Telewizyjny sezam różności

Wypieki na twarzy mi się nie zdarzają, ale skończywszy tę lekturę miałem uczucie, jakbym ich doznał. W końcu nie jestem jakimś tam zwykłym czytelnikiem tej smacznej książeczki, ale czytelnikiem, który to wszystko widział na własne oczy – czyli świadkiem.

Jej autorzy, a to praca zbiorowa, w trybie barwnym i anegdotycznym opowiedzieli o Telewizji Polskiej czasów PRL, od jej zarania na początku lat pięćdziesiątych po schyłek tzw. czasów gierkowskich.
Całość otwiera fotografia jednego z odbiorników telewizyjnych, które w pierwszej telewizyjnej epoce służyły telewidzom – „Neptuna”. Też pamiętam – dziś eksponat muzeum techniki, tzw. vintage.
Ten przepyszny sezam rozpoczyna rozdział o „Dzienniku Telewizyjnym”, o mechanizmie jego codziennego wytwarzania, o niezapomnianych – dla mojej, i starszej, generacji – spikerach tej flagowej audycji (do wymienionych m.in. Stanisława Cześnina, Andrzeja Racławickiego, Jerzego Rosołowskiego i innych, można by dodać także n.p. Jerzego Tepli, Leszka Nowaka, Wojciecha Zymsa i wielu innych, w tym Aleksandry Jakubowskiej, czyli dawnej millerowskiej „lwicy lewicy”, która zdradziła lewicę dla braci- poruczników Karnowskich i ich „Sieci”.
Co prawda ideologiczny trybut o propagandowych kłamstwach „Dziennika”, dziś, w obliczu „Wiadomości” TVPiS czasów Kurskiego brzmi zgoła inaczej, ale mniejsza o to.
„Ukąszeni przez Kobrę”, to wspominki o niezwykłym, kryminalnym cyklu teatru telewizyjnego i o barwnych kulisach jego powstawania w warunkach prawdziwie polowych, a nawet przygodowo-awanturniczo-chałupniczych, najpierw w studiu przy ulicy Ratuszowej 11 na Pradze, a później przy placu Powstańców Warszawy. Przy okazji o okolicznościach powstania pierwszego widowiska Teatru Telewizji w 1953 roku (któremu niestety nie poświęcono odrębnego rozdziału): „Słuchaj, jest już 12 czy 16 telewizorów na mieście, trzeba coś zrobić”, „Ale co?” „Jest sztuka Rachmanowa i Ryssa „Okno w lesie”, „No to ją robię”).
Przy okazji dowiadujemy się ile wyniosło w 1967 roku honorarium dla autorki tekstu wykorzystanego do Kobry, Agaty Christie – sześć tysięcy złociszy.
A poza Kobrą (kryminalną), tą z czołówką z wijącym się wężem i buczącą melodyjką w tle, był także Teatr Sensacji (wychylony ku tematyce szpiegowskiej – m.in. „Stirlitz” z Piotrem Pawłowskim, który później dubbingował Wiaczesława Tichonowa w radzieckim serialu ) i Teatr Fantastyki „Sfinks” (n.p. „Doktor Jekyll i pan Hyde”) R.L. Stevensona. Dalej mnóstwo smaczków o poetyce i o kulisach powstawania „Kabaretu Starszych Panów”, o teleturnieju „Wielka Gra” (w tym anegdoty o nietuzinkowych prowadzących – Ryszardzie Serafinowiczu, kuzynie poety Jana Lechonia i emigrancie po marcu 1968 czy o hrabiance Joannie Rostockiej, „wyrzuconej za krzyżyk na szyi”), o kulisach realizacji „Studia 2” Bożeny Walter i Edwarda Mikołajczyka, „Kabaretu Olgi Lipińskiej”, który występował pod różnymi winietami (m.in. jako „Gallux Show”), o „Stawce większej niż życie” (w dwóch wersjach – serialowej i teatralnej), „Czterech pancernych i psie”, o „wyrobie bondopodobnym”, czyli serialu „Życie na gorąco”, o programach dla dzieci, czyli głównie „dobranockach”, od Jacka i Agatki i Gąski Balbinki po Pszczółkę Maję, czy Telewizję Dziewcząt i Chłopców z niezapomnianą „Niewidzialną ręką” czy „Latającym Holendrem”.
Do tego obfity pakiet barwnie opisanych seriali, polskich – od „Barbary i Jana” (1964), przez „Czarne chmury” (1973) po „Kanclerza” (1989), czy obcych – od „Bonanzy” i „Świętego” po „Niewolnicę Isaurę” i „Colombo”.
Wszystko to okraszone jest licznymi, często pysznymi, anegdotami i bonmotami (n.p. o tym jak robotnicy na spotkaniu z sekretarzem KC PZPR Albinem Siwakiem, dowcipnie przez niego sprowokowani nawiązaniem do serialu „Pogoda dla bogaczy”, zaczęli skandować: „Falconetti, Falconetti” (kto pamięta postacie i kontekst, ten wie o co chodzi, ten kto nie zna lub jest zbyt młody, smaku anegdoty nie uchwyci).
Takich pysznych anegdot połączonych z ciekawymi personaliami jest w tej książeczce bez liku.
Zaczerpnąłem tu tylko naparstek z obfitego zasobu, ale też trudno się dziwić, że w niewielkiej edycji autorzy nie pomieścili, a nawet nie wzmiankowali wielu wysepek tego archipelagu jakim była ówczesna telewizja.
Dlatego w trybie kronikarskiego przypomnienia wspomnę jeszcze o takich audycjach, jak „Konkurs pięciu milionów” (sportowe turnieje międzyszkolne prowadzone przez Marka Grota), „Dla każdego coś miłego”, skierowany do hobbystów, sobotni „Monitor”, magazyn publicystyczny (zamiast „Dziennika Telewizyjnego”), prowadzony naprzemiennie przez Karola Małcużyńskiego i Edmunda Męclewskiego, także publicystyczny „Światowid” Edwarda Dylawerskiego, „Turniej miast”, satyryczny „Wielokropek” w wykonaniu Witolda Fillera, Jana Kobuszewskiego i Jana Kociniaka, podróżniczy „Klub siedmiu kontynentów” Ryszarda Badowskiego, a także liczne seriale polskie i zachodnie niewymienione w omawianej edycji czy wreszcie niezapomniany Jan Suzin, ze swoim wspaniałym głosem, i jako tzw. spiker i jako lektor filmów, w tym westernów (choćby „Rio Bravo” Howarda Hawksa). Mógłbym tę listę nazwisk i audycji ciągnąć długo, ale brak mi miejsca (może przy innej okazji).
Inspirująca, fascynująca, pyszna lektura.
„Telewizja. Okno na świat”, Kolekcja Prenumeratorów „Wyborczej”, Warszawa 2021, str. 159, ISBN 8-268-3436-3

Michał Szewczyk (1934-2021)

Niedawno zmarł Ryszard Kotys. 8 lutego w ślad za nim odszedł Michał Szewczyk, „od zawsze” aktor łódzkiego Teatru Powszechnego, ale przez dziesięciolecia przede wszystkim znany milionom widzów kinowym i telewizyjnym z dziesiątków epizodów oraz ról drugoplanowych.

Należał do tej ligi wybornych epizodystów filmowych, którzy nam widzom towarzyszyli przez dziesięciolecia, współtworząc barwny świat postaci drugoplanowych. Jego powierzchowność jasnowłosego chłopca o łagodnej, plebejskiej twarzy predestynowała go do pozytywnych ról „chłopaków z ludu”, robotników, żołnierzy, milicjantów, szeregowych funkcjonariuszy, rzadziej postacie negatywne, n.p. przestępców, itp.
W jednym z wywiadów wspomniał, że jego dużo starszy kolega, wybitny aktor Tadeusz Fijewski powiedział mu kiedyś, że tak jak on, „będzie grał najpierw chłopców, a potem od razu starców”. I to się w dużym stopniu spełniło. Niezależnie od charakteru ról, zazwyczaj nadawał swoim postaciom ciepły koloryt, nie epatujący ostrą charakterystycznością.
Debiutował na kinowym ekranie w 1954 roku jako członek zespołu ludowego w filmie „Niedaleko od Warszawy” Marii Kaniewskiej.
Pojawił się też jako zamachowiec „Orzeł” w „Zamachu” (1958), Franek, żołnierz AL. w „Barwach walki” (1964) czy Michał Badzioch w „Kierunek Berlin” Jerzego Passendorfera (1968), powstaniec w „Eroice” Andrzeja Munka (1957), jako pomocnik Wita Stwosza w „Historii żółtej ciżemki” Sylwestra Chęcińskiego (1961), sprawozdawca radiowy w „O dwóch takich co ukradli Księżyc” Jana Batorego (1961), milicjant w „Prawo i pięść” Jerzego Hoffmana (1964). Do jego najbardziej niezapomnianych ról należy Albin, młody milicjant, asystent tytułowego bohatera telewizyjnego serialu „Kapitan Sowa na tropie” (1965), granego przez Wiesława Gołasa. Pojawił się też m.in. w epizodzie w „Stawce większej niż życie”. Od 1958 roku niezmiennie związany był z Teatrem Powszechnym w Łodzi. Zagrał w nim dziesiątki ról, m.in. Artura w „Tanku” Sławomira Mrożka (1965) czy Dyndalskiego w „Zemście” Aleksandra Fredro (2001). Zagrał też szereg ról w łódzkim ośrodku Teatru Telewizji, m.in. Michała Korybuta Wiśniowieckiego w „Samsonie i Dalili” Jana Dobraczyńskiego (1983). W ostatnich latach grał w szeregu seriali, m.in. w „Klanie” czy „Na Wspólnej”.

Aktorstwo to wieczne szukanie

Dopóki uda mi się pogodzić pracę w różnych miejscach, chcę być we Wrocławiu, tym bardziej, że mam tu całą rodzinę. We Wrocławiu także mogę spotkać wybitnych ludzi teatru. Może jestem tradycjonalistką, ale myślę, że aktor powinien mieć tzw. „swój teatr” – z Kingą Preis rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pochodzi Pani z rodziny artystycznej. Czy to bardzo wpłynęło na wybór zawodu? Pamięta Pani moment, w którym postanowiła Pani zostać aktorką?
Nie byłam dziewczynką, która przegląda się w lustrze, stoi w butach na obcasach i robi sobie teatr domowy. Mnie zainspirowała fantastyczna polonistka w moim liceum. W drugiej czy trzeciej klasie, pod jej wpływem stworzyliśmy szkolny teatr. Mieliśmy dużą wolność, swobodę, nie musieliśmy się szybko ukierunkowywać. Można było sprawdzać swoje umiejętności. Ja już wtedy wiedziałam, że spróbuję zdawać do wymarzonej – szkoły teatralnej w Krakowie. Przyznam, że przystępowałam do egzaminu bez nadziei na to, że się dostanę, o jedno miejsce rywalizowało nawet po kilkuset kandydatów. Rezerwowo myślałam o kulturoznawstwie. Do szkoły Krakowa nie dostałam się, ale po kilku latach nieudanych prób przyjęto mnie do PWST w rodzinnym Wrocławiu.
Kto z profesorów wywarł na Panią największy wpływ?
Bez wahania wymienię nieżyjącą już niestety profesor Igę Mayr, z którą na drugim roku miałam zajęcia ze scen klasycznych. Pani Mayr, pamiętna też ról filmowych, m.in. z komedii „Człowiek z M-3” kochała swoich studentów. Nie stwarzała żadnego dystansu między sobą a nami. Była wspaniałą aktorką, osobowością i człowiekiem. Nie próbowała uczyć na swój styl. Wyławiała z każdego z nas to, co w nim najlepsze, wyróżniające.
Gdy się spojrzy na listę Pani ról teatralnych, to widać, że przez pierwsze lata Pani pracy artystycznej zagrała Pani wiele ról klasycznych, począwszy od debiutu w tytułowej roli „Kasi z Heilbronn” von Kleista, a także w sztukach Czechowa, Słowackiego, Brechta, Manna, Mrożka, Gombrowicza. W ostatnich latach mniej było Pani ról w repertuarze klasycznym. To wybór czy przypadek?
To nie jest mój wybór. Myślę, że jest literatura współczesna, która ciekawie opowiada o współczesności. Jestem w zespole Teatru Polskiego we Wrocławiu, który miał zmienny repertuar. Mamy trzy sceny, na których pracowali: Lupa, Klata, Strzępka, Pęcikiewicz. Cenię sobie różnorodność i byłoby dla mnie nieciekawe, gdybym grała tylko klasykę albo tylko współczesność.
Tak się jednak składa, że wśród Pani ostatnich ważnych ról teatralnych są czyli Eleonora w „Sprawie Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej i Izabella w „Lalce” wg Bolesława Prusa, to role klasyczne. Co Pani „wrzuciła” od siebie i ze współczesności w te role kobiet sprzed ponad stu i ponad dwustu lat?
Frapująca, bo z założenia enigmatyczna, była rola Eleonory. Jan Klata wziął na warsztat tekst Przybyszewskiej, który wydaje się już nieco zmurszały. Postać Eleonory ma tak naprawdę jedną scenę do zagrania. Przeczytaliśmy tę scenę i okazało się, że idąc za słowami Przybyszewskiej właściwie redukujemy tę rolę do minimum. Otóż ja nie mówię w spektaklu ani jednego zdania z kwestii Eleonory z tekstu sztuki. Trzeba było stworzyć nową postać. Wymyśliliśmy, że w takim człowieku, jakim był Robespierre, pełnym nienawiści i rządzy władzy, demonicznym, niszczycielskim, ta kobieta powinna odsłonić jego słabości. Uznaliśmy, że ona jest kimś, kto nim steruje, przy kim on pozwala sobie na zachowania, których nigdy nie objawiłby publicznie.
Zazwyczaj deklaruje Pani silne związki z Wrocławiem i swoim teatrem. Tak już pozostanie? Nie nęci Pani Warszawa lub Kraków?
Dopóki uda mi się pogodzić pracę w różnych miejscach, chcę być we Wrocławiu, tym bardziej, że mam tu całą rodzinę. We Wrocławiu także mogę spotkać wybitnych ludzi teatru. Może jestem tradycjonalistką, ale myślę, że aktor powinien mieć tzw. „swój teatr”.
Mówimy o teatrze, ale przecież ostatni okres był dla Pani bardzo owocny w filmie…
To prawda. Moje ostatnie spotkania z filmem były dla mnie bardzo cennym doświadczeniem. Myślę o „Czterech nocach z Anną” Jerzego Skolimowskiego, „Domu złym” czy też „Róży” Wojciecha Smarzowskiego oraz „W ciemności” Agnieszki Holland.
Jaka jest Pani definicja aktorstwa?
Aktorstwo to zderzenie różnych sił – partnera, aktora, reżysera, dzięki czemu powstaje wybuchowa mieszanka temperamentów. Aktorstwo to również obserwacja i partnerstwo, a jednocześnie emocjonalny egoizm. Wieczne szukanie, często intuicyjne.
Ma Pani swój klucz do pracy nad rolą?
Nie mam żadnej metody. Często szukam intuicyjnie i po omacku. Za każdym razem staram się od nowa i za każdym razem uważam, że zrobiłam za mało i za każdym razem się boję.
Dziękuję za rozmowę.

KINGA ANNA PREIS – ur. 31 sierpnia 1971r. we Wrocławiu. Jedna z najciekawszych indywidualności we współczesnym polskim teatrze i filmie. Absolwentka wrocławskiej PWST. Jest aktorką Teatru Polskiego we Wrocławiu, gdzie zadebiutowała w 1994 roku, jako tytułowa „Kasia z Heilbronnu” Heinricha von Kleista w reż. J. Jarockiego. Laureatka wielu nagród za dokonania artystyczne. Zdobywczyni I nagrody na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. W 2001r. czytelnicy miesięcznika „Film” przyznali jej Złotą Kaczkę dla najlepszej aktorki roku. Trzykrotna laureatka Polskiej Nagrody Filmowej ORZEŁ za najlepsze role kobiece. W 2006r. otrzymała Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego, przeznaczoną dla „młodych aktorów wyróżniających się wybitną indywidualnością”. Zagrała blisko trzydzieści ról filmowych i serialowych. Do najważniejszych należą główne role w „Czterech nocach z Anną” J. Skolimowskiego (2008), „Domu złym” W. Smarzowskiego, „Sali samobójców” J. Komasy (2011), a ostatnio rola Wandy Sochy w „W ciemności” A. Holland. Wystąpiła m.in. w serialach: „Przeprowadzki”, „Twarze i maski”, „Boża podszewka II”, w „Ojcu Mateuszu”, „Ja to mam szczęście”.

Gospodarka 48 godzin

Ważny jak Jacek Kurski
Prezes PIS-owskiej telewizji „publicznej” Jacek Kurski otrzymał obstawę Służby Ochrony Państwa. Zgodnie z ustawą osobami, którym przysługuje ochrona SOP są: Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, Marszałek Sejmu, Marszałek Senatu, Prezes Rady Ministrów, wiceprezes Rady Ministrów, minister spraw wewnętrznych, minister spraw zagranicznych, a także byli prezydenci RP oraz dygnitarze wchodzący w skład delegacji państw obcych przebywających na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.
Jacek Kurski nie należy do żadnej z tych zaszczytnych kategorii, lecz otrzymał ochronę SOP na mocy przepisu, mówiącego, iż minister spraw wewnętrznych, z zachowaniem przepisów o ochronie informacji niejawnych, podejmuje decyzję o objęciu ochroną innych osób ze względu na dobro państwa. W tym przypadku jak widać, ochrona informacji niejawnych nie miała miejsca. Czyżby Jacek Kurski nie wytrzymał i pękając z dumy zawiadomił świat o tym, iż uznano go za tak ważnego, że przyznano mu ochronę?. Telewizja oświadczyła tylko, że przyznanie ochrony Jackowi Kurskiemu nastąpiło bez udziału spółki, a „Pan Prezes Jacek Kurski zastosował się do tej decyzji” – podaje komunikat TVP.
Jak widać, Mariusz Kamiński uznał, iż nachalna, propisowska propaganda uprawiana w TVP jest tak ważna dla „dobra państwa”, że jej animator zasługuje na szczególną troskę, aby broń Boże nic mu się nie stało. Do tej sytuacji bardzo dobrze nadaje się cytat z Fredry: ” Kto by się tam i łakomił na waszmości nędzne życie”. Ktoś mógłby tu powiedzieć: ale przecież zdarzały się w Polsce okrutne morderstwa na tle politycznym, by wspomnieć osobę Pawła Adamowicza? No tak, ale pamiętajmy, że Prezydent Adamowicz przez lata był pod szczególną „opieką” propagandystów z telewizji Jacka Kurskiego.

Kolej się zwija

Państwowy przewoźnik pasażerski PKP Intercity zawiesił kursowanie 62 pociągów. To zapewne nie koniec, gdyż oświadczenie PKP Intercity głosi, że przewoźnik „może wprowadzać dalsze zmiany w siatce połączeń”. Odwołanie pociągów nastąpiło ze względu na spadek liczby podróżnych w czasie epidemii.

Inflacja i kryzys

Według ocen Komisji Europejskiej, ceny w Polsce rosną najszybciej w całej Unii Europejskiej. Na koniec tego roku wskaźnik wzrostu cen pójdzie w górę o 3,6 proc. przy średniej dla całej UE wynoszącej tylko 0,7 proc. Najnowsze prognozy Komisji Europejskiej mówią zaś, że w bieżącym roku produkt krajowy brutto naszego kraju spadnie o 3,6 proc. Mamy więc do czynienia z klasyczną, acz nieczęstą stagflacją. Natomiast w przyszłym roku nasz PKB ma wzrosnąć o o 3,3 proc. Są to oceny jeszcze sprzed ostatniego skoku zakażeń i zgonów z powodu koronawirusa, który bardzo boleśnie uderzył w nieprzygotowaną Polskę. KE, mimo dość optymistycznych przewidywań, uważa, że odrabianie strat po pandemicznym zamknięciu gospodarki potrwa u nas dłużej niż jeden rok. Polskie inwestycje mają w tym roku zmniejszyć się o 6,2 proc. ale w przyszłym roku powinny wzrosnąć o 4,2 proc. Największej recesji w tym roku Komisja Europejska spodziewa się w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i we Włoszech, gdzie spadki PKB mają wynieść odpowiednio 12,4, 10,3 i 9,9 proc. Najniższe zaś mają być na Litwie, w Irlandii i Szwecji.

Lucyna Smolińska-Sroka (1932-2020)

Wybitna dokumentalistka i reżyserka telewizyjna zmarła 25 lipca w wieku 87 lat. Poniżej nigdy nie publikowana wersja wywiadu, przeprowadzonego z nią kilka lat temu przez Krzysztofa Lubczyńskiego.

Była Pani, nie tylko w telewizji, prekursorką gatunku, który zwykło się określać jako fabularyzowany dokument historyczny. Skąd u Pani to szczególne zainteresowanie historią?
Korzenie tych zainteresowań są w dzieciństwie. Byłam dzieckiem bardzo chłonnym, wrażliwym, o rozbudowanej wyobraźni. W domach, w których się wychowywałam, o historii bardzo dużo mówiono. Mówię: domach, bo chodzi nie tylko o dom rodzicielski, ale także domy rozmaitych kuzynów, wujków, ciotek. Jedna z nich, Krasińska, pochodząca z rodu wielkiego poety Zygmunta, podsuwała mi do czytania książki historyczne. Wszystko to bardzo przemawiało do mojej wyobraźni. W czasie Powstania Warszawskiego znalazłam się w stolicy i przeżyłam, jako czternastoletnia dziewczynka, straszne dni przy ulicy Pańskiej. To, co się we mnie nagromadziło, znalazło później wyraz w pracy reżysera telewizyjnego, dokumentalisty.
Początkowo nic jednak nie wskazywało na to, że zajmie się Pani robieniem filmów w telewizji, bo wybrała Pani studia medyczne…
Tak, ale ukończyłam tylko trzy lata. Doszłam do wniosku, że to nie dla mnie. Ukończyłam więc studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. W telewizji zaczęłam w niej pracować w 1961 roku, tuż po ukończeniu studiów. Początkowo bez specjalnego przydziału. Uczyłam się rzemiosła, podpatrywałam doświadczonych realizatorów, szczególnie Ignacego Waniewicza, który był moim mistrzem. W pewnym momencie zrobił mnie nawet swoją nieformalną asystentką. To on skierował moją uwagę na redakcję Szkolną i Historyczną TVP. Było to dla mnie idealne zajęcie, bo popularyzacja wiedzy historycznej była moim konikiem. Tak bardzo się w to zaangażowałam, że w 1968 roku, na cztery lata, zostałam kierowniczką tej redakcji w Naczelnej Redakcji Oświatowej. Szczególnie pasjonowały mnie biografie wybitnych postaci. Zrealizowałam m.in. filmy dokumentalne o Polakach na obczyźnie, Erneście Malinowskim („wspinające się pociągi Andów”) czy „Don Ignacio Domeyko”. Także o Tytusie Chałubińskim, o Stefanie Starzyńskim Gabrielu Narutowiczu i wiele innych. W 1972 roku powołano mnie do udziału w wielkim logistycznym przedsięwzięciu – tworzeniu Programu Drugiego TVP. To był wielki moment, historyczny, przełomowy. Przypomnę, że do 1972 roku był tylko jeden program telewizji. Dopiero po powstaniu Dwójki zaczęto nazywać go Jedynką. Mnie powierzono Redakcję Ogólną, miałam pieczę nad całością programu. Jednak nie praca administracyjna najbardziej mi odpowiadała, lecz robienie filmów.
Jak to się stało, że zaczęła Pani robić dokumenty fabularyzowane?
W pewnym momencie poczułam, że formuła typowego filmu dokumentalnego jakoś mi się wyczerpała. Zaczęłam powtarzać te same formuły. Każdy dokument, nawet najlepszy, ma to do siebie, że jest trochę oschły. Z drugiej strony, fabularne filmy historyczne są w przeważającym stopniu kreacją, fikcją, owocem wyobraźni. Wydało mi się, że do prezentacji historii trzeba czegoś nowego. Zaczęłam realizować filmy, które były wierną rekonstrukcją wydarzeń historycznych, a role postaci mniej czy bardzie znanych, grali aktorzy. Udawało mi się angażować wybitnych aktorów, nawet do ról epizodycznych. Początkowo robiłam filmy o postaciach cywilnych, uczonych, wynalazców, podróżników. Po pewnym czasie zaczęło mnie jednak ciągnąć w stronę historii militarnej i stąd cykl „Wielkie bitwy”. Zaczęłam od „Samosierry1808”, poprzez „Racławice 1794”, aż po „Na probostwie w Wyszkowie 1920”, poświęcony konsekwencjom Bitwy Warszawskiej.
Nie traciła też Pani z pola widzenia tematyki kulturalnej, artystycznej…
Tak. Zrobiłam np. film „Mira” o Zimińskiej-Sygietyńskiej, współzałożycielce zespołu „Mazowsze”, o artystach Tatr i Podhala, o pomnikach Warszawy.
Dokument fabularyzowany to bardzo pracochłonna forma?
Ogromnie. Każda minuta takiego filmu, to całe dnie żmudnej pracy. Mimo to i mimo przejścia dość dawno na emeryturę, pracowałam do stosunkowo niedawna. W 2005 roku zrobiłam swój ostatni film, „Muzyczka mi grała” o twórcy zespołu „Mazowsze”, Tadeuszu Sygietyńskim. Miałam dziesiątki pomysłów i gotowe scenariusze, ale dziś to nierealne. Już nie ten wiek, nie to zdrowie i nie te siły.
Dziękuję za rozmowę.

Lucyna Smolińska-Sroka – ur. 24 grudnia 1932 roku w Mławie. Jedna z najwybitniejszych reżyserek dokumentalistek TVP. Zrealizowała, głównie na podstawie własnych scenariuszy, ponad 100 filmów. Prekursorka gatunku dokument fabularyzowany. Zrealizowała szereg TELEWIZYJNYCH cykli dokumentalnych, m.in. „Wielcy znani i nieznani”, „Wielkie polemiki”, „Podróże literackie”, „Rody góralskie”, „Skarbiec”. Laureatka pięciu Złotych Ekranów. Zmarła 25 lipca 2020 w Warszawie.

Dał się złapać

Taka nieuwaga i brak ostrożności nie będą tolerowane przez kierownictwo PiS-owskiej telewizji „publicznej”.
Szef PiS-owskiej telewizji „publicznej” w Lublinie, czyli dyrektor – redaktor naczelny TVP3 Lublin Ryszard Montusiewicz zwolnił z pracy w trybie natychmiastowym red. Tomasza Z. Redaktor Tomasz Z. został bowiem niefortunnie nagrany przez kamerę lubelskiego monitoringu, gdy wyciągał śmieci ze śmietnika i rozrzucał je na placu im. Lecha Kaczyńskiego w Lublinie. Obfitość śmieci na tym placu posłużyła do nagrania i wyemitowania w rządowej telewizji materiału, krytycznego wobec prezydenta Lublina, pochodzącego z nadania Platformy Obywatelskiej.
Szybka decyzja dyrektora – redaktora naczelnego TVP3 Ryszarda Montusiewicza była stuprocentowo słuszna. Na tak odpowiedzialnym froncie propagandowym jakim jest partyjno-rządowa telewizja „publiczna”, nikt nie może sobie pozwalać na to, żeby wpadać w równie głupi sposób. Szefostwo telewizji rządowej musi więc pokazać, że nie będzie tolerować podobnej nieostrożności i braku uwagi. Dlatego niefrasobliwość zwolnionego dziennikarza, którzy zapomniał o zasadach ostrożności, nie może spotkać się z jakimkolwiek pobłażaniem. Niech to będzie przykładem dla innych propagandystów z telewizji rządowej.
Jednocześnie, zgodnie z PiS-owską zasadą, że winnym zawsze jest kto inny, szefostwo lubelskiej telewizji „publicznej” natychmiast całkowicie odcięło się od zwolnionego dziennikarza, wskazując, że z nikim nie był w porozumieniu, działał sam i oczywiście nikt do niczego go nie namawiał.
„Pan T. Zalewa jest całkowicie i osobiście odpowiedzialny za wykreowaną i zarejestrowaną sytuację, która w dobrej wierze i zaufaniu wobec jego rzetelności dziennikarskiej została wyemitowana. Jego zachowanie i postawa jako współpracownika TVP uderzyła w wizerunek oddziału terenowego TVP w Lublinie oraz telewizji publicznej” – głosi oświadczenie Ryszarda Montusiewicza, dyrektora – redaktora naczelnego TVP3 Lublin.
Ciekawe, czy pan dyrektor – redaktor naczelny wzorował się na słynnym tekście: „Ja bardzo przepraszam, ale podejrzenia panów są całkowicie bezpodstawne. Ta pani przyszła w tym kożuchu i w nim wychodzi”?. W każdym razie, ujmujące jest, że wykazał wzruszającą troskę o tak bardzo przecież nieskazitelny wizerunek telewizji „publicznej”.

Wydawało mi się to nierealne

-Dziś króluje pośpiech. Nie można pozwolić sobie na powtórki. W jeden dzień, od 7 rano do 20 wieczorem trzeba zrobić cały odcinek. Zgroza. Podobnie jest w Teatrze Telewizji. Kiedyś w salach prób przy Woronicza aktorzy spotykali się po kilka razy przed realizacją, od godziny 15 do 18, najpierw przy stolikach, jak w teatrze. Dziś, w tym pośpiechu nie da się osiągnąć należytego efektu artystycznego – z Leonardem Pietraszakiem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

„Najlepsze kasztany są na placu Pigalle”. Co Pan na to?
(śmiech) Że ja pierwszy wypowiedziałem te słynne słowa, a to dzięki temu, że Andrzej Konic obsadził mnie w odcinku „Hasło” w „Stawce większej niż życie”. Tuż po moim przybyciu do Warszawy w 1965 roku Andrzej angażował mnie często do swoich realizacji, m.in. w „Kobrach”. Kilka lat później, w 1973 roku powierzył mi główną rolę, pułkownika Krzysztofa Dowgirda w kolejnym swoim serialu, w „Czarnych chmurach”. Bardzo mile wspominam tamtą realizację, w kilku miejscach Polski, n.p. latem 1973 roku w Lublinie, na tamtejszym malowniczym Starym Mieście, które „udawało” Warszawę, sceny „konne”, „pościgowe” nad tamtejszym Zalewem Zemborzyckim, mieszkanie w miłym hotelu z europejskim oddechem, o nazwie „Unia” oraz miłe towarzystwo lubelskich kolegów aktorów i całej ekipy filmowej. Ten serial, gdy szedł w telewizji, oglądała, jak to było wtedy w zwyczaju, cała Polska. Krytycy oczywiście utyskiwali, że filmy „płaszcza i szpady” umieją robić tylko Francuzi, ale do dziś otrzymuję sygnały, że wielu widzów ma do tego serialu sentyment. Dobre tempo świetna obsada, w osobach m.in. koleżanki Ani Seniuk, kolegów Ryszarda Pietruskiego, Stanisława Niwińskiego, Macieja Rayzachera, Janusza Zakrzeńskiego, Edmunda Fettinga, Mariusza Dmochowskiego, Saturnina Żórawskiego. Wiele do urody tego serialu wniósł też scenograf Bolesław Kamykowski. To była piękna przygoda. A potem była rola w „Czterdziestolatku”, w którym w roli doktora Karola poniekąd „odgrywałem” wątki z felietonów Krzysztofa Teodora Toeplitza. To po tej roli zadzwonił do mnie ówczesny dyrektor warszawskiego teatru Ateneum Janusz Warmiński i zaproponował mi etat.
Miał Pan szczęście do popularnych seriali, bo poza wspomnianymi zagra¸ Pan jeszcze w „Rodzinie Połanieckich” czy rewelacyjnego pułkownika Waredę „Karierze Nikodema Dyzmy”. Dlaczego dziś nie powstają tak dobre seriale?
Z braku czasy i pieniędzy. Dziś króluje pośpiech. Nie można pozwolić sobie na powtórki. W jeden dzień, od 7 rano do 20 wieczorem trzeba zrobić cały odcinek. Zgroza. Podobnie jest w Teatrze Telewizji. Kiedyś w salach prób przy Woronicza aktorzy spotykali się po kilka razy przed realizacją, od godziny 15 do 18, najpierw przy stolikach, jak w teatrze. Dziś, w tym pośpiechu nie da się osiągnąć należytego efektu artystycznego.
Wielką popularność zdobył Pan rolą Kramera w „Vabank” i „Vabank 2” Juliusza Machulskiego. Ceni Pan popularność?
Oczywiście, bo ona jest aktorowi bardzo potrzebna, w pewnym sensie stanowi dla niego największe zawodowe spełnienie. Julek powiedział mi, że pisał scenariusz z myśl o mnie w roli Kramera. Ja zaś po przeczytaniu scenariusza nie wierzyłem, że świeży absolwent, choćby nie wiem jak utalentowany, ale bez dorobku, bez warsztatu, mógł dobrze zrobić taki film. I pomyliłem się. Wyszedł genialny film, zwłaszcza pierwszy – „Vabank”. To najlepszy film Machulskiego. Julek miał myśl, żeby zrobić część trzecią, w której Kramer wychodzi z więzienia i ginie w walce, w Powstaniu Warszawskim, jak bohater. (śmiech). „Vabank” jest wspominany ciągle, na każdym kroku, często powtarzany, można go obejrzeć w internecie, więc młodzi często pokazuje mi „ucho od śledzia”. Wystarczyło zagrać tylko w takim filmie, żeby wejść do historii kinematografii.
W niezwykłych okolicznościach zagrał Pan rolę Carnota w „Dantonie” Andrzeja Wajdy w 1982 roku…
Tak. Film miał być realizowany w Warszawie, ale został wprowadzony stan wojenny i zdjęcia przeniesiono do Paryża, a właściwie pod Paryż, do Wersalu. Pamiętam niesamowity kontrast między sytuacją w Polsce, a tym, co tam zastaliśmy. Dobry hotel, wyjeżdżanie na plan o 9.30, przed pracą na planie obiad ze świetnym jedzeniem i winem, a potem zdjęcia, ale niezbyt długo, żeby aktorzy się nie przemęczyli. Dla nas, ekipy aktorów z Polski, którzy grali robespierrystów, to była zupełna bajka. Przy czym Francuzom bardzo się podobał nasz polski, słowiański sposób i styl gry aktorskiej, nieco inny niż francuski. Pamiętam też wizyty w wytwórni „Gaumont” w Paryżu, producenta filmu, w której kręcono kiedyś legendarne filmy z Fernandelem czy Jeanem Gabin, które oglądałem jeszcze jako młodziak.
Pewien młody reżyser filmowy stwierdził, że chętnie angażuje aktorów starszego pokolenia, ponieważ – jak stwierdził – „w jego pokoleniu trudno o mężczyzn „w starym stylu”. Pana styl aktorstwa wydaje mi się takim wcieleniem męskości w „starym dobrym stylu”. Przyjmuje Pan taką kwalifikację?
A to ciekawe z tą „męskością” aktorów, bo zwykło się mawiać, że to zawód niemęski, bo jakże prawdziwy mężczyzna może zakładać jakieś fatałaszki, perukę, malować się. Tymczasem ja podejrzewam, że ci aktorzy, którzy za czasów Szekspira grali role kobiece, byli właśnie bardzo męscy. Bo co to za sztuka zagrać „zniewieściałego” będąc naprawdę „zniewieściałym”? Role mężczyzn „zniewieściałych”, czy gejów grają przeważnie bardzo „męscy” aktorzy. „Zniewieściały” naprawdę zagra taką rolę kiczowato. Jednak gdy mówił o męskości, to mam na myśli męskość w stylu dawnego rycerza a nie to, co dziś jest pokazywane jako „męskość”, czyli okładanie się pistoletem po głowie, wulgarność, agresja. To jest zaprzeczenie nie tylko męskości, ale i człowieczeństwa. Nie powiem, że to zezwierzęcenie, bo bardzo lubię zwierzęta. Co do mnie, to choć grałem postacie bardzo męskie, Don Juanów czy Mackie Majchrów, itd., to grałem też „safandułów”, mężczyzn delikatnych, śmiesznych, choćby Motylińskiego, Fikalskiego czy Piorunowicza w komediach Bałuckiego, więc nigdy mnie nie zaszufladkowano.
Kto wpłynął na Pana najbardziej spośród pedagogów z łódzkiej szkoły aktorskiej, której jest Pan absolwentem?
Janina Mieczyńska, ucząca rytmiki i tańca, Henryk Modrzewski, solidny aktor i świetny pedagog, który uczył nas prozy, Adam Daniewicz czy Jan Kochanowicz od poezji, Kazimierz Brodzikowski od scen. Jak pan zauważył, nie ma wśród nich nazwisk sławnych, błyszczących, jak to było w szkole warszawskiej, ale to byli jednak wspaniali pedagodzy. Nie wierzę tym, którzy mówią, że nic nie zawdzięczają swoim pedagogom.
Dużo kosztował Pana ten zawód?
Bardzo dużo.
Na czym ten koszt polegał?
Nie można być w nim miękkim psychicznie, trzeba umieć nie przejmować się opiniami recenzentów, trzeba umieć nie dać się zdołować. Cały czas jest się na widelcu, bo daje się siebie całego, a tymczasem można się nie spodobać w roli. To jest przykra strona tego zawodu. Tymczasem sukcesy są dane nielicznym, większość pozostająca na drugim, trzecim planie czuje się często przegrana, a przy tym sukcesy zależy w dużej mierze od tego, czy ma się szczęście. To zawód szczególnie trudny dla kobiet, które często mają okresy „przestoju”, gdy są ”za stare” na amantki, a za młode na babcie. No i to czekanie na telefon od reżysera, na propozycje, choć mnie jako starego już aktora na emeryturze dotyczy to w niewielkim stopniu.
Co Pana popchnęło do aktorstwa?
Wierzę w przeznaczenie, w jakiś ustalony, dany nam z góry tor naszego życia. Tuż po wojnie, jako dziecko, mieszkałem wielkopolskiej miejscowości, w Chodzieży. Było tam kino „Noteć”, do którego namiętnie chodziłem. Patrzyłem na te filmy i marzyłem, żeby w jednym takim wystąpić. Może już wtedy jakiś zwój mojego mózgu zapowiadał, że będzie mi to kiedyś dane, choć wydawało mi się to absolutnie nierealne, zwłaszcza, że nie pochodziłem z artystycznej rodziny. Potem na krótko trafiłem do Studia Dramatycznego w Bydgoszczy, a w końcu dostałem się do szkoły aktorskiej w Łodzi.
Teatr Ateneum, w którym jest Pan od przeszło 40 lat, miał w swoim repertuarze, jeszcze od czasów przedwojennych, istotne pasmo tematyki społecznej i politycznej. Brało się to m.in. ze społeczno-politycznych predylekcji i zainteresowań jego patrona, Stefana Jaracza. Dziś tej tematyki jest w teatrze bardzo mało. Czy widzowie jej nie potrzebują?
Myślę, że w tym stopniu co kiedyś, nie potrzebują. W PRL widzowie polowali w teatrach na najdrobniejsze aluzje do bieżącej sytuacji społeczno-politycznej. Dziś rolę wentyla odgrywa nie teatr, ale takie audycje telewizyjne jak „Szkło kontaktowe”, gdzie można zadzwonić, wyżalić się i powiedzieć, co się myśli o tym, co oni, skurczybyki, robią. Dziś w teatrze ludzie na ogół wolą uciec od polityki, bo odczuwają jej natłok na co dzień. Wolą teraz w teatrze pośmiać się, powzruszać, po ludzku, bez nadmuchiwania się na wielką politykę, filozofię czy moralistykę, na „wielką sztukę”. Z drugiej strony jestem też przeciwko nazbyt radykalnemu skandalizowaniu teatrów utrzymywanych z budżetu, zwłaszcza z pieniędzy tych podatników, którzy nie chodzą do teatru. Te kopulacje, brutalny seks niech się pokazuje w teatrzykach offowych, ale nie n.p. w Narodowym. Przede wszystkim jednak nie należy wypaczać sensu klasycznych tekstów dramatycznych. Nie wolno mordować klasyków. Z drugiej jednak strony cenię teatry specjalnie zaangażowane społecznie-politycznie, jak warszawski Powszechny pod dyrekcją Pawła Łysaka.
Wiem, że Pana ulubionym wielkim klasykiem teatru jest Antoni Czechow. Dlaczego on, a nie n.p. Szekspir czy Molier?
Czechow jest jednocześnie dramatyczny, tragiczny i komediowy. Jego sztuki zawierają ogrom ładunku egzystencjalnego, są w nich wszystkie ludzkie dramaty, rozpacz, nadzieja, miłość, przemijanie. Czechow zawarł w swoich sztukach kosmos ludzkiego doświadczenia. Aktorowi daje on możliwość wykazania się w tym, co najtrudniejsze, w pokazaniu tego pasma, które jest pomiędzy komizmem a dramatyzmem ludzkiej egzystencji. Tęsknię do Czechowa tym bardziej, że w moim długim życiu zawodowym zagrałem w jego sztuce tylko raz Łopachina, tu w Ateneum, w „Wiśniowym sadzie”.
Dziękuję za rozmowę.

Leonard Pietraszak – ur. 6 listopada 1936 w Bydgoszczy. Absolwent PWSTFiT w Łodzi (1960). W latach 1956-1965 w teatrach Nowym w Łodzi, Dramatycznym i Polskim w Poznaniu. W latach 1965-1971 w Klasycznym i Rozmaitości w Warszawie. Od 1974 roku aktor Teatru Ateneum w Warszawie. Ma na swoim koncie liczne kreacje sceniczne, m.in. Mackie Majchra w „Operze za 3 grosze” B. Brechta, „Don Juana” Moliera, lorda Harleya w „Wieczorze Trzech Króli” W. Szekspira, Billauda-Varenne w „Termidorze” St. Przybyszewskiej, Rzecznickiego w „Fantazym” J. Słowackiego i wiele innych. Zagrał dziesiątki ról filmowych i telewizyjnych, w tym m.in. w „Czerwonych beretach” P. Komorowskiego (1963), w „Wielkim układzie” A.J. Piotrowskiego (1976), „Do krwi ostatniej” J. Hoffmana (1978), w „Vabank” i „Vabank II” J. Machulskiego (1982 i 1985), „Kronice wypadków miłosnych” A.Wajdy (1985), „Złocie dezerterów” J. Majewskiego (1998) i wielu innych. Masową popularność przyniosły mu też role w popularnych serialach „Stawka większa niż życie” (1968), „Czarne chmury” (1973), „Czterdziestolatek” (1974-1977), „Rodzina Połanieckich” (1978), „Królowa Bona” (1980), czy „Siedlisko” (1998).

Gospodarka 48 godzin

Zdążą do Łomży?

Być może starania samorządu Województwa Podlaskiego o przywrócenie ruchu kolejowego do Łomży zakończą się kiedyś sukcesem. PKP Polskie Linie Kolejowe zapowiedziały bowiem, że przygotują projekt remontu linii kolejowej nr. 49 ze Śniadowa do Łomży. Dzięki tej inwestycji, w jakiejś przyszłości, możliwy będzie powrót pociągów pasażerskich na linii 49. Oznacza to, że Łomża powinna uzyskać w miarę dogodne połączenia koleją z Białymstokiem i Warszawą – po ponad 30 latach przerwy. PKP PLK podpisały z Marszałkiem Województwa Podlaskiego umowę o ponad 4 mln zł dofinansowania z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podlaskiego 2014-2020, na wykonanie dokumentacji projektowej dla remontu tej trasy. Bez finansowego wsparcia samorządu województwa, ta inwestycja nie byłaby możliwa. Na razie ogłoszony został przetarg na opracowanie dokumentacji. Samorząd Województwa Podlaskiego będzie finansował modernizację linii 49 co najmniej do 2027 r. Dokumentacja projektowa ma być gotowa w połowie 2023 r. Zgodnie z wstępnymi założeniami, na tej 17-kilometrowej trasie planowana jest wymiana torów i rozjazdów oraz instalacja komputerowych urządzeń sterowania ruchem kolejowym. Możliwy będzie powrót na linię pociągów pasażerskich – choć jeszcze nie jet to pewne, bo nie można wykluczyć, że linia będzie służyć głównie do przewozu towarów. W każdym razie zakłada się, że tory mają zostać dostosowane do tego, by ewentualne pociągi pasażerskie mogły rozwijać prędkość do 100 km/h. Do Łomży miałyby dojeżdżać pociągi o długości do 600 m. Nie wiadomo dokładnie, kiedy rzeczywiście pierwsze pociągi pojadą do Łomży, ale na pewno nieprędko. PKP PLK informują, że realizacja inwestycji planowana jest w ramach środków RPO Województwa Podlaskiego na lata 2021-2027, co oczywiście nie znaczy, że w tymże 2027 r. transport szynowy rzeczywiście zostanie uruchomiony.

Mistrzowie pluralizmu
Szefom tak zwanej telewizji „publicznej” czyli TVP, udał się dowcip już nie miesiąca czy roku, ale dziesięciolecia. Otóż w swoim oświadczeniu stwierdzili oni co następuje: ” Zapewniając dostęp do informacji na temat wszystkich kandydatów ubiegających się o urząd Prezydenta RP, Telewizja Polska w pełni wywiązała się ze swojej misji, której fundamentem jest umacnianie pluralizmu w debacie publicznej”.

PiS rujnuje spółki
Państwowa Polska Grupa Energetyczna (PGE) zanotowała w ubiegłym roku skonsolidowaną stratę netto wynoszącą aż 3 961 mln zł – czyli prawie 4 miliardy! To dramatyczny regres w porównaniu z 2018 r., gdy firma uzyskała 1 498 mln zł zysku. Podobne, tylko nieco mniejsze tąpnięcie nastąpiło w innej państwowej spółce energetycznej – Enerdze, która miała 952 mln zł skonsolidowanej straty netto, a w 2018 także osiągnęła zysk (739 nln zł). Na tym ponurym tle w miarę dobrze wypadł Tauron, kolejny państwowy “koncern” energetyczny. Oczywiście także przyniósł w ubiegłym roku stratę, ale wynoszącą zaledwie 11 mln zł. Takie są właśnie efekty zarządzania państwowymi przedsiębiorstwami przez PiS – czy raczej traktowania ich przez rządzących jako rezerwuaru pieniędzy, z których można czerpać bez ograniczeń na różne partyjne cele.

Od fantastycznego wynalazku do sprzętu domowego

– Telewizja edukacyjna w czasach PRL była wspaniała, uczono dzieci, młodzież, były także telewizyjne uniwersytety korespondencyjne, wykłady naukowców, była politechnika, nauka języków obcych – z Dariuszem Michalskim, dziennikarzem muzycznym, autorem książek o ważnych zjawiskach kultury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Ukazał się właśnie pierwszy tom Pana autorskiej historii Telewizji Polskiej „To była naprawdę dobra telewizja”. Przedstawił ją Pan przede wszystkim jako niezwykle ważne zjawisko kulturowe, bardzo ważną część polskiej kultury w XX wieku. Zacznę jednak od pytania o pierwsze Pana osobiste wspomnienie z zetknięcia się z odbiornikiem telewizyjnym…
Telewizor w naszym domu zawitał późno nie dlatego, że ponad pół wieku temu był towarem reglamentowanym, tylko drogim, nawet bardzo drogim. Nasz majętny sąsiad był wśród znajomych chyba jedynym posiadaczem takiego skarbu i zapraszał wszystkich nawet często – nas (mamę, ojca i mnie) na filmy. Te amerykańskie czy angielskie pamiętam do dziś, bo ich projekcje kończyło nieodmiennie triumfalne zawołanie sąsiada, który „z polska” odczytywał z ekranu: „The end!”.
Kiedy już teleaparat mieliśmy (jak na owe czasy nawet szykowny, to był Belweder), mama i ja zapałaliśmy miłością do teleturniejów. Tak wielką, że kiedyś mnie zachęciła: „Spróbuj”. Podobała się nam Krzyżówka z papugą – ale papugę mieliśmy. 20 pytań i Kółko i krzyżyk to także nie było to. I wtedy Telewizja wprowadziła do swego programu tak zwane teleturnieje wiedzowe. Ponieważ od dziecka interesowałem się muzyką – zgłosiłem się do teleturnieju „Z melodią na ty”. Przeszedłem przez eliminacje pierwsze, drugie, trzecie, zostałem zakwalifikowany do występu na wizji – wygrałem!
Teleturniej był emitowany w niedzielę, oczywiście na żywo, w poniedziałek w szkole (uczyłem się wtedy w dziesiątej klasie liceum ogólnokształcącego) usłyszeliśmy, że następnego dnia odbędzie się przed lekcjami specjalny apel. No i we wtorek ciało pedagogiczne publicznie mnie oskarżyło o „publiczne wystąpienie bez obowiązkowej tarczy na rękawie”. Oponowałem: Przecież reprezentowałem siebie, swoją wiedzę, nie szkołę – i jakoś się wybroniłem. Ale wiedziałem, że łatwo mieć nie będę. Na szczęście mój domowy mecenas wspierał mnie intelektualnie i strategicznie: „Jeśli wiesz, to się tą wiedzą podziel z innymi. Czujesz się na siłach – wystąp. Ale zawsze staraj się wygrać”.
No i wygrałem kolejne teleturnieje muzyczne, filmowe, taneczne, kryminalne. Ówczesne główne wygrane były symboliczne – przeważnie bony do Galluxu (czyli salonu eleganckiej mody męskiej), za które mogłem otrzymać co najwyżej zagraniczną koszulę, spinki i krawat, czyli żadne ekstrawagancje. Kiedy wygrałem teleturniej lotniczy – Lot „szarpnął się” na bezpłatny bilet powrotny na dowolnej trasie, ale tylko krajowej. Mimo to z tamtej wygranej byłem szczególnie dumny, bo – daję słowo, że tak było – kilka dni później propozycje pracy u siebie złożyły mi zagraniczne linie lotnicze: szwajcarski Swissair, belgijska Sabena, włoska Alitalia i skandynawski SAS.
Przedstawicielstwa zachodnich towarzystw lotniczych, w hierarchii ważności następne po ambasadach, były wtedy reprezentantami luksusu, blichtru, elegancji wielkiego świata. Były oknami na ów świat, witrynami, przez które można go było oglądać i… lizać. Byłbym się więc na tę przynętę skusił, gdyby nie kolejny teleturniej, w mojej karierze dziesiąty. Zapytałem mamę: Pójść? Usłyszałem: „Muzyczny, jakby dla ciebie wymyślony, więc dlaczego pytasz?”. To był w moim teleturniejowym życiu występ ostatni, najważniejszy. Wygrałem wtedy ex aequo z Korneliuszem Pacudą, przyszłym propagatorem country. O stronę rozrywkową programu zadbała Polska Federacja Jazzowa, której przedstawiciel zaproponował mi po występie: „Chce pan u nas pracować?”. Oczywiście, że chciałem. Następnego dnia, w poniedziałek 10 lipca 1967 wdrapałem się na czwarte piętro gmachu Romy (tam, przy Nowogrodzkiej 49, w podwórzu, urzędowała PFJ) i wczesnym rankiem, bez zbędnych formalności, zostałem pracownikiem bardzo ważnej, nie tylko w moim życiu, instytucji przemysłu rozrywkowego, rodzimego show businessu.
To był dla mnie prawdziwy uniwersytet, na którym w przyspieszonym tempie poznałem najważniejszych jazzmanów, całą listę przebojów bigbeatowych, zostałem sekretarzem magazynu „Jazz Forum”, wymyśliłem i przez długi czas redagowałem fanzin „Kakajot”. To była najelastyczniejsza trampolina mojej kariery zawodowej, wypchnęła mnie bowiem do radiowego Programu III, potem do „Sztandaru Młodych”, gdzie przez ponad ćwierć wieku prowadziłem rubrykę muzyczną (był to chyba nawet dział) „Metronom”, później do telewizji.
Kiedy po raz pierwszy wystąpił Pan na „srebrnym ekranie”, jak wtedy mawiano, już nie jako gość teleturnieju, ale jako „osoba telewizyjna”?
To było w 1965, w programie młodzieżowego klubu telewizyjnego „Proton”, w którym wystąpili absolwenci warszawskiej szkoły baletowej, Jerzy Waldorff i… ja. Program opowiadał historię tańca towarzyskiego, młodym Polakom miał też zaprezentować ich rówieśników pasjonujących się jakimś pożytecznym hobby. Moje – kolekcjonowanie płyt gramofonowych z rock and rollem – akurat nie było zbyt wychowawcze (wtedy! rock and roll to wszak muzyka amerykańska), przecież jednak zgodzono się ochoczo na pokazanie przed kamerą kilkudziesięciu zagranicznych singli, które obwoluty miały wyjątkowo atrakcyjne wizualnie, bajecznie kolorowe (szkoda, że program był czarno-biały). Miał tę kolekcję ocenić od strony zawartości muzycznej właśnie Jerzy Waldorff. Przed emisją zorganizowano dwie, może nawet trzy próby, żeby poznać się wzajemnie, debiutantom pozwolić na otrzaskanie się ze studiem i kamerami, zamarkować późniejsze sytuacje i rozmowy. Sławny krytyk(ant) oczywiście roześmiał się sardonicznie słysząc o czym mamy rozmawiać („Rrrock and rrroll to okrrropna szmirrra, a ten krrrostowaty Prrresley to jakiś żigolak!”), ale zmitygowany przez reżysera i redaktorkę obiecał, że na wizji nieco złagodzi swoje ostre sądy. Z programu pamiętam do dziś przepiękny archaiczny patefon, który do odtwarzania 45-obrotowych singli zupełnie się nie nadawał, oraz reżysera, który zarządził, że będzie lepiej, jeśli pan Waldorff wygłosi swoją kwestię osobno, mnie zaś będzie przepytywała z historii rock and rolla oraz jego walorów tanecznych gospodyni i redaktorka programu. Tak też się stało. Opisuję tę przygodę w mojej książce o telewizji, w rozdziale „Młodzież”, a ilustruje ją zdjęcie: pan Jerzy i ja siedzimy odwróceni do siebie plecami. Kilka lat później poprowadziłem w telewizji teleturniej muzyczny, a na stałe wszedłem do „firmy” jako współpracownik: współtworzyłem „Leksykon polskiej muzyki rozrywkowej”, wymyślałem i zrealizowałem kilkadziesiąt rozmaitych programów muzycznych. Za magazyn „Metronom” otrzymałem doroczną nagrodę Złoty Ekran. Z dumą ją wspominam, odebrałem ją bowiem (w marcu 1988) w nienajgorszym towarzystwie, między innymi reżysera Kazimierza Kutza, zespołu reporterów programu „Zawsze po 21-ej”, dokumentalisty Ludwika Perskiego, aktora Jerzego Bińczyckiego, Jana Miodka oraz mego imiennika Dariusza Baliszewskiego. Byłem w tamtej telewizji niby w środku, jako współpracownik przecież jednak poza nią, dzięki czemu patrzyłem na nią od środka i z zewnątrz, okiem chyba rzetelnym. Ta ogromna wiedza, w dużej części praktyczna, przydała się po latach przy pisaniu książki.
Przy pisaniu książki korzystał Pan z internetu?
Tak, jednak wbrew panującej opinii, w Internecie nie ma wszystkiego. Trzeba mieć własną wiedzę, by móc zweryfikować to, co tam jest, co jest rzetelne, co zaś śmieciem. Książkę pisałem w oparciu o własne, od dziesiątków lat gromadzone archiwum, wykorzystałem w niej także rozmowy, które od dawna nagrywałem i notowałem w okresie mojej pracy dziennikarskiej, w gazecie, radiu i telewizji. Moi rozmówcy w większości już odeszli – Janusz Rzeszewski, Lucjan Kydryński, Witold Filler. Powiedzieli mi wiele, czasami mnie zdumiewali swoją szczerością – jakby chcieli skorzystać z okazji, że ktoś ich wreszcie o wiele spraw zapytał, uważnie ich słuchał, wiedział o czym oni mówią. Pamiętam zwłaszcza Fillera, niespełnionego aktora, mądrego krytyka, politycznie przyklejonego do władzy, która go wypromowała, towarzysko nielubianego, jakże jednak ważnego dla rozwoju w naszej telewizji choćby rozrywki: on jej poziom wywindował bardzo wysoko. Każdy z tych ludzi, inteligentnych i rozbudowanych intelektualnie, był postacią. Niektórzy byli nawet osobowościami.
Telewizja u samych swoich początków kładła ogromny nacisk na rolę edukacyjną. Na przykład nadawano lekcje z poszczególnych przedmiotów szkolnych dla szkół średnich i podstawowych. Doktor Hanna Dobrowolska prowadziła przez kilka lat „Spotkania z przyrodą”, była „Eureka”, audycja o technice Jerzego Wunderlicha i inne…
Kultura polska powinna uchylić kapelusza przed tamtą telewizją edukacyjną, której poświęcę spory rozdział w drugim tomie. Telewizja bardzo pomagała w nauce, bo była bogatsza o to, co jest czterema piątymi naszego procesu postrzegania, czyli o obraz (bo słyszymy tylko jedną piątą informacji). Prawo autorskie nie było wtedy, tak jak dziś, przestrzegane, więc kopiowano mnóstwo materiałów z innych telewizji, choćby z BBC. Ale to był dodatek – owszem, bardzo atrakcyjny, jednak tylko dodatek – do tego, co wymyślano, realizowano i propagowano własnymi siłami. Telewizja edukacyjna była wtedy wspaniała, uczono dzieci, młodzież, były także telewizyjne uniwersytety korespondencyjne, wykłady naukowców, była politechnika, nauka języków obcych…
Zacytował Pan Ignacego Witza, wybitnego artystę i krytyka sztuki, który stwierdził, że polska telewizja wykształciła swoją własną formę plastyczną, inną niż filmowa i inną niż teatralna. Była pod tym względem czempionem w świecie?
Bez wątpienia. To brało się ze specyficznej polskiej drogi do sukcesu. Ponieważ byliśmy biedni, niczego nie mieliśmy, a chcieliśmy coś zrobić, to ten motor działania był w nas ogromny. To było takie amerykańskie „Chcieć to móc”. Coś z tego ducha było w osobie Adama Słodowego i jego programie „Zrób to sam” – zrobić coś z byle czego, z dykty, pustego pudełka, kawałka sznurka. Owo „majsterkowanie” było specyfiką rodzimej techniki telewizyjnej: kamery, magnetowidy, stoły reżyserskie polskie złote rączki rozbierały do najmniejszej śrubki, potem składały, ucząc się ich działania od podstaw. Ba! To była czasami jedyna metoda, bowiem nieustannie kuglując między systemami zachodnim (kapitalizm) i środkowoeuropejskim (socjalizm), Telewizja Polska często otrzymywała od swoich kontrahentów na przykład doskonałe technologicznie kamery, ale bez… instrukcji. I dobrze, bo geniusz Polaka przydawał się do uzyskiwania później takich efektów wizyjnych, jakich konstruktorzy tych zachodnich cudeniek nawet sobie nie wyobrażali! Opowiedział mi o tym Paweł Karpiński, który w polskiej telewizji zrobił karierę iście amerykańską (od pucybuta do milionera), bowiem z pomocnika operatora kamery wyrósł na rasowego reżysera. A Xymena Zaniewska ze swoją szkołą scenografii telewizyjnej? Jej talent, pomysłowość, indywidualność rozwinęły się przecież na pustyni, kiedy z niczego trzeba było stworzyć coś. I to coś – COŚ! – powstawało: wspaniałe, nowoczesne, stylowe, genialne!
Dużo miejsca poświęcił Pan Teatrowi Telewizji. Czy dlatego, że uważa go Pan za najważniejszą pozycję w historii TVP?
Uważam go za fenomen, efekt połączenia działalności i wysiłków setek, jeśli nie tysięcy ludzi i szeregu instytucji. Była premiera co tydzień, w ramach sceny poniedziałkowej, były przedstawienia w Teatrze Sensacji i Teatrze Młodego Widza, były monodramy, spektakle realizowane w ośrodkach pozawarszawskich. Ludziom się chciało, nikt o pieniądzach nie mówił i dobrze, że tak było – wbrew zasadzie, że dobre musi kosztować, bo inaczej będzie byle jakie. Nawet pionierska telewizja Europy, brytyjska BBC nie wypracowała takiej formy. Realizowała albo filmy dostosowane do warunków telewizyjnych i praktykowała statyczne filmowanie kamerą spektaklu teatralnego na scenie. Nasz Teatr Telewizji wypracował coś zupełnie innego. Studio było miejscem, gdzie przestrzeń fizyczna była rozszerzana, a co za tym idzie także przestrzeń w wyobraźni widza, który podążał za kamerą, za myślą, także dzięki możliwości zbliżeń. Wspomniana Xymena Zaniewska fenomenalnie operowała czernią, bielą i ich odcieniami, obrazem, zbliżeniem, detalem, cieniem. Poza nią było całkiem pokaźne grono utalentowanych, wybitnych scenografów.
W 60-lecie swojego istnienia telewizja jest w fazie znaczących przeobrażeń technologicznych. Wprowadzana jest telewizja cyfrowa wysokiej jakości, kończy się epoka monopolu ramówki i następuje szereg innych zmian. Myśli Pan, że to koniec telewizji, którą Pan opisuje?
Rozważa się też – nie od dziś – czy ocaleją książki i prasa papierowa, czy też zostaną scyfryzowane jako e-książki i e-tygodniki. Kiedyś rozważano, czy telewizja nie zabije kina. Podobnie rozważa się czy radio i telewizję zastąpi e-radio i e-telewizja. Myślę, że nowe będzie się rozpychać, ale stare długo jeszcze będzie mu towarzyszyć.
To kolejna duża publikacja o Telewizji Polskiej po książce Tadeusza Pikulskiego. Czy ona była dla Pana jakimś punktem odniesienia?
Książka Tadeusza Pikulskiego, „Prawdziwa historia telewizji publicznej”, to rzetelna, choć subiektywna książka o telewizji. Podobnie jak cenna książka Tadeusza Kurka czy wspomnienia Jerzego Ambroziewicza. Każda książka jest cenna, bo gdyby w tej chwili ktoś inny jeszcze chciał napisać swoją książkę o telewizji, nie spotka już szeregu osób, które są w cytowane w tych, które już powstały, oraz w mojej (że przypomnę nieżyjących Fillera czy Rzeszewskiego). A za chwilę nie będzie już nikogo z tego pokolenia. Widzę to również w światku polskiej muzyki rozrywkowej. Kiedy pisałem pierwszy tom jej historii, to żyła jeszcze i była pełna uznania dla moich działań, a nawet napisała mi wstęp – Stefania Grodzieńska. Po jej odejściu nikt już nie napisze o tym, co działo się w tej dziedzinie przed wojną, powołując się na żywych świadków. Bo tych świadków już nie ma.
Było w dziejach telewizji szereg osobowości i audycji kompletnie dziś zapomnianych, np. „Sylwetki X Muzy” prowadzone w drugiej połowie lat sześćdziesiątych przez Czesława Radomińskiego? Czy uwzględni je Pan drugim tomie?
Tak. Znajdzie się ten program albo w rozdziale poświęconym filmowi albo w historii ośrodków regionalnych, był bowiem emitowany z Poznania. Czego czytelnik nie znalazł w pierwszym – znajdzie w drugim tomie. Czy wszystko? Przyczyny wszelakich pominięć faktów i osób zamykają się w takim oto krótkim dialożku: „Dlaczego Pan mi o tym, nie powiedział? – Bo pan mnie o to nie zapytał”. I tak jest z wieloma sprawami, które w ostatnich tygodniach „wyszły” tylko dlatego, że ukazał się tom pierwszy: dotarł do czytelników i wywołał liczne reakcje. Działają one jak internetowe linki, otwierające kolejne klapki i furteczki, a drzwi do informacji robią się bramami do niej, rozbijają zaskorupiałe ściany pamięci. Często słyszę: „Ach, rzeczywiście tak było!”. Albo: „Że też o tym zapomniałem”. Zapomniane – przypomniane. Coraz częściej dzięki życzliwym (i uważnym!) czytelnikom.
Widziałem niedawno zaprojektowaną przez Konstantego Sopoćko okładkę wydanej w 1929 roku sensacyjnej powieści Jana Mariana Dąbrowy „Telewizor Orkisza”. W 1936 roku ukazała się książka inżyniera Feliksa Burdeckiego „Telewizja”. Telewizor jest w tych powieściach przedmiotem, wynalazkiem ze sfery fantastyki-naukowej. Od tamtych czasów, pod niezmienioną nazwą, przeszedł drogę od maszyny fantastycznej do pospolitego urządzenia technicznego, powszechnego składnika i kultury i codzienności…
Takich miejsc i zdarzeń paradoksalnych w historii szeroko rozumianej telewizji było dużo. Przytoczę choćby słynną debatę telewizyjną Kennedy–Nixon w 1960 roku, która uczyniła tego pierwszego prezydentem, bo ten drugi nie umiał się znaleźć przed kamerą. Można to odnieść też do spotkania Wałęsa–Miodowicz w 1988. Elvis Presley, podczas pierwszego występu w ogólnoamerykańskiej telewizji w 1956 roku, został pokazany tylko od pępka w górę, ponieważ poruszał biodrami w sposób wyzywający, erotyczny, co najmniej nieelegancki, co sprawiło, że przylgnęło do niego określenie „Elvis the Pelvis” (Elvis Miednica). Ale nie tylko to było ważne dla jego kariery, bowiem to, że nie pokazano wtedy piosenkarza w całości, zachęciło ludzi, żeby zainteresować się nim dokładniej, bo przecież „na pewno miał poniżej paska od spodni coś, czego telewizja nie chciała pokazać”. W 1960, po powrocie Presleya z wojska, kiedy Sinatra zaprosił go do swego programu pewien, że dzięki „temu bezczelnemu chłystkowi” (The Voice nie lubił rock and rolla, a Elvisa wręcz nienawidził) zdobędzie dla siebie publiczność młodzieżową – trzy czwarte telewizyjnej Ameryki oglądało jego show, następnego dnia nazwany przez prasę Welcome Home Elvis: młodszy „ukradł” przedstawienie starszemu, bo lepiej od niego zrozumiał istotę telewizji, jej potęgę.
W PRL „potęgę telewizji” kojarzono z monopolem władzy jej politycznego dysponenta i działaniem cenzury…
Cenzorzy czepiali się zwłaszcza trzykropków (ileż bowiem można było wyrazić za ich pomocą „pomysłów na domysły”), gorsi jednak byli usłużni redaktorzy. Ciężkie życie w telewizji mieli bigbitowcy, za którymi chodził łysawy fryzjer-Filler, który nienawidził długowłosych. Trzeba jednak pamiętać, że cenzura była także w innych telewizjach, w zagranicznej prasie, w zachodnim radiu. W swojej kolekcji mam trzy płyty kompaktowe z nagraniami, których „nie puściła w eter” brytyjska BBC, właśnie z powodów cenzuralnych. Ofiarą angielskiej cenzury padł w 1972 między innymi Paul McCartney, który śpiewał o Irlandii i Irlandczykach („Give Ireland Back to the Irish”), co nie pasowało do polityki Zjednoczonego Królestwa. Dekadę wcześniej BBC zakazała antenowej prezentacji płyty „A Hundred Pounds of Clay” Craiga Douglasa „z powodów religijnych”. Uzasadnienie: „Ta piosenka bluźni przeciwko Bogu, sugeruje, że Pan stworzył kobietę nie z żebra Adama, lecz ze zwyczajnych surowców”. Nie pomogła zmiana kontrowersyjnego oryginalnego wersu „stworzył Bóg kobietę i wiele innych przyjemności dla mężczyzny” na „stworzył starego Adama – oraz kobietę dla mężczyzny”. Radiowi cenzorzy byli nieugięci i nałożyli embargo na amerykańską piosenkę. Przypominam: w Londynie – nie w Warszawie! Nie było więc tak, że w Polsce było wszystko źle, a w Anglii super. Nieprawda. Także u nas cenzura radiowa miała swoje „wytyczne”, a na płycie piosenka mogła się ukazać i stawała się przebojem. Prywatni rzemieślnicy mogli wydawać pocztówki dźwiękowe, a w radiu czy telewizji tych samych utworów nie puszczano. Cenzura była wszędzie, więc nie fetyszyzujmy strasznej roli cenzury w Polsce.
Co będzie odróżniało tom drugi Pana książki od pierwszego?
Będzie znacznie więcej polityki, przede wszystkim rozbudowany i bardzo ważny rozdział o stanie wojennym w telewizji oraz ówczesnej weryfikacji. Przedsmak „tego co będzie” znajdzie czytelnik w pierwszym tomie, w rozdziale poświęconym Teatrowi Telewizji. Tamże – choćby opowieść Stefana Szlachtycza o nagrywaniu spektaklu „Długie pożegnanie”, kiedy na planie potrzebny był pistolet. Oczywiście w rekwizytorni pistoletu nie było, ale przecież przy studiu siedzieli żołnierze. „Komandos ostrzegł Pyrkosza: – Niech pan uważa, żeby nie znaleźć się na linii strzału. Wylot pistoletu musi być skierowany na przeciwnika. Wtedy Łukaszewicz spytał przytomnie, czy pistolet jest nabity. – Oczywiście, ostra amunicja – komandos na to. – Jest przecież wojna”. Tamże Olgierd Łukaszewicz przypomina swój dylemat: „Musiałeś grać? – pytali mnie znajomi. Nawet jeśli coś tam bąkano, że gdybym odmówił, to wyciągnięto by wobec mnie konsekwencje z tytułu umowy o pracę? Nie wiedziałeś, że bierzesz udział w akcji wojskowej czy parawojskowej?” Jerzy Gruza zapamiętał: „W grudniu 1981 nagrywaliśmy program rozrywkowy, który musieliśmy dokończyć już w następnym roku. Czy uważano to za kolaborację? Nie wiem, zresztą to mnie zupełnie nie obchodziło”. Takich historii, ludzkich, więc dramatycznych ale i zabawnych, zdarzyło się wtedy wiele. Wojna nie składa się tylko z czołgów, samolotów i generałów; także z ludzi, okopów i menażki”.
Dziękuję za rozmowę.

Dariusz Michalski – dziennikarz, prezenter radiowy, historyk muzyki rozrywkowej. Zwycięzca dziesięciu teleturniejów. Współtwórca 144 odcinków telewizyjnego „Leksykonu polskiej muzyki rozrywkowej”, w Telewizji Polskiej twórca kilkudziesięciu programów autorskich, między innymi magazynu muzycznego „Metronom”, za który w 1988 otrzymał „Złoty Ekran”. Autor biografii Jerzego Wasowskiego, Aliny Janowskiej, Wojciecha Młynarskiego, Czesława Niemena, Kaliny Jędrusik i Krzysztofa Klenczona (w przygotowaniu), trzech tomów historii polskiej muzyki rozrywkowej oraz historii TVP od jej początków „To była bardzo dobra telewizja”.

Księga Wyjścia (46)

Ballada o białej kresce na ciemnych kartach.

Dlaczego ludzie kłamią? Żeby uniknąć konsekwencji, z powodu kompleksów, żeby wyłudzić pieniądze, żeby uchodzić za kogoś innego, wygrać wybory, nie stracić pracy, sprawić sobie „zakazaną” przyjemność, niektórzy twierdzą, że kłamią by kogoś nie zranić – to wymówka, wystarczy nie powiedzieć. Wniosek jest prosty, kłamiemy ze strachu. Ci, którzy się nie boją, lub boją, ale potrafią ten lęk przełamać – mówią prawdę. Pewnie wszyscy w większym lub mniejszym stopniu kłamiemy, jednak kłamstwo spod osiedlowego sklepiku, a kłamstwo wypowiadane przez polityków czy dziennikarzy, ma trochę inną wagę.
Pamiętacie senatora Piesiewicza przyłapanego na wciąganiu i namawianiu – słynny adwokat Solidarności, obrońca więźniów politycznych – dlaczego sięgnął po koks? (kokaina) – czy nie dlatego, że zrozumiał Hekatombę (trudne słowo dla Patryka Jakiego) powstałą po wprowadzeniu planu Balcerowicza? Według doniesień prasowych Kamil Durczok przyznał się do alkoholizmu, ale również wielokrotnie przewijał się wątek kokainy. A koledzy zamiast go wesprzeć, to mają używanie – mogliby wskazać mu jakiś ośrodek. Ja z nim nie piłem i nie wciągałem – także nie wiem – ale ciekawi mnie co w tej chwili, myślą dziennikarze maistremu, z którymi dawaliśmy sobie w nos? Zastanawiają się czy zdradzę ich nazwiska?
Wielu celebrytów przyznało się do nałogu – i tu pełen szacunek. Mogą wskazać drogę innym. Ale rozumiem też, że na trzeźwo niesposób tak kłamać.
Gdy oglądam czasami jakiś program publicystyczny, gdzie są już stali goście, bez problemu jestem w stanie wskazać kto jest na kokainie. Zwykle większość. Narkoman wszystko ma wypisane w oczach i gestach.
Modnym na salonach narkotykiem jest kokaina, problem w tym, że jest bardzo droga i działa dosyć krótko. Za gram trzeba zapłacić od trzystu do czterystu złotych, dlatego elita nie zadowala się tanim mefedronem czy amfetaminą – chociaż ta robiona współcześnie jest niewiele warta, nie ma jednego ważnego składnika BMK. Gdyby przy bramkach stacji telewizyjnych badali pracowników, okazałoby się, że większość jest na haju. Im wyżej w hierarchii, tym „lepsze” dragi. Problem polega na tym, że kokaina uzależnia kilkadziesiąt razy szybciej niż amfetamina czy mefedron. Gdy pracowałem w telewizji publicznej, to nawet jeden z operatorów, przelewał sobie ćwiartki wódki do puszki po coli. Alkohol to też narkotyk. I to jeden z twardszych.
Zazwyczaj jeśli ktoś ma powód do dumy, nie musi o tym krzyczeć na lewo i prawo. Jeśli to robi, to znaczy, że nie ma żadnych znaczących zasług, ale cholerne kompleksy. Tak też jest z tą polską polityką historyczną.
Mennica Państwowa postanowiła wydalić z siebie nikomu niepotrzebny i zakłamujący historię przedmiot. Ma to być medal, bohaterskiej walki i obrony świata przed bolszewickim najazdem. Żeby trochę odkłamać tę powtarzaną bzdurę napiszę raz jeszcze jak ten najazd wyglądał naprawdę i jakie było też dwudziestolecie międzywojenne. Przytoczę głównie meldunki oficerów, i to nie byle jakich bo – sanacyjnych. Zacznijmy od tego, że 1919 roku nikt Polski nie napadł i jeszcze wtedy napadać nie zamierzał. W tym konflikcie Polacy byli agresorem, za sprawą człowieka, o którym ówczesna prasa pisała, że jest japońskim szpiegiem – mam na myśli Piłsudskiego. Ale do tego zaraz dojdziemy.
Dwudziestolecie międzywojenne kojarzy nam się jako czas, którym życie było jedną wielką sielanką, kraj mlekiem i miodem płynący. Do historii przebiła się bohema, huczne bale i zabawy, alkohol, kokaina i morfina.
Wyparliśmy z pamięci mroczną stronę tamtych czasów. Nikt pamięta o tym, że stróż nie mogąc utrzymać rodziny, wysyłał córkę na ulicę, by dorobiła bo w domu była jeszcze piątka do utrzymania. Niewiele jest prawdziwych książek czy filmów oddających ten okres, jeśli ktoś nie czytał to szczerze polecam „Pamiętniki bezrobotnych”, wydała to jedna z gazet w ramach konkursu. Z jednej strony wygłodzeni ludzie, często bezdomni i bezrobotni, z drugiej zabawa od świtu do świtu. A gdy ambicje Piłsudskiego sięgnęły zenitu, postanowił dogadać się z ukraińskim watażką Petlurą i wypowiedzieć wojnę Rosji Sowieckiej. W 1919 roku ostatnią rzeczą jaką chcieli Rosjanie był konflikt militarny z Polską. Ich kraj pogrążony był w wojnie domowej. Los rewolucji jeszcze się wahał, a większość Armii Czerwonej prowadziła walki z Białogwardzistami na Uralu. Według Lwa Trockiego, ówczesnego komisarza wojny i marynarki wojennej, Rosjanie robili wszystko, żeby nie doszło do tego konfliktu. Pomimo wielu ustępstw, nie byli w stanie zaspokoić jednak ambicji Piłsudskiego i jego chęci doprowadzenia do zbrojnej konfrontacji. Próbowali przez trzy miesiące. Po prostu nie mieli kim tutaj walczyć.
W Polsce z wczorajszych bawidamków i imprezowiczów zrobiono oficerów, szarża zależała od wykształcenia i urodzenia. A reszta z łapanki. Gdy Rosjanie byli już pod Warszawą, wtedy ambicje ostygły i pojawił się strach. Wolał dyplomatycznie oddalić się w bardziej strategiczne miejsca, tak bardzo, żeby nawet nie oglądać klęski, którą sprowokował, oddając dowództwo Rozwadowskiemu. Przez chwilę posiedział w Puławach, następnie pojechał do Kocka, odwiedził Brody i Zajezierze. Oficjalnie była to inspekcja wojsk, wręczył też kilka medali. Miejscowi mówią, że schował się u kochanki. Nie to jest jednak istotne, ale dlaczego nikt nie zdał pytania dlaczego zwierzchnika sił zbrojnych nie było na najważniejszej bitwie tej wojny. Bitwie, która nie przyszła z Nienacka, dlaczego osobiście nie wziął odpowiedzialności za zwycięstwo lub klęskę, tylko jeździł po kraju rozdając medale i robił inspekcję wojsk? Niezależnie jak ten konflikt oceniamy. A po wojnie było tak, meldunki są autentyczne, z tamtego okresu. „Dowódca pułku zebrał wszystkich mieszkańców wioski i kazał pluć i bić prowadzonych przez wieś jeńców. Trwało to około pół godziny. Po ustaleniu że są to żołnierze Armii Czerwonej, nieszczęśnicy zostali rozebrani do naga i w ruch poszły nahajki. Później ustawiono ich w rowie i rozstrzelano. Przyprowadzili dobrze ubranego Żyda o nazwisku Churgin i choć nieszczęśnik zaklinał się, że nigdzie nie służył, nic to nie dało. Rozebrali go do naga, rozstrzelali i porzucili, twierdząc, że Żyd jest niegodzien, by leżeć w polskiej ziemi”.
W Tucholi, Puławach, Strzałkowie, Baranowiczach, Brześciu i wielu innych miastach, funkcjonowały obozy koncentracyjne. Gdzie barbarzyńsko mordowano czerwonoarmistów. Tortury jakie tam stosowano przerastały swym okrucieństwem te w Oświęcimiu. Trudno nawet w przybliżeniu określić ilość zamordowanych jeńców. W zależności od poglądów badaczy liczba ta waha się od 18 do 100 tysięcy. Rozbieżność jest więc duża. Niezależnie jednak od liczb, morderstwa pozostaną morderstwami i należy je piętnować nawet jeśli dopuszczali się ich bohaterscy synowie polskiej armii. „Wy, bolszewicy, chcieliście odebrać nam naszą ziemię, więc dostaniecie ziemię. Nie mam prawa was zabić, ale będę tak karmił, że sami wyzdychacie”. Takie oświadczenie usłyszeli jeńcy wojenni w 1920 roku z ust komendanta obozu w Brześciu. Nowoprzybyli więźniowie dostawali na początek po pięćdziesiąt uderzeń rózgą z drutu kolczastego. Jeśli byli żydami to oświadczano, że nie wyjdą z obozu żywi. Szczególnym okrucieństwem wykazało się dwóch polskich oficerów – kapitan Wagner i porucznik Malinowski. W towarzystwie kaprali przechadzali się po terenie obozu i katowali kolczastymi rózgami każdego kto się napatoczył.
„Ośmielam zwrócić się do pana generała z opisem tego strasznego obrazu, który staje przed oczami każdego, kto przybywa do obozu. W obozie panuje niemożliwy do opisania brud i niechlujstwo. Przed drzwiami baraków kupy ludzkich odchodów, które są rozdeptywane i roznoszone po całym obozie przez tysiące stóp. Chorzy są tak osłabieni, że nie są w stanie dojść do latryn, te zaś są w takim stanie, że nie sposób zbliżyć się do siedzeń, bo podłoga pokryta jest grubą warstwą ludzkiego kału. Baraki są przepełnione, wśród zdrowych pełno jest chorych. Według mnie na tych 1400 jeńców w ogóle nie ma zdrowych – relacjonował sytuację Brzeskiego obozu szef departamentu sanitarnego MSW, doktor Zdzisław Hordyński – Juchowicz.
„Na stację przybyło tylko 263, reszta w drodze zginęła. Transport był właściwie transportem chorych i nadawał się do przewozu pociągiem szpitalnym(..). Dostarczył on od razu 137 chorych. Jeńcy byli pięć dni w drodze i przez ten czas nie dostawali jedzenia, toteż po przybyciu do Puław, skoro ich wyładowano rzucili się na zdechłego konia, leżącego przy drodze i jedli surową padlinę. „ czytamy w Melduneku gen. L. Dąbrowskiego, szefa sanitarnego Generalnego Okręgu Lublin opisujący transport jeńców bolszewickich, który dotarł na stacje rozdzielczą w Puławach Ignacy Matuszewski, szef Głównego Zarządu II Sztabu, przesłał dokument do Kazimierza Sosnkowskiego w którym pisze o śmierci 22 tysięcy jeńców w Tucholskim obozie, zwanym obozem śmierci. W obozie w Strzałkowie, baraki i ziemianki nie były ogrzewane, nie było okien, pieców, prycz i sienników. Bez butów i odpowiedniej odzieży, mieli niewielką szanse przeżycia zimy. Nie było również leków. Wielu zamarzało. Nocą jeńcy swoje potrzeby fizjologiczne musieli załatwiać do kociołków na jedzenie. Łatwo więc zapadali na choroby. Głównie cholerę, tyfus i czerwonkę. Według oficjalnych danych w listopadzie 1920 roku dziennie umierało tam około 60-70 jeńców. 24 sierpnia z rozkazu gen. Władysława Sikorskiego w okolicy Mławy rozstrzelano 200 jeńców wojennych. Była to zemsta za to, że poprzedniego dnia Kozacy wymordowali 100 Polaków. Ofiary wybrano losowo. A w oficjalnej wersji podano, że wykonano wyrok za rabunki i morderstwa. PROF. GIENNADIJ F. MATWIEJEW, współprzewodniczący polsko-rosyjskiej komisji archiwalnej badającej losy jeńców wojennych po wojnie polsko-bolszewickiej, twierdzi, że posiada dokumenty, które świadczą, że Polacy pozostawili na polu bitwy 2 tysiące rannych żołnierzy bolszewickich, co jest niezgodne z prawem wojennym. Chodzi o 14. Dywizję w 1920 roku. W Puławch (woj. lubelskie), podczas prac budowlanych w 1995 roku, robotnicy natknęli się na zbiorową mogiłę, szczątki 25 osób. – Zwłoki osób zmarłych mogły być grzebane w okresie I wojny światowej ze szpitala epidemiologicznego, rosyjskiego, usytuowanego w budynku przy ulicy Lubelskiej. Mogły być to zwłoki jeńców rosyjskich z 1921 r – tak brzmi jedna z oficjalnych wersji puławskiej prokuratury. Wszystkie te szczątki zapakowano do dwóch drewnianych trumien i pogrzebano na puławskim cmentarzu komunalnym. Dalszego śledztwa nie przeprowadzono. Mało kogo interesowało czyje były to szczątki. Według traktatu ryskiego z 1921 roku, Polacy zobowiązani byli przekazać Rosjanom listy zmarłych. Nigdy jednak tego nie zrobili. W powszechnym przekonaniu wojna polsko – bolszewicka, była sowiecką agresją, skierowaną przeciwko II Rzeczypospolitej. To przekonanie wdarło się już do szkół, instytucji oraz powszechnej świadomości. I Mennicy Państwowej.
Może pojednajmy się w końcu z sąsiadami, zamiast ciągle ich opluwać, kłamać, szczuć, hejtować, twierdząc, że waśnie oni to robią. Pojednajmy się wykazując tym samym odwagę, że potrafimy przyznać się do własnych zbrodni. Potem powinniśmy przeprosić Ślązaków, których po wojnie pozamykano w tych samych obozach i traktowano tak samo. Lub jeszcze gorzej. Tutaj można oprzeć się jedynie na relacjach, bo z tego raportów nie robiono. Wiecie już dlaczego dziennikarze rzadko kiedy chodzą trzeźwi? Bo muszą mówić rzeczy, o których sami wiedzą, że są nieprawdziwe.