IO Tokio 2020/21: Ukraińska triathlonistka na dopingu

Ukraińska triathlonistka Julia Jelistratowa została wykreślona z listy startowej olimpijskich zawodów, które odbyły się w miniony wtorek. Powodem dyskwalifikacji sportsmenki jest ujawnienie wyników badań, które wykryły w jej organizmie erytropetynę (EPO).

Test antydopingowy wykonano u niej 5 czerwca tego roku w Dnieprze podczas rozgrywanego na Ukrainie Pucharu Europy. „Międzynarodowa Federacja Triathlonu została poinformowana 24 lipca o wynikach badania wykonanego przez warszawskie laboratorium akredytowane przez Światową Agencję Antydopingową (WADA)” – napisała w oficjalnym oświadczeniu Międzynarodowa Agencja Testów (ITA). 33-letnia Ukrainka została natychmiast czasowo zawieszona, o sprawie poinformowano także komitet organizacyjny igrzysk olimpijskich w Tokio. Jelistratowa ma teraz prawo zażądać wykonania badania próbki „B”. W przypadku potwierdzenia obecności EPO w jej organizmie, będzie mogła jeszcze odwołać się do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS) w Lozannie. Jeśli ostatecznie dowiedzie swojej niewinności, uniknie wieloletniej dyskwalifikacji, ale zmarnowanej okazji na olimpijski występ nikt już jej nie zwróci.

IO Tokio 2020/21: Rosja zakpiła z WADA

Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie zezwolił rosyjskiej ekipie, która w Tokio występuje pod szyldem Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego, na używanie strojów nawiązujących barwami do rosyjskiej flagi.

W rosyjskiej ekipie olimpijskiej w Tokio ostatecznie znalazło się aż 335 sportowców. Było to możliwe dzięki temu, że Trybunał Arbitrażowy uwzględnił przedstawione przez Rosyjski Komitet Olimpijski argumenty i skrócił o połowę, z czterech do dwóch lat, karę nałożoną na Rosję za ukrywanie przypadków niedozwolonego dopingu na jakim zostali przyłapani sportowcy tego kraju. Skrócenie dyskwalifikacji pozwoliło na wysłanie do Tokio licznej delegacji, ale jeszcze nie pod rosyjską flagą i bez prawa odgrywania rosyjskiego hymnu.
Rosyjscy sportowcy startują więc z konieczności jako reprezentanci Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego, a podczas wszelkich ceremonii z ich udziałem zamiast narodowego hymnu grany jest fragment koncertu fortepianowego b-moll nr 1 Piotra Czajkowskiego. Ale Trybunał Arbitrażowy nie miał nic przeciwko, żeby rosyjska ekipa olimpijska w Tokio nosiła stroje w kolorach nawiązujących do rosyjskiej flagi oraz z napisem „Russia”.
Decyzja CAS mocno rozczarowała władze Światowej Agencji Antydopingowej, na czele której od 1 stycznia 2020 roku stoi były minister sportu w rządzie PiS Witold Bańka. „To oczywiste, że jesteśmy zdenerwowani zarówno decyzją CAS, jak i sposobem w jaki Rosja wykorzystała zgodę na wykorzystanie narodowych barw. My chcieliśmy, żeby ich ubiory były wykonane w neutralnych kolorach. Ale nie możemy, niestety, nic z tym zrobić. To nie my podejmujemy decyzje” – stwierdził Witold Bańka, a jego wypowiedź odbiła się szerokim echem w rosyjskich mediach. Swojemu szefowi zawtórował dyrektor WADA Olivier Niggli w wywiadzie udzielonym amerykańskiemu dziennikowi „USA Today”. „Jeśli spojrzymy na to, o co prosiliśmy, a co zostało wykonane przeciwko rosyjskim sportowcom, to zobaczymy dwie zupełnie inne rzeczy. Szczególnie w przypadku ubiorów rosyjskiej ekipy” – przyznał Niggali.

Sport i polityka: Bańka walczy o kasę z USA

Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) nadal nie może dojść do porozumienia z amerykańskich władzami. Szef WADA Witold Bańka w rozmowie z TVP Sport ostro skrytykował zwłaszcza koszykarską NBA i hokejową NHL.

Władze Stanów Zjednoczonych weszły w konflikt z WADA za czasów prezydentury Donalda Trumpa. Kością niezgody stały się ustawiczne pretensje amerykańskiej administracji do WADA za „brak kategorycznych działań wobec systemowego dopingu w Rosji” oraz pomijanie Amerykanów przy obsadzie kierowniczych stanowisk w Światowej Agencji Antydopingowej. Zarzuty te zostały sformułowane w raporcie opracowanym przez Office of National Drug Control Policy, amerykańska instytucję zajmującą się zwalczaniem narkotyków i dopingu (ONDCP). Konfliktu z ekipą Trumpa nie był w stanie zażegnać także nowy przewodniczący WADA, którym od 1 stycznia ubiegłego jest Witold Bańka, były polski minister sportu w rządzie PiS. Stawką w tym sporze była wysokość wkładu Stanów Zjednoczonych do budżetu WADA, a wpłacają one ponad trzy miliony dolarów rocznie, co stanowi siedem procent rocznego budżetu Światowej Agencji Antydopingowej.
Bańka nie miał oporów z zaostrzeniem kursu wobec Rosji i jedną z jego pierwszych decyzji było cofnięcie akredytacji moskiewskiemu laboratorium antydopingowemu. Stawił jednak opór wobec żądania zwiększenia liczby Amerykanów na stanowiskach kierowniczych w WADA. „Argument, że kraje powinny być reprezentowane proporcjonalnie do finansowania, nie ma sensu. Przyznanie miejsc wyłącznie tym, którzy wpłacają do budżetu najwięcej, wykluczyłoby większość narodów z zarządzania agencją” – zakomunikował dodając, że Amerykanie są obecnie obecni w Radzie Fundacji. Ocieplenie relacji zaczęło się po zmianie prezydenta. Bańka spotkał się z przedstawicielami administracji Joe’a Bidena i jak zapewniał w wywiadzie dla TVP Sport, liczy teraz na lepszą współpracę. Ale nie omieszkał skrytykować największe zawodowe ligi w tym kraju, jak NBA czy NHL, że nie są sygnatariuszami Kodeksu Antydopingowego WADA.

Polityka w warcabach

Podczas trwającego od 23 kwietnia w Warszawie meczu o mistrzostwo świata kobiet w warcabach stupolowych wielka polityka wmieszała się do pojedynku Polki Natalii Sadowskiej z Rosjanką Tamarą Tansykkużyną.

Do spornej sytuacji doszło we wtorek. W trakcie meczu pojawił się jeden z organizatorów i odkleił plakietkę z nazwiskiem rosyjskiej zawodniczki oraz zabrał miniaturową flagę ustawioną przy jej stanowisku. Prezes Polskiego Związku Warcabów Damian Reszka tłumaczył, że taka była „potrzeba chwili”. Z nieoficjalnych informacji wynika, że dokonano tego po interwencji szefa Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) Witolda Bańki, który ponoć przypomniał działaczom Światowej Federacja Warcabowej o decyzji Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie (CAS), który utrzymał w mocy wykluczenie Rosji na dwa lata z wszelkich zawodów sportowych rangi mistrzostw światach oraz z igrzysk olimpijskich. Rosjanom zakazano używania nazwy, flagi i hymnu państwowego podczas letnich igrzysk w Tokio i zimowych w Pekinie. Decyzja ta obowiązuje we wszystkich imprezach sportowych.
Ta sprawa wzbudziła wiele emocji w Rosji. Portal Sport24.ru nazywa ten moment „dziwnym” i zwraca uwagę na to, że podczas poprzednich dni zawodów obecność rosyjskiej flagi nie budziła żadnych kontrowersji. „To bardzo niefortunny incydent, ale z tego, co wiem, prezes federacji już przeprosił, więc możemy uznać sprawę za zamkniętą” – powiedział Dmitrij Pieskow, rzecznik prasowy Kremla. „Zabranie flagi w trakcie meczu było dla mnie kompletnym zaskoczeniem! Główny sędzia odmówił zrobienia tego podczas meczu, ale organizatorzy zostali do tego zmuszeni. Tak mi wyjaśnili tę sytuację” – krótko skomentował incydent sama Tamara Tansykkużyna.
Natomiast jej rywalka, Natalia Sadowska, w geście solidarności sama zdjęła ze stolika polską flagę i kompletnie rozbroiła tym nabzdyczonych już nie na żarty Rosjan. „Polka zdjęła swoją flagę, obie zawodniczki grają teraz bez nich na stole, myślę, że incydent można uznać za załatwiony” – stwierdził prezes rosyjskiej federacji warcabowej Anatolij Nitkin.

Kara dyskwalifikacji za mało skrócona

Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) o pół roku skrócił karę dyskwalifikacji nałożoną przez WADA na amerykańskiego sprintera Christiana Colemana za unikanie przez niego obowiązkowych kontroli antydopingowych.

W październiku ubiegłego roku Coleman, mistrz świata z 2019 roku w biegu na 100 m, został zawieszony na dwa lata. Gwiazdor sprintu nie został przyłapany na dopingu. Został ukarany za to, że kontrolerzy WADA trzykrotnie, w styczniu, kwietniu i grudniu 2019 roku, nie zastali go w miejscu, w którym powinien być zgodnie z wcześniej podanymi przez siebie informacjami. Uznano to za próbę unikania kontroli antydopingowej i nałożono na lekkomyślnego lekkoatletę dyskwalifikację mającą obowiązywać do 14 maja 2022 roku. Coleman odwołał się jednak od tej decyzji do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu, licząc na to, że przed nim udowodni swoją niewinność. Osiągnął jednak połowiczny sukces, bo po rozparzeniu sprawy sędziowie CAS orzekli jedynie skrócenie dyskwalifikacji z 24 do 18 miesięcy. A to oznacza, że Coleman nie będzie mógł wystąpić w najważniejszej imprezie roku – igrzyskach olimpijskich w Tokio, a był uważany za jednego z kandydatów do złotego medalu. Do rywalizacji na bieżni będzie mógł wrócić 14 listopada.
CAS uznał, że Coleman dopuścił się naruszenia przepisów antydopingowych, ale jego stopień zaniedbania był niższy od tego, który znalazł się w zaskarżonej decyzji. Sprinter twierdził, że podczas jednej z kontroli, w grudniu 2019 roku, wyszedł z domu tylko na chwilę, po prezenty świąteczne, a zdążył wrócić w wyznaczonym przedziale czasowym (jedna godzina), natomiast kontrolerzy zeznali, że przez tę godzinę bezskutecznie czekali na niego przed jego domem.
Amerykański sprinter zapowiedział, że teraz skupi się na jak najlepszym przygotowaniu do dwóch wielkich imprez w 2022 roku – halowych mistrzostw świata w Belgradzie oraz mistrzostw świata na otwartym stadionie w Eugene. Będzie w tych zawodach bronić złotych medali na 60 m (z HMŚ w Birmingham 2018) oraz 100 m (z MŚ w Doha 2019).

Rok dyskwalifikacji dla Drabika za infuzję

Zakończył się pierwszy sezon dopingowego serialu z żużlowcem Sparty Wrocław Maksymem Drabikiem w roli głównej. W miniony wtorek organ dyscyplinarny POLADA zawiesił go prawach zawodnika na rok.

Nałożona na Drabika kara nie jest przesadnie dotkliwa, zwłaszcza gdy się zważy, że 23-letniemu żużlowcowi groziła czteroletnia dyskwalifikacja, którą dopiero niedawno POLADA była gotowa obniżyć o połowę. Ostatecznie członkowie tzw. Panelu Dyscyplinarnego wykazali się łaskawością i zawyrokowali tylko roczne zawieszenie, lecz nie kończy to jeszcze sprawy, bowiem teraz wyrok ten muszą jeszcze przyklepać POLADA i WADA. A że nie zawsze wykazują w tym klepaniu łagodność, przekonali się niedawno piłkarze Pogoni Siedlce, którym półroczne wyroki na żądanie tych instytucji zamieniono na czteroletnie dyskwalifikacje.”Musimy poczekać na pisemne uzasadnienie orzeczenia Panelu Dyscyplinarnego i dopiero na jego podstawie będziemy podejmować dalsze decyzje” – skomentował wyrok na Maksyma Drabika dyrektor POLADA Michał Rynkowski.
Na razie żużlowiec i jego prawnicy mogą być jednak zadowoleni, bo tylko roczną dyskwalifikację mogą uznać za swój wielki sukces, którego w ostatnich tygodniach przed ogłoszeniem werdyktu nie mieli powodów się spodziewać. Prowadząc ostry spór z POLADA konsekwentnie odmawiali dobrowolnego poddania się karze i ta strategia okazała się słuszna, bo ugoda z komisją antydopingową oznaczałby co najmniej półtoraroczne zawieszenie. Ponieważ sprawa nie jest jeszcze definitywnie zakończona, Drabik i jego pełnomocnicy muszą wciąż liczyć się z dotkliwszą sankcją, ale zachowują też możliwość jej złagodzenia nawet o pół roku, bo mają prawo odwołania się od werdyktu Panelu Dyscyplinarnego. Inna sprawa, że taka decyzja Panelu Dyscyplinarnego II instancji jest mało prawdopodobna, a dalsze procedowanie sprawy wiąże się ze sporym ryzykiem.
Dla przypomnienia – sprawa Drabika ciągnie się od końca września 2019 roku, kiedy to po pierwszym meczu finałowym PGE Ekstraligi żużlowiec przyznał się podczas kontroli antydopingowej, iż kilka dni wcześniej przyjął infuzję dożylną o pojemności 500 ml. Później przez kilka miesięcy unikał kontaktu z POLADA i nie odpowiadał na żadne pytania z jej strony, czym sprowokował ją do postawienia mu zarzutu niedozwolonego wspomagania i rozpoczęcia postępowania antydopingowego. Najpierw sprawę zbadał Komitet Wyłączeń do Celów Terapeutycznych, a potem Trybunał Arbitrażowy przy PKOl i obie te instytucje przychyliły się do argumentacji POLADA podważającej przyjętą przez Drabika linię obrony sugerującą, iż przyjął kroplówkę ze względu na zły stan zdrowia, a jego prawnicy infuzję określili mianem „jednodniowej hospitalizacji na terenie klubu”.
Na mocy wtorkowego postanowienia żużlowiec będzie mógł wrócić do treningów z drużyną od 30 sierpnia 2021 roku. Na występ choćby w nieoficjalnych zawodach w tym roku nie ma jednak co liczyć.

CAS skrócił karę nałożoną na Rosję

Sąd Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) zwiódł oczekiwania Rosjan i nie uznał ich racji w sporze ze Światową Agencją Antydopingową (WADA). Ale też nie podzielił radykalizmu funkcjonariuszy WADA i złagodził nieco sankcje nałożone przez nią na Rosję, skracając je z czterech do dwóch lat. Obie strony wyszły jednak z sądowej sali niezadowolone.

Wedle wyroku Trybunału Arbitrażowego do 16 grudnia 2022 roku Rosja nie będzie mogła wystawiać swojej oficjalnej reprezentacji pod flagą narodową. Zakaz dotyczy m.in. igrzysk olimpijskich i paraolimpijskich w Tokio, które mają się odbyć w 2021 roku, a także zimowych igrzysk olimpijskich w Pekinie w 2022 roku, mistrzostw świata w 2022 roku w piłce nożnej, które zostaną rozegrane w Katarze. Reprezentanci Rosji nie będą mogli więc występować we wspomnianych imprezach pod szyldem swojego kraju, tylko będą mogli w nich startować pod neutralną flagą. W zimowych igrzyskach w Pjongczangu w 2018 roku na takich warunkach uczestniczyło 168 rosyjskich sportowców.
Dla przypomnienia – WADA, a za jej rekomendacją także Międzynarodowy Komitet Olimpijski, w grudniu ubiegłego roku za „manipulowanie danymi w rosyjskim laboratorium antydopingowym” nałożyły na Rosję czteroletni zakaz występów reprezentacji Rosji w największych imprezach sportowych na cztery lata, który CAS właśnie skrócił o połowę. Obie strony mogą od tego wyroku odwołać się jeszcze do Szwajcarskiego Trybunału Federalnego, ale ta instytucja raczej zwykle nie kwestionuje decyzji Trybunału Arbitrażowego.
Zakaz zakłada, że w zawodach możliwy jest jedynie ich występ pod neutralną flagą, podobnie jak miało to miejsce podczas zimowych igrzysk w Pjongczangu w 2018 roku. Sportowcy rosyjscy pod flagą swojego kraju i w jego barwach nie będą mogli startować nie tylko w igrzyskach olimpijskich, ale także w mistrzostwach świata, których organizatorami są kraje-sygnatariusze światowego kodeksu antydopingowego. A to oznacza, że na przykład w piłkarskim mundialu w Katarze w 2022 roku, jeśli Rosjanie się do turnieju zakwalifikują, zagrają bez flag i hymnu narodowego, a na koszulkach będą mieli napis „neutralny sportowiec”. Rosja w czasie obowiązywania kary nie może również sama organizować imprez rangi mistrzowskiej. Wyjątkiem w tym zakazie mają być przyszłoroczne piłkarskie mistrzostwa Europy, które mają być rozgrywane w 12 krajach, a w Rosji przewidziano cztery spotkania, w tym jedno ćwierćfinałowe.
Ale to nie jedyny problem. Sankcje jakimi WADA ukarała Rosję, a CAS je podtrzymał, jedynie skracając czas ich obowiązywania o połowę (od 17 grudnia 2020 do 16 grudnia 2022 roku), obejmują także zakaz organizowania w Rosji ważnych międzynarodowych zawodów do grudnia 2022 roku. A w tym okresie na terytorium Federacji Rosyjskiej zaplanowano pięć wielkich imprez: mistrzostwa świata we wspinaczce (2021), mistrzostwa świata siatkarzy (2022), mistrzostwa świata w strzelectwie (2022), mistrzostwa świata w zapasach (2022) i mistrzostwa świata w pływaniu na krótkim dystansie (2022). Decyzja CAS stanowi, że światowe federacje sportowe są zobowiązane przenieść przyznane wcześniej Rosji zawody do innych krajów, ale uwzględniono jednak wyjątki – mają one dotyczyć turniejów, których z jakichś szczególnych powodów nie można już przełożyć.
I z tego właśnie wyjątku zamierza skorzystać światowa federacja siatkarska (FIVB), żeby zostawić Rosji rolę gospodarza mistrzostw świata w siatkówce mężczyzn. Przeniesienie turnieju na kilkanaście miesięcy przed ustaloną już datą jego rozpoczęcia (26 sierpnia n2022) jest już niemożliwe, bo wszelkie kontrakty związane z imprezą zostały podpisane dużo wcześniej, zanim zapadła decyzja WADA o nałożeniu sankcji na Rosję. Strona rosyjska nie ukrywa, że w razie podjęcia przez FIVB decyzji o zmianie lokalizacji światowego czempionatu, wystawi jej rachunek z poniesionych dotąd kosztów organizacyjnych, a jak wieść niesie, nie jest on bynajmniej mały.
„Rosja będzie na wszelkie sposoby bronić swoich interesów w sporcie międzynarodowym” – zapewnił dzień po werdykcie CAS rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. Sankcje WADA są prestiżowo dotkliwe również dla przedstawicieli rosyjskich władz, bo nawet prezydent Władimir Putin nie będzie mógł oficjalnie gościć na igrzyskach olimpijskich i innych międzynarodowych imprezach sportowych. „Władze Rosji oczywiście odnoszą się negatywnie do decyzji CAS, ale mając na uwadze dobro rosyjskich sportowców, Moskwa nadal będzie prowadziła dialog z międzynarodowymi organizacjami sportowymi, także w kwestiach zwalczania dopingu w sporcie. „Jesteśmy skłonni kontynuować dialog, ale będziemy twardo bronić nasz sport przed nieuprawnionymi czy niepotwierdzonymi zarzutami” – zapewnił rzecznik Kremla.

Ambasador Stadionu Śląskiego

Politycy opozycji odkryli, że były minister sportu w rządzie PiS Witold Bańka, który od 1 stycznia tego roku stoi na czele Światowej Agencji Antydopingowej (WADA), dodatkowo zarobkuje świadcząc „usługi promocyjne” na rzecz śląskiego urzędu marszałkowskiego oraz spółki Stadion Śląski, za co pobiera wynagrodzenie w wysokości ok. 20 tys. złotych.

Witold Bańka to były lekkoatleta, który w gabinetach premierów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego przez cztery lata pełnił funkcję ministra sportu, od stycznia 2020 roku stoi na czele Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). Nie pracuje jednak jako jej szef charytatywnie. Jego wynagrodzenie w światowych standardach nie należy może do kategorii wybitnie lukratywnych, ale 120 tysięcy franków szwajcarskich (czyli ok. 490 tys. złotych) rocznie plus różne bonusy to kwota ponad trzykrotnie wyższa od zarobków ministra sportu w polskim rządzie. Bańka musiał co prawda na czas sprawowania urzędu wyprowadzić się wraz z rodziną do Kanady, lecz nie jest to chyba powód, żeby do jego posady w WADA, o którą długo i skutecznie sam zabiegał, jeszcze dopłacać z pieniędzy polskiego podatnika. Ale jak się okazuje, jednak się dopłaca. I to wcale nie są pieniądze „na waciki”.
Sprawę nagłośnił portal tvn24.pl, który trafił na trop wynagrodzenia wypłacanego Bańce przez śląski urząd marszałkowski oraz spółkę Stadion Śląski. Obie instytucje odmówiły ujawnienia jego wysokości zasłaniając się klauzulą poufności i przepisami RODO, odmówiły też udzielenia tych informacji posłowi Koalicji Obywatelskiej Wojciechowi Królowi, który przeprowadził w tej sprawie interwencję poselską. Portal tvn24.pl zdołał jednak ustalić, że Bańka podpisał umowę z marszałkiem województwa śląskiego Jakubem Chełstowskim, na podstawie której został ambasadorem regionu, a także ze spółką Stadion Śląski, która w całości należy do województwa. W tym drugim przypadku także jest „ambasadorem”. Za świadczone „usługi promocyjne” kasuje co miesiąc łącznie z obu źródeł 20 tys. złotych. Taką też wysokość wynagrodzenia Bańki podał poseł Król, ale zaznaczył, że zdobył tę informację nieoficjalnie. „Nasuwa się pytanie, czy prezydent Światowej Agencji Antydopingowej może dorabiać, czy może być pracownikiem spółki Stadion Śląski? Czy znajduje czas, by wykonywać zobowiązania zarówno wobec spółki Stadion Śląski, jak i zobowiązania wobec śląskiego urzędu marszałkowskiego?” – zastanawiał się Wojciech Król przed kamerami Polsat News.
Gdy o sprawie zrobiło się głośno, Witold Bańka nie mógł dalej milczeć. Swoje stanowisko wyraził za pośrednictwem portali społecznościowych. „Uprzejmie wyjaśniam, że zgodnie z prawem szwajcarskim Prezydent WADA nie jest pracownikiem zatrudniony w Światowej Agencji Antydopingowej i nie pobiera wynagrodzenia z tego tytuł. Otrzymuje tzw. finansowe zadośćuczynienie z tytułu utraty możliwości pracy w pełnym wymiarze w czasie wykonywania swojej funkcji. Rola ambasadora marki Śląskie i Stadionu Śląskiego w żaden sposób nie narusza zasady niezależności i transparentności. Jako Ślązak jestem dumny z faktu reprezentowania i pracy na rzecz promocji regionu i jego najważniejszego obiektu sportowego. Fakt, iż pełnię rolę ambasadora marki Śląskie i Stadionu Śląskiego jest informacją powszechnie znaną” – napisał Witold Bańka. I jak na polityka PiS przystało, nie omieszkał następnie postraszyć „oczerniających” go posłów KO, że wystąpi przeciwko nim na drogę prawną.
W tej historii intryguje też oficjalne stanowisko WADA, które otrzymał portal tvn24.pl. Światowa Agencja Antydopingowa uważa, że jej szef nie złamał zasad przyjętych przez organizację. „Pan Bańka jako były elitarny sportowiec ze Śląska na tym stanowisku jest ambasadorem swojego lokalnego stadionu, pomaga promować sport w swoim rodzinnym regionie” – napisano w odpowiedzi przesłanej przez WADA tvn24.pl. Sęk w tym, że nikt tak naprawdę Bańki o złamanie prawa nie posądza, tylko o naruszenie zasad przyzwoitości. Dwadzieścia tysięcy złotych miesięcznie nie zarabiał przecież nawet jako minister sportu, a spółka Stadion Śląski na pewno mogłaby z większym pożytkiem wydać przez rok ćwierć miliona złotych.

Amerykanie chcą wyręczać WADA

Amerykanie po raz kolejny chcą narzucić światu swoją wolę. Tym razem ustanowili prawo, które pozwoli im wkroczyć w kompetencje dotąd zastrzeżone dla Światowej Agencji Antydopingowej (WADA).

W tych dniach amerykański Senat przyjął ustawę antydopingową, zwaną potocznie Rodczenkow Act, od nazwiska byłego dyrektora rosyjskiego laboratorium antydopingowego, który w 2015 roku uciekł do Stanów Zjednoczonych i gdzie do dzisiaj żyje z oczerniania swojego byłego kraju. Nowe prawo pozwoli przedstawicielom amerykańskie wymiaru sprawiedliwości na ściganie przyłapanych na dopingu sportowców również poza granicami USA oraz na karanie ich więzieniem do 10 lat oraz grzywnami do wysokości jednego miliona dolarów.
Najbardziej w tej prawnej regulacji zdumiewa jednak to, że będzie ją można stosować nie tylko wobec amerykańskich sportowców, lecz także wobec sportowców z innych krajów, jeśli zostaną złapani na dopingu po zawodach z udziałem co najmniej czterech zawodników z USA. I amerykańskie władze będą mogły ścigać takich dopingowych przestępców na całym świecie, co z góry zapowiada konflikty o trudnych do przewidzenia konsekwencjach, bo takie kraje jak choćby Polska stawiać się wobec żądania wydania Amerykanom swoich sportowców, ale Chiny czy Rosja na pewno tak. Tym bardziej, że Amerykanie w Radczenko Act uzurpują sobie prawo do ściganie nie tylko sportowców, lecz także trenerów, menedżerów, lekarzy, pracowników sztabów medycznych i nawet działaczy sportowych.
Nietrudno się domyślić, że władze WADA, na czele których od stycznia tego roku stoi były minister sportu w rządzie PiS Witold Bańka, nie są zachwycone uchwaleniem Radczenko Act. „Amerykańska inicjatywa może poważnie zagrozić naszej zdolności do prowadzenia dochodzeń. Poza tym nie są nią objęci zawodnicy amerykańskich lig zawodowych i uniwersyteckich. Nie jest to zatem ustawa dobra dla sportu w USA, więc nie może być też dobra dla całego świata” – napisano w oświadczeniu WADA.

WADA musi zapłacić za błędy

Światowa Agencja Antydopingowa, która właśnie próbuje storpedować w Trybunale Arbitrażowym w Lozannie (CAS) odwołanie Rosji od decyzji o dyskwalifikacji jej sportowców, właśnie zaliczyła mocny cios wizerunkowy. WADA musi przeprosić i zapłacić odszkodowanie francuskiemu piłkarzowi Mamadou Sakho za niesłuszne zawieszenie w 2016 roku.

Z powodu zawieszenia Sakho, który wówczas występował w zespole Liverpoolu (obecnie jest graczem Crystal Palace), nie mógł zagrać w rozgrywanym we Francji turnieju Euro 2016, bo WADA nałożyła na niego karę w kwietniu tego roku po tym, jak wykryto w jego organizmie higenaminę, środek ułatwiający spalanie tkanki tłuszczowej. W lipcu okazało się jednak, że higenaminy nie ma na liście substancji zabronionych. Piłkarz odwołał się od wyroku dyskwalifikacji, ale WADA dopiero w tym tygodniu po kilku latach prawnego sporu przyznała mu rację. W oświadczeniu czytamy: „WADA wyraża niniejszym ubolewanie z powodu szkód, jakie wyrządziła panu Sakho swoim zniesławiającymi oskarżeniami i zgadza się zapłacić panu Sakho znaczną sumę odszkodowania”. Ciekawe ile WADA musiałaby zapłacić rosyjskim sportowcom, gdyby przegrała spór w CAS. Ale na werdykt Trybunału trzeba czekać.