Gospodarka 48 godzin

Kolejowe plany

W Warszawie na stacji kolejowej Warszawa Grochów powstanie nowy przystanek pasażerski, w pobliżu szpitala na ul. Szaserów. Dzięki temu łatwiej będzie dojechać koleją do szpitala i okolicznych osiedli. Wybudowany tam zostanie peron z wiatą. Zmodernizowane zostaną też perony na stacjach Warszawa Olszynka Grochowska, Warszawa Wawer i Warszawa Gocławek. Ma to być inwestycja PKP Polskich Linii Kolejowych S.A., która dojdzie do skutku dzięki wykorzystaniu środków unijnych. W dalszych planach jest budowa dwóch dodatkowych torów od Warszawy Gocławek do Warszawy Wawer, co umożliwi oddzielenie ruchu podmiejskiego od dalekobieżnego. Dzięki temu wzrośnie przepustowość linii i więcej pociągów będzie mogło kursować zarówno między Warszawą a Otwockiem, jak i między Warszawą a Lublinem. Prace nad tymi wszystkimi obiektami zakończą się najwcześniej w 2024 roku, a ich obecna wartość szacowana jest na 422 mln zł..

Początek Polexitu

Przedsiębiorcy w Polsce wskazują, że w naszym kraju nie ma gwarancji niezależności sądów i niezawisłości sędziów. „Orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wskazujące na brak takich gwarancji w polskim systemie wymiaru sprawiedliwości stanowi bardzo poważny sygnał alarmowy dla środowisk gospodarczych, polskich i zagranicznych, działających lub zamierzających działać w Polsce” – stwierdza stanowisko Business Centre Club. Chodzi o wyrok TSUE z 15 lipca 2021, w którym orzeczono o niezgodności polskiego systemu odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów z prawem unijnym. „Polska, przystępując do Unii Europejskiej, zobowiązała się do stosowania prawa unijnego w całości, w tym do wykonywania orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Zignorowanie orzeczenia TSUE będzie oznaczać otwarty konflikt z Komisją Europejską, a w kraju – naruszenie rządów prawa oraz zasad skutecznej ochrony sądowej podmiotów gospodarczych i obywateli” – podkreśla stanowisko BCC. Wśród państw UE powstanie uzasadniona wątpliwość czy kraj, który podważa porządek prawny UE daje gwarancje, że wydawanie unijnych funduszy będzie tam rzetelnie kontrolowane. Oznaczać to może, że wypłata dla Polski miliardów euro mających sfinansować realizację Krajowego Planu Odbudowy, znacznie się opóźni lub wręcz nie dojdzie do skutku. Konflikt Polski z UE to także sygnał, że znacznie rośnie stopień ryzyka prawnego związanego z potencjalnym inwestowaniem w naszym kraju. Już obecnie tak się dzieje na skutek projektu nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji mającej uniemożliwić przedłużenie koncesji jednemu konkretnemu nadawcy. Ponadto BCC wskazuje, że Unia Europejska by działać skutecznie, musi opierać się na pewności, że wszyscy członkowie stosują się do tego samego, uzgodnionego prawa. Dlatego państwa członkowskie podpisały umowę, że wyroki TSUE będą respektowane przez wszystkich członków Wspólnoty.  Z tego powodu Unia Europejska, aby kontynuować swoje istnienie i rozwój, zmuszona jest do egzekwowania  od stron porozumienia, podporządkowania się tym wyrokom. „Deklaracja Polski, że może nie respektować kluczowej zasady i fundamentu stabilności UE, doprowadziła już teraz do kryzysu w naszych relacjach ze Wspólnotą. Ta deklaracja marginalizuje nasz kraj jako uczestnika unijnego systemu wymiaru sprawiedliwości, a w nieco dłuższej perspektywie będzie nieuchronnie   prowadzić Polskę na bezdroża faktycznego polexitu” – zwraca uwagę BCC.

Sushi con carne

Pamięta ktoś jak premier Mateusz Morawiecki informował pod koniec maja po rozmowach z premierem Czech Andrejem Babiszem, że obie strony są bliskie porozumienia, w wyniku którego „Republika Czeska zgodziła się wycofać wniosek do TSUE”? Ten dotyczący zamknięcia Kopalni Turów. Dodał podówczas nawet, że Polska będzie finansować kwotą 45 mln euro inwestycje środowiskowe. Po tej enuncjacji Babisz zagotował i burknął, że rząd czeski nie wycofa skargi z TSUE, dopóki nie zostanie podpisana umowa z Polską.
Zapowiadana przez Morawieckiego ugoda z Pragą wygląda dziś tak, że Czesi właśnie zawnioskowali o 5 mln euro kary za każdy dzień zwłoki w wykonaniu przez Polskę postanowienia TSUE o wstrzymaniu wydobycia w kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów.

Żeby tylko to. Komisja Europejska zdecydowała właśnie o dołączaniu jako strona do pozwu Czech przeciwko Polsce w sprawie Turowa. Rzeczniczka KE Vivian Loonela. Napomknęła przy okazji, że „celem Komisji w tym przypadku jest utrzymanie przed TSUE swojego stanowiska z 17 grudnia 2020 r. W tej opinii Komisja uznała szereg skarg Czech za zasadne i do dziś zdania – wbrew zaklęciom TVPiS i Morawieckiego – nie zmieniła.

Nie tylko Polska ma przerąbane w Brukseli. Wiceprzewodnicząca KE Vera Jourova zapowiedziała, że Komisja wszczyna postępowanie przeciwko Węgrom za nieprzestrzeganie unijnych przepisów telekomunikacyjnych. Po ludzku mówiąc, chodzi o zamknięcie ostatniego niezależnego radia działającego na Węgrzech.”Używamy wszystkich dostępnych nam środków, aby bronić wolności mediów. Zbyt często jednak nie ma dostępnych narzędzi. Dlatego też musimy pracować nad ustawą o wolności mediów, aby uznać kluczową rolę niezależnych mediów dla demokracji i odpowiedzieć na ataki przeciwko nim” – dodała Jourowa, co w języku eurobiurokratów oznacza, że nic z tego nie wyniknie.
Tym bardziej, że według Komisji decyzje węgierskiej Rady ds. Mediów o odmowie przedłużenia praw Klubradio były „nieproporcjonalne i nieprzejrzyste, a tym samym naruszały prawo UE”. Teraz Węgry mają dwa miesiące na śmianie się z pogróżek, by po tym czasie przesłać KE nic nie znaczącą odpowiedź.

O ile Brukselą w Budapeszcie nikt się nie przejmuje, to po tym jak amerykańskie agencje informacyjne doniosły, że w czasie trzygodzinnego pobytu na Węgrzech papież Franciszek nie spotka się z Orbanem prorządowe węgierskie media poszły na całość. Określając takie zachowanie papieża „bezczelną impertynencją”.
Franciszek ma przyjechać na Węgry na mszę zamykającą 52. Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny 12 września. Watykan poinformował o szczegółach i spotkania z premierem tam nie było. Miłujący religię Fidesz jakby dostał w pysk i musiał coś z tym zrobić.
Wystarczył jeden telefon i węgierski Kościół zrozumiał, kto tam rządzi, czyli dzieli unijną kasę.
Konferencja Episkopatu Węgier błyskawicznie dotarła do papieża i wkrótce opublikowała komunikat, że „Planuje się spotkanie papieża Franciszka z premierem Viktorem Orbanem i prezydentem Janosem Aderem podczas jednodniowej wizyty Ojca Świętego na Węgrzech we wrześniu”. Komunikat dowiódł, że Amerykanie nie wiedzą wszystkiego.

Ale Amerykanie w Warszawie wiedzą i nawet mówią.
„Kuriozalny jest pomysł reżimu Alaksandra Łukaszenki, aby ogłosić „świętem” rocznicę ataku ZSRR na Polskę przeprowadzonego w porozumieniu z nazistami – ocenił wprowadzenie nowego białoruskiego święta chargé d’affaires ambasady Stanów Zjednoczonych w Polsce Bix Aliu.
Dekret o wprowadzeniu nowego święta Dnia Jedności Narodowej podpisał Aleksander Łukaszenka. Będzie on obchodzony 17 września, który na Białorusi określa się jako rocznicę przyłączenia ziem zachodniej Białorusi do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.
„Wybór daty podkreśla łączność pokoleń, niewzruszoność i samowystarczalność białoruskiego narodu i państwowości” – napisała służba prasowa Łukaszenki. Nas głupi gest Łukaszenki nawet nie dziwi. Ale zdaniem Amerykanina Aliu świadczy o „kompletnym oderwaniu od rzeczywistości i jest kolejnym dowodem na to, jak niebezpieczne i antydemokratyczne są władze Białorusi”.

O demokratycznej władzy mówił też inny Amerykanin – były prezydent USA Barack Obama. Przy okazji opowiadał o kondycji demokracji na świecie i scenariuszach, jak uniknąć rozdemokratyzowania w USA. „Rozprzestrzenianie się stronniczych mediów i niszczenie bezpartyjnych lokalnych wiadomości ma z tym wiele wspólnego” – stwierdził nawet. Potem jednak przeszedł do rzeczy nam tu nad Wisłą bliższych.
„Gdy popatrzymy na takie miejsca jak Węgry albo Polska – które nie miały takich demokratycznych tradycji jak my, nie były w nich tak mocno zakorzenione. Jeszcze 10 lat temu były dobrze funkcjonującymi demokracjami, a stały się w gruncie rzeczy autorytarne” – rzucił znienacka Obama. Po czym, żeby nie było, że Kaczyński i Orban są najgorsi, wywiódł, że „Władimir Putin zostaje wybrany przez głosujących Rosjan, ale nikt z nas nie powie, że to jest demokracja, której chcemy”. W przeciwieństwie do pana Aliu, do Białorusi Obama nic nie miał.

Obama posiłkując się wspomnieniem sprzed dekady pokazał, że nie ma – jak większość elektoratu PiS – problemów z pamięcią. Niepamiętający obietnic Kaczyńskiego i Morawieckiego naród może jednak mieć nadzieję. W USA zatwierdzono pierwszy od 20 lat lek na chorobę Alzheimera. Medykament nazywa się Aducanumab i ma pomóc w redukcji postępowania objawów klinicznych choroby.
Szefostwo PiS może jednak spać spokojnie. Pamięć jego wyborców od specyfiku się nie poprawi. W marcu 2019 r. międzynarodowe badania nad lekiem, które objęły ok. 3 tys. pacjentów, zostały wstrzymane, gdy analiza danych wykazała że jego comiesięczne dawkowanie nie przynosiło pozytywnych skutków w spowalnianiu pogarszania się problemów z pamięcią i myśleniem. Producent jednak tak pokombinował z danymi, że teraz lek jest już cacy. Zupełnie jak PiS po obiecaniu Polskiego Ładu.

Ośli upór w sprawie Turowa

Ciekawe, ile setek milionów złotych będzie musiał w rzeczywistości wydać rząd z pieniędzy podatników, by uniknąć zamknięcia kopalni?
Negocjacje, podjęte w pośpiechu przez polski rząd w sprawie kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów nie rozwiązują rzeczywistego problemu, jakim jest brak daty odejścia Polski od węgla, a pozew Czech do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej to tylko jedna z konsekwencji nieodpowiedzialnej polityki energetycznej rządu i spółki Polska Grupa Energetyczna – zauważają ekolodzy (m.in. z EKO-UNII, Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”, Greenpeace i fundacji Frank Bold). Wzywają oni do podania realnej i szybkiej daty odejścia od węgla do produkcji energii w całej Polsce.
Całkowita i szybka rezygnacja z węgla oczywiście nie będzie korzystna dla Polski i Polaków. Tym niemniej, trzeba zauważyć, że rząd PiS świadomie lekceważył pojawiające się sygnały ostrzegawcze. Międzynarodowy konflikt z mieszkańcami Czech i Niemiec o skutki działalności kopalni Turów narastał przecież od dawna. Mieszkańcy tych państw oraz rząd czeski od lat sprzeciwiali się rozbudowie odkrywki i dowodzili skutków działania kopalni: obniżania poziomu wód gruntowych, wzrostu hałasu oraz zanieczyszczenia powietrza.
Już w 2019 roku podczas konsultacji transgranicznych czeski rząd oficjalnie zajął negatywne stanowisko w sprawie dalszych prac wydobywczych w Turowie. To nic nie dało, więc pod koniec lutego Czechy wniosły przeciwko Polsce skargę do TSUE.
– TSUE nakazał natychmiastowe wstrzymanie prac wydobywczych w kopalni na wniosek Czechów, stając tym samym po stronie mieszkańców przygranicznego regionu Liberec. Polska powinna teraz zastosować się do tego orzeczenia, niezależnie od podejmowanych prób porozumienia się ze stroną czeską. Jawna odmowa wykonania orzeczenia TSUE może podawać w wątpliwość wykonanie przyszłej umowy między Polską a Czechami – mówi Dominika Bobek, radczyni prawna z mało znanej dotychczas w Polsce fundacji Frank Bold.
I nic dziwnego, że tak mówi, bo jest to czeska fundacja z siedzibą w Brnie, jej szefem jest Pavel Franc, więc jako „niezależna organizacja pozarządowa” przyjmuje oczywiście czeski punkt widzenia. Gdyby pani Dominika Bobek posłuchała opinii mieszkańców Bogatyni, która za sprawą kopalni Turów należy do najbogatszych gmin w Polsce, to zrozumiałaby, że przekonanie o konieczności zamknięcia Turowa jest w Polsce dość ograniczone. Co nie znaczy, że ktokolwiek chce usprawiedliwiać bezczynność i indolencję rządu PiS, które doprowadziły do obecnej sytuacji.
Organizacje ekologiczne widzą jednak także i pozytywy. Ich zdaniem sprawa Turowa ma szerszy kontekst i może stać się impulsem do zaplanowania odejścia od węgla w Polsce. Problem w tym, że polski rząd, a także znajdująca się w centrum sporu o Turów państwowa spółka PGE, największy polski emitent dwutlenku węgla, wciąż nie mają strategii odejścia od tego surowca w energetyce. Tymczasem, jak twierdzą niektórzy naukowcy, aby uniknąć najbardziej katastrofalnych skutków zmian klimatu, wszystkie kraje Unii Europejskiej, w tym Polska, powinny odejść od spalania węgla do 2030 roku – co jest oczywiście kompletnie nierealne. Warto zauważyć, iż nawet eksperci bliscy ekologom uważają, że w celu zachowania bezpieczeństwa energetycznego kraju, należy pięć najmniej emisyjnych bloków węglowych o mocy 4200 megawatów pozostawić w rezerwie mocy co najmniej do 2040 r.
– Sprawa Turowa to konsekwencja nieudolnego podejścia polskiego rządu do sprawiedliwej transformacji energetycznej i trwania z oślim uporem przy węglowym status quo. A tylko zaplanowanie przez rząd szybkiej i realnej daty zakończenia wydobycia węgla i produkcji energii w Turowie może rozwiązać problemy, bez spowodowania katastrofy społecznej w Bogatyni, gdy kopalnia zostanie zamknięta z dnia na dzień. Doraźne zasypanie 200 milionami złotych konfliktu z Czechami nie załatwia problemu wytwarzania energii z coraz bardziej nieopłacalnego węgla – zauważa Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.
Elektrownia Turów produkuje rocznie średnio nieco ponad 3 proc. krajowej energii – wskazują ekolodzy. W rzeczywistości jest to dokładnie 3,7 proc., z tym, że wskaźnik wykorzystania mocy zainstalowanej w elektrowni Turów wynosi niespełna 50 proc., więc jej udział w produkcji energii może być nawet dwukrotnie wyższy. Według ekologów kompleks w Turowie mógłby zakończyć działalność już w 2026 r. Dziś nie wiadomo oczywiście, jakie byłyby skutki zamknięcia Turowa w wspomnianym roku. Za pięć lat, to jednak nie natychmiast, jak nakazał TSUE.
– Mitem jest, że bez funkcjonowania Turowa zabraknie nam prądu w gniazdkach, zaś dane ekonomiczne są bezlitosne: wzrost kosztu kapitału i ubezpieczenia wraz z rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 doprowadzą do zamknięcia elektrowni i kopalni Turów najpóźniej w 2030 roku. Czas pogodzić się z rzeczywistością i podać datę zamykania bloków w elektrowni oraz zaplanować programy osłonowe dla osób zwalnianych w wyniku powolnego, lecz nieuniknionego spadku zatrudnienia w kompleksie. To zadania dla PGE oraz ministra Jacka Sasina – podkreśla Kuba Gogolewski z fundacji Rozwój TAK – Odkrywki NIE. Komentując tę wypowiedź trzeba stwierdzić, że oczywiście nie ma ekonomicznych danych z których wynikałoby, że do 2020 r. kopalnia i elektrownia Turów przestaną funkcjonować. Są tylko przypuszczenia i przewidywania.
Tym niemniej, nie można budować polskiej przyszłości energetycznej na węglu. Jak widać, ostatnie tygodnie były niespokojne w polskiej energetyce. Dwie awarie zatrzymujące pracę elektrowni Bełchatów i decyzja TSUE w sprawie Turowa podniosły temperaturę dyskusji wokół transformacji energetycznej.
– Ostatnie dni dobitnie pokazują, że węgiel wcale nie jest gwarantem bezpieczeństwa energetycznego, a zamiast szumnie zapowiadanego ładu, w energetyce panuje chaos. Premier Morawiecki i jego rząd muszą w końcu przestać ignorować potrzebę transformacji energetycznej i pilnie przygotować plan szybkiego odejścia od węgla. Potrzebujemy nowoczesnego, rozproszonego systemu opartego o odnawialne źródła energii, a także inwestycji w efektywność energetyczną. W dobie kryzysu klimatycznego tylko tak można zapewnić prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne, ale i bezpieczną przyszłość – komentuje Joanna Flisowska, szefowa działu Klimat i Energia w Greenpeace Polska.
Niezależnie od intencji Greenpeace, tym słowom trudno odmówić słuszności. Problem jednak w tym, że realnie wciąż nie bardzo czym mamy zastąpić węgiel.

Flaczki tygodnia

„Gaście światło obywatele, elektrownie czekają na prąd, jasna przyszłość naszym jest celem, lepiej będzie widoczna stąd”. Ten refren satyrycznej piosenki Staszka Klawe, ze studenckiego kabaretu „Piosenkariat” z końca lat siedemdziesiątych zeszłego wieku, znów stał się aktualny. Nowy Polski Ład proponowany przez pana prezesa Kaczyńskiego dławi się już na starcie. Jego wąskim gardłem okazuje się polska, przestarzała energetyka. W Polsce Ludowej przestarzała energetyka skutecznie blokowała ambitne plany reform ekipy Gierka. Dziś obrona przestarzałego modelu polskiej energetyki przez elity PiS może skutecznie rozwalić proponowany przez jaśniepana prezesa Nowy Polski Ład. Bo okazuje się, że ów „Ład” oparty jest na kiepskim fundamencie. Energetycznym nieładzie.

„Będziemy z całą mocą przeciwdziałać tej niesłusznej, niesprawiedliwej i niespodziewanej decyzji TSUE – zapowiedział pan premier Mateusz Morawiecki. Chodziło o tymczasowe postanowienie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie kopalni Turów. Nakazujący zastopowanie jej działalności do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia.

Negowanie wyroku sądowego przez pana premiera Morawieckiego może zachęcić obywateli naszego kraju do powszechnego negowania i nie wykonywania wyroków wszelkich sądów jeśli uznamy je za „niesłuszne, niesprawiedliwe i niespodziewane”. Sąd sądem, a „sprawiedliwość” musi być po naszej stronie. Tak to „Prawo i Sprawiedliwość” otwiera ochronny parasol nad wszystkimi niezadowolonymi z wyroków sądowych. Nawet sądów boskich.

Wiceprezeska Trybunału sędzina Rosario Silva de Lapuerta wydała taki wyrok na wniosek rządu Czech. Uzasadniając, że „na pierwszy rzut oka nie można wykluczyć, iż polskie przepisy naruszają wymogi wynikające z dyrektywy o ochronie środowiska”. Że „wydaje się wystarczająco prawdopodobne, że dalsze wydobycie węgla brunatnego w kopalni Turów do czasu ogłoszenia ostatecznego wyroku może mieć negatywny wpływ na poziom lustra wód podziemnych na terytorium czeskim. A to może nawet być zagrożenie dla zaopatrzenia społeczności lokalnych w wodę pitną. I nie zmienią tego nawet działania strony polskiej, która zapowiedziała budowę ekranu przeciwfiltracyjnego zapobiegającego negatywnym skutkom środowiskowym działalności kopalni. Bo budowa zapowiedzianego ekranu może skończyć dopiero w 2023 roku.” To zdaniem TSUE jest zbyt odległym terminem.

Teraz rząd polski ma 30 dni na zawieszenie kosztownego dla budżetu państwowej elektrowni wyroku. Czyli dogadanie się ze stroną czeską, aby wycofała z TSUE swój wniosek. Będzie to trudne, bo do tej pory polski rząd konsekwentnie olewał czeskie pretensje. Traktując je protekcjonalnie.

Dodatkowo w Republice Czeskiej nie ma, od prawie roku, polskiego ambasadora, bo za rządów PiS relacje z Czechami są złe, a w polskim MZS panuje stan chronicznego konfliktu, wojny wszystkich ze wszystkimi. To czyni ministerstwo nieproduktywnym.

Na razie rząd PiS zareagował po staremu. Ogłosił, że nie wykona niekorzystnego wyroku sądu. A usłużne wobec PiS media braci Karnowskich od razu oskarżyły Niemcy o sprowokowanie tego wyroku. W efekcie nienawiść do Czech, Niemiec i Unii Europejskiej wśród narodowo-katolickich wyborców PiS jeszcze bardziej wzrośnie.

Rządy jaśniepana prezesa Kaczyńskiego nie prowadzą sprawnej polityki zagranicznej, tylko utrzymują konieczne relacje z obcymi państwami. Podporządkowują je polityce wewnętrznej. A ściślej kolejnym kampaniom wyborczym swojej partii. Jaśniepan prezes traktuje Polskę jako swoje, samodzielne królestwo, które nie musi się liczyć z opiniami państw sąsiednich. Bo Polacy są wybranym narodem, a Polska wystarczająco wielką, by nie musieć uzgadniać swej polityki z małymi Czechami. Zdaniem elit PiS Polsce z natury należy się przewodnictwo w Grupie Wyszehradzkiej, w Trójmorzu i Unii Europejskiej. Polsce należą się też pieniądze z Unii Europejskiej, bez konieczności prowadzenia wspólnych polityk.

Polska energetyka oparta jest na węglu kamiennym i brunatnym. Węgla kamiennego, zwłaszcza taniego, zaczyna już w Polsce brakować. Jego deficyt uzupełniany jest importem z Rosji. Wydobycie polskie systematycznie spada, a import węgla z Rosji rośnie. Symbolem nietrafionej polskiej energetyki węglowej jest elektrownia w Ostrołęce. Projektowana i budowana przez lata, nieskończona, a teraz demontowana. Polscy podatnicy zapłacą teraz za te PiS- owskie fanaberie ponad 2 miliardy złotych !

Słabość polskiej energetyki ujawniła w zeszłym tygodniu awaria stacji rozdzielczej w Rogowcu, która wyłączyła 10 z jedenastu bloków elektrowni w Bełchatowie. Największej w Polsce i w Europie. Największej też z grona przestarzałych. Do katastrofy energetycznej nie doszło, bo uzupełniliśmy deficyt prądu pomocowymi dostawami z Niemiec, Czech i Słowacji. Pięć dni później w tejże elektrowni bełchatowskiej zapalił się gigantyczny przenośnik transportujący węgiel brunatny. W Internecie zawrzało. Miłośnicy PiS od razu oskarżyli Niemców o kolejny sabotaż w Bełchatowie.

Niemcy są medialnym wrogiem wyborców PiS. Bo budują gazociąg Nord Stream 2, który ma uzależnić energetycznie Europę od gazu z Rosji. Jednocześnie ci sami wyborcy płaczą po rozbieranej właśnie elektrowni w Ostrołęce, która miała być symbolem PiS potęgi. A była budowana za pieniądze polskich podatników aby spalać rosyjski węgiel. Aby za polskie pieniądze utrzymywać rosyjskie kopalnie. Okazuje się, że Nord Stream 2 jest dla narodowo- katolickich patriotów zły, bo uderza w interesy ekonomiczne Amerykańskich importerów gazu skropionego. Zaś polska energetyka oparta na importowanym rosyjskim węglu jest dobra, bo uderzą w ”lewackie” projekty zielonej, odnawialnej energetyki.

Tak to suwerenność energetyczna PiS oparta jest na wasalnych relacjach wobec USA i Rosji. Dzięki niej Polacy mają najdroższy prąd w Unii Europejskiej. I będą mieli jeszcze droższy, bo jaśnie pan prezes Kaczyński budując swego energetycznego Misia nie powiedział ostatniego słowa.
Nasi Autorzy awansują.
Doświadczony dyplomata, były ambasador Chin w Polsce, Liu Guangyuan został mianowany szefem chińskiego przedstawicielstwa MSZ w Specjalnym Autonomicznym Regionie ChRL Hongkong.
JE Ambasador Liu w czasie pełnienia swych obowiązków był aktywny w polskich mediach. Publikował regularnie artykuły w „Trybunie”, a przed swym wyjazdem udzielił „Trybunie” obszernego wywiadu na temat przyszłości Hongkongu.

Jak tu nie wierzyć „marszałkowi”

Ostatnio, jak na to wszystko patrzę, to coraz częściej sobie myślę, że oni specjalnie robią nam na złość. Za tę kasę, której od nich nie chcieliśmy. I za te wolne sądy, które tak szybko mielą.

Jarosław Kaczyński, jak głosi stugębna plotka, obarczony jest paranoją spisku. Istnienie „układu” przewidział lata temu; w jego świecie nie ma przypadków. W moim zresztą też nie. Nie wierzę, podobnie jak on, że sprawy dziejowe nie mają swojej przyczyny i skutku. Coś nas jednak różni. Czasami tam, gdzie Jarosław Kaczyński widzi działanie wrażych sił, których do końca nie potrafi zdefiniować, Jarosław Ważny dostrzega przyczynowo skutkowe następstwa, efektem których jest zastana sytuacja. Weźmy na ten przykład Smoleńsk 2010. Jarosław Kaczyński szuka przyczyn katastrofy w spisku Rosjan ze zdrajcami od Tuska; wiadomym jest powszechnie, że właśnie tego ostatniego obwinia za śmierć brata. Czy wierzy w zamach, tego nie wiem. Wiem natomiast, że pozwala wierzyć weń swoim wyznawcom, bo się mu to opłaca. Tam gdzie on dostrzega matnię układu, ja widzę beznadzieję tektury polskiego państwa; braki w sprzęcie, w szkoleniu, w regulaminie. Braki tolerowane latami, a w efekcie-dramat wielu ludzi. Braki i zaniedbania, które są powielane przez najbliższych Kaczyńskiego pretorianów, patrz: wylot prezydenta z Zielonej Góry po zamknięciu lotniska.

W miniony wtorek, Sąd Najwyższy miał pochylać się nad wiszącą od miesięcy sprawą kredytów indeksowanych do waluty obcej, tj. tzw. sprawą frankowiczów. Już raz, w tym roku, SN odwołał posiedzenie w tej sprawie, ponieważ czekał na rozstrzygnięcie TSUE. Doczekał się co prawda, ale z orzeczenia Sądu Europejskiego niewiele dla nas, tj. dla polskich farnkowiczów wyniknęło. TSUE orzekł, że do umów konsumentów z bankami wtrącać się nie zamierza, a wymierzanie sprawiedliwości pozostawia sądom krajowym w granicach obowiązującego weń prawa. Tyle więc musiało się zmienić, żeby się nic nie zmieniło. Dość powiedzieć, że po decyzji z Luksemburga, najbardziej ucieszyły się banki, których indeksy poszły od razu do góry a bankowe okienka giełdowe na dłużej zamrugały do akcjonariatu zielonym oczkiem. Nie było więc wyjścia i nasz rodzimy, upolityczniony i zziobroryzowany Sąd Najwyższy musiał sam wziąć się w końcu za bary z tym galimatiasem. I tu, drodzy czytelnicy, zaczyna się to, co Jarosław Kaczyński i Jarosław Ważny lubią najbardziej: dziwne sekwencje niby to przypadkowych wydarzeń, podszytych wielką polityką.

Na dwie godziny przed posiedzeniem Izby, część głównych urzędów w Polsce oraz ich wojewódzkich delegatur, w tym SN w Warszawie, otrzymują informację o podłożonych bombach. Zaczyna się ogólnopolska ewakuacja. W efekcie sędziowie zaczynają pracę trzy godziny później niż mogliby. Dokładnie w tym czasie, kiedy saperzy sprawdzają budynek, opinię publiczną obiega informacja, że prezes największego polskiego banku, PKO BP, Zbigniew Jagiełło, podał się do dymisji. Coś za dużo tych dziwnych wypadków, jak na móh gust, do tego w jeden dzień i to dzień, w którym ma rozstrzygnąć się jedna z kluczowych dla sektora bankowego decyzji. Sąd Najwyższy tymczasem, po przedłużonych obradach informuje, że…nic nie ustalił. W sprawie kredytów farnkowcyh musi zasięgnąć opinii m.in. RPO i…Rzecznika Praw Dziecka. To dopiero kuriozum. Co ma Rzecznik Praw Dziecka do kredytu we frankach? A no okazuje się że ma, jako urząd, a bez tej wiedzy, SN nie może pochopnie orzekać. Irytuje się środowisko frankowiczów, bo o podobne stanowisko mógł Sąd zapytać RPO i inne podmioty już wcześniej, choć szef NBP Glapiński, który sprawę pilotował od dawna, twierdził, że w trakcie debaty publicznej ani RPO ani tym bardziej Rzecznik Praw Dziecka nie zgłaszali swoich uwag i pomysłów, jakoby mieli coś do powiedzenia w temacie kredytów indeksowanych, a te uwagi mogłyby poważnie zaważyć na wyroku. Tak czy inaczej, zapytane urzędy mają 30 dni na odpowiedź, później nastąpi dyskusja, i może, w przyszłym roku, SN znowu pochyli się nad problemem. Tymczasem ci, którzy spłacają swoje kredyty we CHF nadal będą to czynić, ku uciesze banków, dla których, en masse, nic się nie zmieni. Rata jak wysoka byłą, taką pozostanie. Tylko po co ten Jagiełło podawał się do dymisji…

Żeby tego było mało, rząd począł luzować obostrzenia, szybciej niż zapowiadał. Premier z ministrem Niedzielskim uznali nawet, że kina i teatry oraz inne artystyczne, nikomu niepotrzebne wykwity, będą mogły zacząć działać wcześniej niż później. Opublikowano nawet specjalną listę, na której ujęto szereg podmiotów oraz zawodów z szeroko pojętej „branży”. Dla dwóch z nich uczyniono jednak wyjątek i nakazano im czekać z rozpoczęciem pracy do 6 czerwca. Mowa o trupach cyrkowych i zespołach muzycznych. Podniósł się rwetes w półświatku: czemu zespoły muzyczne mają być gorsze, od macochy są, czy jak. Wystosowano do ministerstwa nawet zapytanie: czy interpretacja skazująca cyrkowców i muzyków na dłuższy termin karencji to czasem nie zwykła, urzędowa pomyłka. Ministerstwo, piórem Instytutu Muzyki i Tańca, który listę odmrożeniową przygotowywał, odparło po paru dniach, że nie, to nie żadna pomyłka. Wykreśliło więc cyrkowców, zostawiając na indeksie muzyczne grupy młodzieżowe. I jak tu nie wierzyć w spisek i dintojrę Glińskiego. Przecież on nam to robi specjalnie, żeby dołożyć nam ile się da, za tę akcję z „bólem” i odrzuconą kasą od złodziei. Gdybym był Jarosławem Kaczyńskim, to bym dokładnie w ten sposób pomyślał. A tak, że jestem Jarosławem Ważnym, sądzę, że ci tam ,z tego Instytutu są po prostu…z Polski.

Suwerenność w ramach Unii – skąd i dokąd?

W sporze między rządem PiS, a Komisją Europejską i Trybunałem Sprawiedliwości UE jest od kilku dni w użyciu argument: Niemcom wolno więcej. Chodzi o wyrok niemieckiego Sądu Konstytucyjnego w Karlsruhe, który uznał, że w określonym przypadku wewnętrzne prawo niemieckie nie jest podległe prawu europejskiemu.

Ponieważ wbrew stanowisku naszego TK, TSUE wydał niedawno zabezpieczenie w sprawie dotyczącej Izby Dyscyplinarnej SN, mówi się, że trybunał niemiecki może bezkarnie krytykować i nie zgadzać się z orzeczeniami TSUE, czy innych instytucji europejskich, a nasz TK nie. Mamy więc rzekomo do czynienia z ewidentnie różnym traktowaniem obu trybunałów.
Otóż nic bardziej mylnego. Bezpośrednie porównywanie obu przypadków nie ma sensu, gdyż jeden trybunał orzeka w sprawie zgodności z konstytucją swojego państwa, a drugi w sprawie zgodności z konstytucją swojego. To nie jest jedna i ta sama konstytucja, która jest przetłumaczona na dwa języki i obowiązuje tu i tu, jeden do jednego.
Po drugie – materia jest zupełnie inna. W przypadku Trybunału z Karlsruhe chodzi o kompetencje Europejskiego Banku Centralnego do skupowania obligacji państwowych i innych papierów wartościowych. Jest to więc kwestia z zupełnie innego obszaru niż ten, który dotyczy polskiego wymiaru sprawiedliwości. To są zastrzeżenia natury, że tak powiem, trzeciorzędnej w stosunku do zastrzeżeń, które są formułowane przez TSUE pod adresem polskiego wymiaru sprawiedliwości. Tam różnica polega na różnicy poglądów w kwestiach finansowych, co skutkuje obecnie pewnym rodzajem dialogu. Na ma podważania kompetencji instytucji europejskich i na pewno nie ma także konfliktowania się z Unią Europejską, jako całością.
Natomiast przedmiotem sporu między polskim wymiarem sprawiedliwości, a TSUE i Komisją Europejską są zasady, na których zbudowana jest Unia Europejska – czyli władza prawa i praworządność. Zachowania, jakie prezentuje polski TK są traktowane jako zachowania, które kwestionują fundamenty UE. To jest zasadnicza różnica. Porównywanie wyroku sądu z Karlsruhe w kwestiach bankowości i finansów z materią orzeczeń naszego TK, jest całkowitym pomieszaniem pojęć.

Jesteśmy najlepsi!

Mamy taki brzydki zwyczaj, że na wszystkie sposoby oczerniamy każdego żyjącego i nieżyjącego wroga.

Jedną ze sprawdzonych metod jest jego porównywanie do innego wroga, bardziej znanego z historii, przypisywanie mu podobnych wad i chęci szkodzenia naszemu społeczeństwu.
Porównania
Czytelnik zechce zauważyć, że te porównania mają z reguły na celu wykazanie, a nawet udowodnienie, że porównywana osoba zasługuje na potępienie. Nie słyszałem, aby w znanym mi środowisku ktoś mówił – „działasz podobnie jak święty Franciszek, albo ojciec Pio!”. Wyjątkiem bywają porównania dotyczące spraw męsko – damskich. Czasem nagana może być wtedy także ukrytą formą uznania. Jeśli rozmawia kilka zaprzyjaźnionych pań, to można usłyszeć, że „ten Kowalski, to istny Casanowa”. „To prawda, ale jego przyjaciel Wiśniewski jest wprawdzie mniej sympatyczny, jednak to ma podobno jak u konia!!”.
Obserwując nasze życie polityczne doszedłem do wniosku, że w Polsce porównania tego rodzaju mogą także służyć udowadnianiu, że w określonych dziedzinach jesteśmy od kogoś lepsi, że potrafimy każdy błąd lub potknięcie przekształcić w sukces, wprowadzający w zachwyt liczącą się część naszej populacji.
Widzę dwie zazębiające się dziedziny, w których wszelkie porównania dowodzą, że pod rządami ekipy „zjednoczonej prawicy” jesteśmy najlepsi w Europie. Pierwsza to samouwielbienie i druga – to propaganda. Propaganda jest w znacznej części wykorzystywana do umacniania samouwielbienia, ale ma jednak szerszy zakres. Zdarza się, że wypowiedzi przedstawicieli władzy i ich twórcza interpretacja przez niektóre środki masowego przekazu zawierają pochwały kogoś lub czegoś, mimo, że nie wynikają z samouwielbienia. Takie nieplanowane przypadki świadczące o tym, że małe cząstki suwerena zachowują jeszcze samodzielność myślenia.
Choroba samouwielbienia
Samouwielbienie jest chorobą, która – jak epidemia koronawirusa – zdarza się we wszystkich krajach. Może przechodzić niemal bezobjawowo. Staje się szkodliwa wtedy, gdy jej objawy są zbyt wyraźne i może być groźna, jeśli zaczyna budzić wesołość poprzedzaną uśmiechem politowania. Klinicznymi przykładami samouwielbienia było słynne uznanie za zwycięstwo głosowania 27:1 przy wyborze Donalda Tuska na drugą kadencję przewodniczenia Radzie Europejskiej. Potem uznawano za sukces każde głosowanie nad votum zaufania dla kilku ministrów, które zawsze wygrywał PIS, bo zajmował w sejmie więcej foteli. Wynik głosowania był więc pewny, ale mimo to były kwiaty, gratulacje, pochwały i radosne uśmiechy.
Samouwielbienie widoczne jest w publicznych wystąpieniach wodza czołowej partii, prezydenta, premiera i bardziej ważnych wicepremierów i ministrów. Też budzą uśmiech, powtarzając niemal dosłownie to, co wódz powiedział.
Merytoryczna warstwa tych przemówień podtrzymywana jest niezmiennym przekazem podprogowym. Utrwala on u znacznej części suwerena kilka opinii. Nigdy nic nie sknociliśmy, wszystko się udaje, naród jest głęboko wdzięczny za 500+ i inne rozdawane dodatki. Naród wie, że w sporach z UE my mamy zawsze rację. Nie straszne mu nawet wyrzeczenia związane z pandemią koronawirusa, bo wierzy prawicowej władzy, uwielbia wodza i podziwia jego skromność. Wszyscy popieramy „naszego” prezydenta i gdyby przyspieszyć wybory powszechne, to także bez trudu byśmy je wygrali.
Z bólem mego chorego serca przyznaję, że informacje i fantazje wynikające z samouwielbienia władzy, znaczna część suwerena chłonie jak gąbka. Nie dziwię się. Każdy człowiek marzy o szczęśliwej przyszłości.. A my przecież wstaliśmy z kolan. Wypoczęte nogi mogą nas zanieść daleko.
Moja pamięć sięga okresu przedwojennego. Obecne osiągnięcia „samouwielbienia władzy” można w naszej historii porównać tylko z wysiłkami obozu sanacyjnego, zaostrzonymi atmosferą zbliżającego się konfliktu zbrojnego. Nie było wtedy telewizji, ale z pomocą radia i prasy władze potrafiły wmówić większości społeczeństwa, że Niemcy tylko blefują, czołgi mają z drewna, dykty i tektury, jak popularne wówczas samochody DKW. Ich samoloty nie mają żadnych szans w walce z naszymi Łosiami. Nasza, najlepsza na świecie kawaleria rozniesie w pył ich piechotę. Ich fuhrer to tylko kapral, a naszą armią dowodzi sprawdzony w boju marszałek.
Propaganda – broń zaczepna
Propaganda we wszystkich powojennych fazach naszego rozwoju też nie wytrzymuje konkurencji z obecnym jej nasileniem. Trudno się dziwić, bo jej główną bronią jest teraz telewizja, a pierwsze polskiej produkcji telewizory „Wisła” zaczęto wytwarzać dopiero w 1956 roku, czyli „za Gomułki”. Ale dopiero „za Gierka” telewizor stał się głównym, „masowym” instrumentem przekazu informacji. Wprawdzie nie opanowano jeszcze strategii i techniki przekazu podprogowego, informacje o sukcesach gospodarczych były więc względnie prawdziwe i uzupełniane prostą, pozytywną oceną. „Za Tuska” telewizja zrobiła znaczący krok w nowoczesną technikę przekazu, ale jej propagandowa siła nie była jeszcze w pełni doceniana.
Wszystko się zmieniło, jak nastały czasy „dobrej zmiany”. Telewizję państwową, czule nazywaną „reżimową” albo „publiczną”, nasycono nowymi ludźmi i nowym kierownictwem. Robią to, co robią, bo albo uwierzyli w słuszność i świetlaną przyszłość systemu autokratyczno – demokratycznego, albo są zafascynowani „trzymającym władzę” zwykłym posłem, albo po prostu są koniunkturalistami. Kanały tej telewizji stały się głównym źródłem propagandy rządzącej partii i jej rządu. Jak zawsze w takich przypadkach wykształcono równoległy nurt personalnej walki z wszystkimi, których „władza” uważa za opozycję, ukrytych wrogów lub zazdrośników, usiłujących przeszkadzać w budowie szczęśliwego społeczeństwa.
Przyznaję ze skruchą, że mój podziw dla konsekwencji tych działań stale rośnie. Propaganda sterowana przez ośrodki władzy sięga wszystkich dziedzin życia suwerena, prostuje jego poglądy złośliwie fałszowane przez ciągle totalną opozycję, umiejętnie sięga do tej jego części, która jest słabiej wykształcona, mniej czyta i jest bardziej wrażliwa na bodźce materialne.
Mam oczywiście brzydkie i niemoralne myśli, ale nasilenie i formy tej propagandy przypominają mi znowu czasy wojny i umiejętność przekonywania z natury racjonalnych Niemców, do celowości działań uwieńczonych wojną totalną i ludobójstwem. Tego poziomu jeszcze nie osiągamy, W III Rzeszy nie ukrywano prymatu propagandy, utworzono nawet specjalne ministerstwo Propagandy i Oświecenia Publicznego, kierowane przez bezgranicznie wiernego wodzowi inteligenta, z legalnie pozyskanym tytułem doktora. Znawcy tematu uważają, że jego najważniejsze osiągnięcia propagandowe widoczne były już kilka lat przed wojną i dotyczyły czterech tematów – uwielbienia wodza przez naród, czyli pierwowzoru kultu jednostki, znienawidzenia i konieczności eliminacji Żydów, uznania innych nacji a zwłaszcza Słowian za podludzi i konieczności wojny, zapewniającej przestrzeń życiową i panowanie Niemców w Europie.
Podobieństwa
To obrzydliwe, – ale porównajmy. Kult jednostki nasza propaganda intensywnie rozwija, wynosząc na piedestał sprawującego faktyczną władzę „zwykłego posła”. Ukrytych, nienawistnych wrogów zaczynamy dostrzegać w Komisji Europejskiej i unijnym Trybunale Sprawiedliwości. Ośmielają się krytykować nasze genialne rozwiązania w organizacji wymiaru sprawiedliwości. Uznajemy, że część naszych obywateli należy do „drugiego sortu” i ze wstrętem patrzymy na potencjalnych imigrantów o bardziej ciemnej skórze. Żadnej wojny jeszcze nie popieramy, ale usiłujemy być – jak przed II wojną – „silni, zwarci i gotowi”, wydając i planując wydawanie coraz większych pieniędzy na militarną technikę. Radośnie patrzymy w przyszłość, bo nasz prezydent zapewnił, że jeśli wygra wybory, to nigdy nie podpisze niczego, co zmniejszałoby 500+ albo groziło ponownym podwyższeniem wieku emerytalnego. Jak powiedział: zawsze Polska+, nigdy Polska – ! Ładne hasło, chociaż nikt go nie rozumie.
W ramach pokuty za liczne grzechy obejrzałem w czasie jednej z ostatnich niedzieli wieczorny dziennik w I programie TVP. W czasie półgodzinnego dziennika prowadzący i zaproszeni goście 14 razy poinformowali ciemnego suwerena, że w czymś „jesteśmy najlepsi”. Czegóż tam nie było!. Chwalą nas na świecie za rozwiązania zmniejszające „pole rażenia” koronawirusa i biorą z nas przykład. Wielu europosłów z innych krajów podziwia nasze rozwiązania w wymiarze sprawiedliwości. Prezydent USA rozmawiał przez telefon z naszym prezydentem aż pół godziny, a to rzadko się zdarza. Nasz premier i ministrowie witali na lotnisku maseczki, które przyleciały z Chin największym na świecie samolotem AN225 Mrija (czyli Marzenie) zaprojektowanym i wyprodukowanym przez zakłady Antonowa. Dlaczego tak szumnie wita się maseczki? Bo to właśnie piękny akcent propagandowy. Ale trzeba podziwiać samozaparcie antykomunistycznego premiera, który z zachwytem oglądał samolot wyprodukowany przez komunistów w ZSRR i dostarczył produkty wytworzone przez komunistyczne Chiny. Widocznie lubi cudzych komunistów. Tylko polscy postkomuniści mu się nie podobają.

Unia to nie my!

Trybunał Sprawiedliwości UE zobowiązał Polskę do natychmiastowego zawieszenia stosowania przepisów dotyczących Izby Dyscyplinarnej SN w sprawach dyscyplinarnych sędziów. Wniosek o tymczasowe zawieszenie – do czasu wydania ostatecznego wyroku przez TSUE – złożyła Komisja Europejska.

Taka decyzja TSUE jest dla normalnego kraju należącego do Unii święta. Szczególnie, że za niewykonanie jej są naliczabe wielomilionowe kary. Za każdy dzień obsuwy, i to w euro.
Polska w Unii chyba nie jest. Premier Morawiecki zamiast się podporządkować rzucił najpierw, że „Przekażemy odpowiedź w stosownym czasie”. Pogoniony przez PiS Morawiecki chwilę później się poprawił. „Reforma sprawiedliwości jest kompetencją wyłącznie Polski” – rzucił, wstając z kolan.
– Premier Mateusz Morawiecki – po dokonaniu szczegółowej analizy – skieruje do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o rozstrzygnięcie powstałego sporu prawnego – uzupełnił wypowiedź szefa rzecznik rządu Piotr Müller.
Tyle, że w orzeczeniu TSUE stało jak byk, że klamka zapadła i skoro Polska jest członkiem UE, to żaden TK nie ma tu już nic do gadania. „Chociaż organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji państw członkowskich UE, to mają one obowiązek dotrzymywać zobowiązań wynikających dla nich z prawa Unii” – zaznaczył przecież TSUE.
Za premierem poszli politycy PiS. Jęli na wyprzódki opowiadać głupoty, w które wierzyć mogą tylko ignoranci lub wyznawcy partii w Polsce rządzącej.
– Zaskakujące jest, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej Izbę Dyscyplinarną traktuje jako tylko tę zajmującą się sprawami sędziowskimi. Nasuwa mi się taka prosta konkluzja, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej podobnie jak Komisja Wenecka przeistoczyły się w związek zawodowy sędziów w Europie – powiedział poseł PiS Włodzimierz Bernacki. – Dbają przede wszystkim o to, aby zabezpieczyć interesy jednej grupy zawodowej, w tym wypadku sędziów – dodał.
– Kwestia organizacji sądownictwa to wyłączna kompetencja państwa członkowskiego. Dlatego wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego jest absolutnie niezrozumiały i łamie unijne prawo – poszła na całość w Polskim Radiu 24 Beata Kempa, eurodeputowana PiS.
Mówiła też, że Izba Dyscyplinarna SN decyzję TSUE chce skierować do Trybunału Konstytucyjnego, bo teraz to właśnie na barkach TK będzie spoczywać rozstrzygnięcie sporu, który wyniknął w związku z orzeczeniem TSUE. I standardem pisowskim powołała się na Niemcy.
– Podobnie sytuacja wyglądała w Niemczech. To tamtejszy Trybunał Konstytucyjny orzekł jednoznacznie, że niemiecka konstytucja stoi w tym zakresie nad prawem UE – zaznaczyła Beata Kempa.
Wywód kończyła tym, że Polska nie przyjmuje do wiadomości orzeczenia TSUE jako takiego, które należy natychmiast wykonywać.
– Dlatego, że TSUE został wprowadzony w błąd lub świadomie chce wchodzić w gry polityczne.
„Postanowienie TSUE ma wymiar symboliczny. Niezależnie od brutalnego wejścia w polski porządek prawny, trudno nie dostrzec czasu wydania” – to z kolei twitterowa reakcja wiceministra sprawiedliwości Michała Wójcika.
Inny wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta też się odezwał na Twitterze i uznał, że TSUE „uzurpuje sobie kompetencje, których nikt temu trybunałowi nie przekazał”.
– Oznacza to, że mielibyśmy jako Polska słuchać się rozkazów UE w sytuacji, gdy wcześniej jako Polska nie pozwoliliśmy UE wydawać sobie takich rozkazów. To nie wygląda mi na zasadę lojalnej współpracy – mówił potem w materiale wideo Kaleta. Dodając, że „sprawa jest rozwojowa – na pewno będziemy bronili polskiej suwerenności”.
– Z koronawirusem UE nie potrafi sobie poradzić, ale żeby Polskę pogrillować oczywiście, zawsze znajdzie się czas i środki – Kaleta nie odmówił sobie niekompetentnego komentarza.
– Dobrze, że premier ogłosił, iż Trybunał Konstytucyjny będzie również zajmował się sprawą tego postanowienia. Zatem ta sprawa będzie miała swój dalszy bieg, ale raczej w tym organie, zgodnie z polskim porządkiem konstytucyjnym – zakończył swój aeuropejski wywód wiceszef polskiej sprawiedliwości.
Rzecznik rządu Piotr Müller też rzucił kolejne co nieco.
– Zgodnie z konstytucją to TK jest „sądem ostatniego słowa” w zakresie badania zgodności poszczególnych aktów prawa w ramach określonej w konstytucji hierarchii źródeł prawa i to TK powinien rozstrzygnąć powstały spór – uznał Piotr Müller i stwierdził, że oczekiwanie, że rząd „zamrozi” część Sądu Najwyższego, albo „zawiesi w czynnościach” określonych sędziów, „byłoby bardzo poważnym naruszeniem zasady niezawisłości sędziowskiej, złamaniem zasady trójpodziału władzy i naruszeniem Konstytucji”.
Niepytany przez nikogo Przemysław Czarnek, poseł Prawa i Sprawiedliwości, też popisywał się euroignorancją, uznając, że decyzja TSUE jest „fundamentalnie sprzeczna z praworządnością i kompromituje UE”.
– To jest uzurpacja kompetencji do wkraczania w wewnętrzne materie państw członkowskich. To haniebna decyzja Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, nie mająca żadnych podstaw prawnych w traktatach unijnych – gardłował Czarnek. Według niego, „wykonanie tego rodzaju decyzji TSUE, byłoby pogwałceniem polskiej konstytucji”.
Najdelikatniej obeszła się z postanowieniem następna wiceminister sprawiedliwości Anna Dalkowska. Podkreśliła ledwie, że TSUE odniósł się jedynie do funkcjonowania Izby Dyscyplinarnej SN w zakresie postępowań dyscyplinarnych sędziów.
Taki chór prominentnych polityków obozu władzy wskazywałby, że w Unii Europejskiej już nie jesteśmy. „Financial Times” znalazł jednak dowód na to, że nie tylko z powodu niebrania pod uwagę najwyższego trybunału unijnego. Brytyjska gazeta wykazała, że poza Europą stawiają nas forsowane bez kampanii wyborczej wybory prezydenckie.
„To niepotrzebne szaleństwo mówi wiele o politycznej celowości PiS i jego pogardzie dla demokratycznych norm” – stwierdził brytyjski dziennik.
„Financial Times”uznał, że tak Jarosław Kaczyński, jak i węgierski premier Viktor Orban, wykorzystują kryzys wywołany koronawirusem, by umocnić swoją pozycję w kraju. Najciekawszą jednak konstatacją „Financial Times” jest zwrócenie uwagi na brak stanowczej reakcji i krytyki któregokolwiek z krajów członkowskich Unii Europejskiej wobec działań w Polsce i na Węgrzech. Brytyjskie pismo stwierdza wprost, że kraje członkowskie UE nie mogą wzruszać ramionami, gdy podejmowane są decyzje sprzeczne z zasadami, na których opiera się zjednoczona Europa.
I chyba tu jest klucz do wszystkiego. Próby rozmów z rządem PiS w wydaniu Komisji Europejskiej i naiwna wiara w dobre intencje Morawieckiego – doprowadziły do tego co jest, czyli Polski poza Unią. Nikt w Europie nie zdobył się na to, żeby Kaczyńskiemu i Dudzie powiedzieć, że przeprowadzone bez kampanii w warunkach epidemii wybory, Europa uzna za nieważne. I żaden kraj nie zaprosi nieuznawanego za prezydenta, faceta, który w takich wyborach wygra.
Pewnie takiej deklaracji PiS by się nie przestraszył, ale Andrzejowi Dudzie byłoby głupio być z powodu niezapraszania za granicę na czteroletniej, krajowej kwarantannie.

Dwa miliony euro dziennie kary za Izbę Dyscyplinarną?

Ta drakońskiej wysokości kara jest, jak się zdaje jedynym sposobem, który jest w stanie przemówić politykom PiS do rozsądku, bo u nich jest on ciasno związany z kieszenią. Czy Polskę stać na wojnę z UE?

Wspomniane dwa miliony euro dziennie to suma wymieniona w projekcie wiceprezesa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, jeżeli krnąbrna Polska nie zawiesi działania Izby Dyscyplinarnej. Przypomnimy, że Izba Dyscyplinarna to w założeniu jeden z najskuteczniejszych narzędzi pisowskiej reformy wymiaru sprawiedliwości, który służyć ma dyscyplinowaniu niepokornych sędziów, którzy ośmielają się mieć odmienne i krytyczne zdanie wobec tego, co PiS wyczynia z zasadami prawa. 5 grudnia 2019 roku Sąd Najwyższy w pełnym składzie uchwalił, iż Izba Dyscyplinarna nie jest sądem w rozumieniu prawa UE i krajowego. Opanowany przez PiS Trybunał Konstytucyjny zawiesił tę uchwałą, a Izba Dyscyplinarna pracuje dalej. Teraz przyszedł czas na ruch instytucji europejskich.
Projekt postanowienia wiceprezesa TSUE może wejść w życie już w przyszłym tygodniu. Nie podporządkowanie się Polski postanowieniu oznacza, że Polska będzie płacić tę gigantyczna karę.
Przecieki, najprawdopodobniej kontrolowane, o planowanych ruchach TSUE pojawiły się w sieciach społecznościowych już w zeszłym tygodniu. Teraz napisała o tym polskie media, w tym „Rzeczpospolita„.
Pytanie, co Polska teraz zrobi. Oficjalnie do 13 lutego ma czas, by Trybunałowi przedstawić swoje wyjaśnienia, ale to nie wstrzymuje wcześniejszych działań TSUE. Można domniemywać, że informacja o projekcie postanowienia i ogromnych sumach, jakie musiałoby płacić państwo polskie, ma służyć otrzeźwieniu i zmiękczeniu stanowiska strony polskiej przed mającymi nastąpić wyjaśnieniami. Do tej pory prawnicy, związani z władzą argumentowali, że sędziowie w Polsce mają wciąż gwarantowaną niezawisłość, nie ma zatem powodów do interwencji, a organizacja pracy sędziów to zakres kompetencji państw członkowskich, zatem organy unijne nie mają podstaw do interwencji.

TSUE przyhamuje autorytaryzm Orbana?

Stwierdzenie niezgodności z prawem Unii Europejskiej ustawy utrudniającej finansowanie organizacji niewygodnych dla władz zapowiedział rzecznik Trybunału Sprawiedliwości UE Manuel Campos Sánchez-Bordona.Jego opinia jest zapowiedzią wyroku, który niebawem wyda najwyższa prawna instytucja wspólnoty. Oznacza to, że organizacje pozarządowe nad Balatonem nie będą pozbawione środków z zagranicy.

W obliczu słabości politycznej opozycji na Węgrzech, organizacje pozarządowe w ostatnich latach były najsilniejszymi ośrodkami występującymi w obronie praw obywatelskich i praw człowieka. Podczas kryzysu migracyjnego, kiedy rząd Victora Orbana umieszczał uchodźców w obozach koncentracyjnych, obywatelom grożąc karami za udzielenie im schronienia, a na bilbordach pojawiały się hasła szczujące na przybyszy z krajów ogarniętych wojną i głodem, to właśnie NGOsy demaskowały działania władzy najskuteczniej,
W odpowiedzi, w 2017 r. Węgry przyjęły ustawę dotyczącą finansowania organizacji obywatelskich, otrzymujących wsparcie z zagranicy. Rząd przepychając ustawę przez parlament, wskazywał, że zagrożeniem jest „obca agentura”, której głównym patronem jest złowrogi finansista George Soros. Zgodnie z literą ustawy, organizacje podlegają rejestracji przez węgierskie organy jako „organizacje otrzymujące wsparcie zagraniczne”, gdy wysokość darowizn otrzymanych w danym roku osiągnie określony próg.
NGOsy muszą wyszczególniać nazwiska lub nazwy darczyńców, od których wsparcie wynosi co najmniej 500 tys. forintów (ok. 1,5 tys. euro), oraz podawać dokładną kwotę wsparcia. Informacje te podlegają następnie ogłoszeniu na platformie elektronicznej, do której dostęp jest publiczny i bezpłatny. Oprócz tego dane organizacje obywatelskie muszę podać na swojej stronie internetowej i w swoich publikacjach, że są „organizacją otrzymująca wsparcie zagraniczne”.
Ustawę do TSUE zaskarżyła Komisja Europejska, której zdaniem prawo ustanowione przez Budapeszt narusza szereg praw chronionych Kartą praw podstawowych Unii Europejskiej. Chodzi o przepisy chroniące prywatność, dane osobowe i wolność zrzeszania się.
Rzecznik TSUE podzielił opinię KE, co jest niejako zapowiedzią wyroku, który zostanie ogłoszony w ciągu najbliższych tygodni. Węgry będą musiały zmodyfikować swoje przepisy tak, aby nie stały w sprzeczności z prawem unijnym.