Hamilton nie zwalnia

Nie było niespodzianki w wyścigu Formuły 1 o Grand Prix Belgii. Na torze Spa-Francorchamps znów dominowała ekipa Mercedesa. Wygrał obrońca mistrzowskiego tytułu Lewis Hamilton, przed kolegą z temu Valtterim Bottasem.

Cały weekend na torze Spa-Francorchamps przebiegał pod dyktando Hamiltona i Bottasa. Obaj rządzili na treningach i byli też najlepszi w kwalifikacjach. Z pole position startował Brytyjczyk, z drugiego pola startowego Fin. Podobnie było w niedzielnym wyścigu. Z kierowcami Mercedesa próbował nawiązać walkę tylko Holender Max Verstappen z Red Bulla, ale ostatecznie minął metę ze strata do zwycięskiego Hamiltona 15,455 s. Brytyjczyk powiększył swój dorobek w klasyfikacji generalnej tego sezonu do 157 punktów i rzecz jasna umocnił się na pozycji lidera. Drugi w zestawieniu Verstappen traci już do niego 47 punktów, ale trzeci Bottas ma od Holendra tylko trzy „oczka” mniej”. Kolejny w klasyfikacji Alexander Albon (Tajlandia/Red Bull) na na koncie 48 pkt, piaty Charles Leclerc (Monako/Ferrari) 45, szósty Lando Norris (W. Brytania/McLaren) 45, siódmy Lance Stroll (Kanada/Racing Point) 42, ósmy Daniel Ricciardo (Australia/Renault) 33, dziewiąty Sergio Perez (Meksyk/Racing Point) 33, a dziesiąty Esteban Ocon (Francja/Renault) 26. Stawkę zamyka kierowca sponsorowanej przez PKN Orlen ekipy Alfa Romeo Kimi Raikkonen (Finlandia/Alfa Romeo) z zerowym dorobkiem. Drugi z zawodników Alfa Romeo, Włoch Antonio Giovinazzi, jest 15. z dwoma punktami na koncie. Ale podczas GP Belgii stracił panowanie nad swoim bolidem i roztrzaskał go o barierki. Przy okazji „załatwił” też byłego kolegę Roberta Kubicy z zespołu Williamsa, George’a Russella, który jechał tuż za Włochem i z impetem zderzył się kołem które odpadło z samochodu Giovinazziego. Na szczęście obaj opuścili rozbite pojazdy o własnych siłach.
Drugi z kierowców Alfa Romeo, Raikkonen, tym razem zajął 12. miejsce, wyprzedzając m.in. oba bolidy Ferrari. Stajnia z Maranello przechodzi ostatnio głęboki kryzys – Sebastian Vettel zajął dopiero 13. lokatę, a Charles Leclerc 14.

Mercedes nadal dominuje

Pierwszy w tym sezonie wyścig Formuły 1, o Grand Prix Austrii na torze Red Bull Ring, zakończył się wygraną zespołu Mercedesa. Byłaby podwójna, gdyby nie kara dla drugiego na mecie obrońcy mistrzowskiego tytułu Lewisa Hamiltona. Brytyjskiego kierowcę ukarano przesunięciem na czwartą pozycję, dzięki czemu na podium obok jego kolegi z zespołu, Valtteriego Bottasa, stanęli Charles Leclerc z Ferrari i Lando Norris z McLarena.

Podczas wyścigu o GP Austrii przewaga Mercedesa nad resztą stawki była tak przytłaczająca, że ten skrócony w wyniku pandemii sezon raczej na pewno zakończy się triumfem niemieckiego zespołu. Red Bull Ring to najkrótszy tor w z wszystkich obiektów goszczących wyścigi Formuły 1. Bolidy Mercedasa biły na nim rywali o pół sekundy, co na dłuższych torach oznacza przewagę sekundy, co w tym sporcie oznacza technologiczna przepaść. A tyle do Bottasa i Hamiltona tracili Charles Leclerc, Norris, nie mówiąc o czterokrotnym mistrzu świata Sebastianie Vettelu, który nie był w stanie nawet przebić się w kwalifikacjach do fazy walki o pole position.
Ferrari nie poprawiło swoich osiągów w porównaniu do przedsezonowych testów i nie jest to dobry prognostyk na dalszą część zmagań, bo Włochom będzie bardzo trudno nadrobić w skróconym sezonie wszystkie braki. Ich bolidom brakowało przede wszystkim prędkości na prostej, co prawdopodobne było spowodowane złym ustawieniami. Możliwe wiec, że za tydzień służby techniczne te mankamenty zniwelują, ale to raczej na pewno nie pozwoli im przełamać dominacji Mercedesa.
A skoro o dominacji mowa, to szefowie niemieckiego zespołu mogą mieć sporo pretensji do zachowania Lewisa Hamiltona na Red Bul Ringu. Brytyjczyk nie zwolnił gdy wywieszono żółte flagi, bo jak twierdził, zapaliły się wtedy jednocześnie zielone światła. Za karę został na starcie przesunięty o trzy lokaty w tył stawki. Na szczęście drugi z kierowców Mercedesa, Bottas, trzymał poziom i startując z pierwszego miejsca szybko odskoczył rywalom na bezpieczną odległość. On też ostatecznie wygrał wyścig o GP Austrii, a drugi linie mety minął Hamilton, lecz Brytyjczyk został ukarany za spowodowanie kolizji w końcówce wyścigu i spadł na czwarte miejsce. Podium uzupełnili Charles Leclerc i Lando Norris, dla którego było to pierwsze podium w karierze.
Rozegrany bez udziału publiczności wyścig poprzedziła akcja mająca zwrócić uwagę na problem rasizmu. Nie wszyscy kierowcy zdecydowali się jednak na wykonanie symbolicznego „gestu Colina Kaepernicka”. Aż sześciu kierowców odmówiło uklęknięcia podczas prezentacji, co miało symbolicznym gestem wsparcia akcji „Black Lives Matter”. Wszyscy pojawili się wprawdzie na prezentacji w koszulkach z napisem „end racism”, a Lewis Hamilton, jedyny ciemnoskóry kierowca w stawce, założył nawet trykot z hasłem „Black Lives Matter”. Spośród dwudziestu zawodników nie uklęknęli Charles Leclerc, Max Verstappen, Carlos Sainz, Danił Kwiat, Kimi Raikkonen i Antonio Giovinazzi. Leclerc tak wyjaśnił swoje motywy wpisem na Twitterze: „Uważam, że ważne są fakty i zachowania w naszym codziennym życiu, a nie formalne gesty, które mogą być różnie odbierane w niektórych krajach. Nie uklęknę, ale to nie oznacza, że jestem mniej zaangażowany w walkę z rasizmem niż inni”. Podobne motywy wyjawił Max Verstappen: „Bardzo zależy mi na równości i walce z rasizmem. Uważam jednak, że każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie w czasie i formie, która mu odpowiada. Nie uklęknę dziś, ale szanuję i wspieram osobiste wybory każdego z kierowców”.
Klasyfikacja kierowców:

  1. Valtteri Bottas (Finlandia, Mercedes) – 25 pkt; 2. Charles Leclerc (Monako, Ferrari) – 18; 3. Lando Norris (Wielka Brytania, McLaren) – 16; 4. Lewis Hamilton (Wielka Brytania, Mercedes) – 12; 5. Carlos Sainz (Hiszpania, McLaren) – 10; 6. Sergio Perez (Meksyk, Racing Point) – 8; 7. Pierre Gasly(Francja, Alpha Tauri) – 6; 8. Esteban Ocon (Francja, Renault) – 4; 9. Antonio Giovinazzi (Włochy, Alfa Romeo) – 2; 10. Sebastian Vettel (Niemcy, Ferrari) – 1; 11. Nicholas Latifi (Kanada, Williams); 12. Daniił Kwiat (Rosja, Alpha Tauri); 13. Alexander Albon (Tajlandia, Red Bull Racing); 14. Kimi Raikkonen (Finlandia, Alfa Romeo); 15. George Russell (Wielka Brytania, Williams); 16. Romain Grosjean (Francja, Haas); 17. Kevin Magnussen (Dania, Haas); 18. Lance Stroll (Kanada, Racing Point); 19. Daniel Ricciardo (Australia, Renault); 20. Max Verstappen (Holandia, Red Bull Racing) – wszscy po zero punktów.

  2. Klasyfikacja konstruktorów:
  3. Mercedes – 37 pkt; 2. McLaren – 26; 3. Ferrari – 19; 4. Racing Point – 8; 5. Alpha Tauri – 6; 6. Renault – 4; 7. Alfa Romeo – 2; 8. Red Bull Racing – 0; 9. Haas – 0; 10. Williams – 0.

Pożegnanie Kubicy

Robert Kubica w swoim ostatnim występie w barwach Williamsa zakończył wyścig o Grand Prix Abu Zabi na 19. miejscu. Kończącą sezon imprezę na torze Yas Marina wygrał tegoroczny mistrz Lewis Hamilton (Mercedes).

Kubica jak zwykle w tym sezonie był najsłabszy w kwalifikacjach, ale po raz kolejny zaczął wyścig znakomicie i w jego pierwszej fazie przesunął się do przodu o kilka pozycji. Po 20 okrążeniach Polak zajmował nawet 15. miejsce i miał za plecami m. in. swojego partnera z zespołu George’a Russella oraz kierowcę Alfa Romeo Antonio Giovinazziego. Włoch na 24. okrążeniu próbował wyprzedzić Kubicę i podczas ataku doprowadził do lekkiej kolizji z jego bolidem. W efekcie w aucie Alfa Romeo uszkodzeniu uległo przednie skrzydło, natomiast z maszyny Polaka odpadł spory fragment podłogi. W tym momencie było już jasne, że polski kierowca z takim ubytkiem nie będzie w stanie utrzymać dotychczasowego tempa jazdy. Przebieg wydarzeń na kolejnych okrążeniach potwierdziły te przypuszczenia i Kubica minął metę na 19. pozycji. Ostatnie miejsce zajął Lance Stroll z ekipy Racing Point, ale on nie ukończył wyścigu.

Rywalizację na torze Yas Marina wygrał świeżo upieczony mistrz świata Lewis Hamilton. Brytyjski kierowca ekipy Mercedesa wyprzedził na podium Maxa Verstappena (Red Bull Racing) i Charlesa Leclerca (Ferrari). W klasyfikacji generalnej dwa kolejne miejsca za Hamiltonem zajęli jego kolega z zespołu Valtteri Bottas oraz oraz holenderski kierowca Red Bulla Max Verstappen.

 

Mercedes dogoni Ferrari?

Mercedes może już w niedzielę w Grand Prix Japonii zdobyć szósty z rzędu tytuł mistrza świata konstruktorów. Jeśli niemiecki zespół zdobędzie potrzebną liczbę punktów i osiągnie cel, wyrówna rekord Ferrari z lat 1999-2004.

Grand Prix Japonii będzie siedemnastym z 21 wyścigów tego sezonu. Ekipa Mercedesa zgromadziła dotąd 571 punktów, a drugi w klasyfikacji konstruktorów zespół Ferrari 409. Jeśli Brytyjczyk Lewis Hamilton i Fin Valtteri Bottas wywalczą w niedzielę łącznie o 14 pkt więcej niż reprezentant Monako Charles Leclerc i Niemiec Sebastian Vettel, Mercedes przypieczętuje sukces w tej kategorii. Nie jest to cel niemożliwy do realizacji, zwłaszcza gdy uwzględni się fakt, że niemiecki team wygrywał na torze Suzuka przez ostatnie pięć sezonów z rzędu. Jego szef, Toto Wolff, podkreślił jednak, że konkurenci są coraz silniejsi i dlatego jego ekipa musi być zmobilizowana w najwyższym stopniu. Nie trzeba o tym przypominać liderowi klasyfikacji generalnej kierowców Lewisowi Hamiltonowi.

Brytyjczyk jest przecież o krok od wywalczenia szóstego w karierze tytułu mistrza świata Formuły 1. W klasyfikacji generalnej ma 322 punkty, o 73 więcej od drugiego w zestawieniu kolegi z zespołu Fina Valtteriego Bottasa. Trzeci Leclerc traci do Brytyjczyka już 107 „oczek”, a do końca sezonu do zdobycia pozostało maksymalnie 130 punktów. To oznacza, że po rundzie w Japonii rywalizacja w tym sezonie o najważniejsze tytuły w Formule 1 może zostać rozstrzygnięta.

Te przewidywania może jednak przekreślić tajfun Hagibis, który w weekend ma dotrzeć w okolice Tokio, około 400 km od toru Suzuki. Istnieje nawet obawa, że wyścig trzeba będzie przełożyć lub odwołać. Niedzielne zmagania mają rozpocząć się o 7:10 polskiego czasu.

 

W Williamsie bez zmian

Kierowca Ferrari Charles Leclerc wygrał niedzielny wyścig o Grand Prix Włoch na torze Monza. Na drugiej pozycji finiszował Fin Valtteri Bottas (Mercedes). Robert Kubica zajął 17. lokatę, ale przyjechał jako ostatni.

Emocje na torze Monza zaczęły się na długo przed startem. Sędziowie z różnych powodów ukarali aż czterech kierowców (najpierw Lando Norrisa i Pierre’a Gasly’ego, a już w niedzielę Kimiego Raikkonena i Sergio Pereza), dzięki czemu Robert Kubica wystartował z 15. miejsca. Na szóstym okrążeniu błąd popełnił jadący na 5. miejscu Sebastian Vettel (Ferrari), który po najechaniu na krawężnik wylądował na poboczu. Niemiec przed powrotem na tor przepuścił nadjeżdżających rywali, ale nieoczekiwanie wyjechał w momencie, gdy zbliżał się do niego Lance Stroll (Racing Point). Vettel uszkodził zarówno swój bolid, jak i auto Kanadyjczyka. Wściekły Stroll niedługo potem popełnił ten sam błąd, a jego ofiarą był Pierre Gasly (Toro Rosso), w tym samym momencie wypadł z toru w innym miejscu Romain Grosjean (Haas).

W klasyfikacji doszło do sporej rewolucji i gdyby Robert Kubica dysponował lepszym samochodem, być może skorzystałby z prezentu od losu i zajął lepsze miejsce. Niestety, Polak jechał najgorszym bolidem w stawce, a jeszcze na dodatek miał w nim mocno wyeksploatowany silnik. Nic dziwnego, że minął metę jako ostatni z kończących wyścig, na 17. pozycji. Zawodów nie ukończyli Kevin Magnussen (Haas), Daniił Kwiat (Toro Rosso) i Carlos Sainz (McLaren). Partner Polaka z Williamsa, George Russell, zajął 14. miejsce.

W klasyfikacji generalnej liderem nadal jest Brytyjczyk Lewis Hamilton (Mercedes, 221 pkt), przed Bottasem (Mercedes, 221 pkt) i Holendrem Maxem Verstappenem (Red Bull Racing, 185 pkt).

 

Russell dostaje mocniejszy silnik?

Wielu ekspertów nurtuje pytanie, dlaczego Robert Kubica tak wyraźnie przegrywa rywalizację również z drugim z kierowców Williamsa, Brytyjczykiem George’m Russellem. Ostatnio we włoskich mediach pojawiło się w tej sprawie zaskakujące, ale dość wiarygodne wyjaśnienie.

Podczas Grand Prix Francji Kubica była jak zwykle najwolniejszy już na treningach, ale po sobotnich kwalifikacji do wyścigu wystartował z 18. miejsca. Stało się tak jednak tylko dlatego, że kary za dodatkowe naprawy bolidów otrzymali Daniił Kwiat (Toro Rosso) i drugi z kierowców Williamsa George Russell. Po znakomitym starcie Polak na pierwszych okrążeniach wyprzedził jeszcze Grosjeana i jego fani mieli nadzieje, że tym razem nie minie mety jako ostatni. Niestety, rzeczywistość znów okazała się dla Kubicy brutalna i im bliżej było końca wyścigu, tym bardziej było widoczne, jakim beznadziejnym autem musi się ścigać. Najpierw na prostej wyprzedzili go Grosjean i Kwiat, którym wystarczyło po prostu wcisnąć gaz do dechy, a później ten sam manewr zastosował Russell. Kubica odpierał jego ataki, ale było wyraźnie widać, że jego partner ma znacznie szybszy bolid i po 20. okrążeniu zdołał go wyprzedzić. To, co działo się później, tylko pokazało dysproporcje między samochodami Williamsa. Brytyjczyk zaczął budować nad Polakiem taką przewagę, że trudno uwierzyć, że to jedynie kwestia umiejętności. Po jednym okrążeniu były to dwie sekundy, po trzech kolejnych już dziesięć.

Ostatecznie Russell przegrał rywalizację z Kubicą, po raz pierwszy w tym sezonie, ale tylko dlatego, że uszkodził swój bolid i musiał zjechać na dodatkowy pit-stop żeby wymienić uszkodzone przednie skrzydło. Dzięki temu Kubica odzyskał 19. miejsce, które utrzymał już do końca wyścigu.

Po tym wyścigu redakcja „Motorsportu” podała informację, że słabsze osiągi Kubicy nie są wcale spowodowane gorszym zawieszeniem czy częściami zamiennymi w jego bolidzie, ani nawet złym doborem opon, lecz po prostu dlatego, że dysponuje silnikiem o mniejszej mocy. Russell może liczyć na uprzywilejowane traktowanie w Williamsie, bo jest kierowcą z programu juniorskiego Mercedesa, a to właśnie niemiecki producent zaopatruje ekipę z Grove w silniki. Brytyjczyk prawdopodobnie korzysta z silnika w specyfikacji Casa, takiego samego jak używają etatowi kierowcy ekipy Mercedesa Lewis Hamilton i Valtteri Bottas, natomiast Kubica dostaje jednostkę napędową produkowaną przez Mercedesa dla zespołów klienckich.

Przypuszczenia „Motorsportu” potwierdzają osiągi w ostatnich wyścigach. W Kanadzie Williams zamontował w samochodach Russella i Kubicy silniki Mercedesa w specyfikacji 2.0, poprawione względem tych stosowanych od początku roku. Brytyjczyk uzyskał w wyścigu prędkość maksymalną na poziomie 331,1 km/h, Polak – 326,6 km/h. We Francji różnica była jeszcze większa – wynik Russella to 334,6 km/h przy 315,9 km/h Kubicy. „Różnica jest oczywista. W jakim stopniu wynika ona z problemów Kubicy i umiejętności Russella, a na ile odpowiedzialne za nią są różnice techniczne między samochodami? Udzielenie odpowiedzi na to pytanie jest trudne, bo szef Mercedesa Toto Wolff bardzo dyskretnie wspiera karierę Russella. Niestety, kosztem Kubicy, bo młody Brytyjczyk mimo lepszego silnika jest w stanie w tak niekonkurencyjnym samochodzie, jaki stworzył Williams, konkurować tylko ze swoim zespołowym kolegą.

Sprawca tej niekomfortowej sytuacji, dyrektor techniczny Williamsa Paddy Lowe, oficjalnie zakończył pracę w tym zespole. Nie uczestniczył w życiu zespołu co prawda już od kilku miesięcy, bo odesłano go na urlop po przedsezonowych testach w Barcelonie, ale teraz przynajmniej zespół z Grove może na nowo poukładać hierarchię w ekipie konstruktorów. Pod jego wodzą Williams z zespołu środka stawki stał się najgorszy. Obowiązku Lowe’a przejmie teraz Doug McKiernan.

 

Kompromitacja Williamsa w Baku

Zespół Williamsa w tym sezonie kompromituje się od przedsezonowych testów w Barcelonie, ale w miniony weekend podczas Grand Prix Azerbejdżanu na ulicznym torze w Baku brytyjska ekipa wręcz się ośmieszyła. Tym razem swoją cegiełkę dorzucił do tego także Robert Kubica.

Cierpiącą na niedostatek części zamiennych brytyjska ekipę w Baku dotknęły dwa nieszczęścia. Podczas piątkowego treningu George Russell najechał na źle zabezpieczoną studzienkę kanalizacyjną, której wyrwana pokrywa uderzyła w spód auta i dokonała w bolidzie licznych zniszczeń. Jakby tego było mało, następnego dnia Robert Kubica podczas treningowej jazdy popełnił błąd jadąc pod słońce i uderzył w barierę, także poważnie uszkadzając swój bolid. „Trąciłem lewym przodem i wyrzuciło mnie na ścianę. Najgorsze możliwe miejsce. Zapłaciłem wysoką cenę za mały błąd. Nic mi się nie stało, to nie było mocne uderzenie” – tłumaczył się Kubica, który tak był przejęty kraksą, że przeprosił ekipę techniczną Williamsa. Jego partner z zespołu George Russell skomentował pech starszego kolegi krótko: „Takie rzeczy zdarzają na torach ulicznych. W Baku w tym miejscu trudno zobaczyć szczyt zakrętu, bo słońce tam oślepia”. Wypada odnotować, że w tym samym miejscu w sobotę rozbił się też kierowca Ferrari Charles Leclerc, chociaż jechał znacznie lepszym autem.

Pojawiły się obawy, że nasz kierowca w Baku w ogóle nie wystartuje, bo ekipa Williamsa już wcześniej zapas części zużyła na odbudowę uszkodzonego auta Russella, lecz o dziwo w sobotę wieczorem brytyjski zespół poinformował, że auto Kubicy zostanie zrekonstruowane i w niedzielnym wyścigu pojadą obaj kierowcy.

Kubica musiał jednak wystartować z alei serwisowej, co już ustawiało go w pozycji outsidera. Na domiar złego zespół techniczny wypuścił go za szybko i Polak musiał za karę przymusowo przejechać przez aleję serwisową. Dla jego pozycji w wyścigu nie miało to rzecz jasna żadnego znaczenia, bo i tak był ostatni w stawce. Auta Williamsa tak dalece w tym sezonie odstają od reszty, że robi się to już żenujące. Dość powiedzieć, że na półmetku wyścigu w Baku przedostatni George Russell tracił do wyprzedzającego go kierowcy aż 40 sekund, zaś jadący już po karnym przejeździe na ostatnim miejscu Kubica tracił do Russella kolejne 25 sekund. Takie różnice czasowe na tym poziomie rywalizacji są kompromitujące.

Nie było zatem pozytywnych emocji jeśli chodzi o start polskiego kierowcy, który w tym sezonie po raz czwarty ukończył wyścig na ostatnim miejscu i we wszystkich klasyfikacjach też jest ostatni. Grand Prix Azerbejdżanu wygrali kierowcy Mercedesa – pierwszy był Fin Valtteri Bottas, drugi Brytyjczyk Lewis Hamilton. Bottas po zwycięstwie w Baku wyprzedził Hamiltona w klasyfikacji generalnej kierowców. W klasyfikacji konstruktorów prowadzi oczywiście Mercedes.

 

Kubica ostatni w GP Australii

Inaugurujący nowy sezon królowej sportów motorowych wyścig o Grand Prix Australii wygrali kierowcy Mercedesa. Pierwszy był Fin Valtteri Bottas, który został liderem klasyfikacji generalnej, a drugi jego partner z zespołu Brytyjczyk Lewis Hamilton.

Wyścigu nie ukończyło trzech kierowców – Francuz Romain Grosjean (Haas), Australijczyk Daniel Ricciardo (Renault) oraz Hiszpan Carlos Sainz (McLaren) i tylko dlatego Robert Kubica ostatecznie zajął 17. miejsce. De facto polski kierowca Williamsa minął jednak metę jako ostatni w stawce zawodników, którzy ukończyli wyścig. Był z nich najwolniejszy i zdublował go nawet partner z zespołu Brytyjczyk George Russell, który zajął… 16. lokatę. Szansę na lepszy rezultat Polak stracił już na pierwszym zakręcie, gdy został potrącony przez auto Red Bulla kierowane przez Pierre’a Gasly’ego. Musiał wymienić uszkodzone części nadwozia, ale już do końca nie był w stanie nawiązać walki z rywalami. Rzecz jasna team Williamsa znalazł się na ostatnim miejscu w klasyfikacji konstruktorów.

Mimo tych słabiutkich wyników szefowie Williamsa byli z nich zadowoleni, chociaż tak naprawdę jedynym sukcesem ekipy było to, że oba jej bolidy ukończyły wyścig. Kubica tak skomentował swój pierwszy po ośmiu latach start w Formule 1: „Pozytywne jest to, że ukończyliśmy wyścig. W pewnym momencie usłyszałem od inżyniera, że mam dobre tempo. I zacząłem się śmiać”.

 

Kominy na liście płac

Robert Kubica zarobi w tym sezonie w Williamsie 570 tysięcy dolarów. Polak pod względem zarobków jest w stawce 20 kierowców Formuły 1 dopiero na 15. miejscu.

Najlepiej opłacanym kierowcą jest Brytyjczyk Lewis Hamilton. Jeżdżący w barwach Mercedesa pięciokrotny mistrz świata zarobi 57 milionów dolarów. Tuż za nim na liście płac znajduje się Niemiec Sebastian Vettel (Ferrari), który dostanie 45 milionów. Trzeci w tym zestawieniu jest Daniel Ricciardo, który po przejściu do zespołu Renault wynegocjował gażę w wysokości 17 milionów dolarów. Australijczyk awansował do czołowej trójki dzięki zmianie barw przez Kimiego Raikkonena, który po transferze do Saubera z gażą 4,5 mln spadł na piątą pozycję.

Przed nim jest jeszcze Valtteri Bottas (Mercedes) – 8,5 mln dolarów, a za nim Nico Hulkenberg (Renault) – 4,5 mln, Carlos Sainz (McLaren) – 4 mln, Charles Leclerc (Ferrari) – 3,5, Sergio Perez (Racing Point) – 3,5, Romain Grosjean (Haas) – 1,8 mln, Pierre Gasly (Red Bull) – 1,4 mln, Lance Stroll (Racing Point) – 1,2 mln, Kevin Magnussen (Haas) – 1,2 mln, Robert Kubica – 570 tys., Daniil Kvyat (Toro Rosso) – 300 tys., Lando Norris (McLaren) – 260 tys., Antonio Giovinazzi (Sauber) – 230 tys., George Russell (Williams) – 180 tys. i Alexander Albon (Toro Rosso) – 170 tys. dolarów.

 

Przed Kubicą bardzo długi sezon

Fot. Robert Kubica znów jest pełnoprawnym kierowcą F1

 

 

Władze FIA oficjalnie zatwierdziły kalendarz na sezon 2019. Nie różni się on niczym od wstępnej wersji, opublikowanej w październiku. Tym samym rywalizacja rozpocznie się 17 marca w Australii, a zakończy 1 grudnia w Abu Zabi.

 

Sezon 2019 w Formuły 1 składać się będzie z 21 wyścigów. Rywalizacja rozpocznie się 17 marca na Albert Park w Australii, a zakończy 1 grudnia na torze Yas Marina w Abu Zabi. Trzecia runda sezonu, czyli Grand Prix Chin, będzie dokładnie 1000 wyścigiem w historii Formuły 1. FIA zrezygnowała z rozgrywania trzech rund z rzędu. Zespoły bardzo narzekały na to, że wyścigi we Francji, Austrii i Wielkiej Brytanii są tydzień po tygodniu. Było to wyjątkowo męczące i trudne logistycznie. Ostatecznie rywalizację na Silverstone oddalono od Red Bull Ringu o dwa tygodnie. Jedyną zmianą, jeśli chodzi o kolejność rund, jest zamiana Grand Prix Meksyku z Grand Prix Stanów Zjednoczonych. Wcześniej zawodnicy rywalizowali najpierw w USA. Tym razem wcześniej zmierzą się na obiekcie Autodromo Hermanos Rodríguez.

 

Terminarz Formuły 1 na 2019:

1. GP Australii (17 marca)
2. GP Bahrajnu (31 marca)
3. GP Chin (14 kwietnia)
4. GP Azerbejdżanu (28 kwietnia)
5. GP Hiszpanii (12 maja)
6. GP Monako (26 maja)
7. GP Kanady (9 czerwca)
8. GP Francji (23 czerwca)
9. GP Austrii (30 czerwca)
10. GP W. Brytanii (14 lipca)
11. GP Niemiec (28 lipca)
12. GP Węgier (4 sierpnia)
13. GP Belgii (1 września)
14. GP Włoch (8 września)
15. GP Singapuru (22 września)
16. GP Rosji (29 września)
17. GP Japonii (13 października)
18. GP Meksyku (27 października)
19. GP USA (3 listopada)
20. GP Brazylii (17 listopada)
21. GP Abu Zabi (1 grudnia)

 

Składy zespołów F1 na sezon 2019:

Williams:
Robert Kubica, George Russell

Racing Point:
Sergio Perez, Lance Stroll

Haas:
Romain Grosjean, Kevin Magnussen

Sauber:
Antonio Giovinazzi, Kimi Raikkonen

Toro Rosso:
Daniił Kwiat, Alexander Albon

McLaren:
Lando Norris, Carlos Sainz

Mercedes:
Lewis Hamilton, Valtteri Bottas

Ferrari:
Sebastian Vettel, Charles Leclerc

Red Bull Racing:
Max Verstappen, Pierre Gasly

Renault:
Nico Hulkenberg, Daniel Ricciardo