Rzeczy ważne i ważniejsze

Biznesmen, który „żadnego biznesu się wcześniej nie brzydził (hazard)”, zatrudniony obecnie w biznesie zwącym się „prezydentowanie mocno zadłużonemu i strasznie pyszałkowatemu zamorskiemu krajowi” czyli „Juesej”, sam, w pojedynkę, jak jakiś „Ludwik Le Soleil” rozkazał trzepnąć wybiórczo w auto generała, postrzeganego jako „główka” wroga. Strzelający – trafił, co przy obecnym stanie techniki wojennej nie dziwi.
Potem koledzy generała odstrzelali na wiwat, rzekomo nikomu nie szkodząc ani na ciele ani na umyśle. Na koniec wszyscy się zreflektowali – tzn. amerykańscy demokraci postanowili uszyć na niesfornego „dyzia” jakiś dobrze skrojony kaftan bezpieczeństwa, a Irańczycy mówią: Nie, nie, to nam wystarczy.
A cała reszta krzyczy: De-es-kalacja!
I po III – ostatniej – wojnie światowej. Na jakiś czas.
2.
Nie dalej jak wczoraj, mając w nadmiarze kwadrans „wolnego”, zajrzałam do starannie ukrytej, agencji pracy w małym miasteczku. Zapytałam o pracę, a tam odpowiedziano:
– Pracy dla Polaków nie mamy…
– A dla kogo macie – zapytałam, niepotrzebnie, bo na biurku walały się kwestionariusze osobowe różnych „oleksandrów” (lat 31, spawacz)”i „nikołów” (lat 34, murarz).
– No, dla obywateli Ukrainy.
– Z zakwaterowaniem?
– Oczywiście.
– Płatnym?
– Dla nich bezpłatnym.
– Wynagrodzenie?
– Lepsze dla nich.
– A ZUS?
– Obecnie już płacą.
– Chętnie pracują?
Odpowiedź mnie zaskoczyła:
– Nie. Coraz bardziej wybredni. Nic im się nie podoba. Chcą jechać dalej…
Odetchnęłam – może za jakiś czas w małym miasteczku będzie praca i dla „polaków” z wynagrodzeniem powyżej najniższej pensji krajowej. Bo póki co – nie ma.
3.
A ponieważ zostało mi z wolnego kwadransa jeszcze kilka minut, zajrzałam do obok się mieszczącej pracowni psychologicznej. Okazało się, że, owszem, stacjonuje w tym miejscu nawet kilku psychologów, poświęcających się bezpłatnie, ale służą oni jedynie… alkoholikom i ich rodzinom. Jak poinformowała mnie urzędująca tam pani w średnim wieku, obecnie rozważa się też bezpłatną opiekę psychologiczną dla „dzieci owładniętych manią samobójczą”.Pomocy psychologicznej dla innych „grup ludności”, poza mocno oddalonymi w czasie poradami w gabinetach „na NFZ” nie ma.
Urzędująca pani przedstawiła się jako wolontariuszka AA, od „dwudziestu lat trzeźwa”. Które to oświadczenie, wyrażane na wyrost i od progu, od dawna zastępuje w środowisku alkoholików wizytówkę. Zaś o nadmiarze psychologów w ruchu AA pani powiedziała krótko:
– Umieliśmy o siebie zadbać.
Zamykając za sobą drzwi, przypomniałam sobie sąsiadkę z wildeckiej kamienicy, w której się wychowałam, jak co pewien czas tłukła wałkiem męża-pijaka.
Co na pewien czas oddalało go od kieliszka.
O ileż to było tańsze…Zwłaszcza, gdy wałek był z dobrego drewna wystrugany…
4.
I teraz z kotem Beniem Trampkiem rozważamy szekspirowskie: Pić czy nie pić.
Kłopot w tym, że on alkoholu nie tknie, luster w domu nie mamy, w pojedynkę zaś pić niestosownie.

Większość nie chce wyjechać

Przedsiębiorcy mają nadzieję, że imigranci zarobkowi z Ukrainy zostaną w Polsce na długo. Inaczej trzeba by podnosić płace naszym pracownikom.

75 proc. zatrudnionych w Polsce pracowników z Ukrainy chce zostać w naszym kraju – głównie z powodu zadowolenia z obecnej pracy oraz obecności w naszym kraju ich rodzin oraz przyjaciół.
Migrację w celach zarobkowych planuje więc tylko co czwarty Ukrainiec, najczęściej do Niemiec lub do Czech. Największą motywacją do opuszczenia Polski jest, co oczywiste, chęć uzyskania wyższego wynagrodzenia.

Liczy się tania siła robocza

W świetle planowanych przez polskich sąsiadów ułatwień dla pracowników z Ukrainy, a także zmniejszonej liczby napływających do Polski obywateli tego kraju, agencja Manpower zapytała zatrudnionych w Polsce Ukraińców o ich plany zawodowe. Raport „Plany migracyjne pracowników z Ukrainy” powstał na podstawie badania, w którym wzięło udział 744 pracowników z Ukrainy w przedziale wiekowym 18–60 lat.
Jak pokazuje raport, w tej 25-procentowej grupie planującej wyjazd z Polski do innego kraju w celach zarobkowych, zdecydowaną większość stanowią mężczyźni (68 proc.), osoby z wykształceniem wyższym (44 proc.), osiągające miesięczny dochód netto w wysokości 2 000–2 999 zł (także 68 proc.) oraz mieszkające w Polsce do sześciu miesięcy (32 proc.).
Główną przyczyną migracji jest chęć uzyskania wyższego wynagrodzenia, potrzeba pracy w kraju o wyższym standardzie życia, a także podjęcie zatrudnienia zgodnego z ich kompetencjami. Po wyjeździe z Polski najwięcej osób chce pracować w sektorze produkcji przemysłowej, logistyce, budownictwie i w branży technik informatycznych.
– Migracja obywateli Ukrainy z Polski do innych krajów obejmie w znacznym stopniu branżę motoryzacyjną, artykułów gospodarstwa domowego, informatyczną oraz spożywczą. Oznacza to, ze problemy z niedoborem pracowników odnotują polskie przedsiębiorstwa, które zatrudniają pracowników fizycznych, a szczególnie pracowników produkcji, magazynierów, pakowaczy czy operatorów wózków widłowych – wyjaśnia Karolina Rząsa z Manpower.

Nasi miłośnicy wielokulturowości

Sposobem przedsiębiorców w naszym kraju na wypełnienie przewidywanej luki kadrowej jest zatrudnianie kandydatów z Dalekiego Wschodu i Azji. Polski rynek pracy otwiera się na pracowników z Nepalu, Indii, Bangladeszu i Filipin.
– Wielu przedsiębiorców docenia pracę osób z zagranicy, mając świadomość, że kluczem do sukcesu organizacji jest wielokulturowość – twierdzi Karolina Rząsa. Jak dodaje, Polska jest dla wszystkich, którzy pomagają rozwijać gospodarkę i pozytywnie wpływają na rozwój przedsiębiorstw.
Ważnym wnioskiem płynącym z raportu jest to, że aż 75 proc. badanych chce nadal pracować w Polsce. To istotna wiadomość, szczególnie w nawiązaniu do danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych oraz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej świadczących o zmniejszonym napływie obywateli Ukrainy do Polski.
Chęć pozostania w Polsce to przede wszystkim efekt satysfakcji z obecnej pracy, obecność w naszym kraju ich członków rodziny i przyjaciół, a także bliskość kulturowa naszych krajów. Badani wspominali również o niskiej barierze językowej oraz bliskości geograficznej naszych krajów.
Z raportu wynika więc, że Ukraińcom pracuje się i żyje w Polsce naprawdę dobrze i większość z nich wiąże z naszym krajem długofalowe plany.

Obcokrajowcom można płacić mniej

– Jak dotąd, polscy pracodawcy wciąż cierpią na brak zasobów do pracy. Czas pokaże, czy sytuacja zmieni się w kolejnych miesiącach w związku z niepokojącymi danymi płynącymi z niemieckiej gospodarki, od której jesteśmy w znacznym stopniu uzależnieni. Wszystko to sprawia, że część firm już wieszczy, że rok 2019 będzie czasem optymalizacji i oszczędności. To w konsekwencji może wygenerować mniej inwestycji, zmniejszyć dynamikę rynku pracy. Nie wydaje się jednak, by w sposób zasadniczy zmniejszyły się potrzeby pracodawców co do zatrudnienia – dodaje Tomasz Walenczak z Manpower.
Pracownicy z Ukrainy planujący opuścić Polskę zostali również zapytani o to, co mogłoby ich zatrzymać nad Wisłą. Wśród najczęściej wskazywanych zachęt znalazły się wzrost wynagrodzenia, łatwiejsze uzyskanie pozwolenia na pobyt stały w Polsce oraz wprowadzenie zmian prawnych, które pozwolą im na dłuższy pobyt w naszym kraju celem poszukiwania pracy.
– Obecnie firmy w Polsce powinny potraktować zatrudnianie obcokrajowców jako naturalne, jeśli chcą podtrzymać efektywność i dynamikę rozwoju, a w niektórych branżach wręcz swój biznesowy byt. Pracodawcy coraz częściej więc tworząc strategie zatrudnienia, przestają dokonywać podziałów na pracowników z Polski i obcokrajowców, a bardziej oceniają łącznie potencjał danego rynku. Zamknięcie się polskich firm na pracowników z zagranicy w wielu branżach doprowadziłoby nawet do katastrofy, nie tylko związanej z brakiem realizacji celów, lecz także niejednokrotnie z funkcjonowaniem w ogóle – dodaje Tomasz Walenczak.

O tych, którzy robią legalnie

Oficjalny wizerunek obcokrajowców pracujących w Polsce nie obejmuje milionów osób, zatrudnionych w szarej strefie.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych opublikował opracowanie dotyczące imigrantów zarobkowych w Polsce (tych, którzy płacą składki). Wynika z niego, że imigranci zarabiają mniej niż obywatele naszego kraju i jest wśród nich niezwykle niskie bezrobocie. Dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego pokazują zaś pozytywny wpływ imigrantów na polski produkt krajowy brutto.
Według wspomnianego opracowania ZUS („Cudzoziemcy w polskim systemie ubezpieczeń społecznych”) w Polsce na koniec trzeciego kwartału 2018 r. zgłoszonych do ubezpieczenia rentowego i emerytalnego było 569 tys. pracowników z zagranicy.

Nieco mniej od nas

W porównaniu z rokiem 2014 nastąpił przyrost o ok. 445 tys. osób. Największa zmiana dotyczyła obywateli Ukrainy. W niecałe cztery lata liczba płacących składki zwiększyła się z blisko 50 tys. do 425 tys., czyli ponad ośmiokrotnie.
Większość imigrantów przybywających do Polski to ludzie młodzi. W wieku 19-44 lata jest aż 430 tys. osób, czyli 75 proc. populacji, która przyjechała do naszego kraju. Mają oni przed sobą wiele lat aktywności zawodowej, a jeżeli pozostaną w Polsce, mogą tu zakładać rodziny. Odsetek kobiet, które przyjechały do Polski w wieku 20-24 lata, jest ponad dwukrotnie większy niż w całej populacji.
Według ZUS-u przeciętna miesięczna podstawa wymiaru składek imigrantów zarobkowych na ubezpieczenie emerytalne i rentowe wynosiła w dziewięciu miesiącach 2018 r. – 2,8 tys. zł, a w przypadku ogółu ubezpieczonych – 3,6 tys. zł. Wynagrodzenia mogą więc być o nieco ponad 20 proc. niższe wśród imigrantów niż wśród obywateli Polski.

Nie przyjeżdżają na bezrobocie

Ciekawostką z raportu ZUS może być także liczba bezrobotnych imigrantów. Na koniec września ubiegłego roku było to 1345 osób w porównaniu do niespełna 570 tys. zatrudnionych. Z tego wynika, że stopa bezrobocia wynosi wśród nich ok. 0,24 proc. W Polsce stopa bezrobocia dla osób w wieku 25-49 lata (czyli w takim wieku, jakim jest większość przyjezdnych) według danych Eurostatu wynosiła 3,5 proc. w trzecim kwartale ubiegłego roku.
Silny napływ imigrantów w ostatnich latach ma korzystny wpływ na polską gospodarkę – uważa Cinkciarz.pl. Dla przykładu, według opublikowanego w lutym bieżącego rokiu raportu MFW o Polsce, wzrost zatrudnienia w 2017 r. wyniósł 1,4 proc., ale gdy dodamy do tego napływ osób z Ukrainy (ich jest u nas najwięcej), to liczba pracujących w krajowej gospodarce zwiększyła się o 2,8 proc., czyli dwukrotnie więcej niż z udziałem samych Polaków.

MFW o Ukraińcach

MFW zaznacza, że Ukraińców do Polski przyciągają znacznie wyższe niż nad Dnieprem wynagrodzenia. W parytecie siły nabywczej (czyli porównaniu wynagrodzeń oraz kosztów życia w obu krajach) w Polsce są one trzy razy większe niż na Ukrainie.
MFW podkreśla, że napływ pracowników z zagranicy do Polski wspiera także konsumpcję, mimo że większa część wynagrodzenia jest przesyłana za granicę.
Biorąc pod uwagę dane MFW i Głównego Urzędu Statystycznego, dodatni wpływ migracji na wzrost polskiego PKB w każdym z ostatnich trzech lat można szacować na ok. 0,5 punktu procentowego. Ten trend może się szybko zatrzymać, gdyż najnowsze dane ZUS opublikowane niedawno przez Polską Agencję Prasową pokazują, że na koniec ubiegłego roku doszło do pierwszego spadku (o 20 tys.) liczby Ukraińców odprowadzających składki w Polsce.

Orzeł z tryzubem

To nieprawda, że rządzące obecnie Polską elity PiS nie akceptują ukraińskich nacjonalistów. Zwłaszcza tych pielęgnujących bojowe tradycje Ukraińskiej Powstańczej Armii i patriotyzm Stefana Bandery.
To tylko takie wrażenie wywołane znaną wypowiedzią pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego skierowaną do prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki.
Przestrogą, że Ukraina pod sztandarem Stefana Bandery nigdy do Europy, czyli Unii Europejskiej nie wejdzie. Bo w takim przypadku mocarstwowa Polska skutecznie zablokuje akcesję Ukrainy do Unii.

 

I do NATO też.

Ale słowa pana prezesa okazują się być tylko pustymi słowami. Ot starszy pan coś tam sobie powiedział, czymś tam publicznie zagroził. Bo w życiu realnym IV Rzeczpospolita nie tylko współczesnych banderowców nie blokuje, ale nawet już zaprasza ich na europejskie salony.
European Security Academy, czyli Europejska Akademia Bezpieczeństwa to prestiżowa wrocławska uczelnia szkoląca specjalistyczne kadry. Dla wojskowych jednostek specjalnych i dla przeróżnych elitarnych agencji ochrony. Aby tam się kształcić trzeba mieć szczególne kwalifikacje i referencje. To nie jest uczelnia dla osób, które w tej chwili nie mają pomysłu na życie i chcą gdzieś się przechować.
Dwa tygodnie temu uczelnia stała się sławną z innego powodu. Dziennikarz Ołeksiej Kuzmienko ustalił, że w ciągu ostatnich trzech lat Europejska Akademia Bezpieczeństwa przynajmniej kilkakrotnie szkoliła aktywistów ukraińskich organizacji neonazistowskich.
Wśród nich byli ochotnicy pułku „Azow” znanego z walk z separatystami na wschodzie Ukrainy.
Różni eksperci różnie oceniali walory bojowe „Azowa”. Za to często „Azowowcy” byli oskarżani o neonazistowskie sympatie. O wyznawanie rasistowskiej ideologii „białej siły”.
Europejskie, antyfaszystowskie stowarzyszenia nieraz odnajdywały w Internecie zdjęcia, na których „Azowcy” prezentują swoje tatuaże ze swastykami. Wykonują gesty znane jako „hajlowanie”. Maszerują z czarnymi flagami z celtyckimi krzyżami, czyli symbolami neofaszyzmu.
Wśród kursantów Europejskiej Akademii dziennikarze odnaleźli Iwana Pilipczuka, działacza skrajnie prawicowej organizacji „Tradycja i Porządek”. Wsławionej na Ukrainie atakami na Romów, środowiska LGBT i pro europejskich działaczy na rzecz praw człowieka. Odnotowali też udział w szkoleniach reprezentacji faszyzującego Korpusu Narodowego i bojówkarzy „Narodowej Milicji”.
Wszyscy oni znani są z żarliwego kultu Stefana Bandery i konsekwentnego negowania ukraińskiego ludobójstwa na Wołyniu w czasie drugiej wojny światowej. Pomimo tych, nieskrywanych przez nich sympatii, ci aktywni mężczyźni mogli w skupieniu zdobywać europejską wiedzę. Potwierdzaną potem przez odpowiednie, szanowane w całej Europie, certyfikaty.
Dwa tygodnie minęły od ujawnienia informacji o tych skandalicznych wydarzeniach.

 

I nic.

Prezes European Security Academy, dr Andrzej Bryl poproszony przez dziennikarzy o skomentowanie tych bulwersujących informacji, zasłonił się tajemnicą handlową.
„Proszę przyjąć, że informacje podawane przez portale internetowe mogą być nieprecyzyjne” powiedział też dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”.
I na tym reakcja polskich, wolnych, europejskich mediów skończyła się. Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało.
Nie tak dawno pan minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński obiecywał powołanie specjalnego zespołu ds. przeciwdziałania propagowaniu faszyzmu i innych ustrojów totalitarnych.
Czy taki zespół powstał czy znowu skończyło się na PiS-owskich obiecankach dla przysłowiowego „ciemnego ludu”?
Wygląda na to, że zespół pracy nie podjął. Bo wygląda na to, że elitom PiS nie przeszkadzają nie tylko polscy „Niziole”, ale też nie wadzą im bardzo aktywni i nie ukrywający się po lasach ukraińscy neofaszyści. Przeciwnie, za swą antylewicową retorykę mogą liczyć w IV Rzeczpospolitej na premie w postaci studiów na europejskich akademiach.
„Biała siła” ukraińska może liczyć na wsparcie i bratnią pomoc „patriotów” z białym orłem na piersiach.