Jesteśmy rajem dla ludzi z pomysłami

Światowe rankingi innowacyjności umieszczają Polskę w swoich szarych ogonkach. Jest to głęboko niesłuszne. W kreatywności i pomysłowości bijemy innych na łeb. A wszystko to dzięki polityce państwa, która od lat rozpościera nad kreatorami nowinek swój parasol ochronny.

To dzięki tej ochronie stałem się niegdyś osobistością Rzeczypospolitej Polskiej i za 1600 zł mogłem występować w skórzanej edycji „Encyklopedii oxfordzkiej”. Dzięki wsparciu ze strony władzy, mojej nieistniejącej firmie za drobną opłatą, przyznano certyfikat zaświadczający iż jest to „Firma Godna Zaufania 2015” .

Skąd mam pewność, że za tym wszystkim stoi państwo? Stąd, że każda z firm proponujących nienależne mi tytuły działa oficjalnie. Każda zatrudnia pracowników. Każda ma swój REGON i NIP. A nade wszystko funkcjonuje w przestrzeni publicznej, o czym świadczą ich strony internetowe. A skoro tak, to państwo bierze odpowiedzialność za wiarygodność tych przedsięwzięć. Żeby tam tylko tych.

Bilety na apartament

Szukałem w sieci mieszkania do wynajęcia. Znalazłem. Niezła lokalizacja. Comiesięczne koszty niższe o jedną piątą niż w innych ogłoszeniach. Żadnej kaucji nawet. A na dodatek jak byk stało, że to przez pośrednika. Taki pośrednik zaś musi mieć umocowanie prawne, czyli jest instytucją jak najbardziej godną zaufania. Dzwonię zatem i z automatycznej sekretarki dowiaduję się, że winienem się wprzódy zarejestrować na stronie internetowej. Się rejestruję. Po paru godzinach dzwoni miły pan i oferuje pokazanie interesującego mnie lokalu. Ponieważ jednak pan jest zabiegany, a ludzie robią sobie z pana jaja i są niesłowni, pan winszuje sobie najpierw przelanie na jego konto drobnych 150 zeta.

Ponieważ facet uczciwie stawia sprawę, transferuję hajs na podane na stronie jego biura konto. Umawiam się i oglądam dwa pokoje z kuchnią za 1200 zł miesięcznie. Rzecz jasna jestem chętny wynająć mieszkanie od razu. Niestety pan ma dwóch klientów, którzy oglądali je wcześniej i mają dać odpowiedź w ciągu 2 dni. Uczciwość pośrednika była porażająca. Odczekuję 48 godzin i dzwonię. Niestety. Mieszkanie poszło w ręce jednej z czekających osób.

Moje 150 zeta odpłynęło w niebyt.

Tyle, że ogłoszenie o wynajęciu wciąż wisiało. Zniknęło dopiero po 3 miesiącach.

Tak, wiem. Dałem się zrobić w bambuko. A najgorsze, że miłemu panu mogłem nagwizdać, bo na końcu jego strony internetowej stała napisana małym druczkiem formułka prawna sprowadzająca się do tego, że to co pan robi jest cacy, a ja wpłacając kasę, działam na własną odpowiedzialność.
Odpuściłem. Gdybym sprawę zgłosił na policji, byłbym ciągany na przesłuchania i rozprawy w nieskończoność. A potem i tak okazałoby się, że nie miałem racji, albo, że w grę weszła mała szkodliwość czynu.
Przedsiębiorczy młody człowiek urósł w moich oczach. Przyjmując skromnie, że każdego dnia pokazywał mieszkanie 2 osobom i że trwało to przez 3 miesiące, to w tym czasie zarobił w granicach 27 tysięcy. Biorąc pod uwagę, że poświęcał na to, góra, 2 godziny dziennie, to efektywność tej innowacji zasługuje na uznanie.

Subwencja na kości

Rzuciło mnie czas jakiś temu do Kędzierzyna-Koźla. Od tubylców powziąłem informację, że na miejscowym cmentarzu masowo wykopuje się Niemców. I faktycznie. Leżeli sobie kilkadziesiąt lat, w oznakowanym miejscu, nawet zadbanym, a teraz ich gnaty pozwalają dostatnio żyć ludziom z głowami pełnymi dobrych pomysłów. Jeden z nich zasadzał się na pozyskaniu pieniędzy unijnych. Unijnych, bo wszak Republika Federalna Niemiec do Unii Europejskiej przynależy. Okazało się, że hajs jest duży i w dodatku co roku pojawia się na nowo.

Aby go przetransferować do własnych kieszeni należało tylko powołać stowarzyszenie i wysłać zaproszenie do tańca do Niemców. Chwyciło. Teraz można robić to, co się robi. Rozkopać istniejący cmentarz. Wydobyć bezimienne kości należące do 2 tysięcy nieboszczyków. Włożyć je do specjalnych trumienek. Przewieść trumienki do Poznania. Zaparkować je na cholera wie jak długo w specjalnym magazynie. Potem zaś pochować na nowo, tyle, że na innym cmentarzu.

Przeflancowywanie niemieckich trucheł trwa od 18 lat. I potrwa tyle, co orkiestra Owsiaka. Dzięki inwentyce paru osób, pracę mają setki. Państwo polskie nie dość, że do interesu nie dokłada, to czerpie zeń choćby podatki od wynagrodzeń. Za wszystko zaś płaci Bundesrepublika i dopóki nie widzi w tym wszystkim bezsensu – będzie płaciła.

Noblista na zmarszczki

Jak ktoś skończył 50 lat jakiś czas temu i ma młodą narzeczoną, to nie powinien być zdziwiony, że któregoś dnia zaproponuje ona, by kupił sobie krem „likwidujący procesy starzenia skóry już na poziomie DNA. Taki innowacyjny krem jest dodatkowo wzbogacany o składniki, które stymulują komórki m.in. do szybszej regeneracji i zwiększonej produkcji kolagenu. Dzięki temu wystarczy zaledwie kilka dni by usunąć zmarszczki i cieszyć się gładką, promienną skórą. Krem oparty o formułę nanocząsteczkową wbrew pozorom nie kosztuje fortuny”.

Fakt, 550 złotych to nie fortuna. Zwłaszcza, że informacja jest ubogacona wizerunkiem, imieniem i nazwiskiem profesora, który za odkrycie substancji regenerującej DNA dostał Nobla.

Wklikuję nazwę kosmetyku i okazuje się, że w internecie jest go pełno. Piszą o nim wszystkie portale. Wypowiadają się autorytety i ci, którzy go stosują. Gdyby nie to, że liznąłem coś o DNA i wiem, że nie ma bola, by coś regenerowało każde DNA, to pewnie wysupłałbym pół tysiaka. Zamiast tego wlazłem na stronę komitetu noblowskiego i nigdzie nie znalazłem ani facjaty profesora, ani tym bardziej jego nazwiska.

Nauczony doświadczeniem z mieszkaniem zajrzałem na sam dół oficjalnej strony kremu. A tam drobnym druczkiem było co następuje: „Wyniki nie mogą być gwarantowane i mogą się różnić u każdego z użytkowników, zależy to od indywidualnych uwarunkowań skóry i ilości subiektywnie odczuwanych korzyści”.

Pod spodem była zaś „Nota prawna” stanowiąca, że „Utrata zmarszczek pokazana na tej stronie – nie odzwierciedla średnich wyników uzyskanych po zastosowaniu kremów przeciwzmarszczkowych. Ta strona internetowa ilustruje pewne szczególne przypadki ludzi, którzy mieli zaprezentować wyjątkową sytuację utraty zmarszczek, do których mogły przyczynić się dodatkowe czynniki. Typowe wyniki używania kremu nie zostały poddane naukowym badaniom przeprowadzonym na reprezentatywnej próbie”.
Jeśli zatem, ktoś poczuł się zrobiony przez oficjalne informacje i autorytety w wała i chciałby podzielić się podejrzeniem o oszustwo z UOKiK-em, to niech sobie da siana. Firma dzięki tym dopiskom może spać spokojnie. Zatrudniać dziesiątki ludzi i dawać zarobić internetowym „wiarygodnym” źródłom informacji. Żaden jeleń nie zgłosi oszustwa prokuraturze. Tak samo jak nie zrobi tego – choć powinien z urzędu- urząd chroniący obywateli przed kantami. Innowatorzy, którzy wdrożyli nowatorską metodę marketingową „na noblistę”, cieszą się pełnym wsparciem Rzeczypospolitej.

Domena pracowitości

Kiedyś pisałem o pewnym Funduszu mieszkaniowym. Gdy tekst się ukazał, zostałem przez Fundusz zaatakowany, że łżę. Okazało się bowiem, że korzystałem z informacji ze stron z nazwą Funduszu. Na stronach tych były opisane i pokazane wszystkie jego inwestycje. Opublikowano też cenniki i dziesiątki informacji związanych z Funduszem. No i było logo. W sumie, internetowa publikacja liczyła sobie kilkadziesiąt stron.

Tyle, że – jak poinformowała mnie miła pani rzecznik Funduszu – to wszystko było bezprawnym podszywaniem się.

Gdyby nie to, że zobaczyłem stosowne kwity wysłane w tej sprawie do prokuratury, to bym nie uwierzył. Bo po jaki puzon, ktoś zadawałby sobie setki roboczogodzin i robił dobrze jakiejś instytucji? (Dobrze z tego powodu, że pirackie strony tak naprawdę reklamowały ofertę funduszu.) Te informacje, z których skorzystałem, też były prawdziwe, tyle, że ich okres przydatności do spożycia się skończył i z oficjalnych stron Funduszu już wyleciały.

O co zatem chodziło piratom-pracusiom? Oczywiście o szmal. Ich działania zaś są nowatorskim wkładem w rozwój niegdysiejszej brutalnej metody wykupywania domen (czyli adresów stron z nazwami firm lub produktów) i odsprzedawania ich z kilkunastokrotnym przebiciem.

Dziś jak jakaś firma ma zahulać w internecie, to wylansuje sobie nową, własną domenę. Dlatego pirat nie proponuje odsprzedania gołego adresu. Chce lunąć działający portal. Działający i nieco tylko wprowadzający w błąd. Nieznacznie, ale na tyle wkurzająco dla zainteresowanych, że utopią każdy szmal, by pirackie strony odkupić.

Oczywiście po stronie oficjalnej firmy powinny stanąć prawo autorskie, prokuratura i sądy. Powinny. Praktyka jednak pokazuje, że w ich działaniach górę bierze sprzyjanie innowatorom.

Organy państwa wspierają wszak biznesmenów myślących nieortodoksyjnie, zwłaszcza, gdy na tym korzystają podatkowo. Zwykły obywatel musi się ze wszelkimi przejawami pomysłowości ludzkiej mierzyć na własną rękę. Bo właśnie polskie pozostawienie człowieka samemu sobie, jest w skali Unii Europejskiej największą innowacją.

Przemoc rodzi(c) przemoc Ważny tunajt

Przemocą gardzę i przemocą się brzydzę. Zarówno małą, domową, jak i wielką, na polu boju. Żadna nie jest ani sprawiedliwa, ani nie da się niczym usprawiedliwić. Bo czy bijesz ty czy ciebie biją, ból jest dokładnie taki sam, i takie same, opłakane skutki dla ludzkości-w skali makro i mikro. Z tym większą uwagą przeczytałem wywiad Magdaleny Rigamonti z Rzecznikiem Praw Dziecka Mikołajem Pawlakiem. I zbladłem.
We wzmiankowanym wywiadzie RPO, Mikołaj Pawlak, pytany o to, czy klaps to też bicie wspomina, że klapsy nie zostawiają zbyt dużego śladu, ale on sam swoich synów nigdy nie karał fizycznie, choć chłopaki potrafią dać mu w kość. Z kolei sam pan Rzecznik z estymą wspomina swojego ojca, który zlał mu tyłek, kiedy na to zasłużył, w myśl zasady, że cóż to za ojciec, który swych dzieci nie karci. Pan Mikołaj Pawlak urodził się w 1980 r. Jest starszy ode mnie o 2 lata, a czytając jego słowa odnosiłem wrażenie, że czytam wywiad z nobliwym starcem, który swoją kindersztubę i poglądy na rzeczywistość wyniósł z ziemiańskiego domu pod Wilnem, gdzie bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała. Według pana Mikołaja Pawlaka, „trzeba odróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Mało Państwu? To czytajmy dalej. Na pytanie, czy da się to odróżnić, stwierdza, że „wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc.”. Idąc tropem myślenia pana Rzecznika, przemoc, czy to fizyczną, czy psychiczną, zakładając, że Mikołaja Pawlak zakłada jej istnienie, można rozgraniczyć na tą małą, z niską szkodliwością społeczną i tą naprawdę dużą, gdzie zaczyna się granica działania jego uprawnień, jako tego, kto stoi na straży praw polskiej dziatwy. Darujcie Państwo, ale czegoś równie kuriozalnego nie słyszałem dawno. Aż nadto z kolei słyszałem, lub raczej, słyszę co dnia, litanie pohukiwań, wrzasków a czasami wręcz gróźb rodziców wobec ich własnych dzieci, bo codziennie bywam na placach zabaw ze swoją 3-letnią córeczką. Zwykle są to te same place na Żoliborzu. I nie ma dnia, żebym nie słyszał, jak opiekunowie swoich pociech strofują je za byle przewinienie. Na szczęście nie są to jakieś straszne przewiny, ale zawsze ze sporym absmakiem wychodzę z piaskownicy, gdy jestem świadkiem takich krzywych akcji. Raz nawet zwróciłem jednej pani uwagę, kiedy ostentacyjnie, na cały plac, krzyczała na swojego synka, który coś zmalował. Inne dzieci oderwały się od swoich klocków i babek z piasku, a ta obsobaczała go w najlepsze. Nawet jakbym chciał nie słyszeć, to i tak nie było gdzie uciec. Poprosiłem więc panią grzecznie, czy nie mogłaby jednak trochę się powściągnąć, bo inne dzieci się jej po prostu boją. Zaznaczam, że oprócz mnie i krzyczącej pani na placu zabaw byli też inni rodzice. Otrzymałem odpowiedź, żebym się od…czepił, i żebym zajął się własnym dzieckiem, a nie wtrącał się w cudze sprawy.
I teraz, Szanowni Państwo, połączcie sobie w głowach kropki-od komunikatu Rzecznika o tym, że niektórzy krzyk uznają za przemoc, po sytuację, którą przytoczyłem powyżej. Jaki przekaz dostają ci wszyscy, zdezorientowani rodzice, którzy wciąż się wahają, czy karcić dzieci fizycznie, czy na nie krzyczeć; czy kłócić się przy nich z partnerem, czy angażować je w konflikty między rodzicami, skoro Państwo, które daje im co miesiąc z łaskawością po 5 stów na malca, ustami swojego najlepszego syna od praw dzieci mówi, że w zasadzie jeden klaps to nic takiego, a krzyk ma działanie na wpół terapeutyczne. Na Zachodzie, tym lewackim i zdemoralizowanym najlepiej, zachowanie takie, jakie zaprezentował na łamach Pan Rzecznik, zostałoby w trymiga napiętnowane i uznane za skandaliczne. Zwłaszcza przez rządzących. U nas tymczasem, brawo biją Rzecznikowi Wojciech Cejrowski i jemu podobni, którzy XIX-wieczne kanony wychowania uznają za normę. Bo wszak dziadziuś bił pasem, tatuś bił, to i co mi się będzie Państwo wtrącało czym ja biję. Zawsze dzieciak dostawał w skórę i dobrze było. Zawsze kompot był na stole a obok niego schabowy, bo zawsze go babcia i mama smażyły na obiad. Wszystko fajnie, tylko że zawsze, to nie znaczy że dobrze. Mogły wszak smażyć go źle. A kiedy po 30 latach zbieranego, błędnego doświadczenia, ktoś próbuje towarzystwo nauczyć robienia rzeczy poprawnie, podnosi się rwetes, że to zamach na tradycyjne wartości i na rodzinę. I najsmutniejsze jest to, że w ten dyskurs wpisuje się relatywnie młody człowiek, który ma stać na straży tego, żeby dzieciom w Polsce nie działa się krzywda. Żeby nikt się na nie nie wydzierał ani ich nie bił. Nawet klapsem. Bo to przemoc jak każda inna.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Za mało pieniędzy i zaufania

Rozwój rolnictwa ekologicznego w naszym kraju jest utrudniony, bo konsumenci są zbyt biedni i nie bardzo wierzą w rzetelność eko-producentów.

 

Rolnictwo i żywność ekologiczna w Polsce zamiast spodziewanego dynamicznego rozwoju, przeżywają od kilku lat okres stagnacji albo regresu.
Podczas gdy liczba producentów zatrzymała się na granicy około 23 tysięcy, powierzchnia upraw skurczyła się z 670 tys. ha w 2013 r. do niespełna 500 tys. ha obecnie, to jest do stanu z 2010 roku.
Część gospodarstw wstrzymuje produkcję ekologiczną wraz z końcem dopłat, bo bez takiego wsparcia staje się ona nieopłacalna. A wszystko to w czasie, gdy zapotrzebowanie na żywność ekologiczną w krajach rozwiniętych rośnie. W samych Niemczech rynek takich produktów jest już wart 10 mld euro

 

Nie wierzymy w to, co jemy

Polska ma potencjał, by stać się dużym producentem na rynku żywności ekologicznej. Tak się jednak nie dzieje, a produkty wytworzone w naszym kraju, wykorzystywane są z zyskiem głównie przez zagraniczne firmy.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Po pierwsze Polacy wciąż bardzo mało wydają na produkty ekologiczne. Mało też i zarabiamy, więc po prostu nas na nią nie stać. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju przeznacza na żywność ekologiczną rocznie 4 euro. Dla porównania, Niemiec 100 euro, a Duńczyk 200 euro. Średnia europejska to 44 euro. Jesteśmy nawet poniżej średniej światowej, która wynosi 11 euro.
Polacy nie kupują żywności ekologicznej, bo jest ona relatywnie znacznie droższa od tej konwencjonalnej, Dzieje się tak dlatego, że polskich produktów ekologicznych jest w sklepach mało. W ten sposób mamy do czynienia z błędnym kołem, bo skoro żywność ekologiczna jest znacznie droższa od konwencjonalnej, to kupujemy jej mało.
Inna kwestia to brak zaufania. Nie zawsze jesteśmy przekonani o tym, czy żywność reklamowana jako ekologiczna, jest naprawdę ekologiczna. I niestety niejednokrotnie okazuje się, że nasze obawy są uzasadnione. Rozmaite kontrole wykazują bowiem, że produkty rzekomo ekologiczne, często pochodzą z normalnego przemysłu spożywczego.
Specjaliści podkreślają też, że na wyższe ceny wpływają rozciągnięte łańcuchy dystrybucji. Rolnicy narzekają zaś, że nie mogą sprzedać swoich produktów po godziwej cenie, więc w rezultacie albo przestawiają się z powrotem na produkcję konwencjonalną, albo znajdują zagranicznego odbiorcę.
Za granicą z polskiego surowca robi się zaś ekologiczną żywność przetworzoną, na której niemieccy, francuscy, duńscy czy holenderscy producenci zarabiają naprawdę duże pieniądze. I to właśnie głównie te produkty znajdujemy w Polsce na półkach ze zdrową żywnością – naturalnie w cenach zbyt wysokich dla przeciętnego Polaka.

 

Niech państwo pomoże

Oczywiście żywność ekologiczna zawsze musi być droższa od tej wytwarzanej w przemysłowy sposób. Chodzi jednak o to, by jej cena była jakoś powiązana z kosztami produkcji i racjonalnie uzasadniona korzyściami, jakie dla zdrowia konsumentów przynosi jej zakup. Jak więc zwiększyć popyt na polskie produkty ekologiczne w naszym kraju, skoro trudno liczyć na najskuteczniejszy mechanizm, czyli szybki wzrost zamożności rodaków?
Na przykład, strategia Duńczyków, europejskich liderów w konsumpcji takiej żywności, polega na wydzieleniu puli środków na promocję żywności ekologicznej na rynku krajowym. Zwiększana jest ilość produktów ekologicznych w zbiorowym żywieniu, zwłaszcza w szkołach i instytucjach publicznych. Rolnicy ekologiczni korzystają ze szkoleń, mówiących jak mogą produkować taniej.
Polscy producenci żywności ekologicznej zapewne z zadowoleniem przyjęliby takie działania. Wśród największych barier w swej działalności wymieniają bowiem właśnie brak promocji, brak realnego wsparcia państwa w zbycie oraz brak profesjonalnego doradztwa zawodowego.
Polski rolnik, chcący przestawić się na produkcję ekologiczną, pozostawiony jest w praktyce sam sobie. Musi zmierzyć się z gąszczem przepisów, w których ciężko odnaleźć rzetelną wiedzę o tym, jakich nawozów i środków ochrony roślin może używać.
W rezultacie, w obawie przed utratą dopłat, często nie używa żadnych, co przekłada się na zmniejszoną efektywność produkcji. Dla kontrastu we Francji, rolnicy ekologiczni otrzymują na ten temat obszerne publikacje, dzięki którym mogą dostosować odpowiednie środki do prowadzonych upraw.
Wydaje się, że w Polsce nikt nie zajmuje się wspieraniem produkcji żywności ekologicznej. Nie funkcjonuje u nas skuteczna promocja żywności ekologicznej. Nie ma też „zielonych zamówień publicznych” (na przykład dla szkół), które mogłyby szybko i skutecznie podnieść zapotrzebowanie na takie produkty.
Tymczasem rolnictwo ekologiczne to nie tylko żywność, która jest zdrowsza od wytwarzanej metodami przemysłowymi.
Produkcja ekologiczna jest mniej szkodliwa dla środowiska naturalnego, ma walory edukacyjne, uczy odpowiedzialności za dostarczany produkt. Promocja polskiej żywności ekologicznej, przy dużym potencjale naszego rolnictwa, mogłaby przełożyć się na poprawę ogólnego wizerunku polskich produktów spożywczych.