Najdrożsi w Bayernie

Robert Lewandowski rozgrywa najlepszy sezon w karierze, został królem strzelców Bundesligi i wybrano go na najlepszego gracza sezonu, ale chociaż gra teraz nawet lepiej niż grał pięć lat temu, jego transferową wartość branżowy portal Transfermarkt.de szacuje na 56 mln euro. Gdyby Bayern Monachium zgodził się sprzedać „Lewego” za taką właśnie kwotę, kapitan reprezentacji Polski mógłby pewnie przebierać w ofertach jak w ulęgałkach.

Działacze bawarskiego potentata rzecz jasna nie mają zamiaru oddawać Lewandowskiego za 56 mln euro z prostego powodu – mają z nim kontrakt do końca czerwca 2023 roku, a chociaż polski napastnik ma już 32 lata, to przy jego na wskroś profesjonalnym traktowaniu piłkarskiej kariery może utrzymać wysoki sportowy poziom nie tylko do końca obecnej umowy z Bayernem, lecz nawet dwa-trzy sezony dłużej. Oddawanie go teraz mija się z celem, bo nie tylko za 56 mln euro, ale nawet za dwukrotnie wyższą kwotę szefowie monachijskiego klubu nie znajdą gracza zdolnego w pełni zastąpić Lewandowskiego. Grać na jego pozycji może każdy, ale który z obecnych piłkarzy zagwarantuje tyle goli strzelanych w każdym sezonie ile strzela w Bundeslidze od dekady kapitan reprezentacji Polski?
Wygląda jednak na to, że „Lewy” jest w pełni zadowolony z gry w Bayernie, swoich zarobków i pozycji jaką zdobył w tym zespole. Co ciekawe, wedle wyceny Transfermarkt.de w ekipie tegorocznych mistrzów Niemiec i zdobywców krajowego pucharu aż czterech zawodników ma wyższą wartość transferową od najskuteczniejszego strzelca zespołu. Ale tylko dlatego, że przy wycenie decydujące kryteria to wiek oraz długość kontraktu, a dopiero w dalszej kolejności prezentowana klasa sportowa i indywidualne osiągnięcia. Dlatego obecnie najwyżej wycenianym piłkarzem Bayernu jest 25-letni pomocnik Joshua Kimmich, który ma ważny jeszcze przez trzy lata kontrakt i należy do kluczowych graczy. Wedle oceny Transfermarkt.de jego aktualna rynkowa wartość wynosi 75 mln euro.
Wyżej od Lewandowskiego wyceniani są także 28-letni austriacki obrońca David Alaba, którego wartość oszacowano na 65 mln euro oraz także odkrycie tegorocznego sezonu 19-letni kanadyjski obrońca Alphonso Davies, którego wartość od ostatniego notowania podniesiono o 15 mln do kwoty 60 mln euro.
Lewandowski z wyceną na poziomie 56 mln euro jest najdroższym graczem w swojej kategorii wiekowej. Z jego rówieśników zbliżona wycenę dostał tylko argentyński as Manchesteru City Sergio Aguero (52 mln euro), ale już kolejni gracze z rocznika 1988 na liście, występujący w Paris Saint-Germain Argentyńczyk Angel Di Maria i hiszpański pomocnik FC Barcelona Sergio Busquets, są wyceniani na 28-30 mln euro. A z zawodników starszych od „Lewego” wyższą wartość mają niezmiennie tyko dwaj futbolowi giganci – argentyński gwiazdor Barcelony Leo Messi (117 mln euro) i portugalski as Juventusu Turyn Cristiano Ronaldo (60 mln euro).
Wracając zaś do niemieckiej Bundesligi, jej najdroższym obecnie graczem wedle Transfermarkt.de wcale nie jest Joshua Kimmich, lecz 20-letni angielski skrzydłowy Borussii Dortmund Jadon Sancho, którego wartość chyba mocno na wyrost oszacowano na poziomie Leo Messiego, czyli 117 mln euro. Kimmicha w klasyfikacji najdroższych graczy niemieckiej ekstraklasy wyprzedza jeszcze rodak i kolega z reprezentacji Niemiec, a na co dzień zawodnik Bayeru Leverkusen 21-letni Kai Havertz, którego wyceniono na 81 mln euro. Warto w tym miejscu przypomnieć, że najgroźniejszy konkurent Lewandowskiego w walce o tytuł króla strzelców, reprezentant Niemiec Timo Werner, który w Bundeslidze strzelił dla RB Lipsk 28 goli, został tego lata wykupiony przez Chelsea Londyn za 53 mln euro, mimo to Transfermarkt.de jego aktualna rynkową wartość ocenia na 64 mln euro. To tylko potwierdza opinię, że piłkarz jest tyle wart, ile ktoś naprawdę za niego zapłaci, wiec często nieprecyzyjne i wręcz niesprawiedliwe wyceny niemieckiego portalu nie należy traktować przesadnie serio.
A jak wygląda aktualna wycena Transfermarkt.de pozostałych polskich piłkarzy występujących w Bundeslidze? Wartość 25-letniego Krzysztofa Piątka (Hertha Berlin) w porównaniu z poprzednim notowaniem nie uległa zmianie i utrzymała się na poziomie 21,5 mln euro. Mocno natomiast przeszacowano w dół rynkową wartość 24-letniego Dawida Kownackiego (Fortuna Duesseldorf), którą zmniejszono z 4,8 do 3,5 mln euro. Kończący już powoli karierę 35-letni Łukasz Piszczek, który niedawno przedłużył o rok kontrakt z Borussią Dortmund, został wyceniony na dwa miliony euro, co ma znaczenia jedynie symboliczne, bo przecież polski obrońca na żaden transfer się nie pisze. Zaskakująco nisko, bo zaledwie na 1,2 mln euro, wyceniano bramkarza 32-letniego Rafała Gikiewicza, który od sześciu lat gra z powodzeniem w Niemczech, a w lipcu przeszedł na zasadzie wolnego transferu z Unionu Berlin do FC Augsburg.

Lewandowski jest królem Bundesligi

Ligowe emocje w Bayernie Monachium opadły, gdy w środku tygodnia zespół przyklepał ósmy z rzędu mistrzowski tytuł. W lidze ekipa trenera Hansiego Flicka ma już tylko jeden cel – wspieranie Roberta Lewandowskiego w jego walce o trzeci z rzędu, a piąty w karierze tytuł króla strzelców.

Niemcy nie mają już obaw, że Polak pobije pomnikowy rekord 40 goli w sezonie ustanowiony blisko pół wieku temu przez legendarnego napastnika bawarskiego klubu Gerda Muellera. „Lewy” na osłodę w sobotnim meczu z Freiburgiem ustanowił inny rekord Bundesligi – z 33. golami na koncie został najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii niemieckiej ekstraklasy. Wcześniej rekordzistą z 31. trafieniami był Gabończyk Pierre-Emerick Aubameyang, którego osiągnięcie w miniony wtorek w 32. kolejce Lewandowski wyrównał, a w sobotę w przedostatniej serii ligowej dwoma kolejnymi bramkami pobił. I nie jest powiedziane, że na tym poprzestanie, bo w ostatniej ligowej kolejce Bayern zmierzy się z szóstym zespołem Bundesligi VfL Wolfsburg.
Kapitan reprezentacji Polski w normalnych okolicznościach pewnie by w tym spotkaniu dostał wolne, zwłaszcza że jego najgroźniejszy konkurent to tytułu króla strzelców, Timo Werner z RB Lipsk, zaliczył w sobotę „pusty przebieg” w przegranym przez jego zespół 0:2 spotkaniu z Borussią Dortmund, pozostał zatem z dorobkiem 26 goli. A to oznacza, że musiałby w ostatnim meczu tego sezonu zdobyć co najmniej siedem bramek żeby dogonić „Lewego”, a osiem żeby go przegonić. To zadanie niewykonalne.
Lewandowski ma zatem piątą „armatę” praktycznie w kieszeni, za występ przeciwko Freiburgowi otrzymał po raz kolejny w tym sezonie notę „1”, oznaczającą w Niemczech „klasę światową”. Wszystko wskazuje, że zostanie uhonorowany tytułem „piłkarza sezonu” w Bundeslidze. Ale „Lewy” chce być nie tylko najlepszy w Niemczech, lecza także w Europie. Na razie jest liderem klasyfikacji „Złotego Buta”, nagrody dla najskuteczniejszego gracza w ligowych rozgrywkach na naszym kontynencie, ale chociaż pewnie prowadzi z dorobkiem 33 goli i 66 punktów, a jego najgroźniejszy konkurent Włoch Ciro Immobile z Lazio Rzym ma na koncie 27 trafień i 54 pkt, to należy pamiętać, że Serie A dopiero w minionym tygodniu wznowiła rozgrywki i ma jeszcze do rozegrania 12 ligowych kolejek. Zatem Immobile będzie miał dość okazji na przegonienie polskiego napastnika Bayernu. Nie wolno też zapominać o dwóch kolekcjonerach „Złotego Buta”, czyli Cristiano Ronaldo i Leo Messim. Oni mają w tej chwili po 21 goli na koncie, ale Portugalczyk, jak Immobile, będzie miał jeszcze 12 okazji do poprawienia tego wyniku, a Argentyńczyk osiem. Dlatego Lewandowski chce grać do końca, żeby zbudować jak największą przewagę, bo on w swojej bogatej kolekcji jeszcze „Złotego Buta” nie ma.
Kapitan reprezentacji Polski bije się w tym sezonie o najwyższe indywidualne laury, czyli „Złotą Piłkę” redakcji „France Football” i tytuły „Piłkarza Roku” przyznawane przez UEFA i FIFA, ale te trofea zgarnie raczej bohater zaplanowanych na sierpień w Lizbonie finałowych rozgrywek Ligi Mistrzów. Bayern nie jest faworytem, lecz będzie miał komfortowe warunki na przygotowanie się do imprezy w stolicy Portugalii. 4 lipca zespół trenera Flicka zagra w finale Pucharu Niemiec, a potem piłkarze dostaną 12 dni wolnego. Po powrocie będą mieli ponad dwa tygodnie na przygotowanie się do rewanżowego meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Chelsea (w Londynie wygrali 3:0) i prawie miesiąc na zbudowanie odpowiedniej formy na turniej w Lizbonie.
Wracając zaś do Bundesligi, to w 33. kolejce Łukasz Piszczek i jego koledzy z Borussii Dortmund pokonując na wyjeździe 2:0 RB Lipsk zapewnili sobie wicemistrzostwo Niemiec. Oba gole dla ekipy BVB strzelił 19-letni Norweg Erling Haaland. Były to jego 12 i 13 trafienia w Bundeslidze w tym sezonie, ale licząc z bramkami zdobytymi jesienią w lidze austriackiej, ma ich na koncie w sumie 29. Jeśli latem nie odejdzie z Borussii, to w przyszłym sezonie jego rywalizacja z Lewandowskim może być ekscytująca.

Atak na Lewego

Timo Werner nie skorzystał z okazji, że Robert Lewandowski w 31. kolejce musiał pauzować za żółte kartki i nie zmniejszył pięciobramkowej straty jaką ma do niego w klasyfikacji strzelców Bundesligi. Kapitana reprezentacji Polski zaatakował natomiast niespodziewanie jego były agent, Cezary Kucharski.

Bayern Monachium mógł już w miniony weekend po 31. kolejce świętować mistrzostwo Niemiec, musiał tylko wygrać u siebie z Borussią Moenchengladbach, zaś druga w tabeli Borussia Dortmund przegrać na wyjeździe z Furtuną Duesseldorf. Koronację trzeba było jednak odłożyć, bo chociaż Bayern bez pauzujących za żółte kartki Roberta Lewandowskiego i Thomasa Muellera wygrała 2:1, to ekipa Łukasza Piszczka także zwyciężyła (1:0 po golu Erlinga Haalanda). Najgroźniejszy konkurent „Lewego” w wyścigu po koronę króla strzelców, Timo Werner z RB Lipsk, nie wykorzystał przymusowej absencji napastnika Bayernu i w wygranym przez jego zespół 2:0 wyjazdowym spotkaniu z Hoffenheim nie powiększył swojego bramkowego dorobku. Tym samym na trzy kolejki przed końcem rozgrywek Bundesligi Lewandowski z 30 golami na koncie ma nadal pięć trafień przewagi nad Wernerem i chyba nikt już nie wątpi, że to Polak w tym sezonie po raz piąty w karierze zdobędzie statuetkę zabytkowej armaty, będącej nagrodą dla króla strzelców Bundesligi.
Kapitan reprezentacji Polski w środku poprzedniego tygodnia potwierdził niebywałą formę, strzelając zwycięskiego gola dla Bayernu w wygranym 2:1 meczu półfinałowym Pucharu Niemiec z Eintrachtem Frankfurt. Była to jego piąta bramka w tych rozgrywkach. W finale zaplanowanym na 4 lipca bawarska jedenastka zmierzy się z Bayerem Leverkusen. „Lewy” również w Pucharze Niemiec jest liderem strzelców, a ponadto przewodzi też na liście snajperów Ligi Mistrzów, ma też na koncie najwięcej bramek zdobytych łącznie we wszystkich rozgrywkach klubowych w Europie – trafienie w spotkaniu z Eintrachtem było jego 45. w obecnym sezonie.
Nic dziwnego, że o Lewandowski dużo się ostatnio dobrego mówi i pisze nie tylko w Niemczech. W Polsce jednak w ostatnich dniach w mediach i na portalach społecznościowych wałkowano na okrągło zarzuty, jakie pod jego adresem w jakimś niszowym programie wygłosił Cezary Kucharski. Były menedżer i wspólnik „Lewego” najwyraźniej nie może przeboleć, że dwa lata temu piłkarz zerwał z nim trwającą przez niemal dekadę współpracę.
Kucharski w programie „Futbolownia” po raz kolejny przekonywał, że to jemu Lewandowski najwięcej zawdzięcza. Został jego agentem gdy był jeszcze anonimowym graczem drugoligowego Znicza Pruszków, następnie pilotował jego transfery do Lecha Poznań, Borussii Dortmund i Bayernu Monachium. „Zajmowałem się całością interesów Roberta – sportowymi, reklamowymi i wszystkimi pobocznymi, tak, by mógł się skupić tylko na piłce nożnej. Ale tam gdzie jest sukces, pojawia się grono życzliwych osób, trzeba było to filtrować, dla jego dobra. Stałem się więc niejako wrogiem dla tych wszystkich, którzy chcieli się ogrzać przy Lewandowskim” – powtarzał znane ze swoich wcześniejszych wypowiedzi tezy. Dorzucił jednak zupełnie nowy wątek – ten z pretensjami. „Mówię o tym pierwszy raz publicznie. To dziś może brzmieć absurdalnie, ale decydującym momentem był ten, kiedy Robert podpisał nową umowę z Bayernem, największą w historii polskiego sportu, wartą 100 milionów euro za pięć lat gry. Wtedy zażądał ode mnie dodatkowych pieniędzy z mojej prowizji. Gdy się nie zgodziłem, postanowił zrezygnować ze współpracy. Wiem, że to nieporozumienie było kluczowe, może przelało czarę goryczy między nami. Wiedziałem już, że jeśli mamy w stresie i pretensjach funkcjonować, to raczej nie ma to sensu. Starałem się zdobyć jego zaufanie, to się chyba jednak ostatecznie nie udało” – wyżalił się Kucharski. I ten fragment jego wypowiedzi zrobił właśnie taki rozgłos w polskich mediach, w których przez kilka dni bezkarnie i z nieskrywaną złośliwością go powtarzano.
Lewandowski na razie nie odpowiedział Kucharskiemu, chociaż pewnie nie było mu przyjemnie czytać, jakim to okazał się niewdzięcznikiem. Może poszuka innych sposobów na odegranie się na swoim byłym agencie, ale to już ich wewnętrzna sprawa. Jesli coś w tej historii może zdumiewać, to przekonanie Kucharskiego, że bez niego „Lewy” nie zrobiłby takiej kariery, jaką zrobił. Otóż, zrobiłby, może nawet większą, bo po latach widzimy, jaka jest skala jego talentu i jakim jest on człowiekiem i sportowcem. A co do pieniędzy, no cóż, jako agent Lewandowskiego Kucharski zarobił wielokrotnie więcej niż sam zarobił w trakcie swojej własnej piłkarskiej kariery, zatem to on powinien być wdzięczny „Lewemu”, a nie tej wdzięczności od niego oczekiwać.

Złoty But dla Immobile?

W rozegranej w miniony weekend 28. kolejce Serie A Juventus rozgromił Lecce 4:0 i utrzymał czteropunktową przewagę nad drugim w tabeli Lazio Rzym. Rzymski zespół wygrał 2:1 z Fiorentiną, a jedną z bramek zdobył Ciro Immobile.

W opinii ekspertów Juventus jest murowanym faworytem do zdobycia mistrzostwa kraju, już dziewiątego z rzędu, a 35. w historii (dwa tytuły zostały mu odebrane za udział w aferze korupcyjnej). Jedną z bramek dla ekipy „Starej Damy” zdobył z rzutu karnego Cristiano Ronaldo i było to jego 23. ligowe trafienie w obecnych rozgrywkach. Portugalczyk w klasyfikacji strzelców Serie A jest jednak drugi, a na czele znajduje się napastnik Lazio Ciro Immpobile, który ma w tej chwili na koncie 28 goli. W dwóch rozegranych po restarcie kolejkach Serie A obaj snajperzy zdobyli po dwie bramki, obaj jednak trafiali wyłącznie z rzutów karnych. Ale nie ulega wątpliwości, że prowadzący obecnie w klasyfikacji „Złotego Buta” Robert Lewandowski (34 gole, 68 punktów) raczej nie zdobędzie w tym sezonie tego cennego trofeum. Pewniakiem w tym wyścigu wydaje się właśnie Immobile, którego zapewne będzie do końca ścigał Cristiano Ronaldo. Włoska ekstraklasa liczy 20 zespołów, ma więc do rozegrania w sumie 38 kolejek, a to oznacza, że obaj jej najskuteczniejsi snajperzy będą mieli jeszcze 10 meczów na poprawienie swojego strzeleckiego dorobku. I na dodatek grają w dwóch najlepszych zespołach, które strzelają najwięcej goli. Immobile ma do Lewandowskiego tylko sześć goli straty i jeśli nie przydarzy mu się jakaś kontuzja czy długa dyskwalifikacja, to jest więcej niż pewne, iż utrzymując dotychczasową regularność w 10 występach trafi tyle razy, żeby wyprzedzić kapitana reprezentacji Polski. Cristiano Ronaldo traci do „Lewego” 13 bramek, ale także on przy odrobinie snajperskiego szczęścia jest w stanie odrobić straty.
Lewandowski będzie mógł tylko bezradnie obserwować poczynania konkurentów do „Złotego Buta”. Argentyński gwiazdor FC Barcelona na razie zatrzymał się na 21 trafieniach, ale on będzie miał jeszcze tylko sześć okazji do poprawienia tego dorobku, bo tyle kolejek pozostało do zakończenia rozgrywek Primera Division.

Złoty But dla Lewego?

Robert Lewandowski 29 ligowymi golami jest obecnie liderem klasyfikacji „Złotego Buta”. Z najgroźniejszych konkurentów do tytułu może go na razie ścigać tylko napastnik RB Lipsk Timo Werner, który ma 25 trafień.

Dorobek 29 goli daje Lewandowskiemu w klasyfikacji „Złotego Buta” 58 punktów. Gwoli przypomnienia – ranking powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy tylko w rozgrywkach ligowych. Bramki są mnożone przez współczynnik ich trudności. Najwyższy (razy dwa) ma pięć najwyżej sklasyfikowanych w rankingu UEFA krajowych lig. Obecnie są to hiszpańska, angielska, niemiecka, francuska i włoska. Przed zawieszeniem rozgrywek samodzielnym liderem klasyfikacji „Złotego Buta” był włoski napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile, który miał na koncie 27 bramek i 54 punkty. Serie A jednak od marca nie gra, a wznowić rozgrywki ma dopiero w drugiej połowie czerwca. Wcześniej, bo już 11 czerwca, do restartu ligowych zmagań ma dojść w Hiszpanii, co oznacza, że do wyścigu o „Złotego Buta” będzie mógł się włączyć sześciokrotny zdobywca tego prestiżowego trofeum Leo Messi, który w tej chwili zajmuje szóstą lokatę (19 goli, 38 pkt).
Na razie jednak z graczy czołówki klasyfikacji swoje strzeleckie konta powiększają tylko piłkarze niemieckiej Bundesligi, których w czołowej szóstce jest trzech – oprócz Lewandowskiego (29 goli, 58 pkt) jeszcze trzeci w zestawieniu Timo Werner z RB Lipsk (25 goli, 50 pkt) i czwarty w stawce Erling Haaland z Borussii Dortmund (26 goli, 44 pkt). Mniejszy dorobek punktowy norweskiego nastolatka to efekt tego, że w rundzie jesiennej 16 goli strzelił w austriackiej lidze, która ma współczynnik trudności 1,5. Haaland pauzuje z powodu kontuzji, więc najgroźniejszym konkurentem „Lewego” jest teraz Werner, który w poniedziałkowym meczu z FC Koeln (4:2) zdobył 25. bramkę w tym sezonie. Ale wraz z restartem rozgrywek w Primera Division i Serie A do gry o „Złotego Buta” wrócą nie tylko Messi i Immobile, ale z pewnością także Cristiano Ronaldo (21 goli, 42 pkt).

Rosną oczekiwania wobec Lewego

Robert Lewandowski nie zmarnował czasu podczas przymusowej przerwy spowodowanej przez pandemię koronawirusa. W pierwszym meczu po restarcie Bundesligi, z Unionem Berlin, należał do najlepszych graczy Bayernu Monachium. Gola strzeliłz rzutu karnego, ale było to jego 26. trafienie w obecnych rozgrywkach niemieckiej ekstraklasy i zarazem 40. w obecnym sezonie licząc wszystkie rozgrywki. Granicę 40 bramek w sezonie osiągnął po raz piąty z rzędu, co stawia go w jednym rzędzie z największymi gigantami współczesnego futbolu – Leo Messim i Cristiano Ronaldo, bo tylko oni w XXI wieku w jednym sezonie także pięciokrotnie z rzędu przekraczali barierę 40 trafień.

To wcale nie musi być ostatnia bariera w strzeleckich dokonaniach, jaką Lewandowski w tym sezonie przekroczy. Występ w niedzielnym spotkaniu 26. kolejki Bundesligi z Unionem Berlin był 24. ligowym meczem „Lewego” w obecnych rozgrywkach, o oznacza, że strzelił dotąd więcej goli niż rozegrał meczów. Przed nim jeszcze osiem spotkań w Bundeslidze, więc jeśli utrzyma regularność, powinien po raz trzeci w karierze osiągnąć granicę 30. trafień w niemieckiej ekstraklasie w jednym sezonie.
Ale już 26 goli strzelonych w 24 ligowych występach jest wyczynem godnym podziwu. Dość powiedzieć, że aż w 36 z 57 wcześniejszych sezonów Bundesligi tyle trafień wystarczyło do zgarnięcia tytułu króla strzelców. Sam Lewandowski strzelił więcej goli w rozgrywkach 2015/2016 (30), 2016/2017 (30) i 2017/2018 (29).
Rekord Muellera poza zasięgiem
Do wyrównania legendarnego już strzeleckiego rekordu Gerda Muellera, który w jednym sezonie zdobył 40 bramek, brakuje kapitanowi reprezentacji Polski jeszcze 14 goli. W Niemczech chyba większe emocje towarzyszą właśnie temu zagrożeniu, jakie stanowi polski napastnik dla owianego sławą wyczynu ikony niemieckiego futbolu sprzed blisko pół wieku (sezon 1971/1972). Tak na marginesie – Mueller dwa sezony wcześniej zdobył tytuł króla strzelców z dorobkiem 38 trafień, w sezonie 1972/1973 strzelił 36 goli, a jeszcze dwukrotnie kończył rozgrywki z 30. trafieniami na koncie. Najbardziej jednak na wyobraźnię działa owe 40 bramek, bo to osiągnięcie w dzisiejszych czasach zdawało się nie do pobicia.
I nadal jego pobicie wydaje się nieosiągalne nawet dla Lewandowskiego, bo musieliby mu w tym pomóc wszyscy gracze Bayernu, a na to „Lewy” chyba nie ma raczej co liczyć. Chociaż odkąd zrezygnował z marzeń o Realu Madryt i całe serce oddał bawarskiemu klubowi, jego pozycja w zespole umocniła się, a relacje z kolegami znacznie ociepliły, to chyba nie na tyle, żeby wszyscy nagle zaczęli go traktować jak gracze Barcelony traktują Messiego, a gracze Juventusu (wcześniej Realu Madryt) Cristiano Ronaldo. Lewandowski nie dostanie raczej w Bayernie takich specjalnych praw, ani też nie statusu największej gwiazdy zespołu, nawet jeśli dla kibiców i mediów już jest taką wyjątkową postacią jak Argentyńczyk i Portugalczyk.
W szatni Bayernu wciąż jednak więcej znaczą od niego Thomas Mueller, Manuel Neuer, Joshua Kimmisch czy Leon Goretzka. I na boisku też to będzie widoczne – nie będą szukać „Lewego”, nie będą mu zagrywać piłki za każdym razem, bo w Bayernie każdy piłkarz czuje się gwiazdą.
Dlatego nie ma co się nastawiać, że kapitan reprezentacji Polski w kolejnych meczach znowu zacznie strzelać po dwa czy trzy gole, a tylko w ten sposób byłby w stanie wyrównać lub pobić rekord Gerda Muellera.
Dobrze, że chociaż Lewandowski wciąż w drużynie Bayernu jest numerem 1 na liście egzekutorów rzutów karnych. Ten właśnie przywilej pozwolił mu zaliczyć trafienie w spotkaniu z Unionem Berlin. Przy okazji warto podkreślić, że „Lewy” jest w tej chwili chyba najlepszym, a na pewno najpewniejszym wykonawcą „jedenastek” na świecie.
Mistrz rzutów karnych
Rzut karny w meczu z Unionem, w bramce którego stał Polak, Rafał Gikiewicz, był 42. egzekwowanym przez Lewandowskiego w barwach Bayernu. Nie wykorzystał z nich tylko dwóch – w marcu 2018 roku przeniósł piłkę nad poprzeczką w meczu z Hamburgerem SV, a w styczniu 2019 roku trafił w słupek w spotkaniu z VfB Stuttgart. Czterdzieści pozostałych „jedenastek” zamienił na bramki, co jest wyczynem naprawdę wymykającym się nawet z reguł rachunku prawdopodobieństwa. Co ciekawe, doprowadził też do mistrzostwa swoją oryginalna technikę mylenia bramkarzy przed strzałem. Tylko w sześciu przypadkach na 42 golkiperzy potrafili odczytać jego zamiary i rzucali się we właściwy róg. Ostatnim, który trafnie wybrał, był Gikiewicz, ale i tak nie zdołał zapobiec nieszczęściu.
Lewandowski nie może rzecz jasna liczyć, że w każdym spotkaniu sędziowie będą dyktować „jedenastki” dla Bayernu. Jeśli chce po raz piąty w karierze zdobyć tytuł króla strzelców Bundesligi, musi też zdobywać bramki z gry. Jeśli nie dostanie wsparcia od kolegów, będzie miał z tym problem w każdym z ośmiu pozostałych do rozegrania spotkań. A to może zrodzić poważne problemy, z czego doskonale zdaje sobie sprawę trener monachijskiego zespołu Hansi Flick. On po meczu z Unionem przyznał, że osobiście uważa, iż Lewandowski jest w stanie pobić rekord Gerda Muellera. „To nie będzie łatwe, ale Robert ma odpowiednią jakość. Jeśli ktoś może tego dokonać, to właśnie on” – stwierdził w wypowiedzi dla portalu Goal.com.
Atak norweskiego nastolatka
Utrzymanie przez „Lewego” strzeleckiej formy będzie jak zawsze w ostatnich sezonach kluczowym czynnikiem w walce o mistrzostwo Niemiec, która póki co nie została jeszcze rozstrzygnięta. W 26. kolejce swój mecz wygrała także Burussia Dortmund, chyba najgroźniejszy obecnie przeciwnik bawarskiego potentata w wyścigu po tytuł, która ma cztery punkty straty. A we wtorek 26 maja ekipa BVB gościć będzie Bayern w 28. kolejce ligowej. Co prawda wcześniej, w weekend, w ramach 27. kolejki bawarska jedenastka zagra u siebie z Eintrachtem Frankfurt, zaś ekipa z Dortmundu na wyjeździe z VfL Wolfsburg, więc ta różnica punktowa może się zmienić, niemniej jednak dopiero bezpośrednie starcie zespołów Lewandowskiego i Łukasza Piszczka da odpowiedź na pytanie, który z nich ma obecnie większą moc.
Ale można już teraz zakładać, że nie tylko w Niemczech, w Polsce i w Norwegii kibice będą jednak bardziej ekscytować się wielkim pojedynkiem Lewandowskiego z Erlingiem Haalandem. Norweski nastolatek przebojem wszedł na salony Bundesligi i zdobywa bramki z taką samą regularnością, jak polski snajper Bayernu. Czy stary mistrz wyjdzie z konfrontacji z pretendentem, przekonamy się już za niespełna tydzień.

Lewandowski gotów do gry

Bundesliga będzie drugą ligą w Europie, która wznowi rozgrywki. Wcześniej restart przeprowadzono na Wyspach Owczych, ale z piątki najsilniejszych lig europejskich pierwsi zaczną Niemcy. Spotkania rozgrywane będą rzecz jasna bez udziału publiczności przy zachowaniu rygorystycznych przepisów sanitarnych i z udziałem limitowanych składów poszczególnych ekip.

W sobotę 16 maja rozegranych zostanie sześć spotkań 26. kolejki. Tego dnia zobaczymy w akcji trzy zespoły mające w swoich kadrach polskich piłkarzy. Fortuna Duesseldorf (Dawid Kownacki) zmierzy się z SC Paderborn 07, Borussia Dortmund (Łukasz Piszczek) zagra z Schalke 04 Gelsenkirchen, zaś Hertha Berlin (Krzysztof Piątek) z TSG Hoffenheim. W niedzielę natomiast po dwóch stronach barykady stanie snajper Bayernu Monachium Robert Lewandowski oraz bramkarz Unionu Berlin Rafał Gikiewicz. Z wymienionych Polaków raczej na pewno na boisku nie pojawi się Kownacki, który co prawda wyleczył już kontuzję kolana, której nabawił się na początku lutego, lecz chociaż podjął już treningi z zespołem, to na razie nie jest jeszcze gotowy do gry. Ale jego klub ponownie zgłosił go do rozgrywek, zaś trener Uwe Roseler przyznał, że bardzo liczy na polskiego napastnika w ostatnich meczach tego sezonu.
Piszczek powinien pojawić się w podstawowym składzie, bo władze Borussii Dortmund finalizują z nim negocjacje o przedłużeniu kontraktu o rok, więc trener Lucian Favre nie musi na siłę wstawiać na prawą flankę obrony innego gracza, bo każdy jakich ma do dyspozycji, jest dużo gorszy od 66-krotnego reprezentanta Polski.
Wielką niewiadomą jest natomiast aktualna sytuacja Krzysztofa Piątka w Herthcie Berlin. Nasz piłkarz przeszedł do tego klubu w AC Milan zimą tego roku, a obecny trener berlińskiej drużyny, Bruno Labbadia, jest już trzecim szkoleniowcem z jakim przyszło mu pracować (przed nim byli Juergen Klinsmann i Alexander Nouri). Hertha nie jest jeszcze pewna utrzymania w lidze, chociaż ma sześć punktów przewagi nad zajmującą pierwsze spadkowe miejsce Fortuną Duesseldorf. Dlatego presja na Piątka, żeby znów zaczął seryjnie strzelać gole, nie osłabnie. Labbadia to były napastnik, mający na koncie 328 występów w 1.Bundeslidze i 103 strzelone gole, więc nasz piłkarz może tylko na współpracy z nim skorzystać.
W spotkaniu Unionu z Bayernem na pewno zobaczymy Roberta Lewandowskiego, natomiast nie jest pewny, że w bramce berlińczyków stanie Rafał Gikiewicz. Nasz golkiper ogłosił bowiem w trakcie przerwy w rozgrywkach, że nie przedłuży wygasającego po tym sezonie kontraktu z Unionem i natychmiast w tym klubie zjechał „z bohatera do zera”. Niewykluczone, że przyjdzie mu do końca rozgrywek grzać karnie ławę, chociaż przed zawieszeniem rozgrywek zaliczano go do najlepszych bramkarzy niemieckiej ekstraklasy, ale czy tak będzie, przekonamy się już w niedzielę.
Zespół Unionu czeka piekielnie trudne wyzwanie, bo Bayern wykorzystał przerwę na załatwienie najpilniejszych spraw personalnych. Podpisał trzyletni kontrakt z trenerem Hansim Flickiem, przedłużył też umowy z Thomasem Muellerem (do czerwca 2023) i Alphonso Daviesem (do czerwca 2025).
Najlepszą wiadomością dla fanów mistrza Niemiec jest jednak powrót Lewandowskiego do zespołu po kontuzji kolana. Kapitan reprezentacji Polski skorzystał na przymusowej przerwie w rozgrywkach i w jej trakcie porządnie wyleczył uraz, odpoczął, a także doczekał się narodzin drugiej córki. Spadły mu więc z głowy najpoważniejsze troski i teraz może już skoncentrować się na futbolu. W medialnych wypowiedziach przed restartem rozgrywek stwierdził: „Czuję się przygotowany lepiej, niż kiedykolwiek, bo jeszcze mocniej mogłem popracować nad swoją sprawnością. Kluczowe to zwracanie uwagi na detale – zdrowe jedzenie, dbanie o swoje ciało w domu i przywiązanie do treningów i meczów”. Przypomnijmy, że „Lewy” z dorobkiem 25 goli jest liderem klasyfikacji strzelców, ale jego najgroźniejszy konkurent do korony, Timo Werner z RB Lipsk, ma tylko o cztery trafienia mniej. Ich rywalizacja zapowiada się emocjonująco, chociaż wiele wskazuje, że w tym sezonie będzie miała tylko lokalne znaczenie, bo wyścig o „Złotego Buta” prawdopodobnie zostanie anulowany.
Zestaw par 26. kolejki:
Sobota: Fortuna Duesseldorf – SC Paderborn, godz. 15:30; Borussia Dortmund – Schalke Gelsenkirchen, godz. 15:30; RB Lipsk – SC Freiburg, godz. 15:30; Hoffenheim – Hertha Berlin, godz. 15:30; FC Augsburg – VfL Wolfsburg, godz. 15:30; Eintracht Frankfurt – Borussia M’gladbach, godz. 18:30. Niedziela: FC Koeln – FC Mainz, godz. 15:30; Union Berlin – Bayern Monachium, godz. 18:30. Poniedziałek: Werder Brema – Bayer 04 Leverkusen, godz. 20:30.

Czekają na Lewego?

Jak na razie najgroźniejsi konkurenci Roberta Lewandowskiego w klasyfikacji „Złotego Buta” nie wykorzystują okazji, że Polak nie gra z powodu kontuzji. Albo, jak Ciro Immobile, nie mogą grać, albo pudłują na potęgę.

Miniony weekend znów okazał się kiepski dla napastników z czołówki graczy walczących o „Złotego Buta”, nagrody dla najlepszego w sezonie strzelca lig europejskich. Skorzystał z tego broniący trofeum Leo Messi, który zaliczył jedno trafienie wykorzystując rzut karny w ligowym meczu z Realem Sociedad (1:0). Argentyński gwiazdor Barcelony ma obecnie na koncie 19 goli i 36 pkt, a w klasyfikacji „ZB” zajmuje szóstą lokatę.
Lider tego zestawienia, Włoch Ciro Immobile (27 goli, 54 punkty), nie mógł poprawić swojego dorobku, bo jego Lazio Rzym w ten weekend nie grało. I nie zagra aż do kwietnia, a być może nawet w ogóle, bo rozgrywki w Serie A z powodu epidemii koronawirusa zostały do tego czasu zawieszone. W podobnej sytuacji jest też trzeci w zestawieniu as Juventusu Turyn Cristiano Ronaldo. On co prawda zagrał w miniony weekend przy pustych trybunach w zaległym hicie kolejki z Interem Mediolan, lecz bramki nie zdobył i nadal ma na koncie 21 trafień i 42 punkty, tyle samo co dwaj gracze Bundesligi, z którymi dzieli trzecią lokatę – Niemiec Timo Werner z RB Lipsk i Norwego Erling Haaland z Borussii Dortmund, których w dwóch ostatnich ligowych kolejkach dopadła strzelecka niemoc. Napastnik RB Lipsk w tym roku w ośmiu meczach zaliczył tylko trzy trafienia, a odkąd „Lewy” leczy kontuzję, nie trafił nawet w światło bramki. Zaciął się też niesamowicie skuteczny w lutym norweski nastolatek z Borussii. W miniony weekend Haaland nie powiększył swojego dorobku w spotkaniu z Borussią M’gladbach (2:1) i był to jego drugi z rzędu występ bez gola. Czyżby czekał na powrót Lewandowskiego? Przypomnijmy, że Polak w tym sezonie strzelił dla Bayernu w Bundeslidze 25 goli, co daje mu 50 pkt w punktacji „Złotego Buta” (gole w pięciu czołowych w rankingu UEFA ligach liczone są podwójnie).

Lewy załatwił Chelsea, a Chelsea Lewego

We wtorek Bayern Monachium w pierwszym meczu 1/finału Ligi Mistrzów rozgromiła na Stamford Bridge Chelsea Londyn 3:0. Polski napastnik miał udział przy wszystkich golach – sam strzelił jednego, a przy dwóch asystował. Niestety, próbujący go powstrzymać za wszelką cenę obrońcy angielskiego zespołu uszkodzili mu krawędź goleni w lewym stawie kolanowym i tym samym „zafundowali” mu miesiąc przerwy.

To był wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Kapitan reprezentacji Polski swoim wybitnym występem przeciwko Chelsea Londyn zachwycił nawet angielskie media. Najpierw zaliczył dwie asysty przy golach Serge’a Gnabrego, chociaż sam mógł uderzać na bramkę.
Jego koleżeńską postawę zauważył świetny przed laty angielski napastnik Chris Sutton, który w komentarzu na łamach „Daily Mail’ napisał: „Bezinteresowny i wielce utalentowany Lewandowski dał lekcję Chelsea i pokazał, że nie tylko wykorzystuje sytuacje, ale również je tworzy. Zwłaszcza przy pierwszym golu, gdy miał przed sobą miał już tylko Willy’ego Caballero. Ilu napastników na jego miejscu zrezygnowałoby w takiej sytuacji z oddania strzału? A Polak spokojnie wycofał piłkę do Gnabry’ego, który strzelił łatwego gola do pustej bramki. Jego postawa jest godna najwyższego uznania, bo przecież przed meczem w mediach nachalnie mu przypominano, że od dwóch lat w fazie pucharowej Ligi Mistrzów nie potrafił zdobyć bramki, więc gdyby zachował się w tych sytuacjach egoistycznie, nikt nie miałby o to do niego pretensji” – podkreślił z uznaniem Sutton.
Wysoko występ polskiego napastnika oceniono też w relacjach BBC, a „The Guardian” przyznał mu notę „9” (w skali 1-10). Równie wysoko oceniono też Gnabry’ego oraz 19-letniego Kanadyjczyka Alphonso Daviesa, ale ojcem wysokiego zwycięstwa Bayernu uznano jednak zgodnie Lewandowskiego, który po dwóch asystach sam strzelił gola na 3:0, a na dodatek po faulu na nim z boiska wyleciał obrońca ekipy gospodarzy Marcos Alonso.
Wyścig z Haalandem i Benzemą
Tym samym „Lewy” 11. trafieniem w obecnej edycji Ligi Mistrzów załatwił za jednym zamachem trzy sprawy – przerwał trwającą od dwóch sezonów strzelecką niemoc w fazie pucharowej tych rozgrywek, odzyskał pozycję samodzielnego lidera klasyfikacji strzelców, którą przez ostatni tydzień musiał dzielić z 19-letnim napastnikiem Borussii Dortmund Erlingiem Haalandem, natomiast w klasyfikacji wszech czasów dogonił Karima Benzemę. Francuski napastnik Realu Madryt przed pierwszymi meczami 1/8 finału LM w tym zestawieniu zajmował z dorobkiem 64 goli czwartą lokatę, po Cristiano Ronaldo (128 bramek), Leo Messim (114) i Raulu (71), zaś Lewandowski był piąty z 63. trafieniami na koncie. Ponieważ Benzema w przegranym 1:2 spotkaniu z Manchesterem City nie powiększył swojego bramkowego dorobku, czwarte miejsce w strzeleckiej klasyfikacji wszech czasów musi teraz dzielić z Polakiem, który także ma 64 gole.
Niestety, w kolejnej serii gier Lewandowski nie będzie mógł już odpowiedzieć ani rewelacyjnie grającemu w tym sezonie Norwegowi, ani też Francuzowi, bo w rewanżowym meczu z Chelsea Londyn nie zagra z powodu kontuzji. Wiadomość o jego urazie wyszła na jaw w środę i została przyjęta z lekkim niedowierzaniem, bo przecież „Lewy” grał w Londynie do ostatniego gwizdka i nic w jego zachowaniu nie wskazywało, że coś mu dolega.
Ból w kolanie zaczął odczuwać dopiero następnego dnia, a po szczegółowych badaniach przeprowadzonych przez klubowego lekarza Bayernu Hansa-Wilhelma Muellera okazało się, że doznał pęknięcia krawędzi goleni w lewym stawie kolanowym.
Z komunikatu opublikowanego przez bawarski klub wynika, że kapitan reprezentacji Polski będzie musiał z tego powodu pauzować przez miesiąc. Przez 10 dni będzie miał nogę w gipsie, a po zdjęciu, jeśli uraz się zagoi należycie, będzie mógł zacząć rehabilitację i powoli przygotowywać się do powrotu na boisko.
Bayern będzie musiał radzić sobie bez swego najskuteczniejszego piłkarza nie tylko w rewanżowym spotkaniu z Chelsea, lecz także w czterech najbliższych kolejkach Bundesligi, czyli w meczach z Hoffenheim, Augsburgiem, Unionem Berlin i Eintrachtem Frankfurt oraz meczu Pucharu Niemiec z Schalke Gelsenkirchen. Lewandowski prawdopodobnie nie wystąpi również w marcowych meczach reprezentacji Polski z Finlandią (27 marca, Wrocław) i Ukrainą (31 marca, Chorzów).
Tak długiej przerwy od gry Lewandowski w karierze jeszcze nie miał. Ze względu na operację pachwiny w grudniu ubiegłego roku pauzował co prawda 26 dni, ale wówczas Bayern Monachium rozgrywał tylko jeden oficjalny mecz. Wcześniej najdłuższa przerwa reprezentanta Polski wynosiła 14 dni, a miał takie tylko dwukrotnie w dotychczasowej karierze.
Pech w najgorszym momencie
Wypada jedynie żałować, że „Lewemu” kontuzja przydarzyła się akurat teraz, gdy znajdował się w szczytowej formie i pewnie zmierzał po piąty w karierze tytuł króla strzelców Bundesligi oraz liczył się też w walce o „Złotego Buta” (nagroda dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich). Jego najgroźniejszy konkurent w niemieckiej lidze, napastnik RB Lipsk Timo Werner, ma tylko cztery gole mniej, zaś lider klasyfikacji „Złotego Buta” Ciro Immobile z Lazio Rzym jedynie jedno trafienie więcej. Z pewnością zrobią teraz wszystko, że przez te kilka tygodni odskoczyć polskiemu napastnikowi.
Może jednak nie będzie aż tak źle. Lewandowski w 23 meczach Bundesligi strzelił 25 goli, a po powrocie będzie miał jeszcze co najmniej sześć ligowych meczów, żeby wrócić do walki o oba strzeleckie tytuły. Co zresztą zapowiedział na Twitterze wpisem: „Dziękuję za wszystkie miłe słowa wsparcia. Trzymajcie za mnie kciuki. Wkrótce wrócę i będę gotowy do walki”.
A walczyć będzie o co, bo Bayern raczej ma już awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów w kieszeni, w Bundeslidze jest liderem, a reprezentacja Polski o stawkę zagra przecież dopiero w czerwcu w mistrzostwach Europy.
Z pozostałych Polskich piłkarzy rywalizujących jeszcze w Lidze Mistrzów powody do zadowolenia może mieć Łukasz Piszczek, bo jego Borussia Dortmund pokonała u siebie Paris Saint-Germain 2:1. Uczucie niedosytu trapi natomiast dwójkę naszych reprezentantów występujących w SSC Napoli, Piotra Zielińskiego i Arkadiusza Milika, bo ich drużyna mogła pokonać wielką Barcelonę, a ostatecznie na swoim stadionie wywalczyła jedynie remis, który w rewanżu na Camp Nou nie będzie żadnym atutem. Jeszcze gorszy humor ma z pewnością Wojciech Szczęsny, bo jego Juventus Turyn po fatalnym występie przegrał na wyjeździe z Olympique Lyon 0:1. Nie zmienia to jednak faktu, że faworytem do awansu w tej parze wciąż jest mistrz Italii.

Wyniki pierwszych meczów 1/8 finału:
Atletico Madryt – FC Liverpool 1:0
Borussia Dortmund – Paris St. Germain 2:1
Rewanże w środę 11 marca, godz. 21:00
Atalanta Bergamo – Valencia VF 4:1
Tottenham Hotspur – RB Lipsk 0:1
Rewanże we wtorek 10 marca, godz. 21:00
SSC Napoli – FC Barcelona 1:1
Chelsea Londyn – Bayern Monachium 0:3
Rewanże w środę 18 marca, godz. 21:00.
Olympique Lyon – Juventus Turyn 1:0
Real Madryt – Manchester City 1:2
Rewanże we wtorek 17 marca, godz. 21:00

Lewy ma już 25 goli

Robert Lewandowski uratował zwycięstwo Bayernowi Monachium w meczu 23. kolejki Bundesligi z ostatnim w tabeli tabeli Paderborn. Mistrzowie Niemiec wygrali z trudem 3:2, a kapitan reprezentacji Polski strzelił dwa gole i z 25 trafieniami na koncie umocnił się w klasyfikacji strzelców niemieckiej ekstraklasy. Ale jego konkurenci też nie próżnowali w ten weekend.

Bayern utrzymał pozycję lidera Bundesligi. Bawarski potentat prowadzi z dorobkiem 49 punktów, ale ma tylko jedno „oczko” przewagi nad drugim w tabeli zespołem RB Lipsk, który rozgromił na wyjeździe Schalke Gelsenkirchen 5:0. Jedną z tych bramek zdobył Timo Werner, najgroźniejszy konkurent Lewandowskiego do tytułu króla strzelców, powiększając swój strzelecki dorobek do 21 trafień. Reprezentant Niemiec, który po pierwszej kolejce rundy wiosennej miał tyle samo goli co „Lewy” (20), potem się zaciął i teraz ma już cztery gole straty do polskiego napastnika Bayernu, który w sześciu tegorocznych kolejkach ligowych strzelił sześć goli i ma ich teraz na koncie 25.
Skuteczność kapitana reprezentacji Polski budzi uznanie. Jego obecny dorobek bramkowy gwarantowałby mu tytuł króla strzelców w aż 30 sezonach Bundesligi. „Lewy” poluje nie tylko na piątą w karierze, a trzecią z rzędu armatkę dla najskuteczniejszego gracza niemieckiej ekstraklasy, ale też na rekord wszech czasów Bundesligi ustanowiony przez Gerda Muellera w sezonie 1971/1972, który zdobył wtedy aż 40 bramek. Polak dosłownie podąża śladem legendarnego niemieckiego napastnika, który na tym samym etapie rekordowych dla siebie rozgrywek także miał na koncie 25 goli.
Dla Bayernu piątkowe spotkanie z outsiderem Bundesligi było ostatnim sprawdzianem formy przed pierwszym meczem 1/8 finału Ligi Mistrzów. We wtorek 25 lutego bawarska jedenastka zmierzy się na wyjeździe z Chelsea Londyn. Tuż po losowaniu par futbolowi eksperci z miejsca uznali niemiecki zespół za faworyta w tym dwumeczu, lecz dzisiaj już takiej pewności nikt nie ma. Zespół „The Blues” ostatnio prezentuje wysoką formę, którą w miniony weekend potwierdziła pokonując na swoim stadionie lokalnego rywala Tottenham Hotspur 2:1. Lewandowskiego i spółkę czeka zatem trudna przeprawa na stadionie Stamford Bridge, chyba że niespodziewanie słaby występ przeciwko Padeborn był jedynie zasłoną dymną.
Zajmujący drugą lokatę w Bundeslidze RB Lipsk ma już pierwsze starcie w 1/8 finału Champions League za sobą. W poprzednim tygodniu pokonała na wyjeździe finalistę poprzedniej edycji Tottenham 1:0, co najwyraźniej wprowadziło piłkarzy trenera Juliana Nagelsmanna w bojową euforię, bo w sobotę rozgromili na wyjeździe szóste w tabeli Schalke Gelsenkirchen 5:0. Komplet punktów zdobyła też trzecia w stawce Borussia Dortmund, która także na wyjeździe pokonała Werder Brema 2:0. Swoje trafienie w tym meczu zaliczył rewelacyjnie spisujący się w tym sezonie Norweg Erling Haaland. Pozyskany w przerwie zimowej z austriackiego RB Salzburg 19-letni napastnik nie ma raczej szans na dogonienie Lewandowskiego, a chyba nawet Wernera, lecz z całą pewnością ma szanse zająć trzecią lokatę w klasyfikacji strzelców. W sobotnim meczu z Werderem Haaland zaliczył dziewiąte trafienie w Bundeslidze, a 12 w tym roku w barwach ekipy z Dortmundu (dwa gole strzelił w Lidze Mistrzów, jeden w Pucharze Niemiec). Na liście strzelców niemieckiej ekstraklasy nastolatek jest już blisko grupy graczy tworzących grupę pościgową za Wernerem i Lewandowskim. Trzeci w zestawieniu najskuteczniejszych w tym sezonie snajperów, Jadon Sancho z Borussii Dortmund, ma na koncie 13 trafień, a zajmujący czwartą lokatę Rouwen Hennings z Fortuny Duesseldorf, Florian Niederlechner z FC Augsburg, Marco Reus z Borussii Dortmund i Robin Quaisonz FC Mainz zdobyli dotąd po 11 bramek. Haalanda wyprzedzają jeszcze mający po 10 trafień Serge Gnabry z Bayernu i Wout Weghorst z VfL Wolfsburg.
Lewandowski ściga się też w wyścigu po nagrodę „Złotego Buta” dla najskuteczniejszego piłkarza lig europejskich. W tej chwili zajmuje drugą lokatę z dorobkiem 50 punktów (gole w lidze niemieckiej, tak samo jak we włoskiej, hiszpańskiej, angielskiej i francuskiej liczone są podwójnie), za napastnikiem Lazio Rzym Ciro Immobile. Reprezentant Włoch zaliczył trafienie w wygranym przez Lazio 3:2 meczu z Genoą i prowadzi z dorobkiem 54 punktów za 27 goli. Zajmujący ex aequo trzecią lokatę Werner, Cristiano Ronaldo i Haaland zgodnie zaliczyli po jednym trafieniu, ale wszyscy wymienieni snajperzy powinni oglądać się za siebie, bo do czołówki po czterech golach strzelonych w sobotę ekipie Eibar z 18 trafieniami na koncie dołączył ubiegłoroczny zdobywca „Złotego Buta” Leo Messi.