Amerykanie chcą wyręczać WADA

Amerykanie po raz kolejny chcą narzucić światu swoją wolę. Tym razem ustanowili prawo, które pozwoli im wkroczyć w kompetencje dotąd zastrzeżone dla Światowej Agencji Antydopingowej (WADA).

W tych dniach amerykański Senat przyjął ustawę antydopingową, zwaną potocznie Rodczenkow Act, od nazwiska byłego dyrektora rosyjskiego laboratorium antydopingowego, który w 2015 roku uciekł do Stanów Zjednoczonych i gdzie do dzisiaj żyje z oczerniania swojego byłego kraju. Nowe prawo pozwoli przedstawicielom amerykańskie wymiaru sprawiedliwości na ściganie przyłapanych na dopingu sportowców również poza granicami USA oraz na karanie ich więzieniem do 10 lat oraz grzywnami do wysokości jednego miliona dolarów.
Najbardziej w tej prawnej regulacji zdumiewa jednak to, że będzie ją można stosować nie tylko wobec amerykańskich sportowców, lecz także wobec sportowców z innych krajów, jeśli zostaną złapani na dopingu po zawodach z udziałem co najmniej czterech zawodników z USA. I amerykańskie władze będą mogły ścigać takich dopingowych przestępców na całym świecie, co z góry zapowiada konflikty o trudnych do przewidzenia konsekwencjach, bo takie kraje jak choćby Polska stawiać się wobec żądania wydania Amerykanom swoich sportowców, ale Chiny czy Rosja na pewno tak. Tym bardziej, że Amerykanie w Radczenko Act uzurpują sobie prawo do ściganie nie tylko sportowców, lecz także trenerów, menedżerów, lekarzy, pracowników sztabów medycznych i nawet działaczy sportowych.
Nietrudno się domyślić, że władze WADA, na czele których od stycznia tego roku stoi były minister sportu w rządzie PiS Witold Bańka, nie są zachwycone uchwaleniem Radczenko Act. „Amerykańska inicjatywa może poważnie zagrozić naszej zdolności do prowadzenia dochodzeń. Poza tym nie są nią objęci zawodnicy amerykańskich lig zawodowych i uniwersyteckich. Nie jest to zatem ustawa dobra dla sportu w USA, więc nie może być też dobra dla całego świata” – napisano w oświadczeniu WADA.

WADA musi zapłacić za błędy

Światowa Agencja Antydopingowa, która właśnie próbuje storpedować w Trybunale Arbitrażowym w Lozannie (CAS) odwołanie Rosji od decyzji o dyskwalifikacji jej sportowców, właśnie zaliczyła mocny cios wizerunkowy. WADA musi przeprosić i zapłacić odszkodowanie francuskiemu piłkarzowi Mamadou Sakho za niesłuszne zawieszenie w 2016 roku.

Z powodu zawieszenia Sakho, który wówczas występował w zespole Liverpoolu (obecnie jest graczem Crystal Palace), nie mógł zagrać w rozgrywanym we Francji turnieju Euro 2016, bo WADA nałożyła na niego karę w kwietniu tego roku po tym, jak wykryto w jego organizmie higenaminę, środek ułatwiający spalanie tkanki tłuszczowej. W lipcu okazało się jednak, że higenaminy nie ma na liście substancji zabronionych. Piłkarz odwołał się od wyroku dyskwalifikacji, ale WADA dopiero w tym tygodniu po kilku latach prawnego sporu przyznała mu rację. W oświadczeniu czytamy: „WADA wyraża niniejszym ubolewanie z powodu szkód, jakie wyrządziła panu Sakho swoim zniesławiającymi oskarżeniami i zgadza się zapłacić panu Sakho znaczną sumę odszkodowania”. Ciekawe ile WADA musiałaby zapłacić rosyjskim sportowcom, gdyby przegrała spór w CAS. Ale na werdykt Trybunału trzeba czekać.

Były szef IAAF idzie za kraty

Senegalczyk Lamine Diack, były szef Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF, obecnie pod szyldem World Athletics) został przez sąd w Paryżu skazany na cztery lata pozbawienia wolności za korupcję i przyjmowanie łapówek od zawodników podejrzewanych o doping. Musi też zapłacić pół miliona euro grzywny.

Francuska prokuratura domagała się dla Senegalczyka czterech lat bezwzględnego więzienia, ale sąd z uwagi na podeszły wiek Diacka połowę wyroku dał mu w zawieszeniu. Odwołanie raczej nie przyniesie skutków, bo byłemu prezydentowi IAAF udowodniono przyjęcie blisko 3,5 mln euro łapówek od sportowców podejrzanych o doping, którym w zamian pomagał w ukrywaniu pozytywnych wyników testów antydopingowych, dzięki czemu mogli nadal startować. Nasilenie tego procederu miało miejsce głównie podczas igrzysk w Londynie w 2012 roku. Sąd uznał również Diacka winnym przyjęcia pieniędzy od rosyjskich biznesmenów sponsorujących sportowców z tego kraju, które następnie przeznaczył na sfinansowanie kampanii prezydenckiej Macky Sallego w wyborach w Senegalu w 2012 roku. W zamian wedle francuskiej prokuratury Diack spowalniał procedury antydopingowe stosowane wobec rosyjskich sportowców.
Diack rzecz jasna nie przyznał się do stawianych mu zarzutów. W trakcie przewodu sądowego konsekwentnie zapewniał, że w latach 2011-2013 rzeczywiście spowolnił procedury antydopingowe wobec Rosjan, ale nie czynił tego dla zarzucanych mu korzyści majątkowych, lecz „dla dobra sprawy”, bo takie działania były konieczne do utrzymania w mocy umowy sponsorskiej z jednym z rosyjskich banków, bez której finanse IAAF uległy by kompletnemu załamaniu. Były prawnik światowej federacji lekkoatletycznej Habib Cisse podczas przesłuchania odrzucił jednak ten argument twierdząc, że IAAF miało wystarczające środki finansowe i nie było uzależnione od wpłat pojedynczych sponsorów, także rosyjskich.
Prawnicy Lamine Diacka próbowali zakwestionować argumenty oskarżenia i podkreślali, że prokurator nie przedstawił żadnych materialnych dowodów udziału ich klienta we wspomnianym procederze. „Trzeba rozróżnić działania ojca od działań syna” – twierdził reprezentujący byłego szefa IAAF adwokat Simon Ndiaye i sugerował, że tak naprawdę wszystkie zarzuty oskarżenie powinno skierować właśnie pod adresem Diacka juniora, czyli Papy Massaty Diacka, który jako konsultant IAAF ds. marketingu wykorzystał swoją pozycję do nielegalnych działań, które prowadził rzekomo za wiedzą ojca i z jego poparciem. Tym argumentem zazwyczaj zyskiwał nowych „interesantów” i utrzymywał w orbicie swoich wpływów już pozyskanych. Diack junior ma ponadto zarzuty prania brudnych pieniędzy, korupcję i naruszenie zaufania, za co w sumie francuska prokuratura domaga się dla niego kary pięciu lat bezwzględnego więzienia. Papa Massata Diack nic sobie z tego jedna nie robi, bo skutecznie ukrywa się na terenie Senegalu, który na dodatek konsekwentnie odrzuca prośby o jego ekstradycję.
Lamine Diack był pierwszym i jak dotąd jedynym szefem światowej federacji lekkoatletycznej spoza Europy. Kierował IAAF w latach 1999-2015. W latach 50. ub. wieku uprawiał skok w dal – był rekordzistą Francji i Afryki Zachodniej w latach 1957-1960. Jego najlepszy wynik to 7,72 m. Po zakończeniu kariery sportowej pracował w administracji państwowej, potem był burmistrzem Dakaru oraz członkiem parlamentu Republiki Senegalu. W latach 80. i 90. XX wieku zaczął aktywnie działać w lekkoatletycznych strukturach krajowych, kontynentalnych i w końcu światowych – w listopadzie 1999 po śmierci Włocha Primo Nebiolo został wybrany na przewodniczącego IAAF.
Został zatrzymany przez francuską policję w listopadzie 2015 roku, bezpośrednio po opublikowaniu raportu Międzynarodowej Agencji Antydopingowej (WADA) na temat dopingu w Rosji. Od tej pory przebywał w areszcie domowym w Paryżu. Proces miał rozpocząć się w pierwotnym terminie 13 stycznia tego roku, ale został z powodu wybuchu pandemii koronawirusa przesunięty na czerwiec, lecz gdy zbliżał się termin rozprawy przewodnicząca składu sędziowskiego Rose-Marie Hunault przyznała, że dopiero teraz do sądu dotarły istotne dla sprawy dokumenty z Senegalu, o które wystąpiono już w 2016 roku, więc teraz sąd musi mieć czas na zapoznanie się z ich treścią.
W odrębnym śledztwie prokuratura nadal prowadzi postępowanie, w którym Diack senior jest podejrzewany o czerpanie korzyści przy wyborze gospodarzy igrzysk olimpijskich w 2016 (Rio de Janeiro) i 2020 roku (Tokio) oraz lekkoatletycznych mistrzostw świata w 2015 (Pekin) i 2019 roku (Dauha).

Rzucili wyzwanie World Athletics

Rosyjska Federacja Lekkiej Atletyki nie zapłaciła grzywny w wysokości pięciu milionów dolarów, nałożonej na nią przez World Athletics w 2019 roku po przyłapaniu kilku działaczy na próbie manipulowania w sprawie notorycznie unikającego kontroli antydopingowych skoczka wzwyż Daniła Łysenki. Władze światowej federacji mają teraz problem, bo Rosjanie nie zamierzają ustąpić.

Rosyjska Federacja Lekkiej Atletyki (RUSAF) została zawieszona w listopadzie 2015 roku za naruszenie przepisów antydopingowych. Na igrzyskach w Rio de Janeiro z plejady znakomitych rosyjskich zawodników na starcie pojawiła się jedynie mieszkająca i trenująca w tym czasie w USA skoczkini w dal Daria Kliszyna, której umożliwiono występ pod neutralna flagą. Światowa federacja lekkoatletyczna (IAAF, a obecnie World Athletics), kierowana przez Brytyjczyka Sebastiana Coe’a, zawiesiła RUSAF w prawach członka tej organizacji i zakazała rosyjskim lekkoatletom startów pod flagą swojego kraju. Gdy już wydawało się, że sankcje zostaną zniesione i reprezentacja Rosji będzie mogła wystąpić na igrzyskach w Tokio, Athletics Integrity Units, organizacja badająca wszelkie wykroczenia dopingowe w lekkiej atletyce, jesienią 2019 roku zawiesiła pięciu rosyjskich działaczy, którym udowodniono manipulacje w sprawie nagminnie unikającego kontroli antydopingowych skoczka wzwyż Daniła Łysenki. Była to kontrowersyjna decyzja, bo ta kara powinna kończyć sprawę, tymczasem World Athletic za przewinienie tej grupki osób ukarała całą RUSAF nakładając na nią grzywnę w wysokości 10 milionów dolarów. Ostatecznie połowę tej kwoty zamrożono, ale pozostałe pięć milionów dolarów Sebastian Coe i spółka nakazali zapłacić do 1 lipca 2020 roku. To był warunek zdjęcia z rosyjskich lekkoatletów zakazu startów w narodowych barwach.
W lutym tego roku nowym szefem RUSAF został Jewgienij Jurczenko, 52-letni biznesmen, właściciel dobrze prosperującego funduszu inwestycyjnego, na tyle bogaty, że mógł nawet zapłacić te pięć milionów dolarów grzywny z własnej kieszeni. Nie zrobił tego jednak z przyczyn prestiżowych i przede wszystkim politycznych, podzielając stanowisko innych członków władz rosyjskiej federacji lekkoatletycznej, którzy nie zgadzają się na takie arbitralne traktowanie ze strony World Athletics. A że podobny pogląd w tej kwestii wyrażają też najważniejsi politycy w Rosji, z prezydentem Władimirem Putinem na czele, RUSAF ostatecznie wyznaczonej grzywny nie zapłaciła.
Ta decyzja wywołała rzecz jasna głęboką frustrację w szeregach czołowych rosyjskich lekkoatletów. „To jest cholerny wstyd” – napisała na swoim profilu społecznościowym Anżelika Sidorowa, mistrzyni świata w skoku o tyczce z ubiegłego roku. Z kolei Marija Łasickiene, trzykrotna mistrzyni świata w skoku wzwyż, w wypowiedzi dla agencji Ria Novosti stwierdziła: „Jestem już znużona tym bałaganem, który panuje od pięciu lat. Męczy mnie bezkarność i bierność rosyjskich działaczy, którzy nie próbują bronić czystych sportowców”. Sidorowa i Łasickiene należą do Komisji Zawodników Wszechrosyjskiej Federacji Lekkiej Atletyki, więc skarżą się w mediach niejako także w ich imieniu.
Nie wiadomo jak postąpią w tej sytuacji władze World Athletics. Mają naradę 29 i 30 lipca.

Ponownie igrzysk nie przełożą

Członek Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego John Coates, szef komisji koordynacyjnej igrzysk w Tokio, zdementował pogłoski, że impreza się nie odbędzie jeśli nie powstanie szczepionka przeciwko Covid-19. Z kolei Yoshiro Mori, prezes Komitetu Organizacyjnego igrzysk w Tokio, stanowczo wykluczył ponowne ich przełożenie.

Zapewnienia Johna Coatesa są trochę zaskakujące, bo wielu ekspertów przecież przekonuje, że igrzyska powinny się odbyć tylko wówczas, gdy na świecie będzie już powszechnie dostępna szczepionka. Taki pogląd wyraziła pod koniec kwietnia profesor Devi Sridhar, specjalistka od globalnych problemów zdrowotnych z uniwersytetu w Edynburgu. „Jeśli w tym roku nie uzyskamy naukowego przełomu w pracach nad szczepionką, wówczas igrzyska w połowie przyszłego roku wydają mi się bardzo nierealne do przeprowadzenia – stwierdziła. Podobnie uważa Yoshitake Yokokura, przewodniczący japońskiego związku medycznego (JMA). Stwierdził on, że bez szczepionki będzie „trudno zorganizować bezpieczne igrzyska”. Coates bagatelizuje takie poglądy i twierdzi, że są to tylko „luźne opinie”, a dla przeciwwagi podkreśla, iż MKOl przy podejmowaniu decyzji kieruje się przede wszystkim wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia. „Zalecenia, które otrzymujemy od WHO jasno mówią, że powinniśmy przygotowywać się do przeprowadzenia igrzysk w 2021 roku i robimy to niezależnie od prac nad szczepionką. Oczywiście, miło byłoby ją mieć, ale jeśli jej nie będzie, my kierować się będziemy zaleceniami WHO oraz japońskich władz” – zapewniał Coates w wypowiedzi udzielonej Associated Press.
W tej chwili eksperci medyczni i lekarze nie mają już pewności, że do lipca 2021 roku świat na tyle dobrze poradzi sobie z pandemią koronawirusa, że igrzyska olimpijskie w Tokio (23 lipca – 8 sierpnia) da się bezpiecznie przeprowadzić. Yoshitake Yokokura, minister zdrowia w japońskim rządzie, przyznał, że jeśli nie będzie szczepionki przeciwko Covid-19, to zorganizowanie igrzysk może okazać się możliwe, ale bardzo trudne i kosztowne. Medialne spekulacje na temat ponownego przełożenia imprezy stanowczo jednak przeciął Yoshiro Mori, prezes Japońskiego Komitetu Organizacyjnego. „Dalsze przekładanie zawodów nie jest możliwe. Jeśli nie zorganizujemy igrzysk w 2021 roku, to zostaną one odwołane – powiedział w wypowiedzi udzielonej angielskiemu dziennikowi „The Sun”. Byłoby to wydarzenie bez precedensu, bowiem do tej pory igrzyska olimpijskie w erze nowożytnej odwoływano trzykrotnie – w 1916, 1940 i 1944, ale w tych przypadkach powodem były wojny światowe.
Nie jest to jedyny poważny problem światowego ruchu olimpijskiego. Wciąż na rozwiązanie czeka kwestia przedłużającego się wykluczenia Rosji z olimpijskiej rodziny. Niedawno Departament Śledczy Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) ogłosił, że zakończył postępowanie w sprawie 298 rosyjskich sportowców, których podejrzewano o stosowanie dopingu. Zebrane dowody zostały przekazane międzynarodowym federacjom i to one mają zdecydować o ewentualnych karach.
Nagonka na rosyjskich sportowców trwa od 3 grudnia 2014 roku, kiedy to niemiecka telewizja ARD wyemitowała film dokumentalny „Jak Rosja produkuje swoich zwycięzców”. Pokazano w nim zorganizowany proceder dopingowy, w który zamieszani byli sportowcy, trenerzy, działacze, urzędnicy państwowi i służby specjalne Rosji.
W wyniku ciągnącej się już od ponad pięciu lat afery dopingowej rosyjskich sportowców wykluczono już z wielu imprez rangi mistrzostw świata, a także z letnich igrzysk olimpijskich w Tokio w 2020 oraz zimowych w Pekinie w 2022 roku. Przełożenie letniej olimpiady o rok stworzyło szansę na sprawiedliwe rozstrzygnięcie tej sprawy, zwłaszcza że wyraźnie już zmęczeni nieustającą nagonką WADA Rosjanie sami zaczęli robić u siebie porządki z dopingowiczami. Niestety, w Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA) nie wszyscy jej pracownicy okazali się rzetelni w przekazaniu do WADA danych z laboratorium w Moskwie. Ktoś tam nie dotrzymał terminu, ktoś pomieszał dokumenty, ale dla WADA winni tych manipulacji nie byli konkretni ludzie, znani im przecież z imienia i nazwiska, których można było spokojnie wskazać i ukarać, tylko całą swoją potęgę obrócili przeciwko sportowcom. Co ciekawe, WADA, chociaż oskarża i szkaluje, robi to bez podawania konkretnych faktów, nawet jakich dyscyplin sportowych dotyczy sprawa. W zamian tylko obiecuje, że dane te zostaną odtajnione po zakończeniu postępowań przez poszczególne federacje.
Obiektywnie rzecz oceniając można odnieść wrażenie, że permanentne karanie rosyjskich sportowców jest w tej chwili głównym sensem istnienia WADA. Niechcący przyznał to nowy szef agencji Witold Bańka. Otóż były polski minister sportu chwaląc pracę swoich podwładnych, powiedział: „To było wielkie przedsięwzięcie. Kryzys dopingowy w Rosji zdominował czas i zasoby WADA przez ostatnie pięć lat, ale to jeszcze nie jest koniec” – przyznał Bańka w wypowiedzi cytowanej na oficjalnej stronie internetowej WADA.
Takie podejście nie daje wielkich nadziei na szybki powrót Rosji do olimpijskiej rodziny.

Kolumbijczyka uniewinniono, Brazylijkę już nie

Znakomity kolumbijski deblista Robert Farah ostatecznie nie będzie zdyskwalifikowany za wykrycie w jego organizmie środka dopingującego. Za podobne przewinienie ukarano natomiast brazylijską tenisistkę Beatriz Haddad Maię, którą zawieszona na 10 miesięcy.

W styczniu 2020 roku Międzynarodowa Federacja Tenisowa (ITF) poinformowała o tymczasowej dyskwalifikacji Roberta Faraha. Triumfator Wimbledonu i US Open 2019 nie wystąpił z tego powodu ze swoim partnerem Juanem Sebastianem Cabalem w tegorocznym Australian Open, bo jego w organizmie wykryto zakazany boldenon. Farah zapewniał, że specyfik ten w jego kraju jest stosowany w hodowli bydła, dlatego w jego teście dopingowym został znaleziony w próbce pobranej 17 października w Cali, chociaż dwa tygodnie wcześniej tenisista był kontrolowany w Szanghaju i wynik był negatywny. „Przez cały rok byłem badany co najmniej 15 razy i zawsze wyniki były negatywne” – twierdził Farah. ITF po analizie sprawy uznała argumentację Kolumbijczyka i oczyściła go z zarzutu celowego stosowanie dopingu. Farah może już wrócić do rywalizacji i wspólnie z Cabalem zgłosił się do turnieju ATP Tour 500 w Rio de Janeiro.
Kary za doping nie uniknie natomiast Brazylijka Beatriz Haddad Maia, klasyfikowana na 58. miejscu w światowym rankingu. Została przyłapana na stosowaniu enobosarmu i ligandrolu. ITF nie dał wiary jej tłumaczeniom i nałożył na nią 10-miesięczną dyskwalifikację z uwzględnieniem już trwającego zawieszenia. Haddad Maia będzie mogła wrócić do rywalizacji po 21 maja 2020 roku.

ARD szuka afery w ciężarach

Niemiecka stacja telewizyjna ARD oskarżyła Międzynarodową Federację Podnoszenia Ciężarów (IWF) o ukrywanie przypadków stosowania dopingu. Jak twierdzą dziennikarze tej stacji, działacze światowa federacja w ostatnich latach tak organizowała kontrole antydopingowe, żeby sportowcy mogli łatwo uniknąć kontroli.

Z ustaleń ARD wynika, że w latach 2008-2017 aż 204 z 453 medalistów nie zostało poddanych testom na doping w roku zdobycia medalu. W filmie dokumentalnym wyemitowanym przez ARD postawiono zarzut, że władze IWF przez lata prowadziły politykę mającą za zadanie ukrycie przypadków dopingu, jakie miały miejsce w tej dyscyplinie. Według raportu ARD w latach 2008-2017 spośród 453 medalistów igrzysk olimpijskich lub mistrzostw świata, 204 osoby w roku wywalczenia trofeum nigdy nie były poddane testom antydopingowym. Przed kamerami ARD wystąpili m. in. reprezentantka Tajlandii Rattikan Gulnoi, brązowa medalistka igrzysk w 2012 roku w Londynie w wadze do 58 kg, która przyznała się, że już jako 18-letnia zawodniczka stosowała sterydy anaboliczne oraz były lekarz kadry Mołdawii w podnoszeniu ciężarów Dorin Balmus, który ujawnił kulisy manipulowania próbkami moczu, które są przekazywane inspektorom WADA.

O wszystkie nieprawidłowości, jakie miały i mają miejsce w ciężarach, szefa IWF oskarżył prezes niemieckiej federacji Christian Baumgartner. „Ajan przez dziesięciolecia tolerował negatywne zjawiska w ciężarach, w tym czasie w dyscyplinie panoszy się korupcja” – uważa Baumgartner. 80-letni dziś Tamas Ajan od 1975 do 2000 był sekretarzem generalnym IWF, a w 2000 roku został prezydentem federacji. W tym samym roku został wybrany członkiem MKOl. ARD pokazała dokumenty potwierdzające istnienie w Szwajcarii dwóch kont bankowych należących do IWF, na które MKOl przekazał kwotę 5 mln dolarów. O wykorzystaniu tych pieniędzy decydować miał, zdaniem ARD, wyłącznie Tamas Ajan i do dzisiaj nie wyjawił, na jakie cele te kwoty zostały wydatkowane.

W filmie zaznaczono, że MKOl w 2017 roku, po tym gdy ujawniono w ciężarach kilka przypadków dopingu, wystąpił o ponownie zbadanie próbek pobranych u zawodników po igrzyskach w Londynie i Rio de Janeiro. Ich wyników oficjalnie nie ujawniono, ale jak można domniemywać – zdaniem ARD – nic nie stwierdzono i podnoszenie ciężarów, dyscyplina, której byt olimpijski miał być zagrożony, znalazły się w programie Tokio 2020 i Paryż 2024.

Warto przypomnieć, że telewizja ARD rozpętała wcześniej dopingową histerię wokół rosyjskich sportowców w oparciu o zeznania byłego szefa rosyjskiej agencji antydopingowej (uciekł potem do USA), który zapewniał, że władze państwowe Rosji oraz federacje sportowe w tym kraju były zaangażowane w ukrywanie dopingu. W efekcie Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) oraz Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) nałożyły na ten kraj sankcje, wykluczając Rosję ze startów w igrzyskach w Rio de Janeiro 2016 i mistrzostwach świata, a teraz z IO 2020 w Tokio i zimowych w 2022 roku w Pekinie.

 

Rosjanie idą na wojnę z WADA

Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA) poinformowała w miniony piątek, że wysłała oficjalne pismo do Światowej Agencji Antydopingowej (WADA), w którym zakwestionowała decyzję o wykluczeniu Rosji z imprez sportowych światowej rangi, m. in. z letnich igrzysk 2020 roku w Tokio oraz zimowych w 2022 roku w Pekinie. Także Rosyjski Komitet Olimpijski ogłosił oficjalnie, że nie zgadza się z decyzją WADA. Głos w tej kontrowersyjnej sprawie zabrał również prezydent Rosji Władimir Putin.

Dyrektor generalny RUSADA Jurij Ganus w oficjalnym komunikacie przesłanym do mediów napisał: „Do Światowej Agencji Antydopingowej wysłany został zestaw dokumentów, w tym powiadomienie o braku zgody na sankcje, podpisanych przez radę nadzorczej i założycieli RUSADA, rosyjskie komitety olimpijski i paraolimpijski”. Zgodnie z procedurą WADA, której szefem od 1 stycznia 2020 będzie Polak Witold Bańka, musi teraz skierować sprawę do rozstrzygnięcia przez Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie (CAS), albowiem strona rosyjska dopełniła procedur dostarczając przed końcem roku odwołanie od decyzji z 9 grudnia 2019 wykluczającej Rosję z letnich igrzysk w Tokio w 2020 roku oraz zimowych w Pekinie w 2022 w związku z aferą dopingową w tym kraju.

Kara zasłużona, ale zbyt surowa

Sankcje wobec Rosji Komitet Wykonawczy Światowej Agencji Antydopingowej uzasadniła koniecznością ukarania tego kraju za fałszowanie próbek i manipulacji w bazie danych sportowców przez RUSADA. Nie uwzględniono jednak faktu, że to Rosjanie jako pierwsi wszczęli śledztwo w tej sprawie i osoby, którym udowodniono udział w tym procederze, zostały stosownie za to ukarane. Ponieważ jednak była to recydywa, nawet w rosyjskim środowisku sportowym panowało dość powszechne przekonanie, że ze strony WADA należy spodziewać się nieprzychylnej reakcji.

W światowych mediach, głównie amerykańskich i brytyjskich, jeszcze przed ostateczną decyzją zaczęły pojawiać się przecieki z liczącego 89 stron raportu WADA, wedle którego także przedstawiciele rosyjskich władz uczestniczyli w fałszowaniu wyników testów dopingowych. „Raport pokazuje, iż władze Rosji zamiast przygotować dokumenty dla WADA, zajmowały się zmienianiem, usuwaniem i manipulowaniem danymi, żeby tylko zatuszować obecność dopingu w rosyjskim sporcie” – napisano w komunikacie amerykańskiej agencji AP, na który powoływały się inne media. W komentarzach podkreślano, że Rosjanie mieli rzekomo manipulować przy dokumentach także po tym, jak zgodzili się przekazać je w ich oryginalnej formie do WADA.

Gwoli przypomnienia

Afera z dopingiem w rosyjskim sporcie wybuchła po zimowych igrzyskach 2014 roku w Soczi, a rozpoczęła się po wyemitowaniu przez niemiecką stację telewizyjną ARD dokumentu, wedle którego w Rosji stworzono system dopingowy, w który zamieszani byli sportowcy, trenerzy, urzędnicy państwowi, funkcjonariusze służb specjalnych i Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA). Zbiegło się to w czasie z politycznymi zawirowaniami wokół konfliktu rosyjsko-ukraińskiego o Krym i Donbas i nałożonymi z tego powodu na Rosję sankcjami przez USA i Unię Europejską.

Gdyby nie ta globalna polityczna rozgrywka między mocarstwami, pewnie nie doszłoby do zepchnięcia Rosji, jakby nie patrzeć jednej z największych potęg w światowym sporcie, najpierw na margines olimpijskiej społeczności, a teraz wręcz do jej wyrzucenia. Warto przypomnieć, że głównym informatorem w tej sprawie jest zbiegły do USA były dyrektor moskiewskiego laboratorium antydopingowego Grigorij Rodczenkow, który ponoć zeznał, iż „w Rosji przez lata dochodziło do tuszowania pozytywnych wyników testów antydopingowych, a proceder miał być ukrywany i finansowany przez państwo”.

Doping to powszechne zjawisko

Co ciekawe, w wywiadzie udzielonym w 2018 roku amerykańskiej telewizji CBS ten sam Rodczenkow publicznie przyznał, że wedle posiadanej przez niego wiedzy obecnie sportowcy z co najmniej 20 krajów stosują doping, który jest ukrywany.
Te rewelacje w światowych mediach przeszły jednak bez echa, natomiast każda informacja stawiająca w niekorzystnym świetle Rosjan była natychmiast rozdmuchiwana. Dlatego podjętą 9 grudnia przez Komitet Wykonawczy WADA decyzję zakazująca rosyjskim sportowcom przez najbliższe cztery lata startu w igrzyskach olimpijskich i innych zawodach sportowych o światowym zasięgu pod narodową flagą, przyjęto w świecie jako oczywistą kontynuację sankcji nałożonych na Rosję podczas letnich igrzysk olimpijskich 2016 roku w Rio de Janeiro i zimowych 2018 roku w Pjongczangu. Najnowsze sankcje WADA mają obowiązywać do 2023 roku i w tym czasie Rosja nie będzie mogła też organizować u siebie imprez rangi mistrzostw świata.

Amerykanie też koksują na potęgę

Bezkompromisowe stanowisko WADA wywołała jednak także falę oburzenia. Największą rzecz jasna w Rosji, ale nie tylko tam. Nic dziwnego, przecież doping jest zmorą całego światowego sportu i żaden kraj nie jest w tej kwestii stuprocentowo czysty. A już na pewno nie domagające się sankcji Stany Zjednoczone. Świadczą o tym kłopotliwe dla sportowego środowiska w tym kraju fakty. Choćby zniszczenie w nader zagadkowych okolicznościach zdeponowanych w magazynach WADA próbek pobranych od amerykańskich sportowców w latach 2008-2016 czy szokująca informacja o tym, że reprezentanci tego kraju są światowymi liderami pod względem liczby pozytywnych wyników testów dopingowych zrobionych od początku 2017 roku – przyłapano aż 73 zawodowych sportowców z USA.

Co ciekawe, na drugim miejscu tego wstydliwego zestawienia znalazła się Rosja, jednak zarejestrowanych przypadków stosowania zakazanych substancji przez rosyjskich sportowców było trzykrotnie mniej, bo 24. Na trzecim miejscu uplasowały się Indie z 16 pozytywnymi wynikami, na czwartym miejscu ax aequo znalazły się Brazylia i Dominikana (po 15 przypadków).

IAAF również nie jest bez skazy

Najbardziej nieprzejednana w karaniu Rosjan międzynarodowa federacja lekkoatletyczna (IAAF) ma na koncie mnóstwo przypadków instytucjonalnego tuszowania dopingu, także przy udziale wysokiej rangi działaczy, jak choćby byłego prezydenta IAAF Senegalczyka Lamine’a Diacka. W ostatniej dekadzie wielkie dopingowe wpadki zaliczyli Włosi (zdyskwalifikowano 26 lekkoatletów, w tym zawodników z krajowej czołówki). Zdumiewające w tej historii jest to, że Włoska Agencja Antydopingowa doprowadziła do gigantycznego bałaganu i w pewnym okresie ogóle nie uaktualniała danych w systemie komputerowym dotyczących aktualizacji paszportów biologicznych i miejsc pobytu sportowców. W efekcie działanie całego systemu było fikcją, ale mimo to WADA nie wyciągnęła żadnych konsekwencji.

Jeszcze gorzej wygląda sprawa nadzoru antydopingowego nad lekkoatletami w Kenii, gdzie przecież za korupcję zawieszony został prezes miejscowej federacji lekkoatletycznej, oskarżany m. in. o tuszowanie przypadków dopingu. Zawieszono także siódemkę kolejnych biegaczy z tego kraju, co sprawiło, że w ciągu ostatnich lat liczba zdyskwalifikowanych kenijskich lekkoatletów doszła do 40 osób. A trzeba pamiętać, że kontrole antydopingowe w tym kraju były i są jeszcze większą fikcją niż we Włoszech. Niewiele lepiej, a w zasadzie tak samo sytuacja wygląda w Etiopii i w zdecydowanej większości pozostałych afrykańskim krajów.

Nie powinno zatem nikogo dziwić, że w Rosji nie ma zgody na sankcje WADA. „Rosyjski Narodowy Komitet Olimpijski jest pełnoprawnym i z urzędu członkiem ruchu olimpijskiego, dlatego mamy wszelkie powody, by wierzyć, iż utworzymy reprezentację na igrzyska w Tokio. Zrobimy wszystko, aby zapewnić udział naszego zespołu pod rosyjską flagą” – powiedział przewodniczący tego gremium Stanisław Pozdniakow i potwierdził, że RNKOl jako członek-założyciel Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA) zatwierdził decyzję jej rady nadzorczej z 19 grudnia tego roku o nieprzyjęciu sankcji nałożonych przez WADA.

Prezydent wzywa do walki

Sygnał do walki wszystkim instytucjom sportowym w Rosji dał jednak prezydent Władimir Putin. „Każda kara powinna być indywidualna. Karanie wszystkich sportowców jest niesprawiedliwe. Każda kara powinna być indywidualna. Nie może być tak, że czyści sportowcy będą cierpieć za działania innych. Ta decyzja jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem i prawem międzynarodowym. Podobną decyzję podjęto przecież przed poprzednimi igrzyskami, teraz karze się nas za to samo. Żaden istniejący system prawny na to nie pozwala. Istnieją wszelkie powody, by sądzić, że podstawą takiej decyzji nie jest troska o czystość światowego sportu, ale względy polityczne nie mające nic wspólnego z interesami sportu i ruchu olimpijskiego. Zwłaszcza, że nie ma żadnych skarg na Rosyjski Narodowy Komitet Olimpijski. A jeśli nie ma żadnych skarg przeciwko niemu, kraj powinien pojawić się pod flagą narodową” – powiedział rosyjski prezydent podczas tradycyjnej już dorocznej konferencji prasowej.

Tak więc Rosja będzie teraz dochodzić swoich racji przed Trybunałem Arbitrażowym ds. Sportu (CAS) w Lozannie. Do czasu wydania werdyktu przez CAS sankcje WADA nie obowiązują.

Chcą startować pod własną flagą

Działacze WADA i światowego ruchu olimpijskiego zdają się nie rozumieć rosyjskich pretensji. Twierdzą, że przecież zawieszenie reprezentacji Rosji nie zamyka sportowcom z tego kraju drogi do występu na igrzyskach olimpijskich czy w mistrzostwach świata, bo dla nie uwikłanych w dopingowy proceder stworzono możliwość startu pod neutralną flagą. Taka sytuacja miała już miejsce na zimowych igrzyskach w 2018 roku w Pjongczangu. I bardzo się w Rosji nie spodobała, zwłaszcza gdy fetowano sukces hokeistów „Sbornej”, którzy wywalczyli tam złote medale. W Pjongczangu wystąpili jako „olimpijscy sportowcy z Rosji”, a gdy stali na podium odegrano im hymn olimpijski. Na powtórkę takiej upokarzającej sceny nikt w Rosji nie ma ochoty, dlatego WADA i MKOl muszą liczyć się tym razem z mocniejszym oporem. Włącznie z bojkotem igrzysk przez Rosjan, co w konsekwencji może doprowadzić do potężnego rozłamu w olimpijskiej rodzinie.

 

Nie będą walczyć pod neutralną flagą

Rosyjscy bokserzy oświadczyli, że nie wystartują w olimpijskim turnieju w Tokio pod neutralną flagą. Po pierwszym szoku jaki wywołała w Rosji decyzja Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) o wykluczeniu jej sportowców na cztery lata z igrzysk olimpijskich, słowa oburzenia zaczynają zastępować czyny.

Jako pierwsi stanowczo sprzeciwili się decyzji WADA przedstawiciele rosyjskiej federacji bokserskiej o czym poinformował sekretarz generalny tej organizacji Umar Kremlew. „Nasi bokserzy podjęli taką decyzję. Chcą, aby ich prawa jako sportowców olimpijskich były bronione w sądzie. Podzielamy ich zdanie jako władze federacji. Dla nas wszystkich najważniejsze jest to, aby nasi bokserzy mogli rywalizować pod rosyjską flagą i żeby w przypadku medalowych triumfów mogli usłyszeć nasz hymn. Bez tego uczestnictwo w igrzyskach nie ma żadnego sensu i byłoby dobrze, żeby to sobie uświadomili zwolennicy tego rodzaju sankcji” – stwierdził stanowczo Kremlew.

W poniedziałek, w związku z aferą dopingową w rosyjskim sporcie, WADA wykluczyła ten kraj z igrzysk w Tokio w 2020 i zimowych w Pekinie w 2022 roku. Oznacza to, że rosyjscy sportowcy nie będą mogli startować w wielkich imprezach w swoich barwach, ale możliwy jest ich występ pod neutralną flagą, podobnie jak w ubiegłym roku na zimowej olimpiadzie w Pjongczangu, i podobnie jak w 2016 roku w Rio de Janeiro. Sankcje mają obowiązywać do 2023 roku i obejmują również inne największe imprezy międzynarodowe, w tym mistrzostwa świata. W ciągu czterech najbliższych lat Rosja nie będzie mogła również organizować najważniejszych imprez.

Sankcje WADA skomentował też prezydent Rosji Władimir Putin. Zapytany o nie na konferencji prasowej po szczycie w Paryżu, powiedział: „Każda kara, jak ma to miejsce od czasów rzymskiego prawa, musi być indywidualna i wynikać z tego, co popełniła jedna lub druga osoba. Kary nie mogą mieć charakteru zbiorowego, stosować się do osób, które nie mają nic wspólnego z niektórymi naruszeniami i wszyscy to rozumieją. Wydaje mi się, że istnieją wszelkie powody, by sądzić, że podstawą takich decyzji nie jest troska o czystość światowego sportu, ale względy polityczne, nic wspólnego z interesami sportu i ruchu olimpijskiego. Zwłaszcza, że nie ma żadnych skarg na Rosyjski Narodowy Komitet Olimpijski. A jeśli nie ma żadnych skarg przeciwko niemu, kraj powinien pojawić się pod flagą narodową”. Prezydent Rosji zapowiedział też, że Rosja złoży odwołanie od decyzji WADA do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS). Mogą to w ciągu najbliższych trzech tygodni uczynić Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA), Rosyjski Komitet Olimpijski albo dowolna zainteresowana federacja sportowa. Złożenie apelacji skutkowałoby zawieszeniem sankcji aż do czasu potwierdzenia decyzji przez CAS.

 

WADA chce zawieszenia Rosji na cztery lata

Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) w miniony poniedziałek ogłosiła decyzje o nałożeniu na Rosję czteroletniego zakazu udziału we wszystkich wydarzeniach sportowych rangi światowej. Obradujący w Lozannie komitet wykonawczy tej organizacji podjął tę decyzję jednomyślnie. Rosjanie mają teraz trzy tygodnie na złożenie odwołania do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS), ale nawet w ich kraju nikt nie ma złudzeń, że coś tym wskórają.

Czteroletnie zawieszenie dla Rosji to w świecie sportu zdecydowanie najsurowsza zbiorowa kara w historii walki z dopingiem. Oznacza to, że flaga Rosji oraz hymn nie będą dozwolone podczas imprez sportowych o światowym zasięgu, jak igrzyska olimpijskie w Tokio w 2020 roku i zimowe igrzyska olimpijskie w Pekinie w 2022 roku, ale też podczas zawodów rangi mistrzostw świata w stu dyscyplinach sportu, zatem także m. in. piłkarskiego mundialu w 2022 roku w Katarze. Sankcje WADA, które zostaną z całą pewnością poparte także przez MKOl, nie odbierają szans rosyjskim sportowcom na olimpijskie starty czy w światowych czempionatach, ale tylko tym, którzy przejdą badania antydopingowe i udowodnią, że nie stosowali zakazanych substancji. Będą mogli jednak startować w zawodach wyłącznie pod neutralną flagą.

Ponadto w ramach kary rosyjscy działacze i przedstawiciele rządu nie będą mogli uczestniczyć w żadnych wydarzeniach lub zasiadać w zarządach sportowych organizacji, które podpisała globalny kodeks antydopingowy. Rosja nie będzie też mogła ubiegać się o organizację zawodów rangi mistrzostw świata, a wszystkie tego typu imprezy już zaplanowane w tym kraju w okresie czteroletniej dyskwalifikacji, mają zostać przeniesione. Sankcje nie dotyczą jednak zawodów rangi kontynentalnej, co oznacza, że zaplanowane w Petersburgu mecze przyszłorocznych mistrzostw Europy w piłce nożnej czy finał Ligi Mistrzów w 2021 roku odbędą się bez przeszkód.

WADA zaskakująco jednomyślna

Komitet wykonawczy Światowej Agencji Antydopingowej jednogłośnie przyjął zalecenia po zapoznaniu się z opinią ekspertów niezależnej komisji do spraw przestrzegania Światowego Kodeksu Antydopingowego (CRC). „Nałożona na Rosję kara jest wiadomością przesłaną tym wszystkim, którzy próbują oszukać system” – stwierdził ustępujący z końcem tego roku prezes WADA Craig Reedie (od stycznia zastąpi go Polak Witold Bańka, były minister sportu i turystyki). Z kolei wiceprezydent WADA Linda Helleland przyznała, że w jej opinii sankcje nie są jeszcze wystarczające, bo ona postulowała karę, której nie można złagodzić. „Jesteśmy to winni wszystkim czystym sportowcom” – powiedziała Helleland.

Z podanych przez WADA informacji wynika, że śledztwo wykazało iż 145 rosyjskich sportowców złamało przepisy antydopingowe. Ich nazwiska nie zostały ujawnione. „Na razie mogę powiedzieć, że jedna trzecia z tej grupy nadal czynnie uprawia sport” – ujawnił Gunter Younger, dyrektor działu wywiadu i dochodzeń WADA.

Gwoli przypomnienia. Afera dopingowa w Rosji wybuchła w 2014 roku po tym, jak niemiecka stacja telewizyjna ARD wyemitowała reportaż pt. „Tajemnice dopingu – jak Rosja produkuje swoich zwycięzców”. Ukazano w nim praktyki tuszowania oraz manipulowania wynikami testów antydopingowych, w które zaangażowane miały być władze państwowe, a nawet kierownictwo Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF). Głównymi informatorami dziennikarzy byli biegaczka na 800 m Julia Stiepanowa oraz jej mąż Witalij, pracownik Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA). Oboje opuścili Rosję i osiedlili się w nieznanym miejscu w USA. W maju 2016 roku kolejne fakty ujawnił były kierownik moskiewskiego laboratorium antydopingowego Grigorij Rodczenkow, który na łamach „New York Timesa” wyznał, iż uczestniczył w tuszowaniu pozytywnych wyników testów antydopingowych oraz podmienianiu próbek rosyjskich sportowców, którzy startowali w zimowych igrzyskach olimpijskich w Soczi w 2014 roku, w tym nawet 15 medalistów tych zawodów. Jak twierdził Rodczenkow, w proceder zaangażowane były RUSADA oraz Federalna Służba Bezpieczeństwa. On także ukrywa się do dzisiaj na terrytorium USA i rzecz jasna poparł ostatnią decyzję WADA o wykluczeniu Rosji z letnich igrzysk olimpijskich Tokio 2020 i zimowych Pekin 2022.

Już po emisji programu ARD kierownictwo WADA zleciło szeroko zakrojone śledztwo. Część zarzutów znalazła potwierdzenie i na Rosję posypały się kary ze strony różnych światowych federacji.

Skuteczne odwołania Rosjan

Podczas igrzysk w Soczi rosyjscy sportowcy zdobyli 33 medale: 13 złotych, 11 srebrnych i 10 brązowych, dzięki czemu Rosja wygrała klasyfikację medalową. Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) odebrał już jednak rosyjskim sportowcom trzynaście krążków za złamanie przepisów dopingowych, ale decyzja ta została uchylona przez CAS, który zmienił większość decyzji. Jak na razie oficjalnie Rosja z straciła dwa złote i dwa srebrne medale z liczby krążków zdobytych przez jej sportowców w Soczi. Nie przeszkodziło to jednak MKOl wykluczyć Rosję z kolejnych zimowych igrzysk olimpijskich w Pjongczangu oraz zawiesić Rosyjski Komitet Olimpijski w prawach członka światowego ruchu olimpijskiego, a rosyjskim sportowcom zabronić startu pod flagą własnego kraju w Pjongczangu.

Uznani za recydywistów

Mimo to w ubiegłorocznych zimowych igrzyskach w Korei Południowej wystartowało aż 168 zweryfikowanych przez WADA rosyjskich sportowców, co przeczyło tezie o masowym procederze dopingowym. Z międzynarodowych organizacji sportowych w 2019 roku nieprzejednana pozostawała już tylko federacja lekkoatletyczna (IAAF), która od 2015 roku uparcie zakazuje Rosjanom występów w barwach narodowych podczas imprez mistrzowskich.
Szansa na zażegnanie konfliktu pojawiła się dopiero na początku 2019 roku, gdy Rosjanie w końcu godzili się na bezwarunkowe i pełne udostępnienie bazy danych RUSADA. W przekazanych im materiałach śledczy WADA wykryli jednak manipulacje. Rosjanie przekazali dane niekompletne, bo bez usuniętych z bazy wyników pozytywnych testów rosyjskich sportowców. A ponieważ zgodnie z deklaracjami właśnie udostępnienie pełnych wyników badań do analizy ekspertowm WADA było fundamentalnym warunkiem do zniesienia kary zawieszenia Rosyjskiej Agencji Antydopingowej, komitet wykonawczy WADA uznał działania Rosjan jako recydywę i jednomyślnie zdecydował o nałożeniu na nich najsurowszej zbiorowej kary w historii walki z dopingiem.

W Rosji decyzja WADA nie była zaskoczeniem, bo spodziewano się jej już od kilku tygodni, co nie zmienia faktu, że wywołała falę oburzenia. „Z mojego punktu widzenia ten wyrok jest bezzasadny, bo nie ma jednoznacznych dowodów, kara skrzywdzi jedynie niewinnych sportowców” – stwierdził zastępca przewodniczącego komisji Dumy Państwowej ds. kultury fizycznej, sportu, turystyki i spraw młodzieży Siergiej Kriwonosow.

„Konieczna jest ostra reakcja ze strony władz, a przede wszystkim prezydenta. To w jego kompetencji leży przywrócenie porządku w tej dziedzinie w Rosji” – stwierdził deputowany Igor Lebiediew. Przeciwny temu, by sportowcy z Rosji wystąpili pod flagą neutralną jest natomiast wiceprzewodniczący Dumy Państwowej (niższej izby parlamentu) Piotr Tołstoj, z rządzącej partii Jedna Rosja. W wypowiedzi dla państwowej stacji telewizyjnej Kanał 1 deputowany stwierdził, że „karanie w ten sposób sportowców i kraju jest niesprawiedliwe”, a stało się tak tylko dlatego, że Rosja w przeszłości „nie odpowiedziała godnie na żądanie, by jej sportowcy startowali pod flagą neutralną w zimowych igrzyskach w Pjongczangu. „Nie ma sensu granie w karty z szulerem, dlatego namawiam, żeby nasi sportowcy zbojkotowali światowe imprezy. Rosja powinna zorganizować swoje turnieje i tworzyć warunki do tego, by okres do 2023 roku nie były zmarnowanym czasem dla jej olimpijczyków” – przekonuje Tołstoj.

Będą walczyć do końca

Nie wszyscy Rosjanie pałają jednak takim świętym oburzeniem na WADA i MKOl. Wybitna skoczkini wzwyż Marija Łasickiene, która od 2015 roku regularnie startuje pod neutralna flagą, stwierdziła: „Nie wątpiłam, że do tego dojdzie. To, co się stało, jest dla nas wstydem. Mimo to będę dalej startować. Nigdy nie brałam pod uwagę zmiany obywatelstwa, nie planuję tego i teraz. Będę w tym, co robię udowadniać, że rosyjscy sportowcy żyją nawet w neutralnym statusie. Robiłam tak w ostatnich latach. Smutne jest to, że sportowcy pozostali sami w swojej walce, a szefowie naszego sportu bronią nas tylko słowami” – powiedziała rosyjska lekkoatletka, trzykrotna mistrzyni świata pod neutralną flagą.

Ze zrozumieniem decyzję WADA skomentował też Jurij Ganus, szef RUSADA. „To cios w naszą reputację, którą będzie trudno odzyskać. Jednomyślna decyzja o zawieszeniu sugeruje, że argumenty przeciwko nam były więcej niż przekonujące” – stwierdził Ganus.

Rosja ma małe szanse na sukces w Trybunale Arbitrażowym, ale na pewno się odwoła. Szef Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego Stanisław Pozdniakow zapewnia, że komitet dołoży wszelkich starań, aby rosyjska reprezentacja wystąpiła w Tokio pod flagą narodową.