Zgubiona klasowość

W temacie lewicy trochę mi się już nie chce nic pisać. Pozwolę sobie na jeszcze jeden dłuższy wpis, a potem wróćmy do tematu po wyborach.

Mógłbym napisać „a nie mówiłem Wam, że sprawy zmierzają w tym kierunku od 2016 roku, że sygnałów, zwrotów i skrętów, tych większych i tych mniejszych było aż zanadto, żeby tego nie widzieć zawczasu?”. Mógłbym pastwić się nad zakłamaniem, dwulicowością i karierowiczostwem jednych czy naiwnością i ślepotą drugich. Mógłbym wstawiać śmieszne memy, albo słać wyrazy współczucia wszystkim oszukanym.
Ale zamiast odnosić się do czyichś decyzji, powiem Wam, jaką lekcję wyciągnąłem od ostatnich wyborów parlamentarnych. Wybory 2015 były z mojego punktu widzenia momentem, w którym dwie kadencje zaniedbań ze strony rządów PO-PSL stwarzały pewną przestrzeń dla nowej lewicy, bazującej przede wszystkim na doświadczeniach rozczarowanego młodego pokolenia, w szczególności absolwentów szkół wyższych: śmieciówkami, niestabilną pracą, niedrożnymi kanałami awansu, niedostępnością mieszkań, arogancją klasy politycznej. I to jakoś tam zagrało, w krótkim czasie udało się zbudować coś z niczego i wedrzeć się do głównego nurtu polityki. Było to możliwe, ponieważ obietnica „innej polityki” niosła za sobą próbę ustanowienia nowego podziału „lud/elity” i „państwo opiekuńcze/neoliberalizm” w miejsce starych antagonizmów, które młodym i zawiedzionym wydawały się nierzeczywiste i szkodliwe.
Sytuacja strategiczna uległa poważnym przewartościowaniom już w kilka miesięcy po wyborach. PiS rozpoczął rządy z przytupem, od socjalnego zwrotu, który jak na ćwierćwiecze jaskiniowego neoliberalizmu był dość imponujący. Nadepnął natomiast na odcisk w sprawach ustrojowych i światopoglądowych. To wbiło klin w nową lewicę. Odezwały się motywacje średnioklasowe, wielkomiejskie, inteligenckie, które ciągnęły w stronę realizacji strategii rozpisywanych w opozycyjnych mediach liberalnych i ostatecznie doprowadziły do tego, że na lewicy zwyciężyła logikę „jednoczyć opozycję, odsunąć PiS od władzy”, a przy tym „pragmatycznie wziąć dla siebie mandaty”. Ironia historii polegała na tym, że ze zgromadzonym aktywem i z takimi a nie innymi wyborcami (którzy na socjalne posunięcia PiS zapatrywali się raczej negatywnie i łatwo kupowali opowieść o „pełzającej dyktaturze”) lewica stała się zakładniczką obozu liberalnego. Przyczyniło się do tego także i to, że znaczna część najbardziej rozpoznawalnych i władnych działaczy nowej lewicy to nieodrodne dzieci lewego skrzydła Unii Wolności i Agory, wychowane na Kuroniu, Sieraku i styropianowych mitach pierwszej „Solidarności”. Wszystko to do kupy reaktywowało jako podstawowe podziały
„PO-PiS” czy też „liberalizm-neoautorytaryzm”.
Alternatywą – o której coraz śmielej pisałem od 2016 roku – było przeorientowanie się lewicy: zamiast reprezentacji młodych wyborców, których aspiracje materialne i symboliczne za PO-PSL były zduszone, teraz – kiedy grupy te będą bardziej skłonne wspierać obóz anty-PiS – odwoływać się przede wszystkim do osób ubogich w kapitały (ekonomiczny, społeczny, kulturowy, symboliczny). Czyli: raczej wolne niedziele niż wolne sądy, raczej równość we wszystkich kolorach tęczy niż jedynie w tęczowym, raczej „obiecywali, że wszystko zmienią” niż „wolną Polskę racz nam zwrócić panie”. Nie, nie jest to „biedyzm”. Większość tego społeczeństwa nawet w czasach niskiego bezrobocia, świadczeń socjalnych i otwartych granic ma powody, by być wkurzona.
Mimo wszystko, przyznam, że to było zadanie trudne, może i niemożliwe. Nie tylko dlatego, że trzeba by się przy nim zwyczajowo napocić i poszukać nowych pomysłów, trochę po omacku. Było niemożliwe strukturalnie, ponieważ obejmowało konieczność klasowego przemeblowania aktywu i elektoratu, a to się wiąże z utratą władzy, przywilejów, wpływu przez liderów ukształtowanych w warunkach, które były inne. Wielkomiejski inteligent, pracownik korporacji czy działaczka NGO – czyli typowy skład klasowy nowej lewicy – nie nadaje się do ludowego populizmu. Jedyną metodą, by to się stało było wówczas – tj. w roku 2016 – stoczyć walkę o przejęcie kontroli nad partią i zwrot strategiczny. Ale ten scenariusz też był wewnętrznie sprzeczny. Kto miałby to zrobić? To byłoby jak wyciąganie się z bagna za włosy. Niemniej jednak, nie było nawet gotowości do uznania problemu za realny. Tak jak Razem była wręcz maniakalnie pochłonięta kwestiami reprezentacji mniejszości czy „tożsamości”, tak problem składu klasowego nie był nigdy na serio problematyzowany. Co więcej: jasne stało się, że partia zamierza rywalizować o swój elektorat z PO, Nowoczesną czy Wiosną, zamiast zwracać się po nowy. Zmarnowano więc szansę na to, by nowa lewica proponowała konsekwentnie własny podział polityczny i opierała się przede wszystkim na polityce klasowej. Dziś oznacza to w praktyce tyle, że niezadowolenie będzie wykorzystywała w dalszym ciągu coraz mocniej populistyczna prawica.
W pewnym sensie, dobrze się stało. Nie można stać wiecznie w rozkroku: między Agorą a oborą, między liberalizmem a lewicą, między wielkomiejską klasą średnią a ludem. To się kończy inercją i ciągłymi przepychankami. Teraz decyzje zostały podjęte. Zbuntowane dzieci III RP przyznały skonane, że to była tylko kłótnia w rodzinie, młodociany bunt przeciwko rodzicom. Przyszedł czas na to, żeby familia usiadła do stołu i obdzieliła spadek (chociaż poczekajmy, na razie to dzielenie skóry na niedźwiedziu). Mamy jasność, że ci, którzy bujają nas, że „pisało na płocie lewica…”, grają w swoją grę. Im chodzi o mandaty, o bycie w Sejmie – powtarzają to bez przerwy – ale jasnym jest, że z obsługiwania narzuconych linii sporu nijak nie ma szans zaistnieć lewicowa siła.
Zawsze rozumiałem politykę jako narzucanie swoich podziałów, swoich narracji, postulatów, idei i symboli. Można to robić lepiej lub gorzej i spierać się zażarcie, w jaki konkretnie sposób to robić. Sam w gówniarskich latach naiwnie wierzyłem, że zaimportowanie z Zachodu takiej kontrkulturowej lewicy w końcu się w Polsce przyjmie, gdy zdamy sobie sprawę z pewnych wyzwań cywilizacyjnych. Później zrozumiałem, że proponowanie swoich podziałów nie może brać się li tylko z idei, ale musi wypływać z gleby społecznej, którą tu zastaliśmy: próbować tę glebę zmieniać, ale ze znajomością lokalnej ekologii, a nie w sposób życzeniowy i inwazyjny.
Nie zakończę tego wpisu bojowym okrzykiem, ani jakimś zbawiennym przesłaniem, bo nie jestem tu optymistą i nie mam jakiejś złotej recepty. Powiem tyle: inna polityka jest możliwa tylko wtedy, gdy w drodze po nią jesteśmy zdolni transformować samych siebie, „wychodzić ze swojej strefy komfortu”. Reprezentowanie licznych przez nielicznych oznacza, że nieliczni muszą poddać krytycznej ocenie warunki swojego przywileju do bycia „tymi, którzy się liczą”. Być może taka reprezentacja jest niemożliwa. Być może trzeba się raczej skoncentrować na tym, w jaki sposób liczni mogą reprezentować się sami. Na pewno partia, która miała być rozwiązaniem patologii politycznych, a stała się ich częścią, dała nam nauczkę, że jeszcze bardziej na serio trzeba brać niebezpieczeństwa wynikające z oligarchizacji polityki. Skoro powierzanie zaufania „kryształowym ideowcom” i „szermierzom cnoty” może kończyć się taką zagrywką jak ta, którą fundują nam obecnie Zandberg i spółka, może należy przestać się w końcu bać „zwykłych ludzi”, którzy nie podpiszą się pod „jedynie słusznym programem” i zamiast tego uznać, że dzisiaj lewicową politykę można robić nie z tymi, którzy „mają poglądy”, lecz z tymi, którzy mają potrzeby. Nie wiem, czy ktoś będzie próbował ją robić, a tym bardziej, czy odniesie sukces. Ale wiem, że jeśli gdzieś tu tkwi „mądrość etapu” to nie w tej niewydarzonej koalicji, ale w tym, co stanowi jej produkt uboczny: w pragnieniu, by zacząć raz jeszcze i inaczej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *