Jaka przyszłość czeka Turów?

Szansa dogadania się z Czechami to dobra wiadomość, co nie zmienia faktu, że członkowie rządu PiS powinni stanąć przed sądem za zaniedbania, karygodną nieudolność i narażenie Polski na duże straty.
Wydaje się, że niemała część polskich Zielonych oraz ekologów wręcz cieszy się z kłopotów, jakie spadły na Polskę w związku z funkcjonowaniem kopalni węgla brunatnego Turów. Dlatego ochoczo prorokują oni, jakie straszliwe konsekwencje czekają nasz kraj w związku z czeską skargą na działalność Turowa. Chętnie przywołują też widmo gigantycznych kar finansowych, mających spaść na Polskę za każdy dzień pracy tej kopalni.
– Pożar w polskiej energetyce trwa w najlepsze. Mimo zapowiedzi polski rząd wciąż jest daleki od zażegnania konfliktu z naszymi sąsiadami. W efekcie grożą nam wielomilionowe kary za niezastosowanie się przez rząd do decyzji Trybunału. Sytuacja, w której się znaleźliśmy, to efekt absolutnie nieodpowiedzialnej polityki rządu i błędnych decyzji Polskiej Grupy Energetycznej. Region już stracił ok. 260 mln euro z unijnego funduszu na sprawiedliwą transformację. Teraz, z pieniędzy podatnika 100 dni niedostosowania się do postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej kosztować będzie kolejne 500 mln euro, nie wspominając już o oddanym w tym roku nowym bloku w elektrowni Turów, którego budowa kosztowała 900 mln euro i który już w momencie włączenia jest nierentowny. Bez planu szybkiego odejścia od węgla chaos w polskiej energetyce będzie się tylko pogłębiał, a społeczności górnicze stracą cenny czas na sprawiedliwą transformację – przewiduje Anna Meres, koordynatorka kampanii klimatycznych w Greenpeace Polska.
– Dalsze odwracanie głowy od poważnego ryzyka zamknięcia kompleksu energetycznego z dnia na dzień to dla regionu ogromne niebezpieczeństwo zapaści społeczno-gospodarczej, której rząd i PGE chcieli zapobiec, strasząc przez lata mieszkańców Bogatyni, że na pewno „nie podzielą losów Wałbrzycha”. Dzisiaj ten czarny i wypierany scenariusz się spełnia, a winę za to ponosi polityka polskiego rządu, który za cenę poparcia politycznego naraził region Bogatyni oraz polskiego podatnika na poważne straty finansowe oraz zaprzepaszczenie szansy wcześniejszej transformacji polskiej energetyki. Jako pierwsi za zaniechania polskiego rządu zapłacą pracownicy firm i spółek zależnych od kompleksu energetycznego w Bogatyni, następnie pracownicy fizyczni i wszyscy ci, którzy nie mogą liczyć na apanaże spółki skarbu państwa. To oni zapewne są najbardziej zainteresowani tym czy pieniądze, które wyda Polska na płacenie kar Czechom można by lepiej przeznaczyć na transformację regionu. To jednak wiązałoby się z opracowaniem wcześniejszego zamknięcia kompleksu Turowa, czyli np. w 2026 lub 2030 r. Konkretna data wydaje się być dzisiaj wybawieniem, chociaż jeszcze parę miesięcy temu wywołała ogromny sprzeciw związków zawodowych, po tym jak wyciekły informacje, że Turów zakończy działalność – dodaje Paweł Pomian z zarządu Eko-Unii.
Nasi ekolodzy niemalże z entuzjazmem powitali zapowiedź kar dla Polski: „5 mln euro dziennie do czasu zaprzestania wydobycia w odkrywce Turów na granicy polsko-czesko-niemieckiej! Takiej kary chce czeski rząd za polskie lekceważenie orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej! Wbrew temu, co twierdzą przedstawiciele rządu i sam premier Morawiecki, Czesi wcale nie odpuszczają” – ogłosili.
I oczywiście nadal domagają się jak najszybszego zamknięcia kopalni Turów. – Inwestycje w zlokalizowany na Dolnym Śląsku miks energii odnawialnych, zakończenie wydobycia do końca 2026 roku oraz przekształcenie kopalni Turów w elektrownię szczytowo-pompową o mocy 2,3 Gigawatów będą przy dzisiejszych cenach uprawnień do emisji CO2 o ponad 100 mld zł tańsze, niż koszty operacyjne elektrowni i odkrywki Turów w okresie do 2044 roku. Na drodze do ogłoszenia planu zamknięcia Turowa do 2026 roku stoi już tylko irracjonalny upór rządu i PGE – twierdzi Kuba Gogolewski z fundacji „Rozwój Tak – Odkrywki Nie”.
Można sobie wyobrazić, że wszystkie cytowane tu osoby są nieco zawiedzione, gdy okazało się, iż temperatura czesko-polskiego sporu wyraźnie opada. Jak wiadomo, strona czeska oświadczyła, że funkcjonowania kopalni Turów nie da się zatrzymać z dnia na dzień – i że celem ich działań wcale nie było natychmiastowe, gwałtowne zakończenie działalności tej odkrywki. Czesi stwierdzili również, że mogą załatwić sprawę polubownie i wycofać skargę z TSUE, jeśli Polska spełni postawione przez nich warunki – czyli skutecznie ochroni ich terytorium przed odpływem wód gruntowych.
Wszystko to oczywiście nie zdejmuje odpowiedzialności – przede wszystkim karnej – z członków rządu Prawa i Sprawiedliwości, za ich zaniedbania, niedopełnienie obowiązków i narażenie Polski na wysokie straty. Oczywiste jest też, że strona polska powinna jak najszybciej opracować rozsądne programy transformacji dla Bogatyni i regionu Zgorzeleckiego.

Gospodarka 48 godzin

Widmo sądu i kary
Wbrew nieprawdziwym zapewnieniom przedstawicieli polskiej ekipy rządzącej, nie ma niestety szans na szybkie porozumienie z Czechami w sprawie kopalni węgla brunatnego Turów. Strona czeska przygotowuje jeszcze projekt umowy w tej sprawie, który ma być przedstawiony stronie polskiej. Później nastąpi spotkanie zespołów obu państw oraz negocjacje, które powinny prowadzić do zawarcia porozumienia i wycofania skargi przez Czechy. Szacuje się, że dla polskich podatników będzie to oznaczać dodatkowy wydatek wynoszący około 50 milionów euro, przeznaczony na pilne inwestycje mające zniwelować niekorzystne skutki funkcjonowania kopalni Turów. Ponieważ zapewnienia polskich przedstawicieli nie są wiarygodne dla Czechów, zamierzają się oni domagać możliwości regularnego kontrolowania sytuacji w Turowie przez własnych ekspertów. Jeśli po wyborach dojdzie do zmiany władzy, oczywiste jest, że członkowie PiS-owskiej ekipy staną przed sądem za doprowadzenie do tak wielkiej straty, której można było uniknąć przy zachowaniu minimum rzetelności w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. Dziś jest to naturalnie niemożliwe, bo podporządkowana władzy prokuratura nie dopuści do postępowań przeciw prominentom PiS.

Dla dobrej promocji
Zakończyła się 31. edycja konkursu „Teraz Polska”, mającego nagradzać produkty i usługi wysokiej jakości, pochodzące z Polski. Laureatów w różnych kategoriach jest bardzo dużo, więc ich wymienienie jest tu niemożliwe. Można natomiast wskazać, że w tegorocznej edycji konkursu „Teraz Polska” nagrodzono produkty i usługi między innymi z branż: biotechnologicznej, odnawialnych źródeł energii, informatycznej, finansowej, medycznej, budowlanej, elektrotechnicznej, bezpieczeństwa oraz edukacyjnej. „Polacy wybierają produkty i usługi oznaczone Godłem „Teraz Polska”, bo właśnie takich produktów i usług potrzebują. Są świadomymi patriotami i pocieszające jest, że dotyczy to wszystkich pokoleń, w tym również ludzi młodych” – oświadczył Krzysztof Przybył, prezes fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. Dotychczas w tym konkursie wzięło udział około 5 tys. polskich firm, zarówno dużych, jak i małych, rodzinnych, reprezentujących wszystkie branże krajowej gospodarki, spośród których nagrodzono łącznie aż ponad 750. Ponadto, w konkursie od 2017 r. przyznawane są tytuły Promotora Polski, wyróżniające osoby działające na rzecz społeczności lokalnych, których – jak twierdzą organizatorzy – „postawa zawodowa i społeczna przyczynia się do umacniania pozytywnego wizerunku naszego kraju”. Natomiast w tym roku wprowadzono wyróżnienie Młody Promotor Polski, które przyznaje Agata Kornhauser-Duda, wybierając spośród kandydatów nominowanych przez kapitułę nagrody „Teraz Polska”. W bieżącym roku nominowanymi zostali: Marcin Poręba, chemik ; Piotr Alexewicz, pianista; Jan Krzysztof Duda, szachista. Decyzją Agaty Kornhauser-Dudy Młodym Promotorem Polski 2021 został Piotr Alexewicz. „Ta nagroda jest dla mnie niespodziewanym i oczywiście wielkim wyróżnieniem. Występuję na wielu międzynarodowych konkursach, gram wiele zagranicznych koncertów i wszędzie jako Polak reprezentuję nasz kraj. Dlatego cieszę się, że moje dotychczasowe działania na rzecz ojczyzny zostały dostrzeżone” – powiedział nagrodzony.

Ośli upór w sprawie Turowa

Ciekawe, ile setek milionów złotych będzie musiał w rzeczywistości wydać rząd z pieniędzy podatników, by uniknąć zamknięcia kopalni?
Negocjacje, podjęte w pośpiechu przez polski rząd w sprawie kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów nie rozwiązują rzeczywistego problemu, jakim jest brak daty odejścia Polski od węgla, a pozew Czech do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej to tylko jedna z konsekwencji nieodpowiedzialnej polityki energetycznej rządu i spółki Polska Grupa Energetyczna – zauważają ekolodzy (m.in. z EKO-UNII, Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”, Greenpeace i fundacji Frank Bold). Wzywają oni do podania realnej i szybkiej daty odejścia od węgla do produkcji energii w całej Polsce.
Całkowita i szybka rezygnacja z węgla oczywiście nie będzie korzystna dla Polski i Polaków. Tym niemniej, trzeba zauważyć, że rząd PiS świadomie lekceważył pojawiające się sygnały ostrzegawcze. Międzynarodowy konflikt z mieszkańcami Czech i Niemiec o skutki działalności kopalni Turów narastał przecież od dawna. Mieszkańcy tych państw oraz rząd czeski od lat sprzeciwiali się rozbudowie odkrywki i dowodzili skutków działania kopalni: obniżania poziomu wód gruntowych, wzrostu hałasu oraz zanieczyszczenia powietrza.
Już w 2019 roku podczas konsultacji transgranicznych czeski rząd oficjalnie zajął negatywne stanowisko w sprawie dalszych prac wydobywczych w Turowie. To nic nie dało, więc pod koniec lutego Czechy wniosły przeciwko Polsce skargę do TSUE.
– TSUE nakazał natychmiastowe wstrzymanie prac wydobywczych w kopalni na wniosek Czechów, stając tym samym po stronie mieszkańców przygranicznego regionu Liberec. Polska powinna teraz zastosować się do tego orzeczenia, niezależnie od podejmowanych prób porozumienia się ze stroną czeską. Jawna odmowa wykonania orzeczenia TSUE może podawać w wątpliwość wykonanie przyszłej umowy między Polską a Czechami – mówi Dominika Bobek, radczyni prawna z mało znanej dotychczas w Polsce fundacji Frank Bold.
I nic dziwnego, że tak mówi, bo jest to czeska fundacja z siedzibą w Brnie, jej szefem jest Pavel Franc, więc jako „niezależna organizacja pozarządowa” przyjmuje oczywiście czeski punkt widzenia. Gdyby pani Dominika Bobek posłuchała opinii mieszkańców Bogatyni, która za sprawą kopalni Turów należy do najbogatszych gmin w Polsce, to zrozumiałaby, że przekonanie o konieczności zamknięcia Turowa jest w Polsce dość ograniczone. Co nie znaczy, że ktokolwiek chce usprawiedliwiać bezczynność i indolencję rządu PiS, które doprowadziły do obecnej sytuacji.
Organizacje ekologiczne widzą jednak także i pozytywy. Ich zdaniem sprawa Turowa ma szerszy kontekst i może stać się impulsem do zaplanowania odejścia od węgla w Polsce. Problem w tym, że polski rząd, a także znajdująca się w centrum sporu o Turów państwowa spółka PGE, największy polski emitent dwutlenku węgla, wciąż nie mają strategii odejścia od tego surowca w energetyce. Tymczasem, jak twierdzą niektórzy naukowcy, aby uniknąć najbardziej katastrofalnych skutków zmian klimatu, wszystkie kraje Unii Europejskiej, w tym Polska, powinny odejść od spalania węgla do 2030 roku – co jest oczywiście kompletnie nierealne. Warto zauważyć, iż nawet eksperci bliscy ekologom uważają, że w celu zachowania bezpieczeństwa energetycznego kraju, należy pięć najmniej emisyjnych bloków węglowych o mocy 4200 megawatów pozostawić w rezerwie mocy co najmniej do 2040 r.
– Sprawa Turowa to konsekwencja nieudolnego podejścia polskiego rządu do sprawiedliwej transformacji energetycznej i trwania z oślim uporem przy węglowym status quo. A tylko zaplanowanie przez rząd szybkiej i realnej daty zakończenia wydobycia węgla i produkcji energii w Turowie może rozwiązać problemy, bez spowodowania katastrofy społecznej w Bogatyni, gdy kopalnia zostanie zamknięta z dnia na dzień. Doraźne zasypanie 200 milionami złotych konfliktu z Czechami nie załatwia problemu wytwarzania energii z coraz bardziej nieopłacalnego węgla – zauważa Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA.
Elektrownia Turów produkuje rocznie średnio nieco ponad 3 proc. krajowej energii – wskazują ekolodzy. W rzeczywistości jest to dokładnie 3,7 proc., z tym, że wskaźnik wykorzystania mocy zainstalowanej w elektrowni Turów wynosi niespełna 50 proc., więc jej udział w produkcji energii może być nawet dwukrotnie wyższy. Według ekologów kompleks w Turowie mógłby zakończyć działalność już w 2026 r. Dziś nie wiadomo oczywiście, jakie byłyby skutki zamknięcia Turowa w wspomnianym roku. Za pięć lat, to jednak nie natychmiast, jak nakazał TSUE.
– Mitem jest, że bez funkcjonowania Turowa zabraknie nam prądu w gniazdkach, zaś dane ekonomiczne są bezlitosne: wzrost kosztu kapitału i ubezpieczenia wraz z rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 doprowadzą do zamknięcia elektrowni i kopalni Turów najpóźniej w 2030 roku. Czas pogodzić się z rzeczywistością i podać datę zamykania bloków w elektrowni oraz zaplanować programy osłonowe dla osób zwalnianych w wyniku powolnego, lecz nieuniknionego spadku zatrudnienia w kompleksie. To zadania dla PGE oraz ministra Jacka Sasina – podkreśla Kuba Gogolewski z fundacji Rozwój TAK – Odkrywki NIE. Komentując tę wypowiedź trzeba stwierdzić, że oczywiście nie ma ekonomicznych danych z których wynikałoby, że do 2020 r. kopalnia i elektrownia Turów przestaną funkcjonować. Są tylko przypuszczenia i przewidywania.
Tym niemniej, nie można budować polskiej przyszłości energetycznej na węglu. Jak widać, ostatnie tygodnie były niespokojne w polskiej energetyce. Dwie awarie zatrzymujące pracę elektrowni Bełchatów i decyzja TSUE w sprawie Turowa podniosły temperaturę dyskusji wokół transformacji energetycznej.
– Ostatnie dni dobitnie pokazują, że węgiel wcale nie jest gwarantem bezpieczeństwa energetycznego, a zamiast szumnie zapowiadanego ładu, w energetyce panuje chaos. Premier Morawiecki i jego rząd muszą w końcu przestać ignorować potrzebę transformacji energetycznej i pilnie przygotować plan szybkiego odejścia od węgla. Potrzebujemy nowoczesnego, rozproszonego systemu opartego o odnawialne źródła energii, a także inwestycji w efektywność energetyczną. W dobie kryzysu klimatycznego tylko tak można zapewnić prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne, ale i bezpieczną przyszłość – komentuje Joanna Flisowska, szefowa działu Klimat i Energia w Greenpeace Polska.
Niezależnie od intencji Greenpeace, tym słowom trudno odmówić słuszności. Problem jednak w tym, że realnie wciąż nie bardzo czym mamy zastąpić węgiel.

Król węgiel zmuszony do abdykacji

Wyrok TSUE nakazujący wstrzymanie wydobycia w Turowie oceniany jest jako atak na suwerenność Polski.
W sprawie decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wobec kopalni węgla brunatnego Turów NSZZ “Solidarność” skierowała list do Premiera Mateusza Morawieckiego.
Ta sympatyzująca zwykle z rządem PiS organizacja uważa, że wyrok TSUE nakazujący wstrzymanie wydobycia w kopalni może odciąć Polskę od 7 proc. produkowanej energii i stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego kraju. W liście do premiera od Krajowej Sekcji Górnictwa Węgla Brunatnego oraz Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” padają mocne stwierdzenia, między innymi o utracie suwerenności i nieważności umów zawieranych przez związek z rządem. Poniżej treść listu.
„Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” żąda natychmiastowego i jednoznacznego stanowiska polskiego rządu wobec oburzającej decyzji TSUE, nakazującej wstrzymanie wydobycia w kopalni Turów.
To idiotyczny i bardzo groźny wyrok, bo oznacza, że TSUE pod byle pretekstem może zamknąć każdą przygraniczną kopalnię w Polsce. A to z kolei oznacza, że całe porozumienie górnicze podpisane niedawno na Śląsku można wyrzucić do kosza. Jak się bowiem okazuje, to nie polski rząd, ale Unia Europejska będzie podejmowała decyzje.
W przypadku Turowa realizacja wyroku TSUE oznacza pozbawienie Polski 7 proc. produkowanej energii i zagrożenie dla istnienia potężnej firmy zatrudniającej tysiące pracowników. Jest też realnym zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa energetycznego.
Zaistniałą sytuację należy ocenić jako wynik ciągłego ustępowania Polski wobec unijnych instytucji i narzucanego przez Komisję Europejską „Zielonego ładu”, szczególnie w obszarze polskiej energetyki. Niestety podważona została również solidarność Grupy Wyszehradzkiej.
W ocenie NSZZ „Solidarność” dotychczasowe działania TSUE, w tym wyroki podważające prawodawstwo poszczególnych krajów (ostatnio Rumunii), które stawiają sąd unijny nawet ponad krajowymi konstytucjami, skłaniają nas do postawienia pytania o suwerenność poszczególnych krajów członkowskich. Szczególnie przy tak idiotycznym wyroku mamy prawo jako „Solidarność” reprezentująca zdecydowaną większość pracowników zatrudnionych w branży paliwowo energetycznej, żądać zawieszenia funkcjonowania TSUE”.
Pod listem podpisali się Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „Solidarność” oraz Wojciech Ilnicki, przewodniczący Sekcji Górnictwa Węgla Brunatnego „S”.
Do słów obu panów przewodniczących można dodać, że rząd Prawa i Sprawiedliwości sam się doigrał. Miał czas i pole manewru, wiedział jakie sygnały w sprawie Turowa docierają do nas od sąsiadów Polski. I jak zawsze nic nie zrobił. Bo, jak to powiedział Michał Kamiński, gdy Czesi zajmowali się przygotowywaniem wniosku przeciw Polsce, polscy dyplomaci w Pradze biegali w sprawie czeskich przepisów aborcyjnych.
Ale za to teraz, rządowa propaganda w PiS-owskich mediach publicznych może tradycyjnie pokazywać, jak to Polska jest gnębiona przez siły zła, którym Prawo i Sprawiedliwość samotnie stawia opór. Oczywiście w obronie naszych świętych wartości.

Gospodarka 48 godzin

TSUE nic nie zmienia
Jak było do przewidzenia, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał orzeczenie stwierdzające, że to sąd krajowy powinien ocenić kwestię dotrzymania warunków umowy o kredyt frankowy. Skutki stwierdzenia przez sąd istnienia nieuczciwego warunku w umowie podlegają także przepisom prawa krajowego. To również sąd krajowy powinien poinformować konsumenta o konsekwencjach, jakie będzie niosło za sobą unieważnienie umowy zawartej z bankiem. Tak więc, orzeczenie TSUE niczego nie zmienia w sytuacji osób, które zaciągnęły kredyty frankowe.

Towarzystwa się nie boją
Po zmianach rozpoczętych przez rząd Platformy Obywatelskiej w 2014 roku otwarte fundusze emerytalne będą ulegać automatycznemu wygaszaniu. To pożądany proces, dający możliwość wykorzystania aktywów zgromadzonych w II filarze do wzmocnienia i rozbudowy systemu indywidualnych, długoterminowych oszczędności emerytalnych. „Ta inicjatywa uporządkuje i uprości konstrukcję systemu emerytalnego. Istotnym walorem planowanych zmian jest usunięcie niepewności dotyczącej przyszłości Otwartych Funduszy Emerytalnych oraz utrzymanie możliwości dywersyfikacji ryzyka związanego z finansowaniem życia na emeryturze w postaci inwestowania na rynku kapitałowym. Reforma będzie stanowić impuls do weryfikacji stanu osobistych przygotowań, zwłaszcza finansowych, do życia po zakończeniu aktywności zawodowej. Transfer aktywów z OFE do IKE służyć będzie popularyzacji rozwiązań III filara, a atrakcyjność oferowanych w jego ramach form i produktów, może skłonić znaczącą liczbę osób do gromadzenia dodatkowych oszczędności” – stwierdza Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych, która bynajmniej nie jest zmartwiona tym, że dojdzie do likwidacji OFE, które przez lata stanowiły złotą żyłę dla zarządzających nimi powszechnych towarzystw emerytalnych. IGTE ma bowiem pewność, że towarzystwa emerytalne będą także zarządzać nowymi funduszami inwestycyjnymi, stworzonymi na gruzach OFE.

Przyszłość Turowa
Kompleks energetyczny oparty na kopalni węgla brunatnego w Turowie będzie funkcjonować co najmniej do 2044 r., zgodnie z uzyskaną koncesją. To ważne dla około 5,5 tys. pracowników Turowa. Razem z rodzinami, kopalnia daje utrzymanie 15-20 tys. osób. Wprawdzie Czechy wniosły skargę do Trybunału Sprawiedliwości UE przeciwko Polsce, domagając się wyeliminowania szkodliwego wpływu kopalni węgla brunatnego w Turowie, ale jeśli Trybunał przychyli się do stanowiska Republiki Czeskiej, to najpierw zobowiąże Polskę do naprawy sytuacji. Jak wskazują Zieloni, trudno w tej chwili ocenić,w jaki sposób miałoby to wyglądać. Wszystko zależeć będzie od tego, które z zarzutów Czech zostaną podzielone przez TSUE. Jeżeli jednak tak się stanie, to najpierw Trybunał wyznaczy Polsce odpowiedni termin na działania naprawcze (zapewne dość odległy). I dopiero wówczas, jeżeli Polska nie wywiąże się z tego zobowiązania, Republika Czeska będzie mogła wnieść ponowną sprawę związaną z niewykonaniem wyroku. Jeśli tę sprawę wygra, to TSUE będzie mógł nałożyć na Polskę ewentualne kary finansowe, co jednak wcale nie jest pewne. Tak więc, kopalnię węgla brunatnego Turów czeka jeszcze wiele lat niezakłóconej pracy, co martwi Zielonych, ale cieszy tych, którym Turów zapewnia przyzwoitą egzystencję.

Daje węgiel ale zabiera wodę

Siedem krajów Unii Europejskiej po 2030 roku nadal będzie wykorzystywać węgiel do produkcji energii elektrycznej – w tym także Czechy i Niemcy, którym nie podoba się funkcjonowanie naszej kopalni Turów.

26 lutego 2021 r., zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, Czechy złożyły pozew przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w związku z działalnością kopalni węgla brunatnego Turów. – Międzynarodowe problemy związane z kopalnią Turów nie są niczym nowym. Swoje korzenie mają już w działaniach Polskiej Grupy Energetycznej z 2015 r., mających na celu przedłużenie koncesji kopalni aż do 2044 r. Obecny kształt spór przyjął już pod koniec 2019 r., a w 2020 r. zaangażowana została w jego rozwiązanie Komisja Europejska – oświadczyła pos. Małgorzata Tracz (partia Zieloni, klub Koalicji Obywatelskiej).
12 lutego 2021 r. delegacja z Czech odwiedziła Polskę, przekazując postulaty dotyczące Turowa. Czeski minister spraw zagranicznych Tomáš Petříček nazwał tę wizytę „ostatnim gestem dobrej woli”. Było to jednak raczej ultimatum, więc do porozumienia nie doszło – choć możliwość i wola polubownego rozwiązania tego sporu istniały od co najmniej kilku lat.
17 lutego, kilka dni po wizycie czeskiej delegacji, władze samorządowe regionu libereckiego poinformowały, że chcą by rząd Czech pozwał Polskę do TSUE za utratę wody w przygranicznych gminach położonych w zasięgu leja depresji kopalni węgla brunatnego Turów. Pomiary przeprowadzone przez Czeską Służbę Geologiczną miały potwierdzić utratę wody na terenach wzdłuż granicy, przede wszystkim w rejonie wioski Uhelná.
Czesi mieszkający w zasięgu oddziaływania Turowa popierają pozew przeciw Polsce.
– Jako mieszkańcy terenów obok kopalni, z ulgą przyjęliśmy decyzję naszego rządu o złożeniu pozwu przeciwko Polsce. Tylko w 2020 roku poziom wód gruntowych na tym terenie obniżył się o 888 metrów, czyli dwukrotnie bardziej niż, według zapowiedzi PGE, miało to nastąpić do 2044 roku. Niezwykle ważne jest, aby nasz rząd domagał się zaprzestania nielegalnego wydobycia. PGE wciąż odmawia przyjęcia na siebie odpowiedzialności, jednocześnie ubiegając się o zgodę na niszczenie naszych zasobów wodnych i okolicznych terenów przez kolejne 23 lata – komentuje lokalny aktywista Milan Starec, mieszkaniec wspomnianej wioski Uhelná.
Na razie nie zapadły żadne decyzje o przedłużeniu działania tej kopalni aż do 2044 r. Obecne koncesja wyraża zgodę na funkcjonowanie Turowa tylko do 2026 roku. – Domagamy się polubownego rozwiązania sporu z Czechami i Unią Europejską. Lepiej usiąść do stołu z naszymi czeskimi i niemieckimi partnerami, społecznością lokalną i organizacjami społecznymi, niż rozwiązywać tę sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej – podkreśliła Małgorzata Tracz. – Jesteśmy znani z tego, że wycinamy puszczę, robimy „strefy wolne od LGBT”, albo nie składamy wystarczająco szybko życzeń z okazji wygrania wyborów. To nie jest dobry sposób prowadzenia polityki zagranicznej. Jak chce się być ważnym państwem w swoim regionie, a przypomnę, że ostatnio świętowaliśmy trzydziestolecie Grupy Wyszehradzkiej, to trzeba z naszymi partnerami z regionu współpracować, a nie się kłócić oraz prowadzić względem ich politykę faktów dokonanych. Apelujemy aby rząd usiadł z Czechami do rozmów – dodał pos. Maciej Gdula z Lewicy, według którego pozwanie Polski przez Czechy wpisuje się w wizerunkowy kryzys naszego kraju na arenie międzynarodowej.
Zdaniem pos. Urszuli Zielińskiej (Koalicja Obywatelska), istnieją oceny rozmaitych ekonomistów i ekspertów, według których bloki węglowe Turowa zostaną wyłączone lub oddane w tzw. zimną rezerwę najdalej do roku 2029 r. Ten horyzont czasowy nijak nie ma się do planów przedłużenia koncesji na wydobycie węgla do 2044 r. Trzeba więc pamiętać, że to wciąż są tylko plany.
Co będzie po 2026 roku? Według pos. Zielińskiej, nie można dalej udawać, że problem kopalni Turów nie istnieje. Trzeba stworzyć pełną strategię rozwoju energetyki w Polsce. Konieczne jest też przedstawienie przez PGE harmonogramu transformacji sektora energetycznego, w tym zamykania nieekologicznych bloków węglowych.
Należy naciskać na władzę, aby rząd i Polska Grupa Energetyczna stworzyły realny plan transformacji spółki i regionu na czas po zakończeniu wydobycia węgla brunatnego, zamiast wchodzić w wieloletnie spory sądowe, mrożące działania i marnujące fundusze na transformację. Choć to oczywiście nie strona polska zamierza wchodzić w spór sądowy.
Pos. Piotr Borys (KO) ostrzegł, że Polska może utracić 9 miliardów zł z 18, przewidzianych dla nas w unijnym Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Dla Dolnego Śląska dedykowane jest 550 milionów euro na wsparcie na dwa podregiony – wałbrzyski i zgorzelecki. Zdaniem posła, jeżeli rząd nie przedstawi jasnej deklaracji w sprawie przyszłości kopalni Turów, stracimy te środki. Przez to nie nastąpi cała transformacja regionu, zarówno ta zawodowa, społeczna, jak i ekonomiczna. Stracimy pieniądze, będące szansą funkcjonowania dla wielu tysięcy osób i rodzin w epoce po węglu brunatnym.
Sprawy takie, jak pozew Czech przeciw Polsce zdarzają się bardzo rzadko. Ten pozew jest pierwszym, który przeciw Polsce wnosi inny kraj członkowski. Będzie też pierwszym w historii Unii Europejskiej, którego przyczyną jest negatywne oddziaływanie środowiskowe na inny kraj członkowski. Od wejścia Polski do UE tylko 4 razy w historii doszło do tego, by jedno państwo członkowskie pozwało inne.
Ceną, jaką płacimy za ten spór, są są po pierwsze dobre stosunki z sąsiadami. Pozew do TSUE nie jedyny przykład konfliktu. Mieszkańcy regionów przygranicznych z Czech i Niemiec od dawna protestują przeciwko destrukcyjnemu działaniu kompleksu Turowa. 21 stycznia 2021 roku do Komisji Europejskiej wpłynęła oficjalna skarga, tym razem złożona przez mieszkańców niemieckiej Żytawy.
– Funkcjonowanie kompleksu Turów staje się coraz bardziej problematyczne. Do problemów środowiskowych, zdrowotnych i klimatycznych, które przynosi spalanie węgla brunatnego, dochodzi silny konflikt z sąsiadami Czechami i Niemcami. Po raz pierwszy w historii południowi sąsiedzi, społeczeństwo i rząd czeski występują do Trybunału Sprawiedliwości UE ze skargą na Polskę – mówi Radosław Gawlik z stowarzyszenia EKO-UNIA. Jego zdaniem, uspokoić sytuację może przyjęcie odpowiedzialności za straty oraz określenie przez rząd i PGE terminu skrócenia działalności Turowa. Otworzy to możliwość skorzystania przez gminy regionu zgorzeleckiego z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.
Pogorszenie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej i ochłodzenie relacji sąsiedzkich, to nie jedyne koszty ignorowania problemów, jakie wywołuje wydobycie i spalanie węgla brunatnego w Turowie.
Jeśli Trybunał potwierdzi, że Polska uchybiła zobowiązaniom środowiskowym, będzie musiała usunąć uchybienia. Gdy nie zastosuje się do wyroku, TSUE może nałożyć na nasz kraj karę finansową. Na razie jednak to Polsce nie grozi.
– PGE od października stara się przekonywać Komisję Europejską oraz zagraniczne instytucje finansowe, iż celem tego największego wytwórcy prądu w Polsce jest szybka transformacja niskoemisyjna i neutralność klimatyczna w 2050 roku – a jednocześnie spółka stara się o przedłużenie działania kompleksu Turów do 2044 roku, co jest niekompatybilne z koniecznością całkowitego wygaszenia energetyki opartej na węglu w krajach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD)do 2030 roku – komentuje ekspert Kuba Gogolewski. Nie wiadomo dlaczego nie zauważył on jednak, że aż 7 krajów Unii Europejskiej po 2030 roku nadal będzie wykorzystywać węgiel do produkcji energii elektrycznej – w tym także te, którym nie podoba się wykorzystywanie węgla brunatnego przez Polskę.
Są to Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Niemcy, Polska, Rumunia i Słowenia.
Czesi mają pretensje do Polski już od marca 2020 roku, kiedy to mimo niezadowolenia Czechów i Niemców, Minister Klimatu Michał Kurtyka przedłużył koncesję na wydobycie węgla brunatnego w kopalni Turów o sześć lat. Zdaniem czeskiego rządu działalność kopalni po 30 kwietnia 2020 r. jest nielegalna, ponieważ proces przedłużania wydobycia zawiera szereg naruszeń i jest niezgodny zarówno z prawem polskim, jak i unijnym. To jednak tylko ich opinia.
30 września Ministerstwa Środowiska i Spraw Zagranicznych Czech przesłały skargę do Komisji Europejskiej w związku z rozbudową polskiej kopalni węgla brunatnego Turów. Następnie Komisja wysłuchała obu stron – i 17 grudnia przyjęła opinię, uznającą, że ​​Polska dopuściła się niektórych naruszeń prawa UE. To także była jednak tylko opinia, a nie obowiązujące orzeczenie.
W międzyczasie, 17 listopada Polska Grupa Energetyczna złożyła wniosek o przedłużenie koncesji do 2044 roku, która umożliwiłaby wydobycie 289 mln ton węgla brunatnego. Starania o przedłużenie koncesji do 2044 roku PGE zaczęła w czasie, kiedy Komisja Europejska rozpatrywała czeską skargę na działalność odkrywki.

Turów budzi emocje

Dzięki funkcjonowaniu tej kopalni gmina Bogatynia należy do najbogatszych w Polsce, ale Niemcy i Czesi narzekają.
Polski minister klimatu zdecydował o przedłużeniu koncesji na wydobycie węgla w kopalni odkrywkowej Turów o kolejne 6 lat. To dobra decyzja z punktu widzenia polskiego bilansu energetycznego, bo węgiel brunatny jest najtańszym rodzimym paliwem kopalnym.
Przedłużenie funkcjonowania przygranicznej kopalni Turów wywołało jednak niezadowolenie mieszkańców niemieckiej Żytawy (ZIttau). Tamtejsze władze w porozumieniu z obywatelami miasta, a także posłowie do parlamentu Saksonii i radni powiatu Görlitz złożyli oficjalną skargę do Komisji Europejskiej w sprawie Turowa.
Przedmiotem skargi jest spadek poziomu wód miasta Zittau w wyniku odpompowywania przez odkrywkę wód gruntowych, a także obawy o dalszą degradację tego regionu.
Niemcy należą do światowej czołówki państw, wykorzystujących węgiel brunatny w energetyce – aż 21 proc. energii w Niemczech pochodzi właśnie ze spalania węgla brunatnego. W Polsce zapewne nieco mniej, choć szacunki są tu różne: ośrodki związane z górnictwem wskazują, że 16 proc. polskiej energii powstaje z węgla kamiennego, natomiast polskie środowiska ekologiczne szacują, że nawet 24 proc.
Niezależnie od tego, czy niemiecka, czy polska energetyka jest bardziej uzależniona od węgla brunatnego, można zrozumieć niezadowolenie mieszkańców Zittau – odczuwają oni skutki funkcjonowania kopalni odkrywkowej, natomiast nie korzystają z efektów jej pracy, czyli w miarę taniego prądu, no i odszkodowań wypłacanych przez kopalnię. Gmina Bogatynia, na terenie której siedzibę ma kopalnia Turów, należy do najzamożniejszych gmin w Polsce, więc duża część mieszkańców nie ma nic przeciwko temu, by odkrywka działała jak najdłużej.
Nie chodzi tylko o Niemców. W podobnej sytuacji są również Czesi. We wrześniu ubiegłego Czechy złożyły przeciw Polsce skargę do Komisji Europejskiej, dotyczącą skutków działalności kopalni węgla brunatnego Turów. Czas pokaże, jaki rezultatami zakończą się kroki prawne podjęte przez strony czeską i niemiecką. – Polska Grupa Energetyczna zaprzecza destrukcyjnemu działaniu odkrywki na wody podziemne zarówno po niemieckiej, jak i po czeskiej stronie, bagatelizując zarzuty stawiane przez rząd czeski – uważa Kuba Gogolewski z fundacji „Rozwój Tak – odkrywki Nie”.
Mimo przedłużenia koncesji na wydobycie węgla w Turowie, wiadomo, że czas jej funkcjonowania zbliża się ku końcowi. – Świadomość, że to ostatnie lata kompleksu Turów jest jednak impulsem do działania, do pracy zbiorowej nad strategią transformacji energetycznej i społecznej – mówi Radosław Gawlik z stowarzyszenia Eko-Unia.
Bardzo pomocne w tej pracy mogą być fundusze unijne. W ramach Funduszu Sprawiedliwej Transformacji przyznana została kwota aż 556 milionów euro dla Dolnego Śląska. Na razie nie wiadomo, ile pieniędzy z Unii Europejskiej przypadnie dla Turowa.

Węgiel jeszcze się trzyma

Do jego wydobycia nie warto dopłacać, ale trudno też przedwcześnie rezygnować z opłacalnej eksploatacji.

Ważą się losy odkrywkowej kopalni węgla brunatnego Turów w województwie Dolnośląskim. Kopalnia ma ważne zezwolenie na wydobywanie węgla do roku 2020 – czyli już niedługo.
Złoża węgla w tym rejonie nie są jednak jeszcze na wyczerpaniu, toteż właściciel kopalni – spółka Skarbu Państwa PGE Polska Grupa Energetyczna – stara się o uzyskanie kolejnego zezwolenia, aby kontynuować wydobywanie węgla także po 2020 r. Byłoby to jak najbardziej uzasadnione z gospodarczego punktu widzenia, bo w Worku Turoszowskim, gdzie leży kopalnia Turów, wydobywa się węgiel brunatny od prawie trzystu lat – i starczy go jeszcze na dziesięciolecia.
Drwina i gwóźdź do trumny?
Wedle dzisiejszej wiedzy, zbadane i nadające się do eksploatacji turoszowskie zasoby węgla brunatnego przekraczają 370 mln ton, co przy obecnym wydobyciu rocznym umożliwia pracę kopalni Turów co najmniej do 2040. I oczywiście pozbawione sensu byłoby zatrzymywanie pracy kopalni, która ma jeszcze co wydobywać.
Innego zdania są jednak nasi ekolodzy z różnych organizacji, którzy domagają się, aby kopalnia węgla brunatnego Turów została zamknięta najpóźniej w przyszłym roku. Na 28 kwietnia 2019 r. zaplanowali protest, pragnąc przeciwstawić się powiększeniu zasięgu odkrywki przez kopalnię.
W Worku Turoszowskim, w miejscu, gdzie zbiegają się granice Polski, Czech i Niemiec, ma stanąć międzynarodowy ludzki łańcuch, łączący symbolicznie te trzy państwa.
Państwa są trzy, ale będą protestować głównie polscy aktywiści, wspierani przez grupkę Czechów. Jak mówią organizatorzy, łańcuch ludzki ma podkreślić, że żyjemy wspólnie na jednej planecie, a jeśli ją zniszczymy, będzie to problemem dla nas wszystkich.
Gwoli zapewnienia odpowiedniej frekwencji na proteście, organizatorzy zapewniają bezpłatny transport autokarowy, nawet z dość odległego Wrocławia.
Polscy ekolodzy, poprzez planowany protest chcą zatroszczyć się o naszych zagranicznych sąsiadów.
– Kopalnia Turów ma bezpośredni wpływ na ogromne zniszczenie wód gruntowych, które są wypompowywane podczas wydobywania węgla brunatnego. Niedoborami wody zagrożonych jest około 30 000 mieszkańców miast Hrádek nad Nisou, Frýdlant i innych czeskich miejscowości. Pogłębianie kopalni grozi stratą źródeł pitnej wody dla mieszkańców i przyrody – martwi się Radosław Gawlik, szef stowarzyszenia Eko-Unia.
Jak mówi, rozwój kopalni i spalanie węgla brunatnego w celu produkcji energii elektrycznej jest dziś nie do przyjęcia. W czasach, gdy wszyscy odczuwają konsekwencje zmian klimatu, powiększanie kopalni jest drwiną i gwoździem do trumny.
Wszystko już rozkopano
Wprawdzie dotychczas nie zbadano, jaki wpływ ma działalność kopalni odkrywkowej Turów na ocieplenie klimatu, ale trudno zaprzeczyć, że wpłynęła na krajobraz.
Odkrywka ma powierzchnię sięgającą 2500 hektarów, a głębokość przekracza 200 metrów. Jej intensywna eksploatacja rozpoczęła się w początkach ubiegłego wieku, więc dość księżycowy krajobraz odkrywki jest już stałym elementem tego regionu. Tamtejszy teren, przez ponad sto lat wydobywania węgla brunatnego został tak mocno przekształcony przez człowieka, że ewentualna rozbudowa kopalni Turów bardzo niewiele zmieni.
Eksploatację węgla brunatnego na dużą skalę rozpoczęła w 1904 r. kopalnia Herkules. . Do końca II Wojny Światowej gospodarowali tam Niemcy, od 1946 r. kopalnię zaczęli przejmować Polacy.
Zbudowaliśmy tam wielką elektrownię o mocy ponad 1500 megawatów, do której węgiel dostarczany jest taśmociągami. Elektrownia Turów, należąca do państwowej Polskiej Grupy Energetycznej, pracuje nieprzerwanie od 1962 roku. W 2005 r. została gruntownie zmodernizowana, dzięki czemu jest dziś najnowocześniejszą w Polsce elektrownią opalaną węglem brunatnym.
Przerwanie wydobycia węgla brunatnego musiałoby oznaczać oczywiście i zamknięcie elektrowni. Konsekwencje to wieloletni niedobór energii elektrycznej w południowo-zachodniej Polsce, utrata pracy przez ponad 8 tys osób pracujących w kopalni i elektrowni Turów oraz na rzecz tych zakładów , zubożenie gminy Bogatynia, która dziś należy (wraz z mieszkańcami) do najbogatszych w Polsce. Mieszka tam prawie 25 tys. osób, które z niepokojem śledzą wszelkie sygnały o możliwości przedwczesnego zakończenia pracy kopalni.
Inni też wydobywają
Turoszowskie złoże węgla brunatnego zalega na obszarze prawie 35 kilometrów kwadratowych. Od 1945 r. jego główna część jest w granicach Polski, pozostałe w Czechach i Niemczech. Oba te państwa rozpoczęły tam eksploatację węgla brunatnego dużo wcześniej niż Polska, bo już w połowie osiemnastego wieku.
Niemcy i Czesi wcześniej zaczęli wydobycie, więc wcześniej też je skończyli. Około 50 lat temu zasoby węgla po stronie czeskiej i niemieckiej zaczęły się wyczerpywać, eksploatacja stopniowo stawała się nieopłacalna. Czesi zakończyli wydobycie w Worku Turoszowskim już w 1972 r., Niemcy w 1999 r.
My mamy jeszcze co wydobywać, więc, tak jak i te dwa państwa, powinniśmy zapewnić eksploatację kopalni do czasu wyczerpania złoża – co jak wspomniano, może nastąpić najwcześniej w 2040 r.
Za sprawą geologii, Polska, Czechy i Niemcy należą do państw, w których węgiel brunatny jest jednym z najważniejszych surowców energetycznych.
Obaj nasi sąsiedzi teoretycznie zakładają zmniejszanie udziału węgla brunatnego w swej energetyce (podobnie zresztą jak i my). W praktyce, wciąż jednak rozbudowują niektóre zagłębia.
W 2015 r. rząd Czech postanowił znieść ekologiczne limity wydobycia w odkrywkowej kopalni węgla brunatnego Bilina i planuje rozwój zagłębia Most. Niemcy rozbudowują odkrywkową kopalnię Garzweiler, co spowodowało konieczność zburzenia sąsiedniej wsi.
Nie ma więc chyba powodu, by Polska „wybiegała przed orkiestrę” – i przedwcześnie kończyła opłacalną eksploatację węgla brunatnego w Worku Turoszowskim.