Strzały na Placu Św. Piotra

Wśród wielu dat tragicznych wydarzeń o znacznych reperkusjach krajowych i międzynarodowych zbliża się w maju dwudziesta rocznica zamachu na Jana Pawła II, wówczas absolutnego władcy jednego z najmniejszych, acz o wielkich wpływach w skali światowej, państw – Watykanu.

W pojęciu „Watykan“ zawarte są dwa znaczenia. „Stolica Święta“ symbolizuje jego wymiar duchowy, religijny, „sacrum“. „Miasto – Państwo Watykan“ – wymiar świecki „profanum“ obarczony błędami, konfliktami i powszednim złem w końcu, jak każde inne państwo na tej Ziemi. Tą właśnie sferą „profanum“ zainteresowane były zawsze, są i będą wywiady wszystkich krajów. Bowiem, dzięki swej globalnej obecności, instytucje watykańskie dysponują przeogromną ilością informacji politycznych, socjalnych, ekonomicznych a nawet militarnych ze wszystkich zakątków globu. Trudno się więc dziwić, że każda szanująca się służba specjalna stara się tam uplasować swoją agenturę (jak to jest aktualnie w przypadku Polski, trudno powiedzieć, biorąc pod uwagę stopień klerykalizacji naszego życia publicznego).
W 1978 roku, 16 października, w chwili wyboru kardynała krakowskiego na papieża, już od trzech lat przebywałem we Włoszech. Będąc wtedy młodym oficerem polskiego wywiadu nielegalnego (XIV Wydział I Departamentu MSW), wcieliłem się w rolę kleryka – jezuity, co przyszło mi tym łatwiej, że dysponowałem listami polecającymi Wojtyły do bp. Rubina i Wesołego, zajmujących się emigracją polska w Italii. Znałem kard.Wojtyłę z czasów studenckich w Krakowie. Byłem wówczas działaczem Związku Młodzieży Socjalistycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim i wątpiącym agnostykiem. Kardynała zawsze interesował ten typ ludzi co, oprócz innych okoliczności, zaowocowało właśnie wspomnianymi listami.
Wywiad skierował mnie do środowiska zakonnego w Rzymie z zadaniem przeniknięcia do NATO, w związku z powiązaniami instytucjonalnymi i personalnymi jezuitów ze strukturami tego sojuszu wojskowego na terenie Włoch. Jezuici pełnią tam często rolę kapelanów wśród włoskich karabinierów i w strukturach wywiadowczych.
Fakt wyboru Polaka na papieża zmienił zakres moich działań – miałem, nie porzucając pierwotnego kierunku, zająć sie polityką zagraniczną Watykanu i starać się czuwać nad zagwarantowaniem maksymalnego bezpieczeństwa nowej głowie państwa watykańskiego.
Ktoś mógłby sceptycznie stwierdzić: akurat, mamy wierzyć, że władzom PRL tak zależało na papieskiej nietykalności! Otóż zależało i to bardzo. Wobec narastającego napięcia społeczno-politycznego wewnątrz kraju i konsolidacji opozycji, szczególnie po pierwszej wizycie Jana Pawla II w ojczyźnie w okresie 2 – 10 czerwca 1979, w której towarzyszyłem mu jako sprawozdawca Radia Watykan władze Polski (Edward Gierek, Stanisław Kania i inni) obawiały się, że w przypadku jakiegokolwiek zdarzenia , godzącego w bezpieczeństwo papieskie, staną się jednymi z głównych podejrzanych. To z kolei mogło spowodować wybuch masowych zamieszek, trudnych, lub wręcz niemożliwych do opanowania własnymi siłami i katastrofalną destabilizację obozu rządzącego. Uwzględniając ówczesną sytuację międzynarodową, obawy wschodniego sąsiada co do rozwoju wydarzeń w Polsce w obliczu jej chwiejnej sytuacji wewnętrznej, także ekonomicznej, co radykalizowało społeczeństwo, .łatwo zrozumieć tę postawę sprawujących władzę wobec papieża. Jego zdrowie i życie było dla nich rzeczywiści priorytetem. Stąd wypływały, w pełni logicznie, rozkazy które otrzymałem.
W tym kontekście nie można zapominać, że już wówczas działały liczne organizacje terrorystyczne , od włoskich Czerwonych Brygad po islamistyczne Szare Wilki w Turcji, biorące często na cel ludzi związanych z Kościołem katolickim.
Warszawska Centrala poleciła mi też, abym wszelkie dane dotyczące zagrożeń i luk w ochronie Jana Pawła II przekazywał bezpośrednio osobom odpowiedzialnym za jego bezpieczeństwo w Watykanie. Miało to umożliwić szybkie działanie zabezpieczające chronionej osoby.
Widywałem się wtedy często z Janem Pawłem II w ramach swych obowiązków jako pracownik Radia Watykańskiego, biorąc udział w audiencjach, byłem zapraszany na słynne śniadania papieskie z udziałem wybranych gości.
Dawało to okazje do zobserwowania skandalicznych zaniedbań w ochronie papieża. Poczynając od prymitywnych, prostych do usunięcia blokad wind prowadzących do jego apartamentów, szczątkową straż strzegącą dojść do tych wind, zbyt rozproszoną i odległą od papamobile ekipę ochroniarzy podczas audiencji środowych, ich nieobecność w bezpośredniej bliskości papieża w tym pojeździe itd.
Tylko jak plon tych obserwacji przekazać, bez budzenia podejrzeń, że ten kleryk jezucki zbyt dobrze porusza się w materii służb specjalnych, komuś odpowiedzialnemu za sprawy asekuracji papieża?
W końcu znalazłem prosty, „niewinny“ sposób. Ponieważ, studiując na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim filozofię, pracowałem równolegle w wtykańskim radiu, mogłem jeść posiłki w refektarzu, gdzie spożywali je inni radiowcy a także często – dyrektor rozgłośni Roberto Tucci, później kardynał Mediolanu a wtedy osoba , której powierzono misję zabezpieczenia pielgrzymek papieża.
Podczas obiadów siadałem więc możliwie blisko Tucciego i głośno komentowałem, w zaaranżowanych rozmowach z sąsiadami przy stole, swe spostrzeżenia na temat luk w zabezpieczeniach głowy Miasta-Państwa. Zauważyłem, że dyrektor bardzo uważnie przysłuchuje się moim wypowiedziom.
A że je docenił, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, dowodzi fakt, że po pewnym czasie niespodziewanie zaprosił mnie do swego gabinetu i wręczył mi nagrodę finansową, podkreślając, że dobrze wykonuję swe obowiązki wobec Pontifeksa, jak przystało na jezuitę.
Nie omieszkałem się też pochwalić przed Centralą efektami mych starań, o czym świadczyło wzmocnienie komisariatu włoskiej policji bezpieczeństwa przy Watykanie o siedemnastu funkcjonariuszy, których część stanowili antyterroryści z DIGOS ( vide – złączona kopia notatki informacyjnej z 15 kwietnia 1980 roku).
Póżniej zakon skierował mnie na dalsze studia do Paryża, dokąd przybyłem 1 listopada 1980 roku. I tam własnie, w Centre Sevres, gdzie mieszkali studenci teologii, dotarła do mnie wieść o zamachu.
Po wykładach wróciłem do domu zakonnego. Był normalny 13 maja 1981 roku, przygotowywałem się do sesji egzaminacyjnej. Dla relaksu poszedłem do sali telewizyjnej. Było tam kilku kolegów – jezuitów. Wydawało się, że dziwnie na mnie patrzą. Zaczęły sie popołudniowe wiadomości francuskiej TV 1. Już w pierwszych kadrach – migawki z Placu św.Piotra. Zwijający się z bólu papież, wyciągnięta z tłumu ręka z czymś przypominającym pistolet…Zrozumiałem czemu koledzy dziwnie na mnie patrzyli – usłyszeli o sprawie wcześniej niż ja. W większości byli to Francuzi, był też Niemiec- Fritz Schweiger, Czech – Petr Kolarz ale jedynym Polakiem byłem ja.
Spełniły się najgorsze obawy. Nie wiadomo jeszcze było, czy ofiara zamachu przeżyje.
Była to też w pewnym sensie moja osobista porażka – ostrzeżenia nie na wiele się zdały. Póżniej były liczne dziennikarskie dywagacje w TV – kto za tym stał? Najróżniejsze. Czy terroryści islamistyczni, czy mafiozi, zirytowani stratami przy okazji afery współdziałającego z Watykanem Banku Ambrozjańskiego , czy ktoś z bloku wschodniego … Ale to już zupełnie inna sprawa.
Wtedy, w pierwszym odruchu, jak przystało na agnostyka, poszedłem do domowej kaplicy i skupiłem najlepsze myśli na rannym w tym wstrząsającym zamachu.
I to by było na tyle, w ramach refleksji przy wielkanocnej, pandemicznej biesiadzie na temat ulotności ludzkiego istnienia, daremności rozmaitych działań ale i potrzeby codziennej nadziei i mimo wszystko- radości, nadającej sens naszemu życiu.
Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz… tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Adam Zagajewski (1945 – 2021)

Był poetą, eseistą, prozaikiem, filozofem, przedstawicielem pokolenia Nowej Fali. Wraz z Julianem Kornhauserem był współautorem manifestu ideowo-artystycznego formacji poetyckiej Nowa Fala, który wyłożyli w książce „Świat nie przedstawiony” (1974). Głosili w niej, że „rozpoznanie rzeczywistości nie jest jedynym zadaniem kultury, ale spełnienie tego obowiązku jest warunkiem społecznym funkcjonowania tej kultury jako całości” i „dokonali przeglądu powojennej literatury polskiej, oskarżając część autorów o eskapizm i brak rzetelności we właściwym odzwierciedleniu rzeczywistości społecznej. Przeciwstawiali się rozbudowanej metaforyce obecnej w poezji lat wcześniejszych, postulując odwrót od hermetyczności, pustosłowia i frazeologii, zapożyczonej z ówczesnej upolitycznionej publicystyki. Apelowali o powrót do realizmu”. 
W latach 1982–2002 Zagajewski przebywał na emigracji we Francji, od 1983 roku był redaktorem „Zeszytów Literackich” paryskiej „Kultury”. Laureat licznych prestiżowych nagród literackich w Polsce i na świecie. Był wykładowcą w Committee on Social Thought naUniwersytecie w Chicago. Poezję definiował jako sztukę przetwarzania i układania wyrażeń myślowych. Wbrew postmodernizmowi uważał, że nie kształtowanie języka, ale sens jest najważniejszą cechą poezji. Bardzo ważną rolę odgrywa w niej tajemnica wpisana w przeżywanie współczesności. Silną tendencją w jego poezji jest mityzacja rzeczywistości. Jest autorem m.in. tomów poetyckich: „Komunikat” (1972), Sklepy mięsne” (1975), „List. Oda do wielości” (1983), „Jechać do Lwowa” (1986), Ziemia ognista” (1994), „Trzej aniołowie” ( 1998), „Pragnienie” (1999), „Powrót” (2003), „Anteny” ( 2005), Niewidzialna ręka” (2009), „Wiersze wybrane” ( 2010), „Asymetria” ( 2014).
Tomy prozy: „Ciepło, zimno” (1975), „Słuch absolutny” ( 1979), „Cienka kreska” 1983). Eseje: „Drugi oddech” (1978), „Solidarność i samotność” (1986), „Dwa miasta, Paryż-Kraków” ( 1991), „W cudzym pięknie” (1998), „Obrona żarliwości” (2002), „Poeta rozmawia z filozofem” ( 2007), „Lekka przesada” (2011). W 2019 roku ukazał się jego zbiór esejów „Substancja nieuporządkowana”.
„Nie wiem, jak nazwane zostanie miejsce, które w kulturze polskiej zajmie w końcu Adam Zagajewski. Nie pasuje on do żadnej formuły, choć jest poetą i pisarzem z samego środka polskiej i europejskiej tradycji literackiej. Wielojęzyczny, erudycyjny, w wierszach pisze o muzyce i filozofii, o innych poetach, architekturze i sztuce. A jednak nie jest to poezja klasyczna, oderwana od dnia dzisiejszego; wręcz przeciwnie, dotyka codzienności, sięgają po nią ludzie w momencie trwogi. Przynosi ukojenie, mówiła o tej poezji Susan Sontag, choć nie jest to poezja konsolacyjna. Zagajewski-poeta nie ma w sobie gniewu ani obsesji, jest jednak zdecydowany i stanowczy. Czytanie go to nie jest walka, a rodzaj rozmowy, która uzależnia” – napisała o nim Irena Grudzińska-Gross. Od kilku lat Adam Zagajewski wymieniany był jako kandydat do Literackiej Nagrody Nobla. Jako człowiek i jako indywidualność obdarzony był wielkimi walorami, w tym wielką osobistą kulturą i ponadprzeciętną życzliwością dla innych. Z tego powodu nawet ostro krytyczny stosunek do rządów PiS wyrażał z niezwykłą elegancją.
Poniżej punlikujemy wywiad z poetą, przeprowadzony parę lat temu przez Krzysztofa Lubczyńskiego.

Substancja nieuporządkowana

Mój pierwszy impuls był taki, żeby rozmawiać z Panem o Pana poezji i eseistyce. Doszedłem jednak do wniosku, że nie czuję się na siłach rywalizować z wybitnymi znawcami i egzegetami Pana twórczości. Popadłem więc w zwątpienie i pesymizm z powodu własnej niemocy i niekompetencji, gdy nagle uświadomiłem sobie, że właśnie minęła pewna ważna na Pana twórczej drodze rocznica i w niej znalazłem asumpt do rozmowy.  Otóż w 2014 roku minęła 40 rocznica ukazania się bardzo głośnej wtedy książki eseistycznej, zwanej też manifestem ideowo-artystycznym Nowej Fali – „Świata nieprzedstawionego” (1974), wspólnego autorstwa Pana i Juliana Kornhausera. W prasie literackiej powoływano się na nią w latach siedemdziesiątych bardzo często, a dla mnie jako dla młodocianego wtedy jej czytelnika-licealisty książka ta była bardzo ważna. Powróciłem do niej po czterdziestu latach i zastanawia mnie, czy dziś jest to w Pana ocenie jedynie „zabytek” piśmiennictwa krytyczno-literackiego czy też w całości bądź w części nadal zachowuje aktualność?
Pamięć tej książki wraca do mnie przy różnych okazjach mentalnych. To co wydaje mi się jedną z osi tej książki, to zagadnienie walki konkretu z symbolem. Nadal wydaje mi się to jednym z wymiarów mojego myślenia o świecie. Stanowi to dla mnie potwierdzenie tego, że ta opozycja nie została wymyślona na użytek tej książki, lecz była czymś, co wtedy naprawdę zobaczyłem czy odkryłem. I że to mi pomaga myśleć o świecie, który jest nieustanną rywalizacją między tym, co empiryczne, codzienne, gdzie wielkie kontury się zacierają a wymiarem mitycznym. Skądinąd wydaje mi się, że w końcu zwyciężył we mnie raczej, choć nie do końca, wymiar symboliczny, mityczny, acz z książki wynika, że stanąłem wtedy po stronie konkretu. Widzę jednak ciągłe ścieranie się tych dwóch wymiarów. Szczegółowej egzegezy „Świata nieprzedstawionego” jednak Panu nie zaprezentuję, bo w przeciwieństwie do Pana nie czytałem jej ponownie i nie czuję takiej potrzeby. Był jednak „Świat” nie tylko młodocianym manifestem, lecz przeczuciem, czegoś, co jest nadal aktualne.
W jednym ze szkiców pomieszczonych w „Świecie nieprzedstawionym” napisał Pan: „Oświetlić problematykę literatury jako składnika kultury, aby przekonać się dlaczego tak mało wiemy o naszych czasach”. Czy po 41 latach tak sformułowana funkcja literatury jest aktualna?
I tak i nie. Na pewno w sensie społecznym znaczenie tego składnika kultury, jakim jest literatura, jest mniejsze. Natomiast w sensie filozoficznym, w wymiarze mniej się manifestującym, bardziej ukrytym, literatura ciągle ma klucz do myślenia o świecie i do odczuwania go. Przytoczone przez pana zdanie brzmi bardzo młodzieńczo, to znaczy bardzo teoretycznie. Po wielu latach mniej ufam teoriom, uogólnieniom. Literaturę widzę bardziej jako zbiór konkretnych pisarzy,  a nie jedną wielką, platońską całość. Jednak czuję się człowiekiem literatury, jestem z nią miłośnie związany czytam poezję, powieści, eseje. Jest ona wielkim pamiętnikiem ludzkości. Czytam właśnie eseje Virginii Woolf, które sobie sprowadziłem do mojego kindla. To pamiętnik życia osoby poszukującej drogi, swoista spowiedź. Film ani teatr nie mogą spełnić tej roli, chyba że po obejrzeniu filmów Andrieja Tarkowskiego przeczyta się, w trybie uzupełniającym, jego zapiski. Tymczasem każdy pisarz, nawet jeśli ma zwyczaj zacierania swoich prywatnych śladów, pisze – choćby nieświadomie – coś w rodzaju swojego pamiętnika. To jest ta podszewka literatury skrywająca się pod oficjalnym garniturem. Zresztą dziś lubimy w literaturze rzeczy brulionowe, nieoszlifowane, surowe tworzywo, w którym czuje się autentyczne emocje. Poza tym, mimo hiobowych wieści o zamieraniu książki papierowej, powieść bardzo energicznie w świecie żyje, miliony ludzi je czytają, przyznawane są niezliczone nagrody. Jest też oczywiście i ta druga strona medalu, która pokazuje, że czytelnictwo generalnie spada i powstał nowy gatunek ludzi wykształconych, a nieczytających.
Wracam do podstawowego postulatu książki będącej punktem wyjścia naszej rozmowy – do zarzutu, że polska literatura, proza powieściowa, pojmowana jako całość, nie pokazuje realnego świata. Nawiasem mówiąc, ten postulat wzbudził krytyczne opinie wśród części recenzentów książki, choćby Jerzego Kwiatkowskiego, który zarzucał Panom „lekceważenie uniwersalizmu czy Andrzeja Kijowskiego, który napisał, że nawet w literaturze „realistycznej” i „współczesnej”, „współczesność jest zawsze pasażerem na gapę”   Jak ocenia Pan ten zarzut po latach i czy można go odnieść do współczesnej polskiej literatury?
To nie jest tylko problem polskiej literatury. Czesław Miłosz ubolewał, że duża część ludzkiego doświadczenia w ogóle nie zostaje zapisana i umyka. Myślę, że postulat, by literatura ogarniała całość egzystencji, jest utopijny, bo każda powieść stanowi zawężenie tego obrazu. Na pytanie w jakim zakresie polska literatura ten postulat spełnia,  nie mam odpowiedzi, bo w zasadzie nie śledzę współczesnej polskiej prozy. Podejrzewam jednak, bo nie oglądam, że nawet seriale telewizyjne, których część zdaje się ma tę rzeczywistość ukazywać, nie spełniają tego postulatu i generalnie w ogóle jest deficyt opisu rzeczywistości. Trochę to uzupełnia reportaż, w jakimś momencie podniesiony do rangi literatury i ostatni Nobel  w tej dziedzinie dla wybitnej reportażystki białoruskiej zdaje się o tym świadczyć. Generalnie sztuka nie nadąża za czasem, który biegnie szybko i ona niej jest w stanie go dogonić. I może nawet nie potrzeba. Może wystarczy, że rzeczywistość energetyzuje sztukę.
Z racji ograniczenia czasem, pozwolę sobie na fragmentaryczną, lapidaryjną, dygresyjną formułę rozmowy. W pewnym fragmencie „Świata” pisze Pan o Szekspirze, Dantem, Molierze jako o części aktualnego kodu kulturowego ludzkości. Mam taką nurtującą mnie intuicję, może mylną, może przesadzoną, że technologiczne przyspieszenie ludzkości spowodowało naruszenie, jeśli nie zerwanie tego kodu. Powoduje to chociażby, że coraz trudniej wystawiać w teatrze np. utwory  romantyczne, znacznie trudniej niż jeszcze 40 lat temu. Jak Pan to odczuwa?
Jestem wykładowcą pewnego instytutu naukowego, interdyscyplinarnego w Chicago, o szacownej tradycji, jako że wykładali tam niegdyś Hannah Arendt czy Saul Bellow i inni sławni humaniści. Przychodzi tam elita studentów z całego świata. Wszyscy oni chcą i muszą poznać ten kod, od Homera począwszy, mniej czy bardziej dokładnie. Czytają na przykład starożytną grecką literaturę w oryginale, co na przykład moim przywilejem nie jest. Oni tworzą elitę młodego pokolenia, która czuwa nad tym kodem, nad trwaniem pamięci. Takich ośrodków jest więcej. To jest sekta tych, co wiedzą, choć mam świadomość, że sama erudycja nie jest wystarczającym warunkiem twórczości. Profesorowie tego instytutu niekoniecznie są wszyscy bardzo twórczy, ale pełnią rolę chodzących zbiorników pamięci, co też jest ważną funkcją. Polski system uniwersytecki słabo w tej domenie działa, a filologia klasyczna nie jest w modzie. Tymczasem w USA, które zwykliśmy uważać za kraj dość barbarzyński, co rusz powstaje nowy przekład „Iliady” czy „Boskiej komedii”. Ta sfera nie dotyczy, rzecz jasna, głuptasów ze stanów Kansas czy Nevada. Reasumując – ten kod jest trochę przykurzony, ale nie złamany i istnieją warunki dla jego ożywienia. Istnieją żywe zarodniki w postaci ludzi.
„Literatura jako jednolity wzór jedności życia”, porządkująca je, syntetyzująca w sposób panoramiczny epokę. Ten postulat także pojawił się z Pana strony w „Świecie nieprzedstawionym”. Jednak już co najmniej od kilkunastu lat daje się słyszeć sceptyczne glosy, że naszej migotliwej, rozproszonej, zmiennej kalejdoskopowo epoce tego się nie da osiągnąć, nie da się jej uchwycić. A już na pewno nie da się tego osiągnąć za pomocą tradycyjnej prozy, bo ona powstawała w bardziej stabilnej epoce. Jak Pan teraz na to patrzy?
Na pewno nie stawiałbym tego postulatu tak radykalnie, ale ta potrzeba ujednolicenia nie całkiem jest pozbawiona sensu. Każdy pisarz na swój sposób dokonuje takiego ujednolicenia. Na przykład u Zbigniewa Herberta mamy do czynienia z bardzo silną organizacją świata, u Różewicza także, choć jest ona inna. Czyli, że każda silna osobowość twórcza proponuje własną wizję, własny system, więc czytelnik staje wobec wielości tych ujednoliceń, co skądinąd brzmi jak paradoks, ale nie ma w tym złego, bo to oznacza pluralizm. Nie możemy być jak licealiści przygotowujący się do matury, którzy narzekają, że każdy pisarz mówi inaczej i że zwariować można. Wypada nam uznać tę wielość za siłę literatury, choć wiadomo, że są czytelnicy wierni tylko jednemu autorowi. Z tego punktu widzenia ta możliwość ujednolicenia jest większa w poezji niż w prozie, bo w niej większa jest siła postulatu, choćby tak stawianego jak w „Panu Cogito”. Proza natomiast na ogół bardziej porządkuje przez opis, choć są takie wyjątki, jak opętany prorok chrześcijańskiego modelu życia Dostojewski. Większość prozaików, to jednak opisywacze.
Jest też w Pana esejach postulat równowagi między tradycją a współczesnością w literaturze, równowagi zdefiniowanej w tzw. stożku Irzykowskiego – u podstawy tradycja, na wierzchołku współczesność i to co bieżące. Dziś proporcje tego stożka zachwiały się, nie ma już równowagi. Dolna część stożka, czyli tradycja, jest zmajoryzowana przez doraźność…
W tym zgadzam się w całej rozciągłości. Wyrazem tego jest choćby prawie całkowity zanik krytyki literackiej, którą zastąpiły notki w wykonaniu młodych dziennikarzy. Zniknęła szlachetna i szacowna postać krytyka literackiego, który często mylił się w ocenach, potępiał książki, które okazywały się wielkie, ale miał pewną wizję literatury, jak Irzykowski, Błoński, Wyka, Kijowski, Janion, Burek. To byli filozofowie literatury, ukazujący literaturę jako wyłaniającą się z pewnej całości. Dziś też jest trochę takich mnichów literatury, ukrytych po uniwersytetów, ale oni nie uczestniczą w codziennej debacie.
W „Świecie nieprzedstawionym” jest wątek hermetyczności języka humanistyki. Kiedy czytam wspomnianych przez Pana krytyków, to poza przyjemnością poznawczą i estetyczną z tej lektury mam też komfort jasności, zrozumiałości ich wywodów. Przeciwnie niż gdy czytam wielu ich następców, choćby z kręgu IBL, którego nazwa bywa czasem synonimem niezrozumialstwa tego piśmiennictwa. Czyli wspomniana hermetyzacja nie prowadzi tej humanistyki na coraz dalsze manowce?
Nie chciałbym, żeby czytając naszą rozmowę, ktoś doszedł do wniosku, że to rozmowa dwóch starych reakcjonistów, starszego i młodszego, którym nic co nowe się nie podoba. Zauważam jednak powolny powrót do humanistyki polskiej i światowej języka klarownego. Kiedy prowadziłem wykłady w Stanach stwierdziłem, że panują zmieniające się językowe mody w humanistyce. Czytam regularnie „New York Review Books”, w którym bardzo dobrze widać te zmieniające się tendencje. Nawiasem mówiąc tę nieklarowność rozpętali Niemcy. Od Heideggera począwszy. Niedawno przeczytałem książkę czeskiego autora Pavla o powieści jako gatunku, o jej rozwoju i to jest wzór klarowności. Marta Wyka pisze bardzo jasno i mógłbym wymienić więcej nazwisk. Mam więc nadzieję, że najgorszy okres nieklarowności już minął, aczkolwiek ambitniejsza humanistyka i tak skazana jest na wąski obieg.
W „Świecie” pojawia się też Brzozowski z jego kategorią polskiego „zdziecinnienia”, którą formułował nie tylko na stronach „Legendy Młodej Polski”. Mam wrażenie, że to  z czym Brzozowski walczył, dziś po przeszło stu latach od jego śmierci, wygrało w kulturze totalnie, że zdziecinnienie, infantylizacja są wszechobecne i wchłaniają coraz więcej obszarów życia. I dotyczą nie tylko Polski, o czym pisał choćby Peter Sloterdijk.  Czy Pan to też tak odbiera?
Brzozowski miał poczucie tragizmu losu Polaków żyjących w niewoli. Wyrzucał im, że będąc pozbawionymi własnego państwa bawią się z najlepsze. Gdy to czynił, kultura masowa w dzisiejszym znaczeniu jeszcze nie istniała. Dziś samo pojęcie kultury masowej usprawiedliwia jej płytkość. Ale przecież, choć nie ma większego zdziecinnienia niż w Stanach Zjednoczonych, a skala niewiedzy społecznej przekracza nasze europejskie wyobrażenia, to istnieją tam również znakomite uniwersytety, należące do czołówki światowej, o czym wspominałem. Polska nie wyróżnia się więc w poziomie zdziecinnienia, o czym świadczy choćby przywoływany przez pana Sloterdijk. Zresztą co do Polski, to wybuch zdziecinnienia odsłonił Polaków, pokazał jacy jesteśmy naprawdę. Za PRL kryliśmy się za maską, teraz jesteśmy transparentni i w całej okazałości. Nie możemy się jednak ograniczyć do utyskiwania i robić swoje, wierząc że to nie ginie.
Jest Pan oczywiście identyfikowany głównie jako poeta, ale czy po czterech dziesięcioleciach od wydania „Świata nieprzedstawionego” zdarza się Panu odebrać sygnały, że i ta książka jest pamiętana?
Owszem, zdarza się. Ostatnio nawet zwrócono się do mnie i do Juliana Kornhausera z prośbą o zgodę na wprowadzenie tej książki w obieg zasobów zdigitalizowanych obiegu elektronicznego. Oznaczało to rezygnację z ewentualnych edycji papierowych.
Szkoda, bo warto by ją wydać na nowo,  ze słowem wstępnym sytuującym jej rolę na tle ówczesnego kontekstu kulturowego, społecznego, politycznego i określającym poziom jej aktualności po latach, pokazującym co przetrwało, a co należy do minionego czasu. Tak uczyniono niedawno na przykład ze „Zniewolonym umysłem” Miłosza, „Płomieniami” Brzozowskiego i z głośnym u schyłku lat siedemdziesiątych esejem Andrzeja Wernera „Polskie, arcypolskie”…
Przez jakiś czas nie będzie to możliwe. Z naszej książki to i owo pozostało, ale jest sporo warstw passe, naiwności i sformułowań należących do tamtego czasu. Na przykład odwołań do socjalizmu,  jak choćby w puencie, które dziś mnie rażą i które były jednak przejawem konformizmu. Już nawet nie pamiętam, czy wydawca nam to narzucił, czy pomieściliśmy to bez inspiracji zewnętrznej.
Mnie z kolei, młodego wtedy odbiorcy, intrygowało, jak tak niecenzuralna książka mogła zostać dopuszczona przez cenzurę do publikacji…
Było w tym trochę dynamitu, ale też spora jego część była opakowana dla bezpieczeństwa.
A teraz chciałbym wyjść poza obszar inspirowany przez „Świat nieprzedstawiony” i poruszyć kilka kwestii wyodrębnionych z Pana eseistyki. W tomie „Lekka przesada” napisał Pan, powołując się na Paula Claudela, że postawa podziwiania cudzego piękna jest szlachetniejsza niż postawa krytyki. Podziw ma w obyczajowości, w jakiej funkcjonuje kultura niższą rangę niż postawa krytyki. Czy to ma swoje źródła w Oświeceniu?
Za Paulem Ricoerem i jego pojęciem „systemów podejrzeń” widziałbym te źródła raczej w modernizmie, w Nietzschem czy w marksizmie. I choć w tle tego wszystkiego jest oczywiście Oświecenie, to bezpośrednie źródło widzę w modernizmie, w jego skrzydle teoretycznym. Gdziekolwiek jednak usytuowalibyśmy źródła kultury czy systemu podejrzeń, to faktem jest, że one nas otaczają. Aczkolwiek nic tu nie jest czarno-białe i wspomniane systemy podejrzeń także dużo nam dały, pomogły. Nie możemy całkowicie odrzucić ani Nietzschego, ani Freuda ani Marksa, każdy z nich coś ważnego zobaczyli. Niewątpliwie jednak wektor podejrzeń wziął zdecydowanie górę nad wektorem podziwu i utrudnia nam zbliżenie się do tego do czego między innymi potrzebna jest sztuka – do dotknięcia substancji egzystencji. Zamiast bowiem patrzeć na nią, na tę substancję, patrzymy sobie podejrzliwie na ręce. Nie wierzymy w bezinteresowność, w to, że ktoś może pisać, malować, komponować bezinteresownie, w poszukiwaniu tej substancji. To jest właśnie jeden z przejawów owej deriddowskiej dekonstrukcji, bardzo ciekawej filozoficznie, ale także obarczonej wspomnianą wadą. Szczęśliwie jednak podziw całkowicie nie zaginął w kulturze i nieraz wychodząc z koncertu widzę podziw, uniesienie, spełnienie estetyczne malujące się na twarzach ludzi. Także, gdy patrzę na dyrygenta wykonującego z orkiestrą kompozycje Beethovena czy Mahlera, to widzę jego podziw, acz już w sztuce kompozytorskiej, zwłaszcza w nowszych prądach, ironię czy krytycyzm już można zauważyć. W praktyce artystycznej jest to trudniejsze niż w teorii, choć znam teoretyków muzyki, którzy także  nie wstydzą się i nie kryją podziwu, nawet dyszą podziwem. Natomiast w sferze medialnej kultury rzeczywiście przeważa krytycyzm, ironia, sarkazm. Nawiasem mówiąc, Claudel na którego się tu powołujemy osobiście był okropnym nienawistnikiem deprecjonującym na przykład Rilkego czy Elliotta uważającym za zero.
Zadam pytanie może nie a propos, ale mieszczące się jakoś w polu piękna, podziwu, estetyki. Dlaczego skończyła się poezja jako śpiew i poeta jako lirnik? Dlaczego odrzucono jej śpiewaczy i arkadyjski aspekt, obecny choćby u Homera czy Mickiewicza?
Tu się z panem nie zgodzę co do Homera, bo ja u niego nie widzę arkadyjskości, ale rzeźnię, przemoc. Początki poezji zachodniej to seria morderstw pod Troją. Jest taki piękny esej Simone Weil o „Iliadzie” jako o poemacie siły. Weil nie widzi w „Iliadzie” nawet rycerskości, tylko potworne zabijanie. A co do poezji jako pieśni i rymu, to nie chcę być pedantem, ale przypomnę, że Grecy w poezji nie rymowali, ani Homer ani Wergiliusz. Rym wynaleźli podobno mnisi średniowieczni dla celów mnemotechnicznych, dla ułatwienia zapamiętywania. Natomiast poezja antyczna miała silną strukturę sylabiczną, miała jamby i trocheje, które były jej opoką. Także inna wielka opoka poezji, czyli psalmy Dawidowe, też nie miały rymu, ale oparte były na paralelizmach czyli powtórzeniach. Nie widzę więc w dawnej poezji ani arkadyjskości, czyli opiewania piękna świata, może poza sielankami Teokryta, ani w sensie estetyki wiersza. Raz jeszcze przywołam Claudela, by dygresyjnie przypomnieć, że i on nie rymował, a nawet był rewolucjonistą poezji francuskiej odrzucając dwunastozgłoskowiec, aleksandryn, jej fundament, określając go jako „katarynkę”. Z kolei w poezji polskiej wielkim burzycielem-rewolucjonistą był Tadeusz Różewicz. Różewicz poszedł daleko w prozaizacji wiersza. Był nim również Peiper, choć on nie był tak utalentowany i był bardziej teoretykiem poezji.
Autor jednej z poświęconych Panu not biograficznych wymieniając enumeratywnie Pana aktywności twórcze, pomieścił określenie „filozof”, przed „poetą” i „eseistą”. Jest Pan autorem szkiców o Emilu Cioranie, Józefie Czapskim, Brunonie Schulzu, co jest dla mnie zrozumiale, ale dlaczego także o Nietzschem czy Jűngerze? Dlaczego właśnie o nich?
Z dwóch różnych powodów. Nietzsche był bogiem mojej wczesnej młodości. Gdy się czyta listy, dzienniki, wspomnienia wielu pisarzy XX wieku, to widać, że przewrócił on w głowie bardzo wielu młodym pisarzom. Moje pokolenie było może już trochę w tym względzie spóźnione, ale dwa pokolenia wcześniejsze były pijane pismami Nietzschego. Inna sprawa, że mój tekst o Nietzschem jest krytyczny, jest odrzuceniem tego młodzieńczego upojenia. Co do Jűngera, to miał on różne fazy. Nie lubię jego fazy agresywno-militarnej, ale od późnych lat trzydziestych jest to pisarz medytacyjny i jeden z niewielu pisarzy metafizycznych, przy czym w jego przypadku to określenie brzmi serio. Jűnger naprawdę wierzył w jakiś inny świat, był pisarzem religijnym, chwilami chrześcijańskim, chwilami heretyckim, ale bliskim chrześcijaństwa. Był człowiekiem, który nie bał się śmierci, w przeciwieństwie do Eliasa Canettiego, który nienawidził śmierci i całą swoją twórczość uważał za walkę z nią. Jűnger uważał, że śmierć nie jest końcem i dlatego z ciekawością czekał na śmierć. Był jedynym znanym mi człowiekiem, który nie nudził opowiadając o swoich snach. Jak wiadomo, nasze sny zawsze są fascynujące, a cudze – nudne. Spotkałem kiedyś człowieka, który był sekretarzem Jűngera w ostatniej fazie jego życia i który mi powiedział, że umieranie pisarza, a dożył on 103 lat, było pogrążaniem się coraz bardziej we śnie. Poprzez sny wchodził do śmierci. Zafascynowało mnie to jako być może najpiękniejszy sposób umierania. Nie lubię jego powieści, które uważam za słabe, ale cenię jego dzienniki, zwłaszcza paryskie, w okupowanym Paryża, ale też późniejsze. 
Tak, jak się umówiliśmy, w naszej rozmowie nie dotknęliśmy bezpośrednio Pana poezji, co w przypadku tak wybitnego poety jest może trochę paradoksalne. Wspomniałem w poprzednim pytaniu o określeniu Pana, w pierwszym rzędzie, jako filozofa, więc może jednak na koniec zahaczą o Pana poezję. W innej nocie określono Pana jako poetę „apollińskiego, jasnego, klasycyzującego”. Jakie jest Pana samopoczucie jako potomka Apollina i klasycysty?
(uśmiech ciepły a jednocześnie sardoniczny) – Panie Krzysztofie, lepiej dochowajmy Pana wstępnej propozycji, która wydała mi się sensowna, a na inne Pana pytania chętnie odpowiem w przyszłości, przy okazji następnego spotkania…

Dwadzieścia jeden salw (Operacja „Transatlantyk“)

Tym, dla których pojęcie służba państwu nie jet sloganem, lecz sensem istnienia.

Helikopter wiozący VIP-a, wysokiego gościa z małżonką, wylądował na placu przed Białym Domem. Po chwili druga maszyna dowiozła resztę delegacji państwowej – w tym wicepremiera oraz ministra spraw zagranicznych. W ogrodzie, od strony południowej budynku, przed reprezentacyjnym wejściem czekał już prezydent Gerald Ford w towarzystwie m.in. sekretarza stanu Henry Kissingera i szefa sztabu armii USA – gen. Frederica Weyanda. Odegrano hymny obu państw, przetoczył się nad zebranymi grzmot dwudziestu jeden salw armatnich, pododdziały honorowe armii amerykańskiej stanęły do przeglądu. Po tej części uroczystości, zarezerwowanej w protokole wyłączne dla głów państw, prezydent Ford a następnie jego gość wygłosili krótkie premówienia, następnie z tarasu Białego Domu pozdrowili zgromadzonych witających i udali się do rezydencji prezydenta Stanów Zjednoczonych na oficjalne rozmowy. Najpierw – obu przywódców a później – plenarne, z udziałem najwyższych urzędników państwowych obu stron.
Tak 8 października 1974 roku, lądowaniem o godzinie 10,28 czasu miejscowego w Waszyngtonie rozpoczęła się najważniejsza część wizyty przywódcy PRL, pierwszego sekretarza PZPR, szeregowego posła na Sejm, w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Wizyta była dla obu stron ważna. Dla Edwarda Gierka był to szczyt sukcesów w pierwwszej części jego przerwanej później dekady. Nie miał zamiaru jednak poprzestawać na tym, co osiągnął. Rozmowy w USA, szczególnie te gospodarcze, były bardzo istotne. Powołano wspólny Fundusz im. Marii Skłodowskiej Curie jako narzędzie współpracy naukowo – technicznej obu krajów. Założono zwiększenie obrotów handlowych do 1 mld USD w 1976 roku (jeden miliard wówczas to jego wielokrotność dzisiaj). Podjęto decyzję o rozbudowie siatki regularnych połączeń lotniczych między Polską a USA. Zawarto umowy licencyjne, wśród innych także na zakup i produkcję kolorowych kineskopów, będących produktami podwójnego zastosowania.
Strona amerykańska była zaskoczona świetnym przygotowaniem merytorycznym polskich negocjatorów. Dawała temu wyraz. Zresztą trwał czas „detente“, odprężenia w relacjach Wschód – Zachód i Ameryce zależało na jego pogłębieniu, choćby po to, by wyraźniejsze stały się rysy na „monolicie“ Paktu Warszawskiego. Kto mógł przypuszczać, że już niebawem wybuchnie kryzys finansowo – gospodarczy obejmujący Europę Zachodnią i USA, grzebiąc pod odłamkami tej katastrofy nadzieje Gierka na wzrost eksportu na Zachód licencyjnej produkcji i dalszy dynamiczny rozwój kraju.
Tymczasem jednak trawał czas niewątpliwych sukcesów . Inwestycje – powszechna motoryzacja społeczeństwa dzięki produkcji w FSM w Bielsku-Białej Fiata 126p , budowa huty Katowice oraz Portu Północnego, Centralnej Magistrali Kolejowej, trasy szybkiego ruchu Warszawa-Katowice, dworca kolejowego Warszawa Centralna, Trasy Łazienkowskiej w Warszawie, potęgujących możliwości logistyczne kraju. Rafinerii Gdańskiej i Elektrowni Bełchatów wzmacniających polski sektor energetyczny, produkcji traktorów Fergusson w zakładach Ursus dla sektora rolniczego, autobusów Berliet na licencji francuskiej, masowego budownictwa mieszkaniowego z prefabrykatów „wielkiej płyty“ dla ogółu obywateli i wiele innych.
Owszem, linie kredytowe wówczas zaciągnięte obciążały Polskę przez wiele lat ale i tak były znacznie mniejsze, niż zaciągnięte przez aktualne władze z ich widocznym, lub raczej – niewidocznym tymczasem efektem, który w perspektywie „ulży“ kieszeniom obywateli.
Te działania Gierka, człowieka odmiennego od pozostałych szefów partii w obozie realnego socjalizmu, bowiem wychowanego w społeczeństwie zachodnim, we Francji i Belgii, budziły irytację i obawy sojuszników. Nagłaśniali je szefowie partii NRD – Erich Honecker i Czechosłowacji –Gustaw Husak. Jednak najważniejsze było stanowisko Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego wobec poczynań Gierka.
Piotr Kostikow,nadzorujący sprawy polskie w ramach Komitetu Centralnego partii ZSRR wyrażał się krytycznie o „fascynacji Gierka Zachodem i USA“, podobnie widział to też zastępca członka Biura Politycznego KPZR, jej sekretarz, odpowiedzialny za stosunki międzynarodowe , BorysPonomariow.
Gierek rozumiał, że postawił nogę na „czerwonej linii“ zbliżenia z Zachodem, którą nakreślił potężny wschodni sąsiad, jako nieprzekraczalną. Mimo to dokonał tego kroku. Mógł to zrobić także dzięki świetnemu merytorycznie i efektywnemu przygotowaniu wizyty w USA, której pozytywnych wyników dla „gospodarki socjalistycznej“ przywódcy ościennych państw nie mogli kontestować.
XXX
Kilka dni wcześniej, przed wizytą Gierka w USA pod warszawski budynek u zbiegu ul.Pięknej i Al. Ujazdowskich podjeżdża ciężarówka firmy przeprowadzkowej.
Czterech mężczyzn, z trudem wciąga na pasach szafę na jedno z pięter kamienicy.
Nikogo to nie dziwi, bo lokal jest podnajmowany i często zmieniają się zamieszkujące go osoby. W rzeczywistości był to stały punkt obserwacyjny polskich służb, skierowany na budynki ambasady USA po przeciwnej stronie ulicy.
Podobnie było od strony Al. Ujazdowskich, tam z kolei stały punkt był usytuowany w wysokim budynku pod numerem 8, dawniej z restauracją „Ambasador“ na parterze.
Gdy w kamienicy przy ul.Pięknej 1B zatrzaśnięto drzwi mieszkania, które opuścili już tragarze, i otworzono drzwi szafy, dla dwóch lokatorów stało sie jasne, czemu ten mebel był tak ciężki. Wewnątrz znajdowało się urządzenie złożone z kilku bloków – zasilania , sterowania i emisora impulsów, czegoś w rodzaju rury o stosunkowo dużej średnicy, wydłużonej na kształt obciętej lufy armatniej, zawierającej elementy opto – elektroniczne i instalacje generujące impulsy.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku Polska była pionierem i liderem światowym w dziedzinie techniki laserowej. W Instytucie Elektroniki Kwantowej Wojskowej Akademii Technicznej powstawały w połowie tych lat lasery impulsowe dużych mocy a jeszcze wcześniej – w 1966 roku przekazano Zakładom Produkcji Doświadczalnej WAT laser molekularny na dwutlenku węgla o dużej mocy do zastosowania w przemyśle przy cięciu i spawaniu różnych materiałów. Teraz produkt myśli technicznej polskich naukowców miał się sprawdzić w zupełnie nowej roli…
XXX
Józef Osek, dyrektor Departamentu I MSW od listopada 1971 roku, a więc szef wywiadu, zarywał kolejną noc. Tak było juz od paru tygodni ale złożoność operacji, którą przygotowywał mogła kogokolwiek przyprawić o bezsenność. Zgodnie z zasadami sztuki wywiadowczej każdy znał fragment większej całości, jemu należny. Wszystkie nici zbiegały się w gabinecie szefa i tylko on wiedział, co się naprawdę szykuje. Oczywiście formalnie był powiadomiony o sprawie minister spraw wewnętrznych Stanisław Kowalczyk ale gdyby Oskowi powinęła się noga, to
jego przłożony z wyprzedzeniem poinformował go, że zrzuci to na karb braku subordynaci podwładnego. Ludzie z Wydziału III, z ochrony kontrwywiadowczej, czuwali w stałych punktach obserwacyjnch, specjaliści wydziału IX przygotowywali środki techniki operacyjnej, od prozaicznych amperomierzy począwszy do specjalnych zestawów wytrychowych, koledzy z sekcji fotograficznej gromadzili materiały światłoczułe i aparaty do precyzyjnej dokumentacji zdjęciowej . VII Zarząd (Wywiad Naukowo-Techniczny) a właściwie jego wydział I organizował unikalne urządzenia, niezbędne do wykonania zadania.
Dyrektor Osek czekał jeszcze na sygnał od źródła w rozpracowywanym obiekcie. Wreszcie sygnał nadszedł…
Ponieważ budynek, który grupa operacyjna miała nocą spenetrować z zewnątrz był chroniony przez kamery telewizji przemysłowej , a wewnątrz podzielony na liczne strefy, zamknięte analogowymi, numerycznymi zamkami elektrycznymi, (były wporawdzie i zamki klasyczne, ale ich otwarcie zajmowało jednemu z członków grupy tyle czasu ile dyletantowi w tej pracy przekręcenie w nich klucza) opracowano system kombinacji cyfr, pozwalający na ich szybkie odblokowanie. Pomocny okazał się tu pracujący w MSW pierwszy polski pecet K-202 projektu genialnego inżyniera Jacka Karpińskiego, na układach scalonych, z pamięcią operacyjną do 8 MB (dla porównania – amerykański PC IBM z owej epoki dysponował 64 kilobajtami). Grupy cyfr trzeba było jakoś zachować, aby użyć ich w miejscu przeznaczenia, rozkodowując natychmiast algorytmy zastosowane w zamkach. Tu przydał się zaadaptowany „akumulator cyfr“ do szyfrogramów, używany w błyskawicznej radiołączności. Ten prekursor pendriv’a „gwizdka“ USB, był w stanie pomieścic 1000 grup 5-cio cyfrowych tzw. gamy szyfrowej, które później, w ułamku sekundy, można było wyemitować poprzez przenośną mini – radiostację. Radiopelengatory obcych służb rejestrowały jedynie pisk, trwający ułamki sekundy, i nie dający szans na lokalizację źródła transmisji. Takim sprzętem dysponowali już wówczas operatorzy polskiego wywiadu w terenie, którzy mogli wykorzystywać go, po uprzednim zapisaniu szyfrogramu np. podczas jazdy samochodem, używając zakamuflowanego pod radio nadajnika i nie rzucającej się w oczy anteny samochodowej (kiedyś takie, jak długie, giętkie bicze, były wręcz modne). Co prawda ten solidny prostopadłościan, po odpowiednich modyfikacjach, ważył około kilograma i był w stanie zachować zgromadzone w nim informacje jedynie przez około pół godziny, ale był to czas wystarczjący dla operatorów w trakcie wykonywania zadania w budynku. Ćwiczyli zresztą przebieg akcji wielokrotnie na symulowanych trasach i zabezpieczeniach, ze stoperem w ręku. Wychodziło im – plus, minus – pół godziny.
XXX
Do szefa polskiego wywiadu dotarły, oprócz oczekiwanego sygnału, dodatkowe szczegóły. W ambasadzie USA w Warszawie powstał dokument, określający główne tematy rozmów i sugerowaną taktykę w trakcie spotkania prezydenta Geralda Forda z Edwardem Gierkiem. Precyzował kierunki zainteresowań, dezyderaty i nadzieje polskiego rozmówcy, widziane przez dysponujących też polskimi źródłami osobowymi funkcjonariuszy CIA, pracujących na dyplomatycznym przykryciu. Dokument miał trafić via Langley do rąk Henry Kissingera a stamtąd do prezydenta Stanów. Tymczasem, jeszcze przed zaszyfrowaniem, złożono całość dokumentacji w sejfie, w pomiesczeniu przylegającym do gabinetu ambasadora Richarda Townsenda Daviesa, zresztą zawodowego wojskowego, który miał nazajutrz podpisać materiał i wydać polecenie jego wyekspediowania. Miał dotrzeć do USA, dla pewności, dwiema drogami. Jako niezaszyfrowany maszynopis walizką dyplomatyczną i jako obszerny szyfrogram via radio. Nie można było dłużej zwlekać.
Szef wywiadu wydał rozkaz, z pełną świadomością, że w razie „wpadki“ może dojść nawet do odwołania wizyty, przy czym kwestia jego dyrektorskiego fotela była niczym. Ale wiedział też, że pozyskanie tych dokumentów dawało fory polityczne jego przełożonemu – Stanisławowi Kowalczykowi a przede wszystkim – Edwardowi Gierkowi w rozmowach z Geraldem Fordem i szanse na wynegocjowanie najkorzystniejszej dla Polski wersji umów międzypaństwowych.
XXX
Grupa pięciu ludzi w czarnych kombinezonach i kominiarkach zdecydowała się forsować ogrodzenie ambasady USA od strony Pałacu Lilpopów z bujnie zadrzewionym ogrodem, pod numerem 33/35 Al. Ujazdowskich . Roślinność i noc stanowiły naturalną, acz marną osłonę, bo mimo iż były to tyły kompleksu budynków ambasady to i one miały ochronę w postaci reflektorów z monitorami ruchu i kamer telewizji przemysłowej.
Dowódca zespołu operacyjnego dał sygnał przez walkie-talkie ekipie ze stałego punktu obserwacyjnego przy ul Pięknej. Chwilę po tym silny impuls lasera poszedł w stronę wartowni, w której pełnili służbę marines. Miał oślepić kamerę bocznego skrzydła ambasady. Udało się dopiero za drugim podejściem. Efektem pierwszego był idealnie okrągły otwór w szybie wartowni, nie powodujący jej rozbicia, nad czym długo później głowili się amerykańscy spece. Oślepiona drugim, słabszym impulsem, kamera zaowocowała ciemnym polem na monitorze kontrolnym perymetru ambasady i ściągnięciem dodatkowych sił do jej pomieszczen od strony ul.Pięknej tudzież dekoncentracją żołnierza piechoty morskiej, śledzącego szereg migających naprzemiennie monitorów. To wystarczyło. Po nieco wiecej niż minucie cała piątka była już na terenie placówki dyplomatycznej. Otwieranie kolejnych drzwi w śluzach szło bez przeszkód. Aktorzy tego teatru cieni, momentami wspomagani wąskimi snopami czerwonego światła i s,przętem zbliżali sie nieuchronnie do tylnego wejścia ambasadorskiego gabinetu, skąd mieli bliżej do sejfu. Elektronik zespołu rozkodował ostatni zamek i staneli „oko w oko“ ze swym obiektem pożądania.
Sejf wyglądał solidnie i głowice zamków szyfrowych na nim – również. W zespole był arcymistrz ich otwierania. Żaden trezor bankowy nie byłby w stanie mu się oprzeć. Ale wymagałoby to zabawy ze stetoskopem, na co nie było czasu. Ale i to przewidziano. Jeden z członków ekipy wyjął kasetę z arkuszem kliszy światłoczuej, drugi – otworzył niesiony przezeń pojemnik z talem 204 tl ( ten sztuczny radionukleid, transuranowiec był radioizotopem dostarczonym z IBN w Świerku, gdzie funkcjonowały reaktory zbudowane w Polsce – „Agata“ i „Ewa“ /Eksperymentalny,Wodny,Atomowy/). Kierując otwór pojemnika pod określonymm kątem na boczną ścanę sejfu, dał czas partnerowi na przyłożenie kliszy do drzwi pancernych. „Kasiarz“ zobaczył zarys systemu zapadek. To mu wystarczyło. Po trzech minutach sejf stanął otworem. Kolejny oficer-operator szybko sfotografował materiał. Uporządkowano maszynopis, zamknięto z powrotem sejf. Grupa ludzi, którzy mieli świadomość następstw promieniowania i konsekwencji choroby popromiennej, miała już opuścić pomieszczenie sejfowe, gdy ich uszu dobiegł cichy szelest. Zamarli. Po chwili człowiek z VII zarządu otworzył skrytkę w ścianie. Był w niej magnetofon, uruchamiany automatycznie jakimikolwiek sygnałami dźwiękowymi, jeśli do takowych, w pomieszczeniu po jego zamknięciu, dochodziło. Delikatnie, w lateksowych rękawiczkach, które nie ograniczały jego ruchów, wyjął magnetofon. Był to profesjonalny Kudelski. Na szczęście wcześniej założyciel tej sławnej na Zachodzie firmy, emigrant z Polski, podarował swej ojczyźnie, widząc niezaprzeczalne symptomy jej rozwoju w latach 70-tych, licencję na produkcję tego sprzętu.
Nie miał więc on dla oficera VII zarządu żadnych tajemnic. Wycofał taśmę, skasował zapis, i ostrożnie, już po wyjściu kolegów z pomieszcenia, umieścił go z powrotem w skrytce. Pięciu ludzi, jakl pięć duchów, szybko pokonało całą trasę, tyle, że w odwrotnej kolejności, skrupulatnie zamykając za sobą zamki śluz. Po około siedmiu minutach byli już z powrotem w ogrodzie pałacu Lilpopów, nie pozostawiając żadnych śladów swej tajnej operacji. Od startu do końca trwała w sumie nieco mniej niż pół godziny.
XXX
Na kilka dni przed tym, nim helikopter wiozący Edwarda Gierka wylądował na placu przed Białym Domem, na biurku pierwszego sekretarza PZPR „wylądował“ ściśle tajny dokument specjalnego znaczenia. Zawierał pełną informację o tym, jaka będzie taktyka i główne akcenty w polsko – amerykańskich rozmowach bilateralnych, forsowane przez gospodarzy…
Później dziwnym zbiegiem okoliczności Minister Spraw Wewnętrznych – Stanisław Kowalczyk w październiku 1974 roku został wypromowany na generała brygady MO a następnie – zastępcę członka i w końcu – członka Biura Politycznego partii.
Pułkownik Józef Osek, później – generał brygady, szefował wywiadowi do listopada 1974 po czym, w 1975 roku został powołany na spokojniejszą i bardziej lukratywną funkcję wiceprezesa Głównego Urzędu Ceł.
A co z pozostałymi bohaterami, bez żadnych cudzysłowów, naszej historii? Jeden z nich zmarł szybko w wyniku ostrej choroby popromiennej z anemią plastyczną i białaczką. U drugiego choroba ta przybrała formę przewlekłą ale przez to nie mniej śmiertelną. Kolejnych trzech los oszczędził. Wspomniany wirtuoz precyzyjnego odblokowywania zamków szyfrowych, który mógłby zbijać kokosy w podziemiu kryminalnym dzięki swym umiejętnościom „kasiarza“, były funkcjonariusz IX wydziału I Departamentu wegetuje na szczątkowej emeryturze,, którą mu załatwili aktualnie rządzący ustawą represyjną, surrealistycznie zwaną dezubekizacyjną, chociaż dotkniętych nią pracowników UB ze świecą szukać, bowiem zadziałały tu bezwzględne prawa biologii i ludzie ci odeszli w bezpowrotną przeszłość. Elektronik, w podobnej sytuacji, dorabia naprawianiem komputerów do w miarę godnej materialnie starości. Dowódca zespołu zapodział się gdzieś z upływem lat, nie można wykluczyć, że już zmarł. Tyle tylko można powiedzieć o jednej z najefektowniejszych operacji polskiego wywiadu po IIwojnie światowej. „Tylko“, bowiem są zasady pracy wywiadowczej, które każą milczeć w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa Państwa bez względu na szafowanie przez polityków „odtajnianiem“ i „zwalnianiem z tajemnicy“, ze szkodą, jaką nawet dzisiaj może wyrządzić taka ich działałność Polsce.
Od autora: Operacja opisywana rzeczywiście miała miejsce. Sfabularyzowana forma niniejszego tekstu wynika z tego właśnie, co ująłem w ostatnich dwóch zdaniach artykułui. Szanujące się służby w państwach, gdzie rządzący realizują instynkt państwowotwórczy zamiast o nim mówić, chronią swe źródła i szczegóły operacji znacznie dłużej , niż rutynowe 50 lat. Wystarczy przytoczyć „sukcesy“w dopraszaniu się strony polskiej w MI6 o dokumentację katastrofy gibraltarskiej, w której zginął Naczelny Wódz i premier – generał Władysław Sikorski, że nie wspomnę o wywiadach używających nieco pompatycznej w brzmieniu pieczęci na dokumentach : „Zachować w tajemnicy po wieczne czasy“.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz …tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Próba zdefiniowania kobiety

Oto mój gość: kulturoznawca, artystka – plastyk, ikonografka, a zarazem poetka oraz pisarka. Słowem: kobieta jedyna w swoim rodzaju, acz o wielu twarzach – Bianka Kunicka Chudzikowska. Z Bianką Kunicką Chudzikowską rozmawiała Iwona Niezgoda – pomysłodawczyni i organizatorka niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku Brakująca Litera, prowadząca bloga Góralka Czyta.

Biorąc pod uwagę niniejszą prezentację, naszą rozmowę chciałabym zacząć od próby zdefiniowania kobiety, wszak jest Pani najjaśniejszym w moim przekonaniu dowodem, że ujęcie jej w ramach kulturowych nie jest łatwe. Jak więc postrzega Pani kobietę – a co za tym idzie – pogląd jakoby była to słaba płeć?

Trudne pytanie, bo patrząc przez pryzmat historii, to niewątpliwie kobieta i jej pozycja w społeczeństwie na przełomie wieków bardzo się zmieniała. Dzisiaj aż trudno uwierzyć, że jeszcze relatywnie niedawno kobiety nie miały praw wyborczych, prawa decydowania o sobie czy kształcenia się. Pominąwszy fakt, że do dzisiaj nasz świat jest bardzo patriarchalny, a czasy, w których żyjemy pokazują, że jeszcze na wielu płaszczyznach pozbawia się nas głosu, a przynajmniej próbuje, to jednocześnie sądzę, że kobiety, pomimo nadania im miana słabej płci, niejednokrotnie sterowały i podporządkowywały sobie tę, pozornie silniejszą. Dużym problemem był również fakt, że kobiety nie wspierały się nawzajem, ale to także się zmienia, ponieważ zrozumiały, że dopiero działając wspólnie, mają szanse, że ich potrzeby będą dostrzeżone, a prawa respektowane.

Nie chcę tutaj dewaluować postawy mężczyzn, bo w nich również dojrzała świadomość, że kobieta to nie tylko matka ich dzieci, której największą ambicją jest prowadzenie gospodarstwa domowego, ale przede wszystkim partnerka mająca prawo do osobistego rozwoju. Co do samej kobiecości to trudno się nie zgodzić ze słowami Nietzchego, że cokolwiek się powie o kobiecie – jest prawdą. Ale tak na poważnie – kobiecość, pominąwszy aspekt seksualny to przede wszystkim świadomość swojej wewnętrznej siły i tego, co jest jej istotą. Kiedyś, gdy wielopokoleniowe rodziny żyły wspólnie, wiele mądrości, rad, a także ciepła i miłości, niejako samoistnie przechodziło z pokolenia na pokolenie, a dziś ta tradycja właściwie zanikła, bo większość młodych ludzi, podążając za pracą bądź możliwością kształcenia, bardzo szybko opuszcza dom rodzinny. Co ważne, do chęci, ale także do odwagi pokazywania kobiecych emocji i czerpania z nich siły, trzeba dorosnąć. Świadoma kobiecość jest niezwykłą wartością, która pozwala czerpać z pierwotnych instynktów, jak intuicja, pozwalających na pozaanalityczne rozumienie świata, jego rytmu i tętna, a tym samym na łagodzenia konsekwencji tego, że wciąż przyspiesza.

Mówi Pani o sobie, że pisze odkąd pamięta. Czy więc pierwszych prób układania liter należałoby szukać na kartach dziecięcych zeszytów? Co dawała Pani możność pisania w tamtym okresie?

Tak, pierwszy mój wiersz był bardzo, bardzo poważny. Powstał w wieku niecałych sześciu lat, choć nie jestem pewna, czy był kiedykolwiek zapisany. Wymyśliłam go dla górników na Barbórkę i naprawdę nie mam pojęcia skąd wziął się ten pomysł, gdyż nie tylko, że nie miałam w rodzinie nikogo, kto pracował w kopalni, jak też nigdy nie widziałam na żywo górnika w stroju galowym.

Nie pamiętam innych wierszydeł z tamtego okresu, ale kolejny, który zapadł mi w pamięć był napisany o Gross Rosen, obozie koncentracyjnym. Zatem, jak widać, była to poezja bardzo zaangażowana, a dodam, że oba znam na pamięć. Liceum to sporo następnych wierszy, ale dopiero jego końcówka i studia obrodziły naprawdę dużą ilością tekstów. Wtedy pisałam głównie o uczuciach i wyłącznie do szuflady. Był to czas buntu, dostrzegania brzydoty świata, ale także próby rozumienia i okiełznania własnych emocji, oczywiście głównie miłości. Było to pisanie dla siebie, pewnie taki niekonwencjonalny rodzaj terapii na nieprzystosowanie. Moje wiersze i opowiadania zawsze były podszyte smutkiem, tęsknotą, obawą przed odrzuceniem, które tylko tak, w nieco zawoalowanej postaci, mogłam wyrazić.

Niektórzy uważają, że pomysły na pisanie rodzą im się w czasie snu. Czy Pani może to potwierdzić, a jeśli nie, wymienić okoliczności, kiedy się one pojawiają?

Analizując na podstawie aktywności mózgu, specyfikę snu ludzkiego, a szczególnie jego fazy REM, pewnie można próbować uzasadniać takie przypuszczenia. Mózg ludzki wtedy przetwarza informacje i układa je w jakąś logiczną całość, nadając chaosowi sens. Freud byłby przeszczęśliwy, doszukując się w tym podpowiedzi podświadomości. Jung idąc dalej, twierdziłby, że w snach spotykamy symbole wspólne dla ludzi. Niestety nie wiem czy mogę to potwierdzić, biorąc pod uwagę, iż nigdy nie pamiętam swoich snów, a piszę najczęściej w nocy. Generalnie cierpię na bezsenność, choć przyznam, że nie lubię tego określenia, bo wcale wtedy nie cierpię, ale całkiem nieźle się bawię. Właśnie w nocy, gdy wszystko spowalnia, najbardziej lubię pisać. Mam świadomość, że nie jest to zbyt korzystne dla zdrowia, codziennego życia, ale także i wyglądu. Niestety, wielokrotnie próbowałam to zmienić i nie udało mi się.

Pomysły to impuls, mogą pojawić się w każdej chwili. Inaczej jest oczywiście z prozą, gdzie rodzą się, kiełkują powoli, a inaczej z poezją, bo w niej najczęściej jest to iskra, która rozpala kolejne wersy. Słowa biegną niejako same, ale lubię mieć pomysł, lubię wiedzieć dokąd mają dobiec, co chcę za ich pośrednictwem powiedzieć. Najczęściej siadam przy otwartym pliku zatytułowanym „pomysły na wiersze”, w którym mam notatki, jednak tak naprawdę nigdy z nich nie korzystam, bo ten wcześniejszy, wtedy wydawałoby się genialny pomysł, nie napisany od razu, przestaje być interesujący.

Dlatego u mnie się to dzieje tak, że siadam, a historia tworzy się w tej dokładnie chwili. Sądzę, że rodzące się pomysły, czy pisanie samo w sobie, to wewnętrzna potrzeba ludzi, których łączy podobna wrażliwość, podobny rodzaj wewnętrznego smutku, wiecznej tęsknoty za nie wiadomo czym. Być może pisanie daje nam namiastkę spełnienia. Parafrazując wcześniej wspomnianego ojca psychoanalizy, Zygmunta Freuda, człowiek szczęśliwy nigdy nie będzie uzależniony od snucia fantazji. Być może zatem pisanie to substytut szczęścia.

Podobno ludzie są sumą książek przeczytanych w życiu. Jakie Panią ukształtowały wpływając na wybór złożonej poetycko – prozatorskiej drogi?

Nie wiem czy powinnam się przyznawać, ale moim ulubionym w dzieciństwie zajęciem, zresztą nie tylko dzieciństwie, było czytanie w nocy encyklopedii. Po prostu wybierałam na chybił trafił stronę i czytałam hasło po haśle. Zawsze bardzo lubiłam baśnie i poezję, a jeśli chodzi o powieści, może to mało oryginalne, ale sięgałam raczej po klasyki. Czytałam bardzo różnorodną literaturę, bo Emila Zolę, Marqueza, Umberto Eco, Vonneguta, Fowlesa, Prousta, Pilcha, Tokarczuk, Zafóna, Hłaskę, Myśliwskiego, a z poezji Pawlikowską – Jasnorzewską, Przerwę – Tetmajera, Wojaczka, Leśmiana, Zuzannę Ginczankę, Norwida, Tuwima, V. Voolf, Yetasa, Blake’a, E.A. Poe, Jesienina, Cwietajewą, Rimbauda, Baudelaire’a, Varlaine, Plath.

Nie, nie jestem w stanie wymienić nazwisk, których słowa rozkochały mnie w sobie i już się stresuję, że podając je spontanicznie, na pewno pominęłam wiele dla mnie ważnych. Jednak, na pewno, poza poezją i jej metaforycznym przekazem, ogromne wrażenie zrobił na mnie cykl Lapidarium Kapuścińskiego i jego duże, wielopłaszczyznowe, rozumienie świata, pełne pokory i tolerancji, a jednocześnie niezwykle przenikliwe i bardzo bezpośrednie.

Poetka Wanda Dusia Stańczak nakreśliła takie słowa: Nie chowaj słów/ Możesz nimi zapalić komuś tak potrzebną latarnię. Czy to też powód, dla którego Pani tworzy i jak zapatrują się na tę pasję Pani najbliżsi?

Tak, trudno się z tymi słowami nie zgodzić i to nie tylko na gruncie poezji, ale na każdej płaszczyźnie życia. To nas odróżnia od wszystkich innych stworzeń, że umiemy się ze sobą komunikować w stopniu, który pozwala na wymianę myśli, na prowadzenie dialogu i dzięki temu kształtujemy nasze poglądy. Każda interakcja, a jest nią również czytanie literatury, wnosi nową perspektywę i poszerza horyzonty. Mnie literatura była potrzebna dla zrozumienia tego, że ludzie choć różnią się kulturą, miejscem zamieszkania, pochodzeniem czy wiekiem, tak naprawdę mają podobne marzenia i potrzeby, mówię tutaj o tych pozamaterialnych. Chyba najpiękniejsze słowa, jakie do mnie czasami docierają to te, że ktoś miał bardzo zły czas, że cierpiał ze względu na problemy osobiste bądź zdrowotne, a moja poezja czy proza, pomogły mu stanąć na nogi, bo tak bardzo dotykała jego wewnętrznych, najczęściej niewypowiedzianych myśli, że odnajdował w sobie siłę, aby wiele spraw uporządkować.

Co do drugiej części pytania to oczywiście najbliżsi mi kibicują i rozumieją, że pisanie jest dla mnie czymś więcej niż pasją, jest moim powietrzem.

Pisze Pani ikony, poezję i prozę. Który rodzaj pisania wymaga najwięcej intelektualnego wysiłku, a może jest to wyłącznie kwestią wielowymiarowego talentu i otwarcia się na szeroko rozumianą sztukę?

Nie umiem wybrać czy to poezja, czy proza, bo to inny niejako tor myślenia, inny rytm i sposób pisania. W poezji trzeba kondensować myśli, co często jest dużym utrudnieniem, a pisząc prozę można sobie pozwolić na swobodny ich tok. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest przeskakiwanie z jednej formy literackiej na drugą i to w dodatku nieustannie. Gdy piszę powieść, niemal natychmiast tęsknię za poezją, a za prozą, gdy piszę wiersze. Nie umiałabym już w tej chwili zrezygnować z żadnej z tych ścieżek. Poezja ma tę zaletę, że jest formą nieporównywalnie krótszą i choć napisanie tomiku, który zawiera kilkadziesiąt, a czasami ponad sto wierszy, często zajmuje więcej czasu niż napisanie książki, to jednak nie musi układać się w logiczną całość jak w powieści i nie wymaga aż tyle samodyscypliny. Odnaleźć w sobie natchnienie pisząc wiersz, jest zdecydowanie łatwiej, niż pisząc kilkusetstronicowy tekst. To bywa naprawdę ciężka praca, do której niejednokrotnie trzeba się zmuszać, a przerwanie pisania na dłuższy czas powoduje wybicie się z rytmu.

Co do ikony natomiast, to podchodzę do jej pisania czysto hobbystycznie, fascynuje mnie technika jej tworzenia i historia, jednak w porównaniu do pisania, traktuję ją bardzo po macoszemu i na pewno zawsze tak będzie, gdyż moim medium zawsze było, jest i będzie słowo.

Czy zarówno poezja jak i proza wiążą się z trzymaniem się ściśle określonych sobie na początku założeń, czy też przeciwnie – pozwalają one czasem Pani poczuć zew wolności i radość z bycia spontaniczną?

Na pewno musi być pomysł, który w wypadku poezji może być impulsem. Powiem szczerze, używając metafory, że z reguły dobiegam do celu, ale najczęściej inną drogą, niż planowałam, jednak to jest jeden z najbardziej fascynujących elementów pisania, bo inaczej chyba byłoby to nudne. Odkrywamy w sobie pomysły, rozwiązania i historie, które przychodzą nagle i przetasowują wcześniejsze. Bardzo to lubię, bo to pokazuje jak nasz mózg potrafi zaskoczyć nas samych, formą wypowiedzi, kreatywnością, ilością zakodowanych informacji, które nagle potrafimy połączyć w logiczną całość. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że w pisaniu najbardziej fascynujący jest ten swobodny strumień myśli, gdy stajemy się demiurgami, tworzącymi alternatywne światy.

Z Pani poezją po raz pierwszy zetknęłam się w 2018 roku, kiedy to do moich rąk trafił tomik pt. Pobrudzone szminką, a rok później ukazał się kolejny zatytułowany Poparzone wrzątkiem, który moim zdaniem ugruntował Pani wysoką pozycję na poetyckiej niwie. Udaje się Pani gromadzić wokół siebie wielu ludzi zafascynowanych utworami, i dających temu wyraz morzem reakcji oraz komentarzy na facebookowym profilu, czy choćby ochoczym współtworzeniem niedawno wyemitowanej na antenie Radia Ty i Ja audycji Unikod Poezji. Może Pani to jakoś wyjaśnić, zwłaszcza, że przecież Polacy rzadko sięgają po wiersze…?

Dla mnie to ogromne zaskoczenie, a początkowo był to nawet szok, ale pozytywny, który zmotywował do dalszego pisania. Sądzę, że wbrew obiegowej opinii, poezja jest potrzebna, ale jednocześnie jest dość trudno dostępna. Nie promuje się współczesnej poezji tak, jak nowych powieści. Nawet znane nazwiska zajmują najczęściej maleńki regalik w księgarni, w której odnajdujemy setki półek z prozą. W dodatku książki są generalnie drogie, a tomiki poezji najczęściej mniej obszerne w formie.

Zauważyłam, że sympatia do mojej poezji często kończy się w momencie, gdy trzeba zapłacić za tomik, ale jednocześnie widzę jak wiele osób jest spragnionych uczuć, mówienia o nich. Poszukują one piękna, bo ogrom brzydoty i przemocy wokół nich, powodują zniechęcenie. Wiersz potrafi wskrzesić w czytelniku dawno zapomniane emocje i w ułamku sekundy przyspieszyć bicie serca. Czyż to nie piękne?

Na uwagę zasługuje fakt, iż ostatni tomik zawiera ponad sto utworów. Czy spośród wszystkich, które Pani dotychczas nakreśliła, potrafi wybrać jeden, ten ulubiony?

Z pewnością mam ulubione teksty, ale nie chciałabym i chyba nawet nie potrafiłabym w tej chwili wskazać konkretnych. Wierszy jest tyle, że ich po prostu nie pamiętam. Przede wszystkim nie pamiętam tytułów, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, powstają nagle, niespodziewanie dla mnie samej, a w dodatku niekoniecznie wynikają z treści wiersza. Często pytana o konkretny tytuł, nie umiem skojarzyć wiersza, którego dotyczy. Może w ten, nieco pokrętny sposób, wykręciłam się od odpowiedzi, ale to świadomy unik przed przypisaniem sobie któregoś z wierszy jako najbardziej mi bliskiego.

Nie ukrywam, że także uległam czarowi Pani twórczości, ale stało się to głównie za przyczyną debiutanckiej powieści pod tytułem Najprawdziwsza fikcja, nagrodzonej srebrnym laurem II edycji niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku Brakująca Litera, któremu przewodzę, jak również uznaniem Ósmego Jurora w osobach czytelników zainteresowanych konkursem. Jak Pani wspomina tę nagrodę? Czy wpłynęła ona na chęć dalszego wspinania się po drabinie sukcesu?

Tak, oczywiście, zaraz po zakończeniu trzeciego etapu konkursu poznałyśmy się. Dokładnie pamiętam wiadomość, którą otrzymałam zaraz po zamknięciu konkursu, wtedy pierwszy raz rozmawiałyśmy. Dziś już jestem w innym miejscu i czasie, z inną świadomością i pomysłami, ale tamten moment oraz udział w konkursie zawsze będą dla mnie ważne. Zupełnie nie spodziewałam się, że moja premierowa książka, która ukazała się niewiele wcześniej przed samym plebiscytem, może zostać wyróżniona. Oczywiście każdy piszący ma nadzieję, że coś takiego się wydarzy, a twierdzenie, że jest inaczej, to hipokryzja, ale trudno się spodziewać, że stanie się to zaraz po debiucie. Samo wyróżnienie dało mi wiarę w sens tego, co robię i ogromnego, motywacyjnego kopniaka i już zawsze będzie miało dla mnie symboliczne znaczenie.

Czy w jakiś sposób, nawet symboliczny, nagradza Pani za trudy tworzenia samą siebie?

Zupełnie nie wiem jak rozumieć to pytanie, ale chyba nie robię niczego takiego, co mogłabym podciągnąć pod definicję nagradzania się. Dla mnie nagrodą jest już sam fakt, że mogę pisać, że mam łatwość słowa i w dodatku mam swoich Czytelników, którzy mnie motywują i to oni mnie nagradzają dobrym słowem, czy samą obecnością. Wiele osób poznałam osobiście, z niektórymi nasze relacje stały się wręcz przyjacielskie. Dzięki temu, co robię, poznałam osoby, których nie miałabym okazji poznać w normalnych okolicznościach, a przecież jedną z największych wartości w życiu jest móc mieć blisko siebie ludzi, którzy podobnie myślą i czują. Zatem fakt, iż tak się stało w moim przypadku jest nagrodą samą w sobie.

Głównym bodźcem do niniejszej rozmowy jest nadchodząca wielkimi krokami grudniowa premiera drugiej powieści opublikowanej pod skrzydłami Wydawnictwa Oficynka – Na wieki wieków Pani Amen. Skąd pomysł na tak oryginalny tytuł?

Tytuły to niezależne twory, które muszą żyć nie tylko w symbiozie z treścią powieści, ale także niezależnie od niej, gdyż ich rolą jest przyciągnąć potencjalnego odbiorcę. Lubię nadawać tytuły, lubię grę słów i ich wieloznaczność, a czasami też prowokację. Powieść mówi o kobiecie, która nie potrafi kochać, a cała historia zmierza do wyjaśnienia powodu takiego stanu, co niejednokrotnie prowadzi aż do czasów bliskich narodzinom chrześcijaństwa. Nie będę zdradzać szczegółów, bo mogłoby to popsuć element niespodzianki, więc powiem tylko, iż tytuł na pewno nawiązuje do wspomnianego faktu, ale także do tematyki wiary, bądź jej braku oraz samego słowa „amen” w wielu jego wymiarach.

Już na pierwszy rzut oka okładka książki zwraca uwagę za przyczyną magicznego obrazu pędzla artysty, Karola Bąka. Widać, że malarstwo kolejny raz przenika do Pani prozatorskiego dorobku. Czy to zabieg od początku zamierzony?

Tak, zdecydowanie zamierzony, gdyż strona wizualna wszystkiego, co robię jest dla mnie bardzo ważna. W każdej dziedzinie sztuki najważniejszy jest odbiorca, a co za tym idzie, jego wyobraźnia i należy się z tym liczyć, iż każdy może odebrać dane dzieło, czy tekst po swojemu. Na odbiór wpływają jego doświadczenia, preferencje estetyczne, ale przede wszystkim to, co w danej chwili go nurtuje, niepokoi, przynosi radość lub smuci. Oczywiście ilustracja tego, co robię, wybrana przeze mnie, narzuca jakieś spojrzenie i jest zgodna z moimi założeniami, ale pozwalam sobie na to, gdyż być może to dopełnia całości.

Karol Bąk jest niezwykłym artystą, a obraz, który będzie na okładce naprawdę pasuje do tytułowej bohaterki, rudowłosej Małgorzaty, której historia jest, jak sądzę, równie dynamiczna. Było mi niezwykle miło, gdy Karol od razu zgodził się na to, aby obraz został wykorzystany na okładce książki.

Dzięki Pani uprzejmości, z powieścią miałam okazję zapoznać się na długo przed jej publikacją i przyznaję, że wręcz poraziła mnie niezdolność Małgorzaty, głównej bohaterki do tego, aby kochać. Zasadnym więc wydaje się zapytać: na czym opiera się sztuka kochania?

No tak, spodziewałam się podobnego pytania, a nawet dodam, że trochę obawiałam. Nie wiem czym jest sztuka miłości, ale na pewno wiem, że miłość jest sztuką w najczystszej postaci. Za Emily Dickinson mogę powiedzieć, że miłość jest wszystkim i to wszystko co wiemy o miłości. Niektórzy twierdzą, że jest chorobą, a nawet cierpieniem okraszonym bólem, ale chyba każdy chciałby na nią ciężko zachorować.

Bohaterka mojej powieści, Małgorzata chorobliwie chce kochać, gdyż nigdy tego uczucia nie doświadczyła, co w jej mniemaniu czyni ją ułomną, gorszą i próbuje odkryć, na czym polega ta jej swoista dysfunkcja. Nie chcę zdradzać fabuły, dodam tylko, że życie bywa nieprzewidywalne…

Czy kiedy kiełkował w głowie pomysł na tę historię, w Pani zamyśle zrodziła się także chęć wstrząśnięcia czytelnikiem do głębi i czy na którymś etapie pisania zyskuje Pani poczucie, że tworzy coś ważnego?

Chyba nie mogę powiedzieć, abym kiedykolwiek świadomie próbowała kimkolwiek wstrząsnąć, ale jeśli udało mi się osiągnąć taki efekt to bardzo się cieszę. Nigdy nie czuję, że tworzę coś ważnego, ale zawsze wiem, co chcę przekazać i gdzieś tam w środku czuję i chcę wierzyć, że mam coś istotnego do powiedzenia. Po napisaniu pierwszej powieści, zdarzało mi się otrzymywać listy od czytelniczek, bo faktycznie były to głównie kobiety, że książka wpłynęła na ich sposób myślenia, na odbiór rzeczywistości, czy pomogła popatrzeć na wiele problemów z dystansem. To bezcenne listy i ważne chwile dla mnie, bo potwierdzające, że moja opowieść spełniła swoje zadanie.

Śmiem twierdzić, że obecna historia jest dojrzalsza. Pierwsza powieść powstała w wyniku jakiejś wewnętrznej potrzeby i choć nie była o mnie, to jednak wiele w niej moich osobistych refleksji. W Na wieki wieków, Pani Amen oprócz emocji, dużo bardziej złożona jest także sama historia.

Analogicznie do Najprawdziwszej fikcji, tutaj także pojawia się Gaja, ale tym razem w osobie Łysej – pacjentki hospicjum. To intrygujące odkrycie, bo powieści, choć różne, to jednak magicznie zdają się przenikać jedna do drugiej… czyli, Pani Bianka to nie tylko malarka, poetka, pisarka, ale także czarodziejka?

Oczywiście, nie także, ale przede wszystkim. Zaczarowuję świat, zaklinam rzeczywistość, uwodzę słowem, udaję, naginam prawdę, tworzę nowe czasoprzestrzenie. Chyba nie ma większej magii niż słowo i jego moc, bo to medium bez granic, tak jak nasza wyobraźnia, bo ona także ich nie ma. Każda inna dziedzina twórczości, narzuca jakiś wizualny, ewentualnie słuchowy odbiór, a słowo tego nie ma. W dziełach pisanych wszystko podlega dowolnemu kształtowaniu, tam nie ma szablonów, nie ma narzuconych schematów. Jedyną ramą jest tocząca się historia, ale świat, postaci, ich wygląd, czy głosy są tworzone przez Czytelników. To oni są współtwórcami przestrzeni i bohaterów. To piękno, to magia, która się dzieje naprawdę.

W moim odczuciu nietuzinkowo, bo pod płaszczem realizmu magicznego przemyca Pani wiedzę z zakresu medycyny, a konkretnie neurologii, poruszając kwestię neuronów lustrzanych, odpowiedzialnych za empatię i współodczuwanie, które to zdają się być towarem deficytowym, a może się mylę?

Jestem laikiem w tej dziedzinie, ale jednocześnie staram się, na ile potrafię, przenosić tematykę moich zainteresowań na grunt powieści. Zawsze będą nieco filozofujące czy psychologizujące, zawsze będą w nich elementy medycyny, historii sztuki czy magii, choć w pewnym sensie nauka także nią jest, a może właśnie ona jest nią przede wszystkim. A że nie jest tajemnicą, iż coraz mniej empatii w naszym konsumpcjonistycznym, egocentrycznym świecie, uważam, że warto o tym pisać. Rosnąca ilość osób autystycznych, czy z Zespołem Aspergera, a nawet osobowości socjopatycznych czy narcystycznych.

Temat obecności neuronów lustrzanych i ich funkcji jest dość dyskusyjny, podważany przez wielu naukowców, jednak moja książka nie jest literaturą naukową, ani medyczną. Same neurony lustrzane zostały tak nazwane ze względu na to, iż rzekomo miały one, jak w lustrze, odbijać nie tylko zachowania, ale także emocje innej osoby przez osobę obserwującą tę pierwszą, takie jak na przykład strach czy ból. Stwierdzono wtedy, że pomaga to w zrozumieniu innych poprzez prawidłowe odczytanie ich emocji i uczuć. Badania pokazały, że przedmiotowe neurony są najbardziej aktywne u osób cechujących się dużą empatią. Idąc dalej tą drogą dedukcji, można przyjąć, iż niezwykle ważnym momentem w rozwoju człowieka jest dzieciństwo i obserwowanie zachowania rodziców, głównie matki, bo to ona uczy zachowania społecznego. Zauważono, że osoby dotknięte autyzmem cechuje niższa aktywność neuronów lustrzanych, choć do dziś nie wiadomo, czy mniejsza ich aktywność powoduje autyzm, czy też to autyzm wpływa na tę funkcję mózgu. Podobne teorie wysnuto co do osób z osobowościami psychopatycznymi, które charakteryzuje brak empatii, a co za tym idzie, niezdolność współczucia. Co jednak jeszcze raz podkreślam, wspomniane funkcje neuronów lustrzanych są przez wielu uczonych kwestionowane, a dostępna wiedza to niestety głównie spekulacje i z pewnością jeszcze trochę przyjdzie nam poczekać na jakieś konstruktywne wnioski.

Na jednej z kart powieści możemy przeczytać: Czasami miłość to wojna i to taka, gdzie ran nie widać, bo rani się duszę, a ta się nie zabliźnia. Można by więc twierdzić, że jedynym antidotum na ból duszy jest właśnie to uczucie, a co z przyjaźnią? Czy jest ona w stanie, nie stanowiąc zarazem uczucia zastępczego, ukoić ból serca?

Przyjaźń i miłość to bardzo bliskie sobie uczucia, bo w zasadzie oparte na tych samych wartościach, oprócz tego, że przyjaźń nie dotyczy sfery zmysłowej, seksualnej. Obie to, o ile mogę tak powiedzieć, praca obu stron i w obu zaniedbanie jest najbardziej destrukcyjnym elementem. Obie polegają na ofiarowaniu drugiej osobie czasu i zainteresowania, ale jednocześnie jest to rodzaj wymiany tych cech, których nie posiada druga osoba. W momencie, gdy jedna strona jest „dawcą” a druga jest wyłącznie „biorcą” to nie ma szans powodzenia. Mowa tutaj oczywiście o rzeczach pozamaterialnych.

Przyjaźń może ukoić ból serca, ale na pewno nie zastąpi miłości, gdyż niezwykle istotną sferą miłości jest dotyk, którego przyjaźń w swojej definicji jest pozbawiona.

Analizując postawę bohaterki wysnułam smutny wniosek, mianowicie: każdy z nas, bez względu na płeć i wykonywaną pracę jest trochę Małgorzatą, bowiem nierzadko także czujemy, że ciepłe uczucia trudno nam z siebie wykrzesać. Czy więc paradoksalnie w dobie pandemii koronawirusa, mamy szansę na bliskość będąc daleko od siebie?

Czy trudno je wykrzesać to nie jestem pewna, ale na pewno coraz trudniej jest nam się do nich przyznawać. Koronawirus niewątpliwie utrudnia nam wszystkim bezpośredni kontakt, który nieco rekompensuje dostępna technologia i paradoksalnie te, często potępiane wcześniej, social media, portale społecznościowe stały się ratunkiem. Sama kiedyś byłam sceptyczką co do tej formy kontaktów z ludźmi, ale życie zweryfikowało moje stanowisko i poznałam dzięki nim dużo niezwykle wartościowych osób, których nie byłoby mi dane poznać w innych okolicznościach.

Jeśli natomiast mówimy o uczuciach, to ktoś mądry kiedyś powiedział, że odległość jest tym dla miłości, czym wiatr dla ognia, zatem podsyca wielki, a gasi mały. Być może wiele relacji nie zda tego egzaminu, ale za to te, które przetrwają, udowodnią, że warto było w nie inwestować.

Przypuszczam, że autorzy obdarowują książkowych bohaterów własnymi cechami osobowości. Co szczególnego otrzymała w darze od Pani Małgorzata Amen?

Może od razu podkreślę, iż umiem kochać i to nas z bohaterką ewidentnie różni. Ponieważ jest to umiejętność dla człowieka elementarna, determinująca w taki, czy inny sposób większość naszych czynów, nie miałybyśmy szans się zrozumieć. Obie, natomiast, z pewnością jesteśmy sarkastyczne i uparte, ale jednocześnie umiemy słuchać. Kilkukrotnie słyszałam, że Małgorzata, pomimo tego, że jest zupełnie inna ode mnie, to jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że dużo mnie w niej. Sądzę jednak, że to, co nas niekiedy upodabnia to rodzaj ekspresji, sposób rozmawiania, a może rys ekscentryzmu i słabość do prowokowania, podsycana ciekawością świata i wiecznym pytaniem, co jest na drugim brzegu rzeki.

Temat dobra na równi z miłością interesował Małgorzatę. Czy z powodu niezdolności do miłości, człowieka należy potępiać? Gdzie w Pani odczuciu leży granica uznania go za dobrego czy złego? A może jesteśmy po prostu połowiczni, wszak nie ma ludzi idealnych?

Oczywiście, że nie ma ludzi idealnych tak, jak pojęcie dobra i zła jest relatywne. Bardzo upraszczając, mogę powiedzieć za Rousseau, że z natury człowiek jest samotny, a co za tym idzie, nie jest ani dobry, ani zły. Chylę się jednak do filozofii Hobbesa, choć nie w tak radykalnej formie, który twierdził, że ludzie nie są dobrzy, że toczą ze sobą nieustanne wojny. Sądzę, że człowiek jest z natury zwierzęciem, drapieżnikiem, który dba o swoje bezpieczeństwo i przedłużenie gatunku. Wtedy nie kieruje się etyką. Dopiero jako istota społeczna nabywa cech „człowieczeństwa”. Jednocześnie sama etyka to za mało, aby ujarzmić jego drapieżną naturę, która zmusza go do nieustannej walki o władzę, czymkolwiek ona w danej chwili jest. Za Foucaultem, który stworzył ideę panoptykonu, śmiem twierdzić, iż człowiek, aby nie czynić zła, musi być kontrolowany za pomocą technik nadzoru i instytucji karnych. Choć najpiękniejszy i najbardziej niezwykły w człowieku jest właśnie ten jego, często skrajny, dualizm, bo tylko człowiek potrafi być bezinteresownie dobry, ale też tylko on tak bezinteresownie nienawidzi. Żeby jednak nie zakończyć tej odpowiedzi w smutnym tonie, dodam za Oscarem Wilde: Absurdem jest dzielić ludzi na dobrych i złych. Ludzie są albo czarujący albo nudni.

Wracając jednak do pierwszej części pytania to – nie, niezdolność do kochania nie jest wyznacznikiem wartości człowieka. Nie trzeba kochać, aby być porządnym człowiekiem, wystarczy szanować innych i traktować ich tak, jak samemu chciałoby się być traktowanym.

Nie mogę pominąć faktu, iż fabuła wręcz zmysłowo dotyka także, a może przede wszystkim, sfery sacrum odnosząc się do świętej Małgorzaty Antiocheńskiej, która wsławiła się tym, że pokonała smoka oraz do czternastu wspomożycieli, do których zaliczał się Cyriak – diakon i męczennik. Co skłoniło Panią, by zgłębić ów temat, bo chyba nie wiara i chęć oddania czci świętym?

Przyznam szczerze, że nie wiem jak to się stało. Ideę powieści miałam w głowie zarysowaną, ale pomysł wystąpienia w niej czternastu świętych wspomożycieli nie był wcześniej zamierzony. Urodził się w trakcie pisania. Być może przy okazji zbierania materiałów natknęłam się na historię ich kultu i okazało się, że całkiem niedaleko od Wrocławia znajduje się kościół, który kiedyś był pod ich wezwaniem.

Na pewno nie miało to związku z moim światopoglądem, gdyż jestem agnostyczką, ale z zacięciem kulturoznawczym już tak. W miarę jak drążyłam temat, wciągał mnie coraz bardziej. Dodam również, iż elementy historyczne opisane w książce są zawarte z poszanowaniem faktów i większość z nich nawiązuje do faktycznych wydarzeń, czasami tylko nieco naciągniętych dla dobra fabuły. Uznałam, że temat tych czternastu świętych jest na tyle ciekawy, że warto uczynić ich drugoplanowymi bohaterami powieści. Cieszę się, że będę go mogła przybliżyć szerszej grupie osób. Od razu jednak podkreślam, iż nie każdemu się to może spodobać, gdyż książka zawiera elementy antyklerykalne, choć mam nadzieję, że nie obrazoburcze.

Można zaryzykować stwierdzenie, że prym w Na wieki wieków, Pani Amen wiodą równorzędnie magia, nadzieja i fatum, które Pani ze sobą łączy i… oswaja. Czy Pani zdaniem właśnie owo oswojenie i akceptacja tego, co los przyniesie, stanowią klucz do bycia szczęśliwym?

Na pewno trudno, a nawet bez sensu jest walczyć z czymś, na co się nie ma wpływu, a los nas niejednokrotnie z takimi sytuacjami konfrontuje. Nadzieja sama w sobie jest magią, bo marzenia są przecież przeczuciem naszych możliwości. Zresztą magia jest w każdym z nas, kwestia tylko, czy umiemy ją w sobie dostrzec. Uda nam się jeśli będziemy robić to, co kochamy, być blisko ludzi, z którymi się rozumiemy i gdy odważymy się zrezygnować z tego, co nam nie służy, co nas osłabia, z towarzystwa osób, które zjadają naszą energię.

Nie zalecam jednak bezwarunkowego poddania się fatum, bo możemy się głęboko rozczarować. Po swoje marzenia trzeba umieć sięgnąć, choć to wymaga odwagi. A my tak często bywamy hipokrytami, bo narzekamy na to, że czegoś nam brak, a nie umiemy zaryzykować i wyciągnąć ręki po coś, co jest w naszym zasięgu. Tkwimy w bezpiecznym niespełnieniu, bo boimy się stracić tego, co mamy, w czym nauczyliśmy się całkiem nieźle funkcjonować, za to, panicznie wręcz, boimy się tego, czego nie znamy. Dodam też, że niestety nie znam przepisu na bycie szczęśliwym, ale jeśli taki gdzieś jest, to chętnie go poznam.

Popuśćmy wodze fantazji i załóżmy, że cudownym zrządzeniem owego losu, ma Pani szansę spotkać się i porozmawiać popijając kawę i zajadając ptysia w towarzystwie jednego z bohaterów najnowszej powieści. Kto dostąpiłby tego zaszczytu i dlaczego?

Zdecydowanie Gaja, czy inaczej Łysa, gdyż jest najmniej oczywistą postacią. Mnie samą, choć ją stworzyłam, a w zasadzie tworzę cały czas, nieco przerasta. Niejednokrotnie jej zachowanie wymykało mi się spod kontroli i to ona sama się pisała. Nie wiem kim jest Gaja, mogę jedynie spekulować, ale i tak nie zdradzę do jakich wniosków doszłam. Może w Gai zawierają się wszystkie inne postaci, może w niej właśnie jest sens Wszystkiego przy jednoczesnym jego braku…

Jaki jest Pani stosunek do pisania na cztery ręce, bądź też do ekranizacji? Czy gdyby zaproponowano którąś z tych możliwości, zgodziłaby się Pani ją przyjąć?

Nie wiem, na pewno staram się mieć otwarty umysł i z założenia nie wykluczam żadnych scenariuszy. Trochę trudno jest mi sobie wyobrazić pisanie na cztery ręce, ale na pewno kluczowym elementem, który miałby wpływ na decyzję, byłby ten, do kogo należałyby pozostałe dwie.

Co do ekranizacji to z pewnością byłaby to szansa na zaistnienie w świadomości dużej grupy odbiorców, a takiej trudno by się było oprzeć.

Dla wielu autorów prace redakcyjno – korektorskie są zmorą, bo nierzadko wymagają wcielenia w czyn sztuki kompromisu. Jak Pani wspomina okres poddania Amenki twórczej obróbce?

O dziwo dobrze, gdyż całkiem nieźle znoszę krytykę i umiem słuchać. Dla mnie najważniejsze jest to, aby książka była jak najlepiej napisana i dobrze się czytała. Trudno mieć dystans do tego, co się napisało i niejednokrotnie nie widzi się własnych błędów i trzeźwe spojrzenie osoby z zewnątrz, która w dodatku ma w tym zakresie doświadczenie, jest niezwykle cenne. W momentach, w których mam pewność, iż nie chcę zmian, twardo stawiam na swoim, starając się to jak najlepiej uzasadnić, i jak dotychczas nie spotkałam się z oporem. Sama siebie czasami zaskakuję jak bardzo potrafię być kompromisowa. Zakładam jednak, że to nie potyczka, a gra do tej samej bramki.

Wiem, że pracuje już Pani jak mróweczka nad nowymi projektami. Czy mogłaby Pani uchylić rąbka tajemnicy, zdradzając sekrety skrywane na komputerowym dysku?

Może zacznę od tego, że mam w zasadzie gotowe dwa nowe tomiki, każdy po około 120 wierszy: żółć oraz nie ma mnie. Ponieważ jednak przedmiotową powieść traktowałam priorytetowo, to wydanie ich musi poczekać. Myślę jednak, że nadchodzi właściwy moment, aby wydać choć jeden z nich, gdyż poezję traktuję równoważnie z prozą i nie chcę żadnej z nich zaniedbywać.

Jednocześnie piszę kolejną powieść zatytułowaną Bagno, którego akcja dzieje się w okolicach Nowogródka, na Litwie w pierwszej połowie XVII wieku. Dodam tylko, że ówczesna wieś, wielokulturowe miasto, okoliczne bagniska i magia, która kumulowała się wokół domków wiejskich babek, szeptuch, znachorów, domów żydowskich kabalistów bądź kozackich wróżbitów będą tam pachniały ziołami, świeżo pieczonym chlebem i krwią.

Czego mogłabym Pani życzyć?

Zawsze powtarzam, że zdrowia i miłości, bo o resztę postaram się zadbać sama.

Zatem właśnie tego życzę najgoręcej.

W ostatnim słowie do Czytelników chciałabym powiedzieć jeszcze…

Dziękuję moim czytelnikom za to, że są moimi czytelnikami, że mnie wspierają, znają cytaty z książki, moje wiersze, a często nawet ich tytuły, czym ja się akurat pochwalić nie mogę. Dziękuję, bo dzięki nim mogę tworzyć historie, kreować inne światy i bujać w obłokach. Wprawdzie robiłam to, odkąd pamiętam, ale teraz mogę to robić bezkarnie. W zasadzie sama czasami się czuję jak postać fikcyjna, ale to chyba jednak byłoby zbyt piękne…

Dziękuję za przemiłą rozmowę i poświęcony czas.

Uparte serce – biografia Poświatowskiej

Poświatowska postrzegana jest jako kobieta delikatna, krucha, targana uczuciami. Nie dostrzega się u niej momentów cynizmu, nie wie się o niezwykłym dystansie, jaki miała do siebie i do życia – z Kaliną Błażejowską rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Legenda Haliny Poświatowskiej (1935-1967) połączyła w sobie trzy wymiary: poetyckiego talentu, niezwykłej osobowości i przedwczesnej śmierci w wieku zaledwie 32 lat. Ten ostatni aspekt skojarzył ją w wyobraźni niektórych odbiorców poezji z tragicznym fenomenem „wybrańców bogów umierających młodo”, takich jak choćby Krzysztof Kamil Baczyński, Tadeusz Borowski czy Andrzej Bursa. O Poświatowskiej napisano już sporo. Powstała jej biografia, esej biograficzny i zbiór wspomnień. Sporo o poetce można znaleźć w archiwalnych numerach prasy kulturalnej. Ukazały się też „Dzieła” Poświatowskiej, w tym zbiór jej korespondencji. Dla kogoś, kto w takiej sytuacji zamierza napisać nową, większą rzecz na temat takiej postaci (nie dotyczy to– rzecz jasna – tylko tej autorki ) jest to z jednej strony ułatwienie, ale z drugiej utrudnienie, jako że nie jest łatwo dodać wiele nowego do zawartości istniejącej już biografii i udowodnić, że, wbrew pozorom, temat nie jest wyczerpany.
Kalina Błażejowska (rocznik 1987), wiedziona fascynacją postacią i biografią (przede wszystkim), a także poezją Poświatowskiej zdecydowała się na tak odważne, pracochłonne i czasochłonne przedsięwzięcie. W poszukiwaniu nowych materiałów zawędrowała aż za ocean, do USA i Kanady. Zebrany materiał posłużył autorce do stworzenia powieści biograficznej zawierającej także partie  fabularyzowane, opisowe i dialogowe. Był to zabieg ryzykowny, niosący ze sobą niebezpieczeństwo rozwodnienia dokumentalnego waloru opowieści. Tak się jednak nie stało i zamysł okazał się szczęśliwy w realizacji. Dialogi oparte o efekty analizy językowej korespondencji Poświatowskiej skonstruowane zostały naturalnie i brzmią prawdziwie. Ułatwiają też lekturę, niosąc niejako warstwę faktograficzną, dzięki czemu czytelnika nie dotyka to, co zdarza się często podczas lektury solennych biografii, kiedy to  już po kilkunastu nieraz stronach zaczyna brnąć w magmie faktów, cytatów i dat. Okazało się też, że wiedzę o wizerunku poetki można było wzbogacić, a przede wszystkim naświetlić ją w innym stylu niż ten, który znany jest z biografii już istniejącej, bardziej chłodny, bardziej rzeczowy.
Dla kogoś, jak niżej podpisany, kto dość odległy jest (z powodów, by tak rzec, genotypicznych) od fascynacji fenomenem Poświatowskiej rozumianym jako poezja, ale też jako rodzaj egzystencji, lektura tego typu pracy jest szczególnie dobrym testem na jej czytelnicze i poznawcze walory. I test ten wypada świetnie. Sposób, w jaki Kalina Błażejowska ukazała swoją bohaterkę jest fascynujący, nasycony prawdą i – co bardzo ważne – wolny od, dość częstej w piśmiennictwie podobnych „obszarów”, specyficznej maniery, dla której nie mam dobrego określenia, ale którą charakteryzuje połączenie swoistej egzaltacji z irytującym hermetyzmem.
Na początek pytanie banalne, ale chyba najporęczniejsze. Skąd aż taka fascynacja poezją Haliny Poświatowskiej, że stała się dla Pani imperatywem do napisania o niej opowieści biograficznej?
Wydaje mi się, że wiele nastoletnich dziewczyn ulegało i ulega fascynacji poezją Poświatowskiej. Mnie to też dotknęło. Później, już w dorosłym życiu, powróciłam do Poświatowskiej, kiedy zaczęłam pisać do „Tygodnika Powszechnego”. Napisałam jej portret z okazji 75. rocznicy urodzin. Tekst spodobał się wydawnictwu „Znak”, które zaproponowało mi pracę nad biografią, niekoniecznie Poświatowskiej. Zdecydowałam się napisać jednak o niej: kiedy zagłębiłam się w jej życie, okazała się postacią ciekawszą niż mi się wcześniej wydawało.
Jaki obraz Poświatowskiej wyłania się z Pani badań i poszukiwań?
Starałam się jej portret trochę skomplikować. Poświatowska – głównie za sprawą własnej twórczości, w tym prozy autobiograficznej – postrzegana jest jako kobieta delikatna, krucha, targana uczuciami. Nie dostrzega się u niej momentów cynizmu, nie wie się o niezwykłym dystansie, jaki miała do siebie i do życia. Taki obraz Poświatowskiej wyłonił mi się głównie z niepublikowanych fragmentów listów. Do swoich przyjaciółek pisała bardzo szczerze, komentowała w nich wszystkich swoich adoratorów, często była złośliwa. To nie była mimoza, nimfa, łania. Miała w swoim życiu momenty, o których do tej pory się tylko napomykało: próbę samobójcza, będącą działaniem w afekcie, którego później żałowała; oskarżenie o kradzież obrazu z cerkwi i wyrok w zawieszeniu; rozmowy ze Służbą Bezpieczeństwa, podejmującą nieudaną próbę pozyskania jej jako TW. Oficer prowadzący pisał o niej w raportach ze wszystkimi szczegółami: kiedy się uśmiechnęła, kiedy rozpłakała, jak w scenariuszu filmowym. W zasadzie napisał mi kilka stron książki.
Co wiadomo o jej poglądach politycznych?
Pełne sprzeczności, ale miała dużą świadomość polityczną. Była w USA i wcale jej ten kraj nie olśnił. Dostrzegała nierówności społeczne, segregację rasową, nie lubiła Kennedy’ego, uważała go za rozpieszczonego dzieciaka. Umykała prostym kwalifikacjom typu lewica-prawica.
A o jej obrazie własnej twórczości?
Mawiała źle o swojej poezji, określała ją jako wierszyki. Często, zwłaszcza na początku kariery, zdawała się na matkę, która pełniła de facto rolę jej agentki literackiej: przepisywała wiersze, wysyłała do redakcji i starała się przekonać redaktorów do publikacji. W jednym z listów Poświatowska pisała na przykład, że matka, chcąc zmusić ją do ułożenia debiutanckiego tomiku, obiecała jej kupić nowe buty.
Czy Pani zainteresowanie dla biografii Poświatowskiej równoważy się z zainteresowaniem dla poezji?
Bardziej interesuje mnie biografia niż twórczość, i to dotyczy chyba wszystkich pisarzy, którymi się zajmowałam. Życie samo w sobie, w dokumentach, nie przetworzone na literaturę. Tak jak z dziennikiem Tyrmanda: ten edytowany przez niego do druku jest lepszy literacko, ale ja wolę czytać oryginał. Jednak kiedy po latach wróciłam do poezji Poświatowskiej, ponownie mnie wzruszyła, choć nie jestem osobą chlipiącą przy każdej książce i na każdym filmie. Te wiersze są niesamowicie intensywne, podobały mi się zwłaszcza utwory z „Ody do rąk”, dojrzalsze, spokojniejsze. Ale uważam, że Poświatowska byłaby lepszą prozaiczką, gdyby tylko zdążyła rozwinąć ten wymiar swojej twórczości. Jej autobiografia i opowiadania autobiograficzne są po prostu świetne.
Co można powiedzieć o recepcji czytelniczej poezji Poświatowskiej po przeszło pół wieku od śmierci poetki?
Myślę, że jest popularniejsza wśród czytelników niż wśród krytyków. Za jej życia jej książki były wydawane w niewielkich nakładach, jak na czasy PRL – największy osiągnęła „Opowieść dla przyjaciela”, osiem tysięcy egzemplarzy. Nie mogła więc być bardzo popularna. Wydaje mi się, że apogeum zainteresowania jej twórczością przypadło na lata dziewięćdziesiąte. W 1997 r. wydano dzieła zebrane: poezję, prozę, dramat i listy. Szukając w archiwach natrafiałam jednak na niepublikowane rękopisy. Dziś to zainteresowanie widać w sieci: czytelnicy przepisują jej wiersze na blogach, budują portal „Koniczynka” z materiałami o niej. Ta twórczość została zaszufladkowana jako poezja kobieca, a przecież – czy tego chcemy czy nie – to, co kobiece, postrzegane jest jako niższe. Za życia Poświatowskiej Marta Wyka napisała, że jej poezja na pewno będzie się cieszyła powodzeniem u czytelników, co jeszcze nie znaczy, że jest dobra. Z kolei Kazimierz Wyka odradził włoskiemu slawiście Carlo Verdianiemu zamieszczenie utworów Poświatowskiej w antologii poezji polskiej. Sama poetka doradzała Verdianiemu, za pośrednictwem Mariana Kwaśnego, żeby zamiast niej pomieścił raczej Grochowiaka czy Bursę. Wreszcie: Anatol Stern napisał seksistowską recenzję jej debiutu.
Kto będzie bohaterem Pani kolejnej opowieści biograficznej?
Jeszcze nie wiem. Praca nad opowieścią o Poświatowskiej była długotrwała i wyczerpująca, więc muszę trochę odpocząć.
Dziękuję za rozmowę.

Taniec to alfabet ciała

Moim pierwszym mistrzem był Tomaszewski, który dał mi, jako pedagog, ważną rzecz. Rozbudził we mnie chęć poznania możliwości szerokiego zakresu wyrazu ciała. On „budził” aktora od nóg w górę, łączył elementy budzącego się dopiero, będącego w powijakach baletu moderne z baletem klasycznym, budził n.p. „aktywność bioder”, co w ówczesnej kulturze europejskiej było wiązane obyczajowo ze światem zdeprawowanych kobiet, nawet prostytutek, a także z rewią. Tomaszewski, posiłkując się sztuką orientalną, którą uwielbiał, wprowadził ten rodzaj ekspresji na sceny baletowe – z Elle Jaroszewicz, profesorką tańca artystycznego i pantomimy w Paryżu, uczennicą Marcela Marceau, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Od kiedy Pani tańczy?
Od najwcześniejszego dzieciństwa, a urodziłam się w 1938 roku. Spędziłam je w rodzinnych Kielcach. Nie zapomnę momentu, kiedy zakonnica ucząca nas, małe dziewczynki, tańców do spektaklu na Boże Narodzenie, kiedy zobaczyła mnie jak wykonałam polecone przez nią przez nią taniec do akompaniamentu, podeszła do mnie i powiedziała: „Ty jesteś bardzo zdolna”. To były kroki menueta z obrotem i wejściem pod krzesełko. Do dziś pamiętam tę szkolną salę, parkiet, kapcie. Tak zaczęłam moją karierę artystyczną. Dzieciństwo kieleckie było pełne ludzi, to był dom otwarty, z bujnym życiem towarzyskim, także, jak to w tamtych czasach, wódczanym.
A co było po szkole powszechnej?
Trafiłam do szkoły średniej w Wałbrzychu, bo tam trafiła część mojej rodziny, a ja zamieszkałam u cioci. Pamiętam stamtąd szczególnie wspaniały sklep cukierniczy. Mama znalazła się w Warszawie, ale mnie trzymano daleko z obawy o mój los z uwagi na dramatyczne kłopoty mojego ojca z władzą ludową. Atmosfera domowa była krytyczna wobec nowej władzy, ale nie wywierano na mnie nacisku bym objawiała tę niechęć w szkole. Raz jednak wyrwało mi się na wycieczce szkolnej, że: „Śpię z Bierutem”, jako że na kwaterze, nad moim łóżkiem wisiał portret prezydenta PRL. Koleżanki zaczęły mnie uciszać, bojąc się żeby nie usłyszał mnie przewodnik. W szkole byli wspaniali nauczyciele, często ze Lwowa rodem, którzy osiedlili się w Wałbrzychu, na Ziemiach Zachodnich. Dyrektorem liceum był profesor Gałuszko, a poziom nauczania był bardzo wysoki.
Po maturze – studia?
Tak, myślałam o uczelni artystycznej, bo zawsze chciałam być artystka. Ówczesną wiedzę o świecie czerpałam z kina, do którego chodziłam namiętnie, także na filmy radzieckie, po kilka razy na ten sam film. Poza czytaniem, kino było jedyną wtedy powszechnie dostępną rozrywką. Posłuchałam jednak rad rodzinnych, by wybrać poważny kierunek i złożyłam papiery na Uniwersytet Wrocławski, ale nie dostałam się z braku miejsc i tego samego dnia pojechałam do wrocławskiej AWF, gdzie zostałam przyjęta jako osoba wszechstronnie wysportowana. To był czas pierwszych sympatii, miłości, randek, wyjść do kina, n.p. na poranki filmowe w kinie „Polonia”. Z wieczornych seansów zapamiętałam szczególnie francuskiego przygodowego „Fanfana Tulipana” z Gerardem Philippe, z dwóch powodów. Po pierwsze, na film waliły tłumy i bilety zdobyliśmy cudem, a po drugie kryliśmy się z moją sympatią w tylnych rzędach sali kinowej, żeby nas nie zobaczył ktoś z dorosłych, kiedy trzymaliśmy się za ręce. Chodziłam też do prywatnej szkoły baletowej pani Ostrowskiej, która w ciasnym prywatnym mieszkaniu, pośród stery ubrań, przy krześle zamiast drążka, uczyła tańca klasycznego. W lepszych warunkach nauka baletu odbywała się, w sali „Domu Górnika”, gdzie był zespół. Tańczono głównie tańce ludowe, ale były też elementy baletu klasycznego, skąd czerpano kadry m.in. do oper wrocławskiej i bytomskiej. Pamiętam, że w jednym spektaklu zobaczyła mnie jedna z profesorek szkolnych, jak unosiła mi się spódnica ponad kolana, więc wezwała do szkoły moich rodziców. To taki przyczynek do ówczesnej obyczajowości. Mama cała we łzach przepraszała dyrektora szkoły, ale nadal zachęcała mnie na chodzenia na lekcje baletu, a nawet tego pilnowała. Tak się złożyło, że mieszkałam na stancji u przyjaciół Henryka Tomaszewskiego, twórcy pantomimy wrocławskiej i dzięki tym kontaktom poznałam tego wybitnego artystę. Jedna z koleżanek zaprowadziła mnie na jego spektakl i już podczas pierwszego spotkania miał okazję sprawdzić moje umiejętności podczas próby i tak zostałam u niego osiem i pół roku. Uważano mnie na wet za jedną z jego gwiazd,
Jak to się stało, że zamieszkała Pani w Paryżu?
Najpierw był pierwszy wyjazd do Paryża na Festiwal Narodów wraz z zespołem Tomaszewskiego do teatru im. Sary Bernhardt, po czym zostaliśmy niespodziewanie na miesiąc zaangażowani do słynnego teatru Athenée, założonego przez wielkiego francuskiego aktora Louisa Jouvet, mieszczącego się między Operą a Madeleine. Moją garderobę umieszczono w jego dawnej garderobie. Żywiliśmy się bagietkami i kiełbasą z Polski. Kiedy powróciłam do Paryża już na stałe, założyłam tam, po latach, szkołę tańca przy ulicy Saint Marc. Wcześniej tańczyłam w teatrze na Saint Michel, a następnie byłam pierwszą profesorką pantomimy w szkole baletowej Opery paryskiej, mieszczącej się w jej gmachu, a klasa ta istnieje do dziś. Pierwsze moje kroki zawodowe w Paryżu były jednak bardzo trudne.
Jak Pani poznała Marcela Marcelu, wielkiego francuskiego artystę pantomimy, który później został Pani mężem?
Właśnie w teatrze w teatrze Sali Bernhardt. Wszedł po naszym spektaklu na salę otoczony dziennikarzami. Byliśmy bardzo stremowani. Podszedł do mnie i powiedział: „Pani ma wielki talent”. Zakochaliśmy się w sobie, od pierwszego wejrzenia, zaczęliśmy się spotykać, także w Polsce, dokąd często przyjeżdżał, a potem zostaliśmy małżeństwem i zamieszkaliśmy przy rue de la Boucherie, tuz obok słynnej księgarni Royal Shakespeare Company.
Jaki kierunek artystyczny tańca był Pani bliski?
Moim pierwszym mistrzem był Tomaszewski, który dał mi, jako pedagog, ważną rzecz. Rozbudził we mnie chęć poznania możliwości szerokiego zakresu wyrazu ciała. On „budził” aktora od nóg w górę, łączył elementy budzącego się dopiero, będącego w powijakach baletu moderne z baletem klasycznym, budził n.p. „aktywność bioder”, co w ówczesnej kulturze europejskiej było wiązane obyczajowo ze światem zdeprawowanych kobiet, nawet prostytutek, a także z rewią. Tomaszewski, posiłkując się sztuką orientalną, którą uwielbiał, wprowadził ten rodzaj ekspresji na sceny baletowe. Wprowadził też iluzje wysiłku aktora na scenie, bez rekwizytu, z elementami akrobatycznymi, odrzucał konwencje. Nazywano to sztuką „negroidalną”. Był w tym nowatorski. Poza tym poznałam inne szkoły tańca, w tym mimu francuskiego, w koncepcji bliskiej Marcelowi Marceau i Jean Louisowi Barrault, niezapomnianemu mimowi imieniem Baptysta z filmu „Komedianci” Marcela Carné z 1945 roku. To Barrault wymyślił i stworzył słynne chodzenie w miejscu. W 1970 roku poznałam panią Zofię Szemberową, wielką profesorkę tańca w czeskiej Pradze, nauczycielką Kiliana, największego dziś choreografa światowego baletu moderne. Ona nauczyła mnie pedagogiki, bo do tej pory uczyłam innych intuicyjnie, praktycznie, bez bazy koncepcyjnej. Zainicjowałam też szkołę Marcela Marceau, która mieściła się przy stacji metra Reaumur-Sebastopol, gdzie prowadziłam lekcje akrobatyki, tańca klasycznego. Bliskie mi było łączenie sztuki mimu z tańcem. Wsiewołod Meyerhold, wielki rosyjski reformator teatru uważał, że reżyser, aktor i dramaturg, zanim cokolwiek stworzą, powinni napisać, wyreżyserować jakiś spektakl pantomimy, czyli wyjść nie od słowa, tylko ruchu, zdarzenia. Dzięki ludziom o takiej wiedzy o tańcu jak Roger Dubert, uniknęłam zawężenia widzenia pantomimy do punktu widzenia szkoły Tomaszewskiego. Wiele z niego zaczerpnęłam, ale nie naśladowałam i poszłam dalej samodzielnie.
Jest Pani wybitnym pedagogiem artystycznym, ma Pani studentów z całego świata. Co może Pani o nich powiedzieć?
Dosłownie z całego świata. Zapisywali się do mojej szkoły z pełną świadomością ryzyka, bo nie jestem w końcu aż tak wielką sławą. To znaczy cenią to, co mogę im przekazać. I ja sobie wzajemnie bardzo cenię pracę z nimi.
Dziękuję za rozmowę.

Szafarz: „Zerwanie powiązań” przez Stany Zjednoczone z WHO to wyraz skrajnego egoizmu

Decyzja prezydenta USA Donalda Trumpa jest skrajnym wyrazem egoizmu, a zarzuty amerykańskie wobec Chin i WHO można uznać za „pandemię polityczno-propagandową” – twierdzi Sylwester Szafarz były zastępca Ambasadora RP w Chinach i były Konsul Generalny RP w Szanghaju. W czasie pracy w Chinach, rozmówca przeżył dwie poważne epidemie: SARS w Pekinie i ptasiej grypy w Szanghaju. Ekspert udzielił wywiad Chińskiej Grupie Mediów.

Szafarz stwierdził, że w szczytowym okresie globalnej pandemii koronawirusa, kiedy umierają setki tysięcy ludzi na świecie, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, decyzja Donalda Trumpa jest wyrazem skrajnego egoizmu, nerwowości i braku odpowiedzialności za losy własnego społeczeństwa oraz całej społeczności międzynarodowej.
 
Jego zdaniem, jest bardzo znamiennie, iż owa niefortunna decyzja amerykańska zbiega się w czasie z nasileniem antychińskiej retoryki ze strony władz USA, a także samego prezydenta Donalda Trumpa. Według Szafarza, przywódca amerykański wykorzystuje w tym celu nie tylko pretekst tragicznej pandemii wirusowej, lecz również inne nadarzające się powody. Ekspert wyliczył między innymi zaostrzenie krytykowania Chin z powodu rzekomego zatajania informacji o wirusie i o jego konsekwencjach, spory ekonomiczno – handlowe,  przyjęcie przez OZPL ustawy w sprawie bezpieczeństwa kraju, niepokojów i zamieszek w Hongkongu. Tymczasem władze USA odmawiają chorym pomocy i nie troszczą się nawet odpowiednio o własnych obywateli – twierdzi były polski dyplomata. Jednocześnie wiadomo, że same Stany Zjednoczone, jako jedno z globalnych epicentrów pandemii, same nie mają możliwości, żeby uporać się z tą straszną zarazą – dodał.
 
Ponadto, były Konsul Generalny RP w Szanghaju powiedział, że epidemia praktycznie została w Chinach już przezwyciężona. Jest to świadectwem, że skuteczność działania władz chińskich – politycznych, gospodarczych wojskowych i przede wszystkim medycznych jest bardzo dobra i efektywna – wyjaśnił. Jednocześnie, walcząc z pandemią we własnym kraju, władze i naród chiński pomagają całemu światu, dostarczając sprzęt i materiały specjalistyczne, a także wysyłając ekipy lekarzy – zauważył Szafarz. W jego opinii, Chiny biorą na siebie wielka odpowiedzialność za pokonanie pandemii w skali globalnej.
 
Jak powiedział w wywiadzie, Chiny muszą zwalczać dwie pandemie równocześnie, jedną w rozumieniu medycznym, a drugą polityczno-propagandową, która jest prowadzona głównie przez Stany Zjednoczone i szkodliwa także dla nich. Jednakże amerykańskie zarzuty polityczno-propagandowe mogą mieć bardzo negatywny wpływ na jakość, na atmosferę i na perspektywy stosunków między obydwoma wielkimi mocarstwami oraz powodować niebezpieczny wzrost napięcia na arenie międzynarodowej – stwierdził Szafarz. Jak zauważył, kiedyś pandemia się skończy i świat, także USA, będą musiały żyć i rozwijać się bez tego pretekstu. I co wtedy? – stawia retoryczne pytanie Szafarz.
 
Jak sam zauważa, zarzuty polityków amerykańskich wobec Chiny przywołuje mu na myśl znane polskie przysłowie – „złodziej ucieka i zawsze krzyczy najgłośniej: łapać złodzieja”.
 
Na niedawnym 73. Światowym Zgromadzeniu ws. Zdrowia Chiny zgodziły się na przeprowadzenie w skali globalnej niezależnej i kompleksowej oceny reakcji państw na COVID-19, również działań WHO – przypomina ekspert. Stany Zjednoczone trochę się tego boją, bowiem amerykańskie laboratoria wirusologiczne pracują dość aktywnie nad wytworzeniem nowych rodzajów broni bakteriologicznej, tak więc oni mają nieczyste sumienie – zauważa. Myślę, że kiedy Światowa Organizacja Zdrowia przeprowadzi wspomniane dochodzenia, to wtedy się okaże, jaka jest prawda – zaznaczył.
 
Według Szafarza, ciekawe jest również to, że poza Stanami Zjednoczonymi, w zasadzie żaden inny kraj zachodni nie uprawia ostrej antychińskiej propagandy w czasach pandemii. Do chwili obecnej władze chińskie merytorycznie, racjonalnie i prawidłowo przeciwstawiają się tej agresji polityczno-propagandowej – twierdzi. Mam nadzieję, wręcz pewność, że władze ChRL, wykazujące realizm, spokój i poczucie odpowiedzialności za losy świata, nie ulegną marnym prowokacjom ze strony władz USA i będą nadal pomagać nieszczęśliwym ludziom na całym świecie oraz walnie przyczynią się do ostatecznego zwycięstwa nad pandemią; a jednocześnie zapewnią lepsze perspektywy współpracy dwustronnej ChRL – USA – dodał rozmówca.

Gdzie dziś jest Kuba?

O tym, jakie straty przynosi Kubie amerykańska blokada, kim jest dla współczesnych Kubańczyków Fidel Castro i czy na socjalistycznej wyspie możliwa jest własność prywatna Jacek Cezary Kamiński rozmawia z ambasadorem Kuby w Polsce, Jorge Marti Martinezem.

Minęły już ponad trzy lata od śmierci Fidela Castro. Jak obecnie jest postrzegane jego dziedzictwo na Kubie?
Znajomość działania i myślenia tych, którzy w historii przyczynili się do osiągnięcia niepodległości, suwerenności i wolności kubańskiej ojczyzny, jest nieuniknioną potrzebą naszych czasów. Tylko, dzięki dogłębnej znajomości przeszłości, możemy stawić czoła wyzwaniom teraźniejszości i – być może, co najważniejsze – być w stanie przewidzieć przyszłe wyzwania.
Fidel był człowiekiem, który był w stanie zjednoczyć Kubańczyków, wszystkie siły rewolucyjne, we wszystkich sektorach naszego społeczeństwa, aby stawić opór, walczyć i wygrać. Ponadto to człowiek, który najbardziej przyczynił się do rozwoju edukacji w naszym kraju, mam na myśli edukację w pełnym zakresie jego rozumienia.
7 listopada 2019 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję potępiającą blokadę Kuby przez USA. Za rezolucją głosowało 187 państw, przeciw były tylko USA, Izrael i Brazylia. Takie rezolucje przyjmowane są co roku od 1992 r., mimo to Stany Zjednoczone kontynuują blokadę. Jakie są jej skutki dla gospodarki i społeczeństwa Kuby?
Rząd prezydenta Donalda Trumpa nasilił agresję wobec Kuby, stosując niekonwencjonalne środki, aby poprzez sankcje i groźby dla statków, firm żeglugowych i ubezpieczeniowych zapobiec dostawom paliwa. Rząd USA agresywnie zintensyfikował eksterytorialne stosowanie polityki blokowania Kuby przez państwa trzecie, ich firmy i obywateli. Nie ukrywa przy tym celu, jakim jest ekonomiczne zaduszenie Kuby i zwiększenie szkód, braków i cierpień naszego narodu. Kubański minister spraw zagranicznych stwierdził, że rząd USA zastosował sabotaż międzynarodowej współpracy Kuby w dziedzinie ochrony zdrowia.
Przypomnę, czym w praktyce jest dla nas blokada. Za sprawą działań USA: nasilono utrudnianie naszych stosunków bankowo-finansowych z resztą świata, ograniczono przekazy bankowe dla obywateli Kuby, ograniczono usługi konsularne, zakazano rejsów statków wycieczkowych i bezpośrednich lotów na kubańskie lotniska, z wyjątkiem Hawany, uniemożliwiono dzierżawę samolotów zbudowanych w ponad 10 proc. z części amerykańskich oraz zakup technologii i sprzętu w podobnym stanie.
A to jedynie kilka przykładów.
Kubańska konstytucja nadal potwierdza socjalistyczny charakter państwa i „socjalistyczną własność całego narodu” jako podstawę gospodarki. Według doniesień polskich mediów, z ustawy zasadniczej zniknął jednak zapis o budowie społeczeństwa komunistycznego. Czy oznacza to rezygnację z dążenia Kuby do komunizmu?
W preambule konstytucji przyjętej w kwietniu 2018 r. stwierdza się: „Kierują się najbardziej zaawansowanym rewolucyjnym, antyimperialistycznym i kubańskim rozumieniem marksizmu, latynoamerykańskiego i uniwersalnego, w szczególności ideologii i przykładu Martí i Fidela oraz idei społecznych emancypacja Marksa, Engelsa i Lenina…”. A w artykule 1 zaznaczono, że: „Kuba jest socjalistycznym państwem prawa i sprawiedliwości społecznej, demokratycznym, niezależnym i suwerennym, zorganizowanym przez wszystkich i dla dobra wszystkich jako jednolita i niepodzielna republika”. Podobnie w artykule 5 mówi się: „Kubańska Partia Komunistyczna, wyjątkowa, wierna ideom Marti i Fidela, marksistowsko-leninowska, zorganizowana awangarda narodu kubańskiego, oparta na demokratycznym charakterze i stałym związku z narodem, jest siłą polityczną i najwyższym przywódcą społeczeństwa i państwa”. Kuba będzie nadal budować socjalistyczny projekt.
W konstytucji pojawił się również zapis dopuszczający własność prywatną i gospodarkę rynkową. Jakie są praktyczne konsekwencje tej zmiany? Czy rozwój własności prywatnej nie stanowi zagrożenia dla socjalistycznego charakteru państwa?
Własność państwowa nadal będzie najważniejsza. W naszej konstytucji potwierdzono, że w Republice Kuby panuje system gospodarki socjalistycznej oparty na własności całego narodu nad podstawowymi środkami produkcji, a gospodarka planowa uwzględnia, reguluje i kontroluje rynek w oparciu o interesy przedsiębiorstwa.
Zgodnie z kubańską konstytucją za formy własności uznaje się: socjalistyczną całego ludu: w której państwo działa w imieniu i na rzecz właściciela; spółdzielczą: opartą na wspólnej pracy jej prawnie zastrzeżonych partnerów i na skutecznym stosowaniu zasad spółdzielczości; organizacji politycznych, masowych i społecznych: sprawowaną przez te podmioty nad aktywami przeznaczonymi dla realizacji ich celów; prywatną: która jest realizowana w niektórych środkach produkcji przez kubańskie lub zagraniczne osoby fizyczne lub prawne, z uzupełniającą się rolą w gospodarce; mieszaną: powstałą z połączenia dwóch lub więcej form własności; instytucji i form stowarzyszeniowych: sprawowaną przez te podmioty nad ich aktywami do celów nienastawionych na zysk; osobistą: dotyczącą towarów, które nie stanowiąc środków produkcji, przyczyniają się do zaspokojenia potrzeb materialnych i duchowych właściciela.
Wszystkie formy własności środków produkcji działają w podobnych warunkach; państwo reguluje i kontroluje sposób, w jaki przyczyniają się do rozwoju gospodarczego i społecznego. Koncentracja własności przez niepaństwowe osoby fizyczne lub prawne jest regulowana przez państwo, co gwarantuje również coraz bardziej sprawiedliwą redystrybucję bogactwa, w celu zachowania granic zgodnych z socjalistycznymi wartościami sprawiedliwości i sprawiedliwości społecznej.
Czy sprawdza się w praktyce wprowadzenie przez nową konstytucję w systemie ustrojowym państwa funkcji premiera?
Funkcja premiera pojawiła się na Kubie w Konstytucji z 1940 roku, postępowej karcie praw, która w swoim czasie była uważana za najbardziej zaawansowaną w Ameryce Łacińskiej. W ten sposób na wyspie wprowadzono tak zwany „pół-europejski parlamentaryzm”, z prezydentem jako kluczowym elementem sprawowania władzy. Funkcją premiera było powiązanie władzy wykonawczej i ustawodawczej. Premier miał bardzo małe znaczenie w życiu instytucjonalnym i politycznym wyspy. Był raczej rzecznikiem prezydenta.
Wraz z triumfem rewolucji w styczniu 1959 r. i ucieczką dyktatora Fulgencio Batisty, na Kubie powstał rewolucyjny rząd, którego pierwszym prezydentem był Osvaldo Dorticós. Fidel Castro Ruz objął 16 lutego stanowisko premiera i pełnił tę funkcję do 1976 r., kiedy został Prezydentem Rady Państwa i Ministrów Kuby. Wtedy uprawnienia premiera zostały usunięte z konstytucji. Teraz, 43 lata później, powracamy do rozdziału tych funkcji. Jest to istotne ze strukturalnego punktu widzenia. Pozwala lepiej rządzić i przy większym udziale ludności.
Gdy funkcje te zostaną podzielone, premier stanie się prezesem administracji rządowej, który będzie odpowiedzialny przed Zgromadzeniem Narodowym. Zadania premiera, które obejmują: reprezentowanie rządu Republiki; uczestnictwo i monitorowanie działania agencji centralnej administracji państwowej, podmiotów krajowych i administracji lokalnych; przyjmowanie, w wyjątkowych i tymczasowych przypadkach, kierownictwa jakiejkolwiek agencji Centralnej Administracji Państwowej.
Uwalnia to Prezydenta od funkcji rządzenia w tym sensie, że nie realizuje jej, lecz kontroluje i domaga się przestrzegania Konstytucji, oprócz reprezentowania kraju.
Nowa konstytucja przybliża prawne uznanie małżeństw homoseksualnych?
Nie, ale Konstytucja wskazuje, że każda osoba ma prawo do założenia rodziny. Państwo uznaje i chroni rodzinę, bez względu na formę organizacji, jako podstawową komórkę społeczeństwa. Ochrona prawna różnych rodzajów rodzin jest regulowana przez prawo.
Prezydent Miguel Díaz-Canel sprawuje swoją funkcję od kwietnia 2018 r. Jakie ważne inicjatywy podjął już w czasie swojej kadencji?
Prezydent Diaz Canel poparł znaczną podwyżkę wynagrodzeń w sferze budżetowej i emerytur. Wynagrodzenie wzrosło od 4 do 5 razy. Stworzono nowe ułatwienia dla inwestycji zagranicznych. Podpisano ważne umowy z Rosją i Chinami w sprawie modernizacji sieci kolejowej, lotnictwa cywilnego, poszukiwań ropy oraz innych kwestii. Ustanowiono bardziej elastyczne środki na rzecz rozwoju pracy na własny rachunek na Kubie, to znaczy dla sektora prywatnego.
Rada Ministrów nie spotyka się zamknięta w ścianach budynku w Hawanie. Co miesiąc zbiera się na prowincji. Wszyscy ministrowie uczestniczą w tych spotkaniach. Prezydent spotyka się ze społeczeństwem obywatelskim. Odwiedza fabryki, instytucje, rozmawia bezpośrednio z ludźmi. To naprawdę bardzo efektywny styl pracy oparty o stały kontakt z ludźmi.
Ostatnie miesiące to okres wstrząsów politycznych i społecznych niemal na całym kontynencie Ameryki Południowej. Z jednej strony są to reakcyjne przewroty, w takich krajach jak Brazylia, Ekwador czy Boliwia, z drugiej rewolucyjne tendencje w tych krajach, a także w Chile. Czy widzi pan szansę na przebudzenie ludów Ameryki Łacińskiej?
Ludzi można oszukać na jakiś czas, ale nie na całe życie. Procesy, które miały miejsce w kilku krajach świata wbrew woli ich narodów, są wynikiem zdrady elity politycznej, manipulacji prawdą w mediach kontrolowanych przez oligarchie i działania imperializmu. Dopóki istnieje nierówność, głód, śmierć dzieci, kobiet i mężczyzn z powodu uleczalnych chorób oraz brak szans dla wszystkich, ludzie będą wyrażać swoje niezadowolenie i domagać się swoich praw. Najlepiej byłoby gdyby rządy zapewniały akceptowalne rozwiązania rosnących potrzeb swoich obywateli, aby uniknąć nieprzewidzianych konsekwencji.
Drogą demokratycznych wyborów powróciły do władzy postępowe, lewicowe siły w Meksyku i Argentynie. Czy przyniosło to jakieś pozytywne efekty dla Kuby? Jak przedstawiają się relacje z tymi państwami?
Dojście do władzy postępowych lub lewicowych rządów w kilku krajach Ameryki Łacińskiej jest wyrazem ludzkich dążeń do lepszego świata. Wierzę, że procesy te przyniosą pozytywne rezultaty przede wszystkim ich własnym narodom. Kuba pozdrawia i gratuluje tym narodom. Stosunki naszego kraju z tymi państwami są dobre i będą się nadal rozwijać pozytywnie.
Jak ocenia pan obecny stan relacji polsko-kubańskich?
Liczba polskich turystów przybywających na Kubę rośnie z każdym rokiem. W tym roku wzrósł również handel. Polscy przedsiębiorcy aktywnie uczestniczą w targach FIHAV Havana. Systematycznie odbywa się wymiana między izbami handlowymi obu krajów. Interesujące perspektywy otwierają się w wymianie akademickiej i naukowej, biotechnologii i inżynierii genetycznej. Została zawarta umowa między TVP a telewizją kubańską. Wkrótce zostanie podpisane porozumienie kulturalne, a także w dziedzinie sportu i współpracy morskiej. Jak widać, relacje dwustronne rozwijają się.

Socjalizm w Bułgarii kojarzy się z modernizacją

– Żiwkow oczywiście nie był demokratą, ale był człowiekiem ogromnie pragmatycznym z Iskrą Baewą, historykiem z Uniwersytetu św. Klemensa Ochrydzkiego w Sofii, byłą działaczką Bułgarskiej Partii Socjalistycznej rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat.

Pod koniec lutego w mediach, także międzynarodowych, pisano o tym, że w Sofii po raz pierwszy od 2003 r. wydano zakaz przeprowadzenia tzw. marszu Łukowa, dorocznej manifestacji nacjonalistów i neonazistów ku czci Christo Łukowa, bułgarskiego generała zafascynowanego III Rzeszą. Skąd wziął się pomysł, by upamiętniać kogoś takiego? Czy polityka historyczna i gry przeszłością, zbyt dobrze znane z Polski, mają swój bułgarski odpowiednik?
Od ponad dziesięciu lat Bułgarią rządzi prawica. Ona cały czas manipuluje historią, traktuje ją jako środek do utrwalania swojej władzy. Nie waham się powiedzieć, że w tematach historycznych obowiązuje u nas cenzura. Społeczeństwo ma wierzyć, że kiedy Bułgaria była królestwem, czyli od odzyskania niepodległości do 1944 r., wszystko układało się bardzo dobrze. Za to kiedy do władzy doszli komuniści, zaczął się czas przemocy i niszczenia, po którym nic dobrego nam nie zostało. Rządzący wpajają ludziom takie przekonania, żeby samemu wypadać dobrze na tle tych „strasznych czasów komunizmu”, o których opowiadają.
Ludzie w to wierzą?
Ci, którzy żyli w Bułgarii za socjalizmu – nie komunizmu, bo komunizmu nie było ani w Bułgarii, ani nigdzie – mają swoje zdanie. Najbardziej rozpowszechniony pogląd na temat minionej epoki jest taki, że wtedy państwo troszczyło się o obywateli.
W Polsce udało się skutecznie rozpowszechnić w społeczeństwie mit dwudziestolecia międzywojennego. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że tamta Polska była w rzeczywistości krajem rażących społecznych nierówności, ubóstwa, że od 1927 r. nie była nawet państwem demokratycznym. Czy Bułgarzy okazali się bardziej odporni na przekonywanie, że najlepszym czasem dla ich kraju było przedwojenne królestwo?
Wierzy w to tylko niewielu, głównie potomkowie tych, którzy w 1944 r. naprawdę wiele stracili w czasie społecznych przemian. Jeśli obiektywnie spojrzeć na historię przedwojennej Bułgarii, zobaczymy dwa wielkie społeczne powstania, stłumione przy naprawdę znacznej liczbie ofiar i dwa zamachy stanu przeprowadzone przez wojsko – też z ofiarami śmiertelnymi. Po przewrocie w 1934 r. wojskowi ustanowili w Bułgarii dyktaturę, wszystkie partie polityczne zostały zlikwidowane. Pół roku później z kolei odsunął ich od władzy car Borys III, ustanawiając własne rządy autorytarne. W II wojnie światowej Bułgaria znalazła się po stronie III Rzeszy. Doprawdy trudno zachwycać się tym okresem w historii naszego kraju.
Borys III ma teraz ulice w bułgarskich miastach.
Nazywa się go „wyzwolicielem”. Do czego jednak miałby odnosić się ten przydomek? Dzięki sojuszowi z Niemcami do Bułgarii zostały przyłączone Południowa Dobrudża, część Macedonii i Tracji. Oczywiście po wojnie nic z tego nie zostało. Co to za wyzwolenie?!
O tym, że Bułgaria była w wojnie po stronie niemieckiej, politycy i historycy najchętniej nie mówiliby w ogóle. W podręcznikach jest jedno zdanie: 1 marca 1941 r. premier Bogdan Fiłow podpisał pakt trójstronny. Ewentualnie przypisuje się Borysowi III wielkie zdolności dyplomatyczne, pisze, że balansować między różnymi siłami, że przez cały okres wojny utrzymywał stosunki dyplomatyczne z ZSRR, że umiał rozmawiać i z Hitlerem, i z królem Wielkiej Brytanii. Niestety później zaczęły się rządy komunistów i wszystko poszło na marne. Tyle oficjalna narracja.
Czy Marsz Łukowa w Sofii wziął się właśnie z propagowania takiej wersji historii? Kim są jego uczestnicy?
Tak naprawdę to bardzo mała grupa, głównie młodzi ludzie, którzy obecną sytuacją w Bułgarii są po prostu zrozpaczeni. Wierzą, że przedwojenna Bułgaria była wielka i mogła realizować narodowe ideały. Porównują tę dawną, wymarzoną Bułgarię z tym, co jest teraz – to jest metoda przeciwstawienia się wszystkiemu, co widzą wokół siebie.
Nie boi się pani, że nacjonalistów będzie coraz więcej, im dłużej wpajana jest polityka historyczna? Młode pokolenia uczą się już z podręczników napisanych w jej duchu.
Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w Bułgarii młodzież podręczników nie czyta. Żeby dowiedzieć się czegoś o historii, zagląda do internetu. Poza tym u nas silna jest historia domowa, przekazywanie sobie wiedzy o przeszłości w rodzinie. Młodzi ludzie dowiadują się, jak ich przodkowie, dziadkowie, rodzice przenosili się ze wsi do miasta, jak zmieniali zawód, znajdowali pracę w przemyśle, zdobywali wykształcenie. Słyszą, że państwo dawało ludziom szansę.
Przeprowadziłam u siebie na uniwersytecie badanie ankietowe wśród studentów, zapytałam, co myślą o socjalizmie i o transformacji. Większość, poza ok. 15-procentową mniejszością, wyrażała się o bułgarskim socjalizmie bardzo dobrze! Kojarzył im się z modernizacją, z tym, że ludzie byli naprawdę sobie równi. To ja musiałam im tłumaczyć, że jednak były też złe strony: cenzura, niemożliwość wyjazdów za granicę.
A transformacja?
W przekonaniu większości moich studentów dla Bułgarii znaczyła ona tyle, co degradacja. Pozytywnie wypowiadało się o niej znowu ok. 15 proc. To jest mniej więcej tyle, ile stanowią w społeczeństwie grupy, które na transformacji zwyciężyły, wzbogaciły się. Dużo mniej niż w Polsce.
Pani studenci oceniają transformację na podstawie jej skutków, które widzą teraz. Pani tamte wydarzenia obserwowała na żywo…
Kiedy zaczynał się schyłkowy okres socjalizmu, pracowałam na uniwersytecie, jako pracownik naukowy zajmowałam się państwami Europy Środkowo-Wschodniej, uczyłam studentów o tamtych społeczeństwach, o walkach, jakie się w nich toczyły. Obracałam się w kręgach dysydenckich. Ale kiedy przekonałam się, jaki system chcą budować w Bułgarii moi przyjaciele, nasze drogi się rozeszły. Związałam się z Bułgarską Partią Socjalistyczną, byłam nawet przez pewien czas w jej kierownictwie.
Nie chciała pani budować kapitalizmu?
O kapitalizmie w Bułgarii nikt nie mówił! Ani w 1989 r., ani w 1990, ani nawet w 1991 r. Mówiono o demokracji, posługiwano się terminem „gospodarka rynkowa”, ale kiedy jeden z członków kierownictwa Związku Sił Demokratycznych powiedział w telewizji, że będziemy budowali kapitalizm, natychmiast w organizacji rozdzwoniły się telefony. Ludzie pytali, co to ma znaczyć, jaki kapitalizm?! My chcieliśmy skorygować system, wprowadzić wolność słowa, wolność zrzeszania się, wolność przemieszczania się, nie wszystko burzyć.
Jednak w ostatecznym rozrachunku poprzedni system został zburzony do fundamentów, a Bułgaria jest dziś na ostatnich miejscach w zestawieniach Unii Europejskiej dotyczących poziomu życia czy ubóstwa. Dlaczego wam się nie udało?
Nikomu się nie udało, żadnemu państwu, które rozpoczęło transformację. Nieprzypadkowo. To nie my ustalaliśmy zasady gry.
Sprawdziły się słowa bułgarskiego socjalisty Dimityra Błagojewa, który w 1919 r. powiedział, że losy Bułgarii tylko w jednej czwartej zależą od samych Bułgarów, a w trzech czwartych – od działań obcych potęg. Spójrzmy zresztą, w jakich okolicznościach Bułgaria odzyskała po prawie pięciu wiekach niepodległość: kwietniowe powstanie Bułgarów w 1876 r. przeciwko Turkom zostało krwawo stłumione. Ale w kraju było wielu dziennikarzy zagranicznych, angielskich, amerykańskich, którzy opisali te okrucieństwa, wzbudzając sympatię dla Bułgarów w całej Europie. Do tego car Aleksander II posłuchał rosyjskich słowianofilów, uznał, że pójście z pomocą prawosławnym Słowianom południowym będzie korzystne dla Rosji, pozwoli odbudować pozycję międzynarodową kraju, podważoną po wojnie krymskiej. Powstały warunki, by Bułgaria mogła być niepodległa, ale własnymi siłami tej niepodległości byśmy nie wywalczyli ani nie zbudowali nowoczesnego państwa.
Czy o bułgarskiej transformacji też zdecydowały zewnętrzne okoliczności, nie było żadnej szansy, żeby bułgarska transformacja przebiegła mniej katastrofalnie? Pani zdaniem wszystko było przesądzone?
Todor Żiwkow, który oczywiście nie był demokratą, ale był człowiekiem ogromnie pragmatycznym, był w Chinach, interesował się tamtejszym modelem. Pisał nawet do Gorbaczowa, proponował transformację wzorowaną na chińskiej. Gorbaczow wręcz się obraził, że bułgarski przywódca śmie mu proponować jakąś koncepcję reform. O swoim ostatnim spotkaniu z Żiwkowem, podczas którego ten proponował chińską drogę, pisze we wspomnieniach Mieczysław Rakowski. Niemniej skrzydło reformatorskie Bułgarskiej Partii Komunistycznej, a potem przywódcy Bułgarskiej Partii Socjalistycznej bezkrytycznie zachwycało się nowymi prądami. Reformatorzy, tacy jak Petyr Mładenow i Andrej Łukanow, ostatni premier socjalistycznej Bułgarii, wierzyli już tylko w kapitalizm. To był ogromny błąd. Szeregowi członkowie partii ciągle traktowali poważnie ideę, która była w jej nazwie. Zostali porzuceni.
Byłam w kręgu współpracowników Aleksandyra Liłowa, pierwszego przewodniczącego BSP, wcześniej bliskiego człowieka Żiwkowa, można powiedzieć – partyjnego ideologa. Pamiętam, jak mówił, że socjalizm zbankrutował. Być może jedynym liderem BSP, który myślał inaczej, był Żan Widenow, ale jego rząd skończył się katastrofą: został obalony, tak za sprawą działań z zewnątrz, jak i w samej partii. Po tamtym kryzysie z lat 1996-1997 bułgarskie społeczeństwo nie ma już większego potencjału, by walczyć i protestować. Ludzie wychodzą na ulice tylko wtedy, gdy naprawdę nie mają już z czego żyć.
Statystyki demograficzne pokazują, że raczej wyjeżdżają, niż protestują.
Młodzi, kiedy się przekonują, że nie ma dla nich żadnych perspektyw, wyjeżdżają. Ci, którzy zostają, często choćby z racji wieku nie wierzą, że mogliby się zbuntować, nawet jeśli mają bułgarski socjalizm w dobrej pamięci. Jeśli ktoś akurat ma pracę i może żyć na jako takim poziomie, to trzyma się tej pracy i niczym specjalnie się nie interesuje.
Słowa Błagojewa też ciągle pozostają w mocy. Chociaż… może wymagałyby aktualizacji.
To znaczy?
On oceniał, że los Bułgarii zależy od samych Bułgarów w jednej czwartej. Teraz mam wrażenie, że to jeszcze mniej, może 1/8. I że to nasz wspólny los. Tak Bułgarii, jak pozostałych byłych państw socjalistycznych w Europie Środkowo-Wschodniej.

Od fantastycznego wynalazku do sprzętu domowego

– Telewizja edukacyjna w czasach PRL była wspaniała, uczono dzieci, młodzież, były także telewizyjne uniwersytety korespondencyjne, wykłady naukowców, była politechnika, nauka języków obcych – z Dariuszem Michalskim, dziennikarzem muzycznym, autorem książek o ważnych zjawiskach kultury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Ukazał się właśnie pierwszy tom Pana autorskiej historii Telewizji Polskiej „To była naprawdę dobra telewizja”. Przedstawił ją Pan przede wszystkim jako niezwykle ważne zjawisko kulturowe, bardzo ważną część polskiej kultury w XX wieku. Zacznę jednak od pytania o pierwsze Pana osobiste wspomnienie z zetknięcia się z odbiornikiem telewizyjnym…
Telewizor w naszym domu zawitał późno nie dlatego, że ponad pół wieku temu był towarem reglamentowanym, tylko drogim, nawet bardzo drogim. Nasz majętny sąsiad był wśród znajomych chyba jedynym posiadaczem takiego skarbu i zapraszał wszystkich nawet często – nas (mamę, ojca i mnie) na filmy. Te amerykańskie czy angielskie pamiętam do dziś, bo ich projekcje kończyło nieodmiennie triumfalne zawołanie sąsiada, który „z polska” odczytywał z ekranu: „The end!”.
Kiedy już teleaparat mieliśmy (jak na owe czasy nawet szykowny, to był Belweder), mama i ja zapałaliśmy miłością do teleturniejów. Tak wielką, że kiedyś mnie zachęciła: „Spróbuj”. Podobała się nam Krzyżówka z papugą – ale papugę mieliśmy. 20 pytań i Kółko i krzyżyk to także nie było to. I wtedy Telewizja wprowadziła do swego programu tak zwane teleturnieje wiedzowe. Ponieważ od dziecka interesowałem się muzyką – zgłosiłem się do teleturnieju „Z melodią na ty”. Przeszedłem przez eliminacje pierwsze, drugie, trzecie, zostałem zakwalifikowany do występu na wizji – wygrałem!
Teleturniej był emitowany w niedzielę, oczywiście na żywo, w poniedziałek w szkole (uczyłem się wtedy w dziesiątej klasie liceum ogólnokształcącego) usłyszeliśmy, że następnego dnia odbędzie się przed lekcjami specjalny apel. No i we wtorek ciało pedagogiczne publicznie mnie oskarżyło o „publiczne wystąpienie bez obowiązkowej tarczy na rękawie”. Oponowałem: Przecież reprezentowałem siebie, swoją wiedzę, nie szkołę – i jakoś się wybroniłem. Ale wiedziałem, że łatwo mieć nie będę. Na szczęście mój domowy mecenas wspierał mnie intelektualnie i strategicznie: „Jeśli wiesz, to się tą wiedzą podziel z innymi. Czujesz się na siłach – wystąp. Ale zawsze staraj się wygrać”.
No i wygrałem kolejne teleturnieje muzyczne, filmowe, taneczne, kryminalne. Ówczesne główne wygrane były symboliczne – przeważnie bony do Galluxu (czyli salonu eleganckiej mody męskiej), za które mogłem otrzymać co najwyżej zagraniczną koszulę, spinki i krawat, czyli żadne ekstrawagancje. Kiedy wygrałem teleturniej lotniczy – Lot „szarpnął się” na bezpłatny bilet powrotny na dowolnej trasie, ale tylko krajowej. Mimo to z tamtej wygranej byłem szczególnie dumny, bo – daję słowo, że tak było – kilka dni później propozycje pracy u siebie złożyły mi zagraniczne linie lotnicze: szwajcarski Swissair, belgijska Sabena, włoska Alitalia i skandynawski SAS.
Przedstawicielstwa zachodnich towarzystw lotniczych, w hierarchii ważności następne po ambasadach, były wtedy reprezentantami luksusu, blichtru, elegancji wielkiego świata. Były oknami na ów świat, witrynami, przez które można go było oglądać i… lizać. Byłbym się więc na tę przynętę skusił, gdyby nie kolejny teleturniej, w mojej karierze dziesiąty. Zapytałem mamę: Pójść? Usłyszałem: „Muzyczny, jakby dla ciebie wymyślony, więc dlaczego pytasz?”. To był w moim teleturniejowym życiu występ ostatni, najważniejszy. Wygrałem wtedy ex aequo z Korneliuszem Pacudą, przyszłym propagatorem country. O stronę rozrywkową programu zadbała Polska Federacja Jazzowa, której przedstawiciel zaproponował mi po występie: „Chce pan u nas pracować?”. Oczywiście, że chciałem. Następnego dnia, w poniedziałek 10 lipca 1967 wdrapałem się na czwarte piętro gmachu Romy (tam, przy Nowogrodzkiej 49, w podwórzu, urzędowała PFJ) i wczesnym rankiem, bez zbędnych formalności, zostałem pracownikiem bardzo ważnej, nie tylko w moim życiu, instytucji przemysłu rozrywkowego, rodzimego show businessu.
To był dla mnie prawdziwy uniwersytet, na którym w przyspieszonym tempie poznałem najważniejszych jazzmanów, całą listę przebojów bigbeatowych, zostałem sekretarzem magazynu „Jazz Forum”, wymyśliłem i przez długi czas redagowałem fanzin „Kakajot”. To była najelastyczniejsza trampolina mojej kariery zawodowej, wypchnęła mnie bowiem do radiowego Programu III, potem do „Sztandaru Młodych”, gdzie przez ponad ćwierć wieku prowadziłem rubrykę muzyczną (był to chyba nawet dział) „Metronom”, później do telewizji.
Kiedy po raz pierwszy wystąpił Pan na „srebrnym ekranie”, jak wtedy mawiano, już nie jako gość teleturnieju, ale jako „osoba telewizyjna”?
To było w 1965, w programie młodzieżowego klubu telewizyjnego „Proton”, w którym wystąpili absolwenci warszawskiej szkoły baletowej, Jerzy Waldorff i… ja. Program opowiadał historię tańca towarzyskiego, młodym Polakom miał też zaprezentować ich rówieśników pasjonujących się jakimś pożytecznym hobby. Moje – kolekcjonowanie płyt gramofonowych z rock and rollem – akurat nie było zbyt wychowawcze (wtedy! rock and roll to wszak muzyka amerykańska), przecież jednak zgodzono się ochoczo na pokazanie przed kamerą kilkudziesięciu zagranicznych singli, które obwoluty miały wyjątkowo atrakcyjne wizualnie, bajecznie kolorowe (szkoda, że program był czarno-biały). Miał tę kolekcję ocenić od strony zawartości muzycznej właśnie Jerzy Waldorff. Przed emisją zorganizowano dwie, może nawet trzy próby, żeby poznać się wzajemnie, debiutantom pozwolić na otrzaskanie się ze studiem i kamerami, zamarkować późniejsze sytuacje i rozmowy. Sławny krytyk(ant) oczywiście roześmiał się sardonicznie słysząc o czym mamy rozmawiać („Rrrock and rrroll to okrrropna szmirrra, a ten krrrostowaty Prrresley to jakiś żigolak!”), ale zmitygowany przez reżysera i redaktorkę obiecał, że na wizji nieco złagodzi swoje ostre sądy. Z programu pamiętam do dziś przepiękny archaiczny patefon, który do odtwarzania 45-obrotowych singli zupełnie się nie nadawał, oraz reżysera, który zarządził, że będzie lepiej, jeśli pan Waldorff wygłosi swoją kwestię osobno, mnie zaś będzie przepytywała z historii rock and rolla oraz jego walorów tanecznych gospodyni i redaktorka programu. Tak też się stało. Opisuję tę przygodę w mojej książce o telewizji, w rozdziale „Młodzież”, a ilustruje ją zdjęcie: pan Jerzy i ja siedzimy odwróceni do siebie plecami. Kilka lat później poprowadziłem w telewizji teleturniej muzyczny, a na stałe wszedłem do „firmy” jako współpracownik: współtworzyłem „Leksykon polskiej muzyki rozrywkowej”, wymyślałem i zrealizowałem kilkadziesiąt rozmaitych programów muzycznych. Za magazyn „Metronom” otrzymałem doroczną nagrodę Złoty Ekran. Z dumą ją wspominam, odebrałem ją bowiem (w marcu 1988) w nienajgorszym towarzystwie, między innymi reżysera Kazimierza Kutza, zespołu reporterów programu „Zawsze po 21-ej”, dokumentalisty Ludwika Perskiego, aktora Jerzego Bińczyckiego, Jana Miodka oraz mego imiennika Dariusza Baliszewskiego. Byłem w tamtej telewizji niby w środku, jako współpracownik przecież jednak poza nią, dzięki czemu patrzyłem na nią od środka i z zewnątrz, okiem chyba rzetelnym. Ta ogromna wiedza, w dużej części praktyczna, przydała się po latach przy pisaniu książki.
Przy pisaniu książki korzystał Pan z internetu?
Tak, jednak wbrew panującej opinii, w Internecie nie ma wszystkiego. Trzeba mieć własną wiedzę, by móc zweryfikować to, co tam jest, co jest rzetelne, co zaś śmieciem. Książkę pisałem w oparciu o własne, od dziesiątków lat gromadzone archiwum, wykorzystałem w niej także rozmowy, które od dawna nagrywałem i notowałem w okresie mojej pracy dziennikarskiej, w gazecie, radiu i telewizji. Moi rozmówcy w większości już odeszli – Janusz Rzeszewski, Lucjan Kydryński, Witold Filler. Powiedzieli mi wiele, czasami mnie zdumiewali swoją szczerością – jakby chcieli skorzystać z okazji, że ktoś ich wreszcie o wiele spraw zapytał, uważnie ich słuchał, wiedział o czym oni mówią. Pamiętam zwłaszcza Fillera, niespełnionego aktora, mądrego krytyka, politycznie przyklejonego do władzy, która go wypromowała, towarzysko nielubianego, jakże jednak ważnego dla rozwoju w naszej telewizji choćby rozrywki: on jej poziom wywindował bardzo wysoko. Każdy z tych ludzi, inteligentnych i rozbudowanych intelektualnie, był postacią. Niektórzy byli nawet osobowościami.
Telewizja u samych swoich początków kładła ogromny nacisk na rolę edukacyjną. Na przykład nadawano lekcje z poszczególnych przedmiotów szkolnych dla szkół średnich i podstawowych. Doktor Hanna Dobrowolska prowadziła przez kilka lat „Spotkania z przyrodą”, była „Eureka”, audycja o technice Jerzego Wunderlicha i inne…
Kultura polska powinna uchylić kapelusza przed tamtą telewizją edukacyjną, której poświęcę spory rozdział w drugim tomie. Telewizja bardzo pomagała w nauce, bo była bogatsza o to, co jest czterema piątymi naszego procesu postrzegania, czyli o obraz (bo słyszymy tylko jedną piątą informacji). Prawo autorskie nie było wtedy, tak jak dziś, przestrzegane, więc kopiowano mnóstwo materiałów z innych telewizji, choćby z BBC. Ale to był dodatek – owszem, bardzo atrakcyjny, jednak tylko dodatek – do tego, co wymyślano, realizowano i propagowano własnymi siłami. Telewizja edukacyjna była wtedy wspaniała, uczono dzieci, młodzież, były także telewizyjne uniwersytety korespondencyjne, wykłady naukowców, była politechnika, nauka języków obcych…
Zacytował Pan Ignacego Witza, wybitnego artystę i krytyka sztuki, który stwierdził, że polska telewizja wykształciła swoją własną formę plastyczną, inną niż filmowa i inną niż teatralna. Była pod tym względem czempionem w świecie?
Bez wątpienia. To brało się ze specyficznej polskiej drogi do sukcesu. Ponieważ byliśmy biedni, niczego nie mieliśmy, a chcieliśmy coś zrobić, to ten motor działania był w nas ogromny. To było takie amerykańskie „Chcieć to móc”. Coś z tego ducha było w osobie Adama Słodowego i jego programie „Zrób to sam” – zrobić coś z byle czego, z dykty, pustego pudełka, kawałka sznurka. Owo „majsterkowanie” było specyfiką rodzimej techniki telewizyjnej: kamery, magnetowidy, stoły reżyserskie polskie złote rączki rozbierały do najmniejszej śrubki, potem składały, ucząc się ich działania od podstaw. Ba! To była czasami jedyna metoda, bowiem nieustannie kuglując między systemami zachodnim (kapitalizm) i środkowoeuropejskim (socjalizm), Telewizja Polska często otrzymywała od swoich kontrahentów na przykład doskonałe technologicznie kamery, ale bez… instrukcji. I dobrze, bo geniusz Polaka przydawał się do uzyskiwania później takich efektów wizyjnych, jakich konstruktorzy tych zachodnich cudeniek nawet sobie nie wyobrażali! Opowiedział mi o tym Paweł Karpiński, który w polskiej telewizji zrobił karierę iście amerykańską (od pucybuta do milionera), bowiem z pomocnika operatora kamery wyrósł na rasowego reżysera. A Xymena Zaniewska ze swoją szkołą scenografii telewizyjnej? Jej talent, pomysłowość, indywidualność rozwinęły się przecież na pustyni, kiedy z niczego trzeba było stworzyć coś. I to coś – COŚ! – powstawało: wspaniałe, nowoczesne, stylowe, genialne!
Dużo miejsca poświęcił Pan Teatrowi Telewizji. Czy dlatego, że uważa go Pan za najważniejszą pozycję w historii TVP?
Uważam go za fenomen, efekt połączenia działalności i wysiłków setek, jeśli nie tysięcy ludzi i szeregu instytucji. Była premiera co tydzień, w ramach sceny poniedziałkowej, były przedstawienia w Teatrze Sensacji i Teatrze Młodego Widza, były monodramy, spektakle realizowane w ośrodkach pozawarszawskich. Ludziom się chciało, nikt o pieniądzach nie mówił i dobrze, że tak było – wbrew zasadzie, że dobre musi kosztować, bo inaczej będzie byle jakie. Nawet pionierska telewizja Europy, brytyjska BBC nie wypracowała takiej formy. Realizowała albo filmy dostosowane do warunków telewizyjnych i praktykowała statyczne filmowanie kamerą spektaklu teatralnego na scenie. Nasz Teatr Telewizji wypracował coś zupełnie innego. Studio było miejscem, gdzie przestrzeń fizyczna była rozszerzana, a co za tym idzie także przestrzeń w wyobraźni widza, który podążał za kamerą, za myślą, także dzięki możliwości zbliżeń. Wspomniana Xymena Zaniewska fenomenalnie operowała czernią, bielą i ich odcieniami, obrazem, zbliżeniem, detalem, cieniem. Poza nią było całkiem pokaźne grono utalentowanych, wybitnych scenografów.
W 60-lecie swojego istnienia telewizja jest w fazie znaczących przeobrażeń technologicznych. Wprowadzana jest telewizja cyfrowa wysokiej jakości, kończy się epoka monopolu ramówki i następuje szereg innych zmian. Myśli Pan, że to koniec telewizji, którą Pan opisuje?
Rozważa się też – nie od dziś – czy ocaleją książki i prasa papierowa, czy też zostaną scyfryzowane jako e-książki i e-tygodniki. Kiedyś rozważano, czy telewizja nie zabije kina. Podobnie rozważa się czy radio i telewizję zastąpi e-radio i e-telewizja. Myślę, że nowe będzie się rozpychać, ale stare długo jeszcze będzie mu towarzyszyć.
To kolejna duża publikacja o Telewizji Polskiej po książce Tadeusza Pikulskiego. Czy ona była dla Pana jakimś punktem odniesienia?
Książka Tadeusza Pikulskiego, „Prawdziwa historia telewizji publicznej”, to rzetelna, choć subiektywna książka o telewizji. Podobnie jak cenna książka Tadeusza Kurka czy wspomnienia Jerzego Ambroziewicza. Każda książka jest cenna, bo gdyby w tej chwili ktoś inny jeszcze chciał napisać swoją książkę o telewizji, nie spotka już szeregu osób, które są w cytowane w tych, które już powstały, oraz w mojej (że przypomnę nieżyjących Fillera czy Rzeszewskiego). A za chwilę nie będzie już nikogo z tego pokolenia. Widzę to również w światku polskiej muzyki rozrywkowej. Kiedy pisałem pierwszy tom jej historii, to żyła jeszcze i była pełna uznania dla moich działań, a nawet napisała mi wstęp – Stefania Grodzieńska. Po jej odejściu nikt już nie napisze o tym, co działo się w tej dziedzinie przed wojną, powołując się na żywych świadków. Bo tych świadków już nie ma.
Było w dziejach telewizji szereg osobowości i audycji kompletnie dziś zapomnianych, np. „Sylwetki X Muzy” prowadzone w drugiej połowie lat sześćdziesiątych przez Czesława Radomińskiego? Czy uwzględni je Pan drugim tomie?
Tak. Znajdzie się ten program albo w rozdziale poświęconym filmowi albo w historii ośrodków regionalnych, był bowiem emitowany z Poznania. Czego czytelnik nie znalazł w pierwszym – znajdzie w drugim tomie. Czy wszystko? Przyczyny wszelakich pominięć faktów i osób zamykają się w takim oto krótkim dialożku: „Dlaczego Pan mi o tym, nie powiedział? – Bo pan mnie o to nie zapytał”. I tak jest z wieloma sprawami, które w ostatnich tygodniach „wyszły” tylko dlatego, że ukazał się tom pierwszy: dotarł do czytelników i wywołał liczne reakcje. Działają one jak internetowe linki, otwierające kolejne klapki i furteczki, a drzwi do informacji robią się bramami do niej, rozbijają zaskorupiałe ściany pamięci. Często słyszę: „Ach, rzeczywiście tak było!”. Albo: „Że też o tym zapomniałem”. Zapomniane – przypomniane. Coraz częściej dzięki życzliwym (i uważnym!) czytelnikom.
Widziałem niedawno zaprojektowaną przez Konstantego Sopoćko okładkę wydanej w 1929 roku sensacyjnej powieści Jana Mariana Dąbrowy „Telewizor Orkisza”. W 1936 roku ukazała się książka inżyniera Feliksa Burdeckiego „Telewizja”. Telewizor jest w tych powieściach przedmiotem, wynalazkiem ze sfery fantastyki-naukowej. Od tamtych czasów, pod niezmienioną nazwą, przeszedł drogę od maszyny fantastycznej do pospolitego urządzenia technicznego, powszechnego składnika i kultury i codzienności…
Takich miejsc i zdarzeń paradoksalnych w historii szeroko rozumianej telewizji było dużo. Przytoczę choćby słynną debatę telewizyjną Kennedy–Nixon w 1960 roku, która uczyniła tego pierwszego prezydentem, bo ten drugi nie umiał się znaleźć przed kamerą. Można to odnieść też do spotkania Wałęsa–Miodowicz w 1988. Elvis Presley, podczas pierwszego występu w ogólnoamerykańskiej telewizji w 1956 roku, został pokazany tylko od pępka w górę, ponieważ poruszał biodrami w sposób wyzywający, erotyczny, co najmniej nieelegancki, co sprawiło, że przylgnęło do niego określenie „Elvis the Pelvis” (Elvis Miednica). Ale nie tylko to było ważne dla jego kariery, bowiem to, że nie pokazano wtedy piosenkarza w całości, zachęciło ludzi, żeby zainteresować się nim dokładniej, bo przecież „na pewno miał poniżej paska od spodni coś, czego telewizja nie chciała pokazać”. W 1960, po powrocie Presleya z wojska, kiedy Sinatra zaprosił go do swego programu pewien, że dzięki „temu bezczelnemu chłystkowi” (The Voice nie lubił rock and rolla, a Elvisa wręcz nienawidził) zdobędzie dla siebie publiczność młodzieżową – trzy czwarte telewizyjnej Ameryki oglądało jego show, następnego dnia nazwany przez prasę Welcome Home Elvis: młodszy „ukradł” przedstawienie starszemu, bo lepiej od niego zrozumiał istotę telewizji, jej potęgę.
W PRL „potęgę telewizji” kojarzono z monopolem władzy jej politycznego dysponenta i działaniem cenzury…
Cenzorzy czepiali się zwłaszcza trzykropków (ileż bowiem można było wyrazić za ich pomocą „pomysłów na domysły”), gorsi jednak byli usłużni redaktorzy. Ciężkie życie w telewizji mieli bigbitowcy, za którymi chodził łysawy fryzjer-Filler, który nienawidził długowłosych. Trzeba jednak pamiętać, że cenzura była także w innych telewizjach, w zagranicznej prasie, w zachodnim radiu. W swojej kolekcji mam trzy płyty kompaktowe z nagraniami, których „nie puściła w eter” brytyjska BBC, właśnie z powodów cenzuralnych. Ofiarą angielskiej cenzury padł w 1972 między innymi Paul McCartney, który śpiewał o Irlandii i Irlandczykach („Give Ireland Back to the Irish”), co nie pasowało do polityki Zjednoczonego Królestwa. Dekadę wcześniej BBC zakazała antenowej prezentacji płyty „A Hundred Pounds of Clay” Craiga Douglasa „z powodów religijnych”. Uzasadnienie: „Ta piosenka bluźni przeciwko Bogu, sugeruje, że Pan stworzył kobietę nie z żebra Adama, lecz ze zwyczajnych surowców”. Nie pomogła zmiana kontrowersyjnego oryginalnego wersu „stworzył Bóg kobietę i wiele innych przyjemności dla mężczyzny” na „stworzył starego Adama – oraz kobietę dla mężczyzny”. Radiowi cenzorzy byli nieugięci i nałożyli embargo na amerykańską piosenkę. Przypominam: w Londynie – nie w Warszawie! Nie było więc tak, że w Polsce było wszystko źle, a w Anglii super. Nieprawda. Także u nas cenzura radiowa miała swoje „wytyczne”, a na płycie piosenka mogła się ukazać i stawała się przebojem. Prywatni rzemieślnicy mogli wydawać pocztówki dźwiękowe, a w radiu czy telewizji tych samych utworów nie puszczano. Cenzura była wszędzie, więc nie fetyszyzujmy strasznej roli cenzury w Polsce.
Co będzie odróżniało tom drugi Pana książki od pierwszego?
Będzie znacznie więcej polityki, przede wszystkim rozbudowany i bardzo ważny rozdział o stanie wojennym w telewizji oraz ówczesnej weryfikacji. Przedsmak „tego co będzie” znajdzie czytelnik w pierwszym tomie, w rozdziale poświęconym Teatrowi Telewizji. Tamże – choćby opowieść Stefana Szlachtycza o nagrywaniu spektaklu „Długie pożegnanie”, kiedy na planie potrzebny był pistolet. Oczywiście w rekwizytorni pistoletu nie było, ale przecież przy studiu siedzieli żołnierze. „Komandos ostrzegł Pyrkosza: – Niech pan uważa, żeby nie znaleźć się na linii strzału. Wylot pistoletu musi być skierowany na przeciwnika. Wtedy Łukaszewicz spytał przytomnie, czy pistolet jest nabity. – Oczywiście, ostra amunicja – komandos na to. – Jest przecież wojna”. Tamże Olgierd Łukaszewicz przypomina swój dylemat: „Musiałeś grać? – pytali mnie znajomi. Nawet jeśli coś tam bąkano, że gdybym odmówił, to wyciągnięto by wobec mnie konsekwencje z tytułu umowy o pracę? Nie wiedziałeś, że bierzesz udział w akcji wojskowej czy parawojskowej?” Jerzy Gruza zapamiętał: „W grudniu 1981 nagrywaliśmy program rozrywkowy, który musieliśmy dokończyć już w następnym roku. Czy uważano to za kolaborację? Nie wiem, zresztą to mnie zupełnie nie obchodziło”. Takich historii, ludzkich, więc dramatycznych ale i zabawnych, zdarzyło się wtedy wiele. Wojna nie składa się tylko z czołgów, samolotów i generałów; także z ludzi, okopów i menażki”.
Dziękuję za rozmowę.

Dariusz Michalski – dziennikarz, prezenter radiowy, historyk muzyki rozrywkowej. Zwycięzca dziesięciu teleturniejów. Współtwórca 144 odcinków telewizyjnego „Leksykonu polskiej muzyki rozrywkowej”, w Telewizji Polskiej twórca kilkudziesięciu programów autorskich, między innymi magazynu muzycznego „Metronom”, za który w 1988 otrzymał „Złoty Ekran”. Autor biografii Jerzego Wasowskiego, Aliny Janowskiej, Wojciecha Młynarskiego, Czesława Niemena, Kaliny Jędrusik i Krzysztofa Klenczona (w przygotowaniu), trzech tomów historii polskiej muzyki rozrywkowej oraz historii TVP od jej początków „To była bardzo dobra telewizja”.