Tarcza, która nie ochroni

Tarcza Morawieckiego nie zawróci kijem recesji światowego kapitalizmu wspierając polskie mikrofirmy i zakłady uzależnione od dobrej koniunktury na rynkach światowych. Ten plan to ogromna pomyłka, która doprowadzi do katastrofy na rynku pracy i w produkcji.

Jako niewielki kraj Polska samodzielnie nie odmieni koniunktury światowej i nie wstrzyma trendów globalnych. Zależymy od gospodarki niemieckiej i światowych rynków, a rozwiązania krajowe nie powstrzymają finansowego krachu i rozpędzającego się kryzysu.

Tzw. tarcza przygotowana przez rząd Morawieckiego jest kompletną katastrofą i to niezależnie od tego, jaki jest nasz polityczny punkt widzenia. Jest ona kompletnie nieskuteczna nawet z perspektywy rozwiązań kapitalistycznych. Zakłada bowiem dopłaty z budżetu tylko dla małych – a więc i mało dochodowych, i mniej istotnych firm. Po drugie: drobnych i zazwyczaj posiadających znikome oszczędności małych firm nie będzie stać na wypłacanie kilkudziesięciu procent pensji pracowniczej przez kilka miesięcy w sytuacji, kiedy światowy łańcuch produkcji i konsumpcji został przerwany. Opłacanie z budżetu tylko 40 proc. płacy okaże się kompletnie nieskuteczne – ponieważ źródło dla pozostałej części często po prostu już nie istnieje. Tarcza nie ochroni małego biznesu żyjącego z dnia na dzień, a dużego natomiast w ogóle nie dotyczy. To środek, który ma służyć ochronie drobnej przedsiębiorczości, lecz w rezultacie obciąży tylko budżet państwa i nie przyniesie żadnych korzystnych, czy trwałych rozwiązań. Rozwiązania proponowane w Tarczy bez wątpienia są też zagrożeniem dla świata pracy. Postulowane uelastycznienie umożliwi wyzysk po 12 godzin na dobę, a zwolnienie firm ze składek jeszcze bardziej pogrąży budżet naszego – już niewydolnego – systemu ochrony zdrowia.

Polskie firmy już teraz zapowiadają setki tysięcy zwolnień, a prezesi już w tym momencie zamykają nierentowne fabryki i ograniczają produkcję. Robią tak z uwagi na spadek światowej konsumpcji i trendy o charakterze globalnym. Rząd tymczasem nie ma żadnego pomysłu, jak zamortyzować nieunikniony wzrost bezrobocia i obciążenia systemu pomocy socjalnej. Podtrzymanie na kroplówkach części spośród drobnych firm nie uratuje miejsc pracy – państwo nie będzie w stanie miesiącami finansować niedochodowych mikroprzedsiębiorstw, spośród których olbrzymia część nigdy już nie wróci do działalności w trybie sprzed światowej pandemii.

Nic nie będzie jak dawniej

Nie bez powodu francuski minister rolnictwa wzywa tracących zatrudnienie w sektorze usług do pracy w rolnictwie. Struktura gospodarki się zmieni, zmienią się ludzkie przyzwyczajenia i na całe lata nie wróci już koniunktura sprzed pandemii. Miejmy zresztą nadzieję, że nie wróci już nigdy, gdyż rozbuchany konsumpcjonizm najskuteczniejszy był dotychczas w niszczeniu klimatu naszej planety.

Mamy już pierwszy raport dotyczący skokowo rosnącego bezrobocia w Stanach Zjednoczonych (i to pomimo transferów setek miliardów dolarów w giełdę). Wedle niego liczba bezrobotnych starających się o zasiłek wzrosła tam w przeciągu trzech tygodni o trzy miliony (z poziomu 280 tys.!). Premier Morawiecki zamierza jednak bawić się w polską wersję FED-u. Tyle tylko, że zamierza ratować najmniejsze i najmniej dochodowe przedsiębiorstwa. To prosty przepis na klęskę i potworne koszty społeczne. Czekają nas masowe zwolnienia. Będą kolejki do urzędów pracy i po świadczenia społeczne. Będą eksmisje i tysiące bezdomnych. I będzie też ogromna bezradność głupszego niż neoliberalizm rządu. Rząd nie ma świadomości, że nic nie wróci już do pełnej „normy” sprzed kryzysu. Nie rozumie też, że zadaniem państwa w kryzysie jest sterowanie gospodarką, a nie dawanie pieniędzy drobnym firmom, które są najmniej odporne na wahania koniunktury i z których ogromna część już zaraz ogłosi upadłość. Rząd Morawieckiego jest też przesiąknięty starodawną ideologią neoliberalizmu i traktuje państwo, jak darmowy worek bez dna dla upadającego biznesu. Stany Zjednoczone robią dokładnie to samo – tam mamy jednak do czynienia z potężną gospodarką i państwowym sektorem militarnym przynoszącymi gigantyczne zyski. U nas sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Polski kapitalizm jest biedny i uzależniony od innych gospodarek, a państwowy budżet bardzo skromny. Zawdzięczamy to temu, że przez całe lata mieliśmy bardzo niskie podatki dla przedsiębiorstw. Rezultatem tej „troski” o firmy jest bardzo tanie państwo i przywiązanie do antypaństwowych schematów myślenia, które przynosi obecnie swoje efekty.

Przez to środki na utrzymywanie prywatnych firm szybko się skończą, a nowych po prostu nie będzie, ponieważ podatki były zbyt niskie i nie było odpowiedniej progresji (zwłaszcza podatku CIT). Zezwalaliśmy też na transfer gigantycznych zysków za naszą granicę – m.in. za sprawą polityki PiS-u i całkowitego podporządkowania się interesom USA. W ten właśnie sposób pozbawiono nas wpływów z odpowiedniego opodatkowania korporacji, czy zwolniono z podatków amerykańskie koncerny medialne. Poprzednie rządy zrobiły dosłownie wszystko byle tylko osłabić budżet, osłabić państwo i zawierzyć życie polskich obywateli kapitałowi, który najchętniej wysłałby nas już do pracy i to pomimo szalejącej pandemii i ryzyka milionów zgonów.

Tworzyć miejsca pracy

Zadaniem zdrowego państwa jest przygotowanie społeczeństwa na kryzys i na nieunikniony skokowy wzrost bezrobocia. Potrzebujemy gospodarczej mapy przyszłości, szybkich działań ze strony państwa i stworzenia nowych miejsc pracy w sektorach przyszłości: związanych z bezpieczeństwem obywateli, zdrowiem, produkcją żywności itd. Tymczasem głodni darmowych dopłat polscy przedsiębiorcy już teraz mówią o potrzebie drugiej i trzeciej tarczy antykryzysowej. I jest to w pełni zrozumiałe. Pragną utrzymać swój dotychczasowy model produkcji, bo przy niewielkim kapitale i niskiej elastyczności nie będą w stanie się przebranżowić i dostosować do zmieniających się okoliczności. Zamiast dotowania płac w niedochodowych przedsiębiorstwach należy tworzyć dochodowe i stabilne miejsca pracy w państwowych zakładach.

Co wiemy na pewno to, że rynek nie jest odporny na kryzysy i reaguje znacznie wolniej od państwa. Rynek – inaczej niż państwo – ceni też sobie zysk za wszelką cenę. Nie zatrzymają go miliony umierających z głodu, czy śmierć z chorób (zwłaszcza w przypadku kapitalistycznie nierentownych już osób starszych).

Na najbliższe miesiące należy zagwarantować płacę minimalną dla wszystkich tych, którzy stracą pracę i źródło utrzymania. Następnie trzeba wdrożyć państwowe programy tworzące miejsca i zakłady pracy dla tych, którzy tę pracę stracą. Państwo nie powinno wspierać mikrofirm, które nie wykazują żadnych zysków. Zamiast tego powinno jednak wspierać finansowo duże zakłady i przedsiębiorstwa. Powinno jednak robić to tylko i wyłącznie w zamian za udziały na rzecz państwa oraz dołączenie załóg pracowniczych w poczet ich kierownictwa.

Uzdrowić służbę zdrowia

Państwo musi też błyskawicznie znacjonalizować cały system ochrony zdrowia, ponieważ sektor prywatny jest antyspołeczny i kompletnie nieskuteczny w walce z pandemią. Potrzebne jest też planowe kształcenie i zatrudnienie lekarzy. Niezbędna jednocześnie jest gruntowna reforma ochrony zdrowia: niedopuszczalna musi stać się np. sytuacja w której wielu pracowników ochrony zdrowia pracuje w wielu miejscach jednocześnie. Potrzebne jest też odejście od prywatyzatorskiego systemu kontraktowego i limitów, które paraliżują możliwość korzystania nawet z już zakupionego sprzętu. Ten bardzo często stoi nieużywany, gdyż skończyły się już limity zabiegów opłacanych przez NFZ, natomiast za dopłatą od pacjenta uruchamia się go praktycznie od razu i bez kolejki (tak, ten sam sprzęt, który zakupiono z podatków). Nakłady na zdrowie powinny przy tym wzrosnąć przynajmniej do poziomu 9 proc. PKB. Pełnej, antyspekulacyjnej nacjonalizacji muszą też zostać poddane wszystkie fabryki produkujące środki bezpieczeństwa (maseczki, stroje ochronne, czy płyny do dezynfekcji). Walka ze spekulacją jest też konieczna na rynku spożywczym: podwyżki cen podstawowych produktów najbardziej uderzają bowiem w osoby niezamożne, których pensje skokowo tracą w tym momencie na swej wartości.

Konieczne jest zwiększenie płac w kluczowych dla funkcjonowania państwa branżach, gdzie pracownicy są najbardziej narażeni. Trzeba też błyskawicznie zatroszczyć się o najbiedniejszych i zwyczajnie zlikwidować bezdomność – mowa tu o osobach szczególnie narażonych w czasie epidemii, które utraciły też dostęp do datków. Wstrzymane muszą zostać wszystkie eksmisje, spłaty kredytów hipotecznych oraz odcinanie mediów w każdej postaci. Właśnie w czasie kryzysu należy też uruchomić masowy państwowy program budowy mieszkań, który zapewni zatrudnienie dodatkowym tysiącom pracowników. W walce o zdrowie publiczne musimy też szybko ratować polskie powietrze: koniecznością jest zatrzymanie lawinowego wzrostu zachorowań na choroby dróg oddechowych. Kilkadziesiąt miliardów złotych, które rząd wyrzuca obecnie na pomoc nierentownym firmom, wystarczyłoby na błyskawiczną zieloną transformację.

To wszystko jest do zrobienia. O skuteczności i o możliwościach państwa niech świadczą kroki, które dziś podejmuje się w obronie prywatnych firm i rynku, który cały czas miliony skazywał na zwykłą biedę. Tarcza, którą proponuje dziś rząd to tarcza dla neoliberalnej ideologii. Jeśli się jej nie przeciwstawimy to pójdziemy na dno. I to szybko.

Żywa tarcza

Nie mówmy o tarczy antykryzysowej. To, co szykuje rząd i co w formie medialnych przecieków na raty dociera do opinii publicznej, zanim zostanie przegłosowane w piątek, na tę nazwę nie zasługuje.

Prawdziwą tarczą, prawdziwym zabezpieczeniem społeczeństwa przed epidemią byłaby sprawnie działająca publiczna służba zdrowia, odpowiednio wyposażone szpitale, dobrze zarabiające pielęgniarki. Polska prawica wolała jednak zbywać pracowników medycznych obietnicami, udawać, że wszystko jest w porządku lub skrycie marzyć o prywatyzacji. Głosy socjaldemokratów, odkąd ci zaczęli głośniej upominać się o usługi publiczne na godnym poziomie, były ignorowane. Marne pocieszenie, że było tak nie tylko w Polsce: owoce cięcia wydatków publicznych w postaci niedoboru łóżek szpitalnych, respiratorów czy nawet rękawiczek zbierają właśnie Włosi i Hiszpanie. W Madrycie lewicowy rząd, w obliczu sytuacji naprawdę ekstremalnej, zamachnął się – fakt, że z założenia tymczasowo – na dogmat o własności prywatnej i ogłosił, że cała niepubliczna służba zdrowia przechodzi do dyspozycji władz regionalnych. Naszych polityków nie stać nawet na połowę takiej odwagi.

Lewica podsuwała PiS gotowe rozwiązania, by równocześnie zachować socjalną twarz i ratować polski kapitalizm. Wśród jej pięciu postulatów było objęcie pracowników na umowach śmieciowych podstawowymi gwarancjami, zwolnienie przedsiębiorców z opłat za usługi komunalne oraz wypłacanie przez państwo 75 proc. pensji, pod warunkiem, że pracodawca nikogo z pracy nie wyrzuci. Szkoda, że poza debatę w internecie czy publicystykę nie wyszły krok dalej idące pomysły, jak podstawowy dochód gwarantowany, podwyżka podatków dla określonych grup, zawieszenie spłat rat kredytowych dla zwykłych konsumentów czy powszechne ubezpieczenie zdrowotne. Warto, by sejmowi socjaldemokraci się nimi zainteresowali. Niedługo takie ruchy mogą okazać się niezbędne, by najsłabsi w ogóle przetrwali.

PiS-u nie stać nawet na tyle. Jak każda konserwatywna prawica, będzie ratować banki i większy biznes. Nie pracowników i nawet nie te małe firmy, które przez całą III RP chwalono jako najlepszy pomysł na życie. Upadną razem ze spadkiem popytu i siły nabywczej, jaką wywoła obniżenie zarobków i wydłużenie czasu pracy. A taka właśnie ma być polska tarcza antykryzysowa: obniżenie płac, wydłużenie czasu pracy, pozbawienie organizacji pracowniczych prawa głosu. Związki zawodowe nie będą mogły realnie wpłynąć na decyzje pracodawcy, jak ratować firmę.

Firma, która wpadnie w kłopoty, dostanie prawo pod pewnymi warunkami wydłużyć czas pracy do 12 godzin. Inny scenariusz ratowania biznesu? Przy spadku obrotów o 15 proc. pracodawca będzie mógł, skracając czas pracy, równocześnie obniżyć pensję do 80 proc. Jedyne, czego mu nie wolno, to zejść poniżej płacy minimalnej. Połowę tak obniżonego wynagrodzenia i tak zapłaci nasze tanie państwo ze swoich ograniczonych zasobów, ograniczonych tyleż przez tak popularne przed kryzysem „optymalizacje”, co przez trwonienie kasy na propagandę. Pamiętacie, ile kosztowała Telewizja Kurskiego? Polska Fundacja Narodowa? IPN? „Żołnierze wyklęci” nie chronią przed epidemią. Gdyby było inaczej, wirus nawet nie zbliżyłby się do polskich granic.

To zaś, co „socjalny” rząd szykuje dla osób bez umów o pracę, jest zwyczajnie haniebne. Po latach tolerowania rozkwitu śmieciówek i łamania prawa pracy nawet w okresie niezłej koniunktury, wciskania, że taka umowa jest korzystniejsza (w większości przypadków jest tylko pozornie), w momencie załamania rzuca im się nędzną jałmużnę. Samozatrudnieni, ludzie ze zleceniami i umowami o dzieło dostaną jednorazowo 80 proc. płacy minimalnej. Przypomnijmy: ona wynosiła 4000 zł tylko w przedwyborczych obietnicach PiS i w katastroficznych wizjach anty-PiS. W prawdziwym życiu nie przekroczyła 2600 zł brutto. Można policzyć, na ile teraz mogą liczyć ludzie na śmieciówkach czy samozatrudnieniu (często zresztą wymuszonym), zanim przestaną móc liczyć w ogóle na cokolwiek. O zawieszeniu programów socjalnych PiS na razie nie słychać. Ale spokojnie, niech tylko Duda wygra wybory… Kryzys uzasadnia wiele „kroków nadzwyczajnych”.

A kryzys będzie trwał. Epidemiolodzy nie mają dobrych wiadomości, jeśli chodzi o czas walki z wirusem. Państwo, które zrobi z obywateli żywą tarczę, za kilka miesięcy przekona się, że brak popytu i tak zabija firmy ratowane z takim poświęceniem publicznych pieniędzy, a tych pieniędzy, czyli możliwości interwencji publicznej, jest coraz mniej.

Było takie hasło na antykapitalistycznych demonstracjach: Nie będziemy płacić za wasz kryzys! Jeśli tarcza antykryzysowa wejdzie w życie w takiej postaci, co jest najbardziej prawdopodobne, to jednak będziemy, tak jak zapłaciliśmy za poprzedni. Podziękujmy „socjalnemu” rządowi. I szukajmy prawdziwej alternatywy, skoro neoliberalny kapitalizm wdeptuje nas w ziemię po raz kolejny.

Program rządu nas nie uratuje

Epidemia to wielkie wyzwanie dla polskiego państwa, a zarazem szansa, by przemyśleć sytuację i przyjąć odważne rozwiązania, które sprawiłyby, że jakość naszego życia mogłaby się trwale poprawić. Niestety rząd z tej szansy nie korzysta – mówi Piotr Szumlewicz, przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

W wystąpieniu poprzedzającym ogłoszenie pięciu filarów tzw. Tarczy Antykryzysowej prezydent Andrzej Duda zapewnił, że koszty kryzysu wywołanego epidemią zostaną sprawiedliwie rozłożone między przedsiębiorców, pracowników i państwo. Czy faktycznie program idzie w tym kierunku?

Koszty kryzysów prawie zawsze ponoszą przede wszystkim najsłabsi. I tym razem nie będzie inaczej. Nie usłyszałem w rządowych deklaracjach niczego o wyodrębnionych środkach na wsparcie dla osób bezrobotnych, bezdomnych, niepełnosprawnych czy pracowników zatrudnionych w ramach umów niestandardowych. Co dziwi i bardzo niepokoi, nie ma nawet wyodrębnionego wsparcia dla seniorów, których życie i zdrowie podczas epidemii jest najbardziej zagrożone. Nie ma też przygotowanego planu rozwoju usług opiekuńczych, które w czasie kryzysu są bardzo istotne.

Rząd twierdzi, że uratuje sytuację na rynku pracy, biorąc na siebie wypłacenie 40 proc. pensji osobom, które są zatrudnione w firmach dotkniętych przez kryzys (drugie 40 proc. miałby nadal płacić pracodawca). W przypadku samozatrudnienia, umów o dzieło i zlecenie padła deklaracja o 80 proc., ale potem pojawiły się sugestie, że tylko jednorazowo.

Pierwsza sprzeczność: z jednej strony słyszymy o potrzebie stymulowania popytu, z drugiej rząd wprost mówi o bardzo poważnej obniżce płac. 20 proc. to naprawdę dużo. Cóż to za stymulowanie popytu, które opiera się na obniżaniu wynagrodzeń?!

Dalej: rozwiązania wobec osób pracujących na umowach zlecenie i o dzieło oraz samozatrudnionych są ogólnikowe i bardzo ograniczone. Rząd proponuje, aby pracownicy zatrudnieni w ramach umów niestandardowych otrzymali zaledwie 80 proc. minimalnego wynagrodzenia. To głodowa stawka, która nie pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb! W polskim prawie pracy mamy minimalną płacę i żaden pracownik nie powinien otrzymywać wynagrodzenia poniżej tej kwoty. Rząd jawnie dyskryminuje pracowników zatrudnionych w ramach umów niestandardowych i umacnia ich wykluczenie.

Na dodatek nie jest jasne, jak władza chce pomagać tym osobom. Czy pomoc ma być udzielana co miesiąc, czy jednorazowo? Jeśli tylko raz, to trudno to nawet skomentować. To jałmużna. Jeśli co miesiąc, to nasuwają się kolejne pytania: czy pracownicy wykonujący umowę o dzieło otrzymają uprawnienia pracowników etatowych? Czy pracodawcy, którzy wymuszali fikcyjne samozatrudnienie lub umowy zlecenia, będą ponosić jakiekolwiek koszty związane z pogorszeniem sytuacji pracowników, którzy dotychczas wykonywali dla nich pracę? Pytania są, odpowiedzi nie ma.

Czyli należałoby zadziałać bardziej stanowczo? Przyjrzeć się umowom śmieciowym i skasować je wszędzie tam, gdzie Kodeks Pracy przewidywałby etat?

Związkowa Alternatywa uważa, że kryzys powinien być wykorzystany do radykalnego ograniczenia umów niestandardowych. W Polsce setki tysięcy pracowników ochrony, handlu, gastronomii i wielu innych branż ma umowy zlecenia lub jest na samozatrudnieniu w sytuacji, gdy są spełnione wszystkie kryteria umowy etatowej. W sytuacji kryzysu widać, jak destrukcyjne są skutki utrzymywania setek tysięcy prekariuszy, pozbawionych podstawowej ochrony.

Dlatego zaproponowaliśmy abolicję dla pracodawców, którzy teraz zamienią umowy niestandardowe na etaty. Państwo nie karałoby ich za to, że dotychczas omijali umowy etatowe, a wręcz pomogłoby im w utrzymaniu nowopowstałych etatów. Gdyby jednak firmy wciąż łamały przepisy, po kilku miesiącach musiałyby zapłacić wysokie kary.

W chwili próby „solidarny” PiS okazał się neoliberalny?

Rozwiązania antykryzysowe koalicji PO-PSL były zbliżone do rozwiązań przedstawianych dziś przez rząd Mateusza Morawieckiego. Wtedy też przewidziano dopłaty dla przedsiębiorców przy jednoczesnej obniżce płac, ale też możliwość wzrostu elastyczności czasu pracy.

Lewica chce, by rząd wspierał pracodawców, ale pod warunkiem, że ci nie będą zwalniać.

Taką zasadę popieram: wsparcie dla firm pod warunkiem zachowania miejsc pracy. Obawiam się sytuacji, w której pracodawca zwolni połowę pracowników, a pozostali otrzymają niższe wynagrodzenie, na dodatek współfinansowane z budżetu. W ten sposób wzrosłoby bezrobocie, spadł poziom wynagrodzeń, a jedynym beneficjentem świadczeń rządowych byłby pracodawca.

Brakuje w rekomendacjach Lewicy rozwiązań na rzecz rozkręcenia koniunktury i stworzenia nowych miejsc pracy. Pompowanie setek miliardów złotych w upadające firmy bez perspektywy ożywienia gospodarki to tylko odraczanie katastrofy. W perspektywie miesiąca tę strategię można zrozumieć, ale jeżeli epidemia potrwa ponad trzy miesiące, czeka nas zapaść. Środki pomocowe szybko się skończą, a skala bezrobocia i upadłości firm będzie rosnąć, zaś popyt będzie spadał.

Program rządu chwilowo uratuje gospodarkę, ale jej nie uleczy. Jeżeli rząd na masową skalę pozwoli na przesunięcie płacenia składek na ubezpieczenia społeczne, odroczy spłaty rat kredytów, uruchomi program niskooprocentowanych pożyczek, będzie dopłacać do niedziałających firm, to jeżeli gospodarka szybko nie ruszy, po kilku miesiącach system rozsypie się jak domek z kart. Ani osób prywatnych, ani firm nie będzie bowiem stać na spłatę narosłych zobowiązań, a dodatkowo państwo będzie stopniowo pozbawiane możliwości interwencji. Plan rządu nie jest więc obliczony na systemowe przeciwdziałanie recesji, tylko na leczenie bieżących objawów kryzysu.

Damy radę!

Pisząc zeszłowtorkowy tekst byłam przekonana, że kiedy dzisiejszy będę mogła poświęcić rządowemu programowi ochrony przed skutkami epidemii. Bo przecież zapowiedzi były, prezydent nawet cudny tytuł wymyślił „Tarcza antywirusowa”. Niestety. Tytuł jest, treści brak.

Jest za to zapowiedź posiedzenia sejmu w najbliższy piątek. Sejm, kiedy to piszę nadal nie wiadomo w jaki sposób przeprowadzone będzie zgromadzenie 460 osób, w znacznej części z tzw. „grupy ryzyka ze względu na wiek” ma uchwalić ustawę, czyli tę „Tarczę”. W trybie ekstraordynaryjnym, bo ochrona ludzi tracących z dnia na dzień środki do życia jest absolutną koniecznością. Sejm, czyli ludzie, uchwalić, czyli najpierw się z treścią zapoznać, a następnie nad nią pracować, udoskonalić i uchwalić, a potem odesłać do Senatu. Jak? – pytam, i nie ja jedna to pytanie zadaję. Jest późny, poniedziałkowy wieczór. Projektu nie ma. A od tego co zostanie uchwalone zależy byt milionów ludzi. Bo niestety „dobrobyt” w Polsce rządzonej przez PiS jest dla znakomitej większości Polek i Polaków jak horyzont. Im oni bardziej próbują sięgnąć, tym on się oddala. Prawie połowa obywatelek i obywateli żyje z dnia na dzień i nie ma żadnych oszczędności. Żadnych! To ci co żyją od zlecenia, do zlecenia, samozatrudnieni, kosmetyczki, fryzjerzy, ale także młodzi dziennikarze, muzycy, aktorzy albo trenerzy, zwani czasem z angielska coach. Kołczem być jakoś się dawało gdy firmy zlecały rozmaite badania, szkolenia, imprezy. Firmy stanęły, widmo głodu zagląda w oczy milionom młodych z kredytami na głowach, za to bez żadnego zabezpieczenia. Więc trzeba tę Tarczę pilnie uchwalić – tylko nie wiadomo o niej zbyt wiele. Wiele wskazuje, że ochroni ona raczej banksterów niż prekariuszy. Wiadomo!

Z innych pewników za absolutnie udowodniony uważam też ten, że Jarosław Kaczyński nie jest żadnym wielkim strategiem politycznym, żadnym guru ani nawet zrozpaczonym po wielkiej stracie starszym panem o dobrym sercu. Kochającym zwierzęta, uczciwym, oddalonym od realiów i nieco smutnym. Jarosław Kaczyński w dwu wywiadach dla RMF i PAP ujawnił obrzydliwa twarz politycznego cynika i łotra. Kiedyś, gdy słyszałam opowieści o tym jak to on brata na śmierć …. prosiłam o niepowtarzanie głupich, niesprawdzonych i krzywdzących plotek. Teraz, kiedy prezes z zimną krwią chce posłać nas do urn wyborczych, a jednocześnie wszyscy, w tym także jego rząd powtarza – nie wychodźcie – bo tylko tak uchronicie siebie i innych, a kilkadziesiąt tysięcy ludzi już objętych jest kwarantanną, wiem. To nie jest ogarnięty nieprzemijającą żałobą brat, to socjopata, dla władzy skłonny poświęcić wszystkich. I jak to często u socjopatów bywa – tchórz, kryjący się za plecami innych przed jakąkolwiek odpowiedzialnością. Za plecami biskupów. Bo pytany o to czy należy teraz chodzić na mszę – tysiące osób podpisały petycje o zamkniecie kościołów, żeby ograniczyć rozprzestrzenianie się zakażeń, Kaczyński odpowiada cynicznie „Nie ma zakazu. Biskupi nie mówią: „nie chodźcie do kościoła”. Biskupi mówią, że „dajemy wam dyspensę”, to przecież nie jest wezwanie do niechodzenia, tylko stwierdzenie, że można nie chodzić.” Prezydenta – „uważa, że wybory powinny się odbyć. Bo gdyby uważał inaczej, to z całą pewnością podjąłby odpowiednie działania”. Rządu. Nawet niemądrych samorządowców, którzy zafundowali w kilku gminach wybory uzupełniające. Na szczęście frekwencja była niska. Skutki mogą być straszne, wirus ma 14 dniowy okres inkubacji. Za to dla prezesa te wybory, w których zdecydowało się wziąć udział w sumie pewnie kilkaset osób są dla Kaczyńskiego dowodem na to, że wybory prezydenckie nie tylko powinny się odbyć 10 maja, ale dla ich odłożenia w czasie przez wprowadzenie stanu epidemii „nie ma żadnych przesłanek”. Kłamie, oszukuje, drwi z politycznych konkurentów, dzieląc ich na „tych co naprawdę się liczą” i pozostałych i z nas wszystkich opowiadając o urnach wyborczych, które można by dostarczyć do osób w kwarantannie. A na koniec ujawnia – „oczywiście byłoby to – dodam – niezwykle niekorzystne, żeby prezydent i premier byli z różnych obozów politycznych i się spierali. Jest tak, że potrzebujemy dzisiaj wśród innych warunków skutecznego przeciwstawiania się kryzysowi, także politycznej stabilizacji”.
Władza, tylko władza w rękach ludzi mu całkowicie powolnych jest jedynym celem prezesa. Dążenie do podporządkowania wszystkiego i wszystkich za każdą, nawet najwyższą cenę, jest najważniejszą cechą osobowości socjopatycznej. Wszyscy i wszystkie jesteśmy w rękach socjopaty, który za swoje czyny i słowa nie poniesie żadnej odpowiedzialności. Jest przecież tylko jednym z 460 posłów, starszym panem lubiącym zwierzęta. Koszmar jak z najgorszego snu.

A jednak, choć dzisiaj jest trudno, przetrwamy. Wierzę w to, a umacniają moją wiarę nie szaleństwa i dyrdymały władzy, ale ludzie zwyczajni, a dziś niezwyczajni całkiem. Ci, a raczej te szyjące z oddaniem maseczki dla lekarzy, ci co docierają do opuszczonych i bezdomnych z zakupami i dobrym słowem. Ci co wpłacają by zapewnić sprzęt szpitalom i gotują dla medyków ciepłe posiłki. Ci co trwają na lekarskich i pielęgniarskich posterunkach. I ci, co na wezwanie stacji krwiodawstwa mimo zimna stali w długich kolejkach, żeby oddać krew potrzebną w szpitalach. Tak długo jak jest możliwe stanie 4 godziny pod stacją krwiodawstwa, żeby podzielić się z kimś całkiem nieznanym i obcym własną krwią, nikt nas nie pokona! Damy radę! Dbajcie o siebie i pamiętajcie #zostańwdomu.

Uciekanie przed złodziejem

Proste recepty i rozwiązania lubię. Uważam, że to nie tyle świat jest skomplikowany, co ludzie go niepotrzebnie komplikują. Robią to zazwyczaj dlatego, że tylko nieliczna grupa posiądzie umiejętność objaśniania skomplikowanego świata maluczkim, dzięki czemu będzie mogła robić co jej się żywnie podoba-w imieniu prawa. Jak w przypadku systemu podatkowego; im bardziej skomplikowany, tym państwo bardziej skorumpowane i niewydolne.

Adrian Zandberg, mówiąc o przedsiębiorcach którzy uciekali do rajów podatkowych a teraz chcą pomocy polskiego państwa w obliczu zarazy ma rację i jej nie ma jednocześnie. Bo sprawa z pozoru jedynie wydaje się prosta w obsłudze. Powiedział niedawno lider Razem, że ten kto płacił podatki poza Polską, a dziś chce, żeby polski rząd zwolnił go z danin na rzecz ZUS-u itp. powinien raczej zwrócić się o pomoc do rządu kraju, w którym odprowadzał podatek dochodowy. I to jest rzeczywiście, proste i jasne postawienie sprawy, które ja szanuję i doceniam. Żadne tam, wicie-rozumicie, ogrodziwszy, w innych okolicznościach, to i może. Nic z tych rzeczy. Jasny, prosty i brutalny przekaz. Nie wspierałeś Państwa podatkami, teraz ono nie będzie wspierać Ciebie. Giń. Jest jednak jedno ale.
Ludzie mają w naturze asekuranctwo. Boją się niepotrzebnego ryzyka i starają się unikać niepewnych sytuacji. Zwłaszcza, jeśli idzie o własne pieniądze. Są oczywiście oszuści i nałogowi hazardziści, uzależnieni od giełdy i przekrętu, ale w większości, ludzie nie lubią ryzykować utraty tego, na co ciężko pracowali. Przedsiębiorca zakłada firmę. Pracuje na jej dobrostan pół życia. Kiedy zaczyna wychodzić na prostą, bo miał to szczęście, że nie zbankrutował w początkach jej działalności, do gry wkracza państwo z maszynką fiskalną, żeby ogolić człowieka, tak jak baca goli owce na hali. Przedsiębiorca może zacisnąć zęby i dać się strzyc pod włos, licząc, że może tym razem nie będzie za bardzo bolało. Ale boli zawsze. Co miesiąc. Na początku bolało bardzo, a teraz już tylko boli. Państwo strzyże równo z trawą. Gdyby był mikroprzedsiębiorcą albo wielkim molochem, miałby to gdzieś. Ale że jest średniej wielkości graczem z ambicjami, to musi coś zrobić. Inaczej go zjedzą. Postanawia, że nie będzie się dawał więcej golić. Rejestruje działalność na Antylach Holenderskich. Płaci tam śmieszny podatek w stosunku do tego, co musiałby zapłacić u nas. Zarabia, bo, do ciężkiego wała, od tego jest. Daje ludziom robotę. A że nie daje do aparatu administracyjno-urzędniczego tyle, ile aparat chciałby przeżreć, choć i tak nigdy nie będzie nasycony-to, w moim odczuciu, czyn ze wszech miar patriotyczny. Im szybciej bowiem ta hydra fiskusowa padnie, tym ludziom więcej pieniędzy zostanie w kieszeni.

Nie jest więc do końca tak, w moim odczuciu, że przedsiębiorca ucieka z podatkami dlatego, że chce stawiać dla siebie kolejne pałace, a ludziom płacić miską ryżu. Oczywiście, nie ma się co czarować, są u nas i tacy. Dzieje się tak dlatego, że to Państwo wypycha człowieka z rynku swoimi półmafijnymi działaniami. Każe żyłować się i płacić wysokie daniny-z roku na rok wyższe. Nie dziwota, że ludzie płacić nie chcą. Przekonywanie ich argumentem, że z tego co zapłacą, sfinansuje się żłobki, przedszkola i nowe drogi to pustosłowie. Ludzie, jeśli mają oczy, widzą, na co idą ich podatki. Na kolejne urzędy, urzędników, na pensje dla nich i roczne nagrody. Nic więc w tym dziwnego, że nie chcą płacić na darmozjadów. Sam, rok w rok, dokładam do interesu. Co roku więcej. Nie kombinuję z odliczeniami, ale zaczynam się nad tym zwolna zastanawiać, bo żeby nakapać do skarbca tyle, ile poborca wyliczy, muszę w roku zagrać kilka-kilkanaście koncertów za darmo. A jakbym miał taki malutki interes na Barbadosie…

Sama procedura wyrejestrowania i jej czasochłonność mnie przeraża. Państwo mam akurat w głębokim poważaniu. Jeśli jednak moje dochody byłyby o jedno zero większe, poważnie bym się zastanowił nad zmianą kraju w którym płacę podatek.

Trudno mieć pretensję do człowieka, że nie chce się dawać okradać złodziejowi. Trzeba raczej robić tak, żeby złodzieja zresocjalizować i uczynić z niego sumiennego buchaltera, co to zabiera tyle, żeby starczyło na szkoły, drogi i posiłki dla biednych, ale nie więcej. To już robota dla polityków. A granie na państwowym, patriotycznym bębenku nie jest akuratnie dobrą melodią do tej zmiany.