Okropny czas dla muzyków

Osoby pracujące w operze czy filharmonii mają zapewnione jakieś finansowanie. Natomiast mamy bardzo trudne czasy dla osób na samozatrudnieniu czy muzyków żyjących wyłącznie z koncertów – mówi Roman Czura, kompozytor i wykładowca Akademii Muzycznej w Katowicach, w rozmowie z Julią Anną Lauer.

Co zmieniło się w Twojej pracy kompozytora i nauczyciela w trakcie pandemii?

Urodziłem się i wychowałem w Niemczech. Pracuję na Akademii Muzycznej w Katowicach, prowadzę tam zajęcia dla studentów. Jestem także nauczycielem w szkole muzycznej w Chrzanowie. Mam żonę i dwie córki.

Na początku pandemia nie wywołała w moim życiu wielu zmian. W tym czasie urodziła się moja druga córka, ale to osobna kwestia. Wszystkie zajęcia online były dla mnie początkowo bardzo ciekawe, ale w późniejszym czasie byłem już nimi zmęczony. Dzieciom brakuje kontaktu ze sobą nawzajem oraz z nauczycielami.

Wielu studentów z powodu pandemii koronawirusa omija tradycyjne życie studenckie. Dla większości muzyków jest to okropny czas i to na całym świecie.

Czy masz poczucie, że państwo udzieliło muzykom odpowiedniego wsparcia?

Życie muzyczne jeśli chodzi o muzykę poważną, jest wspierane przez państwo i dobrze, że to ma miejsce. Jestem natomiast przekonany, że poziom tego wsparcia jest zbyt niski. W Niemczech rodzice zwykle są bardzo zaangażowani, gdy ich dziecko kształci się muzycznie, tutaj jest mała różnica.

Jeśli chodzi o wsparcie w pandemii – osoby pracujące w operze czy filharmonii mają zapewnione jakieś finansowanie. Natomiast są to bardzo trudne czasy dla osób na samozatrudnieniu czy muzyków żyjących wyłącznie z koncertów. Jest fundusz mający na celu wspieranie muzyków, ale jest on zbyt mały.

Jak pandemia zmieniła Twoją pracę pedagogiczną?

Bardzo, ponieważ wszystko było prowadzone online. Na Akademii Muzycznej przejście na zajęcia online nie była problemem, ponieważ zdążyłem wcześniej poznać studentów, których miałem uczyć.

Co innego szkoła. Gdy zadzwoniłem do dyrektora szkoły, w której wtedy uczyłem, na początku roku szkolnego dowiedziałem się, że nie ma zamiaru przedłużenia ze mną umowy. Przez miesiąc pozostawałem bez pracy. W późniejszym czasie znalazłem zatrudnienie w szkole muzycznej w Chrzanowie. Dzieci, które uczę widziałem tylko raz i jest to dla mnie bardzo trudne. Natomiast widzę potencjał w zajęciach online, chociaż są też oczywiste minusy.

Nie możemy na przykład wspólnie śpiewać podczas zajęć, a to jest bardzo ważny element nauki. Wśród studentów niektóre rozwiązania sprawdzają się lepiej – na przykład przedstawianie partytur na ekranie. Może w przyszłości będziemy wykorzystywać takie rozwiązania.

Czy Twoja praca kompozytorska się zmieniła?

Co do zasady nie, ale na pewno zmieniła się dla niektórych osób. Odkładano lub odwoływano wykonania utworów, to dla kompozytora duży problem. Ja miałem w tamtym czasie wykonanie na Litwie, musiałem wykonać bardzo drogi test na koronawirusa, ale wykonanie ostatecznie się odbyło. Jestem jeszcze dość młodym kompozytorem, nie miałem jeszcze zbyt wielu wykonań moich utworów.

Jaka jest teraz atmosfera wśród muzyków?

Po cofnięciu obostrzeń wszyscy są niezwykle zadowoleni, niedawno pierwszy raz po przerwie widziałem się z innymi pracownikami. Cieszyłem się, że mogłem ze wszystkimi spokojnie porozmawiać i podzielić się naszymi wrażeniami i refleksjami.

Jak edukacja muzyczna w Polsce różni się od tej w Niemczech?

W Niemczech w niektórych szkołach prowadzone są zajęcia muzyczne, są także zajęcia przy kościelnych chórach chłopięcych. Edukacja przebiega następująco – uczęszcza się do zwykłej szkoły, gdzie mamy zajęcia muzyczne, a szkoły już typowo muzyczne są w dużej mierze prywatne.

W Polsce mamy też ogólnokształcące szkoły muzyczne, gdzie oprócz zajęć muzycznych odbywają się matematyka, język polski i pozostałe zajęcia ogólnokształcące. Są też szkoły popołudniowe, do których uczniowie uczęszczają po zajęciach w szkole. Szkoły te są publiczne, studia wyższe również.

Ostry cień wielkiej góry, czyli jak Polska kocha swoich artystów

Od ponad roku nie pracują. Nie dlatego, że im się nie chce, bo chcą wrócić do zawodu i to bardzo. Niestety, od ponad roku Państwo polskie nie wymyśliło dla nich innej propozycji niż ta, którą jeden z ministrów zaproponował podczas spotkania z przedstawicielami branży eventowej: niech się przebranżowią. I rzeczywiście, część już to robi lub zrobiła. Inni jednak wciąż żyją nadzieją, że za kolejne dwa tygodnie, rząd poluzuje obostrzenia i wrócą koncerty, a wraz z nimi, wróci do nich nadzieja i świadomość, że to co robili przez całe życie, ma sens.

Nie ma chyba w Polsce branży, która bardziej dostałaby po tyłku od pandemii, niż szeroko rozumiana rozrywka. Ale i tu należy poczynić rozróżnienie, bo w przepastnym worze z napisem kultura i sztuka, są równi i równiejsi. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy BIK, wynika, że działalność związana z kulturą i rozrywką (PKD R90) w ciągu ostatniego roku zwiększyła swoje zaległości o 29 proc., a kina o 82 proc. Liczba firm zajmujących się kulturą i rozrywką z problemami w rozliczeniach z bankami i dostawcami wzrosła w minionym roku z 875 do 981, a ich zaległości z 27 do 35 mln zł. O ile kina znalazły się na liście przewidzianych do przyznania pomocy z Tarczy finansowej 2.0., to już artyści nie. Zaległości artystów, aktorów, muzyków, zespołów muzycznych, tancerzy, piosenkarzy, lektorów i prezenterów podniosły się w ciągu roku o jedną czwartą, do 17,5 mln zł, a reżyserów, producentów, scenografów, projektantów i wykonawców teatralnych dekoracji scenicznych, maszynistów sceny, oraz specjalistów od oświetlenia o jedną szóstą, do 6,2 mln zł. Nic więc dziwnego, że część ludzi porzuca swoją dawną profesję i stara się znaleźć pomysł na życie gdzie indziej. Bo ile można czekać i wypatrywać światełka w tunelu, którego wciąż nie widać? Widać za to piętrzące się rachunki, wezwania do zapłaty i puste garnki, do których trzeba coś włożyć każdego dnia.

Grzegorz Barszczewski, znany w świecie oświetleniowców jako „Jolo”, jeden z bardziej wziętych i cenionych fachowców od inżynierii światła, współpracujący m.in. z Bajmem i Kultem, mieszkający na stałe w Szwecji, podjął decyzję o zawieszeniu swojej działalności. Zatrudnił się poza branżą. Najpierw pracował jako pielęgniarz w domu starców. Zwolnili go po paru miesiącach, bo pensjonariusze umierali, a w dobie „korony” nie było nowych przyjęć. Tym samym, nie było sensu utrzymywać nadmiarowych pracowników. Teraz pracuje w Sztokholmie, w firmie kurierskiej. Nie wie, czy kiedykolwiek powróci do tego co wykonywał z powodzeniem przez całe, dorosłe życie. – Inna rzecz, że na razie nie ma do czego wracać – dodaje. Koncerty i imprezy masowe są przewidziane jako ostatnie do odmrożenia. Pojawiają się próby grania imprez transmitowanych przez internet, ale zarówno u nas, jak i na świecie, są to jedynie namiastki tego, z czym ludzie mieli do czynienia przed pandemią. Sami muzycy jak i publiczność, podchodzi do tego typu występów jak do uświadomionej konieczności. Żadnej ze stron nie przynosi to satysfakcji, tak artystycznej jak i finansowej. Tym bardziej, że pandemia dotknęła polską branżę w momencie największej dlań prosperity. Dość powiedzieć, że w 2019 roku, polscy artyści notowali zyski na niespotykaną dotąd skalę. To właśnie wtedy Taco Hemingway wyprzedał Stadion Narodowy, a Dawid Podsiadło sprzedał trzy „Torwary” w niecały kwadrans. Takie rzeczy zdarzały się, kiedy przyjeżdżali do Polski Stonesi albo Madonna, ale żeby na rodzime gwiazdy? Tego u nas jeszcze nie grali. Bilety na cykl „Męskiego Grania” rozchodziły się jak świeże bułeczki, a kluby i sale koncertowe nie notowały nigdy takich frekwencji, jak wtedy. Na raz wszystko się skończyło. Nikt nie potrafi powiedzieć, czy jeszcze kiedykolwiek powróci do tamtego poziomu.
Tomasz Organek, dla którego rok 2019 był równie udany jak dla wspomnianych Taco i Dawida Podsiadło, w listopadzie ubiegłego roku ciężko przeszedł covid. Prócz dolegliwości somatycznych, choroba nie pozostała bez wpływu dla jego zdrowia psychicznego. M.in. dlatego Tomasz zaangażował się w akcję mapawsparcia.pl, która pomaga ludziom ciężko doświadczanym przez covid i jego następstwa, poradzić sobie w najgorszym dla siebie czasie. – Psychika strasznie mi siadła przez pandemię, więc staram się pomagać jak mogę innym w potrzebie-dodaje muzyk. Tomasz Organek, podobnie jak cały zespół i sztab ludzi, który z nim pracował, od półtora roku pozostaje bez pracy. Nie załapał się na tarczę pomocową, bo jest muzykiem, a nie przedsiębiorcą. Jego team techniczny musiał poszukać sobie innego zajęcia. – Road menager zatrudnił się InPoście, jeden z technicznych najął się w budowlance i wykańcza mieszkania. Reszta czeka. Na razie, nie wiadomo na co-kończy rozmowę.

Dr Joanna Ostasz, psychiatra i psychoterapeuta z warszawskiej klinki „Psychokrates” przyznaje, że sytuacja z którą zmagają się dziś ludzie z branży artystycznej, może rodzić dla nich bardzo poważne skutki zdrowotne na przyszłość. – Wyczekiwanie lepszych czasów nie jest sposobem radzenia sobie ze stresem, i prędzej lub później, przyjdzie się im zmierzyć z problemem, w którym to nie świat dopasuje się do nich, ale oni muszą spróbować znaleźć sobie nowe miejsce w całkiem nowym świecie-konkluduje pani doktor. Pytanie tylko, jak to zrobić, kiedy przepracowało się na scenach kilkadziesiąt lat i nie umie się robić nic innego. Czy artysta jest jeszcze w Polsce komukolwiek do czegoś potrzeby? Dr Ostasz przyznaje, że próba znalezienia odpowiedzi na to pytanie, może dziś niejednego człowieka sztuki przerosnąć. Wizyta u specjalisty jest w takich momentach pomocna, a nawet wskazana. Jednakowoż, terminy w stołecznych poradniach, tak prywatnych jak i publicznych, są na tę chwilę bardzo odległe. Nie tylko artyści nie potrafią sobie poradzić z kryzysem. Poza tym, za coś trzeba uregulować należność. I koło się zamyka.

Może więc Państwo wzięłoby na siebie ciężar pomocy? Okazuje się, że Państwo pomaga, najlepiej jak potrafi i na ile je stać. Tak przynajmniej twierdzi minister Gliński i cały rząd. Głośnym echem odbiła się kilka miesięcy temu sprawa 400 mln zł dotacji z Funduszu Wsparcia Kultury. Beneficjentami zostało 2064 podmiotów. Blisko 95 mln zł otrzymać miały 144 samorządowe instytucje artystyczne, ponad 38 mln zł – 306 organizacji pozarządowych, 91 mln zł – 448 przedsiębiorców, zaś ponad 175 mln zł – 1166 firmy świadczące usługi zaplecza scenotechnicznego. Podmioty mogły otrzymać maksymalnie do 50 procent utraconych dochodów z okresu 12 marca 2020-do końca roku. Kiedy okazało się, że wśród obdarowanych są m.in. Bracia Golec i Bayer Full, w sieci zawrzało. Finał był taki, że minister unieważnił cały konkurs, i nakazał rozpisać go od nowa. Mocno w całej akcji wypowiedzieli się muzycy grupy Kult, którzy odcięli się od państwowego rozdawnictwa, apelując jednocześnie do fanów, aby, jeśli chcą pomóc artystom, kupili ich najnowszą płytę. I poskutkowało. Płyta Kultu z koncertu z Pol’and’Rock świetnie się sprzedała. Pozwoliło to muzykom zapomnieć na chwilę o sytuacji w jakiej się znaleźli, ale nie na długo. Ireneusz „Jeżyk” Wereński, basista grupy Kult, najbardziej nie może pogodzić się z tym, że na ponad rok przestał być muzykiem. – Doceniam bardzo to, jak ludzie przyjęli nasz apel i że sięgnęli do portfeli, żeby nas wspomóc, to bardzo budujące – ocenia Jeżyk. Dodaje jednak, że na taką niezależność, oni, czyli Kult, mogli sobie pozwolić. – Niezależność kosztuje. Nie każdego jest na nią stać i nie każdy może sobie na nią pozwolić-dodaje.
Jakie były losy Funduszu Wsparcia, dawno już w Polsce zapomniano. Okazuje się, że zorganizowano go od nowa. Pieniądze zgarnęły firmy oraz samorządowe instytucje, tak jak było i przedtem. Może na mniejszą skalę, ale oprócz medialnego zamieszania, tyle musiało się zmienić, żeby nic się nie zmieniło. A co z pozostałymi? Mowa o tych, których w kulturze jest najwięcej-wykluczonych, czyli artystach, pracujących na śmieciówkach w obrębie branży kultury, którzy są niewidoczni dla systemu. Ci, jeśli w porę zgłosili do MKiDN wniosek, w którym argumentowali swoją trudną sytuację życiową oraz wykazali się dorobkiem artystycznym, mogli liczyć na jednorazowe wsparcie. Każdorazowo większość z „nołnejmów”; muzyków sesyjnych, choreografów, techników scenicznych, dostawała od ministra Glińskiego po 1800 zł na rękę. Raz w 2020 r. Drugi raz w 2021. Rzadko kiedy ktoś dostawał więcej lub częściej. I raczej nie dostanie. Na forach internetowych i fejsbukowych grupach, zrzeszających muzyków i ludzi pracujących „w kulturze” na śmieciówkach, co i rusz padają zapytania, czy Ministerstwo nie uruchomiło nowej puli środków na pomoc dla „biedoty”. Odpowiedź jest wciąż taka sama. Pieniędzy nie ma i nie będzie. Donoszą o tym przedstawiciele branż artystycznych i eventowych, zrzeszeni w Izbie Gospodarczej Menedżerów Artystów Polskich. 14 kwietnia, na spotkaniu z minister Olgą Semeniuk usłyszeli, że rząd – mimo przedłużonych obostrzeń – nie planuje dla branż zamkniętych żadnych nowych form wsparcia ponad to, co już dla nich „wygospodarował”. „Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim”, a „pomoc ma być kierowana do strategicznych i najbardziej dotkniętych obszarów gospodarki”, miała mówić pani minister. 90% spadków i zamknięcie działalności od marca 2020 r. w przypadku m.in. koncertów czy targów, nie kwalifikuje więc do uzyskania wsparcia. Być może, gdy spadki sięgną 99 %, rząd uzna że wystarczająco mocno kryzys dotknął branżę i głębiej sięgnie do państwowej kieszeni. Ponadto, po raz kolejny rząd nie zająknął się ani na jotę na temat wielu firm rodzinnych i jednoosobowych działalności gospodarczych, pozbawionych od 13 miesięcy jakiejkolwiek pomocy. Lepiej na tym polu wypadają prywatne mecenaty. Dla członków zwyczajnych, zrzeszonych w ZAiKS-ie, organizacja wypłacała na początku trwania pandemii, bezzwrotne zapomogi, nie mniejsze niż kilka tysięcy złotych. Z kolei STOART, instytucja zrzeszająca artystów wykonawców, wypłacił każdemu ze swoich członków, których liczebność szacuje się na niespełna 10 tys. ludzi., po ok. 3,5 tys. zł netto jednorazowej zapomogi na ciężkie czasy.

Dziś, pewnym jest, że do 15 maja żaden koncert ani widowisko z udziałem publiczności w Polsce się nie odbędzie. Wielce prawdopodobne jest, że do końca maja nic w tej kwestii się nie zmieni. Dalej też czeka muzyków i całą branżę jedna, wielka niewiadoma. Może rządzący łaskawie pozwolą na plenery do kilkuset osób albo eventy z połową zajętości miejsc na widowni. Na pewno jednak nie pozwolą, żeby ulżyć artyście publicznym groszem, o czym nie mówią głośno, ale na zmianę trendu nikt w branży nie liczy. W zasadzie mało kto w artystycznym, polskim światku liczy dziś na cokolwiek. Panuje degrengolada, depresja i marazm. Znikąd nadziei.

Niedawno w Barcelonie zorganizowano koncert na 3,5 tys. ludzi. Każdy z uczestników w cenie biletu otrzymywał podstawowy test na obecności wirusa oraz maseczkę. Mimo że wiązało się to z niedogodnością, w postaci konieczności przybycia na miejsce na kilka godzin przed planowym rozpoczęciem celem pobrania wymazów, koncert został w całości sprzedany. Ludzie byli spragnieni innych. Czekali na żywą muzykę, jak na gwiazdkę, a dźwięki ze sceny wdychali jak życiodajny tlen. U nas też jest już ogromne ciśnienie na to, żeby pozwolić ludziom wyjść i cieszyć się wspólnie, na koncercie, wernisażu czy spektaklu. Ale, dla naszego dobra, trzeba będzie jeszcze poczekać Jak długo? Nikt tego nie wie-poczynając od samych artystów, a kończąc na ministrze. W końcu, jak śpiewał kiedyś Kazik, cały czas w Polsce „urzędnik jednak wie lepiej”.

Protesty na ulicach i co dalej? Dylematy lewicy

Trwają protesty wywołane opublikowaniem wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie usunięcia z obrotu prawnego możliwości przeprowadzania aborcji z uwagi na nieodwracalne wady płodu.

Podnosi się różne argumenty wskazujące na niezgodność takiego orzeczenia z Konstytucją. Wskazuje się na niewłaściwość obsadzenia Trybunału Julii Przyłębskiej z uwagi na uczestnictwo w wydaniu wyroku t.zw sędziów dublerów, na uczestnictwo w składzie orzekającym Krystyny Pawłowicz, która będąc posłanka podpisała wniosek do Trybunału o zakwestionowanie konstytucyjności tej przesłanki dopuszczającej legalną aborcję. Te przesłanki, jakkolwiek istotne nie robią wrażenia na rządzących, którzy traktują prawo instrumentalnie i mają na sumieniu znacznie większe naruszenia Konstytucji.

Podnosi się również zarzut, że Konstytucja gwarantuje ochronę życia człowieka od narodzenia do śmierci, nie precyzując od kiedy zaczyna się to życie. Interpretacja Trybunału Konstytucyjnego z 1993 roku, że życie człowieka zaczyna się od jego poczęcia miała charakter wyraźnie światopoglądowy wynikający z interpretacji katolickiej i powstała pod wyraźnym naciskiem kościelnych hierarchów i też nie była tak kategoryczna jak interpretacja obecnego Trybunału.

Warto zauważyć, że doktryna kościelna dotycząca poglądu, kiedy płód staje się człowiekiem, zmieniała się na przestrzeni wieków i nie może być uznawana za prawdę objawioną .

Ponieważ rządząca partia, ale również część opozycji (np. PSl, Konfederacja , a nawet część posłów KO i Ruch Hołowni) uznaje „prawdy” głoszone przez kościół katolicki za obowiązujące, nie widać w tej chwili szans na uznanie tego argumentu prawnego.

Obecne protesty mają więc w rzeczywistości charakter psychologiczny, pokazania narastającego niezadowolenia z polityki rządzących , którzy narzucają swoja wolę wbrew poglądom większości społeczeństwa. Warto przy tym zauważyć, że nie do końca wiadomo, czy podstawowe postulaty protestów dotyczące liberalizacji przesłanek upoważniających do legalnej mają poparcie większości społeczeństwa. Duża grupa niezadowolonych z wyroku Trybunału stanowią zwolennicy powrotu do t.zw. kompromisu aborcyjnego. Powrót do tego kompromisu jest mentalnie niemożliwy zarówno dla lewicy, która wyraźnie opowiada się za liberalizacja aborcji , jak i dla fundamentalistów po prawej stronie, którzy byli autorami lub popierali wniosek d Trybunału.

Rozwiązaniem byłoby referendum i zapytanie o zdanie całego społeczeństwa, ale nie widać szans na zgodę rządzących dla takiego referendum.

Powstaje zasadne pytanie jaki jest sens dalszych protestów. Odpowiedź musi być pozytywna, ponieważ są przejawem budzącego się z letargu społeczeństwa, zwłaszcza jego młodszej części, dla wyrażenia poglądu, że wygrana w wyborach nie upoważnia rządzących do narzucania rozwiązań zgodnych wyłącznie z ich wizja świata. Przypomina również, że prawa kobiet są integralną częścią zapisanych w Konstytucji wolności obywatelskich. O prawa te walczyła zawsze lewica, a szczególnym impulsem w egzekwowaniu tych praw było przyznanie kobietom praw wyborczych, z inicjatywy pierwszych po wyzwoleniu Polski w roku 1918 rządów , na czele których stanęli działacze Polskiej Partii Socjalistycznej.
Następne, narzucające się pytanie to, czy udział w protestach prowadzonych w obecnej formie to działania, które powinny wyczerpywać aktywność wielu działaczy lewicowych, zwłaszcza, że protesty te stanowią dla rządzących wygodną przykrywkę dla odwrócenia uwagi społeczeństwa od licznych porażek, szczególnie w zakresie zwalczania pandemii i ochrony gospodarki w dobie tej pandemii.

Lewica powinna się skupić na dążeniu do eliminowania podstawowych przyczyn obowiązywania w Polsce przepisów łamiących wolności obywatelskie w zakresie praw kobiet.

Te przyczyny to polityczna dominacja religii w życiu publicznym oraz związane z tym nierozerwalnie kanony wychowania w oświacie.

Czy powszechnie organizowane są protesty przeciwko, lub przynajmniej nieustanne pokazywane są fakty powszechnego łamania zasady rozdziału kościoła i państwa. Rzesze opłacanych przez państwo, czyli obywateli, wierzących i niewierzących, katechetów i kapelanów, uroczystości święcenia obiektów infrastruktury, obfite dotacje do instytucji związanych z kościołem, ostentacyjny udział najwyższych władz w uroczystościach kościelnych to wyraźne cechy państwa wyznaniowego. Budzi to zastrzeżenia nawet wielu wierzących i nie spotyka się z adekwatną reakcja lewicy.

Eliminowanie ze szkół resztek rzetelnej edukacji seksualnej to prosta droga do wzrostu niechcianych ciąż, a tendencje programowe w oświacie to droga do wychowania młodego pokolenia na biernych, lecz posłusznych obywateli. Czy lewica ma jakiś program na przeciwdziałanie tym zjawiskom?

Czy ma plan jak zmobilizować rodziców aby domagali się wprowadzenia takiej edukacji?

Młodzież spontanicznie rezygnuje z uczęszczania na lekcje religii, a wielu rodziców zachowuje wstrzemięźliwość w domaganiu się zmian w systemie oświaty.

Należy podkreślić jeszcze jeden aspekt problemu aborcji. Brak możliwości decydowania o wyborze utrzymania lub pozbycia się ciąży, a w przypadku eugenicznych wad płodu lub po prostu niechcianej ciąży to problem przede wszystkim biedniejszej części społeczeństwa. Zamożni zawsze znajdą wyjście poprzez zabieg aborcji za granicą, mają łatwiejszy dostęp do badań prenatalnych, środków antykoncepcyjnych i pigułki „dzień po”. Dla ubogich jest to często niemożliwe ze względów finansowych, ale także mniejszego dostępu do odpowiedniej informacji.

Wprowadzone przez tarcze finansowe dla ochrony gospodarki przed skutkami pandemii adresowane są głównie do przedsiębiorców, a ochrona pracowników ma się odbywać poprzez mechanizmy utrzymania miejsc pracy, które dla przedsiębiorców są zagadnieniem wtórnym wobec zagadnienia utrzymania istnienia firmy. Czy lewica przygotowała i przedstawiła jakiś program adresowany bezpośrednio do pracowników i tych którzy pracę stracili?

Poważne zajęcie się tymi problemami wymaga programów i długofalowej organizacji działań, które powinny lub wręcz zastąpić doraźne wyrażanie poglądów i wykrzykiwanie haseł w mediach społecznościowych i na manifestacjach.

Plan Lewicy dla gospodarki

– Tarcze, które proponuje rząd często porównujemy do dziurawego wiadra, ponieważ ciągle dolewamy jakąś pomoc, ale tak naprawdę ona nie jest skuteczna – grzmiała podczas konferencji prasowej posłanka Lewicy Beata Maciejewska. Socjaldemokraci mają swoją koncepcję, jak wspierać polską gospodarkę w kryzysie.

Posłowie Lewicy przedstawili 18 stycznia pakiet propozycji wspierania podczas pandemicznych obostrzeń przedsiębiorców oraz pracowników. Dokładniej – przypomnieli swoje propozycje, które formułowali jeszcze wiosną. Rząd postulaty zignorował.

W pierwszej kolejności Lewica chce, by tarcza antykryzysowa przestała być tarczą branżową. Pomoc od państwa powinien uzyskiwać każdy przedsiębiorca, który w skali rok do roku stracił 3/4 przychodu, a nie tylko przedstawiciele wytypowanych branż. Pomoc dla biznesu miałaby ponadto wynieść 15 tys. złotych i trwać minimum sześć miesięcy. Gdyby pandemia nie wygasła – jeszcze dłużej. Przyjmując pomoc publiczną właściciel firmy miałby zobowiązywać się do zachowywania wszystkich miejsc pracy.
Kolejny postulat Lewicy odnosi się do samorządów, których kasa podczas pandemii drastycznie opustoszała. Lewica chce zwiększenia puli pomocy dla gmin i uproszczenia kryteriów jej otrzymywania.

Klub Lewicy upomniał się o kobiety, które w ubiegłym roku były na urlopach macierzyńskim, czy też na urlopie wychowawczym. Zgodnie z obecną tarczą prawo do wsparcia im nie przysługuje, na co zwracali uwagę nie tylko posłowie, ale też działacze związków zawodowych. Tymczasem sprawę można załatwić prosto – obliczając kwotę wsparcia na podstawie ostatniego miesiąca pracy przed urlopem wychowawczym lub urlopem macierzyńskim.

Co z pracownikami, którzy już zostali zwolnieni?

Lewica sugerowała ustanowienie na czas kryzysu powszechnego dochodu gwarantowanego dla tych, którzy nie mają z czego się utrzymać. Z tej możliwości mogliby skorzystać także przedsiębiorcy, których biznesy zbankrutowały.

– Uczciwy system pomocy to taki, w którym państwo odpowiedzialnie bierze na siebie koszty prowadzenia działalności gospodarczej, ale w zamian za zobowiązanie utrzymania miejsc pracy. Lewica w przeciwieństwie do wielu innych partii w Polsce, w tym naszych konkurentów na opozycji, pamięta o tym, że większość Polek i Polaków to pracownicy i pracownice. Pamięta o tym i stoi konsekwentnie po stronie ich stronie, po stronie ich bezpieczeństwa – tłumaczył Adrian Zandberg, wyjaśniając istotę postulatu o gwarantowanym dochodzie. Przypomniał również, jak jego klub parlamentarny starał się wpisać do tarcz rozwiązania wzmacniające pozycję przetargową lokalnej gastronomii – i jak te pomysły zostały odrzucone.

Zandberg skrytykował także rząd za informacyjny chaos i brak konsultacji. – Lewica to jest państwo odpowiedzialne, które działa w przeciwieństwie do tego rządu nie chaotycznie, tylko z wyprzedzeniem. To było bardzo nie fair, że rząd mamił przez wiele miesięcy ludzi mówiąc, że być może nie będzie zamykania gospodarki, a potem na ostatnią chwilę wprowadzał rozwiązania, które obciążały ludzi kosztami, których wielu z nich po prostu nie jest w stanie ponieść – podsumował.

Tarcza antykryzysowa, czy grobowa

Długo nie gościłem na łamach „ Trybuny”. Powodów było kilka. Po pierwsze utrata wiary w to, że pisanie czemukolwiek służy, że ktokolwiek bierze sobie do serca racje jakie w dziennikarskich relacjach są przedstawiane.

Tak się bowiem składa, że nawet „oczywista oczywistość”- mówiąc słowami pewnego polityka- nie jest brana pod uwagę bo decydenci wiedzą i tak lepiej co jest nam potrzebne. Po drugie jako człowiekowi prowadzącemu biznes gastronomiczny bliższe było mi ratowanie firmy za wszelką cenę, a nie słowne potyczki, których i tak nikt nie bierze pod uwagę.

Branża gastronomiczna i hotelarska to w Bieszczadach potęga. W gruncie rzeczy więcej ludzi grzeje stołki tylko w różnego rodzaju urzędach, szkołach. Jest jedna różnica gastronomia, hotele, sklepy, drobne firmy prywatne dają państwu pieniądze, natomiast urzędnicy je tylko przejadają. Nie oznacza to, że urzędy trzeba zlikwidować, ale warto pamiętać o tym, że również urzędnicy powinni też ponieść choćby minimalne koszty z tytułu epidemii koronowirusa.

Rozmawiam z kolegami prowadzącymi lokale gastronomiczne, hotele. Twierdzą np., że od początku października nie sprzedali ani grama alkoholu, piwa. Podobnie było przez prawie trzy miesiące wiosną. No jak myślicie, czy z tego tytułu przysługiwała im jakaś ulga. Otóż nie zwolniono ich nawet z przysłowiowej złotówki z opłaty za zezwolenie na handel alkoholem.

Kolejny przykład „pomocy” samorządu dla lokalnych firm to odbiór śmieci. Każdy z nas mieszkający np. w prywatnym domu płaci za wywóz śmieci ryczałt roczny. W moim przypadku ja z żoną płacimy coś ponad sześćset zł rocznie. Nie jest tutaj istotne ile tych śmieci produkujemy, może to być worek miesięcznie, może to być dziesięć worków lub wcale, ale kwota opłaty jest stała. Inaczej ma się sprawa z przedsiębiorstwami, tutaj cena za worek dajmy na to plastikowych butelek po napojach kosztuje każdorazowo 30 zł. Dla porównania podam ceny jakie płacimy za pełnowartościowe produkty spożywcze. Otóż za worek ziemniaków płacimy około 10 zł, mniej więcej tyle samo kosztuje worek marchwi, buraków. Jaki widać worek śmieci jest trzykrotnie droższy od spożywczych produktów. To absurd. Czym się to skończy, ano tym że obrzeża lasów znów będą pełne śmieci.

Legalnie działające hotele świecą pustkami, bowiem mamy zakaz przyjmowania gości. By przyłapać hotelarzy dzwoniono do nich z dziwnych telefonów z zastrzeżonymi numerami z pytaniem o wolne miejsca. Rząd bowiem próbuje zabrać firmą to co dał wiosną. A dawał w dziwny sposób. Za spadek obrotów rzędu 70 procent, na jeden etat słynna Tarcza Antykryzysowa miała płacić 24 tysiące zł. Miałem na koniec roku pracowników na 3,5 etatu. Wspaniałomyślna Tarcza przysłała mi 12 tysięcy zł., czyli tyle co za 0,5 etatu. Żadne reklamacje na nic się nie zdały, bo Tarcza działała na zasadzie rozmowy „dziada z obrazem” czyli mówił dziad do obrazu a obraz do niego ani razu. Pal licho te pieniądze, ale pracownicy, gdy o tym mówiłem znacząco kiwali głowami, czyli byli przekonani, że swoje dostałem. Te 12 tysięcy trzymam do dziś, bo wiem że rząd znajdzie jakiś prawny kruczek bym te pieniądze zwrócił, może nawet z nawiązką.

Tymczasem gospodarstwa agroturystyczne przyjmowały i przyjmują w tej chwili gości, bez jakichkolwiek obaw. Wszak gość w agroturystyce może być w razie kontroli członkiem rodziny który przyjechał w odwiedziny. Przypomnę co to jest kwatera agroturystyczna. Otóż to wynajęcie prywatnych domowych pokoi dla maksimum 16 osób z możliwością ich karmienia. Od tego właściciel nie płaci podatku, nie musi spełniać wymogów przeciwpożarowych, nie jest kontrolowany przez Sanepid. Sam znam takie kwatery agroturystyczne, które przyjmują po dwa autokary turystów. Po prostu domy albo już hotele dzieli się na kilka osób w rodzinie i 16 przemnożone dajmy na to przez pięć, daje dokładnie 80 miejsc noclegowych.

Dopiero w sobotę Pan premier Morawiecki wspaniałomyślnie powiedział co czeka naszą branżę. Mamy zakaz działalności do 27 grudnia, który następnie przedłużono do 17 stycznia 2021 roku. Zakładam, że ten czas zostanie wydłużony bo nie wierzę by można było legalnie działać przed wyszczepieniem około 70 procent Polaków. Tak więc styczeń okres dobry dla branży będzie będzie tym razem martwy. Mamy już kolejny martwy miesiąc, a pomocy ze strony rządu ani widu, ani słychu. To co ludzie z branży odłożyli w wakacje dawno zostało wydane, teraz idzie czas na tworzenie płatniczych zaległości i oczekiwanie na jakąkolwiek pomoc. Biorąc pod uwagę to iż Sejm z uchwałą pomocy poszkodowanym przez koronowirusa przekładał obrady o dwa tygodnie, karze się spodziewać, że pomoc też przyjdzie gdzieś w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Jest jeszcze jedno pytanie czym różni się hotel, restauracja od kościoła, sklepu, galerii. W mojej restauracji mogę posadzić klientów tak, że jeden drugiego nie widzi, bo lokal ma 300 m2 i jest podzielony na trzy osobne pomieszczenia. Ludzie w sklepie, przechodzą obok siebie, stoją jeden za drugim w kolejce, podobnie jest w kościołach. W czym jesteśmy gorsi, a może chodzi o to by McDonalds i Pizza Hut i inne sieci mogły wejść w nasze miejsce.

Mamy was wszystkich za nic!

Rafał Trzaskowski zatrzymał didżejski set w klubie i przez trzy dni rządowa telewizja miała używanie. I kiedy wszyscy sądzili, że nic gorszego Polski już nie spotka, PiS przypomniał o swoim istnieniu. Niestety.

Rodacy! Nadejszła wiekopomna chwila; o tym dniu Wasze dzieci i wnuczęta będą się uczyć z książek do historii, o ile oczywiście nie napisze ich pisowski historyk. 16 września dobra zmiana przeszła samą siebie w bezczelności i przez aklamację zwyciężyła w ogólnopolskim konkursie plucia ludziom w twarz. Projekt wniesiony przez posłów PiS, zakłada m.in. uzupełnienie przepisów tzw. tarczy antykryzysowej 2.0 o następujący zapis: „nie popełnia przestępstwa, kto w celu przeciwdziałania COVID-19 narusza obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy, jeżeli działa w interesie społecznym i bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione”.

Różne rzeczy polski Sejm widział przez dwie ostatnie kadencje; za śp. Leppera też działy się cuda-wianki, ale takiej akcji nikt jeszcze nie miał śmiałości przeprowadzić. I do tego w biały dzień. Pod osłoną nocy towarzystwo miało już jako takie doświadczenie z łamaniem kręgosłupów i konstytucji, ale żeby tak za dnia, kiedy wszyscy widzą? Chociaż, z drugiej strony, nawet jakby po tym wszystkim opozycja za bardzo gardłowała a w sondażach dobrej zmianie tąpnęło, zawsze można głosowanie unieważnić, o czym mieliśmy już okazję się przekonać na początku kadencji i marszałkowania marszałkini Witek.

Teraz już wiem na pewno: oni naprawdę mają nas za idiotów. Jeśli ktoś chce wprowadzać podobne zapisy do polskiego prawa, robi to nie po to, żeby ułatwić urzędnikowi, który pracuje w małej gminie, uchronienie rodzinnej firmy przed bankructwem. W imię bowiem tych zapisów, i, co ma się rozumieć, odpowiedniej argumentacji przed sądem którą ten podzieli, nie popełni przestępstwa pracownik administracji, który odstąpi od czynności, żeby nie dać zdechnąć z głodu sklepikarzowi, gospodarującemu na miejskim gruncie i nie ma z czego opłacić podatku od nieruchomości. Trudno mi jednak wyobrazić sobie podobne postawy pośród kasty urzędniczej, zwłaszcza w administracji skarbowej, choć bardzo chciałbym się mylić.

Zapis cytowany wyżej, to nic innego jak prezent władzy dla ludzi władzy, konkretnie dla dwóch jej najdostojniejszych wyrośli: ministra Jacka i eksministra Łukasza. Pierwszy może beknąć i to grubo, za przewalenie 70 milionów za damski członek. Wyrok sądu administracyjnego w Warszawie dał asumpt do tego, żeby wziąć się za przewał z kopertowymi wyborami. Ale, w związku z tym, że wchodzi w życie ustawa o tarczy a wraz z nią zwalnia się urzędnika z odpowiedzialności za łamanie prawa, jeśli robi to w imię świętej racji ojczyźnianej, a tak przecież było w wypadku Sasina, to i nie ma sprawy. Podobnie z Szumowskim i jego respiratorami, których nikt do dziś nie widział. Dajmy na to, że kiedyś, kiedy nadarzy się okazja, ktoś weźmie się i za ten wałek. Głupio tak zostawić swoich chłopców bez broni na placu boju. Przyszykowano więc im szalupę ratunkową, którą mogą się bezpiecznie ewakuować do mysiej dziury, albo dokąd im się zamarzy. Choćby do Hiszpanii, jeśli tylko wznowią loty. A jak nie wznowią, to przecież nic wielkiego się nie stanie. Nawet jak się ktoś poskarży, że decyzja nie miała żadnego, merytorycznego uzasadnienia, zawsze będzie można powiedzieć, że rządowy pełnomocnik działa może i wbrew obowiązującym przepisom, ale epidemia covid-19 spowodowała, że przesunęły mu się granice trzeźwego myślenia i źle ocenił sytuację, a przy obecnym prawodawstwie ukarać go nie sposób. Genialne w swojej prostocie. Tylko pomroczność jasna może konkurować.

W obronie młodych mam

Kolejna sprawa, o którą parlamentarna Lewica będzie walczyła we współpracy z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych, to zasiłki macierzyńskie. Okazuje się bowiem, że kolejnym „nieprzewidzianym” przez rząd skutkiem ustanowienia tarcz antykryzysowych było ich obniżenie.

To efekt przyjęcia w tarczach założenia, że określone formy pomocy państwowej są dostępne tylko dla przedsiębiorców, którzy sami zaczną w firmie oszczędzać – kosztem załogi. Obniżanie wymiaru czasu pracy i konsekwentnie obniżka pensji uderzyły potrójnie w kobiety, które w 2020 r. spodziewały się dziecka, a potem je urodziły.

– Art. 15g ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych, który umożliwia obniżanie wymiaru czasu pracy i obniżenie wynagrodzenia – wywołuje negatywne skutki w zakresie świadczeń dla matek z tytułu urodzenia dziecka. Obecnie, w wyniku tych przepisów podstawę wymiaru zasiłku macierzyńskiego stanowi wynagrodzenie ustalone na podstawie nowego, obniżonego wymiaru czasu pracy. Taka sytuacja ma miejsce nawet w przypadku, gdy w okresie pobierania zasiłku nastąpi przywrócenie pełnego wymiaru czasu pracy. Rozwiązanie to jest krzywdzące i niesprawiedliwe w stosunku do kobiet, które przed wejściem w życie rozwiązań antykryzysowych odprowadzały składkę od nieobniżonej pensji – argumentuje OPZZ, apelując do rządu o odpowiednią autopoprawkę do antykryzysowej ustawy.

Sprawę popierać będzie w Sejmie klub Lewicy – na konwencji, gdzie ogłoszono Jesienną ramówkę, padła jednoznaczna deklaracja. Projekt ustawy w sprawie zasiłków macierzyńskich będzie jednym z priorytetów socjaldemokratów.

– Matki z niemowlętami przy piersi nie zmienią pracy na korzystniejszą, nie dorobią sobie i wreszcie – nie wyjdą protestować na ulice. Jeżeli państwo zawodzi mamy malutkich dzieci, zawodzi nas wszystkich – powiedziała na niedzielnej konwencji posłanka Anita Kucharska-Dziedzic.

Rząd się wyżywi

Ta riposta Jerzego Urbana, wówczas rzecznika rządu gen. Jaruzelskiego , wypowiedziana w latach osiemdziesiątych, przeszła do historii jako symbol arogancji władzy. Teraz ciśnie się na usta na nowo.

W piątek 14 lipca 2020 spotkały się dwie wiadomości.

Pierwsza to ogłoszone przez GUS wstępne wyniki gospodarcze za drugi kwartał 2020, z których wynika, że PKB skurczyło się w II kwartale b.r. o ponad 8 proc. Druga to informacja o uchwaleniu przez Sejm ustawy o podwyżce od 40 proc. do ponad 50 proc. wynagrodzeń osób pełniących najważniejsze funkcje w państwie: prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu, posłów i senatorów, ministrów i v-ce ministrów, wojewodów itp.. Koincydencja czasowa tych dwóch wiadomości chyba nie jest przypadkowa i nasuwa skojarzenia o których piszę dalej.

Za uchwaleniem ustawy głosowali posłowie PiS, ale także znaczna część posłów opozycji.

Niedawno Sejm, również głosami części opozycji przegłosował ustawy t.zw tarcza antykryzysowa, w której rzekomo w celu ratowania gospodarki zapisano możliwość obniżania wynagrodzeń dla zatrudnionych. Wielu przedsiębiorców skwapliwie z tego skorzystało.

Jako wyjątkową perfidię trzeba więc traktować stwierdzenie, które znalazło się w uzasadnieniu projektu wygłoszonego przez posła PiS Jarosława Zielińskiego.

„Wniosek spełnia oczekiwania, żeby państwo było skromne, ale wynagrodzenia odnosiły się do tego co się dzieje na rynku” Poseł miał tu na myśli wzrost wynagrodzeń w gospodarce w ostatnich dwóch latach. Zapomniał dodać, że w świetle ostatnich statystyk to już przeszłość.

PiS oczekuje od społeczeństwa zaciskania pasa, ale uważa, że nie dotyczy to rządowych elit.

PiS liczy, często słusznie na krótką pamięć wyborców. Dwa lata temu w imię populistycznych haseł i autopromocji Prezesa Kaczyńskiego, wynikającej z oburzenia wyborców na przyznanie sobie przez rząd Beaty Szydło olbrzymich nagród, obniżono pensje posłów i senatorów oraz członków rządu o 20 proc.

Przy okazji obniżono też odgórnie wynagrodzenia samorządowców, o których wysokości ,w imię zasad samorządności, powinny decydować organy samorządu.

PiS będąc w opozycji uważał, że dotacje dla partii politycznych są za duże. Teraz, bez żenady, uchwalił ich znaczące podwyższenie.

Dziwi tylko, że swoim zwyczajem PiS nie umieścił zapisów proponowanej ustawy w zapisach dotyczących walki z pandemią. Nietrudno przecież uzasadnić, że podwyżki te spowodują lepszą pracę tych, których dotyczą i dzięki temu sprawniej będą przeciwdziałać skutkom gospodarczym pandemii. Żartuję sobie- myślę, że niekoniecznie.

Oburzenie budzi, że znaczna część opozycji, mając na co dzień usta pełne frazesów o pazerności członków obozu rządzącego, często zresztą bardzo słusznych, dała się przekupić w imię własnych korzyści finansowych. Jeśli dali się raz masowo przekupić to w przyszłości niektórzy z nich mogą czuć się usprawiedliwieni, że ulegną obietnicom PiS i zasilą ten obóz w imię nowych korzyści.

Opozycjo- dałaś się złapać w sprytnie zastawione sidła.
Nie znajduję zrozumienia dla faktu, że za ustawą głosowała znaczna część posłów lewicowych.

Niestety, stosunkowo krótko po wyborach, lewica pokazuje, że daleko jej do zwartości i zachowania pryncypialności w głoszonych poglądach.

Protestują medycy

Przez to, że 7 sierpnia stolica była areną starć aktywistów LGBT i opozycji z policją, niemal niezauważony przez główne media, dzień później przeszedł ulicami Warszawy pochód pracowników medycznych. A przecież to bardzo ważny protest.

Przeszli spod siedziby Ministerstwa Zdrowia do Sejmu. Sprzeciwiali się zaplanowanym przez ministerstwo sprawiedliwości zmianom w kodeksie karnym, które obciążą ich odpowiedzialnością za niezawinione błędy medyczne. Protestujący domagali się też podniesienia nakładów na służbę zdrowia.

Warto zauważyć, że przepisy, które przewidują karanie pracowników służby zdrowia za niezawinione błędy, zostały wprowadzane cichaczem, niejako tylnymi drzwiami w pakiecie z tzw. Tarczy 4.0. Chodzi o zmiany przepisów dotyczące nieumyślnego spowodowania śmierci (art. 155 k.k.), nieumyślnego spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 156 § 2 k.k.), narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia, czy ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 160 § 1 i 2 k.k.) oraz nieumyślnego sporządzenia fałszywej opinii przez biegłego lub eksperta w postępowaniu karnym lub cywilnym (art. 233 § 4a k.k.). Eksperci wskazują, że zmiana oznacza, że możliwości orzekania łagodniejszej kary będą znacznie ograniczone.

Niesione przez protestujących transparenty głosiły: „Pozwólcie nam lepiej pracować”, „Stop straszeniu medyków”, „Nie damy się zastraszyć”, „Nie związujcie nam rąk”.

Pochód przeszedł pod gmach Sejmu, gdzie ustawione taczki z przeznaczeniem dla polityków, których fotografie były umieszczone właśnie na nich: Szumowskiego Ziobry, Karczewskiego. Demonstranci chcieli zademonstrować brak zaufania to tych polityków.
„Nie ma naszej zgody na karanie nas za to, że ratujemy ludzkie życia!”, napisali na Facebooku protestujący.

Protest, zorganizowany przez Porozumienie Zawodów Medycznych, poparła Naczelna Izba Lekarska.

Represyjna tarcza

Szeroko reklamowana przez rządowe media Tarcza 4.0 ma pomóc Polsce przejść suchą nogą przez kryzys, który jest jednym z dotkliwych skutków pandemii. Czemu jednak tak wiele miejsca poświęca się w niej podwyższeniu kar więzienia dla np. lekarzy?

Tarcza 4.0, którą parlament sprawnie przyjął, a prezydent Duda ochoczo podpisał, zamienia Polskę w kraj wyjątkowo represyjny. I to mimochodem, niby na marginesie innych zmian, skądinąd również wyjątkowo jednostronnych, stojących na straży interesów biznesu i (większych) pracodawców, w żadnym zaś wypadku klasy pracującej.

Art. 38 ustawy zmienia kodeks karny, zgodnie z tendencją wyznawanych przez PiS wartości, w kierunku jego większej dolegliwości. I tak artykuł 37 kodeksu karnego, mówiący o orzekaniu kar więzienia do tej pory zostawiał furtkę dla łagodniejszego potraktowania sprawców przestępstw zagrożonych karą nieprzekraczającą 8 lat więzienia. W starym zapisie sąd mógł zamiast tej kary orzec grzywnę lub karę ograniczenia wolności.
Teraz sąd ma znacznie ograniczoną możliwość takich działań.

Nowy zapis zawęża możliwość zamiany kary więzienia na grzywnę lub ograniczenie wolności (ale nie niższą niż 3 miesiące) jedynie wtedy, gdy hipotetyczna kara wynosiłaby mniej niż rok więzienia.

Dotyczy to takich przestępstw jak fałszerstwa, handel narkotykami, znieważenie prezydenta (tak!), nieumyślny błąd w sztuce lekarskiej lub – co wzbudziło szczególne oburzenie organizacji feministycznych – pomocnictwo w aborcji.

W praktyce oznacza to zwiększenie surowości orzekanych przez sąd kar. Właśnie z powodu zaznaczenia, że ten zapis dotyczyć będzie także nieumyślnych błędów medycznych lub pomocy w aborcji, lekarze rozważają protest przeciwko tym zmianom.

Rozważane są takie formy jak strajk włoski, zwolnienie lekarskie lub strajk pełny polegający na zaprzestaniu pracy, czyli odejściu od łóżek pacjentów. Lekarze wskazują, że takie zapisy powodują efekt mrożący czyli zaniechanie wykonywania ryzykownych procedur medycznych, te bowiem są obarczone znacznie większym ryzykiem popełnienia nieumyślnego błędu medycznego.

W komentarzach w sieciach społecznościowych wskazuje się, że ten kierunek surowszego traktowania tej grupy zawodowej ma swe źródło w konfliktach, jakie obecny minister sprawiedliwości i jego rodzina toczyli z lekarzami m.in. w związku ze śmiercią ojca ministra. Co zaś się tyczy zaostrzania kar za aborcję lub udzielenie pomocy przy jej przeprowadzeniu – obsesja prawicy w tej sprawie znana jest od dawna.