SLD ma 20 lat

Z okazji tego jubileuszu odbyło się w Warszawie spotkanie z udziałem kilkuset członków Sojuszu z całego kraju.

Często zapomina się już jak układały się losy tej formacji. W końcu stycznia 1990r. powstała SdRP-Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej. Wzięła ona udział w pierwszych demokratycznych wyborach parlamentarnych w październiku 1991r. Ale nie była osamotniona-stała się bowiem członkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej jako szerokiej koalicji wyborczej, która obejmowała dwie główne siły: SdRP i OPZZ oraz szereg innych struktur politycznych (mniejsze partie, organizacje kobiece, młodzieżowe, branżowe związkowe itd.).Tych części składowych w 1997r. było aż 33.Taki SLD uzyskał w pierwszych wyborach ok. 12 proc. głosów, a w następnych-zdobywając 171 mandatów w Sejmie – był w stanie stworzyć rząd w koalicji SLD z PSL.
W łonie SdRP, którą kierowali kolejno: Aleksander Kwaśniewski, Józef Oleksy i Leszek Miller (sekretarzem generalnym był Krzysztof Janik) stopniowo narastały tendencje integracyjne. Spośród pięciorga ówczesnych wiceprzewodniczących partii wybranych w 1997r. (Marek Borowski-inicjator tej zmiany, Jacek Piechota, Jerzy Szmajdziński, Izabella Sierakowska i piszący te słowa) tylko ostatnia dwójka miała w tej mierze wątpliwości. Zdecydowała większość. W połowie kwietnia 1999r. zarejestrowano nową partię polityczną pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej.
O działalności, roli, sukcesach i słabościach tej partii ukażą się zapewne w przyszłości odrębne analizy. W największym skrócie rzec można, iż z jej szeregów wyszli m.in. jedyny dotychczas prezydent RP dwóch kadencji (pierwszy raz desygnowany przez SdRP) i trzech premierów. Uchwalono demokratyczną, do dziś obowiązującą Konstytucję RP, a politycy Sojuszu wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej.
Nie doszukując się nadmiernych analogii (niemieckie przysłowie mówi:”wszelkie analogie zawodzą”) warto zauważyć, iż główna siła lewicy przeszła drogę od partii (SdRP) przez koalicję wyborczą (SLD) do scentralizowanej partii (nowy SLD),a teraz Sojusz zdecydował się-w warunkach zagrożenia demokratycznego i sytuacji notorycznego naruszania Konstytucji RP przez PiS-wejść w skład nowej jakościowo, niezwykle szerokiej koalicji wyborczej jaką jest Koalicja Europejska. Ale PARTIA SLD oczywiście pozostaje na scenie politycznej i z pewnością ma jeszcze do odegrania istotną rolę.

Mądrzy po szkodzie

Przed wyborami samorządowymi, tu we Wrocławiu, SLD zachęcał do stworzenia lewicowej koalicji z Razem, Zielonymi, ruchami miejskimi, kobiecymi. itp. Potraktowano nas (SLD) z buta. Razem i Zieloni podpisali porozumienie przedwyborcze, ale w końcu nic z tego nie wyszło. Partie poszły osobno do wyborów. Podobne wysiłki czynił SLD w całym kraju. Wyniki były podobne.
W końcu wrocławski SLD poszedł w innej koalicji i ma trzech radnych w Radzie Miejskiej. Gdyby przed wyborami samorządowymi SLD w całym kraju nie był traktowany jak trędowaty pewnie postałaby silna koalicja na lewicy i wynik wyborów byłby znacznie lepszy, choć to teraz też tylko gdybanie. Z tych wyborów wszystkie partie lewicy wyszły osłabione, ale Razem i Zieloni szczególnie. Okazało się, że samodzielnie niczego nie są w stanie w wyborach osiągnąć, a SLD osiągnął mniej niż zakładano. Po przegranych wyborach nastąpiło olśnienie: idziemy razem. Zdecydowanie za późno. SLD postanowił szukać porozumienia z politycznym centrum. I nagle okazało się to, co było wiadome od dawna, że bez SLD na lewicy nie może powstać żadna koalicja. Zieloni też przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej, a Razem szybko rozpada się. Nie ma się z czego cieszyć, bo cierpi na tym lewicowa strona sceny politycznej. Pewnie będzie na tym korzystać Wiosna.
Zmądrzenie i refleksja przyszły za późno. Teraz SLD w oczach tych, którzy nami gardzili uznawany jest za lewicę, która lewicę zdradziła i zbratała się z centrum. Nie o takich koalicjach marzyłem. Młoda i wydawałoby się wykształcona lewica wykazała się barkiem politycznego realizmu. Szkoda, bo wiele pracy poszło na marne.

Głos lewicy

PPS nie idzie do Sejmu

W dniu 16 lutego 2019 roku w Warszawie odbyło się posiedzenie Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej. Głównym przedmiotem obrad były dokumenty i tryb przygotowań do mającego się odbyć w dniu 2 marca 2019 roku XLIII Kongresu Partii.
Przyjęto projekty podstawowych dokumentów merytorycznych i sprawozdań na kongres.
Przypomnijmy, że Kongres PPS ma charakter sprawozdawczo-wyborczy. Jego zadaniem jest m.in. wybór na następną kadencję nowych władz PPS, oraz przyjęcie kierunkowych dokumentów programowych i organizacyjnych. Kongres PPS zgodnie ze Statutem odbywa się co 3 lata.
Rada przyjęła także ważny dokument dotyczący polskiej racji stanu i polityki zagranicznej pt.:  „Polska Partia Socjalistyczna mówi NIE dla ładunków jądrowych na ziemiach polskich oraz udziału w wojnach imperialnych”.
Dyskutowano również o problemach towarzyszących przygotowaniom do wyborów do Parlamentu Europejskiego w maju br. i wyborów parlamentarnych jesienią.
Wg portalu www.ppspl.eu w trakcie dyskusji Rada Naczelna stwierdziła, że Partia w roku 2019 skupi się na wyborach do Sejmu i Senatu RP. RN nie widzi możliwości w samodzielnym starcie do Parlamentu UE. Rada Naczelna nie widzi także, na dzień dzisiejszy, możliwości udziału w powstających obecnie koalicjach partyjnych.
Info od Rady Naczelnej PPS.

Nie chcę, ale muszę

– To nie jest moja koalicja marzeń, bo taką byłaby złożona z samych formacji lewicowych i z Zielonych – powiedziała Katarzyna Piekarska w programie „Onet Rano”. Oceniła jednak, że w polityce „trzeba stać na ziemi”, a Koalicja Europejska jest koalicją „racjonalną”, która – jak ma nadzieję – „przetrwa do jesieni”. Piekarska wyjaśniła, że celem porozumienia partii opozycyjnych jest „odsunięcie od władzy szkodników politycznych”.
– Nie ma entuzjazmu w moim głosie. Powiem tak: głosowałam, ale się nie cieszyłam – stwierdziła. – Jeśli chodzi o Unię Europejską, są to partie reprezentujące te same wartości – powiedziała. – Pełzający polexit, z którym mamy obecnie do czynienia, jest dla Polski groźny i ją marginalizuje – dodała i zapewniła, że cieszy się z wczorajszej decyzji Zielonych, którzy również dołączyli do koalicji.
Koalicja Europejska to w opinii Piekarskiej „małżeństwo z rozsądku”. Zapewniła jednak, że SLD „ma silną podmiotowość” i nie zostanie wchłonięte przez PO i Grzegorza Schetynę. Zdaniem Piekarskiej, osoby które będą kandydować z list koalicji, to „duże nazwiska” i „naprawdę mądrzy ludzie, którzy mają olbrzymie zasługi na Europy i Polski”. Sama zapowiedziała jednak, że woli kandydować do parlamentu krajowego.
Połączenie partii opozycyjnych, to – zdaniem Katarzyny Piekarskiej – „oczywiście jakiś rodzaj testu”. – Jeżeli wyborcy odpowiedzą na tę naszą koalicję negatywnie, to oczywiście trzeba się będzie zastanowić nad jesienią – powiedziała, odnosząc się do tegorocznych wyborów parlamentarnych.
sld.org.pl

Na wojnie z całym światem

Bogusław Liberadzki podzielił się wrażeniami ze szczytu bliskowschodniego w Warszawie:
Szczyt nie był sukcesem, na samym początku był genetycznie skazany na porażkę. Pierwsza rzecz: selektywnie dobrani uczestnicy – brak Iranu, ale też brak Palestyny. Po drugie, jeśli na tego rodzaju przedsięwzięcie przyjeżdża dwóch podstawowych graczy – Stany Zjednoczone i Izrael – w takim momencie historycznym powinniśmy dokładnie wiedzieć, z jakimi głównymi tezami panowie przyjeżdżają.
Po raz pierwszy mamy wielkie konflikty w środku Polski wokół polityki zagranicznej. Zwykle był to bardzo daleko posunięty konsensus.

Z kim do Sejmu

Za rok w Polsce może być tak. PiS wygrywa wybory, ale będzie miało w Sejmie 220 parlamentarzystów. Aż dwustu dwudziestu. I tylko dwustu dwudziestu, bo do zwykłej większości, do powołania rządu zabraknie im przynajmniej jedenastu.
Jeśli w Sejmie znajdzie się reprezentacja Kukiz15, albo wyrosłej z Kukiza reprezentacji narodowców, to pan prezes Kaczyński zmontuje z nimi koalicję. I będzie rządził Polską nadal. I wtedy, bez skrępowania pójdzie drogą Wiktora Orbana. Skutecznie spacyfikuje opozycję i ustanawia rządy PiSowskiej oligarchii.
Może mu się to szybko udać, jeśli na fali jesiennego zwycięstwa reprezentant pana prezesa Kaczyńskiego wygra latem 2020 roku wybory prezydenckie. Wygra, jeśli zdołowana przegraną opozycja zacznie szukać winnych klęski w szeregach swych partnerów politycznych. I we własnych też. Każdy rozkład opozycyjnego bloku będzie sprzyjał szansom Kaczyńskiego kandydata.
Wariant drugi to kolejne rządy PiS i wielka mobilizacja opozycji w czerwcu 2020 roku. Dającą wygraną kandydata zjednoczonej opozycji w wyborach prezydenckich. Wtedy będziemy mieli rządy PiS stale blokowane przez prezydenckie weta. Co doprowadzić może do eskalacji politycznej wojny lub rozpisania nowych wyborów parlamentarnych.
Jeśli pan prezes Kaczyński uzna, że następnym razem PiS wygra tak wysoko, że będzie miał w Sejmie wystarczająca większość do odrzucania prezydenckich wet.
W wariancie trzecim sytuacja będzie podobna. Tylko wtedy zjednoczona opozycja, czyli „PO, Nowoczesna, PSL, SLD +” wygrywają wybory parlamentarne. I po przepychankach z panem prezydentem Andrzejem Dudą montują koalicyjny rząd.
Ale nie są już w stanie wystawić jednego, silnego kandydata w wyborach prezydenckich. I potem o jeden procent przegrywają z kandydatem pragnącej rewanżu narodowo-katolickiej prawicy. Znów zjednoczonej wokół pana prezesa Kaczyńskiego.
Wariant czwarty to wygrana zjednoczonej, antypisowskiej opozycji w wyborach parlamentarnych i przyszły rząd koalicji. I jeszcze wygrana w wyborach prezydenckich kandydata zjednoczonej opozycji. Dzięki nadal jej zgodnej współpracy latem 2020 roku.

Kaprysy Wiosny

Wszystkie wymienione warianty politycznej przyszłości są wielce prawdopodobne dzięki zaistnieniu nowej siły politycznej. Partii Roberta Biedronia zwanej „Wiosną”. Ma ona sondażowe notowania na poziomie 14 procent, co skłania jej lidera do kreowania się na trzecią siłę polityczną.
Dlatego partia Biedronia wystartuje samodzielnie w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Chce poznać rzeczywisty poziom swego poparcia. Wybory do Parlamentu Europejskiego odbywają się wedle ordynacji sprzyjającej dużym i średnim ugrupowaniom. Dlatego przy notowaniach na poziomie kilkunastu procent partia Biedronia może zyskać 5-8 mandatów w Parlamencie Europejskim. Co dla partii debiutującej na scenie politycznej jest wyjątkowo cenne.
Inaczej będzie w wyborach do Sejmu i Senatu. Te odbywają się wedle większościowej metody D’Hondta. Ta preferuje ugrupowania, które mają przynajmniej piętnaście procent poparcia.
Partie osiągające wynik poniżej 10 procent mogą liczyć na trzydzieści – czterdzieści mandatów, czyli własny klub poselski w przyszłym Sejmie.
Ale jednocześnie każde ugrupowanie osiągające wynik na poziomie 5-8 procent poparcia wzmacnia też wynik partii zwycięskiej w wyborach. Pod warunkiem, że te mniejsze ugrupowania nie podbierają wyborców zwycięskiemu ugrupowaniu.
Jeśli wierzyć sondażom na partię Roberta Biedronia chcą głosować wyborcy sympatyzujący z PO i Nowoczesną, Partią Razem oraz wyborcy, którzy nie głosowali wcześniej. Bo nie mieli swoich reprezentantów.
Nic dziwnego, że najsilniejsza krytyka spadła na Roberta Biedronia ze strony środowisk liberalnych i radykalnej lewicy.
Wynik wyborczy wiosennego Biedronia jest dzisiaj trudny do oszacowania. Jeśli zdobędzie przynajmniej 15 procent poparcia, to ma szansę być trzecią siłą polityczną.
Jeśli dostanie poniżej 10 procent, to uzyska swój klub parlamentarny w Sejmie. Będzie jednak tylko radykalną opozycją. Co gorsza, wtedy taki wynik może nabić dodatkowe poparcie dla narodowo- katolickiej PiS.
Takie są efekty metody D’Hondta.

Z kim SLD?

Podstawowym politycznym obowiązkiem SLD jest powrócić do Parlamentu Europejskiego i przed wszystkim do Sejmu i Senatu.
I dlatego wszyscy świadomi Wyborcy i kierownictwo SLD powinni kierować się najbliższych wyborach przede wszystkim pragmatyzmem politycznym.
W wyborach do Parlamentu Europejskiego jeszcze niedawno kierownictwo SLD mogło wybierać. Koalicję lewicową, czyli dotychczasowy sojusz SLD-Lewica Razem wzmocniony porozumieniem z Partią Razem i Zielonymi. Praktyka polityczna ostatnich tygodni pokazuje, że część środowisk Partii Razem i Zielonych może zostać wchłoniętych przez partię Roberta Biedronia.
Zatem bardziej efektywna może być trudniejsza programowo koalicja „Proeuropejska”. Czyli porozumienie PO + PSL+ Nowoczesna + SLD +.
Taki blok ma szansę wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego pod jednym warunkiem. Bardzo silnej pracy każdej z tych partii ze swoimi Wyborcami. Uświadomienia im, że nadzwyczajna sytuacja wymaga takich nadzwyczajnych koalicji. Że interes państwa polskiego czasem trzeba postawić ponad interes partii, ponad jej pryncypia ideowe.
Podobny blok wyborczy mógłby wystartować w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu RP. W tych wyborach obowiązuje metoda D’Hondta. Jeśli przyszła koalicja antypisowska sporządzi uczciwe listy wyborcze, czyli takie które zagwarantują przyszłą reprezentację w Sejmie i Senacie mniejszych od PO partii, to taki plan polityczny wart jest realizacji. Nawet kosztem wspólnych list z przeciwnikami ideowymi.
Podstawowym obowiązkiem SLD, dla dobra Polski i lewicy, jest powrót do Sejmu i Senatu. Nawet dzięki kooperacji z PO. Taka współpraca będzie wymagała od SLD posiadania własnego zwartego programu wyborczego i tożsamości ideowej.
I przede wszystkim wystawieniu wyborach kandydatów reprezentujących patriotyzm SLD-owski.
A nie polityków zmieniających barwy partyjne niczym rękawiczki. Pod wpływem kaprysów politycznej aury.

Apel o wspólną walkę Konwencja SLD

„Silny samorząd, demokratyczna Polska” – zorganizowana pod takim hasłem konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz ugrupowań partnerskich nie przyniosła szczególnego zaskoczenia. Mowa była głównie o konieczności zwarcia szyków przez opozycje w obliczu zagrożenia ze strony obecnego obozu władzy oraz konieczności szerokiej współpracy w obrębie samej lewicy.
Zjazd wyborczy Sojuszu został zorganizowany w „czerwonym mieście”, czyli bastionie partii – Dąbrowie Górniczej. Zgromadzenie zainaugurował prezydent tego miasta Zbigniew Podraza. Następnie na mównicy pojawił się przewodniczący Sojuszu Włodzimierz Czarzasty, który w trzech punktach nakreślił to, co jego zdaniem powinno być priorytetem dla przeciwników PiS. – Jak uważacie, że chcemy walczyć o przyszłość naszego kraju, o Polskę demokratyczną, zbierzmy się i ustalmy trzy zasady. Zasada pierwsza: wszyscy pilnujemy uczciwości wyborów samorządowych. Zasada druga: w drugiej turze głosowania wszyscy popieramy osoby z opozycji demokratycznej. Zasada trzecia: zobowiążmy się, że po wyborach samorządowych nie będziemy tworzyć koalicji z PiS-em – mówił Czarzasty. Jeśli chodzi o lewicę, Czarzasty zaznaczył też istotną role Roberta Biedronia, pod warunkiem, że polityk ten sam zdecyduje się na lewicowy program i wyrazi aspiracje do bycia liderem postępowego obozu.
– Chciałbym ciepłe słowa skierować do Roberta Biedronia. Myślimy, Robert, o tobie dobrze. Jeżeli stworzysz program lewicowy i będziesz chciał stanąć na czele ruchu lewicowego, witamy w rodzinie i pomożemy. Ale jeżeli ten program będzie tylko fajny, życzymy ci szczęścia – powiedział lider SLD. Przewodniczący wskazywał też niekonsekwencje w podejściu liberałów do prezydenta Słupska, którzy z jednej strony pokazowo wyciągają do niego rękę, a z drugiej – działają przeciwko niemu. Czarzasty odniósł się również do innych przypadków takiej niekonsekwencji.
– Chcę to usłyszeć od Grzegorza Schetyny. Niech powie, że się zgadza, niech się do tego odniesie. Ale potem będę prosił o uczciwość. Czyli nie będziemy razem z PiS-em głosowali w Słupsku przeciwko Robertowi Biedroniowi, a zrobiliście to. Nie będziemy razem z PiS-em głosowali w Gorlicach przeciw burmistrzowi SLD Rafałowi Kukli, a zrobiliście to – bo czasami PO-PiS jest wam w sercach bliższy, niż to, co macie na ustach – wskazywał lider Sojuszu. Przewodniczący podczas swojego wystąpienia momentami wyraźnie przesadził z koncyliacyjnym gestem. Jego zdaniem w obrębie antypisowskiej koalicji mógłby się również znaleźć Paweł Kukiz. – Zapraszam wszystkich, którzy uważają, że są opozycją, zapraszam również Pawła Kukiza, bo przecież codziennie krytykuje PiS. Podpisz się, bracie, pod takim paktem, przynajmniej będziemy wiedzieli, w co gramy – dodał przewodniczący SLD. – Wszystkie badania przeprowadzone w ostatnim czasie mówi, że jakbyśmy naprawdę uczciwie do tego podeszli, a nie kupując ludzi w tę, albo tamtą stronę, to przynajmniej w sejmikach samorząd nadal będzie samorządem – przekonywał Czarzasty, zaznaczając jednak, co warto podkreślić, że to właśnie Kukiz odpowiada za wprowadzenie do parlamentu polityków kojarzonych z ideologią faszystowską.
Czarzasty zaznaczył, że wybory samorządowe to dobry moment do zaprezentowania lewicowych wartości dla jego partii. – Samorząd jest dla nas bardzo ważny. Nie ma demokracji w Polsce bez silnego samorządu. Wszyscy nasi radni, którzy zostaną radnymi, zostaną zobowiązani, aby bardziej stawiać na człowieka, inwestować w człowieka, pomagać człowiekowi, niż inwestować i infrastrukturę. Jest czas na inwestycje w człowieka i chcemy w naszych programach, poprzez 24 tys. kandydatów, których zgłaszamy, to upowszechniać – zapewnił.
Głos zabrał także Sekretarz Generalny SLD Marcin Kulasek, który mówił o tym z jak dalekiej drogi musiała powrócić jego partia w ostatnim czasie. – To trzy lata trudne dla Polski i trudne dla lewicy. Dzisiaj walczymy nie tylko o naszą obecność w samorządzie, o realizację naszego programu, ale przede wszystkim o demokrację, o rządy prawa, o przerwanie dominacji Prawa i Sprawiedliwości – powiedział.
Na walce z PiS i przywróceniu normalności skupił się kandydat PiS na prezydenta Warszawy Andrzej Rozenek, który zaznaczył, że jego partia nie zabierze Polakom programów socjalnych uruchomionych przez PIS, a jednocześnie zaakcentował inne ważne sprawy. – Oddamy obywatelom poczucie bezpieczeństwa, przywrócimy Polsce zaszczytne miejsce we wspaniałej, zaszczytnej, wielkiej rodzinie europejskiej, zwrócimy wolność i swobodę obywatelską, odbudujemy społeczeństwo obywatelskie i świeckie państwo – deklarował.

Po co tyle gadania…

… domysłów, nieprawdopodobnych przewidywań, prawie wróżb, gdy od dawna było wiadomo o czym Trump z Putinem rozmawiać będą.

 

Komentarze po spotkaniu prezydentów Stanów Zjednoczonych i Federacji Rosyjskiej w Helsinkach skoncentrowały się na przebiegu ich konferencji prasowej (kampania wyborcza Donalda Trumpa, podsłuchy – ich konsekwencje i ciąg dalszy) oraz widowiskowo-kretyńskich przypuszczeniach (prezent mundialowej piłki, podejrzewanej, że w jej środku mogły być ukryte urządzenia szpiegowskie), natomiast niezbadaną tajemnicą pozostało spotkanie face-to-face przywódców.

 

Przed spotkaniem

Po wcześniejszych wypowiedziach Trumpa, później na G7 i w siedzibie NATO różni, bardziej lub mniej odpowiedzialni, obserwatorzy sceny politycznej oraz dziennikarze, którzy na wszystkim zresztą się znają, wieścili, że wynikiem helsińskich rozmów będzie nowa Jałta, wycofanie armii amerykańskiej z Europy i objęcie jej środkowej części rosyjskimi wpływami. Estonia to się prawie, jak to od czasu do czasu permanentnie czyni, przygotowywała do rosyjskiej agresji, która nastąpić także miała na Ukrainie, w okolicach Mariampola.
Nieoceniona w propagowaniu nienawiści do Rosji „Gazeta Wyborcza” w dniach poprzedzających spotkanie zwiększyła liczbę antyrosyjskich tekstów, a w ostatnim, przed Helsinkami, sobotnio-niedzielnym wydaniu antyputinowskich, powstałych piórami: polskim (W. Radziwinowicz – „Trump odebrał Putinowi to, co najcenniejsze”), rosyjskim (W. Inoziemcew – „Dlaczego Rosja jest sexy”) i amerykańskim (przedruk z „The Wall Street Jurnal” – „Jak Putin odkrył w sobie Azję”). Jeszcze inni zamartwiali się wynikiem spotkania, biorąc pod uwagę nieprzewidywalność prezydenta USA i doświadczenie wywiadowcze Władimira Putina, pozostali pocieszali, że nie będzie tak źle i Trump nie rozwali NATO.
Odnotować także należy głosy polskich polityków. Minister Spraw Zagranicznych Jacek Czaputowicz powiedział: „Wiemy, kto jest naszym przyjacielem i kto jest naszym przeciwnikiem w tych rozmowach. Mamy nadzieję, że będą to dobre rozmowy i przyniosą pewne odprężenie… Życzylibyśmy sobie, żeby prezydent Donald Trump potwierdził integralność terytorialną Ukrainy.” Odmienne zdanie od PiS-owskiego ministra miał jednak Kornel Morawiecki: „Zbliżenie z Rosją nas wzmocni na arenie międzynarodowej…Polska powinna przestać uzależniać poprawę stosunków z Rosją od kwestii zwrotu wraku ze Smoleńska…po wyborczym zwycięstwie Putina powinna być ze strony Polski taka normalna dyplomatyczna reakcja. Czyli pan prezydent Polski, a jeżeli nie prezydent to premier, powinni złożyć gratulacje. Tak powinno być”.
W kontekście zbliżającego się spotkania, jako jedyny na naszej scenie politycznej, Leszek Miller jednoznacznie ocenił tzw. zagrożenie Polski ze strony Rosji i określił aktualne stosunki polsko-rosyjskie: „Uważam, że Rosja nie dokona żadnej interwencji zbrojnej w którymkolwiek z państw NATO. Żaden z krajów sojuszu nie jest zagrożony, bo agresja wobec któregokolwiek z nich – Litwy, Łotwy, Estonii czy Polski – oznaczałaby wojnę z NATO, a w konsekwencji III wojnę światową. Nikt tego nie chce: ani Moskwa, ani Waszyngton, ani Bruksela… między Warszawą a Moskwą nie ma żadnego sporu terytorialnego, w naszym kraju nie ma rosyjskiej mniejszości, o którą mogłaby się upominać Rosja, a dodatkowo Warszawa nie dysponuje żadnymi zasobami, których nie miałby nasz wschodni sąsiad…relacje polsko-rosyjskie są „w zawieszeniu”. Jeszcze nigdy nie było tak źle”.

 

Po spotkaniu

wylała się na głowę prezydenta USA lawina pomyj w postaci takich oto tytułów w „GW”: „Putin znów ogrywa Trumpa”, „Szczyt w Helsinkach po myśli Putina”, „Koledzy są wściekli na Trumpa”, a w „Trybunie” ukazał się wywiad z Marcinem Bosackim pt. „Szkodliwy prezydent”, któremu warto poświecić kilka słów.
„Świat do czasu amerykańskich wyborów w roku 2016 był dla Polski bezpieczniejszy. Jeśli Trump dalej będzie go rujnował, czeka nas kryzys o skutkach śmiertelnych” i dalej: „Były takie obawy, że Trump np. uzna że Krym jest częścią Rosji albo wstrzyma pomoc wojskową dla Ukrainy czy ćwiczenia wojskowe NATO z udziałem wojsk USA w Polsce i naszym regionie. To nie nastąpiło, co jest dobre.” Z powyżej zacytowanych fragmentów wypowiedzi rozmówcy „Trybuny”, dotyczących bezpieczeństwa naszego świata, żadną miarą nie wynika aby go chciał Trump demolować, a ponura przepowiednia o politycznych „skutkach śmiertelnych” może ewentualnie dotyczyć jego samego we własnym kraju.

 

Pan Bosacki

wypowiadał się też o Syrii: „Putin…mówił o konieczności zakończenia operacji antyterrorystycznej w południowo-zachodniej Syrii. Tam nie ma żadnej operacji antyterrorystycznej, tylko jest wyrzynanie całych miast przez siły Assada z ogromnym wsparciem Rosji”. Jak się okazuje były rzecznik prasowy naszego MSZ nigdy nie słyszał o aktywnym wsparciu USA rebelianckich oddziałów, stanowiących jedną z przyczyn wojny domowej w tym kraju, a mających charakter terrorystyczny w stosunku do legalnego syryjskiego rządu.
I jeszcze: „Wypowiedź amerykańskiego prezydenta o NS 2 pokazuje, że cała sprawa – wbrew polskim nadziejom – nie była częścią przemyślanej strategii USA realizowanej przez Trumpa, tylko kolejną okazją do krytyki Niemiec”. Polskie nadzieje aby wszelkimi sposobami dowalić Rosji kosztują nas bardzo drogo, ale Niemcy nie są skorzy płacić za amerykański gaz o wiele więcej niż za rosyjski (my bogaci – nas stać na to!), a niemiecki „FAZ” donosi: „Ponieważ prezydent USA nie jest w stanie osiągnąć swoich celów metodami rynkowymi, nie można wykluczyć, że sięgnie po sankcje eksterytorialne przeciwko firmom uczestniczącym w budowie Nord Stream 2”.

 

A na koniec

tej wypowiedzi: „Tylko tak naprawdę nie wiemy, o czym dokładnie rozmawiano. Główna, dłuższa rozmowa była w 4 oczy, a konferencja prasowa skupiła się na temacie wyborów w USA, natomiast dla obserwatorów jasne jest, że większość ważnych tematów została omówiona na spotkaniu w cztery oczy. To nie jest dobre”.
Były pan ambasador wypowiedział się tak, jak propagandowe i puste frazesy z mediów. Zważywszy na swoje byłe dyplomatyczne doświadczenie powinien pamiętać, że przedwczesne kłapanie dziobem do najlepszych zasad w światowej polityce nie należy, a z całej wypowiedzi wynika, że nie koniecznie Trump jest szkodliwym prezydentem. Rzeczywista optyka światowych wydarzeń bardzo nas różni – Pana proamerykańska i antyrosyjska, a moja jedynie oceniająca rzeczywisty stan i przebieg wydarzeń.

 

Spotkania na szczycie,

pisze jeszcze inaczej Witold Jurasz na Onecie, tradycyjnie w dyplomacji są końcem pewnego procesu politycznego i dlatego też przypisuje się im wielkie znaczenie – w przypadku Donalda Trumpa spotkanie z prezydentem Rosji to początek, a nie koniec dialogu.
I dalej: „Z naszego więc punktu widzenia optymalnym jest, by Ukraina stała się buforem… oddzielającym nas od Rosji…wymaga to wciągnięcia Kijowa w orbitę Zachodu, ale jeśli spojrzeć realistycznie, czyli po prostu dostrzegać fakty takie jak choćby ten, iż na dzień przed szczytem w Finlandii doszło do spotkania prezydenta Francji Emmanuela Macrona z prezydentem Rosji, to niestety trzeba przyjąć do wiadomości, że nadmiernie wielu zwolenników takiego rozwiązania na Zachodzie po prostu nie ma. Niestety Zachód nie chce walczyć o Ukrainę i zapewne Kijów nie znajdzie miejsca w orbicie Zachodu. Problem w tym, że Polska nie ma w takim scenariuszu „planu B”.
Ponownie te „przedmurza”, „kordony sanitarne”, planowanie grodzenia wschodniej granicy, bufory antyrosyjskie. Kiedy się wreszcie od nich uwolnimy na rzecz planu „A” podejmującego próbę budowy normalnych stosunków ze wschodnim sąsiadem w imię przede wszystkim naszej racji stanu.

 

19 stycznia 2017 roku

Enter for Strategic and Budgetary Asessments – waszyngtoński think tank specjalizujący się w amerykańskiej polityce obronnej – opublikował raport „Preserving the balance. A U.S. Euroasia defence strategy” czyli „Utrzymanie równowagi. Amerykańska strategia obrony Euroazji”. Autorzy raportu przygotowanego pod kierownictwem Andrew F. Krepinevicha nie pozostawiają złudzeń: w razie konfliktu – walutą przetargową mogą być państwa Europy Wschodniej. To mniej ważni sojusznicy NATO, których utrata nie będzie znacząca. Priorytetem jest Daleki Wschód. Generalna teza raportu: konieczność przeciwstawienia się rosnącym w siłę Chinom, a to oznacza przerzucenie znacznych sił na Daleki Wschód, kosztem osłabienia pozycji USA w Europie i na Bliskim Wschodzie. Do 2020 niezbędne jest przerzucenie na Daleki Wschód 60% sił USA. Nowy Jedwabny Szlak stanowi bezpośrednie zagrożenie dla USA zarówno pod względem wojskowym, jak i gospodarczym – stwierdza się w raporcie. Region Europy uważany jest za mało istotny, co odzwierciedla zastosowany w raporcie podział członków NATO w Europie na dwie kategorie: Major NATO Allies – Francja Anglia i Niemcy oraz Frontline states – Litwa, Łotwa, Estonia i Polska. Z raportu wynika wprost, że bardzo małe jest prawdopodobieństwo, aby Major NATO Allies zaangażowały się w obronę Frontline states. USA w żadnym wypadku nie mogą sobie pozwolić na utratę Japonii, natomiast Polska, zdaniem autorów raportu, znaleźć się może pod okupacją rosyjską z opcją ewentualnego odbicia. Frontline states nie powinny liczyć na wysiłek wojenny Anglii, Francji czy Niemiec. Dla Polski prognozowana jest „zaawansowana wojna partyzancka”. Ostatnie zdanie raportu brzmi: „Konkretnie teatr dalekowschodni (i być może bliskowschodni) staje się relatywnie ważniejszy dla Stanów Zjednoczonych, zaś teatr europejski traci na znaczeniu.”

 

Z powyższego

raportu wynikają rzeczywiste światowe interesy i cele Stanów Zjednoczonych. W tym kontekście zachowania Trumpa są w pełni racjonalne: Europejczycy niech się sami ewentualnie bronią, zwiększając swój budżet wojskowy nawet do 4 proc. przed Rosją, która i tak zapewne ich nie zaatakuje, a my dogadamy się z Putinem, bo to całe nasze zaangażowanie w sprawę Ukrainy było funta (czytaj dolara) kłaków warte, a przecież nasze rzeczywiste interesy i strategiczne cele są zupełnie gdzieś indziej.
I o tym zapewne Donald Trump rozmawiał z Władimirem Putinem w cztery oczy.