Odpowiedź zna wiatr

Czy wiatraki energetyczne rzeczywiście pozwolą na ograniczanie roli węgla w naszym kraju?

Polska czeka na możliwość szybszego rozwoju produkcji zielonej energii z wiatru. Wprawdzie rząd PiS uporczywie konserwuje węglowy skansen energetyczny, ale przybywa wyrw w tym systemie. – Po trzech latach przestoju, pełną parą ruszyła realizacja projektów wiatrowych na lądzie, które uzyskały już wsparcie w aukcjach przeprowadzonych w latach 2018-2020. W efekcie przybędzie 4200 megawatów nowych mocy wytwórczych, które już wkrótce zasilą polski system czystą i tanią energią. Już dzisiaj te inwestycje wzmacniają krajową gospodarkę, generując nowe miejsca pracy i wpływy podatkowe dla samorządów i budżetu państwa, a także dodatkowe przychody dla właścicieli działek – mówi Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.
Wydaje się jednak, że jest to zbyt optymistyczna opinia, gdyż istnieje jedynie możliwość, że w bieżącym roku zielone światło na budowę uzyskają projekty pozwalające zainstalować (na lądzie) około 900 megawatów nowych mocy wiatrowych. Potencjalni inwestorzy i firmy produkujące tę zieloną energię uważają jednak, że wymaga to liberalizacji tzw. ustawy odległościowej – z czym trudno się zgodzić, bo wprowadziła ona dosyć racjonalne rozwiązania, blokujące stawianie wiatraków tam gdzie mogłoby to być szkodliwe dla ludzi i środowiska.
Koniec minionego roku przyniósł natomiast uchwalenie przez Sejm ustawy o wspieraniu morskiej energetyki wiatrowej, która na początku 2021 roku została jednogłośnie przyjęta przez Senat. Dzisiaj – po podpisaniu ustawy przez prezydenta – jest to już obowiązujące prawo, które otwiera drogę do postawienia pierwszych 5,9 GW (1 gigawat = 1000 megawatów) do 2030 r. w polskiej części Bałtyku, a następnie kolejnych 5 GW – do 2040 r.
Tak więc, dzięki wejściu w życie ustawy dającej podstawy do stawiania wiatraków na morzu, otworzyła się droga do realizacji takich inwestycji w polskiej części Bałtyku. Jest to jednak droga daleka, bo kto to może przewidzieć, co będzie w 2030 r.?. Na razie rozpoczęły się działania papierowe.
­- Przedstawiciele inwestorów oraz przemysłu rozwijanego wokół energii wiatrowej podpisali z Ministerstwem Klimatu i Środowiska list intencyjny w sprawie wypracowania porozumienia sektorowego na rzecz morskiej energetyki wiatrowej, który ma stymulować kolejne polskie firmy do włączania się w łańcuch dostaw. Oprócz tego, państwa regionu Morza Bałtyckiego, w tym Polska, podpisały z Komisją Europejską deklarację, zobowiązując się do współpracy na rzecz maksymalnego wykorzystania potencjału energetycznego morza – wyjaśnia Kamila Tarnacka wiceprezes PSEW.
Zapotrzebowanie na niskoemisyjną i, dzięki rozwiązaniom administracyjnym, atrakcyjną cenowo energię elektryczną, systematycznie rośnie. Zakłady przemysłowe działające w Polsce chcą budować swoją przewagę konkurencyjną w oparciu o prąd z odnawialnych źródeł energii, kupując go bezpośrednio od wytwórcy. Trwają starania o zmianę uwarunkowań prawnych rozwoju sektora wiatrowego w naszym kraju i korzystniejsze reguły finansowania zielonych inwestycji. – Rząd podjął pracę nad nowelizacją ustawy odległościowej. Spodziewamy się, że w pierwszej połowie 2021 roku zostanie usunięta główna bariera blokująca rozwój nowych mocy wiatru na lądzie w Polsce – dodaje prezes Janusz Gajowiecki.
Pytanie, czy rzeczywiście jest to ta główna bariera? Nową szansą dla rozwoju energetyki wiatrowej w naszym kraju może być konieczność odbudowy polskiej gospodarki po po pandemii Covid – 19, a także rola tej technologii w realizacji unijnego, Europejskiego Zielonego Ładu.

Segregacja sprawdza się nienajlepiej

System segregowania śmieci w naszym kraju jest mało sensowny, ale większość Polaków myśli racjonalnie i stara się jakoś rozdzielać odpady.
Większość Polaków uważa, że system segregacji śmieci w Polsce nie sprawdza się i jest nieefektywny – i oczywiście mają oni rację. Pogląd o ułomności śmieciowej segregacji reprezentuje 60 proc. obywateli, zapytanych o to w sondażu zorganizowanego w ramach kampanii edukacyjnej „rePETujemy”. Kwestia nie jest bez znaczenia, skoro pod rządami Prawa i Sprawiedliwości mieszkańcy naszego kraju muszą coraz więcej płacić za wywóz odpadów komunalnych.
Kwestia ich segregacji zawsze budzi krytyczne uwagi, powracając przy okazji wprowadzania kolejnych grup podziału, wzrostu kosztów wywozów odpadów czy potrzeby ograniczania ich ilości.
Dziś segregacja śmieci obejmuje tylko część gospodarstw domowych, bo jak pokazują wyniki sondażu „rePETujemy”, około 68 proc. Polaków deklaruje, że segreguje wszystkie śmieci w swoim domu, rozdzielając je na poszczególne frakcje. To i tak niemało, bo jest to system kłopotliwy, dobry może tam, gdzie ludzie mają domy z ogródkami, ale bardzo niedogodny w małych mieszkaniach, gdzie na przykład konieczność wyodrębnienia śmieci bio sprawia, że w naszej kuchni powstaje śmierdząca kompostownia.
Dlatego zrozumiałe jest, że dość dużo osób decyduje się na oddzielanie od siebie tylko niektórych rodzajów odpadów – głównie szkła i tworzywa. Grupę mniej dzielących stanowi około 30 proc. respondentów. Do najczęściej wskazywanych przyczyn rezygnowania z pełnej segregacji zaliczają oni brak miejsca na dodatkowy kosz w domu oraz czasochłonność i niewygodę segregowania.
Dodatkowo, co szósty Polak zwraca uwagę na problem segregacji w domu plastikowych odpadów, zwłaszcza w postaci butelek, które zajmują szczególnie dużo miejsca (nawet po zgnieceniu).
Polacy są jednak dość uspołecznionym narodem. Widzimy, że władza źle zorganizowała system segregacji śmieci, ale z drugiej strony rozumiemy, że należy je rozdzielać. Dlatego, biorąc pod uwagę reprezentatywną na skalę kraju pulę badań, tylko 4 proc. naszego społeczeństwa przyznaje się do niesegregowania śmieci w ogóle. Jako główne tego powody także podawane są problemy z ich segregowaniem w warunkach domowych oraz brak miejsca na dodatkowe kosze w mieszkaniach. Ponadto, osobom starszy po prostu nie chce się borykać z dzieleniem odpadów na kilka koszy, tym bardziej, że oznacza to niedogodność częstszego wynoszenia śmieci. Kłopotliwa jest również konieczność zastanawiania się, do którego kosza wyrzucać odpady.
Nic dziwnego zatem, że dość krytycznie oceniamy wydolność systemu segregacji odpadów – i tylko 40 proc. z nas uważa, że spełnia on swoją rolę. Jednak co do samej sensowności segregowania śmieci, pozytywne zdanie ma już 80 proc. osób w Polsce.
Na ogół zresztą wiemy, jak to robić. Polacy, zapytani na przykładach, do jakiego kosza wyrzuciliby poszczególne odpady, udzielają raczej prawidłowych odpowiedzi. Trudności przysparzają między innymi resztki z mięsa, błędnie przyporządkowywane do odpadów bio, czy np. zatłuszczone styropianowe opakowania po żywności na wynos, kojarzone z odpadami z tworzyw sztucznych.
Oczywiście wedle systemu obowiązującego w Polsce oba te rodzaje śmieci powinny trafić do odpadów zmieszanych – choć to sprzeczne z logiką, bo przecież, co by nie powiedzieć, resztki mięsa zawsze będą odpadami bio, a styropian, choćby zatłuszczony, nigdy nie przestanie być tworzywem sztucznym.
Z kolei, w przypadku kosza na papiery, błędem ma być wrzucanie tam np. pudełek po pizzy czy zużytych, czyli brudnych ręczników papierowych, które także powinny ponoć znaleźć się w pojemniku na odpady zmieszane. Wszystko to pokazuje, jak mało sensowny jest system segregowania śmieci funkcjonujący w naszym kraju – no ale innego nie mamy, więc ogromna większość Polaków, myśląc racjonalnie, stara się te odpady jednak rozdzielać.
O ile mieszkańcy naszego kraju jakoś dają sobie radę z segregowaniem śmieci, o tyle urzędy i firmy zajmujące się ich przetwarzaniem, wypadają poniżej krytyki. Źle wypadamy na tle innych państw Europy.
Jak wynika z danych Eurostatu, europejskiego urzędu statystycznego, udostępnionych w lipcu 2020 roku, część przetworzonych odpadów przez Polskę w 2018 r. (nowszych danych jeszcze nie ma) stanowiła zaledwie 34,3 proc., przy średniej recyklingu dla krajów Unii Europejskie wynoszącej 47 proc. W tym zestawieniu wynik ten plasuje Polskę na 20. miejscu, za krajami takimi jak Węgry, Słowacja, Hiszpania, nie mówiąc już o Czechach.
Na czele tego rankingu znajdują się Niemcy z „przetwarzalnością” odpadów na poziomie aż 67,3 proc. Polska nigdy nie osiągnie podobnego rezultatu, bo kluczem do niego jest dobra organizacja, nowoczesne technologie i odpowiednie środki finansowe. Tylko wtedy można bowiem doprowadzić do stworzenia gospodarki o obiegu niemal zamkniętym, gdzie duża większość śmieci zostaje ponownie wykorzystana.
Tymczasem u nas, dla przykładu, praktycznie już nie funkcjonuje system zwracania szklanych butelek z kaucją, który „za komuny” działał całkiem dobrze. Nie ma też mowy o oddawaniu, za drobną kwotą, zużytych plastikowych butelek PET.
Mówi się o zorganizowaniu w Polsce systemu depozytowego, który jakoby ma sprawić, że te zużyte plastikowe butelki zyskają dodatkową wartość, co z kolei powinno sprawić, że więcej ich trafiało będzie do recyklingu. System taki funkcjonuje dość nieźle na Litwie, gdzie w efekcie jego wprowadzenia prawie 90 proc. opakowań plastikowych wraca do ponownego przetworzenia. W naszym kraju jest to jednak pieśń dalekiej przyszłości – tym bardziej, że wymagałoby to pewnych nakładów finansowych, których nie zaakceptuje rząd PiS.

Drogi kiepskie, samochody za ciężkie

Systemy kontroli przeciążonych pojazdów są w naszym kraju dziurawe jak sito i mało skuteczne.
Ruch ciężkich pojazdów stanowi poważny problem nie tylko dla dróg oraz ich zarządców, ale także dla samych kierowców. W ostatnich latach obserwuje się w Polsce wzrost przewozów ładunków transportem samochodowym. W 2016 r. odnotowano przewóz 1 546 572 tysięcy ton, podczas gdy w 2019 r. było to już 1 921 073 tysięcy ton. To niekorzystna tendencja, spowodowana tym, że Prawo i Sprawiedliwość, wbrew swym zapewnieniom propagandowym, nie zajmuje się należycie rozwojem transportu szynowego.
Z badań przeprowadzonych przez Politechnikę Gdańską wynika, że pojazdy przeciążone stanowią od 14 do 23 proc. wszystkich pojazdów ogółem poruszających się po drogach (w zależności od rodzaju drogi). Jednocześnie, przeładowane pojazdy ciężarowe powodują od 35 do 70 proc. szkód w konstrukcji i nawierzchni dróg. Powstają ubytki, wyboje oraz koleiny. Niszczona jest także infrastruktura podziemna: sieć wodociągowo-kanalizacyjna, elektryczna, światłowodowa, a także inne obiekty towarzyszące. Remonty uszkodzonych dróg są zaś pracochłonne i bardzo kosztowne.
Problem przeładowanych ciężarówek dotyczy szczególnie dużych miast, które są jednocześnie dużymi węzłami transportowymi, często zlokalizowanymi na głównych, drogowych szlakach krajowych lub międzynarodowych, w pobliżu okręgów przemysłowych, centrów logistyczno-magazynowych czy portów morskich.
Rozwiązaniem mogącym ograniczać kursowanie przeciążonych pojazdów są systemy wykorzystujące technologię ważenia pojazdów w ruchu. Służą one do pomiaru nacisków osi oraz masy całkowitej pojazdów bez konieczności ich zatrzymywania. Zajmują się tym pracownicy Inspekcji Transportu Drogowego, którzy także wymierzają kary za przekraczanie dopuszczalnych mas i nacisków osi pojazdów. W krajowym ustawodawstwie brakuje jednak przepisów regulujących kwestię wykonywania pomiarów masy oraz nacisków osi pojazdów w ruchu, a także norm, jakie te systemy powinny spełniać.
Takie systemy od dawna już działają w Europie. Na przykład w Wielkiej Brytanii sygnał o przejeździe pojazdu przeciążonego przez punkt pomiarowy przekazywany jest automatycznie do wszystkich znajdujących się w pobliżu tego punktu patroli policyjnych. Informacja trafiająca do radiowozów zawiera dane pozwalające na łatwe złapanie ciężarówki, takie jak numer rejestracyjny, marka auta lub jego kolor. Po zlokalizowaniu pojazdu przez policję jest on doprowadzany do miejsca szczegółowej kontroli, gdzie dalszą procedurą zajmują się funkcjonariusze Agencji Rejestracji Kierowców i Pojazdów (DVSA).
W Niemczech tamtejszy Federalny Urząd ds. Transportu Towarowego (BAG) wykorzystuje urządzenia ważenia pojazdów w ruchu do automatycznej ochrony mostów i wiaduktów przed wjazdem przeciążonych ciężarówek. Czujniki zamontowane w jezdni dojazdowej do mostu, w przypadku przejazdu samochodu o zbyt dużej masie lub zbyt dużych naciskach na osie, automatycznie włączają szlaban uniemożliwiający jego wjazd na most czy wiadukt. Takie auto jest potem kierowane na parking, na którym czekają funkcjonariusze BAG.
Najwyższa Izba Kontroli zbadała ostatnio czy organy administracji publicznej w Polsce skutecznie eliminują ruch pojazdów przeciążonych na obszarach zurbanizowanych. Kontrolę przeprowadzono w dziesięciu miastach: w Białymstoku, Częstochowie, Gdańsku, Jaworznie, Kielcach, Łodzi, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Bydgoszczy i Wrocławiu. Jak było do przewidzenia, okazało się, że administracja publiczna nieskutecznie przeciwdziała poruszaniu się pojazdów przeciążonych po drogach.
Przede wszystkim brakuje odpowiedniej infrastruktury, która umożliwiłaby prowadzenie kontroli ciężarówek. Systemy ważenia, mimo poniesienia znacznych wydatków na ich wybudowanie, mają ograniczoną przydatność dla identyfikacji i eliminacji pojazdów przeciążonych z powodu ich małej dokładności. W dodatku miejsca dokładnej kontroli pojazdów zlokalizowano w znacznej odległości od punktów pomiarowych, co umożliwiało kierowcom ciężarówek ucieczkę z trasy pomiędzy tymi miejscami bez kontroli. „Inspekcja Transportu Drogowego nie wypracowała skutecznych rozwiązań w zakresie eliminacji ruchu pojazdów przeciążonych z obszarów miast” – stwierdza NIK.
Na drogach dwóch miast (Kielc i Rzeszowa) z jedenastu kontrolowanych, zarządcy dróg nie przygotowali ani jednego miejsca do kontroli wagowej pojazdów. W Szczecinie funkcjonowało tylko jedno takie miejsce, a w Białymstoku wybudowano dwa miejsca kontroli, które jednak nie były wykorzystywane przez Inspekcję Transportu Drogowego, bo ich stan nie pozwalał na umieszczenie w nich wag. W pozostałych miastach liczba miejsc kontroli masy całkowitej i nacisków na oś wynosiła od dwóch do dziewięciu.
Z ustaleń kontroli wynika też, że w pięciu miastach inspektorzy transportu drogowego nie wykorzystywali wszystkich, pozostających w ich dyspozycji, miejsc do przeprowadzania kontroli wagowych. W przypadku budowy nowych dróg, jedynie w Białymstoku i Bydgoszczy przewidziano lokalizację miejsc do kontroli nacisków na osie i masy całkowitej pojazdów.
W rezultacie, zdaniem NIK, te systemy kontroli wagowej, choć kosztowne, nie miały istotnego wpływu na eliminację pojazdów przeciążonych na terenie dużych miast (policzono, że w sześciu kontrolowanych miastach było to ponad 22,5 mln zł, a w pozostałych te systemy były częścią większych projektów). Ponadto, inspektorzy transportu drogowego jedynie sporadycznie wykorzystywali wskazania tych systemów, zwłaszcza, że w ich funkcjonowaniu w wielu przypadkach występowały usterki: błędne wskazania przeciążenia pojazdów, brak ciągłości w dostępie do danych, czy nierozpoznawanie przez system tablic rejestracyjnych pojazdów.
Odnotowano również błędy w rejestrowaniu danych polegające na braku zdjęcia zarejestrowanego pojazdu, jego numeru rejestracyjnego, błędnym wykazaniu liczby osi pojazdu, czy błędnym sumowaniu jego wagi. Wszystko to podważa w ogóle sens prowadzenia takich kontroli.
NIK zauważa, że wykorzystanie tych systemów jest możliwe jedynie wtedy, gdy odległość i umiejscowienie punktu pomiarowego (tzw. bramki preselekcyjnej) umożliwia zatrzymanie wskazanego przez system pojazdu i jego doprowadzenie do miejsca dokładnej kontroli. Tymczasem z ustaleń Izby wynika, że w pięciu kontrolowanych miastach po przejechaniu ciężarówki przez bramkę, istniała możliwość ominięcia najbliższego miejsca kontroli na skrzyżowaniu lub poprzez objazdy.
W dwóch miastach inspektorzy transportu drogowego nie mieli dostępu do danych z systemu ważenia pojazdów, co świadczyło o nierzetelnej współpracy inspekcji i zarządcy drogi. Z kolei w Rzeszowie zainstalowano wprawdzie pięć wag, ale system nie był wykorzystywany przez inspektorów ze względu na brak miejsc kontroli. Według danych zarejestrowanych w systemie ważenia pojazdów w Rzeszowie, we wrześniu 2018 i 2019 oraz w styczniu 2020, przez te stanowiska pomiarowe przejechało ogółem 5,9 mln pojazdów, w tym blisko 51,5 tys. pojazdów przeciążonych. Nie można było jednak ich skontrolować.
Ogółem w latach 2018-2020 (pierwsze półrocze roku) inspektorzy transportu drogowego w całym kraju przeprowadzili łącznie prawie 52 tys. kontroli ważeniowych pojazdów, z czego połowa to kontrole samochodów pojazdów powyżej 3,5 t. Nałożono 3212 mandatów w związku z kontrolami aut powyżej 3,5 t, na kwotę blisko 18 mln zł. W związku z kontrolami ważeniowymi pojazdów do 3,5 t kary wyniosły zaś ponad 6 mln zł.
W toku kontroli okazało się jednak, że w Ramowych Planach Kontroli opracowanych przez Głównego Inspektora Transportu Drogowego na lata 2018-2020 określano liczbę kontroli ważeniowych do zrealizowania w poszczególnych województwach, nie uwzględniając konieczności przeprowadzania choćby części czynności kontrolnych w granicach miast – stwierdza NIK. Przeprowadzenie kontroli ważeniowych na terenach zurbanizowanych jest trudniejsze, co wynika z charakteru zabudowy: gęstej sieci dróg i dużej liczby skrzyżowań.
„Dlatego większość Inspekcji Transportu Drogowego, aby osiągnąć wymagane wskaźniki, wybierała prostsze rozwiązanie organizacyjne i realizowała kontrole poza granicami dużych ośrodków miejskich” – podkreśla NIK.

Najwięksi płacą raczej niechętnie

Sumienne odprowadzanie podatku od dochodów osób prawnych w wielu sektorach gospodarki pozostaje nadal rzadkością.
W niektórych sektorach gospodarki firmy działające w Polsce albo nie płacą podatku dochodowego (CIT) w ogóle, albo płacą podatek dochodowy niewspółmierny do ich udziałów rynkowych, albo też jedne firmy płacą znacznie więcej niż pozostałe, choć ich udziały rynkowe są porównywalne. Niepłacenie podatków ciągle jest w modzie, szczególnie jeśli chodzi właśnie o podatek dochodowy.
Polskie Towarzystwo Gospodarcze (PTG) przygotowało raport, w którym przeanalizowało wysokość podatku CIT płaconego przez firmy w Polsce w latach 2012-2019. Stosując kryterium wielkości przychodów, z listy 2800 firm – największych podatników CIT – publikowanej przez Ministerstwo Finansów, wyłoniono liderów podatkowych w 9 branżach: handlowej, spożywczej, motoryzacyjnej, telekomunikacyjnej, IT, budowlanej, alkoholowej, tytoniowej i medialnej.
Na liście sporządzonej przez PTG dokonano uszeregowania według wysokości CIT zapłaconego przez lidera branży za 2019 rok. Wśród największych płatników CIT w Polsce znalazły się firmy reprezentujące branże: handlową, telekomunikacyjną oraz tytoniową.

  1. Branża handlowa: Jeronimo Martins Polska SA – 624 mln zł CIT w 2019 roku
  2. Branża telekomunikacyjna: P4 Sp. z o.o. – 269 mln zł CIT w 2019 roku
  3. Branża tytoniowa: Philip Morris Polska Distribution Dp. Z o.o. – 227 mln zł CIT w 2019 roku
  4. Branża alkoholowa: Kompania Piwowarska SA – 145 mln zł CIT w 2019 roku
  5. Branża IT: Allegro.pl Sp. z o.o. – 138 mln zł CIT w 2019 roku
  6. Branża budowlana: Budimex SA – 123 mln zł CIT w 2019 roku
  7. Branża motoryzacyjna: Volkswagen Poznań Sp. z o.o. – 116 mln zł CIT w 2019 roku
  8. Branża spożywcza: Nestle Polska SA – 96 mln zł CIT w 2019 roku
  9. Branża medialna: Telewizja Polsat Sp. z o.o. – 91 mln zł CIT w 2019 roku
    W niektórych sektorach rynku liderzy płacą większy CIT niż ich konkurencja liczona łącznie. W innych wiele firm nie płaci CIT w ogóle. Można szacować, że uszczelnienie systemu podatkowego docelowo dałoby budżetowi państwa większe wpływy niż podwyżki niektórych podatków. Szczególnie w czasach pandemii oraz związanych z nią obostrzeń gospodarczych strona budżetowa ma interes aby efektywniej egzekwować należny państwu CIT. Ten bardzo uproszczony raport przedstawia pierwsze wnioski, które można wyciągnąć z zestawień finansowych.
    Oczywistym jest, iż wielkość płaconego CIT-u zależy od bardzo wielu czynników, również ekonomicznych, rynkowych, niezależnych od przedsiębiorców. Wyniki przeprowadzonej przez Polskie Towarzystwo Gospodarcze analizy mogą jednak stawiać duży znak zapytania o zasadność prowadzenia działalności gospodarczej, która w wielu przypadkach z ekonomicznego punktu widzenia, np. z uwagi na konsekwentne wykazywanie wieloletniej straty, wydaje się nieracjonalna.
    Przykładem branży, w której jasno widać skalę tego problemu, jest branża handlowa. Zauważyło to również Ministerstwo Finansów, podejmując inicjatywę opodatkowania sieci handlowych. Z uwagi na trwający spór Polski z Komisją Europejską, wprowadzenie podatku od sieci handlowych, tzw. podatek od sprzedaży detalicznej, ciągle jest jednak odraczane.
    Na przestrzeni ostatnich kilku lat w Polsce podejmowano liczne inicjatywy mające na celu uszczelnienie systemu podatkowego. Usiłowano wypracować rozwiązania systemowe, służące poprawie skuteczności egzekwowania zobowiązań podatkowych. W szczególności dotyczy to tzw. agresywnej optymalizacji podatkowej, prowadzonej z wykorzystaniem schematów międzynarodowych, ukrywania przychodów, zawyżania kosztów podatkowych, transferu dochodów między podmiotami powiązanymi do jurysdykcji, w których nie podlegają one opodatkowaniu.
    Zgodnie z szacunkami Ministerstwa Finansów, dzięki wprowadzonym latach 2016–2018 reformom systemu podatkowego, w 2018 roku odnotowano najwyższy wzrost wpływów z CIT. Wpływy do budżetu państwa z tytułu CIT wyniosły wtedy 34,6 mld zł i były o 4,8 mld zł wyższe niż w 2017 r., do czego oczywiście przyczyniła się też niezła koniunktura i dobre tempo rozwoju polskiej gospodarki.
    Tendencja ta została utrzymana w ubiegłym roku, gdzie wielkość należnego podatku CIT wyniosła prawie 40 mld zł. Konieczna jest dalsza konsekwentna eliminacja mechanizmów agresywnej optymalizacji podatkowej, wykorzystującej słabe punkty polskiego systemu podatkowego, powinna być dzisiaj priorytetem prawodawcy. PTG szacuje, że dalsze uszczelnianie systemu podatkowego przyniosłoby budżetowi państwa nawet kilkanaście miliardów złotych rok do roku.
    Podnoszenie podatków, bez szczelnego systemu ich poboru nie przyniesie oczekiwanego wzrostu wpływów budżetowych – ponieważ bez uszczelnienia systemu takich podatków nie uda się wyegzekwować. Ministerstwo Finansów próbuje bardziej uszczelnić system, czego wyrazem jest m.in. wprowadzenie obowiązku informowania przez przedsiębiorców o realizowanej strategii podatkowej, zgodnie z nowymi przepisami o CIT. Oznacza to w praktyce, że ponad 2800 największych podmiotów gospodarczych (stan na 1 września 2020 r.) o obrotach przekraczających 50 mln euro a także 65 podatkowych grup kapitałowych (też stan na 1 września br.) będzie musiało upublicznić informacje dotyczące ich strategii podatkowej.
    Raport Polskiego Towarzystwa Gospodarczego analizuje również wielkości osiąganych przez firmy przychodów w ich korelacji do poziomu odprowadzanego podatku CIT. Wyniki tej analizy stawiają pod znakiem zapytania potencjalne wykorzystywanie mechanizmów agresywnej optymalizacji podatkowej przez przedstawicieli niektórych branż. Niektóre z uwzględnionych w raporcie przedsiębiorstw odprowadzają kilkukrotnie więcej podatku dochodowego niż ich bezpośredni konkurenci.
    Przykładem może być tutaj branża tytoniowa, w której tylko jeden z podmiotów, posiadający porównywalne udziały rynkowe co dwie inne firmy z tego segmentu, odprowadza prawie 3-krotnie więcej podatku dochodowego niż wszystkie firmy tytoniowe łącznie.
    Co więcej, niektóre spółki z sektora tytoniowego dopiero w 2016 r. zaczęły wykazywać dochód do opodatkowania oraz należny podatek. Niestety, wielkości te w relacji do osiąganych przez nie przychodów, nie są w pełni spójne. Przykładowo, drugim po Philip Morris Polska Distribution Sp. z o.o. płatnikiem CIT jest spółka Imperial Tobacco Polska S.A., z przychodem najniższym spośród wszystkich firm tego sektora. Dlaczego firma z najmniejszym udziałem w rynku i najniższym przychodem płaci więcej CIT niż dwaj jej konkurenci? Na to pytanie i wiele innych odpowiedzi poszukac powinien Minister Finansów.
    Niewątpliwie na wielkość odprowadzanych podatków ma wpływ rentowność biznesu. Wielkość uzyskiwanych przychodów nie jest jedynym wyznacznikiem wielkości odprowadzanego podatku dochodowego. Z tego też względu PTG przedstawiło również analizę rentowności wyselekcjonowanych przedsiębiorstw. W wielu przypadkach pokazała ona, jak znaczące rozbieżności – sięgające niekiedy nawet kilkudziesięciu procent – mogą wystąpić w ramach jednej branży. Przykładem jest tutaj branża informatyczna. gdzie te różnice bywają nawet dziesięciokrotne.
    Być może w większym stopniu na uznanie i docenienie przez rządzących powinny zasłużyć dzisiaj te przedsiębiorstwa, które sumiennie i od lat odprowadzają podatek dochodowy płacąc go w Polsce i pozostając liderami w swoich branżach.

Czy będziemy musieli dłużej pracować?

Zła wiadomość jest taka, że bez podniesienia wieku emerytalnego do 67 lat odsetek osób pobierających tylko emeryturę minimalną wzrośnie z obecnych 40 proc. do 70 proc. Dobra – że nastąpi to dopiero za 40 lat, a potem sytuacja się nie zmieni co najmniej przez kolejne 30 lat. I jeszcze jedna dobra – nie sposób dokładnie przewidzieć tego, co będzie za kilkadziesiąt lat, więc nie warto martwić się na zapas.
Nie unikniemy podwyższenia wieku emerytalnego – wskazuje Centrum Analiz Społeczno Ekonomicznych. Takie są wnioski z seminarium mBank-CASE zorganizowanego 29 października 2020 r., którego tematem był wpływ wieku emerytalnego na obecną i przyszłą sytuację polskiego rynku pracy, wzrost gospodarczy oraz finanse publiczne.
Ustawowy wiek emerytalny, ale przede wszystkim faktyczny wiek przechodzenia na emeryturę, mają istotny wpływ na rynek pracy i gospodarkę. Jak mówi prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak z SGH, w wielu krajach rozwiniętych, w tym w Polsce, wiek emerytalny stał się instrumentem polityki społecznej oraz rynku pracy. Przejawem jest np. zróżnicowanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn i upowszechnienie wcześniejszych emerytur traktowanego jako sposób na zmniejszenia podaży pracy.
Do 2008 roku (kiedy to ograniczono uprawnienia do wcześniejszego przechodzenia na emeryturę) faktyczny wiek emerytalny był o kilka lat niższy od ustawowego i dopiero po 2008 roku zaczął on znacząco rosnąć, dochodząc już obecnie do wieku ustawowego. Po decyzji politycznej o powrocie do wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn (odpowiednio 60 i 65 lat) trudno się w nadchodzących latach spodziewać podniesienia ustawowego wieku emerytalnego. Jednocześnie ponad połowa Polaków w wieku 50 plus deklaruje chęć przejścia na emeryturę tak szybko, jak to będzie możliwe.
Rezygnacja z procesu podnoszenia i zrównywania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn sprawia, że w 2050 roku Polska prawdopodobnie będzie krajem o najniższym w Unii Europejskiej ustawowym wieku emerytalnym. W innych krajach wiek ten albo już teraz jest wyższy niż Polsce, albo też będzie podnoszony. Jeśli wiek ustawowy zostałby utrzymany na obecnym poziomie, to do 2070 roku zasób siły roboczej w Polsce skurczy się o ok. 35 proc., zaś wskaźnik obciążenia demograficznego wzrośnie z obecnych 30 proc. do ok. 80 proc.
Prof. Chłoń-Domińczak podkreśla, że eliminacja uprawnień do wcześniejszych emerytur doprowadziła do znacznego wzrostu aktywności zawodowej kobiet w wieku okołoemerytalnym, co przełożyło się na znaczący wzrost ich kapitału emerytalnego. Mimo tego, przy utrzymaniu obecnego ustawowego wieku emerytalnego kobiet, będą one otrzymywały o ok. 40 proc. niższą emeryturę od mężczyzn, podczas gdy jego podniesienie do 65 roku życia ograniczyłoby tę lukę do około 8 pkt. proc.
System emerytalny ma to do siebie, że powinien być stabilny nie tylko w sensie ekonomicznym, ale również w sensie politycznym. Oznacza to, że większość społeczeństwa powinna chcieć, aby system pozostał taki, jaki jest – uważa dr Michał Rutkowski z Banku Światowego.
Do podniesienia faktycznego wieku przechodzenia na emeryturę nie wystarczą zachęty finansowe w postaci wzrostu świadczenia za każdy dodatkowy rok pracy zawodowej po osiągnięciu minimalnego wieku emerytalnego. Zdaniem dr. Rutkowskiego większość ludzi zachowuje się krótkowzrocznie i przechodzi na emeryturę od razu po osiągnięciu minimalnego wieku, więc istotne wydłużenie aktywności zawodowej osób w wieku okołoemerytalnym bez podniesienia minimalnego wieku przechodzenia na emeryturę nie wydaje się możliwe.
Według prof. Joanny Tyrowicz z Uniwersytetu Warszawskiego, obecny polski system emerytalny w założeniu miał być zbilansowany, ale w rzeczywistości nie jest. Wynika to przede wszystkim z konieczności dopłat do emerytur minimalnych, co po obniżeniu wieku emerytalnego w 2017 roku kosztuje budżet państwa aż 4,5 proc. PKB.
Z modeli szacowanych przez jej zespół wynika, że w przypadku utrzymania obecnego ustawowego wieku emerytalnego (odpowiednio 60 i 65 lat) odsetek osób pobierających emeryturę minimalną będzie sukcesywnie rósł w ciągu najbliższych 40 lat z obecnych 40 proc. do 70 proc., a następnie utrzyma się na tym poziomie przez kolejne 30 lat. Jeśli jednak wiek emerytalny zostałby podniesiony do 67 lat dla obu płci, to odsetek ten nie wzrósłby.
Utrzymanie obecnego wieku emerytalnego będzie więc miało negatywny wpływ na stan budżetu państwa i w efekcie również na PKB. Z punktu widzenia świadczeniobiorców najbardziej poszkodowane będą najwięcej zarabiające kobiety, bo ich emerytury będą o 30 – 40 proc. niższe względem tych, jakie otrzymałyby pracując do 67 roku życia. Negatywne skutki dla mężczyzn będą dużo słabsze – ci najlepiej zarabiający będą mieć świadczenie niższe o 7 – 12 proc.
Wynika z tego, że na dziś kluczowe wydaje się podniesienie wieku emerytalnego kobiet do 65 roku życia, zaś dalsze jego podnoszenie do 67 lat ma już mniejsze znaczenie.
Prof. Filip Chybalski (Politechnika Łódzka) zwraca uwagę, że niska aktywność zawodowa osób w wieku okołoemerytalnym współwystępuje z ich gorszym stanem zdrowia. Skłania to do dofinansowania działań stymulujących zachowania prozdrowotne. Politykę promującą przedłużanie aktywności zawodowej warto ukierunkować na konkretne zawody lub grupy zawodów.
Wprawdzie tego, co nastąpi za kilkadziesiąt lat nie sposób precyzyjnie przewidzieć, ale jak uważa prof. Marek Góra (Szkoła Główna Handlowa), jedno jest pewne – za około 30 lat wiek emerytalny będzie dużo wyższy niż teraz. Wprawdzie obecnie wiek emerytalny jest wykorzystywany jako narzędzie walki politycznej i dlatego jest obniżany, ale nie będzie to możliwe w perspektywie kilkudziesięciu lat. Wiek emerytalny będzie więc wyższy i na to trzeba się odpowiednio przygotować.
W tym kontekście istotne są dwie zasadnicze cechy polskiego systemu emerytalnego, które różnią go od systemów w innych krajach. Po pierwsze w polskim systemie nie mamy klasycznego wieku emerytalnego, tylko wiek minimalny, który nie pełni funkcji fiskalnej, a jedynie społeczną. Wiek minimalny jest ustanowiony po to, żeby uchronić ludzi przed błędnymi decyzjami, które mogłyby mieć negatywne skutki społeczne.
Po drugie, wysokość emerytury minimalnej nie jest w żaden sposób gwarantowana, tak jak to było w starym systemie emerytalnym. Może więc podlegać bieżącej regulacji. W przyszłości o wysokości minimalnej emerytury będzie decydowała siła przetargowa pokolenia osób młodych względem starszych oraz bieżąca sytuacja budżetowa.
Prof. Góra podkreśla, że należy już teraz informować młodych ludzi, że będą w przyszłości pracowali dużo dłużej od swoich rodziców. Muszą to wiedzieć dziś, żeby mogli się do tego odpowiednio przygotować, np. inwestując w długookresowe podtrzymywanie dobrego stanu zdrowia i zmienność swoich kwalifikacji zawodowych. Według niego ostatnie obniżenie ustawowego wieku emerytalnego (czyli powrót do 60 i 65 lat) wyrządziło ludziom dużą szkodę, bo przekazało im fałszywą informację, że nie muszą się przygotowywać do dłuższej pracy w przyszłości.

Białoruś, czyli co konkretnie?

To, co się wydarzyło na Białorusi w związku z wyborami, nie było dla nikogo żadnym zaskoczeniem. Zaskoczyło mnie natomiast to, że wśród lewicowych komentatorów nie zabrakło zdań, że Białoruś to ostatni bastion europejskiego socjalizmu.

Politolodzy spierają się dziś głównie, czy Białoruś jest krajem autorytarnym, czy semi-autorytarnym. Jeżeli iść za najnowszym raportem Freedom House, to jest to kraj zdecydowanie i jednogłośnie autorytarny. Wskazuje na to wiele czynników: brak wolnych mediów, oszustwa przy liczeniu głosów, ograniczenie wolności słowa, rządzenie państwem poprzez dekrety prezydenckie, ograniczona możliwość protestowania, etc. Ale czy jest to państwo socjalistyczne?
Zarówno Ci, co myślą, że Białoruś to ostatni bastion europejskiego socjalizmu, i ci co myślą, że z socjalizmem nie ma zupełnie nic wspólnego – obydwie grupy nie mają racji.
Białoruś ma jeden z najniższych w Europie współczynników osób mieszkających w ubóstwie – ponad trzykrotnie niższy niż średnia w Unii Europejskiej. W tym względzie radzi sobie lepiej nawet niż Dania, często wskazywana przez socjaldemokratów jako idealny wzór.
PKB w przeliczeniu na mieszkańca jest dwukrotnie wyższe niż w sąsiedniej ultra-kapitalistycznej Ukrainie. Co ciekawe, około połowa gospodarki Białorusi nadal znajduje się w rękach państwa – model którego pozazdrościłoby zapewne wielu zachodnich socjalistów. Ale, aby w pełni zrozumieć jak dzisiaj funkcjonuje Białoruś, trzeba zrozumieć współczesną historię tego kraju.
W momencie systemowych przemian lat 90-tych Łukaszenka, w przeciwieństwie do swoich sąsiadów, nie zdecydował się na masową prywatyzację i co za tym idzie na Białorusi nie ma klasy oligarchów na taką skalę jak ma to miejsce np. w Rosji czy na Ukrainie. Białorusini utworzyli swój własny hybrydowy system gospodarczy i zdają się być w nim konsekwentni.
Ale na tym kończy się sen o socjalistycznej Białorusi. Przypomnieć tu należy chociażby tzw. “podatek od społecznych pasożytów”. To drakońskie prawo, będące autorskim projektem Łukaszenki, nałożyło zwrot zaległych podatków osobom najmniej uprzywilejowanym, doprowadzając wiele najbiedniejszych rodzin do ruiny,
Władzę w Mińsku do dziś sprawuje dawna elita z czasów Związku Radzieckiego, której daleko do jakiejkolwiek ideologii, a szczególnie tej lewicowej. Są to ludzie, których interesuje przede wszystkim bogacenie się i władza. Stąd też na Białorusi mamy do czynienia z modelem kapitalizmu państwowego – znanym nam między innymi z Chin. Mała grupa osób u steru, kontroluje dobra narodowe i się na tym bogaci, handlując towarami na wolnych rynkach.
Oczywiście, aby utrzymać ten przestępczy system trzeba było nie tylko zlikwidować wolną prasę i spacyfikować opozycję, ale także rozprawić się z prawami pracowniczymi i związkami zawodowymi. I tutaj Łukaszenka był bezwzględny.
Uśmieciowiono rynek pracy, wprowadzając tzw. tymczasowe umowy o pracę, sprawiając, że pracownicy są całkowicie uzależnieni od osób zatrudniających. W poprzednim systemie mieszkańcy Białorusi mieli znacznie lepszą opiekę socjalną i usługi publiczne na wyższym poziomie niż to ma miejsce obecnie. Za czasów ZSRR wybudowano miliony tanich mieszkań, a dzisiaj mamy do czynienia z tragiczną sytuacją mieszkaniową, szczególnie poza stolicą. Dodatkowo, wszelkie protesty pracownicze są tłumione z niesamowitą brutalnością. A jeżeli myślisz o założeniu niezależnego związku zawodowego i walczeniu o swoje prawa, to możesz spodziewać się łagru.
Upadek Związku Radzieckiego pogrzebał nadzieje na równościowe społeczeństwo i dał prawicowcom i liberałom pole do prezentowania swojej alternatywnej wizji, opartej na wolnych rynkach, jako jedynemu właściwemu kierunkowi. Rząd tymczasem dawno odpuścił sobie socjalizm, ale jednocześnie zawłaszczył sobie symbole lewicy oraz jej język i skutecznie gra przeszłością sowiecką i sentymentem za dawnymi czasami.
Łukaszenka od wielu lat pokazuje antypracownicze nastawienie, niechęć do rozbudowywania programów socjalnych i upór w niszczeniu związków zawodowych. Narracja, że Białoruś to ostatni bastion socjalizmu w Europie ma swoje potwierdzenie jedynie w warstwie symbolicznej. Godło państwowe, jak i flaga są jak najbardziej socjalistyczne i nawet dosyć ładne, ale rzeczywistość jest zupełnie inna.

Prominenci PiS szkalują sędziów

Pod adresem liderów prawicy warto skierować prośbę: przestańcie wreszcie szczuć. Zakończcie tę mowę nienawiści.

Sędziowie zrzeszeni w stowarzyszeniu Iustitia przygotowali mały wybór szkalujących opinii na temat przedstawicieli tego zawodu, wygłoszonych w kraju i na forum międzynarodowym przez prominentów Prawa i Sprawiedliwości.
Wybór to zdumiewający, bo chyba nawet w czasach stalinowskich przedstawiciele najwyższych władz państwowych nie wyrażali się tak o przedstawicielach władzy sędziowskiej. I wypada zaapelować do dygnitarzy PiS, by wreszcie skończyli z tą mową nienawiści. Można ich zrozumieć: sieją wiatr, bo chcą wywołać burzę – ale nie można ich usprawiedliwić.
Poczytajmy więc, co mówią, zaczynając od Prezydenta RP Andrzeja Dudy i jego ikonicznej już wypowiedzi: „Poziom zakłamania tego towarzystwa i jego hipokryzji mnie osłabia /…/ Stary układ w sądownictwie bardzo mocno się trzyma i nie chce pozwolić na to, aby zabrać im przywileje i tę władzę nad ludźmi, do której doszli”.
To oczywiście nie wszystko. W kolejnych wypowiedziach prezydent rozwijał swe przemyślenia, oświadczając m.in.: Mówię to specjalnie, tutaj przed Trybunałem Konstytucyjnym, aby zasygnalizować dramatyczną sytuację z jaką spotykamy się dziś w Polsce, bo jeżeli na forum publicznym znaczące postaci polskiego wymiaru sprawiedliwości – proszę państwa mówimy o sędziach Sądu Najwyższego, mówimy o sędziach, którzy do niedawna pełnili funkcje prezesów w tym sądzie, zaczynając od I Prezesa, poprzez prezesów izb – w sposób otwarty naruszają obowiązujące przepisy prawne, naruszają przepisy konstytucyjne i lekceważą przepisy ustawowe, to mamy do czynienia z anarchią wywoływaną przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. Chcę to jasno i wyraźnie powiedzieć”.
Prezydentowi sekunduje premier, który wyróżnił się stwierdzeniem: „W przypadkach, gdy sprawa wygląda na najbardziej dochodową, wymagane są łapówki”. A w artykule dla Washington Examiner napisał: „Duża część tego systemu jest skorumpowana” – i dodał, że nie można dyskutować o kolejnych elementach, wybierając je z całości. Wyjaśnił też, co przez to rozumie: „Dla mnie to jest taka sytuacja, którą możemy porównać z Francją w okresie post-Vichy” (rząd Vichy to był, przypomnijmy, francuski reżim kolaborujący z nazistowskimi Niemcami). Tak więc, premier, kierując swe słowa do zagranicznych odbiorców dopuścił się ataku na Polskę, porównując pracę polskich sędziów z pracą sędziów kolaboranckiego Państwa Vichy.
W tych atakach nie może oczywiście zabraknąć Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry. Oświadczył on: „Ta kastowość, jaka tam się wytworzyła, oni sami o sobie przecież mówili, że są nadzwyczajną kastą, te zachowania, które mają charakter czysto polityczny, a nie merytoryczny – to wszystko razem wziąwszy, pokazuje duże problemy środowiska sędziowskiego (…). W Niemczech demokracja zadziałała i 80 proc. sędziów usunęła, którzy byli uwikłani w system komunistyczny. Dzięki działaniu pana profesora Strzembosza w Polsce tak się nie stało, bo uwierzono mu na jego słowo. I te patologie narastały”.
Zbigniew Ziobro dodał też: „Sądownictwo przez lata stanowiło państwo w państwie”.
Szkoda, że nie raczy on zauważyć, że średnia wieku polskich sędziów jest niższa od wieku jego samego – a więc o uwikłaniu polskich sędziów w system komunistyczny trudno mówić. Oczywiście, jest jeden szczególnie uwikłany: Stanisław Piotrowicz, prokurator stanu wojennego. On jednak reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, a więc jest poza krytyką.
Sam Piotrowicz chętnie zresztą wypowiedział się o sędziach, stwierdzając: „Nie może być takiej sytuacji, żeby garstka niezadowolonych z utraty przywilejów blokowała pracę organu konstytucyjnego (…) Żeby sędziowie, którzy są zwykłymi złodziejami nie orzekali dalej”.
W ataki na polskie sądownictwo włączył się także prezes Jarosław Kaczyński. Na konwencji PiS oświadczył: „Ojkofobia jak się to nazywa, czyli niechęć czy nienawiść nawet do własnej ojczyzny, czy własnego narodu, to jest jedna z chorób, która dotknęła część sędziów”.
W innym miejscu powiedział zaś: „Ustrój trybunalski, w istocie władza sądów, z demokracją nie ma nic wspólnego”.
Tak więc, lider partii rządzącej podważa ustrojową, wynikająca wprost z Konstytucji RP, pozycję sądów.
Środki zmierzające do odpowiedniego ukształtowania sędziów, bardzo konkretnie przedstawiła Krystyna Pawłowicz, – posłanka Prawa i Sprawiedliwości, członek Krajowej Rady Sądownictwa, a od niedawna sędzia Trybunału Konstytucyjnego: „Środowisko sędziowskie wymaga odzyskania dla demokracji. Państwo powinniście jak w Korei przejść reedukację w obozach uczących demokracji”.
Szczególnie błyskotliwie zaprezentował się Marek Suski, szef gabinetu politycznego Prezesa Rady Ministrów, który, jak podaje Stowarzyszenie Iustitia ogłosił: „Niektórzy sędziowie są bogaci i mają w ogródkach zakopane sztabki złota, ale nie jest znane ich pochodzenie”.
Natomiast Jacek Sasin, szef Komitetu Stałego Rady Ministrów, komentując zadanie pytania prejudycjalnego do TSUE przez sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie Igora Tuleję, oskarżył: „To anarchizacja prawa, dokonywana przez część środowiska sędziowskiego”. Pod adresem jego i innych sędziów powiedział też: „Robią to tylko i wyłącznie po to, żeby stwarzać wrażenie, że w Polsce mamy jakiś stan niestabilności prawnej”.
Jednak w sposób najbardziej jednoznaczny wypowiedziała się Beata Mazurek, rzeczniczka Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości: „Stanowisko Sądu Najwyższego odbieram jednoznacznie. Jest to dalsze szerzenie się anarchii w naszym kraju. Tak naprawdę zebrał się zespół kolesi, którzy bronią status quo poprzedniej władzy”.
Przedstawiciele prawicy chętnie donoszą też na poszczególnych sędziów. Na przykład Patryk Jaki, ówczesny sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, nadawał na sędziego Waldemara Żurka: „Wyobraźcie sobie państwo, że dzisiaj osoba, która sama ma problemy z alimentami, będzie decydowała o przyszłości innych Polaków, o jakości orzecznictwa, jeśli chodzi o alimenty. To jest jeden wielki skandal”.
Jest to, jak słusznie zauważa Iustitia, jeden z wielu przykładów wyciągania spraw prywatnych sędziów i podawania ich do wiadomości publicznej w kłamliwy sposób dla osiągnięcia doraźnych celów politycznych.
Jak to wszystko skomentować? Cóż, brak słów.

Jak ograniczać zużycie prądu?

Cel: zwiększanie produkcji przemysłowej szybsze niż wzrost zużycia energii.
Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że w okresie od IV kwartału 2016 r. do początku ubiegłego roku, działania nakierowane na zwiększanie efektywności energetycznej (głównie firm sprzedających energię elektryczną, ciepło czy gaz ziemny odbiorcom końcowym), doprowadziły w Polsce do zaoszczędzenia 564 tys. toe (toe – tona oleju ekwiwalentnego, jednostka paliwa umownego, która stanowi równoważnik tony ropy naftowej o wartości opałowej 10 000 kcal/kg).
Nie jest to wiele – tymczasem poprawa efektywności energetycznej to realne oszczędności, bowiem najtańsza (a przy okazji najczystsza) energia to taka, której nie zużywamy.
Inwestowanie w efektywność energetyczną to jak inwestowanie w nie wyczerpywalne źródło energii, dlatego bywa nazywana szóstym paliwem, obok ropy, gazu, węgla, atomu i odnawialnych źródeł energii.
Komisja ma wątpliwości
Usprawnianie procesów produkcyjnych, modernizacja urządzeń i budynków, wprowadzanie oszczędniejszych technologii – to są właśnie działania służące poprawie efektywności energetycznej gospodarki. Chodzi o to by dostarczać tyle samo produktów czy usług wykorzystując do tego mniej energii, a więc i mniej surowców służących do jej wytwarzania.
Efektem ma być ograniczanie emisji zanieczyszczeń i zwiększanie bezpieczeństwa energetycznego państwa (im mniej energii będziemy zużywać, tym mniej surowców do jej produkcji będziemy musieli sprowadzać z zagranicy).
W styczniu bieżącego roku Komisja Europejska zgłosiła wątpliwości pod adresem polskich władz. Dotyczyły one 14 zagadnień, m.in. metody obliczania oszczędności energii, dokonywania wyrywkowej weryfikacji audytów efektywności energetycznej, zgodności faktycznie uzyskanej oszczędności energii z oszczędnością deklarowaną.
Biały system
W Polsce podstawowym środkiem wspierającym efektywność energetyczną jest system, tak zwanych białych certyfikatów wydawanych przez Urząd Regulacji Energetyki.
Do ich uzyskiwania (do 1 października 2016 r. w drodze przetargów, teraz na podstawie wniosku) ustawowo, pod groźbą kary finansowej zobowiązane są przede wszystkim przedsiębiorstwa sprzedające energię elektryczną, ciepło lub gaz ziemny odbiorcom końcowym (kupującym energię na własny użytek).
Składając wniosek o przyznanie białego certyfikatu (świadectwa efektywności energetycznej), firma deklaruje o ile mniej energii będzie zużywać dzięki planowanej inwestycji czy modernizacji – np. izolacji instalacji przemysłowych, wymianie oświetlenia, przebudowie lub remoncie budynku wraz z instalacjami i urządzeniami technicznymi, czy modernizacji lokalnych sieci ciepłowniczych. Tę deklarację musi jeszcze potwierdzić audyt.
Po złożeniu wniosku, URE przyznaje świadectwo, które właściciel może sprzedać na Towarowej Giełdzie Energii. Białe certyfikaty mogą tam kupować tzw. przedsiębiorstwa zobowiązane, sprzedające energię odbiorcom końcowym. Zamiast tego mogą uiścić opłatę zastępczą, ale w 2018 r. mogła ona obejmować już tylko maksymalnie 10 proc. nałożonego obowiązku.
Jak mówią dane Urzędu Regulacji Energetyki, od 1 października 2016 r. do początku ubiegłego roku do URE wpłynęło niemal 2,5 tys. wniosków o przyznanie świadectw efektywności energetycznej. Prezes Urzędu wydał na ich podstawie prawie 600 białych certyfikatów i 38 postanowień o odmowie ich wydania (reszta wniosków była jeszcze rozpatrywana).
Najwięcej świadectw efektywności energetycznej wydano w związku z przebudową lub remontem budynku wraz z instalacjami i urządzeniami technicznymi (204), modernizacją czy wymianą urządzeń i instalacji wykorzystywanych w procesach przemysłowych (113), ograniczeniem strat w sieciach ciepłowniczych (107). Średni planowany okres uzyskiwania oszczędności wynosi od 13 do 15 lat.
A jednak się kręci
Choć sam system świadectw efektywności energetycznej funkcjonuje prawidłowo, to jednak zdarzają się poważne opóźnienia w ich wydawaniu. Niemal 95 proc. świadectw zostało przekazanych po ustawowym terminie, wynoszącym 45 dni. Średni czas rozpatrzenia wniosku wyniósł 240 dni i był ponad pięć razy dłuższy niż przewidziany w przepisach. Rekord to 1158 dni.
Podobna sytuacja jest z postanowieniami o odmowie wydania świadectwa. Średnio wnioski były rozpatrywane w ciągu 449 dni od daty wpływu. Najdłuższy okres wynosił 624 dni, a najkrótszy – 210 dni.
Wsparcie finansowe państwa dla projektów zwiększających efektywność energetyczną nie opiera się wyłącznie na systemie białych certyfikatów. Takie przedsięwzięcia dofinansowuje w formie pożyczek i dotacji Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Na ten cel, w latach 2015-2018 wydał ze środków krajowych: w formie pożyczek – ponad 701 mln zł, a w ramach dotacji – prawie 923 mln zł. Ponadto, z unijnego Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko na lata 2014-2020 wydano ok. 558 mln zł.
NIK ocenia, że funkcjonujące w Polsce mechanizmy wspierające poprawę efektywności energetycznej, mimo swoich mankamentów tworzą spójny system i że skutkiem przedsięwzięć realizowanych dzięki niemu, było zmniejszenie zużycia energii przez zobowiązane do tego firmy.

Naprawdę dobra zmiana dla sprawców wykroczeń

Pod rządami PiS prawie połowa ukaranych nie płaci mandatów, a budżet państwa traci setki milionów złotych.

Czterech panów w Polsce w latach 2016-2018 zdołało dostać ponad 500 mandatów. Musieli się naprawdę postarać!
Jeden z nich, samodzielny rekordzista, otrzymał w tym okresie mandaty na kwotę przekraczającą 147 tys. zł, której oczywiście nie zapłacił. Wydaje się wątpliwe, czy takie stosowanie kar o charakterze finansowym, zapewnia ich wychowawcze i zapobiegawcze oddziaływanie.

Nie płacą, bo mogą

Należności z mandatów karnych rosną, bo system ich dochodzenia jest w Polsce nieskuteczny. Budżet państwa traci na tym rocznie wiele milionów złotych. Istotna część kar grzywny nie zostaje wyegzekwowana, a należności wynikające z tych kar ulegają przedawnieniu.
Skuteczność, prowadzonej przez skarbówkę egzekucji zaległości z mandatów była w latach 2016-2018 niższa niż w latach 2011-2012, za rządów Platformy Obywatelskiej. W Polsce, w latach 2016-2018 skuteczność ta wynosiła bowiem 35,5 proc., a w latach 2011-2012 – 42,1 proc.
PiS nie umie sobie z tym poradzić. Jedyne rozwiązanie jakie stosuje ta ekipa, to centralizowanie wszystkiego czego się tylko da. Dlatego rząd wprowadził w 2016 r. zmianę systemu poboru kwot z mandatów, polegającą oczywiście na jego scentralizowaniu. Rząd PiS spodziewał się napływu wzmożonego strumienia gotówki, ale naturalnie nic z tego nie wyszło. Jak stwierdza Najwyższa Izba Kontroli, zmieniony system nie spowodował poprawy skuteczności windykacji, a w dodatku nie zapewnia wiarygodnych danych o stanie należności i zaległościach z tego tytułu.
Tak więc, nie wiadomo dokładnie, ile kasy z nałożonych mandatów nie trafia do budżetu. Jeszcze przed tą niefortunną PiS-owską centralizacją można było ustalić, że w latach 2011-2012 Skarb Państwa tracił ponad 100 milionów złotych rocznie z powodu przedawnienia się należności z tytułu mandatów. Teraz jest to na pewno o wiele więcej.
Tylko niespełna połowa ukaranych (47 proc.) płaci dobrowolnie mandaty. W przypadku ok. 23 proc. spraw, kary grzywny zostały jakoś wyegzekwowane, pomimo uchylania się ukaranych od dokonania płatności.
Natomiast w przypadku ok. 30 proc. spraw, państwu nie udało się wyegzekwować kar – i znaczna ich część po upływie trzech lat od daty ich nałożenia ulegała przedawnieniu.
Unikanie zapłaty mandatu nie wiąże się dla ukaranego z jakąkolwiek inną, dotkliwą sankcją o charakterze finansowym bądź niefinansowym. Stanowi tym samym zachętę do odłożenia tej niemiłej płatności.
„Znacząca skala przypadków, w których pomimo zaangażowania organów państwa, nie doszło do wyegzekwowania nałożonych kar, utrwalała w części społeczeństwa przekonanie o braku nieuchronności wykonania kary” – stwierdza NIK w raporcie o dochodzeniu należności Skarbu Państwa z tytułu mandatów karnych.

Typowa nieudolność tej ekipy

Zmiana systemu dochodzenia należności z tytułu mandatów karnych, miała, jak zapowiadał rząd, poprawić skuteczność egzekwowania tych kar. Reorganizacja polegała na scentralizowaniu obsługi mandatów karnych.
Do 31 grudnia 2015 r. to wojewodowie byli uprawnieni do poboru należności z tytułu mandatów, a wpływy z tego tytułu trafiały do Skarbu Państwa za ich pośrednictwem.
Rząd PiS niespecjalnie wierzył jednak w sprawność i sumienność swych wojewodów, więc od 2016 r. windykację powierzył Naczelnikowi Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu. Wpłaty z tytułu mandatów nie trafiają już na konta poszczególnych urzędów wojewódzkich, lecz na rachunek bankowy wskazany przez ministra finansów.
Rząd PiS obiecywał oczywiście, że na skutek centralizacji i powierzenia funkcji wierzyciela organowi podatkowemu, windykacja należności mandatowych będzie sprawna. Wysoka automatyzacja działań windykacyjnych miała sprawić, iż koszty funkcjonowania całego systemu dochodzenia takich należności zostaną na takim samym poziomie jak wtedy, gdy funkcję wierzyciela pełnili wojewodowie – a skuteczność wyraźnie wzrośnie. Naturalnie stało się odwrotnie: koszty wzrosły, a skuteczność w najlepszym razie nie spadła.
Najwyższa Izba Kontroli stwierdza: „Z przeprowadzonej kontroli (obejmującej lata 2016-2018) wynika, że nie nastąpiło zwiększenie skuteczności dochodzenia należności z tytułu mandatów karnych. Jednocześnie wzrosły koszty funkcjonowania tego systemu o blisko 6 mln zł rocznie czyli o ponad 30 proc.”. No i takie właśnie efekty przynosi radosna twórczość PiS-owskiej ekipy.
NIK oczywiście krytycznie ocenia dochodzenie należności Skarbu Państwa z tytułu mandatów karnych w latach 2016-2018.
Największą odpowiedzialność za te straty ponosi Minister Finansów. W tym czasie stanowisko to zajmowali: Paweł Szałamacha (do 28 IX 2016 r.), Mateusz Morawiecki (najdłużej, do 9 I 2018 r.) oraz Teresa Czerwińska. Nikt z tego grona oczywiście nie wspomina o swoich błędach i zaniechaniach, które spowodowały, że Skarb Państwa nie uzyskał setek milionów złotych.
Jak wskazuje NIK, żaden z tej trójki ministrów nie zapewnił takiej funkcjonalności systemu informatycznego przeznaczonego do obsługi mandatów, który umożliwiałby wierzycielowi (tj. Naczelnikowi Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu) sprawny i skuteczny pobór zaległości z tytułu grzywien mandatowych.
Teoretycznie taki system oczywiście istniał. Był to Scentralizowany System Podatkowy (SSP), stanowiący element składowy systemu e-Podatki.
„W ocenie NIK, system ten nie był dostosowany do potrzeb jego użytkowników, nie zapewniał pełnej automatyzacji podejmowanych czynności, zaniechano wdrożenia niektórych jego funkcjonalności oraz obsługi ulg w spłacie należności i ewidencjonowania ich skutków, jak również monitorowania terminowości odroczonych wpłat i umarzania należności” – wskazuje Izba. Skutek tych zaniechań jest jednoznaczny i trwały: narastające zaległości w podejmowaniu działań windykacyjnych przez wierzyciela.

Najgłupszy system świata?

NIK podkreśla także, że przyjęta przez Ministerstwo Finansów organizacja rachunkowości i sprawozdawczości, dotyczącej należności i dochodów z tytułu mandatów, narusza przepisy ustawy o rachunkowości i nie zapewnia rzetelnych danych o niezapłaconych mandatach.
Jak widać, PiS-owski resort finansów nie przejmuje się ustawą o rachunkowości. Oznacza to, że niewiarygodne są też i sprawozdania budżetowe.
Dobrze chociaż, że kierownictwo resortu finansów zdaje sobie sprawę ze swej nieudolności. W odpowiedzi na wystąpienie pokontrolne NIK, Ministerstwo Finansów poinformowało bowiem, iż jednym z rozważanych rozwiązań jest wygaszenie Scentralizowanego Systemu Podatkowego z uwagi na jego niewydolność.
Jak widać ów nieszczęsny Scentralizowany System Podatkowy nieco przypomina maszynę Trurla, którą jego przyjaciel Klapaucjusz uznał za „najgłupszą maszynę rozumną na całym świecie”.
W związku z tym wszystkim NIK negatywnie oceniła pobór należności z tytułu mandatów przez Naczelnika Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu. Wpływ na to miała wspomniana „ograniczona funkcjonalność” Scentralizowanego Systemu Podatkowego.
Skuteczność dochodzenia przez Naczelnika Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu należności z tytułu mandatów w całym badanym okresie (lata 2016-2018) wyniosła mniej niż 63,7 proc. Czyli, z wystawionych w latach 2016-2018 mandatów na kwotę blisko 2,1 mld zł do budżetu państwa wpłynęło nieco ponad 1,3 mld zł. Zabrakło, bagatela, prawie 800 milionów złotych.
Warto zauważyć, że za rządów Platformy Obywatelskiej, konkretnie w latach 2011-2012 (kilka lat temu NIK skontrolowała ściąganie mandatów w tym okresie) Skarb Państwa uzyskiwał co najmniej 70 proc. należności z tytułu mandatów. Tak właśnie działa w praktyce „dobra zmiana”.
Z ustaleń tegorocznej kontroli wynika, że po pierwszym roku od centralizacji systemu ściągania należności mandatowych, niezapłaconych zostało 2,8 mln z 5,4 mln mandatów wystawionych w 2016 r. Kwota zaległości z tego tytułu sięgnęła ponad 378 mln zł.
Po trzech latach od reorganizacji liczba niezapłaconych mandatów wzrosła już do blisko 6,7 mln na koniec 2018 r., a zaległości z tego tytułu wynosiły blisko 757 mln zł. Oznacza to wzrost zaległości z tytułu nieopłaconych mandatów o ponad 148 mln zł w porównaniu do roku 2011 (na koniec 2011 r. zaległości wynosiły 609 mln zł).
Ów wzrost zaległości wystąpił pomimo niższej liczby nakładanych mandatów. W latach 2011-2012 wystawiano przeciętnie ok. 5 mln mandatów rocznie, a w latach 2016-2018 ok. 4,8 mln mandatów. Na koniec 2018 r. nieopłaconych było 1,9 mln mandatów wystawionych w 2016 r., które są już bliskie przedawnieniu.
Szefowie Scentralizowanego Systemu Podatkowego, próbując jakoś radzić sobie z jego nieskutecznością, zaczęli rezygnować z ściągania najłagodniejszych mandatów, w kwocie nie przekraczającej (razem z kosztami upomnienia) 116 zł. To akurat rzeczywiście stanowiło dobrą zmianę dla wszystkich ukaranych.
NIK stwierdził jednak, iż było to było działanie nierzetelne. Oznaczało bowiem zaniechanie ściągania należności z tytułu ok. 70 proc. wszystkich nieopłaconych mandatów – gdyż mandaty stuzłotowe są nakładane najczęściej.
W całym tym krajobrazie mandatowej nieudolności, drobiazgiem jest już to, że upomnienia i tytuły wykonawcze obejmujące zaległości z mandatów, nie były na bieżąco sporządzane i przekazywane do organów egzekucyjnych. W 68 proc. spraw tytuły takie były wystawiane w okresie dłuższym niż dwa lata od wpisania mandatu do ewidencji wierzyciela.
Kontrolerzy stwierdzili też zaniechanie objęcia tytułami egzekucyjnymi 45 proc. nie wyegzekwowanych na koniec 2018 r. zaległości z mandatów, wystawionych w 2016 r. Oznaczało to, że 746 tys. grzywien w kwocie blisko 114 mln zł nie było dochodzonych w drodze egzekucji, pomimo iż od nałożenia mandatu upłynęły co najmniej niż dwa lata. Tymczasem z ustaleń poprzedniej kontroli NK wynikało, że w latach 2011-2012, za rządów PO, nie wystawiono tytułów egzekucyjnych tylko dla 0,04 proc. mandatów starszych niż 18 miesięcy. Różnica jest porażająca!

Policji się nie śpieszy

Należy dodać, że kontrolerzy NIK mają też szereg zastrzeżeń do pracy komend policji. Ujawnione tam nieprawidłowości polegały na „istotnych opóźnieniach” we wprowadzaniu do systemu informacji o nałożonych mandatach. „Stan taki w 2016 r. był zjawiskiem powszechnym” – podkreśla NIK.
W 2016 r. w skontrolowanych jednostkach policji mniej niż 1 proc. mandatów wprowadzono do systemu w wymaganym terminie 7 dni! Ponad 5 proc. mandatów wprowadzono do systemu dopiero po upływie ponad 365 dni!. Trzeba tu pamiętać, że najwięcej mandatów karnych wystawiają w Polsce właśnie funkcjonariusze policji – aż ponad 95 proc. mandatów nałożonych w latach 2016-2018.
Tymczasem, wprowadzana w terminie do systemu informacja o wysokości nałożonej grzywny ma decydujące znaczenie dla rzetelnego ustalenia należności Skarbu Państwa. A także i dla szybkiego podjęcia działań zmierzających do ich poboru.
Najwyższa Izba Kontroli uważa, że dobrym rozwiązaniem, dyscyplinującym kierowców ukaranych mandatami, byłoby uzależnienie usunięcia punktów karnych z centralnej ewidencji kierowców od uprzedniego uiszczenia grzywny. Czyli, punkty karne już nie znikałyby automatycznie po roku, lecz dopiero po zapłaceniu mandatu. „Mogłoby to skutecznie motywować kierowców do płacenia mandatów” – stwierdza NIK. To już jednak chyba zbyt drakońska propozycja.
Można natomiast rozważyć inną sugestię NIK, która wskazuje, iż nie ma sensu wielokrotne nakładanie mandatów na te same osoby, które popełniając wykroczenia, notorycznie lekceważą normy życia społecznego, zaś mandatów nie płacą. Tylko co z nimi robić. Zamykać na długie miesiące?