W obliczu zagrożenia

Kongres Świeckości w wyborach parlamentarnych

W obliczu realnego zagrożenia umocnieniem i kontynuacją rządów narodowo-wyznaniowej, populistycznej partii polskiej prawicy i wobec sukcesywnej dewastacji instytucji demokracji parlamentarnej w naszym kraju oraz nasilającego sie antagonizmu różnych grup społeczeństwa wszystkie wolnościowe i postępowe ugrupowania polityczne, organizacje społeczne i inicjatywy obywatelskie powinny dążyć do utworzenia jednolitego frontu walki z partią rządzącą i jej faktycznym, chociaż nieformalnym koalicjantem jakim jest Kościół katolicki . Kwestią dyskusyjną była natomiast konkretna decyzja czy front wyborczy powinien mieć formę koalicji łączącej odległe od siebie światopoglądy i wizje państwa demokratycznego czy raczej bardziej właściwe będzie utworzenie bloków obejmujących partie i organizacje obywatelskie o podobnym profilu ideowym ? Dzięki postawie PSL ,odmawiającego startu w wyborach razem z partiami lewicowymi, a także decyzją lidera PO o ograniczeniu koalicji do wypróbowanych partnerów, którzy w przeciwieństwie do SLD zadowolą się ograniczona reprezentacja na listach wyborczych, z nadzieją i rozbudzonymi oczekiwaniami powitaliśmy narodziny przedsięwzięcia wyborczego o roboczej nazwie „Lewica” , a sprowadzającego się do umieszczenia na listach SLD kandydatów partii Razem i Wiosna Roberta Biedronia.
Uznając, że w Polsce doszło do faktycznego zniszczenia demokracji parlamentarnej i rządów prawa, zlikwidowania trójpodziału władz i porządku konstytucyjnego ukształtowanego obowiązującą formalnie w dalszym ciągu Konstytucją RP z 1997 roku, organizacje tworzące porozumienie wyborcze SLD wezwane są do połączenia wysiłków nie tylko w ramach wspólnego przedsięwzięcia wyborczego, ale także do pełnej współpracy z innymi koalicjami, uznającymi demokrację liberalną za obowiązujący porządek organizacji państwa jako najlepiej odpowiadający konkurencyjnym różnicom ideowym istniejącym pomiędzy konserwatywnymi, a modernistycznymi wizjami współczesnego świata i Polski. Tylko poprzez współpracę, której znaczenie podkreślać będzie program lewicy utworzone koalicje wyborcze o różnej proweniencji maja szanse uzyskać poparcie społeczne na poziomie umożliwiającym ewentualne odsunięcie od władzy partii rządzącej. Jednocześnie warto zauważyć, że tylko lewica priorytetowo traktuje konieczność przeciwdziałania klerykalizacji państwa i polityzacji obowiązującej w Polsce wersji religii katolickiej, poprzez głoszony postulat świeckości państwa – zakładający przeprowadzenie rozdziału państwa oraz kościołów i związków wyznaniowych. Tylko takie stanowisko odpowiada rzeczywistemu stanowi spraw w Polsce, w której władza – przy aktywnym poparciu Kościoła katolickiego i stanowiących jej zaplecze związków zawodowych „Solidarność” – dąży do zainstalowania autorytarnego państwa klerykalnego. W wypadku wygrania wyborów parlamentarnych przez dotychczas rządzącą partię narodowo-wyznaniową możemy spodziewać się próby zmiany obowiązującej Konstytucji RP, albo też ustaw zwykłych gdyby nie zdołano zebrać odpowiedniej konstytucyjnej większości (2/3 głosów przy obecności połowy ustawowej liczby 460 posłów), która zagwarantuje Kościołowi katolickiemu panowanie ideologiczne, a realnie pozycję prawną i ekonomiczną tj. stałe finansowanie uniezależniającą od zmniejszającej się liczby wiernych w wyniku nieuchronnej sekularyzacji.
Wobec ukształtowania się bloku lewicowego pod szyldem SLD, nie tylko partie polityczne lecz także organizacje obywatelskie reprezentujące postępowe, pro-demokratyczne i pro-społeczne przekonania otrzymały wdzięczne pole do współdziałania . Zachowując swoją odrębność organizacyjno-ideową i program , z pełną świadomością podporządkowania się celowi nadrzędnemu jakim jest odsuniecie od władzy i pociągnięcie do odpowiedzialności konstytucyjnej i karnej reprezentantów obecnej władzy, którzy dopuścili się łamania prawa, mogłyby wnieść do Sejmu ożywcze i wolne od partyjnej retoryki nawyków, świeże spojrzenie na bieg spraw w Polsce, aktywność wyniesioną z uczestniczenia w ulicznej opozycji ubiegłych lat oraz zdolność do organizowania przedsięwzięć i kampanii społecznych
ponad podziałami.
Celem nadrzędnym bowiem wszystkich postępowych bloków i koalicji wyborczych poza przywróceniem ładu demokratycznego w państwie i miejsca Polski w strukturach Unii Europejskiej powinno stać się uwolnienie państwa z gorsetu dotychczasowych przywilejów Kościoła tj. świecki i praworządny charakter państwa. W zasadniczym stopniu decyduje on o możliwości usprawnienia życie obywateli, realizacji zasady równości i sprawiedliwości społecznej, a nawet ochronie klimatu. Nie ulega wątpliwości, że potrzebna jest natychmiastowa interwencja w zakresie organizacji i warunków funkcjonowania służby zdrowia, kwestii budownictwa mieszkaniowego, edukacji powszechnej i ochrony środowiska. a w dalszej kolejności kwestie związane ze równością praw, sprawami ekonomicznymi, wymiarem sprawiedliwości, jednakże w każdej z tych kwestii w mniejszym lub większym stopniu będą wymagały stanowczych działań nienormalne bo zaryglowane konstytucyjno-konkordatowym układem relacje z instytucja kościoła.
Ogromną rolę w uporządkowaniu systemu zabezpieczeń socjalnych byłoby znalezienie możliwego do zaakceptowania przez wszystkie organizacje tworzące lewicowe porozumienie wyborcze takiego sposobu polepszenia sytuacji ekonomicznej obywateli naszego kraju, która stanowiąc alternatywę dla populistycznego, chaotycznego rozdawnictwa jednocześnie realizowałaby spójne cele społeczne i gospodarcze. W odczuciu znacznej części społeczeństwa żyjącego z pracy najemnej jest zupełnie nieakceptowana sytuacja, w której nawet najniższe wynagrodzenia opodatkowane są podatkiem dochodowym, natomiast nawet największe transfery socjalne podatkowi temu nie podlegają. Zasadne i pilne jest powiększenie kwoty wolnej od opodatkowania skorelowanej z aktualnym minimum socjalnym, które stanowić powinno ej minimum kwoty wolnej od opodatkowania podatkiem dochodowym zapobiegając postępującemu ubożeniu najniżej zarabiających. W przyszłości kwota minimum socjalnego jako wolna od opodatkowania mogłaby stanowić punkt wyjścia do wprowadzenia obywatelskiego, gwarantowanego dochodu podstawowego jako alternatywa dla transferów socjalnych władzy.
Wiodąca dla znacznej części lewicowego elektoratu idea świeckiego państwa zakładającego przede wszystkim przeprowadzenie takich zmian prawnych, które stworzą tamę dla bezpośredniego instytucjonalnego dostępu Kościoła do rządów ułatwiłaby w przyszłości realizację zmian społecznych i ekonomicznych. Należy jednak przy tym pamiętać, że ustępstwa polityczne kreujące instytucjonalny dostęp kościoła do władzy uzyskane były już w okresie komunizmu w zamian za stabilizowanie sytuacji politycznej. Po jego upadku, poprzedzonym prawnym zawarowaniem w ustawach z 1989 roku pozycji kościoła i kleru, a także dzięki ukształtowanej przez lata zdolności Kościoła do prowadzenia działań zakulisowych, a także w obliczu trudności związanych z transformacją gospodarczą i kształtowaniem się systemu demokratycznego, politycy zdecydowali się na podzielenie się z kościołem suwerennością państwa. Przyjmując fikcję istnienia tzw. „przyjaznego rozdziału” zwaną też „separacją skoordynowaną” ustanowili w konstytucyjnym uregulowaniu art. 25 ust.3 i 4 zasadę bilateralizmu tj. współdziałania państwa z instytucją kościoła „dla dobra człowieka i dobra wspólnego”. Z uwagi na fakt, że stosownie do art.1 Konstytucji RP dobrem wspólnym jest Rzeczpospolita, to oznaczałoby że we wszystkich sprawach dotyczących naszego kraju wymagane jest współdziałanie rządu z kościołem na zasadach ustalonych w konkordacie. Stworzony w ten sposób rygiel konstytucyjno-konkordatowy wyłączałby możliwość wprowadzania zmian w relacjach państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi i na trwale przesądzał o wpływie Kościoła katolickiego na sprawy publiczne i społeczeństwo. Taki punkt widzenia, podzielany przez polityków legitymujących się solidarnościowym rodowodem byłby zasadny, gdyby nie konstytucyjne doprecyzowanie dotyczące autonomii i niezależności wzajemnej państwa i kościołów oraz związków wyznaniowych. W sposób wyraźny rozgranicza ono spektrum działalności instytucji religijnych od aktywności państwa. Właśnie w tej sferze poza religijnej aktywności państwa leżą główne, a dostępne legislacyjnie możliwości kształtowania pozycji kościołów. Właśnie w niezależności i autonomii suwerennego państwa należy poszukiwać możliwości realizacji postulatu rozdziału z kościołami i związkami wyznaniowymi wykorzystując przy tym faktyczne przymierze Kościoła katolickiego z partią rządzącą. Trzeba przy tym zwróć uwagę, że zakończony został decyzją hierarchii kościelnej etap tzw. „przyjaznego rozdziału” państwa i Kościoła, wobec zadeklarowania przyjaźni tylko z jedną, a mianowicie rządzącą obecnie opcją polityczną. Przesądza to o możliwości poszerzenia sfery działania państwa w wypadku powodzenia wyborczego, które doprowadziłoby do zmiany władzy . Zasadnicza redukcja pozycji Kościoła katolickiego, który nie może być już traktowany jako wiarygodny partner innej niż obecna władzy ani nie zagwarantuje przyszłej władzy wartościowego wsparcia leży w jej żywotnym interesie. Tym bardziej, że proces odchodzenia od kościołów i związków wyznaniowych dużej liczby wiernych będzie postępował.
Nawet jeżeli opozycja polityczna nie wygra nadchodzących wyborów to utworzone bloki wyborcze będą miały niepowtarzalną okazje do konsolidacji i poprzez zaistnienie w organach władzy ustawodawczej będą mogły wykonać niezbędną pracę w zakresie edukacji społecznej, propagowania swoich programów i ofert politycznych koncentrując się podobnie jak obecnie rządząca partia, gdy była w opozycji, nad pracą ze społeczeństwem. Kongres Świeckości oczekuje włączenia jego postulatów i dorobku do oferty politycznej jak też stworzenia warunków i zapewnienia udziału w pracach podejmowanych dla uporządkowania relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi licząc że jego aktywiści będą uwzględnieni na listach wyborczych do Sejmu i Senatu.

Flaczki tygodnia

„Proszę, by tego rodzaju kłamliwymi argumentami nie posługiwać się w kampanii, bo to jest ohydne i nieprzyzwoite/…/ to wstrętna nieprawda”. Tak skomentował pan prezydent Andrzej Duda pojawiające się informacje, że rząd PiS zamierza obniżyć emerytury żołnierzom zawodowym i ich rodzinom. I aż zatrząsł się z oburzenia.

Zaraz po przemówieniu i trzęsionce prezydenckiej w Internecie pojawiły się kopie sejmowego druku nr 1105 prezentującego projekt ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych i ich rodzin. Przewidującego „dezubekizację”, czyli obniżki emerytur dla każdego zawodowego żołnierza, który w swojej karierze pracował w cywilnych bądź wojskowych formacjach zaliczanych przez IPN do „organów bezpieczeństwa państwa totalitarnego”.
Do takich „organów” IPN zalicza Wojska Ochrony Pogranicza, WSW, czyli ówczesna żandarmeria wojskowa i wszelkie formacje zajmujące się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym armii, w tym żołnierze, którzy na „misjach zagranicznych” prowadzili działania operacyjno-rozpoznawcze.

I tak wyszło na to, że to pan prezydent mówił „wstrętną nieprawdę”. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni.

Prezydencką nieprawdę usiłował wytłumaczyć jego rzecznik prasowy pan minister Błażej Spychalski. Poinformował, że panu prezydentowi tak naprawdę chodziło o emerytury wyłącznie dla żołnierzy, którzy byli na „zagranicznych misjach”. I dementował plotki o obniżkach tylko tych emerytur.

Zatem pan prezydent uroczyście zadeklarował, że nie podpisze ustawy, której projektu nie ma. I nie ma szans aby ją podpisał, nawet gdyby nagle zechciał. Nie odniósł się za to do ustawy o obniżkach wojskowych emerytur, która od miesięcy leży w Sejmie RP. Gotowa do uchwalenia, ale pewnie dopiero po wyborach parlamentarnych, jeśli PiS znowu zdominuje Sejm. I wtedy pan prezydent nie uchyli się od podpisu.

Uwaga wojskowi i rodziny wojskowych.
Los waszych emerytur jest w waszych rękach. „Flaczki” przypominają, że jedyną partią, która konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim „dezubekizacjom” to Sojusz Lewicy Demokratycznej.
„Flaczki” przypominają, że trzynastego października możecie wybrać parlamentarzystów z SLD, którzy mogą zablokować PiS-owską mściwość.

W 2018 roku łączne wydatki na wojsko na całym naszym świecie wyniosły 1 bln 822 mld dolarów USA. Polskie wydatki na ten cel wyniosły wtedy 12 mld USD, czyli ok. 47 mld złotych. Polska była wśród sześciu innych krajów Europy, które przeznaczyły na ten cel 2 procent swojego PKB. W roku 2019 zaplanowano wydać na obronność 44 mld 674 mln złotych.

Po czterech latach rządów PiS nietrudno zauważyć, że jedyny program modernizacyjny sił zbrojnych, który udało się w całości zrealizować ekipie pana prezesa Kaczyńskiego, to zakup w 2017 roku samolotów dla VIP-ów. Dwóch gulfstreamów i trzech boeingów 737. Za 2,5 mld złotych. Jeden z gulfstreamów cały czas służył bezpiecznym przelotom pana marszałka Marka Kuchcińskiego na Podkarpacie.
Dodatkowo w lutym 2019 roku został podpisany kontrakt na zakup 20 wyrzutni artylerii rakietowej HIMARS wraz z 270 pociskami krótkiego zasięgu i 30 zasięgu dalekiego. Wystarczy do szkolenia, za mało do realnej obrony.
Nie zrealizowano programu zakupów śmigłowców. Nie zrealizowano programu zakupu nowych okrętów podwodnych ani innych okrętów nadwodnych. Za dwa lata polscy marynarze nie będą mieli na czym się szkolić.
Nie zrealizowano programu wymiany przestarzałych, radzieckich transporterów opancerzonych BWP na polską konstrukcję.

Za to w przededniu wyborów do parlamentu MON ogłosił program modernizacji przestarzałych czołgów T-72 za 1,75 miliarda złotych. Zarobią na tym Bumar-Łabędy i Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne, czyli potencjalni wyborcy pana premiera Morawieckiego.
Kilka miesięcy temu gazeta „Rzeczpospolita” ujawniła, że armia masowo maluje żelazne hełmy, które kilkadziesiąt lat leżały w magazynach.
I taki jest prawdziwy obraz sprzętu polskiej armii. Niby nowoczesnego, a w rzeczywistości jedynie przemalowanego. Partacko, bo spod farby ciągle wychodzi poradziecka rdza.

Kończy się czas układania list wyborczych. „Flaczki” przypominają lewicowym, czyli inteligentnym Wyborcom, że nie ma przymusu ulegać owczemu pędowi. I bezrefleksyjnie głosować jedynie na kandydatów zajmujących pierwsze miejsca na listach wyborczych. „Flaczki „ przypominają, że na listach Lewicy jedynkami obdzielono lokalnych liderów wszystkich trzech partii politycznych: Razem, SLD i Wiosny. Na mocy międzypartyjnego porozumienia.
„Flaczki” mają też swoich faworytów.
Dlatego na Podlasiu polecają uwadze Wyborców kandydaturę Piotra Kusznieruka. Lidera podlaskiego SLD i wydawcy naszej „Trybuny”.
A w okręgu nr 19, obejmującym teren stołecznej Warszawy, polecamy kandydaturę redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego.
Zapewne będzie on na ostatnim miejscu na lewicowej liście kandydatów do Sejmu RP.

Będzie „bezpiecznik demokracji”?

Pakt senacki między liberałami a koalicją Lewica stał się faktem. Pierwsze sugestie Lewicy, by nie zwalczać się nawzajem w wyborach do Senatu, Koalicja Obywatelska zignorowała. Ostatecznie jednak stronnictwo Schetyny i PSL zaakceptowały pomysł walki wyłącznie przeciw PiS, a nie przeciw stronom paktu.

W piątek, po kolejnej turze negocjacji na linii KO-Lewica w sprawie paktu senackiego, panował już ostrożny optymizm. Robert Tyszkiewicz z Platformy Obywatelskiej mówił o „dobrym spotkaniu” i o tym, że kwestie podzielenia się okręgami oraz doboru kandydatów zostały już przedyskutowane. Krzysztof Gawkowski z Wiosny zapewniał, że podczas rozmów panowała pozytywna atmosfera.
Całość postanowień paktu ma zostać przedstawiona opinii publicznej w poniedziałek, ale już w sobotę na Twitterze Lewicy pojawił się wpis świadczący o tym, że „pozytywna atmosfera” faktycznie przełożyła się na porozumienie. Nie tylko Lewica i Koalicja Obywatelska, ale też PSL nie będą wystawiać przeciw sobie kandydatów w okręgach jednomandatowych w wyborach do Senatu. Wierzą, że daje to realną szansę na uzyskanie kontroli nad izbą.
Jedyną kwestią, która łączy – przypadkowych – sojuszników, jest w istocie walka z PiS: obserwatorzy polskiej sceny politycznej jeszcze pamiętają, jak PSL odżegnywało się od wszelkiej współpracy z lewicą, choćby w ramach wielkiej (czyli bezideowej) koalicji. W komentarzach działaczy SLD w mediach społecznościowych nie widać obawy, czy po zawarciu takiego układu Lewica nie będzie postrzegana jako przystawka do silniejszej KO. Działacze raczej triumfują, zapowiadając, że odwojowany Senat stanie się „bezpiecznikiem demokracji” i narzędziem kontroli rządu PiS (z tym, że właśnie narodowo-katolicka prawica wygra, zdaje się, już się pogodzili).
Dziś rady krajowe organizacji, które weszły do Koalicji Obywatelskiej, zatwierdzą listy kandydatów z jej ramienia do obu izb parlamentu. Wtedy też dowiemy się, w których okręgach jednomandatowych do senatu wystartują liberałowie, a w których – koalicja Lewica.

Znamy jedynki Lewicy

Już oficjalnie znamy jedynki na listach koalicji Lewicy. Zaskoczeń nie ma, sprawdziły się krążące od kilku dni w mediach przecieki z SLD, Lewicy Razem oraz Wiosny. Program koalicjantów znamy natomiast jedynie w wersji szkicowej – szczegóły mają zostać podane w sobotę na konwencji programowej.

Zgodnie z ustaleniami koalicjantów najwięcej jedynek obejmą działacze Sojuszu Lewicy Demokratycznej – to ta partia będzie również w największym stopniu organizowała zbiórkę podpisów. Lider SLD Włodzimierz Czarzasty będzie liderem listy w Sosnowcu; jak to określił współprowadzący konferencję Robert Biedroń – to „dar dla południa Polski”. Pozostałe okręgi, gdzie na pierwszym miejscu znajdzie się działacz Sojuszu, to Olsztyn, gdzie wystartuje Marcin Kulasek, Toruń – Robert Kwiatkowski, Częstochowa – Zdzisław Wolski, Łódź – Tomasz Trela, Wałbrzych – Marek Dyduch, Legnica – Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska, Bielsko-Biała – Przemysław Koperski, Chrzanów – Ryszard Śmiałek, Lublin – Jacek Czerniak, Kielce – Andrzej Szejna, Rzeszów – Wiesław Buż, Szczecin – Dariusz Wieczorek, Kalisz – Wiesław Szczepański oraz okręg podwarszawski – Andrzej Rozenek.
Mimo kontrowersji wywołanych przez wskazanie Krzysztofa Śmiszka na lidera wrocławskiej listy Wiosny, partner Roberta Biedronia i działacz antydyskryminacyjny faktycznie wystartuje z tego właśnie miejsca. Również skandal sprzed kilku miesięcy, dotyczący złego traktowania członków młodzieżówki Wiosny przez Monikę Pawłowską, koordynatorkę lubelskich struktur, nie przeszkodził wystawić jej na pierwsze miejsce listy w Chełmie. Wiosna obejmuje także Poznań – listę otworzy Katarzyna Ueberhan, Zieloną Górę – Anita Kucharska-Dziedzic, Nowy Sącz – Jakub Bocheński, Tarnów – Jacek Jabłoński, Bydgoszcz – Krzysztof Gawkowski, Piłę – Dariusz Standerski, Piotrków – Anita Sowińska, Kraków – Maciej Gdula, Krosno – Łukasz Rydzik, Białystok – Paweł Krutul, Gdańsk – Beata Maciejewska, Gliwice – Wanda Nowicka, Elbląg – Monika Falej, Koszalin – Małgorzata Prokop-Paczkowska, Rybnik – Maciej Kopiec.
Najmniej czasu zajęło wyliczenie jedynek Razem: partia, która w ostatnich miesiącach miała najniższe notowania z trójki koalicjantów, wstawiła swoich przedstawicieli na pierwsze miejsca w sześciu okręgach. W Warszawie z takiego miejsca do Sejmu wystartuje Adrian Zandberg, z Katowic – Maciej Konieczny, z Opola – Marcelina Zawisza, z Konina – Paulina Nowak, z Sieradza – Paulina Matysiak i z Siedlec – Dorota Olko.
– Idzie do sejmu silna drużyna – przekonywał Adrian Zandberg. – Inna polityka jest możliwa – sekundował mu Robert Biedroń, powtarzając stare hasło dawnych konkurentów, a dziś sojuszników. Każdy wyborca musi odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile brzmi to wiarygodnie, gdy spojrzy się na listę działaczy wytypowanych na pierwsze miejsca na listach.
Podczas konferencji nie mówiono o programie koalicjantów, bo będzie on głównym tematem konwencji przewidzianej na 24 sierpnia. Wyeksponowano jedynie stand z wartościami, które mają być bliskie Lewicy – to m.in. solidarność, dyskusja, współpraca, miłość, uczciwość, braterstwo, wrażliwość, obywatelskość, kompromis, ekologia, sprawiedliwość, feminizm, świeckość, wspólnota. Adrian Zandberg zapowiedział również, że posłowie Lewicy w Sejmie zajmą się „prawami człowieka, polityką mieszkaniową, demokracją”. Na Facebooku pojawiła się natomiast swoista zapowiedź programu: – Już czas, by każda i każdy z nas nie musiał martwić się codziennie brakiem tanich mieszkań, tragicznym stanem opieki zdrowotnej i drogimi lekami, niszczeniem środowiska naturalnego i głodowymi emeryturami, ZUS-em, który dusi małych przedsiębiorców, i deptaniem praw kobiet – pisze Lewica.

O strategii Lewicy

Nic jeszcze nie jest stracone i że o tym, jaki będzie wynik wyborów zadecyduje dopiero niedziela 13 października.

W „Gazecie Wyborczej” ukazał się (6 sierpnia br.) kolejny artykuł na temat strategii wyborczej opozycji demokratycznej napisany przez dwoje uczonych – profesora Macieja Kisilowskiego z Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego i dr hab. Annę Wojciuk z Uniwersytetu warszawskiego. Autorzy, co na łamach tego dziennika nie dziwi, bardzo zdecydowanie opowiadają się za wspólnymi listami całej opozycji demokratycznej, co uważają za warunek sine qua non odebrania władzy Prawu i Sprawiedliwości, a tym samym zatrzymania groźnego procesu przekształcania Polski w państwo autorytarne. Jest to pogląd bardzo mi bliski, gdyż od dawna publicznie opowiadałem się za takim rozwiązaniem.
Podzielam więc krytycyzm, z jakim autorzy odnoszą się do decyzji przywódców Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, którzy doprowadzili do rozwiązania koalicji stworzonej kilka miesięcy temu na wybory europejskie. W tym kontekście odnotowuję z uznaniem – bardzo rzadkie na łamach tej gazety – pochwały pod adresem Włodzimierza Czarzastego i Leszka Millera, którzy (jak piszą autorzy) rozumieją, iż „jedyną szansą opozycji w starciu z państwowo-partyjnym konglomeratem zarządzanym z ulicy Nowogrodzkiej jest zaproponowanie wspólnej wizji alternatywnej”. Nawołują więc do zmiany decyzji i do stworzenie wspólnych list całej opozycji. Postulat ten uważam za słuszny, ale – niestety – już spóźniony, przynajmniej w odniesieniu do sejmowej części wyborów. Mam nadal nadzieję, że rozum zwycięży i że przywódcy Koalicji Obywatelskiej i PSL zdecydują się wspólnie z Lewicą przedstawić po jednym kandydacie na każde miejsce senatorskie. Gdyby tak postąpiono w 2015 roku, obecny Senat miałby opozycyjną wobec PiS większość, co nie byłoby bez znaczenia dla hamowania procesu demontażu państwa prawnego.
Zgadzając się z autorami z ich podstawowym kierunku myślenia nie podzielam przebijającego się w ich rozumowaniu pesymizmu. Autorzy uważają, że rezygnacja opozycji ze wspólnego bloku wyborczego będzie skutkowała nieuchronną wygraną Prawa i Sprawiedliwości.
Tak być może, ale tak być nie musi. Na dwa miesiące przed wyborami sianie defetyzmu niczemu dobremu nie służy. W 2015 roku w szeregach ówczesnej koalicji rządzącej (PO-PSL) panowało samobójcze w skutkach przekonanie, że ma ona zwycięstwo w kieszeni. Taki pseudo-optymizm demobilizuje pewną część potencjalnych wyborców i prowadzi do przegranej. Podobnie jednak działa pesymizm. Jeśli utrwali się przekonanie, że podzielona opozycja skazana jest na klęskę, trudno jej będzie zmobilizować tę część potencjalnych zwolenników, która nie jest skłonna głosować na przegraną sprawę.
Trzeba więc jasno i wyraźnie mówić, że nic jeszcze nie jest stracone i że o tym, jaki będzie wynik wyborów zadecyduje dopiero niedziela 13 października. Podzielonej opozycji będzie trudniej wygrać, ale nie znaczy to, że jest ona bez szans.
Szansa opozycji polega na tym, by wszystkie trzy jej części składowe uzyskały wyniki na tyle dobre, że zniweczy to (lub poważnie osłabi) efekt sprzyjającej najsilniejszemu ugrupowaniu metody d’Hondta. Koalicja Obywatelska ma pod tym względem komfortową sytuację, gdyż jej prawdopodobne poparcie przekroczy dwadzieścia, a może nawet dojdzie do trzydziestu procent. To Jednak nie wystarczy dla pokonania PiS. Kluczowe okażą się wyniki Lewicy oraz porozumienia montowanego przez PSL. Jeśli każda z tych list przekroczy poziom dziesięciu procentów, wysoce prawdopodobne jest, że suma mandatów zdobytych przez opozycję będzie (nieznacznie ) większa niż suma mandatów Zjednoczonej Prawicy.
W wypadku Lewicy taki wynik wydaje się wysoce prawdopodobny (chociaż nie z góry zagwarantowany). Mechaniczne sumowanie poparcia kandydatów SLD, Wiosny i Lewicy Razem z wyborów europejskich daje Lewicy około 13 procent głosów. Czy jednak uda się taki wynik osiągnąć? Bardzo wiele zależy tu od tego, jak zachowają się lewicowi wyborcy, a zwłaszcza czy uwierzą, że dobry wynik lewicy jest możliwy, a głos oddany na tę listę nie będzie głosem zmarnowanym. Niemniej ważne jest, by wyborcy – tak jak przywódcy – odłożyli na bok wczorajsze spory na lewicy i zrozumieli, że jej przyszłość zależy od zdolności patrzenia w przód, a nie rozpamiętywania dawnych sporów.
Z umiarkowaną nadzieją obserwuję poczynania PSL. Mam żal do przywódców tej partii o to, że to oni zainicjowali szkodliwy proces dzielenia opozycji. Ale teraz życzę im możliwie dobrego wyniku, by i ten segment elektoratu znalazł liczącą się reprezentację z Sejmie.
Niezależnie od oceny ostatnich decyzji opozycja musi przestrzegać zasady, że ma jednego, wspólnego przeciwnika i że cała opozycja to potencjalnie wspólna koalicja rządowa, jeśli uda się odebrać Prawu i Sprawiedliwości bezwzględną większość. Nie może więc być walki między kandydatami opozycji. Niech wszyscy oni zabiegają o maksymalną mobilizacje własnych zwolenników a nie na próbach „podbierania” wyborców innym partiom opozycyjnym.
Jeśli pesymistyczna prognoza o „nieuchronnej” wygranej PiS nie ma się sprawdzić, opozycja musi w kampanii wyborczej koncentrować się na tym, co najważniejsze i najbardziej aktualne. Nie są to sprawy światopoglądowe, wokół których PiS stara się skoncentrować uwagę licząc na poparcie bardziej konserwatywnej części społeczeństwa. Chociaż lewica ma i mieć powinna jasny, konsekwentny przekaz ideowy – za tolerancyjnym, świeckim państwem wolnych i równych obywateli – w kampanii wyborczej na plan pierwszy musi wysuwać to, co najbardziej bezpośrednio zagraża naszej wspólnej przyszłości. Są to cztery obszary podstawowe.
Po pierwsze: postawienie tamy procesowi niszczenia demokracji i państwa prawa. Bezkarność faszyzujących bojówek (jak ostatnio w Białymstoku), mowa nienawiści (także w wydaniu Jarosława Kaczyńskiego, któremu warto stale przypominać jego wyskok sejmowy o „kanaliach” i „zdradzieckich mordach”), upartyjnianie wymiaru sprawiedliwości, próby ograniczenia kompetencji władz samorządowych – wszystko to stanowi ciężką winę partii rządzącej wobec polskiej demokracji.
Po drugie: przywrócenie Polsce godnego jej miejsca w Unii Europejskiej. To Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło do tego, że Polska z cenionego prymusa stała się negatywnie ocenianym przykładem regresu, co odbija się na traceniu tej pozycji, którą mieliśmy, gdy polscy politycy stali na czele Parlamentu Europejskiego (Jerzy Buzek) czy rady Europejskiej (Donald Tusk). Tak poczucie narodowej godności, jak zrozumienie narodowego interesu podpowiadają, że dla dobra Polski trzeba obecną ekipę odsunąć od władzy.
Po trzecie: przywrócenie państwu utraconej sterowalności. PiS nie tylko rządzi niedemokratycznie, ale także nieudolnie. W służbie zdrowia coraz dotkliwiej brakuje lekarzy i pielęgniarek, przez co zamykane są oddziały szpitalne. W szkołach panuje chaos wywołany pseudo-reformą minister Zalewskiej. Sądy są coraz mniej sprawne a postepowanie coraz bardziej przewlekłe, gdyż polityka kadrowa ministra Ziobry stawia na czele sadow ludzi wiernych partii, co zazwyczaj nie idzie w parze z kompetencjami. Nieudolnie rządzone państwo szkodzi nam wszystkim – i to niezależnie od naszych politycznych przekonań.
Po czwarte wreszcie: przywrócenie elementarnej uczciwości w pracy państwowej. Niebotyczne apanaże ludzi władzy (bo „im się to należy”, jak z trybuny sejmowej głosiła Beata Szydło), rozbijanie się (z rodziną) specjalnymi samolotami rządowymi (z czego zasłynął marszałek Kuchciński), zamiatanie pod dywan podejrzanych interesów związanych z PiS Skoków – wszystko to stanowi poważne oskarżenie obecnych rządów. Skala patologii w tym obszarze jest bez porównania większa niż za poprzednich rządów.
To są sprawy wspólne, które nie powinny dzieli c opozycji. Ma ona różne poglądy na takie sprawy, jak polityka społeczna i gospodarcza, ustawa „antyaborcyjna” czy polityka historyczna. Przyjdzie czas, gdy – po odsunięciu Pis od władzy – można i trzeba będzie do spraw tych wrócić w klimacie poważnej, demokratycznie prowadzonej debaty publicznej. To jest jednak sprawa przyszłości, a nie temat na tegoroczną kampanię.

Kandydaci do Senatu

„Wieczny kandydat” Waldemar Witkowski tym razem powalczy o Senat w Wielkopolsce z list komitetu Lewica. Przewodniczący Unii Pracy startuje od wielu lat w praktycznie wszystkich możliwych elekcjach. Zwykle bez powodzenia. Poznaliśmy też nazwiska innych kandydatów. Lewica ponowiła też ofertę paktu senackiego w stronę liberałów. Ci jednak nie mają ochoty na taktyczny sojusz przeciwko PiS.

– Nasza propozycja jest bardzo prosta. W tych okręgach, w których lewica wystawi swoich kandydatów do Senatu, oczekujemy, że inne siły opozycyjne swoich kandydatów i swoje kandydatki wycofają. I na odwrót. Tam, gdzie wystawią swoich kandydatów przedstawiciele innych środowisk opozycyjnych, tam lewica jest gotowa nie wystawiać swoich kandydatów w tym konkretnym okręgu – mówił Adrian Zandberg. członek Zarządu Krajowego Lewicy Razem na dzisiejszej konferencji. Polityk zapewnił, że takie rozwiązanie umożliwi”demokratyczny, pluralistyczny Senat”.
W podobnym tonie wypowiadał się Włodzimierz Czarzasty.
– Chcemy porozumienia, chcemy się dogadać. Nie jesteśmy w tej sprawie aroganccy, nie będziemy niczego narzucali – mówił szef SLD.
Robert Biedroń wskazywał natomiast, że szczególnej woli porozumienia ze strony Koalicji Obywatelskiej nie ma.
– Od kilku tygodni apelujemy, żeby opozycja poszła po rozum do głowy i w tej sprawie się dogadała. Zegar tyka, zaczynamy zbierać podpisy i rejestrować listy do Senatu. Nie możemy czekać, ponieważ są z nami ludzie, którzy są gotowi wziąć współodpowiedzialność za Polskę w Senacie – mówił lider Wiosny.
– Grzegorz Schetyna i PO udają, że ich nie ma. I to jest największy problem dzisiejszej polskiej opozycji, i to doprowadzi do katastrofy, w której wygra PiS – dodał Biedroń.
Kim zatem będą kandydaci lewicy? Ogłoszone zostały następujące nazwiska: Jerzy Jaskiernia (świętokrzyskie), Jerzy Wenderlich (Włocławek), Wanda Nowicka (Warszawa), Małgorzata Niewiadomska-Cudak (Łódź), Anna Mackiewicz (Bydgoszcz), Waldemar Witkowski (Poznań), Wojciech Konieczny (Częstochowa), Rafał Skąpski (Nowy Sącz), Szymon Chojnowski (Wałbrzych), Roman Nehrebecki (Bielsko-Biała) oraz Seweryn Prokopiuk (Podlasie).
Kandydatów i kandydatki Lewicy do Sejmu mamy poznać w niedzielę.

Licytacja na miejsca

Marta Lempart nagłaśnia w mediach społecznościowych, by partie i politycy wzięli pod uwagę jej osobę w układaniu list wyborczych. W petycji popierającej jej kandydaturę napisano: wiadomo o jakie miejsce chodzi?! Petycja adresowana jest zarówno do PO jak i Lewicy. Znaczy się, że obojętnie czy to prawica czy lewica, byleby miejsce było wysokie. Osobiście wolałbym, by Marta Lempart była wyżej na liście od Krzysztofa Śmiszka. Jest to dla mnie oczywiste i nie będę tego rozwijał. Niestety nie mam na to żadnego wpływu, bo decyzje zapadają w Warszawie.
Przypomnę jednak kilka kwestii, o których pisałem wcześniej i które teraz wyłażą niczym trupy z szafy. Zawsze sugerowałem paniom z organizacji kobiecych, by nie stroniły od działalności w partiach politycznych także. Jeżeli tak nie będzie ich pozycja w układaniu list zawsze będzie słaba. Tak jest i teraz. Panie oburzały się na moje sugestie, ale teraz mamy przykład takiej słabości.
Bodaj we wspomnianej petycji napisano, że panie walczą z partyjniactwem, a zarazem domagają się od partii miejsca klasy premium. Tymczasem inżyniera układania list rządzi się swoimi prawami. Te partie, które biorą udział w układaniu list najpierw biorą pod uwagę swoich członków. Oczywiście niezależni politycy mogą być perłami na takich listach, ale w całym kraju mogę doliczyć się kilku takich osób. Tymczasem: Marta Lempart ubiegając się o fotel prezydenta Wrocławia dostała 6046 głosów. To raczej niewiele. Startując, z piątego miejsca w eurowyborach dostała 6051 głosów. Prawie tyle samo. Oznacza to, że zdeklarowany elektorat Marty jest niezbyt liczny i zgromadzony głównie we Wrocławiu. Takie wyniki też muszą być brane przy układaniu list. Stąd też płynie wniosek, że działalność bardzo ukierunkowana nie sprzyja pozyskiwaniu szerokiego elektoratu.
Zatem, czy się partie lubi czy nie, to one decydują o listach i trzeba w tych partiach być. Uznawanie się za polityka niezależnego nie rokuje sukcesów, co zawsze podkreślałem i podkreślać będę.
I kolejna sprawa. Michał Syska obraził się na Wiosnę i odszedł, bo ona (Wiosna) nie dotrzymała słowa i na dała mu obiecanej jedynki we Wrocławiu na zbliżające się wybory. Jest to nie pierwsze wyjście Michała z którejś z kolei partii. Problem w tym, że Wiośnie eurowybory nie wyszły. Michał będąc w środku listy do tych wyborów zebrał na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie tylko 3141 głosów. Jak na przyszłego lidera listy to sejmu to nie był obiecujący wynik. Michał będąc także w kierownictwie – formalnym czy nie – tej partii, ponosi w jakimś stopniu odpowiedzialność za wynik partii w eurowyborach. Polityka i wyborcy zweryfikowali oczekiwania i sytuacja jest inna.

Zgubiona klasowość

W temacie lewicy trochę mi się już nie chce nic pisać. Pozwolę sobie na jeszcze jeden dłuższy wpis, a potem wróćmy do tematu po wyborach.

Mógłbym napisać „a nie mówiłem Wam, że sprawy zmierzają w tym kierunku od 2016 roku, że sygnałów, zwrotów i skrętów, tych większych i tych mniejszych było aż zanadto, żeby tego nie widzieć zawczasu?”. Mógłbym pastwić się nad zakłamaniem, dwulicowością i karierowiczostwem jednych czy naiwnością i ślepotą drugich. Mógłbym wstawiać śmieszne memy, albo słać wyrazy współczucia wszystkim oszukanym.
Ale zamiast odnosić się do czyichś decyzji, powiem Wam, jaką lekcję wyciągnąłem od ostatnich wyborów parlamentarnych. Wybory 2015 były z mojego punktu widzenia momentem, w którym dwie kadencje zaniedbań ze strony rządów PO-PSL stwarzały pewną przestrzeń dla nowej lewicy, bazującej przede wszystkim na doświadczeniach rozczarowanego młodego pokolenia, w szczególności absolwentów szkół wyższych: śmieciówkami, niestabilną pracą, niedrożnymi kanałami awansu, niedostępnością mieszkań, arogancją klasy politycznej. I to jakoś tam zagrało, w krótkim czasie udało się zbudować coś z niczego i wedrzeć się do głównego nurtu polityki. Było to możliwe, ponieważ obietnica „innej polityki” niosła za sobą próbę ustanowienia nowego podziału „lud/elity” i „państwo opiekuńcze/neoliberalizm” w miejsce starych antagonizmów, które młodym i zawiedzionym wydawały się nierzeczywiste i szkodliwe.
Sytuacja strategiczna uległa poważnym przewartościowaniom już w kilka miesięcy po wyborach. PiS rozpoczął rządy z przytupem, od socjalnego zwrotu, który jak na ćwierćwiecze jaskiniowego neoliberalizmu był dość imponujący. Nadepnął natomiast na odcisk w sprawach ustrojowych i światopoglądowych. To wbiło klin w nową lewicę. Odezwały się motywacje średnioklasowe, wielkomiejskie, inteligenckie, które ciągnęły w stronę realizacji strategii rozpisywanych w opozycyjnych mediach liberalnych i ostatecznie doprowadziły do tego, że na lewicy zwyciężyła logikę „jednoczyć opozycję, odsunąć PiS od władzy”, a przy tym „pragmatycznie wziąć dla siebie mandaty”. Ironia historii polegała na tym, że ze zgromadzonym aktywem i z takimi a nie innymi wyborcami (którzy na socjalne posunięcia PiS zapatrywali się raczej negatywnie i łatwo kupowali opowieść o „pełzającej dyktaturze”) lewica stała się zakładniczką obozu liberalnego. Przyczyniło się do tego także i to, że znaczna część najbardziej rozpoznawalnych i władnych działaczy nowej lewicy to nieodrodne dzieci lewego skrzydła Unii Wolności i Agory, wychowane na Kuroniu, Sieraku i styropianowych mitach pierwszej „Solidarności”. Wszystko to do kupy reaktywowało jako podstawowe podziały
„PO-PiS” czy też „liberalizm-neoautorytaryzm”.
Alternatywą – o której coraz śmielej pisałem od 2016 roku – było przeorientowanie się lewicy: zamiast reprezentacji młodych wyborców, których aspiracje materialne i symboliczne za PO-PSL były zduszone, teraz – kiedy grupy te będą bardziej skłonne wspierać obóz anty-PiS – odwoływać się przede wszystkim do osób ubogich w kapitały (ekonomiczny, społeczny, kulturowy, symboliczny). Czyli: raczej wolne niedziele niż wolne sądy, raczej równość we wszystkich kolorach tęczy niż jedynie w tęczowym, raczej „obiecywali, że wszystko zmienią” niż „wolną Polskę racz nam zwrócić panie”. Nie, nie jest to „biedyzm”. Większość tego społeczeństwa nawet w czasach niskiego bezrobocia, świadczeń socjalnych i otwartych granic ma powody, by być wkurzona.
Mimo wszystko, przyznam, że to było zadanie trudne, może i niemożliwe. Nie tylko dlatego, że trzeba by się przy nim zwyczajowo napocić i poszukać nowych pomysłów, trochę po omacku. Było niemożliwe strukturalnie, ponieważ obejmowało konieczność klasowego przemeblowania aktywu i elektoratu, a to się wiąże z utratą władzy, przywilejów, wpływu przez liderów ukształtowanych w warunkach, które były inne. Wielkomiejski inteligent, pracownik korporacji czy działaczka NGO – czyli typowy skład klasowy nowej lewicy – nie nadaje się do ludowego populizmu. Jedyną metodą, by to się stało było wówczas – tj. w roku 2016 – stoczyć walkę o przejęcie kontroli nad partią i zwrot strategiczny. Ale ten scenariusz też był wewnętrznie sprzeczny. Kto miałby to zrobić? To byłoby jak wyciąganie się z bagna za włosy. Niemniej jednak, nie było nawet gotowości do uznania problemu za realny. Tak jak Razem była wręcz maniakalnie pochłonięta kwestiami reprezentacji mniejszości czy „tożsamości”, tak problem składu klasowego nie był nigdy na serio problematyzowany. Co więcej: jasne stało się, że partia zamierza rywalizować o swój elektorat z PO, Nowoczesną czy Wiosną, zamiast zwracać się po nowy. Zmarnowano więc szansę na to, by nowa lewica proponowała konsekwentnie własny podział polityczny i opierała się przede wszystkim na polityce klasowej. Dziś oznacza to w praktyce tyle, że niezadowolenie będzie wykorzystywała w dalszym ciągu coraz mocniej populistyczna prawica.
W pewnym sensie, dobrze się stało. Nie można stać wiecznie w rozkroku: między Agorą a oborą, między liberalizmem a lewicą, między wielkomiejską klasą średnią a ludem. To się kończy inercją i ciągłymi przepychankami. Teraz decyzje zostały podjęte. Zbuntowane dzieci III RP przyznały skonane, że to była tylko kłótnia w rodzinie, młodociany bunt przeciwko rodzicom. Przyszedł czas na to, żeby familia usiadła do stołu i obdzieliła spadek (chociaż poczekajmy, na razie to dzielenie skóry na niedźwiedziu). Mamy jasność, że ci, którzy bujają nas, że „pisało na płocie lewica…”, grają w swoją grę. Im chodzi o mandaty, o bycie w Sejmie – powtarzają to bez przerwy – ale jasnym jest, że z obsługiwania narzuconych linii sporu nijak nie ma szans zaistnieć lewicowa siła.
Zawsze rozumiałem politykę jako narzucanie swoich podziałów, swoich narracji, postulatów, idei i symboli. Można to robić lepiej lub gorzej i spierać się zażarcie, w jaki konkretnie sposób to robić. Sam w gówniarskich latach naiwnie wierzyłem, że zaimportowanie z Zachodu takiej kontrkulturowej lewicy w końcu się w Polsce przyjmie, gdy zdamy sobie sprawę z pewnych wyzwań cywilizacyjnych. Później zrozumiałem, że proponowanie swoich podziałów nie może brać się li tylko z idei, ale musi wypływać z gleby społecznej, którą tu zastaliśmy: próbować tę glebę zmieniać, ale ze znajomością lokalnej ekologii, a nie w sposób życzeniowy i inwazyjny.
Nie zakończę tego wpisu bojowym okrzykiem, ani jakimś zbawiennym przesłaniem, bo nie jestem tu optymistą i nie mam jakiejś złotej recepty. Powiem tyle: inna polityka jest możliwa tylko wtedy, gdy w drodze po nią jesteśmy zdolni transformować samych siebie, „wychodzić ze swojej strefy komfortu”. Reprezentowanie licznych przez nielicznych oznacza, że nieliczni muszą poddać krytycznej ocenie warunki swojego przywileju do bycia „tymi, którzy się liczą”. Być może taka reprezentacja jest niemożliwa. Być może trzeba się raczej skoncentrować na tym, w jaki sposób liczni mogą reprezentować się sami. Na pewno partia, która miała być rozwiązaniem patologii politycznych, a stała się ich częścią, dała nam nauczkę, że jeszcze bardziej na serio trzeba brać niebezpieczeństwa wynikające z oligarchizacji polityki. Skoro powierzanie zaufania „kryształowym ideowcom” i „szermierzom cnoty” może kończyć się taką zagrywką jak ta, którą fundują nam obecnie Zandberg i spółka, może należy przestać się w końcu bać „zwykłych ludzi”, którzy nie podpiszą się pod „jedynie słusznym programem” i zamiast tego uznać, że dzisiaj lewicową politykę można robić nie z tymi, którzy „mają poglądy”, lecz z tymi, którzy mają potrzeby. Nie wiem, czy ktoś będzie próbował ją robić, a tym bardziej, czy odniesie sukces. Ale wiem, że jeśli gdzieś tu tkwi „mądrość etapu” to nie w tej niewydarzonej koalicji, ale w tym, co stanowi jej produkt uboczny: w pragnieniu, by zacząć raz jeszcze i inaczej.

Wspólny start szansą dla lewicy

Na trzy miesiące przed wyborami parlamentarnymi w zasadzie już wykrystalizowała się scena polityczna.

Zamiast rywalizacji dwóch bloków za i przeciw PiS, jak to miało miejsce przy wyborach do Europarlamentu, walczyć będą cztery ugrupowania mające szanse – choć różnie dziś oceniane – na uzyskanie mandatów poselskich. Dzięki temu, że Koalicja Europejska rozdzieliła się na trzy odrębne listy głosujący mają łatwiejszy wybór poprzez możliwość poparcia określonej orientacji politycznej a nie oddawania głosu na eklektyczną koalicję, gdzie ich głosy pomogłyby w przepchnięciu do Sejmu kandydatów z innych partii. W ten sposób wyborcy lewicowi pozbędą się dylematu czy stawiając np. iksa przy nazwisku startującego z siódmej pozycji kandydata Lewicy przypadkiem nie wepchną do Sejmu jedynkę z Platformy. Dzięki rozpadowi Koalicji Europejskiej do środowisk opozycyjnych powrócił też pluralizm, który jest nie tylko bardziej naturalny i zrozumiały dla wyborców, lecz także może okazać się bardziej skuteczny niż sztuczna jedność. Wprawdzie w jedności może być siła, jednak jedynie w przypadku, gdy taka jedność jest skuteczna.
Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego byłem zdania – czemu dałem publicznie wyraz na łamach Dziennika Trybuna – że lewica, wówczas SLD, powinna startować samodzielnie po to, aby mieć rozeznanie co do skali poparcia ze strony wyborców. Wybrano inny wariant, który z kolei wykazał na jakie wsparcie może liczyć szeroka koalicja opozycyjna a tym samym poddał weryfikacji jej sensowność. Stosunkowo słaby, co by nie mówić, a przynajmniej daleki od sondaży i oczekiwań wynik Koalicji Europejskiej udowodnił, że w tej formule opozycja nie ma szans na odsunięcie PiS od władzy, co było jej celem strategicznym. Starcie jedynie dwóch bloków – Zjednoczonej Prawicy i Koalicji Europejskiej doprowadziłoby do tego, że tylko te dwie struktury przedostałyby się do Sejmu, gdzie PiS nadal miałoby większość zapewniając sobie kontynuację rządów na następną kadencję.
Wydaje się, że świadomość tego faktu dotarła do liderów ugrupowań opozycyjnych. Pozostało tylko pytanie, kto weźmie na siebie rolę likwidatora koalicji. I tu odnalazło się PSL ogłaszając z niej wystąpienie. Był to racjonalny krok, który został natychmiast skrytykowany przez dogmatyków sztucznej opozycyjnej jedności. Ludowcom zarzucano, że w ten sposób torują drogę dla przedłużenia władzy PiS, choć czysta kalkulacja wskazuje na coś wręcz przeciwnego. Co prawda argumentacja PSL była cokolwiek absurdalna, co zresztą w warunkach polskich nie powinno nikogo dziwić. Twierdzono mianowicie, że PSL-owi nie po drodze jest koalicyjne współżycie z SLD, choć taka koegzystencja bynajmniej mu nie przeszkadzała w eurowyborach o koalicyjnych wspólnie z SLD rządach nie wspominając. Nagle objawiona niechęć PSL do lewicy znajduje swoje oficjalne uzasadnienie. Otóż kierownictwo tej partii ubrdało sobie, że mieszkańcy wsi, których uważa za swoją ostoję wyborczą, są z natury rzeczy konserwatywni i kośćiółkowi w związku z czym taki też kierunek programowy należy przyjąć. Jest rzeczą oczywistą, że z takim programem nie przeskoczą PiS nawet gdyby usiłowali przebić ich w licytacji kto jest bardziej przeciwni prawu do aborcji, związkom partnerskim itd. Jednak i tu można by dostrzec pewną logikę. Taką mianowicie, że ludowcy chcieliby zagospodarować tę część elektoratu, która jest co prawda religijna i obyczajowo konserwatywna, lecz z różnych powodów może nie chcieć głosować na PiS i woli bliższych jej sielskich swojaków niż miastową inteligencję. PSL zapewne bierze też po uwagę i to, że z reguły dołuje w przedwyborczych sondażach, lecz w efekcie przekracza próg wyborczy.
Wszystko to trzymałoby się przysłowiowej kupy gdyby nie cokolwiek dziwaczny pomysł formowania przez PSL Koalicji Polskiej – tak jak by w naszym kraju ktoś zamierzał utworzyć np. Koalicję Rumuńską. W praktyce okazało się, że jedyną strukturą chcącą pójść do wyborów wspólnie z ludowcami jest to, co jeszcze pozostało z formacji Kukiz’15. Dla jej lidera jest to ostatnia deska ratunku, ostatnia szansa dostania się do Sejmu. W przeciwnym bowiem razie popadłby w polityczny niebyt do spółki z innymi ongiś głośnymi politykami. Tłumaczenie Pawła Kukiza, iżby miał za mało czasu i pieniędzy na zebranie wymaganej liczby popierających podpisów brzmi dosyć interesująco. Zwłaszcza w kontekście poprzednich wyborów, gdy znanemu jedynie z estradowych a nie politycznych występów Kukizowi jakoś udało się zebrać podpisy dla nowego i nikomu nieznanego ugrupowania. Obecnie Paweł Kukiz jest znany w kraju i być może gdzieniegdzie zagranicą. Znany jest również jego ruch obecny i aktywny w Sejmie a jego przedstawiciele udzielają się w mediach. Kukiz jednak nie powiedział tego o czym i tak już wszyscy wiedzą. Tego mianowicie, że nie może już liczyć na prawicowych sponsorów, że brakuje mu chętnych do startu z listy ugrupowania mającego niepewne wyniki sondażowe, że jego eklektyczna formacja formacja po prostu się rozsypuje i została ograniczona do grona jego najbliższych współpracowników, którzy liczą już tylko na kontynuację działalności poselskiej pod parasolem Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Wracając do PSL. Gdyby jednak ludowcom udało się przekroczyć barierę 5% to doprowadziłoby to do uszczknięcia tych kilku procent, które PiS potrzebuje do samodzielnego rządzenia a tym bardziej do większości konstytucyjnej. Choć w polityce, zwłaszcza polskiej, wszystko jest możliwe to jednak nie widzę perspektywy wspólnego rządu PiS-PSL. Pisowcy bowiem potrafią się dogadywać jedynie z podporządkowanymi sobie ugrupowaniami tworzącymi Zjednoczoną Prawicę, lecz nie z co prawda słabszym, lecz jednak samodzielnym partnerem. Wystarczy przypomnieć sobie koalicję z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin.
Można też domniemywać, że rozpad Koalicji Europejskiej był również na rękę Platformie Obywatelskiej. Schetyna prawdopodobnie zdał sobie sprawę z tego, że przy pomocy powtórki z tejże Koalicji nie wygra z PiS-em i przyjął do wiadomości to, że nadal pozostanie w opozycji, gdzie będzie pełnić rolę przywódcy. Dla Platformy utrzymanie sojuszu z PSL a zwłaszcza z Lewicą oznaczałoby oddanie im kilku mandatów poselskich tak jak to miało miejsce w przypadku eurowyborów. A tak będzie miał do dyspozycji większą własną ekipę nad którą łatwiej będzie mu panować. Nowoczesna i Inicjatywa Polska są mu potrzebne nie tyle dla pozyskania większej ilości głosów, lecz raczej w tym celu aby móc zachować szyld koalicji. Jest to wygodny pretekst do tłumaczenia: przecież to nie myśmy rozwalili koalicję, to oni nie chcieli dłużej z nami współpracować.
Z kolei samodzielny start Lewicy to także duża szansa powrotu do Sejmu. W zakresie sojuszy lewica ma już sprawdzone doświadczenia z okresu pierwszych i drugich po 1989 r. wyborów parlamentarnych. Wówczas Sojusz Lewicy Demokratycznej był rzeczywiście sojuszem skupiającym różne partie i ugrupowania lewicowe, związki zawodowe i organizacje społeczne. Mimo tego, że wówczas SdRP była jedyną liczącą się partią lewicową, to Sojuszowi udało się przekroczyć próg wyborczy. Obecnie dawny SLD a obecnie Lewica jest dodatkowo wsparta przez Razem i Wiosnę mającą realne poparcie społeczne. Zbieżność podstawowych celów poszczególnych formacji lewicowych wydaje się być na tyle bliska, że dałoby się skleić w jedną całość wszystkie ich sensowne propozycje programowe pozostawiając na uboczu kwestie sporne i nie mające pierwszorzędnego znaczenia. Powstałoby wówczas coś w rodzaju iloczynu zbiorów co jest pojęciem zrozumiałym dla tych, którzy uczyli się podstaw logiki. Liderzy lewicowych ugrupowań zadziałali zgodnie z maksymą: chcieć to móc. Warto aby tę zasadę przyswoili sobie
również wyborcy.

Głos lewicy

W jednym miejscu

Lewica będzie w jednym miejscu. Będzie komitet wyborczy Lewica i tam znajdą się wszystkie osoby związane z lewicą. Zieloni wybrali taką drogę, jaką wybrali. Podobnie rzecz się ma z Barbarą Nowacką i Katarzyną Piekarską. Nie mnie to komentować – –stwierdził Marcin Kulasek na antenie Polskiego Radia 24, który dodał, że Lewica „jest na finiszu dopinania miejsc liderskich”.
Sekretarz generalny SLD podkreślił, że „zjednoczenie lewicy stało się faktem”, a w jego środowisku politycznym panuje bojowy, optymistyczny nastrój. – Walczymy o zwycięstwo. Wierzymy, w przeciwieństwie do Koalicji Obywatelskiej, że z PiS-em można wygrać – przekonywał Marcin Kulasek.

Ręce opadają

Bycie całkowicie „wiernym sobie” w Polityce nigdy nie jest możliwe, bo polityka to sztuka kompromisu i współpracy z innymi.
Jak czytam, że „idealiści” zrezygnowali z członkostwa w Razem, bo powstała skuteczna koalicja wyborcza z SLD i Wiosną, dzięki której politycy z Razem pierwszy raz w historii pojawią się w Sejmie RP i otrzymają setki godzin okazji do publicznych wypowiedzi… To trochę opadają mi ręce. Ci sami „idealiści” nie odeszli z tej partii, kiedy szykanowała ona za poglądy komunistyczne, a dodam w tym miejscu, że SLD jako jedyna partia konsekwentnie sprzeciwiał się polityce IPN-u.
To naprawdę nie są czasy na kręcenie nosem i na nowe 20-letnie plany budowy oddolnej-squaterskiej-falansterskiej-true-lewicowej Polski.
Postkomunistyczny podział jest też już totalnie nieaktualny, a elektorat nie rozpamiętuje wydarzeń sprzed 20 lat. Integracja różnorodnej lewicy jest konieczna by w ogóle móc działać, a różnice powinny się wyrażać w ramach różnych skrzydeł: tak, jak w Partii Pracy w WB, czy u demokratów w USA.
Lepiej mniej, ale lepiej – odejście części działaczy partii Razem, niezadowolonych z powstania wspólnego bloku wyborczego z SLD i Wiosną komentuje Tymoteusz Kochan.

Kropla

Ja bym tylko chciała powiedzieć, że pan Kamiński ma pod sobą teraz wszystkie możliwe służby i zaraz nas zmiecie z planszy, nawet się specjalnie przy tym nie spoci. Czyście bardziej czerwoni czy fioletowi, to jednak idźcie kochane lewaki i głosujcie, nawet jeśli (zasko) idealna koalicja nie istnieje. Ja oficjalnie do października kończę z czytaniem dyskusji „a bo Ikonowicz nie pójdzie”, „a bo Razem złamało swoje zasady”, „a bo Jaruzelska”, „a bo decyzje na randkach”. Kamiński był tą kroplą, która skutecznie rozpuściła moje marudzenie – pisze na Facebooku Weronika Książek.

Domena frustratów

Daleki jestem od jęczenia, że „lewica jednocząc się traci ideowość” itp. To domena ortodoksów i frustratów/weteranów siedzących w piwnicy narzekając, że „kiedyś to było”, „dlaczego nas nie słuchają” itp.
Równie daleki jestem od zachwytów „wreszcie lewica ma szansę”, „bez parlamentarzystów nie mamy szans na dalsze działanie, bo PiS nas zamknie”. To z kolei druga choroba – parlamentarny oportunizm. PiS jak będzie chciał, to pozamyka nawet parlamentarzystów.
Trzecia fałszywa droga to droga części zwolenników RSS – „Nie bierzemy udziału, ale za cztery lata to dopiero im pokażemy” – rozumiem, że macie ułożone plany kampanii, rozbudowy ruchu, gromadzicie środki (aby nie było zwyczajowego jęczenia „dorzuć się, bo prąd nam chcą wyłączyć”). Jeśli tak, jestem z wami. Jeśli nie – słyszałem od was takie zapewnienia od kilkunastu lat, sorry szkoda mi czasu.
Czego jednak wymagam od kandydatów/kandydatek z listy lewicy. Uważam, że ci wywodzący się z ruchów społecznych powinni/powinne dać jasną deklarację – jeśli nas wybiorą, to w biurach poselskich będzie prowadzona działalność społeczna, diety pójdą na dyżury i poradnictwo prawne, opracowanie analiz prawnych, organizację protestów społecznych itp. a nie na zagraniczne wojaże i brylowanie na salonach.
Apeluję o podpisanie jakiejś deklaracji dobrych praktyk.
Nie chodzi bowiem o to aby mieć w sejmie salonowca, który kiedyś bywał na demonstracjach lokatorskich czy antywojennych, lecz o realne wsparcie. – nawołuje Piotr Ciszewski.