Rosną oczekiwania wobec Lewego

Robert Lewandowski nie zmarnował czasu podczas przymusowej przerwy spowodowanej przez pandemię koronawirusa. W pierwszym meczu po restarcie Bundesligi, z Unionem Berlin, należał do najlepszych graczy Bayernu Monachium. Gola strzeliłz rzutu karnego, ale było to jego 26. trafienie w obecnych rozgrywkach niemieckiej ekstraklasy i zarazem 40. w obecnym sezonie licząc wszystkie rozgrywki. Granicę 40 bramek w sezonie osiągnął po raz piąty z rzędu, co stawia go w jednym rzędzie z największymi gigantami współczesnego futbolu – Leo Messim i Cristiano Ronaldo, bo tylko oni w XXI wieku w jednym sezonie także pięciokrotnie z rzędu przekraczali barierę 40 trafień.

To wcale nie musi być ostatnia bariera w strzeleckich dokonaniach, jaką Lewandowski w tym sezonie przekroczy. Występ w niedzielnym spotkaniu 26. kolejki Bundesligi z Unionem Berlin był 24. ligowym meczem „Lewego” w obecnych rozgrywkach, o oznacza, że strzelił dotąd więcej goli niż rozegrał meczów. Przed nim jeszcze osiem spotkań w Bundeslidze, więc jeśli utrzyma regularność, powinien po raz trzeci w karierze osiągnąć granicę 30. trafień w niemieckiej ekstraklasie w jednym sezonie.
Ale już 26 goli strzelonych w 24 ligowych występach jest wyczynem godnym podziwu. Dość powiedzieć, że aż w 36 z 57 wcześniejszych sezonów Bundesligi tyle trafień wystarczyło do zgarnięcia tytułu króla strzelców. Sam Lewandowski strzelił więcej goli w rozgrywkach 2015/2016 (30), 2016/2017 (30) i 2017/2018 (29).
Rekord Muellera poza zasięgiem
Do wyrównania legendarnego już strzeleckiego rekordu Gerda Muellera, który w jednym sezonie zdobył 40 bramek, brakuje kapitanowi reprezentacji Polski jeszcze 14 goli. W Niemczech chyba większe emocje towarzyszą właśnie temu zagrożeniu, jakie stanowi polski napastnik dla owianego sławą wyczynu ikony niemieckiego futbolu sprzed blisko pół wieku (sezon 1971/1972). Tak na marginesie – Mueller dwa sezony wcześniej zdobył tytuł króla strzelców z dorobkiem 38 trafień, w sezonie 1972/1973 strzelił 36 goli, a jeszcze dwukrotnie kończył rozgrywki z 30. trafieniami na koncie. Najbardziej jednak na wyobraźnię działa owe 40 bramek, bo to osiągnięcie w dzisiejszych czasach zdawało się nie do pobicia.
I nadal jego pobicie wydaje się nieosiągalne nawet dla Lewandowskiego, bo musieliby mu w tym pomóc wszyscy gracze Bayernu, a na to „Lewy” chyba nie ma raczej co liczyć. Chociaż odkąd zrezygnował z marzeń o Realu Madryt i całe serce oddał bawarskiemu klubowi, jego pozycja w zespole umocniła się, a relacje z kolegami znacznie ociepliły, to chyba nie na tyle, żeby wszyscy nagle zaczęli go traktować jak gracze Barcelony traktują Messiego, a gracze Juventusu (wcześniej Realu Madryt) Cristiano Ronaldo. Lewandowski nie dostanie raczej w Bayernie takich specjalnych praw, ani też nie statusu największej gwiazdy zespołu, nawet jeśli dla kibiców i mediów już jest taką wyjątkową postacią jak Argentyńczyk i Portugalczyk.
W szatni Bayernu wciąż jednak więcej znaczą od niego Thomas Mueller, Manuel Neuer, Joshua Kimmisch czy Leon Goretzka. I na boisku też to będzie widoczne – nie będą szukać „Lewego”, nie będą mu zagrywać piłki za każdym razem, bo w Bayernie każdy piłkarz czuje się gwiazdą.
Dlatego nie ma co się nastawiać, że kapitan reprezentacji Polski w kolejnych meczach znowu zacznie strzelać po dwa czy trzy gole, a tylko w ten sposób byłby w stanie wyrównać lub pobić rekord Gerda Muellera.
Dobrze, że chociaż Lewandowski wciąż w drużynie Bayernu jest numerem 1 na liście egzekutorów rzutów karnych. Ten właśnie przywilej pozwolił mu zaliczyć trafienie w spotkaniu z Unionem Berlin. Przy okazji warto podkreślić, że „Lewy” jest w tej chwili chyba najlepszym, a na pewno najpewniejszym wykonawcą „jedenastek” na świecie.
Mistrz rzutów karnych
Rzut karny w meczu z Unionem, w bramce którego stał Polak, Rafał Gikiewicz, był 42. egzekwowanym przez Lewandowskiego w barwach Bayernu. Nie wykorzystał z nich tylko dwóch – w marcu 2018 roku przeniósł piłkę nad poprzeczką w meczu z Hamburgerem SV, a w styczniu 2019 roku trafił w słupek w spotkaniu z VfB Stuttgart. Czterdzieści pozostałych „jedenastek” zamienił na bramki, co jest wyczynem naprawdę wymykającym się nawet z reguł rachunku prawdopodobieństwa. Co ciekawe, doprowadził też do mistrzostwa swoją oryginalna technikę mylenia bramkarzy przed strzałem. Tylko w sześciu przypadkach na 42 golkiperzy potrafili odczytać jego zamiary i rzucali się we właściwy róg. Ostatnim, który trafnie wybrał, był Gikiewicz, ale i tak nie zdołał zapobiec nieszczęściu.
Lewandowski nie może rzecz jasna liczyć, że w każdym spotkaniu sędziowie będą dyktować „jedenastki” dla Bayernu. Jeśli chce po raz piąty w karierze zdobyć tytuł króla strzelców Bundesligi, musi też zdobywać bramki z gry. Jeśli nie dostanie wsparcia od kolegów, będzie miał z tym problem w każdym z ośmiu pozostałych do rozegrania spotkań. A to może zrodzić poważne problemy, z czego doskonale zdaje sobie sprawę trener monachijskiego zespołu Hansi Flick. On po meczu z Unionem przyznał, że osobiście uważa, iż Lewandowski jest w stanie pobić rekord Gerda Muellera. „To nie będzie łatwe, ale Robert ma odpowiednią jakość. Jeśli ktoś może tego dokonać, to właśnie on” – stwierdził w wypowiedzi dla portalu Goal.com.
Atak norweskiego nastolatka
Utrzymanie przez „Lewego” strzeleckiej formy będzie jak zawsze w ostatnich sezonach kluczowym czynnikiem w walce o mistrzostwo Niemiec, która póki co nie została jeszcze rozstrzygnięta. W 26. kolejce swój mecz wygrała także Burussia Dortmund, chyba najgroźniejszy obecnie przeciwnik bawarskiego potentata w wyścigu po tytuł, która ma cztery punkty straty. A we wtorek 26 maja ekipa BVB gościć będzie Bayern w 28. kolejce ligowej. Co prawda wcześniej, w weekend, w ramach 27. kolejki bawarska jedenastka zagra u siebie z Eintrachtem Frankfurt, zaś ekipa z Dortmundu na wyjeździe z VfL Wolfsburg, więc ta różnica punktowa może się zmienić, niemniej jednak dopiero bezpośrednie starcie zespołów Lewandowskiego i Łukasza Piszczka da odpowiedź na pytanie, który z nich ma obecnie większą moc.
Ale można już teraz zakładać, że nie tylko w Niemczech, w Polsce i w Norwegii kibice będą jednak bardziej ekscytować się wielkim pojedynkiem Lewandowskiego z Erlingiem Haalandem. Norweski nastolatek przebojem wszedł na salony Bundesligi i zdobywa bramki z taką samą regularnością, jak polski snajper Bayernu. Czy stary mistrz wyjdzie z konfrontacji z pretendentem, przekonamy się już za niespełna tydzień.

Lewandowski gotów do gry

Bundesliga będzie drugą ligą w Europie, która wznowi rozgrywki. Wcześniej restart przeprowadzono na Wyspach Owczych, ale z piątki najsilniejszych lig europejskich pierwsi zaczną Niemcy. Spotkania rozgrywane będą rzecz jasna bez udziału publiczności przy zachowaniu rygorystycznych przepisów sanitarnych i z udziałem limitowanych składów poszczególnych ekip.

W sobotę 16 maja rozegranych zostanie sześć spotkań 26. kolejki. Tego dnia zobaczymy w akcji trzy zespoły mające w swoich kadrach polskich piłkarzy. Fortuna Duesseldorf (Dawid Kownacki) zmierzy się z SC Paderborn 07, Borussia Dortmund (Łukasz Piszczek) zagra z Schalke 04 Gelsenkirchen, zaś Hertha Berlin (Krzysztof Piątek) z TSG Hoffenheim. W niedzielę natomiast po dwóch stronach barykady stanie snajper Bayernu Monachium Robert Lewandowski oraz bramkarz Unionu Berlin Rafał Gikiewicz. Z wymienionych Polaków raczej na pewno na boisku nie pojawi się Kownacki, który co prawda wyleczył już kontuzję kolana, której nabawił się na początku lutego, lecz chociaż podjął już treningi z zespołem, to na razie nie jest jeszcze gotowy do gry. Ale jego klub ponownie zgłosił go do rozgrywek, zaś trener Uwe Roseler przyznał, że bardzo liczy na polskiego napastnika w ostatnich meczach tego sezonu.
Piszczek powinien pojawić się w podstawowym składzie, bo władze Borussii Dortmund finalizują z nim negocjacje o przedłużeniu kontraktu o rok, więc trener Lucian Favre nie musi na siłę wstawiać na prawą flankę obrony innego gracza, bo każdy jakich ma do dyspozycji, jest dużo gorszy od 66-krotnego reprezentanta Polski.
Wielką niewiadomą jest natomiast aktualna sytuacja Krzysztofa Piątka w Herthcie Berlin. Nasz piłkarz przeszedł do tego klubu w AC Milan zimą tego roku, a obecny trener berlińskiej drużyny, Bruno Labbadia, jest już trzecim szkoleniowcem z jakim przyszło mu pracować (przed nim byli Juergen Klinsmann i Alexander Nouri). Hertha nie jest jeszcze pewna utrzymania w lidze, chociaż ma sześć punktów przewagi nad zajmującą pierwsze spadkowe miejsce Fortuną Duesseldorf. Dlatego presja na Piątka, żeby znów zaczął seryjnie strzelać gole, nie osłabnie. Labbadia to były napastnik, mający na koncie 328 występów w 1.Bundeslidze i 103 strzelone gole, więc nasz piłkarz może tylko na współpracy z nim skorzystać.
W spotkaniu Unionu z Bayernem na pewno zobaczymy Roberta Lewandowskiego, natomiast nie jest pewny, że w bramce berlińczyków stanie Rafał Gikiewicz. Nasz golkiper ogłosił bowiem w trakcie przerwy w rozgrywkach, że nie przedłuży wygasającego po tym sezonie kontraktu z Unionem i natychmiast w tym klubie zjechał „z bohatera do zera”. Niewykluczone, że przyjdzie mu do końca rozgrywek grzać karnie ławę, chociaż przed zawieszeniem rozgrywek zaliczano go do najlepszych bramkarzy niemieckiej ekstraklasy, ale czy tak będzie, przekonamy się już w niedzielę.
Zespół Unionu czeka piekielnie trudne wyzwanie, bo Bayern wykorzystał przerwę na załatwienie najpilniejszych spraw personalnych. Podpisał trzyletni kontrakt z trenerem Hansim Flickiem, przedłużył też umowy z Thomasem Muellerem (do czerwca 2023) i Alphonso Daviesem (do czerwca 2025).
Najlepszą wiadomością dla fanów mistrza Niemiec jest jednak powrót Lewandowskiego do zespołu po kontuzji kolana. Kapitan reprezentacji Polski skorzystał na przymusowej przerwie w rozgrywkach i w jej trakcie porządnie wyleczył uraz, odpoczął, a także doczekał się narodzin drugiej córki. Spadły mu więc z głowy najpoważniejsze troski i teraz może już skoncentrować się na futbolu. W medialnych wypowiedziach przed restartem rozgrywek stwierdził: „Czuję się przygotowany lepiej, niż kiedykolwiek, bo jeszcze mocniej mogłem popracować nad swoją sprawnością. Kluczowe to zwracanie uwagi na detale – zdrowe jedzenie, dbanie o swoje ciało w domu i przywiązanie do treningów i meczów”. Przypomnijmy, że „Lewy” z dorobkiem 25 goli jest liderem klasyfikacji strzelców, ale jego najgroźniejszy konkurent do korony, Timo Werner z RB Lipsk, ma tylko o cztery trafienia mniej. Ich rywalizacja zapowiada się emocjonująco, chociaż wiele wskazuje, że w tym sezonie będzie miała tylko lokalne znaczenie, bo wyścig o „Złotego Buta” prawdopodobnie zostanie anulowany.
Zestaw par 26. kolejki:
Sobota: Fortuna Duesseldorf – SC Paderborn, godz. 15:30; Borussia Dortmund – Schalke Gelsenkirchen, godz. 15:30; RB Lipsk – SC Freiburg, godz. 15:30; Hoffenheim – Hertha Berlin, godz. 15:30; FC Augsburg – VfL Wolfsburg, godz. 15:30; Eintracht Frankfurt – Borussia M’gladbach, godz. 18:30. Niedziela: FC Koeln – FC Mainz, godz. 15:30; Union Berlin – Bayern Monachium, godz. 18:30. Poniedziałek: Werder Brema – Bayer 04 Leverkusen, godz. 20:30.

Czekają na Lewego?

Jak na razie najgroźniejsi konkurenci Roberta Lewandowskiego w klasyfikacji „Złotego Buta” nie wykorzystują okazji, że Polak nie gra z powodu kontuzji. Albo, jak Ciro Immobile, nie mogą grać, albo pudłują na potęgę.

Miniony weekend znów okazał się kiepski dla napastników z czołówki graczy walczących o „Złotego Buta”, nagrody dla najlepszego w sezonie strzelca lig europejskich. Skorzystał z tego broniący trofeum Leo Messi, który zaliczył jedno trafienie wykorzystując rzut karny w ligowym meczu z Realem Sociedad (1:0). Argentyński gwiazdor Barcelony ma obecnie na koncie 19 goli i 36 pkt, a w klasyfikacji „ZB” zajmuje szóstą lokatę.
Lider tego zestawienia, Włoch Ciro Immobile (27 goli, 54 punkty), nie mógł poprawić swojego dorobku, bo jego Lazio Rzym w ten weekend nie grało. I nie zagra aż do kwietnia, a być może nawet w ogóle, bo rozgrywki w Serie A z powodu epidemii koronawirusa zostały do tego czasu zawieszone. W podobnej sytuacji jest też trzeci w zestawieniu as Juventusu Turyn Cristiano Ronaldo. On co prawda zagrał w miniony weekend przy pustych trybunach w zaległym hicie kolejki z Interem Mediolan, lecz bramki nie zdobył i nadal ma na koncie 21 trafień i 42 punkty, tyle samo co dwaj gracze Bundesligi, z którymi dzieli trzecią lokatę – Niemiec Timo Werner z RB Lipsk i Norwego Erling Haaland z Borussii Dortmund, których w dwóch ostatnich ligowych kolejkach dopadła strzelecka niemoc. Napastnik RB Lipsk w tym roku w ośmiu meczach zaliczył tylko trzy trafienia, a odkąd „Lewy” leczy kontuzję, nie trafił nawet w światło bramki. Zaciął się też niesamowicie skuteczny w lutym norweski nastolatek z Borussii. W miniony weekend Haaland nie powiększył swojego dorobku w spotkaniu z Borussią M’gladbach (2:1) i był to jego drugi z rzędu występ bez gola. Czyżby czekał na powrót Lewandowskiego? Przypomnijmy, że Polak w tym sezonie strzelił dla Bayernu w Bundeslidze 25 goli, co daje mu 50 pkt w punktacji „Złotego Buta” (gole w pięciu czołowych w rankingu UEFA ligach liczone są podwójnie).

Lewy załatwił Chelsea, a Chelsea Lewego

We wtorek Bayern Monachium w pierwszym meczu 1/finału Ligi Mistrzów rozgromiła na Stamford Bridge Chelsea Londyn 3:0. Polski napastnik miał udział przy wszystkich golach – sam strzelił jednego, a przy dwóch asystował. Niestety, próbujący go powstrzymać za wszelką cenę obrońcy angielskiego zespołu uszkodzili mu krawędź goleni w lewym stawie kolanowym i tym samym „zafundowali” mu miesiąc przerwy.

To był wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Kapitan reprezentacji Polski swoim wybitnym występem przeciwko Chelsea Londyn zachwycił nawet angielskie media. Najpierw zaliczył dwie asysty przy golach Serge’a Gnabrego, chociaż sam mógł uderzać na bramkę.
Jego koleżeńską postawę zauważył świetny przed laty angielski napastnik Chris Sutton, który w komentarzu na łamach „Daily Mail’ napisał: „Bezinteresowny i wielce utalentowany Lewandowski dał lekcję Chelsea i pokazał, że nie tylko wykorzystuje sytuacje, ale również je tworzy. Zwłaszcza przy pierwszym golu, gdy miał przed sobą miał już tylko Willy’ego Caballero. Ilu napastników na jego miejscu zrezygnowałoby w takiej sytuacji z oddania strzału? A Polak spokojnie wycofał piłkę do Gnabry’ego, który strzelił łatwego gola do pustej bramki. Jego postawa jest godna najwyższego uznania, bo przecież przed meczem w mediach nachalnie mu przypominano, że od dwóch lat w fazie pucharowej Ligi Mistrzów nie potrafił zdobyć bramki, więc gdyby zachował się w tych sytuacjach egoistycznie, nikt nie miałby o to do niego pretensji” – podkreślił z uznaniem Sutton.
Wysoko występ polskiego napastnika oceniono też w relacjach BBC, a „The Guardian” przyznał mu notę „9” (w skali 1-10). Równie wysoko oceniono też Gnabry’ego oraz 19-letniego Kanadyjczyka Alphonso Daviesa, ale ojcem wysokiego zwycięstwa Bayernu uznano jednak zgodnie Lewandowskiego, który po dwóch asystach sam strzelił gola na 3:0, a na dodatek po faulu na nim z boiska wyleciał obrońca ekipy gospodarzy Marcos Alonso.
Wyścig z Haalandem i Benzemą
Tym samym „Lewy” 11. trafieniem w obecnej edycji Ligi Mistrzów załatwił za jednym zamachem trzy sprawy – przerwał trwającą od dwóch sezonów strzelecką niemoc w fazie pucharowej tych rozgrywek, odzyskał pozycję samodzielnego lidera klasyfikacji strzelców, którą przez ostatni tydzień musiał dzielić z 19-letnim napastnikiem Borussii Dortmund Erlingiem Haalandem, natomiast w klasyfikacji wszech czasów dogonił Karima Benzemę. Francuski napastnik Realu Madryt przed pierwszymi meczami 1/8 finału LM w tym zestawieniu zajmował z dorobkiem 64 goli czwartą lokatę, po Cristiano Ronaldo (128 bramek), Leo Messim (114) i Raulu (71), zaś Lewandowski był piąty z 63. trafieniami na koncie. Ponieważ Benzema w przegranym 1:2 spotkaniu z Manchesterem City nie powiększył swojego bramkowego dorobku, czwarte miejsce w strzeleckiej klasyfikacji wszech czasów musi teraz dzielić z Polakiem, który także ma 64 gole.
Niestety, w kolejnej serii gier Lewandowski nie będzie mógł już odpowiedzieć ani rewelacyjnie grającemu w tym sezonie Norwegowi, ani też Francuzowi, bo w rewanżowym meczu z Chelsea Londyn nie zagra z powodu kontuzji. Wiadomość o jego urazie wyszła na jaw w środę i została przyjęta z lekkim niedowierzaniem, bo przecież „Lewy” grał w Londynie do ostatniego gwizdka i nic w jego zachowaniu nie wskazywało, że coś mu dolega.
Ból w kolanie zaczął odczuwać dopiero następnego dnia, a po szczegółowych badaniach przeprowadzonych przez klubowego lekarza Bayernu Hansa-Wilhelma Muellera okazało się, że doznał pęknięcia krawędzi goleni w lewym stawie kolanowym.
Z komunikatu opublikowanego przez bawarski klub wynika, że kapitan reprezentacji Polski będzie musiał z tego powodu pauzować przez miesiąc. Przez 10 dni będzie miał nogę w gipsie, a po zdjęciu, jeśli uraz się zagoi należycie, będzie mógł zacząć rehabilitację i powoli przygotowywać się do powrotu na boisko.
Bayern będzie musiał radzić sobie bez swego najskuteczniejszego piłkarza nie tylko w rewanżowym spotkaniu z Chelsea, lecz także w czterech najbliższych kolejkach Bundesligi, czyli w meczach z Hoffenheim, Augsburgiem, Unionem Berlin i Eintrachtem Frankfurt oraz meczu Pucharu Niemiec z Schalke Gelsenkirchen. Lewandowski prawdopodobnie nie wystąpi również w marcowych meczach reprezentacji Polski z Finlandią (27 marca, Wrocław) i Ukrainą (31 marca, Chorzów).
Tak długiej przerwy od gry Lewandowski w karierze jeszcze nie miał. Ze względu na operację pachwiny w grudniu ubiegłego roku pauzował co prawda 26 dni, ale wówczas Bayern Monachium rozgrywał tylko jeden oficjalny mecz. Wcześniej najdłuższa przerwa reprezentanta Polski wynosiła 14 dni, a miał takie tylko dwukrotnie w dotychczasowej karierze.
Pech w najgorszym momencie
Wypada jedynie żałować, że „Lewemu” kontuzja przydarzyła się akurat teraz, gdy znajdował się w szczytowej formie i pewnie zmierzał po piąty w karierze tytuł króla strzelców Bundesligi oraz liczył się też w walce o „Złotego Buta” (nagroda dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich). Jego najgroźniejszy konkurent w niemieckiej lidze, napastnik RB Lipsk Timo Werner, ma tylko cztery gole mniej, zaś lider klasyfikacji „Złotego Buta” Ciro Immobile z Lazio Rzym jedynie jedno trafienie więcej. Z pewnością zrobią teraz wszystko, że przez te kilka tygodni odskoczyć polskiemu napastnikowi.
Może jednak nie będzie aż tak źle. Lewandowski w 23 meczach Bundesligi strzelił 25 goli, a po powrocie będzie miał jeszcze co najmniej sześć ligowych meczów, żeby wrócić do walki o oba strzeleckie tytuły. Co zresztą zapowiedział na Twitterze wpisem: „Dziękuję za wszystkie miłe słowa wsparcia. Trzymajcie za mnie kciuki. Wkrótce wrócę i będę gotowy do walki”.
A walczyć będzie o co, bo Bayern raczej ma już awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów w kieszeni, w Bundeslidze jest liderem, a reprezentacja Polski o stawkę zagra przecież dopiero w czerwcu w mistrzostwach Europy.
Z pozostałych Polskich piłkarzy rywalizujących jeszcze w Lidze Mistrzów powody do zadowolenia może mieć Łukasz Piszczek, bo jego Borussia Dortmund pokonała u siebie Paris Saint-Germain 2:1. Uczucie niedosytu trapi natomiast dwójkę naszych reprezentantów występujących w SSC Napoli, Piotra Zielińskiego i Arkadiusza Milika, bo ich drużyna mogła pokonać wielką Barcelonę, a ostatecznie na swoim stadionie wywalczyła jedynie remis, który w rewanżu na Camp Nou nie będzie żadnym atutem. Jeszcze gorszy humor ma z pewnością Wojciech Szczęsny, bo jego Juventus Turyn po fatalnym występie przegrał na wyjeździe z Olympique Lyon 0:1. Nie zmienia to jednak faktu, że faworytem do awansu w tej parze wciąż jest mistrz Italii.

Wyniki pierwszych meczów 1/8 finału:
Atletico Madryt – FC Liverpool 1:0
Borussia Dortmund – Paris St. Germain 2:1
Rewanże w środę 11 marca, godz. 21:00
Atalanta Bergamo – Valencia VF 4:1
Tottenham Hotspur – RB Lipsk 0:1
Rewanże we wtorek 10 marca, godz. 21:00
SSC Napoli – FC Barcelona 1:1
Chelsea Londyn – Bayern Monachium 0:3
Rewanże w środę 18 marca, godz. 21:00.
Olympique Lyon – Juventus Turyn 1:0
Real Madryt – Manchester City 1:2
Rewanże we wtorek 17 marca, godz. 21:00

Lewy ma już 25 goli

Robert Lewandowski uratował zwycięstwo Bayernowi Monachium w meczu 23. kolejki Bundesligi z ostatnim w tabeli tabeli Paderborn. Mistrzowie Niemiec wygrali z trudem 3:2, a kapitan reprezentacji Polski strzelił dwa gole i z 25 trafieniami na koncie umocnił się w klasyfikacji strzelców niemieckiej ekstraklasy. Ale jego konkurenci też nie próżnowali w ten weekend.

Bayern utrzymał pozycję lidera Bundesligi. Bawarski potentat prowadzi z dorobkiem 49 punktów, ale ma tylko jedno „oczko” przewagi nad drugim w tabeli zespołem RB Lipsk, który rozgromił na wyjeździe Schalke Gelsenkirchen 5:0. Jedną z tych bramek zdobył Timo Werner, najgroźniejszy konkurent Lewandowskiego do tytułu króla strzelców, powiększając swój strzelecki dorobek do 21 trafień. Reprezentant Niemiec, który po pierwszej kolejce rundy wiosennej miał tyle samo goli co „Lewy” (20), potem się zaciął i teraz ma już cztery gole straty do polskiego napastnika Bayernu, który w sześciu tegorocznych kolejkach ligowych strzelił sześć goli i ma ich teraz na koncie 25.
Skuteczność kapitana reprezentacji Polski budzi uznanie. Jego obecny dorobek bramkowy gwarantowałby mu tytuł króla strzelców w aż 30 sezonach Bundesligi. „Lewy” poluje nie tylko na piątą w karierze, a trzecią z rzędu armatkę dla najskuteczniejszego gracza niemieckiej ekstraklasy, ale też na rekord wszech czasów Bundesligi ustanowiony przez Gerda Muellera w sezonie 1971/1972, który zdobył wtedy aż 40 bramek. Polak dosłownie podąża śladem legendarnego niemieckiego napastnika, który na tym samym etapie rekordowych dla siebie rozgrywek także miał na koncie 25 goli.
Dla Bayernu piątkowe spotkanie z outsiderem Bundesligi było ostatnim sprawdzianem formy przed pierwszym meczem 1/8 finału Ligi Mistrzów. We wtorek 25 lutego bawarska jedenastka zmierzy się na wyjeździe z Chelsea Londyn. Tuż po losowaniu par futbolowi eksperci z miejsca uznali niemiecki zespół za faworyta w tym dwumeczu, lecz dzisiaj już takiej pewności nikt nie ma. Zespół „The Blues” ostatnio prezentuje wysoką formę, którą w miniony weekend potwierdziła pokonując na swoim stadionie lokalnego rywala Tottenham Hotspur 2:1. Lewandowskiego i spółkę czeka zatem trudna przeprawa na stadionie Stamford Bridge, chyba że niespodziewanie słaby występ przeciwko Padeborn był jedynie zasłoną dymną.
Zajmujący drugą lokatę w Bundeslidze RB Lipsk ma już pierwsze starcie w 1/8 finału Champions League za sobą. W poprzednim tygodniu pokonała na wyjeździe finalistę poprzedniej edycji Tottenham 1:0, co najwyraźniej wprowadziło piłkarzy trenera Juliana Nagelsmanna w bojową euforię, bo w sobotę rozgromili na wyjeździe szóste w tabeli Schalke Gelsenkirchen 5:0. Komplet punktów zdobyła też trzecia w stawce Borussia Dortmund, która także na wyjeździe pokonała Werder Brema 2:0. Swoje trafienie w tym meczu zaliczył rewelacyjnie spisujący się w tym sezonie Norweg Erling Haaland. Pozyskany w przerwie zimowej z austriackiego RB Salzburg 19-letni napastnik nie ma raczej szans na dogonienie Lewandowskiego, a chyba nawet Wernera, lecz z całą pewnością ma szanse zająć trzecią lokatę w klasyfikacji strzelców. W sobotnim meczu z Werderem Haaland zaliczył dziewiąte trafienie w Bundeslidze, a 12 w tym roku w barwach ekipy z Dortmundu (dwa gole strzelił w Lidze Mistrzów, jeden w Pucharze Niemiec). Na liście strzelców niemieckiej ekstraklasy nastolatek jest już blisko grupy graczy tworzących grupę pościgową za Wernerem i Lewandowskim. Trzeci w zestawieniu najskuteczniejszych w tym sezonie snajperów, Jadon Sancho z Borussii Dortmund, ma na koncie 13 trafień, a zajmujący czwartą lokatę Rouwen Hennings z Fortuny Duesseldorf, Florian Niederlechner z FC Augsburg, Marco Reus z Borussii Dortmund i Robin Quaisonz FC Mainz zdobyli dotąd po 11 bramek. Haalanda wyprzedzają jeszcze mający po 10 trafień Serge Gnabry z Bayernu i Wout Weghorst z VfL Wolfsburg.
Lewandowski ściga się też w wyścigu po nagrodę „Złotego Buta” dla najskuteczniejszego piłkarza lig europejskich. W tej chwili zajmuje drugą lokatę z dorobkiem 50 punktów (gole w lidze niemieckiej, tak samo jak we włoskiej, hiszpańskiej, angielskiej i francuskiej liczone są podwójnie), za napastnikiem Lazio Rzym Ciro Immobile. Reprezentant Włoch zaliczył trafienie w wygranym przez Lazio 3:2 meczu z Genoą i prowadzi z dorobkiem 54 punktów za 27 goli. Zajmujący ex aequo trzecią lokatę Werner, Cristiano Ronaldo i Haaland zgodnie zaliczyli po jednym trafieniu, ale wszyscy wymienieni snajperzy powinni oglądać się za siebie, bo do czołówki po czterech golach strzelonych w sobotę ekipie Eibar z 18 trafieniami na koncie dołączył ubiegłoroczny zdobywca „Złotego Buta” Leo Messi.

Lewy dorównał legendzie

Robert Lewandowski w meczu 22. kolejki Bundesligi Bayernu Monachium z FC Kolen (4:1) znów zdobył bramkę, już 23. w obecnych rozgrywkach, czym wyrównał rekord Gerda Muellera, który był jak dotąd jedynym graczem w niemieckiej ekstraklasie, któremu udało się strzelić 23 gole w pierwszych 22 ligowych kolejkach.

Kapitan reprezentacji Polski może być już trochę znudzony wynajdywanymi mu co rusz przez niemieckie media takimi rekordami, bo dla niego liczą się wymierne splendory – zdobycie kolejnego, piątego już tytułu króla strzelców Bundesligi (Gerd Mueler ma na koncie takich tytułów siedem) oraz zwycięstwo w klasyfikacji „Złotego Buta”, bo tę prestiżową nagrodę przyznawaną najskuteczniejszemu strzelcowi lig europejskich jak do tej pory wywalczył nie kto inny, jak Gerd Mueller, ale bardzo dawno temu, bo w sezonie 1971/1972. Trzecim celem „Lewego” jest też zapewne zaatakowanie owianego już legendą innego rekordu Gerda Muellera – 40 goli strzelonych w jednym sezonie. Z tym może być jednak kłopot, bo do wyrównania tego osiągnięcia Lewandowskiemu brakuje jeszcze 17 bramek, a do zakończenia rozgrywek pozostało już tylko 12 kolejek. Ale jest na dobrej drodze do wywalczenia tytułu króla strzelców, bo jego najgroźniejszy konkurent, Timo Werner z RB Lipsk, ostatnio się zaciął i zatrzymał na 20 trafieniach.
Kapitan reprezentacji Polski w tym sezonie skompletował natomiast już 40 trafień we wszystkich rozgrywkach, licząc występy w Bayernie i reprezentacji Polski. W tym sezonie jest pierwszym piłkarzem w ligach europejskich, który może pochwalić się takim osiągnięciem. Na owe 40 trafień „Lewego” złożyły się 23 bramki w Bundeslidze, 10 w Lidze Mistrzów, trzy w Pucharze Niemiec oraz cztery dla reprezentacji Polski. Do zgromadzenia tego bramkowego dorobku potrzebował 37 występów i 3170 minut spędzonych na boisku. Najgroźniejszymi rywalami 31-letniego polskiego napastnika w tej nieformalnej klasyfikacji są 19-letni Norweg Erling Haaland (37 bramek), 35-letni portugalski gwiazdor Cristiano Ronaldo (35 bramek) oraz Włoch Ciro Immobile (32 bramki).
Tak się składa, że ten kwartet napastników oraz wspomniany wcześniej Niemiec Timo Werner tworzą w tej chwili także ścisłą czołówkę klasyfikacji „Złotego Buta”. W miniony weekend swój bramkowy dorobek z tego grona powiększyli jedynie Immobile, Lewandowski i Haaland, którzy zgodnie zaliczyli po jednym trafieniu. Werner jak już zostało wspomniane w spotkaniu RB Lipsk z Werderem Brema (3:0) zaliczył po raz trzeci z rzędu występ bez trafienia, natomiast Cristiano Ronaldo potyczkę Juventusu Turyn z Brescią (2:0) obejrzał wygodnie z trybun, bo dostał od trenera wolne.
Tak więc Immobile (26 goli, 52 pkt) utrzymał trzybramkową przewagę nad drugim w zestawieniu Lewandowskim (23 gole, 46 pkt), ale na trzecim miejscu jest w tej chwili już trzech graczy. Do Wernera i Cristiano Ronaldo, którzy mieli po 20 goli i 40 pkt na koncie, w miniony weekend dołączył Haaland. Norweski napastnik zdobył bramkę w wygranym 4:0 przez Borussię Dortmund meczu z Eintrachtem Frankfurt. Było to jego ósme trafienie w piątym występie w Bundeslidze.
Tu wypada przypomnieć zasady klasyfikacji „Złotego Buta”. Ranking powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w lidze. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek. Najwyższy, „2”, ma pięć najwyżej notowanych w rankingu UEFA lig europejskich. Obecnie są to: hiszpańska, angielska, niemiecka, francuska i włoska. Miejsce w rankingu zależy od wyników klubów w europejskich pucharach w ostatnich pięciu sezonach.
Haaland w rundzie jesiennej występował w RB Salzburg, dla którego strzelił 16 goli, a że liga austriacka ma współczynnik „1,5”, dawało mu to 24 punkty. W niemieckiej ekstraklasie norweski napastnik za każde trafienia dostaje już 2 punkty, zatem za osiem bramek zgarnął ich już 16, co po zsumowaniu z dorobkiem przywiezionym z Austrii daje mu łączną sumę punktów 40. I trzecie miejsce w klasyfikacji, chociaż pod względem tylko liczby goli Haaland z 24 bramkami jest drugi za Immobile, a przed Lewandowskim. Ten wyścig snajperów będzie zapewne do samego końca wyrównany i zacięty.

Zastój w wyścigu o Złotego Buta

Z piłkarzy należących do czołówki wyścigu o „Złotego Buta”, w miniony weekend trafienie zaliczył jedynie Cristiano Ronaldo. Portugalczyk awansował na trzecie miejsce, które dzieli z Timo Wernerem. Pierwszy nadal jest Ciro Immobile, a drugą lokatę zajmuje Robert Lewandowski.

To nie był udany weekend dla najlepszych strzelców w Europie. Nawet włoski napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile tym razem nie strzelił gola, podobnie jak równie regularny w tym sezonie w pokonywaniu bramkarzy Robert Lewandowski. Kapitan reprezentacji Polski stoczył w niedzielę bezpośredni pojedynek ze swoim najgroźniejszym konkurentem do zdobycia tytułu króla strzelców Bundesligi Timo Wernerem, lecz ani on, ani 23-letni snajper RB Lipsk nie powiększyli bramkowego dorobku i spotkanie Bayernu z ekipą z Lipska zakończyło się bezbramkowym remisem. Polak zmarnował więc okazję do zmniejszenia trzybramkowego dystansu do prowadzącego w klasyfikacji „Złotego Buta” Immobile (25 goli), który tym razem w wygranym przez Lazio 1:0 wyjazdowym spotkaniu z Parmą został wyręczony przez kolegę z ataku Felipe Caicedo.
Niemoc strzelecką Wernera, który nie trafił do siatki już w trzecim meczu z rzędu, wykorzystał Cristiano Ronaldo. Portugalczyk w dziesiątym z rzędu meczu w Serie A zdobył gola, więc chociaż Juventus Turyn sensacyjnie przegrał z Hellas Werona 1:2, był ogólnie zadowolony, bo powiększył swoje bramkowe konto do 20 trafień i od Immobile ma już tylko pięć goli mniej. A to oznacza, że 35-letni gwiazdor będzie się liczył nie tylko w rywalizacji o tytuł najlepszego strzelca w Serie A, lecz także w wyścigu o nagrodę „Złotego Buta”. W tej chwili jest już ex aequo na trzecim miejscu z Wernerem, a do Lewandowskiego ma tylko dwa trafienia straty.
Piąty w klasyfikacji jest najmłodszy w tym towarzystwie, 19-letni Erling Haaland. Norweski napastnik, którego zimą Borussia Dortmund wykupiła z austriackiego RB Salzburg za 20 mln euro, ma obecnie na koncie 23 strzelone gole, ale tylko 38 punktów, bo z tego dorobku 16 trafień zaliczył jeszcze lidze austriackiej, która ma niższy współczynnik. Tak więc Haaland za 16 goli w Austrii dostał 24 punkty, a za siedem strzelonych już w tym roku w Bundeslidze – 14. Razem daje mu to 38 punktów i piąta lokatę. W ostatniej kolejce norweski napastnik zaliczył jednak pusty przebieg w przegranym przez Borussię 3:4 wyjazdowym spotkaniu z Bayerem Leverkusen.
Gwoli przypomnienia: Ranking powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w lidze. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek. Najwyższy – dwa – ma pięć czołowych lig. Obecnie: hiszpańska, angielska, niemiecka, francuska i włoska (współczynnik zależy od wyników klubów z każdej ligi w europejskich pucharach w ciągu ostatnich pięciu sezonów). W poprzednim sezonie nagrodę zebrał Lionel Messi (72 pkt za 36 goli).
Kolejne lokaty w klasyfikacji „Złotego Buta” zajmują: 6. Anglik Jamie Vardy (Leicester City) – 17 goli, 34 punkty i Belg Romelu Lukaku (Inter Mediolan) – 17 goli, 34 pkt; 8. Argentyńczyk Sergio Aguer (Manchester City) – 16 goli, 32 pkt; 9. Tunezyjczyk Wissam Ben Yedder (AS Monaco) – 16 goli, 32 pkt; 10. Estończyk Erik Sorga (FC Flora Tallinn) – 31 goli, 31 pkt (estońska liga ma współczynnik 1); 11. Francuz Kylian Mbappe (Paris Saint-Germain) – 15 goli, 30 pkt; 12. Białorusin Ilia Szkurin (Energetik-BGU Minsk) – 19 goli, 28,5 pkt (białoruska liga ma współczynnik 1,5). 13. Argentyńczyk Leo Messi (FC Barcelona) – 14 goli, 28 pkt; 14. Słoweniec Josip Ilicic (Atalanta Bergamo) – 14 goli, 28 pkt), Egipcjanin Mohamed Salah (FC Liverpool) – 14 goli, 28 pkt;, Anglik Marcus Rashford (Manchester United) – 14 goli, 28 pkt); Brazylijczyk Joao Pedro (Cagliari Calcio) – 14 goli, 28 pkt; Gabończyk Pierre-Emerick Aubameyang (Arsenal Londyn) – 14 goli, 28 pkt; Anglik Danny Ings (Southampton) – 14 goli, 28 pkt, 20. Brazylijczyk Neymar (Paris Saint-Germain) – 13goli i 26 pkt.

Wyścig po Złotego Buta

Nie tylko Robert Lewandowski rozgrywa sezon życia. Niebywałą skutecznością, lepszą nawet od Polaka, wykazuje się napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile, który jest liderem klasyfikacji „Złotego Buta”.

W miniony weekend włoski piłkarz w meczu 22. kolejki Serie A Lazio ze SPAL 2013 (4:2) strzelił dwa gole i powiększył swój dorobek bramkowy w lidze do 25 trafień. Immobile jest obecnie najskuteczniejszym strzelcem w ligach europejskich i prowadzi w klasyfikacji „Złotego Buta” z 50 punktami na koncie. Dla przypomnienia – gole w pięciu najwyżej notowanych w rankingu UEFA ligach europejskich (włoskiej, angielskiej, niemieckiej, hiszpańskiej i francuskiej) mnożone są przez współczynnik „2”.
Drugi w zestawieniu Robert Lewandowski ustępuje snajperowi Lazio Rzym o trzy trafienia i sześć punktów. Trzeci w klasyfikacji jest Timo Werner, najgroźniejszy konkurent „Lewego” w walce o tytuł króla strzelców Bundesligi. Napastnik RB Lipsk ma w dorobku 20 bramek i 40 punktów.
Tuż za plecami tej trójki plasują się ex aequo imponujący w tym roku nie mniejszą skutecznością 34-letni gwiazdor Juventusu Turyn Cristiano Ronaldo i najnowszy transferowy nabytek Borussii Dortmund 19-letni Erling Haaland. Obaj mają na koncie po 38 punktów, ale portugalski weteran wypracował ten dorobek 19 golami, natomiast nastolatek z Norwegii 23. Ta dysproporcja bierze się stąd, że Haaland w rundzie jesiennej zdobył dla RB Salzburg 16 bramek, ale ekstraklasa Austrii ma w rankingu UEFA współczynnik „1,5”, zatem na półmetku wyścigu o nagrodę dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich miał tylko 21 punktów. Ale zimą przeszedł do Borussii Dortmund i teraz za każde trafienie dostaje także dwa punkty. Zważywszy na niesamowitą łatwość z jaką w tym roku strzela gole (w trzech spotkaniach zaliczył siedem trafień), norweski napastnik nie jest bez szans na zdobycie w tym sezonie „Złotego Buta”. W poprzednim sezonie nagrodę tę zdobył napastnik FC Barcelona Leo Messi (72 pkt za 36 goli).

Lewemu przybywa rywali

Niewielką kolonię polskich piłkarzy w Bundeslidze w miniony piątek zasilił Krzysztof Piątek, którego Hertha Berlin wykupiła z AC Milan. Ale w 20. kolejce z biało-czerwonych po staremu błyszczał tylko Robert Lewandowski, który w spotkaniu z FC Mainz (3:1) zdobył 22. bramkę w tym sezonie i umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji strzelców.

Kapitan reprezentacji Polski w trzech rozegranych w tym roku ligowych kolejkach strzelał po jednym golu w każdym meczu i powiększył swoje konto do 22 trafień. Taki dorobek bramkowy zapewniał koronę króla strzelców aż w 22 sezonach niemieckiej ekstraklasy, lecz w obecnych rozgrywkach zwycięzca tej rywalizacji pewnie przebije barierę 30 goli, a kto wie, może nawet zaatakuje 40-bramkowy rekord Bundesligi legendarnego Gerda Muellera z sezonu 1971/1972.
Lewandowskiemu w obecnych rozgrywkach do niedawna kroku dotrzymywał jedynie grający w RB Lipsk Timo Werner, który rundę jesienną zakończył z 18. trafieniami, a w pierwszej tegorocznej kolejce zdobył dwie bramki i na moment nawet „Lewego” doścignął. Potem jednak w dwóch kolejnych spotkaniach ligowych 23-letni reprezentant Niemiec nie powiększył swojego dorobku. W 20. kolejce zaliczył „pusty przebieg” w meczu z Borussią Moenchengladbach, zakończonym remisem 2:2. Stracone dwa punkty dla ekipy RB Lipsk oznaczały zjazd na drugie miejsce w tabeli, za zespół Bayernu Monachium, który w trzech tegorocznych meczach zdobył komplet punktów (bilans bramkowy 12:1), co pozwoliło mu po 153 dniach przerwy odzyskać pozycję lidera. Na razie tylko z jednym punktem przewagi nad ekipą z Lipska (Bayern ma 42, a RB 41 punktów), ale w najbliższy weekend bawarska jedenastka podejmie na Allianz Arenie w Monachium drużynę RB Lipsk i będzie to hit 21. kolejki. Do gry o mistrzowski wróciła też Borussia Dortmund, która po wygranej 5:0 z Unionem Berlin awansowała na trzecie miejsce i traci do Bayernu tylko trzy punkty.
Haaland rzuca wyzwanie Lewemu
Lewandowski strzelił gola w meczu z FC Mainz już w 7. minucie, tym razem po perfekcyjnym uderzeniem piłki głową z podania Benjamina Pavarda. Było to jego jubileuszowe 150. trafienie w barwach Bayernu uzyskane w 179. występie. W sumie w Bundeslidze zdobył już 224 bramki (74 dla Borussii Dortmund) w 310 spotkaniach. W obecnym sezonie licząc wszystkie rozgrywki klubowe kapitan reprezentacji Polski ma na koncie 33 gole (22 w Bundeslidze, 10 w Lidze Mistrzów i jedną w Pucharze Niemiec). W klasyfikacji „Złotego Buta”, nagrody dla najbardziej bramkostrzelnego piłkarza lig europejskich, polskiego napastnika wyprzedza jednak napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile, a i przewaga nad Wernerem nie jest jeszcze tak znaczna, żeby ten wyścig można było uznać za rozstrzygnięty.
Zwłaszcza, że w Bundeslidze pojawił się „Lewemu” nowy rywal, pozyskany zimą przez Burussię Dortmund z RB Salzburg Erling Haaland. 19-letni Norweg zalicza w Bundeslidze prawdziwe „wejście smoka”. W trzech dotychczasowych występach, a w żadnych nie spędził na boisku 90 minut, zdobył już siedem bramek. W minioną sobotę po raz pierwszy pojawił się w wyjściowej jedenastce ekipy z Dortmundu (był też w niej Łukasz Piszczek) i zanim został zmieniony w 77. minucie zdążył strzelić polskiemu bramkarzowi Unionu Berlin Rafałowi Gikiewiczowi dwa gole. Jego nieprawdopodobna wręcz skuteczność zaskakuje i jeśli dłużej będzie zdobywał gole w takim tempie, to niewykluczone, że może nawet włączyć się do walki „Lewego” i Wernera o koronę króla strzelców.
Niemożliwe? Niekoniecznie. Haaland w tym sezonie już przebił Lewandowskiego w liczbie zdobytych bramek w rozgrywkach klubowych. W rundzie jesiennej w barwach RB Salzburg łącznie w 22 meczach zdobył 28 bramek, z tego 16 w lidze austriackiej, cztery w krajowym pucharze i osiem w Lidze Mistrzów. Warto przypomnieć, że po fazie grupowej Norweg jest wiceliderem klasyfikacji strzelców, za… Lewandowskim, który ma na koncie 10 trafień. Jeśli doliczymy mu siedem trafień w Bundeslidze, to wychodzi, że Haaland ma na koncie 35 bramek, zatem o dwie więcej od „Lewego”.
Zdumiewające, że Borussia Dortmund za transfer tak skutecznego napastnika zapłaciła austriackiemu klubowi zaledwie 20 mln euro. Inna sprawa, że w zamian działacze niemieckiego klubu zgodzili się ponoć na wpisanie do tzw. klauzuli odstępnego kwoty 75 mln euro. Za tyle będzie można norweskiego piłkarza wykupić, więc jeśli nie zatraci skuteczności, to zapewne długo miejsca w Bundeslidze nie zagrzeje.
Haaland od Lewandowskiego ma w Bundeslidze w tej chwili o 15 bramek mniej, ale bilansie sezonu już tak wiele mu nie ustępuje, bo jak już zostało wspomniane, w RB Salzburg strzelił jesienią 28 goli, a w tym roku dla Borussii siedem, czyli w sumie ma już na koncie 35 goli. Na tym polu ma zatem szansę na wygranie rywalizacji z polskim gwiazdorem Bayernu.
Piątek nadzieją Herthy
Strzelecki fart nie jest jednak rzeczą daną napastnikowi raz na zawsze. Tacy gracze, jak Leo Messi, Cristiano Ronaldo i Robert Lewandowski są w tym względzie wyjątkami, a jak trudno wskoczyć na ich poziom przekonał się boleśnie choćby Krzysztof Piątek. Po udanym dla niego poprzednim sezonie, w którym jesienią regularnie trafiał dla Genoi, a wiosną dla AC Milan, latem gdzieś jego skuteczność się ulotniła i w obecnych rozgrywkach Serie A zdobył tylko cztery bramki, w tym trzy z rzutów karnych. Rozczarowani jego grą szefowie mediolańskiego klubu zimą zatrudnili szwedzkiego weterana, 39-letniego Zlatana Ibrahimovicia, a Piątka wystawili na sprzedaż. Wedle medialnych spekulacji Polaka bardzo chciały pozyskać angielskie kluby, między innymi Tottenham, lecz ku zaskoczeniu wszystkich „Il Pistolero” ostatecznie wylądował w Herthcie Berlin. Wedle niemieckich mediów berliński klub zapłacił za jego transfer 22 mln euro plus bonusy, a wedle włoskich 27 mln euro plus bonusy. Tak czy owak nawet niższa kwota i tak była transferowym rekordem Herthy.
Nic dziwnego, że napastnik reprezentacji Polski został przez trenera berlińskiej drużyny Juergena Klinsmanna od razu rzucony do walki i Piątek już w miniony, nomen omen, piątek zaliczył blisko półgodzinny debiut w meczu z Schalke Gelsenkirchen (0:0). Został powitany przez fanów Herthy owacją i chociaż nie strzelił gola, to zebrał za swój krótki występ pochlebne recenzje. „Piątek, który trafił do Herthy w czwartek, na boisku był zwinny, aktywny i agresywny, a w 73. minucie był bardzo bliski zdobycia premierowej bramki” – ocenił występ 24-letniego polskiego napastnika branżowy tygodnik „Kicker”.
Obiektywnie rzecz ujmując nie było to jednak „wejście smoka” na miarę Erlinga Haalanda. Już mecz z Schalke dobitnie pokazał, że Piątek w Herthcie, z którą związał się 4,5-letnim kontraktem, będzie miał w rywalizacji o koronę króla strzelców niewielkie szanse nie tylko w tym sezonie, co jest oczywiste, ale też w kolejnych, bo berlińska drużyna znana jest z niedużej aktywności w ofensywie i ma na koncie najmniej celnych strzałów w lidze. Gra głównie z kontrataku, co być może pod wodzą trenera Klinsmanna, wybitnego przecież kiedyś napastnika, będzie powoli się zmieniało na bardziej odważne taktyczne schematy, ale na razie to odległa perspektywa. „O tym, czy Piątek jest w stanie regularnie strzelać gole, na razie za wcześnie przesądzać. W spotkaniu z Schalke nie potwierdził opinii specjalisty od zapewniania swojej drużynie zwycięstw 1:0 po jego trafieniach. Nie można go za to potępiać, bo musiał poradzić sobie z trudnościami związanymi z transferem i aklimatyzacją w nowym klubie, a poza tym musimy pamiętać, że wszedł z marszu do źle już wcześniej funkcjonującego zespołu” – napisał w komentarzu pomeczowym „Berliner Zeitung”.
Na kolejną okazje do gry Piątek nie będzie czekał długo, bo już w najbliższy wtorek ma wyjść w pierwszym składzie przeciwko Schalke w spotkaniu trzeciej rundy Pucharu Niemiec.
Kownacki nadal rozczarowuje
Wypada trzymać kciuki, żeby mu się w Herthcie powiodło, chociaż ten klub z dawnych czasów ma opinię wykańczalni dla polskich piłkarzy. Nie powiodło się tu kilku reprezentantom naszego kraju – Bartoszowi Karwanowi, Piotrowi Reissowi, Arturowi Wichniarkowi, Tomaszowi Kuszczakowi, a nawet Łukaszowi Piszczkowi, chociaż jemu akurat najmniej. Póki co Piątek może się jednak cieszyć pozycją najdroższego polskiego piłkarza kupionego przez niemiecki klub. Przed nim numerem 1 był 23-letni Dawid Kownacki, za którego Fortuna Duesseldorf latem ubiegłego roku zapłaciła Sampdorii Genua 7,5 mln euro. Był to rekordowy transfer w jej historii. Dzisiaj działacze tego klubu zaczynają pluć sobie w brodę, bo Kownacki zawodzi ich oczekiwania. W tym roku po nieudanym początku wylądował na ławce rezerwowych. W minioną sobotę w meczu z Eintrachtem Frankfurt (1:1) pojawił się na boisku dopiero na ostatnie 20 minut.
Trzeba zatem się cieszyć, że Lewandowski, chociaż trafił do Bundesligi z Lecha Poznań tylko za skromne 4,5 mln euro, jest dzisiaj już niekwestionowaną megagwiazdą niemieckiej ekstraklasy.

Lewy odzyskał pozycję lidera

W Bundeslidze w jej 57-letniej historii tylko dwóch piłkarzy w 19. kolejkach strzeliło 21 goli. Pierwszy tej sztuki dokonał w sezonie 1972/1973 słynny Gerd Mueller, a w minioną sobotę wyczyn legendarnego niemieckiego napastnika powtórzył Robert Lewandowski, który znów samodzielnie przewodzi w klasyfikacji strzelców tego sezonu.

W obecnych rozgrywkach Bundesligi rywalizacja o tytuł króla strzelców jest nie mniej interesująca niż walka o mistrzostwo Niemiec. W obu przypadkach biją się gracze dwóch klubów – Bayernu Monachium i RB Lipsk. Sponsorowana przez Red Bulla drużyna z Lipska rzuciła bawarskiemu potentatowi podwójne wyzwanie, bo chce mu odebrać mistrzowski tytuł, a przy okazji umożliwić Timo Wernerowi przerwanie strzeleckiej hegemonii Lewandowskiego.
Kapitan reprezentacji Polski był samodzielnym liderem klasyfikacji strzelców przez całą rundę jesienną, a już po 9. kolejce, gdy miał na koncie 13. trafień i o siedem wyprzedzał drugiego w zestawieniu Wernera, w mediach pojawiły się opinie, że „Lewemu” właściwie już można gratulować zdobycia piątego w karierze tytułu króla strzelców Bundesligi. Przypominano, że w sezonie 2013/2014 wygrał rywalizację strzelając 20 goli, w sezonie 2015/2016 zwyciężył wynikiem 30 trafień, w sezonie 2017/2018 potrzebował do tego 29 bramek, ale już w poprzednim sezonie (2018/2019) wystarczyły mu tylko 22 gole.
Sytuacja zmieniła się po 10. kolejce, bo wtedy ekipa RB Lipsk rozbiła FC Mainz 8:0, a Werner skompletował w tym spotkaniu hat-tricka i zaliczył trzy asysty. A potem poszedł za ciosem i w ośmiu kolejnych ligowych meczach zdobył aż 11 bramek, co pozwoliło mu zbliżyć się do kroczącego wolniejszym tempem Lewandowskiego na jedno trafienie. Polak kończył rundę jesienną z 19. bramkami na koncie, a Werner z 18. Ale już w pierwszej kolejce wiosennej rundy napastnik RB Lipsk zaliczył dwa trafienia i zrównał się w ich liczbie z „Lewym”, który odpowiedział tylko jedną bramką. Przed 19. kolejką obaj mieli zatem po 20 trafień. A to już był strzelecki dorobek, który aż w 12 poprzednich sezonach niemieckiej ekstraklasy zapewniał koronę króla strzelców (choćby Lewandowskiemu w 2014 roku).
Zmagania „Lewego” i Wernera już budzą emocje nie tylko w Niemczech, bo wcześnie rywalizację na takim poziomie prowadzili jedynie w lidze hiszpańskiej Leo Messi z Cristiano Ronaldo, ale nawet ci dwaj genialni gracze w sezonach, gdy bili strzeleckie rekordy, w żadnym po 18 kolejkach nie mieli we dwójkę po 20 bramek na koncie.
W miniony weekend Werner nie dotrzymał jednak kroku Lewandowskiemu, po w przegranym przez RB Lipsk 0:2 spotkaniu z Eintrachtem Frankfurt zaliczył pusty przebieg, podczas gdy polski napastnik Bayernu w wygranym z Schalke 5:0 meczu strzelił gola i zaliczył asystę. tym samym po 19. kolejkach Lewandowski znów jest samodzielnym liderem z dorobkiem 21 bramkę, a takim osiągnięciem przed nim mógł się pochwalić jedynie legendarny Gerd Mueller w sezonie 1972/1973. Warto przypomnieć, że w sezonie 2016/2017 kibice w Niemczech ekscytowali się strzeleckim pojedynkiem Lewandowskiego z Pierre-Emerickiem Aubameyangiem, w którym „Lewy” zdobył 30, a jego rywal 31 bramek. Był to najlepszy wynik w Bundeslidze od 40 lat, ale warto wiedzieć, że po 19. kolejce Polak i Gabończyk mieli odpowiednio 14 i 17 goli.
Tocząca się w tym sezonie rywalizacja 31-letniego Lewandowskiego z 23-letnim Wernerem jest rzecz jasna dla Niemców znacznie bardziej ekscytująca. Tym bardziej, że wcale nie jest przesądzone, że wygra ją Polak. A to dlatego, że trenerem zespołu RB Lipsk jest Julian Nagelsmann, uznawany obecnie za najlepszego szkoleniowca w Bundeslidze, który już pokazał, że potrafi świetnie pracować z napastnikami. Życiowe osiągnięcia pod jego reką uzyskali tacy gracze, jak Andrej Kramarić, Ishak Belfodil, Mark Utha, Joelinton, Adam Szalai czy Sandro Wagnera. Żaden z nich nie był tak skuteczny jak obecnie Werner, ale też żaden z nich nie miał takiego talentu. Poza tym Niemiec jest najważniejszym trybem w zbudowanej w Lipsku przez Nagelsmann świetnie pracującej piłkarskiej maszynerii i korzysta na pracy całego zespołu, podczas gdy „Lewy” często musi pracować na cały zespół Bayernu i wyciągać go za uszy z tarapatów.
Co nie zmienia faktu, że dzięki temu w tym sezonie rywalizacja o mistrzostwo Bundesligi póki co daleka jest do rozstrzygnięcia. Na razie liderem wciąż jest RB Lipsk (40 pkt), ale po wpadce z Eintrachtem ma już tylko jeden punkt przewagi nad Bayernem, dwa punty nad trzecią Borussią M’gladbach (3:1 z FC Mainz) i cztery „oczka” na czwartą Borussią Dortmund (5:1 z FC Koeln), w której właśnie rozkwita wielki talent 19-letniego Erlinga Halanda. Norweg w dwóch tegorocznych kolejkach zdobył już pięć bramek.