Gospodarka 48 godzin

Czy Baltic Pipe ruszy?
Przedstawiciele polskiego rządu zapewniają, że strona duńska wznawia prace na budowie gazociągu Baltic Pipe, prowadzącego z norweskich, podwodnych złóż gazu, przez Danię i Bałtyk, do Polski. Prace te zostały wstrzymane na początku czerwca, gdy duńska Komisja Odwoławcza ds. Środowiska i Żywności anulowała pozwolenie środowiskowe dla rurociągu Baltic Pipe pod pretekstem ochrony jakichś rodzajów myszy i nietoperzy. Według ministra klimatu i środowiska Michała Kurtyki, prace „na większości odcinków gazociągu” zostają wznowione, a dotychczasowy termin oddania go do użytku, wyznaczony na październik bieżącego roku, został potwierdzony. Warto jednak zwrócić uwagę, że z tego oświadczenia nie wynika, że przerwane prace na budowie Baltic Pipe rzeczywiście zostały już na nowo podjęte. Nie wiadomo też, czy kontynuowana będzie budowa całego gazociągu, czy tylko większości jego odcinków (minister Michał Kurtyka mówił jedynie o „większości odcinków”). Wreszcie, na razie wciąż nie ma oficjalnego komunikatu duńskiej Komisji Odwoławczej ds. Środowiska i Żywności w tej sprawie. Gdyby jednak budowa Baltic Pipe rzeczywiście została wznowiona, byłoby to dobrą wiadomością dla Polski.

Silniejsza pozycja ministra
Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Nowelizacja ustala maksymalną wysokość opłaty za gospodarowanie odpadami komunalnymi, obliczaną na podstawie metody „od ilości zużytej wody”. Będzie to wysokość 7,8 proc. dochodu rozporządzalnego na 1 osobę w gospodarstwie domowym, czyli, jak stwierdza rząd, około 150 zł miesięcznie od osoby. Jednocześnie, nastąpi podwyższenie kar za niewłaściwe postępowanie z odpadami (na przykład za brak odpowiednich zezwoleń). Podwyższona zostanie także maksymalna stawka opłaty za odpady komunalne dla nieruchomości niezamieszkałych. Właściciele nieruchomości rekreacyjno – letniskowych będą rozliczać się z opłaty za odpady komunalne tak jak właściciele nieruchomości niezamieszkałych, czyli „od pojemnika”. Rozszerzone zostaną uprawnienia administracyjne ministra klimatu i środowiska. Będzie on mógł udzielić – w drodze decyzji – odstępstwa dla poszczególnych gmin, jeśli chodzi o sposób selektywnego zbierania odpadów komunalnych. Konieczność segregowania śmieci to niełatwe zadanie, więc jeśli minister zwolni bliskie sobie gminy z tego obowiązku, będzie to dla nich istotnym wsparciem. Na gminy został zaś nałożony nowy obowiązek, związany z zbieraniem śmieci. Gminy powinny bowiem zapewnić w pierwszej kolejności przygotowanie do ponownego użycia i recyklingu odpadów zebranych selektywnie oraz odpadów powstających w procesie sortowania. W efekcie, mniej odpadów powinno trafiać na składowiska. Wprowadzone zostaną również rozwiązania, które mają ułatwić funkcjonowanie instalacji przetwarzających odpady komunalne: umożliwiono dłuższe magazynowanie śmieci , a także skrócono czas na podjęcie działalności tych instalacji z dwóch lat do roku. Ponadto, wprowadzono rozwiązanie, które umożliwi gminom dopłacanie ze środków własnych do systemu gospodarowania odpadami. Gminy będą mogły – a być może, będą nawet musiały – korzystać z tego rozwiązania w przypadkach wzrostu cen za odbiór śmieci, jeśli nie będzie możliwości pokrycia wszystkich kosztów z opłat pobranych od mieszkańców.

Spalanie powinno być ostatecznością

W świetle prawa unijnego spalarnie odpadów to instalacje, które wyrządzają poważne szkody środowisku.
Żadne przepisy, czy to unijne, czy krajowe, nie zakazują działalności spalarni odpadów. Dyrektywa Unii Europejskiej stwierdza, iż daną działalność gospodarczą uznaje się za wyrządzającą poważne szkody, jeżeli m.in. prowadzi do znacznego zwiększenia spalania odpadów. Nie ma jednak żadnych norm, które przewidywałyby stopniowe zamykanie spalarni śmieci, jak ma to miejsce na przykład w przypadku unijnej perspektywy odchodzenia od węgla.
Zdaniem polskich zielonych, jeśli w cyklach gospodarczych pojawia się strumień odpadów nienadających się do recyklingu, rozwiązań trzeba szukać na początku procesu ich powstawania, a nie budować dla nich spalarnie. Tyle, że to łatwo powiedzieć, ale znacznie trudniej zrobić.
Tym niemniej, według prawa unijnego spalarnie odpadów klasyfikowane są jako instalacje wyrządzające poważne szkody środowisku, a tym samym nie mogą być uznane za ekologiczne i nie mogą być częścią gospodarki o obiegu zamkniętym. Dodatkowo, Unia Europejska zabroniła finansowania spalarni śmieci z pieniędzy publicznych.
Tymczasem, na mocy porozumienia między firmą Fortum a władzami Wrocławia i gminą Wisznia Mała na północno-wschodniej granicy Wrocławia oraz na terenach gmin Długołęka i Wisznia Mała ma powstać nowa spalarnia odpadów. W preambule tego porozumienia zapisano, iż spalarnie odpadów są „instalacjami ekologicznymi i wpisują się w Gospodarkę Obiegu Zamkniętego”, co stanowi ewidentną sprzeczność z normami unijnymi.
Zieloni alarmują, że zmiana planu zagospodarowania przestrzennego dla tego terenu procedowana była bez realnych konsultacji społecznych (co oznacza, że konsultacje wprawdzie były, ale zdaniem Zielonych, niewystarczające). Ich zdaniem, projekt będzie miał fatalny wpływ na środowisko, a negatywne skutki inwestycji odczują również mieszkańcy – budynki spalarni mają powstać 700 metrów od zabudowań. – Spalarnie odpadów nie są dobrym rozwiązaniem: marnują potencjał materiałów, które w dużej mierze można poddać recyklingowi, przyczyniają się do zużycia kolejnych zasobów np. energii oraz zwiększają emisję gazów cieplarnianych. Spalanie 1 Mg odpadów komunalnych w spalarniach wiąże się z uwolnieniem od około 0,7 do 1,2 Mg dwutlenku węgla. W zakładach spalania odpadów komunalnych w Szkocji w 2018 r. średnia intensywność emisji dwutlenku węgla równała się 509 g CO2 / kWh, czyli prawie dwa razy więcej niż intensywność emisji dwutlenku węgla z energii elektrycznej w Wielkiej Brytanii (średnia sieciowa w 2018 r. – 270 gCO2 / kWh) – komentuje Julia Rokicka z Partii Zieloni.
Według Zielonych, spalarnia jest też zagrożeniem dla cennego przyrodniczo, chronionego obszaru Natura 2000. Podkreślają oni, iż inwestycja planowana jest bezpośrednio przy węźle drogowym Psie Pole, w ciągu drogi S8. Awaria spalarni oznacza wiec paraliż dla całego regionu. – Budowa spalarni zmarnuje środki potrzebne na szybkie inwestycje w naprawdę zgodne z gospodarką obiegu zamkniętego projekty i co gorsza “zabetonuje” ten stan rzeczy na 20-25 lat, w czasie kiedy ta ogromna inwestycja będzie musiała się spłacić inwestorom. Wymagane są coraz wyższe poziomy recyklingu i przygotowania do ponownego użycia odpadów. Najbliższe lata będą pod tym względem kluczowe. na dzisiaj mało która gmina osiągnie wymagane prawem limity, nawet stosując kreatywną statystykę. O ile poziom 20 proc. recyklingu w tym roku jest do osiągnięcia, to do 2025 roku musi to być aż 55 proc.! – podkreśla dr. Tomasz Wojciechowski, ekspert Instytutu Gospodarki o Obiegu Zamkniętym. – Decyzja o budowie spalarni i związane z nią emisje gazów cieplarnianych podważają podjęty przez Wrocław „alarm klimatyczny” i stoją w sprzeczności z wyrażoną przez władze Wrocławia chęcią przeciwdziałania zmianom klimatu. Co więcej, wysokie koszty stworzenia instalacji do spalania oddalą nas od inwestowania w bardziej ekologiczne i często tańsze metody utylizacji odpadów – dodaje Julia Rokicka. – Porozumienie z Fortum jest złamaniem umowy społecznej zawartej z mieszkańcami w 2017 r, kiedy to prezydent Rafał Dutkiewicz zapewnił, że takie inwestycje nie są planowane. W „Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Wrocławia” wpisano wtedy, że: „strategia gospodarki odpadami komunalnymi dla Wrocławia nie przewiduje lokalizacji spalarni odpadów” – przypomina Robert Suligowski z Partii Zieloni. I zwraca uwagę, że kolejnym problemem jest miejsce składowania odpadów po spalarni. Wszak około 30 proc. masy wsadu zamienia się w niebezpieczne żużle i popioły. Czy więc znajdziemy je w okolicznych dołach i bajorkach, by uniknąć rosnących lawinowo opłat za ich zgodne z prawem zagospodarowanie?
Zieloni, wspólnie ze Stowarzyszeniem Nasze Pawłowice i Ramiszów oraz częścią mieszkańców obszaru, gdzie miałaby się znaleźć spalarnia, apelują do władz Wrocławia oraz gminy Wisznia Mała o wstrzymanie tej inwestycji. Uważają oni, że projekt wymaga przejrzystych konsultacji społecznych, które uwzględnią mieszkańców, ekspertów w dziedzinie środowiska oraz przedstawicieli władz i firmy Fortum.

Sukces w walce z śmieciowymi koncernami

W sporze o odbiór odpadów jest 2:0 dla samorządowców Zduńskiej Woli. Za nimi pójdą inni.
Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił skargę dużej firmy Remondis na wyrok Krajowej Izby Gospodarczej w sprawie Zduńskiej Woli. To kolejne zwycięstwo miasta w walce o odbiór śmieci z gospodarstw domowych.
– Wyrok jest bezprecedensowy – ocenia Konrad Pokora, prezydent Zduńskiej Woli. – Najpierw Krajowa Izba Odwoławcza, a teraz sąd uznały że mieliśmy prawo przekazać zadanie odbioru śmieci z gospodarstw domowych spółce komunalnej, którą do tego celu stworzyliśmy. Remondis walczy, bo wie, że rozgrywka nie dotyczy tylko naszego miasta. Coraz więcej samorządów chce wziąć z nas przykład. Otrzymujemy wiele zapytań o to, jak przeprowadziliśmy zmiany – dodaje.
Sąd Okręgowy w Warszawie podzielił stanowisko Krajowej Izby Odwoławczej. – Wskazał, iż zostały spełnione wszystkie przesłanki, uzasadniające udzielenie zamówienia w trybie z wolnej ręki – mówi Krzysztof Drapiński, radca prawny, który reprezentował Zduńską Wolę.
W szczególności, za bezzasadne uznał zarzuty stawiane przez Remondis, który kwestionował sprawowanie kontroli przez miasto nad spółką Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej w Zduńskiej Woli, a także podważał przygotowaną przez miasto prognozę handlową. – Sąd nie podzielił także argumentów, jakoby udzielenie zamówienia w trybie z wolnej ręki miało charakter pozorny, zmierzało do obejścia zakazu powierzenia zamówienia podwykonawcom lub naruszało zasady uczciwej konkurencji – wyjaśnia mec. Drapiński.
Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej odbiera odpady od zduńskowolan od 2 stycznia 2021 r. Miasto stworzyło spółkę w zaledwie pół roku. W ten sposób chciało chronić mieszkańców przed wzrostem opłat śmieciowych.
– W czerwcu 2020 r. Remondis zażądał od nas niemal 7 mln zł za półroczną obsługę systemu śmieciowego. Gdyby podzielić tę kwotę przez liczbę zduńskowolan płacących za odbiór odpadów, miesięczna opłata powinna wtedy wzrosnąć do 34 zł miesięcznie – przypomina prezydent Konrad Pokora.
Dziś opłata wynosi 28 zł miesięcznie. – Od nowego roku wiele samorządów znów stanęło pod ścianą. Koncerny śmieciowe zażądały wyższych honorariów, tłumacząc się wzrostem cen prądu i wzrostem pensji – mówi Konrad Pokora. – My nie musieliśmy podnosić opłat, do końca roku nie planujemy podwyżek – dodaje.
Zaznacza jednak, że wiele zależeć będzie od polityki rządu. – W 60 proc. wysokości opłat na rynku odbioru śmieci kształtuje rząd, ustalając wysokość opłat środowiskowych czy recyklingowych. W pozostałych 40 proc. cenę kreują koszty ponoszone przez firmy śmieciowe. Dzięki temu, że powołaliśmy naszą spółkę, mamy wpływ na tę cześć i dzięki temu mogliśmy wyhamować wzrost opłat – wyjaśnia prezydent Pokora.
Skargę Remondisu na wyrok Krajowej Izby Odwoławczej rozpatrywał Sąd Okręgowy w Warszawie XXIII Wydział Gospodarczy Odwoławczy i Zamówień Publicznych. Koncern może złożyć jeszcze skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego.

Segregacja sprawdza się nienajlepiej

System segregowania śmieci w naszym kraju jest mało sensowny, ale większość Polaków myśli racjonalnie i stara się jakoś rozdzielać odpady.
Większość Polaków uważa, że system segregacji śmieci w Polsce nie sprawdza się i jest nieefektywny – i oczywiście mają oni rację. Pogląd o ułomności śmieciowej segregacji reprezentuje 60 proc. obywateli, zapytanych o to w sondażu zorganizowanego w ramach kampanii edukacyjnej „rePETujemy”. Kwestia nie jest bez znaczenia, skoro pod rządami Prawa i Sprawiedliwości mieszkańcy naszego kraju muszą coraz więcej płacić za wywóz odpadów komunalnych.
Kwestia ich segregacji zawsze budzi krytyczne uwagi, powracając przy okazji wprowadzania kolejnych grup podziału, wzrostu kosztów wywozów odpadów czy potrzeby ograniczania ich ilości.
Dziś segregacja śmieci obejmuje tylko część gospodarstw domowych, bo jak pokazują wyniki sondażu „rePETujemy”, około 68 proc. Polaków deklaruje, że segreguje wszystkie śmieci w swoim domu, rozdzielając je na poszczególne frakcje. To i tak niemało, bo jest to system kłopotliwy, dobry może tam, gdzie ludzie mają domy z ogródkami, ale bardzo niedogodny w małych mieszkaniach, gdzie na przykład konieczność wyodrębnienia śmieci bio sprawia, że w naszej kuchni powstaje śmierdząca kompostownia.
Dlatego zrozumiałe jest, że dość dużo osób decyduje się na oddzielanie od siebie tylko niektórych rodzajów odpadów – głównie szkła i tworzywa. Grupę mniej dzielących stanowi około 30 proc. respondentów. Do najczęściej wskazywanych przyczyn rezygnowania z pełnej segregacji zaliczają oni brak miejsca na dodatkowy kosz w domu oraz czasochłonność i niewygodę segregowania.
Dodatkowo, co szósty Polak zwraca uwagę na problem segregacji w domu plastikowych odpadów, zwłaszcza w postaci butelek, które zajmują szczególnie dużo miejsca (nawet po zgnieceniu).
Polacy są jednak dość uspołecznionym narodem. Widzimy, że władza źle zorganizowała system segregacji śmieci, ale z drugiej strony rozumiemy, że należy je rozdzielać. Dlatego, biorąc pod uwagę reprezentatywną na skalę kraju pulę badań, tylko 4 proc. naszego społeczeństwa przyznaje się do niesegregowania śmieci w ogóle. Jako główne tego powody także podawane są problemy z ich segregowaniem w warunkach domowych oraz brak miejsca na dodatkowe kosze w mieszkaniach. Ponadto, osobom starszy po prostu nie chce się borykać z dzieleniem odpadów na kilka koszy, tym bardziej, że oznacza to niedogodność częstszego wynoszenia śmieci. Kłopotliwa jest również konieczność zastanawiania się, do którego kosza wyrzucać odpady.
Nic dziwnego zatem, że dość krytycznie oceniamy wydolność systemu segregacji odpadów – i tylko 40 proc. z nas uważa, że spełnia on swoją rolę. Jednak co do samej sensowności segregowania śmieci, pozytywne zdanie ma już 80 proc. osób w Polsce.
Na ogół zresztą wiemy, jak to robić. Polacy, zapytani na przykładach, do jakiego kosza wyrzuciliby poszczególne odpady, udzielają raczej prawidłowych odpowiedzi. Trudności przysparzają między innymi resztki z mięsa, błędnie przyporządkowywane do odpadów bio, czy np. zatłuszczone styropianowe opakowania po żywności na wynos, kojarzone z odpadami z tworzyw sztucznych.
Oczywiście wedle systemu obowiązującego w Polsce oba te rodzaje śmieci powinny trafić do odpadów zmieszanych – choć to sprzeczne z logiką, bo przecież, co by nie powiedzieć, resztki mięsa zawsze będą odpadami bio, a styropian, choćby zatłuszczony, nigdy nie przestanie być tworzywem sztucznym.
Z kolei, w przypadku kosza na papiery, błędem ma być wrzucanie tam np. pudełek po pizzy czy zużytych, czyli brudnych ręczników papierowych, które także powinny ponoć znaleźć się w pojemniku na odpady zmieszane. Wszystko to pokazuje, jak mało sensowny jest system segregowania śmieci funkcjonujący w naszym kraju – no ale innego nie mamy, więc ogromna większość Polaków, myśląc racjonalnie, stara się te odpady jednak rozdzielać.
O ile mieszkańcy naszego kraju jakoś dają sobie radę z segregowaniem śmieci, o tyle urzędy i firmy zajmujące się ich przetwarzaniem, wypadają poniżej krytyki. Źle wypadamy na tle innych państw Europy.
Jak wynika z danych Eurostatu, europejskiego urzędu statystycznego, udostępnionych w lipcu 2020 roku, część przetworzonych odpadów przez Polskę w 2018 r. (nowszych danych jeszcze nie ma) stanowiła zaledwie 34,3 proc., przy średniej recyklingu dla krajów Unii Europejskie wynoszącej 47 proc. W tym zestawieniu wynik ten plasuje Polskę na 20. miejscu, za krajami takimi jak Węgry, Słowacja, Hiszpania, nie mówiąc już o Czechach.
Na czele tego rankingu znajdują się Niemcy z „przetwarzalnością” odpadów na poziomie aż 67,3 proc. Polska nigdy nie osiągnie podobnego rezultatu, bo kluczem do niego jest dobra organizacja, nowoczesne technologie i odpowiednie środki finansowe. Tylko wtedy można bowiem doprowadzić do stworzenia gospodarki o obiegu niemal zamkniętym, gdzie duża większość śmieci zostaje ponownie wykorzystana.
Tymczasem u nas, dla przykładu, praktycznie już nie funkcjonuje system zwracania szklanych butelek z kaucją, który „za komuny” działał całkiem dobrze. Nie ma też mowy o oddawaniu, za drobną kwotą, zużytych plastikowych butelek PET.
Mówi się o zorganizowaniu w Polsce systemu depozytowego, który jakoby ma sprawić, że te zużyte plastikowe butelki zyskają dodatkową wartość, co z kolei powinno sprawić, że więcej ich trafiało będzie do recyklingu. System taki funkcjonuje dość nieźle na Litwie, gdzie w efekcie jego wprowadzenia prawie 90 proc. opakowań plastikowych wraca do ponownego przetworzenia. W naszym kraju jest to jednak pieśń dalekiej przyszłości – tym bardziej, że wymagałoby to pewnych nakładów finansowych, których nie zaakceptuje rząd PiS.

Gospodarka 48 godzin

Siewcy zła
„Zło atakuje. Atakuje nasz kraj, ojczyznę, naród” – powiedział wicepremier Jarosław Kaczyński. W ten sposób prezes PiS dosyć surowo ale nadzwyczaj trafnie podsumował ponad pięcioletnie rządy Prawa i Sprawiedliwości.

Kończcie ten lockdown
Przedsiębiorcy z niepokojem przyjmują informacje, jakoby po 18 stycznia nadal miała być utrzymana blokada części branż. Jeżeli tak się stanie, to wiele małych i średnich przestanie istnieć, ich właściciele zbankrutują, a zatrudnieni przez nich ludzie stracą pracę – stwierdził Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz w stanowisku skierowanym do premiera Mateusza Morawieckiego. Rzecznik zwrócił się do premiera z wnioskiem o rozważne podejmowanie dalszych decyzji rządu, mających na celu zwalczanie epidemii COVID-19, ze szczególnym uwzględnieniem konsekwencji gospodarczych, a zwłaszcza tych, które dotyczą działalności przedsiębiorstw. Zdaniem Adama Abramowicza od 18 stycznia rząd powinien wrócić do realizacji, zapowiedzianego przez premiera Morawieckiego w listopadzie zeszłego roku, planu powrotu do normalności z etapem stabilizacji. W swoim stanowisku Adam Abramowicz podkreślił też, że przeciąganie w czasie wypłacania rekompensat zamkniętym firmom grozi ograniczeniem rozporządzalnego dochodu przeciętnego gospodarstwa domowego już w niedalekiej przyszłości. Jeżeli rząd bezzwłocznie nie zmieni swego podejścia do problemu, wielu przedsiębiorców uzna, że nie ma w nim swego sprzymierzeńca – pisze w liście Adam Abramowicz. Zwrócił on też uwagę, że samo dyrektywne ograniczanie działalności tylko niektórych branż, przy zachowaniu pełnej aktywności pozostałych, stało się źródłem rosnącej frustracji, poczucia niesprawiedliwości i dyskryminacji w w środowisku przedsiębiorców. MŚP . Podał jako przykład funkcjonowanie dużych zakładów pracy i placów budowy, gdzie codziennie w szatniach, na korytarzach i halach spotykają się setki ludzi, a zamykane są małe i średnie firmy, w których zachowanie dystansu społecznego jest zdecydowanie łatwiejsze. W opinii Rzecznika MŚP trudno wytłumaczyć racjonalnie takie działanie. Powinniśmy powrócić do przedstawionego przez premiera w listopadzie planu powrotu do normalności, zwłaszcza że nazwał go Pan wtedy planem optymalnym, i wierzymy , że skoro został on przedstawiony opinii publicznej to był opracowany przez ludzi odpowiedzialnych i znających się na rzeczy. Gdybyśmy postępowali według tego planu to w chwili obecnej ilość zachorowań pozwalałaby, aby w części powiatów była strefa zielona, w części żółta, w części w czerwona i tylko w kilku obowiązywałby całkowity lockdown – podsumowuje w swoim piśmie do Mateusza Morawieckiego Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Śmiecie rządzą inflacją
Prezes Narodowego Banku Polskiego w ramach walki prowadzonej przez PiS z samorządami terytorialnymi, oskarżył je o znaczące podbijanie wskaźnika inflacji. Zdaniem prezesa Adama Glapińskiego wprowadzony w grudniu wzrost opłat za śmieci jest skandaliczny i nie może tak być. Prezes NBP podkreślił, że opłaty te wzrosły rok do roku o ponad 50 proc. Wskazał też, że na rynku wywozu śmieci panuje oligopol kilku firm zagranicznych, a cały ten obszar nie jest konkurencyjny. Jednocześnie, prezes NBP nie dostrzega wpływu na wzrost inflacji ze strony nowych opłat i podatków, wprowadzonych przez rząd PiS.

Gospodarka 48 godzin

Potrzeba więcej rogatek
Zwiększa się w Polsce liczba przejazdów kolejowych z monitoringiem. W ostatnich dwóch latach na około 400 skrzyżowaniach dróg z torami firma PKP Polskie Linie Kolejowe zamontowała dodatkowe kamery. Urządzenia całą dobę obserwują przejazdy w każdym województwie. Monitoring pozwala kolejarzom kontrolować bezpieczeństwo na blisko 1800 przejazdach. Łamanie przepisów bezpieczeństwa, uszkodzenia rogatek i kolizje na przejazdach nagrane przez kamery trafiają do policji. W 2019 r. było ponad 1400 wniosków, a za połowę bieżącego roku już 471 wniosków w sprawie ukarania kierowców, którzy łamią przepisy ruchu drogowego. Nagrania z nieprawidłowym zachowaniem na przejazdach są wykorzystywane na seminariach dla instruktorów nauki jazdy i w edukacji kierowców. Materiały wideo trafiły do 4 tys. ośrodków szkolenia kierowców. Filmy, prezentujące tragiczne błędy kierowców, mają przestrzec przed brawurą i nieodpowiedzialnością między innymi przed omijaniem rogatek, wjeżdżaniem pod opadające rogatki, ignorowaniem znaku stop. Wypada tu dodać, że monitoring na przejazdach kolejowych to oczywiście cenna inicjatywa. Szkoda tylko, że nie towarzyszy jej stosowny wzrost liczby rogatek z półzaporami instalowanych na przejazdach. To bowiem na przejazdach niestrzeżonych, których jest w Polsce najwięcej, zdarza się też najwięcej tragicznych wypadków. A są one nie tyle rezultatem omijania rogatek, co po prostu ich braku.

Urodzeni śmieciarze
Polacy na potęgę śmiecą, śmiecili i śmiecić będą. Pierwszego dnia tegorocznej akcji Sprzątanie Swiata w naszym kraju ponad stu przedstawicieli 25 ambasad wraz z polskimi organizatorami zebrało nad brzegiem Wisły ponad pół tony śmieci. Wśród znalezionych odpadów były pozostawione grille, puszki, butelki, różne części, porozbijane szkło. Słowem, wszystkie klasyfikowane rodzaje śmieci. Podczas następnej akcji, za rok, będzie tak samo.

Pieniaczka przegrała
Sąd rejonowy w Suwałkach rozpatrzył odwołanie ekspedientki od kary 100 zł wymierzonej jej za to, że nie obsłużyła klientki bez maseczki. Klientka–pieniaczka podała ją za to do sądu. Ekspendientka, jak było do przewidzenia, została najpierw skazana w trybie nakazowym (który, choć tak się nie nazywa, jest uproszczony i skrócony) z art.135 kodeksu wykroczeń: „Kto, zajmując się sprzedażą towarów w przedsiębiorstwie handlu detalicznego lub w przedsiębiorstwie gastronomicznym, ukrywa przed nabywcą towar przeznaczony do sprzedaży lub umyślnie bez uzasadnionej przyczyny odmawia sprzedaży takiego towaru, podlega karze grzywny”. Po odwołaniu, sąd, jak także było do przewidzenia, uznał, że jak najbardziej była uzasadniona przyczyna – i uniewinnił ekspedientkę. Według sądu, wcześniejsze ukaranie mandatem to wynik niechlujnej legislacji. Ekipa rodem z PiS tak bowiem skonstruowała przepisy, że obowiązek zakrywania ust i nosa nie ma formalnych podstaw prawnych. To, że organy państwa przejęte przez PiS nie potrafią prawidłowo uchwalić nawet prostej regulacji, nie może dziwić. Po raz kolejny okazuje się natomiast, jak zawodny jest tryb nakazowy, który zamiast przyśpieszać bieg spraw, często opóźnia ich prawidłowe rozstrzygnięcie.

Popielec

Palenie byle czego jest karalne. Chyba, że palisz noworodkami, kukłą Żyda albo samochodami.

Histeria związana z paleniem przyszła wraz z kapitalizmem. Acz nieśmiało. Bo po 1989 roku, nowej władzy doskwierało jedynie palenie akt. A konkretnie teczek z archiwum Służby Bezpieczeństwa.

Potem było już tylko śmieszniej, aż przyszedł rok 2016, a wraz z nim ustawa o odpadach. Od tej pory palić wolno jedynie węgiel i papierosy. A i to jedynie w wyznaczonych miejscach. Co oczywiście jest nieprawdą.

Odpad z Dąbrowy Górniczej

Naród nie nawykł do czytania ustaw, więc przepisy obowiązują tylko wtedy, jak nieuświadomionego Polaka dupnie policja albo straż miejska. Wtedy taki ktoś ma przerąbane, a nawet musi płacić górę hajsu. Jak pan z Dąbrowy Górniczej, który miał pecha palić w piecu starymi ramami okiennymi i płytami paździerzowymi. A co gorsza wpaść na ich paleniu trzy razy. Każdy raz kosztował go po 5 tys zł grzywny.

Albowiem kto „termicznie przekształca odpady poza spalarnią odpadów lub współspalarnią odpadów podlega karze aresztu albo grzywny”. Dzięki jasności prawa normalny Polak nie ma zatem pojęcia, że łamie prawo, bo przecież zamiast termicznie coś przekształcać pali w piecu. A tu kiszka. Ustawodawca przecież wyjaśnia słowami iż przez „termiczne przekształcanie odpadów” rozumie się „zarówno spalanie odpadów przez ich utlenianie jak i inne procesy termicznego przetwarzania odpadów, w tym pirolizę, zgazowanie i proces plazmowy, o ile substancje powstające podczas tych procesów są następnie spalane”.

Jasne? Bo jak nie, to przecież ustawodawca precyzuje nawet czym są odpady. A „rozumie się przez to każdą substancję lub przedmiot, których posiadacz pozbywa się, zamierza się pozbyć lub do których pozbycia się jest obowiązany”.

Jak ktoś tego nie ogarnia i pali co chce, to musi się liczyć z grzywną do wspomnianych 5 tys zł, albo z miesięczną odsiadką.

Palące auto

Każdy, kto ma kawałek ogródka wie, że liście chore i zarażone szkodnikami najlepiej jest spalić. Ale prawo wie lepiej i w związku z tym, nie wolno tego robić samodzielnie na własnej działce ani poza nią. Bo co prawda wolno zhajcować pozostałości roślinne, ale tylko wtedy, gdy nie są one „objęte obowiązkiem selektywnego zbierania”. A liście i trawa są objęte jak najbardziej. I ich „przekształcanie termiczne” to 5 tys. zł grzywny.
Cudzy samochód odpadem nie jest. Nikt go też selektywnie nie zbiera. I dlatego cudze samochody w myśl ustawy o odpadach można palić. Byle tylko nie powodowało to „nadmiernej ilości dymu i uciążliwego zapachu”. Bo wtedy osoba, której to przeszkadza wzywa organa ścigania, które mogą ukarać, tyle, że w oparciu o zupełnie inne niż ekologiczne przepisy. Czyli choćby takie o zagrożeniu bezpieczeństwa w ruchu samochodowym, ale tylko w sytuacji, gdy dym w wyraźny sposób ogranicza widoczność na drodze bądź ulicy.

Jacek T. znany warszawski piroman samochodowy zdaniem władzy sądowniczej zachowywał się zgodnie z przepisami o ekologii. Bo mimo spalenia kilkunastu bryczek nikt nie wytoczył przeciwko niemu zapisów ustawy o odpadach.

Wygląda zatem na to, że samochody palić można. Potwierdzałby to przykład sfajczenia wozu transmisyjnego TVN 11 listopada 2011 r. Bo mimo że dwaj palacze dostali po ponad 2 lata odsiadki i mają zwrócić 1,5 mln miliona złotych, to nikt nie przyczepił się do nich za zwiększenie zapylenia stoicy pyłem zawieszonym PM 2,5 ani PM 10.

Kwas pruski z butelki

W przeciwieństwie do setek osób karanych mandatami i grzywnami, za to, że wkładają do pieców gumiaki, opony, tapicerkę meblową, plastikowe butelki, czy cokolwiek innego, co przy spalaniu daje kalorie. Na salach sądowych sędziowie szermują wtedy stwierdzeniami, że ci źli ludzie paląc w piecu kilogramem butelek, starych wykładzin, dywanów, otoczek kabli, czy folii produkują w 280 litrów chlorowodoru, który w połączeniu z parą wodną tworzy kwas solny.

Jak kogoś dupnie się za to, że palił wypełniająca meble pianką poliuretanową, to do wie się, że każde spalone kilo pianki staje się po sfajczeniu 50 litrami cyjanowodoru, a ten jak się połączy z wodą stanie się kwasem pruskim.

Biedni ludzie, których złapano na paleniu lakierowanych desek, worków foliowych albo kawałków opon, zostaną przez oskarżenie przyszpileni za wytworzenie zagrożenia w postaci rakotwórczych dioksyn. W tym, najbardziej trującej o nazwie tetrachlorodwubenzo-p-dioksyna, która jest 10 000 razy bardziej trująca niż cyjanek potasu.

Palące się samochody, pełne pianki, plastiku, opon i wszystkiego innego, zdaniem polskiego wymiaru sprawiedliwości, takiego zagrożenia nie powodują, więc czynienie osobom palącym auta zarzutów z tego tytułu nie ma sensu.

Żyd ekologiczny

Aby być w zgodzie z ustawą o odpadach, można oprócz samochodów palić kukłę Żyda. Co udowodnił przypadek Piotra Ryby, któremu za zanieczyszczenie środowiska nie spadł włos, bo trzy miechy dostał jedynie za nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych.
Nikt nie skorzystał też z przepisów o zakazie spalania gdy w powiecie ostrołęckim capnięto strażaka, który „termicznie przekształcił” 8 kawałków lasu w pogorzelisko. Grozi mu do dziesięciu lat więzienia, ale na pewno nie z racji tego, że wpuścił do atmosfery w cholerę dużo cieplarnianego CO2.
Strażak w Czerwionce-Leszczynach na Śląsku też za robienie wbrew ekologii nie beknie. I mimo że sfajczył kartony ze śmieciami, rampę, instalację elektryczną oraz plastikowe pojemniki, no i kontener na śmieci, to usłyszał jedynie zarzuty zniszczenia mienia.

Nie robili wbrew środowisku podpalacze plastikowej tęczy z pl. Zbawiciela w Warszawie. Zarzuty zawsze sprowadzały się wyłącznie do „podpalenie instalacji artystycznej”. A kara finansowa wynosząca 500 zł, to przecież mniej niż za wsadzenie do pieca starych adidasów.

„Termiczne przekształcenie” sklepu Biedronki w Ozimku, też nie stało się elementem oskarżenia pana, który placówkę handlową spalił doszczętnie. Dioksyny, smog, CO2, i takie tam, nie pojawiły się nawet w akcie oskarżenia. 3 lata pierdla dostał z innego paragrafu. Tak jak i 2,5 mln zł, które pan podpalacz ma zapłacić ubezpieczycielowi tytułem zwrotu wyrządzonych szkód.

Eko groszek

Do pożaru domu jednorodzinnego w Jastrzębiu doszło w maju 2013 r. Wraz z chałupą spaliło się pięć osób. Sąd uznał, że sfajczenia dokonał tatuś,bo nie dość, że podpalił, to na dodatek zablokował możliwości ewakuacji. Prokuratura postawiła tatusiowi zarzut zabójstwa pięciu osób, i nawet usiłowanie zabójstwa szóstej. Żadnego paragrafu ekologicznego nie wykorzystano. I wiele wskazuje, że w tym konkretnym przypadku słusznie. Straż pożarna uznała bowiem, że w budynku była temperatura przekraczająca 1000 st. Celsjusza. A jak powszechnie wiadomo żeby spalanie śmieci było bezpieczne, musi przebiegać w takiej właśnie wysokiej temperaturze uzyskiwanej w krematoriach i spalarniach śmieci. A jak ktoś ma kominek, albo inny piec, to choćby nie wiadomo co, ale więcej niż 500 st. Celsjusza nie wyciśnie. Czyli paląc byle co, będzie trucicielem.
Taką właśnie niską temperaturą posłużył się pan z Prudnika, do spalenia żywcem dwóch pań. Powinien wiedzieć, że denaturat wylany na inną osobę będzie się palił w znakomicie mniejszej niż 1000 st. C. temperaturze. Sąd wymierzając panu karę 25 lat pozbawienia wolności i 10 lat pozbawienia praw publicznych, też nie wziął tego pod uwagę. I z punktu widzenia ustawy o o „termicznym przekształcaniu” – miał rację. W ustawie nigdzie nie ma bowiem słowa o tym, że nie wolno palić ludzi.

Ludzie nie są bowiem butelkami plastikowymi, workami foliowymi, ubraniami, obuwiem, zabawkami, gazetami kolorowymi, czy zużytymi pieluchami jednorazowymi. Płytami laminowanymi, wiórowymi, ramami okiennymi drewnianymi i plastikowymi – zresztą też nie są. Tym bardziej podkładami kolejowymi, meblami, drewnem malowanym, lakierowanym i impregnowanym. Oraz oponą, też nie są. A skoro nie zostali wymienieni, na tej ministerialnej liście, to palić nimi wolno.

Nie powinien zatem dziwić wyrok sądu na małżonków z Radwanic, które po porodzie spaliło noworodka w piecu centralnego ogrzewania. Dostali po 2 lata.

Pewnie dlatego, że palenie noworodkami w piecach nie jest dla polskich sędziów czymś nadzwyczajnym. Tylko w tym roku było przynajmniej 5 takich przypadków.

I we wszystkich widać, że Polacy nie mają pojęcia o paleniu. Bo przecież największy nawet kretyn winien wiedzieć, że jak się mieszka w Majdanie Kozłowieckim i próbuje „przekształcić termicznie” noworodka w metalowej kuchni, to słodkawe zadymienie wsi każe sąsiadom dzwonić po mundurowych.

Jednak dla pani z Ciecierzyna-Piekła, po tym co zrobiła, nie ma zmiłuj. Przecież paliła w piecu noworodkiem zawiniętym w reklamówkę. W ten sposób wytwarzając sztuczną mgłę złożoną z pyłów zawieszonych i pary wodnej. Ta zaś jest bardzo niebezpieczna dla kobiet w ciąży. A co gorsza, może wpływać na kondycję i zdrowie płodu.

Jest zatem spora szansa, żeby choć raz prokurator – choćby dla prewencji ekologicznej – dotknął i tego aspektu. A potem robił to przy każdej nadarzającej się sposobności.

Inaczej będziemy dla świata jeszcze przez wiele lat uchodzili za imbecyli opalanych węglem.

„Innowacyjny biznes” po polsku

Gdy prywatną przedsiębiorczość otacza się prawdziwym kultem, wielu prywaciarzy nie widzi nic złego w wyrzucaniu śmieci do lasu, wylewaniu ścieków do rzeki i podobnych metodach „oszczędzania”.

Jeden z najnowszych „bohaterów wolnego rynku” to lokalny biznesmen z Chojnic. Rzutkiego kapitalistę zatrzymała policja, gdyż w okresie świąteczno-noworocznym wywiózł do lasu 600 kilogramów rybich zwłok. W ten sposób postanowił zaoszczędzić na składowaniu odpadów.
15 stycznia spacerowicz zawiadomił leśniczego, że nieopodal jeziora Duże Głuche (woj. pomorskie) zalega sterta śmierdzących ryb. Do doniesienia załączył zdjęcia. Po przyjeździe na miejsce służb mundurowych stwierdzono, że były to pozostałości ryb słodko- i słonowodnych, filety, kręgosłupy, skrzela, a nawet całe ryby wędzone. Łącznie las pomiędzy Konarzynami a Chocińskim Młynem „wzbogacił się” o 700 kg takiej materii. Nadleśnictwo Przymuszewo było zmuszone zapłacić ponad 1 tys. zł za uprzątnięcie znaleziska. Szczęśliwie policjanci niebawem ustalili tożsamość sprawcy.
Jego czyn zostanie zakwalifikowany jako przestępstwo. Art. 182 § 1. kodeksu karnego mówi, że „kto zanieczyszcza wodę, powietrze lub powierzchnię ziemi substancją albo promieniowaniem jonizującym w takiej ilości lub w takiej postaci, że może to zagrozić życiu lub zdrowiu człowieka lub spowodować istotne obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi lub zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.
Leśników to nawet nie dziwi
Bartosz Czarnecki, rzecznik prasowy Nadleśnictwa Przymuszewo przyznaje, że podobne sytuacje miały już miejsce w jego regionie.
– Ta sytuacja w skali całego kraju jest kroplą w morzu problemów śmieci w lasach. W ubiegłym roku w Kolbudach w lesie wyrzucono kilkanaście tysięcy jajek. Dla nas był to pierwszy tego typu przypadek. W Polsce zdarzały się też kurczaki. Może się komuś wydaje, że siły natury lub zwierzęta poradzą sobie z czymś takim. No niestety nie z taką ilością – poinformował pracownik leśnictwa.
– Tylko w 2018 roku z lasów w całej Polsce, my leśnicy – usunęliśmy 109 tys. metrów sześciennych śmieci. Koszt tych przedsięwzięć to ponad 19 mln zł. Roku 2019 nie mamy jeszcze podsumowanego choć ilość śmieci spada ale rosną koszty uprzątnięcia – dodał Czarnecki.
Dokarmić zwierzęta
Dlaczego przedsiębiorca zanieczyścił las? 36-latek z powiatu człuchowskiego przyznał, że dostarczał zdechłe ryby jako pokarm na fermę norek. Tego dnia uznał, że są w zbyt zaawansowanym stadium rozkładu i postanowił wyrzucić je do lasu. – Sądził, że odpadami pożywią się leśne zwierzęta – tłumaczy Magdalena Rolbiecka, rzecznik prasowy chojnickiej policji.
Martwych ryb pozbył się również „innowacyjny biznesmen” z Łodzi. W jego wypadku jednak efekty były jeszcze bardziej opłakane. Mężczyzna nakazywał bowiem podwładnym wylewanie hektolitrów trujących odpadów do rzeki Olechówka. W efekcie zagładzie uległ cały wodny ekosystem.
O tym, że stan wody w Olechówce ulega drastycznemu pogorszeniu informowali mieszkańcy osiedla Augustów we wschodniej części Łodzi. Zaalarmowani pracownicy Zakładu Wodociągów i Kanalizacji przeprowadzili dochodzenie, polegające na zlokalizowaniu studzienki, do której spuszczane były nieczystości. Sprawcy zostali nakryci na gorącym uczynku 11 stycznia. Okazało się, że są to pracownicy jednej z lokalnych firm, zajmującej się wywozem nieczystości płynnych i toksycznych odpadów. Na polecenie szefa ścieki kierowani prosto do odpływu prowadzącego do rzeki.
Na miejsce została wezwana policja oraz personel Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Sprawa trafiła do prokuratury. Spowodowanie katastrofy ekologicznej jest przestępstwem ściganym z urzędu. Zgodnie z art. 182 § 1. KK, „kto zanieczyszcza wodę, powietrze lub powierzchnię ziemi substancją albo promieniowaniem jonizującym w takiej ilości lub w takiej postaci, że może to zagrozić życiu lub zdrowiu człowieka lub spowodować istotne obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi lub zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”
Straty nie do naprawienia
Firma straci uprawienia na świadczenie usług asenizacyjnych, zostanie na nią nałożona kara administracyjna, a także będzie musiała ponieść koszty rekultywacji zniszczonego ekosystemu. Poziom niektórych zanieczyszczeń przekroczył dopuszczalne normy aż 16 tys. razy. W rzece pojawiło się też dużo toksycznych związków ołowiu.
– Życie biologiczne w Olechówce i stawie Tomaszowska zostało zniszczone – zakomunikował Miłosz Wika, rzecznik prasowy ZWiK. – Na powierzchni wody unosiły się śnięte ryby, zginęły też żaby – dodał.
Nie jest to jedyna katastrofa ekologiczna, za którą odpowiedzialny jest łódzki biznes. W styczniu 2019 roku do aresztu trafiła przedsiębiorczyni ze Zgierza. Przypadek 42-latki jest o tyle drastyczny, że kobieta miała już orzeczony… zakaz prowadzenia działalności gospodarczej. W swoim poprzednim biznesie „oszczędzała” na utylizacji pozostałości lekarstw, bandaży i strzykawek, a nawet metali ciężkich. Wyrzucała je do lasu w ilościach zagrażających życiu i zdrowiu człowieka. Jakimś pocieszeniem jest fakt, że tym razem do lasu z jej małego przedsiębiorstwa odjeżdżał „tylko” gruz.
Siedziba firmy, do którego prowadzenia „zaradna kobieta” straciła uprawnienia w ubiegłym roku, była stale monitorowana przez funkcjonariuszy. Policjanci namierzyli ciężarówkę załadowaną gruzem, która wyjechała z posesji należącej do 42-latki. Auto skierowało się na składowisko w Dąbrówce. Po drodze zostało zatrzymane. Krótko potem mundurowi przyszli po kobietę.
Przypadku takie jak opisany sprawiły, że w województwie łódzkim powołano zespół, który będzie kontrolował składowiska odpadów i natychmiast reagował na ewentualne nieprawidłowości. W jego skład weszli przedstawiciele urzędów: marszałkowskiego i wojewódzkiego oraz komendanta wojewódzkiego policji. Warto, by w innych regionach również wdrożono bardziej staranny nadzór nad „innowacyjnymi” ludźmi biznesu.

48 godzin gospodarka

Wciąż za mało

W 7 na 10 polskich szpitali brakuje pielęgniarek i lekarzy. Raport Manpower wskazuje, że wiele z nich jest gotowych, aby zatrudnić personel medyczny z Ukrainy. Dotyczy to tych kandydatów, którzy zdali egzamin państwowy z języka polskiego a ich dyplom został nostryfikowany. Ponadto, lekarze spoza Unii Europejskiej muszą przejść pozytywnie etap nadania statusu imigracyjnego. Wtedy mogą się starać o pozycję samodzielnego specjalisty, po odbyciu 13-miesięcznego stażu pod opieką doświadczonego lekarza. Z raportu wynika, że prawie 80 proc. szpitali jest zainteresowanych zatrudnieniem personelu medycznego z Ukrainy. Te dane nie są jednak miarodajne, bo badanie objęło tylko 71 placówek należących do Polskiej Federacji Szpitali.

Życie bez śmieci

Zanieczyszczone powietrze, niewystarczające zasoby wody pitnej, chemia w jedzeniu oraz góra zalewających nas śmieci, głównie plastikowych – to największe zagrożenia wymieniane przez Polaków w badaniu przeprowadzonym przez IQS. Chociaż obwiniamy o nie przemysł – od ciężkiego, po produkcję ubrań, kosmetyków czy żywności, to 83% z nas wierzy, że nasze codzienne wybory i starania mają wpływ na środowisko. Na fali tego przekonania stopniowo rośnie w Polsce w siłę ruch zero waste, opierający się na pięciu podstawowych zasadach, nazywanych w skrócie „5R”. Refuse – odmawiaj jednorazowych opakowań zaśmiecających środowisko; reduce – ograniczaj zakupy i dąż do minimalizmu; reuse – szukaj nowych zastosowań dla starych przedmiotów, zamiast je wyrzucać; recycle – segreguj i przetwarzaj odpady; rot – wybieraj rozwiązania biodegradowalne. Życie według zasad 5R ma na celu zmniejszenie ilości odpadów generowanych przez gospodarstwa domowe, ograniczenie konsumpcjonizmu i nieprzemyślanych zakupów oraz marnowania żywności. Wdrożenie ich wszystkich do codziennego życia nie jest łatwe, wymaga zmiany przyzwyczajeń i rezygnacji z wielu udogodnień, z których korzystamy każdego dnia. Dlatego wielu Polaków zaczyna od „less waste”, czyli stopniowego ograniczania się.

Jak wynika z raportu IQS, w pierwszej kolejności jesteśmy w stanie zrezygnować z dań na wynos, które generują ogromne ilości śmieci. Na zestaw jednego dania składają się często: styropianowe pudełko, plastikowe sztućce, osoby pojemnik na surówkę i pojemniki na sosy, a to wszystko zawinięte w foliową torebkę. Dużo trudniej jest Polakom zrezygnować z zakupu napojów w plastikowych butelkach – tylko 29 proc. respondentów zdecydowanie wybiera napój w szklanym lub kartonowym opakowaniu, jeśli ma wybór. Znaczącym problemem w dobie częstego wprowadzania przez firmy odzieżowe nowych i tanich kolekcji ubrań, są odpady tekstylne. Filozofia zero waste zakłada przede wszystkim ograniczenie nadmiernych zakupów odzieży, a tej, która nie nadaje się do noszenia przerabianie na inne przedmioty użyteczne w domu (ścierki, torby na zakupy itd.).

Śmieciowe dochody obecnej ekipy

Rząd Prawa i Sprawiedliwości doprowadził do drastycznego wzrostu cen za wywóz i przerób śmieci. Każdego roku kosztuje nas to coraz więcej – a 2019 r. jest szczególnie dotkliwy.

W związku z informacjami dotyczącymi znacznych podwyżek cen za zagospodarowanie odpadów Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów postanowił sprawdzić, jak duże są wzrosty cen i z czego wynikają.
Urząd zbadał sytuację we wszystkich 302 gminach miejskich w Polsce, oceniając gospodarowanie odpadami komunalnymi w latach 2014-2019.

Koszt „dobrej zmiany”
Okazało się, że ceny za wywóz i przerób śmieci ruszyły wartko w górę pod rządami PiS.
– Badanie urzędu pokazało, że wzrost opłat płaconych przez mieszkańców za odbiór śmieci rozpoczął się w 2017 r, a potem z roku na rok był coraz większy. W latach 2018 – 2019 ponad 60 proc. gmin podniosło lub planuje zwiększyć ceny – mówi prezes UOKiK Marek Niechciał.
UOKiK stwierdza, że obecnie mamy do czynienia ze skalą dużych, co najmniej kilkudziesięcioprocentowych, a niejednokrotnie ponad stuprocentowych, wzrostów wysokości opłat. Coraz dotkliwiej ciążą one na portfelach Polaków.
Bieżący rok jest okresem szczególnie wysokich skoków opłat „śmieciowych”, które w niektórych kategoriach odpadów sięgną nawet 280 proc.
Potężne podwyżki cen za wywóz i składowanie odpadów, to wynik działań rządu PiS, który postanowił przerzucić na barki mieszkańców koszty ratowania trzeszczącego budżetu państwa.
22 grudnia 2017 r., Rada Ministrów wydała rozporządzenie, zatytułowane: „W sprawie jednostkowych stawek opłat za korzystanie ze środowiska”, drastycznie podnoszące opłatę za składowanie odpadów. Wzrosła ona średnio dwukrotnie, a w niektórych kategoriach odpadów, nawet aż sześciokrotnie!. Władza potraktowała sprawę jako pilną, więc Polacy dostali tę podwyżkę na Nowy Rok, od 1 stycznia 2018 r.
Te bolesne uderzenie po kieszeni nie zostało wprowadzone drogą ustawową, w wyniku decyzji parlamentu. Rząd wydał rozporządzenie, którym bynajmniej się nie chwalił, a nowe ceny zostały zapisane w dołączonym do niego załączniku, który wymienia aż 1057 różnych rodzajów odpadów.
Warto zauważyć, że pod rządami PO takie podwyżki nie miały miejsca. UOKiK zauważa, że wówczas opłaty wzrastały symbolicznie.

Drogo, coraz drożej
Właśnie wzrost opłaty za składowanie śmieci jest głównym powodem podwyżek, który podały gminy.
Skala podwyżek naturalnie różni się w zależności od regionu Polski. Największe wzrosty cen mają miejsce w woj. mazowieckim. To zrozumiałe, bo Mazowsze jest najbogatszym regionem Polski, gdzie wszystko kosztuje drożej, niż w innych częściach kraju. Co nie zmienia faktu, że trudno bezkrytycznie zaakceptować takie podwyżki, jak w jednej z mazowieckich gmin, gdzie stawki (fakt, że wcześniej dosyć niskie)wzrosły blisko trzykrotnie.
Duże podwyżki miały miejsce także w niektórych gminach w woj. podkarpackim i podlaskim, kujawsko-pomorskim, śląskim oraz warmińsko-mazurskim. Najniższe podwyżki zanotowano zaś w opolskim, jednak nawet tam mamy do czynienia z 25 proc. wzrostem cen.
Patrząc na konkretne kwoty, najwięcej płacą lub będą musieli zapłacić mieszkańcy mazowieckich gmin Józefów, Marki i Otwock (32 zł za odpady segregowane i 65 lub 63 za niesegregowane). Najniższe stawki są w Białymstoku (5 i 11 zł), bo woj. podlaskie należy do biedniejszych regionów Polski w oraz Stalowej Woli (6 i 12 zł), leżacej w także niezamożnym woj. podkarpackim.
Warto jednak zauważyć, że w żadnej z gmin miejskich opłaty nie osiągnęły stawki maksymalnej, ustalonej na podstawie ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminach. Wynosi ona obecnie prawie 34 zł za odpady segregowane i dwukrotność tej sumy za śmieci, które nie są segregowane. Tylko trzy gminy przekroczyły poziom 90 proc., a dodatkowe siedem – 70 proc. tej sumy. Zdecydowana większość z nich (9 na 10 gmin, które przekroczyły 70 proc. stawki maksymalnej) leży na zamożniejszym Mazowszu.

Rząd drenuje kieszenie
Do wzrostu cen odbioru odpadów przyczynia się także coraz mniejsza konkurencja wśród firm zajmujących się wywozem i przerobem śmieci – Z roku na rok maleje liczba podmiotów, które biorą udział w przetargach. W ciągu ostatnich dwóch lat w ponad połowie gmin miejskich o zamówienie ubiegał się tylko jeden przedsiębiorca. Jednocześnie widać, że tam gdzie o kontrakt z gminą walczy większa liczba firm mieszkańcy płacą taniej za odbiór śmieci – wskazuje prezes UOKiK Marek Niechciał.
Samorządy wśród przyczyn podwyżek wymieniały także wzrost opłat, narzucanych przez Regionalne Instalacje Przetwarzania Odpadów Komunalnych. „Urząd zamierza zbadać ich działalność zarówno pod względem pozycji rynkowej i polityki cenowej, jak i szczegółów dotyczących technologii przetwarzania oraz ilości i przyjmowanych śmieci” – stwierdził UOKiK. Chyba nie ma żadnych nadziei na to, że ceny za wywóz i przerób odpadów będą rosnąć wolniej. Przedwyborcze obietnice kosztują, a rząd PiS na pewno nie zrezygnuje z takiego sposobu ich finansowania, jakim jest skuteczne drenowanie kieszeni Polaków za pomocą opłat śmieciowych.