Po co tyle gadania…

… domysłów, nieprawdopodobnych przewidywań, prawie wróżb, gdy od dawna było wiadomo o czym Trump z Putinem rozmawiać będą.

 

Komentarze po spotkaniu prezydentów Stanów Zjednoczonych i Federacji Rosyjskiej w Helsinkach skoncentrowały się na przebiegu ich konferencji prasowej (kampania wyborcza Donalda Trumpa, podsłuchy – ich konsekwencje i ciąg dalszy) oraz widowiskowo-kretyńskich przypuszczeniach (prezent mundialowej piłki, podejrzewanej, że w jej środku mogły być ukryte urządzenia szpiegowskie), natomiast niezbadaną tajemnicą pozostało spotkanie face-to-face przywódców.

 

Przed spotkaniem

Po wcześniejszych wypowiedziach Trumpa, później na G7 i w siedzibie NATO różni, bardziej lub mniej odpowiedzialni, obserwatorzy sceny politycznej oraz dziennikarze, którzy na wszystkim zresztą się znają, wieścili, że wynikiem helsińskich rozmów będzie nowa Jałta, wycofanie armii amerykańskiej z Europy i objęcie jej środkowej części rosyjskimi wpływami. Estonia to się prawie, jak to od czasu do czasu permanentnie czyni, przygotowywała do rosyjskiej agresji, która nastąpić także miała na Ukrainie, w okolicach Mariampola.
Nieoceniona w propagowaniu nienawiści do Rosji „Gazeta Wyborcza” w dniach poprzedzających spotkanie zwiększyła liczbę antyrosyjskich tekstów, a w ostatnim, przed Helsinkami, sobotnio-niedzielnym wydaniu antyputinowskich, powstałych piórami: polskim (W. Radziwinowicz – „Trump odebrał Putinowi to, co najcenniejsze”), rosyjskim (W. Inoziemcew – „Dlaczego Rosja jest sexy”) i amerykańskim (przedruk z „The Wall Street Jurnal” – „Jak Putin odkrył w sobie Azję”). Jeszcze inni zamartwiali się wynikiem spotkania, biorąc pod uwagę nieprzewidywalność prezydenta USA i doświadczenie wywiadowcze Władimira Putina, pozostali pocieszali, że nie będzie tak źle i Trump nie rozwali NATO.
Odnotować także należy głosy polskich polityków. Minister Spraw Zagranicznych Jacek Czaputowicz powiedział: „Wiemy, kto jest naszym przyjacielem i kto jest naszym przeciwnikiem w tych rozmowach. Mamy nadzieję, że będą to dobre rozmowy i przyniosą pewne odprężenie… Życzylibyśmy sobie, żeby prezydent Donald Trump potwierdził integralność terytorialną Ukrainy.” Odmienne zdanie od PiS-owskiego ministra miał jednak Kornel Morawiecki: „Zbliżenie z Rosją nas wzmocni na arenie międzynarodowej…Polska powinna przestać uzależniać poprawę stosunków z Rosją od kwestii zwrotu wraku ze Smoleńska…po wyborczym zwycięstwie Putina powinna być ze strony Polski taka normalna dyplomatyczna reakcja. Czyli pan prezydent Polski, a jeżeli nie prezydent to premier, powinni złożyć gratulacje. Tak powinno być”.
W kontekście zbliżającego się spotkania, jako jedyny na naszej scenie politycznej, Leszek Miller jednoznacznie ocenił tzw. zagrożenie Polski ze strony Rosji i określił aktualne stosunki polsko-rosyjskie: „Uważam, że Rosja nie dokona żadnej interwencji zbrojnej w którymkolwiek z państw NATO. Żaden z krajów sojuszu nie jest zagrożony, bo agresja wobec któregokolwiek z nich – Litwy, Łotwy, Estonii czy Polski – oznaczałaby wojnę z NATO, a w konsekwencji III wojnę światową. Nikt tego nie chce: ani Moskwa, ani Waszyngton, ani Bruksela… między Warszawą a Moskwą nie ma żadnego sporu terytorialnego, w naszym kraju nie ma rosyjskiej mniejszości, o którą mogłaby się upominać Rosja, a dodatkowo Warszawa nie dysponuje żadnymi zasobami, których nie miałby nasz wschodni sąsiad…relacje polsko-rosyjskie są „w zawieszeniu”. Jeszcze nigdy nie było tak źle”.

 

Po spotkaniu

wylała się na głowę prezydenta USA lawina pomyj w postaci takich oto tytułów w „GW”: „Putin znów ogrywa Trumpa”, „Szczyt w Helsinkach po myśli Putina”, „Koledzy są wściekli na Trumpa”, a w „Trybunie” ukazał się wywiad z Marcinem Bosackim pt. „Szkodliwy prezydent”, któremu warto poświecić kilka słów.
„Świat do czasu amerykańskich wyborów w roku 2016 był dla Polski bezpieczniejszy. Jeśli Trump dalej będzie go rujnował, czeka nas kryzys o skutkach śmiertelnych” i dalej: „Były takie obawy, że Trump np. uzna że Krym jest częścią Rosji albo wstrzyma pomoc wojskową dla Ukrainy czy ćwiczenia wojskowe NATO z udziałem wojsk USA w Polsce i naszym regionie. To nie nastąpiło, co jest dobre.” Z powyżej zacytowanych fragmentów wypowiedzi rozmówcy „Trybuny”, dotyczących bezpieczeństwa naszego świata, żadną miarą nie wynika aby go chciał Trump demolować, a ponura przepowiednia o politycznych „skutkach śmiertelnych” może ewentualnie dotyczyć jego samego we własnym kraju.

 

Pan Bosacki

wypowiadał się też o Syrii: „Putin…mówił o konieczności zakończenia operacji antyterrorystycznej w południowo-zachodniej Syrii. Tam nie ma żadnej operacji antyterrorystycznej, tylko jest wyrzynanie całych miast przez siły Assada z ogromnym wsparciem Rosji”. Jak się okazuje były rzecznik prasowy naszego MSZ nigdy nie słyszał o aktywnym wsparciu USA rebelianckich oddziałów, stanowiących jedną z przyczyn wojny domowej w tym kraju, a mających charakter terrorystyczny w stosunku do legalnego syryjskiego rządu.
I jeszcze: „Wypowiedź amerykańskiego prezydenta o NS 2 pokazuje, że cała sprawa – wbrew polskim nadziejom – nie była częścią przemyślanej strategii USA realizowanej przez Trumpa, tylko kolejną okazją do krytyki Niemiec”. Polskie nadzieje aby wszelkimi sposobami dowalić Rosji kosztują nas bardzo drogo, ale Niemcy nie są skorzy płacić za amerykański gaz o wiele więcej niż za rosyjski (my bogaci – nas stać na to!), a niemiecki „FAZ” donosi: „Ponieważ prezydent USA nie jest w stanie osiągnąć swoich celów metodami rynkowymi, nie można wykluczyć, że sięgnie po sankcje eksterytorialne przeciwko firmom uczestniczącym w budowie Nord Stream 2”.

 

A na koniec

tej wypowiedzi: „Tylko tak naprawdę nie wiemy, o czym dokładnie rozmawiano. Główna, dłuższa rozmowa była w 4 oczy, a konferencja prasowa skupiła się na temacie wyborów w USA, natomiast dla obserwatorów jasne jest, że większość ważnych tematów została omówiona na spotkaniu w cztery oczy. To nie jest dobre”.
Były pan ambasador wypowiedział się tak, jak propagandowe i puste frazesy z mediów. Zważywszy na swoje byłe dyplomatyczne doświadczenie powinien pamiętać, że przedwczesne kłapanie dziobem do najlepszych zasad w światowej polityce nie należy, a z całej wypowiedzi wynika, że nie koniecznie Trump jest szkodliwym prezydentem. Rzeczywista optyka światowych wydarzeń bardzo nas różni – Pana proamerykańska i antyrosyjska, a moja jedynie oceniająca rzeczywisty stan i przebieg wydarzeń.

 

Spotkania na szczycie,

pisze jeszcze inaczej Witold Jurasz na Onecie, tradycyjnie w dyplomacji są końcem pewnego procesu politycznego i dlatego też przypisuje się im wielkie znaczenie – w przypadku Donalda Trumpa spotkanie z prezydentem Rosji to początek, a nie koniec dialogu.
I dalej: „Z naszego więc punktu widzenia optymalnym jest, by Ukraina stała się buforem… oddzielającym nas od Rosji…wymaga to wciągnięcia Kijowa w orbitę Zachodu, ale jeśli spojrzeć realistycznie, czyli po prostu dostrzegać fakty takie jak choćby ten, iż na dzień przed szczytem w Finlandii doszło do spotkania prezydenta Francji Emmanuela Macrona z prezydentem Rosji, to niestety trzeba przyjąć do wiadomości, że nadmiernie wielu zwolenników takiego rozwiązania na Zachodzie po prostu nie ma. Niestety Zachód nie chce walczyć o Ukrainę i zapewne Kijów nie znajdzie miejsca w orbicie Zachodu. Problem w tym, że Polska nie ma w takim scenariuszu „planu B”.
Ponownie te „przedmurza”, „kordony sanitarne”, planowanie grodzenia wschodniej granicy, bufory antyrosyjskie. Kiedy się wreszcie od nich uwolnimy na rzecz planu „A” podejmującego próbę budowy normalnych stosunków ze wschodnim sąsiadem w imię przede wszystkim naszej racji stanu.

 

19 stycznia 2017 roku

Enter for Strategic and Budgetary Asessments – waszyngtoński think tank specjalizujący się w amerykańskiej polityce obronnej – opublikował raport „Preserving the balance. A U.S. Euroasia defence strategy” czyli „Utrzymanie równowagi. Amerykańska strategia obrony Euroazji”. Autorzy raportu przygotowanego pod kierownictwem Andrew F. Krepinevicha nie pozostawiają złudzeń: w razie konfliktu – walutą przetargową mogą być państwa Europy Wschodniej. To mniej ważni sojusznicy NATO, których utrata nie będzie znacząca. Priorytetem jest Daleki Wschód. Generalna teza raportu: konieczność przeciwstawienia się rosnącym w siłę Chinom, a to oznacza przerzucenie znacznych sił na Daleki Wschód, kosztem osłabienia pozycji USA w Europie i na Bliskim Wschodzie. Do 2020 niezbędne jest przerzucenie na Daleki Wschód 60% sił USA. Nowy Jedwabny Szlak stanowi bezpośrednie zagrożenie dla USA zarówno pod względem wojskowym, jak i gospodarczym – stwierdza się w raporcie. Region Europy uważany jest za mało istotny, co odzwierciedla zastosowany w raporcie podział członków NATO w Europie na dwie kategorie: Major NATO Allies – Francja Anglia i Niemcy oraz Frontline states – Litwa, Łotwa, Estonia i Polska. Z raportu wynika wprost, że bardzo małe jest prawdopodobieństwo, aby Major NATO Allies zaangażowały się w obronę Frontline states. USA w żadnym wypadku nie mogą sobie pozwolić na utratę Japonii, natomiast Polska, zdaniem autorów raportu, znaleźć się może pod okupacją rosyjską z opcją ewentualnego odbicia. Frontline states nie powinny liczyć na wysiłek wojenny Anglii, Francji czy Niemiec. Dla Polski prognozowana jest „zaawansowana wojna partyzancka”. Ostatnie zdanie raportu brzmi: „Konkretnie teatr dalekowschodni (i być może bliskowschodni) staje się relatywnie ważniejszy dla Stanów Zjednoczonych, zaś teatr europejski traci na znaczeniu.”

 

Z powyższego

raportu wynikają rzeczywiste światowe interesy i cele Stanów Zjednoczonych. W tym kontekście zachowania Trumpa są w pełni racjonalne: Europejczycy niech się sami ewentualnie bronią, zwiększając swój budżet wojskowy nawet do 4 proc. przed Rosją, która i tak zapewne ich nie zaatakuje, a my dogadamy się z Putinem, bo to całe nasze zaangażowanie w sprawę Ukrainy było funta (czytaj dolara) kłaków warte, a przecież nasze rzeczywiste interesy i strategiczne cele są zupełnie gdzieś indziej.
I o tym zapewne Donald Trump rozmawiał z Władimirem Putinem w cztery oczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *