Czym NATO nas zarazi?

Codziennie słyszymy ostrzeżenia ministerstwa zdrowia i lekarskich autorytetów abyśmy dochowali rygorów kwarantanny, bo szczyt zachorowań dopiero przed nami.
Media piętnują obywateli przyłapanych na zbiorowych piknikach, sprawdzają centra handlowe i kościoły. Jednocześnie uwadze ich umyka kilkudziesięciotysięczna grupa mężczyzn, która w Polsce zasad kwarantanny nie przestrzega. I może być potencjalnym środkiem przenoszenia istnych bomb wirusowych.
Od 28 lutego trwają na terytorium Polski wielkie manewry wojskowe NATO „Defender Europe 2020”. Zaplanowano w nich udział ponad 37 tysięcy żołnierzy z osiemnastu państw Paktu Północnoatlantyckiego. Najwięcej z USA.
Od stycznia tego roku wojska lądowe Stanów Zjednoczonych przerzuciły około 6 tysięcy żołnierzy z USA do Europy, wliczając w to dowództwo dywizji i pancerną brygadową grupę bojową.
To był początek wielkiej migracji młodych mężczyzn, bo ćwiczenia „Defender- Europe 2020” zaplanowano jako największy od ponad 25 lat przerzut amerykańskich wojsk do Europy. Z USA miało przybyć do nas ponad 20 tysięcy żołnierzy, do których dołączyć miało 9 tysięcy amerykańskich wojskowych stacjonujących w Europie. Przemarsze kolumn wojsk po europie zaplanowano na czas od stycznia do kwietnia 2020 roku.
Jeszcze w lutym zaczęła się operacja ich przerzutu do Polski. Najpierw do Szczecina, gdzie stacjonuje 12 Brygada Zmechanizowana, trafili amerykańscy żołnierze i ciężki sprzęt. Stamtąd mają być przerzucani na poligon w Drawsku Pomorskim. Tam też koncentrowany jest sprzęt i żołnierze z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Chorwacji i Rumunii.
Współpracują oni z 15 Brygadą Zmechanizowaną z Giżycka. Wojsko polskie miało wysłać na poligony około 3 tysięcy żołnierzy wyposażonych w ciężki sprzęt. Aby przećwiczyć współdziałanie z armiami sojuszniczymi.
Wirus manewrowy
Przygotowania do tak wielkich ćwiczeń zwykle trwają przynajmniej dwa lata. Kiedy planowano manewry „Defender Europe 2020”, nikt nie spodziewał się, że w 2020 roku cały świat będzie walczył przede wszystkim z pandemią koronawirusa. Jeszcze niedawno pan minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak informował, że rozmawiał o wirusowym zagrożeniu z szefem Pentagonu Markiem Esperem.
„Organizatorzy i uczestnicy ćwiczeń będą dążyć, aby koronawirus miał jak najmniejszy wpływ na jego przebieg. „Defender” pozostaje priorytetem naszej współpracy, a Polska będzie dalej silnie zaangażowana w ćwiczenia”, uspokajało wtedy biuro prasowe MON. Jednak zaraza rozwijała się coraz szybciej, objęła już całą Europę. Czy zatem nie byłoby bezpieczniej odwołać, albo przynajmniej przełożyć manewry „Defender- Europe 2020”?
Na to pytanie nie udzielono jeszcze jednoznacznie dobrej odpowiedzi. Ćwiczenia przerwano w Norwegii. Amerykanie lakonicznie poinformowali o ewentualnych ograniczeniach w manewrach.
„Wiem, jak wielką operacją logistyczną byłoby w tej chwili wycofanie tysięcy wojska i sprzętu. Być może stopniowe ograniczenie rozmiaru ćwiczeń i jednocześnie położenie nacisku na osłonę epidemiologiczną wojska ma większy sens, informował media prof. Krzysztof Chomiczewski, krajowy konsultant ds. obronności w dziedzinie epidemiologii, były komendant Wojskowego Instytutu Medycznego Higieny i Epidemiologii.
Koronawirus dodał nowego elementu do trwających manewrów. Początkowo planowano je jako pokaz sprawności wojsk NATO gotowych odstraszyć armię rosyjską. Teraz do agresywnego Rusa doszedł podstępny WiRus.
„Być może NATO będzie chciało przećwiczyć nowy element, czyli przemieszczanie się wojska w warunkach pandemii, zauważył Janusz Zemke, były wiceminister obrony narodowej.
Podobnie uważa gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych i były wiceminister obrony. Twierdzi on, że wojsko nie zatrzyma ćwiczeń, tylko je ograniczy. Armia musi respektować stan zagrożenia epidemicznego, ale wojska epidemia nie ominie, bo przez swoje kontakty międzynarodowe jest bardziej wrażliwe na koronawirusa niż środowisko cywilne.Musi więc podjąć kroki, które ograniczą bezpośrednie kontakty w większych grupach, zmienić ich scenariusz. Jednocześnie wojskowi powinni wykorzystać nadarzającą się okazję, aby przećwiczyć prowadzenie sojuszniczych działań bojowych w warunkach pandemii.
Inaczej widzi to Mieczysław Gocuł, były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Uważa, że choć szkolenie wojska zawsze jest ważne, to dziś mamy sytuację nadzwyczajną. Skoro każde większe zgromadzenie jest obecnie w Polsce zakazane, to warto się zastanowić, czy takie skupiska ludzkie, jak żołnierze na poligonach szykujący się do ćwiczeń, sprzyjają hamowaniu wirusa, czy przeciwnie. A może lepiej byłoby wykorzystać potencjał wojska do niesienia pomocy społeczeństwu, bo n pewno będzie potrzebowało wsparcia?
Głowy z wirusem
Co o walce z wirusem sądzi aktualne dowództwo wojska polskiego nadal nie wiemy. Nie mamy jednoznacznego komunikatu, bo jednym z pierwszych zarażonych kononawirusem w Polsce był dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych generał Jarosław Mika.
Złapał go podczas konferencji dowódców zaangażowanych w „Defender Europe 2020”. Bo jego kolega, generał Salvatore Farina, szef sztabu armii włoskiej, był wtedy nosicielem wirusa. Teraz generał
Mika przebywa na kwarantannie w warszawskim szpitalu przy ul. Szaserów. I wszyscy, którzy mieli kontakt z zarażonym wirusem dowódcą, również zostali objęci taką kwarantanną.
W związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa pan prezydent Andrzej Duda przełożył na inny termin corocznie odbywającą się odprawę kierowniczej kadry Ministerstwa Obrony Narodowej oraz Sił Zbrojnych RP. Ta najważniejsza odprawa prezydenta RP, czyli zwierzchnika sił zbrojnych, służy podsumowaniu poprzedniego roku i określeniu priorytetów działania wojska na następny rok.
Niezależnie od tego jakim kosztem armie NATO wygrają z koronowiusem podczas „Defender Europe 2020”, to już widać jak bardzo bezpieczeństwo Polski projektowane przez elity PiS i ich międzynarodowych sojuszników, odbiega od nowej rzeczywistości.Jak wielce kosztowne manewry wojskowe, które miały odstraszać „agresywnego Rusa”, cofają się przed nowym wirusem. Jak jesteśmy bezradni wobec nowego zagrożenia.
Czas zatem zastanowić się nad nowymi sposobami zapewnienia Polsce bezpieczeństwa. Innymi niż bajkowy „Fort Trump”, albo wielce kosztowne, mało dla nas użyteczne samoloty F-35.
Czas na międzynarodowy dialog i regionalne odprężenie. Powrót do negocjacji, tworzenia nowego systemu bezpieczeństwa w Europie. Tworzenia nowego porozumienia ograniczającego wyścig zbrojeń, zwłaszcza w kategorii rakiet średniego zasięgu.
Czas zmiany priorytetów w wydatkach na obronę i bezpieczeństwo państwa. Ograniczanie finansowania sprzętu stosowanego przez generałów w „minionych wojnach”, a wzmocnienia powszechnej służby zdrowia, bezpieczeństwa informatycznego naszego państwa.
Czas na poważną, pozbawioną historycznych fobii i uprzedzeń debatę o bezpieczeństwie Polski w XXI wieku.

Wirus trafił do Włoch!

Do dwóch osób wzrosła liczba zmarłych we Włoszech z powodu zarażenia koronawirusem – podały w sobotę władze północnych regionów Lombardii jak i Wenecji, które są ogniskiem epidemii na półwyspie Apenińskim. Potwierdzono zachorowanie już 79 mieszkańców. Na obecnym etapie nietrudno wykluczyć, że będzie ich coraz więcej. Władze lokalne uruchomiły już nadzwyczajne środki i procedury. Wśród zarażonych są lekarze.

W szpitalu pod Padwą zmarł 78-letni mężczyzna. To była pierwsza śmiertelna ofiara koronawirusa w Italii. Mężczyzna od 10 dni przebywał w szpitalu. Liczba potwierdzonych przypadków rośnie dość szybko.
W ciągu niecałej doby zwiększyła się ponad trzykrotnie. Najwięcej odnotowano w Lombardii, w tym także w rejonie jej stolicy regionu – Mediolanu. Również z Piemontu napłynęła wiadomość o pierwszych przypadkach zachorowań.
Włosi podejmują coraz bardziej radykalne działania mające na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się wirusa. Odizolowano 10 gmin, zamknięto szkoły i urzędy.
Alarm ogłosiły też lokalne władze w rejonie Codogno koło miasta Lodi również w Lombardii, gdzie doszło do serii infekcji wśród osób, które nie były w Chinach Wystosowano apel do mieszkańców, aby nie wychodzili z domów, jeśli nie ma takiej potrzeby, i żeby za wszelką cenę unikali kontaktów towarzyskich. Setki ludzi, którzy mieli kontakty z zarażonymi zostanie niezwłocznie przebadanych.
W sobotę rano na lotnisku wojskowym Pratica di Mare pod Rzymem wylądował samolot z 19 obywatelami włoskimi ewakuowanymi ze statku Diamond Princess, zacumowanego w Japonii, na którym stwierdzono kilkaset zachorowań.
Do kraju wróciło 13 zdrowych członków załogi i sześciu pasażerów. Wszyscy zostali od razu poddani kwarantannie w miasteczku wojskowym na peryferiach Wiecznego Miasta.
Wszystko wskazuje na to, że źródłem większości zakażeń w tej części Włoch może być 40-letni menedżer firmy, który wrócił w ostatnim czasie z podróży służbowej z Chin.
Wirusem zaraził się jego kolega, 38-latek, z którym spotkał się na kolacji. W czwartek mężczyzna zgłosił się w ciężkim stanie na pogotowie właśnie w miejscowości Codogno, które stało się epicentrum szerzenia się wirusa. Zachorowało także kilku lekarzy z tamtejszego szpitala.
Wczoraj w szpitalu w Codogno zmarła 75-letnia kobieta. Na tamtejszych stacjach kolejowych nie zatrzymują się pociągi. Włoski minister zdrowia Roberto Speranza oświadczył, że w tej chwili najważniejszym zadaniem jest zatrzymanie rozprzestrzeniania się wirusa.
Rosnąca liczba przypadków zachorowania na koronawirusa spowodowała paraliż także we włoskim sporcie. W niedzielę w Serie A nie zostały rozegrane mecze Interu Mediolan z Sampdorią, Atalanty z Sassuolo, a także Hellas Verona z Cagliari. W sobotę nie rozegrano meczu Serie B między Ascoli Calcio a US Cremonese, a także między innymi 40 spotkań lig amatorskich. Media włoskie informowały w sobotę, że pacjent zero grał amatorsko w zespole gminy Codogno.

Monitorujemy i stopniowo podejmujemy wszystkie niezbędne środki. Nie chcemy wzbudzać niepokoju, ale oczywiste jest, że wydarzenia sportowe należą do miejsc, w których problemy mogą się najmocniej ujawniać – cytują włoskie media ministra sportu Vincenzo Spadaforę, który podkreślił, że władzami kieruje maksymalna ostrożność.
W sobotę odbyło się nadzwyczajne spotkanie włoskiej Rady Ministrów.

Przykro mi z powodu kibiców piłki nożnej i innych sportów, którzy planowali pójść na mecz w niedzielę, ale muszą poczekać na unormowanie sytuacji – mówi Giuseppe Conte, premier Włoch.
Premier Giuseppe Conte podkreślił, że w kraju obowiązują „zasady najwyższej prewencji”. Oświadczył, że w związku z zaistniałą sytuacją sanitarną rząd rozważa podjęcie „nadzwyczajnych kroków”.
Zgodnie z dekretem obowiązuje zakaz wstępu do ognisk epidemii i opuszczania ich. Takich gmin w Lombardii jest dziesięć, a w Wenecji Euganejskiej jedna. W miejscach tych zawieszono wszelką działalność zawodową, oświatową i sportową. Za złamanie zakazu wstępu do o
gnisk i ich opuszczania będą wymierzane kary finansowe. Ponadto zapadła decyzja o czasowym zawieszeniu szkolnych wycieczek na terenie Włoch i grupowych wyjazdów za granicę.
Włochy są drugim europejskim krajem po Francji, gdzie odnotowano przypadki śmiertelne zarażeniem koranovirusa, który od ponad miesiąca sieje spustoszenie w Chinach. Wszyscy chorzy zarazili się w kraju, żaden z nich nie był w Chinach.
Póki co epidemia rozprzestrzeniła się na ok. 30 krajów na całym świecie, w tym na kilka europejskich, m.in. Niemcy, Francję, Włochy, Finlandię i USA. Poza Chinami kontynentalnymi odnotowano dotąd 20 zgonów.

Święta bez stresu

W tych szczególnych dniach czasem puszczają nam nerwy i zdarzają się sytuacje niemiłe, a nawet tragiczne (statystyki samobójstw zwykle rosną w okolicy Bożego Narodzenia). Postarajmy się, by do nich nie dochodziło.

Nikt z nas nie lubi być zestresowany,. Stres nie tylko zabiera nam pogodę ducha i radość życia, ale również odgrywa jedną z kluczowych ról w powstawaniu wielu chorób. Eksperci oceniają, że aż 85 – 90 proc. wszystkich chorób ma związek ze stresem.
Z drugiej strony w wielu sytuacjach postrzegamy stres pozytywnie jako czynnik mobilizujący i dopingujący.
Doktor Hans Selye w latach pięćdziesiątych jako pierwszy spopularyzował termin „stres”. Nazwał nim „niespecyficzną reakcję na bodziec fizyczny lub psychologiczny, stanowiący zagrożenie lub postrzegany jako zagrożenie”.
Inny znany badacz stresu, dr. Richard Lazarus, w latach sześćdziesiątych definiował pojęcie stresu jako reakcję pomiędzy osobą, a jej otoczeniem: „bodziec – osobowość – reakcja”.
Z kolei dr. Seligman, na podstawie swoich badań stwierdził: „To nie potencjalny stresor, ale sposób w jaki jest postrzegany i jak sobie z nim radzisz, będzie determinował powstawanie stresu bądź nie.”

Można z tym walczyć

Jak sobie radzić ze stresem? Krok pierwszy to zauważenie sygnałów, jakie nam wysyła umysł i ciało. Jest to warunek konieczny, bo nie można wpływać i kontrolować czegoś, czego się nie zauważa.
Krok drugi to określenie, co jest czynnikiem powodującym stres (czyli stresorem), a następnie zdefiniowanie czy jest to stresor konieczny czy do uniknięcia.
Co to znaczy? Otóż załóżmy przykładowo, stresuję się, że gdzieś się spóźnię. Chcę być punktualna, ale mam problem ze wstawaniem rano. Wstaję na ostatnią chwilę, a później podniesione tętno, ciśnienie, nie wiem gdzie zaparkować, tragedia…. Czy to jest stres konieczny?
Oczywiście, że nie. Mogę kupić kilka budzików, poprosić męża, żeby mnie skutecznie obudził, etc. W przypadku stresu możliwego do uniknięcia, właściwym podejściem jest unikanie lub likwidacja stresora.
Inną sytuacją jest, gdy ktoś bliski cierpi na ciężką, nieuleczalną chorobę, wymaga bardzo konkretnej, ustawicznej opieki albo gdy sami jesteśmy chorzy na chorobę przewlekłą np. cukrzycę lub urodziliśmy się z konkretną wadą fizyczną. Tu mamy do czynienie ze stresorem koniecznym. Z nim samym nie mogę nic zrobić, ale ze stresem zdecydowanie tak.
To, jaki stres będę przeżywać w związku z tą sytuacją jest pochodną mojej wewnętrznej narracji i sposobu myślenia. W dużym stopniu, nawet przy stresorze koniecznym, mamy wybór: czy tkwić w negatywnej narracji, która nic nie zmienia , tylko wręcz pogarsza sytuację, czy też zaakceptować sytuację na którą jesteśmy skazani i zmienić jej postrzeganie. Chęć zmiany jest pochodną tego, na ile mamy świadomość destrukcji w jakiej tkwimy, na ile ważne jest dla nas własne zdrowie i komfort życia i wreszcie, na ile chcemy się zaangażować w odwrócenie wzorców własnego myślenia. Często wymaga to systematycznego wysiłku.
Zmiana długo rozwijanych nawyków myślowych jest niełatwa, ale absolutnie możliwa. Mózg jest neuroplastyczny i otwarty na zmiany w przypadku świadomej i celowej pracy z nim. To dynamiczny organ, który się przekształca i modeluje przez całe nasze życie pod wpływem doświadczeń, bodźców zewnętrznych, myśli pozytywnych i negatywnych – w znacznie większym stopniu niż wcześniej zakładano.

Umysł i ciało

Techniki relaksacyjne to warunek konieczny sukcesu w walce ze stresem. Należy zaprzyjaźnić się z wybranymi technikami jego redukcji, takimi które nam odpowiadają i które będziemy systematycznie praktykować. Nie wymagają one dużej ilości czasu i jeśli tylko są regularnie stosowane, dają bardzo dobre efekty.
Techniki umysł – ciało katalizują proces zdrowienia, pomagają w osiąganiu relaksacji w sposób bezpieczny i efektywny, budują poczucie własnej skuteczności i sprawowania kontroli w relacjach z samym sobą i środowiskiem. Wyzwalają one w organiźmie odpowiedź relaksacyjną, czyli takie zmiany fizjologiczne, jak spadek zużycia tlenu, spadek częstotliwości oddychania i bicia serca, wzrost oporności skóry oraz zwiększenie w mózgu aktywności fal typu alfa.
Są to zmiany przeciwstawne do tego, co się dzieje w organizmie, gdy jest w stanie stresu (większe zużycie tlenu, szybsze tętno, wyższe ciśnienie, wzrost napięcia mięśniowego, mniejsza oporność skóry, podniesienie poziomu glukozy, produkcja cytokin prozapalnych, zmiany w układzie immunologicznym). Jakie techniki zastosować? Wybór mamy bardzo duży: ćwiczenia oddechowe, medytacja, joga, trening autogeniczny, trening uważności, progresywna relaksacja mięśniowa, Tai Chi, hipnoza kliniczna, sterowana wyobraźnia (wizualizacja), muzykoterapia.
Stosując dowolnie wybraną technikę uruchamiamy tę samą odpowiedź relaksacyjną. Ważne jest, by wybrać to co nam najbardziej odpowiada – i regularnie stosować. Efekty potrafią być spektakularne, ale trzeba urealnić własne oczekiwania. Pozytywny wpływ technik relaksacyjnych wiąże się z regularnością. Motywacja i samodyscyplina są tutaj kluczowe.
Niezależnie czy borykamy się z trudnym i koniecznym stresorem, czy tylko męczy nas codzienne tempo i bieżące sprawy, znajdźmy swoja metodę. Samoświadomość, motywacja i systematyczność to kluczowe czynniki, które pomogą nam w walce z nadmiernym stresem. Jeżeli będziemy mieć odpowiednio silne „dlaczego” to znajdziemy każde „jak”.

To, co nam zagraża

Definicja stresu autorstwa dr. Hansa Seyle wymienia czynniki stanowiące zagrożenie – i te, które są postrzegane jako zagrożenie. Jaka jest różnica?
Otóż, stanowiący zagrożenie stresor, czyli np. trzęsienie ziemi, sam w sobie jest zagrażający życiu. W takiej sytuacji cała kaskada rekcji fizycznych i biochemicznych uruchamia się w organizmie automatycznie. Tu nie ma miejsca na racjonalne analizy, wszystko dzieje się w ułamkach sekundy, poza naszą wolą (tzw. „niska ścieżka”).
Dla odmiany wyobraźmy sobie sytuację, że idziemy sami pustą ulicą, a naprzeciw zbliża się duży pies, (rasy, która jest na liście niebezpiecznych). Idzie spokojnie, ale właściciela nie widać. Gdy na warsztatach zadaję pytanie, kto się zestresuje tym faktem? – przeważnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt procent grupy podnosi rękę. Dlaczego? „Pogryzł mnie pies, nie lubię psów, boję się psów” – padają różne odpowiedzi. A dlaczego pozostali się nie zestresują? – pytam. „Zawsze miałam psy, lubię psy, podejdę i pogłaszczę”. Konkluzja. To nie pies, tylko to co o nim myślimy, uruchamia stres bądź nie.
Zrozumienie mechanizmu zdrowej adaptacji i odróżnienie prawidłowego, fizjologicznego reagowania na codzienne sytuacje i zdarzenia, od nadmiernej odpowiedzi naszego układu współczulnego jest bardzo ważne dla zdrowia i dobrostanu każdego z nas.
Większość sytuacji, które określamy jako stresujące, tak naprawdę nie zagraża ani naszemu życiu, ani zdrowiu i funkcjonowaniu. To nie obiektywne zagrożenie, ale nasze postrzeganie i interpretacja determinują skalę stresu, którego doświadczamy. To, co jednych wyprowadza z równowagi i nie pozwala przejść do porządku dziennego, na innych może nie robić większego wrażenia.
Wbrew pozorom, bardzo częstymi przyczynami nadmiernego stresu nie są wielkie nieszczęścia, ale codzienne zdarzenia – pośpiech, nadmiar obowiązków, duże wymagania wobec siebie, napięcie w pracy, kłótnie w domu, finanse, komunikacja z innymi, etc. – zauważa portal dozdrowia.com.pl.
Tak więc, w większości sytuacji stres jest zjawiskiem zależnym od postrzegania stresora. Obejmuje z jednej strony czynnik – a z drugiej strony naszą reakcję na ten czynnik. To daje już nam pewne możliwości kontroli, ponieważ jeśli tylko chcemy, mamy wpływ na procesy myślowe dziejące się w głowie.

Wróg ale i przyjaciel

Warto sobie uzmysłowić, że prawidłowa reakcja organizmu na czynniki zagrażające jest naszą zdobyczą ewolucyjną.
Odpowiedź organizmu, kontrolowana przez układ współczulny, odgrywa konieczną i ważną rolę w adaptacji do środowiska, w którym żyjemy. W sytuacjach bezpośredniego zagrożenia uruchamia rezerwy, które pozwalają nam lepiej poradzić sobie z tym zagrożeniem, czy wręcz przetrwać (np. ucieczka przed napastnikiem w olimpijskim tempie).
W wielu innych sytuacjach, jako reakcja adaptacyjna uruchomiona na odpowiednim poziomie, stres pozwala nam zrobić coś lepiej, szybciej, bardziej efektywnie. Już Selye zaproponował oznaczenie dwóch terminów: „eustres”, czyli dobry stres i „distres” czyli zły stres. Stres dobry działa jak silny mobilizator, doskonała podnieta. Umożliwia mobilizację i efektywne działanie. Budzi w nas czujność, modyfikuje funkcjonowanie naszego organizmu poprzez zmiany fizjologiczne i psychologiczne. Osoba pod wpływem stresu czuje się w stanie zapanować nad sytuacją, dzięki czemu niezależnie od natury zagrożenia podejmuje działanie.
Wydatki energetyczne i zmiany zachodzące w organizmie podczas stresu wymagają kolejnej, niezbędnej fazy, wyciszenia i demobilizacji, zrelaksowania i powrotu do normy. Gdy tylko stwierdzimy, że niebezpieczeństwo minęło, mózg przestaje wysyłać sygnały alarmowe i w około trzy minuty po ustaniu sygnałów reakcja obronna wygasa.
Ten mechanizm nazwany przez Herberta Bensona w 1975 roku reakcją relaksacyjną, jest konieczny, aby stres był dla nas dobry i abyśmy mogli czerpać korzyści z jego istnienia.
Stres zły to stres długoterminowy, nadmierny, patologiczny. Bez względu na konkretne przyczyny lub ich brak, stres długofalowy, bez fazy rozładowania, działa bardzo destrukcyjne na organizm.
Stres taki może być uzasadniony, czyli istnieje konkretna przyczyna – ale ze względu na długi czas trwania i brak możliwości rozładowania będzie fizycznie i psychicznie wyczerpujący (lęk przed śmiercią bliskiej osoby lub własną w obliczu nieuleczalnej choroby, wojna, itd.).
Bardzo często jednak mamy do czynienia ze stresem nieuzasadnionym (własne myśli, interpretacje, projekcje, zamartwianie się, etc.). Cytując Dr Henri Pulla: „Liczba źródeł stresu wzrosła niepomiernie, pojawiły się nowe, ukryte i bardziej złożone, wypływające z przyczyn tak skomplikowanych, że ludzie często znajdują się w permanentnym stanie reakcji alarmowej, niepołączonej z żadnym faktycznym powodem jego istnienia”. W takim przypadku mówimy o stresie biernym.

Stres to zdrowie?

Jaki jest wpływ stresu na organizm? Otóż w stresie, w organizmie zachodzi wiele zmian (m.in. zmiany poziomów neurotransmiterów, wpływ na poziomy glikosterydów i katecholamin, stymulacja prozapalnych cytokin, zmiany metaboliczne, wzrost glukoneogenezy i uwalniania glukozy, zmiany przepuszczalności błon komórkowych, zmiany w obrębie układu immunologicznego, zmiana ukrwienia narządów, zmiana sposobu oddychania – oddychania przez usta, z uruchomieniem górnej części klatki piersiowej i dodatkowych mięśni oddechowych).
Chroniczny stres i brak adekwatnej odpowiedzi relaksacyjnej, doprowadzają na przestrzeni czasu do kumulacji negatywnych zmian w tkankach i narządach, które z kolei prowadzą do różnorakich zaburzeń i konkretnych chorób, zarówno ostrych (np. reakcje alergiczne, astma, egzema, skoki ciśnienia, zaburzenia trawienia, migrena, psychozy, ból) jak i przewlekłych (np. zaburzenia lękowe, choroby autoimmunologiczne, problemy z planowaniem i podejmowaniem decyzji, choroby układu naczyniowego, nadciśnienie, depresja, zespół jelita drażliwego, otyłość, zespół metaboliczny, neuronaczyniowe choroby degeneracyjne, zredukowana płodność, zespół policystycznych jajników, zaburzenia snu).
Kwestia podejścia
Warto pamiętać, że w większości sytuacji stres jest zjawiskiem umysłowym, będące pochodną tego jak interpretujemy to, co nam się w życiu przydarza. Szacuje się, że aktywność około 80 proc. genów, zależy od sumy wielu czynników, wśród których psychika wydaje się być w czołówce. W dalszej kolejności to styl życia, dieta, zanieczyszczenia środowiska, itd.
Wyniki bardzo ciekawego badania pt. „Mentalattitudeto cancer” opublikowano w Lancecie w 1985 roku. Do badania zaproszono pięćdziesiąt siedem kobiet z tym samym typem raka piersi. Celem badania była obserwacja wpływu typu psychiki na przebieg choroby.
Na podstawie testów psychologicznych kobiety zaklasyfikowano do czterech grup: walczącej, wypierającej chorobę (gdzie dominowało podejście “spokojnie, jakoś to będzie”), stoickiej (“mam taki nowotwór, z nim się średnio tyle żyje”) i depresyjnej (w której dominował brak poczucia wiary i wpływu na cokolwiek).
Po pięciu latach okazało się, że w większości przeżywały osoby z grupy walczącej i wypierającej. Po dziesięciu latach żyło około siedemdziesiąt procent kobiet z grupy walczącej, z przerzutami albo bez, ale żyło, pięćdziesiąt procent z grupy wypierającej, dwadzieścia pięć z grupy stoickiej i tylko dwadzieścia z depresyjnej. To tylko jedno z setek badań pokazujących związek psychiki z ciałem.
Gdy chcemy szybko zredukować stres, polecam ćwiczenie oddechowe typu „deska ratunku”. Jeśli nagle znajdziemy się w bardzo stresującej sytuacji, kontrolujmy swój oddech w następujący sposób: oddychamy spokojnie tylko przez nos, usta zamknięte! Robimy trzy spokojne, małe wdechy i wydechy przez nos, a następnie po wydechu zatrzymujemy powietrze na 5 sekund, licząc w myślach: 5, 4, 3, 2, 1 – i powtarzamy to ćwiczenie przez 5 minut.

Wyzwanie

Zawsze jestem o krok za pędzącym światem. Czasami nawet o parę długości. Nie nadążam z przyswajaniem tej ilości informacji, którą co dzień produkują media, a co dopiero z ich komentowaniem. Ale ma to też swoje plusy. Nikt mnie nie pogania w redakcji, żebym pisał coś szybko, bo wymaga tego cykl wydawniczy i powaga chwili. Mogę sobie siedzieć, przemyśliwać, a potem pisać. Tak jak dziś.

Z uwagą przeczytałem komentarze światowej prasy, po natowskim szczycie w Londynie, który w obliczu dzisiejszych wydarzeń z tu i teraz, zdaje się już być prehistorią. Mimo wszystko, chciałbym dziś o nim dwa słowa. Do sukcesów tegorocznego szczytu, prasa światowa, głównie niemiecka, zalicza ustalenie wspólnego stanowiska w stosunku do Chin. Napisano bowiem w końcowym dokumencie, że ChRL stanowi da NATO „wyzwanie”. Zdziwiłem się bardzo, kiedy zobaczyłem to określenie. Cóż to takiego znaczy, to „wyzwanie”. Może to tylko błąd w tłumaczeniu?

Sięgnąłem do oryginalnego tekstu. Nic z tych rzeczy. Stoi jak wół: Chiny to wyzwanie. Jak rozumieć taką deklarację? W dyplomacji określenie czegoś lub kogoś mianem wyzwania, to trochę mniej od nazwania kogoś lub czegoś wrogiem lub przeciwnikiem. Jakimż dla mnie, Polaka z Warszawy, „wyzwaniem”, pozostaje Chińczyk z Pekinu? Albo szerzej; cóż to znowu za „wyzwanie” stanowią dla mnie Ludowe Chiny? No chyba tylko takie, że kiedyś obiecywałem sobie że tam pojadę, i daj Boże, może się i ziści. Jakież „wyzwania” Chiny stawiają przed Belgiem, Francuzem czy Rumunem, którzy, czy tego chcą, czy nie, chronieni są przez parasol NATO. Dumam nad tym drugą minutę i dalej nic nie mogę wymyślić. Wiem natomiast, dla kogo Chiny mogą stanowić wyzwanie. I nie jest to na pewno ani Polska en masse, ani Francja, ani Włochy ani nawet putinowska Rosja, bo globalna polityka, Szanowni Państwo, rozgrywa się dziś w basenie Morza Południowochińskiego, gdzie trwa permanentna walka o strefy kontroli nad cieśninami i przepływami, a w gospodarce, o dominację nad światem.

Chiny mają jednego przeciwnika. Albo raczej to USA na własne życzenie, począwszy od czasów Nixona i Deng Xiaopinga, przez swoją politykę, ufundowało sobie zmartwienie, które dziś może wywrócić do góry nogami światowy porządek. Tak, Szanowni Państwo, dokładnie tak uważam. Panuje w globalnej polityce straszny klincz, który, boję się nawet o tym myśleć, może się skończyć kolapsem i to na dużą skalę.

Po raz pierwszy od 1945 roku, Amerykanom zajrzała w oczy wizja zmiany dotychczasowego układu i wypchnięcia ich z roli tych, którzy na świecie rozdają karty. Bardzo realna wizja. Te wszystkie cła na aluminium, złom itd. które Trump narzuca na Chiny, nie biorą się z niczego. To tylko jeden z najbardziej widocznych symptomów napięcia, które w regionie Morza Południowochińskiego narasta. Chińczycy zbroją się tam na potęgę. Amerykanie wysyłają swoje lotniskowce. Odpuszczają Syrię i Bliski Wschód, bo wszędzie być nie mogą. Jednocześnie wywierają presję na NATO, żeby ich doktryna została oficjalną doktryną Sojuszu. Prą do zbrojeń i podobnych, wiernopoddańczych gestów, żądają od swoich partnerów. Widzi to Macron, który nazywa NATO wprost, żywym trupem, bo nie ważne co powie Sojusz na jednym czy drugim szczycie. Decyzje i tak zapadają w Białym Domu. Widzą to Niemcy, którzy na razie wyczekują i nie robią żadnych ruchów. Widzi to wrzeszczcie Rosja, która czeka na sygnał od Zachodu. W przypadku ewentualnej agresji na kraje bałtyckie, w których nie ma żadnych amerykańskich baz, a które to wspierają Polskę w zabieganiu o postawienie takowej na swojej ziemi, jak sądzicie, kto będzie musiał najpierw rzucić na pomoc swoje siły? Niemcy? Trochę daleko jak na Blitzkrieg.

Tylko my, czy to z ław rządowych czy platformianych, jakoś nie bardzo chcemy, ani nawet próbujemy, mówić swoim głosem. Tym samym, którym mówi np. Australia. Że w dzisiejszym świecie, progres Chin jest nie do zatrzymania. I głupi ten, kto myśli, że można wrócić do dawnych, fabrycznych ustawień, kiedy za Oceanem był raj, dziś stojący przed nami otworem na oścież, bo przecież łaskawie zniesiono wizy. A podatek na Google’a, Amazona czy Facebooka? Przecież kapitał nie ma narodowości…

Europa zmieni klimat, albo zginie

Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała, że za kilka dni przedstawi plan osiągnięcia neutralności klimatycznej w Europie.

To ważny komunikat, ale już wiadomo, że trudno będzie o zgodę wszystkich 28 państw, ponieważ jeszcze kilka z nich, wśród których jest Polska, opierają swą gospodarkę na węglu, a bez jednomyślnej zgody planu nie uda się wdrożyć w życie.
Plan, o którym wspomina Ursula von der Leyen, zostanie przedstawiony na najbliższym szczycie klimatycznym w Madrycie.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej na spotkaniu z dziennikarzami stwierdziła, że sytuacja z klimatem od dawna jest już naukowo udowodniona, czasu więc jest coraz mniej, a sytuacja jest pilna. W połowie tego roku Polska wraz z Czechami, Węgrami i Estonia zablokowała zapisy w dotyczące zmniejszenia emisji gazów, teraz jednak von der Leyen ma nadzieje, że uda się tę grupę państw przekonać do poparcia planów ratowania klimatu w Europie.
Problemem dla Polski będzie z pewnością fakt, że w przypadku jednogłośnego przyjęcia klimatycznego planu UE, w Polsce, na Śląsku prace straci, jak się szacuje około 40 tysięcy ludzi. Komisja Europejska obiecuje, że da pieniądze dla tych regionów, które bezrobocie
dotknie najsilniej.
„Będziemy musieli pokazać, że ta transformacja będzie sprawiedliwa dla ludzi oraz włączająca. To musi być nasz cel, dlatego pracujemy nad mechanizmem sprawiedliwej transformacji, aby znaleźć równowagę. Tak, będzie musiała nastąpić zmiana. Musimy wdrożyć odpowiednie kroki teraz, wiedząc, że minie całe pokolenie, nim ta zmiana się dokona” – mówiła Ursula von der Leyen Masowa utrata pracy przez tak pokaźną grupę polskich pracowników z pewnością będzie silnym argumentem w rękach rządu PiS, by przeciwstawić się planom Komisji Europejskiej pod hasłami obrony suwerenności i polskiego
rynku pracy.
Faktem jest jednak, że zablokowanie tego planu obecnie oznacza, że Polska i inne kraje sprzeciwiające się klimatycznym propozycjom Europy będą współwinne katastrofie klimatycznej, która dotknie przecież całą planetę.

Partia wojny My, socjaliści

Partia wojny to groźne zjawisko. To głównie stan umysłu, który rozprzestrzenia się we współczesnym świecie, często jako wspólnota emocjonalna obrony przed zagrożeniami, wrogami realnymi lub wyimaginowanymi, zjawiskami, które można przypisać „obcym” lub konkretnym ludziom, układom, państwom czy porozumieniom międzynarodowym. To stan, który dotyczy nie tylko jednostek, ale całych grup społecznych, również państw. Dotyczy to również Polski. Jeśli uczestnikami „partii wojny” jest grupa kiboli, która chce dać po mordzie kolegom z sąsiedniego klubu piłkarskiego, to w zasadzie nie ma to znaczenia. Groźnie zaczyna wyglądać to zjawisko, jeśli przekracza ten stan granice miasta, województwa, czy kraju, a jeszcze groźniej, gdy nabiera charakteru polityki państwowej.
Szczególne znaczenie mają tutaj teoretyczne założenia, ale również praktyka działania wielu państw, które zakładają od ponad 30 lat, w myśl wskazań doktryny neoliberalnej, że wszystko jest towarem, wszystko daje się kupić, sprzedać, na wszystkim można zarobić. Od wieków wiadomo, że najlepiej zarabia się na sprzedaży broni i na wojnie. O ile wcześniej proceder wojenny nie cieszył się dobrą sławą i był potępiany ze względów moralnych, choćby przez kościoły różnych wyznań, o tyle współcześnie neoliberalny nakaz konkurencji i zysku dopuszcza również moralne przyzwolenie dla walki, zabijania i wojny. Dziś wielkie mocarstwa, aby mieć czyste oblicze i moralne prawo głoszenia pokoju tworzą prywatne armie, które walcząc, nie ponoszą odpowiedzialności za śmierć i zniszczenia całych obszarów globu. Mimo upływu prawie 30 lat, świat nie otrząsnął się po okresie „zimnej wojny”. Wyrosło już następne pokolenie naśladowców tych, którzy po II wojnie światowej marzyli o zniszczeniu przeciwnika w skali globalnej, również lokalnej i krajowej. Mimo, że pokolenie „zimnej wojny” odeszło w niesławie, to świat po 1989 roku nie znalazł się na torach prowadzących do porozumienia i pojednania. Akt Końcowy KBWE z 1974 roku funkcjonował i funkcjonuje nadal, ale w ograniczonym zakresie. Inne porozumienia międzynarodowe są honorowane wybiórczo lub zrywane. Pokój jako wartość nadrzędna stał się dobrem coraz mniej oczekiwanym. Do wojny spieszy się dziś niektórym politykom, niektórym generałom i naiwnej, oszukiwanej młodzieży, która szuka przygody wierząc, że wojna to gra komputerowa, w której każdy może kupić sobie nowe życie. Przykre jest to, że w nurcie tym znalazła się również Polska. Od kilkunastu lat, kiedy posmakowaliśmy pustynnego życia w Iraku i Afganistanie, co nie przyniosło, jak wiadomo, nic pozytywnego dla narodu i państwa, dalej brniemy w propagandę wojenną, opinia publiczna jest zmanipulowana poprzez wydumane, nierzeczywiste niebezpieczeństwa. Trwa poszukiwanie na siłę wroga i przygotowywanie teatru wojennego. Celował w tym szczególnie poprzedni minister obrony, któremu nie udało się co prawda wywołać żadnej wojny ani nawet zmienić nazwy ministerstwa na ministerstwo wojny, ale Akademię Sztuki Wojennej powołał. Wojna, jak wiadomo, jest narzędziem polityki. Polityka Polski w dziedzinie bezpieczeństwa jest w opłakanym stanie. Brak jest jasnej, sformułowanej w ramach konsensusu, definicji interesu narodowego, następuje samoograniczenie państwa w kreowaniu polityki bezpieczeństwa w regionie i przenoszenie odpowiedzialności za nie na sojuszników i partnerów z NATO. Mamy do czynienia z polityką kreowania sztucznych zagrożeń. Widać wyraźnie, że kolejne postsolidarnościowe ekipy brną w mitologię historyczną. Następuje degeneracja polskiej, państwowej myśli politycznej. Widać wyraźny brak jej styku z rzeczywistością. Problem wojny i pokoju nie dotyczy wyłącznie konkurujących ze sobą państw, ma on również współcześnie wymiar klasowy. Ostatnio premier Morawiecki stwierdził w imieniu polskiej prawicy, którą reprezentuje, że podziwia tych europejskich przywódców, którzy po thatcherowsku są w stanie przekonać świat pracy, że lepiej już nie będzie i „obniżyć poziom oczekiwań” pracowników – bo to kapitałowi ma być coraz lepiej, a nie im. Następnym krokiem jest tylko wojna. Morawiecki myśli dokładnie tak samo, jak myślała europejska elita i burżuazja przed wybuchem I wojny światowej. Polska Partia Socjalistyczna była i jest przeciw wojnie i polityce wojennej. Ma w swym dorobku w ciągu ponad 125 lat udział w wyzwalaniu kraju, wielkie bohaterstwo i myśl polityczną w czasie wojen obronnych w XX wieku. Krytycznie podchodzi jednak dziś do tego obszaru polityki, który jest efektem działań „partii wojny”. PPS uważa, że cała lewica polska powinna stanąć po stronie kreowania wartości pokojowych, realizowania polityki wychowania dla pokoju.
Polskie inicjatywy pokojowe w połowie XX wieku czyniły świat lepszym. Trzeba wrócić do tej polityki – zagłada nie jest alternatywą dla rozwoju. Nie dajmy się zmanipulować przez „partię wojny”, która jest nad wyraz aktywna w Polsce.

Fregaty

Niepotrzebne są nam nie tylko australijskie fregaty.

 

Cały polski polityczno-medialny mainstream pasjonuje się niedoszłym zakupem australijskiego pływającego demobilu. Jednak nikt nie zadał sobie prostego pytania: czy faktycznie potrzebne są nam okręty wojenne? Trzeba by doprawdy niezwykle bujnej – a właściwie chorej – wyobraźni aby widzieć bitwy morskie na Bałtyku w XXI wieku. Z kim miałaby się naparzać polska wojenna flota morska? Z Niemcami już nie, wszak to nasz natowski sojusznik. A może z ruskimi, gdyby następcą Putina został jakiś nacjonalistyczny oszołom? A może z niezbyt biegłymi w geografii islamskimi terrorystami, którzy przedarli się przez cieśninę Skagerrak, aby ostrzeliwać polskie wybrzeże myśląc, że Poland to Holland?
Gdyby jednak ziścił się któryś z wyżej wymienionych scenariuszy, to trzeba wiedzieć, że są lepsze niż bitwy morskie sposoby unieszkodliwienia wrażych okrętów. Można do nich np. strzelać z armat. Wiem coś o tym, bo sam strzelałem na poligonie do celów pływających. Skuteczniejszym sposobem byłoby bombardowanie z powietrza. Ciach trach i po ptokach.
W obecnych czasach marynarka wojenna nie służy do tego, aby okręty pukały do siebie nawzajem z armatek ustawionych na pokładzie. Obecnie okręty wojenne to przede wszystkim lotniskowce. Wykorzystywane są jako mobilne bazy dla wojsk lądowych i powietrznych, pełniąc również funkcje zwiadowcze. Dlatego nie pływają po Bałtyku, jako że efektem takiego pływania byłoby jedynie wystraszanie tej niewielkiej ilości ryb, które jeszcze się ostały w tym zasyfionym morzu. Wojenne lotniskowce znajdują się na wielkich akwenach wodnych, z reguł w pobliżu miejsc, gdzie już się toczą lub mogą się toczyć konflikty zbrojne. Najbardziej wyrazistym przykładem jest Morze Śródziemne w bezpośredniej bliskości Syrii, gdzie pływają sobie amerykańskie i rosyjskie lotniskowce, nie wchodząc sobie w paradę. Nie po to tam je bowiem wysłano aby się wzajemnie ostrzeliwały.
Polska trzymając się – i słusznie – z dala od konfliktu syryjskiego swoich okrętów w ten rejon wysyłać nie musi nawet gdyby je kupiła w Australii. Skoro nasz kraj jest członkiem NATO, które w założeniu jest paktem obronnym, to i uzbrojenie polskiej armii powinno mieć obronny, a nie ofensywny charakter. Dlatego też nie są nam potrzebne okręty wojenne – ani australijskie fregaty ani amerykańskie krążowniki. Jedyne zadanie obronne polskiej armii na wodach Bałtyku to ochrona wybrzeża np. przed uciekającym ze Szwecji uchodźcami. Do tego celu wystarczyłyby łodzie patrolowe. Straż przybrzeżna Belize ma takich łodzi 37 i rozwijają one prędkość do 100 km na godzinę. Strzegą one morskiej granicy o długości 386 km. Przypada w przybliżeniu 1 łódź na 10 km. Polskie wybrzeże jest o 54 km dłuższe, zatem do ochrony liczącej 440 km granicy wystarczyłoby 45 takich łódek, a może 50, gdyby któraś poszła do remontu, a załogi kilku innych byłyby akurat na urlopie.
Przy okazji tych morskich rozważań przypomina się stary dowcip, który ostatnio nabrał walorów aktualności. Podczas szczytu Unii Europejskiej do delegacji polskiej podeszli przedstawiciele Czech i poprosili naszych aby pomogli im w budowaniu marynarki wojennej. „Jak to? – zdziwili się Polacy – przecież nie ma macie morza”. „No tak – odpowiedzieli Czesi – ale wy macie Ministerstwo Sprawiedliwości”.
Poddając w wątpliwość sens istnienia polskiej marynarki wojennej bynajmniej nie nawołuję do osłabienia obronności RP. Staram się jedynie przeciwstawić nonsensy racjonalnemu rozumowaniu.

Cała Polska jest Darłówkiem

Media żyją tragedią rodziców trójki, która prawdopodobnie utonęła we wtorek 14 sierpnia w rejonie Darłówka Zachodniego.

 

Bałtyk to śmiertelna pułapka. Tragedia, która się wydarzyła, skłania jednak do refleksji nie tylko nad polską brawurą, która każe łamać zakazy (vide: „zmieścisz się śmiało”) i ignorować ostrzeżenia (sinice, zakaz kąpieli, zakaz wchodzenia do wody w okolicy falochronu, plaża niestrzeżona, czerwone flagi, informacyjne boje). Oczywiście, wielką nieodpowiedzialnością było wejście dzieciaków do wody tam, gdzie nie miał już obowiązku sięgać wzrok ratownika. Przykre jest, iż adwokat rodziny kieruje teraz oskarżenia pod adresem ratowników, którzy nie są przecież cudotwórcami.
Fala nienawiści, która wylewa się teraz na tzw. „rodziców z 500 plus” również jest zupełnie nieuzasadniona. Pobieranie świadczenia czy zasiłku bądź jego niepobieranie nie ma związku z brakiem wyobraźni, czy tendencją do ryzyka. Natomiast z całą pewnością przy czwórce pociech, niezależnie od stanu posiadania czy statusu społecznego, rodzice, a zwłaszcza matka, które spuściła z oczu starszą trójkę na rzecz najmłodszego – ma prawo padać na przysłowiową twarz.
Powinni pomyśleć o tym wszyscy, tak chętnie rzucający w nią kamieniami na internetowych forach. Wielodzietne rodziny kiedyś mogły liczyć na pomoc „całej wioski”. Dziś częściej dotyka ich pogarda, wymierzona siłą rzeczy w kobietę. Pamiętajmy, by zaoferować pomoc naszym sąsiadkom, kuzynkom, siostrom, znajomym. Być może czasem dzięki temu da się uniknąć tragedii, wynikających z przemęczenia, frustracji, bezsilności.
Nie dyskutuję z faktem rażącego przekroczenia przepisów, co zaowocowało niewyobrażalną tragedią.
Rodzice i tak zapłacą już za to wysoką cenę. Pomyślmy jednak, jaką naukę my, jako społeczeństwo, możemy z tego dramatu wyciągnąć.