Kulturalna starość

Jeśli nie chcesz przymierać głodem na starość – umrzyj nim dostaniesz pierwszą emeryturę.

Według rządu najniższa emerytura to jakieś 1200 zł. Oczywiście to nieprawda, bo rząd z tej kwoty potrąca podatek. Na rękę parę stów mniej.
Na każdy dzień nie ma nawet 40 zł. Z tych pieniędzy ma się najeść, ogrzać, umyć, zapłacić za dach nad głową i bardzo często kupić lekarstwa.
Większość „życzliwych” rodakom Polaków powie, że przecież taki ktoś mógł pracować więcej i lepiej zarabiać. A skoro tego nie robił, to znaczy, że był leniem i na taką właśnie najniższą emeryturę zasłużył. Według takiego rozumowania znakomita część emerytów była przez całe życie obibokami. Bo skoro GUS poddaje, że najczęściej wypłacana emerytura to ok. 60 złotych więcej niż minimalna emerytura, to znaczy, że jesteśmy narodem śmierdzących leni.
Ten sam GUS twierdzi też, że średnia emerytura w Polsce to 2 500 zł. Co oczywiście jest statystycznym pewnikiem, ale na którą to wartość można patrzeć ze śmiechem. Tym samym, który ogarnia Polaków, gdy czytają, że średnie wynagrodzenie u nas to ponad 6 tys. zł miesięcznie.
Ciepłe kraje
Kłamstwo statystyczne nie jest jedynym, które dotyczy emerytów. Największym jest bowiem sama „najniższa emerytura”. Bo – otóż – od czasu reformy Buzka czegoś takiego nie ma. Na ustawowe minimalne brutto załapują się bowiem faceci, którym pracodawca odprowadzał składki emerytalne przez 25 lat i kobiety, którym część wynagrodzenia przesyłano do ZUS przez lat 20. Po ludzku mówiąc, przez tyle właśnie lat jedni i drugie musieli w czasie swojego życia pracować na etacie.
Tymczasem żyjemy w kraju, gdzie w latach 90-tych pracować można było najczęściej na umowach cywilno prawnych, albo wręcz na czarno.
I mimo że ktoś harował na umowie o dzieło, lub umowie-zleceniu, to fundusz emerytalny ZUS nie dostawał z tego ani grosza.
Nie mający o tych czasach i sytuacjach, wielkomiejscy, liberalni mądrale, powiedzą oczywiście, że ludzie mogli się na takie coś nie zgodzić. Oczywiście. Tyle, że jedyną alternatywą było dla nich i ich rodzin żywienie się po śmietnikach i spanie pod mostem.
A jeśli i to nie przekona, nie mających pojęcia o życiu w mniejszych miejscowościach, to może niech spojrzą wokół siebie i spytają dzisiejszych 35-44-latków czy jeszcze kilka lat temu mieli etaty. Nie mieli otóż. Tak samo jak urlopów i mnóstwa świadczeń, które się ma z racji bycia etatowcem.
Zarzucanie lenistwa ludziom, którzy w latach 90-tych spędzali po kilka miesięcy za granicą i z racji niebycia Polski w UE musieli w większości pracować tam na czarno, też jest nie fair. A przecież robiło taki dobrych kilkaset tysięcy Polaków.
Pracodawca ci da
Prawo jest jednak twarde. Jeśli za kogoś przez wymienione w ustawie lata nie płacono składki emerytalnej, to osoba taka nie dostanie „emerytury minimalnej”. Dostanie natomiast – jak we Wrocławiu – co miesiąc 20 gr.
Aż dziw, że podając tę informację ZUS nie zestawił jej z najwyższą wypłacaną w Polsce emeryturą za ponad 60 oskładkowanych lat, wynoszącą ponad 20 tys zł miesięcznie. Byłaby przecież szansa udowodnić że (jak się z tych dwóch kwot zrobi średnią) średnia polska emerytura to 10 tysięcy z groszami.
Niemal bezgłośnie przeszła w mediach informacja, że liczba Polaków bez prawa do minimalnej emerytury wzrosła w ciągu 7 lat ponad dziesięciokrotnie. O ile bowiem w 2011 r. było takich osób niecałe 24 tys, to teraz jest ich trzy czwarte miliona. I ta armia będzie rosła. Według jednych ok 2030 roku będzie ich prawie milion, według zaś innych – nawet 1,5 mln.
Od lat o nieoskładkowane śmieciówki walczą pracodawcy, cały czas opowiadając, jak to uelastycznia rynek pracy, czyli ma nader pozytywny wpływ na gospodarkę. Teraz jednak grono to – konkretnie zaś Federacja Przedsiębiorców Polskich – zostało zaskoczone danymi o licznie niekwalifikujących się na najniższe emerytury. I co wymyślili?
Żeby zrobić ustawę nakazującą ZUS dopisać kapitał za lata, kiedy dana osoba pracowała na śmieciówce. A na dodatek lata te doliczyć do stażu niezbędnego by dostawać emeryturę najniższą. I jest to piękne. Ci, którzy zawsze gardłowali, że państwa ma być jak najmniej, dzięki czemu mogliby płacić pracownikom po uważaniu i zamiast na ZUS przekierowywać ich składki na własne konta. Teraz zaś leją krokodyle łzy nad tymi, których złupili i domagają się, żeby sprawiedliwość wzięło na siebie państwo. Czyli wszyscy podatnicy.
Z kapeluszem po emetyturę
Prawda jest jednak taka, że z emeryturami trzeba coś zrobić. Choćby dlatego, że za dekadę oprócz 1 miliona osób niezasługujących zdaniem ZUS na minimalne świadczenie, tych, którzy będą je dostawali w najniższym wymiarze będą miliony. Choćby tacy, którzy pracują na samozatrudnieniu. Bo mimo, że co miesiąc płacą ZUS jak za zboże, to ich składka emerytalna da dzisiejszym „przedsiębiorcom” właśnie najniższą emeryturę. Do tego dodajmy dotychczasowych beneficjentów „500 plus” i innych świadczeń socjalnych, które wymagają od ludzi wykazywania się minimalnymi zarobkami. Wszystkie te osoby zarabiały zatem oficjalnie jak najmniej. Najczęściej będąc zatrudnionymi na pół etatu. Pracowały zaś ile się da, dostając pieniądze „pod stołem”.
Można iść o zakład, że grono ludzi z najniższą emeryturą zasilą wszelkiej maści twórcy. Od kabareciarzy, przez piosenkarzy, czy muzyków, na dziennikarzach kończąc. W tych zawodach pojęcie etatu jest niemal nieznane. Tak jak nawet samozatrudnienie. Twórcy żyją z umów o dzieło. A od nich nie odprowadza się nawet składki zdrowotne, więc tym bardziej na emeryturę.
Dlatego za 15-20 lat nie zdziwcie się Drodzy Czytelnicy jak w jakimś buszującym w śmietniku kloszardzie rozpoznacie niegdysiejszego celebrytę. Takiego, który miał jeden przebój, którego już od dawna nikt nie chce grać, więc tantiemy też mu się nie należą.
Coraz mniej
OECD, czyli klub najbardziej rozwiniętych ekonomicznie krajów, przeprowadził symulację emerytur wśród swoich członków za 30 lat. Badaczom wyszło, że najwyższe emerytury będą dostawać Holendrzy. Niemal równe przeciętnej pensji. Na drugim miejscu jest Dania, gdzie emerytura będzie stanowić 86 proc. średniego wynagrodzenia. We Włoszech, Austrii, Luksemburgu, USA, Irlandii i Kanadzie, będzie się po przejściu na emeryturę dostawało ponad 70 proc. średnich zarobków.
Taki zaś Polak, czy Polka, gdy przejdą na zasłużony odpoczynek to dostaną ledwie 31 proc. przeciętnej niegdysiejszej pensji. To najgorszy wynik w Europie i drugie po Meksyku najniższe świadczenie na świecie.
W przeliczeniu na obecne pieniądze Polacy będą dostawać średnio niecałe 1200 zł na rękę. Potwierdzają to polscy naukowcy. Według nich będzie jednak nieco gorzej. Bo gdy 30-40 – latkowie przejdą na emeryturę, to 75 proc. z nich otrzyma co najwyżej świadczenie minimalne – czyli co najwyżej odpowiednik dzisiejszych 934 zł. Czeka to praktycznie wszystkie kobiety i ponad połowę mężczyzn.
Za starzy na życie
Dziś emeryci to ok. 6 mln osób. Lada chwila będzie ich jednak ponad 10 milionów. Co znaczy, że ludzi, którzy nie będą mieli pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb będzie 7,5 miliona.
Powinno się wydawać, że dzisiejsze i przyszłe świadczenia dla osób starszych powinny być jednym z głównych haseł tegorocznych kampanii wyborczych. A nie są.
Kaczyński wymyślił dla nich łapówkę w postaci 13. emerytury. Morawiecki snuje wizje dalszego zasilania sektora bankowego poprzez PPK i IKE. Historia OFE nauczyła Polaków, że to ściema, na której zarobią tylko banksterzy. Opozycja problemu emerytów nie dostrzega.
Nikt nie wraca do dyskusji sprzed paru lat gdy partie przerzucały się – niejednokrotnie sensownymi – pomysłami.
Zaczął Waldemar Pawlak, gdy jeszcze był wicepremierem. Powiedział, że na starość jedno na co będzie można liczyć, to utrzymanie przez własne dzieci. A potem dodał, że musimy myśleć o emeryturze obywatelskiej. Czyli takiej, którą dostanie każdy, kto osiągnie wiek emerytalny. Poza nią dostawałby też i tę z ZUS, czy czegokolwiek.
Koncepcji przyklasnęli liberałowie z Centrum im. Adama Smitha. Ich wyliczenia pokazywały, że emerytura obywatelska miałaby być finansowana z podatków i wynosić powinna (parę przecież lat temu) ok. 900 zł.
Szydło mówiła wtedy, że emerytura obywatelska jest jedną z propozycji omawianych w PiS. Jak widać nader nieskutecznie. Choć nie do końca może.
Od zdobycia władzy przez PiS można zaobserwować dość ciekawe zjawisko. Po wielu latach wzrostu wieku umieralności Polaków, trend się odwrócił. Umiera nas znacznie więcej niż przewidywali to demografowie. Może zatem PiS uznał, że problem głodujących emerytów rozwiążą sami emeryci. Poprzez schodzenie z tego łez padołu, tydzień po przejściu na emeryturę.

Mniej ubogich, mniej też ubezpieczonych

Najmniej ubóstwa w USA jest w gospodarstwach domowych prowadzonych przez małżeństwa złożone z dwóch mężczyzn. Są one zamożniejsze, niż gospodarstwa kobiety i mężczyzny. Największy zasięg ubóstwa panuje w małżeństwach dwóch pań. To cenna wskazówka m.in. przy wyborze rodzin adopcyjnych.
Co nowego u statystyków amerykańskich? Najpierw jednak warto wiedzieć, że w USA funkcjonują trzy ogólnokrajowe agencje (urzędy) statystyczne. Są to: Biuro Spisów Stanów Zjednoczonych (US Census Bureau), Biuro Statystyki Pracy (Bureau of Labor Statistics) podległe Departamentowi (ministerstwu) Pracy oraz Biuro Analiz Ekonomicznych (Bureau of Economic Analysis) podległe Departamentowi Handlu. Każde z nich specjalizuje się w odrębnych dziedzinach. Dzisiaj powiemy o pracach Biura Spisów.
Biuro Spisów pracuje obecnie przede wszystkim nad Powszechnym Spisem Ludności 2020, który w USA przeprowadza się na mocy Konstytucji z 1787 r.
Artykuł I, Rozdział II Konstytucji wzywa do „faktycznego wyliczenia”, które ma być „dokonane w ciągu trzech lat po pierwszym spotkaniu Kongresu Stanów Zjednoczonych, a także w ciągu każdego dziesięcioletniego okresu, w sposób określony przez prawo bezpośrednie”. Jak pisze Biuro „230 lat temu, pieszo, konno, marszałkowie Stanów Zjednoczonych odwiedzili każde gospodarstwo domowe w naszym młodym kraju”.
Ta pierwsza „enumeracja” (spis) odbyła się 1790 r. i przyniosła wielką niespodziankę, gdyż oczekiwano, że liczba ludności ówczesnych Stanów Zjednoczonych wyniesie 2 mln osób, gdyż tymczasem według spisu wyniosła 3,9 mln osób.
W tym roku spisano do tej pory (dokładnie do 24 września br) 95 proc. gospodarstw domowych, w tym 66 proc. w trybie on line, telefonicznie bądź pocztą. Tegoroczny Spis Ludności przebiega pod hasłem: Historia spisów to historia Ameryki.
Według wstępnych szacunków liczba ludności USA wynosi obecnie 330 mln osób. W ciągu minionych 10 lat przybyło więc 10 mln osób.
Biuro Spisów ogłosiło, że wskaźniki ubóstwa w USA są obecnie najniższe od 1959 r. i wynoszą średnio 10,5 proc., w tym dla Latynosów 15,7 proc, a dla osób czarnoskórych 18,8 proc. Dla Azjatów wskaźnik ten wynosił 7,3 proc. Natomiast dla rasy białej nielatynoskiej – najmniej, bo 7,2 proc. (podobnie jak w 1973 r. i 2000 r.).
Udział osób czarnoskórych wśród ogółu ludności USA wynosi 13,2 proc. natomiast wśród ludności ubogiej, 23,8 proc. Wśród Latynosów udział w ogólnej liczbie ludności wynosił 18,7 proc., natomiast wśród ludności ubogiej aż 28,1 proc. Te dysproporcje są szczególnie wyraźne wśród dzieci i osób starszych powyżej 65 lat.
Od 2008 r. mediana dochodów gospodarstw domowych osób czarnoskórych wzrosła o 14,1 proc. w porównaniu z 24,3 proc. dla ludności latynoskiej i 11,1 proc. dla ludności białej. W sumie liczba osób żyjących w ubóstwie w USA wyniosła w 2019 r. – 34 mln, czyli o 4,2 mln osób mniej niż w 2018 r.
Biuro Spisów ogłosiło również dane dotyczące dochodów gospodarstw domowych par osób tej samej płci w porównaniu z małżeństwami. Wśród gospodarstw domowych małżeństw osób tej samej płci, 47 proc. stanowiły pary mężczyzn, a 53 proc. pary kobiet.
Wśród gospodarstw domowych małżeństw osób płci odmiennej i tej samej płci, wskaźniki ubóstwa nie różniły się istotnie. Jednak gospodarstwa domowe pary mężczyzn miały niższy wskaźnik ubóstwa niż małżeństwa osób płci odmiennej. Natomiast gospodarstwa domowe pary kobiet miały wskaźnik ubóstwa wyższy niż par osób płci odmiennej.
Różnice te częściowo mogą wynikać, jak stwierdza Biuro Spisów, ze struktury gospodarstw, zwłaszcza z liczby dzieci. Około 38 proc. gospodarstw domowych będących małżeństwami osób płci odmiennej posiada bowiem dzieci poniżej 18 lat, podczas gdy w przybliżeniu w gospodarstwach domowych małżeństw tej samej płci , tylko 9,3 proc. męskich i 26,5 proc. żeńskich miało dzieci. A utrzymanie dzieci kosztuje.
Niezależnie od wskaźnika ubóstwa, w obu kategoriach wiekowych (do i powyżej 65 lat) małżeństwa tej samej płci miały wyższą medianę dochodu niż małżeństwa płci przeciwnej.
Biuro Spisów opublikowało też ciekawe dane na temat dzieci w rodzinach. Spośród 1,1 mln par osób o tej samej płci, 14,7 proc. miało co najmniej jedno dziecko w swoim gospodarstwie domowym (w sumie 292 tysiące) – w porównaniu z 37,8 proc. gospodarstw należących do par o płci przeciwnej.
Na podstawie badań statystycznych Biura Spisów ogłoszono również, że sposród tzw. młodych dorosłych w wieku 25-34 lat, aż 17,8 proc. mieszkało we wspólnym gospodarstwie domowym ze swoimi rodzicami.
Tych wspólnych gospodarstw domowych było w 2019 r. 25,5 mln. Stwierdzono także, że w ten sposób zapewniono ich stabilność ekonomiczną oraz że osoby w tej grupie wiekowej miały czas na ukończenie szkoły, rozpoczęcie pracy i założenie własnego gospodarstwa domowego, już niezależnego od rodziców. Wskaźnik ubóstwa tych młodych ludzi zamieszkujących z rodzicami wynosił zaledwie 5,3 proc., co jest wartością niższą niż wskaźnik ubóstwa średnio dla wszystkich rodzin. Co oznacza, że ci młodzi także wnosili swoje dochody do gospodarstwa.
Dla informacji: próg ubóstwa w 2019 r. w USA to 19.998 dolarów na statystyczne gospodarstwo domowe rocznie a dla gospodarstwa czteroosobowego – 26.172 USD rocznie.
Według tegoż Biura Spisów oraz Biura Statystyki Pracy, mediana realnych zarobków pełnoetatowych pracowników wzrosła w 2019 r. w porównaniu z rokiem poprzednim o 0,8 proc. Zarobki kobiet były o 18 proc. niższe niż mężczyzn. Dochody gospodarstwa domowego w skali rocznej, także licząc według mediany (czyli wartości środkowej) wyniosły 68.703 USD.
Biuro Spisów wspólnie z American Community Survey (Program Badań Demograficznych) jak co roku prowadzi także badania statystyczne w zakresie ubezpieczeń zdrowotnych. Ubezpieczenia takie w 2019 r. posiadało 92 proc. osób. W tym 55 proc. to ubezpieczeni przez pracodawców. Prawie 20 proc. (mniej niż w 2018 r.) stanowią ubezpieczeni w ramach systemu Medicaid (wprowadzonego za prezydentury Obamy).
9,2 proc. osób w USA, czyli 29,6 mln nie posiadało żadnego ubezpieczenia zdrowotnego – i liczba ta była wyższa niż w 2018 r.

Księga Wyjścia (61)

Ballada o pienińskich szlakach.

Postanowiłem zrobić sobie urlop, oderwać od wszystkiego, zostawić za sobą świat, nabrać dystansu i tak po ludzku odpocząć. Cel – poszukiwanie zagubionej samotności.
Jeżdżę tam, gdzie mnie nogi, pociąg, fantazja i autobusy – poniosą. Szukam miejsc bez ludzi i zasięgu. Niestety, są wszędzie. Przez Katowice i Kraków dotarłem w Pieniny. Wysokich Tatr i kręte, bieszczadzkie ścieżki. Poznałem już wcześniej bardzo dobrze.
Faktycznie, można było znaleźć tam samotność. Położyć się na połoninie. I oglądać skaczące po skałach kozice.
Trudno jednak, w dobie smartfonów i wszechobecnego zasięgu całkowicie oderwać się od świata. Sytuacja na Białorusi zdominowała wszelkie inne doniesienia. Chociaż nic nowego się tam nie wydarzyło, nic nie zmieniło, to świat wrze z oburzenia. A to znaczy, że za chwilę NATO coś tam wykombinuje. Teraz szykują grunt pod interwencję, urabiając światową opinię publiczną.
Nie trzeba być jasnowidzem z Człuchowa, by wiedzieć, że coś niedobrego się wydarzy.
Miałem się oderwać, a zamiast tego już mnie ponosi. Wszystko przez to, że mam zasięg i czytam, różne doniesienia.
Pieniny są bardzo piękne, każdy masyw, każda część gór, ma trochę inną specyfikę, wszędzie jest ciut inaczej.
Idealne dla sprawdzenia kondycji. Wędrówka po nich może dać w kość. Byłoby pięknie, ale…
Te urzekające szlaki, psują sami turyści. Z puszką piwa w dłoni, co chwilę słyszałem za plecami, że te „je..nie kamienie”, „Pier..ne góry”. No cóż, górskie szlaki są prawie zawsze kamieniste.
Pierwotnie, gdy dowiedziałem się, że wejście na Trzy Korony jest płatne, chciałem napisać felieton pełen oburzenia. Wprawdzie płaci się dopiero na szczycie – sześć zlotych, więc jeśli ktoś nie dotrze, to ma całą masę wrażeń za free.
Gdy jednak zobaczyłem zachowanie ludzi, wyrzucane puszki i butelki, to przestałem się dziwić. Przecież ktoś musi to później posprzątać.
Zastanawiałem się w jakim celu ktoś, komu nie sprawia to frajdy pakuje się na najwyższe partie gór, przeklinając po drodze każdy kamień, konar, a nawet całe góry.
Jan Himilsbach mawiał, „po co jeździć na wczasy, kiedy wódki można napić się w domu”.
Drogi turysto, jeśli przypadkiem trafisz w góry, a nie masz genu kozicy, albo yeti, to nie pakuj się na szlak. Po co? Posłuchaj rady Himilsbacha.
Przecież możesz sobie zrobić jakiś fotomontaż. Zdjęć jest w Internecie do jasnej cholery, a Photoshop pięknie Cię tam umiejscowi. Będzie selfik jak się patrzy, a Ty będziesz mógł wrzucić do sieci, chwaląc się znajomym jak to w trudzie i znoju pokonujesz kolejne wierchy.
Nie warto, lepiej dać zarobić właścicielowi miejscowej knajpy i wypocząć, niż przeklinać i zaśmiecać to naprawę urocze miejsce.
Jutro wybieram się w Tatry, nie byłem tam dwadzieścia lat. Może tam znajdę ciszę.
Szczegółową relację zdam, gdy wrócę, teraz tak dla zachęty zamieszczę fragment – jedno krótkie opowiadanie – z mojej nowej książki, czyli „Utwory żebrane, powrót z dna”. Miłej lektury i do przeczytania w kolejnym odcinku.
Przy Placu MDM
Choć brzmi to jak bajka, to nią nie jest, wiem, bo tak się składa, że poniższa historia przydarzyła się akurat mnie, ale zapewne niewielu z Was w nią uwierzy…
Zdarzyło się to blisko dwadzieścia lat temu, gdy po powrocie z niedawno zakończonej wojny w byłej już Jugosławii, na jakiś czas zrezygnowałem z pracy w dziennikarskim zawodzie. Wspomnienia z tej wojny, tego co tam widziałem, niekiedy uczestniczyłem, były tak mocne, że wszelkie krajowe tematy, pomysły czy reportaże wydawały się niewarte uwagi, a co dopiero pisania o nich. Jedyne, co udało mi się jeszcze zrobić to napisać i w miarę sprawnie wydać książkę traktującą o tym konflikcie. Wydaniem i dystrybucją zajęło się jedno z bardziej prestiżowych wydawnictw, co nie powiem, napawało mnie pewną dumą. Doprowadziliśmy sprawy do końca – książka poszła w świat i zaczęła żyć własnym życiem, a ja powoli i o tym zapominałem. Gdy nie pamiętałem już o niczym, całkowicie się zatraciłem. Dałem się ponieść nałogom. Bez hamulców i asekuracji. Byłem już po rozwodzie i było mi wszystko jedno. Włóczyłem się wiec po świecie, pijąc na umór w rożnych miastach u znajomych w hotelach lub melinach. Póki były pieniądze, wszystko wydawało się w porządku. Bardziej chcąc niż nie chcąc, zapijałam się na śmierć. Marzyłem, by któregoś razu nie ocknąć się po libacji. Nie piszę obudzić, bo zatraciłem pory dnia i nocy. Budziłem się i piłem, piłem tak długo, póki nie zasnąłem.
Wylądowałem w końcu w Warszawie – po kilku dniach ostrego melanżu w stolicy spłukałem się wreszcie do zera. Popłynęły wszystkie zarobione wcześniej pieniądze. A nie było ich mało. W końcu stałem wraz z dwoma kumplami na placu MDM bez grosza i patrzyłem z chodnika w okna jakiejś drogiej, eleganckiej restauracji. Pruszył lekki śnieg, nawet miło było popatrzeć, jak ludzie dźwigają zapakowane świąteczne prezenty. Nie znałem dokładnej daty, ale według tego, co widziałem, nadchodziły święta. Ktoś niósł choinkę, w licznych butikach wzmożony ruch, a prawie każdy wychodził z czymś w ładnie zapakowanym pudełku, lub specjalnej torbie z Mikołajami, gwiazdką i tym wszystkim, z czym kojarzą się święta Bożego Narodzenia. Przeszywało mnie upiorne zimno będące konsekwencją zarówno niskiej temperatury, mroźnego wiatru, ale – przede wszystkim – ulatującego z organizmu alkoholu. Gapiłem się na tę restaurację przypominając sobie, że jeszcze nie tak dawno sam bywałem w niej gościem. Wpadałem na obiad, albo zapraszałem znajomych. Niedaleko stąd była jedna z kilku redakcji, w której pracowałem, zaliczanych do najbardziej opiniotwórczych, a zarobki przewyższały moje potrzeby. Życie układało się pięknie. Wojna jednak skutecznie przerwała tę sielankę. Nie czułem ani żalu, ani rozczarowania. Tylko ten przenikliwy ziąb. Nie miałem też pomysłu dokąd pójść i kogo odwiedzić. Zresztą i tak, jeśli nie było to pijackim złudzeniem, trafiłem na termin tuż przedświąteczny, co zdawały się potwierdzać pootwierane sklepy, wystrój miasta i ci ludzie z prezentami. Jedyne, co czułem to lekką zazdrość, że mają gdzie pójść, ten obraz w mojej głowie wyidealizował ich rodziny. Taka projekcja własnych pragnień.. Tak czy inaczej, nie był to dobry moment składania niezapowiedzianych wizyt niedawnym znajomym. Tym bardziej, że było nas trzech, przecież nie zostawię kumpli na łasce najbliższej ławki. Galerie handlowe dopiero raczkowały i najbliższa to chyba była Promenada. To też nie miało znaczenia, bo nawet gdyby już funkcjonowały, to i tak nie miałbym o tym pojęcia. Jedyne co nam zostało to dworzec centralny. „Poratuje pan złotówką?” – zapytał mijający mnie żebrak. Popatrzyłem na niego chyba lekko rozbawionym wzrokiem, przecież widać było, że sam jestem mocno skacowany, zżulony, i nie wyglądałem jakbym wyskoczył spod prysznica. Fakt, miałem na sobie markowe ubrania, ale były już mocno zapuszczone po tych wszystkich wcześniejszych podróżach, pociągach, autobusach i melinach. Zdziwił mnie, ale ponieważ zwykle odpowiadam, gdy ktoś się do mnie zwraca, to i jemu odpowiedziałem – „Chłopie, nie widzisz, że ledwo się na nogach trzymam?
Przecież dałbym sobie rękę obciąć za ćwiartkę, a za piwo palca”. Zatrzymał się i przeszył mnie wzrokiem – „Nie masz pieniędzy?” – zapytał – „Ani grosza” – odpowiedziałem. „To masz” wcisnął mi w dłoń monetę i poszedł dalej. Nie było tego dużo, odebrałem to jako symboliczny gest. W otwartej dłoni przyglądałem się dwudziestogroszówce, którą mi wręczył. Nie wiedziałem, śmiać się, płakać czy pójść do lombardu zastawić ostatnią cenną rzecz jaka mi została, czyli telefon. W trakcie podejmowania decyzji, gdy już byłem skłonny ruszyć jak najszybciej do znanego mi lombardu przy ulicy Emilii Plater, telefon ten zadzwonił. Oczywiście, odebrałem natychmiast. Był to dyrektor wydawnictwa, które wydało moją książkę. Powiedział, że hurtownie przesłały mu część pieniędzy i chciałby się ze mną na bieżąco rozliczyć. Zapytał, kiedy będę w Warszawie, ewentualnie czy wolę przekazem, czy na konto. Niemalże krzyknąłem z wrażenia: powiedziałem mu, że jestem w centrum i w ciągu pół godziny dotrę. Po tym rozliczeniu, kupiłem sobie ćwiartkę wódki, by jakoś dojść do siebie zostawiając część kasy kolegom, którzy cierpieli jak ja, po czym wsiadłem w pociąg i pojechałem do domu, by następnego dnia zgłosić się na odtrucie. To był przełom. Bez trudu odbudowałem pozycję i finansową stabilizację, jednak do zawodu dziennikarza wróciłem dopiero po dziesięciu latach, a po odtruciu i pierwszej terapii zająłem się handlem obrazami. Otworzyłem galerię w Kazimierzu Dolnym. Trafiłem na złoty okres tej branży i naprawdę szybko zarobiłem niewielką fortunę. Ale to już temat na osobne opowiadanie…

Trochę mniej nędzy w Polsce

Ponad półtora miliona ludzi wegetujących trwale w skrajnej biedzie to wstyd dla wszystkich rządów.
Rok 2019 przyniósł poprawę sytuacji materialnej gospodarstw domowych w naszym kraju. Znalazło to odzwierciedlenie w niewielkim spadku zasięgu ubóstwa ekonomicznego, w tym ubóstwa skrajnego (z 5,4 proc. w 2018 r. do 4,2 proc. w 2019 r.) – stwierdził Główny Urząd Statystyczny.
Ubiegłoroczny, zauważalny spadek zasięgu skrajnego ubóstwa nastąpił po jego, także zauważalnym wzroście w 2018 r., kiedy to grono osób żyjących w skrajnej nędzy zwiększyło się w Polsce do 5,4 proc. (z 4,3 proc. w 2017 r.) – czyli z 1,6 mln do 2,1 mln.
Zakładając, iż dane zebrane przez GUS są (z pewnością) rzetelne, trzeba powiedzieć, że w związku z wyborami Prawo i Sprawiedliwość odrobiło lekcję – i zadbało o statystyczny spadek ubóstwa w 2019 r. Wprawdzie ludzie żyjący w skrajnej nędzy raczej nie głosują (potrzeba poczucia wpływu na rządy w swoim kraju należy do górnych partii piramidy Maslowa), ale ów spadek ubóstwa można było wykorzystać propagandowo, co też i uczyniono.
Prominenci PiS oczywiście nie zauważali tego, że w 2018 r. nastąpił wzrost zasięgu skrajnego ubóstwa, ale oczywiście jak najbardziej chwalili się jego spadkiem w roku 2019. A to mogło mieć pewien wpływ na wyborcze decyzje elektoratu. Czas pokaże jak liczna będzie teraz, w bieżącym roku, grupa osób żyjących w skrajnej nędzy – gdy liderom PiS już nie będą potrzebne statystyczne wskaźniki poprawy sytuacji materialnej obywateli.
Niezależnie od ich intencji politycznych, trzeba jednak zauważyć, iż w ubiegłym roku zasięg skrajnego ubóstwa wynoszący wspomniane 4,2 proc. był mniejszy, niż wtedy, gdy PiS obejmowało władzę (w 2015 r. ów wskaźnik wynosił 6,5 proc., a w 2016 r. spadł do 4,9 proc.). Tak więc, sporej grupie najbiedniejszych Polaków zaczęło się żyć nieco lepiej. To wymierne osiągnięcie, którego nie wolno przemilczać – bo dzięki temu w Polsce realnie zmniejszyła się skala wykluczenia społeczno-ekonomicznego..
Warto też dostrzec to, że za rządów PO-PSL, w 2008 r., czyli tuż przed uderzeniem kryzysu finansowego w nasz kraj, skala skrajnego ubóstwa wynosiła 5,6 proc. – a więc jednak sporo więcej niż w ubiegłym roku.
Ubiegłoroczny spadek ubóstwa skrajnego dotyczył przede wszystkim gospodarstw domowych najbardziej zagrożonych biedą – czyli utrzymujących się głównie ze świadczeń społecznych (innych niż emerytury i renty) oraz gospodarstw z co najmniej trójką dzieci poniżej 18 roku życia, mieszkających na wsi i w małych miastach. Skrajnym ubóstwem częściej dotknięte są także gospodarstwa domowe osób mających niski poziom wykształcenia.
GUS regularnie, co rok, oblicza wskaźniki dotyczące zasięgu ubóstwa ekonomicznego w Polsce opierając się na wynikach badań budżetów gospodarstw domowych. Prezentowane wskaźniki są danymi średniorocznymi. W obliczeniach uwzględnione zostały trzy różne progi (granice): ubóstwa skrajnego, relatywnego oraz tzw. ustawowego.
Po obserwowanym od 2015 do 2017 r. stopniowym zmniejszaniu się zasięgu ubóstwa ekonomicznego, w 2018 r. nastąpiło odwrócenie tej tendencji – zasięg ubóstwa ukształtował się na wyższym poziomie niż w 2017 r. Natomiast w 2019 r. odnotowano spadek zasięgu wszystkich trzech rodzajów ubóstwa (o 1,2 -1,9 punktu procentowego). Spadek zasięgu ubóstwa ekonomicznego w 2019 r. miał miejsce w sytuacji wzrostu poziomu przeciętnych dochodów i wydatków gospodarstw domowych (w ujęciu nominalnym oraz realnym – czyli uwzględniającym zmiany poziomu cen towarów i usług konsumpcyjnych).
Podstawę wyznaczania granicy ubóstwa skrajnego stanowi minimum egzystencji szacowane przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych (IPiSS). Kategoria minimum egzystencji wyznacza bardzo niski poziom zaspokojenia potrzeb. Konsumpcja poniżej tego poziomu utrudnia utrzymanie się przy życiu i jest zagrożeniem dla psychofizycznej kondycji człowieka.
Spadek zasięgu ubóstwa w 2019 r. objął zarówno ubóstwo skrajne, jak też relatywne oraz ustawowe.
Ubóstwo ustawowe obejmuje grupę osób, które zgodnie z obowiązującymi przepisami są uprawnione do ubiegania się o przyznanie świadczenia pieniężnego z pomocy społecznej. W 2019 r. zasięg ubóstwa ustawowego był równy 9,0 proc., czyli o 1,9 pkt. proc. mniej niż w 2018 r. To wciąż potężna grupa, wynosząca aż 3,4 mln ludzi.
Relatywna granica ubóstwa dotyczy osób, utrzymujących się z najwyżej 50 proc. kwoty, którą przeciętnie miesięcznie wydają gospodarstwa domowe w Polsce. Umożliwia to wyodrębnienie tych gospodarstw i osób, których poziom konsumpcji znacząco odbiega od poziomu przeciętnego. Jak podaje GUS, w 2019 r. ubóstwa relatywnego doświadczało 13,0 proc.osób w gospodarstwach domowych (ponad 4,9 mln). To o 1,2 pkt. proc. niż w roku poprzednim.
Zaobserwowany w 2019 r. spadek zasięgu ubóstwa skrajnego dotyczył większości branych pod uwagę grup ludności. W porównaniu z 2018 r. wyraźnie zmniejszył się odsetek osób żyjących poniżej minimum egzystencji wśród gospodarstw domowych utrzymujących się głównie z niezarobkowych źródeł (innych niż emerytury i renty) – czyli praktycznie z zasiłków społecznych (o ponad 3 pkt. proc.). Te gospodarstwa są siłą rzeczy szczególnie narażone na ubóstwo skrajne, które wynosi wśród nich ponad 10 proc.
O około 2 pkt. proc. obniżyła się stopa ubóstwa wśród gospodarstw domowych rencistów. W przypadku pozostałych grup społeczno-ekonomicznych – czyli gospodarstw domowych utrzymujących się głównie z pracy najemnej, z pracy na własny rachunek, oraz emerytów i rolników – stopa ubóstwa skrajnego w 2019 r. była niższa o około 1 pkt. W rodzinach rolników około 8 proc. gospodarstw żyje w skrajnej nędzy. Natomiast w gospodarstwach domowych rencistów skrajne ubóstwo obejmuje 6 proc.
Ponadto, o około 3 pkt proc. zmniejszył się zasięg ubóstwa skrajnego wśród gospodarstw domowych z osobami posiadającymi orzeczenie o niepełnosprawności. Natomiast o 2 pkt. proc. zmniejszył się zasięg ubóstwa w gospodarstwach, w których głowa rodziny (osoba osiągająca najwyższy dochód spośród wszystkich członków gospodarstwa) legitymowała się niskim poziomem wykształcenia (co najwyżej gimnazjalnym lub zasadniczym zawodowym). Stopa skrajnego ubóstwa wśród gospodarstw, których głowa rodziny ma wykształcenie co najwyżej gimnazjalne jest ponad dwukrotnie wyższa niż przeciętnie i wynosi ok. 10 proc..
Zasięg ubóstwa skrajnego wśród dzieci i młodzieży poniżej 18 roku życia spadł zaś z 6 proc. w 2018 r. do niecałych 5 proc. w 2019 r.
Obniżenie się poziomu ubóstwa skrajnego w 2019 r. dotyczyło w głównym stopniu mieszkańców wsi i najmniejszych miast. W miastach pomiędzy 20 tys. a 200 tys. spadek stopy ubóstwa był minimalny (poniżej 1 pkt .proc). Natomiast stopa ubóstwa w największych ośrodkach miejskich (co najmniej 200 tysięcznych), w których żyje się z reguły najlepiej, pozostała na dotychczasowym poziomie. W tej kategorii miast stopa ubóstwa skrajnego jest najniższa i wynosi ok. 1 proc. .
Bliżej bieguna bogactwa są także gospodarstwa domowe utrzymujące się z pracy na własny rachunek Tam w 2019 r. stopa ubóstwa skrajnego wynosiła średnio 2 proc. Ubóstwa skrajnego rzadko doświadczają osoby z gospodarstw domowych, w których głowa rodziny ma wykształcenie wyższe (1 proc. ). Równie niskim, jednoprocentowym poziomem ubóstwa skrajnego charakteryzują się też gospodarstwa 1-osobowe oraz małżeństwa bez dzieci lub z 1 dzieckiem na utrzymaniu.
Oprócz wskaźników zasięgu ubóstwa ekonomicznego, GUS oblicza także wskaźniki zasięgu niedostatku. Granica sfery niedostatku oparta jest na minimum socjalnym obliczanym przez IPiSS. W koszyku minimum socjalnego uwzględnia się dobra i usługi służące nie tylko zaspokojeniu potrzeb egzystencyjnych, ale także towary i usługi niezbędne do wykonywania pracy, kształcenia, utrzymywania więzi rodzinnych i kontaktów towarzyskich oraz skromnego uczestnictwa w kulturze i rekreacji.
Zakłada się, że wydatki konsumpcyjne na poziomie minimum socjalnego pozwalają na prowadzenie tzw. „godnego życia”. Poziom granicy sfery niedostatku (około dwa razy wyższy od granicy ubóstwa skrajnego) oznacza, że nie należy utożsamiać jej z ubóstwem ekonomicznym. Jest to odrębna kategoria społeczno-ekonomiczna.
W roku 2019 zasięg sfery niedostatku wyniósł 39,4 proc. Był on o prawie 2 pkt .proc. niższy niż w 2018 r. – ale to wciąż prawie 15 mln mieszkańców Polski.
Niedostatku doświadczają najczęściej te same grupy gospodarstw domowych co skrajnego ubóstwa. W ubiegłym roku 2019 r. najwyższe odsetki osób żyjących w sferze niedostatku odnotowano wśród gospodarstwach domowych utrzymujących się z niezarobkowych źródeł innych niż emerytury i renty, rolników, gospodarstwach domowych z osobami o wykształceniu co najwyżej gimnazjalnym (średnio 60 – 62 proc.). W niedostatku żyje ponad 55 proc. gospodarstw domowych z co najmniej trójką dzieci do lat 18. Wyższy jest zasięg sfery niedostatku na wsi (52 proc.) niż w miastach (w zależności od wielkości miast – od 18 proc. do 40 proc.).
I chyba tak właśnie wygląda rzeczywisty podział wśród Polaków, który dał się wyraźnie zauważyć nie tylko w niedzielnych wyborach.

Zamrożą płacę minimalną?

Tego właśnie oczekują od rządu – obok nowych pomysłów na wspieranie biznesu – organizacje pracodawców.

W ostatnich latach najniższe przewidywane prawem wynagrodzenie systematycznie rosło. W 2020 r. wynosiło 2600 zł brutto, co daje 1920 zł netto. W przypadku umów cywilnoprawnych („śmieciowych”) minimalna stawka godzinowa ustalona została na poziomie 17 zł (netto – 11). Wzrost płacy minimalnej w porównaniu z rokiem poprzednim wyniósł 15,6 proc. i ta tendencja miała się utrzymywać. W 2021 r. rząd obiecywał wynagrodzenie minimalne 3000 zł brutto (2150 na rękę).

Pracodawcy: żadnych podwyżek!

Pojawił się jednak koronawirus, na rynku pracy ruszyły zwolnienia i obniżki płac, a przedsiębiorcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan bardzo nie chcą, by państwo zobowiązało ich do poniesienia wynagrodzeń najsłabiej opłacanych pracowników. Twierdzą, że w obecnej sytuacji nie ma miejsca na żadne ruchy, które zwiększałyby koszty pracy. Ich postulat jest prosty: niech płaca minimalna zostanie w czasie epidemii zamrożona. Podobnie proste stanowisko wyrażali w mediach eksperci Pracodawców RP. – Poczekajmy na liczby i fakty, ale jestem przekonany, że pokażą one, iż nie ma przestrzeni dla podwyżek – tłumaczył w money.pl Sławomir Dudek, główny ekonomista organizacji.

Wymagałoby to nadzwyczajnego zainterweniowania w samą ustawę dotyczącą płacy minimalnej, bo przewiduje ona gwarancję jej podwyższania w oparciu o prognozę wskaźnika cen. A te już w bieżącym roku szły w górę…

Na inicjatywę pracodawców z oburzeniem zareagował związek zawodowy Związkowa Alternatywa. Domaga się on, by rząd zrealizował swoje wcześniejsze obietnice niezależnie od kryzysu i podniósł płacę minimalną w 2012 r. do 3000 zł brutto.

Związki: wzrośnie ubóstwo!

– W czasie kryzysu istotne jest, by zachować dynamikę popytu wewnętrznego i poziom konsumpcji. Obniżanie płac niewątpliwie przyczyniłoby się do pogłębienia negatywnych zjawisk na rynku pracy i gospodarce – komentuje Piotr Szumlewicz, przewodniczący ZA. W jego ocenie ratowanie miejsc pracy to nie wszystko. Ludzie muszą jeszcze dysponować środkami, za które opłacą mieszkanie, media, a także będą w stanie nabywać produkty i usługi. Gdy upadnie popyt, firmy i tak staną się nierentowne, niezależnie od tego, jak bardzo zaoszczędzono na ich pracownikach.

– Roczny poziom inflacji wciąż przekracza 3 proc., a ceny żywności wzrosły w ciągu ostatniego roku o blisko 8 proc.. Zamrożenie płacy minimalnej oznoaczałoby zatem spadek realnych płac najgorzej opłacanych pracowników i wzrost skali ubóstwa wśród osób pracujących.w przyszłym roku do 3000 zł brutto – alarmują związkowcy.

Jeszcze pod koniec kwietnia o możliwe zamrożenie płacy minimalnej pytała Ministerstwo Finansów posłanka Katarzyna Osos (KO). Otrzymała cokolwiek wymijającą odpowiedź. Po przedstawieniu całej procedury wyliczania płacy minimalnej podsekretarz stanu w resorcie finansów stwierdził jedynie, że minister rodziny, pracy i polityki społecznej przedstawi projekt w tej sprawie najpierw pod obrady rządu, a potem na forum Rady Dialogu Społecznego z opóźnieniem. Wywołanym, oczywiście, koronawirusem. Na wydanie rozporządzenia w sprawie wysokości płacy rząd ma czas do września.

Jak się robi kiełbasę?

Budowanie wszelkimi sposobami czarnej legendy służb specjalnych PRL, nadzwyczaj przydatnej dla formacji prawicowych i leżącej u podstaw m. in ustawy „dezubekizacyjnej”, trwało nieustannie przez cały okres istnienia III RP i nie ustaje dzisiaj. Jednak zaczęło się znacznie wcześniej i miało niektóre szczególnie ciekawe momenty. Warto, by się nad nimi zastanowić. A ludzi z kręgu władzy powinny skłonić do gruntownych przemyśleń.

Otto von Bismarck, wybitny niemiecki mąż stanu, wypowiedział pamiętne zdanie: „ludzie nie powinni widzieć dwóch rzeczy: jak się robi kiełbasę i jak się robi politykę”. Bon mot jest świetny i prawie wszyscy go znają, ale mało kto zdaje sobie sprawę, że po prostu oba przywołane procesy mają niezwykłą cechę wspólną; zarówno w polityce jaki i w kiełbasie ogromną, wręcz niezastąpioną rolę odgrywają nieżyjące stworzenia. I o ile w dzisiejszych czasach ostatecznie można robić wędliny bez zabitych zwierząt, to żaden poważny ruch polityczny nie może obyć się bez odpowiedniego nieboszczyka, nazywanego przez uczonych historyków „krwią założycielską”.
KOR, Komitet Obrony Robotników,
najsławniejsza organizacja opozycyjna w gierkowskim PRL, powstał w 1976r. i zyskał na znaczeniu głównie z powodu szybko pogarszających się nastrojów społecznych w nieudolnie zarządzanym państwie. Bezpośrednią inspiracją jego utworzenia były zamieszki uliczne w Radomiu, wywołane podwyżką cen żywności. Zginęło w nich dosyć przypadkowo dwóch protestujących, zaś wielu innych, już nie przypadkowo, zostało dotkliwie pobitych na t. zw. „milicyjnych ścieżkach zdrowia”.
Tych dwóch „poległych w walce z władzą” to już było coś, ale jednak za mało jak na wymagania liderów nabierającej rozpędu opozycji. Oni bardzo chcieli mieć jakiś bardziej spektakularny dowód zbrodniczości komunistycznej dyktatury, który by ponadto zaspakajał głęboką potrzebę posiadania męczenników wywodzących się z własnych szeregów. Niezbędny był ktoś, kogo można nosić na sztandarach i mieć pewność, że nie zdradzi, ani nie okaże słabości, bo jako nieboszczyk nie będzie miał ku temu okazji. W peerelowskich latach siedemdziesiątych był to trudny problem, bowiem tow. Gierek, zabiegający o uznanie i kredyty w świecie zachodnim, stosował absolutnie „miękką” politykę wobec środowisk opozycyjnych. Niebezpieczeństwo z ich strony uważał za śmieszne, no bo jak może zagrażać trzy milionowej partii komunistycznej grupka chimerycznych warszawskich intelektualistów, których można trzymać w ryzach dawaniem bądź zabieraniem paszportów, zatrudnianiem, bądź zwalnianiem z uczelni, a w ostateczności zatrzymywaniem na 48 godzin w areszcie. Jednak czołowi działacze KOR, Jacek Kuroń, Adam Michnik, Antoni Macierewicz i inni, nie tracili nadziei. 
Mało kto wie
jak blisko było, aby wiekopomną rolę pierwszej od stalinowskich czasów ofiary zbrodniczych knowań „bezpieki” odegrał Antoni Słonimski. Ten sławny przedwojenny poeta i satyryk wrócił w 1951 r. z Anglii do PRL i dał stosowne dowody lojalności ówczesnemu reżimowi. Natomiast po „odwilży” w 1956r. stopniowo stawał się coraz bardziej złośliwym, chociaż nie nazbyt radykalnym krytykiem socjalistycznego ustroju. W zupełności wystarczyło to do uznania go za wielki autorytet opozycji, tym bardziej, że jako swego prywatnego sekretarza zatrudnił Adama Michnika. Otóż w lipcu 1976 r. prawie 80 letni Antoni Słonimski uczestniczył w wypadku samochodowym pod Warszawą i w wyniku obrażeń zmarł w szpitalu. 
Okazja była doskonała i KOR natychmiast zaczął przygotowywać się do ogłoszenia, że to wcale nie był wypadek, ale perfidne morderstwo, dokonane przez „bezpiekę” na czołowym przeciwniku socjalistycznej władzy. Szybko jednak się okazało, że wszystkie osoby uczestniczące w zdarzeniu są powiązane z działalnością opozycyjną. Dotyczyło to także faktycznej sprawczyni kolizji, a właśnie ją trzeba byłoby wskazać jako zbrodniczą rękę spec służb. Na to młodzi działacze opozycji jeszcze się nie zdobyli i w ten sposób Antoni Słonimski został uratowany z rąk SB.
Kolejnej szansy nie można było już zmarnować. W maju 1977 r. w Krakowie, na klatce schodowej, znaleziono zwłoki 24 letniego studenta Stanisława Pyjasa. Nie czekając na jakiekolwiek ustalenia kryminalistyczne następnego dnia warszawscy opozycjoniści ogłosił komunikat, że komunistyczna „bezpieka”, aby ich zastraszyć, podstępnie zamordowała młodego działacza KOR. Trochę naciągnięto przy tym historię, bowiem zmarły należał najwyżej do ich sympatyków, który w żadnych zbyt aktywnych działaniach nie brał udziału (takich osób jak on na każdej uczelni były wówczas dziesiątki albo i setki). Jednak od tego momentu sprawa zaczęła żyć swoim własnym życiem. Co prawda władze przeprowadziły rzetelne śledztwo, w tym sekcję zwłok z udziałem wybitnych specjalistów, a także inne czynności dochodzeniowe, które wykluczyły udział w nieszczęśliwym wypadku osób trzecich, ale nie miało to już znaczenia. Na takie ustalenia znalazła się natychmiast odpowiedź jakiegoś kolegi – opozycjonisty Stanisława Pyjasa, który ogłosił, że to kłamstwa „komuny”, bo on kilkanaście godzin po zgonie widział ciało ofiary z okropnymi ciemnymi plamami na twarzy – ewidentny dowód bestialskiego pobicia przez funkcjonariuszy „bezpieki”. Co prawda nawet średnio wykształcony człowiek powinien słyszeć o zjawisku pośmiertnych plam opadowych, ale przecież nie o to chodziło. Właśnie te plamy w nadzwyczajny sposób zasiliły KOR, a Stanisław Pyjas zaczął pełnić odpowiedzialną rolę męczeńskiej ofiary reżymowych służb. 
Sprawa była na tyle głośna,
że w III RP spróbowano znaleźć realne dowody na fakt dokonania morderstwa przez SB, a nie banalnego wypadku na schodach prawdopodobnie niezbyt trzeźwego studenta. Prawdę mówiąc, nic z tego nie wyszło. Udał się jedynie sfilmować jakiegoś kompletnie pijanego byłego funkcjonariusza bezpieki, który bełkotał do kamery słowa w stylu: „my ze szwagrem nie takie numery robili”. Natomiast bardzo pogłębione śledztwo nie potwierdziło ani morderstwa, ani nie znalazło jakichkolwiek śladów, aby SB planowała, ani tym bardziej uczestniczyła w tym zdarzeniu. Wobec coraz bardziej absurdalnie wyglądających dawnych komunikatów wymyślono wersję, że bezpieka zamordowała Stanisława Pyjasa niechcący, w zasadzie przez przypadek i dlatego nie ma na to żadnych dowodów ani nawet wiarygodnych poszlak. Taka właśnie „prawda” obowiązuje do dzisiaj.
Trzeba przyznać, że nadzwyczaj korzystne dla opozycji efekty „sprawy Pyjasa” głęboko zapadły w pamięć działaczy KOR, w tym Antoniego Macierewicza. Od tej pory śmierć jakiejkolwiek osoby z kręgów opozycji, nie ważne z jakich przyczyn, była ogłaszana jako skryte morderstwo dokonane przez zbrodniarzy z SB. W tamtych warunkach robiło to pożądane wrażenie na opinii publicznej, chętnie „kupującej” takie sensacje na zasadzie „jeżeli wszyscy tak mówią, to chyba coś w tym jest”. 
Jako interesujący przykład może posłużyć sprawa śmierci Grzegorza Przemyka z 1983 r.. Jest oczywiste, że milicjanci, którzy pobili go w komisariacie na warszawskim Starym Mieście, nie mieli zielonego pojęcia, iż jest on synem znanej poetki – opozycjonistki. Potraktowali go jak lekko nietrzeźwego, krnąbrnego, obrażającego ich młodziana – uderzyli kilka razy pięścią w brzuch i wygonili z budynku. Zmarł kilka dni później, co wcale nie musiało nastąpić, gdyby trafił wcześniej do lekarza. Sprawa Przemyka stała się natychmiast jednym wielkim aktem oskarżenia wobec komunistycznych służb, jako sprawców kolejnego perfidnego morderstwa. Dopiero z dzisiejszej perspektywy można lepiej ocenić ten wypadek, gdy uwzględni się, że przez trzydzieści lat funkcjonowania III RP zdarzyło się na komisariatach policji co najmniej kilka przypadków zabicia, a nawet torturowania i zamęczenia przez „mundurowych” zatrzymanych osób. Sądzić jednak należy, że nie wpłynie to już na ocenę „sprawy Przemyka” – co zbrodnia komuny, to zbrodnia komuny, a nie jakieś tam nieszczęśliwe przypadki w demokratycznym państwie prawa. 
Innym, jeszcze bardziej charakterystycznym
przykładem takich „zbrodni bezpieki” jest śmierci księdza Suchowolca, który w styczniu 1989 r. w Białymstoku, uległ zaczadzeniu na plebanii, w swoim pokoju zamkniętym na klucz od wewnątrz. Bardzo wnikliwe ustalenia kryminalistyczne (dokonywane przy stałym w nich udziale przedstawicieli Kościoła Katolickiego) wykazały, iż ksiądz, idąc spać, rzucił swą sutannę tak, że przysłoniła pracujący pod krzesłem piecyk elektryczny (farelek), co po jakimś czasie spowodowało zadymienie i pożar. Zdarzenie było dosyć oczywiste – w Polsce, zimą, każdego roku giną w wyniku zaczadzenia dziesiątki osób. Przedstawiciele Kościoła w pełni zgodzili się z wynikami śledztwa, jako zgodnymi z faktami, a jednocześnie prosili władze, aby nie nagłaśniać niektórych innych okoliczności funkcjonowania plebanii, nie mających wpływu na feralny wypadek. Słabnąca komuna, bardzo zabiegająca o życzliwość hierarchów przed obradami „okrągłego stołu”, naiwnie zgodziła się na to. Wydawało się, że sprawa jest zamknięta, ale nic bardziej błędnego. Doświadczeni opozycjoniści z dawnego KOR nie mogli dopuścić, aby zmarnował się nieboszczyk o takim potencjale jak ksiądz Suchowolec.
Trzy lata później, w 1992 r., ówczesny Minister Spraw Wewnętrznych Antoni Macierewicz kazał wznowić śledztwo w sprawie tego zgonu i powołał swoją własną komisję „ekspercką”. „Eksperci” Macierewicza od razu stwierdzili, że „ogień tak się nie pali”, a więc bez wątpienia było to zbrodnicze podpalenie przez SB – i taki komunikat został oficjalnie ogłoszony. Dorobiono jednocześnie księdzu Suchowolcowi legendę aktywnego antykomunisty, kontynuatora zadań księdza Popiełuszki, a nawet znaleziono rzekome ślady, że bezpieka już wcześniej rzucała kamieniami w jego samochód i obluzowywała w nim jakieś śruby, ewidentnie chcąc go zabić. Skrzętnie przy tym pominięto bulwersujące fakty z prywatnego życia Stanisława Suchowolca, w żadnym wypadku nie pasujące do pomnikowej postaci duchownego. Całemu rządzącemu wówczas obozowi solidarnościowemu, a także zawsze miłującemu prawdę Kościołowi Katolickiemu, rewelacje Macierewicza doskonale pasowały, a faktów i tak nie miał kto bronić. W ten sposób ksiądz Suchowolec znalazł się w podręcznikach historii jako kolejna ofiara SB. 
Sprawa ponownie wyglądała na zamkniętą,
ale prawda jest uparta i znalazła nieoczekiwane ujście. Prawie dwadzieścia lat później wszyscy rozsądni ludzie mogli przekonać się kim są „eksperci” powoływani przez ministra Macierewicza i jaką wartość mają ich ustalenia. Stało to się przy okazji tragicznej katastrofy smoleńskiej, gdy pan minister zastosował identyczny modus operandi jak w 1992 r. Po prostu już miał pewność, że „głupi lud kupi” każdą bzdurę opatrzoną etykietką „ekspert, profesor, naukowiec”. Tyle, że tym razem po drugiej stronie barykady znaleźli się inni byli działacze KOR, doskonale pamiętający „jak to się robi”. W efekcie z komisjami „smoleńskimi” Macierewicza wyszedł potężny blamaż i wstyd nie tylko na Polskę. Kto by pomyślał, że przy okazji zostanie rzucony niewielki promyk światła na śmierć księdza Suchwolca, o którego morderstwie z rąk SB przesądzili dokładnie tacy sami „eksperci” pana ministra.
Szczegółowe analizowanie pod tym kątem innych przypadków niewykrytych morderstw, których ofiarami byli księża lub opozycjoniści w latach 80 – tych XX wieku prowadziłoby do podobnych wniosków, więc wystarczy dodać jedynie kilka ogólnych uwag. Środowiska klerykalne z przyczyn oczywistych (wymóg celibatu) od wieków są przesycone osobami homoseksualnymi, a także dotkniętymi przeróżnymi dewiacjami (pedofilia i nie tylko). W takim świece, skrytym za „spiżowymi bramami” plebanii, zakrystii i klasztorów, buzują niezwykle silne emocje erotyczne i pojawiają się drastyczne sposoby ich zaspakajania. Zdarza się również, że przez wiele lat gwałcone i maltretowane nieletnie ofiary zbrodniarzy w sutannach jako dorosłe osoby szukają zemsty i dopuszczają się nawet morderstw na swych oprawcach. Kryminolodzy doskonale znają to zjawisko i wiedzą, że po rabunkach i zwadach rodzinnych podłoże dewiacji seksualnych jest najczęstszą przyczyną morderstw. Po upadku PRL w 1989 r. na plebaniach odnotowano co najmniej kilkanaście gwałtownych zgonów księży na tym tle i Kościół może tylko żałować, że nie ma już komunistycznej „bezpieki”, bo niegdyś takie przypadki z reguły szły na jej konto, a każdy z zamordowanych otrzymywał status męczennika walki z komuną.
Na koniec warto chwilę zatrzymać się
przy jedynym morderstwie rzeczywiście dokonanym z premedytacją przez funkcjonariuszy SB w ostatnich latach istnienia PRL. Chodzi o śmierć księdza Popiełuszki w 1984 r. Ta prawdziwa zbrodnia została stosunkowo szybko przez ówczesne władze wykryta, a sprawcy postawieni przed sadem i skazani. Trzeba przy tym dodać, że to szokujące wydarzenie miało wiele dziwnych okoliczności, które pozwalają budować zaskakujące teorie co do motywów i sprawców. Ostatecznie wśród teorii „smoleńskich” pojawiły się i takie, że w 2010 r. Putin z Tuskiem w Smoleńsku osobiście dobijali strzałami z pistoletów wciąż żyjące ofiary katastrofy, to dlaczego nie można popuścić wodzów fantazji odnośnie mordu z 1984 roku?
Zbrodnia została dokonana zaledwie na kilka tygodni przed długoletnim wyjazdem księdza Popiełuszki z Polski do Watykanu, co został wynegocjowane przez władze PRL z urzędem prymasowskim. Ten wyjazd i związane z nim zakończenie sławnych „mszy za ojczyznę” prowadzonych przez ks. Popiełuszkę, byłyby wielką „plamą” ma obrazie Kościoła – oczywistym dowodem, że uległ komunistom. Ktoś więc postanowił do tego nie dopuścić. Okrutna śmierć księdza całkowicie zatarła szykującą się haniebną wpadkę hierarchów, a co więcej, stała się „krwią założycielską” wielkiego mitu Kościoła jako niezłomnego bojownika i męczennika walki z totalitaryzmem. Idąc dalej tropem niezwykłych okoliczności można zauważyć, że sam sposób dokonania morderstwa też był dziwny.
Wiele wskazuje,
że jego główny sprawca, Grzegorz Piotrowski, wysoki oficer Departamentu IV SB, zwalczającego wpływy kleru, zadbał, by zostać jak najszybciej złapany – n. p. koronny świadek, osobisty kierowca księdza Popiełuszki, banalnie uciekł z samochodu zabójców jeszcze przed dokonaniem zbrodni! W efekcie zrodziła się z tego krwawa prowokacja, która uderzyła przede wszystkim w ówczesne władze PRL oraz organa jej bezpieczeństwa. A co najciekawsze, jej głównym beneficjentem okazał się Kościół Katolicki – miliardowe majątki potulnie przekazywane do dziś polskim biskupom, zakonom i parafiom, to właśnie „zapłata” za tę krew. Można jeszcze dodać, że Kościół znalazł przy tej okazji sposobność, by wreszcie wykazać się tak często głoszonym, a tak rzadko okazywanym miłosierdziem – bardzo szybko zwrócił się do władz PRL o objęcie morderców księdza amnestią – i w pełni mu się to udało.
Takie rozważania byłyby nadal fantazją, gdyby nie pewna okoliczność rzucająca światełko na całe zdarzenie. Po upadku komuny powołano niesławną komisję d/s zwrotu majątków Kościołowi Katolickiemu w Polsce, a w niej głównym przedstawicielem episkopatu został – o dziwo – były oficer Departamentu IV Służby Bezpieczeństwa! Kościół, a raczej jego tajemnicze Opus Dei, cynicznie ujawniło w ten sposób, że miało po prostu swego bardzo zaufanego człowieka w sztabie wroga. A najciekawsze teraz pytanie brzmi: czy mieli tam tylko tego jednego „kreta”, czy było więcej gotowych na wszystko ludzi, którzy w samym sercu Departamentu IV SB dbali o najważniejsze interesy polskiego Kościoła i Watykanu? 
Bo też kiełbasy są różne. Pasztetowa czy kaszana to raczej marny wyrób. Bywa, że ktoś w domu sam próbuje zrobić kiełbasę swojską, co różnie się udaje. Natomiast, aby wyprodukować najwyższej jakości salami, potrzebni są prawdziwi zawodowcy. 

Debata o biedzie

Bieda czy inaczej ubóstwo to pojęcie ekonomiczne i socjologiczne opisujące stały brak dostatecznych środków materialnych dla zaspokojenia potrzeb jednostki, w szczególności w zakresie jedzenia, schronienia,ubrania, transportu oraz podstawowych potrzeb kulturalnych i społecznych. Podczas lutowej debaty Społeczne Forum Wymiany Myśli z Wrocławia spróbuje podjąć ten trudny temat, bolesny i chyłkiem pomijany przez elity i mainstream.

W 1989 roku zielone światło otrzymała koncepcja Polski neoliberalnej, stawiającej na rozwój społeczny utożsamiany z rozwojem klasy średniej, z bogaceniem się, z konsumpcją, z egoizmem. Dotychczasowe analizy polityki neoliberalnej prowadzone w kontekście przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu i ubóstwu zwracają uwagę, że polityka ta zazwyczaj odnosi się wyłącznie do wykluczania z rynku pracy, spowodowanego rzekomym brakiem potrzebnych kwalifikacji.

Pominięta jest wieloaspektowość zjawiska wykluczenia społecznego czy coraz większa grupa, jaką są tzw.„biedni pracujący”. Jak wykazują badania mają oni o połowę niższe oczekiwania wobec zarobków niż pracujący niebiedni, a nawet nieco niższe niż niepracujący biedni. I to jest inny aspekt biedy i idącemu z nią „pod rękę” wykluczeniu. Omawiając te zagadnienia nie można pomijać etycznych i moralnych, ludzkich i społecznych aspektów biedy.

Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej – mówił prof. Grzegorz Kołodko. Tymczasem badania pokazują, że rozwarstwienie socjalne w Polsce dramatycznie się pogłębia, a poczucie życia w ubóstwie narasta. Bieda w Polsce jest tykającą bombą. Tykającą cichutko i wcale niemiarowo. Ale gdy któregoś dnia przestanie tykać, to…

Biedniejsi żyją coraz gorzej

Pod rządami PiS zwiększa się zasięg skrajnego ubóstwa w Polsce. Ludzi bardzo biednych
wciąż przybywa, a ci, którzy byli niezamożni, stają się coraz ubożsi.

Polityka rządu Prawa i Sprawiedliwości konsekwentnie prowadzi do wzrostu obszaru skrajnej biedy w Polsce. Ci co są mniej zamożni, stają się coraz biedniejsi.
Odwrócony został korzystny trend ograniczania zasięgu ubóstwa, panujący za rządów Platformy Obywatelskiej. Wtedy zasięg biedy w naszym kraju stopniowo się zmniejszał. Antyspołeczne działania Prawa i Sprawiedliwości szybko zaczęły jednak przynosić złowrogie skutki.

Rząd PiS się wyżywi

W 2017 r. r. w skrajnym ubóstwie żyło około 1,5 miliona Polaków. W 2018 r. już ponad 1,9 miliona. W roku ubiegłym grono skrajnie biednych rodaków wzrosło do ok. 2,4 mln.
To, że w ciągu jednego roku, przy dobrze rozwijającej się gospodarce, liczba ludzi skrajnie biednych wzrosła prawie o pół miliona, jest czymś niewyobrażalnym! Czyli, w ciągu tego jednego roku grono osób nie mogących zaspokoić minimalnych potrzeb życiowych zwiększyło się w Polsce aż o ponad jedną czwartą! I to wszystko stało się podczas normalnego funkcjonowania kraju, bez żadnego nagłego kryzysu.
Nie od dziś wiadomo, jak fatalne skutki dla Polski i Polaków mają rządy Prawa i Sprawiedliwości. Ten olbrzymi wzrost zasięgu skrajnego ubóstwa jest najbardziej namacalnym przejawem pogardy dla najbiedniejszych. I nic nie wskazuje na to, że prominenci PiS poniosą kiedykolwiek odpowiedzialność za swoje czyny.

Pożywka dla nędzy

Można niestety się obawiać, że zasięg skrajnej biedy w Polsce będzie rosnąć coraz szybciej. Gospodarka rozwija się wolniej, budżet trzeszczy, a ceny mkną w górę – zwłaszcza ceny tych wyrobów, na które ludzie niezamożni przeznaczają największą część swych zasobów. Inflacja, jak podaje Główny Urząd Statystyczny, wynosi już prawie 3,5 proc. W rzeczywistości, ze względu na nie do końca precyzyjną metodykę badania cen, zapewne jest jeszcze większa.
Fatalne dla biednych Polaków informacje przyniósł listopad ubiegłego roku. Niewykluczone jednak, że kolejne miesiące będą jeszcze gorsze. Na razie po prostu jeszcze nie zostały opisane statystycznie.
Jak podaje GUS, wzrost cen żywności w listopadzie 2019 r. w skali roku wyniósł aż 7 proc. Tymczasem przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w listopadzie było o 5,3 proc. wyższe niż przed rokiem. Różnica wynosi 1,7 punktu procentowego na niekorzyść zarobków, ale to nie wszystko.
Podany wzrost płac ma charakter średni. Jest on ciągnięty do góry przede wszystkim przez szybko rosnące zarobki osób z nomenklatury partyjnej PiS, zajmujące ważne stanowiska w gospodarce. Można przypuszczać, że zarobki ogromnej większości pozostałych pracowników zwiększały się znacznie wolniej. Ale właśnie ci, którzy zarabiają mniej, wydają na żywność największą część swych dochodów. Szybki wzrost cen żywności sprawia więc, że stają się oni coraz biedniejsi.

Jak żyć panie Jarosławie?

Warto zwrócić uwagę, że w listopadzie np. cena cena cukru była wyższa aż o 24,3 proc. niż przed rokiem, warzyw o 16 proc., owoców o 15 proc., wieprzowiny o 16, 1 proc., wędlin o 9,5 proc., mąki o 8 proc., ryżu o 6,9 proc. Tzw. życie staje się więc nieznośnie kosztowne.
Oprócz żywności, w listopadzie odnotowano drastyczny skok opłat za wywóz śmieci (aż o 31,4 proc.). Wywożenie śmieci to także nie jest wydatek, którego najbiedniejsi mogliby uniknąć. Podniesiono też opłaty za usługi kanalizacyjne (o 4,1 proc.) oraz za zaopatrywanie w wodę (o 2,5 proc.). Wkrótce nastąpi, trudno przewidzieć jeszcze jaki, wzrost cen energii. Drożeją papierosy i alkohol (od których to używek uboższa część Polaków niestety nie stroni). Wreszcie, zmiany w VAT które wejdą w życie od 1 kwietnia spowodują generalny wzrost tego podatku – a to właśnie VAT wysysa najwięcej pieniędzy z portfeli niezamożnych Polaków.
Tak więc, co jak co, ale sztukę zabierania pieniędzy biednym, rząd PiS opanował znakomicie.

Nobel za walkę z ubóstwem

Laureatami tegorocznej nagrody nobla w dziedzinie ekonomii zostali Abhijit Banerjee, Esther Duflo i Michael Kremer. Nagrodę otrzymali za „eksperymentalne podejście do łagodzenia globalnego ubóstwa”.

Troje laureatów wskazywała, że ogólny problem ubóstwa może być rozwiązywany poprzez wyodrębnienie mniejszych i konkretnych problemów, takich jak edukacja czy opieka medyczna. „Bezpośrednim efektem ich pracy było to, że pięć milionów hinduskich dzieci skorzystało z efektywnych programów korepetycji w szkołach” – czytamy w oświadczeniu Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk.
Pomysł naukowców wytłumaczono na przykładzie poprawy zdrowia dzieci. Laureaci zaproponowali dekonstrukcję tego zjawiska i wyłonienie poszczególnych kwestii. Ich zdaniem należałoby się przyjrzeć metodom edukacji, systemom opieki zdrowotnej, rolnictwu i dostępności kredytów.
Kremer, Banerjee i Duflo w eksperymentalny sposób wskazywali np. na mechanizmy marnotrawstwa środków w systemie edukacji. Badacze sprawdzali również jaki jest efekt dawania dzieciom książek, a także odpowiedziała na pytanie jak ograniczyć nieobecność nauczycieli.
– Nasze podejście polega na rozpakowywaniu problemów jeden po drugim i analizowaniu ich tak naukowo, jak to tylko możliwe – powiedziała Esther Duflo, cytowana przez brytyjski dziennik The Guardian. 47-letnia Duflo jest też najmłodszą laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Prywatnie jest żoną innego z tegorocznych laureatów – Abhijita Banerjee.
Abhijit Banerjee jest pochodzącym z Indii amerykańskim profesorem na uczelni Massachusetts Institute of Technology (MIT). Na MIT pracuje również wspomniana wyżej jego małżonka, amerykańsko-francuska profesor. Z kolei trzeci z laureatów – Michael Kremer jest profesorem na Uniwersytecie Harvarda. Pochodzi z USA.
Nagroda, którą podzielą się laureaci, wynosi 9 mln koron szwedzkich, czyli ok. 3,5 mln zł.
Nobel z ekonomii – w przeciwieństwie pięciu pozostałych kategorii – nie został ustanowiony w testamencie Alfreda Nobla, ale został ufundowany przez szwedzki bank centralny. Pierwszy raz przyznano go w 1969 r. Oficjalnie wyróżnienie to nazywa się Nagroda Banku Szwecji w Dziedzinie Ekonomii im. Alfreda Nobla.

Na froncie walki z ubóstwem

Do przyszłego roku bieda zniknie z Chin bezpowrotnie.

Yuan Qiyng (46) – liderka grupy roboczej do walki z ubóstwem działającej na wsi w prowincji Hunan w środkowych Chinach – ma przed sobą cały dzień. Koło 8 rano przyszła do swojego biura i czekając na swoich współpracowników zrobiła sobie szybko makaron na śniadanie.
Będąca przedtem liderką handlowego stowarzyszenia w Jishou, Yuan została skierowana do pracy w Mituo, odległej górskiej wiosce w autonomicznej prefekturze Xiangxi Tujia i Miao, na pierwszą linię frontu walki z biedą.
Po porannym zebraniu Yuan i jej współpracownicy zaczęli porządkować bazę danych zubożałych gospodarstw domowych we wsi. „Niektórzy mieszkańcy chcą się wyprowadzić, inni muszą stworzyć dla siebie nowe gospodarstwa domowe po zawarciu małżeństwa. Musimy ciągle aktualizować dane” – mówi Yuan.
Po południu Yuan i jej współpracownicy omówili, które z gospodarstw domowych będzie trzeba odwiedzić i co trzeba będzie zrobić, aby rozwiązać ich problemy. „Pracuję w tej w wsi od pięciu lat, ale ten rok będzie przełomowy” – mówi Yuan.
Gdy upłynął trzyletni okres jej pracy, na jaki została tu skierowana, lokalne władze zaproponowały, aby pozostała dłużej, bo zaskarbiła sobie zaufanie mieszkańców. Aby lepiej porozumiewać się z nimi, w ciągu lat spędzonych we wsi nauczyła się posługiwać lokalnym językiem Miao, uważanym za jeden z najtrudniejszych dialektów Chin.
Yuan ma zwyczaj wstawać wcześnie, choć zasadniczą część pracy wykonuje wieczorami, kiedy rolnicy wracają do domów i mają czas żeby z nią rozmawiać. O 6 po południu Yuan znowu je makaron i udaje się na spotkanie z Shi Dechangiem w jego domu.
77-latek jest przykuty łóżka po wylewie, który miał dwa miesiące temu. W jego domu Yuan powitał syn Shi, który wrócił z żoną aby zająć się sparaliżowanym ojcem.
Yuan skontrolowała rachunki za opiekę medyczną Shi, które sięgają kwoty ponad 7 tys. juanów (równowartość ok. 1 tys. dolarów amerykańskich). Shi będzie jednak musiał zapłacić tylko tysiąc juanów – resztę pokryje ubezpieczenie zdrowotne. „Zubożałe rodziny mogą teraz korzystać z dogodnych świadczeń zdrowotnych. Jeśli będziecie mieli trudności z zapłaceniem, dajcie mi znać” – mówi Yuan synowi Shi.
Gdy Yuan wraca do biura jest już po 9 wieczorem. Sama mieszka w pokoju zaadaptowanego z jednego z pomieszczeń biurowych, który wyposażono w proste meble. „Dawne biuro było dużo skromniejsze, ale zgłosiliśmy nasze potrzeby i dostaliśmy środki na na budowę nowego” – mówi Yuan.
Gdy kładzie się spać, Yuan patrzy na zdjęcie syna na swoim smartfonie. „Zbliża się święto narodowe i będę mogła pojechać do domu i spotkać się z rodziną” – mówi.
Aby spełniać zadania postawione przez państwo Mituo zamierza zlikwidować na swoim obszarze skrajne ubóstwo do końca tego roku. To znaczy, że biedy wyjdą 282 osoby z 75 zubożałych gospodarstw domowych. „Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy, we wsi było 744 ubogich, żyjących w 179 gospodarstwach domowych – wspomina Yuan. – Cieszę się, gdy patrzę na postęp, jakiego dokonaliśmy w ciągu tych lat. Marzę o tym, aby w 202 roku wszyscy mieszkańcy wsi żyli dostatnio, tak jak jak i reszta kraju”.