Nie trzeba się ciągle męczyć

Z Izabelą Trojanowską o zdrowym żywieniu rozmawia Dorota Tuńska

Znamy Panią jako wokalistkę, także aktorkę, tymczasem dała się Pani poznać jako ekspert zdrowego odżywiania. To nowa rola. Co spowodowało, że zainteresowała się Pani tą tematyką?
Zaczęłam zwracać większą uwagę na odżywianie już w chwili, gdy w moim domu pojawiło się dziecko. Od momentu narodzin córki, kupuję tylko te produkty, które nie zawierają dodatków chemicznych, czytam dokładnie etykiety. Myślę, że siła jest w jakości, a nie ilości, dlatego wolę kupić drożej, ale naprawdę dobre i sprawdzone produkty. Świadomość tego co się je, na pewno powoduje, że jest się zdrowszym. Namawiam wszystkich, żeby sięgnąć do książek o tej tematyce np. Monitignaca, czy Ewy Dąbrowskiej i zacząć sobie samemu przygotowywać posiłki, świadomie, zdrowo i dietetycznie. Michale Monitgnac, to najlepszy dietetyk wszech czasów, ma cudowne przepisy na każdy dzień tygodnia. Mam też osobiste doświadczenie z dietą Ewy Dąbrowskiej, byłam na takim turnusie i muszę powiedzieć, że widziałam efekty, które sprawiała ta dieta.
Dlaczego Pani pojechała na taki turnus?
Ktoś mnie namówił, że warto spróbować tej diety, że jest dobra dla zdrowia. Ja bardzo lubię jeść mięso, a tam nie było mięsa, nie było soli, zamiast niej używane były przyprawy: imbir, chrzan, pieprz, dlatego potrawy były smaczne. Cała dieta oparta jest na warzywach, sokach i kiszonkach.
Czy było łatwo zmienić swój sposób odżywiania i przejść na dietę?
Oczywiście, że nie. Na początku było trudno, szczególnie przez pierwsze dwa, trzy dni, ale później można przywyknąć. Mogliśmy wybierać czy chcemy płynne diety, soki warzywne, czy soki owocowe. Ja byłam na diecie warzywnej. Codziennie piliśmy zakwas buraczany, który jest naturalnym probiotykiem, ale były też kotlety z warzyw, które były tak dobrze przyprawione, że smakowały jak mięsne. Przyzwyczaiłam się do takiego sposobu żywienia. W tej chwili jestem na diecie pudełkowej. To jest zróżnicowana dieta oparta na naturalnych produktach przygotowanych przez firmę cateringową. Dostaję gotowe słoiczki z różnego rodzaju sosami, do tego dodaję makaron ryżowy, kaszę, które mogę sobie doprawić jak lubię, nie używając soli. Uwielbiam chili, a widomo, że pikantne potrawy wspomagają trawienie. Każdego dnia o 5 rano mam dostawę, słoiczki czekają w kartonie pod drzwiami.
Czyli, ma Pani już przygotowane śniadanie?
Mam już śniadanie pod drzwiami i jak wychodzę, to zabieram je ze sobą. Na śniadanie piję sok warzywny albo jogurt owocowy. Do kawy zawsze jem ciasto, które również jest w ich diecie np. ciasto z dyni lub marchewkowe.
Czy stosując taką dietę czuje się Pani lepiej?
Tak, zdecydowanie. Żadnych przeziębień i to jest jakieś nowe dla mnie. Do tego dostaję witaminę C i inne suplementy diety. Sama ordynuję sobie dodatkowo witaminę D3, bo niestety nie mamy słońca zbyt wiele, a jest to ważna witamina. Taką dietę stosuję już parę lat.
Czy zauważa Pani same plusy takiego sposobu odżywiania, czy są też jakieś minusy?
Są same plusy. Zdecydowanie wzmocniła mi się odporność, nie mam ani kataru, ani problemu z zatokami jaki zawsze miałam. To miłe zaskoczenie. Ponadto czuję się lepiej, mam więcej energii, siły, co mi się bardzo przydaje. Oczywiście sama dieta to nie wszystko, warto również zadbać o ruch na świeżym powietrzu. Ja lubię jazdę na rowerze i nording walking.
Wspomniała Pani, że lubi jeść mięso, tymczasem WHO wydała raport o szkodliwym wpływie spożywania mięsa na zdrowie.
Uwielbiam jeść mięso, ale unikam kurczaków, są niezdrowe bo karmione hormonami. Ja słucham swojego organizmu i gdy mam ochotę na rybę, czy wołowinę, to serwuje sobie klopsiki wołowe czy strogonowa. W mojej diecie są również takie dania, codziennie dostaje pod drzwi karton z obiadami na tydzień. Czasem można zgrzeszyć zjadając trochę słodkości np. czekolady, ale najlepiej tej gorzkiej. Jeżeli od czasu do czasu ma się ochotę zjeść tort, to wręcz trzeba to zrobić dla komfortu psychicznego, żeby nie znienawidzić diety, bo człowiek nie musi się ciągle męczyć. Chodzi o to, żeby być szczęśliwym – i mnie ta dieta uszczęśliwia. Gotować nie muszę, bo mieszkam sama. Gdybym miała w domu dziecko, to nie myślałabym o diecie, tylko siedziałabym i przygotowywała różne potrawy inspirowane książkami. Gdyby córka mieszkała ze mną, to na pewno zajęłabym się gotowaniem.
Żeby osiągnąć pełnię zdrowia, poza dbaniem o ciało, należy zadbać o higienę umysłu. Jak być szczęśliwym i spełnionym?
Jestem szczęściarą, mówi się, że jeżeli ktoś ma dwójkę w dacie urodzenia to będzie szczęśliwy. Ja jestem urodzona 22 kwietnia, czyli w miesiącu ziemi, w miesiącu artystycznym, rodzinnym i uważam się za osobę szczęśliwą. Wiedzie mi się w każdej dziedzinie życia, w rodzinie, mam swoją pasję, która jest moim zawodem, mam dużo przyjaciół i do tego przyjaźnię się z osobami, które dbają o moje zdrowie.
Czy ma Pani jeszcze jakieś pozazawodowe marzenie?
Chciałabym częściej widywać się z córką, która mieszka w Berlinie. Często rozmawiamy na WhatsAppie czy Viberze. Rozmawiamy o wszystkim, nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Mnie się udało, że moja córka jest też moją przyjaciółką, daje mi dużo wsparcia i oparcia. Mogę na nią liczyć w każdej sytuacji. Roksana jest jedynaczką, to moje oczko w głowie. Gdy jest w Warszawie, to nie rozstajemy się nawet na chwilę. Jest okazja, by coś wspólnie upichcić, dużo rozmawiamy, dzielimy się swoimi radościami, smutkami.
Dziękuję za rozmowę.

Zapłacą przede wszystkim biedniejsi

Ustawa wprowadzająca „podatek cukrowy”, która znajduje się obecnie w Senacie, spotyka się z coraz ostrzejszymi słowami krytyki.
Krytyka nasila się przede wszystkim dlatego, że Prawo i Sprawiedliwość, forsując tę ustawę, uderza w krajowych producentów soków i napojów, faworyzując przez to producentów słodyczy, którzy często reprezentują w Polsce wielkie koncerny zachodnie. Tak więc, PiS promuje zagraniczny kapitał, kosztem krajowego – co może nie stanowi już niczego dziwnego, zważywszy choćby na to, jak skutecznie rząd PiS doprowadza do wzrostu importu węgla z Rosji. Forum Obywatelskiego Rozwoju wskazuje zaś, że podatek cukrowy, to podatek od biednych.
Cel podatku cukrowego jest fiskalny i stąd planowane jego wejście w życie już od 1 lipca 2020 r., w trakcie roku podatkowego. Ten podatek obciąży przede wszystkim najbiedniejszych konsumentów, gdyż spożywają oni tyle samo słodkich napojów co zamożniejsi, ale zarabiają znacznie mniej. Dlatego lepszym rozwiązaniem byłoby przeznaczenie wpływów z tego podatku na wzrost kwoty wolnej w podatku PIT. W ten sposób ubożsi konsumenci otrzymaliby bodziec do wyboru napojów nieobciążonych dodatkowym podatkiem, zaś negatywny wpływ na ich sytuację materialną zostałby ograniczony. Rząd zapowiada jednak, że wpływy z podatku cukrowego będą przeznaczone na Narodowy Fundusz Zdrowia. FOR ocenia, że ta obietnica jest całkowicie niewiarygodna, na co wskazują losy środków z podatku od najwyższych zarobków, pod nazwą daniny solidarnościowej, który miał finansować świadczenia dla niepełnosprawnych.
W dodatku, objęcie podatkiem cukrowym napojów nie zawierających cukru, lecz słodzonych słodzikami, może ograniczyć bodźce prozdrowotne. Badania pokazują, że wpływ spożycia napojów słodzonymi słodzikami na masę ciała, w porównaniu ze słodzonymi cukrem i z wodą, jest korzystny bądź neutralny. Takie napoje są bliskimi zamiennikami słodzonych cukrem, więc łatwiej się ich trzymać. Ten walor jednak zniknie, jeśli i one zostaną objęte podatkiem. Natomiast ci, którzy zostaną najbardziej poszkodowani przez „podatek cukrowy” zarzucają rządowi hipokryzję. Producenci soków i napojów podkreślają, że nowa ustawa oficjalnie zakłada promocję prozdrowotnych wyborów konsumentów, ale merytorycznie rozmija się z tymi założeniami. Świadczy o tym wybiórczy charakter opodatkowania, dotyczący wyłącznie jednej kategorii produktów słodzonych (napojów).
– Ustawa nakłada podatek na branżę, która wykorzystuje tylko ok. 19 proc. cukru spożywanego w Polsce. W ewidentnej sprzeczności z celami prozdrowotnymi, nakreślonymi w ustawie jest także zupełne pominięcie innych kategorii, które zawierają cukier oraz segmentu napojów alkoholowych typu piwa smakowe – zwraca uwagę prezes Krajowej Unii Producentów Soków Julian Pawlak.

Co wypije Polak po podwyżce?

Optymiści (czyli resort finansów) uważają, że po wzroście VAT-u na napoje owocowe zwiększy się konsumpcja soków. Pesymiści (producenci napojów owocowych) są zdania , że zaczniemy pić coraz więcej niezbyt zdrowych gazowanych słodkich trunków.

Ponad 22 mld zł wynosi obecnie wartość polskiego rynku soków, nektarów i napojów owocowych, z tendencją wzrostową. W przyszłym roku może on urosnąć do 24 mld złotych.
Najlepiej sprzedającym się produktem z tej grupy jest woda mineralna, drugie miejsce zajmują rozmaite napoje gazowane, zaś trzecie, soki, nektary i napoje owocowo-warzywne. Wartość tej ostatniej części rynku to ok. 5,9 mld zł. Z tej kwoty połowę (czyli niespełna 3 mld zł) stanowią napoje owocowe i owocowo-warzywne. I o ich opodatkowanie toczy się właśnie spór.
Jak planuje Ministerstwo Finansów, jedna stawka dla wszystkich soków i napojów owocowych zostanie – od początku przyszłego roku – zmieniona na trzy stawki, uzależnione od rodzaju napoju. Według najnowszych zamierzeń Ministerstwa Finansów, soki spełniające wymogi dla nich przeznaczone, w dalszym ciągu opodatkowane będą 5-procentowym VAT-em. Wzrośnie VAT na nektary (o 3 p. proc.), do 8 proc., oraz na napoje owocowo-warzywne (aż o 18 p. proc.), do 21 proc.
Można zrozumieć intencje resortu finansów, oprócz tych czysto fiskalnych. Choć sprzedaż soków w Polsce rokrocznie się podnosi, to wciąż ustępują one napojom i stanowią 38 proc. całej sprzedaży tych trzech trunków. Nektary stanowią 12 proc. struktury spożycia, a napoje 50 proc. Resort zakłada, że po takiej zmianie VAT-u napoje owocowo-warzywne staną się znacznie droższe, a wiec ludzie chętniej zaczną kupować, dużo bardziej wartościowe, soki.
Polacy są w czołówce społeczeństw konsumujących soki, nektary i napoje. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju wypija ich 35 litrów w ciągu roku.
Jest to więcej, niż średnia europejska. Z porównywalnych wielkością krajów, więcej tego rodzaju trunków niż piją jedynie Niemcy.
Rzecz jednak w tym, że jak wspomniano, soki stanowią zaledwie 38 proc. konsumpcji całej grupy tych trunków.
Polska jest też ważnym producentem owoców. Pod tym względem w Unii Europejskiej nasz kraj ustępuje jedynie Włochom, Hiszpanom, Grekom i Niemcom. W przypadku wielu rodzajów owoców jesteśmy liderami na rynku. Tak jest w przypadku jabłek, których Polska produkuje najwięcej w Unii Europejskiej, a na świecie ustępuje jedynie Chinom.
Unijnym liderem Polska jest także w produkcji malin, wiśni, porzeczek, aronii, borówki wysokiej. Czołowe miejsca polscy producenci zajmują również w produkcji truskawek (ustępując w UE jedynie Hiszpanii), agrestu i aronii.
Rocznie produkuje się u nas 300 tys. ton zagęszczonego soku jabłkowego oraz 40 tys. ton zagęszczonych soków z tzw. owoców kolorowych. Ponad 100 tysięcy gospodarstw rolnych uprawia drzewa owocowe. To wszystko sprawia, że przetwórstwo owocowo-warzywne jest ważną i eksportową częścią polskiego przemysłu spożywczego. Udział polskiego rynku w sprzedaży wynosi 6 proc. całej sprzedaży UE.
Producenci napojów owocowych alarmują, że żądana przez resort finansów zmiana może spowodować bardzo niebezpieczne skutki dla rynku napojów owocowych i sadowników.
Uważają oni, że konsumenci nie akceptujący podwyższonych cen na napoje owocowo-warzywne, mogą częściej wybierać różne trunki gazowane, które po planowanej podwyżce będą do kupienia dużo taniej od napojów owocowych.
Producenci napojów, dla zminimalizowania kosztów podwyżki podatków, mogą zaś obniżać jakość swoich produktów zmniejszając zawartość soku (z 20 proc. do nawet 10 proc. lub mniej), co wpłynie na ich wartości odżywcze (oraz dodatkowo, na zmniejszenie zapotrzebowania na owoce i warzywa).
Wbrew opinii Ministerstwa Finansów proponowana podwyżka VAT nie wpłynie na poprawę jakości płynów kupowanych przez Polaków, a wręcz przeciwnie – sprawi, że zwiększy się udział w rynku słodzonych napojów gazowanych – ocenia Warsaw Enterprise Institute.
Zarówno producenci napojów jak i WEI, uważają, że klienci, z niewiadomych powodów nie zaczną trochę chętniej konsumować soków, które po zmianie VAT-u staną się przecież relatywnie tańsze w porównaniu z napojami. A soków, które są najcenniejsze dla zdrowia, Polacy wciąż przecież piją za mało. Mogłaby ich do tego zachęcić właśnie podwyżka VAT-u na napoje owocowe.
Sok otrzymuje się z owoców i warzyw. Zakazane jest dodanie do niego cukru, słodzików i innych substancji słodzących, barwników, konserwantów oraz wszelkich aromatów, za wyjątkiem tych powstałych z owoców i warzyw, z których sok jest wyprodukowany. Czyli, czysta natura. Dosłodzenie dozwolone jest jedynie w przypadku soków owocowo-warzywnych. Soki mogą być natomiast wzbogacone w witaminy i sole mineralne – dzięki czemu będą jeszcze zdrowsze.
Sok należy odróżnić od nektaru, który musi zawierać minimum od 25 proc. do 50 proc. soku bądź przecieru z owoców i warzyw. Pozostałą częścią nektaru może być woda, cukier, miód, czasami kwas cytrynowy. Podobnie jak w przypadku soków, do nektarów nie można dodawać barwników i konserwantów oraz aromatów innych, niż uzyskany z owocu bądź warzywa, z którego powstaje produkt. Procentowa obecność soku różni się w zależności od rodzaju nektaru. W przypadku nektaru z jabłek, ananasa czy brzoskwini udział soku musi wynosić co najmniej 50 proc. Mniej soku (min. 25 proc.) mogą zawierać nektary z owoców, z których nie produkuje się soków, bo byłyby za kwaśne lub zbyt intensywne i niesmaczne. To np. czarna porzeczka czy wiśnia.
Najszersza – i z największą gamą dodatków – jest grupa napojów. W Polsce mamy ich dwa rodzaje: napoje owocowo-warzywne z minimum 20-proc. zawartością soku czy przecieru, oraz pozostałe napoje (w tym gazowane) o dowolnym smaku, z zerową lub nieznaczną zawartością soku. Można dodawać do nich substancje, które zakazane są w przypadku soków i nektarów (sztuczne barwniki, aromaty, ulepszacze smaku). Nawet jeśli do 100-proc. soku owocowego doda się np. przyprawy bądź ich ekstrakty, to z prawnego punktu widzenia nie będą to już produkty określane mianem soków.

VAT zadaje cios

Nowe stawki tego podatku mogą zniszczyć produkcję napojów owocowo-warzywnych i nektarów w Polsce.

 

Proponowana przez Ministerstwo Finansów podwyżka stawki VAT na nektary i napoje owocowe oraz warzywne wywołuje niepokój producentów i handlowców. Resort proponuje, by wzrosła ona z 5 do 23 proc.
Jednocześnie, jak wskazuje Krajowa Unii Producentów Soków, resort finansów chce obniżyć do 5 proc. VAT na ciastka czy chipsy – co trzeba już uznać za niebezpieczny nonsens.
To na razie tylko propozycja, która nie wiadomo czy i kiedy zostanie przyjęta. Trwają konsultacje społeczne projektu ustawy, zmieniającej stawki podatku od sprzedaży towarów i usług. Ponieważ jednak takie konsultacje od prawie trzech lat są w Polsce dosyć fikcyjne, bardzo prawdopodobne jest, że te nowe propozycje fiskalne szybko zostaną uchwalone.
Branża owocowo – warzywna alarmuje, że chodzi tu o podniesienie VAT-u na około 580 mln litrów nektarów i napojów rocznie. To sporo, trzeba jednak pamiętać, że podwyżka nie ma objąć soków owocowych i warzywnych, których produkuje się w Polsce ok. 800 mln litrów rocznie – a są one zdrowsze od nektarów i napojów. Gdyby więc Polacy po podwyżce VAT-u zaczęli rezygnować z nektarów i napojów owocowych czy warzywnych na rzecz soków, wyszłoby to im tylko na dobre.

 

Co zdrowiej pić?

Różnice między tymi trzema produktami są dość wyraźnie określone.
Zgodnie z przepisami unijnymi, sok jest wyciśnięty z owoców lub warzyw albo pochodzi z soku zagęszczonego z dodatkiem wody. Nie może zawierać konserwantów, nie wolno do niego dokładać barwników, aromatów oraz żadnych substancji słodzących.
Nektar to sok czy przecier, do którego dodano wodę, cukier czy inne substancje słodzące, lub przeciwnie, kwas cytrynowy. Do nektarów nie można jednak dodawać barwników i konserwantów.
Napój powinien zawierać nie mniej niż 20 proc. soku czy przecieru. Reszta to może być woda, także i z konserwantami, barwnikami, aromatami czy przyprawami.
Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby Polacy pili soki zamiast napojów, z których wypłukano część substancji dobrych dla zdrowia. To raczej nie ucieszyłoby jednak producentów, gdyż z uwagi na mniejszy stopień koncentracji napojów i możliwość wydłużania ich trwałości, są one tańsze w wytwarzaniu od soków.
Poza tym, z niektórych owoców – np. cytryn, limonek czy aronii – nie da się zrobić soku, który by dobrze smakował. Sok z takich owoców trzeba rozcieńczyć czy dosłodzić. Wtedy jednak staje się on napojem – i jako napój ma zostać obciążony 23-procentowym VAT-em, w odróżnieniu od soków, które nadal będą objęte stawką wynoszącą 5 proc.

 

Ponura przyszłość

KUPS podkreśla, że wzrost stawki VAT zmniejszy konkurencyjność napojów owocowych i warzywnych wobec innych trunków.
Producenci przewidują hiobową przyszłość dla całej branży owocowo – warzywnej, jeśli VAT wzrośnie z 5 do 23 proc. O trzy czwarte ma spaść zapotrzebowanie na owoce i warzywa z rodzimych upraw, które są wykorzystywane do produkcji napojów – a to doprowadzi do bankructwa część sadowników (już teraz borykających się z klęską urodzaju) i zakładów owocowo-warzywnych.
Napojów i niektarów będzie się wytwarzać mniej, ponieważ wzrost VAT-u podniesie ich ceny. W związku z tym, jak ostrzega KUPS, znikną tradycyjne polskie nektary i napoje z aronii czy czarnej porzeczki. Polacy przerzucą się zaś na tanie napoje gazowane szprycowane różnymi dodatkami, co odbije się na ich zdrowiu.
Zagrożone zostaną też polskie dzieci, ponieważ wzrost stawek VAT dotyczyć ma również napojów owocowych i warzywnych z wysoką zawartością soku, podawanych dzieciom do 3. roku życia.

 

Trzeba sobie pomagać

Wszystkie te złe skutki nie muszą jednak nastąpić, jeśli producenci z branży owocowo – warzywnej spojrzą na siebie bardziej krytycznym okiem. Uważają oni za coś oczywistego, że cały wzrost stawek VAT wcisną w ceny napojów i nektarów, przerzucając go na klientów. Oczywiście, że wtedy sprzedaż spadnie!.
Producentom przydałoby się zatem nieco więcej empatii i mniej egoizmu. Powinni zrozumieć, że obciążenia należy dźwigać wspólnie, a nie tylko przerzucać je na innych. Niech więc nieco zmniejszą swe zyski – i zrezygnują ze wzrostu cen lub ograniczą go do minimum.
Takie postępowanie byłoby wprawdzie dla nich czymś niepojętym, bo świadome pomniejszanie własnego zysku uważane jest za chorobę psychiczną. Ale gdy z powodu mniejszego wzrostu cen napojów i nektarów, mniejszy będzie także spadek sprzedaży tych trunków, producenci powinni uznać, że jest w tym sens.
Przyszła też pora na zajęcie się obniżeniem kosztów wytwarzania. Polskie przedsiębiorstwa, także i z branży owocowo-warzywnej, nie są liderami efektywności i innowacyjności. Konkurują głównie niskimi zarobkami swych pracowników. Mogłyby więc oczywiście poszukać u siebie oszczedności i produkować taniej – tyle, że dotychczas nie zmuszała ich do tego sytuacja rynkowa. A teraz właśnie zacznie ich zmuszać. Czas więc, by myśleć i działać.