Gospodarka 48 godzin

Potrzeba więcej rogatek
Zwiększa się w Polsce liczba przejazdów kolejowych z monitoringiem. W ostatnich dwóch latach na około 400 skrzyżowaniach dróg z torami firma PKP Polskie Linie Kolejowe zamontowała dodatkowe kamery. Urządzenia całą dobę obserwują przejazdy w każdym województwie. Monitoring pozwala kolejarzom kontrolować bezpieczeństwo na blisko 1800 przejazdach. Łamanie przepisów bezpieczeństwa, uszkodzenia rogatek i kolizje na przejazdach nagrane przez kamery trafiają do policji. W 2019 r. było ponad 1400 wniosków, a za połowę bieżącego roku już 471 wniosków w sprawie ukarania kierowców, którzy łamią przepisy ruchu drogowego. Nagrania z nieprawidłowym zachowaniem na przejazdach są wykorzystywane na seminariach dla instruktorów nauki jazdy i w edukacji kierowców. Materiały wideo trafiły do 4 tys. ośrodków szkolenia kierowców. Filmy, prezentujące tragiczne błędy kierowców, mają przestrzec przed brawurą i nieodpowiedzialnością między innymi przed omijaniem rogatek, wjeżdżaniem pod opadające rogatki, ignorowaniem znaku stop. Wypada tu dodać, że monitoring na przejazdach kolejowych to oczywiście cenna inicjatywa. Szkoda tylko, że nie towarzyszy jej stosowny wzrost liczby rogatek z półzaporami instalowanych na przejazdach. To bowiem na przejazdach niestrzeżonych, których jest w Polsce najwięcej, zdarza się też najwięcej tragicznych wypadków. A są one nie tyle rezultatem omijania rogatek, co po prostu ich braku.

Urodzeni śmieciarze
Polacy na potęgę śmiecą, śmiecili i śmiecić będą. Pierwszego dnia tegorocznej akcji Sprzątanie Swiata w naszym kraju ponad stu przedstawicieli 25 ambasad wraz z polskimi organizatorami zebrało nad brzegiem Wisły ponad pół tony śmieci. Wśród znalezionych odpadów były pozostawione grille, puszki, butelki, różne części, porozbijane szkło. Słowem, wszystkie klasyfikowane rodzaje śmieci. Podczas następnej akcji, za rok, będzie tak samo.

Pieniaczka przegrała
Sąd rejonowy w Suwałkach rozpatrzył odwołanie ekspedientki od kary 100 zł wymierzonej jej za to, że nie obsłużyła klientki bez maseczki. Klientka–pieniaczka podała ją za to do sądu. Ekspendientka, jak było do przewidzenia, została najpierw skazana w trybie nakazowym (który, choć tak się nie nazywa, jest uproszczony i skrócony) z art.135 kodeksu wykroczeń: „Kto, zajmując się sprzedażą towarów w przedsiębiorstwie handlu detalicznego lub w przedsiębiorstwie gastronomicznym, ukrywa przed nabywcą towar przeznaczony do sprzedaży lub umyślnie bez uzasadnionej przyczyny odmawia sprzedaży takiego towaru, podlega karze grzywny”. Po odwołaniu, sąd, jak także było do przewidzenia, uznał, że jak najbardziej była uzasadniona przyczyna – i uniewinnił ekspedientkę. Według sądu, wcześniejsze ukaranie mandatem to wynik niechlujnej legislacji. Ekipa rodem z PiS tak bowiem skonstruowała przepisy, że obowiązek zakrywania ust i nosa nie ma formalnych podstaw prawnych. To, że organy państwa przejęte przez PiS nie potrafią prawidłowo uchwalić nawet prostej regulacji, nie może dziwić. Po raz kolejny okazuje się natomiast, jak zawodny jest tryb nakazowy, który zamiast przyśpieszać bieg spraw, często opóźnia ich prawidłowe rozstrzygnięcie.

Popielec

Palenie byle czego jest karalne. Chyba, że palisz noworodkami, kukłą Żyda albo samochodami.

Histeria związana z paleniem przyszła wraz z kapitalizmem. Acz nieśmiało. Bo po 1989 roku, nowej władzy doskwierało jedynie palenie akt. A konkretnie teczek z archiwum Służby Bezpieczeństwa.

Potem było już tylko śmieszniej, aż przyszedł rok 2016, a wraz z nim ustawa o odpadach. Od tej pory palić wolno jedynie węgiel i papierosy. A i to jedynie w wyznaczonych miejscach. Co oczywiście jest nieprawdą.

Odpad z Dąbrowy Górniczej

Naród nie nawykł do czytania ustaw, więc przepisy obowiązują tylko wtedy, jak nieuświadomionego Polaka dupnie policja albo straż miejska. Wtedy taki ktoś ma przerąbane, a nawet musi płacić górę hajsu. Jak pan z Dąbrowy Górniczej, który miał pecha palić w piecu starymi ramami okiennymi i płytami paździerzowymi. A co gorsza wpaść na ich paleniu trzy razy. Każdy raz kosztował go po 5 tys zł grzywny.

Albowiem kto „termicznie przekształca odpady poza spalarnią odpadów lub współspalarnią odpadów podlega karze aresztu albo grzywny”. Dzięki jasności prawa normalny Polak nie ma zatem pojęcia, że łamie prawo, bo przecież zamiast termicznie coś przekształcać pali w piecu. A tu kiszka. Ustawodawca przecież wyjaśnia słowami iż przez „termiczne przekształcanie odpadów” rozumie się „zarówno spalanie odpadów przez ich utlenianie jak i inne procesy termicznego przetwarzania odpadów, w tym pirolizę, zgazowanie i proces plazmowy, o ile substancje powstające podczas tych procesów są następnie spalane”.

Jasne? Bo jak nie, to przecież ustawodawca precyzuje nawet czym są odpady. A „rozumie się przez to każdą substancję lub przedmiot, których posiadacz pozbywa się, zamierza się pozbyć lub do których pozbycia się jest obowiązany”.

Jak ktoś tego nie ogarnia i pali co chce, to musi się liczyć z grzywną do wspomnianych 5 tys zł, albo z miesięczną odsiadką.

Palące auto

Każdy, kto ma kawałek ogródka wie, że liście chore i zarażone szkodnikami najlepiej jest spalić. Ale prawo wie lepiej i w związku z tym, nie wolno tego robić samodzielnie na własnej działce ani poza nią. Bo co prawda wolno zhajcować pozostałości roślinne, ale tylko wtedy, gdy nie są one „objęte obowiązkiem selektywnego zbierania”. A liście i trawa są objęte jak najbardziej. I ich „przekształcanie termiczne” to 5 tys. zł grzywny.
Cudzy samochód odpadem nie jest. Nikt go też selektywnie nie zbiera. I dlatego cudze samochody w myśl ustawy o odpadach można palić. Byle tylko nie powodowało to „nadmiernej ilości dymu i uciążliwego zapachu”. Bo wtedy osoba, której to przeszkadza wzywa organa ścigania, które mogą ukarać, tyle, że w oparciu o zupełnie inne niż ekologiczne przepisy. Czyli choćby takie o zagrożeniu bezpieczeństwa w ruchu samochodowym, ale tylko w sytuacji, gdy dym w wyraźny sposób ogranicza widoczność na drodze bądź ulicy.

Jacek T. znany warszawski piroman samochodowy zdaniem władzy sądowniczej zachowywał się zgodnie z przepisami o ekologii. Bo mimo spalenia kilkunastu bryczek nikt nie wytoczył przeciwko niemu zapisów ustawy o odpadach.

Wygląda zatem na to, że samochody palić można. Potwierdzałby to przykład sfajczenia wozu transmisyjnego TVN 11 listopada 2011 r. Bo mimo że dwaj palacze dostali po ponad 2 lata odsiadki i mają zwrócić 1,5 mln miliona złotych, to nikt nie przyczepił się do nich za zwiększenie zapylenia stoicy pyłem zawieszonym PM 2,5 ani PM 10.

Kwas pruski z butelki

W przeciwieństwie do setek osób karanych mandatami i grzywnami, za to, że wkładają do pieców gumiaki, opony, tapicerkę meblową, plastikowe butelki, czy cokolwiek innego, co przy spalaniu daje kalorie. Na salach sądowych sędziowie szermują wtedy stwierdzeniami, że ci źli ludzie paląc w piecu kilogramem butelek, starych wykładzin, dywanów, otoczek kabli, czy folii produkują w 280 litrów chlorowodoru, który w połączeniu z parą wodną tworzy kwas solny.

Jak kogoś dupnie się za to, że palił wypełniająca meble pianką poliuretanową, to do wie się, że każde spalone kilo pianki staje się po sfajczeniu 50 litrami cyjanowodoru, a ten jak się połączy z wodą stanie się kwasem pruskim.

Biedni ludzie, których złapano na paleniu lakierowanych desek, worków foliowych albo kawałków opon, zostaną przez oskarżenie przyszpileni za wytworzenie zagrożenia w postaci rakotwórczych dioksyn. W tym, najbardziej trującej o nazwie tetrachlorodwubenzo-p-dioksyna, która jest 10 000 razy bardziej trująca niż cyjanek potasu.

Palące się samochody, pełne pianki, plastiku, opon i wszystkiego innego, zdaniem polskiego wymiaru sprawiedliwości, takiego zagrożenia nie powodują, więc czynienie osobom palącym auta zarzutów z tego tytułu nie ma sensu.

Żyd ekologiczny

Aby być w zgodzie z ustawą o odpadach, można oprócz samochodów palić kukłę Żyda. Co udowodnił przypadek Piotra Ryby, któremu za zanieczyszczenie środowiska nie spadł włos, bo trzy miechy dostał jedynie za nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych.
Nikt nie skorzystał też z przepisów o zakazie spalania gdy w powiecie ostrołęckim capnięto strażaka, który „termicznie przekształcił” 8 kawałków lasu w pogorzelisko. Grozi mu do dziesięciu lat więzienia, ale na pewno nie z racji tego, że wpuścił do atmosfery w cholerę dużo cieplarnianego CO2.
Strażak w Czerwionce-Leszczynach na Śląsku też za robienie wbrew ekologii nie beknie. I mimo że sfajczył kartony ze śmieciami, rampę, instalację elektryczną oraz plastikowe pojemniki, no i kontener na śmieci, to usłyszał jedynie zarzuty zniszczenia mienia.

Nie robili wbrew środowisku podpalacze plastikowej tęczy z pl. Zbawiciela w Warszawie. Zarzuty zawsze sprowadzały się wyłącznie do „podpalenie instalacji artystycznej”. A kara finansowa wynosząca 500 zł, to przecież mniej niż za wsadzenie do pieca starych adidasów.

„Termiczne przekształcenie” sklepu Biedronki w Ozimku, też nie stało się elementem oskarżenia pana, który placówkę handlową spalił doszczętnie. Dioksyny, smog, CO2, i takie tam, nie pojawiły się nawet w akcie oskarżenia. 3 lata pierdla dostał z innego paragrafu. Tak jak i 2,5 mln zł, które pan podpalacz ma zapłacić ubezpieczycielowi tytułem zwrotu wyrządzonych szkód.

Eko groszek

Do pożaru domu jednorodzinnego w Jastrzębiu doszło w maju 2013 r. Wraz z chałupą spaliło się pięć osób. Sąd uznał, że sfajczenia dokonał tatuś,bo nie dość, że podpalił, to na dodatek zablokował możliwości ewakuacji. Prokuratura postawiła tatusiowi zarzut zabójstwa pięciu osób, i nawet usiłowanie zabójstwa szóstej. Żadnego paragrafu ekologicznego nie wykorzystano. I wiele wskazuje, że w tym konkretnym przypadku słusznie. Straż pożarna uznała bowiem, że w budynku była temperatura przekraczająca 1000 st. Celsjusza. A jak powszechnie wiadomo żeby spalanie śmieci było bezpieczne, musi przebiegać w takiej właśnie wysokiej temperaturze uzyskiwanej w krematoriach i spalarniach śmieci. A jak ktoś ma kominek, albo inny piec, to choćby nie wiadomo co, ale więcej niż 500 st. Celsjusza nie wyciśnie. Czyli paląc byle co, będzie trucicielem.
Taką właśnie niską temperaturą posłużył się pan z Prudnika, do spalenia żywcem dwóch pań. Powinien wiedzieć, że denaturat wylany na inną osobę będzie się palił w znakomicie mniejszej niż 1000 st. C. temperaturze. Sąd wymierzając panu karę 25 lat pozbawienia wolności i 10 lat pozbawienia praw publicznych, też nie wziął tego pod uwagę. I z punktu widzenia ustawy o o „termicznym przekształcaniu” – miał rację. W ustawie nigdzie nie ma bowiem słowa o tym, że nie wolno palić ludzi.

Ludzie nie są bowiem butelkami plastikowymi, workami foliowymi, ubraniami, obuwiem, zabawkami, gazetami kolorowymi, czy zużytymi pieluchami jednorazowymi. Płytami laminowanymi, wiórowymi, ramami okiennymi drewnianymi i plastikowymi – zresztą też nie są. Tym bardziej podkładami kolejowymi, meblami, drewnem malowanym, lakierowanym i impregnowanym. Oraz oponą, też nie są. A skoro nie zostali wymienieni, na tej ministerialnej liście, to palić nimi wolno.

Nie powinien zatem dziwić wyrok sądu na małżonków z Radwanic, które po porodzie spaliło noworodka w piecu centralnego ogrzewania. Dostali po 2 lata.

Pewnie dlatego, że palenie noworodkami w piecach nie jest dla polskich sędziów czymś nadzwyczajnym. Tylko w tym roku było przynajmniej 5 takich przypadków.

I we wszystkich widać, że Polacy nie mają pojęcia o paleniu. Bo przecież największy nawet kretyn winien wiedzieć, że jak się mieszka w Majdanie Kozłowieckim i próbuje „przekształcić termicznie” noworodka w metalowej kuchni, to słodkawe zadymienie wsi każe sąsiadom dzwonić po mundurowych.

Jednak dla pani z Ciecierzyna-Piekła, po tym co zrobiła, nie ma zmiłuj. Przecież paliła w piecu noworodkiem zawiniętym w reklamówkę. W ten sposób wytwarzając sztuczną mgłę złożoną z pyłów zawieszonych i pary wodnej. Ta zaś jest bardzo niebezpieczna dla kobiet w ciąży. A co gorsza, może wpływać na kondycję i zdrowie płodu.

Jest zatem spora szansa, żeby choć raz prokurator – choćby dla prewencji ekologicznej – dotknął i tego aspektu. A potem robił to przy każdej nadarzającej się sposobności.

Inaczej będziemy dla świata jeszcze przez wiele lat uchodzili za imbecyli opalanych węglem.

„Innowacyjny biznes” po polsku

Gdy prywatną przedsiębiorczość otacza się prawdziwym kultem, wielu prywaciarzy nie widzi nic złego w wyrzucaniu śmieci do lasu, wylewaniu ścieków do rzeki i podobnych metodach „oszczędzania”.

Jeden z najnowszych „bohaterów wolnego rynku” to lokalny biznesmen z Chojnic. Rzutkiego kapitalistę zatrzymała policja, gdyż w okresie świąteczno-noworocznym wywiózł do lasu 600 kilogramów rybich zwłok. W ten sposób postanowił zaoszczędzić na składowaniu odpadów.
15 stycznia spacerowicz zawiadomił leśniczego, że nieopodal jeziora Duże Głuche (woj. pomorskie) zalega sterta śmierdzących ryb. Do doniesienia załączył zdjęcia. Po przyjeździe na miejsce służb mundurowych stwierdzono, że były to pozostałości ryb słodko- i słonowodnych, filety, kręgosłupy, skrzela, a nawet całe ryby wędzone. Łącznie las pomiędzy Konarzynami a Chocińskim Młynem „wzbogacił się” o 700 kg takiej materii. Nadleśnictwo Przymuszewo było zmuszone zapłacić ponad 1 tys. zł za uprzątnięcie znaleziska. Szczęśliwie policjanci niebawem ustalili tożsamość sprawcy.
Jego czyn zostanie zakwalifikowany jako przestępstwo. Art. 182 § 1. kodeksu karnego mówi, że „kto zanieczyszcza wodę, powietrze lub powierzchnię ziemi substancją albo promieniowaniem jonizującym w takiej ilości lub w takiej postaci, że może to zagrozić życiu lub zdrowiu człowieka lub spowodować istotne obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi lub zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.
Leśników to nawet nie dziwi
Bartosz Czarnecki, rzecznik prasowy Nadleśnictwa Przymuszewo przyznaje, że podobne sytuacje miały już miejsce w jego regionie.
– Ta sytuacja w skali całego kraju jest kroplą w morzu problemów śmieci w lasach. W ubiegłym roku w Kolbudach w lesie wyrzucono kilkanaście tysięcy jajek. Dla nas był to pierwszy tego typu przypadek. W Polsce zdarzały się też kurczaki. Może się komuś wydaje, że siły natury lub zwierzęta poradzą sobie z czymś takim. No niestety nie z taką ilością – poinformował pracownik leśnictwa.
– Tylko w 2018 roku z lasów w całej Polsce, my leśnicy – usunęliśmy 109 tys. metrów sześciennych śmieci. Koszt tych przedsięwzięć to ponad 19 mln zł. Roku 2019 nie mamy jeszcze podsumowanego choć ilość śmieci spada ale rosną koszty uprzątnięcia – dodał Czarnecki.
Dokarmić zwierzęta
Dlaczego przedsiębiorca zanieczyścił las? 36-latek z powiatu człuchowskiego przyznał, że dostarczał zdechłe ryby jako pokarm na fermę norek. Tego dnia uznał, że są w zbyt zaawansowanym stadium rozkładu i postanowił wyrzucić je do lasu. – Sądził, że odpadami pożywią się leśne zwierzęta – tłumaczy Magdalena Rolbiecka, rzecznik prasowy chojnickiej policji.
Martwych ryb pozbył się również „innowacyjny biznesmen” z Łodzi. W jego wypadku jednak efekty były jeszcze bardziej opłakane. Mężczyzna nakazywał bowiem podwładnym wylewanie hektolitrów trujących odpadów do rzeki Olechówka. W efekcie zagładzie uległ cały wodny ekosystem.
O tym, że stan wody w Olechówce ulega drastycznemu pogorszeniu informowali mieszkańcy osiedla Augustów we wschodniej części Łodzi. Zaalarmowani pracownicy Zakładu Wodociągów i Kanalizacji przeprowadzili dochodzenie, polegające na zlokalizowaniu studzienki, do której spuszczane były nieczystości. Sprawcy zostali nakryci na gorącym uczynku 11 stycznia. Okazało się, że są to pracownicy jednej z lokalnych firm, zajmującej się wywozem nieczystości płynnych i toksycznych odpadów. Na polecenie szefa ścieki kierowani prosto do odpływu prowadzącego do rzeki.
Na miejsce została wezwana policja oraz personel Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Sprawa trafiła do prokuratury. Spowodowanie katastrofy ekologicznej jest przestępstwem ściganym z urzędu. Zgodnie z art. 182 § 1. KK, „kto zanieczyszcza wodę, powietrze lub powierzchnię ziemi substancją albo promieniowaniem jonizującym w takiej ilości lub w takiej postaci, że może to zagrozić życiu lub zdrowiu człowieka lub spowodować istotne obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi lub zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”
Straty nie do naprawienia
Firma straci uprawienia na świadczenie usług asenizacyjnych, zostanie na nią nałożona kara administracyjna, a także będzie musiała ponieść koszty rekultywacji zniszczonego ekosystemu. Poziom niektórych zanieczyszczeń przekroczył dopuszczalne normy aż 16 tys. razy. W rzece pojawiło się też dużo toksycznych związków ołowiu.
– Życie biologiczne w Olechówce i stawie Tomaszowska zostało zniszczone – zakomunikował Miłosz Wika, rzecznik prasowy ZWiK. – Na powierzchni wody unosiły się śnięte ryby, zginęły też żaby – dodał.
Nie jest to jedyna katastrofa ekologiczna, za którą odpowiedzialny jest łódzki biznes. W styczniu 2019 roku do aresztu trafiła przedsiębiorczyni ze Zgierza. Przypadek 42-latki jest o tyle drastyczny, że kobieta miała już orzeczony… zakaz prowadzenia działalności gospodarczej. W swoim poprzednim biznesie „oszczędzała” na utylizacji pozostałości lekarstw, bandaży i strzykawek, a nawet metali ciężkich. Wyrzucała je do lasu w ilościach zagrażających życiu i zdrowiu człowieka. Jakimś pocieszeniem jest fakt, że tym razem do lasu z jej małego przedsiębiorstwa odjeżdżał „tylko” gruz.
Siedziba firmy, do którego prowadzenia „zaradna kobieta” straciła uprawnienia w ubiegłym roku, była stale monitorowana przez funkcjonariuszy. Policjanci namierzyli ciężarówkę załadowaną gruzem, która wyjechała z posesji należącej do 42-latki. Auto skierowało się na składowisko w Dąbrówce. Po drodze zostało zatrzymane. Krótko potem mundurowi przyszli po kobietę.
Przypadku takie jak opisany sprawiły, że w województwie łódzkim powołano zespół, który będzie kontrolował składowiska odpadów i natychmiast reagował na ewentualne nieprawidłowości. W jego skład weszli przedstawiciele urzędów: marszałkowskiego i wojewódzkiego oraz komendanta wojewódzkiego policji. Warto, by w innych regionach również wdrożono bardziej staranny nadzór nad „innowacyjnymi” ludźmi biznesu.

48 godzin gospodarka

Wciąż za mało

W 7 na 10 polskich szpitali brakuje pielęgniarek i lekarzy. Raport Manpower wskazuje, że wiele z nich jest gotowych, aby zatrudnić personel medyczny z Ukrainy. Dotyczy to tych kandydatów, którzy zdali egzamin państwowy z języka polskiego a ich dyplom został nostryfikowany. Ponadto, lekarze spoza Unii Europejskiej muszą przejść pozytywnie etap nadania statusu imigracyjnego. Wtedy mogą się starać o pozycję samodzielnego specjalisty, po odbyciu 13-miesięcznego stażu pod opieką doświadczonego lekarza. Z raportu wynika, że prawie 80 proc. szpitali jest zainteresowanych zatrudnieniem personelu medycznego z Ukrainy. Te dane nie są jednak miarodajne, bo badanie objęło tylko 71 placówek należących do Polskiej Federacji Szpitali.

Życie bez śmieci

Zanieczyszczone powietrze, niewystarczające zasoby wody pitnej, chemia w jedzeniu oraz góra zalewających nas śmieci, głównie plastikowych – to największe zagrożenia wymieniane przez Polaków w badaniu przeprowadzonym przez IQS. Chociaż obwiniamy o nie przemysł – od ciężkiego, po produkcję ubrań, kosmetyków czy żywności, to 83% z nas wierzy, że nasze codzienne wybory i starania mają wpływ na środowisko. Na fali tego przekonania stopniowo rośnie w Polsce w siłę ruch zero waste, opierający się na pięciu podstawowych zasadach, nazywanych w skrócie „5R”. Refuse – odmawiaj jednorazowych opakowań zaśmiecających środowisko; reduce – ograniczaj zakupy i dąż do minimalizmu; reuse – szukaj nowych zastosowań dla starych przedmiotów, zamiast je wyrzucać; recycle – segreguj i przetwarzaj odpady; rot – wybieraj rozwiązania biodegradowalne. Życie według zasad 5R ma na celu zmniejszenie ilości odpadów generowanych przez gospodarstwa domowe, ograniczenie konsumpcjonizmu i nieprzemyślanych zakupów oraz marnowania żywności. Wdrożenie ich wszystkich do codziennego życia nie jest łatwe, wymaga zmiany przyzwyczajeń i rezygnacji z wielu udogodnień, z których korzystamy każdego dnia. Dlatego wielu Polaków zaczyna od „less waste”, czyli stopniowego ograniczania się.

Jak wynika z raportu IQS, w pierwszej kolejności jesteśmy w stanie zrezygnować z dań na wynos, które generują ogromne ilości śmieci. Na zestaw jednego dania składają się często: styropianowe pudełko, plastikowe sztućce, osoby pojemnik na surówkę i pojemniki na sosy, a to wszystko zawinięte w foliową torebkę. Dużo trudniej jest Polakom zrezygnować z zakupu napojów w plastikowych butelkach – tylko 29 proc. respondentów zdecydowanie wybiera napój w szklanym lub kartonowym opakowaniu, jeśli ma wybór. Znaczącym problemem w dobie częstego wprowadzania przez firmy odzieżowe nowych i tanich kolekcji ubrań, są odpady tekstylne. Filozofia zero waste zakłada przede wszystkim ograniczenie nadmiernych zakupów odzieży, a tej, która nie nadaje się do noszenia przerabianie na inne przedmioty użyteczne w domu (ścierki, torby na zakupy itd.).

Śmieciowe dochody obecnej ekipy

Rząd Prawa i Sprawiedliwości doprowadził do drastycznego wzrostu cen za wywóz i przerób śmieci. Każdego roku kosztuje nas to coraz więcej – a 2019 r. jest szczególnie dotkliwy.

W związku z informacjami dotyczącymi znacznych podwyżek cen za zagospodarowanie odpadów Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów postanowił sprawdzić, jak duże są wzrosty cen i z czego wynikają.
Urząd zbadał sytuację we wszystkich 302 gminach miejskich w Polsce, oceniając gospodarowanie odpadami komunalnymi w latach 2014-2019.

Koszt „dobrej zmiany”
Okazało się, że ceny za wywóz i przerób śmieci ruszyły wartko w górę pod rządami PiS.
– Badanie urzędu pokazało, że wzrost opłat płaconych przez mieszkańców za odbiór śmieci rozpoczął się w 2017 r, a potem z roku na rok był coraz większy. W latach 2018 – 2019 ponad 60 proc. gmin podniosło lub planuje zwiększyć ceny – mówi prezes UOKiK Marek Niechciał.
UOKiK stwierdza, że obecnie mamy do czynienia ze skalą dużych, co najmniej kilkudziesięcioprocentowych, a niejednokrotnie ponad stuprocentowych, wzrostów wysokości opłat. Coraz dotkliwiej ciążą one na portfelach Polaków.
Bieżący rok jest okresem szczególnie wysokich skoków opłat „śmieciowych”, które w niektórych kategoriach odpadów sięgną nawet 280 proc.
Potężne podwyżki cen za wywóz i składowanie odpadów, to wynik działań rządu PiS, który postanowił przerzucić na barki mieszkańców koszty ratowania trzeszczącego budżetu państwa.
22 grudnia 2017 r., Rada Ministrów wydała rozporządzenie, zatytułowane: „W sprawie jednostkowych stawek opłat za korzystanie ze środowiska”, drastycznie podnoszące opłatę za składowanie odpadów. Wzrosła ona średnio dwukrotnie, a w niektórych kategoriach odpadów, nawet aż sześciokrotnie!. Władza potraktowała sprawę jako pilną, więc Polacy dostali tę podwyżkę na Nowy Rok, od 1 stycznia 2018 r.
Te bolesne uderzenie po kieszeni nie zostało wprowadzone drogą ustawową, w wyniku decyzji parlamentu. Rząd wydał rozporządzenie, którym bynajmniej się nie chwalił, a nowe ceny zostały zapisane w dołączonym do niego załączniku, który wymienia aż 1057 różnych rodzajów odpadów.
Warto zauważyć, że pod rządami PO takie podwyżki nie miały miejsca. UOKiK zauważa, że wówczas opłaty wzrastały symbolicznie.

Drogo, coraz drożej
Właśnie wzrost opłaty za składowanie śmieci jest głównym powodem podwyżek, który podały gminy.
Skala podwyżek naturalnie różni się w zależności od regionu Polski. Największe wzrosty cen mają miejsce w woj. mazowieckim. To zrozumiałe, bo Mazowsze jest najbogatszym regionem Polski, gdzie wszystko kosztuje drożej, niż w innych częściach kraju. Co nie zmienia faktu, że trudno bezkrytycznie zaakceptować takie podwyżki, jak w jednej z mazowieckich gmin, gdzie stawki (fakt, że wcześniej dosyć niskie)wzrosły blisko trzykrotnie.
Duże podwyżki miały miejsce także w niektórych gminach w woj. podkarpackim i podlaskim, kujawsko-pomorskim, śląskim oraz warmińsko-mazurskim. Najniższe podwyżki zanotowano zaś w opolskim, jednak nawet tam mamy do czynienia z 25 proc. wzrostem cen.
Patrząc na konkretne kwoty, najwięcej płacą lub będą musieli zapłacić mieszkańcy mazowieckich gmin Józefów, Marki i Otwock (32 zł za odpady segregowane i 65 lub 63 za niesegregowane). Najniższe stawki są w Białymstoku (5 i 11 zł), bo woj. podlaskie należy do biedniejszych regionów Polski w oraz Stalowej Woli (6 i 12 zł), leżacej w także niezamożnym woj. podkarpackim.
Warto jednak zauważyć, że w żadnej z gmin miejskich opłaty nie osiągnęły stawki maksymalnej, ustalonej na podstawie ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminach. Wynosi ona obecnie prawie 34 zł za odpady segregowane i dwukrotność tej sumy za śmieci, które nie są segregowane. Tylko trzy gminy przekroczyły poziom 90 proc., a dodatkowe siedem – 70 proc. tej sumy. Zdecydowana większość z nich (9 na 10 gmin, które przekroczyły 70 proc. stawki maksymalnej) leży na zamożniejszym Mazowszu.

Rząd drenuje kieszenie
Do wzrostu cen odbioru odpadów przyczynia się także coraz mniejsza konkurencja wśród firm zajmujących się wywozem i przerobem śmieci – Z roku na rok maleje liczba podmiotów, które biorą udział w przetargach. W ciągu ostatnich dwóch lat w ponad połowie gmin miejskich o zamówienie ubiegał się tylko jeden przedsiębiorca. Jednocześnie widać, że tam gdzie o kontrakt z gminą walczy większa liczba firm mieszkańcy płacą taniej za odbiór śmieci – wskazuje prezes UOKiK Marek Niechciał.
Samorządy wśród przyczyn podwyżek wymieniały także wzrost opłat, narzucanych przez Regionalne Instalacje Przetwarzania Odpadów Komunalnych. „Urząd zamierza zbadać ich działalność zarówno pod względem pozycji rynkowej i polityki cenowej, jak i szczegółów dotyczących technologii przetwarzania oraz ilości i przyjmowanych śmieci” – stwierdził UOKiK. Chyba nie ma żadnych nadziei na to, że ceny za wywóz i przerób odpadów będą rosnąć wolniej. Przedwyborcze obietnice kosztują, a rząd PiS na pewno nie zrezygnuje z takiego sposobu ich finansowania, jakim jest skuteczne drenowanie kieszeni Polaków za pomocą opłat śmieciowych.

Nasi tu byli

Sobotnie wydarzenia w stolicy Podlasia,gdy pokojowy Marsz Równości (dla skrajnej prawicy,a nawet części prawicy umiarkowanej,nie mówiąc o kibolach, był to swoisty marsz dewiantów dążących do podważenia podstaw naszej cywilizacji oraz narodowej religii) spotkał się z brutalnymi aktami przemocy ze strony chuliganów i awanturników. Oliwy do ognia dodało niefortunne oświadczenie metropolity białostockiego oraz słabo kamuflowane poparcie dla takich poczynań ze strony lokalnych i regionalnych polityków PiS.
A nowy minister edukacji swymi pokrętnymi wypowiedziami o całej sprawie szybciej zasłużył na wniosek o odwołanie niż jego niesławna poprzedniczka.
Czy to wszystko może być jakimś katharsis dla sporej części społeczeństwa na niecałe 3 miesiące przed wyborami parlamentarnymi? Trudno powiedzieć,bowiem takie procesy na ogół nie zachodzą szybko. Z pewnością natomiast znów dużo straciliśmy w opinii międzynarodowej,gdyż obraz kraju nad Wisłą dodatkowo się pogorszył. Nie istnieje-wbrew silnie propagowanym tezom- żadna ideologia LGBT. Chodzi tylko o
poszanowanie praw mniejszości,co jest sensem demokracji, zwłaszcza w ujęciu Rady Europy. Większość decyduje,ale powyższy warunek to conditio sine qua non uznania danego państwa za demokratyczne. Nota bene mało kto zauważył,iż to na terenie ambasady Kanady,znajdującej się obok Sejmu, zawisła najpierw tęczowa flaga,a dopiero później dołączyli do tego Amerykanie. Zresztą rozmaite rozwiązania kanadyjskie są niezwykle ciekawe i mało znane. Np. ilu naszych polityków wie, że tak wyśmiewana przez rodzimą prawicę (szczególnie w kontekście przyjmowania bądż nie uchodźców i migrantów) WIELOKULTUROWOŚĆ wpisana jest do konstytucji kraju Klonowego Liścia? Raczej nie należy do tego grona PiS-owski wiceprezydent Gdyni wypowiadający głupie i rasistowskie uwagi nt. ludności Afryki.
To co wydarzyło się w Białymstoku to oczywista dyskryminacja mniejszości seksualnych. Ta i inne rodzaje dyskryminacji (np. ze względu na płeć,kolor skóry czy wiek) to rodzaj wykluczenia społecznego,które należy zwalczać. W prawie unijnym i szerzej w prawie międzynarodowym, znajdują się uniwersalne oraz regionalne systemy ochrony praw człowieka gwarantujące instrumenty przeciwdziałania wszelkiego rodzaju dyskrymi-nacji. Zakaz dyskryminacji oraz zasada równego traktowania obywateli to dwa fundamenty funkcjonowania współczesnych systemów politycznych.
Jako członek Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodo-wego (1993-1997),która przygotowała projekt ustawy zasadniczej, przyjętej następnie w referendum ogólno-krajowym, pozwolę sobie przypomnieć odnośne zapisy z rozdziału II „Wolności,prawa i obowiązki człowieka i obywatela”.W omawianym kontekście kluczowy jest art. 32 Konstytucji:”1.Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. 2.Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”. Tymczasem Tomasz Nałęcz przedstawił w TVN ciekawą i daleko idącą,kontrowersyjną tezę,że obecnie społeczność LGBT w Polsce jest traktowana przez rządzących w stopniu zbliżonym do tego, jak podchodzono przez długie lata (np. przed II wojną światową) do mniejszości żydowskiej.
Ponieważ polska prawica marzy od dawna o uchwaleniu nowej konstytucji (jej projekt-kiedyś na stronie PiS-został skutecznie „schowany”) lub co najmniej dokonaniu w obecnej szeregu zmian, to warto zaakcentować,iż zmiany zapisów w rozdziale II Konstytucji (a także I i XII) wymagają specjalnej procedury. Otóż 1/5 ustawowej liczby posłów,Senat lub Prezydent RP mogą zażądać przeprowadzenia referendum zatwierdzającego. W sumie więc-na szczęście-nie jest łatwo dotychczasowe, dobre zapisy usunąć.

Koniec ery plastiku

Plastikowe przedmioty jednorazowe, takie jak talerze, sztućce, słomki i patyczki higieniczne, które stanowią w sumie ponad 70 proc. odpadów morskich, będą od 2021 r. zakazane na terytroium Unii Europejskiej. Wynika to z rezolucji przyjętej w środę przez komisję ochrony środowiska Parlamentu Europejskiego.

 

Decyzja jest podyktowania palącym problemem ekologicznym. 80 proc. odpadów morskich to tworzywa sztuczne. Ze względu na powolny rozkład tworzywa sztuczne gromadzą się w morzach, oceanach i na plażach w UE i na całym świecie. Plastikowe pozostałości są znajdowane w organizmach zwierząt – m.in. żółwi, fok, wielorybów, ptaków, ryb i skorupiaków. Osoby obojętne wobec losu naszych mniejszych braci zainteresuje być może fakt, że skoro plastik jest w mięsie, które zjadamy, to ludzie też go wchłaniają.

Projekt rezolucji został przyjęty przy 51 głosach za, 10 przeciw i 3 wstrzymujących się. Posłowie umieścili na liście produktów zakazanych również plastikowe lekkie torby, mieszadełka do napojów i pojemniki do fast foodów. Wykorzystanie części innych produktów, dla których nie istnieje alternatywa, będzie musiało zostać ograniczone przez państwa członkowskie do 2025 r. Obejmuje to m.in. pojemniki na kanapki, owoce, warzywa, desery lub lody.

Państwa członkowskie mają opracować też krajowe plany, które odpowiedzą na pytanie, jak zachęcić ludzi do stosowania produktów wielokrotnego użytku oraz takich, które mogą być poddane recyklingowi. Posłowie poparli także ograniczenia dla odpadów z wyrobów tytoniowych, w szczególności filtrów papierosowych zawierających plastik. Ich wykorzystywanie ma być ograniczone o 50 proc. do 2025 r. i 80 proc. do 2030 r.

Twórcy rezolucji zwracają uwagę że, jeden niedopałek papierosa może zanieczyścić od 500 do 1000 litrów wody, a wyrzucony na jezdnię ulega rozkładowi nawet w ciągu dwunastu lat. Ten przykład, jako najbardziej przyziemny i dotyczący codziennego zachowania milionów obywateli UE, jest sztandarową narracją wprowadzanych zmian. Kraje wspólnoty będą musiały dopilnować, aby przedsiębiorstwa tytoniowe pokrywały koszty zbiórki odpadów, w tym transportu, obróbki i zbierania śmieci. To samo dotyczy producentów narzędzi połowowych zawierających tworzywa sztuczne.

Zdaniem komisji ochrony środowiska państwa członkowskie powinny również zapewnić, aby co najmniej 50 proc. utraconego lub porzuconego sprzętu rybackiego zawierającego tworzywa sztuczne było usuwane z mórz i plaż. Narzędzia połowowe stanowią 27 proc. odpadów znalezionych na europejskich plażach.

„Europa odpowiada tylko za niewielką część plastiku zanieczyszczającego nasze oceany. Może jednak powinna odgrywać kluczową rolę w znajdowaniu rozwiązań na poziomie globalnym, tak jak to miało miejsce w przeszłości w walce ze zmianami klimatu” – powiedziała europosłanka Frederique Ries (Liberałowie), która w komisji była sprawozdawczynią rezolucji.
Projekt rezolucji będzie przedmiotem głosowania całej izby podczas sesji plenarnej w dniach 22-25 października w Strasburgu.

12 milionów ton – tyle plastikowych śmieci trafia każdego roku do akwenów morskich. Przyczyniają się one do śmierci zwierząt, które dławią się drobnymi elementami. Zagrożeniem są również plastiki rozpuszczane przez promienie słoneczne. Według ekologów już w 2050 roku będzie w nich więcej śmieci niż istot żywych.

Żeby przestały się palić

Rząd, walcząc z pożarami wysypisk, wziął się za zmianę przepisów. Trzeba ich jeszcze przestrzegać.

 

Po burzy medialnej związanej z falą pożarów na wysypiskach śmieci, Ministerstwo Środowiska szybko wprowadziło zmiany do najważniejszych ustaw regulujących bezpieczne gospodarowanie odpadami.
Niewiele to wprawdzie pomogło, ale obecnie trwają prace nad „doszczelnianiem” tych regulacji poprzez rozporządzenia do ustaw. Jednym z nich jest rozporządzenie Ministra Środowiska określające wymagania przeciwpożarowe, jakie mają spełniać obiekty budowlane oraz inne miejsca przeznaczone do zbierania, magazynowania lub przetwarzania odpadów.
Dotyczy to także elektrośmieci. Mało kto bowiem wie, że pianka z lodówki pali się jak gaz zapalniczki. Kilkanaście dni temu, na skutek niewłaściwego przetwarzania elektroodpadów wybuchł pożar na składowisku złomu w Szczecinie.

 

Palący problem

Zużyte sprzęty elektryczne i elektroniczne są wysoce niebezpiecznymi odpadami. W Szczecinie paliły się lodówki, pralki i artykuły gospodarstwa domowego. Na miejscu działało ponad 40 jednostek straży pożarnej. Ogień pojawił się w maszynie do rozdrabniania złomu i przeniósł się na składowane materiały. Służby ostrzegały mieszkańców, aby nie otwierali okien i pozostali w domach. Nad całą okolicą kłębił się czarny, gęsty dym pełen niebezpiecznych i toksycznych substancji. Sytuacja ta kolejny raz potwierdza konieczność jak najszybszego wprowadzenia standardów do wszystkich miejsc przetwarzania elektrośmieci.
To nomen omen palący problem, bo zgodnie z raportem Najwyższej Izby Kontroli, polski system gospodarowania zużytym sprzętem elektrycznym i elektronicznym funkcjonuje nieprawidłowo i wymaga naprawy.
„Podmioty zaangażowane w system gospodarowania zużytym sprzętem, w tym zajmujące się jego zbieraniem i przetwarzaniem, nie przestrzegają przepisów w zakresie swojej działalności. Brakuje standardów przetwarzania elektroodpadów (…). Najważniejsze powinno być właściwe przetworzenie zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Niekorzystną dla środowiska praktyką jest nieprofesjonalny demontaż tego sprzętu, w prymitywnych warunkach poza zakładami przetwarzania (najczęściej w punktach skupu złomu) lub w zakładach przetwarzania o niskim standardzie technologicznym” – czytamy w raporcie.

 

Każdy robi jak może

Obecnie, w myśl polskiego prawa zakłady przetwarzające zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny nie muszą spełniać specjalistycznych kryteriów, przetwarzać zużyty sprzęt może praktycznie każdy. Dlatego około 70 proc. zużytych lodówek, zamrażarek, świetlówek czy telewizorów utylizowanych jest w Polsce w prymitywny sposób, przy pomocy najprostszych narzędzi, bez żadnych zabezpieczeń, przez co szkodliwe substancje przedostają się gleby, wody oraz atmosfery.
Z uwagi na brak obligatoryjnych wymogów prawnych, zakłady przetwarzania elektroodpadów w Polsce bardzo rzadko stosują powszechne w krajach rozwiniętych standardy zabezpieczające przed wybuchem i pożarem, takie jak np. ciągły pomiar obecności gazów wybuchowych połączony z systemem neutralizacji stężenia, przy którym możliwa jest eksplozja.

 

Tylko u nas nie ma

W całej Europie odpowiednie regulacje określają, w jaki sposób przetwarzać różne rodzaje elektrośmieci, jakie instalacje i technologie są wymagane, by zapobiegać wydostawaniu się szkodliwych substancji do środowiska. Polska jest jedynym krajem Unii Europejskiej, w którym takich standardów nie ma.
Przetwarzanie zużytego sprzętu jest najbardziej niebezpieczne w przypadku, bardzo popularnych na rynku, lodówek zawierających cyklopentan – jest to dosłownie igranie z ogniem. Sprzęt chłodniczy zawiera szereg substancji niebezpiecznych. Niektóre z nich są także silnie wybuchowe i łatwopalne.
Jeśli zużyty sprzęt przetwarza się w sposób prymitywny, np. przy użyciu strzępiarki do złomu, która powoduje iskrzenie ciętego metalu, to gazy, uwalniane z pianki izolacyjnej, stanowią ogromne zagrożenie. Pianka, wystawiona na działanie słońca i wysokiej temperatury, jest przyczyną wielu samozapłonów na składowiskach.
Komisja Europejska 10 sierpnia br. wydała decyzję w sprawie najlepszych dostępnych technik przetwarzania odpadów. Dokument ten precyzyjnie określa poziomy emisji oraz wszelkie standardy technologiczne utylizacji zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Pytanie, czy standardy te obejmą również elektrośmieci w Polsce?

Płoną góry, płoną śmieci

W przedwieczornej mgle. A dyrektor sortowni śmieci w Olsztynie oświadcza, że płoną „bo 500 plus”.

 

Jak szła ta piosenka Młynarskiego? „Bo kto na co dzień żyje w cyrku, temu cyrkiem zdaje się normalne życie”?
Od miesiąca media donoszą o coraz to nowych pożarach wysypisk – legalnych i nielegalnych. W 2017 roku spłonęło ich 37, w 2018 – prawie 70. Tak mówią statystyki z Ministerstwa Środowiska. Dwa najbardziej spektakularne pożary to Zgierz pod Łodzią (tzw. wulkan „Zgiezuwiusz”) i właśnie Olsztyn. Dyrektor Zakładu Gospodarowania Odpadami Komunalnymi w Olsztynie Marek Bryszewski, oświadczył natomiast podczas sesji rady miasta, omawiając przyczyny wybuchu ognia 24 maja w nocy: winne jest 500 plus! Jego beneficjenci masowo wymieniają meble. A stare palą. To oni rujnują polski recycling i zatruwają atmosferę!
– Meble zalegają plac, gdyż non stop są dowożone; jest to efekt programu Rodzina 500+. Póki nie będzie zorganizowanej selektywnej zbiórki odpadów, z takimi sytuacjami musimy się liczyć – stwierdził, zaznaczając, że samozapłon mógł zostać spowodowany przez reakcję baterii z laptopa bądź butli z gazem, którą ponoć znaleziono na pogorzelisku.
Akcja gaśnicza na terenie ZGOK w Olsztynie trwała 16 godzin. Spłoną miało 900 ton mebli składowanych na placu należącym do zakładu, ale radni miejscy pozostali sceptyczni wobec teorii lansowanej przez Bryszewskiego. Przypomnieli argument dziennikarzy portalu debata.olsztyn.pl: na placu znajdowało się również 1,5 tys. ton odpadów wielkogabarytowych, które zalegały tam na stałe.
Teoria spiskowa lansowana przez szefa ZGOK obiegła internet i stała się żartem sezonu. Ale tak najzupełniej szczerze, jest dość ordynarnym szukaniem kozła ofiarnego i manipulacyjnym przekierowywaniem gniewu społecznego na rodziny, korzystające z pomocy rządu. Nie znaczy to oczywiście, że problemu nie ma – Polacy palą śmieciami, nierzadko toksycznymi.
W Polsce rocznie średnio produkuje się 58 mln m3 odpadów komunalnych. I służą one jako materiał opałowy, nie ma co się oszukiwać. Szczególnie niebezpieczne dla zdrowia jest wdychanie tego, co wytwarza się ze spalania plastikowych butelek, folii i otoczek kabli. Raport Komisji Europejskiej nie pozostawia złudzeń: co roku na choroby wywołane złym stanem powietrza umiera 28 tys. Polaków.
– Generalnie ta wypowiedź miała odwrócić uwagę od problemu i przekierować dyskusję na nieco inne tory – stwierdził Andrzej Gąsiorowski, adwokat i autor bloga poświęconego przyrodzie – Jakaś część prawdy w tym jest. Rzeczywiście słyszy się, że rodziny, które otrzymują świadczenie wymieniają sobie w domach meble, ale nawet gdybyśmy mówili o „paleniu nimi” na ogromną skalę, to nadal nie jest trujące w tym stopniu, co spalanie plastików, kabli, czy innych opon. Dwa takie pożary wysypisk z odpadami z tworzyw sztucznych przynosi tak szkodliwe skutki jak kilka ładnych lat ekspozycji na smog – bez porównania…
Mój rozmówca był oburzony bezczynnością polskich służb w ostatnich miesiącach, kiedy płonęły składowiska śmieci.
– To jest państwowa afera, w moim przekonaniu dużo większa niż rozdmuchana awantura o Amber Gold. Dlaczego nasze państwo nic z tym nie robi? Dlaczego rząd nadal jest zainteresowany tylko tym, żeby spływały pieniądze na polityków, ich wyborców i beneficjentów ich programów, a problemy, które dotyczą wszystkich Polaków bez wyjątku, ma w nosie?
Mateusz Morawiecki dwa tygodnie temu zapowiedział, że wprowadzi odpowiednie „rozwiązania legislacyjne”… w ciągu dwóch tygodni. Niecierpliwie czekają na nie Polacy, nie tylko ci pobierający 500 plus.