Gra – w szulerkę, w Targowicę…

i w koniec Polski

Opowieść tę (opowieść właśnie raczej niż powieść) albo Włodzimierz Bolecki pisał długo, albo z długimi przerwami/przerwą. Okres ten sygnowany jest bowiem datami 1988-2017. Już po tym widać, że nie z zawodowym powieściopisarzem mamy do czynienia, zwłaszcza nie z typem współczesnego powieściopisarza, produkującego kolejne tytuły co najmniej raz na sezon. Jaki bowiem zawodowy literat pisałby dziś powieść przez trzydzieści lat? Toż to w czasach pośpiesznego rynku i niecierpliwych wydawców wyposażonych w niewygodne na ogół dla autorów umowy byłoby zachowanie nieracjonalne do sześcianu. Tak się może zachować tylko prozaik-amator, dla którego pisanie prozy powieściowej to głównie ćwiczenie literackie, artystyczne dla własnej satysfakcji. I rzeczywiście, Włodzimierz Bolecki (rocznik 1952) jest profesorem literaturoznawcą, historykiem literatury, krytykiem i eseistą, analitykiem twórczości m.in. Witkacego, Wacława Berenta, Bruno Schulza, Witolda Gombrowicza, Józefa Mackiewicza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy Władysława Lecha Terleckiego, autorem m.in. interesującego zbioru esejów „Prawdy niemiłe”.
Krakowskie Wydawnictwo Literackie, edytor jego opowieści „Chack. Gracze. Opowieść o szulerach” tak oto przedstawia jej tytułowego bohatera, na „plecach” gustownej okładki, zdobnej reprodukcją obrazu „W altanie” Aleksandra Gierymskiego: „Chack – Ignacy Chadźkiewicz, postać tajemnicza, owiana tajemnicą, wymazana z kart historii. „Król szulerów”, „polski Casanova”, agent targowiczan, policji rosyjskiej i francuskiej. Wiedział wiele o kulisach polityki. Śledząc jego rysy na przełomie XVIII i XIX wieku, stajemy się świadkami dramatycznej gry, której stawką była niepodległość Rzeczypospolitej”. A o samej powieści „Chack”, że „to nie tylko nowoczesna powieść historyczna oparta na ogromnym materiale źródłowym. To równocześnie wyrafinowany utwór artystyczny, w którym autor wykorzystuje najróżnorodniejsze gatunki i konwencje opowiadania, miesza opowieść historyczną z literackim kamuflażem, a styl dokumentarny z brawurowo poprowadzoną stylizacją. Wciągając czytelnika w nieznane i fascynująco przedstawione losy szulerów (także politycznych) pokazuje dramatyczne konflikty poglądów i postaw, które na ponad wiek zadecydowały o losach Polski, Polaków i wszystkich narodów I Rzeczypospolitej”.
Tyle o fabule – w trafnie ujętym skrócie – wydawnictwo, do którego dobrego gustu nie ja jeden mam od dziesięcioleci utrwalone zaufanie. Spróbujmy jednak rozszyfrować niektóre zawarte w przytoczonych notkach określenia. Czytałem tę obszerną opowieść z zainteresowaniem, z satysfakcją, a też i ze wzbudzonymi przez lekturę skojarzeniami literackimi. Bolecki zamierzył ukazanie dziejów ludzi schyłku Rzeczpospolitej, w tym kręgu Targowicy, a wśród nich autentycznej, choć tak naprawdę półfikcyjnej postaci Chacka, którą wplótł w obraz znany z podręczników do nauki historii czy z powszechnie dostępnych biografii i monografii. Bo choć autor określił Chacka jako postać rzeczywistą, to jej „wymazanie” z kart historii czyni ją w istocie postacią na poły fikcyjną, a co najmniej niedopowiedzianą. Co natomiast oznacza przywołane wyżej, użyte w stosunku do opowieści określenie „nowoczesna powieść historyczna” (do pewnego stopnia brzmiące jak oksymoron)? „Chack” nie jest opowieścią historyczną z parantelami sienkiewiczowskimi, czy wywodzącymi się od Kraszewskiego, Gąsiorowskiego, Kaczkowskiego, Gołubiewa, Bunscha. Daremnie tu szukać pożywki dla uczuciowości, dla sentymentów, dla apetytu na potoczystą narrację, na „wdzięk przeszłości”. Opowieść Boleckiego jest oschła, „mózgowa”. Styl – rzeczowy, chłodny, fragmentami brzmiący jak komunikaty z raportów, jak oschły, rzeczowy styl scenariuszowy. To narracja wyrafinowanego, rozlegle i gruntownie oczytanego intelektualisty, a nie opowiadacza „ku pokrzepieniu serc”, nie ma tu sentymentalnych „barw uczuć”, ani soczystej zmysłowości w opisie. Już bliżej stąd skojarzeniami – nieszczególnie bliskimi – do spekulatywnej prozy Teodora Parnickiego (choć daleko „Chackowi” do bujnej, wszechstronnej gęstości narracyjnej twórcy „Twarzy księżyca”), może też nieco do „Konfederacji czyli próby Mokronowskiego” Włodzimierza Maciąga czy do „Chwały Cesarstwa”, historycznej fantasmagorii-mistyfikacji Jeana d’Ormesson. Typem aktualizujących dygresji odwołuje się autor „Chacka” wprost, expressis verbis, n.p. do współczesnych pisarzy – nieżyjących już emigrantów Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Jerzego Piechowskiego czy do współczesnego nam Jarosława Marka Rymkiewicza i jego „Wieszania”, opowieści historycznej przepełnionej takimi właśnie aktualizacyjnymi dygresjami rzutowanymi z przeszłości na teraźniejszość, mieszaniem planów czasowych. Jest też zapis prawdziwej czy wyimaginowanej rozmowy z historykiem Jerzym Łojkiem, badaczem okresu, który jest przestrzenią powieści Boleckiego, pojawiają się odniesienia do ukraińskich motywów poezji Jarosława Iwaszkiewicza, czy do Władysława Mickiewicza, syna wieszcza. Są też odwołania do Rodziewiczówny, a nawet Lema. Pojawia się też postać lekarza o nazwisku Bolecki, oko puszczone do czytelnika, że ma do czynienia z literacką konwencją, zabawą polegającą na mieszaniu „akcji zewnętrznej” z autotematyzmem autorskim. Koncept zabawy literackiej autor rozpisał także w kształt, zabawnych skądinąd, jako forma literackiej gry, rozbudowanych passusów dygresyjnych, mistyfikacji literackich co do rzekomej obecności postaci tytułowej w malarstwie i literaturze polskiej, „odnajdując” Chacka w znanych obrazach i poematach. Narrator, imitując, a raczej wchodząc w konwencję roli śledczego historyka, wędruje za Chackiem po rozległych szlakach, historycznych i prywatnych, bliższych i dalszych, prostych i rozwidlających się. Czasem tropionemu przez siebie bohaterowi opowieści depcze niemal po piętach, napiera mu na plecy, czasem wchodzi z nim do tych samych pomieszczeń, bierze udział w tych samych zdarzeniach, a czasem widzi go z daleka, jak przez mgłę, czasem dostrzega go przez moment, znikającego za rogiem, a czasem wręcz traci go z oczu i zmuszony jest polegać na intuicjach, hipotezach, domysłach. Gra Bolecki, ale subtelnie, bez obcesowości, konwencjami i gatunkami literackimi, tworząc mieszaninę relacji dokumentalnej z fikcją i mistyfikacyjnym kamuflażem. Nieco mi ta lektura przywodzi na myśl grę w historyczne szachy, ale nie tylko szachistom ją rekomenduję, lecz tym, co lubią literaturę jako grę – samej ze sobą, z historią, z egzystencją, z czytelnikiem. Nie jest to powieść, w której łatwo się zakochać, rozsmakować. Jest na to zbyt oschła, nie sięga do podświadomości, nie estetyzuje historii. Jednak pożywna umysłowo jest na poziomie nie lada.

Włodzimierz Bolecki – „Chack. Gracze. Opowieść o szulerach”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, str. 649, ISBN 978-83-08-06582-2.

Moi ulubieni księża – Józef Mejer (1743-1825)

Niemożliwy ksiądz – jakobin.

 

Jego nazwisko jest jednym z czterech figurujących (obok Jana Dembowskiego, Kazimierza Konopki, Tomasza Maruszewskiego) na tablicy pamiątkowej, znajdującej się na jednym z filarów galerii stanowiącej część gmachu obecnego Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy (d. Pałac Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu) przy placu Bankowym. Tablica, wmurowana w 1951 roku, w imieniu „stolicy Polski Ludowej”, upamiętnia miejsce działania warszawskiego klubu jakobinów powołanego w dniach insurekcji kościuszkowskiej 1794 roku. Ksiądz Józef Mejer był jednym z przywódców klubu.

 

Tajemnicza postać „polskiego Marata”

Pozostaje do dziś postacią bardzo tajemniczą o nierozpoznanej w dużym stopniu biografii, a na jego portret czy jakikolwiek wizerunek nie sposób natrafić. Józef Mejer (nazwisko pojawiało się w różnych wersjach: Meyer, Majer, Meier, a jego imieniem chrzestnym był Franciszek) urodził się w 1743 roku, a więc był rówieśnikiem wielu działaczy Wielkiej Rewolucji Francuskiej, od których czerpał inspirację, w tym Jean Paul Marata. Był katolickim zakonnikiem reguły pijarów (w murach zakonnych przebywał w latach 1759-1768), w jakimś momencie zasuspendowanym (zawieszonym w funkcjach kapłańskich) przez biskupa brzeskiego. Przede wszystkim był jednak publicystą, tłumaczem, redaktorem gazet, wydawcą. Początkowo działał w Wilnie, w kręgu bliskim Jakubowi Jasińskiemu, późniejszemu przywódcy tamtejszego kręgu insurekcji kościuszkowskiej, a także Józefowi Zajączkowi. Debiutował w 1771 roku w „Monitorze” pod pseudonimem M. de V. Napisał m.in. „Myśli do utworzenia banku narodowego” (1788), „Prawo natury czyli o związkach naturalnych” (1789) i teksty do licznych broszur o tematyce społeczno-politycznej. Od momentu jej powstania związał się z Kuźnicą Kołłątajowską, a przetłumaczył m.in. z francuskiego „Bibliotekę fizyko-chemiczną” (1788-91), a z niemieckiego dwa dramaty von Kotzebue’go. W 1794 roku zajął się też działalnością edytorską i w Rynku Starego Miasta ( kamienica Rogalskiego, czwarta licząc od Zapiecka, obecnie tzw. strona Kołłątaja) wydzierżawił lokal drukarni, w której edytował propagandowe druki patriotyczne i powstańcze. Wydawał m.in. „Dziennik Uniwersalny”, „Dziennik Handlowy”, „Gazetę Powstania Narodu”, „Gazetę Obywatelską” i „Gazetę Patriotyczną”. Wydał m.in. „Uwagi polityczne nad niniejszymi okolicznościami, mogące służyć za ciąg dalszy historii rewolucji francuskiej” (1794) autorstwa Jean Paul Rabauta Saint Etienne (1743-1793), działacza Konwentu, żyrondysty Po upadku insurekcji kościuszkowskiej i III rozbiorze Rzeczypospolitej znalazł się na emigracji w Paryżu, gdzie wstąpił do tzw. Deputacji Polskiej. Zmarł 15 maja 1825 w Krakowie.

 

Człowiek pisma

Ksiądz Józef Mejer napisał podczas pobytu w Paryżu, w okresie formowania się Legionów Polskich we Włoszech: „Jedna dobrze napisana książka jest więcej warta społecznie niż legiony”. Był namiętnym ideologiem patriotycznym. W „Gazecie Obywatelskiej” pisał m.in.: „Jeżeli 3 maja przed dwoma laty tyle mógł sprawić radości, a potem zdrada okryła nas smutkiem i hańbą, to pomnijmy, iż gdy dziś odrodzeni jesteśmy, występki karać przykładnie, a najmniejszy cień zdrady śledzić powinniśmy”. (…) Trzeba koniecznie, żeby publiczność wiedziała, którzy to są zdrajcy, a razem i koniecznie, którzy są wybawiciele od niewoli, bo inaczej, jeśli ta nie nastąpi klasyfikacja, to łotry poczciwych po kątach spokojnie siedzących zakrzyczą”. (…) „Mówmy prawdę, sami sobie winniśmy to szczęść, jakowe powinno by nas teraz otaczać”. (…) „Magistratury tymczasowe, jeśli macie w kole nawet swoim jakiego zdrajcę lub podejrzanego, wyrzućcie z koła swego, ażebyście potem i siebie, i innych nie szczęśliwymi nie porobili. Czyż lepiej, gdy lud będzie palcem wskazywał: oto zdrajca, i sam zechce go wyprowadzić z grona radzących o dobru publicznym; niech obrzydłe członki nie sromocą nawet inne wespół z nimi zasiadające osoby, chociaż najlepiej myślące”. (…) „Człowieku! Ktokolwiek jesteś, poznaj prawo człowieka. Czytaj odwieczne Chrystusa prawdy…”.

 

Człowiek brutalnego czynu – 28 czerwca i później

Józef Mejer był jednak także człowiekiem czynu. W jego idei chodziło przy tym o jedno – o przywódcze zgromadzenie, towarzystwo, o jeden klub i związek rządzący lub zmierzający do władzy. To on miał wciągnąć do spisku powstańczego Jana Kilińskiego. 28 czerwca 1794 roku ksiądz Mejer był jednym z inspiratorów i organizatorów tzw. wieszań zdrajców-targowiczan, które Naczelnik Tadeusz Kościuszko uznał za samosądy i nakazał aresztować dziesiątki ich uczestników, w tym Mejera. 6 lipca Mejer został osadzony w Pałacu Brűhla i spędził w nim kilka tygodni. Mejerowi zarzucono, że należał do tych, którzy „dźwigali ciężkie kłody drzewa pod szubienice”. Byli wśród nich także Kazimierz Konopka, Franciszek Salezy Dmochowski Jan Kalasanty Szaniawski, zagorzały jakobin, w przyszłości skrajnie reakcyjny i konserwatywny szef cenzury Królestwa Polskiego. W swoich wspomnieniach Joachim Lelewel pisał, że „Mejer obciosywał toporem obsady owych pali, aby potem w stule i z pałaszem w ręku wzywać tłumy do wieszań”, w Rynku Starego Miasta i pod kościołem św. Anny przy Krakowskim Przedmieściu. Najwyższy Sąd Kryminalny zarzucił Mejerowi, że „w dniu sobotnim w czasie egzekucji, stał pod szubienicą, rękami klaskał, tudzież potem z okien swej rezydencji aplauzy i oklaski czynił. Tenże ksiądz Mejer w czasie pierwszego tumultu był przed ratuszem w stule i przy pistoletach ceremonialnie. Konopce asystującym i wtedy drzewo na szubienicę obrabiać pomagał i one stawiał”. 30 lipca, po uniewinnieniu i uwolnieniu przez Najwyższy Sąd Kryminalny, został członkiem Deputacji Indagacyjnej, która przesłuchiwała i stawiała w stan oskarżenia wrogów insurekcji.

 

„Archetyp polskiego modernizatora”

Jako się rzekło, biografia księdza Józefa Mejera jest niepełna, pełna luk. W zasobach Biblioteki Narodowej znajduje się maszynopis z życiorysem Mejera, ale daleki od kompletności (istnieją nawet wątpliwości co do tożsamości księdza Mejera, jako że żyło w tym okresie kilku księży o tym imieniu i nazwisku). Także Bogusławowi Leśnodorskiemu, autorowi obszernej, naukowej monografii „Polskich jakobinów” (1960) nie udało się wiedzy o losach Mejera istotnie wzbogacić. Postać wojowniczego księdza pojawia się w przedwojennym studium Wacława Tokarza „Klub jakobinów w Warszawie” (1934), także w popularnej powieści historycznej dla młodzieży „Jakobińskie gniazdo”, autorstwa Wacława Kubackiego (1955). Ożywił pamięć jego postaci Jarosław Marek Rymkiewicz, koszmarny, samozwańczy ideolog propisowski, ale pisarz wyśmienity, w swojej eseistycznej opowieści fantastyczno-historycznej „Wieszanie”. Rymkiewicz napisał o księdzu na powitanie z nim w swojej opowieści nieco złośliwie, bo go jako radykalnego rewolucjonistę i „europejskiego modernizatora” nie lubi (choć i jednocześnie lubi za to, że chciał powiesić króla Stasia i jego kochanki) ale – trzeba mu to oddać – sugestywnie, barwnie i dowcipnie: „W maju 1787 roku (właśnie wtedy, gdy, kiedy „Dziennik {Handlowy}” zawierał „Uwagi i Myśli Patriotyczne, do Handlu Ściągające się”) Podlecki i Meier wydrukowali w swojej gazecie krótki artykulik, zatytułowany „O fabryce atramentu i szuwaksu w Warszawie”. Jak się domyślam, była to rzecz napisana na zamówienie – rodzaj rozbudowanego ogłoszenia mającego na celu zareklamowanie owej tytułowej fabryki czy raczej jej ciekawych produktów”. Rymkiewicz tak dalece śledzi zajęcia i związki księdza Mejera, że detalicznie przytacza nawet adres owej fabryki, czyli róg Bednarskiej i Sowiej na Mariensztacie, za narożną kamienicą, bo jak powiada „wiadomość ta może przydać się zainteresowanym historią Warszawy oraz sympatycznymi pigułkami na szczury”.
„Ciekawie, dlaczego w pewnej chwili księdzu Meierowi znudziło się takie modernizowanie – to znaczy mozolne przekonywanie czytelników gazety („Dziennika Handlowego”, przyp. KL), że koniecznie powinni się unowocześnić oraz zeuropeizować – wziął się za wieszanie. Propagowanie kontraktów krajowych i zaprowadzanie kontraktów krajowych do czytania to była żmudna robota, która jakiś skutek (zeuropeizowanie polskich obyczajów i polskiej umysłowości) mogła przynieść dopiero po wielu latach, więc może Mejer, widząc że nic się nie zmienia ( i ukąszeni przez wściekłego wilka nadal uciekają się do modlitw), chciał przyspieszyć” – ciągnie swoje ironie Rymkiewicz.
Nadszedł rok 1794 czyli rok kościuszkowskiej insurekcji. W styczniu ksiądz Mejer wydał kilka numerów „Dziennika Uniwersalnego”, pełnych wiadomości z dziedzin przyrodniczych, rolnictwa, medycyny prawa i obyczajów. „Zalecają one czytelnikom – pisze Rymkiewicz – naśladowanie europejskich sposobów życia, sugerując (wprost nigdzie nie jest to powiedziane), że kto się ucywilizuje i zeuropeizuje, ten będzie szczęśliwy”. Tuż przed wybuchem insurekcji nazwisko księdza Mejera znalazło się podobno na liście spiskowców, których aresztowania zażądał od Rady Nieustającej generał Igelstrőm – wskazywałoby to, że modernizacyjne projekty księdza-redaktora przybrały wówczas nieco inny kształt, który nie podobał się rosyjskiej władzy. Mejer zdołał się ukryć i nie został odnaleziony, dzięki temu uniknął nieprzyjemnych przesłuchań w piwnicach ambasady na Miodowej. Niebawem po wybuchu insurekcji ksiądz Józef Mejer wziął się za wydawanie „Gazety Warszawskiej Patriotycznej”. Wychodziła ona od 22 kwietnia do 16 lipca dwa razy w tygodniu, podobnie jak „Dziennik Handlowy” – pod różnymi tytułami „Gazeta Warszawska Patriotyczna od Czasu Powstania Siły Zbrojnej Narodu Polskiego”, „Gazeta Obywatelska i Patriotyczna Warszawska z Wiadomości Krajowych i Zagranicznych”.

„Poza redagowaniem „Gazety Patriotycznej” ksiądz Mejer miał też wówczas inne zajęcia – widywano go na ulicach Warszawy w sutannie ściągniętej skórzanym pasem; u pasa miał szablę lub kordelas Czy można powiedzieć, że umiarkowany modernizator popadł, po wybuchu insurekcji, w modernizacyjne szaleństwo? To nie takie proste. Ksiądz Mejer – archetyp polskiego modernizatora i polskiego jakobina – jest jedną z najbardziej zagadkowych postaci naszej osiemnastowiecznej historii. Ale wreszcie – Robespierre – to także zagadka”. Ksiądz Mejer odegrał pewną rolę w wypadkach 9 maja, gdy odbyły się pierwsze sądy (i samosądy) nad targowiczanami. Józef Wybicki zapisał we wspomnieniach, że do Ratusza, znajdującego się wtedy w Rynku Starego Miasta, w którym miało odbyć się posiedzenie Sądu Kryminalnego, wdarła się uzbrojona grupa z Kazimierzem Konopką na czele: „Wtem i on – i druga poczwara, niejaki ksiądz Mejer z podobnymi sobie, z gołymi pałaszami, nabitymi pistolety, szturmują drzwi naszej izby, którą gdy przymuszeni byliśmy otworzyć, jak wylew jaki spieniony nas zatopił”. Wieszania, przywołane wyżej, powtórzyły się niespełna dwa miesiące później, pod koniec czerwca, tym razem w trybie samosądów. Jak napisał Rymkiewicz, w „Gazecie Warszawskiej Patriotycznej ksiądz Mejer zamieścił następującą wiadomość: „Z Warszawy dnia 28 czerwca. Dnia wczorajszego pierwszy raz lud cyrkułami wyszedł z bronią ręczną, kosami i pikami ku okopom na musztrę, powróciwszy z okopów oświadczył swe prośby i życzenia przed Prezydentem przyspieszenia kary dla zdrajców, którzy ich pracy i trudów w strzeżeniu ustawnym tak wiele kosztują; chcąc zaś ostatnią posługę dla zdrajców uczynić, w jak największej spokojności przez noc dziesięć wystawił szubienic, z tych trzy w Starym Mieście; 4tą i 5tą na Dziedzińcu Kommisji; 6tą przed Pałacem Brylowskim; 7mą przed Pałacem Branickiego; 8mą na Krakowskim Przedmieściu; 9tą na Senatorskiej ulicy, 10tą na ulicy Miodowej”.

 

Spóźniona walka księdza Mejera

Ostatnie zapiski dotyczące losów księdza Mejera odnoszą się do jesiennego (1794), na chwilę przed ostateczną klęską insurekcji, prawdopodobnie tuż przed Szczekocinami, spotkania w mieszkaniu Hugo Kołłątaja w kamienicy Wasilewskiego u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Bednarskiej, w którym wzięli udział m.in. także ksiądz Florian Jelski i generał Jakub Jasiński. Rymkiewicz opiera się w swojej relacji na dwóch źródłach – „Pamiętnikach o Polsce i Polakach” Michała Kleofasa Ogińskiego oraz „Żywocie Juliana Ursyna Niemcewicza” pióra Adama Czartoryskiego. „Tematem narady (…) pisze w „Wieszaniu” J.M.R. – jest lista proskrypcyjna, przygotowana uprzednio przez Kołłątaja. Generał Jasiński dopisuje do niej kilka nazwisk, wśród nich nazwisko Michała Kleofasa Ogińskiego, ksiądz Mejer pyta, czy powieszone zostaną także kochanki Stanisława Augusta. Odpowiedź generała Jasińskiego – kobiet nie wieszamy – nie zadowala księdza Mejera, ponieważ uważa on, że nastała epoka braterstwa i równości, a zatem kobiety powinny być traktowane jak bracia, czyli dokładnie tak samo jak mężczyźni – inny sposób obchodzenia się z nimi ubliżałby ich ludzkiej godności i czyniłby z nich osoby odmienne, na poły zwierzęce”. Dalej Rymkiewicz już bardzo dowolnie, publicystycznie parafrazuje i „unowocześnia” treści zawarte w pamiętnikach: „Obrzydliwe zwierzęta – krzyczał ksiądz Mejer – Obrzydliwe włochate naczynia służące do zaspokajania męskiej żądzy. – Ksiądz Kołłątaj, zniecierpliwiony, mówi, że do wieszania kobiet przystąpi dopiero po opracowaniu filozoficznych podstaw feminizmu, kiedy zostanie rozstrzygnięte, czy feministki są naszymi braćmi, czy siostrami. Jeśli są braćmi, będziemy je wieszać”. Radykalny prawicowiec Rymkiewicz nie lubi „czerwońca” i „terrorysty” Mejera, więc musimy znieść ten szyderczy wobec niego ton, ale za to jak to jest sugestywnie, barwnie, z fantazją i polotem napisane. Nazajutrz księża Mejer i Jelski przystąpili do sporządzenia listy proskrypcyjnej, na której znaleźć się mieli król Stanisław August, Ignacy Potocki, Tadeusz Kościuszko, biskup Michał Skarszewski (oraz jego „dwie metresy, jedna męska, druga żeńska” – jak skrupulatnie dodaje Rymkiewicz). Cele sporządzenia listy wzięły jednak w łeb, insurekcja upadła, Polska też. Mejer znalazł się w Paryżu, a jego podpis widnieje na akcie zawiązania tzw. Deputacji Polskiej (1795), która miała utrzymywać kontakty z rządem francuskim i kierować działalnością polskich agentów.

„Dalsze losy księdza redaktora nie rysują się jasno – w latach późniejszych działało bowiem kilku księży Mejerów i nie wiadomo, z którym z nich należałoby utożsamić księdza Józefa” – konkluduje J.M. Rymkiewicz uświadamiając nam, jak dalece niepełna i niepewna jest wiedza o historii tak dawnej (a może raczej: nawet tak relatywnie niedawnej), jak schyłek XVIII wieku, kiedy to nie było taśmy filmowej, dźwiękowej, fotografii, obrazu cyfrowego, internetu, jutuby i innych technik. Dlatego choć protekcjonalny i sarkastyczny ton, z jakim Rymkiewicz odnosi się do księdza Mejera, może irytować, zwłaszcza lewicowca, to w końcu przecież nikt poza nim (Rymkiewiczem) nie podjął się nawet tak niedoskonałej i cząstkowej rekonstrukcji tej postaci. Nie miejmy więc zbyt wielkiej do niego pretensji.