Ostatnio na łamach „Polityki” Ewa Siedlecka zauważyła, że jeszcze przed „dobrą zmianą” TK rozstrzygał „wszystkie sprawy kościelne” zgodnie z poglądami wyznania dominującego (łącznie z pełną emocjonalnej przemocy i wspierającą fanatyków „klauzulą sumienia”). W świetle orzeczeń TK z okresu III RP można stwierdzić, że w sprawach stosunków państwo-kościół organ ten – w majestacie Rzeczypospolitej – pomagał prawicy stopniowo eliminować z porządku prawnego formułę państwa neutralnego światopoglądowo ( nad źródłami tej tendencji w najbliższej przyszłości należałoby się głęboko zastanowić, wyciągając wnioski na przyszłość).
Przy okazji przypomnę, że w systemie prawnym RP funkcjonuje Polska Rada Ekumeniczna, instytucja w obecnej praktyce politycznej nie dostrzegana. Myślę, że byłoby szkodą dla idei wolności religijnej i postępu społecznego, aby w przestrzeni publicznej tracić z pola widzenia ludzi i instytucje, które mogłyby wnieść wiele dobrego do dialogu społecznego na gruncie religijnym.
Postulaty „kościelne” Biedronia spotkały się z aplauzem ludzi zgromadzonych na Torwarze. Myślę, że oni czerpią ten nastrój również z własnego doświadczenia z księżmi i kościołem. Zapewne dlatego coraz rzadziej chrzczą dzieci, coraz częściej żyją w związkach partnerskich i potrafiliby świetnie uzasadnić, dlaczego w szkołach publicznych (i w przedszkolach!) nie sprawdzają się lekcje religii. Organizują się przeciwko utajnianiu pedofilii w kościele (ostatnio przeczytałam, że nawet w Ordynariacie Polowym WP wykryto po 2012 trzy przypadki księży pedofilów, jeden z nich siedzi już w więzieniu; poinformował o tym ostatnio sam biskup polowy Józef Guzdek).
Na prawicy postulaty Biedronia po staremu potraktowano jako „atak na kościół” (znamy to, znamy). W ślad za tym np. szef PSL z nabożnym grymasem twarzy zapowiedział zdecydowaną obronę korzeni i wartości chrześcijańskich. Bojownikom przypominam, że nieraz już byliśmy świadkami, jak ostentacyjnym obrońcom tych wartości łatwo było wymykać się spod składanych przysiąg religijnych w życiu osobistym…. więc doradzałabym ostrożność i dobrą pamięć.
R. Biedroń zapowiedział także renegocjację konkordatu, podpisanego przez rząd H. Suchockiej 28 lipca 1993; na prawicy i ten postulat uznano za niemożliwy do spełnienia, ponieważ konkordat ma charakter umowy międzynarodowej o statusie konstytucyjnym, a ponadto na zmianę jego postanowień musiałby się zgodzić również Watykan. Formalnie tak jest, ale – gwoli prawdy przypomnijmy, że faktycznie konkordat z 1993r był umową między polskimi biskupami, a polską prawicą. Dziś wiemy, że w przebiegu negocjacji nie uczestniczył żaden przedstawiciel Stolicy Apostolskiej, który nie byłby Polakiem, z nuncjuszem apostolskim włącznie (był nim abp Józef Kowalczyk) i –rzecz oczywista – z Janem Pawłem II. Taka to była „umowa międzynarodowa”, dzięki której ograno nową Rzeczpospolitą tym łatwiej, że papież miał od początku problemy z respektowaniem przesłania i ustaleniami Soboru Watykańskiego II.
Poświęcę tej kwestii nieco więcej uwagi czytelnika, ponieważ polskie konkordaty nie mają dobrej historii. Pierwszy był zawarty w 1925 i ratyfikowany przy ostrym sprzeciwie PPS. Dziś do wyjątków należy przypomnienie, że praktyka obowiązywania konkordatu z 1925 w okresie międzywojennym również nie była wolna od konfliktów między państwem a kościołem hierarchicznym. Konflikty te miały miejsce, mimo, że po 1926 obóz piłsudczykowski w sprawach światopoglądowych przesuwał się systematycznie na prawo, motywując to zresztą zbieżnością celów rządu i strony kościelnej w odniesieniu do „obrony religii przed komunizmem”. Spory dotyczyły spraw doczesnych, a przede wszystkim rewindykacji gruntów i budynków zabranych kościołowi przez zaborców, a po 1918 przejętych przez skarb państwa. Jednakże do najbardziej spektakularnych należał konflikt między piłsudczykami a kardynałem Sapiehą o miejsce spoczynku J. Piłsudskiego na Wawelu, kłócono się także w sprawach, dotyczących nauczania religii w szkołach.
Ostre, permanentne zatargi między stronami sprawiły, że w 1938r rząd Felicjana Składkowskiego postanowił dokonać oceny działania konkordatu w praktyce i w tym celu powołano komisję międzyresortową. Komisja zebrała wnioski z różnych resortów, a na finalnym jej posiedzeniu dokonano głęboko krytycznej oceny zachowywania się duchowieństwa wobec władz państwowych. Rząd zarzucał hierarchii utrudnianie mu pracy, podważanie autorytetu władz oraz „partyjniackie” angażowanie się kleru (to chyba trwała przypadłość..?).
Wobec jakości tych wniosków postanowiono wszcząć w Watykanie kroki o uzupełnienie konkordatu dodatkowymi klauzulami, po to „aby hierarchia kościelna formalnie i faktycznie liczyła się z interesami państwa”. Najsurowiej oceniona została działalność Akcji Katolickiej (nazwa spinająca organizacje katolików świeckich, oddzielne dla kobiet, mężczyzn, dzieci i młodzieży, ściśle współpracujących z hierarchią kościelną), która – zdaniem rządu – „pod pozorem apostolstwa świeckiego dąży do zmiany ustroju społecznego przez organizowanie życia społecznego z pominięciem wszelkiego nadzoru ze strony legalnych władz państwowych”. Jak widać – historia lubi się powtarzać.
Komisja międzyresortowa wypracowała m.in. następujące wnioski:
– Kościół katolicki w Polsce coraz bardziej usuwa się spod wszelkiej kontroli administracji państwowej (zgłoszony przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych);
– konkordat nie przyniósł państwu korzyści i w przyszłości należy zmierzać do stanu bezkonkordatowego (zgłoszony przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego);
– kwestie sporne należy uzgadniać bezpośrednio z Watykanem, nie dopuszczając do tych negocjacji biskupów krajowych;
Na podstawie tych wniosków polski MSZ sporządził specjalny memoriał, który drogą dyplomatyczną został przedstawiony kurii rzymskiej i – jak mówią źródła – dotarł do Piusa XII, ponieważ w czasie ostatniej audiencji biskupów polskich w Rzymie w grudniu 1938 papież przywoływał i omawiał treść tego dokumentu. A znajdowały się w nim zarzuty poważne. Jednakże nie zrobiono już z nich użytku, ponieważ na przeszkodzie stanęła polityka Niemiec hitlerowskich wobec Polski, popierana przez Watykan (myślę, że w watykańskich archiwach memoriał ten spoczywa do dziś). Współczesnych może poruszyć przypomnienie, że w przededniu wojny papież Pius XII za pośrednictwem nuncjusza Philippe Cortesi doradzał Polsce, aby wyjść Niemcom naprzeciw, oddając im Gdańsk z korytarzem.
Nie pamiętam, aby w toku dyskusji na temat konkordatu z 1993r ktokolwiek z kręgów prawicowych przypomniał opinii publicznej o zastosowanej procedurze przez rząd F. Składkowskiego. Czytając o faktach sprzed kilkudziesięciu laty zadawałam sobie pytanie, dlaczego dziś nie można byłoby pójść tą samą drogą..? Co stoi na przeszkodzie, bo nie oportunizm, czy brak odwagi? Oczywiście, brak większości parlamentarnej, która byłaby zdolna podjąć takie wyzwanie. Analitycy od dawna wskazują argument, że w przypadku obowiązującego konkordatu wciąż aktualna pozostaje kwestia konstytucyjności jego treści oraz trybu jego ratyfikacji. Warto się nad tym pochylić. Poza tym, warto zadać kolejne pytanie: – co dziś oznacza pojęcie „autonomia państwa i kościoła”; kto konsekwentnie narusza ich umowne i prawne granice w rytm postępującej klerykalizacji życia politycznego? Dlatego wyznaję pogląd, że renegocjacja konkordatu leży w interesie Rzeczypospolite, choć będzie bez wątpienia sprawa trudną, ale nie niemożliwą, pod warunkiem, że weźmie się za to młode pokolenie, nieobciążone „moralnymi” zobowiązaniami z przeszłości wobec hierarchii kościelnej.
Piłsudczycy w 1938, a więc w 13 lat po ratyfikacji konkordatu doszli do wniosku, iż umowa ta nie sprawdza się i w jej miejscu wystarczyłaby ustawa. My mamy takie dwie, z 17 maja 1989 – o gwarancjach wolności sumienia i wyznania oraz o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczpospolitej Polskiej. Warto je odkurzyć, zwłaszcza, że ta pierwsza mówi, iż obywatele wierzący i niewierzący mają w Polsce równe prawa w życiu państwowym, politycznym, gospodarczym, społecznym i kulturalnym.
Polecam także jej art. 10, który brzmi:
„Rzeczpospolita jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań. Państwo i państwowe jednostki organizacyjne nie subwencjonują kościołów i innych związków wyznaniowych. Wyjątki od tej zasady określają ustawy lub przepisy wydane na ich podstawie”.
Ustawy te nie zostały derogowane z systemu prawnego Rzeczypospolitej Polskiej. Nadal obowiązują.

Nie lubię ściemy

Podczas konwencji SLD delegatki i delegaci podjęli większością 111 głosów, przy 6 głosach wstrzymujących i 3 przeciwnych – w tym moim – decyzję o przystąpieniu do utworzenia Koalicji Europejskiej wraz z innymi ugrupowaniami opozycji parlamentarnej. Demokratycznie zdecydowaliśmy o formule naszej drogi do Parlamentu Europejskiego. Decyzja zapadła, pora ją realizować. Zgodnie z tym, co zapowiadałam, zawsze będę lojalnie broniła demokratycznie podjętych przez moje Koleżanki i Kolegów decyzji!

Spodziewałam się takiej decyzji i wiedziałam, że moje stanowisko, zwłaszcza po ostatnich sondażach i polityce Wiosny o niewchodzeniu w żadną lewicową koalicję, będzie odosobnione. Jednakże staram się być w podejmowanych decyzjach konsekwentna, więc, jako od dawna zdeklarowana zwolenniczka koalicji stricte lewicowej do wyborów do PE, nie mogłam oddać innego głosu. Moja koncepcja przegrała, bo być może była błędna i mądrość zbiorowa partii polega na tym, że balansuje skrajności. Czas pokaże, co się wydarzy. Jeśli Koalicja Europejska odniesie wyborczy sukces, to okaże się, że warto być pragmatycznym i konsensusowym.

Przed nami wyzwanie wynegocjowania jak najbardziej propracowniczych punktów programu wyborczego do #PE. Trzeba będzie walczyć o to pazurami, wiem. Ale Włodek Czarzasty to jest facet, który jest jedynym znanym mi politykiem – i nie mówię tego z oczywistych sympatii partyjnych – który jest w stanie stawiać i egzekwować warunki wobec Grzegorz Schetyna. Bo jest wprost niereformowalnym 😉 człowiekiem czynu, a nie gadaniny. Bo umie walnąć prawdą między oczy. Wreszcie, bo stoi za nim murem trzech premierów, z których dwóch – w tym jeden wówczas jako szef dyplomacji, wprowadziło Polskę do Unii Europejskiej.

Realnie patrząc, żeby w całej #UE wprowadzić europejską płacę minimalną, to i tak potrzebne są głosy nie tylko S&D, w którym są i będą nasi eurodeputowani, ale i głosy EPP. Obecnie w PE rządzi koalicja S&D z EPP właśnie. Zatem nie ma co się obrażać na rzeczywistość, tylko umieć się w niej odnaleźć. Uwarunkowania polityczne są takie, a nie inne. Mam nadzieję, że drogo sprzedamy tę naszą, dwudziestoletnią już w tym roku, czerwoną skórę. Że będzie warto, bo wprowadzimy do S&D posłów i posłanki, którzy i które zjeść się nie dadzą, bo przecież nikt nie będzie np. takim byłym premierom RP w kaszę dmuchał i z ich zdaniem trzeba się będzie w UE liczyć.

Nie lubię ściemy. Uważam, że wyborczyniom i wyborcom trzeba mówić prawdę. Zarówno o mankamentach i braku realności programów innych partii, jak i o backgroundzie podejmowanych przez własne ugrupowanie decyzji.
Decyzja, która zapadła, była jedyną możliwą. Są takie sytuacje, kiedy ma się niewielkie pole manewru. Trzeba wówczas prowadzić auto tak, żeby uniknąć wypadku. SLD nie jest rozpędzonym do 200 km/h najnowszym modelem S-klasy ze wszystkimi ABS-ami, systemami kontroli trakcji-i-bóg-wie-czego, i innymi takimi, a przede wszystkim z mocą 160 koni pod maską, który ucieknie na drodze przed każdym. Jesteśmy takim moim, używanym, Oplem Astrą. Popularnym modelem, który się super prowadzi, przez wiele lat nie zawodzi, który ma lub miała masa ludzi, a który jak ma nowe zimówki (wszyskich posiadaczy samochodów zachęcam!), to nawet pod górę minie mercedesa, który na opony poskąpił i nie umie złapać przyczepności (historia autentyczna). Ale kiedy mamy obok rozpędzone tiry, które dodatkowo się nawzajem próbują bez przerwy wyprzedzać, to żadna Astra H nie będzie próbowała wyprzedzania na trzeciego.

Idealizm i pragmatyzm

O tym, kto w Polsce boi się lewicy i dlaczego w tym samym czasie lewicowe organizacje ponoszą klęski, jak przestać bać się własnego cienia i jakie znaczenie mają wybory parlamentarne jesienią tego roku Wojciech Łobodziński (strajk.eu) rozmawia z Anną-Marią Żukowską, rzeczniczką prasową SLD.

Z kim ostatecznie Sojusz Lewicy Demokratycznej będzie szedł do wyborów europarlamentarnych? 8 stycznia przewodniczący partii mówił „Gazecie Wyborczej”, że kwestia ta wyjaśni się w ciągu najbliższych dni…
Tragedia, jaka dotknęła Polskę 13 stycznia, nie przeszła bez echa w środowiskach politycznych. Reprezentacja SLD była na pogrzebie prezydenta Adamowicza, a żałoba po tragicznie zmarłym przedłużyła procesy negocjacyjne. Ponadto statut partyjny mówi jasno – to konwencja partyjna decyduje o takich sprawach.

Czy to nie za późno? Czy najwyżej notowana lewicowa partia w Polsce nie powinna była podjąć tak kluczowych decyzji już wcześniej?
Ależ skądże! Może właśnie zbytni pośpiech tych, którzy chcieliby wszystko załatwić na podstawie krótkich rozmów i obietnic niepodpartych zaufaniem, które buduje się poprzez długi dialog, byłby błędem. Z pewnością nie możemy sobie pozwolić na określenie się za późno. Ale połowa lutego to jeszcze nie jest tragedia. Lepsza jest powolna praca i towarzysząca jej trzeźwa ocena sytuacji. To pozwoli nam wynegocjować coś, co dla reprezentowanej przez nas znacznej części lewicy polskiej, będzie korzystne na dłuższą metę.

Ale wydawało się, że wasze ruchy są dość oczywiste. Dostaliście od partii Razem jasny sygnał po wyborach samorządowych. Także wnioski z waszego wyniku wyborczego same się narzucały.
Niektóre sygnały bywają przedwczesne…
A nasze ruchy byłyby oczywiste, gdybyśmy byli jedynym podmiotem, jaki podejmuje decyzje. Tymczasem rozmowy były toczone przez wszystkich i na różnych frontach, i przez partie parlamentarne, czy te spoza parlamentu. Brało w nich też udział nowe stronnictwo Roberta Biedronia, chociaż ono akurat od początku dawało do zrozumienia, że nie zdecyduje się na start w żadnej szerszej formule, a już na pewno nie jednoznacznie deklarującej się jako lewicowa.

Ale jednak podczas konferencji w siedzibie partii Razem, 8 stycznia, przedstawiciele i przedstawicielki ruchów związkowych i lokatorskich oraz mniejszych partii, wszyscy, może poza Piotrem Ikonowiczem, dali jasno do zrozumienia, że czekają na waszą decyzję.
Żeby podjąć decyzję, musimy zwołać zarząd i konwencję. Może demokracja nie jest spektakularna i dużo kosztuje, ale tak działa u nas. Postępujemy po prostu zgodnie ze statutem.

Robert Biedroń prowadził rozmowy z partią Razem. Nie było tak, że starał się on jednak zbudować lewicową koalicję, tylko z wykluczeniem SLD?
Nie wiem tego. Natomiast jeśli to prawda, to jestem ciekawa, czy partia Razem figurowałaby na listach jako koalicjant, czy chodzi tylko i wyłącznie o start poszczególnych osób na listach. Wtedy mielibyśmy taką samą sytuację, jaką próbowano nam sprzedać w Warszawie w wyborach samorządowych. Jako żywo nie było tu mowy o żadnej nowej koalicji. Proponowano nam start z list, a my w SLD tak się nie bawimy. Nie chcę jednak komentować przebiegu rozmów Razem z Biedroniem, bo po prostu nie wiem, jak one przebiegały.

A do jakiej opcji Tobie osobiście jest najbliżej?
Powszechnie znanym faktem jest, że jestem zwolenniczką koalicji lewicowej. Mowa tu oczywiście o wyborach do Europarlamentu, w których nie ma innego progu dla koalicji, a innego dla partii. Takie rozwiązanie dyktują i względy ideologiczne, i realpolitik. W ten sposób nie oddalibyśmy swojego elektoratu. Wspólny start z KO to ryzyko utraty wiarygodności, co może skończyć się przegraną z PiS, po której zacznie się szukanie winnych. Będzie klops i frustracja…

… a według mediów liberalnych wszystkiemu zawsze winne jest SLD.
Może się okazać, że spadnie nam w korzystnych dla liberałów sondażach. “Pokażą” one, że SLD ma 2 proc. i Schetyna powie: “Włodek masz jedynkę, a reszta – do widzenia”.

I co wtedy?
Zakładam, że nie zgodzimy się na takie rozgrywki. Rozmowy się toczą. Ja wierzę w to, że są prowadzone dobrze. Ale zawsze jest ryzyko, że ktoś kogoś może oszukać. Lepiej przyjąć od razu takie założenie, by być czujniejszym na przyszłość.

Musicie jednak mieć jakieś warunki brzegowe.
Jeśli mowa o wyborach do Europarlamentu, to są to cztery punkty, naszym zdaniem esencjonalne dla naszej walki politycznej. Po pierwsze, to europejska płaca minimalna, następnie – wspólna polityka wojskowa Unii Europejskiej, wspólne siły zbrojne w założeniu maksymalnym, niezależne od NATO, przystąpienie Polski do Europejskiej Unii Bankowej, co pozwoliłoby na kontrolowanie takich patologii jakie ostatnio miały miejsce w KNF i docelowo przystąpienie do strefy euro, lecz w sposób bezpieczny, który gwarantowałby wzrost płac w Polsce. Dziś są one bardzo niskie i to właśnie, na równi z problemem łamania praw pracowniczych, uważamy za kwestię podstawową.

Jeśli to jest kwestia podstawowa, to rozwińmy – jaką Polskę chciałoby zbudować SLD? W polskiej polityce jedyna całościowa wizja, jaka funkcjonuje, to wizja PiS. A jeśli nie mamy już o czym marzyć, to w zasadzie jesteśmy martwi. Mnie osobiście skrajnie rozczarowuje mantra Czarzastego, który powtarza non stop, że “damy wam to, co PiS zabrał, a zostawimy to, co dał”. Dla mnie jest to poddanie pola walki o ideologię i dyskurs, pustosłowie. Ktoś mało życzliwy SLD dodałby nawet, że to dowód pustki ideowej i braku odwagi.
Myślę, że to, co mówi przewodniczący, to są nasze cele minimum. Trochę zabawne wydają mi się rewolucyjne koncepcje zmieniania świata z pozycji partii, sił czy środowisk, które nie mają na nic wpływu. To, co mogłoby moim zdaniem teraz zmienić polską rzeczywistość, to Unia Europejska. Bez niej nie istniejemy geopolitycznie, de facto prawnie jesteśmy od niej uzależnieni i mówię o tym w pozytywnym sensie. Nasi europarlamentarzyści są bardzo aktywni w S&D (Progressive Alliance of Socialists and Democrats). Samo wprowadzenie europejskiej płacy minimalnej, co postulujemy my i nasza frakcja europejska, byłoby dla nas wszystkich rewolucją!

Ja to wszystko rozumiem, ale chodzi mi o bardziej emocjonalny ładunek polityki, o ideologię, o coś, za czym ludzie pójdą, w co będą wierzyć i o co będą walczyć. Nawiązując do myśli Chantal Mouffe czy Carla Schmitta, PiS był w stanie stworzyć podział gwarantujący mu hegemonię, podział my-oni.
I tym samym zantagonizować całe społeczeństwo. Nie wiem, czy tego chciałaby lewica.

Ale o tym właśnie mówi koncepcja walki klas, fundament działania lewicy. Antagonizm, który jest esencją polityki, można zagospodarować progresywniej niż na poziomie krzyża, “żołnierzy wyklętych” i “spokojnej konsumpcji”. A Unią mało kto się naprawdę interesuje, chyba że wtedy, gdy PiS ją opluwa.
PiS wymyśla jakieś tezy z szuflady, że w Brukseli NAM coś narzucają, chociaż my też jesteśmy częścią UE i o niej współstanowimy. Wszyscy mniej więcej wiedzą, co ona nam daje, ale niestety mało, kto wie jak działa. Więc łatwo wymyślać jakieś tezy o jakości fake newsów i zwykłego hejtu. Przy okazji na nich też budując swoją wizję tutejszej polityki i wspólnoty.

Może warto mówić o nowej jakości, równocześnie ją tworząc? Może inspiracją mogłaby być działalność Jeremiego Corbyna czy Die Linke, filozofia polityczna Bell Hooks, Negriego, Mouffe? A z polskiego podwórka – aktywizm takich ludzi jak Piotr Szumlewicz czy rozważania Rafała Wosia albo ekipy Praktyki Teoretycznej. Jest z czego wybierać…

SLD bacznie przygląda się zagranicznym partiom, często z nimi współpracując lub ucząc się z ich doświadczeń, niestety klimat panujący teraz na polskiej lewicy na niewiele w tych kwestiach pozwala. Zdecydowanie się zgodzę, że lewica w Polsce musi przestać bać się sama siebie. Odrzucić autocenzurę, bo prawica nam ją narzuciła, a wobec samej siebie jej nie stosuje.

Właśnie.
Prawica nie ma żadnych skrupułów, hołubiąc dwuznacznych czy jawnie podłych ludzi, poczynając od Dmowskiego, po Eligiusza Niewiadomskiego. Oni w ogóle nie mają w tym wszystkim cienia zahamowań! Romansują w sposób niebezpośredni, ale jawny, z organizacjami skrajnie faszystowskimi, nacjonalistycznymi. Czym w końcu jest zatrudnienie na stanowisku wiceministra cyfryzacji Andruszkiewicza, fana Łupaszki, mordercy niewinnych ludzi. To odrażający gest.
Tymczasem my się boimy własnego cienia, a mamy więcej chlubnych postaci, niż prawica.

Czy SLD da radę stworzyć nową formułę, treść, żeby idea lewicowa żyła, przyciągała nowych zwolenników? Przestać przepraszać, na przykład za Millera…
To było piętnaście lat temu! A cała III RP ma lat 30! To jest prehistoria.

A kto zajmie się porządkowaniem teraźniejszości? Może trzeba jakiegoś manifestu, żeby dobitnie skończyć z mówieniem o Millerze, Magdalence, o kandydatce Ogórek. Mamy 2019 rok i sytuację taką, a nie inną. Nie widzisz siebie jako autorki czegoś podobnego, skoro konsekwentnie mówisz o lewicowej koalicji, zwrocie ku postępowej polityce?
Tak, obecna sytuacja zbliża nas do katastrofy geopolitycznej i klimatycznej. Ale nie uważam, żeby to był czas na pisanie manifestów. Może za kilka miesięcy? Obecne kierownictwo zakłada, że musimy wrócić do Sejmu, by pozwolić sobie na prawdziwe odbudowywanie lewicy. Jeżeli teraz do Sejmu nie wejdziemy ani my, ani Razem, to będzie katastrofa. Po drugiej z rzędu porażce sejmowej nikt już się nami nie będzie interesował. Będziemy kwiatkiem do kożucha konserwatywnej Polski, kanapą sfrustrowanych myślicieli i myślicielek. Dlatego myślę, że trzeba pogodzić idealizm z pewnym pragmatyzmem. Jeśli nie dostaniemy się do Sejmu, to będziemy mogli sobie pisać bardzo piękne, elokwentne manifesty… których nikt nie przeczyta.

Chcesz powiedzieć, że zaczniecie ofensywę ideologiczną po wejściu do Sejmu?
Tak! Tak jak mówił przewodniczący Włodzimierz Czarzasty, to musi być kompletnie nowe otwarcie dla całej lewicy. Nie może się to skupiać tylko na SLD, to musi być coś nowego. Mam wielką nadzieję, że uda się do czegoś takiego doprowadzić. W tym roku, 15 kwietnia, SLD będzie obchodziło dwudziestolecie. To jest pewien kapitał doświadczenia, ale też okazja do rachunku sumienia, podsumowania i rozpoczęcia pewnych rzeczy od nowa. Czarzasty będzie do tego dążył. Wystarczy spojrzeć, co się stało przez ostatni rok – nigdy nie byliśmy tak blisko siebie na lewicy. Dochodzi do synergii, której potrzebują polscy pracujący i pracujące, wykluczeni i wykluczone, bo wyzwania kapitalizmu, którym musimy stawić czoła, są przeogromne. I wielki projekt dla nich będzie, ale w momencie wejścia do sejmu. Teraźniejsza scena polityczna nie pozwala na to, żebyśmy stworzyli coś, co by porwało tłumy. Najważniejsze i najskuteczniejsze, co możemy osiągnąć w najbliższej przyszłości, to po prostu dostać się do Sejmu! A potem działać dalej, razem ze związkami zawodowymi, organizacjami lewicowymi, razem z ludźmi.

Z kim do Sejmu

Za rok w Polsce może być tak. PiS wygrywa wybory, ale będzie miało w Sejmie 220 parlamentarzystów. Aż dwustu dwudziestu. I tylko dwustu dwudziestu, bo do zwykłej większości, do powołania rządu zabraknie im przynajmniej jedenastu.
Jeśli w Sejmie znajdzie się reprezentacja Kukiz15, albo wyrosłej z Kukiza reprezentacji narodowców, to pan prezes Kaczyński zmontuje z nimi koalicję. I będzie rządził Polską nadal. I wtedy, bez skrępowania pójdzie drogą Wiktora Orbana. Skutecznie spacyfikuje opozycję i ustanawia rządy PiSowskiej oligarchii.
Może mu się to szybko udać, jeśli na fali jesiennego zwycięstwa reprezentant pana prezesa Kaczyńskiego wygra latem 2020 roku wybory prezydenckie. Wygra, jeśli zdołowana przegraną opozycja zacznie szukać winnych klęski w szeregach swych partnerów politycznych. I we własnych też. Każdy rozkład opozycyjnego bloku będzie sprzyjał szansom Kaczyńskiego kandydata.
Wariant drugi to kolejne rządy PiS i wielka mobilizacja opozycji w czerwcu 2020 roku. Dającą wygraną kandydata zjednoczonej opozycji w wyborach prezydenckich. Wtedy będziemy mieli rządy PiS stale blokowane przez prezydenckie weta. Co doprowadzić może do eskalacji politycznej wojny lub rozpisania nowych wyborów parlamentarnych.
Jeśli pan prezes Kaczyński uzna, że następnym razem PiS wygra tak wysoko, że będzie miał w Sejmie wystarczająca większość do odrzucania prezydenckich wet.
W wariancie trzecim sytuacja będzie podobna. Tylko wtedy zjednoczona opozycja, czyli „PO, Nowoczesna, PSL, SLD +” wygrywają wybory parlamentarne. I po przepychankach z panem prezydentem Andrzejem Dudą montują koalicyjny rząd.
Ale nie są już w stanie wystawić jednego, silnego kandydata w wyborach prezydenckich. I potem o jeden procent przegrywają z kandydatem pragnącej rewanżu narodowo-katolickiej prawicy. Znów zjednoczonej wokół pana prezesa Kaczyńskiego.
Wariant czwarty to wygrana zjednoczonej, antypisowskiej opozycji w wyborach parlamentarnych i przyszły rząd koalicji. I jeszcze wygrana w wyborach prezydenckich kandydata zjednoczonej opozycji. Dzięki nadal jej zgodnej współpracy latem 2020 roku.

Kaprysy Wiosny

Wszystkie wymienione warianty politycznej przyszłości są wielce prawdopodobne dzięki zaistnieniu nowej siły politycznej. Partii Roberta Biedronia zwanej „Wiosną”. Ma ona sondażowe notowania na poziomie 14 procent, co skłania jej lidera do kreowania się na trzecią siłę polityczną.
Dlatego partia Biedronia wystartuje samodzielnie w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Chce poznać rzeczywisty poziom swego poparcia. Wybory do Parlamentu Europejskiego odbywają się wedle ordynacji sprzyjającej dużym i średnim ugrupowaniom. Dlatego przy notowaniach na poziomie kilkunastu procent partia Biedronia może zyskać 5-8 mandatów w Parlamencie Europejskim. Co dla partii debiutującej na scenie politycznej jest wyjątkowo cenne.
Inaczej będzie w wyborach do Sejmu i Senatu. Te odbywają się wedle większościowej metody D’Hondta. Ta preferuje ugrupowania, które mają przynajmniej piętnaście procent poparcia.
Partie osiągające wynik poniżej 10 procent mogą liczyć na trzydzieści – czterdzieści mandatów, czyli własny klub poselski w przyszłym Sejmie.
Ale jednocześnie każde ugrupowanie osiągające wynik na poziomie 5-8 procent poparcia wzmacnia też wynik partii zwycięskiej w wyborach. Pod warunkiem, że te mniejsze ugrupowania nie podbierają wyborców zwycięskiemu ugrupowaniu.
Jeśli wierzyć sondażom na partię Roberta Biedronia chcą głosować wyborcy sympatyzujący z PO i Nowoczesną, Partią Razem oraz wyborcy, którzy nie głosowali wcześniej. Bo nie mieli swoich reprezentantów.
Nic dziwnego, że najsilniejsza krytyka spadła na Roberta Biedronia ze strony środowisk liberalnych i radykalnej lewicy.
Wynik wyborczy wiosennego Biedronia jest dzisiaj trudny do oszacowania. Jeśli zdobędzie przynajmniej 15 procent poparcia, to ma szansę być trzecią siłą polityczną.
Jeśli dostanie poniżej 10 procent, to uzyska swój klub parlamentarny w Sejmie. Będzie jednak tylko radykalną opozycją. Co gorsza, wtedy taki wynik może nabić dodatkowe poparcie dla narodowo- katolickiej PiS.
Takie są efekty metody D’Hondta.

Z kim SLD?

Podstawowym politycznym obowiązkiem SLD jest powrócić do Parlamentu Europejskiego i przed wszystkim do Sejmu i Senatu.
I dlatego wszyscy świadomi Wyborcy i kierownictwo SLD powinni kierować się najbliższych wyborach przede wszystkim pragmatyzmem politycznym.
W wyborach do Parlamentu Europejskiego jeszcze niedawno kierownictwo SLD mogło wybierać. Koalicję lewicową, czyli dotychczasowy sojusz SLD-Lewica Razem wzmocniony porozumieniem z Partią Razem i Zielonymi. Praktyka polityczna ostatnich tygodni pokazuje, że część środowisk Partii Razem i Zielonych może zostać wchłoniętych przez partię Roberta Biedronia.
Zatem bardziej efektywna może być trudniejsza programowo koalicja „Proeuropejska”. Czyli porozumienie PO + PSL+ Nowoczesna + SLD +.
Taki blok ma szansę wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego pod jednym warunkiem. Bardzo silnej pracy każdej z tych partii ze swoimi Wyborcami. Uświadomienia im, że nadzwyczajna sytuacja wymaga takich nadzwyczajnych koalicji. Że interes państwa polskiego czasem trzeba postawić ponad interes partii, ponad jej pryncypia ideowe.
Podobny blok wyborczy mógłby wystartować w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu RP. W tych wyborach obowiązuje metoda D’Hondta. Jeśli przyszła koalicja antypisowska sporządzi uczciwe listy wyborcze, czyli takie które zagwarantują przyszłą reprezentację w Sejmie i Senacie mniejszych od PO partii, to taki plan polityczny wart jest realizacji. Nawet kosztem wspólnych list z przeciwnikami ideowymi.
Podstawowym obowiązkiem SLD, dla dobra Polski i lewicy, jest powrót do Sejmu i Senatu. Nawet dzięki kooperacji z PO. Taka współpraca będzie wymagała od SLD posiadania własnego zwartego programu wyborczego i tożsamości ideowej.
I przede wszystkim wystawieniu wyborach kandydatów reprezentujących patriotyzm SLD-owski.
A nie polityków zmieniających barwy partyjne niczym rękawiczki. Pod wpływem kaprysów politycznej aury.

Głos lewicy

Na Iran!

Sojusz Lewicy Demokratycznej opowiada się przeciwko organizowaniu konferencji bliskowschodniej na terenie Polski – poinformował Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący Sojusz podczas konferencji prasowej Sojuszu, która odbyła się w Sejmie 11 lutego 2019 r. W spotkaniu z dziennikarzami uczestniczył również Krzysztof Płomiński, ambasador Rzeczpospolitej w Arabii Saudyjskiej oraz Iraku.
Podczas konferencji padły również dwa istotne pytania: kto odpowiada z ramienia Polskich władz za organizację konferencji bliskowschodniej oraz jakie są jej koszty finansowe i kto je poniesie?
Międzynarodowa konferencja, która odbędzie się w Warszawie w dniach 13 – 14 lutego może stać się miejscem ostrego konfliktu o Iran. Tym bardziej, iż Teheran odmówił udziału w spotkaniu. Lista przedstawicieli dyplomatycznych, którzy nie wezmą udziału w konferencji jest dłuższa od jej uczestników.
Przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty podczas konferencji prasowej powiedział:
W związku z tym co wydarzyło się w Iraku w 2003 r., postanowiliśmy zabrać głos w sprawie konferencji bliskowschodniej, ponieważ widzimy te same elementy, które doprowadziły do bardzo złych działań.
Po pierwsze, wszelkie zapewnienia, iż organizacja tej konferencji w Polsce nie tworzy problemów nie są prawdziwe, ponieważ jest to ściąganie na Polskę niebezpieczeństwa i proszenie się o kłopoty. Z tego przecież powodu już podwyższono stopień zagrożenia terrorystycznego w naszym kraju.
Po drugie, jest to konferencja zwołana ad hoc przez Stany Zjednoczone i Polska została w tej sprawie ewidentnie wykorzystana. Podczas przygotowań do dzisiejszego wystąpienia, przyszła nam do głowy następująca refleksja – konferencja Bliskowschodnia to spotkanie chętnych na Iran. Podobne spotkanie miało miejsce w 2003 r. i zwołano wszystkie kraje, które by chętnie wystąpiły przeciwko Irakowi.
Po trzecie, reprezentacja krajów, które potwierdziły przyjazd do Polski ma dwie wady. Pierwsza wada, wiele krajów nie przyjedzie. Druga wada, to ci którzy przyjadą będą reprezentowani przez bardzo niski szczebel, poza przedstawicielami dwóch krajów, które są bezpośrednio zainteresowane tematem: wiceprezydent USA oraz premierem Izraela.
Uważamy, że nie będzie żadnych obiektywnych wniosków z tej konferencji i jest to wystąpienie przeciwko jednemu krajowi – Iranowi i nie jest to rozsądne.
Pozwolę sobie zadać dwa pytania? Kto w polskim rządzie odpowiada za organizację tej konferencji? Do sprawy nie przyznaje się ani MSZ, ani polski rząd, ani Kancelaria Prezydenta RP. Drugie pytanie: ile kosztuje zorganizowanie tej konferencji i kto pokrywa jej koszty?
Info z sld.org.pl

KO+SLD=?

Szefowi SLD marzy się szeroka koalicja w wyborach w europarlamentu. Widzi w niej miejsce zarówno dla swojego ugrupowania, jak i Partii Razem i antyspołecznych liberałów.

Lewica czy liberalizm? Sojusz Lewicy Demokratycznej po raz kolejny w swojej historii staje przez takim wyborem. Wariant, w którym SLD wystartuje samodzielnie w najbliższych wyborach wydaje się bardzo mało prawdopodobny, a zatem partii Czarzastego przyjdzie wybrać pomiędzy Partią Razem i Zielonymi, a sojuszem liberałów, startującym pod szyldem Koalicji Europejskiej.
Ostateczna decyzja zapadnie 16 lutego na konwencji partyjnej, jednak w alians SLD z Partią Razem nie wierzy już prawie nikt. Taka perspektywa zaczęła się oddalać, kiedy w sondażach pojawiło się ugrupowanie Roberta Biedronia, co spowodowało spadek notowań Sojuszu i skłoniło kierownictwo do poszukiwania innych rozwiązań. – Idziemy z liberałami, to jest już postanowione. Zadecydował strach przez drugim z rzędu słabym wynikiem, co mogłoby się przełożyć na katastrofę w wyborach do parlamentu – wyznał anonimowo jeden z polityków SLD.
Wrażenie pogodzonego z takim wyborem sprawia od kilku dni Włodzimierz Czarzasty. – Ja jestem zwolennikiem utworzenia jak najszerszej koalicji jeżeli chodzi o Unię Europejską (…) Uważam, że koalicja szerokich sił, tzn. i PSL-u i Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej i SLD i Partii Razem i partii Zielonych, byłaby najrozsądniejsza” – oświadczył szef Sojuszu w Polskim Radio 24.
Co o pomyśle wspólnej listy z liberałami myślą razemici? – Przeanalizowaliśmy kilka wariantów, ale ten można rozpatrywać tylko w kategorii humorystycznej – powiedział Portalowi Strajk polityk Partii Razem.
Czarzasty przyznał też, że dobre wrażenie zrobiła na nim odezwa byłych premierów wystosowana w ubiegły piątek ws. wspólnego startu – pod szyldem Koalicji Europejskiej – w wyborach do PE.- Apel premierów mi się podoba, podoba mi się apel ludzi, który wprowadzali Polskę do Unii Europejskiej – dodał polityk.
Dołączenie SLD do liberalnego sojuszu sprawi, że Partia Razem pozostanie na placu boju z praktycznie zerową możliwością koalicyjną. Na razie do karminowej lewicy dołączyły tylko marki takie jak PPS czy Unia Pracy, które od lat nie prowadzą żadnej poważnej działalności politycznej. Razem może również liczyć na Ruch Sprawiedliwości Społecznej i być może – Zielonych.

Wiosna za pasem

Czy „taśmy Kaczyńskiego” pogrążą PiS? Komu odbierze głosy Biedroń? Czy wspólna lista opozycji ma sens?

Gdy w listopadzie ubiegłego roku politycy dopinali powyborcze koalicje w samorządach, wydawało się, że na kilka miesięcy w polityce zapanuje spokój. Nic z tych rzeczy! Nie nudziliśmy się w długie zimowe wieczory. Spróbujmy zrobić podsumowanie. Pamiętając, że do wyborów europejskich pozostało już tylko 107 dni.

PiS

Przez ostatnie kilkanaście dni „taśmy Kaczyńskiego” odmieniano przez wszystkie możliwe przypadki. Najcelniej i najkrócej podsumował je sam bohater nagrania: „partia buduje wieżowiec, (…) to nie do obrony.” Pełna zgoda. Dotychczas obserwowaliśmy zawłaszczanie państwa przez obóz rządzący w poszczególnych fragmentach. Wysłuchane nagrania powinny przekonać nawet wyborców patrzących na politykę PiS-u przychylnym okiem. Że Kaczyński właśnie „domyka” układ. Kiedyś miał z „układem” walczyć. I „wywrócić stolik”. Tymczasem sam zbudował własny „układ zamknięty”. Mając na kiwnięcie palcem takich ludzi jak choćby prezes wielkiego banku Pekao SA. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach łudził się, że CBA zainteresuje się oświadczeniem majątkowym Jarosława Kaczyńskiego? Tak jak tego chciała opozycja.
Bohater nagrań szczerze przyznaje, że dla dalszego bezkarnego działania potrzeba jeszcze jednego. „Jeśli nie wygramy wyborów, to nie zbudujemy wieżowca w Warszawie” – słyszymy od Kaczyńskiego. Nie o jeden lub dwa wieżowce w Warszawie chodzi. Ale o pełnię autorytarnej władzy dla prezesa PiS-u. Jaki wpływ będą miały „taśmy Kaczyńskiego” na tegoroczne decyzje wyborców?
1511 złotych
Nie przypuszczam, by PiS stracił znaczną część wyborców. Biurowiec klasy A w Warszawie – to abstrakcja. Comiesięczna wypłata – to proza życia. Jak wyliczył GUS, pod koniec 2016 roku dominanta miesięcznego wynagrodzenia wyniosła 2074,03 zł brutto, czyli 1511 zł na rękę. Dominanta to najczęściej wypłacane wynagrodzenie. Minęły dwa lata, brak jest nowszych wyliczeń. Ale z pewnością najczęściej wypłacane wynagrodzenie nie dobiło nawet do 2000 złotych netto.
Patrząc na te marne 1511 złotych uzmysławiamy sobie jakim solidnym zastrzykiem finansowym dla wielu rodzin stały się wypłaty 500+. Jeśli rząd przed wyborami sypnie groszem (a z pewnością tak zrobi), wielu wyborców gotowych będzie zapomnieć o taśmach. I przymknąć oko na kolejne wpadki PiS-u.
Coś jednak PiS stracił bezpowrotnie. Od miesięcy zabiegał o pozyskanie wyborców centrowych i elektoratu miejskiego. Morawiecki miał być tą nową, lepszą twarzą Kaczyńskiego. Która przekona dotychczasowych wyborców Platformy Obywatelskiej. Po wysłuchaniu „taśm Kaczyńskiego”, zniesmaczeni licznymi aferami PO już wiedzą. Że zmieniło się wyłącznie miejsce. Dziesięć lat temu politycy PO toczyli negocjacje biznesowe na cmentarzu (afera hazardowa). Po dojściu PiS-u do władzy, centrum biznesowe przeniosło się na Nowogrodzką.

Nowoczesna

Konia z rządem temu, kto przekona mnie, dlaczego w najbliższych wyborach miałbym oddać głos na partię kropka Nowoczesna. Może żeby zrobić przyjemność Katarzynie Lubnauer. Która jeszcze niedawno widziała siebie w roli polskiej Angeli Merkel. Te 7,6 proc. wyborców z ostatnich wyborów pewnie wróci z powrotem do Platformy. Albo pójdzie do Biedronia.
Przestudiowanie historii partii Nowoczesna zalecam szczególnie byłemu sekretarzowi generalnemu SLD. „Za 3-4 tygodnie, po zakończeniu objazdu Polski, może się okazać, że nasze poparcie skoczy jeszcze wyżej i wyprzedzimy Platformę” – powiedział Krzysztof Gawkowski, komentując w Gazecie Wyborczej ostatni sondaż. Ryszard Petru też tak myślał na początku swojej kariery politycznej. Bo sondaże… A posłowie PO zaczęli już nawet ewakuować się do partii, która miała pogrzebać Platformę.
Nie inaczej było z moją i Biedronia przeszłą partią. Był taki sondaż, który dawał nam w 2012 roku równo 20 procent. I co? Sodowa orzeźwia. Ale i uderza.

PSL

Nie za bardzo rozumiem „związek partnerski” który zdaje się tworzyć Polskie Stronnictwo Ludowe z Nowoczesną. Mając na dodatek w Sejmie wspólny klub z panami Protasiewiczem, Kamińskim i Niesiołowskim czyli Unią Europejskich Demokratów. Dzięki temu udało się ludowcom zachować klub poselski. Czyli wpływ na to, co się dzieje w Sejmie. Ale teraz muszą świecić oczyma za Stefana Niesiołowskiego, wplątanego w żenującą historię obyczajową. Trudno powiedzieć, jak zareagują na to wyborcy PSL-u, na co dzień tak zdecydowanie opowiadający się z przestrzeganiem VI przykazania.
Pojawiający się wspólnie na konferencjach prasowych politycy PSL, Nowoczesnej i Unii Europejskich Demokratów usiłują robić wrażenie, że stworzą coś na kształt „trzeciej siły”. To już nieaktualne. Bo miejsce „trzeciej siły” zajął właśnie Robert Biedroń. Moim zdaniem, PSL powinien „strząsnąć” z siebie przylepionych doń polityków i polityczki Nowoczesnej i UED i zacząć budować wspólny front na wybory europejskie. Zwłaszcza że zarówno europosłowie PO jak i europosłowie PSL (jeśli tacy będą) trafią do tej samej Europejskiej Partii Ludowej (EPP).
Tymczasem wszyscy zauważyliśmy, że wśród sygnatariuszy apelu premierów o stworzenie koalicji europejskiej nie było Waldemara Pawlaka.

SLD

Decyzja o tym, czy Sojusz Lewicy Demokratycznej przystąpi do szerokiej koalicji na wybory europejskie zapadnie już za tydzień – podczas konwencji partii. Wiele wskazuje na to, że tak się stanie. Ale tematem najbardziej ożywionych dyskusji wśród członków i sympatyków SLD był w tym tygodniu oczywiście Biedroń. Powtórzę to, co napisałem tydzień temu. Szkoda, że Robert Biedroń zdecydował na budowanie kolejnej wodzowskiej partii. Znamiennym było, że podczas niedzielnej konwencji Wiosny nikt poza nim nie miał prawa głosu.
No i mamy nową partię po lewej stronie sceny politycznej. W polityce, tak jak w biznesie, każdy marzy o tym, by nie mieć konkurencji. Ale pamiętajmy, co mówił kiedyś Kazimierz Górski: „gra się tak, jak przeciwnik pozwala”. Jak powinien „grać” Sojusz Lewicy Demokratycznej, mając konkurenta o wdzięcznej nazwie Wiosna?

Będzie dobrze

Narracją partii Biedronia jest i pozostanie odcinanie się od przeszłości. Hasło mają identyczne jak PiS: „nareszcie zmiana” ma zastąpić „dobrą zmianę”. W odróżnieniu od Biedronia, zadaniem SLD jest pokazywanie ciągłości państwa. Mimo błędów popełnianych przez rządzących. „Było źle, będzie dobrze” – to z pewnością hasło chwytliwe. Ale nieprawdziwe. Bo świat nie jest czarno-biały. Jest kolorowy i różnorodny.
Nie ma sensu odkrywanie Ameryki i udawanie, że się jest Kolumbem. O załatwienie wielu spraw, o których mówił Robert Biedroń podczas konwencji, Sojusz Lewicy Demokratycznej zabiegał w poprzedniej kadencji Sejmu. Że bezskutecznie? Przecież Robert był wraz ze mną posłem VII kadencji. I doskonale wie, jak się realizuje swój wymarzony program dysponując trzydziestu paru głosami posłanek i posłów.
Spokojnie. Bez paniki. SLD nie zniknie wraz z nadejściem wiosny. Jest bardzo liczne grono wyborców, dla których liczy się przewidywalność władzy. Ciągłość. Kompetencje sprawdzonych polityczek i polityków. Nie wszystkich zaczaruje spadające z nieba konfetti.

Platforma Obywatelska

Najważniejszym problemem PO jest brak charyzmatycznego przywódcy. Charyzmy nie ma ani przewodniczący partii, ani nikt z grona polityków i polityczek młodszego pokolenia. Nie ma wątpliwości, że w Platformie twardą ręką rządzi Grzegorz Schetyna. I trudno mu odmówić sprawności. Mimo wszystko utrzymał partię w kondycji przynajmniej nie gorszej niż po wyborach w 2015 roku. Ale to może nie wystarczyć, by pokonać PiS.
Ostatni sondaż Kantar Millward Brown dla „Faktów” TVN i TVN24 potwierdził, że słusznie politycy PO obawiali się Roberta Biedronia. Wejście do gry Wiosny zaowocowało potężnym spadkiem notowań Platformy. W listopadzie PO miała 26 proc., a Nowoczesna 3 proc. W sondażu styczniowym obie te partie uzyskały razem 20 proc. Spadek rzędu 30 procent!
Nie ukrywam, że układ sił odwzorowany ostatnim sondażem niespecjalnie mnie zmartwił. I nie chodzi o 6 proc. SLD, bo to zdecydowanie zbyt blisko progu wyborczego. Ale perspektywa prowadzenia rozmów koalicyjnych, gdy PO miało 30 proc., a SLD 3-5 proc. nie wyglądała zachęcająco. Obecnie ta relacja wynosi 20 proc. do 6 proc., czyli z grubsza 3:1. A doliczając 5 proc. głosów PSL-u, już tylko 2:1 na korzyść Platformy. To powinno przekonać polityków PO do rezygnacji z próby powtórki numeru z Nowoczesną. I pokusy traktowania potencjalnych koalicjantów jak przystawek. Krótko: dzięki Biedroniowi wzrosły szanse na stworzenie szerokiej koalicji europejskiej na rzeczywiście partnerskich zasadach.

Wiosna

Nie będę udowadniał, że obietnice Roberta Biedronia nie mają pokrycia w finansach państwa. Bo taki zarzut można postawić w zasadzie każdej partii wkraczającej w rok wyborczy. A to wyborcy mają oceniać wiarygodność polityków i głoszonych przez nich programów. Ale na miejscu Roberta Biedronia wcale nie byłbym zachwycony tym, co się stało w ostatnim tygodniu.
W sporcie największym zmartwieniem trenerów jest utrafienie z formą we właściwy moment. Osiągnięcie najwyższej formy parę miesięcy za wcześnie może oznaczać przegraną na mistrzostwach. Moim zdaniem, Robert Biedroń jest właśnie teraz u szczytu formy. Jego wystąpienie transmitowały na żywo wszystkie telewizje (łącznie z telewizją Kurskiego). Nie ma żadnej ważnej audycji radiowej i telewizyjnej, w której nie mówi się o Biedroniu. Jak powiadają: otwierasz lodówkę, a tam… Biedroń. Tak zmasowanego naporu medialnego ze strony nowej partii wielu jej potencjalnych wyborców może nie wytrzymać.
Ale to, koniec końców, nie moje zmartwienie. Ważne, że za 40 dni będziemy mieli wiosnę. Tę kalendarzową.
Nie ma sensu odkrywanie Ameryki i udawanie, że się jest Kolumbem.

Kto gra do której bramki

Z dr Anną Materską-Sosnowską, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

Partia Wiosna ma szansę rozkwitnąć na polskiej scenie politycznej?
Na razie szansę ma, pytanie tylko, jak dużą. Dostrzegam kilka różnych fal przymrozków, czyli niebezpieczeństw. Na pierwszy rzut oka propozycje Roberta Biedronia skierowane są do wszystkich, a to oznacza, że trochę do nikogo. Taki przekaz może być za szeroki. Grupa, która wydaje się być docelową, wyklucza się z niektórymi zaprezentowanymi hasłami. Z jednej strony na przykład zwraca się do wyborców z małych miast i powiatów, a to może nie być spójne z przesłaniem dotyczącym rozdziału Kościoła od państwa. Jak to na konwencji założycielskiej, najważniejsze po prostu było, aby każdy usłyszał coś dla siebie.
Nie przywiązuję się za bardzo do tego programu, który był bogaty, żeby nie powiedzieć bardzo bogaty. Musimy poczekać na szczegóły. Ważne były podstawowe hasła, kierunki zmian proponowane przez partię.

Kilka złożonych obietnic: emerytury obywatelskie w wysokości 1600 złotych, podniesienie płacy minimalnej, 500 Plus na pierwsze dziecko, skrócenie czasu oczekiwania na kolejkę do lekarza specjalisty do 30 dni, wyższe pensje dla nauczycieli, bezpłatny Internet, aborcja na żądanie do 12. tygodnia ciąży, równe płac dla kobiet i mężczyzn. Robert Biedroń przekonuje, że koszt tych obietnic to 35 mld zł. Inni mówią, że do ich realizacji potrzeba cudu. To czysty populizm?
Budżet nie jest z gumy. Ale myślę, że dla Roberta Biedronia najważniejsze było, aby pokazać inne patrzenie na politykę społeczną i obywatela. Dlatego najważniejsze filary to „człowiek, wspólnota, państwo”. To jednak bardzo ogólna wizja, długofalowa, ale bez konkretów. Robert Biedroń mówi wprost „chcę być i będę premierem”, bo polityk musi tak mówić.

Nawet jeżeli wie, że nie ma na to szans?
Co najmniej dziwnie przy takich deklaracjach brzmi odcinanie się od jakichkolwiek koalicji. Rozumiem, że próbuje tak walczyć o tożsamość, ale to powoduje właściwie zerową zdolność koalicyjną, zwłaszcza jeżeli potencjalnemu koalicjantowi zabiera się głosy i elektorat. W obecnej sytuacji politycznej i obowiązującym systemie wyborczym to może doprowadzić do niezamierzonych skutków – nie odsunięcia PiS-u od władzy, ale wręcz przeciwnie, pozostawienia i utwardzenia tej partii. Odrębność tak, ale tylko przy współpracy i sympatii.

Robert Biedroń nie zdaje sobie sprawy, o co toczy się walka w nadchodzących wyborach?
Stawia na siebie, w myśl zasady „jeżeli nie teraz, to kiedy”… Ale stawka jest rzeczywiście bardzo wysoka. Dlatego apeluję o współpracę, nawet ograniczoną, a nie kąsanie każdej strony. Żadne badania nie potwierdzają, że Robert Biedroń odbiera elektorat PiS-owi. Dzisiaj odbiera go szeroko rozumianej Koalicji Obywatelskiej, ponieważ jest programową mieszanką ugrupowań Janusza Palikota i Ryszarda Petru, wykluczając elementy progresywno – socjalne, bo to jest wpływ lewicowej wrażliwości.
Czy ma szansę trafić do młodego, niechodzącego na wybory elektoratu? Może. Ale ryzyko jest bardzo duże.

Może skończyć jak Palikot i Petru? Czyli spektakularny wzlot i równie bolesny upadek.
W tych wypadkach mieliśmy do czynienia z dwiema strategiami. Jedna, zastosowana przez Janusza Palikota – silne nazwisko i gwiazdy, które obok błyszczały. Druga, z której skorzystał Ryszard Petru – tylko on i brak rozpoznawalnych twarzy. Nie sprawdziła się ani jedna, ani druga. Co prawda na Ruchu Palikota „wyrósł” Robert Biedroń, ale już z zupełnie nowym projektem politycznym. Wydaje mi się, że projekt Wiosna jest dużo bardziej przemyślany, może być trwalszy, ale wcale nie musi.
Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie błędy Robert Biedroń popełni po drodze albo jakich uniknie. Doświadczenie każe być bardzo ostrożnym. Może „namieszać” zarówno w pozytywnym, jak i niestety negatywnym sensie.

Robert Biedroń zrzekł się mandatu radnego, aby tworzyć własną partię, teraz deklaruje, że jak dostanie się do Parlamentu Europejskiego, to złoży mandat, aby być premierem… Rozumie pani taką strategię?
Zaczęło się jeszcze wcześniej, gdy zrezygnował z mandatu posła, by zostać prezydentem Słupska.
Teraz mówi, że chce być premierem, ale tak naprawdę puszcza oko, że marzy mu się fotel prezydenta. Wydaje mi się, że to może być jego cel, bo zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma szans na realne rządzenie.

Czy to jest poważne?
Według mnie nie. Należy być lojalnym wobec swoich wyborców. Nie wystarczy zapowiedzieć wcześniej, że się z ich wyboru zrezygnuje. Ja tego nie czuję. Poza tym najbliższymi wyborami są te do Parlamentu Europejskiego, a ja nie wiem, czego chce i co w tej sprawie proponuje.

Na konwencji nie było słowa o polityce zagranicznej. Dlaczego?
Nie było o polityce zagranicznej, UE, kulturze, bezpieczeństwie. Były za to propozycje światopoglądowe i gospodarcze, a właściwie rozdawnictwo, czyli odwołanie się do tego, w jaki sposób głosują wyborcy – emocjami, różańcem i portfelem. Sprawy zagraniczne nie są dla wyborców emocjonujące. Jakiekolwiek szczegóły mogą się pojawić jeszcze na konwencjach wyborczych. Tak naprawdę trudności przed Robertem Biedroniem dopiero się zaczynają. Pokazał, że umie porwać i rozruszać tłum, ma entuzjazm i energię, ale teraz zaczną się pytania o konkrety i będzie musiał się z nimi zmierzyć. Stanął już do konkurencji, więc wszyscy mają prawo atakować, a dziennikarze mają obowiązek pytać.

„Koalicja Europejska dla Polski” – to deklaracja wzywającą do stworzenia szerokiej opozycyjnej listy w wyborach do PE. Podpisali się pod nią lider PO oraz dziewięciu byłych premierów i ministrów spraw zagranicznych. Trafi na podatny grunt?
Nie zatrzęsie sceną polityczną, ale to jest ważny krok. Wyraźnie i ostro trzeba mówić, jakie znaczenie mają wybory do PE, zresztą nie tylko w Polsce. Europa też się zmienia, a to ma dla nas pośrednie i bezpośrednie znaczenie. Dla mnie to jest gest odpowiedzialności, pokazania wspólnoty przy fundamentalnych kwestiach. Czy kolejnym krokiem będzie stworzenie szerokiej listy? Obawiam się, że nie.
Zastanawiające było to, że wśród sygnatariuszy nie było Waldemara Pawlaka. To może być sygnał, że PSL będzie szedł własną drogą. Ale nawet jeżeli ludowcy pójdą osobno, to i tak będą grali do tej samej bramki.
Będą nieśli na sztandarach te same hasła, a później wejdą do tej samej frakcji w europarlamencie.

Podpis pod deklaracją złożył Leszek Miller, to oznacza, że SLD przyłączy się do Koalicji Europejskiej?
Nie mógł się nie podpisać, bo to przecież on wprowadzał Polskę do UE. Nie zabrakło także Marka Belki i Włodzimierza Cimoszewicza, a to może być sygnał pewnej gotowości. Tym bardziej, że partie lewicowe od początku były bardzo proeuropejskie.

„Wybory europejskie zadecydują o losie całej wspólnoty. Wszystkie różnice i spory w kraju powinny być odsunięte na dalszy plan” – apelował Włodzimierz Cimoszewicz. Robert Biedroń nie posłucha?
W sprawie wyborów do PE na pewno nie, ale później wiele może się zmienić.
Przyznam, że niepotrzebne jest pokazywanie lekceważącego stosunku do Koalicji Europejskiej. Podobnie jak niepotrzebny był atak Roberta Biedronia po konwencji „Kobieta. Polska. Europa” zorganizowanej przez Koalicję Obywatelską.
Rozumiem, że potraktował to jako zagrożenie. Na razie widać, że to Robert Biedroń bardziej atakuje, niż jego atakują. Czas ochronny właśnie się kończy i być może będzie musiał zmienić retorykę.

Bigos tygodniowy

„Czy PiS może wygrać wybory?” – tak brzmi tytuł jednego z artykułów z przedostatniego numeru propisowskiego tygodnika „Do Rzeczy”. Jak prawdziwy galernik-masochista przeczesuję co tydzień najważniejsze media tego nurtu, ale wystarczy tylko przytoczyć ten tytuł, by dać czytelnikom wyobrażenie nastroju, jaki zaczyna coraz bardziej narastać w znaczącej części pisowskich mediów. Oni jeszcze się śmieją, ale coraz częściej przez łzy. A przecież ten tytuł powstał jeszcze przed zatrzymaniem „Misiewicza-Pisiewicza” oraz medialnym ujawnieniem „taśm Kaczyńskiego” i „afery Srebrna”. Tylko w TVPiS, którego przekaz jest adresowany do najszerszych kręgów pisowskiego ludu, bezwzględnie obowiązuje urzędowy optymizm. Jedna oczywista oczywistość wynika z tych nagrań: gadanie o „chińskim murze” między spółką Srebrna a prezesem PiS można między bajki włożyć. W zdartych butach czy pomiętym garniturze, jest tak czy owak nadprotektorem politycznym tego szemranego biznesu. W tej sprawie wszystkie ścieżki prowadzą na Nowogrodzką.

Mecenas Robert Nowaczyk zeznając przed komisją Jakiego opowiedział nie tylko wiele ciekawych szczegółów z życia ulicy Srebrnej i o machinacjach pisiorskich namiestników służb specjalnych, ale także o pijanych pocałunkach z psem, odstawianych w pozycji na czworakach przez obecnego koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego. Nie całowanie się z psem jest jednak problemem. Całowanie się z psem w ogóle nie jest problemem. Jest nim fakt, że osoba pełniąca niezwykle ważną funkcję związaną z ochroną bezpieczeństwa państwa ma mózg o fizjologii tak bardzo bezbronnej w konfrontacji z alkoholem. To źródło potencjalnego zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa. Ja nie żartuję ani trochę.

Pożal się Boże – ministerium kultury Glińskiego i Sellina zastosowało szantaż w stosunku do Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku i zapowiedziało radykalne zmniejszenie obiecanej dotacji. Niezwykle skuteczna krawcowa z Gdańska Patrycja Krzymińska, ta sama, która zebrała dodatkowe 16 milionów złotych do ostatniej puszki Pawła Adamowicza, zebrała także brakującą kwotę i to z naddatkiem. Miejmy nadzieję, że wyżej wspomnianych – pożal się Boże – dżentelmenów od kultury po pisowsku wystarczająco to upokorzyło, a może i otrzeźwiło, uświadamiając im, że w razie potrzeby „kulturalny naród sam się wyżywi”, bez pomocy ich zakichanego resortu.

Robert Biedroń wystąpił na warszawskim Torwarze – z wielkim rozmachem, ze swoją inicjatywą polityczną, której nadano nazwę „Wiosna”. Pod literą i duchem jego programu chętnie podpiszę się obiema dłońmi. Zaklinam tylko Roberta Biedronia, którego darzę ogromną sympatią i uznaniem, na wszystkie świętości, aby baczył, by ta jego inicjatywa w konsekwencji nie przedłużyła faszyzujących rządów Kaczyńskiego i jego kamaryli.

Powstała kolejna inicjatywa komitetu na rzecz świeckości państwa. W składzie komitetu znaleźli się przedstawiciele kilkudziesięciu organizacji, w tym Kongresu Świeckości, a także partii politycznych: SLD, Partii Razem, Zielonych, ugrupowania Wolność i Równość oraz Inicjatywy Feministycznej.

Wszyscy zajęci są niedoszłą „K-Tower” przy Srebrnej (Duck-Tower, jako to określił Władysław Frasyniuk). Tymczasem bliżej centrum stolicy powstaje „Nycz Tower” arcybiskupstwa warszawskiego, kto zaręczy, że czy nie zainicjowana w nie mniej szemranych okolicznościach niż ta niedoszła?

Jeśliby jednak tak na aferę Srebrnej spojrzeć – by tak rzec – filozoficznie, abstrahując od wszelkich powszechnie znanych konotacji i z maksymalnie wysoko szybującego drona, to można by postawić pytanie: co to za dyktator z tego Kaczora, że rządząc przeszło trzydziestomilionowym krajem, nie jest w stanie doprowadzić do budowy dwóch głupich 49-piętrowych wież.

Jeszcze co do afery Srebrnej. Pisiorska propaganda czepiła się określenia, że to nie bomba, ale „zmoczony kapiszon”. Niech się tak pocieszają i uspokajają swój elektorat, skoro taką mają potrzebę, ale po co w takim razie grożą procesami tym, którzy rzecz ujawnili? No to w końcu – „kapiszon” czy „zniesławienie”? No i skąd grożenie procesami za naruszenie dóbr osobistych i zakwestionowanie uczciwości Prezesa, skoro wspomniane nagrania są podobno dla niego – jak twierdzą pisiory z Terleckim (nie mylić z psem, z którym całował się Mariusz Kamiński) na czele – „laurką” i świadectwem uczciwości? Ta chwiejna taktyka obrony nie rządzi się żadną normalną logiką.

Paweł Olechnowicz, współtwórca sukcesu „Lotosu” został zatrzymany przez CBA pod straszliwymi zarzutami, a następnie ot tak sobie zwyczajnie wypuszczony. Za te szemrane, bezprawne zatrzymania, których inspiratorzy grają ludzką wolnością i godnością jak tanimi fantami, ktoś powinien w przyszłości ciężko odpokutować. Są przecież podpisy na wydawanych decyzjach.

Magdalena Ogórek została skrzyczana przez demonstrujących pod siedzibą TVP przy placu Powstańców Warszawy. Przypomniano jej między innymi, że jest „kłamczuchą”. Policja już przesłuchuje uczestników zajścia. Nadwiślańskich nazioli bijących i kopiących kobiety, które zasiadły na drodze tzw. marszu niepodległości 11 listopada 2017, policja szukała długo, po czym pisowska prokuratorka sprawę umorzyła pod groteskowym pretekstem.

PiS, które zrezygnowało ze z góry przegranej walki o prezydenturę Gdańska, oddało pole trzem ciekawym kontrkandydatom Aleksandry Dulkiewicz: „Czerwonemu Korsarzowi”, chuliganowi, który atakuje turystów, pewnemu bezrobotnemu oraz wielkiemu reżyserowi Grzegorzowi Braunowi, twórcy wiekopomnego arcydzieła dokumentalistyki, „Zamachu Smoleńskiego”. Najbardziej do Gdańska pasuje „Czerwony Korsarz”. Czy to ten z powieści Jamesa Fenimore Coopera?

Głos lewicy

Tylko w szerokiej koalicji

Marcin Kulasek twierdzi, że dla Polski najlepsza byłaby szeroka koalicja złożona ze wszystkich proeuropejskich i prokonstytucyjnych sił. Fragment wywiadu z sld.org.pl.:
I co z tych rozmów wynika? Luty to chyba ostateczny czas na podjęcie decyzji.
Marcin Kulasek, sekretarz generalny SLD: Z rozmów wynika, że dla Polski i dla Unii Europejskiej najlepsza byłaby szeroka koalicja złożona ze wszystkich proeuropejskich i prokonstytucyjnych sił. Ta idea jest szczególnie bliska SLD, ponieważ to rząd Leszka Millera wprowadził Polskę do Unii Europejskiej, a wywodzący się z naszego środowiska prezydent Aleksander Kwaśniewski złożył podpis pod obowiązującą Konstytucją. Do pomysłu szerokiej koalicji namawiamy wszystkich partnerów, z którymi dzisiaj prowadzimy rozmowy. I – nieskromnie powiem – chyba te namowy przynoszą efekty, bo dzisiaj wspólną proeuropejską deklarację podpisali byli premierzy i ministrowie spraw zagranicznych, w tym premierzy z SLD: Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz i Marek Belka. Ostateczną decyzję podejmie jednak zwołana na luty Krajowa Konwencja SLD.
A nie obawia się Pan, że start SLD w tak szerokiej formule koalicyjnej może doprowadzić do osłabienia Pana formacji, utraty Waszej lewicowej tożsamości?
Nie ma takiej obawy. Bez względu na formułę startu, którą jako SLD wybierzemy, wszyscy nasi przyszli europosłowie na pewno zostaną członkami frakcji Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim. W samej kampanii natomiast będziemy mocno akcentować europejskie postulaty SLD: wejście do strefy euro, przystąpienie do Unii Bankowej, wprowadzenie europejskiej płacy minimalnej i budowę europejskich sił zbrojnych z prawdziwego zdarzenia. Te kwestie na pewno różnią nas, przynajmniej w części, od pozostałych partii na polskiej scenie politycznej. Nie ma natomiast wątpliwości, że dzisiaj najważniejsze jest to, co nas łączy: sprzeciw wobec wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej przez PiS i szacunek dla obowiązującej Konstytucji.

Razem do Europy

1 lutego w Warszawie odbyła się wspólna konferencja premierów i ministrów spraw zagranicznych nawołująca do szerokiego porozumienia na wybory europejskie. Na konferencji głos zabrali byli premierzy rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej: Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz i Marek Belka.
Leszek Miller: Miałem zaszczyt podpisać z Włodzimierzem Cimoszewiczem traktat akcesyjny do Unii Europejskiej Pózniej, Donald Tusk i Radosław Sikorski podpisali Traktat Lizboński. To pokazuje, że wiele sił politycznych ma swój proeuropejski wkład i należy to kontynuować.
Włodzimierz Cimoszewicz: Wszyscy, którzy podzielają wspólny punkt widzenia na temat Unii Europejskiej powinni się zjednoczyć.
Marek Belka: nowo wybrany Parlament Europejski będzie decydował ostatecznie europejskim budżecie, dlatego musimy mieć tam kompetentnych ludzi.
Info z sld.org.pl.

Chcemy komisji!

– Bez względu kto co opowiada, to widać w tym gmatwaninę politykę i biznesu. To jest pod granicą prawa. Ta Srebrna to jest typowy przykład uwłaszczenia na majątku spółki nomenklaturowej. PiS zawsze to potępiał – powiedział Włodzimierz Czarzasty w „Poranku” Radia TOK FM, odpowiadając na pytanie: czy „Taśmy Kaczyńskiego” to duży problem dla PiS?
– To jest ewidentna sprawa dla komisji śledczej w nowym parlamencie. One powinny wyjaśniać wszystkie sprawy na styku polityki i biznesu – dodał szef SLD.
– Były takie – powiem panu bardzo uczciwie – pokusy i pytania w każdej partii, nawet w mojej, jak wykorzystać partyjny majątek. Bo on był. Może go podnająć, może powołać spółkę, fundację – prawo tego zabraniało. Wszyscy tego nie zrobili, a ci, którzy uważają się za najuczciwszych to zrobili – mówił dalej Czarzasty.
Info z sld.org.pl