Suwerenność w ramach Unii – skąd i dokąd?

W sporze między rządem PiS, a Komisją Europejską i Trybunałem Sprawiedliwości UE jest od kilku dni w użyciu argument: Niemcom wolno więcej. Chodzi o wyrok niemieckiego Sądu Konstytucyjnego w Karlsruhe, który uznał, że w określonym przypadku wewnętrzne prawo niemieckie nie jest podległe prawu europejskiemu.

Ponieważ wbrew stanowisku naszego TK, TSUE wydał niedawno zabezpieczenie w sprawie dotyczącej Izby Dyscyplinarnej SN, mówi się, że trybunał niemiecki może bezkarnie krytykować i nie zgadzać się z orzeczeniami TSUE, czy innych instytucji europejskich, a nasz TK nie. Mamy więc rzekomo do czynienia z ewidentnie różnym traktowaniem obu trybunałów.
Otóż nic bardziej mylnego. Bezpośrednie porównywanie obu przypadków nie ma sensu, gdyż jeden trybunał orzeka w sprawie zgodności z konstytucją swojego państwa, a drugi w sprawie zgodności z konstytucją swojego. To nie jest jedna i ta sama konstytucja, która jest przetłumaczona na dwa języki i obowiązuje tu i tu, jeden do jednego.
Po drugie – materia jest zupełnie inna. W przypadku Trybunału z Karlsruhe chodzi o kompetencje Europejskiego Banku Centralnego do skupowania obligacji państwowych i innych papierów wartościowych. Jest to więc kwestia z zupełnie innego obszaru niż ten, który dotyczy polskiego wymiaru sprawiedliwości. To są zastrzeżenia natury, że tak powiem, trzeciorzędnej w stosunku do zastrzeżeń, które są formułowane przez TSUE pod adresem polskiego wymiaru sprawiedliwości. Tam różnica polega na różnicy poglądów w kwestiach finansowych, co skutkuje obecnie pewnym rodzajem dialogu. Na ma podważania kompetencji instytucji europejskich i na pewno nie ma także konfliktowania się z Unią Europejską, jako całością.
Natomiast przedmiotem sporu między polskim wymiarem sprawiedliwości, a TSUE i Komisją Europejską są zasady, na których zbudowana jest Unia Europejska – czyli władza prawa i praworządność. Zachowania, jakie prezentuje polski TK są traktowane jako zachowania, które kwestionują fundamenty UE. To jest zasadnicza różnica. Porównywanie wyroku sądu z Karlsruhe w kwestiach bankowości i finansów z materią orzeczeń naszego TK, jest całkowitym pomieszaniem pojęć.

Jesteśmy najlepsi!

Mamy taki brzydki zwyczaj, że na wszystkie sposoby oczerniamy każdego żyjącego i nieżyjącego wroga.

Jedną ze sprawdzonych metod jest jego porównywanie do innego wroga, bardziej znanego z historii, przypisywanie mu podobnych wad i chęci szkodzenia naszemu społeczeństwu.
Porównania
Czytelnik zechce zauważyć, że te porównania mają z reguły na celu wykazanie, a nawet udowodnienie, że porównywana osoba zasługuje na potępienie. Nie słyszałem, aby w znanym mi środowisku ktoś mówił – „działasz podobnie jak święty Franciszek, albo ojciec Pio!”. Wyjątkiem bywają porównania dotyczące spraw męsko – damskich. Czasem nagana może być wtedy także ukrytą formą uznania. Jeśli rozmawia kilka zaprzyjaźnionych pań, to można usłyszeć, że „ten Kowalski, to istny Casanowa”. „To prawda, ale jego przyjaciel Wiśniewski jest wprawdzie mniej sympatyczny, jednak to ma podobno jak u konia!!”.
Obserwując nasze życie polityczne doszedłem do wniosku, że w Polsce porównania tego rodzaju mogą także służyć udowadnianiu, że w określonych dziedzinach jesteśmy od kogoś lepsi, że potrafimy każdy błąd lub potknięcie przekształcić w sukces, wprowadzający w zachwyt liczącą się część naszej populacji.
Widzę dwie zazębiające się dziedziny, w których wszelkie porównania dowodzą, że pod rządami ekipy „zjednoczonej prawicy” jesteśmy najlepsi w Europie. Pierwsza to samouwielbienie i druga – to propaganda. Propaganda jest w znacznej części wykorzystywana do umacniania samouwielbienia, ale ma jednak szerszy zakres. Zdarza się, że wypowiedzi przedstawicieli władzy i ich twórcza interpretacja przez niektóre środki masowego przekazu zawierają pochwały kogoś lub czegoś, mimo, że nie wynikają z samouwielbienia. Takie nieplanowane przypadki świadczące o tym, że małe cząstki suwerena zachowują jeszcze samodzielność myślenia.
Choroba samouwielbienia
Samouwielbienie jest chorobą, która – jak epidemia koronawirusa – zdarza się we wszystkich krajach. Może przechodzić niemal bezobjawowo. Staje się szkodliwa wtedy, gdy jej objawy są zbyt wyraźne i może być groźna, jeśli zaczyna budzić wesołość poprzedzaną uśmiechem politowania. Klinicznymi przykładami samouwielbienia było słynne uznanie za zwycięstwo głosowania 27:1 przy wyborze Donalda Tuska na drugą kadencję przewodniczenia Radzie Europejskiej. Potem uznawano za sukces każde głosowanie nad votum zaufania dla kilku ministrów, które zawsze wygrywał PIS, bo zajmował w sejmie więcej foteli. Wynik głosowania był więc pewny, ale mimo to były kwiaty, gratulacje, pochwały i radosne uśmiechy.
Samouwielbienie widoczne jest w publicznych wystąpieniach wodza czołowej partii, prezydenta, premiera i bardziej ważnych wicepremierów i ministrów. Też budzą uśmiech, powtarzając niemal dosłownie to, co wódz powiedział.
Merytoryczna warstwa tych przemówień podtrzymywana jest niezmiennym przekazem podprogowym. Utrwala on u znacznej części suwerena kilka opinii. Nigdy nic nie sknociliśmy, wszystko się udaje, naród jest głęboko wdzięczny za 500+ i inne rozdawane dodatki. Naród wie, że w sporach z UE my mamy zawsze rację. Nie straszne mu nawet wyrzeczenia związane z pandemią koronawirusa, bo wierzy prawicowej władzy, uwielbia wodza i podziwia jego skromność. Wszyscy popieramy „naszego” prezydenta i gdyby przyspieszyć wybory powszechne, to także bez trudu byśmy je wygrali.
Z bólem mego chorego serca przyznaję, że informacje i fantazje wynikające z samouwielbienia władzy, znaczna część suwerena chłonie jak gąbka. Nie dziwię się. Każdy człowiek marzy o szczęśliwej przyszłości.. A my przecież wstaliśmy z kolan. Wypoczęte nogi mogą nas zanieść daleko.
Moja pamięć sięga okresu przedwojennego. Obecne osiągnięcia „samouwielbienia władzy” można w naszej historii porównać tylko z wysiłkami obozu sanacyjnego, zaostrzonymi atmosferą zbliżającego się konfliktu zbrojnego. Nie było wtedy telewizji, ale z pomocą radia i prasy władze potrafiły wmówić większości społeczeństwa, że Niemcy tylko blefują, czołgi mają z drewna, dykty i tektury, jak popularne wówczas samochody DKW. Ich samoloty nie mają żadnych szans w walce z naszymi Łosiami. Nasza, najlepsza na świecie kawaleria rozniesie w pył ich piechotę. Ich fuhrer to tylko kapral, a naszą armią dowodzi sprawdzony w boju marszałek.
Propaganda – broń zaczepna
Propaganda we wszystkich powojennych fazach naszego rozwoju też nie wytrzymuje konkurencji z obecnym jej nasileniem. Trudno się dziwić, bo jej główną bronią jest teraz telewizja, a pierwsze polskiej produkcji telewizory „Wisła” zaczęto wytwarzać dopiero w 1956 roku, czyli „za Gomułki”. Ale dopiero „za Gierka” telewizor stał się głównym, „masowym” instrumentem przekazu informacji. Wprawdzie nie opanowano jeszcze strategii i techniki przekazu podprogowego, informacje o sukcesach gospodarczych były więc względnie prawdziwe i uzupełniane prostą, pozytywną oceną. „Za Tuska” telewizja zrobiła znaczący krok w nowoczesną technikę przekazu, ale jej propagandowa siła nie była jeszcze w pełni doceniana.
Wszystko się zmieniło, jak nastały czasy „dobrej zmiany”. Telewizję państwową, czule nazywaną „reżimową” albo „publiczną”, nasycono nowymi ludźmi i nowym kierownictwem. Robią to, co robią, bo albo uwierzyli w słuszność i świetlaną przyszłość systemu autokratyczno – demokratycznego, albo są zafascynowani „trzymającym władzę” zwykłym posłem, albo po prostu są koniunkturalistami. Kanały tej telewizji stały się głównym źródłem propagandy rządzącej partii i jej rządu. Jak zawsze w takich przypadkach wykształcono równoległy nurt personalnej walki z wszystkimi, których „władza” uważa za opozycję, ukrytych wrogów lub zazdrośników, usiłujących przeszkadzać w budowie szczęśliwego społeczeństwa.
Przyznaję ze skruchą, że mój podziw dla konsekwencji tych działań stale rośnie. Propaganda sterowana przez ośrodki władzy sięga wszystkich dziedzin życia suwerena, prostuje jego poglądy złośliwie fałszowane przez ciągle totalną opozycję, umiejętnie sięga do tej jego części, która jest słabiej wykształcona, mniej czyta i jest bardziej wrażliwa na bodźce materialne.
Mam oczywiście brzydkie i niemoralne myśli, ale nasilenie i formy tej propagandy przypominają mi znowu czasy wojny i umiejętność przekonywania z natury racjonalnych Niemców, do celowości działań uwieńczonych wojną totalną i ludobójstwem. Tego poziomu jeszcze nie osiągamy, W III Rzeszy nie ukrywano prymatu propagandy, utworzono nawet specjalne ministerstwo Propagandy i Oświecenia Publicznego, kierowane przez bezgranicznie wiernego wodzowi inteligenta, z legalnie pozyskanym tytułem doktora. Znawcy tematu uważają, że jego najważniejsze osiągnięcia propagandowe widoczne były już kilka lat przed wojną i dotyczyły czterech tematów – uwielbienia wodza przez naród, czyli pierwowzoru kultu jednostki, znienawidzenia i konieczności eliminacji Żydów, uznania innych nacji a zwłaszcza Słowian za podludzi i konieczności wojny, zapewniającej przestrzeń życiową i panowanie Niemców w Europie.
Podobieństwa
To obrzydliwe, – ale porównajmy. Kult jednostki nasza propaganda intensywnie rozwija, wynosząc na piedestał sprawującego faktyczną władzę „zwykłego posła”. Ukrytych, nienawistnych wrogów zaczynamy dostrzegać w Komisji Europejskiej i unijnym Trybunale Sprawiedliwości. Ośmielają się krytykować nasze genialne rozwiązania w organizacji wymiaru sprawiedliwości. Uznajemy, że część naszych obywateli należy do „drugiego sortu” i ze wstrętem patrzymy na potencjalnych imigrantów o bardziej ciemnej skórze. Żadnej wojny jeszcze nie popieramy, ale usiłujemy być – jak przed II wojną – „silni, zwarci i gotowi”, wydając i planując wydawanie coraz większych pieniędzy na militarną technikę. Radośnie patrzymy w przyszłość, bo nasz prezydent zapewnił, że jeśli wygra wybory, to nigdy nie podpisze niczego, co zmniejszałoby 500+ albo groziło ponownym podwyższeniem wieku emerytalnego. Jak powiedział: zawsze Polska+, nigdy Polska – ! Ładne hasło, chociaż nikt go nie rozumie.
W ramach pokuty za liczne grzechy obejrzałem w czasie jednej z ostatnich niedzieli wieczorny dziennik w I programie TVP. W czasie półgodzinnego dziennika prowadzący i zaproszeni goście 14 razy poinformowali ciemnego suwerena, że w czymś „jesteśmy najlepsi”. Czegóż tam nie było!. Chwalą nas na świecie za rozwiązania zmniejszające „pole rażenia” koronawirusa i biorą z nas przykład. Wielu europosłów z innych krajów podziwia nasze rozwiązania w wymiarze sprawiedliwości. Prezydent USA rozmawiał przez telefon z naszym prezydentem aż pół godziny, a to rzadko się zdarza. Nasz premier i ministrowie witali na lotnisku maseczki, które przyleciały z Chin największym na świecie samolotem AN225 Mrija (czyli Marzenie) zaprojektowanym i wyprodukowanym przez zakłady Antonowa. Dlaczego tak szumnie wita się maseczki? Bo to właśnie piękny akcent propagandowy. Ale trzeba podziwiać samozaparcie antykomunistycznego premiera, który z zachwytem oglądał samolot wyprodukowany przez komunistów w ZSRR i dostarczył produkty wytworzone przez komunistyczne Chiny. Widocznie lubi cudzych komunistów. Tylko polscy postkomuniści mu się nie podobają.

Unia to nie my!

Trybunał Sprawiedliwości UE zobowiązał Polskę do natychmiastowego zawieszenia stosowania przepisów dotyczących Izby Dyscyplinarnej SN w sprawach dyscyplinarnych sędziów. Wniosek o tymczasowe zawieszenie – do czasu wydania ostatecznego wyroku przez TSUE – złożyła Komisja Europejska.

Taka decyzja TSUE jest dla normalnego kraju należącego do Unii święta. Szczególnie, że za niewykonanie jej są naliczabe wielomilionowe kary. Za każdy dzień obsuwy, i to w euro.
Polska w Unii chyba nie jest. Premier Morawiecki zamiast się podporządkować rzucił najpierw, że „Przekażemy odpowiedź w stosownym czasie”. Pogoniony przez PiS Morawiecki chwilę później się poprawił. „Reforma sprawiedliwości jest kompetencją wyłącznie Polski” – rzucił, wstając z kolan.
– Premier Mateusz Morawiecki – po dokonaniu szczegółowej analizy – skieruje do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o rozstrzygnięcie powstałego sporu prawnego – uzupełnił wypowiedź szefa rzecznik rządu Piotr Müller.
Tyle, że w orzeczeniu TSUE stało jak byk, że klamka zapadła i skoro Polska jest członkiem UE, to żaden TK nie ma tu już nic do gadania. „Chociaż organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji państw członkowskich UE, to mają one obowiązek dotrzymywać zobowiązań wynikających dla nich z prawa Unii” – zaznaczył przecież TSUE.
Za premierem poszli politycy PiS. Jęli na wyprzódki opowiadać głupoty, w które wierzyć mogą tylko ignoranci lub wyznawcy partii w Polsce rządzącej.
– Zaskakujące jest, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej Izbę Dyscyplinarną traktuje jako tylko tę zajmującą się sprawami sędziowskimi. Nasuwa mi się taka prosta konkluzja, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej podobnie jak Komisja Wenecka przeistoczyły się w związek zawodowy sędziów w Europie – powiedział poseł PiS Włodzimierz Bernacki. – Dbają przede wszystkim o to, aby zabezpieczyć interesy jednej grupy zawodowej, w tym wypadku sędziów – dodał.
– Kwestia organizacji sądownictwa to wyłączna kompetencja państwa członkowskiego. Dlatego wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego jest absolutnie niezrozumiały i łamie unijne prawo – poszła na całość w Polskim Radiu 24 Beata Kempa, eurodeputowana PiS.
Mówiła też, że Izba Dyscyplinarna SN decyzję TSUE chce skierować do Trybunału Konstytucyjnego, bo teraz to właśnie na barkach TK będzie spoczywać rozstrzygnięcie sporu, który wyniknął w związku z orzeczeniem TSUE. I standardem pisowskim powołała się na Niemcy.
– Podobnie sytuacja wyglądała w Niemczech. To tamtejszy Trybunał Konstytucyjny orzekł jednoznacznie, że niemiecka konstytucja stoi w tym zakresie nad prawem UE – zaznaczyła Beata Kempa.
Wywód kończyła tym, że Polska nie przyjmuje do wiadomości orzeczenia TSUE jako takiego, które należy natychmiast wykonywać.
– Dlatego, że TSUE został wprowadzony w błąd lub świadomie chce wchodzić w gry polityczne.
„Postanowienie TSUE ma wymiar symboliczny. Niezależnie od brutalnego wejścia w polski porządek prawny, trudno nie dostrzec czasu wydania” – to z kolei twitterowa reakcja wiceministra sprawiedliwości Michała Wójcika.
Inny wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta też się odezwał na Twitterze i uznał, że TSUE „uzurpuje sobie kompetencje, których nikt temu trybunałowi nie przekazał”.
– Oznacza to, że mielibyśmy jako Polska słuchać się rozkazów UE w sytuacji, gdy wcześniej jako Polska nie pozwoliliśmy UE wydawać sobie takich rozkazów. To nie wygląda mi na zasadę lojalnej współpracy – mówił potem w materiale wideo Kaleta. Dodając, że „sprawa jest rozwojowa – na pewno będziemy bronili polskiej suwerenności”.
– Z koronawirusem UE nie potrafi sobie poradzić, ale żeby Polskę pogrillować oczywiście, zawsze znajdzie się czas i środki – Kaleta nie odmówił sobie niekompetentnego komentarza.
– Dobrze, że premier ogłosił, iż Trybunał Konstytucyjny będzie również zajmował się sprawą tego postanowienia. Zatem ta sprawa będzie miała swój dalszy bieg, ale raczej w tym organie, zgodnie z polskim porządkiem konstytucyjnym – zakończył swój aeuropejski wywód wiceszef polskiej sprawiedliwości.
Rzecznik rządu Piotr Müller też rzucił kolejne co nieco.
– Zgodnie z konstytucją to TK jest „sądem ostatniego słowa” w zakresie badania zgodności poszczególnych aktów prawa w ramach określonej w konstytucji hierarchii źródeł prawa i to TK powinien rozstrzygnąć powstały spór – uznał Piotr Müller i stwierdził, że oczekiwanie, że rząd „zamrozi” część Sądu Najwyższego, albo „zawiesi w czynnościach” określonych sędziów, „byłoby bardzo poważnym naruszeniem zasady niezawisłości sędziowskiej, złamaniem zasady trójpodziału władzy i naruszeniem Konstytucji”.
Niepytany przez nikogo Przemysław Czarnek, poseł Prawa i Sprawiedliwości, też popisywał się euroignorancją, uznając, że decyzja TSUE jest „fundamentalnie sprzeczna z praworządnością i kompromituje UE”.
– To jest uzurpacja kompetencji do wkraczania w wewnętrzne materie państw członkowskich. To haniebna decyzja Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, nie mająca żadnych podstaw prawnych w traktatach unijnych – gardłował Czarnek. Według niego, „wykonanie tego rodzaju decyzji TSUE, byłoby pogwałceniem polskiej konstytucji”.
Najdelikatniej obeszła się z postanowieniem następna wiceminister sprawiedliwości Anna Dalkowska. Podkreśliła ledwie, że TSUE odniósł się jedynie do funkcjonowania Izby Dyscyplinarnej SN w zakresie postępowań dyscyplinarnych sędziów.
Taki chór prominentnych polityków obozu władzy wskazywałby, że w Unii Europejskiej już nie jesteśmy. „Financial Times” znalazł jednak dowód na to, że nie tylko z powodu niebrania pod uwagę najwyższego trybunału unijnego. Brytyjska gazeta wykazała, że poza Europą stawiają nas forsowane bez kampanii wyborczej wybory prezydenckie.
„To niepotrzebne szaleństwo mówi wiele o politycznej celowości PiS i jego pogardzie dla demokratycznych norm” – stwierdził brytyjski dziennik.
„Financial Times”uznał, że tak Jarosław Kaczyński, jak i węgierski premier Viktor Orban, wykorzystują kryzys wywołany koronawirusem, by umocnić swoją pozycję w kraju. Najciekawszą jednak konstatacją „Financial Times” jest zwrócenie uwagi na brak stanowczej reakcji i krytyki któregokolwiek z krajów członkowskich Unii Europejskiej wobec działań w Polsce i na Węgrzech. Brytyjskie pismo stwierdza wprost, że kraje członkowskie UE nie mogą wzruszać ramionami, gdy podejmowane są decyzje sprzeczne z zasadami, na których opiera się zjednoczona Europa.
I chyba tu jest klucz do wszystkiego. Próby rozmów z rządem PiS w wydaniu Komisji Europejskiej i naiwna wiara w dobre intencje Morawieckiego – doprowadziły do tego co jest, czyli Polski poza Unią. Nikt w Europie nie zdobył się na to, żeby Kaczyńskiemu i Dudzie powiedzieć, że przeprowadzone bez kampanii w warunkach epidemii wybory, Europa uzna za nieważne. I żaden kraj nie zaprosi nieuznawanego za prezydenta, faceta, który w takich wyborach wygra.
Pewnie takiej deklaracji PiS by się nie przestraszył, ale Andrzejowi Dudzie byłoby głupio być z powodu niezapraszania za granicę na czteroletniej, krajowej kwarantannie.

Dwa miliony euro dziennie kary za Izbę Dyscyplinarną?

Ta drakońskiej wysokości kara jest, jak się zdaje jedynym sposobem, który jest w stanie przemówić politykom PiS do rozsądku, bo u nich jest on ciasno związany z kieszenią. Czy Polskę stać na wojnę z UE?

Wspomniane dwa miliony euro dziennie to suma wymieniona w projekcie wiceprezesa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, jeżeli krnąbrna Polska nie zawiesi działania Izby Dyscyplinarnej. Przypomnimy, że Izba Dyscyplinarna to w założeniu jeden z najskuteczniejszych narzędzi pisowskiej reformy wymiaru sprawiedliwości, który służyć ma dyscyplinowaniu niepokornych sędziów, którzy ośmielają się mieć odmienne i krytyczne zdanie wobec tego, co PiS wyczynia z zasadami prawa. 5 grudnia 2019 roku Sąd Najwyższy w pełnym składzie uchwalił, iż Izba Dyscyplinarna nie jest sądem w rozumieniu prawa UE i krajowego. Opanowany przez PiS Trybunał Konstytucyjny zawiesił tę uchwałą, a Izba Dyscyplinarna pracuje dalej. Teraz przyszedł czas na ruch instytucji europejskich.
Projekt postanowienia wiceprezesa TSUE może wejść w życie już w przyszłym tygodniu. Nie podporządkowanie się Polski postanowieniu oznacza, że Polska będzie płacić tę gigantyczna karę.
Przecieki, najprawdopodobniej kontrolowane, o planowanych ruchach TSUE pojawiły się w sieciach społecznościowych już w zeszłym tygodniu. Teraz napisała o tym polskie media, w tym „Rzeczpospolita„.
Pytanie, co Polska teraz zrobi. Oficjalnie do 13 lutego ma czas, by Trybunałowi przedstawić swoje wyjaśnienia, ale to nie wstrzymuje wcześniejszych działań TSUE. Można domniemywać, że informacja o projekcie postanowienia i ogromnych sumach, jakie musiałoby płacić państwo polskie, ma służyć otrzeźwieniu i zmiękczeniu stanowiska strony polskiej przed mającymi nastąpić wyjaśnieniami. Do tej pory prawnicy, związani z władzą argumentowali, że sędziowie w Polsce mają wciąż gwarantowaną niezawisłość, nie ma zatem powodów do interwencji, a organizacja pracy sędziów to zakres kompetencji państw członkowskich, zatem organy unijne nie mają podstaw do interwencji.

TSUE przyhamuje autorytaryzm Orbana?

Stwierdzenie niezgodności z prawem Unii Europejskiej ustawy utrudniającej finansowanie organizacji niewygodnych dla władz zapowiedział rzecznik Trybunału Sprawiedliwości UE Manuel Campos Sánchez-Bordona.Jego opinia jest zapowiedzią wyroku, który niebawem wyda najwyższa prawna instytucja wspólnoty. Oznacza to, że organizacje pozarządowe nad Balatonem nie będą pozbawione środków z zagranicy.

W obliczu słabości politycznej opozycji na Węgrzech, organizacje pozarządowe w ostatnich latach były najsilniejszymi ośrodkami występującymi w obronie praw obywatelskich i praw człowieka. Podczas kryzysu migracyjnego, kiedy rząd Victora Orbana umieszczał uchodźców w obozach koncentracyjnych, obywatelom grożąc karami za udzielenie im schronienia, a na bilbordach pojawiały się hasła szczujące na przybyszy z krajów ogarniętych wojną i głodem, to właśnie NGOsy demaskowały działania władzy najskuteczniej,
W odpowiedzi, w 2017 r. Węgry przyjęły ustawę dotyczącą finansowania organizacji obywatelskich, otrzymujących wsparcie z zagranicy. Rząd przepychając ustawę przez parlament, wskazywał, że zagrożeniem jest „obca agentura”, której głównym patronem jest złowrogi finansista George Soros. Zgodnie z literą ustawy, organizacje podlegają rejestracji przez węgierskie organy jako „organizacje otrzymujące wsparcie zagraniczne”, gdy wysokość darowizn otrzymanych w danym roku osiągnie określony próg.
NGOsy muszą wyszczególniać nazwiska lub nazwy darczyńców, od których wsparcie wynosi co najmniej 500 tys. forintów (ok. 1,5 tys. euro), oraz podawać dokładną kwotę wsparcia. Informacje te podlegają następnie ogłoszeniu na platformie elektronicznej, do której dostęp jest publiczny i bezpłatny. Oprócz tego dane organizacje obywatelskie muszę podać na swojej stronie internetowej i w swoich publikacjach, że są „organizacją otrzymująca wsparcie zagraniczne”.
Ustawę do TSUE zaskarżyła Komisja Europejska, której zdaniem prawo ustanowione przez Budapeszt narusza szereg praw chronionych Kartą praw podstawowych Unii Europejskiej. Chodzi o przepisy chroniące prywatność, dane osobowe i wolność zrzeszania się.
Rzecznik TSUE podzielił opinię KE, co jest niejako zapowiedzią wyroku, który zostanie ogłoszony w ciągu najbliższych tygodni. Węgry będą musiały zmodyfikować swoje przepisy tak, aby nie stały w sprzeczności z prawem unijnym.

Albo wyrok TSUE, albo Polexit

PiS zaostrza swoją politykę i brnie coraz dalej, co doprowadzi do kompletnego chaosu w systemie prawnym, a także w końcu – może szybciej niż sądzi – do kolejnych wyroków TSUE. Mówiąc wprost, tego typu działania oznaczają stopniowe wyprowadzanie Polski z UE, bo nierealizowanie wyroków TSUE do tego prowadzi – mówi senator Marek Borowski w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

PiS złożył do Sejmu projekt ograniczający niezależność sędziowską. Sędziowie będą karani wydaleniem z zawodu np. za kwestionowanie niezależności neo-KRS. To przekroczenie kolejnej granicy?

MAREK BOROWSKI: PiS zaostrza swoją politykę i brnie coraz dalej, co doprowadzi do kompletnego chaosu w systemie prawnym, a także w końcu – może szybciej niż sądzi – do kolejnych wyroków TSUE. Mówiąc wprost, tego typu działania oznaczają stopniowe wyprowadzanie Polski z UE, bo nierealizowanie wyroków TSUE do tego prowadzi.

Pan nie nie jest z tych, którzy histeryzują i używają słów na wyrost. Jest zatem aż tak źle?

Tak uważam, chyba że PS się cofnie i to są straszaki. Ponieważ kolejny wyrok TSUE jest nieunikniony, to nie ma innego wyjścia – albo będzie się go realizować, albo wyprowadzać Polskę z Unii.

Czy takie metody to już dyktatura?

To metody np. na wzór Turcji, gdzie zamyka się dziennikarzy. Zdaje się, że jesteśmy już prawie na tym poziomie. To nie jest jeszcze zamykanie sędziów, bo na razie grozi im się usunięciem z zawodu, ale zrobienie tego to wprost likwidacja podstaw demokratycznego państwa i żadne opowieści, że to jest walka z anarchią, którą spowodowali sędziowie, tego nie zmienią. A jeszcze pan prezydent dodaje, krzycząc jak zwykle, że to kasta się broni i to są postkomuniści. To wszystko razem sprawia, że mam wrażenie, że śnimy jakiś sen szalonego wariat, bardzo mroczny sen. Do tej anarchii doprowadziły działania PiS-u, Kaczyńskiego, a zwłaszcza Ziobry. Ja w ogóle jestem zaskoczony, że Kaczyński tak długo Ziobrę toleruje, chyba że się z nim całkowicie zgadza, bo Ziobro wsadził go już kilkukrotnie na minę. Przypomnę chociażby ustawę o IPN czy o Sądzie Najwyższym. Z tego wszystkiego trzeba się było ze wstydem wycofywać.

Anarchię wywołały działania PiS-u. Gdyby nie było wyroku SN, to można by powiedzieć, że to sędziowie się anarchizują, ale przykład SN pokazał, że te działania anarchizujące system prawny wyszły od rządu PiS-u i są kontynuowane. Do tego dokłada się Andrzej Duda, który wypowiada haniebne słowa. Kłamstwa, które tak łatwo wychodzą z ust prezydenta, że sędziowie się bronią, ponieważ bronią układu – nie wiadomo jakiego, postkomunistycznego, chociaż sędziów mianowanych w tamtych czasie jest zaledwie ok. 7 proc. Poza tym – to co, że byli mianowani na sędziów w starym systemie? Jarosław Kaczyński robił magisterium i doktorat wtedy, a profesorowie, u których się uczył, choć się nie nauczył Andrzej Duda, również zdobywali tytuły w tamtych czasach. Po prostu ludzie zdobywali różne zawody, m.in. zawód sędziego. Jak słucham Andrzeja Dudy, to najgorsze słowa przychodzą mi na myśl.

Prezydent mówi o sędziach stanu wojennego, którzy orzekają ciągle, a kilka dni wcześniej zaprzysiągł na sędziego TK Stanisława Piotrowicza, prokuratora PRL, który oskarżał opozycjonistów. Czy prezydent nie zachowuje się schizofrenicznie?

To nie tylko schizofrenia, ale i potworna hipokryzja i pełne podporządkowanie się partii politycznej, z której się wywodzi. Zero niezależności, zero samodzielnego myślenia. Gołym okiem widać, że hipokryzja się leje szerokim strumieniem z tych działań.

Jak mówią rządzący, to, że Marian Banaś pozostaje na stanowisku szefa NIK-u, to wina opozycji, bo nie chce zmienić z PiS konstytucji. Czuje się pan winny?

Zastanawiam się, kiedy i za co można w ogóle winić opozycję. Gdyby opozycja wezwała ludzi do ataku na Sejm, i to by się stało, to winna byłaby opozycja, ale nic takiego nie ma miejsca. Żadne wezwania do łamania prawa również nie mają miejsca. W związku z tym obwinianie opozycji oznacza absolutną bezradność tej ekipy.

A może dobry pomysł na PR w tej destrukcyjnej sytuacji dla PiS?

Oczywiście, że tak, chociaż to śmieszne. Nie wiem, czy ktokolwiek uwierzy, łącznie z wyborcami PiS-u. To PiS wypromował Banasia, wybrał go na stanowisko, nie potrafił dobrze sprawdzić, zabierał opozycji głos, gdy miała zastrzeżenia do Banasia, a dziś się sam z tym miota. Nie będziemy zmieniać konstytucji dla jednego człowieka, nie mówiąc już o tym, że zachodzi pytanie, czy prawo może działać wstecz.

W państwie PiS wszystko może się stać.

Tylko dlaczego opozycja ma przykładać do tego rękę? Jest Trybunał Stanu i PiS może skierować tam sprawę Banasia i wcale nie potrzebuje do tego opozycji, choć myślę, że do tego akurat opozycja rękę przyłoży. Tylko warunek jest taki, że PiS musiałby ujawnić to wszystko, co CBA i inne służby ustaliły, także akt oskarżenia, który skierowały do prokuratury. PiS nie chce tego ujawnić z tych samych powodów, z jakich nie chcą ujawnić podpisów pod listami sędziów do neo-KRS. Podejrzewam, że ujawnienie ich pokazałoby skalę zaniedbań ze strony służb i dałoby okazję do wielu pytań odnośnie do pracy służb. Opozycja nie może złożyć takiego wniosku, bo ma szczątkowe informacje. Zatem wszystko w rękach PiS-u.

Europosłanka Beata Kempa boi się, że NIK dostał na nią “zlecenie”, bo “dostaje takie sygnały”. Jak pan to skomentuje?

To na pewno bardzo podnosi jej rangę i myślę, że o to chodzi.

Czy NIK rzeczywiście może skutecznie kąsać rządzących? Poleje się krew?

Powiem pani szczerze, że mało mnie to interesuje. NIK jest kolejną instytucją kontroli demokratycznej, po TK, po KRRiT, po KRS, prokuraturze, która została zdemolowana przez PiS i przestaje odgrywać swoją rolę. NIK już nie będzie odgrywał swojej roli w tym składzie, w którym jest, i tu nie chodzi tylko o pana Banasia, ale też wiceprezesów NIK-u. To wszystko sprawia, że ta instytucja przestała być wiarygodna, więc wszystko jedno, jakie przyniesie wyniki badań, jeżeli będą niekorzystne dla rządu, to będzie mówił, tak jak o ostatnim raporcie, że to śmieszne zarzuty polityczne, a jak niekorzystne wyniki dla opozycji, to będą padały głosy, że to PiS-owski NIK. Tu nie ma dobrego wyjścia, i czy Banaś tam będzie, czy nie, to już bez znaczenia. To jest już tylko niewygodne dla PiS.

Jak pracuje się w Senacie, czuć oddech wolności?

Czuć zdecydowanie. Znacznie swobodniej się projektuje i myśl o tym, co i jak trzeba zrobić. Pierwsza ustawa – tzw. emerytki 56, której byłem inicjatorem i teraz jestem sprawozdawcą, już jest w komisji. Szykujemy następne i niezależnie od tego, co PiS z nimi zrobi, one będą w obiegu publicznym i ludzie będą widzieli, że można inaczej. Szykujemy też ustawę w kwestii sądownictwa i praworządności, o której mówił marszałek, która by naprawiała stan obecny i która jest konieczna w świetle wyroku TSUE i SN. My nie mamy złudzeń, że PiS będzie się bronił rekami i nogami, ale skończy się to, że projekty opozycji były chowane w Sejmie do szuflady i nikt się nawet o nich nie zająknął. Teraz będziemy o tym mówić nie tylko w Senacie i w Sejmie, ale też w kraju.

Kto będzie kandydatem PO na prezydenta?

Wszystkie wróble ćwierkają, że Małgorzata Kidawa-Błońska.

To dobry wybór?

Nie widziałem jeszcze żadnych sondaży, które by pokazywały nie tyle szanse na pozytywne głosowanie, ile na elektorat negatywny. Wydaje mi się, że ten elektorat, który w drugiej rundzie jest bardzo istotny, Kidawa-Błońska ma mniejszy.

A na lewicy kto powinien zostać kandydatem?

Tam jest parę osób, które mają potencjał intelektualny, aby stanąć w szranki. To Biedroń, Zandberg, pani wicemarszałek Senatu Morawska-Stanecka, pani Dziemianowicz-Bąk i szereg innych interesujących osób. Wybór nie jest łatwy, bo niektórych chcieliby wybrać, ale oni nie chcą, w innych przypadkach na odwrót. Trudno mi powiedzieć, co wewnątrz się gotuje, ale nie jest to konglomerat o krótkiej ławce. Na pewno nowa pani Ogórek się nie pojawi.

Apel o wykonanie wyroku

Mimo robienia przez rządzących dobrej miny do złej gry, doskonale oni wiedzą, że wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej jest niekorzystny dla Prawa i Sprawiedliwości.

Wyrok przyznaje Sądowi Najwyższemu kompetencję zbadania prawomocności funkcjonowania Krajowej Rady Sądownictwa i Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.
A ponieważ SN nie został przejęty przez PiS, więc rośnie liczba organizacji pozarządowych, wzywających władzę do wykonania wyroku TSUE.
„W związku z ogłoszonym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu ws. KRS i Izby Dyscyplinarnej, podkreślamy, że pełne wykonanie orzeczenia jest obowiązkiem wszystkich władz Rzeczypospolitej Polskiej. Wskazujemy, że państwo członkowskie UE, które nie przestrzega standardów dotyczących niezawisłości sądów krajowych nie może uczestniczyć w ponadnarodowej integracji europejskiej. Trybunał Sprawiedliwości uważa bowiem niezawisłość sędziowską za element wartości praworządności w rozumieniu art. 2 TUE, która jest nieodzowna dla funkcjonowania systemu prawnego Unii Europejskiej, a także do tego, by inne państwa członkowskie i instytucje unijne miały zaufanie do polskich sądów i do polskiego systemu sądowniczego.
Jeżeli wyrok TSUE nie zostanie zrealizowany szybko i w zgodzie ze standardami europejskimi, zasadą pewności prawa, a także z poszanowaniem praw obywateli, którzy pokładali zaufanie w polskim systemie sądownictwa, to nieuchronnie dojdzie do bezprecedensowego chaosu w systemie prawnym. Orzeczenia polskich sądów nie będą przede wszystkim korzystać z zasady wzajemnego zaufania i uznawania w innych państwach członkowskich UE.
Wskazujemy na to, że na prezesach sądów, sędziach, a także na ustawodawcy, KRS i pozostałych władzach państwowych ciąży ogromna odpowiedzialność, by w jak najszybszym czasie wykonać wyrok TSUE, by zagwarantować bezpieczeństwo prawne wszystkich obywateli UE” – stwierdza niedawny apel szeregu organizacji.
Są to między innymi: Amnesty International Polska, Fundacja im. S. Batorego, Forum Obywatelskiego Rozwoju, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Instytut Prawa i Społeczeństwa, Ogólnopolskie Stowarzyszenie Sędziów Sądów Administracyjnych, Forum Współpracy Sędziów, Stowarzyszenie im. prof. Zbigniewa Hołdy, Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex Super Omnia”, Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, Stowarzyszenie Sędziów „Themis”, Stowarzyszenie Wolne Sądy.
Wszystkie te organizacje niejednokrotnie krytykowały Prawo i Sprawiedliwość za naruszanie standardów praworządności. Teraz będą powtarzać swój apel, co stawia rządzących w niezręcznej sytuacji. Ale to przede wszystkim od Sądu Najwyższego będzie zależeć, co dalej. Należy oczekiwać, że niezwłocznie zajmie się on zbadaniem prawomocności działania KRS i Izby Dyscyplinarnej SN.

Pożegnanie z PiS-owską władzą nad sądami

Obecna Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego przestanie istnieć, a Krajowa Rada Sądownictwa będzie musiała zostać powołana na nowych zasadach. Trudno wyobrazić sobie inne konsekwencje wyroku TSUE.

Znaczna (szczególnie ta najbardziej niechętna wobec obecnej władzy) część środowiska sędziowskiego triumfuje po wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Orzekł on, iż to Sąd Najwyższy ostatecznie rozstrzygnie, czy Izba Dyscyplinarna SN może być uznana za niezależny i niezawisły sąd. Także Sąd Najwyższy oceni, czy Krajowa Rada Sądownictwa daje wystarczające gwarancje niezależności od organów władzy ustawodawczej i wykonawczej.

PiS strzelił samobója

Orzeczenie TSUE to bolesny cios dla obecnej ekipy. Sąd Najwyższy nie został dotychczas przejęty przez Prawo i Sprawiedliwość, toteż można się spodziewać, jakie będą jego wyroki w sprawie KRS oraz Izby Dyscyplinarnej.
Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” przypomina zatem, że w wypadku, gdyby Sąd Najwyższy uznał wadliwość powołania i funkcjonowania nowej Krajowej Rady Sądownictwa, niezbędne będzie podjęcie kroków w celu wybrania nowej KRS zgodnie z prawem unijnym.
Sędziowie apelują zatem do polityków o ułatwienia dla Polaków, poszkodowanych aktywnością partyjnych prawników.
Jak wielokrotnie podnosiło stowarzyszenie „Iustitia”, Krajowa Rada Sądownictwa, w której 23 spośród 25 członków powołali politycy, może nie spełniać warunków niezależności od władzy politycznej. Jeżeli Sąd Najwyższy, kierując się zaleceniami TSUE, stwierdzi, że nie jest ona organem niezależnym, może to oznaczać chaos prawny dla tysięcy obywateli polskich, gdyż przy udziale KRS powołano nie tylko sędziów Izby Dyscyplinarnej, ale również około 300 sędziów sądów powszechnych. Sędziowie ci od czasu powołania wydali tysiące wyroków.
W rezultacie „Iustitia” stwierdza: ponad 70 000 postępowań może zostać uznanych za wadliwe. Konieczne będzie zatem zapewnienie obywatelom skutecznej procedury wznowienia postępowań. Wygląda na to, że PiS, obejmując władzę nad Krajową Radą Sądownictwa, strzeliło sobie bramkę samobójczą.

A nie mówiliśmy?

– Jako stowarzyszenie „Iustitia” podkreślaliśmy od początku skutki błędów w odwoływaniu dotychczasowych i powoływaniu nowych członków KRS, a także Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Byliśmy z tego tytułu hejtowani w rządowych mediach oraz stawiani przed oblicze rzecznika dyscyplinarnego. W obliczu wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej najważniejsze jest uchronienie obywateli przed katastrofą prawną. Kilkuset tysiącom Polaków grozi anulowanie ich wyroków oraz fundamentalne pozbawienie poczucia sprawiedliwości. Ci, którzy rozpętali ten chaos, powinni natychmiast go naprawić. Apeluję o to do rządzących polityków. Tutaj nie chodzi o to, jak odbiorą to Wasi wyborcy. Tu chodzi o coś więcej: o stabilność Polski, o bezpieczeństwo zwykłych obywateli. Wasze samopoczucie w ministerstwach w Warszawie powinno być teraz na ostatnim miejscu . Macie obowiązek respektować wyrok TSUE i wydany na jego podstawie wyrok SN. Nie potrafiliście naprawić sytuacji w polskim wymiarze sprawiedliwości, o co prosimy od lat. Teraz mamy gotowe rozwiązanie, jak ustrzec zwykłych ludzi przed szkodliwością Waszych działań – stwierdził prof. Krystian Markiewicz, prezes SSP “Iustitia”.
Jakie to rozwiązanie? Otóż, jak wskazują sędziowie, dla ważności wszystkich postępowań sądowych niezbędne będzie w pierwszej kolejności odpolitycznienie procesu nominacyjnego sędziów.
„W tym celu, aby być w zgodzie w wyrokiem TSUE konieczne jest powołanie nowej KRS, spełniającej wymogi dla państwa praworządnego. Członkowie będący sędziami powinni być wybierani w powszechnych wyborach przez sędziów, a nie przez polityków” – stwierdza „Iustitia”. Tu akurat stowarzyszenie sędziów się pośpieszyło, bo to przecież Sąd Najwyższy ma ocenić, czy będzie trzeba powołać nową Krajową Radę Sądownictwa (i jak należałoby to zrobić).
„Iustitia” postuluje, by w celu zapobieżenia chaosowi prawnemu, do czasu wydania przez Sąd Najwyższy orzeczenia w oparciu o wyrok TSUE, sędziowie i kandydaci na sędziów nie zgłaszali się do konkursów na stanowiska sędziowskie, a jeśli się już zgłosili w celu objęcia stanowiska, niezwłoczne wycofali się.

Słyszała osoba?

„Iustitia” apeluje też do osób powołanych na stanowiska sędziowskie przy udziale upolitycznionej KRS („Iustitia” odmawia im tytułu sędziowskiego, uznając je jedynie za „osoby”) aby wstrzymali się z orzekaniem; a do sędziów „właściwych”, tych dobrze powołanych – aby nie orzekali w składach z takimi „osobami”, do czasu rozstrzygnięcia przez Sąd Najwyższy, jaki jest status ustrojowy tychże osób.
Podobnie, „Iustitia” apeluje do sędziów sądów dyscyplinarnych o wstrzymanie się z orzekaniem do czasu rozstrzygnięcia przez Sąd Najwyższy kwestii statusu „osób” zasiadających w Izbie Dyscyplinarnej SN.
Do instytucji pełniącej dotąd rolę KRS (której „Iustitia” nie uważa za Krajową Radę Sądownictwa) oraz do Prezydenta RP (w tym przypadku „Iustitia” nie mówi o osobie pełniącej dotąd rolę prezydenta) apeluje zaś o natychmiastowe wstrzymanie postępowań nominacyjnych na sędziów – gdyż każda kolejna nominacja pogłębia chaos prawny ze szkodą dla obywateli.
Wreszcie, do Ministra Sprawiedliwości „Iustitia” apeluje o nieogłaszanie nowych konkursów na stanowiska sędziowskie do czasu rozstrzygnięcia przez Sąd Najwyższy statusu KRS. Domaga się też – w razie stwierdzenia przez Sąd Najwyższy, że KRS nie spełnia warunków niezależności od władzy politycznej, a co za tym idzie, nominacje sędziowskie z jej udziałem są dotknięte wadą prawną – o zapewnienie specjalnej, przyspieszonej procedury wznowienia postępowań, w których orzekały „osoby” powołane przy udziale upolitycznionej KRS.
Na koniec jest też apel do Sejmu i Senatu, aby uchwalono nową ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa, przewidującą wybór 15 sędziów przez samych sędziów, w ogólnopolskich wyborach, zapewniających odpowiednią reprezentację wszystkich rodzajów i szczebli sądownictwa. No i apel do Sądu Najwyższego: o jak najszybsze rozstrzygnięcie statusu KRS, sędziów Izby Dyscyplinarnej oraz statusu ustrojowego „osób” powołanych przy udziale upolitycznionej KRS i skutków wadliwości orzeczeń przez nich wydanych.

Leczenie dżumy cholerą

Nie da się ukryć, że realizacja postulatów Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” przypominałaby leczenie dżumy cholerą. I że propozycje tego towarzyszenia, mające jakoby zapobiec chaosowi prawnemu, mogą dopiero go wzmóc.
Dla porządku warto więc przypomnieć, że Sąd Najwyższy w uchwale z 10 kwietnia 2019 r. (uchwała ta jest zasadą wpisaną do księgi zasad prawnych) orzekł:
„Udział w składzie sądu osoby, która została powołana przez Prezydenta RP (…) w trybie określonym przepisami ustawy z 8 grudnia 2017 r. (tej PiS-owskiej, oprotestowanej przez środowisko sędziowskie – przyp aut.) nie narusza prawa do rozpoznania sprawy przez niezawisły i bezstronny sąd, wskutek czego osoba taka nie jest osobą nieuprawnioną do orzekania, a skład orzekający sądu, w którym zasiada taka osoba, nie jest sądem nienależycie obsadzonym”. Ta zasada prawna wiąże wszystkie składy orzekające Sądu Najwyższego w każdej sprawie.
Trudno więc sobie także wyobrazić, że to, iż Krajowa Rada Sądownictwa mogła zostać powołana w sposób niewłaściwy, miałoby stanowić podstawę do unieważnienia wszystkich sędziów, powołanych przy udziale tejże KRS.

Normalność w wykonaniu PiS

Drugie expose Mateusza Morawieckiego jako prezesa Rady Ministrów (pierwsze wygłosił po rezygnacji Beaty Szydło z funkcji premiera w grudniu 2017r.) – już niejako klasyczne,po niedawnych wyborach parlamentarnych
– było de facto osnute wokół wieloznacznego pojęcia „normalność”.

Swoisty promotor szefa rządu Jarosław Kaczyński powiedział nawet twardo,że „normalność powinna nam towarzyszyć we wszystkim”. Nie wchodząc w rozważania filozoficzne warto jednak zawsze pamiętać o celnej myśli francuskiego pisarza,księcia Francois de la Rochefoucauld,który już w XVII w. zauważył,iż „w życiu zdarzają się przypadki kiedy trzeba być trochę pomylonym, aby znaleźć z nich wyjście”.
Cały ten polityczny wtorek z pewnością nie był typowy,a może i trochę odbiegał od normy.Z samego rana ogłoszono ważną odpowiedź Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu na pytanie prejudycjalne polskiego Sądu Najwyższego dotyczące sytuacji w Izbie Dyscyplinarnej SN i w Krajowej Radzie Sądownictwa.Dla większości prawników i opozycji sprawa była jasna od początku (dla mnie także,jako członka Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego, która opracowała,w latach1993-1997,przyjęty następnie w referendum ogólnokrajowym,projekt ustawy zasadniczej – naruszono art.187 Konstytucji RP,gdyż 15 członków KRS powinni wybierać sędziowie,a nie Sejm (ten-tylko 4).Ten organ wyłoniony nieprawomocnie opiniował następnie kandydatury na sędziow itd.
Tę sprawę ma uporządkować według TSUE Sąd Najwyższy i absolutnie nie ma racji minister Ziobro (nie uchodzi on,mówiąc najłagodniej, za wybitnego prawnika;miał nawet kłopoty z dostaniem się na aplikację w Krakowie),iż ostateczny głos należy do Trybunału Konstytucyjnego.Ten organ (przekształcony ostatnio w swoją karykaturę) został powołany, WYŁĄCZNIE do badania zgodności p o l s k i c h aktów prawnych z naszą konstytucją.
Samo expose składało się głównie z buńczucznych obietnic i mało realistycznych zapowiedzi.Rozprawił się z nimi trafnie,a nawet bezlitośnie, w świetnym wystąpieniu pos. Adrian Zandberg w imieniu Klubu Lewicy, akcentując liczne wcześniejsze, niespełnione obietnice (np. w kwestii budowy tanich mieszkań,czy nakładów na służbę zdrowia). Premier zgłosił m.in. kuriozalną propozycję wpisania do konstytucji Pracowniczych Planów Kapitałowych (szkoda,że nie świadczenia 500+!).Pełnomocnik rządu ds. OZE nie zastąpi braku konkretów nt. polityki klimatycznej oraz wyzwań ekologicznych.Teza o kryzysie w UE i bliskiej współpracy z USA nie może przesłonić mankamentów polskiej polityki zagranicznej.
To był fatalny dzień dla PiS,który ukazał także coraz większe rysy na strukturze Zjednoczonej Prawicy. Na jaw w sposób brutalny wyszedł przede wszystkim fakt,iż na liczne,a przy tym kosztowne obietnice przedwyborcze nie ma po prostu pieniędzy,zaś opowieści o zrównoważonym budżecie można włożyć między bajki. Wyjątkowo gorzką pigułką stało się, wymuszone przez stanowisko niewielkiego ugrupowania Jarosława Gowina „Porozumienie” wycofanie tego samego dnia wieczorem dziwacznego projektu posłów PiS ustawy ws. zniesienia limitu 30-krotności prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce przy płaceniu składki na ZUS.Okazało się,iż nie było większości w Sejmie dla tej propozycji, która miała zapewnić dodatkowe wpływy do budżetu w wysokości ok. 7 mld zł.
Po utracie większości w Senacie na rzecz opozycji to drugi w bardzo krótkim czasie poważny cios dla rządzącej przez 4 lata w komfortowych warunkach (bez lewicy w parlamencie,po historycznych jej błędach z 2015r.) formacji nacjonalistyczno – populistycznej.Okazuje się,iż mówiąc o normalności często każdy ma na myśli coś innego.Dlatego też jakże trafne są słowa Stanisława Jerzego Leca: „Puknąłby się człowiek czasem w czoło,ale nie znam kodu”.

Pisowska KRS – nielegalna

Krajowa Rada Sądownictwa powołana na mocy pisowskiej reformy sądownictwa już wkrótce może stracić wszelkie uprawnienia do powoływania sędziów. To efekt wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, którego zdaniem mogą istnieć podstawy by orzec, że obecna KRS i powołana przez nią Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższej nie spełniają dwóch podstawowych warunków – niezależności od władzy wykonawczej i ustawodawczej.

Najwyższy organ stojący na straży praworządności w Unii Europejskiej, a więc również w Polsce odpowiedział na pytanie prejudycjalne, zadane przez polski Sąd Najwyższy w 2018 roku. Stanowisko TSUE jest poważnym problemem dla rządu PiS, a w szczególności dla ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, dla którego projekt powołania zależnej od rządu i prezydenta Krajowej Rady Sądownictwa i utworzenie izby wpływającej na wyroki Sądu Najwyższego był życiowym projektem, który miał umocnić jego siłę polityczną.
Tak się jednak nie stanie. TSUE postanowił, że Krajowa Rada Sądownictwa, a w więc organ odpowiedzialny za mianowanie nowych sędziów oraz dyscyplinowanie przedstawicieli tego zawodu musi spełniać warunki niezależnego sądu w rozumieniu prawa Unii Europejskiej. Co najważniejsze – trybunał stwierdził, że o tym czy pisowska KRS spełnia takie warunki oceni organ odsyłający, czyli ten, który zwrócił się z pytaniami do TSUE, czyli polski Sąd Najwyższy.
Co jeśli SN uzna, że obecna KRS nie spełnia warunku niezależności? Wówczas rząd PiS będzie musiał zmienić ustawę o radzie, tak aby była ona realnie autonomiczna wobec władzy politycznej. Prezydencki minister Michał Dworczyk oświadczył dziś co prawda w TVN, że wyrok TSUE być może będzie musiał zbadać polski Trybunał Konstytucyjny, jednak zapewne zarówno on jak i całe środowisko polityczne „dobrej zmiany” zdaje sobie sprawę, że od wyroku Trybunału nie ma odwołania do TK, bo TSUE jest najwyższym organem rozstrzygającym w UE, a prawo wspólnotowe, według traktatu unijnego, ma prymat nad prawem krajowym.
Jaka będzie decyzja Sądu Najwyższego? Trudno sobie wyobrazić by organ, który wysłał pytania prejudycjalne kierując się obawą, że KRS powołana przez PiS jest zależna od władzy ustawodawczej i wykonawczej, wydał teraz inny wyrok niż kwestionujący jej uprawnienia.
Jakie będą konsekwencje cofnięcia kompetencji KRS przed Sąd Najwyższy? Może dojść do niespotykanej dotąd w historii polskiego sądownictwa sytuacji, w której unieważnione zostaną nominacje sędziowskie wydane przez organ. A zatem konieczne będzie unieważnienie wyroków postępowań, w których orzekali sędziowie z pisowskiego nadania. Ile jest takich spraw? Według różnych szacunków od kilkunastu do 50 tysięcy.
– Unijny Trybunał wprost stwierdził, że nie może być niezależnym sąd, którego powołanie budzi uzasadnione wątpliwości ze względu na to, jaki organ go powołuje. To dotyczy Izby Dyscyplinarnej SN, która została od podstaw powołana przez nową KRS. Czyli można uznać, że zdaniem TSUE są poważne wątpliwości zarówno co do sposobu powołania nowej Rady, jak sposobu jej funkcjonowania – skomentowała wyrok w rozmowie z Onetem mec. Sylwia Gregorczyk-Abram z Inicjatywy „Wolne Sądy” i Komitetu Obrony Sprawiedliwości.