Polityka w warcabach

Podczas trwającego od 23 kwietnia w Warszawie meczu o mistrzostwo świata kobiet w warcabach stupolowych wielka polityka wmieszała się do pojedynku Polki Natalii Sadowskiej z Rosjanką Tamarą Tansykkużyną.

Do spornej sytuacji doszło we wtorek. W trakcie meczu pojawił się jeden z organizatorów i odkleił plakietkę z nazwiskiem rosyjskiej zawodniczki oraz zabrał miniaturową flagę ustawioną przy jej stanowisku. Prezes Polskiego Związku Warcabów Damian Reszka tłumaczył, że taka była „potrzeba chwili”. Z nieoficjalnych informacji wynika, że dokonano tego po interwencji szefa Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) Witolda Bańki, który ponoć przypomniał działaczom Światowej Federacja Warcabowej o decyzji Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie (CAS), który utrzymał w mocy wykluczenie Rosji na dwa lata z wszelkich zawodów sportowych rangi mistrzostw światach oraz z igrzysk olimpijskich. Rosjanom zakazano używania nazwy, flagi i hymnu państwowego podczas letnich igrzysk w Tokio i zimowych w Pekinie. Decyzja ta obowiązuje we wszystkich imprezach sportowych.
Ta sprawa wzbudziła wiele emocji w Rosji. Portal Sport24.ru nazywa ten moment „dziwnym” i zwraca uwagę na to, że podczas poprzednich dni zawodów obecność rosyjskiej flagi nie budziła żadnych kontrowersji. „To bardzo niefortunny incydent, ale z tego, co wiem, prezes federacji już przeprosił, więc możemy uznać sprawę za zamkniętą” – powiedział Dmitrij Pieskow, rzecznik prasowy Kremla. „Zabranie flagi w trakcie meczu było dla mnie kompletnym zaskoczeniem! Główny sędzia odmówił zrobienia tego podczas meczu, ale organizatorzy zostali do tego zmuszeni. Tak mi wyjaśnili tę sytuację” – krótko skomentował incydent sama Tamara Tansykkużyna.
Natomiast jej rywalka, Natalia Sadowska, w geście solidarności sama zdjęła ze stolika polską flagę i kompletnie rozbroiła tym nabzdyczonych już nie na żarty Rosjan. „Polka zdjęła swoją flagę, obie zawodniczki grają teraz bez nich na stole, myślę, że incydent można uznać za załatwiony” – stwierdził prezes rosyjskiej federacji warcabowej Anatolij Nitkin.

Kara dyskwalifikacji za mało skrócona

Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) o pół roku skrócił karę dyskwalifikacji nałożoną przez WADA na amerykańskiego sprintera Christiana Colemana za unikanie przez niego obowiązkowych kontroli antydopingowych.

W październiku ubiegłego roku Coleman, mistrz świata z 2019 roku w biegu na 100 m, został zawieszony na dwa lata. Gwiazdor sprintu nie został przyłapany na dopingu. Został ukarany za to, że kontrolerzy WADA trzykrotnie, w styczniu, kwietniu i grudniu 2019 roku, nie zastali go w miejscu, w którym powinien być zgodnie z wcześniej podanymi przez siebie informacjami. Uznano to za próbę unikania kontroli antydopingowej i nałożono na lekkomyślnego lekkoatletę dyskwalifikację mającą obowiązywać do 14 maja 2022 roku. Coleman odwołał się jednak od tej decyzji do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu, licząc na to, że przed nim udowodni swoją niewinność. Osiągnął jednak połowiczny sukces, bo po rozparzeniu sprawy sędziowie CAS orzekli jedynie skrócenie dyskwalifikacji z 24 do 18 miesięcy. A to oznacza, że Coleman nie będzie mógł wystąpić w najważniejszej imprezie roku – igrzyskach olimpijskich w Tokio, a był uważany za jednego z kandydatów do złotego medalu. Do rywalizacji na bieżni będzie mógł wrócić 14 listopada.
CAS uznał, że Coleman dopuścił się naruszenia przepisów antydopingowych, ale jego stopień zaniedbania był niższy od tego, który znalazł się w zaskarżonej decyzji. Sprinter twierdził, że podczas jednej z kontroli, w grudniu 2019 roku, wyszedł z domu tylko na chwilę, po prezenty świąteczne, a zdążył wrócić w wyznaczonym przedziale czasowym (jedna godzina), natomiast kontrolerzy zeznali, że przez tę godzinę bezskutecznie czekali na niego przed jego domem.
Amerykański sprinter zapowiedział, że teraz skupi się na jak najlepszym przygotowaniu do dwóch wielkich imprez w 2022 roku – halowych mistrzostw świata w Belgradzie oraz mistrzostw świata na otwartym stadionie w Eugene. Będzie w tych zawodach bronić złotych medali na 60 m (z HMŚ w Birmingham 2018) oraz 100 m (z MŚ w Doha 2019).

Rok dyskwalifikacji dla Drabika za infuzję

Zakończył się pierwszy sezon dopingowego serialu z żużlowcem Sparty Wrocław Maksymem Drabikiem w roli głównej. W miniony wtorek organ dyscyplinarny POLADA zawiesił go prawach zawodnika na rok.

Nałożona na Drabika kara nie jest przesadnie dotkliwa, zwłaszcza gdy się zważy, że 23-letniemu żużlowcowi groziła czteroletnia dyskwalifikacja, którą dopiero niedawno POLADA była gotowa obniżyć o połowę. Ostatecznie członkowie tzw. Panelu Dyscyplinarnego wykazali się łaskawością i zawyrokowali tylko roczne zawieszenie, lecz nie kończy to jeszcze sprawy, bowiem teraz wyrok ten muszą jeszcze przyklepać POLADA i WADA. A że nie zawsze wykazują w tym klepaniu łagodność, przekonali się niedawno piłkarze Pogoni Siedlce, którym półroczne wyroki na żądanie tych instytucji zamieniono na czteroletnie dyskwalifikacje.”Musimy poczekać na pisemne uzasadnienie orzeczenia Panelu Dyscyplinarnego i dopiero na jego podstawie będziemy podejmować dalsze decyzje” – skomentował wyrok na Maksyma Drabika dyrektor POLADA Michał Rynkowski.
Na razie żużlowiec i jego prawnicy mogą być jednak zadowoleni, bo tylko roczną dyskwalifikację mogą uznać za swój wielki sukces, którego w ostatnich tygodniach przed ogłoszeniem werdyktu nie mieli powodów się spodziewać. Prowadząc ostry spór z POLADA konsekwentnie odmawiali dobrowolnego poddania się karze i ta strategia okazała się słuszna, bo ugoda z komisją antydopingową oznaczałby co najmniej półtoraroczne zawieszenie. Ponieważ sprawa nie jest jeszcze definitywnie zakończona, Drabik i jego pełnomocnicy muszą wciąż liczyć się z dotkliwszą sankcją, ale zachowują też możliwość jej złagodzenia nawet o pół roku, bo mają prawo odwołania się od werdyktu Panelu Dyscyplinarnego. Inna sprawa, że taka decyzja Panelu Dyscyplinarnego II instancji jest mało prawdopodobna, a dalsze procedowanie sprawy wiąże się ze sporym ryzykiem.
Dla przypomnienia – sprawa Drabika ciągnie się od końca września 2019 roku, kiedy to po pierwszym meczu finałowym PGE Ekstraligi żużlowiec przyznał się podczas kontroli antydopingowej, iż kilka dni wcześniej przyjął infuzję dożylną o pojemności 500 ml. Później przez kilka miesięcy unikał kontaktu z POLADA i nie odpowiadał na żadne pytania z jej strony, czym sprowokował ją do postawienia mu zarzutu niedozwolonego wspomagania i rozpoczęcia postępowania antydopingowego. Najpierw sprawę zbadał Komitet Wyłączeń do Celów Terapeutycznych, a potem Trybunał Arbitrażowy przy PKOl i obie te instytucje przychyliły się do argumentacji POLADA podważającej przyjętą przez Drabika linię obrony sugerującą, iż przyjął kroplówkę ze względu na zły stan zdrowia, a jego prawnicy infuzję określili mianem „jednodniowej hospitalizacji na terenie klubu”.
Na mocy wtorkowego postanowienia żużlowiec będzie mógł wrócić do treningów z drużyną od 30 sierpnia 2021 roku. Na występ choćby w nieoficjalnych zawodach w tym roku nie ma jednak co liczyć.

CAS skrócił karę nałożoną na Rosję

Sąd Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) zwiódł oczekiwania Rosjan i nie uznał ich racji w sporze ze Światową Agencją Antydopingową (WADA). Ale też nie podzielił radykalizmu funkcjonariuszy WADA i złagodził nieco sankcje nałożone przez nią na Rosję, skracając je z czterech do dwóch lat. Obie strony wyszły jednak z sądowej sali niezadowolone.

Wedle wyroku Trybunału Arbitrażowego do 16 grudnia 2022 roku Rosja nie będzie mogła wystawiać swojej oficjalnej reprezentacji pod flagą narodową. Zakaz dotyczy m.in. igrzysk olimpijskich i paraolimpijskich w Tokio, które mają się odbyć w 2021 roku, a także zimowych igrzysk olimpijskich w Pekinie w 2022 roku, mistrzostw świata w 2022 roku w piłce nożnej, które zostaną rozegrane w Katarze. Reprezentanci Rosji nie będą mogli więc występować we wspomnianych imprezach pod szyldem swojego kraju, tylko będą mogli w nich startować pod neutralną flagą. W zimowych igrzyskach w Pjongczangu w 2018 roku na takich warunkach uczestniczyło 168 rosyjskich sportowców.
Dla przypomnienia – WADA, a za jej rekomendacją także Międzynarodowy Komitet Olimpijski, w grudniu ubiegłego roku za „manipulowanie danymi w rosyjskim laboratorium antydopingowym” nałożyły na Rosję czteroletni zakaz występów reprezentacji Rosji w największych imprezach sportowych na cztery lata, który CAS właśnie skrócił o połowę. Obie strony mogą od tego wyroku odwołać się jeszcze do Szwajcarskiego Trybunału Federalnego, ale ta instytucja raczej zwykle nie kwestionuje decyzji Trybunału Arbitrażowego.
Zakaz zakłada, że w zawodach możliwy jest jedynie ich występ pod neutralną flagą, podobnie jak miało to miejsce podczas zimowych igrzysk w Pjongczangu w 2018 roku. Sportowcy rosyjscy pod flagą swojego kraju i w jego barwach nie będą mogli startować nie tylko w igrzyskach olimpijskich, ale także w mistrzostwach świata, których organizatorami są kraje-sygnatariusze światowego kodeksu antydopingowego. A to oznacza, że na przykład w piłkarskim mundialu w Katarze w 2022 roku, jeśli Rosjanie się do turnieju zakwalifikują, zagrają bez flag i hymnu narodowego, a na koszulkach będą mieli napis „neutralny sportowiec”. Rosja w czasie obowiązywania kary nie może również sama organizować imprez rangi mistrzowskiej. Wyjątkiem w tym zakazie mają być przyszłoroczne piłkarskie mistrzostwa Europy, które mają być rozgrywane w 12 krajach, a w Rosji przewidziano cztery spotkania, w tym jedno ćwierćfinałowe.
Ale to nie jedyny problem. Sankcje jakimi WADA ukarała Rosję, a CAS je podtrzymał, jedynie skracając czas ich obowiązywania o połowę (od 17 grudnia 2020 do 16 grudnia 2022 roku), obejmują także zakaz organizowania w Rosji ważnych międzynarodowych zawodów do grudnia 2022 roku. A w tym okresie na terytorium Federacji Rosyjskiej zaplanowano pięć wielkich imprez: mistrzostwa świata we wspinaczce (2021), mistrzostwa świata siatkarzy (2022), mistrzostwa świata w strzelectwie (2022), mistrzostwa świata w zapasach (2022) i mistrzostwa świata w pływaniu na krótkim dystansie (2022). Decyzja CAS stanowi, że światowe federacje sportowe są zobowiązane przenieść przyznane wcześniej Rosji zawody do innych krajów, ale uwzględniono jednak wyjątki – mają one dotyczyć turniejów, których z jakichś szczególnych powodów nie można już przełożyć.
I z tego właśnie wyjątku zamierza skorzystać światowa federacja siatkarska (FIVB), żeby zostawić Rosji rolę gospodarza mistrzostw świata w siatkówce mężczyzn. Przeniesienie turnieju na kilkanaście miesięcy przed ustaloną już datą jego rozpoczęcia (26 sierpnia n2022) jest już niemożliwe, bo wszelkie kontrakty związane z imprezą zostały podpisane dużo wcześniej, zanim zapadła decyzja WADA o nałożeniu sankcji na Rosję. Strona rosyjska nie ukrywa, że w razie podjęcia przez FIVB decyzji o zmianie lokalizacji światowego czempionatu, wystawi jej rachunek z poniesionych dotąd kosztów organizacyjnych, a jak wieść niesie, nie jest on bynajmniej mały.
„Rosja będzie na wszelkie sposoby bronić swoich interesów w sporcie międzynarodowym” – zapewnił dzień po werdykcie CAS rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. Sankcje WADA są prestiżowo dotkliwe również dla przedstawicieli rosyjskich władz, bo nawet prezydent Władimir Putin nie będzie mógł oficjalnie gościć na igrzyskach olimpijskich i innych międzynarodowych imprezach sportowych. „Władze Rosji oczywiście odnoszą się negatywnie do decyzji CAS, ale mając na uwadze dobro rosyjskich sportowców, Moskwa nadal będzie prowadziła dialog z międzynarodowymi organizacjami sportowymi, także w kwestiach zwalczania dopingu w sporcie. „Jesteśmy skłonni kontynuować dialog, ale będziemy twardo bronić nasz sport przed nieuprawnionymi czy niepotwierdzonymi zarzutami” – zapewnił rzecznik Kremla.

Ambasador Stadionu Śląskiego

Politycy opozycji odkryli, że były minister sportu w rządzie PiS Witold Bańka, który od 1 stycznia tego roku stoi na czele Światowej Agencji Antydopingowej (WADA), dodatkowo zarobkuje świadcząc „usługi promocyjne” na rzecz śląskiego urzędu marszałkowskiego oraz spółki Stadion Śląski, za co pobiera wynagrodzenie w wysokości ok. 20 tys. złotych.

Witold Bańka to były lekkoatleta, który w gabinetach premierów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego przez cztery lata pełnił funkcję ministra sportu, od stycznia 2020 roku stoi na czele Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). Nie pracuje jednak jako jej szef charytatywnie. Jego wynagrodzenie w światowych standardach nie należy może do kategorii wybitnie lukratywnych, ale 120 tysięcy franków szwajcarskich (czyli ok. 490 tys. złotych) rocznie plus różne bonusy to kwota ponad trzykrotnie wyższa od zarobków ministra sportu w polskim rządzie. Bańka musiał co prawda na czas sprawowania urzędu wyprowadzić się wraz z rodziną do Kanady, lecz nie jest to chyba powód, żeby do jego posady w WADA, o którą długo i skutecznie sam zabiegał, jeszcze dopłacać z pieniędzy polskiego podatnika. Ale jak się okazuje, jednak się dopłaca. I to wcale nie są pieniądze „na waciki”.
Sprawę nagłośnił portal tvn24.pl, który trafił na trop wynagrodzenia wypłacanego Bańce przez śląski urząd marszałkowski oraz spółkę Stadion Śląski. Obie instytucje odmówiły ujawnienia jego wysokości zasłaniając się klauzulą poufności i przepisami RODO, odmówiły też udzielenia tych informacji posłowi Koalicji Obywatelskiej Wojciechowi Królowi, który przeprowadził w tej sprawie interwencję poselską. Portal tvn24.pl zdołał jednak ustalić, że Bańka podpisał umowę z marszałkiem województwa śląskiego Jakubem Chełstowskim, na podstawie której został ambasadorem regionu, a także ze spółką Stadion Śląski, która w całości należy do województwa. W tym drugim przypadku także jest „ambasadorem”. Za świadczone „usługi promocyjne” kasuje co miesiąc łącznie z obu źródeł 20 tys. złotych. Taką też wysokość wynagrodzenia Bańki podał poseł Król, ale zaznaczył, że zdobył tę informację nieoficjalnie. „Nasuwa się pytanie, czy prezydent Światowej Agencji Antydopingowej może dorabiać, czy może być pracownikiem spółki Stadion Śląski? Czy znajduje czas, by wykonywać zobowiązania zarówno wobec spółki Stadion Śląski, jak i zobowiązania wobec śląskiego urzędu marszałkowskiego?” – zastanawiał się Wojciech Król przed kamerami Polsat News.
Gdy o sprawie zrobiło się głośno, Witold Bańka nie mógł dalej milczeć. Swoje stanowisko wyraził za pośrednictwem portali społecznościowych. „Uprzejmie wyjaśniam, że zgodnie z prawem szwajcarskim Prezydent WADA nie jest pracownikiem zatrudniony w Światowej Agencji Antydopingowej i nie pobiera wynagrodzenia z tego tytuł. Otrzymuje tzw. finansowe zadośćuczynienie z tytułu utraty możliwości pracy w pełnym wymiarze w czasie wykonywania swojej funkcji. Rola ambasadora marki Śląskie i Stadionu Śląskiego w żaden sposób nie narusza zasady niezależności i transparentności. Jako Ślązak jestem dumny z faktu reprezentowania i pracy na rzecz promocji regionu i jego najważniejszego obiektu sportowego. Fakt, iż pełnię rolę ambasadora marki Śląskie i Stadionu Śląskiego jest informacją powszechnie znaną” – napisał Witold Bańka. I jak na polityka PiS przystało, nie omieszkał następnie postraszyć „oczerniających” go posłów KO, że wystąpi przeciwko nim na drogę prawną.
W tej historii intryguje też oficjalne stanowisko WADA, które otrzymał portal tvn24.pl. Światowa Agencja Antydopingowa uważa, że jej szef nie złamał zasad przyjętych przez organizację. „Pan Bańka jako były elitarny sportowiec ze Śląska na tym stanowisku jest ambasadorem swojego lokalnego stadionu, pomaga promować sport w swoim rodzinnym regionie” – napisano w odpowiedzi przesłanej przez WADA tvn24.pl. Sęk w tym, że nikt tak naprawdę Bańki o złamanie prawa nie posądza, tylko o naruszenie zasad przyzwoitości. Dwadzieścia tysięcy złotych miesięcznie nie zarabiał przecież nawet jako minister sportu, a spółka Stadion Śląski na pewno mogłaby z większym pożytkiem wydać przez rok ćwierć miliona złotych.

Amerykanie chcą wyręczać WADA

Amerykanie po raz kolejny chcą narzucić światu swoją wolę. Tym razem ustanowili prawo, które pozwoli im wkroczyć w kompetencje dotąd zastrzeżone dla Światowej Agencji Antydopingowej (WADA).

W tych dniach amerykański Senat przyjął ustawę antydopingową, zwaną potocznie Rodczenkow Act, od nazwiska byłego dyrektora rosyjskiego laboratorium antydopingowego, który w 2015 roku uciekł do Stanów Zjednoczonych i gdzie do dzisiaj żyje z oczerniania swojego byłego kraju. Nowe prawo pozwoli przedstawicielom amerykańskie wymiaru sprawiedliwości na ściganie przyłapanych na dopingu sportowców również poza granicami USA oraz na karanie ich więzieniem do 10 lat oraz grzywnami do wysokości jednego miliona dolarów.
Najbardziej w tej prawnej regulacji zdumiewa jednak to, że będzie ją można stosować nie tylko wobec amerykańskich sportowców, lecz także wobec sportowców z innych krajów, jeśli zostaną złapani na dopingu po zawodach z udziałem co najmniej czterech zawodników z USA. I amerykańskie władze będą mogły ścigać takich dopingowych przestępców na całym świecie, co z góry zapowiada konflikty o trudnych do przewidzenia konsekwencjach, bo takie kraje jak choćby Polska stawiać się wobec żądania wydania Amerykanom swoich sportowców, ale Chiny czy Rosja na pewno tak. Tym bardziej, że Amerykanie w Radczenko Act uzurpują sobie prawo do ściganie nie tylko sportowców, lecz także trenerów, menedżerów, lekarzy, pracowników sztabów medycznych i nawet działaczy sportowych.
Nietrudno się domyślić, że władze WADA, na czele których od stycznia tego roku stoi były minister sportu w rządzie PiS Witold Bańka, nie są zachwycone uchwaleniem Radczenko Act. „Amerykańska inicjatywa może poważnie zagrozić naszej zdolności do prowadzenia dochodzeń. Poza tym nie są nią objęci zawodnicy amerykańskich lig zawodowych i uniwersyteckich. Nie jest to zatem ustawa dobra dla sportu w USA, więc nie może być też dobra dla całego świata” – napisano w oświadczeniu WADA.

WADA musi zapłacić za błędy

Światowa Agencja Antydopingowa, która właśnie próbuje storpedować w Trybunale Arbitrażowym w Lozannie (CAS) odwołanie Rosji od decyzji o dyskwalifikacji jej sportowców, właśnie zaliczyła mocny cios wizerunkowy. WADA musi przeprosić i zapłacić odszkodowanie francuskiemu piłkarzowi Mamadou Sakho za niesłuszne zawieszenie w 2016 roku.

Z powodu zawieszenia Sakho, który wówczas występował w zespole Liverpoolu (obecnie jest graczem Crystal Palace), nie mógł zagrać w rozgrywanym we Francji turnieju Euro 2016, bo WADA nałożyła na niego karę w kwietniu tego roku po tym, jak wykryto w jego organizmie higenaminę, środek ułatwiający spalanie tkanki tłuszczowej. W lipcu okazało się jednak, że higenaminy nie ma na liście substancji zabronionych. Piłkarz odwołał się od wyroku dyskwalifikacji, ale WADA dopiero w tym tygodniu po kilku latach prawnego sporu przyznała mu rację. W oświadczeniu czytamy: „WADA wyraża niniejszym ubolewanie z powodu szkód, jakie wyrządziła panu Sakho swoim zniesławiającymi oskarżeniami i zgadza się zapłacić panu Sakho znaczną sumę odszkodowania”. Ciekawe ile WADA musiałaby zapłacić rosyjskim sportowcom, gdyby przegrała spór w CAS. Ale na werdykt Trybunału trzeba czekać.

Były szef IAAF idzie za kraty

Senegalczyk Lamine Diack, były szef Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF, obecnie pod szyldem World Athletics) został przez sąd w Paryżu skazany na cztery lata pozbawienia wolności za korupcję i przyjmowanie łapówek od zawodników podejrzewanych o doping. Musi też zapłacić pół miliona euro grzywny.

Francuska prokuratura domagała się dla Senegalczyka czterech lat bezwzględnego więzienia, ale sąd z uwagi na podeszły wiek Diacka połowę wyroku dał mu w zawieszeniu. Odwołanie raczej nie przyniesie skutków, bo byłemu prezydentowi IAAF udowodniono przyjęcie blisko 3,5 mln euro łapówek od sportowców podejrzanych o doping, którym w zamian pomagał w ukrywaniu pozytywnych wyników testów antydopingowych, dzięki czemu mogli nadal startować. Nasilenie tego procederu miało miejsce głównie podczas igrzysk w Londynie w 2012 roku. Sąd uznał również Diacka winnym przyjęcia pieniędzy od rosyjskich biznesmenów sponsorujących sportowców z tego kraju, które następnie przeznaczył na sfinansowanie kampanii prezydenckiej Macky Sallego w wyborach w Senegalu w 2012 roku. W zamian wedle francuskiej prokuratury Diack spowalniał procedury antydopingowe stosowane wobec rosyjskich sportowców.
Diack rzecz jasna nie przyznał się do stawianych mu zarzutów. W trakcie przewodu sądowego konsekwentnie zapewniał, że w latach 2011-2013 rzeczywiście spowolnił procedury antydopingowe wobec Rosjan, ale nie czynił tego dla zarzucanych mu korzyści majątkowych, lecz „dla dobra sprawy”, bo takie działania były konieczne do utrzymania w mocy umowy sponsorskiej z jednym z rosyjskich banków, bez której finanse IAAF uległy by kompletnemu załamaniu. Były prawnik światowej federacji lekkoatletycznej Habib Cisse podczas przesłuchania odrzucił jednak ten argument twierdząc, że IAAF miało wystarczające środki finansowe i nie było uzależnione od wpłat pojedynczych sponsorów, także rosyjskich.
Prawnicy Lamine Diacka próbowali zakwestionować argumenty oskarżenia i podkreślali, że prokurator nie przedstawił żadnych materialnych dowodów udziału ich klienta we wspomnianym procederze. „Trzeba rozróżnić działania ojca od działań syna” – twierdził reprezentujący byłego szefa IAAF adwokat Simon Ndiaye i sugerował, że tak naprawdę wszystkie zarzuty oskarżenie powinno skierować właśnie pod adresem Diacka juniora, czyli Papy Massaty Diacka, który jako konsultant IAAF ds. marketingu wykorzystał swoją pozycję do nielegalnych działań, które prowadził rzekomo za wiedzą ojca i z jego poparciem. Tym argumentem zazwyczaj zyskiwał nowych „interesantów” i utrzymywał w orbicie swoich wpływów już pozyskanych. Diack junior ma ponadto zarzuty prania brudnych pieniędzy, korupcję i naruszenie zaufania, za co w sumie francuska prokuratura domaga się dla niego kary pięciu lat bezwzględnego więzienia. Papa Massata Diack nic sobie z tego jedna nie robi, bo skutecznie ukrywa się na terenie Senegalu, który na dodatek konsekwentnie odrzuca prośby o jego ekstradycję.
Lamine Diack był pierwszym i jak dotąd jedynym szefem światowej federacji lekkoatletycznej spoza Europy. Kierował IAAF w latach 1999-2015. W latach 50. ub. wieku uprawiał skok w dal – był rekordzistą Francji i Afryki Zachodniej w latach 1957-1960. Jego najlepszy wynik to 7,72 m. Po zakończeniu kariery sportowej pracował w administracji państwowej, potem był burmistrzem Dakaru oraz członkiem parlamentu Republiki Senegalu. W latach 80. i 90. XX wieku zaczął aktywnie działać w lekkoatletycznych strukturach krajowych, kontynentalnych i w końcu światowych – w listopadzie 1999 po śmierci Włocha Primo Nebiolo został wybrany na przewodniczącego IAAF.
Został zatrzymany przez francuską policję w listopadzie 2015 roku, bezpośrednio po opublikowaniu raportu Międzynarodowej Agencji Antydopingowej (WADA) na temat dopingu w Rosji. Od tej pory przebywał w areszcie domowym w Paryżu. Proces miał rozpocząć się w pierwotnym terminie 13 stycznia tego roku, ale został z powodu wybuchu pandemii koronawirusa przesunięty na czerwiec, lecz gdy zbliżał się termin rozprawy przewodnicząca składu sędziowskiego Rose-Marie Hunault przyznała, że dopiero teraz do sądu dotarły istotne dla sprawy dokumenty z Senegalu, o które wystąpiono już w 2016 roku, więc teraz sąd musi mieć czas na zapoznanie się z ich treścią.
W odrębnym śledztwie prokuratura nadal prowadzi postępowanie, w którym Diack senior jest podejrzewany o czerpanie korzyści przy wyborze gospodarzy igrzysk olimpijskich w 2016 (Rio de Janeiro) i 2020 roku (Tokio) oraz lekkoatletycznych mistrzostw świata w 2015 (Pekin) i 2019 roku (Dauha).

Rzucili wyzwanie World Athletics

Rosyjska Federacja Lekkiej Atletyki nie zapłaciła grzywny w wysokości pięciu milionów dolarów, nałożonej na nią przez World Athletics w 2019 roku po przyłapaniu kilku działaczy na próbie manipulowania w sprawie notorycznie unikającego kontroli antydopingowych skoczka wzwyż Daniła Łysenki. Władze światowej federacji mają teraz problem, bo Rosjanie nie zamierzają ustąpić.

Rosyjska Federacja Lekkiej Atletyki (RUSAF) została zawieszona w listopadzie 2015 roku za naruszenie przepisów antydopingowych. Na igrzyskach w Rio de Janeiro z plejady znakomitych rosyjskich zawodników na starcie pojawiła się jedynie mieszkająca i trenująca w tym czasie w USA skoczkini w dal Daria Kliszyna, której umożliwiono występ pod neutralna flagą. Światowa federacja lekkoatletyczna (IAAF, a obecnie World Athletics), kierowana przez Brytyjczyka Sebastiana Coe’a, zawiesiła RUSAF w prawach członka tej organizacji i zakazała rosyjskim lekkoatletom startów pod flagą swojego kraju. Gdy już wydawało się, że sankcje zostaną zniesione i reprezentacja Rosji będzie mogła wystąpić na igrzyskach w Tokio, Athletics Integrity Units, organizacja badająca wszelkie wykroczenia dopingowe w lekkiej atletyce, jesienią 2019 roku zawiesiła pięciu rosyjskich działaczy, którym udowodniono manipulacje w sprawie nagminnie unikającego kontroli antydopingowych skoczka wzwyż Daniła Łysenki. Była to kontrowersyjna decyzja, bo ta kara powinna kończyć sprawę, tymczasem World Athletic za przewinienie tej grupki osób ukarała całą RUSAF nakładając na nią grzywnę w wysokości 10 milionów dolarów. Ostatecznie połowę tej kwoty zamrożono, ale pozostałe pięć milionów dolarów Sebastian Coe i spółka nakazali zapłacić do 1 lipca 2020 roku. To był warunek zdjęcia z rosyjskich lekkoatletów zakazu startów w narodowych barwach.
W lutym tego roku nowym szefem RUSAF został Jewgienij Jurczenko, 52-letni biznesmen, właściciel dobrze prosperującego funduszu inwestycyjnego, na tyle bogaty, że mógł nawet zapłacić te pięć milionów dolarów grzywny z własnej kieszeni. Nie zrobił tego jednak z przyczyn prestiżowych i przede wszystkim politycznych, podzielając stanowisko innych członków władz rosyjskiej federacji lekkoatletycznej, którzy nie zgadzają się na takie arbitralne traktowanie ze strony World Athletics. A że podobny pogląd w tej kwestii wyrażają też najważniejsi politycy w Rosji, z prezydentem Władimirem Putinem na czele, RUSAF ostatecznie wyznaczonej grzywny nie zapłaciła.
Ta decyzja wywołała rzecz jasna głęboką frustrację w szeregach czołowych rosyjskich lekkoatletów. „To jest cholerny wstyd” – napisała na swoim profilu społecznościowym Anżelika Sidorowa, mistrzyni świata w skoku o tyczce z ubiegłego roku. Z kolei Marija Łasickiene, trzykrotna mistrzyni świata w skoku wzwyż, w wypowiedzi dla agencji Ria Novosti stwierdziła: „Jestem już znużona tym bałaganem, który panuje od pięciu lat. Męczy mnie bezkarność i bierność rosyjskich działaczy, którzy nie próbują bronić czystych sportowców”. Sidorowa i Łasickiene należą do Komisji Zawodników Wszechrosyjskiej Federacji Lekkiej Atletyki, więc skarżą się w mediach niejako także w ich imieniu.
Nie wiadomo jak postąpią w tej sytuacji władze World Athletics. Mają naradę 29 i 30 lipca.

Ponownie igrzysk nie przełożą

Członek Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego John Coates, szef komisji koordynacyjnej igrzysk w Tokio, zdementował pogłoski, że impreza się nie odbędzie jeśli nie powstanie szczepionka przeciwko Covid-19. Z kolei Yoshiro Mori, prezes Komitetu Organizacyjnego igrzysk w Tokio, stanowczo wykluczył ponowne ich przełożenie.

Zapewnienia Johna Coatesa są trochę zaskakujące, bo wielu ekspertów przecież przekonuje, że igrzyska powinny się odbyć tylko wówczas, gdy na świecie będzie już powszechnie dostępna szczepionka. Taki pogląd wyraziła pod koniec kwietnia profesor Devi Sridhar, specjalistka od globalnych problemów zdrowotnych z uniwersytetu w Edynburgu. „Jeśli w tym roku nie uzyskamy naukowego przełomu w pracach nad szczepionką, wówczas igrzyska w połowie przyszłego roku wydają mi się bardzo nierealne do przeprowadzenia – stwierdziła. Podobnie uważa Yoshitake Yokokura, przewodniczący japońskiego związku medycznego (JMA). Stwierdził on, że bez szczepionki będzie „trudno zorganizować bezpieczne igrzyska”. Coates bagatelizuje takie poglądy i twierdzi, że są to tylko „luźne opinie”, a dla przeciwwagi podkreśla, iż MKOl przy podejmowaniu decyzji kieruje się przede wszystkim wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia. „Zalecenia, które otrzymujemy od WHO jasno mówią, że powinniśmy przygotowywać się do przeprowadzenia igrzysk w 2021 roku i robimy to niezależnie od prac nad szczepionką. Oczywiście, miło byłoby ją mieć, ale jeśli jej nie będzie, my kierować się będziemy zaleceniami WHO oraz japońskich władz” – zapewniał Coates w wypowiedzi udzielonej Associated Press.
W tej chwili eksperci medyczni i lekarze nie mają już pewności, że do lipca 2021 roku świat na tyle dobrze poradzi sobie z pandemią koronawirusa, że igrzyska olimpijskie w Tokio (23 lipca – 8 sierpnia) da się bezpiecznie przeprowadzić. Yoshitake Yokokura, minister zdrowia w japońskim rządzie, przyznał, że jeśli nie będzie szczepionki przeciwko Covid-19, to zorganizowanie igrzysk może okazać się możliwe, ale bardzo trudne i kosztowne. Medialne spekulacje na temat ponownego przełożenia imprezy stanowczo jednak przeciął Yoshiro Mori, prezes Japońskiego Komitetu Organizacyjnego. „Dalsze przekładanie zawodów nie jest możliwe. Jeśli nie zorganizujemy igrzysk w 2021 roku, to zostaną one odwołane – powiedział w wypowiedzi udzielonej angielskiemu dziennikowi „The Sun”. Byłoby to wydarzenie bez precedensu, bowiem do tej pory igrzyska olimpijskie w erze nowożytnej odwoływano trzykrotnie – w 1916, 1940 i 1944, ale w tych przypadkach powodem były wojny światowe.
Nie jest to jedyny poważny problem światowego ruchu olimpijskiego. Wciąż na rozwiązanie czeka kwestia przedłużającego się wykluczenia Rosji z olimpijskiej rodziny. Niedawno Departament Śledczy Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) ogłosił, że zakończył postępowanie w sprawie 298 rosyjskich sportowców, których podejrzewano o stosowanie dopingu. Zebrane dowody zostały przekazane międzynarodowym federacjom i to one mają zdecydować o ewentualnych karach.
Nagonka na rosyjskich sportowców trwa od 3 grudnia 2014 roku, kiedy to niemiecka telewizja ARD wyemitowała film dokumentalny „Jak Rosja produkuje swoich zwycięzców”. Pokazano w nim zorganizowany proceder dopingowy, w który zamieszani byli sportowcy, trenerzy, działacze, urzędnicy państwowi i służby specjalne Rosji.
W wyniku ciągnącej się już od ponad pięciu lat afery dopingowej rosyjskich sportowców wykluczono już z wielu imprez rangi mistrzostw świata, a także z letnich igrzysk olimpijskich w Tokio w 2020 oraz zimowych w Pekinie w 2022 roku. Przełożenie letniej olimpiady o rok stworzyło szansę na sprawiedliwe rozstrzygnięcie tej sprawy, zwłaszcza że wyraźnie już zmęczeni nieustającą nagonką WADA Rosjanie sami zaczęli robić u siebie porządki z dopingowiczami. Niestety, w Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA) nie wszyscy jej pracownicy okazali się rzetelni w przekazaniu do WADA danych z laboratorium w Moskwie. Ktoś tam nie dotrzymał terminu, ktoś pomieszał dokumenty, ale dla WADA winni tych manipulacji nie byli konkretni ludzie, znani im przecież z imienia i nazwiska, których można było spokojnie wskazać i ukarać, tylko całą swoją potęgę obrócili przeciwko sportowcom. Co ciekawe, WADA, chociaż oskarża i szkaluje, robi to bez podawania konkretnych faktów, nawet jakich dyscyplin sportowych dotyczy sprawa. W zamian tylko obiecuje, że dane te zostaną odtajnione po zakończeniu postępowań przez poszczególne federacje.
Obiektywnie rzecz oceniając można odnieść wrażenie, że permanentne karanie rosyjskich sportowców jest w tej chwili głównym sensem istnienia WADA. Niechcący przyznał to nowy szef agencji Witold Bańka. Otóż były polski minister sportu chwaląc pracę swoich podwładnych, powiedział: „To było wielkie przedsięwzięcie. Kryzys dopingowy w Rosji zdominował czas i zasoby WADA przez ostatnie pięć lat, ale to jeszcze nie jest koniec” – przyznał Bańka w wypowiedzi cytowanej na oficjalnej stronie internetowej WADA.
Takie podejście nie daje wielkich nadziei na szybki powrót Rosji do olimpijskiej rodziny.