Słabe ogniwo Europy

Wskaźniki mówiące o efektywności gospodarczej, zamożności i rozwoju cywilizacyjnym pokazują, że nasz kraj daleko odstaje, nawet nie od czołówki, ale od unijnej średniej.

Polska może nie jest chorym człowiekiem Unii Europejskiej ale na pewno należy do jej słabszych ogniw. Świadczy o tym szereg ważnych wskaźników, podanych przez nasz Główny Urząd Statystyczny oraz Eurostat (unijny urząd statystyczny).
Warto zacząć od demografii. Otóż, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nasz kraj nader słabo zasila Unię Europejską w nowych obywateli. Pod względem dzietności, w 2017 r. zajmowaliśmy dopiero 21 miejsce wśród 28 państw Unii. Na jedną kobietę w wieku rozrodczym (czyli w wieku od 15 do 49 lat) w Polsce przypadało średnio niespełna 1,5 dziecka. To poniżej średniej unijnej, wynoszącej około 1,6 – oraz bardzo daleko za pierwszą w tym zestawieniu Francją, gdzie współczynnik dzietności przekracza 1,9.
Skracanie polskiego życia
W Polsce rodzi się mniej dzieci, niż średnio w UE, ale także i żyjemy znacznie krócej. W 2017 r. kobiety w naszym kraju dożywały statystycznie 81,8 lat, zaś mężczyźni tylko 73,9 lat. Przeciętny wiek mieszkańca całej Unii wynosi zaś 83,5 dla kobiet i 78,3 dla mężczyzn.
Załamanie w opiece zdrowotnej, jakie wystąpiło w Polsce w ostatnich dwóch latach w wyniku działań rządu PiS, doprowadziło do tego, że została odwrócona długoletnia tendencja – i średni wiek życia Polaków, zamiast rosnąć, zaczął się skracać. Zapewne więc w tym roku ta niekorzystna różnica między długością życia w Polsce i w całej Unii stanie się jeszcze większa.
Sytuację demograficzną naszego kraju pogarsza bardzo niski przyrost naturalny, który w 2017 r. wynosił równo zero. Nieskuteczny okazuje się program rodzina 500 plus, który miał doprowadzić do wzrostu liczby narodzin. Możemy tylko zazdrościć Irlandii, państwu o najwyższym przyroście naturalnym w UE, który na Zielonej Wyspie wynosi aż 6,6 proc.
Pod względem przyrostu wypadamy słabo, ale jeśli chodzi o zgony, to niestety jesteśmy w unijnej czołówce. W tej smutnej „dziedzinie” Polska przekracza średnią dla całej UE. To także jest wynik drastycznego pogorszenia poziomu opieki medycznej w naszym kraju.
W 2017 r. współczynnik liczby zgonów w Polsce wynosił 10,6 na 1000 mieszkańców. Średnia unijna to 10,3. Najmniejszą liczbę zgonów także ma Irlandia. Tam jest ich zaledwie 6,3 na 1000 mieszkańców. Ta różnica: 6,3 wobec 10,6, pokazuje, jak dramatycznie pogorszył się stan zdrowia mieszkańców Polski w czasie rządów PiS.
Niemowlęta nam umierają
Niestety, w ubiegłym i bieżącym roku nie pojawiły się żadne pozytywne sygnały mogące wskazywać, że śmiertelność w naszym kraju zacznie się zmniejszać. Przeciwnie, tegoroczne kłopoty z brakiem leków w Polsce, brak refundowania wielu specyfików mogących uratować życie oraz coraz gorszy dostęp do pomocy lekarskiej, to sygnały dalszego, nieuchronnego przyrostu liczby zgonów.
Wysoki jest także w naszym kraju współczynnik zgonów niemowląt. To jeden z najważniejszych wskaźników, mówiących o tym, jaki jest rzeczywisty stan opieki medycznej w danym kraju. Kiedyś, jeszcze „za komuny” Polska słusznie szczyciła się tym, że śmiertelność niemowląt jest u nas na poziomie europejskiego minimum. Przykro to pisać, ale ostatnie lata wyraźnie pokazują, że to już przeszłość.
Współczynnik zgonów niemowląt (czyli stosunek liczby zgonów do liczby urodzeń żywych) osiągnął w naszym kraju 4,0, podczas gdy w całej Unii Europejskiej wynosi 3,6. Dystans do unijnej czołówki jest w Polsce porażający. Najmniejszy współczynnik zgonów niemowląt ma Cypr – tylko 1,3.
Nie ma chęci do roboty?
W Polsce żyje się krócej i gorzej niż w większości państw UE, ale także gorzej i słabiej się pracuje (co przyczynia się właśnie do krótszego i gorszego życia). Mamy bowiem niższy od unijnego wskaźnik aktywności zawodowej. W Polsce wynosi on 75 proc., podczas gdy średnia dla całej Unii to 78,4 proc. Najwyższy poziom aktywności zawodowej, taki o którym w Polsce można tylko pomarzyć, panuje w Szwecji: aż 87,6.
Trudno jednak zwiększać swą aktywność zawodową, jeśli nie podnosi się swoich kwalifikacji, co konieczne w zmieniającym się świecie. Niestety, rząd PiS nie stworzył żadnych mechanizmów skłaniających Polaków do tego, by się intensywniej uczyli. W rezultacie, w ubiegłym roku zaledwie 6 proc. dorosłych rodaków szkoliło się i kształciło. Tu także Polacy są poniżej średniej unijnej wynoszącej 11 proc. Liderami również są Szwedzi, gdzie aż 29 proc. społeczeństwa kształci się i uczestniczy w rozmaitych szkoleniach.
Piętą achillesową naszego kraju jest też niska wydajność pracy. Polityka gospodarcza rządu PiS doprowadziła bowiem do zahamowania procesów inwestycyjnych w Polsce, a to utrudnia podnoszenie wydajności. W zwiazku z tym, syntetyczny wskaźnik wydajności pracy wynosi u nas zaledwie ok. 75, podczas gdy w przodującej pod tym względem Irlandii przekracza 185, a w drugim pod tym względem Luksemburgu osiąga 160.
Marnujemy dobrą koniunkturę
Polska gospodarka jest mało wydajna i pod wieloma względami zacofana między innymi dlatego, że rząd PiS hamuje wzrost nakładów na badania i rozwój. Nakłady te w 2017 r. wynosiły zaledwie 1 proc. naszego produktu krajowego brutto.
Średnia dla całej Unii to nakłady na badania i rozwój wynoszące około 2 proc. PKB, ale najbardziej rozwinięte państwa unijne wydają znacznie więcej na ten cel. Zajmująca pierwsze miejsce Szwecja przeznacza aż 3,4 proc. swego PKB na badania i rozwój. Słaba wydajność pracy oraz niskie nakłady na cele badawczo-rozwojowe to jedne z istotnych przyczyn tego, że pomimo bardzo dobrej (kończącej się właśnie) międzynarodowej koniunktury gospodarczej, nasz kraj nie był w stanie zlikwidować deficytu i wypracować nadwyżki. Należymy niestety do 15 państw unijnych, które wciąż borykają się z deficytem.
Wszystkie te nasze zapóźnienia gospodarcze sprawiają, że Polacy są po prostu biedni w porównaniu z obywatelami większości państw unijnych. PKB na głowę jednego mieszkańca, liczony według jego siły nabywczej, wynosi u nas zaledwie 75 proc. średniej unijnej – podczas gdy w zajmującym pierwsze miejsce Luksemburgu, aż 250 proc.
Mieszkańcy Luksemburga prowadzą też pod względem bezwzględnej wysokości produktu krajowego brutto na osobę. U nich jest to aż 96,7 tys. euro, podczas gdy w Polsce zaledwie 12,9 tys. euro. Nie trzeba właściwie dodawać, że pod tym względem lądujemy znacznie poniżej unijnej średniej, wynoszącej 30,9 tys. euro. Te liczby dobrze pokazują, jak słaby jest w istocie potencjał ekonomiczny Polski i Polaków.
Coraz więcej nędzy
Jako, że jesteśmy obywatelami jednego z słabiej rozwiniętych cywilizacyjnie i biedniejszych państw UE, wydajemy dużą część swych dochodów na żywność, napoje, alkohol i trucizny tytoniowe. Na te cele przeznaczamy aż 22,7 proc. naszych dochodów, podczas gdy średnio w Unii jest to tylko 16 proc.
W rezultacie, gdy wspomniane artykuły konsumpcyjne drożeją – co np. widać u nas po szybko rosnących w tym i ubiegłym roku cenach żywności – to obywatele biednieją. Dlatego właśnie pod rządami PiS zwiększył się odsetek Polaków dotkniętych skrajnym ubóstwem.
W ubiegłym roku grupa osób żyjących na granicy minimum egzystencji wzrosła o 1,1 punktu procentowego w porównaniu z 2017 r. i osiągnęła 5,4 procent ogółu mieszkańców. Oznacza to, że co osiemnasty z Polaków jest nędzarzem wegetującym na skraju głodu.
Jabłka ciągle rządzą
Do ważnych wskaźników rozwoju cywilizacyjnego należą między innymi dostępność internetu, warunki mieszkaniowe oraz skala korzystania z energii odnawialnej (co decyduje o czystości powietrza). W każdej z tych trzech klasyfikacji Polska wypada marnie.
Dostęp do internetu ma 84 proc. polskich gospodarstw domowych. To niby niemało, ale musimy zdawać sobie sprawę, że w Unii Europejskiej dostępność internetu jest oczywistym i powszechnym standardem. Może z niego korzystać 89 proc. gospodarstw domowych państw UE. Także i pod tym względem jesteśmy poniżej średniej unijnej.
Żyjemy w ciasnych i niewygodnych mieszkaniach. Tu sytuacja się nie poprawia, bo rząd PiS zlikwidował wszystkie dotychczasowe programy wsparcia dla budownictwa mieszkaniowego. W rezultacie wskaźnik przeludnienia w Polsce wynosi 40,5 proc., podczas gdy średnio w Unii jest to zaledwie 15,7 proc.
Tylko 11 proc. energii w naszym kraju pochodzi ze źródeł odnawialnych, podczas gdy w Szwecji jest to aż 55 proc. Rząd PiS konsekwentnie preferuje węgiel. Robi to wprawdzie w dziwny sposób, bo zamiast zwiększać krajowe wydobycie, zwiększa import węgla z Rosji. Niezależnie jednak od tego, skąd pochodzi węgiel, za sprawą jego spalania Polska jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych państw Europy, a rządowy program „Czyste Powietrze” to tylko propagandowa lipa. Wszystko to przyczynia się do dużej śmiertelności w naszym kraju.
Ten ponury niestety obraz Polski, wynikających z danych statystycznych zebranych w ostatnich trzech latach przez GUS i Eurostat, każe zapytać, czy jest coś, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy na tle reszty Europy? Otóż, istnieje jedna taka dziedzina. Polska jest liderem europejskim w produkcji jabłek. Od lat zajmujemy pod tym względem pierwsze miejsce na naszym kontynencie – i na szczęście w ostatnich latach nie udało się tego zepsuć.

Bieda piszczy

Prezydent Zełenski poza walką ze swoimi politycznymi przeciwnikami, którzy nie przebierają w środkach, musi też zmierzyć się z biedą, w której żyją obywatele Ukrainy.

A sytuacja jest poważna. Jak informuje ukraińska gazeta „Siegodnia” (Dzisiaj) już 91 proc. obywateli Ukrainy jest zmuszonych do szukania oszczędności na każdym kroku.
Z badań Research & Branding Group przeprowadzonych w maju br. wynika, że przeciętna ukraińska rodzina jest musi odmawiać sobie najpotrzebniejszych usług i towarów. Ponad połowa tnie wydatki na odzież i obuwie, niemal połowa (48 proc.) oszczędza na żywności, 39 proc. szuka oszczędności w opłatach mieszkaniowych, co najczęściej związane jest po prostu z niepłaceniem lub zaleganiem z opłatami. Ostry reżim oszczędnościowy stosuje 91 proc. ukraińskich rodzin.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w grupie ludzi starszych. 61 proc. z nich oszczędza na jedzeniu, 57 proc. na lekarstwach.
Choć ukraiński PKB rośnie, to nie przekłada się to, niestety, na poziom życia obywateli. Jeszcze w ubiegłym roku w podobnym sondażu „tylko” 71 proc. zadeklarowało, że musi stale oszczędzać. Bank Światowy ocenia, że by gospodarka dorównała polskiej, kraj potrzebuje 50 lat. Ukraina obecnie znajduje się na poziomie Mołdawii i Gruzji – jednych z najbiedniejszych krajów Europy.
Przyczyną tego stanu rzeczy są niedokończone reformy strukturalne, konflikt w Donbasie i ogromna korupcja.
Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy żądają od Ukrainy kolejnych kroków według neoliberalnych recept, co nie przynosi oczekiwanych rezultatów w krótkim czasie. Prezydent Zełenski przystąpił obecnie do kolejnej tury rozmów z MFW na ten temat. Zmęczenie obywateli fatalną sytuacja ekonomiczną jest coraz większe, rośnie też gniew wobec władz. Partia Zełenskiego „Sługa Ludu” nadal jest na pierwszym miejscu w sondażach, ale z każdym kolejnym jej popularność spada.

Walczyć z bezdomnością, nie z bezdomnymi!

Pan z Krakowa wyszedł z więzienia, gdzie spędził 40 miesięcy za prowadzenie samochodu bez uprawnień. W tym czasie odebrano mu mieszkanie. Wyszedł z mamra wprost na krakowską ulicę i zwrócił się do miejscowego ratusza, w którym niezmiennie króluje pan prezydent Jacek Majchrowski, o pomoc w zdobyciu jakiegoś kawałka podłogi. W urzędzie mu powiedziano, ze jeżeli ktoś użyczył mu kąta do spania to powinien o tym napisać w podaniu. Powiedziano mu też, że skoro jest bezdomny powinien zamieszkać w którymś z krakowskich przytułków. Jednak w warunkach zwolnienia jest zastrzeżenie, że nie powinien przebywać w miejscach gdzie można spotkać recydywistów. Uznał więc, że lepsze jest przygarnięcie przez dobrą duszę niż spanie na jednej sali z kilku dziesiątkami osób, z których niejedna mogła mieć zatargi z prawem.
Po licznych naradach odmówiono mu jednak zgody na wpisanie do kolejki osób czekających na mieszkanie socjalne, bo przecież ktoś już użyczył mu kąta do spania, co oznacza, ze nie jest bezdomny i pomocy mieszkaniowej miasta już nie potrzebuje. Tak oto idąc za radą urzędników krakowskiego magistratu i słuchając się zaleceń sądu penitencjarnego pozostanie bezdomny i dlatego zwrócił się do nas prośbą o pomoc. Każde miasto posiada swój zestaw tricków pozwalających nie wpisywać potrzebujących, bezdomnych, tułających się ludzi do kolejki mieszkaniowej.
Tak robią przynajmniej miasta, które chcą mieć ładne statystyki. Mało ludzi w kolejce, znaczy dużego problemu mieszkaniowego nie ma. Za to w Zabrzu urząd nie przejmuje się długością kolejki, która wynosi powyżej 20 000 osób, a czas oczekiwania na mieszkanie komunalne lub socjalne sięga 20 lat.
W Warszawie odmawiają wpisania do kolejki gdy wymierzą, że pokój, w którym pozwolono bezdomnemu spać ma więcej niż 6 metrów kwadratowych na osobę. Różne są sposoby, żeby bezdomnemu nie pomóc. Do przytułków nie przyjmuje się ludzi bez dochodu, a tym, którzy mają jakieś socjalne świadczenie zwykle zabiera się większość dochodu. Człowiek bez pieniędzy skazany na darmową pracę na rzecz ośrodka, z którego już raczej wyjdzie pozostaje do śmierci bezdomny.
Dlatego powołaliśmy do życia Fundacje Sprawiedliwości Społecznej. Jej celem jest stworzenie nowoczesnego ośrodka wychodzenia z bezdomności. I to wychodzenia ekspresowego. Z pełnym dostępem do pomocy psychiatry, psychologa i prawnika. Bez krepowania prywatności i wolności osobistej. Chcemy udowodnić, że szanując wolność i podmiotowość łatwiej pomóc w wyjściu z sytuacji chwilowego braku dachu nad głową.

Nowy fetysz: nienawiść do bezdomnych

Regularnie ta sama scena rozdziera mi serce i chodzi za mną potem przez kilka dni: ludzie przed trzydziestką, czasem nastolatki, nawet młode dziewczyny, czerpią perwersyjną przyjemność z upokarzania bezdomnych w komunikacji miejskiej.

Wczoraj dwóch nabuzowanych chłopaków – na oko 25 lat – chciało bezdomnego z tramwaju wyrzucić na zimno, nazywając go przy tym „ścierwem” i „śmierdzielem”. Co ciekawe, każdorazowo przy tej faszystowskiej agresji ujawnia się jej liberalne usprawiedliwienie – wygłaszane na głos na użytek sumienia i obserwatorów: „można nie pić”, „trzeba iść do noclegowni”, „pracy jest dość”, „za nasze jesz i za nasze jedziesz”.
Chociaż żaden ze mnie superman i kiedyś za to oberwę, zapytałem wczoraj agresora, jak ciągnął bezdomnego do drzwi, czy nie ma ochoty zostać kanarem, bo widzę, że jara go przypierdalanie się do ludzi, ale póki nie ma identyfikatora to niech skończy się rządzić.
Popyszczył trochę na mój temat (nazwał mnie „małolacikiem”, podziękowałem za komplement), ale ogólnie sobie usiadł. Supermani po siłowniach jak zwykle udawali, że nic nie widzą, albo przyglądali się z plotkarskim nastawieniem.
Kiedy powiedziałem „przestań obrażać tego człowieka, kiedyś sam możesz być w jego sytuacji, a dziś jedyne bydło w tym tramwaju robisz Ty”, trafiłem w sedno. Gość puścił histerycznym tonem: „Byłem w takiej sytuacji! Byłbym… Ale się wziąłem, każdy ma to, co sobie wypracuje, nie?”. Przemówił ten strach, będący wyrazem jego świadomości jak niewielka granica, kilka niefortunnych sytuacji oddziela go od kondycji bezdomnego, którego widoku nie jest w stanie znieść. Ta nienawiść to w gruncie rzeczy nienawiść do siebie samego, do zawartej w sobie potencjalności, którą na razie dużym wysiłkiem udało się pokonać.
Ten agresor – na oko wyglądający jak ktoś wracający z budowy albo magazynu – wielokrotnie słyszał o takich jak on sam, że są nierobami, że każdy sobie rzepkę skrobie. Może w pracy jest popychadłem, może w domu nie jest szanowany, może wyrwał się z marginesu.
Ci, którzy wyżywają się na bezdomnych zawsze wyglądają na ludzi niemajętnych, niepewnych o swój los.
Wynosząc bezdomnego, chcą wyrzucić perspektywę, w której mogliby być na jego miejscu. Ale tego nie da się rozwiązać w pojedynkę. W pojedynkę można spróbować oduczyć się nienawiści do tego, co w nas samych słabe, brzydkie, odpychające. I wtedy będziemy stawać w obronie słabych, brzydkich, odpychających. Jeżeli wybierzemy kult supermana i rywalizacji, skończymy jako faszystowski osiłek – a w najlepszym razie jak te mopsy z siłowni, które biernie przyglądają się jak na ich oczach ginie człowieczeństwo.

Konserwatyści szerzą ubóstwo

Jaki jest główny efekt polityki oszczędności? Wpędzanie ludzi w nędzę – nie miał wątpliwości sprawozdawca ONZ ds. skrajnego ubóstwa i praw człowieka Philip Alston. W swoim raporcie pisze, że w Wielkiej Brytanii, piątej gospodarce świata, ubóstwo wśród dzieci osiągnęło „katastrofalny” poziom, jedna piąta populacji żyje w biedzie, a konserwatywni politycy z pełnym rozmysłem nie zamierzają nic z tym zrobić.

 

Autor raportu pisanego na potrzeby ONZ, który wcześniej badał kwestie ubóstwa m.in. w Stanach Zjednoczonych, Chinach, Ghanie czy Mauretanii, doszedł do bardzo stanowczych wniosków w sprawie skutków polityki oszczędności wdrażanej przez rządy brytyjskich konserwatystów. Philip Alston stwierdza w zaprezentowanych dziś badaniach, że konserwatyści byli świadomi faktu, że liczba żyjących w ubóstwie systematycznie rośnie, ale nie zamierzali nic z tym zrobić.

Wielka Brytania jest piątą gospodarką świata, a równocześnie 14 mln jej mieszkańców, czyli jedna piąta społeczeństwa, żyje w ubóstwie. Z tego półtora miliona obywatelek i obywateli pozostaje w absolutnej nędzy. Prognozy nie pozostawiają wątpliwości, że ta liczba będzie rosła, a szczególnie fatalne prognozy dotyczą dzieci. Do 2022 r. nawet 40 proc. nieletnich może znaleźć się w ubóstwie.
W ocenie Alstona, który zaprezentuje swój 24-stronicowy raport Radzie Praw Człowieka ONZ, cięcia wdrażane w ramach austerity uderzały w społeczeństwo na wielu poziomach. Odebranie połowy funduszy samorządom odebrało im możliwość rozwijania lokalnej polityki kulturalnej i społecznej, rozbijając lokalne społeczności. Ustalenie, że rodzina ma prawo otrzymywać zasiłki tylko na dwójkę pierwszych dzieci miało efekt porównywalny z chińskimi obciążeniami dla rodzin z więcej niż jednym dzieckiem. Młode pokolenie ucierpiało również z powodu cięcia wydatków na państwowe szkolnictwo. Coraz poważniejszym problemem staje się bezdomność. Z powodu cięć wydatków na pracowników socjalnych, centra pomocy dla trudnej młodzieży czy profilaktykę uzależnień lawinowo rośnie przestępczość. Alston podkreślił również, że polityce austerity towarzyszyła retoryka niechęci wobec biednych, nieustannych sugestii, że sami są winni swojej sytuacji i nie należy im się żadne współczucie ani pomoc.

W trakcie pracy nad raportem sprawozdawca ONZ spotkał się z kilkoma ministrami rządu Theresy May, w tym z Esther McVey, która do niedawna była sekretarzem ds. pracy i emerytur. Nie spotkał się ze zrozumieniem – polityczka zawzięcie broniła austerity, twierdząc, że tylko „sabotażyści” i osoby, które nie rozumieją gospodarki mogą krytykować oszczędności. Pozostała obojętna na ich społeczne skutki.

Głos lewicy

Polska dla wypłacalnych?

Taką Polskę opisuje Piotr Ikonowicz:

Pani Teresa Janusiewicz z Puław, lat 88 ma utracić mieszkanie z powodu długu w wysokości 9 500 zł. Jej pasierb, który wygrał sprawę o zachowek w kwocie 20 000 zł, prowadzi bezlitosną egzekucję. Najpierw komornik zabrał z konta oszczędności przeznaczone na pogrzeb i grób w kwocie 10 000 zł. Potem regularnie ściągał z jej emerytury 250 zł (1/4), ale i to wydało mu się za mało więc wczoraj miało dojść do oszacowania mieszkania, które pani Teresa zajmuje wraz z 51 letnim, niepełnosprawnym synem. Jest to wstęp do licytacji mieszkania za dług w wysokości 9 500 zł.
Trwa zrzutka na dług pani Teresy. Mamy 30 dni, żeby zgromadzić całą sumę. Udało się też przekonać komornika, aby nie dokonywał opisu i oszacowania, bo pomnożyło by to koszty, które kobieta ponosi, co przy jej skromnych dochodach nie ma sensu. Pomysł, żeby zlicytować mieszkanie za tak stosunkowo niewielką kwotę długu jest nieracjonalny, ale niestety zgodny z prawem. Podejmowano już próby by zmienić przepisy, które pozwalają zlicytować jedyne mieszkanie z powodu symbolicznych kwot zadłużenia. Niestety wysiłki te spełzły na niczym. Ten sam komornik, który nie ma problemu z licytowaniem dachu nad głową starej kobiety, zwykle okazuje się bezradny kiedy trzeba wyegzekwować zaległe wynagrodzenie czy dług alimentacyjny.
Tak się jakoś składa, że system windykowania i egzekwowania należności działa skutecznie tylko wobec słabszych, samotnych matek, niewypłacalnych lokatorów, nieopłaconych pracowników, którzy nie mają z czego płacić rachunków. Broniliśmy nie raz przed eksmisją samotne matki, których dług czynszowy był kilkakrotnie niższy niż zaległości alimentacyjne ojca dzieci. Broniliśmy przed wyrzuceniem z mieszkania ludzi, którym nie zapłacono za pracę. Ale nikt nie pytał, dlaczego nie macie na czynsz? Ostatnio nawet sądy, urzędnicy i życzliwi radzą dłużnikom, żeby wyjechali zagranicę zarobić na długi. A to by znaczyło, że dla części z nas już miejsca w Polsce nie ma.
W Gdańsku podczas procedury upadłości konsumenckiej sąd zapytał dłużnika, dlaczego nie pojechał do pracy do Niemiec, żeby zarobić na spłatę zadłużenia. W stulecie Niepodległości warto zadać pytanie czy Polska jest dla wszystkich czy tylko dla wypłacalnych?
Kiedy siedziałem w areszcie za blokowanie eksmisji poznałem człowieka, którego skazano za „wyłudzenie kredytu”. Prowadził wraz z kolegą firmę hydrauliczną. Kiedy nawalił im samochód, musieli wziąć kredyt by kupić drugi. Ponieważ klienci zalegali z płatnościami ten, który wziął na siebie pożyczkę zalegał z ratami. W tym czasie kolega zniknął razem z samochodem. W ten sposób człowiek trafił do więzienia. W naszych więzieniach jak w czasach Karola Dickensa masa ludzi siedzi za długi. To są biedacy, którzy nie powinni spędzić w areszcie ani jednego dnia.

Królestwo ubóstwa

Nierówności coraz dotkliwiej dzielą Brytyjczyków. Raport kolejnej instytucji publicznej ukazuje skalę biedy w UK i jej utrwalenie. Mowa jest o „społeczeństwie dwóch prędkości”. Narzucane przez rząd neoliberalne cięcia potęgują problem.

 

Wielka Brytania jest coraz silniej podzielona pod względem poziomu życia obywateli, a grupy wykluczone wpadły w pułapkę biedy, przekazują ją z pokolenia na pokolenie i coraz bardziej oddalają się od reszty społeczeństwa. Takie wnioski płyną z analiz przeprowadzonych przez EHRC – Komisję ds. Równości i Praw Człowieka, niezależną brytyjską instytucję publiczną, pełniącą funkcję doradczą przy rządzie.

Raport wydany właśnie przez EHRC alarmuje, że istnieją trzy podstawowe grupy społeczne wyjątkowo narażone w nadchodzących latach na trwałe funkcjonowanie w biedzie: są to najmłodsi, osoby pochodzenia azjatyckiego i afrykańskiego oraz ludzie z niepełnosprawnościami. Obecnie co dziesiąte dziecko żyje w ubóstwie, a w gospodarstwach domowych tworzonych przez osoby wywodzące się z Aryki, Pakistanu lub Bangladeszu, bieda gnębi połowę dzieci. Autorzy publikacji piszą o nich posługując się terminem “społeczeństwo dwóch prędkości”, wskazując na pogłębiającą się przepaść, jaka dzieli różne części populacji Zjednoczonego Królestwa. Ostatnie trzy lata to w UK okres wyjątkowego regresu na tym obszarze. Szanse trzech naczelnych grup wykluczenia na jakikolwiek przyszły awans społeczny zostały praktycznie zaprzepaszczone.

Analiza EHRC nie pozostawia wątpliwości: to smutne zwieńczenie procesu zachodzącego od 2010 r., a kolejne konserwatywne rządy władające wyspami mają poważny udział w pogłębieniu zapaści. Ustępstwa podatkowe na rzecz najbogatszych, przerzucanie odpowiedzialności fiskalnej na niezamożnych, cięcia i zamrażanie świadczeń socjalnych – wszystkie te neoliberalne metody w najdotkliwszy sposób dotknęły najbiedniejszą część obywateli, żyjącą w największej niepewności materialnej.

Autorzy raportu podkreślają dodatkowo, że nastąpiło nie tylko “zabetonowanie” ubóstwa materialnego, lecz nastąpiło też znaczne pogorszenie dostępności opieki prawnej dla niezamożnych. Oznacza to dodatkowe przeszkody strukturalna na drodze do wychodzenia z biedy.

Publikacja wniosków EHRC zbiega się z dyskusją w brytyjskim parlamencie na temat przyszłorocznego budżetu. Laburzyści coraz bardziej naciskają na torysów, krytykując ich politykę cięć. John McDonnell, jedna z czołowych postaci Partii Pracy, grzmi, że system opieki społecznej “aż krzyczy o doinwestowanie”, i że rząd musi “potrząsnąć kiesą”.

David Isaac, szef EHRC, komentując raport podkreśla, że w ciągu ostatnich lat nastąpiła co prawda poprawa na pewnych obszarach życia społecznego, np. pojawiły się nowe szanse w dziedzinie edukacji, jednak w ostatecznym rozrachunku “narasta przepaść niemożliwa do zaakceptowania”. – Nadchodzi decydujący moment w walce z nierównością – ostrzega Isaac.
Przedstawiciele organizacji pozarządowych wykorzystali okazję publikacji tych wniosków do przypomnienia premier Theresie May, że podczas swojego expose wygłoszonego zaraz po objęciu urzędu sama obiecywała rozprawienie się z nierównością szans trapiącą brytyjskie społeczeństwo. Teraz widać, jak bardzo zmarnowała czas i życie Brytyjczyków stojąc na czele rządu: nastąpiło największe pogłębienie biedy od czasu drastycznych cięć wprowadzonych przez Margaret Thatcher.

To nie jedyny raport w ostatnim czasie zawierający wnioski utrzymane w tym duchu. We wrześniu ukazała się publikacja innej państwowej instytucji, gdzie można było przyczytać, że obecnie w UK 14 milionów ludzi żyje w biedzie: nie są w stanie skutecznie ponosić podstawowych kosztów utrzymania rodziny i radzić sobie z materialnymi ograniczeniami narzucanymi przez różne rodzaje wykluczeń, np. niepełnosprawność. 7,7 mln Brytyjczyków żyje w biedzie określanej jako permanentna, czyli utrzymując się cztery lata lub dłużej.

Pokażę Wam Dwie Warszawy

Pierwsza z nich to nieremontowane latami, kiedyś piękne, zabytkowe, przedwojenne kamienice będące w zasobie miasta. Niektóre dalej opalane piecami kaflowymi, bez podłączenia do CO. Kamienice, których ścian nikt nie malował od co najmniej 30 lat. Z których odpadł już tynk. W których jest na klatkach ciemno, pachnie moczem i stęchlizną. Na podwórkach których na placach zabaw bawią się w chowanego tylko puste butelki oraz zupełnie się w nic nie bawią góry śmieci.
Pierwsza Warszawa nigdzie się nie spieszy. Tak, jak się umiera na raka w hospicjum: zachowując godność, ale jednak śmierdząc, nie kontrolując wydalania i nie mając siły zrobić wokół siebie samodzielnie już kompletnie nic. Zapach tych kamienic jest jak oddech stulatka – wątła nitka łącząca nas z daleką przeszłością.
Warszawa Druga niecierpliwi się. Jest młoda i głodna. Czeka, aż Pierwsza wreszcie zdechnie. Aż będzie można wyrzucić po niej zasikany tapczan i wstawić świeżutką sofę z IKEI, aż z kamienic grożących zawaleniem wreszcie ujdzie ostatnie tchnienie – aż ich lokatorzy wyjadą do Anglii lub miasto ich wykwateruje. Dlatego Druga od wielu lat nie dawała kasy na Pierwszą. Wiedziała, że tamta, prędzej czy później, umrze.
Pierwsza i Druga mieszkają 20 metrów od siebie – po przeciwnych stronach tej samej ulicy.
Po tej Drugiej powstają piękne, nowoczesne, w ch drogie apartamentowce. Wszystko jak z intro Blue Velvet Lyncha: kliniczne, pachnące cifem floral klatki, odchwaszczone ogródki i obleciane rafią balkony z technorattanowymi fotelami i suszarką na pranie. Wygracowane ścieżki, fontanna, bezpieczny plac zabaw, parking podziemny. Lux torpeda level deweloperka. No oczywiście, wsio OGRODZONE I MONITOROWANE.
A teraz, Moi Drodzy i Drogie, powiedzcie mi, jakie dzieciństwo będą miały dzieci mieszkające w Warszawie numer 1, a jakie w Warszawie nr 2?
Jak dzieci z tej Pierwszej będą się czuły, widząc rówieśników z drugiej strony ulicy bawiących się na zamkniętym dla „obcych” placu zabaw?
Czy myślicie, że spotkają się z nimi kiedykolwiek prywatnie i zamienią choć kilka zdań? Czy też będą chodzić do zupełnie różnych szkół, robić zupełnie gdzie indziej zakupy, spędzać gdzie indziej ferie i wakacje?
Kiedy już wyrosną z zabaw na placu i z rejonowej podstawówki, która tak czy owak musi przyjąć wszystkich, Pierwsi (przynajmniej część z nich) i Drudzy będą się starali o te same miejsca w liceach. Kto się dostanie? Kto będzie musiał, mimo ambicji, pójść do zawodówki, bo za słabo zda egzaminy? A kiedy ukończą te czy inne szkoły, to czy dom Pierwszych będzie jeszcze w ogóle stał?
Na wszystko spogląda z góry Rafał Trzaskowski (bilbord wisi po tej Drugiej stronie ulicy).

 

Autorka jest rzeczniczką prasową SLD. W wyborach samorządowych kandyduje na radną Rady Miasta Warszawy z listy nr 5 SLD Lewica Razem, z okręgu nr 7 obejmującego Targówek, Wawer i Wesołą.

Zamrażanie progu do świadczeń

Informacje o planach rychłego podniesieniu płacy minimalnej przy jednoczesnym braku gotowości władzy do równoległego i proporcjonalnego podniesienia progu dochodowego do świadczenia 500 plus, to bynajmniej nie ciekawostka o marginalnym znaczeniu społecznym.

 

To moment, który powinien wywołać ogólniejszą refleksję, czy faktycznie polityka państwa w tej sferze faktycznie zasługuje na entuzjazm i kredyt zaufania, jakim obdarzono w tej materii obecne rządy.
Po planowanej od stycznia podwyżce płacy minimalnej do 2200 złotych, wiele osób zarabiających płace minimalną może stracić prawo do świadczenia wychowawczego na pierwsze dziecko. Na przykład samotna, pracująca za minimalne wynagrodzenie matka wychowująca dziecko, nie zmieści się w kryterium dochodowym na poziomie nie więcej niż 800 złotych netto na osobę w rodzinie. Tego typu informacje łatwo jest zbyć jako „ drobiazgi”, pewne rysy na ogólnym pozytywnym obrazie.

 

Tymczasem właśnie takie „ drobiazgi” powinny być istotnym kryterium realizowanej polityki.

Bez względu na to, jak duża okaże się grupa, która straci, sam mechanizm jest czytelny. Podnosząc płacę minimalną bez podniesienia progu świadczenia, odbiera się prawo do niego grupom bardzo nisko uposażonym. Jak oceniać rząd, który na to pozwala? Przecież nie rozmawiamy o znoszeniu czy radykalnej podwyżce kryterium dochodowego, a jedynie o jego waloryzacji tak aby zmiany w płacy minimalnej nie uderzyły w nisko uposażone rodziny, w których praca wykonywana jest za minimalne wynagrodzenie.
Nawiasem mówiąc, i bez tych nowo powstałych okoliczności, konstrukcja świadczenia budziła od początku pewien niedosyt. Próg 800 złotych już na starcie eliminował z programu część pracujących rodziców (w tym tych wychowujących dzieci samodzielnie bez małżonka/małżonki) za dość skromne wynagrodzenie. Nawet relatywnie niewielkie przekroczenie płacy minimalnej uniemożliwiało skorzystanie z tej pomocy na pierwsze dziecko. O ile w chwili uruchomienia programu „ Rodzina 500+” można było to wybaczyć, o tyle po trzech latach brak jakiejkolwiek modyfikacji tych elementów, które mogą budzić uzasadnione społeczne zastrzeżenia już mocno niepokoi.
Niechęć do podnoszenia progu na pierwsze dziecko zdaje się potwierdzać, że funkcja socjalna programu (łagodzenie ubóstwa, zabezpieczenia socjalnego niezamożnych i zwiększania ich poczucia godności i podmiotowości) jest jednak nie tak ważna dla władzy, jakby się mogło wydawać. Wsparcie finansowe z tytułu wielodzietności zyskuje prymat wobec przyniesienia finansowej ulgi ogółowi niezamożnym rodzinom mających dzieci na utrzymaniu. Jeśli tak, to

 

realizowana polityka rodzinna coraz mniej zasługuje na poparcie z socjaldemokratycznych czy szerzej lewicowych pozycji.

Nie dlatego, że tworzenie rozwiązań służących wielodzietności jest z zasady niesłuszne (według mnie nie jest), ale powinno być ono mieć mniejszą rangę niż intencja otoczenia zabezpieczeniem i wsparciem wszystkich osób w trudniejszej sytuacji. I tych z rodzin wielodzietnych i tych z rodzin nuklearnych, zastępczych, jak również osób samotnych.
Zresztą problem jest szerszy, nie pojawił się wraz z obecną władzą. Gdy np. Donald Tusk pod wpływem protestu rodziców dzieci niepełnosprawnych w Sejmie podjął decyzję o dość radykalnym podniesieniu świadczenia pielęgnacyjnego, nie zadbano o to, by równolegle podnieść np. progu dochodowe regulujące poziom odpłatności za specjalistyczne usługi opiekuńcze, z których część głęboko niepełnosprawnych osób korzysta. Znane mi są opowieści matek z tamtego czasu, które wskazywały że owszem ich dochód się zwiększył, ale mniejszą lub większą część podwyżki „ zjadły” zwiększone koszty jakie musiały zapłacić za specjalistyczne usługi opiekuńcze.
Dlatego też przemyślana polityka wsparcia i zabezpieczenia grup w trudniejszej sytuacji powinna uwzględniać to, że grupy te korzystają z szerokiego wachlarza form pomocy, w polskich realiach obudowanej licznymi progami i warunkami dostępu. Robiąc krok w jednej sprawie, należy poczynić też kroki dostosowawcze na innych odcinkach. Zarówno Donaldowi Tuskowi wówczas, jak i obecnie rządowi Morawieckiego takiej rozwagi zabrakło. O ile jednak Tusk podejmował wówczas decyzje pod nagłą społeczną i medialną presją na szybkie zmiany, o tyle

 

w przypadku decyzji o podniesieniu płacy minimalnej mamy do czynienia z bardziej rutynowym procesem, który rząd powinien przeprowadzać w sposób przemyślany.

Aktualny moment przełomowy (choć w istocie powielający i pogłębiający pierworodną słabość programu 500+) to także ważny sygnał, jeśli chodzi o prawo do wsparcia rodziców, którzy podejmują pracę zarobkową. Polityka w tym względzie powinna być neutralna i respektować indywidualne prawo wyboru – tj. być atrakcyjna zarówno dla tych, którzy z myślą o rolach domowo-rodzinnych postanowili zrezygnować (przynajmniej czasowo) ze ścieżki zawodowej, jak i tych którzy chcą lub z różnych względów muszą godzić role domowo-rodzinne z pracą zarobkową. Jak widać na przykładzie programu 500 plus polityka ta nie jest neutralna. Rodzice pracujący za niskie wynagrodzenie są defaworyzowani w dostępie do finansowej pomocy z tytułu wychowania dziecka.
Pod tym względem znacznie bardziej broni się program „ Dobry start” (znany także jako Wyprawka 300+), który nie jest zależny od statusu rodzica na runku pracy ani od sytuacji dochodowej gospodarstwa domowego. Tyle tylko, że „ Dobry start” jest świadczeniem jednorazowym w roku i to dla młodzieży w wieku szkolnym. Ale przynajmniej możemy mówić w tym wypadku o jakże ważnej dla socjaldemokratycznego podejścia dekomodyfikacji, czyli uzależnienia od statusu rynkowo-zawodowego do pewnych świadczeń. W przypadku programu 500+ ta zasada de facto nie obowiązuje, co osoby z sercem po lewej stronie powinno skłaniać do pewnej rezerwy wobec tychże rozwiązań.

 

Nie o zachowanie dystansu powinno jednak nam chodzić, a o publiczne artykułowanie sprzeciwu przez progresywne środowiska, media, partie oraz wskazywanie kierunków zmian.

Obok wskazywania stanu docelowego lub optymalnego, jakim w opinii niektórych mogłoby być pełne zniesienie kryterium dochodowego do świadczenia 500+ (choć trzeba pamiętać, że bez innych kroków, np. w polityce podatkowej, mogłoby to zawęzić pole manewru przy finansowaniu innych ważnych działań, więc trzeba do tego również podchodzić ostrożnie), należy wskazywać pożądane scenariusze pośrednie, kompromisowe, które byłyby do zrealizowania w możliwie krótkiej perspektywie.
Takim pożądanym scenariuszem mogłoby np. być wpisanie zasady waloryzacji progu uprawniającego do świadczenia minimum o wskaźnik wzrostu minimalnego wynagrodzenia, zaś wysokości świadczenia np. o wskaźniki związane z procesem inflacji. Takie postulaty wydają się skrajnie minimalistyczne, ale fakt, że nawet na to minimum na razie nie możemy się doczekać, pokazuje w ostrym świetle, jak zachowawczy w istocie jest obecny stosunek naszego państwa do rozwoju wsparcia społecznego.