Zamrożą płacę minimalną?

Tego właśnie oczekują od rządu – obok nowych pomysłów na wspieranie biznesu – organizacje pracodawców.

W ostatnich latach najniższe przewidywane prawem wynagrodzenie systematycznie rosło. W 2020 r. wynosiło 2600 zł brutto, co daje 1920 zł netto. W przypadku umów cywilnoprawnych („śmieciowych”) minimalna stawka godzinowa ustalona została na poziomie 17 zł (netto – 11). Wzrost płacy minimalnej w porównaniu z rokiem poprzednim wyniósł 15,6 proc. i ta tendencja miała się utrzymywać. W 2021 r. rząd obiecywał wynagrodzenie minimalne 3000 zł brutto (2150 na rękę).

Pracodawcy: żadnych podwyżek!

Pojawił się jednak koronawirus, na rynku pracy ruszyły zwolnienia i obniżki płac, a przedsiębiorcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan bardzo nie chcą, by państwo zobowiązało ich do poniesienia wynagrodzeń najsłabiej opłacanych pracowników. Twierdzą, że w obecnej sytuacji nie ma miejsca na żadne ruchy, które zwiększałyby koszty pracy. Ich postulat jest prosty: niech płaca minimalna zostanie w czasie epidemii zamrożona. Podobnie proste stanowisko wyrażali w mediach eksperci Pracodawców RP. – Poczekajmy na liczby i fakty, ale jestem przekonany, że pokażą one, iż nie ma przestrzeni dla podwyżek – tłumaczył w money.pl Sławomir Dudek, główny ekonomista organizacji.

Wymagałoby to nadzwyczajnego zainterweniowania w samą ustawę dotyczącą płacy minimalnej, bo przewiduje ona gwarancję jej podwyższania w oparciu o prognozę wskaźnika cen. A te już w bieżącym roku szły w górę…

Na inicjatywę pracodawców z oburzeniem zareagował związek zawodowy Związkowa Alternatywa. Domaga się on, by rząd zrealizował swoje wcześniejsze obietnice niezależnie od kryzysu i podniósł płacę minimalną w 2012 r. do 3000 zł brutto.

Związki: wzrośnie ubóstwo!

– W czasie kryzysu istotne jest, by zachować dynamikę popytu wewnętrznego i poziom konsumpcji. Obniżanie płac niewątpliwie przyczyniłoby się do pogłębienia negatywnych zjawisk na rynku pracy i gospodarce – komentuje Piotr Szumlewicz, przewodniczący ZA. W jego ocenie ratowanie miejsc pracy to nie wszystko. Ludzie muszą jeszcze dysponować środkami, za które opłacą mieszkanie, media, a także będą w stanie nabywać produkty i usługi. Gdy upadnie popyt, firmy i tak staną się nierentowne, niezależnie od tego, jak bardzo zaoszczędzono na ich pracownikach.

– Roczny poziom inflacji wciąż przekracza 3 proc., a ceny żywności wzrosły w ciągu ostatniego roku o blisko 8 proc.. Zamrożenie płacy minimalnej oznoaczałoby zatem spadek realnych płac najgorzej opłacanych pracowników i wzrost skali ubóstwa wśród osób pracujących.w przyszłym roku do 3000 zł brutto – alarmują związkowcy.

Jeszcze pod koniec kwietnia o możliwe zamrożenie płacy minimalnej pytała Ministerstwo Finansów posłanka Katarzyna Osos (KO). Otrzymała cokolwiek wymijającą odpowiedź. Po przedstawieniu całej procedury wyliczania płacy minimalnej podsekretarz stanu w resorcie finansów stwierdził jedynie, że minister rodziny, pracy i polityki społecznej przedstawi projekt w tej sprawie najpierw pod obrady rządu, a potem na forum Rady Dialogu Społecznego z opóźnieniem. Wywołanym, oczywiście, koronawirusem. Na wydanie rozporządzenia w sprawie wysokości płacy rząd ma czas do września.

Jak się robi kiełbasę?

Budowanie wszelkimi sposobami czarnej legendy służb specjalnych PRL, nadzwyczaj przydatnej dla formacji prawicowych i leżącej u podstaw m. in ustawy „dezubekizacyjnej”, trwało nieustannie przez cały okres istnienia III RP i nie ustaje dzisiaj. Jednak zaczęło się znacznie wcześniej i miało niektóre szczególnie ciekawe momenty. Warto, by się nad nimi zastanowić. A ludzi z kręgu władzy powinny skłonić do gruntownych przemyśleń.

Otto von Bismarck, wybitny niemiecki mąż stanu, wypowiedział pamiętne zdanie: „ludzie nie powinni widzieć dwóch rzeczy: jak się robi kiełbasę i jak się robi politykę”. Bon mot jest świetny i prawie wszyscy go znają, ale mało kto zdaje sobie sprawę, że po prostu oba przywołane procesy mają niezwykłą cechę wspólną; zarówno w polityce jaki i w kiełbasie ogromną, wręcz niezastąpioną rolę odgrywają nieżyjące stworzenia. I o ile w dzisiejszych czasach ostatecznie można robić wędliny bez zabitych zwierząt, to żaden poważny ruch polityczny nie może obyć się bez odpowiedniego nieboszczyka, nazywanego przez uczonych historyków „krwią założycielską”.
KOR, Komitet Obrony Robotników,
najsławniejsza organizacja opozycyjna w gierkowskim PRL, powstał w 1976r. i zyskał na znaczeniu głównie z powodu szybko pogarszających się nastrojów społecznych w nieudolnie zarządzanym państwie. Bezpośrednią inspiracją jego utworzenia były zamieszki uliczne w Radomiu, wywołane podwyżką cen żywności. Zginęło w nich dosyć przypadkowo dwóch protestujących, zaś wielu innych, już nie przypadkowo, zostało dotkliwie pobitych na t. zw. „milicyjnych ścieżkach zdrowia”.
Tych dwóch „poległych w walce z władzą” to już było coś, ale jednak za mało jak na wymagania liderów nabierającej rozpędu opozycji. Oni bardzo chcieli mieć jakiś bardziej spektakularny dowód zbrodniczości komunistycznej dyktatury, który by ponadto zaspakajał głęboką potrzebę posiadania męczenników wywodzących się z własnych szeregów. Niezbędny był ktoś, kogo można nosić na sztandarach i mieć pewność, że nie zdradzi, ani nie okaże słabości, bo jako nieboszczyk nie będzie miał ku temu okazji. W peerelowskich latach siedemdziesiątych był to trudny problem, bowiem tow. Gierek, zabiegający o uznanie i kredyty w świecie zachodnim, stosował absolutnie „miękką” politykę wobec środowisk opozycyjnych. Niebezpieczeństwo z ich strony uważał za śmieszne, no bo jak może zagrażać trzy milionowej partii komunistycznej grupka chimerycznych warszawskich intelektualistów, których można trzymać w ryzach dawaniem bądź zabieraniem paszportów, zatrudnianiem, bądź zwalnianiem z uczelni, a w ostateczności zatrzymywaniem na 48 godzin w areszcie. Jednak czołowi działacze KOR, Jacek Kuroń, Adam Michnik, Antoni Macierewicz i inni, nie tracili nadziei. 
Mało kto wie
jak blisko było, aby wiekopomną rolę pierwszej od stalinowskich czasów ofiary zbrodniczych knowań „bezpieki” odegrał Antoni Słonimski. Ten sławny przedwojenny poeta i satyryk wrócił w 1951 r. z Anglii do PRL i dał stosowne dowody lojalności ówczesnemu reżimowi. Natomiast po „odwilży” w 1956r. stopniowo stawał się coraz bardziej złośliwym, chociaż nie nazbyt radykalnym krytykiem socjalistycznego ustroju. W zupełności wystarczyło to do uznania go za wielki autorytet opozycji, tym bardziej, że jako swego prywatnego sekretarza zatrudnił Adama Michnika. Otóż w lipcu 1976 r. prawie 80 letni Antoni Słonimski uczestniczył w wypadku samochodowym pod Warszawą i w wyniku obrażeń zmarł w szpitalu. 
Okazja była doskonała i KOR natychmiast zaczął przygotowywać się do ogłoszenia, że to wcale nie był wypadek, ale perfidne morderstwo, dokonane przez „bezpiekę” na czołowym przeciwniku socjalistycznej władzy. Szybko jednak się okazało, że wszystkie osoby uczestniczące w zdarzeniu są powiązane z działalnością opozycyjną. Dotyczyło to także faktycznej sprawczyni kolizji, a właśnie ją trzeba byłoby wskazać jako zbrodniczą rękę spec służb. Na to młodzi działacze opozycji jeszcze się nie zdobyli i w ten sposób Antoni Słonimski został uratowany z rąk SB.
Kolejnej szansy nie można było już zmarnować. W maju 1977 r. w Krakowie, na klatce schodowej, znaleziono zwłoki 24 letniego studenta Stanisława Pyjasa. Nie czekając na jakiekolwiek ustalenia kryminalistyczne następnego dnia warszawscy opozycjoniści ogłosił komunikat, że komunistyczna „bezpieka”, aby ich zastraszyć, podstępnie zamordowała młodego działacza KOR. Trochę naciągnięto przy tym historię, bowiem zmarły należał najwyżej do ich sympatyków, który w żadnych zbyt aktywnych działaniach nie brał udziału (takich osób jak on na każdej uczelni były wówczas dziesiątki albo i setki). Jednak od tego momentu sprawa zaczęła żyć swoim własnym życiem. Co prawda władze przeprowadziły rzetelne śledztwo, w tym sekcję zwłok z udziałem wybitnych specjalistów, a także inne czynności dochodzeniowe, które wykluczyły udział w nieszczęśliwym wypadku osób trzecich, ale nie miało to już znaczenia. Na takie ustalenia znalazła się natychmiast odpowiedź jakiegoś kolegi – opozycjonisty Stanisława Pyjasa, który ogłosił, że to kłamstwa „komuny”, bo on kilkanaście godzin po zgonie widział ciało ofiary z okropnymi ciemnymi plamami na twarzy – ewidentny dowód bestialskiego pobicia przez funkcjonariuszy „bezpieki”. Co prawda nawet średnio wykształcony człowiek powinien słyszeć o zjawisku pośmiertnych plam opadowych, ale przecież nie o to chodziło. Właśnie te plamy w nadzwyczajny sposób zasiliły KOR, a Stanisław Pyjas zaczął pełnić odpowiedzialną rolę męczeńskiej ofiary reżymowych służb. 
Sprawa była na tyle głośna,
że w III RP spróbowano znaleźć realne dowody na fakt dokonania morderstwa przez SB, a nie banalnego wypadku na schodach prawdopodobnie niezbyt trzeźwego studenta. Prawdę mówiąc, nic z tego nie wyszło. Udał się jedynie sfilmować jakiegoś kompletnie pijanego byłego funkcjonariusza bezpieki, który bełkotał do kamery słowa w stylu: „my ze szwagrem nie takie numery robili”. Natomiast bardzo pogłębione śledztwo nie potwierdziło ani morderstwa, ani nie znalazło jakichkolwiek śladów, aby SB planowała, ani tym bardziej uczestniczyła w tym zdarzeniu. Wobec coraz bardziej absurdalnie wyglądających dawnych komunikatów wymyślono wersję, że bezpieka zamordowała Stanisława Pyjasa niechcący, w zasadzie przez przypadek i dlatego nie ma na to żadnych dowodów ani nawet wiarygodnych poszlak. Taka właśnie „prawda” obowiązuje do dzisiaj.
Trzeba przyznać, że nadzwyczaj korzystne dla opozycji efekty „sprawy Pyjasa” głęboko zapadły w pamięć działaczy KOR, w tym Antoniego Macierewicza. Od tej pory śmierć jakiejkolwiek osoby z kręgów opozycji, nie ważne z jakich przyczyn, była ogłaszana jako skryte morderstwo dokonane przez zbrodniarzy z SB. W tamtych warunkach robiło to pożądane wrażenie na opinii publicznej, chętnie „kupującej” takie sensacje na zasadzie „jeżeli wszyscy tak mówią, to chyba coś w tym jest”. 
Jako interesujący przykład może posłużyć sprawa śmierci Grzegorza Przemyka z 1983 r.. Jest oczywiste, że milicjanci, którzy pobili go w komisariacie na warszawskim Starym Mieście, nie mieli zielonego pojęcia, iż jest on synem znanej poetki – opozycjonistki. Potraktowali go jak lekko nietrzeźwego, krnąbrnego, obrażającego ich młodziana – uderzyli kilka razy pięścią w brzuch i wygonili z budynku. Zmarł kilka dni później, co wcale nie musiało nastąpić, gdyby trafił wcześniej do lekarza. Sprawa Przemyka stała się natychmiast jednym wielkim aktem oskarżenia wobec komunistycznych służb, jako sprawców kolejnego perfidnego morderstwa. Dopiero z dzisiejszej perspektywy można lepiej ocenić ten wypadek, gdy uwzględni się, że przez trzydzieści lat funkcjonowania III RP zdarzyło się na komisariatach policji co najmniej kilka przypadków zabicia, a nawet torturowania i zamęczenia przez „mundurowych” zatrzymanych osób. Sądzić jednak należy, że nie wpłynie to już na ocenę „sprawy Przemyka” – co zbrodnia komuny, to zbrodnia komuny, a nie jakieś tam nieszczęśliwe przypadki w demokratycznym państwie prawa. 
Innym, jeszcze bardziej charakterystycznym
przykładem takich „zbrodni bezpieki” jest śmierci księdza Suchowolca, który w styczniu 1989 r. w Białymstoku, uległ zaczadzeniu na plebanii, w swoim pokoju zamkniętym na klucz od wewnątrz. Bardzo wnikliwe ustalenia kryminalistyczne (dokonywane przy stałym w nich udziale przedstawicieli Kościoła Katolickiego) wykazały, iż ksiądz, idąc spać, rzucił swą sutannę tak, że przysłoniła pracujący pod krzesłem piecyk elektryczny (farelek), co po jakimś czasie spowodowało zadymienie i pożar. Zdarzenie było dosyć oczywiste – w Polsce, zimą, każdego roku giną w wyniku zaczadzenia dziesiątki osób. Przedstawiciele Kościoła w pełni zgodzili się z wynikami śledztwa, jako zgodnymi z faktami, a jednocześnie prosili władze, aby nie nagłaśniać niektórych innych okoliczności funkcjonowania plebanii, nie mających wpływu na feralny wypadek. Słabnąca komuna, bardzo zabiegająca o życzliwość hierarchów przed obradami „okrągłego stołu”, naiwnie zgodziła się na to. Wydawało się, że sprawa jest zamknięta, ale nic bardziej błędnego. Doświadczeni opozycjoniści z dawnego KOR nie mogli dopuścić, aby zmarnował się nieboszczyk o takim potencjale jak ksiądz Suchowolec.
Trzy lata później, w 1992 r., ówczesny Minister Spraw Wewnętrznych Antoni Macierewicz kazał wznowić śledztwo w sprawie tego zgonu i powołał swoją własną komisję „ekspercką”. „Eksperci” Macierewicza od razu stwierdzili, że „ogień tak się nie pali”, a więc bez wątpienia było to zbrodnicze podpalenie przez SB – i taki komunikat został oficjalnie ogłoszony. Dorobiono jednocześnie księdzu Suchowolcowi legendę aktywnego antykomunisty, kontynuatora zadań księdza Popiełuszki, a nawet znaleziono rzekome ślady, że bezpieka już wcześniej rzucała kamieniami w jego samochód i obluzowywała w nim jakieś śruby, ewidentnie chcąc go zabić. Skrzętnie przy tym pominięto bulwersujące fakty z prywatnego życia Stanisława Suchowolca, w żadnym wypadku nie pasujące do pomnikowej postaci duchownego. Całemu rządzącemu wówczas obozowi solidarnościowemu, a także zawsze miłującemu prawdę Kościołowi Katolickiemu, rewelacje Macierewicza doskonale pasowały, a faktów i tak nie miał kto bronić. W ten sposób ksiądz Suchowolec znalazł się w podręcznikach historii jako kolejna ofiara SB. 
Sprawa ponownie wyglądała na zamkniętą,
ale prawda jest uparta i znalazła nieoczekiwane ujście. Prawie dwadzieścia lat później wszyscy rozsądni ludzie mogli przekonać się kim są „eksperci” powoływani przez ministra Macierewicza i jaką wartość mają ich ustalenia. Stało to się przy okazji tragicznej katastrofy smoleńskiej, gdy pan minister zastosował identyczny modus operandi jak w 1992 r. Po prostu już miał pewność, że „głupi lud kupi” każdą bzdurę opatrzoną etykietką „ekspert, profesor, naukowiec”. Tyle, że tym razem po drugiej stronie barykady znaleźli się inni byli działacze KOR, doskonale pamiętający „jak to się robi”. W efekcie z komisjami „smoleńskimi” Macierewicza wyszedł potężny blamaż i wstyd nie tylko na Polskę. Kto by pomyślał, że przy okazji zostanie rzucony niewielki promyk światła na śmierć księdza Suchwolca, o którego morderstwie z rąk SB przesądzili dokładnie tacy sami „eksperci” pana ministra.
Szczegółowe analizowanie pod tym kątem innych przypadków niewykrytych morderstw, których ofiarami byli księża lub opozycjoniści w latach 80 – tych XX wieku prowadziłoby do podobnych wniosków, więc wystarczy dodać jedynie kilka ogólnych uwag. Środowiska klerykalne z przyczyn oczywistych (wymóg celibatu) od wieków są przesycone osobami homoseksualnymi, a także dotkniętymi przeróżnymi dewiacjami (pedofilia i nie tylko). W takim świece, skrytym za „spiżowymi bramami” plebanii, zakrystii i klasztorów, buzują niezwykle silne emocje erotyczne i pojawiają się drastyczne sposoby ich zaspakajania. Zdarza się również, że przez wiele lat gwałcone i maltretowane nieletnie ofiary zbrodniarzy w sutannach jako dorosłe osoby szukają zemsty i dopuszczają się nawet morderstw na swych oprawcach. Kryminolodzy doskonale znają to zjawisko i wiedzą, że po rabunkach i zwadach rodzinnych podłoże dewiacji seksualnych jest najczęstszą przyczyną morderstw. Po upadku PRL w 1989 r. na plebaniach odnotowano co najmniej kilkanaście gwałtownych zgonów księży na tym tle i Kościół może tylko żałować, że nie ma już komunistycznej „bezpieki”, bo niegdyś takie przypadki z reguły szły na jej konto, a każdy z zamordowanych otrzymywał status męczennika walki z komuną.
Na koniec warto chwilę zatrzymać się
przy jedynym morderstwie rzeczywiście dokonanym z premedytacją przez funkcjonariuszy SB w ostatnich latach istnienia PRL. Chodzi o śmierć księdza Popiełuszki w 1984 r. Ta prawdziwa zbrodnia została stosunkowo szybko przez ówczesne władze wykryta, a sprawcy postawieni przed sadem i skazani. Trzeba przy tym dodać, że to szokujące wydarzenie miało wiele dziwnych okoliczności, które pozwalają budować zaskakujące teorie co do motywów i sprawców. Ostatecznie wśród teorii „smoleńskich” pojawiły się i takie, że w 2010 r. Putin z Tuskiem w Smoleńsku osobiście dobijali strzałami z pistoletów wciąż żyjące ofiary katastrofy, to dlaczego nie można popuścić wodzów fantazji odnośnie mordu z 1984 roku?
Zbrodnia została dokonana zaledwie na kilka tygodni przed długoletnim wyjazdem księdza Popiełuszki z Polski do Watykanu, co został wynegocjowane przez władze PRL z urzędem prymasowskim. Ten wyjazd i związane z nim zakończenie sławnych „mszy za ojczyznę” prowadzonych przez ks. Popiełuszkę, byłyby wielką „plamą” ma obrazie Kościoła – oczywistym dowodem, że uległ komunistom. Ktoś więc postanowił do tego nie dopuścić. Okrutna śmierć księdza całkowicie zatarła szykującą się haniebną wpadkę hierarchów, a co więcej, stała się „krwią założycielską” wielkiego mitu Kościoła jako niezłomnego bojownika i męczennika walki z totalitaryzmem. Idąc dalej tropem niezwykłych okoliczności można zauważyć, że sam sposób dokonania morderstwa też był dziwny.
Wiele wskazuje,
że jego główny sprawca, Grzegorz Piotrowski, wysoki oficer Departamentu IV SB, zwalczającego wpływy kleru, zadbał, by zostać jak najszybciej złapany – n. p. koronny świadek, osobisty kierowca księdza Popiełuszki, banalnie uciekł z samochodu zabójców jeszcze przed dokonaniem zbrodni! W efekcie zrodziła się z tego krwawa prowokacja, która uderzyła przede wszystkim w ówczesne władze PRL oraz organa jej bezpieczeństwa. A co najciekawsze, jej głównym beneficjentem okazał się Kościół Katolicki – miliardowe majątki potulnie przekazywane do dziś polskim biskupom, zakonom i parafiom, to właśnie „zapłata” za tę krew. Można jeszcze dodać, że Kościół znalazł przy tej okazji sposobność, by wreszcie wykazać się tak często głoszonym, a tak rzadko okazywanym miłosierdziem – bardzo szybko zwrócił się do władz PRL o objęcie morderców księdza amnestią – i w pełni mu się to udało.
Takie rozważania byłyby nadal fantazją, gdyby nie pewna okoliczność rzucająca światełko na całe zdarzenie. Po upadku komuny powołano niesławną komisję d/s zwrotu majątków Kościołowi Katolickiemu w Polsce, a w niej głównym przedstawicielem episkopatu został – o dziwo – były oficer Departamentu IV Służby Bezpieczeństwa! Kościół, a raczej jego tajemnicze Opus Dei, cynicznie ujawniło w ten sposób, że miało po prostu swego bardzo zaufanego człowieka w sztabie wroga. A najciekawsze teraz pytanie brzmi: czy mieli tam tylko tego jednego „kreta”, czy było więcej gotowych na wszystko ludzi, którzy w samym sercu Departamentu IV SB dbali o najważniejsze interesy polskiego Kościoła i Watykanu? 
Bo też kiełbasy są różne. Pasztetowa czy kaszana to raczej marny wyrób. Bywa, że ktoś w domu sam próbuje zrobić kiełbasę swojską, co różnie się udaje. Natomiast, aby wyprodukować najwyższej jakości salami, potrzebni są prawdziwi zawodowcy. 

Debata o biedzie

Bieda czy inaczej ubóstwo to pojęcie ekonomiczne i socjologiczne opisujące stały brak dostatecznych środków materialnych dla zaspokojenia potrzeb jednostki, w szczególności w zakresie jedzenia, schronienia,ubrania, transportu oraz podstawowych potrzeb kulturalnych i społecznych. Podczas lutowej debaty Społeczne Forum Wymiany Myśli z Wrocławia spróbuje podjąć ten trudny temat, bolesny i chyłkiem pomijany przez elity i mainstream.

W 1989 roku zielone światło otrzymała koncepcja Polski neoliberalnej, stawiającej na rozwój społeczny utożsamiany z rozwojem klasy średniej, z bogaceniem się, z konsumpcją, z egoizmem. Dotychczasowe analizy polityki neoliberalnej prowadzone w kontekście przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu i ubóstwu zwracają uwagę, że polityka ta zazwyczaj odnosi się wyłącznie do wykluczania z rynku pracy, spowodowanego rzekomym brakiem potrzebnych kwalifikacji.

Pominięta jest wieloaspektowość zjawiska wykluczenia społecznego czy coraz większa grupa, jaką są tzw.„biedni pracujący”. Jak wykazują badania mają oni o połowę niższe oczekiwania wobec zarobków niż pracujący niebiedni, a nawet nieco niższe niż niepracujący biedni. I to jest inny aspekt biedy i idącemu z nią „pod rękę” wykluczeniu. Omawiając te zagadnienia nie można pomijać etycznych i moralnych, ludzkich i społecznych aspektów biedy.

Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej – mówił prof. Grzegorz Kołodko. Tymczasem badania pokazują, że rozwarstwienie socjalne w Polsce dramatycznie się pogłębia, a poczucie życia w ubóstwie narasta. Bieda w Polsce jest tykającą bombą. Tykającą cichutko i wcale niemiarowo. Ale gdy któregoś dnia przestanie tykać, to…

Biedniejsi żyją coraz gorzej

Pod rządami PiS zwiększa się zasięg skrajnego ubóstwa w Polsce. Ludzi bardzo biednych
wciąż przybywa, a ci, którzy byli niezamożni, stają się coraz ubożsi.

Polityka rządu Prawa i Sprawiedliwości konsekwentnie prowadzi do wzrostu obszaru skrajnej biedy w Polsce. Ci co są mniej zamożni, stają się coraz biedniejsi.
Odwrócony został korzystny trend ograniczania zasięgu ubóstwa, panujący za rządów Platformy Obywatelskiej. Wtedy zasięg biedy w naszym kraju stopniowo się zmniejszał. Antyspołeczne działania Prawa i Sprawiedliwości szybko zaczęły jednak przynosić złowrogie skutki.

Rząd PiS się wyżywi

W 2017 r. r. w skrajnym ubóstwie żyło około 1,5 miliona Polaków. W 2018 r. już ponad 1,9 miliona. W roku ubiegłym grono skrajnie biednych rodaków wzrosło do ok. 2,4 mln.
To, że w ciągu jednego roku, przy dobrze rozwijającej się gospodarce, liczba ludzi skrajnie biednych wzrosła prawie o pół miliona, jest czymś niewyobrażalnym! Czyli, w ciągu tego jednego roku grono osób nie mogących zaspokoić minimalnych potrzeb życiowych zwiększyło się w Polsce aż o ponad jedną czwartą! I to wszystko stało się podczas normalnego funkcjonowania kraju, bez żadnego nagłego kryzysu.
Nie od dziś wiadomo, jak fatalne skutki dla Polski i Polaków mają rządy Prawa i Sprawiedliwości. Ten olbrzymi wzrost zasięgu skrajnego ubóstwa jest najbardziej namacalnym przejawem pogardy dla najbiedniejszych. I nic nie wskazuje na to, że prominenci PiS poniosą kiedykolwiek odpowiedzialność za swoje czyny.

Pożywka dla nędzy

Można niestety się obawiać, że zasięg skrajnej biedy w Polsce będzie rosnąć coraz szybciej. Gospodarka rozwija się wolniej, budżet trzeszczy, a ceny mkną w górę – zwłaszcza ceny tych wyrobów, na które ludzie niezamożni przeznaczają największą część swych zasobów. Inflacja, jak podaje Główny Urząd Statystyczny, wynosi już prawie 3,5 proc. W rzeczywistości, ze względu na nie do końca precyzyjną metodykę badania cen, zapewne jest jeszcze większa.
Fatalne dla biednych Polaków informacje przyniósł listopad ubiegłego roku. Niewykluczone jednak, że kolejne miesiące będą jeszcze gorsze. Na razie po prostu jeszcze nie zostały opisane statystycznie.
Jak podaje GUS, wzrost cen żywności w listopadzie 2019 r. w skali roku wyniósł aż 7 proc. Tymczasem przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w listopadzie było o 5,3 proc. wyższe niż przed rokiem. Różnica wynosi 1,7 punktu procentowego na niekorzyść zarobków, ale to nie wszystko.
Podany wzrost płac ma charakter średni. Jest on ciągnięty do góry przede wszystkim przez szybko rosnące zarobki osób z nomenklatury partyjnej PiS, zajmujące ważne stanowiska w gospodarce. Można przypuszczać, że zarobki ogromnej większości pozostałych pracowników zwiększały się znacznie wolniej. Ale właśnie ci, którzy zarabiają mniej, wydają na żywność największą część swych dochodów. Szybki wzrost cen żywności sprawia więc, że stają się oni coraz biedniejsi.

Jak żyć panie Jarosławie?

Warto zwrócić uwagę, że w listopadzie np. cena cena cukru była wyższa aż o 24,3 proc. niż przed rokiem, warzyw o 16 proc., owoców o 15 proc., wieprzowiny o 16, 1 proc., wędlin o 9,5 proc., mąki o 8 proc., ryżu o 6,9 proc. Tzw. życie staje się więc nieznośnie kosztowne.
Oprócz żywności, w listopadzie odnotowano drastyczny skok opłat za wywóz śmieci (aż o 31,4 proc.). Wywożenie śmieci to także nie jest wydatek, którego najbiedniejsi mogliby uniknąć. Podniesiono też opłaty za usługi kanalizacyjne (o 4,1 proc.) oraz za zaopatrywanie w wodę (o 2,5 proc.). Wkrótce nastąpi, trudno przewidzieć jeszcze jaki, wzrost cen energii. Drożeją papierosy i alkohol (od których to używek uboższa część Polaków niestety nie stroni). Wreszcie, zmiany w VAT które wejdą w życie od 1 kwietnia spowodują generalny wzrost tego podatku – a to właśnie VAT wysysa najwięcej pieniędzy z portfeli niezamożnych Polaków.
Tak więc, co jak co, ale sztukę zabierania pieniędzy biednym, rząd PiS opanował znakomicie.

Nobel za walkę z ubóstwem

Laureatami tegorocznej nagrody nobla w dziedzinie ekonomii zostali Abhijit Banerjee, Esther Duflo i Michael Kremer. Nagrodę otrzymali za „eksperymentalne podejście do łagodzenia globalnego ubóstwa”.

Troje laureatów wskazywała, że ogólny problem ubóstwa może być rozwiązywany poprzez wyodrębnienie mniejszych i konkretnych problemów, takich jak edukacja czy opieka medyczna. „Bezpośrednim efektem ich pracy było to, że pięć milionów hinduskich dzieci skorzystało z efektywnych programów korepetycji w szkołach” – czytamy w oświadczeniu Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk.
Pomysł naukowców wytłumaczono na przykładzie poprawy zdrowia dzieci. Laureaci zaproponowali dekonstrukcję tego zjawiska i wyłonienie poszczególnych kwestii. Ich zdaniem należałoby się przyjrzeć metodom edukacji, systemom opieki zdrowotnej, rolnictwu i dostępności kredytów.
Kremer, Banerjee i Duflo w eksperymentalny sposób wskazywali np. na mechanizmy marnotrawstwa środków w systemie edukacji. Badacze sprawdzali również jaki jest efekt dawania dzieciom książek, a także odpowiedziała na pytanie jak ograniczyć nieobecność nauczycieli.
– Nasze podejście polega na rozpakowywaniu problemów jeden po drugim i analizowaniu ich tak naukowo, jak to tylko możliwe – powiedziała Esther Duflo, cytowana przez brytyjski dziennik The Guardian. 47-letnia Duflo jest też najmłodszą laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Prywatnie jest żoną innego z tegorocznych laureatów – Abhijita Banerjee.
Abhijit Banerjee jest pochodzącym z Indii amerykańskim profesorem na uczelni Massachusetts Institute of Technology (MIT). Na MIT pracuje również wspomniana wyżej jego małżonka, amerykańsko-francuska profesor. Z kolei trzeci z laureatów – Michael Kremer jest profesorem na Uniwersytecie Harvarda. Pochodzi z USA.
Nagroda, którą podzielą się laureaci, wynosi 9 mln koron szwedzkich, czyli ok. 3,5 mln zł.
Nobel z ekonomii – w przeciwieństwie pięciu pozostałych kategorii – nie został ustanowiony w testamencie Alfreda Nobla, ale został ufundowany przez szwedzki bank centralny. Pierwszy raz przyznano go w 1969 r. Oficjalnie wyróżnienie to nazywa się Nagroda Banku Szwecji w Dziedzinie Ekonomii im. Alfreda Nobla.

Na froncie walki z ubóstwem

Do przyszłego roku bieda zniknie z Chin bezpowrotnie.

Yuan Qiyng (46) – liderka grupy roboczej do walki z ubóstwem działającej na wsi w prowincji Hunan w środkowych Chinach – ma przed sobą cały dzień. Koło 8 rano przyszła do swojego biura i czekając na swoich współpracowników zrobiła sobie szybko makaron na śniadanie.
Będąca przedtem liderką handlowego stowarzyszenia w Jishou, Yuan została skierowana do pracy w Mituo, odległej górskiej wiosce w autonomicznej prefekturze Xiangxi Tujia i Miao, na pierwszą linię frontu walki z biedą.
Po porannym zebraniu Yuan i jej współpracownicy zaczęli porządkować bazę danych zubożałych gospodarstw domowych we wsi. „Niektórzy mieszkańcy chcą się wyprowadzić, inni muszą stworzyć dla siebie nowe gospodarstwa domowe po zawarciu małżeństwa. Musimy ciągle aktualizować dane” – mówi Yuan.
Po południu Yuan i jej współpracownicy omówili, które z gospodarstw domowych będzie trzeba odwiedzić i co trzeba będzie zrobić, aby rozwiązać ich problemy. „Pracuję w tej w wsi od pięciu lat, ale ten rok będzie przełomowy” – mówi Yuan.
Gdy upłynął trzyletni okres jej pracy, na jaki została tu skierowana, lokalne władze zaproponowały, aby pozostała dłużej, bo zaskarbiła sobie zaufanie mieszkańców. Aby lepiej porozumiewać się z nimi, w ciągu lat spędzonych we wsi nauczyła się posługiwać lokalnym językiem Miao, uważanym za jeden z najtrudniejszych dialektów Chin.
Yuan ma zwyczaj wstawać wcześnie, choć zasadniczą część pracy wykonuje wieczorami, kiedy rolnicy wracają do domów i mają czas żeby z nią rozmawiać. O 6 po południu Yuan znowu je makaron i udaje się na spotkanie z Shi Dechangiem w jego domu.
77-latek jest przykuty łóżka po wylewie, który miał dwa miesiące temu. W jego domu Yuan powitał syn Shi, który wrócił z żoną aby zająć się sparaliżowanym ojcem.
Yuan skontrolowała rachunki za opiekę medyczną Shi, które sięgają kwoty ponad 7 tys. juanów (równowartość ok. 1 tys. dolarów amerykańskich). Shi będzie jednak musiał zapłacić tylko tysiąc juanów – resztę pokryje ubezpieczenie zdrowotne. „Zubożałe rodziny mogą teraz korzystać z dogodnych świadczeń zdrowotnych. Jeśli będziecie mieli trudności z zapłaceniem, dajcie mi znać” – mówi Yuan synowi Shi.
Gdy Yuan wraca do biura jest już po 9 wieczorem. Sama mieszka w pokoju zaadaptowanego z jednego z pomieszczeń biurowych, który wyposażono w proste meble. „Dawne biuro było dużo skromniejsze, ale zgłosiliśmy nasze potrzeby i dostaliśmy środki na na budowę nowego” – mówi Yuan.
Gdy kładzie się spać, Yuan patrzy na zdjęcie syna na swoim smartfonie. „Zbliża się święto narodowe i będę mogła pojechać do domu i spotkać się z rodziną” – mówi.
Aby spełniać zadania postawione przez państwo Mituo zamierza zlikwidować na swoim obszarze skrajne ubóstwo do końca tego roku. To znaczy, że biedy wyjdą 282 osoby z 75 zubożałych gospodarstw domowych. „Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy, we wsi było 744 ubogich, żyjących w 179 gospodarstwach domowych – wspomina Yuan. – Cieszę się, gdy patrzę na postęp, jakiego dokonaliśmy w ciągu tych lat. Marzę o tym, aby w 202 roku wszyscy mieszkańcy wsi żyli dostatnio, tak jak jak i reszta kraju”.

Słabe ogniwo Europy

Wskaźniki mówiące o efektywności gospodarczej, zamożności i rozwoju cywilizacyjnym pokazują, że nasz kraj daleko odstaje, nawet nie od czołówki, ale od unijnej średniej.

Polska może nie jest chorym człowiekiem Unii Europejskiej ale na pewno należy do jej słabszych ogniw. Świadczy o tym szereg ważnych wskaźników, podanych przez nasz Główny Urząd Statystyczny oraz Eurostat (unijny urząd statystyczny).
Warto zacząć od demografii. Otóż, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nasz kraj nader słabo zasila Unię Europejską w nowych obywateli. Pod względem dzietności, w 2017 r. zajmowaliśmy dopiero 21 miejsce wśród 28 państw Unii. Na jedną kobietę w wieku rozrodczym (czyli w wieku od 15 do 49 lat) w Polsce przypadało średnio niespełna 1,5 dziecka. To poniżej średniej unijnej, wynoszącej około 1,6 – oraz bardzo daleko za pierwszą w tym zestawieniu Francją, gdzie współczynnik dzietności przekracza 1,9.
Skracanie polskiego życia
W Polsce rodzi się mniej dzieci, niż średnio w UE, ale także i żyjemy znacznie krócej. W 2017 r. kobiety w naszym kraju dożywały statystycznie 81,8 lat, zaś mężczyźni tylko 73,9 lat. Przeciętny wiek mieszkańca całej Unii wynosi zaś 83,5 dla kobiet i 78,3 dla mężczyzn.
Załamanie w opiece zdrowotnej, jakie wystąpiło w Polsce w ostatnich dwóch latach w wyniku działań rządu PiS, doprowadziło do tego, że została odwrócona długoletnia tendencja – i średni wiek życia Polaków, zamiast rosnąć, zaczął się skracać. Zapewne więc w tym roku ta niekorzystna różnica między długością życia w Polsce i w całej Unii stanie się jeszcze większa.
Sytuację demograficzną naszego kraju pogarsza bardzo niski przyrost naturalny, który w 2017 r. wynosił równo zero. Nieskuteczny okazuje się program rodzina 500 plus, który miał doprowadzić do wzrostu liczby narodzin. Możemy tylko zazdrościć Irlandii, państwu o najwyższym przyroście naturalnym w UE, który na Zielonej Wyspie wynosi aż 6,6 proc.
Pod względem przyrostu wypadamy słabo, ale jeśli chodzi o zgony, to niestety jesteśmy w unijnej czołówce. W tej smutnej „dziedzinie” Polska przekracza średnią dla całej UE. To także jest wynik drastycznego pogorszenia poziomu opieki medycznej w naszym kraju.
W 2017 r. współczynnik liczby zgonów w Polsce wynosił 10,6 na 1000 mieszkańców. Średnia unijna to 10,3. Najmniejszą liczbę zgonów także ma Irlandia. Tam jest ich zaledwie 6,3 na 1000 mieszkańców. Ta różnica: 6,3 wobec 10,6, pokazuje, jak dramatycznie pogorszył się stan zdrowia mieszkańców Polski w czasie rządów PiS.
Niemowlęta nam umierają
Niestety, w ubiegłym i bieżącym roku nie pojawiły się żadne pozytywne sygnały mogące wskazywać, że śmiertelność w naszym kraju zacznie się zmniejszać. Przeciwnie, tegoroczne kłopoty z brakiem leków w Polsce, brak refundowania wielu specyfików mogących uratować życie oraz coraz gorszy dostęp do pomocy lekarskiej, to sygnały dalszego, nieuchronnego przyrostu liczby zgonów.
Wysoki jest także w naszym kraju współczynnik zgonów niemowląt. To jeden z najważniejszych wskaźników, mówiących o tym, jaki jest rzeczywisty stan opieki medycznej w danym kraju. Kiedyś, jeszcze „za komuny” Polska słusznie szczyciła się tym, że śmiertelność niemowląt jest u nas na poziomie europejskiego minimum. Przykro to pisać, ale ostatnie lata wyraźnie pokazują, że to już przeszłość.
Współczynnik zgonów niemowląt (czyli stosunek liczby zgonów do liczby urodzeń żywych) osiągnął w naszym kraju 4,0, podczas gdy w całej Unii Europejskiej wynosi 3,6. Dystans do unijnej czołówki jest w Polsce porażający. Najmniejszy współczynnik zgonów niemowląt ma Cypr – tylko 1,3.
Nie ma chęci do roboty?
W Polsce żyje się krócej i gorzej niż w większości państw UE, ale także gorzej i słabiej się pracuje (co przyczynia się właśnie do krótszego i gorszego życia). Mamy bowiem niższy od unijnego wskaźnik aktywności zawodowej. W Polsce wynosi on 75 proc., podczas gdy średnia dla całej Unii to 78,4 proc. Najwyższy poziom aktywności zawodowej, taki o którym w Polsce można tylko pomarzyć, panuje w Szwecji: aż 87,6.
Trudno jednak zwiększać swą aktywność zawodową, jeśli nie podnosi się swoich kwalifikacji, co konieczne w zmieniającym się świecie. Niestety, rząd PiS nie stworzył żadnych mechanizmów skłaniających Polaków do tego, by się intensywniej uczyli. W rezultacie, w ubiegłym roku zaledwie 6 proc. dorosłych rodaków szkoliło się i kształciło. Tu także Polacy są poniżej średniej unijnej wynoszącej 11 proc. Liderami również są Szwedzi, gdzie aż 29 proc. społeczeństwa kształci się i uczestniczy w rozmaitych szkoleniach.
Piętą achillesową naszego kraju jest też niska wydajność pracy. Polityka gospodarcza rządu PiS doprowadziła bowiem do zahamowania procesów inwestycyjnych w Polsce, a to utrudnia podnoszenie wydajności. W zwiazku z tym, syntetyczny wskaźnik wydajności pracy wynosi u nas zaledwie ok. 75, podczas gdy w przodującej pod tym względem Irlandii przekracza 185, a w drugim pod tym względem Luksemburgu osiąga 160.
Marnujemy dobrą koniunkturę
Polska gospodarka jest mało wydajna i pod wieloma względami zacofana między innymi dlatego, że rząd PiS hamuje wzrost nakładów na badania i rozwój. Nakłady te w 2017 r. wynosiły zaledwie 1 proc. naszego produktu krajowego brutto.
Średnia dla całej Unii to nakłady na badania i rozwój wynoszące około 2 proc. PKB, ale najbardziej rozwinięte państwa unijne wydają znacznie więcej na ten cel. Zajmująca pierwsze miejsce Szwecja przeznacza aż 3,4 proc. swego PKB na badania i rozwój. Słaba wydajność pracy oraz niskie nakłady na cele badawczo-rozwojowe to jedne z istotnych przyczyn tego, że pomimo bardzo dobrej (kończącej się właśnie) międzynarodowej koniunktury gospodarczej, nasz kraj nie był w stanie zlikwidować deficytu i wypracować nadwyżki. Należymy niestety do 15 państw unijnych, które wciąż borykają się z deficytem.
Wszystkie te nasze zapóźnienia gospodarcze sprawiają, że Polacy są po prostu biedni w porównaniu z obywatelami większości państw unijnych. PKB na głowę jednego mieszkańca, liczony według jego siły nabywczej, wynosi u nas zaledwie 75 proc. średniej unijnej – podczas gdy w zajmującym pierwsze miejsce Luksemburgu, aż 250 proc.
Mieszkańcy Luksemburga prowadzą też pod względem bezwzględnej wysokości produktu krajowego brutto na osobę. U nich jest to aż 96,7 tys. euro, podczas gdy w Polsce zaledwie 12,9 tys. euro. Nie trzeba właściwie dodawać, że pod tym względem lądujemy znacznie poniżej unijnej średniej, wynoszącej 30,9 tys. euro. Te liczby dobrze pokazują, jak słaby jest w istocie potencjał ekonomiczny Polski i Polaków.
Coraz więcej nędzy
Jako, że jesteśmy obywatelami jednego z słabiej rozwiniętych cywilizacyjnie i biedniejszych państw UE, wydajemy dużą część swych dochodów na żywność, napoje, alkohol i trucizny tytoniowe. Na te cele przeznaczamy aż 22,7 proc. naszych dochodów, podczas gdy średnio w Unii jest to tylko 16 proc.
W rezultacie, gdy wspomniane artykuły konsumpcyjne drożeją – co np. widać u nas po szybko rosnących w tym i ubiegłym roku cenach żywności – to obywatele biednieją. Dlatego właśnie pod rządami PiS zwiększył się odsetek Polaków dotkniętych skrajnym ubóstwem.
W ubiegłym roku grupa osób żyjących na granicy minimum egzystencji wzrosła o 1,1 punktu procentowego w porównaniu z 2017 r. i osiągnęła 5,4 procent ogółu mieszkańców. Oznacza to, że co osiemnasty z Polaków jest nędzarzem wegetującym na skraju głodu.
Jabłka ciągle rządzą
Do ważnych wskaźników rozwoju cywilizacyjnego należą między innymi dostępność internetu, warunki mieszkaniowe oraz skala korzystania z energii odnawialnej (co decyduje o czystości powietrza). W każdej z tych trzech klasyfikacji Polska wypada marnie.
Dostęp do internetu ma 84 proc. polskich gospodarstw domowych. To niby niemało, ale musimy zdawać sobie sprawę, że w Unii Europejskiej dostępność internetu jest oczywistym i powszechnym standardem. Może z niego korzystać 89 proc. gospodarstw domowych państw UE. Także i pod tym względem jesteśmy poniżej średniej unijnej.
Żyjemy w ciasnych i niewygodnych mieszkaniach. Tu sytuacja się nie poprawia, bo rząd PiS zlikwidował wszystkie dotychczasowe programy wsparcia dla budownictwa mieszkaniowego. W rezultacie wskaźnik przeludnienia w Polsce wynosi 40,5 proc., podczas gdy średnio w Unii jest to zaledwie 15,7 proc.
Tylko 11 proc. energii w naszym kraju pochodzi ze źródeł odnawialnych, podczas gdy w Szwecji jest to aż 55 proc. Rząd PiS konsekwentnie preferuje węgiel. Robi to wprawdzie w dziwny sposób, bo zamiast zwiększać krajowe wydobycie, zwiększa import węgla z Rosji. Niezależnie jednak od tego, skąd pochodzi węgiel, za sprawą jego spalania Polska jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych państw Europy, a rządowy program „Czyste Powietrze” to tylko propagandowa lipa. Wszystko to przyczynia się do dużej śmiertelności w naszym kraju.
Ten ponury niestety obraz Polski, wynikających z danych statystycznych zebranych w ostatnich trzech latach przez GUS i Eurostat, każe zapytać, czy jest coś, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy na tle reszty Europy? Otóż, istnieje jedna taka dziedzina. Polska jest liderem europejskim w produkcji jabłek. Od lat zajmujemy pod tym względem pierwsze miejsce na naszym kontynencie – i na szczęście w ostatnich latach nie udało się tego zepsuć.

Bieda piszczy

Prezydent Zełenski poza walką ze swoimi politycznymi przeciwnikami, którzy nie przebierają w środkach, musi też zmierzyć się z biedą, w której żyją obywatele Ukrainy.

A sytuacja jest poważna. Jak informuje ukraińska gazeta „Siegodnia” (Dzisiaj) już 91 proc. obywateli Ukrainy jest zmuszonych do szukania oszczędności na każdym kroku.
Z badań Research & Branding Group przeprowadzonych w maju br. wynika, że przeciętna ukraińska rodzina jest musi odmawiać sobie najpotrzebniejszych usług i towarów. Ponad połowa tnie wydatki na odzież i obuwie, niemal połowa (48 proc.) oszczędza na żywności, 39 proc. szuka oszczędności w opłatach mieszkaniowych, co najczęściej związane jest po prostu z niepłaceniem lub zaleganiem z opłatami. Ostry reżim oszczędnościowy stosuje 91 proc. ukraińskich rodzin.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w grupie ludzi starszych. 61 proc. z nich oszczędza na jedzeniu, 57 proc. na lekarstwach.
Choć ukraiński PKB rośnie, to nie przekłada się to, niestety, na poziom życia obywateli. Jeszcze w ubiegłym roku w podobnym sondażu „tylko” 71 proc. zadeklarowało, że musi stale oszczędzać. Bank Światowy ocenia, że by gospodarka dorównała polskiej, kraj potrzebuje 50 lat. Ukraina obecnie znajduje się na poziomie Mołdawii i Gruzji – jednych z najbiedniejszych krajów Europy.
Przyczyną tego stanu rzeczy są niedokończone reformy strukturalne, konflikt w Donbasie i ogromna korupcja.
Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy żądają od Ukrainy kolejnych kroków według neoliberalnych recept, co nie przynosi oczekiwanych rezultatów w krótkim czasie. Prezydent Zełenski przystąpił obecnie do kolejnej tury rozmów z MFW na ten temat. Zmęczenie obywateli fatalną sytuacja ekonomiczną jest coraz większe, rośnie też gniew wobec władz. Partia Zełenskiego „Sługa Ludu” nadal jest na pierwszym miejscu w sondażach, ale z każdym kolejnym jej popularność spada.

Walczyć z bezdomnością, nie z bezdomnymi!

Pan z Krakowa wyszedł z więzienia, gdzie spędził 40 miesięcy za prowadzenie samochodu bez uprawnień. W tym czasie odebrano mu mieszkanie. Wyszedł z mamra wprost na krakowską ulicę i zwrócił się do miejscowego ratusza, w którym niezmiennie króluje pan prezydent Jacek Majchrowski, o pomoc w zdobyciu jakiegoś kawałka podłogi. W urzędzie mu powiedziano, ze jeżeli ktoś użyczył mu kąta do spania to powinien o tym napisać w podaniu. Powiedziano mu też, że skoro jest bezdomny powinien zamieszkać w którymś z krakowskich przytułków. Jednak w warunkach zwolnienia jest zastrzeżenie, że nie powinien przebywać w miejscach gdzie można spotkać recydywistów. Uznał więc, że lepsze jest przygarnięcie przez dobrą duszę niż spanie na jednej sali z kilku dziesiątkami osób, z których niejedna mogła mieć zatargi z prawem.
Po licznych naradach odmówiono mu jednak zgody na wpisanie do kolejki osób czekających na mieszkanie socjalne, bo przecież ktoś już użyczył mu kąta do spania, co oznacza, ze nie jest bezdomny i pomocy mieszkaniowej miasta już nie potrzebuje. Tak oto idąc za radą urzędników krakowskiego magistratu i słuchając się zaleceń sądu penitencjarnego pozostanie bezdomny i dlatego zwrócił się do nas prośbą o pomoc. Każde miasto posiada swój zestaw tricków pozwalających nie wpisywać potrzebujących, bezdomnych, tułających się ludzi do kolejki mieszkaniowej.
Tak robią przynajmniej miasta, które chcą mieć ładne statystyki. Mało ludzi w kolejce, znaczy dużego problemu mieszkaniowego nie ma. Za to w Zabrzu urząd nie przejmuje się długością kolejki, która wynosi powyżej 20 000 osób, a czas oczekiwania na mieszkanie komunalne lub socjalne sięga 20 lat.
W Warszawie odmawiają wpisania do kolejki gdy wymierzą, że pokój, w którym pozwolono bezdomnemu spać ma więcej niż 6 metrów kwadratowych na osobę. Różne są sposoby, żeby bezdomnemu nie pomóc. Do przytułków nie przyjmuje się ludzi bez dochodu, a tym, którzy mają jakieś socjalne świadczenie zwykle zabiera się większość dochodu. Człowiek bez pieniędzy skazany na darmową pracę na rzecz ośrodka, z którego już raczej wyjdzie pozostaje do śmierci bezdomny.
Dlatego powołaliśmy do życia Fundacje Sprawiedliwości Społecznej. Jej celem jest stworzenie nowoczesnego ośrodka wychodzenia z bezdomności. I to wychodzenia ekspresowego. Z pełnym dostępem do pomocy psychiatry, psychologa i prawnika. Bez krepowania prywatności i wolności osobistej. Chcemy udowodnić, że szanując wolność i podmiotowość łatwiej pomóc w wyjściu z sytuacji chwilowego braku dachu nad głową.