Protestują medycy

Przez to, że 7 sierpnia stolica była areną starć aktywistów LGBT i opozycji z policją, niemal niezauważony przez główne media, dzień później przeszedł ulicami Warszawy pochód pracowników medycznych. A przecież to bardzo ważny protest.

Przeszli spod siedziby Ministerstwa Zdrowia do Sejmu. Sprzeciwiali się zaplanowanym przez ministerstwo sprawiedliwości zmianom w kodeksie karnym, które obciążą ich odpowiedzialnością za niezawinione błędy medyczne. Protestujący domagali się też podniesienia nakładów na służbę zdrowia.

Warto zauważyć, że przepisy, które przewidują karanie pracowników służby zdrowia za niezawinione błędy, zostały wprowadzane cichaczem, niejako tylnymi drzwiami w pakiecie z tzw. Tarczy 4.0. Chodzi o zmiany przepisów dotyczące nieumyślnego spowodowania śmierci (art. 155 k.k.), nieumyślnego spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 156 § 2 k.k.), narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia, czy ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 160 § 1 i 2 k.k.) oraz nieumyślnego sporządzenia fałszywej opinii przez biegłego lub eksperta w postępowaniu karnym lub cywilnym (art. 233 § 4a k.k.). Eksperci wskazują, że zmiana oznacza, że możliwości orzekania łagodniejszej kary będą znacznie ograniczone.

Niesione przez protestujących transparenty głosiły: „Pozwólcie nam lepiej pracować”, „Stop straszeniu medyków”, „Nie damy się zastraszyć”, „Nie związujcie nam rąk”.

Pochód przeszedł pod gmach Sejmu, gdzie ustawione taczki z przeznaczeniem dla polityków, których fotografie były umieszczone właśnie na nich: Szumowskiego Ziobry, Karczewskiego. Demonstranci chcieli zademonstrować brak zaufania to tych polityków.
„Nie ma naszej zgody na karanie nas za to, że ratujemy ludzkie życia!”, napisali na Facebooku protestujący.

Protest, zorganizowany przez Porozumienie Zawodów Medycznych, poparła Naczelna Izba Lekarska.

Represyjna tarcza

Szeroko reklamowana przez rządowe media Tarcza 4.0 ma pomóc Polsce przejść suchą nogą przez kryzys, który jest jednym z dotkliwych skutków pandemii. Czemu jednak tak wiele miejsca poświęca się w niej podwyższeniu kar więzienia dla np. lekarzy?

Tarcza 4.0, którą parlament sprawnie przyjął, a prezydent Duda ochoczo podpisał, zamienia Polskę w kraj wyjątkowo represyjny. I to mimochodem, niby na marginesie innych zmian, skądinąd również wyjątkowo jednostronnych, stojących na straży interesów biznesu i (większych) pracodawców, w żadnym zaś wypadku klasy pracującej.

Art. 38 ustawy zmienia kodeks karny, zgodnie z tendencją wyznawanych przez PiS wartości, w kierunku jego większej dolegliwości. I tak artykuł 37 kodeksu karnego, mówiący o orzekaniu kar więzienia do tej pory zostawiał furtkę dla łagodniejszego potraktowania sprawców przestępstw zagrożonych karą nieprzekraczającą 8 lat więzienia. W starym zapisie sąd mógł zamiast tej kary orzec grzywnę lub karę ograniczenia wolności.
Teraz sąd ma znacznie ograniczoną możliwość takich działań.

Nowy zapis zawęża możliwość zamiany kary więzienia na grzywnę lub ograniczenie wolności (ale nie niższą niż 3 miesiące) jedynie wtedy, gdy hipotetyczna kara wynosiłaby mniej niż rok więzienia.

Dotyczy to takich przestępstw jak fałszerstwa, handel narkotykami, znieważenie prezydenta (tak!), nieumyślny błąd w sztuce lekarskiej lub – co wzbudziło szczególne oburzenie organizacji feministycznych – pomocnictwo w aborcji.

W praktyce oznacza to zwiększenie surowości orzekanych przez sąd kar. Właśnie z powodu zaznaczenia, że ten zapis dotyczyć będzie także nieumyślnych błędów medycznych lub pomocy w aborcji, lekarze rozważają protest przeciwko tym zmianom.

Rozważane są takie formy jak strajk włoski, zwolnienie lekarskie lub strajk pełny polegający na zaprzestaniu pracy, czyli odejściu od łóżek pacjentów. Lekarze wskazują, że takie zapisy powodują efekt mrożący czyli zaniechanie wykonywania ryzykownych procedur medycznych, te bowiem są obarczone znacznie większym ryzykiem popełnienia nieumyślnego błędu medycznego.

W komentarzach w sieciach społecznościowych wskazuje się, że ten kierunek surowszego traktowania tej grupy zawodowej ma swe źródło w konfliktach, jakie obecny minister sprawiedliwości i jego rodzina toczyli z lekarzami m.in. w związku ze śmiercią ojca ministra. Co zaś się tyczy zaostrzania kar za aborcję lub udzielenie pomocy przy jej przeprowadzeniu – obsesja prawicy w tej sprawie znana jest od dawna.

O tarczę 5.0 – tarczę społeczną

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa domaga się przygotowania przez obóz rządzący tarczy 5,0, która zwiększyłaby stabilność zatrudnienia i ograniczyła skalę bezprawia na rynku pracy.

Stanowczo protestujemy przeciwko dalszemu uśmieciawianiu rynku pracy i wykorzystywaniu epidemii koronawirusa dla omijania prawa pracy. Naszym zdaniem epidemia to czas, który powinien być wykorzystany dla wzrostu stabilności pracy i radykalnego ograniczenia umów niestandardowych.

O szacunek dla kodeksu pracy

Przede wszystkim domagamy się bezwzględnego egzekwowania zasady, zgodnie z którą gdy jest określone miejsce i czas pracy oraz istnieje podległość służbowa, pracodawca ma obowiązek zatrudnienia na etat niezależnie od woli stron. Nieprzestrzeganie tej zasady powinno wiązać się z wysokimi karami dla pracodawców i natychmiastową zamianą śmieciówki na etat. Dotyczy to między innymi wszystkich pracowników służby zdrowia, górnictwa, gastronomii, ochrony czy handlu. To zawody, w których jasno określone są kodeksowe wymogi pracy etatowej i umowy niestandardowe powinny być całkowicie zakazane. Dotyczy to też Polskich Linii Lotniczych LOT, w których niezgodnie z prawem są zatrudniani piloci i stewardessy w ramach samozatrudnienia.

Mocniejsza inspekcja

Aby ułatwić respektowanie prawa dotyczącego wymogu zatrudniania na etat, Państwowa Inspekcja Pracy powinna otrzymać kompetencje zamiany śmieciówek na etaty z natychmiastową wykonalnością. Uważamy też, że Inspekcja Pracy powinna być wzmocniona poprzez przyznanie przedstawicielom związków zawodowych wszystkich kompetencji inspektorów PIP. A zatem związkowcy również powinni zdobyć możliwość ustalania stosunku pracy i karania mandatami nieuczciwych pracodawców.

Zamknąć sprawę śmieciówek

Zarazem w związku z koronawirusem uważamy, że rząd powinien zachęcać do zamiany umów niestandardowych na etaty. W wyjątkowej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, firmy mogłyby dostać możliwość zamiany umów niestandardowych zawartych z pracownikami na etaty bez ponoszenia kar za dotychczasowe unikanie umów o pracę. Dzięki temu czas kryzysu posłużyłby do ograniczenia skali bezprawia i zwiększenia stabilności na rynku pracy.

Układy zbiorowe

Postulujemy też wprowadzenie obowiązku zawierania branżowych układów zbiorowych. Przedstawiciele pracodawców i strony pracowniczej powinni zawierać porozumienia obowiązujące wszystkie firmy działające w obrębie danej branży. Takie porozumienia wyznaczałyby zasady dotyczące wysokości płac, czasu pracy czy wypłacania premii dotyczące wszystkich pracowników zatrudnionych w każdej z branż. To wyzwanie, przed którym stoją partnerzy społeczni w najbliższych miesiącach.
Natomiast w trybie natychmiastowym rząd powinien ograniczyć możliwość wypowiadania już podpisanych układów zbiorowych i porozumień płacowych w zakładach pracy. Skoro w kolejnych tarczach firmy otrzymują wysokie wsparcie na utrzymanie miejsc pracy, to trudno się zgodzić z odbieraniem pracownikom bezpieczeństwa zatrudnienia.

Nie dla zwolnień w budżetówce

Wreszcie stanowczo protestujemy przeciwko zwolnieniom i cięciom w sektorze budżetowym i samorządowym. Czas epidemii to okres, gdy rola państwa i samorządu jest szczególnie istotna w pomocy obywatelom. Dlatego w ramach Tarczy 5,0 rząd powinien uruchomić dodatkowe środki, które pozwoliłyby na ochronę miejsc pracy w sferze budżetowej i samorządowej.

Autor jest przewodniczącym związku zawodowego Związkowa Alternatywa.

Lewica poprawia tarczę

Dlaczego, gdy pracownik zatrudniony przed kryzysem na umowie śmieciowej chce ubiegać się o tzw. świadczenie postojowe, musi liczy w tej sprawie na dobrą wolę (byłego) pracodawcy? Parlamentarzyści Lewicy zawnioskują o wprowadzenie takiej poprawki do tarczy antykryzysowej, która pozostawi tę sprawę w gestii samych pracowników.

Osoby, które przed wybuchem koronawirusowego kryzysu były zatrudniane w oparciu o umowy cywilnoprawne znalazły się w marcu w fatalnej sytuacji. Dziesiątki tysięcy, np. zatrudnionych w gastronomii, kulturze czy branży turystycznej i hotelarskiej, straciło zajęcie. Rząd przewidział dla nich zaledwie symboliczną pomoc – nieco ponad 2000 zł postojowego maksymalnie przez trzy miesiące. A wniosek o tak pomoc musi złożyć zleceniodawca, czyli były pracodawca.
Tymczasem, jak przekonują się od kilku tygodni związkowcy oraz posłowie Lewicy oferujący w swoich biurach bezpłatne porady prawne, część przedsiębiorców wcale się do tego nie pali. Są nawet tacy, którzy potrafią wprost odmówić pracownikom złożenia dokumentów, od których zależy uzyskanie przez nich państwowego wsparcia, czyli często jedynego osiągalnego dochodu. Skupieni na ratowaniu biznesów, nie chcą przyznawać się, że zatrudniali na umowach śmieciowych tam, gdzie były spełnione przesłanki zawarcia umowy o pracę przewidziane przez (ciągle jeszcze aktualny) kodeks pracy. Mówiła o tym na konferencji prasowej posłanka Lewicy Daria Gosek-Popiołek.
– Rząd tak skonstruował tzw. Tarczę Antykryzysową, że bardzo dużo osób, które pracują na śmieciówkach, praktycznie nie otrzymało prawa do postojowego, ponieważ o te świadczenie musi zawnioskować podmiot, który na tę umowę śmieciową zatrudnia – sekundował jej klubowy kolega Adrian Zandberg. – Wielu pracodawców chce się trzymać z dala od instytucji, które mogłyby sprawdzić to, że wielu pracowników powinno mieć normalne umowy o pracę. Efekt jest opłakany, ponieważ wiele osób, które naprawdę potrzebują wsparcia, nie otrzymują pomocy.
Ratunkiem ma być poprawka, którą Lewica zgłosi w Senacie. Pozwoli ona osobom zatrudnionym na śmieciówkach samodzielnie składać wnioski o postojowe.
Zandberg wyraził przekonanie, że PiS na wcześniejszych etapach wdrażania tarcz „nie zorientował się, że problem jest realny”. Teraz socjaldemokraci dają mu szansę, by się poprawić.
małgorzata kulbaczewska-figat

Czy wolno zwalniać urzędników?

W urzędach i ministerstwach już teraz brakuje pracowników. Kto będzie wykonywał obowiązki po planowanych przez rząd zwolnieniach? Inicjatywa Pracownicza odsłania absurdalne skutki Tarczy Antykryzysowej 2.0.

Znany z nieustępliwej walki o prawa pracownicze związek złożył złożył do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie zgodności z ustawą zasadniczą przepisów zawartych w Tarczy 2.0, które dają premierowi możliwość zwalniania osób zatrudnionych w administracji publicznej – Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, a także urzędach podlegających, w tym urzędach wojewódzkich. Spać spokojnie nie mogą również pracownicy ministerstw, których cięcia dosięgną w ramach kolejnej tarczy.

Działacze IP podczas dzisiejszego spotkania z dziennikarzami zwracali uwagę, że przepisy są niebezpieczne z dwóch powodów. Po pierwsze – oznaczają degradacje warunków zatrudnienia (obniżki płac, zatrudnianie w niepełnym wymiarze godzinowym, korzystanie z agencji pracy tymczasowej) w administracji publicznej, która powinna być wzorem przestrzegania prawa pracowniczych. Po drugie – przyczynią się do obniżenia jakości świadczonej pracy, co jest niebezpieczne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.

Związkowcy z niepokojem spoglądają na podważanie standardów pracy w służbie cywilnej. Podkreślają, że jej rolą jest „zapewnienie państwu w każdych warunkach i czasie specjalistów w zakresie administrowania”.

Jakość pracy jest warunkowana stałością zatrudnienia – wskazują działacze IP. „Nie bez powodu to właśnie tam nawiązuje się stosunki pracy na podstawie mianowania, które charakteryzują się wzmocnioną trwałością. Dzięki takim środkom państwo zawsze dysponuje doświadczonymi ekspertami bez przerw na szkolenie nowej załogi i bez obawy o zbytnią podległość zmieniającej się władzy” – czytamy w ich komunikacie.

Przemawiający na konferencji działacz OZZIP Jakub Grzegorczyk zauważył, że rząd PiS powtarza antypracownicze posunięcia gabinetu Donalda Tuska, który w 2010 roku wprowadził ustawę o redukcji zatrudnienia. – Zakładały one automatyczną redukcję zatrudnienia w administracji. Te przepisy zostały uznane za niekonstytucyjne. Trybunał odniósł się wówczas przede wszystkim do statusu, jaki ma służba cywilna w Polsce. Bazując na tej argumentacji, proponowane teraz przepisy również powinny zostać uznane za niekonstytucyjne – argumentował związkowiec.

– Administracja rządowa jest pozbawiona prawa do strajku. Korzystamy zatem z tych narzędzi prawnych, które zostały przewidziane w innych ustawach, kierując wniosek do Trybunału, licząc, że zostanie potraktowany jak ten z 2010 roku.

Grzegorczyk wskazał też na zagrożenie, jakim jest podczas kryzysu epidemiologicznego polityka rządu przejawiająca się w serwowaniu kolejnych tarcz antykryzysowych. – Ta polityka jest oparta na cięciu wydatków publicznych, uealstycznieniu czasu pracy, redukcji pensji czy innych narzędziach, z której korzystają pracodawcy już teraz obniżając wynagrodzenia czy przeprowadzając zwolnienia. Uważamy, że ta polityka jest błędna – podkreślił.

– Zapisy te dotkną przede wszystkim pracowników i pracownic, które już teraz należą do grup najgorzej opłacanych – mówiła Weronika Parafinowicz z komisji OZZIP na Uniwersytecie Warszawskim. Działaczka przypomniała, że osoby te w ostatniej dekadzie borykały się z problemem niskich płac, które były odgórnie zamrożone w ramach kuracji oszczędnościowej. – Wynagrodzenia te były wyraźnie niższe od przeciętnych wynagrodzeń w gospodarce narodowej – mówiła Parafinowicz.

Skutkiem takiej polityki były wakaty na ważnych stanowiskach w administracji publicznej. – Zapowiedź zwolnień w sytuacji, gdy brakuje już pracowników jest po prostu absurdem- wskazała działaczka, dodając, że będzie to oznaczać obciążenie większą ilością obowiązków dotychczasowych zatrudnionych, co przełoży się na pogorszenie jakości pracy.

Urszula Łobodzińska z Warszawskiej Komisji Środowiskowej OZZIP mówiła o społecznych skutkach kolejnych tarcz. – W pierwszej kolejności pod nóż premiera pójdą pracownicy NFZ, ZUS i KRUS, bibliotek, domów kultury, uczelni wyższych, domów dziecka. Oni już teraz drżą o swoje miejsca pracy i warunki zatrudnienia.

Działacze Inicjatywy Pracowniczej wskazali też, że cięcia będą wyjątkowo bolesne dla tych, których pracy zwykle się nie docenia, a których praca jest niezbędna – ochroniarzy, portierów, pracowników kateringu.

Nie bać się interwencji państwa

Epidemiczny kryzys przywrócił nam materialne poczucie, że realna gospodarka nie funkcjonuje jak kapitał krążący między Wall Street a tanimi szwalniami w Bangladeszu, tylko wśród prawdziwych ludzi, prawdziwych stosunków pracy – mówi Jan Zygmuntowski, ekonomista, prezes fundacji Instrat, w rozmowie z Wojciechem Łobodzińskim.

Czy gdzieś na przecięciu demografii i ekonomii istniały prognozy, mówiące, że jest możliwy kryzys ekonomiczny spowodowany czynnikiem pandemicznym?

To jest bardzo ciekawe i trudne pytanie. Pewnie gdzieś takie kwestie się pojawiały, jednak sądzę, że większość ekonomistów o takich modelach nie słyszała. Tradycyjnie zajmujemy się systemami podatkowym, makroekonomią, czy wydajnością pracy. Ekonomia rości sobie prawa do bycia nauką o gospodarowaniu zasobami, lecz w gruncie rzeczy te zasoby są wyabstrahowane jako jednostki towarowe, tak przedstawia nam je kapitalizm. Nie ma więc mowy o ich umiejscowieniu w jakimś środowisku, opartym na ludziach, pracy społecznej. Działa tutaj marksowski fetyszyzm towarowy, towar jest sam sobie w procesie produkcji, nie ma niczego więcej. A kontekst zdrowotny, społeczny kompletnie ekonomistom umyka.
Wydaje mi się, że jeśli w jakiejś ekonomii występowały takie prognozy, to właśnie w tej, która zajmuje się wpływem ekonomii na środowisko, a więc w ekonomii środowiskowej. To właśnie w ramach tego dyskursu mówi się o tym, że należy odchodzić od kultu ciągłego wzrostu produkcyjności, a i jednocześnie konsumpcji, ponieważ koszty środowiskowe, jak i społeczne są zbyt duże. Czołowym przedstawicielem tak rozumianej ekonomii jest William Nordhaus, laureat nagrody Nobla z 2018 roku otrzymanej za badania nad regulacjami dążącymi do zmniejszania negatywnego wpływu gospodarki na środowisko. Znowu więc mamy tutaj do czynienia z dość wyabstrahowaną materią, a nie czymś bardzo konkretnym o czym mówisz, czyli kwestią zagrożenia biologicznego płynącego ze struktury globalnej gospodarki. W ekonomii takie czynniki nazywa się szokami, często mówi się: wyobraźmy sobie, że w modelu pojawił się szok popytowy, albo szok podażowy.

Do niedawna przyjmowano, że każdy taki szok jest egzogeniczny, zewnętrzny i niemożliwy do przewidzenia. My go nie widzimy w zakładanym modelu, dopiero po fakcie obserwujemy jak gospodarka na niego reaguje. Dopiero w latach 70. zaczęto ujmować czynniki technologiczne czy kapitału ludzkiego, jako kwestie endogeniczne, wewnętrzne, a więc możliwe do zbadania i przewidzenia. Teraz jest nam potrzebny kolejny krok w rozwoju ekonomii, która do dziś nie zajmowała się zarysowaną przez Ciebie problematyką, powinniśmy brać pod uwagę kwestię zagrożenia społeczno-biologicznego.

Jakimi jeszcze skostniałymi schematami myślowymi ten kryzys wstrząsnął?

Myślę, że jest kilka głównych wymiarów takiego zerwania z dotychczasowymi modelami myślowymi w ekonomii. Po pierwsze bardzo szybko doszło do zerwania globalnych łańcuchów produkcji, szczególnie przez Chiny, pierwszą ofiarę wirusa. Z dnia na dzień okazało się, że nie są one w stanie dostarczać wymaganych komponentów. To był niejako pierwszy szok, który uderzył w globalizację. Wcześniej mieliśmy do czynienia z wieloma krytykami globalizacji, wychodzącymi z pozycji lewicowych i alterglobalistycznych. Tera przekonaliśmy się, że jeśli polegasz tak bardzo na łańcuchach produkcji, które są rozciągnięte po całym globie, to jedno zaburzenie w tym łańcuchu wywraca cały model do góry nogami. Wnioskiem z tego jest to, że być może pewna lokalność, bezpieczeństwo rozumiane jako bezpieczeństwo surowcowe, energetyczne, zabezpieczające łańcuch produkcji też jest bardzo ważne.

To jest powód, dla którego nagle tak bardzo popularne w debacie ekonomicznej stało się słowo resilience, odporność, czy jak bywa to tłumaczone ostatnio – rezyliencja. Pod tym pojęciem kryje się zdolność do wytrzymania szoku zaburzającego łańcuch produkcji i odpowiedzenia na niego bez upadku całego systemu. Właśnie to przywróciło nam materialne poczucie, że realna gospodarka nie funkcjonuje jak kapitał krążący między Wall Street a tanimi szwalniami w Bangladeszu, tylko wśród prawdziwych ludzi, prawdziwych stosunków pracy. To jest z pewnością główny wymiar zmiany dotychczasowego paradygmatu.

Czy zmieni się również podejście ekonomistów do kwestii produkcji pieniądza? Wiele się o tym mówi.

Tak, okazało się, że właśnie kreacja pieniądza, albo jego produkcja, jest kompletnie czymś fundamentalnie innym niż produkcja materialna. Rządzi się ona innymi prawami i właściwościami, co do tej pory było raczej nie brane pod uwagę. Cały system finansowy, jak opisuje to np. Perry Mehrling z Boston University, jest hierarchicznym systemem płynnego przepływu wartości opartego o relacje społeczne.

Okazało się, że możemy tworzyć ogromne pakiety pomocowe, a państwa mogą je fundować w oparciu o własne banki narodowe za pomocą różnych schematów inteligentnej księgowości, co nie kończy się, jak do tej pory uważano, gigantyczną inflacją. Do tej pory w ramach neoliberalnego paradygmatu uważano, że czegokolwiek państwo nie zrobi, czy będzie walczyć z bezrobociem, czy też kreować pieniądze w celu pomocy najuboższym, będzie się to kończyć inflacją. Jednak jak widzimy dziś mamy do czynienia raczej, jak obserwujemy w Unii Europejskiej, z deflacją, ceny spadają, a nie rosną.

A więc okazuje się, że interwencja państwa jest czymś pożądanym?

Są warunki, w których interwencja państwa uchodzi za konieczną. A więc samo narzuca się pytanie: jeśli sprawdza się ona w kryzysie, to czemu nie mielibyśmy z niej korzystać poza nim? Być może w ogóle pieniądz mógłby być kreowany inaczej, atrakcyjność Nowoczesnej Teorii Monetarnej jest tutaj bardzo duża.

To ona zdecydowanie lepiej opisuje, dlaczego wykreowanie 750 miliardów euro po kryzysie z 2008 roku przez Europejski Bank Centralny nijak nie wpłynęło na inflację w strefie euro. Zgodnie z teoriami tradycyjnymi taka sytuacja okazuje się niezrozumiała. Za pomocą Nowoczesnej Teorii Monetarnej dowiadujemy się, że zależy to od tego. gdzie te środki trafią i jakimi kanałami trafiają do gospodarstw domowych. Jeśli nie trafiają to nie mają żadnego wpływu na polepszenie sytuacji gospodarczej. Z kolei jeśli trafiają też nie oznacza to automatycznie inflacji, bo z nią mamy do czynienia raczej wtedy, gdy podaż nie może się zwiększyć, czyli moce produkcyjne są w pełni wykorzystane.

Trzecim wątkiem na jaki uczulił nas dzisiejszy kryzys jest dostrzeżenie wartości pracy, która jest naprawdę potrzebna w społeczeństwie. Zobaczyliśmy, że bez pracowników publicznej ochrony zdrowia, bez ludzi pracujących w ramach produkcji żywności, bez kurierów i innych pracowników infrastruktury, bez osób wykonujących najbardziej podstawowe prace system, w którym żyjemy uległby załamaniu. To oczywiście dla wielu osób myślących prospołecznie było od zawsze oczywistością, jednak dziś jest to zauważalne dla znacznie szerszego grona ludzi. Mam nadzieję, że oprócz oklaskiwania ich wpłynie to również na ich bezpieczeństwo pracy i wynagrodzenia.

Czy to wpłynie na pozycję negocjacyjną związków zawodowych? Z jednej strony możemy dostrzec przyśpieszającą dynamikę uelastycznienia pracy, nagle wiele osób straciło pracę, znaczna jej część przeniosła się do przestrzeni wirtualnej i zarazem domowej, z drugiej ma teraz miejsce to, o czym powiedziałeś, czyli medialny zwrot ku poszanowaniu tak zwanych essential workers.

Siła negocjacyjna związków zależy tylko od ich liczebności i zdolności do strajku. Jeśli nie ma konieczności, pracodawcy nie zaproszą do stołu związkowców. Ta rola więc może wzrosnąć stopniowo, bo widać odnawiające się – choć wciąż nie masowe – zainteresowanie związkami zawodowymi, szczególnie w dość trudnych do tej pory sektorach niskopłatnej pracy usługowej.

Uzwiązkowienie tych „essential workers” to jest taka odwrócona rezyliencja, w myśl logiki, że skoro jesteśmy niezbędni, to nasz strajk będzie uderzeniem w czuły punkt systemu. Tu szczególnie muszę pogratulować Inicjatywie Pracowniczej w Amazonie, która wiedzie prym, jeśli chodzi o to nowe uzwiązkowienie.

A wracając do Nowoczesnej Teorii Monetarnej to gdzie dziś możemy dostrzec jej największą aktualność w ciągu tych trzech miesięcy. Czy ekipy rządowe pozwalają sobie dzięki niej na większą swobodę w emisji pieniądza i walce z kryzysem gospodarczym, w przeciwieństwie do sytuacji w 2008 roku?

W niektórych krajach – myślę tu szczególnie o Japonii – praktyka gospodarcza od lat była pozbawiona irracjonalnych barier kierowanych logiką „zrównoważonego budżetu” czy „oszczędzania” i to raczej finanse funkcjonalne z Nowoczesnej Teorii Monetarnej tłumaczyły makroekonomiczną sytuację tego kraju. Jednak nawet dziś w Unii Europejskiej rozmawia się o zaciągnięciu znacznego długu w wysokości 750 miliardów euro i rozdysponowania znacznej jego części w formie grantów państwom członkowskim. Mimo tej skali to wciąż tylko drobny pilotaż, ledwo ponad 5 proc. PKB UE.

W propozycji składanej jako inicjatywa „Pacjent Europa” – jestem jej sygnatariuszem – Komisji Europejskiej proponowaliśmy dwukrotnie większą sumę, z wydatkami przede wszystkim na tymczasowy dochód gwarantowany i finansowanie płac w ochronie zdrowia i opiece. Myśl Nowoczesnej Teorii Monetarnej jest raczej widoczna tam, gdzie próbuje się przebić marazm status quo, więc to zespół ekonomiczny Stephanie Kelton i środowiska Alexandrio Ocasio-Cortez, to ludzie doradzający brytyjskiej Partii Pracy.

Jak zrecenzowałbyś Tarcze Antykryzysowe polskiego rządu? W tej chwili mamy do czynienia już z czwartą tarczą, a z mediów dowiadujemy się, że trwają prace nad kolejną, piątą.

Samo to, że pierwsza tarcza pojawiła się miesiąc po wdrożeniu reżimu sanitarnego już samo w sobie było ogromnym opóźnieniem. Powinno to było mieć miejsce w tym samym czasie co odgórne ograniczenie życie społecznego. Ponadto wydaje się, że cały projekt jest nieprzemyślany, cały czas dochodzą coraz to kolejne tarcze, chociaż wszystkie ich zapisy mogły być zawarte w jednym, dwóch projektach, które nie są wewnętrznie sprzeczne. To, że propozycja podniesienia zasiłków dla bezrobotnych, do których w Polsce uprawnionych jest zaledwie 16 proc. osób, pojawia się dopiero teraz, a nie na samym początku, kiedy zaczęły się zwolnienia, jest postawieniem sytuacji na głowie. Po drugie pokrycie przez rząd połowy wynagrodzenia, po jego wymaganej 20-procentowej obniżce, jest kompletnie pomylonym działaniem mającym swe źródło w doktrynie zrównoważonego budżetu. Sprawia to, że firmy nie zmniejszające wynagrodzeń nie otrzymają tego wsparcia. Więc nawet te firmy, które chciały utrzymać zatrudnienie i pensje na normalnym poziomie, musiały je obniżyć, aby dostać wsparcie państwa. Przez to presja na obniżanie płac, ich udziału w PKB się zwiększyła, co może tylko pogłębić kryzys. Wprowadzenie pierwszej tarczy, a więc rozdysponowanie przez państwo 212 miliardów, miało z góry założony błędny kierunek. Jedna trzecia tych środków poszła do sektora finansowego, który jeszcze nijak nie ucierpiał na dotychczasowym kryzysie. Te pieniądze powinny pójść do gospodarstw domowych, bezrobotnych i mikroprzedsiębiorstw.

W tarczach widać też próby zarządzania za pomocą doktryny szoku. W każdej kolejnej tarczy pojawiają się rzeczy nie związana z obecnym kryzysem, które wydają się próbą stworzenia nowych warunków działania społeczeństwa w tym czasie, kiedy rząd wie, że wszyscy będą głosować za tarczami i trudno będzie wyłapać antyspołeczne motywy. Wszystko wskazuje na to, że ta sytuacja zostanie z nami na dłużej, a model zarządzenia kolejnymi tarczami, rozmontowującymi prawa pracownicze i wzmacniającymi neoliberalne dogmaty, się utrzyma.

Co w takim razie powinno znaleźć się w prawdziwych, nie pozorowanych tarczach?

W marcu wyparowała 1/3 konsumpcji, ludzie zaczęli oszczędzać, czując już na własnej skórze spowolnienie gospodarcze, prognozowane bezrobocie szacuje się na wakacje w porywach do 10-15 procent, wiele gospodarstw domowych, starając się związać koniec z końcem, zacznie się zadłużać. Najważniejsze więc wydawałoby się zdjęcie z nich tego ciężaru. Rząd powinien zakazać odcinania ludzi od mediów w momencie, gdy spóźniają się z zapłatą za nie, wprowadzone powinno zostać kompleksowe wsparcie dla bezrobotnych, ale też osób pracujących w prekarnych warunkach zatrudnienia. Mowa tutaj o 3 milionach ludzi.

Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by państwo nie bało się długu. Koszty polskiego długu są teraz historycznie najniższe od czasów transformacji gospodarczej, kupony odsetkowe polskich pięcioletnich obligacji są na poziomie 0,75 proc., dziesięcioletnich – ponad jednoprocentowe, a więc koszty obsługi długu są niskie, a więc powinniśmy teraz się zadłużać, mamy ku temu najlepsze warunki.

Od samego początku jako Instrat mówiliśmy, że z obecnym zadłużeniem na poziomie około 43 proc. PKB na koniec ubiegłego roku, na spokojnie moglibyśmy zadłużyć się o kolejne 10 proc., co nie skutkowałoby nawet przekroczeniem konstytucyjnego poziomu zadłużenia, ustalonego arbitralnie. Ten próg został wyznaczony na podstawie ideologicznych dogmatów, co miało powstrzymywać kolejne rządy przed aktywną polityką gospodarczą. Wiele krajów europejskich, takich jak między innymi Niemcy, ale też tych spoza Europy, takich jak Japonia czy USA, nie posiada takich ograniczeń, mając jednocześnie dużo większe zadłużenie niż my i nie jest to dla nich żadnym problemem. Spokojnie więc można byłoby wyemitować 250 miliardów złotych w obligacjach, które skupować mogłyby państwowe banki i następnie Narodowy Bank Polski, lecz raczej skupiłby je sam rynek prywatny. Będąc w sytuacji kryzysowej takie nagięcie konstytucji, w tym miejscu stwarzającej arbitralne, ideologiczne bariery dla polityki gospodarczej, nie byłoby bezprecedensowe. Od razu pozwoliłoby to sfinansować najbardziej palące potrzeby społeczne.

Brak tego manewru nie oznacza poza tym tego, że unikniemy eksplozji długu. Po prostu ten dług będzie gdzie indziej zlokalizowany. Ludzie i tak będą potrzebowali środka płatniczego, tylko zamiast otrzymywać go od bardzo stabilnej instytucji państwa, ludzie będą samodzielnie zaciągać te długi w bankach i wątpliwych instytucjach pożyczkowych. Dług wyląduje na barkach najbiedniejszych gospodarstw domowych. A to skończy się w moim odczuciu społeczną tragedią.

Poza tym wsparcie powinno być jednoznacznie powiązane z lepszymi warunkami pracy, nie pogarszaniem istniejących. Ekologiczne i społeczne warunki postawione w zamian za błyskawiczną pomoc to przecież sprawiedliwa wymiana – jeśli chcecie coś od społeczeństwa, musicie poprawić swój wpływ na nie. Tylko tyle i aż tyle.

Dodatek solidarnościowy tylko dla nielicznych

Związki zawodowe oczekiwały, że obiecane przez Andrzeja Dudę świadczenie solidarnościowe będzie uzupełniać zasiłek dla bezrobotnych. Rządowy projekt jest dla nich rozczarowaniem.

Świadczenie czy też dodatek solidarnościowy miały wynosić 1400 zł – obiecywał prezydent. I to akurat się zgadza. Dalsze szczegóły są dla obrońców praw pracowniczych raczej niemiłym rozczarowaniem.
Świadczenie przeznaczone jest dla osób, które straciły pracę po 31 marca i będzie mogło być wypłacane maksymalnie przez trzy miesiące. Kto złoży wniosek w czerwcu i spełni kryteria, dostanie pieniądze w tym miesiącu, a potem w lipcu i sierpniu. Chyba, że na mocy nowego rozporządzenia rada ministrów uzna, iż sytuacja na rynku pracy nadal jest bardzo trudna, a bezrobotni nie mają perspektyw na znalezienie zatrudnienia.
Tylko dla etatowców
Prezydencki projekt przeznaczony jest wyłącznie dla osób, które do końca marca były zatrudnione na etatach. Ponadto, aby otrzymać świadczenie w należy udowodnić, że w 2020 r. podlegało się ubezpieczeniom społecznym z tytułu stosunku pracy przez minimum 90 dni. Kto miał „śmieciówkę” i stracił zajęcie już na początku kryzysu nadal może liczyć tylko na wsparcie zapisane w pierwszej „tarczy antykryzysowej” – nieco ponad 2000 zł, o które zresztą wniosek powinien złożyć pracodawca. I często nie składa, by uniknąć zbędnych wyjaśnień, dlaczego zatrudniał w oparciu np. o umowy zlecenia, gdy spełnione były kodeksowe warunki etatu.
Z dodatkiem, bez zasiłku
Związki zawodowe dość wyraźnie sugerowały rządowi, że optymalna pomoc na czas kryzysu polegałaby na radykalnej podwyżce zasiłku dla bezrobotnych i równoczesnym wypłacaniu dodatkowego świadczenia. Gotowy projekt ustawy oparty na takich założeniach przygotował parlamentarny klub Lewicy. Tak jednak nie będzie. Projekt ustawy złożony przez prezydenta nie pozostawia żadnych wątpliwości.
– W przypadku nabycia prawa do dodatku solidarnościowego,prawo do zasiłku dla bezrobotnych lub stypendium, o których mowa w ustawie z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, z mocy prawa ulega zawieszeniu na okres od dnia nabycia prawa do dodatku solidarnościowego do dnia jego utraty – głoszą proponowane przepisy. Tylko status bezrobotnego będzie można uzyskiwać, niezależnie od składania dokumentów o dodatek.
Nie zapomniano nawet o tych, którzy zarejestrowali się jako bezrobotni na tyle wcześnie, by w czerwcu już otrzymać zasiłek, ale w tym miesiącu zawnioskują o dodatek solidarnościowy.
– W przypadku pobrania zasiłku dla bezrobotnych lub stypendium, o których mowa w ustawie z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy,w miesiącu złożenia wniosku o dodatek solidarnościowy, dodatek wypłacany jest za ten miesiąc w kwocie, o której mowa w ust. 1, pomniejszonej o wypłaconą kwotę tego zasiłku lub stypendium – czytamy.
Hojność władzy
Rząd łaskawie zgodził się jedynie, by okres pobierania dodatku solidarnościowego nie był wliczany do okresu pobierania zasiłku dla bezrobotnych, tym samym nie skracając okresu jego wypłacania. A także, by dodatek był nieopodatkowany.
W projekcie zapisano również planowane zmiany w zakresie wysokości zasiłku dla bezrobotnych. Ale i tu podwyżki nie zwalają z nóg. W pierwszych 90 dniach zasiłek miałby wynosić 1200 zł. Później – 942,30 zł. I wszystko to, jeśli dobrze pójdzie, dopiero od września.
Opracowany przez socjaldemokratów projekt ustawy o świadczeniu kryzysowym miał kosztować 3,6 mld zł miesięcznie, przewidywał świadczenie dla każdego zwolnionego z pracy oraz dla małego przedsiębiorcy, który zamknął działalność. Ustanawiał również zasiłek dla bezrobotnych na poziomie połowy ostatniego wynagrodzenia.

Krucjata prezesa

Kaczyński poszedł w nieokiełznane samodzierżawie: naczelną filozofią wszystkich instytucji, które PiS bezlitośnie okupuje, jest w tej chwili żądanie, by wszyscy uznali dziejową konieczność i obowiązek bezwzględnego poświęcania się dla Prezesa Państwa. Każdego, kto się od tej moralnej i politycznej powinności uchyla, czeka gniewny szlachecki zajazd.

W taki sposób stłumiono rokosz Trybunału Konstytucyjnego, a od jakiegoś czasu próbuje się dorżnąć Sąd Najwyższy. Tam gdzie natarcie odparto – na przykład w KRRiTV – PiS-owskie warcholstwo utworzyło swoje, równoległe struktury, błyskawicznie uznane za jedyny, choć pozakonsytucyjny punkt odniesienia. Instytucje to jednak za mało; nowa mądrość etapu to – jak się zdaje – ustawiczne bezpieczniacko-prokuratorskie dogryzanie wszystkim grupom, które nie nauczyły się kochać 4,5 RP. Oczywiście, wspomaga ono uruchomione już dawno rozmaite nagonki, na czas epidemii trochę tylko uśpione – przeciwko Rosjanom, Arabom, kobietom, osobom LGBT, Unii Europejskiej oraz – nie zapominamy słynnych wynurzeń eksministra Waszczykowskiego – wegetarianom, rowerzystom i „zwolennikom mieszania kultur i ras”.

Ostatni tydzień to jeden z najbardziej przerażających odcinków serialu pod tytułem Polska Wstaje z Kolan. Podobny do tego z połowy kwietnia, gdy podczas jednego dnia w Sejmie głosowano obywatelskie projekty ustaw walące w Żydów (447) i kobiety (aborcja) oraz pięknie dopełniający się kolejny duet, który, gdyby został przyjęty, zakazałby nauczania dzieci o ludzkiej seksualności, ale za to dałby im możliwość udziału w polowaniach. Teraz horror tej jakości rozlał się poza Sejm – wszyscy uczestniczymy w jakimś tyleż skandalicznym, co mrocznym absurdzie.

Ordo Iuris, fundamentalistyczna sekta prawników, zaprzęgła do nowej ewangelizacji polską policję. Jej funkcjonariusze, niezmordowanie od kilku dni, przyprowadzają jej na przesłuchania śląską młodzież akademicką i użyczają swoich komisariatów do straszenia studentek i studentów, którzy wcześniej, korzystając z legalnej uniwersyteckiej procedury, poskarżyli się na swoją wykładowczynię. W tym samym czasie organizacja ta uzyskuje, w drodze sądowo-prokuratorskich deliberacji tak zwane zabezpieczenie powództwa: znana polska feministka Marta Lempart dostała kuriozalny zakaz wypowiada przez rok twierdzenia, jakoby Ordo Iuris było zgrają fundamentalistów finansowanych przez Kreml. Jakkolwiek przerażające w swym idiotyzmie jest to twierdzenie, kneblowanie czyichś supozycji na temat publicznego podmiotu jawnie dopuszczonego do współzarządzania odpalonymi nagonkami, uznać należy za odrażające i niemoralne.

Jakby tego było mało, sąd, któremu przyszło rozpatrywać powództwo siedmiu facetów, którzy poczuli się obrażeni przez znaną katolicką dżihadystkę Kaję Godek, uznał, że zachodzi uzasadniona wątpliwość, czy publiczna wypowiedź tej kobiety: „geje chcą adoptować dzieci, żeby je gwałcić” aby na pewno ich obraża. Wszak nie udowodnili, iż sami są gejami (ciekawe, jak mieliby to przed sądem uczynić?!).

Poza tym kierowniczka jednego z sieci sklepów IKEA, która zwolniła ongiś sunącego agresywnym homofobicznym bełkotem po kolegach z pracy przy użyciu służbowego sprzętu, będzie odpowiadała za ograniczanie praw pracowniczych ze względu na wyznanie. Dlatego, że ten typ racjonalizował swoje przemocowe postępowanie cytatami z Biblii. Jednocześnie sejmowa komisja zdrowia zdecydowała o zaostrzeniu tak zwanej klauzuli sumienia. Wcześniej lekarze, którzy odmawiali wykonania legalnej aborcji, musieli poinformować pacjentkę, gdzie może szukać pomocy. Teraz już tak nie będzie. Poseł PiS Bolesław Piecha, który złożył poprawkę w tej sprawie, argumentował, że pacjentki mogą sobie tego rodzaju informacji „poszukać w internecie”.

Na tym oczywiście nie koniec. Kilka dni temu policja bezczynnie przyglądała się, jak banda osiłków próbuje dokonać na warszawskiej Pradze nielegalnej eksmisji bez komornika i bez nakazu, a potem użyła przemocy wobec osób, które próbowały ją zablokować. W swojej kolejnej odsłonie „tarczy antykryzysowej” rząd zaplanował, jak się okazuje, sowite wypłaty dla kościoła katolickiego. Ten sam rząd, który kupował od kolegi ministra zdrowia maseczki po 209 zł za sztukę, podczas gdy ten wytrawny biznesmen nabywał je w Turcji za 34 zł.

I jeszcze taki kwiatek. Do pieca dołożyła też dziś jakaś grupka patriotycznych śledczych od siedmiu boleści działających jako Reduta Dobrego Imienia, którym chyba zaszkodziła kwarantanna. Oglądając seriale na znanej platformie Netflix kolesie ci wynotowali sobie momenty szkalowania Polski i prezentują właśnie swój „raport”. Poza tym truskawki są po 30 zł.

Piękne jutrzenki, piękne dni, piękne wieczory, cudowna rzeczywistość.

Lewica poprawia Tarczę 4.0

Parlamentarna Lewica zaliczyła duży punkt – Sejm uchwalił poprawkę zgłoszona jeszcze 5 maja br., by firmy, które biorą pomoc od państwa podlegały pewnym ograniczeniom realizującym zasady sprawiedliwości społecznej.

Poseł Adrian Zandberg jeszcze 5 maja zgłosił poprawkę w następującym brzmieniu:

„Maksymalna wysokość wynagrodzenia miesięcznego

1)kierowników, w szczególności dyrektorów, prezesów, tymczasowych kierowników, zarządców komisarycznych i osób zarządzających na podstawie umów cywilno-prawnych

2) zastępców kierowników w szczególności zastępców dyrektorów u wiceprezesów

3) członków organów zarządzających w szczególności członków zarządów

4) głównych księgowych

5) członków organów nadzorczych

– przedsiębiorcy, któremu udzielono pomocy nie może przekroczyć, w okresie od dnia zaakceptowania wniosku do dnia przypadającego po upływie 1 roku od udzielenia pomocy, 400 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z poprzedniego kwartału ogłaszanego przez Główny Urząd Statystyczny na podstawie przepisów o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych

2. Osobom, o których mowa w ust. 1 nie przysługuje prowizja od zysku, nagroda z zakładowego funduszu nagród oraz roszczenie z tytułu udziału w zysku lub nadwyżce bilansowej”

Sejm przyjął tę poprawkę 28 maja,, co oznacza ukrócenie możliwości niesprawiedliwego korzystania z pomocy publicznej.

Posłanka Marcelina Zawisza skomentowała to następująco na swoim profilu na Facebooku: „Wkurza was, że firma bierze pomoc publiczną, a prezesi i kadra zarządzająca nadal zarabiają krocie? No to właśnie w Sejmie, na wniosek Lewicy i Adriana Zandbega, przegłosował poprawkę, która to ucina. Liczę, że ustawa szybko wejdzie w życie i ta patologia się w końcu skończy!”.

Nic dodać, nic ująć.

Potrzebna prawdziwa tarcza

– Koalicyjny Klub Lewicy. nie podniesie ręki za obniżeniem płac – grzmiał Adrian Zandberg w dyskusji nad tarczą antykryzysową nr 4. Sprzeciw Lewicy i KO nie powstrzymał jednak Zjednoczonej Prawicy.

Prawa i godność polskich pracowników znalazły się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Tarcze antykryzysowe rządu Morawieckiego część lewicowych komentatorów już nazywa Planem Balcerowicza 2.0. Demontaż kodeksu pracy trwa w najlepsze.

Gdy tarcza nr 4 wejdzie w życie, przedsiębiorca w imię ratowania firmy, jeśli gdy stosunek kosztów wynagrodzeń do przychodów firmy wzrośnie o przynajmniej 5 proc. miesiąc do miesiąca, będzie mógł obniżyć płace o połowę, a czas pracy o 20 proc., nawet na rok. Jedynym warunkiem będzie utrzymanie płac powyżej płacy minimalnej. Również to pracodawca zdecyduje o terminie wykorzystania zaległego urlopu. Przedsiębiorcy nie będą również musieli przestrzegać części postanowień układów zbiorowych i/lub zakładowych regulaminów wynagradzania, jeśli zakładały one np. wyższe od ustawowych kwoty odpisów podstawowych dla osób niepełnosprawnych czy emerytów i rencistów. Fundusz Świadczeń Socjalnych będzie mógł zostać zamrożony całkowicie; w tym akurat punkcie potrzebna będzie zgoda reprezentacji pracowników..

To zły projekt

– mówią jednym głosem związki zawodowe: OPZZ, Inicjatywa Pracownicza, Związkowa Alternatywa, organizacje branżowe zrzeszone w OPZZ. Krytyczna jest nawet przychylna rządowi „Solidarność”. W Sejmie mocnym krytycznym głosem przemówił klub Lewicy.

– Setki tysięcy Polaków boją się, że są następni w kolejce do zwolnienia. A co robi rząd? Jeszcze ułatwia zwalnianie! Jak? Zmieniacie prawo tak, żeby można było wyrzucić ludzi z pracy taniej, żeby to się opłacało – mówił w imieniu socjaldemokratów Adrian Zandberg. – To jest wasz jedyny pomysł na ten kryzys – zabrać pracownikom, zabrać polskim rodzinom! W tej ustawie premier Emilewicz wysyła prosty komunikat do firm: zwalniajcie ludzi, zwalniajcie ile wlezie i ja wam w tym jeszcze pomogę.

Polityk przypomniał również, że PiS ciągle opóźnia nowelizację ustaw, które gwarantowałyby wyższe i bardziej dostępne zasiłki dla bezrobotnych. A przecież jest gotowy projekt Lewicy o świadczeniu kryzysowym, a jego autorzy zachęcali rząd, by po prostu go przepisał, jeśli nie chce głosować za tekstem sporządzonym przez opozycję.

Minister Emilewicz wolała jednak przekonywać, że tarcza jest… prozatrudnieniowa. Już wcześniej w mediach twierdziła, że rządowa pomoc dla firm osiągnęła poziom 46 mld zł i pozwoliła ocalić setki tysięcy miejsc pracy.

Obniżcie sobie pensje

Adrian Zandberg wypomniał politykom PiS, że zachowują się zupełnie jak ekipa Donalda Tuska, którą tak chętnie krytykują.

– Pamiętacie, jak Donald Tusk przerzucił koszty kryzysu na zwykłych ludzi, a potem ogłaszał, że Polska odniosła sukces? Wtedy go krytykowaliście – i słusznie! Mówiliście, że premier Tusk rozwala państwo, że zamyka szkoły, że głupimi oszczędnościami niszczy usługi publiczne. A dziś to wy to robicie! – powiedział jeden z liderów Lewicy Razem.

Dobrą radę premierowi Morawieckiemu i pozostałym członkom rady ministrów dał z kolei kandydat Lewicy na prezydenta. Robert Biedroń przypomniał, że na całym świecie szefowie rządów czynili gest solidarności z obywatelami, obniżając swoje pensje. Dlaczego podobnie nie mógłby postąpić zamożny przecież premier Morawiecki?

– Jeżeli pan chce sprawdzić, jak to jest, kiedy nie ma na zapłacenie rachunków, kiedy nie ma pieniędzy na wysłanie dziecka do szkoły, kiedy nie ma na zapłacenie czynszu – niech pan zacznie od siebie – powiedział Biedroń.