Mądry Amerykanin po szkodzie

Znane porzekadło o Polaku mądrym po szkodzie można odnieść również do Amerykanów – uważa szewc Fabisiak na podstawie obserwacji wydarzeń związanych z przejęciem urzędu przez nowego prezydenta USA.

Kiedy Donald Trump wezwał swoich zwolenników do gromadzenia się pod gmachem Kapitolu, to chyba można było przewidzieć, że część z nich będzie usiłowała wedrzeć się do wnętrza budynku i urządzić tam amerykański Majdan. Jednak taka ewentualność wykraczała poza wyobraźnię organizatorów uroczystości w tym oczywiście samego Joe Bidena. Wszak nie byle kto ale były prezydent George W Bush powiedział, że wyniki wyborów mogą być kwestionowane w republikach bananowych ale nie w tak demokratycznym państwie jak Stany Zjednoczone. Tkwiąc w przekonaniu o genetycznym przez Amerykanów umiłowaniu demokracji dla których Kapitol jest świętością osoby odpowiedzialne za zorganizowanie ceremonii oficjalnego zatwierdzenia wyniku wyborów nie brały pod uwagę ewentualności szturmu na Kapitol. Gdyby bowiem brały, to obstawiłyby budynek służbami mundurowymi. Wówczas mogłoby dojść jedynie do ulicznych być może gwałtownych starć jednak będący symbolem amerykańskiej demokracji święty Kapitol nie byłby zbezczeszczony.
Natomiast nowa już władza zachowała się jak Amerykanin mądry po szkodzie. Dopiero przed zaprzysiężeniem Bidena ogrodzono Kapitol betonowymi barierami a wokół samego budynku ustawiono liczne rzesze licznych w tym kraju umundurowanych funkcjonariuszy. Gorliwie strzeżono także wnętrze budynku. Usytuowano tam żołnierzy, którym w dodatku nie dano materacy co zmusiło ich do spania na twardej podłodze. Było to zagranie jeszcze bardziej nonsensowne niż postawienie całego Waszyngtonu w stan pogotowia tak jak gdyby służby wywiadowcze dostały cynk o planowanym zamachu terrorystycznym. Umieszczając wojsko na terenie Kapitolu było bowiem o tyle bez sensu, że cała ceremonia zaprzysiężenia miała się odbyć i faktycznie się odbyła przed samym budynkiem. Też bez sensu – twierdzi szewc Fabisiak. Uważa też, że cała ta pompatyczna pokazówka była pokazem siły adresowanym do przeciętnego Amerykanina mając go utwierdzić w przekonaniu o wielkości jego państwa, o skuteczności nawet po niewczasie odpowiednich służb, o tym, że władze są nieulękłe i zdeterminowane w ochronie demokracji przed – jak się wyraził Biden – krajowymi terrorystami.

Tymczasem nie było żadnych sygnałów świadczących o powtórce ataku na Kapitol. Być może w jakimś stopniu wynikało to właśnie z olbrzymiej, a zdaniem szewca Fabisiaka nadmiernej, mobilizacji środków bezpieczeństwa. Jednak z drugiej strony, inspirator marszu na Kapitol czyli sam Donald Trump nie tylko potępił przemoc, lecz także nawoływał do spokoju i opanowania. W wydanym oświadczeniu co prawda po raz kolejny potwierdził swoją „totalną niezgodę” na oficjalny wynik wyborów, lecz jednocześnie stwierdził, że przekazanie władzy powinno się odbyć w sposób pokojowy, choć sam w tej pokojowej procedurze nie zamierza brać udziału. Cóż z tego, gdyż Trump nie miał możliwości wysłania tego przekazu za pośrednictwem zablokowanego konta na twitterze i puścił to jako wiadomość tekstową na telefony komórkowe osób, które uprzednio zapisywały się na jego wiece. Zresztą sam fakt zablokowania dostępu dla bądź co bądź urzędującego prezydenta i to w dodatku tak znaczącego państwa jest ewenementem w skali światowej. Świadczy on o specyficznym pojmowaniu wolności mediów. Są one bowiem wolne co do podejmowania decyzji o tym kogo można a kogo nie należy dopuścić do głosu. Nie potrzebna jest odgórna cenzura, wystarczy wyczuć co się władzy nawet jeszcze nieformalnej może nie spodobać. Jak widać, potentaci w zakresie elektronicznej informacji nie mogą sobie pozwolić na umieszczanie tekstów niezgodnych z lansowanym odgórnie przekazem propagandowym. Do tej pory to Stany Zjednoczone krytykowały autorytarne rządy za ograniczanie dostępu do internetu. Teraz jednak same ochoczo akceptują ograniczenie swobody wypowiedzi – wnioskuje szewc Fabisiak.

Węgry: Pluralizmu mediów już nie ma

Wolne media nad Balatonem w zasadzie już nie istnieją. Większość stacji znajduje się w rękach oligarchów związanych ze strukturą władzy partii Fidesz. Opublikowany właśnie raport organizacji broniących swobody publikacji zawiera ponure wnioski.

Znaczenie rynkowe mediów krytycznie nastawionych wobec rządu jest marginalne – zauważają autorzy raportu na temat kondycji węgierskiej wolności prasy. Opracowanie zostało stworzone przy współpracy z Reporterami Bez Granic.
Eksperci wskazują, że choć rząd Węgier nie stosuje przemocy fizycznej ani nie wsadza dziennikarzy do więzienia, to ma „jasną strategię, której celem jest uciszenie krytycznej prasy poprzez umyślne manipulowanie rynkiem medialnym”, a „budowanie prorządowego imperium medialnego służy jako wielka machina propagandowa” – uznali autorzy.
Ostatni dziennik ogólnokrajowy sprzeciwiający się Orbanowi został kupiony przez jego zaufanego biznesmena w 2017 roku. Również dwa lata temu przejęte zostały ostatnie niezależne dzienniki regionalne „Hajdú-Bihari Napló”, „Észak-Magyarország” i „Kelet-Magyarország”. Co ciekawe, nowym wydawcą został, lecz austriacki magnat Heinrich Pecina, który mocną pozycję zawdzięcza przyjaźni z premierem Orbanem. W tym samym okresie dwie inne gazety „Kisaföld” i „Délmagyarország” znalazły się w rękach właściciela kasyn i potentata medialnego Andy’ego Vajnę, również nieformalnego współpracownika szefa rządu. Obaj biznesmeni są oczywiście hojnymi sponsorami kampanii wyborczej Fideszu – partii panującej niepodzielnie na Węgrzech.
Jak do tego doszło? Nad Balatonem udało się, to o czym marzy PiS – ustawę o koncentracji mediów zmieniono na korzyść węgierskich nadawców. W efekcie wielu zagranicznych koncernów medialnych podjęło decyzję o wycofaniu się z Węgier. Np. niemiecki koncern Funke Mediengruppe z Essen pozbył się udziałów w dzienniku ekonomicznym „HVG”, który był krytyczny wobec rządu, a grupa medialna z Monachium pozbyła się kanału telewizyjnego TV2.
Organizacja Reporterzy bez Granic umieściła Węgry na 87. miejscu na liście 180 państw sklasyfikowanych w rankingu wolności prasy. Podkreśliła, że rząd w Budapeszcie stara się w coraz większym stopniu poddać media swojej kontroli.