PRL w obiektywie „kryminału”

Nie czytałem tego studium całkiem „na chłodno”, choć jest ono dość chłodno napisane, jak na pracę naukową przystało.

Czytając je przypominałem sobie lata telewizyjnej młodości (obejmującej właśnie lata tytułowe – 1965-1989), kiedy w Telewizji Polskiej co rusz pokazywano nowy polski film kryminalny, sensacyjny czy tzw. szpiegowski. I co trzeba wyraźnie podkreślić – film telewizyjny, t.j. wyprodukowany przez telewizję i do emisji telewizyjnej (prawie) wyłącznie przeznaczony.
Studium Dudzińskiego przyświeca cel pokazania jednego z segmentów kultury masowej okresu PRL. Jednak we wstępie autor wyjaśnia, że nurtu filmów sensacyjno-kryminalnych, które wziął pod swoje badawcze oko, nie potraktował wyłącznie jako twórczości ludycznej czyli służącej rozrywce, lecz zajął się nim przede wszystkim dlatego, że „stanowią (mniej czy bardziej konwencjonalną) reprezentację kontrowersyjnych aspektów rzeczywistości pozafilmowej – zbrodni, przemocy, marginesu społecznego i aparatu władzy. To sprawia, że produkcje kryminalno – w PRL sensacyjne były przestrzenią, w której spotykały się i ścierały sprzeczne dyskursy i socjokulturowe zjawiska o bardzo zróżnicowanym charakterze. Aby je właściwie odczytać i zrozumieć, należy uruchomić szereg – nie tylko ściśle filmowych – kontekstów”. I właśnie te konteksty Dudziński uruchamia, wykorzystując zasoby innych dyscyplin naukowych, m.in. historii, kulturoznawstwa, literaturoznawstwa, socjologii, etc, przywołując równocześnie dotychczasowy, nader już bogaty zakres badań przedmiotu.
Dudziński zaczyna swoje studium od próby zdefiniowania filmu gatunkowego w PRL i jedną z konkluzji tego wstępnego rozdziału jest konstatacja, że polski film-kryminalno sensacyjny nie spełniał, z różnych powodów, artystycznych i pozaartystycznych, także ustrojowych, kryterium klasycznego filmu gatunkowego uprawianego w USA i Europie Zachodniej. Autor koryguje jednak dość powszechny błąd polegający na traktowaniu filmu sensacyjno-kryminalnego PRL jako prostego narzędzia propagandowego, „maszyny ideologicznej”. Cytując inną autorkę, Dudziński zwraca uwagę, że „ten gatunek, czy może hybryda gatunkowa, jawi się jako pełen wewnętrznych napięć i antagonizmów”. Chodzi o to, że twórcy tych filmów niejednokrotnie, mimo działania cenzury, przemycali treści, z domeny kulturowej, obyczajowej, a czasem nawet (tu w sposób najbardziej zawoalowany, ukryty, n.p. w warstwie dowcipu i wieloznaczności) ideowej czy politycznej nie zawsze dokładnie pokrywające się z linią polityczną władze PRL, czasem nawet w stosunku do nich przekorne, a czasem nawet delikatnie polemiczne czy nawet z lekka kontestatorskie.
Obraz spektrum tytułowej produkcji Dudziński przedstawił w formie analiz punktowych i punkt pierwszy („PRL odrealniony”) poświęca pierwszemu sensacyjno-kryminalnemu serialowi telewizyjnemu czyli „Kapitanowi Sowie na tropie” (1965), który drobiazgowo analizuje jako casus zastosowania poetyki odrealnienia, pełnej konwencjonalności stylu, przebiegu akcji i postaci. Jako inne przykłady poetyki odrealnionej, konwencjonalnej przywołuje autor filmy „Kocie ślady” i „Skarb trzech łotrów”. Inny rozdział poświęca Dudziński różnym koncepcjom realizmu w obrębie omawianego nurtu, m.in. filmowi milicyjnych procedur (tu przywołuje popularny niegdyś serial „Przygody psa Cywila”) czy kryminałowi problemowemu („Złote Koło”). Zwraca też uwagę na pojawienie się w połowie lat 60-tych, w obrębie „gatunku”, nowej, do tej pory raczej nie poruszanej, a jeśli to nie w sposób otwarty, tematyki przestępczości seksualnej (głównie gwałtów).
Wykonawszy przeskok do lat 70-tych Dudziński podejmuje zjawisko, które wtedy zaistniało, zjawisko „westernizacji” tematyki i stylistyki filmu sensacyjno-kryminalnego („PRL zwesternizowany”). Jako egzemplifikacje posłużyły autorowi seriale „07 zgłoś się”, przykład polskiej odmiany gatunku „policyjnego” czy „Życie na gorąco” jako przykład (mało udolnego realizacyjnie, na granicy śmieszności) zastosowania schematu bondowskiego (Leszek Teleszyński jako socjalistyczny James Bond). Przy czym, wraz z upływem lat i kolejnych edycji serialu „07 zgłoś się” (również aluzyjne nawiązanie do „Bonda”) ta westernizacja postępowała i dość jeszcze „socjalistyczny” w latach siedemdziesiątych oficer Milicji Obywatelskiej grany przez Ryszarda Cieślaka, przeobrażał się w „samotnego wilka” kontrastującego z siermiężnym otoczeniem milicyjnej służby i momentami wygłaszał nawet kąśliwe (oczywiście w ramach rozsądku) uwagi pod adresem niektórych aspektów ustroju i rzeczywistości PRL.
To wyraźne poluzowanie cenzury w pewnych kwestiach tematycznych (n.p. także domenie erotyki, stosunku do bogactwa czy rezygnacji z bałwochwalczego odnoszenia się do aparatu władzy i tzw. „pryncypiów ustroju”) w latach po stanie wojennym, było swoistym paradoksem, wartym nota bene osobnego studium. I właśnie erotyce, jej wizerunkowi i kontekstom w filmie kryminalnym (i nie tylko) poświęcony jest przedostatni rozdział pracy.
Choć swoją pracę Dudziński poświęcił głównie i przede wszystkim tytułowym produkcjom sensacyjno-kryminalnym, to w trybie dygresji porusza też kilka zagadnień spoza ścisłego tematu, m.in. kwestii pozycji kobiety w świecie męskim na przykładzie szpiegowskiego filmu „Cześć, kapitanie”, a także wykorzystywaniu schematu sensacyjno-kryminalnego wyłącznie jako „opakowania”, dla podejmowanie innej tematyki, społecznej, psychologicznej, etc. Kilka dygresji poświęcił autor także „gatunkowi”, jakim był polski film muzyczny, niby-musical (dowcipnie przez jednego z autorów nazwany „muzykolem”).
Zwraca też autor uwagę na brzmiącą dla współczesnych uszu paradoksalnie konstatację, że władze PRL dość późno doszły do wniosku, że także telewizja, a nie tylko radio i prasa, może być bardzo poręcznym źródłem propagandy politycznej. Do roku 1968 była w tym celu wykorzystywana w stopniu minimalnym („Dziennik Telewizyjny”) i dopiero od wydarzeń Marca 1968 zaczęła się historia telewizyjnej propagandowej publicystyki politycznej. Już na wstępie autor studium zaznaczył, że poza obszarem jego analiz znalazła się, jako odrębny gatunek, produkcja teatru telewizyjnego, skoncentrowana w ramach dwóch scen: „Teatru Kobra” (tematyka przestępczości cywilnej) i „Teatru Sensacji” (tematyka szpiegowska, konkretnie walki PRL-owskiego kontrwywiadu z zachodnim wywiadem, ale także produkcje o tematyce „historyczne” typu „Stawki większej niż życie”). Pominięcie to, zważywszy także i fakt natury praktycznej, że produkcja w tym zakresie była najobfitsza – setki przedstawień), jest oczywiście racjonalne.
Teraz jednak będę wypatrywał studium poświęconego właśnie produkcjom kryminalno-sensacyjnym w ramach teatru telewizyjnego. Także dlatego, że właśnie tam, zwłaszcza poprzez realizację tekstów autorów zachodnich (angielskich, amerykańskich, z rzadka francuskich), znalazła wyraz forma klasycznego kryminału gatunkowego.

Robert Dudziński – „Produkcje sensacyjno-kryminalne Telewizji Polskiej 1965-1989. Konwencje-motywy-konteksty”, wyd. Katedra Wydawnictwo Naukowe, Gdańsk 2017, str. 271, ISBN 978-83-65155-74-0

Jeszcze czas, żeby nie przerżnąć

Opozycjo, ogarnij się wreszcie! Pokaż ludziom jak są nabierani i mamieni przez obecną ekipę. Można to przecież zrobić z łatwością. I przestań w końcu robić głupie błędy.

Telewizyjny spot wyborczy Koalicji Obywatelskiej (czyli PO) z wymyśloną, żałosną rodzinką, biadolącą z grobowymi minami przy stole jak to im się źle wiedzie, i z tym koszmarnym dziadkiem znacząco spoglądającym z ukosa, jest czymś tak przerażająco żenującym, że trudno sobie wyobrazić coś gorszego.
Aż nie można pojąć, że w XXI wieku, po czterdziestu latach różnych doświadczeń wyborczych, w dobie nowoczesnych technik audiowizualnych, można było wyprodukować coś równie okropnego i beznadziejnie staroświeckiego.
Na ten spot patrzyłoby się ze wstydem już w latach sześćdziesiątych. I pomyśleć, że nagrała go partia korzystająca z wielomilionowych dotacji, mająca możliwości, uchodząca niby za tę bardziej intelektualną i błyskotliwą.
Słusznie ironizują sztabowcy PIS, że chętnie by się spotkali z wydumaną rodzinką z filmiku KO. Jeśli Koalicja Obywatelska przerżnie, to oczywiście jednym z powodów będzie ów żałosny klip telewizyjny.
Ale nie tylko. Innym powodem będzie telewizyjna debata przedwyborcza sprzed paru dni, gdzie pięciu typów, jeden mniej zachęcający od drugiego, opowiadało ogólnikowe dyrdymały. Z tym, że i tak dla większości oglądaczy to co kto mówił, miało zapewne mniejsze znaczenie od tego, jak kto wyglądał.
Prawie pół wieku temu oglądałem w telewizji „Hydrozagadkę”. Spośród wielu niepowtarzalnych scen tego filmu urzekła mnie ta, w której maharadża Roman Kłosowski, witany przez dziecko, a faktycznie przez „Malutkiego”, niemal 70-letniego Bolesława Kamińskiego, mówi zdegustowany: „Jakie okropne dziecko. Czy nie było ładniejszego chłopczyka?”. I oto dziś, po niemal pół wieku, patrząc na pana Borysa Budkę, człowieka rozlicznych wszak cnót, mogę powtórzyć: Czy nie było ładniejszego chłopczyka?
A może nawet nie tyle ładniejszego, co nieco bardziej przekonywującego. A najlepiej dziewczynki. Czy naprawdę Platforma nie mogła wykonać wysiłku organizacyjnego i intelektualnego, by pokazać, że jest jednak partią nowoczesną oraz idącą z duchem czasu – i na tle czterech niewyględnych facetów zaprezentować jakąś nieodpychającą przedstawicielkę płci pięknej?
W końcu wszystkie kobiety, które w wielu krajach robią dziś karierę w polityce (może z tym jednym, najważniejszym wyjątkiem) wyglądają dość atrakcyjnie – i bardzo dobrze . Zwłaszcza więc powinna się o to postarać partia, która chce mieć premiera-kobietę.
Oczywiście, teoretycznie najlepiej, gdyby wtedy w telewizji wystąpiła sama Małgorzata Kidawa Błońska. Ja rozumiem, że może trudno jej było w krótkim czasie obkuć się na tyle, by posiąść wiedzę, jaką powinna mieć kandydatka pragnąca być premierem i stająca w szranki ostrej debaty telewizyjnej – w dodatku odbywającej się w nieżyczliwej PiS-owskiej telewizji rządowej. Ale jeśli są takie wątpliwości, to może – choć to już poniewczasie – warto się było zastanowić, czy w ogóle należało ją typować na premiera?.
Niestety, niczego nie ujmując pani Kidawie Błońskiej, jest z nią taki kłopot, że niekiedy wygląda, jakby była lekko senna i – przykro mi to mówić – nie sprawia wrażenia osoby przesadnie kompetentnej.
Tymczasem premier powinien wyglądać na człowieka zdecydowanego, energicznego i takiego, co wie jak sobie radzić w kłopotliwej sytuacji (w domyśle – że poradzi sobie i wtedy, gdy w kłopotliwej sytuacji będzie kraj), a zarazem w miarę niegłupiego i dostatecznie kulturalnego w obejściu.
Inna sprawa, że niewielu było w Polsce premierów o tak skomplikowanym imidżu. Szczerze mówiąc, tylko jeden, Donald Tusk, oraz może, w ich najlepszych okresach, Leszek Miller i Jan Krzysztof Bielecki, a także, w porywach, Mieczysław Rakowski (choć premierował przy nieżyczliwych dla siebie wichrach dziejowych).
Wracając zaś do nieszczęsnego spotu wyborczego z żałosną rodziną – należy go jak najszybciej zdjąć, a zamiast tego nagrać Grzegorza Schetynę, który twardo i w miarę brutalnie (bo nie ma on wyglądu człowieka zwykłego prawić piękne słówka) ozwałby się w sposób następujący:
„Moi drodzy! Patrzycie na kasę z 500 plus i jesteście zadowoleni, że ją dostajecie. Tylko pamiętajcie, że aby tu można było dodać, gdzie indziej trzeba było zabrać. Zauważcie, że w Polsce pod rządami PiS rośnie strefa skrajnego ubóstwa, coraz dłużej trzeba czekać w kolejce do lekarzy, spada poziom opieki medycznej, rośnie śmiertelność niemowląt, skraca się przeciętna długość życia Polaków, mamy coraz bardziej zatrute powietrze, Polskę zalewa kiepski rosyjski węgiel, ludzie piją coraz więcej alkoholu, rośnie liczba zabójstw, sprawy w sądach trwają coraz dłużej, panuje zamęt w edukacji, program budowy tanich mieszkań okazał się kłamliwą lipą. To są wszystko twarde statystyczne dane, możliwe do natychmiastowego sprawdzenia, wzięte z GUS-u, raportów NIK, meldunków policji, informacji poszczególnych resortów. Takie są efekty niespełna czterech lat rządów PiS. Zastanówcie się więc, czy naprawdę chcecie dłużej żyć z taką władzą?
Co by o nas nie powiedzieć, to pod rządami PO, te negatywne zjawiska były stopniowo ograniczane, a pod rządami PiS się nasilają. My nie byliśmy hipokrytami, zalewającymi was kłamliwymi obietnicami. Oskarżają nas dziś, że rządziliśmy wiele lat ale nie wprowadziliśmy 500 plus A ja odpowiadam – bo wtedy było to niemożliwe, mieliśmy światowy kryzys finansowy, dopiero rozpędzaliśmy naszą gospodarkę.
To przecież my wprowadziliśmy gospodarkę na taki poziom i daliśmy jej takie podstawy rozwojowe oraz finansowe, że PiS może dziś z tego korzystać – i w warunkach świetnej koniunktury światowej, znajdować środki na transfery socjalne. A i tak, żeby te transfery finansować, musi ujmować pieniędzy z innych dziedzin. Wybierzcie więc tych, którzy nie mydlą wam oczu i nie opowiadają bajek, jak to pod ich rządami wszystko jest wspaniale.
Wiem co sobie myślicie: że wszyscy politycy to banda kłamców i złodziei, więc warto głosować na tych, którzy wprawdzie kradną jak i inni, ale chociaż się dzielą. Tyle, że PiS się z wami nie dzieli!. PiS wam z jednej strony dodaje, a z drugiej jeszcze więcej zabiera. My natomiast na pewno nie zabierzemy tego, co dał wam PiS, a przestaniemy zabierać to wszystko, co PiS dziś zabiera”.
Howgh!!!

Chaplin polski podwójnego wzrostu

Jan Kobuszewski (1934 – 2019)

Jak rzadko który z aktorów obdarzony był nie tylko ponadnormatywnymi warunkami zewnętrznymi (bardzo wysokim wręcz „tyczkowatym”wzrostem, niewiarygodnie giętkim ciałem i dużą, podłużną twarzą o niebywale plastycznej mimice), ale także fenomenalną vis comica. Jego siłę komiczną porównywano do chaplinowskiej czy fernandelowskiej. Samo jego pojawienie się na scenie wywoływało salwy śmiechu na widowni.
Warszawiak (ściśle – prażanin z Zacisza) z dziada pradziada, z krwi i kości. Po ukończeniu warszawskiej PWST, skąd wyszedł „spod ręki” m.in. Aleksandra Zelwerowicza, który mówił o nim „wysoki na twarzy i pociągłego wzrostu”, zaczął świetną od początku drogę zawodową. Świetną, choć nigdy, zwłaszcza w filmie, nie był wykorzystany na tyle, na ile pozwalały jego talent i kapitalne warunki zewnętrzne.
Większość lat teatralnych spędził w Teatrze Narodowym, w tym u Kazimierza Dejmka, u którego zagrał m.in. Mefistofelesa w „Kordianie” czy doktora Bécu w legendarnych „Dziadach”, tych co wywołały burzę polityczną poprzedzającą Marzec 1968 roku. Ról zagrał w sumie setki (część także Teatrze Polskim, a po latach również n.p. w Teatrze Kwadrat), w tym wyborne role komediowe w przedstawieniach Fredry, Moliera, Szekspira, do których był stworzony, ale oczywiście także liczne role tzw. współczesne.
Wraz z Janiną Traczykówną zagrał główną rolę w pierwszym polskim serialu telewizyjnym „Barbara i Jan” (1964/1965). Także w telewizji stworzył kapitalną postać w „Gallux show” i innych kabaretach Olgi Lipińskiej. Stanisław Bareja dał mu role chyba w większości swoich komedii (m.in. w „Żonie dla Australijczyka”, „Brunecie wieczorową porą”), zagrał też m.in. w „Latach dwudziestych, latach trzydziestych” Janusza Rzeszewskiego, a w jego innej komedii, „Hallo Szpicbródka”, dał wyjątkowo, nawet jak na niego, fenomenalny popis mistrzostwa w roli Tajniaka Policji. Zagrał też dziesiątki kapitalnych ról w Teatrze Telewizji (m.in. w „Dożywociu” i „Damach i huzarach” Fredry, Ozryka w „Hamlecie” Szekspira czy fenomenalnego Anuczkina w „Ożenku” Gogola). Należał do gwiazd legendarnego kabaretu „Dudek” Edwarda Dziewońskiego, gdzie zagrał kapitalne, „kultowe” dziś dialogi, w roli Majstra obok Wiesławów Gołasa i Michnikowskiego („wężykiem, wężykiem”, „nie bądź pan rura i nie pękaj”), czy w „Kolejce”. Okropnego, ale niezwykle przy tym komicznego, kanonicznego „peerelowskiego majstra-hydraulika” zagrał też w serialu Jerzego Gruzy „Wojna domowa”.
Był człowiekiem rzadkiej dobroci, łagodności i pogody ducha, a także kultury osobistej, nigdy nie krytykującym innych publicznie, choć bycia takim nie ułatwiała mu ciężka i wyjątkowo dokuczliwa choroba, na którą cierpiał o dziesiątków lat.

Los zapisany w gwiazdach

Z MARKIEM LEWANDOWSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Jak Pan widzi dziś, z perspektywy czasu, swoją drogę zawodową?
Jest bogata liczbowo, ale nie sądzę, żeby również jakościowo. Było tego dużo, ale na ogół to nie tyle role, ile epizody.
Widzę już na wstępie, że mam do czynienia z człowiekiem przesadnie skromnym, co w naszych czasach autopromocji jest cechą nie tylko deficytową, ale wręcz unikalną. Zaczynał Pan jeszcze w legendarnym STS…
Nieco wcześniej, na dwa sezony zaangażowałem się do Teatru Ziemi Mazowieckiej, pod dyrekcją Aleksandra Sewruka, gdzie zagrałem pierwszą pełnokrwistą rolę, Jaszy w „Wiśniowym sadzie” Czechowa w reżyserii Marii Kaniewskiej, ale też Węża w widowisku „Ewa, wiersze, piosenki, facecje o białogłowach”. Na ten czas przypadł grudzień 1970 roku, a że byłem figlarnym i bezczelnym 23-letnim urwisem warszawskim, więc gdy usłyszałem w radiu o odejściu Gomułki. Pukam i wchodzę do gabinetu dyrektora Sewruka, który pyta mnie: „Słucham, kolego”. „Panie dyrektorze – mówię, wskazując wiszący na ścianie portret Władysława Gomułki – portrecik się zdezaktualizował”. Sewruk nic nie powiedział, ja wyszedłem. Po jakimś czasie przez uchylone drzwi zobaczyłem go przy intymnej czynności, jak zdejmował portret ze ściany. Co do STS, to znaczony był on takimi legendarnymi nazwiskami jak Agnieszka Osiecka, Andrzej Jarecki, Ziemowit Fedecki, Stanisław Tym. Jarecki zaangażował mnie już po fuzji STS z Rozmaitościami, z której powstał nowy Teatr Rozmaitości. Jarecki był wybitnym człowiekiem teatru, duży format, legenda na miarę Holoubka czy Dejmka, tyle że w innym teatralnym gatunku.
Co Pana popchnęło w stronę aktorstwa?
W szkole nic tego nie zapowiadało. Żadnych wierszy na akademiach. Chodziłem do warszawskiego liceum im. Księcia Józefa Poniatowskiego, popularnej „Poniatówki”, położonej przy parku Kusocińskiego, blisko fortów. Do podstawówki nr 64 chodziłem na róg Siemiradzkiego i Słowackiego. Jakoś mi taki pomysł samoistnie strzelił do głowy, chyba pod wpływem filmowych idoli i złożyłem papiery do warszawskiej PWST na Miodową. Na egzaminie sprzedawałem młodość, bezczelność, nonszalancję i czuprynę ryżawych włosów. Moim opiekunem roku była Ryszarda Hanin, a dziekanem Kazimierz Rudzki. Uczyli nas też Stanisława Perzanowska, Aleksander Bardini, Ludwik Sempoliński, także młody Zbigniew Zapasiewicz jako asystent Zofii Mrozowskiej na zajęciach z wiersza.
Przykładał się Pan do zajęć i studiów?
Tego potwierdzić nie mogę. Migałem się jak mogłem. Jestem z urodzenia patentowanym leniem. Wszystko mi jakoś lekko przychodziło, a w każdym razie takie miałem poczucie. Podobnie było w pracy zawodowej. Nigdy nie należałem i nie należę do tego gatunku aktorów, którzy bez reszty poświęcają się zawodowi, scenie, żyją dla niej, a bez niej umierają lub cierpią. Ja zawsze najbardziej lubiłem samo życie, kobiety, alkohol, leniuchowanie. Zawsze, gdy tylko się dało, uciekałem od wysiłku.
W bujnym życiu towarzyskim artyści celowali…
W minionych już czasach. Życie towarzyskie skończyło się wraz z poprzednim ustrojem. Te spotkania po spektaklach, w garderobie, w bufecie, te wódeczki w SPATiF-e czyli późniejszym ZASP, wszystko to się skończyło. Tamten styl życia brał się z różnych źródeł. Ludzie niby dużo pracowali, także aktorzy, więcej się grało w teatrze, ale jednocześnie paradoksalnie miało się więcej czasu. Poza tym dużą rolę odgrywał czynnik, rzekłbym, finansowy. Jeśli wtedy miało się już mieszkanie, małego fiata, pralkę i lodówkę, to nie było specjalnie na co wydawać pieniędzy. Nie było możliwości takiego ich spożytkowania jak dziś, na wakacje w dowolnym miejscu świata, kupno markowego wozu, wybudowanie domu i tak dalej. Wydawało się więc na życie towarzyskie i na wódeczkę między innymi. Dziś nie ma SPATiF, to znaczy jest, ale już tylko jako blade wspomnienie po tamtym, więc i polewaczkami nad ranem się nie jeździ (śmiech). To życie towarzyskie rozciągało się także na bliską zagranicę czyli na przykład Związek Radziecki. Kiedyś, a miałem wtedy 23 lata, pojechaliśmy na tournée po Związku, m.in. wraz z kolegą Piotrusiem Loretzem, z zaaranżowanym przez Mariana Jonkajtysa dużym ansamblem, w którym były gwiazdy tamtego czasu, m.in. Rena Rolska, Dana Lerska, siostry Panas. Zawitaliśmy między innymi do Tallina, stolicy Estońskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. W nocy popiliśmy tęgo w tamtejszym hotelu w licznym, mieszanym towarzystwie. Spodobała mi się jedna dziewczyna, śliczna blondynka, więc zacząłem ją emablować. Coraz bardziej pijany kolejnymi szklankami whisky odzywałem się do niej przez pół nocy moją kompromitującą, połamaną, ubogą angielszczyzną. Potem, jak to mówi dziś młodzież, wylogowałem się. W nocy obudziłem się na kacu alkoholowym i moralnym, ze wstydem, że tak skompromitowałem siebie jako Polaka-patriotę. A że jestem szarmanckim warszawiakiem z urodzenia, urodziłem się na granicy Żoliborza i Marymontu, postanowiłem ją przeprosić i obdarować kwiatami. Ale gdzie znaleźć kwiaty w radzieckim Tallinie, w nocy? Nos warszawskiego cwaniaka podpowiedział mi, że na „wokzalie”, czyli na dworcu kolejowym. Na ulicy spotkałem równie jak ja pijanego tallińczyka, który mnie zaprowadził na dworzec. Do kwiatów dołączyłem karteczkę z przeprosinami: „Forgive me for yesterday. Marc”. W czasie śniadania w hotelowej restauracji poszedł szum, że w hotelu jest słynna szwedzka aktorka Bibi Andersson, znana między innymi z filmów Ingmara Bergmana, ale też słynna po roli w kontrowersyjnym seksualnie filmie Sjömana „Moja siostra, moja miłość”. Przyjąłem to do wiadomości bez szczególnego wrażenia i dalej konsumowałem śniadanie. I nagle słyszę szum:” Bibi Anderson, Bibi Anderson” i skamieniałem, bo widzę, że wchodząca do restauracji gwiazda, to towarzyszka mojej pijanej nocy. Zobaczyła mnie, uśmiechnęła się, leci do mnie, uściskaliśmy się serdecznie, wręczyłem jej kwiaty. Cała ekipa patrzyła na to z otwartą gębą. Później obecni rzucili się do mnie z pytaniem: „Ty znasz Bibi Andersson?”. Odąłem wargi, wzruszyłem ramionami i powiedziałem z nonszalancją: „Biba?” (śmiech). Tak wyglądała moja przygoda ze słynną szwedzką gwiazdą. A trzeba pamiętać, że szwedzkie gwiazdy były w tamtych czasach nie mniejszymi gwiazdami niż amerykańskie, francuskie czy włoskie.
Wróćmy do Pana początków zawodowych. Na początku lat siedemdziesiątych zagrał Pan w bardzo głośnym widowisku słowno-muzycznym Wojciecha Młynarskiego „Cień”…
Zagrałem tam Uczonego. Kariera tego widowiska, na które zjeżdżali się widzowie z całego kraju, jak w soczewce pokazuje specyficzne i paradoksalne mechanizmy życia charakterystyczne dla PRL. Najpierw cenzura puściła widowisko, ale kiedy zaczął być grany, poszedł po stolicy i po kraju hyr, że to spektakl przeciw ustrojowi i władzy, że ten tytułowy „Cień”, to partia, a może Gierek, a może Związek Radziecki lub wszystko razem. Taka jedna wielka aluzja polityczna, a to były czasy aluzji. Z drugiej strony spektakl szedł i szedł, mimo że mogli go przecież zdjąć z afisza jednym ruchem. Władza snobowała się na kulturę i lubiła takie gry. My, artyści także. I tak się to toczyło. Nie było natomiast problemów z pieniędzmi na kulturę, w tym na teatr. Jak ich zabrakło, to można było dodrukować. Wystarczyło, żeby się dyrektor za bardzo nie naraził władzy, za bardzo, bo jak się tylko trochę naraził, to nie było wielkiego nieszczęścia.
Po dziesięciu latach w „Rozmaitościach”, późną jesienią 1982 roku, znalazł się Pan w bardzo wtedy prestiżowym Teatrze Ateneum na warszawskim Powiślu, jednej z najważniejszych scen w kraju…
U Janusza Warmińskiego, też wybitnego człowieka teatru, wieloletniego prezesa ITI, międzynarodowej organizacji teatralnej, z renomowanym zespołem składającym się z wybitnych kolegów.
Zadebiutował Pan tam rolą Hermana w „Śmierci Dantona”, dramacie politycznym Büchnera…
To był okres bardzo ciekawych ról, jako że Warmiński wystawiał tylko wybitną literaturę, głównie klasykę dramatu. W Ateneum też poznałem wspaniałych ludzi, poza wspomnianym Warmińskim wielu znakomitych kolegów aktorów. W tym teatrze myśl wisiała w powietrzu. Tam się myślało o poważnych zagadnieniach artystycznych i społecznych, dyskutowało się. Dziś z teatrów ten duch niemal całkowicie się ulotnił. Zastąpiło go hołdowanie formie i efektom pod publiczność. W ogóle teatr się bardzo zmienił. Poza osłabieniem intelektualnym nastąpiła eliminacja kategorii autorytetu. Dziś nie liczą się żadne zasługi starych mistrzów. Nie liczy się tradycja teatru, liczy się tylko tu i teraz. To się wyraża choćby tym, że prawie nie organizuje się jubileuszów starym artystom. To coś mówi o dzisiejszej atmosferze. Liczą się tylko pieniądze, które można wyciągnąć ze spektaklu. Jest to poniekąd zrozumiałe. W PRL, jeśli się miało mieszkanie z wyposażeniem i małego fiata, to nie było większych motywacji do zarabiania, do rozwoju, bo w zasadzie nic więcej nie można było osiągnąć. Dziś za zarobione pieniądze można pojechać na wakacje do ciepłych krajów, można je spożytkować na zakup różnych towarów. Tamta sytuacja wielu z nas rozleniwiła. Ja na przykład, podobnie jak wielu moich kolegów, bawiłem się, imprezowałem, traciłem czas. Nie rozwijałem się, nie czytałem, a w każdym razie zdecydowanie za mało. A możliwości pod tym względem były wtedy ogromne. Kiedy się wiec mówi o PRL, że były w niej takie wspaniałe możliwości kształcenia się, rozwijania intelektualnego, to trzeba od razu dodawać, że duża część społeczeństwa z tego nie korzystała. Dziś trochę to nadrabiam i jestem pod wrażeniem lektury „Szkiców piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego. Istny gejzer nieprawdopodobnej erudycji i błyskotliwej inteligencji. Pisał je 26-letni emigrant Polski we Francji obserwujący jej upadek w 1940 roku. I wkurzenie Francuzów, że przez tych Polaków nie mogą spokojnie pić wina i wpieprzać spleśniałego sera.
Ma Pan na swoim koncie ponad czterdzieści ról w Teatrze Telewizji…
Także raczej rólek. Moja lista jest bogata liczbowo, ale pełnokrwistych ról było tam niewiele, głównie epizody. Często grywałem playboyów, rozmaitych beztroskich młodzieńców, zresztą taki tryb życia wtedy właściwie uprawiałem. Zadebiutowałem epizodzikiem podchorążego w bardzo ideowym i patriotycznym, dwuczęściowym spektaklu „Kordian i cham” według Leona Kruczkowskiego. Z tych kilku większych przypomina mi się stosunkowo wczesna rola Eilifa w „Matce Courage” Brechta u Lidii Zamkow, a z późniejszych, Leśniczy w „Dwóch teatrach” Szaniawskiego w reżyserii Gustawa Holoubka. Sporo razy byłem angażowany do Teatru Kobra, gdzie angażowali mnie – cudowna pani Ania Minkiewicz i Jan Bratkowski. Było to dla mnie bardzo miłe, bo jako młodemu aktorowi przynosiło mi to ogromną popularność, a na pewno rozpoznawalność. Podbechtywało to moją ówczesną, młodzieńczą próżność.
Widzowie rozpoznawali w Panu „faceta z Kobry”?
Coś w tym rodzaju. Tylko tych kilka najbardziej popularnych seriali, jakie wtedy dawano, dawało rozpoznawalność większą niż udział w „Kobrze”.
Jest Pan aktorem rozpoznawalnym także dzięki serialom. Pamiętam, że pod koniec lat siedemdziesiątych, w wakacje od razu rozpoznałem Pana w Sopocie i wskazałem kolegom, pamiętając Pana nie tylko z „Kobry”, ale też z popularnych wtedy seriali sensacyjnych, „S.O.S”, „07 zgłoś się” czy „Życie na gorąco”
Żaden teatr nie dał i nie da aktorowi masowej popularności. Przygodę z telewizją i filmem też sobie cenię. Mój debiut zdarzył się w filmie, ale o którym było bardzo głośno, czyli w „Kaszebe”, dziwnym, poetyckim filmie Ryszarda Bera z 1970 roku, smutnej baśni o miłości z morzem i zagrożeniem germańskim w tle.
Ta rola szwedzkiego marynarza Eryka była jedną z głównych ról. Później był Pan głównie na drugim planie. Jest Pan usatysfakcjonowany takim przebiegiem Pana artystycznej kariery?
Tak, niczego nie żałuję, mimo że jak powiedziałem na wstępie, większość to były rólki a nie role. Mam przeświadczenie, że człowiek ma z góry zapisany los i nie jest mu dane zasadniczo go zmienić, chyba że w drobiazgach. Wyznaję pogląd Kubusia z „Kubusia Fatalisty” Diderota, że nasz los zapisany jest w gwiazdach.
Dziękuję za rozmowę.

Marek Lewandowski – ur. 4 listopada 1946 r. w Warszawie. Absolwent PWST w Warszawie (1969). W Teatrze Rozmaitości zagrał m.in. Clesingera w „Lecie z Nohant” J. Iwaszkiewicza, Lucenzia w „Poskromieniu złośnicy” i Buckinghama w „Ryszardzie III” Szekspira. W Teatrze Ateneum m.in. Guildensterna w „Hamlecie” W. Szekspira, Witolda w „Pornografii”, Cieciszowskiego w „Transatlantyku”, Księdza w „Kosmosie” i radcę Szymczyka w „Opętanych” W. Gombrowicza, Cressoniere’a w „Fredericku czyli Bulwarze Zbrodni” E.E. Schmitta, Łużyna w „Zbrodni i karze”. Role filmowe m.in. w „Małym” J. Dziedziny, „Akwarelach” R. Rydzewskiego, „Do krwi ostatniej” J. Hoffmana, „Palace Hotel” E. Kruk, „Spotkaniu na Atlantyku” J. Kawalerowicza, „Umarłem aby żyć” S. Jędryki, „Prywatnym śledztwie” W. Wójcika, „Weryfikacji” M. Gronowskiego, a także w wielu serialach m.in. „Modrzejewska”, „Na dobre i na złe”, „Klanie”, „Na Wspólnej”, „Złotopolskich”, „Kryminalnych”. W 2008 roku odznaczony Srebrnym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Zostałem aktorem dzięki Witkacemu

Z TOMASZEM KAROLAKIEM, aktorem, dyrektorem Teatru IMKA w Warszawie rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Teatr Telewizji pokazał swego czasu „Dzienniki” Witolda Gombrowicza w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, czytane przez Pana, Iwonę Bielską, reżysera, Piotra Adamczyka, Magdalenę Cielecką, Jana Peszka i innych. To śmiały pomysł, bo twórczość Gombrowicza jest unikalną jakością w literaturze polskiej, a przy tym nie ma milionów, a nawet setek tysięcy odbiorców. Mimo odmieniania nazwiska Gombrowicza przez wszystkie przypadki, pozostaje pisarzem elitarnym…
Ma też jednak tysiące zaprzysięgłych miłośników, zwolenników i dla nich te „Dzienniki” czytamy. „Dzienniki” dają dystans do egzystencji, do polskości, ale są też pełne humoru, zabawne. Całe dzieło Gombrowicza jest arcydziełem, ale „Dzienniki” są szczególne, odzwierciedlają nasze wewnętrzne problemy, sprawy z którymi się identyfikujemy. A to jest zadanie teatru i stąd ten spektakl.

Teatr Telewizji jest dla Pana ważną formą?
Należę do tej generacji, która jeszcze miała okazję wychować się na tym teatrze, choć już w końcowej fazie jego dawnej świetności, czyli w latach dziewięćdziesiątych. Widziałem też sporo powtórek archiwalnych spektakli z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Niestety od pewnego momentu Teatr Telewizji zaczął starać się być konkurencją dla filmu, konkurencją której nie wygrywał, bo dysponuje znacznie uboższymi technicznie środkami niż kino. A ja nie lubię kina w teatrze, imitowania filmowego realizmu. W teatrze żywym lubię umowność, dystans, trochę sztuczności. To jest istota i wdzięk teatru. Tego też trzeba Teatrowi Telewizji. Lubię go, gdy nie udaje filmu, tylko podkreśla, że jest teatrem, za pomocą postawionej w studiu scenografii, za pomocą umowności.

Jest Pan bardzo intensywnie obecny w popularnych serialach, w popularnym kinie, ale ja kojarzę Pana w pierwszym rzędzie jako aktora teatralnego i to w bardzo artystycznym planie. Myślę m.in. o Pana nagrodzonej roli Drania czyli Korbowy de Korbowskiego w „Kurce Wodnej” Witkacego…
Praca nad „Kurką” w Teatrze Nowym w Łodzi w reżyserii Łukasza Kosa to była niezwykła przygoda i wspaniała nauka Witkacego. Ewenementem było to, dziś nie bardzo do pomyślenia, że próby trwały dziewięć miesięcy, na co pozwolił dyrektor Mikołaj Grabowski. Przedstawienie miało fantastyczne recenzje. Wybitny witkacolog, profesor Janusz Degler napisał, że spektakl dał nowe spojrzenie na Witkacego i jego teatr, co bardzo nas podbudowało. A co do Witkacego, to wbrew jego własnej teorii Czystej Formy, u podstaw jego sztuk są bardzo prawdziwe ludzkie emocje. Wcześniej oglądając realizacje Witkacego nie bardzo je rozumiałem, bo aktorzy grali właśnie formalnie, pewnie za sugestią reżyserów. N.p. „Kurka wodna” jest konstrukcyjnie dramatem rodzinnym. Wgryzienie się w te relacje spowodowało, że człowiek ustawiony wobec człowieka w jakiejś emocji nagle staje się dziwny. Udana rola w „Kurce” była dla mnie ważna, przełomowa i przekonała mnie ostatecznie do pozostania w tym zawodzie.

A kiedy po raz pierwszy powstała w Pana głowie myśl, by zostać aktorem, by zająć się teatrem?
Poniekąd w szkole, w liceum, gdzie pod wpływem zachęty nauczycielki języka polskiego działałem w kółku teatralnym. Jednak tak naprawdę moje powołanie aktorskie poczułem podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim.

Co Pan studiował?
Resocjalizację. Gdy więc nie dostałem się za pierwszym podejściem do szkoły teatralnej, to mnie tylko zdenerwowało i powiedziałem sobie: „Muszę się dostać”. I dostałem się za czwartym razem. A w międzyczasie imałem się różnych zajęć. Byłem sprzedawcą, budowlańcem, a na studiach ochroniarzem.

Dało to Panu coś przydatnego w zawodzie?
Każde doświadczenie życiowe lub zawodowe może przydać się w aktorstwie.

Grał Pan sporo ról w klasyce, także m.in. w utworach Pirandella, Mrożka, Brechta, Hamsuna, Majakowskiego. Czy niezależnie od jej walorów estetycznych nie zbliża się ona z wolna do „daty ważności” w stosunku do charakteru czasów obecnych?
Zdarza się, że dyskutujemy jak wystawiać dziś „Wesele” Wyspiańskiego. Jeden sposób dziś stosowany, to pomysł, by z klasyki wyciągać problemy i spisywać je własnymi słowami. Inny polega na tym, żeby tak dobrze podawać język dawny, staropolski, by problem utworu sam się uwiarygodnił, a widz przestawał zwracać uwagę na to, że słyszy jakiś dawny język. Klasyka wymaga też bardzo dobrego, świadomego reżysera. Reżyser, który skoncentrowany jest na własnej wizji i który nie liczy się z tekstem, z autorem, nic cennego nie zdziała. To dlatego jest tak mało dobrych inscenizacji klasyki.

Jako aktor ukształtował się Pan w Krakowie, na studiach i w teatrach Starym i Słowackiego, w połowie lat dziewięćdziesiątych. Co Panu dał Kraków, tak bardzo teatralne miasto?
Bardzo wiele. Podstawy. Kraków jest świetnym miejscem do studiowania. Kiedy dostałem się do szkoły teatralnej po studiach na Uniwersytecie Warszawskim moje myśli nie szybowały w stronę telewizji czy filmu, lecz w stronę dwóch najważniejszych, konkurujących ze sobą teatrów krakowskich. Trudno się jednak dziwić skoro obserwowałem wtedy na scenie Sadeckiego, Binczyckiego, Peszka, Nowickiego, Stuhra, Trelę, „Hamleta” Wajdy czy pierwsze wielkie spektakle Lupy, „Maltego”, „Kalkwerk”, „Lunatyków”, znakomitego Grabowskiego w Teatrze STU. Ja tym rodzajem teatru nasiąkłem. I kiedy mnie dziennikarze pytają dlaczego IMKA odróżnia się repertuarem od innych teatrów, to mówię, że innego teatru nie umiem. Mój teatr musi być o czymś, musi być dyskusja ze światem, z kondycją człowieka. Nawet jeżeli robimy komedię, to chcę, żeby ona dawała do myślenia, a nie była jedynie sposobem na wyciagnięcie pieniędzy od widzów i wygłupianie się na scenie.

Drugie ważne dla Pana teatralne miasto to Łódź, gdzie zagrał Pan we wspomnianej „Kurce Wodnej”…
Teatr Nowy, który w ciągu kilku lat udało nam się zbiorowym wysiłkiem uczynić jednym z najlepszych teatrów w Polsce.
W Łodzi spotkał się Pan z jedną z legend polskiej sceny, Kazimierzem Dejmkiem. Jak Pan przeżył to „ogniem próbowanie”?
Byłem nawet asystentem Dejmka przez trzy lata. Moja decyzja o założeniu teatru ukształtowała się w dużym stopniu w gabinecie Dejmka. Był demiurgiem, a chwile z nim spędzone były niesamowite. Dał mi ogromnie wiele. Nauczył, by nie wsłuchiwać się w siebie, nie zajmować się własnym talentem, lecz szeroko patrzeć na teatr, zwracać uwagę na to, co dzieje się na scenie. Do Warszawy odszedłem tuż przed jego śmiercią, a poznałem go, gdy miał już 78 lat. Był dla nas już wtedy dobrym dziadkiem, choć czasami pokazywał pazury.

Mimo, że w Krakowie nie marzył Pan o kinie i telewizji, stał się Pan dla najszerszej publiczności bardzo popularnym aktorem filmowym i serialowym. Która z ról serialowych i która z kinowych są dla Pana najważniejsze?
Bardzo dużo dała mi rola Darka Jankowskiego w serialu „39 i pół”, zrealizowanym bardzo filmowo. Wiem, że z moją postacią utożsamiało się wielu mężczyzn w moim wieku i nie tylko w moim. To był przełom w mojej karierze serialowej. Do tej pory grałem role drugoplanowe. Zagrałem główną rolę, pociągnąłem serial i teraz gram główne role. Pamiętam też jednak jak zagrałem bardzo satysfakcjonującą trzecioplanową rolę w „Kryminalnych”. Z filmów kinowych bardzo dobrze wspominam „Ciało” Tomka Koneckiego i Andrzeja Saramonowicza, „Lekcje pana Kuki” Darka Gajewskiego i niedoceniony, a nawet z niezrozumiałych dla mnie powodów niezauważony „Milion dolarów” Janusza Kondratiuka.

Pana teatr IMKA działa od marca 2010 roku. Jak Pan ocenia ten okres i perspektywy?
Ciągle jesteśmy na rozruchu i jeszcze nie pokazaliśmy na co na stać. Musimy się ostać, umościć, dopieścić. Teatru nie tworzy się w dwa lata.
Dziękuję za rozmowę.

TOMASZ KAROLAK – ur. 21 czerwca 1971 r. w Radomiu. Absolwent krakowskiej PWST (1997). Debiutował w 1996 roku, jako student, na scenie Starego Teatru w Krakowie w roli Mistrza Ceremonii w „Biesach albo mały Plutarch” F. Dostojewskiego. Występował w teatrach krakowskich: im. Juliusza Słowackiego (1997–1999), Teatrze STU (1997–1999), w Teatrze Nowym w Łodzi (1999–2003, 2005) oraz teatrach warszawskich: Montownia (2002), Narodowym (2003–2004), Rozmaitości (2005) i Centrum Artystycznym „Mińska 25” (2006). Za rolę Korbowy Korbowskiego (Drania) w „Kurce wodnej” Witkacego w Teatrze Nowym w Łodzi nagrodzony w 2003 r. na XXVIII Opolskich Konfrontacjach Teatralnych. W Teatrze Telewizji wystąpił w „Koriolanie” Szekspira, „Matce Courage i jej dzieciach” B. Brechta”, „Wielebnych” S. Mrożka. Na ekranie kinowym zadebiutował w filmie „Duże zwierzę” (2000). Zagrał też m.in. w filmach: „Ciało”, „Testosteron”, „Rezerwat”, „Lekcje pana Kuki”, „Lejdis”, Ciacho”, „Wojna żeńsko-męska”, „Milion dolarów”. Masową rozpoznawalność zdobył w serialu TVN „Kryminalni” jako starszy aspirant Szczepan Żałoda. Zagrał w 21 serialach, m.in. „39 i pół”, „Ojcu Mateuszu”, „Niani”, „Heli w opałach”, a ostatnio „Rodzinka.pl” i „Ja to mam szczęście”. Dwukrotny laureat Festiwalu Dobrego Humoru, a w 2009 laureat Telekamery za aktorstwo i Mężczyzna Roku miesięcznika „Glamour”. Wykonawca dziesięciu płytowych singli muzycznych, m.in. „Anarchia” i „I love you”.

„Wiadomości” TVP czyli sztab wyborczy PiS

Trzeba podziwiać tzw. „dziennikarzy” z „Wiadomości” telewizji publicznej, że mimo tego co robią nie mają wyrzutów sumienia i śpią spokojnie. Może dlatego, że już od dawna są nie tyle dziennikarzami lecz przede wszystkim propagandystami (w dodatku świetnie opłacanymi z pieniędzy podatników).

Jak wyglądała kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego, w tzw. „telewizji publicznej”, a w istocie partyjno-rządowej, będącej tubą propagandową Prawa i Sprawiedliwości?
Otóż, w „Wiadomościach” czas poświęcony PiS-owi sięgał 75 proc. czasu wszystkich tematów, a materiały go dotyczące były niemal w całości pozytywne (neutralne wynosiły 8 proc., negatywnych w ogóle nie było).
Czas materiałów o Koalicji Europejskiej wynosił od 5 do 31 proc. każdego wydania i były to głównie materiały o wydźwięku negatywnym (przekaz neutralny nie przekraczał 2 proc., pozytywnego w ogóle nie było).

Tu pokazują owacje, tam ciszę

Materiały relacjonujące w „Wiadomościach” konwencje partyjne PiS i Koalicji Europejskiej różniły się diametralnie.
Kadry z konwencji PiS pokazywały tłumy witające polityków okrzykami i oklaskami. Przekazywano istotne fragmenty wystąpień ilustrowane grafikami (także ze stron internetowych PiS). Nie analizowano i nie komentowano składanych przez polityków obietnic, nie przypominano ich działań z przeszłości.
Spotkania wyborcze Koalicji Europejskiej pokazywano w ciasnych planach, oklaski bywały wyciszane. Wypowiedzi polityków opozycji były kontrowane komentarzami dziennikarskimi lub wypowiedziami polityków innych partii. Przypominano ich wypowiedzi z przeszłości, często odległej.
Takie właśnie wyniki przyniósł monitoring „Wiadomości” prowadzony przez Towarzystwo Dziennikarskie przy wsparciu fundacji im. Stefana Batorego.

„Obiektywizm” całą gębą

Tematy wyborcze zajmowały w „Wiadomościach” od połowy do ponad 80 proc. czasu. Przekaz był całkowicie skupiony na dwóch głównych partiach. Na przykład Konfederacja (Korwin Braun Liroy Narodowcy) miała w niedzielę, 12 maja 2,4 proc. czasu w całości negatywnego, a Wiosna w piątek, 10 maja 1,2 proc czasu również w całości negatywnego, zaś 13 maja 0,8 proc. czasu neutralnego i 0,6 proc. czasu negatywnego.
Dokładnie licząc, przez dwa tygodnie (10 – 23 maja) dwie trzecie, czyli 105 ze 153 tematów głównego programu informacyjnego TVP, miało związek z wyborami. 69 z nich dotyczyło PiS; 68 było pozytywnych, jeden – neutralny.
O Koalicji Europejskiej traktowały 33 tematy, wszystkie miały wydźwięk negatywny; dwa – także negatywne – dotyczyły Konfederacji. Lewicy Razem nie poświęcono ani jednego tematu.
Z 48 zapowiedzi „Wiadomości” (codziennie były 3-4), podawanych jako sygnalizacja najważniejszych tematów, 30 było wyborczych.
Dominowały pozytywne i neutralne zapowiedzi PiS (21); Koalicja Europejska miała 9 negatywnych, reszta zapowiedzi nie dała się przypisać żadnemu komitetowi wyborczemu.

Ocieplanie wizerunku prezesa

Z polityków najdłużej i najczęściej pokazywany był w „Wiadomościach” oczywiście prezes PiS Jarosław Kaczyński: tylko we wtorek, 14 maja jakimś cudem nie było go wcale, wcześniej miał od 5 do 201 sekund wypowiedzi w każdym z wydań programu.
Na przykład 19 maja pojawił się w 6 tematach, 21 maja – w 4. W poniedziałek, 13 maja pokazywany był w czterech tematach, w tym w relacji z programu TVP2 „Pytanie na Śniadanie”, w którym gościł przed południem (w ramach propagandowego ocieplania wizerunku). Wypowiedzi J. Kaczyńskiego były też wielokrotnie powtarzane.
W pierwszej piątce najczęściej występujących w „Wiadomościach” polityków czworo to działacze obozu PiS: Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro, Joachim Brudziński i Beata Szydło. Dwoje ostatnich kandydowało do PE.
Lider opozycyjnej Koalicji Europejskiej Grzegorz Schetyna, pokazywany oczywiście w negatywnym świetle, był na trzecim miejscu. Dopiero na siódmym znalazł się premier Mateusz Morawiecki, przed nim był Donald Tusk, także prezentowany w czarnych barwach.
Działacze PiS (np. Beata Kempa, Beata Mazurek, Anna Zalewska, Beata Szydło, Elżbieta Rafalska) nie byli podpisywani jako kandydaci do europarlamentu, ale jako osoby sprawujące funkcje urzędowe, co miało zasugerować, że „Wiadomości” nie uprawiają propagandy wyborczej lecz jedynie relacjonują (i cóż z tego, że w samych superlatywach) pracę ważnych urzędników państwowych.
Jako kandydat do PE podpisywany był natomiast (zapewne przez jakieś przeoczenie) minister Joachim Brudziński. Polityków Koalicji Europejskiej i Kukiz’15 również oczywiście tak podpisywano, podobnie jak działaczy Wiosny i Konfederacji.
„Gośćmi Wiadomości” zapowiadanymi na koniec programu informacyjnego było w sumie 12 polityków, wszyscy kandydujący do Parlamentu Europejskiego: 7 z PiS, 2 z Nowoczesnej, 2 z Kukiz’15, 1 z PSL (działaczy PO nie było, bo, co zrozumiałe, bojkotują „Wiadomości” TVP).
Beata Kempa i Anna Zalewska z PiS poza rozmową w „Gościu” miały w „Wiadomościach” obszerne materiały poświęcone ich działalności jako członkiń rządu PiS. Z pewnością dlatego, że kierownictwo doszło do wniosku, iż trzeba wesprzeć ich szanse wyborcze.

Główne cechy programu

Podczas monitoringu dało się zaobserwować określone cechy konstruowania „Wiadomości”. Przede wszystkim było to tworzenie informacji niewyborczych pod potrzeby wyborcze. Na przykład 13 maja, siódmy temat: „Polska pomoc dla ofiar wojen” – ponad dwie minuty przeznaczono dla Beaty Kempy pełnomocniczki rządu ds. pomocy humanitarnej za granicą. Do tego doszło 85 sekund rozmowy jako „Gość Wiadomości”. Informacja o tym, że jest kandydatką do PE oczywiście nie padła.
Bardzo typowe dla „Wiadomości” jest też podawanie informacji z antyopozycyjną tezą na „pasku” (tytule tematu pokazywanym
na ekranie).
Oto kilka przykładów: Tajemnicze okoliczności wypadku Cimoszewicza (jedynka KE do PE w Warszawie), Podwójne standardy opozycji, Pytania o kulisy grabieży 250 mld zł (sejmowa komisja w sprawie wyłudzeń VAT), Opozycja opóźnia walkę z pedofilami, Opozycja chce euro mimo drożyzny, Opozycja blokuje walkę z pedofilią, Opozycja chce euro wbrew Polakom, Argumenty siły zamiast siły argumentów (zachowanie opozycji), Cimoszewicz zrezygnuje z wyborów?, Zdradzone wartości Platformy Obywatelskiej, Puste deklaracje Platformy Obywatelskiej, Wszystkie afery Platformy, Opozycja ukrywa swoje plany dotyczące praw LGBT, Niespełnione obietnice Platformy, Środowiska LGBT już nie wierzą Platformie
Powtarzano również – wedle znanej od lat 30. reguły propagandowej – wciąż te same informacje w kolejnych dniach.
Nagrana ukrytą kamerą rozmowa z nieświadomym nagrywania Rafałem Grupińskim z PO (czego nieświadomi byli także telewidzowie) podczas marszu opozycji „Polska w Europie” 18 maja, wykorzystywana była przez cztery kolejne dni z niewielkimi uzupełnieniami w następujących, antyopozycyjnych tematach: Donald Tusk angażuje się w polską politykę, Donald Tusk łamie unijne zasady, Opozycja ukrywa swoje plany dotyczące praw LGBT, Środowiska LGBT już nie wierzą Platformie. W „Wiadomościach” twarze osób nagrywających polityka KE zostały zasłonięte.
Charakterystyczna dla „Wiadomości” była także nierzetelna grafika informacyjna. 14 maja, podczas prezentacji tematu: Polaków stać na więcej; pokazano jak zwiększał się dochód rozporządzalny na osobę w ostatnich latach. Wynosił on odpowiednio 1 386 zł, 1 475 zł, 1 598 zł, 1 693 zł.
Obrazujący to wykres „Wiadomości” ostro pnie się w górę jak Matterhorn. Jednak rzeczywista dynamika przyrostu dochodu rozporządzalnego jest bardzo płaska – i taki też powinien być wykres.
Ponadto, „Wiadomości” ukrywały informacje niekorzystne
dla PiS.
Przykładowo, jak podaje raport z monitoringu, przy okazji tematu zatytułowanego: Polityczny atak „Gazety Wyborczej”, nie pokazano zdjęcia czołówki GW mówiącej o tym, jak premier Morawiecki uwłaszczył się na majątku oddanym Kościołowi (pojawił się tylko tekst z wewnętrznych stron GW). „Wiadomości” dały wypowiedź mecenasa premiera, ale brak było głosu przedstawiciela redakcji GW czy wypowiedzi polityków opozycji.
Do widzów „Wiadomości” nie dotarły także informacje o raporcie Najwyższej Izby Kontroli, bardzo krytycznym wobec reformy edukacji przeprowadzonej przez kandydatkę PiS do PE, minister Annę Zalewską.

Etyka ludzi z „Wiadomości”

Wyniki monitoringu nie mogą zaskakiwać, bo nikt rozsądny nie uważa przecież „Wiadomości” TVP za rzeczywisty program informacyjny, zachowujący choćby minimum obiektywizmu.
Pozostaje konkluzja, że trudno konkurować w wyborach, gdy „Wiadomości” zamiast zachowywania choćby pozorów obiektywizmu, stają się faktycznie propagandowym sztabem wyborczym partii rządzącej.
Oczywiście jest to sprzeczne z demokracją – więc jeżeli ktoś się będzie upierać, że Polska jest państwem demokratycznym, to trzeba mu powiedzieć, że za sprawą „Wiadomości” TVP, na pewno nie jest.
Nie można bowiem uznać za demokratyczną sytuacji, gdy potężna, finansowana z kieszeni wszystkich podatników telewizja państwowa, używana jest do skoncentrowanego ataku na wybrane ugrupowania polityczne – i do bezgranicznego gloryfikowania rządzącego ugrupowania politycznego.
„Wiadomości” nie są normalnym programem informacyjnym, to nawet jest nie tyle dziennikarstwo, co propaganda w wysokim stężeniu i swoisty telewizyjny sztab wyborczy PiS.
Mimo wszystko, jednak wypada podziwiać, jaki twardy charakter mają propagandyści z „Wiadomości”. Nie są to ludzie głupi, więc nie można powiedzieć: Panie wybacz im, bo nie wiedzą co czynią.
Oni doskonale wiedzą co czynią – wiedzą jak bardzo oddalają się od uczciwości i jak bardzo łamią wszelkie zasady pracy w mediach publicznych – a mimo to nie mają żadnych wyrzutów sumienia, śpią spokojnie, nie dręczą ich koszmary.
Do spokojnego snu przyczyniają się z pewnością wysokie zarobki płacone z kieszeni podatników, ale jednak trzeba być pod wrażeniem, że ich sumienia się nie buntują.
Wyrazy podziwu, panie i panowie z „Wiadomości”! Już jesteście niemalże godni takiej opinii, jaką miał Dziennik Telewizyjny podczas stanu wojennego – a przecież przed nami następne wybory.

Niech powrócą wspomnienia (6)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Latającego Holendra”.

W styczniu 1967 roku na horyzoncie Telewizji Dziewcząt i Chłopców pojawiła się największa łajba, jaką kiedykolwiek widział świat – „Latający Holender”. Jego kapitanem został red. Bohdan Sienkiewicz z Gdańskiego Ośrodka TV. Rejs „Latającego Holendra” trwał równo 26 lat, a przez jego pokład przewinęło się milion dziewcząt i chłopców z całej Polski.
– „Latający Holender” był legendarnym żaglowcem na którym wszystko mogło się zdarzyć, a pływał gdzie go poniosło – przypomina Sienkiewicz. – Na jego pokład mógł się zabrać każdy, kto chciał przeżyć wielką morską przygodę. Było to możliwe dzięki wykorzystaniu przez Naczelną Redakcję Programów dla Dzieci i Młodzieży, najpopularniejszego mas medium, jakim była telewizja.
„10 stycznia 1967 Telewizja Gdańsk zainaugurowała nowy cykliczny program dla młodzieży pt. „Latający Holender” – informował tygodnik „Radio i Telewizja”. Poszczególne pozycje ukazujące się raz w miesiącu na ogólnopolskiej antenie przynoszą relacje o interesujących wydarzeniach z dziejów polskiej żeglugi, słynnych wyprawach morskich, głośnych katastrofach, o korsarzach i piratach. Odbiorcy tego programu poznają dramatyczne dzieje wielu polskich jednostek morskich, sukcesów naszych okrętów wojennych w latach drugiej wojny światowej, dowiedzą się, jak powstaje współczesny, nowocześnie wyposażony statek i jak będzie wyglądał w przyszłości”
Założenie było proste – jesteśmy państwem morskim posiadającym dostęp do morza oraz gospodarkę morską, ale nie jesteśmy i długo jeszcze nie będziemy, narodem morskim. Aby to zmienić trzeba rozpoczynać od edukacji najmłodszych.
Bohdan Sienkiewicz:
– Chcieliśmy, aby w przyszłości młodzi widzowie „czuli” morze, byli jego entuzjastami i rozumieli najbardziej złożone zagadnienia gospodarki morskiej.
Sienkiewicza wspierało wiele uznanych autorytetów: Jerzy Miciński – guru publicystów morskich, redaktor naczelny „Morza” i „Żeglarza”; Stanisław Ludwig – I oficer na „Zawiszy Czarnym” Mariusza Zaruskiego, współtwórca Państwowego Centrum Wychowania Morskiego, szef działu literatury fachowej i zastępca dyrektora „Wydawnictwa Morskiego”; kapitan ż.w. Wojciech Zaczek – wykładowca Szkoły Morskiej, czynny kapitan PMH, oficer polskiej floty pływającej w czasie wojny w służbie aliantów czy historyk komandor ppor. Rafał Witkowski, a także całe grono kapitanów żeglugi wielkiej, uczestników popularnych telewizyjnych „Gawęd wilków morskich”, a także żeglarzy: Krzysztofa Baranowskiego, Teresę Remiszewską, Zbigniewa Puchalskiego, Michała Sumińskiego, Adama Jassera, Krystynę Chojnowską-Liskiewicz, Andrzeja Urbańczyka oraz „wielkich rybaków”: Wiktora Gorządka i Kazimierza Wojciechowskiego.
Dziewczęta i chłopcy, po przesłaniu zgłoszeń wydrukowanych w „Świecie Młodych” i „Tygodniku Morskim”, byli wciągani na listę załogi po czym otrzymywali „karty marynarskie” żaglowca, którego armatorem była Telewizja Gdańsk.
Małgorzata Wójcik-Manasterska:
– Lata sześćdziesiąte XX wieku, nieduża miejscowość Czyżew w dawnym województwie podlaskim, oddalona od wielkiej wody aż 400 kilometrów. A tam młoda dziewczyna, która marzy o dalekim świecie. Kornel Makuszyński napisał „Wielką bramę”, piękną powieść o początkach Gdyni i dla mnie taką wielką bramą był „Latający Holender”. To on umożliwił mi realizację marzeń.
Wszyscy załoganci byli zobowiązani do rozwiązywania zadań podawanych na zakończenie każdego programu.
– To co było w nim istotne, a czego wówczas, jako nastolatkowe, nie docenialiśmy, to fakt, że zmuszał nas do edukacji – wspomina pani Małgorzata. – Żeby rozwiązywać zadania trzeba było szukać informacji w książkach, almanachach, podręcznikach, śledzić najnowsze osiągnięcia w światowej gospodarce morskiej, przemyśle okrętowym, żeglarstwie.
Zadania były odpowiednio punktowane, a nagrodą był udział w obozie żeglarskim.
Bohdan Sienkiewicz:
– Oglądało nas przeciętnie około miliona widzów, a sto tysięcy przez cały czas brało aktywny udział w naszej zabawie. Pięć tysięcy spośród nich uczestniczyło w obozach i rejsach. Młodzi ludzie z całego kraju, a byli to chłopcy i dziewczęta z Rzeszowa, Krakowa, Wrocławia, Zambrowa, pływali w czasie wakacji na „Zawiszy Czarnym”, „Darze Młodzieży”, „Henryku Rutkowskim”, na „Iskrze”, a także na szalupach i dezetach. Uwierzyli nam, a my staraliśmy się dbać, by wyrośli z nich aktywni, odpowiedzialni i pomysłowi młodzi ludzie.
W „Latającym Holendrze” telewizyjną karierę rozpoczynał red. Michał Dąbrowski:
– Żebyście wiedzieli z jak dalekich stron, dzięki Telewizji Dziewcząt i Chłopców, ludzie poszli na morze: małopolskie, śląskie, opolskie – wylicza jednym tchem Michał Dąbrowski. – Wielu nigdy na oczy nie widziało statku i nie poczuło soli Bałtyku. Pamiętam chłopaka, który przyjechał do Gdyni, podbiegł do brzegu i zupełnie zwariował, gdy zobaczył tę wielką wodę i pusty horyzont. Tak jak stał, w długich dżinsowych spodniach, koszuli, swetrze i z plecakiem na ramieniu, wszedł do morza po pas, zanim się opamiętał.
Programy „Latającego Holendra” dokładnie odwzorowywały podróż dookoła świata w którą wyruszyliśmy na nowoczesnym trampie oceanicznym i to według wszelkich zasad obowiązujących we współczesnej żegludze. Poznawaliśmy obce porty, panujące tam zwyczaje, zasady przewożenia ładunków i związane z tym kłopoty. Gdy statek przechodził równik odbywał się prawdziwy chrzest, a uczestnicy otrzymali od Neptuna pamiątkowe dyplomy.
Walorem decydującym o niezwykłej popularności programu, jak i bodźcem do całorocznego wysiłku w rozwiązywaniu zadań, była akcja letnia. Istotną rolę odegrał tu kapitan ż.w. Adam Jasser i jego Bractwo Żelaznej Szekli.
– Pomysł stworzenia „szkoły charakterów” – wspomina Adam Jasser – nasunął mi się na początku lat siedemdziesiątych XX wieku w Jastarni. Byłem kierownikiem wyszkolenia żeglarskiego w przedwojennym ośrodku Ligii Morskiej. Stał tam potwornie zaniedbany, piękny drewniany kecz „Generał Zaruski”.
I tak w jego kubryku powstało Bractwo Żelaznej Szekli. Był rok 1973.
Adam Jasser:
– Przyszło mi na myśl, aby właśnie na „Zaruskim” zorganizować dla młodzieży rejsy inicjacyjne, przyjmując chętnych bez zbędnych formalności.
Red. Stefan Wysocki podał w „Lecie z Radiem” komunikat o rekrutacji. Nadeszła lawina zgłoszeń.
Henryk Kabat w „Tygodniku Morskim” tak o tym pisał:
„…Byli to chłopcy i dziewczęta z miejscowości odległych od morza, pozbawieni w zasadzie możliwości zetknięcia się z żeglarstwem na co dzień, w wieku od dwunastu do szesnastu lat, zdrowi – co musieli udokumentować świadectwem lekarskim, wyposażeni w zgodę rodziców i kartę pływacką oraz 250 złotych przewidzianych na opłacenie pełnomorskiego rejsu na jachcie „General Zaruski”.
Młodzież teorii uczyła się z programów „Latającego Holendra”, praktyki odbywała podczas obozów żeglarskich organizowanych przez Bractwo Żelaznej Szekli Adama Jassera. Każdy z turnusów kończył się tygodniowym rejsem po Bałtyku na „Henryku Rutkowskim”, „Zawiszy Czarnym”, „Janie z Kolna”, „Wielkopolsce” a później na specjalnie zbudowanej dla Bractwa „Pogorii”. Wielu z tych, którzy rozwiązywali co tydzień zadania proponowane przez redakcję, poszło potem do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdańsku i Szczecinie, wielu zostało znanymi żeglarzami, wielu też podjęło pracę w gospodarce morskiej.
Przyznam szczerze, że do tej pory jestem zdumiony tym, co zrobił PRL w rozwoju gospodarki morskiej – podkreśla Bohdan Sienkiewicz. – Ponad 170 statków w samych Polskich Liniach Oceanicznych utrzymujących połączenia z całym światem, 140 nowoczesnych statków rybackich łowiących na najważniejszych łowiskach globu, budowa Portu Północnego w Gdańsku, drugie miejsce na świecie w budowie przemysłowych statków rybackich. To była wielka kontynuacja i rozwinięcie, na niespotykaną dotąd skalę, przedwojennych tradycji Polski Morskiej, a także wielkich, mądrych i dalekowzrocznych idei Eugeniusza Kwiatkowskiego. A my, twórcy, byliśmy entuzjastami tych projektów.
Andrzej Starzec, gdański bard, jest autorem tytułowej piosenki programu, którą przypominam i dedykuję wszystkim „holendrowcom”:
Latający Holender, latający, to cóż
Oceany bezkresne mu niestraszne i już
Latający Holender każdy port prawie zna
Tam, gdzie zechce wszędzie trafi, on załogę dzielną ma.

Pamiętajcie o tym drodzy widzowie „Latającego Holendra”, koleżanki i koledzy zasiadający przed telewizorami by obejrzeć wspaniałe programy Telewizji Dziewcząt i Chłopców.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Stawiał na Tolków Bananów

Stanisław Jędryka (1933-2019)

Mimo, że debiutował kinem dla dorosłych, stał się najwybitniejszym przedstawicielem kina dla młodzieży, o młodzieży. To jego dziełem były popularne filmy i seriale według popularnych powieści „Do przerwy 0:1”, „Podróż za jeden uśmiech” , czy „Stawiam na Tolka Banana”. Droga do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, którą ukończył w 1956 r. przywiodła go z rodzinnego Sosnowca. Zaczynał jako asystent Stanisława Lenartowicza podczas realizacji ekspresjonistycznego filmu „Zimowego zmierzchu” (1956). Zadebiutował w 1958 r. filmem eksperymentalnym pt. „Stadion”. W 1960 r. zrealizował film dyplomowy „Zbieg” na podstawie opowiadania Marka Hłasko. W 1962 r. wyreżyserował „Dom bez okien” opowiadający o świecie cyrkowców, w którym wystąpili Wiesław Gołas, Danuta Szaflarska, Józef Kondrat, Elżbieta Czyżewska, Tadeusz Fijewski i Jan Świderski. Zrealizowany wg scenariusza Aleksandra Ścibor-Rylskiego film trafił do konkursu na festiwalu w Cannes. W następnych latach zajął się tematyką dziecięco-młodzieżową. Trzy lata po fabularnym debiucie wyreżyserował „Wyspę złoczyńców” (1965) o przygodach Pana Samochodzika, na podstawie powieści Zbigniewa Nienackiego, w doborowej obsadzie, z Janem Machulskim w roli głównej. Na podstawie scenariusza Adama Bahdaja nakręcił w 1969 roku film „Paragon gola!” oraz opowiadający o przygodach młodego piłkarza serial „Do przerwy 0:1”. Rok później, na podstawie powieści Bahdaja, zrealizował kolejny popularny serial, zatytułowany „Wakacje z duchami”, w którym wystąpił m.in. Henryk Gołębiewski. Zrealizował też telewizyjne filmy według „Kamizelki” i „Katarynki”, nowel Bolesława Prusa. Kolejne wspólne realizacje Jędryki i Bahdaja to: serial, a także opowiadający o tych samych bohaterach film fabularny pt. „Podróż za jeden uśmiech” (1971-72) z Henrykiem Gołębiewskim i Filipem Łobodzińskim w rolach głównych, oraz serial „Stawiam na Tolka Banana” (1973). W 1976 r. reżyser nakręcił serial „Szaleństwo Majki Skowron”, adaptację powieści Aleksandra Minkowskiego, o konflikcie pokoleniowym między rodzicami a dziećmi. Do najbardziej znanych filmów fabularnych Jędryki należy ekranizacja powieści Janusza Domagalika „Koniec wakacji” z 1974 r. Jego akcja jest osadzona na Śląsku, a głównym bohaterem jest czternastoletni chłopiec, który przechodzi przyspieszony proces emocjonalnego dojrzewania – przeżywając pierwszą miłość i pierwszy poważny dramat. Do twórczości Domagalika powrócił Jędryka raz jeszcze – czternaście lat później – adaptując na telewizyjny serial „Banda Rudego Pająka” (1988), poczytną powieść pisarza pt. „Banda Rudego”. Przywiązany do tematu „młodzieżowego” czasami stosował „płodozmian” tematyczny i w 1984 roku zrealizował film o tematyce okupacyjnej „Umarłem, aby żyć”, który kontynuował w 1989 roku filmami „Urodziny po raz trzeci” i „Po własnym pogrzebie”. Wyreżyserował także kilka spektakli telewizyjnych, m.in. „Wszystko gra!” (1997), „Tajemnica zwyczajnego domu” (2000) i „Przypadki Piotra S.” (1981). W latach 2009-10 pojawił się kilka razy na ekranie w roli reżysera w odcinkach serialu „Na dobre i na złe”. Laureat wielu nagród za twórczość. W 2013 r. został wyróżniony Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Niech powrócą wspomnienia (3)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Ekran z Bratkiem”.

Historia „Ekranu z Bratkiem” rozpoczęła się od listu chłopca, który napisał do redakcji „Teleferii”:
„Mam siostrę, która jest okropna, ale gdybym w waszym konkursie zdobył nagrodę, to proszę ją przesłać mojej siostrze”.
„Uznaliśmy, że jest to wspaniały początek programu – wspomina red. Zofia Chećko – który nazwiemy »Ekran z Bratkiem«”, bo przecież brat, to też bratek. I tak to się zaczęło.
„Ekran z Bratkiem” składał się z wielu tematów i wielu działów. Miały swoje nazwy, niektóre bardzo wymyślne. Na przykład ten, w którym polecano widzom książki. Nosił tytuł „SOWA” i to był skrót: „Stowarzyszenie Opiniodawców, Wydawców i Autorów”. Prowadziła go Hanna Bielawska. Tych rubryk była cała masa zwłaszcza, że niektóre miały krótki żywot. W zależności od potrzeb, upodobań widzów, no i możliwości telewizji. Kto brał udział w „Bratku”?: Krzysztof Baranowski, a przed nim Leonid Teliga. Agaton – słynny cichociemny, Stanisław Jankowski – architekt, który małym widzom fundował niezwykłe podróże poprzez wieki i style. Patrzyliśmy jak budowano egipskie piramidy, zwiedzaliśmy rzymskie Pompeje, podziwialiśmy grecki Partenon, a także zaglądaliśmy na nową, warszawską starówkę czy królewski Wawel. W programie gościł również Stefan Mirowski – harcerz, legenda okupacyjnych walk, który zajmował się normalizacją. Temat niby nieciekawy, a jednak potrafił go tak przedstawić, że przykuwał uwagę.
Aby wystąpić w „Ekranie z Bratkiem” trzeba było mieć kilka atutów. Poza poprawną polszczyzną znajomość tematu i pomysł na jego zaprezentowanie. A Stefan Mirowski miał. Zaczął tak:
„Wyobraźcie sobie, co by to było, gdyby każdy produkował wtyczki do kontaktów według własnego uznania, a same gniazdka z dowolnie umieszczonymi dziurkami? Nic by nie działało, a my nie moglibyśmy korzystać z lodówek, pralek, telewizorów czy radioodbiorników. Jeżeli w ogóle udałoby się je zrobić”.
W „Bratku” występował również Jacek Gmoch, najpierw jako piłkarz Legii Warszawa i reprezentant Polski, później jako trener reprezentacji. Tak wspomina swoją pierwszą wizytę w studio:
„Masz 6 minut – powiedział Maciek. Opowiadając postaraj się zademonstrować kilka ćwiczeń poprawiających technikę – dodał markując żonglowanie. I poszedł.
O kurcze! – pomyślałem. Co prawda widywałem już kamery telewizyjne, ale po pierwsze na stadionach, a po drugie z daleka. I byłem tam jednym z wielu bohaterów widowiska. Do tego niemym. A tutaj?! Tutaj, to co innego…”
Audycja była nadawana z Pałacu Kultury. Na żywo.
„Studio urządzono chyba w byłej restauracji, bo ustawiono mnie na podeście przypominającym podwyższenie dla tańczących. Nie miałem tam zbyt wiele miejsca. Po chwili na kamerze zapaliło się czerwone światełko. Jestem na wizji! No to zaczynam się popisywać: lewa noga, prawa, żonglowanie kolanami, stopami, potem główkowanie. Jedyne co pamiętam, to kłębiąca mi się w głowie myśl, aby piłka nie uciekła, bo wtedy dopiero byłby klops. Wiedziałem, że koledzy z Legii oglądają program i jak coś sknocę, to żyć mi nie dadzą”.
Obyło się bez wpadki, a ten występ okazał się dla Gmocha początkiem wielkiej telewizyjnej przygody trwającej 15 lat:
„Cała Telewizja Dziewcząt i Chłopców – dodaje pan Jacek – miała pewną filozofię, myśl, ideę, po prostu cel do którego dążyła. Nie tworzyła mitów, lecz dawała marzenia i uczyła, że można je spełnić, bo pokazywała tych, co swoje marzenia zrealizowali. Występowali w niej ludzie, którzy może i gdzieś byli na indeksie, ale tu stawali przed kamerą i nikt im tego nie zabraniał. I wbrew temu co się teraz mówi o telewizji tamtych lat nigdy nie miałem nawet najmniejszej ingerencji w to, co chciałem powiedzieć, nigdy też nie słyszałem o jakiejkolwiek cenzurze”.
„Do »Ekranu z Bratkiem« – dodaje Zofia Chećko – przychodził też Henryk Łasak legendarny trener kolarski. Doktor Andrzej Jaczewski przedstawiał naszym widzom zagadnienia dojrzewania oraz seksuologii…, choć w ogólnych zarysach”.
Odbywało się to w ramach nauki o człowieku, czyli jednego z elementów podstawy programowej klas siódmych. Omawiano: budowę ciała, rolę narządów wewnętrznych, potrzebę ruchu i dbanie o prawidłową postawę, racjonalne żywienie, higienę osobistą, fizjologię, wzrok, słuch, itd.
„Trzy ostatnie edycje – akcentuje prof. Jaczewski – poświęciliśmy rozwojowi w okresie dojrzewania oraz inicjacji życia seksualnego. Proszę pamiętać, że był to koniec lat pięćdziesiątych, a wtedy nie mówiło się otwarcie o seksie!”
Do audycji tych każdorazowo zapraszano specjalistów. Między innymi ginekolog Michalina Wisłocka, rozprawiała o higienie dziewcząt, o normie miesiączkowania, o potrzebie wizyt u lekarza. Zaś Mikołaj Kozakiewicz o miłości, związkach emocjonalnych i odpowiedzialności. Przedstawiano aspekty świadomego i racjonalnego macierzyństwa oraz ojcostwa.
Prof. Andrzej Jaczewski:
„Nie ukrywam, obawialiśmy się reakcji widzów. Ku naszemu zdumieniu, a i wielkiej satysfakcji, dostaliśmy tylko jeden list w którym wymyślano nam i zarzucano, że robimy programy demoralizujące młodych ludzi”.
Wiele lat później pan Andrzej został zaproszony na międzynarodowy kongres poświęcony edukacji seksualnej. Odbywał się w niemieckim Landau.
„Trudno będzie niektórym uwierzyć, ale okazało się, że nasze audycje z końca lat pięćdziesiątych były nie tylko pierwszymi, lecz przez ponad 20 lat jedynymi na świecie programami, poświęconymi szeroko pojętej edukacji seksualnej nadawanymi przez telewizję”.
Pośród gości „Ekranu z Bratkiem” był znakomity żeglarz Krzysztof Baranowski. Opowiadał o przygotowaniach do swej pierwszej podróży dookoła świata, tłumaczył jak i którędy popłynie oraz jakie trudności czyhają na śmiałka podczas takiej eskapady. Robił to niesłychanie malowniczo.
Nieustannie towarzyszyła mu sympatia i pamięć widzów, również wtedy, gdy wypłynął w rejs.
„W każdym porcie – dodaje Zofia Chećko – czekała na niego paczka listów od polskich dzieci. Nie ukrywał, że zawsze, gdy je odbierał, był bardzo wzruszony. Ale to było później. Tymczasem, gdy jego podróż zbliżała się dużymi krokami, ogłosił wśród widzów konkurs na nazwę swojego jachtu. Dzieci zasypały nas listami. Pół pokoju było tych kartek, a nazwy no…, przeróżne. Lecz kiedy je segregowaliśmy próbując znaleźć coś odpowiedniego, a były tam najdziksze pomysły, przyszedł do redakcji Baranowski:
– To wszystko na nic.
– Dlaczego? Co się stało?
– Najwyższe władze postanowiły, że mój jacht będzie się nazywał »Polonez« i nie ma od tego odwołania.
Głupia sprawa. Nie mieliśmy na to żadnego wpływu, ale kierowniczka produkcji, Renata Kasprzyk, stwierdziła rozsądnie:
– Trudno. Jak jest kilka tysięcy kartek, to musi być i »Polonez«”.
Spędzili całą noc na przekopywaniu korespondencji… I znaleźli.
„Do tej pory pamiętam naszą radość – uśmiecha się Zofia Chećko – że 14-letnia Jadzia Gajzler z Bydgoszczy, zaproponowała nazwę »Polonez«. I to ona, jako dziecięca matka chrzestna, odbyła jednodniowy rejs po Bałtyku z kapitanem Baranowskim”.
Do „Ekranu z Bratkiem” zapraszano goście z „najwyższej półki”, poza wymienionymi np.: trenerów: Henryka Łasaka i Kazimierza Górskiego, aktorów: Bronisława Pawlika, Tadeusza Bartosika, Wojciecha Siemiona, Włodzimierza Pressa, Józefa Nalberczaka, braci Macieja i Damiana Damięckich, sportowców: Ryszarda Szurkowskiego, Jacka Gmocha, lekarzy, pośród których najbardziej zapadł w pamięć wspomniany dr Andrzej Jaczewski (żołnierz wyklęty z Grupy AK Krzysztof w Milanówku) i wielu, wielu innych.
W „Ekranie z Bratkiem”, o czym niewielu pamięta, zadebiutował również Michał Sumiński.
Maciej Zimiński:
„Gdy w ramach »Teleferii« robiliśmy program wakacyjny, a był to rok 1967, brakowało nam gawędziarza o lesie, o zwierzętach. Nikt odpowiedni spośród znajomych nie przychodził nam do głowy. I wtedy kolega z radia zasugerował: Maciek, no jest w redakcji »Dla tych co na morzu« taki Michał Sumiński. Jego zaproś.
Była to jeszcze żywa telewizja, co jest o tyle istotne, że wszystko musiało być dobrej jakości. Bez szans na montaż czy powtórki. Michał przyszedł i oczarował nas. Zasunął taką opowieść, że wszyscy gęby porozdziawiali. Później, gdy układaliśmy plan na rok 1968/1969, właśnie w tym pokoju, w którym teraz jesteśmy, stwierdziliśmy, a był pośród nas: szef Naczelnej Redakcji Programów dla Dzieci i Młodzieży Włodek Grzelak i nieżyjący już Jacek Kupski, że trzeba zrobić program o zwierzętach pod Michała Sumińskiego, bo był to skarb, którego nie można zmarnować. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności dostaliśmy ofertę filmów animowanych amerykańskiej firmy Hanna-Barbera. Był tam pies Huckleberry, Pixi i Dixi, miś Yogi oraz Wally Gator. I zrobiliśmy 45 minutowy „Zwierzyniec”. Był adresowany do 10-latków, ale z przyjemnością oglądali go również dorośli”.
Lecz to już inna historia, o której za tydzień.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Niech powrócą wspomnienia

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Klub Pancernych”.

„Klub Pancernych” był kolejnym niezwykłym zjawiskiem na telewizyjnej mapie świata. Narodził się we wrześniu 1966 roku, niemal dokładnie wtedy, gdy rozpoczęto emisję „Czterech pancernych i psa”. Do redakcji Telewizji Dziewcząt i Chłopców zaczęły napływać listy w których dzieci opisywały tworzenie podwórkowych załóg, zadań jakie przed sobą stawiały oraz koordynacji poczynań przez Sztaby. TDC podłapała pomysł i tak powstał „Telewizyjny Klub Pancernych”. Program namawiał dzieci by dbały o przyrodę, czystość podwórek, kondycję fizyczną, opiekowały się zwierzętami, walczyły z chuligaństwem. Każda załoga musiała mieć swego Szarika, ale nie wszystkie miały psa, więc niekiedy, choć zdarzało się to niezwykle rzadko, Szarikiem mianowano jakąś koleżankę. Były też załogi w których jego rolę spełniał podwórkowy kot, królik, świnka morska lub chomik. Pewna czwórka przyjaciół tak napisała do dowództwa klubu:
„Nie da rady. Psa nie ma. Ale mamy akwarium i złote rybki. Więc zgłaszamy się do Klubu Pancernych jako łódź podwodna. Prosimy o przyjęcie. Taka łódź, to też rzecz pancerna”.
Dzieci pełne były pomysłów. Jedna z załóg KP zrobiła swoją odznakę – kapsel bojowy. Zwykły kapsel od piwa z pięcioma dziurkami. Dlaczego pięcioma? Bo czterech pancernych i pies piąty.
Inne robiły swoje proporce, a nawet sztandary. Sztab zaś planował kolejne akcje i koordynował ich realizację.
Jeden z pierwszych rozkazów – ocieplamy psie budy na zimę.
Dzieci szybko uporały się z zadaniem i to na piątkę. Założyły „pancerz przeciwmrozowy” na prawie dziewięciu tysiącach psich domków. Meldunki opatrzone były podpisami członków załóg oraz odciskami zwierzęcych łap i łapek.
„Dzieci miejskie wykonały wiele tysięcy legowisk dla psów domowych, zadbały o czystość psich misek – podkreślał w „Trybunie Mazowieckiej” Tadeusz Jaszczyk. Batalię, której nie udało się przeprowadzić Towarzystwu Przyjaciół Zwierząt, wygrał „Klub Pancernych”.
Dziewczęta i chłopcy odnajdywali weteranów walk o wyzwolenie Polski spod niemieckiej okupacji i spisywali ich wspomnienia. W sumie odszukano trzy tysiące byłych pancernych i pięć tysięcy wyróżnionych bojowymi odznaczeniami.
Inne zadanie – ustalenie daty wyzwolenia rodzinnej miejscowości, opisanie pierwszego dnia wolności.
„Za chałupą stała armata”. „Od lasu, koło spalonych domów, szło wojsko polskie”. Po latach dzieci wyciągały od rodziców strzępki wrażeń, wspomnień, oglądały to, co zbudowano dziś w ich wsi, w miasteczku, zaczynały porównywać, dojrzalej patrzeć na aktualne sprawy naszego kraju.
Zadań przekazywanych przez Sztab było bez liku. Jedne polegały na konkursach sprawnościowych, inne na „rozpoznaniu terenu” czyli zebraniu najważniejszych telefonów alarmowych do: Milicji, Pogotowia Ratunkowego, Straży Pożarnej, Pogotowia Energetycznego, inne na zakładaniu podwórkowej łączności, kolejne na porządkowaniu placów zabaw i dbaniu o ich czystość. Było także zadanie, które miało pomóc płk. Januszowi Przymanowskiemu w pisaniu dalszych przygód ulubionych bohaterów z załogi „Rudego” – wymyślić nowe przygody „Czterej pancerni i psa”.
W akcji „Choinka dla dzieci chorych” pacjentom dwóch sanatoriów w Konstancinie przysłano setki paczek z własnoręcznie wykonanymi upominkami – zabawkami, szalikami, rękawiczkami.
To wszystko sprawiało, że maluchy stawały się bardziej dojrzałe, odpowiedzialne, obowiązkowe. Tak wspominał Maciej Zimiński tamte dni: „Siedzę w redakcyjnym pokoju, a tu przychodzi kawaler mający około 11 lat i przynosi flagę swojej załogi, na której coś było namalowane. Już nie pomnę, bo miało to miejsce ponad 40 lat temu, więc wybacz. Wziąłem ją od niego, jako dostojny podarek dla „Klubu Pancernych”. Po chwili kolejne pukanie. Wchodzi jego mama: Proszę pana, nie poznaję syna. Co wyście z nim zrobili? Gdy namalował tę flagę, to wszystko tak posprzątał, że nie było najmniejszych śladów na podłodze. Teraz idąc spać ubranie w kostkę składa, bo kiedyś pokazaliście, jak żołnierz układa swój mundur przed capstrzykiem”.
„Piszą do Telewizji zdumione matki i nauczycielki – dodawał Tadeusz Jaszczyk w „Trybunie Mazowieckiej” – nie poznajemy swoich dzieci i uczniów – sprzątają mieszkania i myją naczynia, systematycznie odrabiają lekcje, dziewczęta przestają się bać pająków i myszy”.
W drugim wydaniu „Klubu Pancernych” (1969/1970) wzięło udział prawie 40 tysięcy załóg czyli, w wielkim przybliżeniu, około 160 tysięcy dziewcząt i chłopców. Nie od razu towarzyszył mu serial Przymanowskiego. Dlaczego?
„Dlatego, że sięgnęliśmy do historii i etosu polskiego rycerstwa – odpowiada pan Maciej. Wykorzystywaliśmy pojęcie słowa pancerni, a zwłaszcza tego, co znaczyło w polskiej tradycji militarnej. Na początku poszło 5-odcinkowe widowisko Gniewko syn rybaka w reżyserii Huberta Drapelli. W roli głównej wystąpił Marek Perepeczko, a partnerowało mu grono wspaniałych aktorów. Później w oparciu o książkę, która powstała po emisji cyklu teatralnego, nakręciliśmy serial filmowy pod tym samym tytułem, a w roku 1977 Znak Orła. Tam Gniewka grał nieżyjący już Krzysztof Kołbasiuk.
Potem nadaliśmy 13 odcinków Przygód Pan Michała, a dopiero na koniec 21 odcinków Czterech pancernych i psa, w tym trzynaście nowych”.
W ten właśnie sposób uczono dzieci historii Polski, tradycji oręża polskiego, wreszcie patriotyzmu. Były to mądre zabawy organizowane przez ludzi, którzy nie tylko dzieci rozumieli, ale traktowali je jak partnerów. Młodszych, ale partnerów.
To właśnie „Klub Pancernych” przeprowadził wielką „Bitwę z ogniem” w której dzieci uczyły się bezpieczeństwa przeciwpożarowego, a organizując wyprawy po skarby do piwnic i na strychy robiły porządki, tym samym zmniejszając niebezpieczeństwo wybuchu pożaru.
Niedoścignionym wzorem telewizji interaktywnej była „Bitwa o życie”. Rozpoczęła się 10 maja 1970. Maciej Zimiński:
„Zabawa nie polegała na opatrywaniu ofiar wypadków, lecz wytłumaczeniu maluchom znaczenia bezpiecznego poruszania się po drogach. W całym kraju zorganizowaliśmy kursy na pierwsze prawo jazdy, czyli… kartę rowerową”.
W akcję włączyło się wiele instytucji i organizacji: redaktorzy centralnych pism, przedstawiciele TV i Polskiego Radia, GZP Wojska Polskiego, PZU, Straży Pożarnych, Biura Prewencji i Ruchu Drogowego Komendy Głównej MO oraz Telewizji Dziewcząt i Chłopców, Ministerstwa Oświaty i Szkolnictwa Wyższego, Związku Harcerstwa Polskiego, Ligi Obrony Kraju, Automobilklubu i Polskiego Związku Motorowego, a także Zrzeszenia Ludowych Zespołów Sportowych, Państwowego Zakładu Ubezpieczeń i Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego.
W całej Polsce rozpoczęły pracę 11 563 punkty konsultacyjne. Do akcji włączyli się nauczyciele i komitety rodzicielskie. W szkołach milicjanci i instruktorzy PZMot oraz Automobilklubów prowadzili wykłady ucząc nas zasad poruszania się po drogach i znaków drogowych.
Ustalono, że egzamin odbędzie się 31 maja 1970. Zbieżność terminu przeprowadzenia ogólnokrajowych egzaminów z Międzynarodowym Dniem Dziecka oraz bezpłatne wydawanie kart rowerowych (na co wyjednano zgodę Ministerstwa Finansów), potraktowano jako prezent dla dzieci z okazji ich święta.
31 maja wydano rozkaz: „Wszyscy pancerni, którzy skończyli 10 lat zdobywają kartę rowerową”.
Wprost sprzed telewizorów ruszyliśmy na egzamin.
O 10.00 rozpoczęło pracę ponad 11 tysięcy komisji egzaminacyjnych przed którymi stanęło 850 tysięcy dziewcząt i chłopców!
7 czerwca 1970 „Klub Pancernych” ogłosił zakończenie „Bitwy o życie”. Wyemitowano felieton o 10-letnim Rudolfie Jeneku z Nowej Wsi Prudnickiej, który uratował z pożaru 2-letnie dziecko. Pokazano także reportaż o przebiegu egzaminu na kartę rowerową, a dyrektor Biura Prewencji Komendy Głównej MO płk Michał Syczewski pogratulował „Pancernym” odniesienia wielkiego zwycięstwa, po czym odbył się milicyjny salut na cześć Pancernych – honory załogom oddali fanfarzyści, milicja zmotoryzowana i przewodnicy z psami.