Ich zdaniem, naturalnie za wysoka

Projekt podniesienia płacy minimalnej do 3 tys zł brutto na koniec przyszłego roku wywołał naturalnie dezaprobatę naszych przedsiębiorców.

Płaca minimalna wzrośnie w Polsce do 3 tys. zł brutto na koniec 2020 roku i do 4 tys. zł brutto na koniec 2023 r., zapowiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości.
Przedsiębiorcy, ustami prof. Stanisława Gomułki, głównego ekonomisty BCC, wskazują, że niesie to za sobą rozliczne zagrożenia, mogące wystąpić już w 2021 r. Chodzi o sporą grupę osób, bo zatrudnionych w oparciu o minimalne wynagrodzenie za pracę jest w Polsce około 1,4 mln osób. Jak twierdzi ekspert BCC, reakcją przedsiębiorstw byłoby zmniejszenie zatrudnienia osób z niskimi kwalifikacjami, czyli wzrost bezrobocia w tej grupie osób – oraz silniejszy wzrost cen produktów i usług tych przedsiębiorstw, na pokrycie zwiększonych kosztów.
Warto zapytać, jakim cudem przedsiębiorcy, którzy już dziś narzekają na niedobór rąk do pracy, zdołają jeszcze zmniejszyć zatrudnienie? Na to pytanie pan profesor jednak nie odpowiada.
Inną konsekwencją mógłby być wzrost inflacji z obecnych blisko 3 proc. do około 9 proc. Przedsiębiorców warto jednak uspokoić. Przyszły rok to już będzie po wszystkich wyborach, więc nikt, (a zwłaszcza liderzy PiS o ile zachowają władzę) nie będzie się śpieszyć z podnoszeniem płacy minimalnej.

Trudne życie wolnych najmitów

To rozwiązanie tylko dla ludzi ustawionych życiowo, którzy nie boją się o emeryturę i ubezpieczenie, a czas pracy chcą regulować całkowicie wedle swojego uznania.

Freelancing, czyli praca nieetatowa, bez ubezpieczenia, na umowie śmieciowej. Wydawać by się mogło, że to coś, czego każdy pracujący powinien unikać jak ognia.
A jednak raport „Freelancing w Polsce” przygotowany przez platformę pracy zdalnej Useme.eu usiłuje przekonywać, że taki sposób pracy staje się coraz popularniejszy, nie tylko za granicą, ale także w naszym kraju.
Przymusowa wolność od etatu
Podobno w tym roku wartość wszystkich towarów i usług wytworzonych w ramach freelancingu na rodzimym rynku pracy zwiększy się o ponad jedną szóstą i wyniesie prawie 9,5 mld zł. Natomiast liczba osób w Polsce funkcjonujących na takich zasadach wzrośnie o jedną ósmą do blisko 450 tysięcy.
Nie wiadomo, jak to zostało policzone i jaka jest wiarygodność tych danych, bo trudno je w jakikolwiek sposób je zweryfikować. Nie ulega jednak wątpliwości, że w naszym kraju istnieje grupa ludzi, na tyle zamożnych i w dobrej sytuacji życiowej, że mogą sobie pozwolić na pracę na zasadzie wolnego strzelca.
Z pewnością też dużo większa jest grupa tych, którzy wcale nie chcieliby funkcjonować jako freelancerzy, ale mają pecha pracować w takiej branży, czy u takiego pracodawcy, że są do tego zmuszeni. Na szczęście sytuacja na polskim rynku pracy jest na tyle dobra, że można mieć nadzieję, iż przymusowi wolni strzelcy zdołają kiedyś zamienić swój niebezpieczny model pracy na bardziej cywilizowany.
Z raportu „Freelancing w Polsce” wynika, że dla blisko połowy (49,3 proc,) respondentów ta forma zarobkowania to jedyny model utrzymania. To właśnie przede wszystkim w tej grupie są wspomniani wcześniej przymusowi wolni strzelcy, którzy wcale nie chcą w taki sposób pracować, ale z różnych względów muszą.
Pozytywną wiadomością z raportu jest zaś to, że dla większości (wprawdzie wciąż niewielkiej bo wynoszącej tylko 50,3 proc.) freelancing to działanie dodatkowe, łączone zazwyczaj z normalną umową o pracę lub zleceniami. W 2018 roku co siódmy badany (14,5 proc.) zrezygnował z pracy na etat (zwykle przymusowo) i utrzymywał się tylko z pracy freelancera. Natomiast w tym roku co dziesiąty respondent planuje porzucić etat – umowę o pracę – na rzecz freelancingu. To właśnie ci Polacy, których sytuacja życiowa jest na tyle dobra, iż mogą sobie na to pozwolić. Jest też wśród nich grupa młodych ludzi, utrzymywanych przez rodziców i mających ubezpieczenie dzięki studiowaniu czy uczeniu się. Co szósty badany freelancer w Polsce (17 proc.) pracuje bowiem jako wolny strzelec będąc studentem (14 proc.) lub zgoła uczniem przed maturą (3 proc.).
Najliczniejszą grupę freelancerów w naszym kraju stanowią osoby między 25 a 34 rokiem życia (51,5 proc.), pochodzące z dużych (38,0 proc.) i średnich miast (21,7 proc. ). Odpowiedzi udzieliło niemal tyle samo kobiet co mężczyzn (odpowiednio 50,4 proc. i 49,6 proc.).
Podobno wolnych strzelców nad Wisłą przybywa z roku na rok.
– Z naszych analiz wynika, że wartość rynku freelancingu w Polsce wzrośnie w tym roku o 17,5 proc., uzyskując tym samym wynik na poziomie 9,4 mld zł. Na tą wartość składają się 6,9 mld zł od osób utrzymujących się tylko z tej formy zarobkowania i 2,5 mld zł od dorabiających do umów o prace, na zlecenia i uczących się – mówi Przemysław Głośny z Useme.eu.
Żeby zarabiać więcej
Rozmaite analizy (przygotowane na ogół na zlecenie pracodawców, którzy zdecydowanie wolą wolnych strzelców niż pracowników, oczekujących normalnej umowy o pracę) przekonują, iż freelancing na świecie jeszcze nigdy tak szybko się nie rozwijał.
Podobno można szacować, że wolni strzelcy już w 2020 roku będą stanowić około 40 proc. amerykańskiej siły roboczej, podczas gdy w Europie będzie to poziom 25 proc. Kilka lat później, bo w 2027 roku na starym kontynencie oraz w USA aż połowa pracujących miałaby wykorzystywać ten model zarobkowania. Dzięki takim wzrostom freelancerzy byliby globalnie najszybciej rosnąca grupa pracowników. Można jednak mieć nadzieję, że opór ludzi zmuszanych do freelancingu sprawi, iż te ponure wizje się nie ziszczą.
Większość wolnych strzelców funkcjonuje w ciągłej trosce o to, jak zwiększyć swe, marne na ogół dochody. Aż dwóm trzecim wolnych strzelców pracujących na świecie (68 proc.), zależy najbardziej na wyższych zarobkach oraz wyższych stawkach godzinowych.
Stawki w Polsce zaczynają się od 15 zł za godzinę pracy, za mniej skomplikowane prace. Okazuje się, że specjaliści do spraw administracji czy obsługi klienta zarabiają najmniej. Natomiast tłumacze i graficy oczekują około 50-70 zł/h (choć z reguły dostają znacznie mniej). Na bycie wolnym strzelcem najczęściej decydują się menadżerowie i wykwalifikowani specjaliści – bo tylko oni mogą związać koniec z końcem pracując w ten sposób.
– Polski rynek zdominowany jest przez wyceny projektowe, to jest. za całościowe zlecenie, a nie godzinowe. Na podstawie transakcji na naszej platformie można jednak określić, że a najwyższe opłaty w wysokości 100 – 150 zł pobierane są przez przedstawicieli branży informatycznej, w tym programistów. Nierzadko ci najlepsi, zwłaszcza oferujący bardzo potrzebne na rynku umiejętności, mający spore doświadczenie i posiadający dobrą markę własną, są w stanie żądać 250 – 300 zł lub nawet więcej za godzinę pracy – dodaje Przemysław Głośny. Ile jednak faktycznie dostają? Nie wiadomo.
Ciężki kawałek chleba
W krajach zachodnich wolni strzelcy zarabiają oczywiście lepiej niż u nas. Najczęściej oczekiwana średnia stawka godzinowa dla freelancerów to około 70 zł. Natomiast realne wynagrodzenia wahają się pomiędzy 40 zł a 105 zł, w zależności od branży, doświadczenia freelancera oraz kraju, z którego pochodzi zlecenie. Osoby oferujące usługi prawne lub programiści otrzymują najwyższe wynagrodzenia. Z badań wynika jednak, że aż ponad połowa światowych freelancerów pracuje za stawki w przedziale 11 – 15 dol. czyli 41 zł – 56 zł za godzinę.
Problem w tym, że pracodawcy często oszukują wolnych strzelców – co mogą robić bezkarnie, bo przecież nie obowiązują ich takie rygory jakich muszą przestrzegać w stosunku do osób zatrudnionych na umowach o pracę.
Z badań przeprowadzonych w Polsce przez Useme.eu wynika, że ponad połowa respondentów (54,2 proc.) ma trudności z otrzymywaniem terminowych zapłat za swoją pracę. Dla 4,4 proc. freelancerów opóźnione przelewy zdarzają się często, dla 14,2 proc. od czasu do czasu, a dla 35,6 proc. rzadko.
Czterech z pięciu freelancerów zazwyczaj pracuje nad jednym do trzech projektów realizowanych jednocześnie. Około połowa freelancerów pracuje od 30 do 50 godzin tygodniowo. Co piąty poświęca na to 20 godzin lub mniej, a 10 procentom freelancing zajmuje ponad 60 godzin w tygodniu. Specjaliści ds. finansów, zarządzania i kadr pracują najwięcej – średnio 39 godzin, podczas gdy wolni strzelcy związani z usługami prawnymi poświęcają na pracę najmniej, bo średnio 33,6 godz. tygodniowo.
Więcej i biedniej
W porównaniu do zagranicznych freelancerów, ich polscy koledzy pracują więcej i ciężej, a zarabiają mniej. W Polsce jedynie jedna trzecia wolnych strzelców może pozwolić sobie na pracę nad nie więcej niż trzema zleceniami jednocześnie. 22 proc. badanych wykonuje 4-5 zleceń w tym samym czasie, 14 proc. ma ich od 6 do 10, zaś 5 proc. obsługuje jednocześnie ponad 10 zleceniodawców.
Polscy freelancerzy, gdy tylko mogą, chętnie podejmują się pracy dla zagranicznych klientów, doceniając znacząco wyższe stawki godzinowe. Na pytanie „Ile zleceń dla klientów zagranicznych wykonujesz w ciągu roku?” 28 proc. badanych odpowiedziało: od jednego do pięciu, 5 proc. od 6 do 10, a 7 proc. – powyżej 11. Pozostali mają wyłącznie krajowe zlecenia.
W sumie, działalność wolnego strzelca w Polsce to na ogół trudny i niewielki kawałek chleba. Do ich sytuacji dość dobrze pasuje wiersz Marii Konopnickiej „Wolny najmita”, w którym czytamy między innymi: „Czegóż on stoi? Wszak wolny jak ptacy?
Chce – niechaj żyje, a chce – niech umiera!
Czy się utopi, czy chwyci się pracy,
Nikt się nie spiera…”

Niepełnosprawni mogą odejść

W Polsce większość osób niepełnosprawnych pozostaje poza rynkiem pracy.

Wskaźnik zatrudnienia niepełnosprawnych w Polsce jest jednym z najniższych w Europie. Jednostki administracji publicznej oraz państwowe osoby prawne w zdecydowanej większości nie podejmują skutecznych działań w celu zatrudnienia osób z niepełnosprawnościami – choć Polska zobowiązała się do tego w 2012 roku.
Polska, ratyfikując wtedy konwencję o prawach osób niepełnosprawnych, uznała ich prawo osób niepełnosprawnych do pracy, na zasadach równości z innymi osobami. Zobowiązała się też do zagwarantowania realizacji ich prawa do pracy poprzez popieranie zatrudnienia niepełnosprawnych w sektorze publicznym oraz zdobywanie przez nich doświadczenia zawodowego.
Dla ludzi z niepełnosprawnością praca jest nie tylko drogą usamodzielnienia ekonomicznego i poprawy warunków bytu, ale także zasadniczym sposobem integracji z otoczeniem. W Polsce jednak, zdecydowana większość osób niepełnosprawnych pozostaje poza rynkiem pracy i jest to zjawisko występujące od lat. Liczba osób niepełnosprawnych w tzw. ekonomicznym wieku produkcyjnym (18 – 59 lat dla kobiet i 18-64 lat dla mężczyzn) w 2017 roku wynosiła 1 680 tys., co stanowiło 7,1 proc. wszystkich osób w wieku produkcyjnym. Odsetek biernych zawodowo wśród osób niepełnosprawnych wynosił aż 71 proc. (1 194,5 tys.). W 2017 r. wskaźnik zatrudnienia osób niepełnosprawnych w wieku produkcyjnym wyniósł zaledwie 26,3 proc.

Rynek pracy wciąż śmieciowy

Minęły już ponad trzy lata rządów PiS i pomimo deklaracji o dobrej zmianie na rynku pracy, nic takiego nie nastąpiło, a wręcz na wielu obszarach doszło do pogorszenia sytuacji. Polski rynek pracy jest coraz bardziej podzielony – są dobrze płatne i względnie stabilne miejsca pracy dla części pracowników wysoko wykwalifikowanych, ale zarazem duża część rynku pozostaje zdominowana przez niskopłatne umowy śmieciowe. Jednocześnie rząd uparcie wspiera rodzimą, drobną przedsiębiorczość, chociaż warunki pracy w mikroprzedsiębiorstwach są najgorsze, a skala łamania praw pracowniczych największa.
Rząd ze wsparcia dla małych, polskich firm uczynił jeden z fundamentów polityki gospodarczej. Stąd między innymi zwolnienie od płacenia składek dla małych firm, obniżka podatku CIT dla firm o niskich przychodach czy wprowadzenie działalności nierejestrowanej dla najmniejszych podmiotów. Również ograniczenie handlu w niedzielę dokonywało się pod hasłem wsparcia dla drobnej rodzimej przedsiębiorczości i osłabienia korporacji zagranicznych. Okazuje się jednak, że zgodnie z danymi GUS sytuacja w małych firmach jest fatalna. Mikroprzedsiębiorstwa gorzej płacą, częściej łamią prawa pracownicze, oferują niższą jakość usług, są mniej innowacyjne. Tymczasem w Polsce jest ich coraz więcej i zatrudniają coraz więcej osób. W 2017 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 2,07 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W tym samym roku w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,09 mln osób, czyli o 133 tys. więcej niż rok wcześniej. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w takich firmach w 2017 r. wyniosło zaledwie 2800 zł brutto, czyli 2018 zł na rękę. Tymczasem w firmach zatrudniających ponad 9 osób średnia płaca w tym samym czasie wynosiła 4530 zł, czyli aż o 1730 zł więcej. Warto też zwrócić uwagę, że umowę o pracę w najmniejszych przedsiębiorstwach według ostatnich danych miało tylko 1,42 mln na 4,09 mln pracujących, czyli niecałe 35 proc.. Blisko dwie trzecie miało umowy innego rodzaju.
W kampanii wyborczej PiS obiecywał radykalne ograniczenie śmieciówek i poprawę sytuacji osób o najniższych dochodach, niestety jednak obietnice nie zostały dotrzymane, a wręcz sytuacja części pracujących uległa pogorszeniu. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc.. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrostu liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.. Na dodatek z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że ponad jedna czwarta firm nie przestrzega przepisów dotyczących minimalnego wynagrodzenia.
GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Nieznacznie zmniejszyła się jedynie liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy. W 2017 r. takich osób było 1,2 mln, czyli o około 4 proc. mniej niż w 2016 r., ale skala śmieciowego zatrudnienia wciąż jest olbrzymia, a przecież jeszcze kilkaset tysięcy osób pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży i setki tysięcy ludzi pracuje w szarej strefie. Na dodatek Polska pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową pod koniec 2018 r. miało ponad 3 mln osób, czyli 23,4 proc. pracowników etatowych.
Nie ma też dobrej zmiany w zależnym bezpośrednio od władzy sektorze publicznym. PiS krytykował rządy PO-PSL za kilkuletnie zamrożenie płac w budżetówce, a tymczasem wynagrodzenia setek tysięcy pracowników sektora publicznego i samorządowego wciąż utrzymują się na bardzo niskim poziomie. W ciągu ostatnich trzech lat wynagrodzenia w budżetówce były wskaźnikowo zamrożone, choć rząd zwiększał fundusz płac o 1-2 mld zł rocznie. Oznaczało to, że jednostki budżetowe otrzymywały większe pieniądze, ale decyzje o podwyżkach podejmowali kierownicy poszczególnych placówek. W konsekwencji pensje pracowników posłusznych władzy rosły szybciej niż wszystkich innych. Niektórzy otrzymywali gigantyczne premie, nagrody i podwyżki, inni nie dostawali nic.
Również warunki pracy w spółkach skarbu państwa poprawiły się przede wszystkich dla nominatów obecnej władzy, a wielu prezesów bardzo źle traktuje pracowników, łamiąc prawa pracownicze, stosując mobbing i dyskryminując nieprzychylne rządowi związki zawodowe.
Wreszcie, pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego, wciąż na niskim poziomie pozostają w Polce wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia, co szczególnie dotyczy kobiet. Zgodnie z ostatnimi danymi GUS współczynnik aktywności zawodowej wyniósł w IV kw. 2018 r. 56,1 proc. (mężczyzn 64,9 proc., a kobiet zaledwie 48,0 proc.) wobec 56,8 proc. kwartał wcześniej (spadek o 0,6 pkt proc. u mężczyzn i 0,9 pkt. proc. u kobiet). Dwa lata wcześniej było to 56,3 proc., a trzy lata temu 56,5 proc.. Innymi słowy z roku na rok pogarszają się wskaźniki aktywności zawodowej! Pogorszył się też wskaźnik zatrudnienia. W IV kwartale 2018 r. wyniósł on 54,0 proc. (u mężczyzn 62,6 proc., a u kobiet tylko 46,1 proc.) wobec 54,6 proc. w III kw., co oznacza spadek o ponad 200 tys. osób. Warto zwrócić uwagę, że spadek u kobiet wyniósł aż 1 pkt proc., a u mężczyzn tylko 0,3 pkt, proc.
Okazuje się więc, że szybki rozwój gospodarczy, spadek bezrobocia, wzrost ściągalności podatków nie przełożyły się na znaczącą poprawę sytuacji pracowników. Rządy PiS to stracona szansa na rynku pracy.

Będą mniej zatrudniać

Czy w Polsce słabnie popyt na pracowników, czy też wyczerpują się już zasoby głów i rąk do pracy?

Od ponad dwóch lat ekonomiści i przedsiębiorcy wskazują na bariery w rozwoju gospodarczym związane z rynkiem pracy. Jednak ciągle udawało się te bariery pokonywać – w 2017 r. przedsiębiorcy zwiększyli liczbę zatrudnianych pracowników o 4,5 proc. zaś w 2018 r. o 3,5 proc.
Wydawać się mogło, że tak już będzie stale.To jednak przestaje być pewne. Zatrudnienie co prawda rośnie, ale coraz wolniej.
W maju 2019 r. zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw (bez mikroprzedsiębiorstw, czyli firm zatrudniających do 9 osób) wzrosło o 2,7 proc. w porównaniu z majem ubiegłego roku, zaś wynagrodzenia zwiększyły się o 7,7 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2019 r. zatrudnienie w przedsiębiorstwach wzrosło o 2,9 proc. w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku, zaś wynagrodzenia o 7,1 proc. Jednakże w maju zeszłego roku zatrudnienie zwiększyło się o 220 tys. osób w stosunku do maja 2017 r., ale w maju tego roku – już tylko o 170 tys. w stosunku do maja 2018 r. Jednocześnie, w maju 2019 r. nastąpił spadek zatrudnienia w stosunku do poziomu z marca i kwietnia br., o 12-13 tys. osób.
Informacje płynące z przemysłu (wskaźnik PMI, badanie koniunktury w gospodarce przez GUS) wskazują na planowane przez firmy ograniczanie wzrostu zatrudnienia.
Czy popyt na pracę słabnie, czy też zaczyna brakować pracowników? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, a sytuacja zależy od sektora gospodarki.
Zatrudnienie najprawdopodobniej będzie nadal rosło, ale wolniej niż dotychczas. Może to wynikać z kilku przyczyn, w tym także z efektów inwestycji realizowanych przez przedsiębiorstwa w ostatnich miesiącach.
W 2018 r. i w pierwszym kwartale 2019 r., około 50 proc. inwestycji przedsiębiorstw to nakłady na maszyny, urządzenia techniczne i narzędzia.
Część z nich to na pewno środki trwałe, związane z wprowadzaniem w przedsiębiorstwach nowych technologii – a to oznacza, że w przemyśle będzie rosło zapotrzebowanie na pracowników o coraz wyższych kwalifikacjach, ale w mniejszej ich liczbie. Jednocześnie będzie to wpływać na utrzymywanie się wysokiego wzrostu wynagrodzeń, ale także na rosnące zróżnicowanie wynagrodzeń w różnych grupach zawodowych.
Popyt na pracę słabnie też w sektorze finansowym. To efekt wywołany nowymi technologiami i zmianą modeli biznesowych.
Zbyt mała liczba pracowników cały czas pozostaje problemem w transporcie, hotelach i restauracjach (szczególnie teraz, gdy zaczął się sezon wakacyjny) – a także w sektorze szeroko rozumianej informacji i komunikacji.
Do tych dziedzin, gdzie „tradycyjnie” są problemy z dostępem do pracy, dołączają sektory edukacyjny oraz opieki zdrowotnej. Należy się spodziewać, że oferowane tam niskie wynagrodzenia będą w coraz większym stopniu zwiększać problemy ze znalezieniem pracowników. Tym samym, zwiększą się i kłopoty z dostępem do tych, najważniejszych dla nas wszystkich, usług publicznych.

Polki dają radę

Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie
przekłada się na wyniki biznesowe firm.

Kilka dni temu pisaliśmy w Trybunie, że kobiety w Polsce tak skutecznie przebiły szklany sufit, że już go prawie nie ma (artykuł „Aspirują i awansują” z nr 46-47, 6-7 marca br.)
Czemu lub komu to zawdzięczać? Na pewno nie obecnej ekipie rządzącej, która w ciągu ponad trzech lat swego panowania nie zrobiła nic, by poprawić pozycję zawodową kobiet.
Otóż wpływ na poprawę sytuacji kobiet na rynku pracy ma… sam rynek. Brak wystarczającej liczby pracowników oraz poszukiwanych kompetencji sprzyja równouprawnieniu.
Duży wzrost zatrudnienia kobiet nastąpił w Polskiej Rzczpospolitej Ludowej. W latach 1950 – 1990 odsetek pracujących pań zwiększył się z 31 do 44 proc. Warto zauważyć, że przez następne prawie trzydzieści lat, wzrósł już nieznacznie – tylko do 49 proc. w roku ubiegłym
PRL-owski wzrost zatrudnienia kobiet w niemałej mierze był koniecznością demograficzną i ekonomiczną. Mężczyźni częściowo wyginęli w czasie wojny i kilka lat po jej zakończeniu, wielu leczyło rany i siedziało w więzieniach. Kraj był biedny, z jednej marnej pensji nie bardzo dawało się wyżyć. Kobiety siłą rzeczy musiały iść do pracy. Ta konieczność przyczyniła się też jednak do ich emancypacji. Otrzymywały wprawdzie niewielkie, ale własne pieniądze, nie były już całkiem zależne od swych mężów. Furtka do samodzielności została nieodwracalnie uchylona
I choć nasza rodzima rzeczywistość jest daleka od ideału, zachodzą w niej zmiany, którym bieg nadają również pracodawcy chcący zachować konkurencyjną pozycję na rynku. Są wśród nich też tacy, którzy w tym kierunku idą od dawna, kibicują zwiększeniu się liczby pań, zarówno w zawodach technicznych, jak i na stanowiskach kierowniczych.
Za równouprawnieniem zawodowym przemawiają zarówno argumenty etyczne, jak i ekonomiczne.
Mimo to, płeć pozostaje jednym z powodów pojawiającej się jeszcze niekiedy dyskryminacji na rynku pracy, a większość polskich pracodawców nie prowadzi programów jej zapobiegających.
Czas działa jednak na korzyść kobiet. Za przyspieszeniem ich awansu zawodowego przemawia ekonomia oraz uczciwość.
Są już w Polsce duże firmy prywatne, w których blisko 30 proc. kadry menadżerskiej stanowią kobiety, będąc także ich generalnymi dyrektorami. Bycie kobietą na wysokim stanowisku w dużej firmie inżynieryjnej przestaje być czymś wyjątkowym. Bardzo dobrze odnajdują się one w środowisku pracy, które bazuje na dobrej komunikacji i współpracy.
Jeśli chodzi o specyfikę zawodową, to panie doskonale sprawdzają się w zadaniach wymagających logicznego myślenia, takich jak testowanie i programowanie, gdzie dodatkowo na pewno też pomaga im duża cierpliwość i wytrwałość.
Powszechnie znanym przykładem zawodowej dominacji kobiet była profesja sekserki – specjalistki w zakresie oceny płci piskląt. Dzięki delikatności i precyzji tylko panie były w stanie dobrze wykonywać ten zawód (choć mężczyźni próbowali). Dziś jest on już w zaniku,wyparły go genetyczne badania komórek.
Warto wiedzieć, że na etapie wczesnego dzieciństwa dziewczynki i chłopcy przejawiają podobne zdolności matematyczne. Wychowanie i stereotypy powodują, że gdzieś dalej w edukacji dziewczynki porzucają tę ścieżkę. Natomiast te, które już przez nią przejdą, mają podobny poziom kompetencji co mężczyźni, a w dodatku cechuje je wytrwałość, konsekwencja i umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami losu.
Wzrost aktywności kobiet na rynku pracy pozytywnie przekłada się na wyniki biznesowe firm, w których są zatrudnione. Firma zróżnicowana pod względem płci jest efektywniejsza i bardziej zbliżona do potrzeb rzeczywistości – oraz reguł społecznych.
Te panie, które osiągnęły wysokie stanowiska podkreślają, że kobiety częściej powinny wybierać ambitną ścieżkę kariery. Uwierzyć w siebie. Nie patrzeć na to, czego im brakuje, ale na to, w czym są dobre. Właśnie na tym trzeba się koncentrować. A jeśli wybierze się pracodawcę, który to ułatwi, sukces będzie w zasięgu ręki.

Czesi dają nam przykład

Bezrobocie nad Wełtawą wynosi zaledwie 1,9 proc. i jest jednym z najniższych na świecie, a ludzie dobrze zarabiają. Jak oni to robią?

O wyjątkowości rynku pracy naszego południowego sąsiada, oprócz rekordowo niskiego bezrobocia, decydują również: olbrzymia liczba wolnych miejsc pracy, bardzo wysoki współczynnik zatrudnienia osób bez wyższego wykształcenia, atrakcyjny rozkład płac oraz stabilne trendy imigracyjne.
101 tys. – tylko tylu było bezrobotnych w Czechach według danych Eurostatu (unijnego urzędu statystycznego) za listopad 2018. To zaledwie 1,9 proc. aktywnych zawodowo. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego, na koniec 2018 r. żaden kraj demokratyczny funkcjonujący na zasadach gospodarki rynkowej nie ma tak niskiego poziomu bezrobocia. W Unii Europejskiej drugi najniższy odsetek osób szukających pracy jest w Niemczech i wynosi on 3,3 proc.
Jeszcze większe zdumienie budzą dane dotyczące liczby wolnych etatów. Wg Eurostatu w trzecim kwartale 2018 r. było ich 282 tys. Wakatów jest zatem blisko trzy razy więcej niż osób szukających zatrudnienia. Żaden unijny kraj nie może pochwalić się większą liczbą wolnych miejsc pracy niż chcących znaleźć płatne zajęcie. Dla porównania – w Polsce wakatów jest 157 tys. przy 661 tys. bezrobotnych.
Czesi, którzy od lat stawiają na przemysł, bliskie relacje z Niemcami i przyciąganie kapitału zagranicznego inwestującego np. w motoryzację, mogą pochwalić się także niezwykle wysokimi współczynnikami zatrudnienia ludzi bez wyższego wykształcenia. To ważny element zapewniający spójność społeczną i w miarę płaski rozkład wynagrodzeń w gospodarce.
Pracę ma ponad 80 proc populacji w wieku 15-64 lata z wykształceniem poniżej wyższego. Wynik ten oscyluje w okolicach europejskich liderów (Szwajcaria, Dania, Niemcy). W Polsce jest to 68,6 proc. By osiągnąć wynik znad Wełtawy, zatrudnienie w Polsce musiałoby znaleźć ponad 1,5 miliona osób.
Dane Czeskiego Urzędu Statystycznego (CSO) za trzeci kwartał pokazują, że wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 31500 koron (5250 zł). W tym samym okresie według informacji GUS średnia pensja w Polsce była o ponad 600 zł niższa – 4580 zł.
Różnica w średniej płacy nie wydaje się ogromna, a biorąc pod uwagę poziom cen, siła nabywcza krajowych pensji w obu krajach jest podobna. To jednak tylko pół prawdy, gdyż rozkład zarobków w Czechach jest korzystniejszy niż w Polsce – zauważa Cinkciarz.pl. Według danych CSO mediana wynagrodzeń (połowa otrzymuje powyżej tego poziomu, a połowa poniżej) wynosi u naszego południowego sąsiada ok. 86 proc. średniej (dla trzeciego kwartału byłoby to ok. 4515 zł), podczas gdy w Polsce jedynie 80 proc (3664 zł).
Wysoki poziom zatrudnienia jest korzystny nie tylko dla gospodarstw domowych, ale także dla przedsiębiorstw czy budżetu państwa. Dług w relacji do PKB Czech jest jednym z niższych w Unii i wynosi tylko 33,9 proc.
Łatwość i chęć znalezienia pracy przez Czechów sprzyja również najniższemu w Unii wskaźnikowi ryzyka zagrożenia relatywnym ubóstwem. Tylko 8,1 proc. populacji jest zagrożonej relatywnym ubóstwem, podczas gdy w Polsce jest to prawie dwukrotnie więcej (15,9 proc.).
Duży odsetek pracujących powoduje również, że nie brakuje środków na badania i rozwój. Czeskie przedsiębiorstwa, uczelnie oraz sektor publiczny wydawały na ten cel w 2017 r. 1,8 proc. PKB, podczas gdy w Polsce wskaźnik ten ledwie przekroczył 1 proc.
W ostatnich latach do Polski napłynęło setki tys. imigrantów z Ukrainy. Rekordowo wysoka liczba wakatów oraz niezwykle niskie bezrobocie powoduje napływ pracowników również do Czech. W latach 2015-2017 zatrudnienie obcokrajowców zwiększyło się o ponad 150 tys., do 560 tys. – według danych CSO. Biorąc pod uwagę liczbę obywateli kraju (ok. 10,6 mln), był to bardzo duży przyrost.
Do Czech przenoszą się pracownicy przede wszystkim z państw unijnych: Bułgaria, Węgry, Polska, Rumunia i Słowacja. W sumie wzrost zatrudnienia obywateli UE zwiększył się w Czechach o 90 tys. osób w dwa lata. Z Ukrainy napływ też był widoczny, ale wyniósł jedynie ok. 40 tys. Rozkład imigracji do Czech wydaje się więc korzystniejszy niż w Polsce. Opiera się on na przyjezdnych z wielu państw, a u nas są to praktycznie tylko pracownicy z Ukrainy.

Jeszcze pracy nie zabraknie

Przybywa jednak sygnałów, mogących świadczyć o tym, że w niedalekiej przyszłości w Polsce powróci niekorzystna sytuacja, gdy to przedsiębiorcy dyktowali warunki potencjalnym zatrudnionym.

 

Tylko co piąta firma z sektora przemysłowego planuje zwiększenie liczby pracowników w pierwszym kwartale bieżącego roku.
To na pozór jest nienajlepsza informacja dla pracowników i dla całej naszej gospodarki. Może ona stanowić ostrzeżenie, że powoli kończy się dobry dla zatrudnionych czas na polskim rynku pracy.
Powstaje też pytanie: dlaczego ogromna większość firm działających w naszym kraju nie chce zwiększać zatrudnienia? Czy ich menadżerowie nie widzą szans na rozwój?
Niestety, tak właśnie może się wydawać na podstawie wskaźników optymizmu i wyprzedzającej koniunktury w polskiej gospodarce, które systematycznie spadają, a także i na podstawie informacji o rosnącej liczbie niewypłacalnych przedsiębiorstw.

 

Przemysł wciąż szuka ludzi

Z drugiej jednak strony – chyba nie jest jeszcze aż tak źle.
To prawda, że tylko 22 proc. firm przemysłowych chce w pierwszych trzech miesiącach tego roku zwiększyć liczbę pracowników. Jednakże, jak podaje raport „Barometr perspektyw zatrudnienia” przygotowany przez ManpowerGroup, w ogromnej większości, bo aż w 65 proc. firm wielkosć zatrudnienia będzie stabilna, a tylko 6 proc. będzie redukować etaty w pierwszym kwartale 2019 r.
Czyli, duża przewaga wciaż jest po stronie tych, którzy zamierzają zatrudniać.
Wprawdzie w stosunku do ubiegłego kwartału prognoza zatrudnienia pogorszyła się o 4 punkty procentowe, co bez wątpienia jest niekorzystnym sygnałem. Jednak wobec pierwszego kwartału w roku ubiegłym pozostaje bez zmian, co oznacza, iż pogorszenie koniunktury gospodarczej nie będzie gwałtowne.
Warto też zauważyć, że prognoza zatrudnienia, czyli wyrażona w procentach różnica pomiędzy firmami, które przewidują wzrost a tymi, które planują redukcję liczby zatrudnionych, wynosi w produkcji przemysłowej 21 proc.
Jest to najwyższy wynik, jaki odnotowano wśród 10 najważniejszych sektorów polskiej gospodarki. A to właśnie przemysł decyduje o rozwoju kraju i wzroście dochodu narodowego.

 

Dwa skuteczne sposoby

Przemysł jest jednocześnie tym sektorem, który w Polsce zgłosił największe zapotrzebowanie na ręce do pracy, na okres od stycznia do marca 2019 roku.
Początek nowego roku będzie zatem wciąż jeszcze dosyć dobrym czasem dla osób poszukujących pracy w branżach produkcyjnych.
Dla pracodawców to będzie zaś kolejny – ale kto wie, czy nie ostatni – kwartał, który upłynie im pod znakiem poszukiwania sposobów na przyciąganie i zatrzymywanie pracowników. Nie muszą zresztą daleko szukać, bo najskuteczniejsze są dwa sposoby: normalna umowa o pracę (a nie śmieciówka) i wyższe wynagrodzenie.
– Planowane nowe zatrudnienia to ze strony polskich przedsiębiorców nie tylko efekt wciąż dobrych wskaźników gospodarczych, lecz także zabezpieczenie przed potencjalną rotacją, która zdecydowanie wzrosła. Pracownicy produkcyjni w większości regionów Polski mają znacząco większe niż przed laty możliwości. Chętniej też decydują się na zmianę pracodawcy, wybierając nie tylko tego, który płaci lepiej, lecz także zwyczajnie bardziej o nich dba – mówi ekspert rynku pracy Tomasz Walenczak.

 

Może Azjaci będą za drodzy?

Walka o pracownika trwa już nie tylko w sferze samych wynagrodzeń czy różnych benefitów. Jak potwierdzają rozmowy z pracownikami, istotną rolę odgrywają takie aspekty jak atmosfera w pracy i kultura, nie tylko organizacyjna. Zyskują one na znaczeniu, w myśl zasady: traktuj swojego pracownika, tak jak chciałbyś, by on traktował klienta.
Przed nami kolejny okres, kiedy pracodawcy wciąż jeszcze będą musieli walczyć o pracownika – bo jeśli tego zaniedbają, będziemy częściej słyszeć o sytuacjach, gdzie firmy nie będą w stanie realizować swoich zamówień z powodu braków kadrowych.
Dobrym sygnałem dla polskiego rynku pracy może być potencjalny odpływ części pracowników z Ukrainy – o ile wreszcie dla nich otworzy się perspektywa pracy u naszych sąsiadów zza Odry. Zapewne będzie to dotyczyć grupy osób z określonymi kwalifikacjami, ale nasz rynek pracy to odczuje.
Naturalną konsekwencją takiej sytuacji powinny być coraz lepsze warunki zatrudnienia, oferowane pracownikom w Polsce.
Niestety, wiele firm, chcąc zaoszczędzić na pensjach, już zaczyna sięgać po pracowników, ściąganych z kierunków azjatyckich. Niewykluczone jednak, że – z pożytkiem dla rodzimych pracowników – okaże się, iż potrzebny będzie znacznie dłuższy czas na pozyskanie Azjaty, a także i koszty okażą się jednak wyższe od przewidywanych, ze względu na konieczność opłacenia dalekiej podróży oraz zakwaterowania w naszym kraju.
– Kluczowe będzie zadbanie o pracownika, którego już mamy. Szanujmy swoich pracowników, bo rynek niekoniecznie obfituje dziś nie tylko w lepszych, ale w ogóle, w innych – podsumowuje Tomasz Walenczak.

 

U sąsiadów prognozy są gorsze

Jak wynika z prognozy dla przemysłu, wskazanej przez pracodawców z 26 krajów Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki, polscy pracownicy jeszcze nie powinni mieć większych powodów do narzekań.
Zestawienie krajów, gdzie w pierwszym kwartale 2019 roku najwięcej firm chce zatrudniać nowych pracowników otwierają Rumunia i Słowenia z jednakowym wynikiem plus 26 proc.
Polska produkcja przemysłowa plasuje się na wysokim trzecim miejscu, z wspomnianym wynikiem plus 21 proc., ex aequo ze Słowacją. U naszych czeskich i niemieckich sąsiadów jest już sporo gorzej. W Niemczech prognoza zatrudnienia w przemyśle wynosi plus 12 proc., a w Czechach tylko 6 proc.
Nasza produkcja jest w dużym stopniu zależna od obu tych partnerów, będących ważnymi odbiorcami rozmaitych półproduktów i podzespołów wytwarzanych w Polsce. Zauważalne spowolnienie gospodarcze na zachodzie Europy, które dotarło do znacznie lepiej od nas rozwiniętych Niemiec i Czech, swoje żniwa zbierze nad Wisłą z pewnym opóźnieniem. W przyszłym roku należy więc spodziewać się wyzwań z tym związanych.
Konsumpcja wewnętrzna, która tak wzrosła w 2018 r., na dłuższą metę nie utrzyma obecnego trendu rozwoju gospodarczego.
Zasobniejsze portfele sprawiły, że wzrosła siła nabywcza Polaków, trudno jednak spodziewać się abyśmy na przykład decydowali się dalej na tak masowe zakupy sprzętu RTV i AGD, skoro ten świeżo zakupiony sprzęt będzie dobrze służył jeszcze przez kilka lat.

 

Nas to nie ominie

Na zachodzie Europy plany pracodawców są jeszcze mniej korzystne dla pracowników niż w naszej części kontynentu.
W Wielkiej Brytanii prognoza zatrudnienia wynosi tylko plus 2 proc., w Austrii plus 3 proc., we Francji i Irlandii po plus 5 proc. Natomiast w Holandii regres – aż minus 6 proc., co zapowiada znaczne redukcje etatów.
Dużo lepiej sytuacja przedstawia się w Skandynawii: w Finlandii prognoza zatrudnienia wynosi plus 16 proc., w Norwegii plus 10 proc., w Szwecji plus 7.
Ważna jest też jednak tendencja. Dla większości zachodnioeuropejskich rynków pracy prognozy zatrudnienia znacznie się pogorszyły, zarówno w ujęciu rocznym, jak i kwartalnym. Tak stanie się niestety w przyszłości również i w Polsce.

Będzie już tylko gorzej?

Fot. Pomoc unijna to ważny czynnik naszego wzrostu gospodarczego

 

 

Mija najlepszy rok polskiej gospodarki. Jego powtórzenie będzie praktycznie niemożliwe, choćby dlatego, że w przyszłości zacznie się zmniejszać wsparcie dla naszego kraju z Unii Europejskiej.

 

Szybki wzrost PKB, rekordowo niskie bezrobocie, solidny wzrost płac, dodatnie saldo migracji i umiarkowany przyrost kredytów – wszystko to składa się na wyjątkowy rok dla polskiej gospodarki.
Wprawdzie po 1989 r. zdarzały się już lata z bardziej imponującym tempem wzrostu produktu krajowego brutto – ale nasza gospodarka nigdy jeszcze nie była tak zrównoważona jak obecnie.

 

Szybciej już bywało

Nie było znaczącego ośrodka analitycznego, który pod koniec 2017 r. wskazywałby, że nasz PKB w bieżącym roku wzrośnie aż o około 5 proc. (w miarę dokładny przyrost poznamy w styczniu).
W listopadzie ubiegłego roku Narodowy Bank Polski oceniał, że krajowa gospodarka będzie rozwijać się w tempie 3,6 proc. w 2018 r. Nieco bardziej optymistyczna była Komisja Europejska, ale i tak szacowała ten wskaźnik jedynie na 3,8 proc.
Wyraźne przyspieszenie tempa rozwoju w stosunku do prognoz to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń w tym roku. Dlaczego jednak ostatnie 12 miesięcy należy uznać za najlepsze od przynajmniej trzech dekad, skoro w ciągu tego okresu zdarzały się lata ze wzrostem PKB dochodzącym nawet do 7 proc.?
Po 1989 r. Polska przechodziła przez dwie fazy szybkiego wzrostu gospodarczego. Pierwsza nastąpiła w latach 1994-1998. Gwałtowny rozwój został wtedy obarczony inflacją, która wyraźnie przekraczała poziom 10 proc. Utrzymywało się także dwucyfrowe bezrobocie.
Dodatkowo, startowaliśmy wówczas z dość niskiego poziomu PKB na mieszkańca. W parytecie siły nabywczej, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, PKB na osobę wynosił zaledwie 10 tys. USD (obecnie ok. 30 tys. USD). Statystyki gospodarcze dużo łatwiej rosną, gdy start następuje z niskiego poziomu.
Drugi okres ponadprzeciętnego rozwoju przypadł na lata 2004-2007, a zwłaszcza schyłek tego okresu (2006 i 2007). Niestety, wtedy gospodarka nie była zrównoważona. Deficyt na rachunku obrotów bieżących przekraczał 6 proc. PKB w 2007 r. Państwo było bardzo silnie stymulowane kredytem.
Dane NBP sprzed dekady pokazywały, że wzrost wartości kredytów mieszkaniowych w badanym okresie sięgał momentami 60 proc. rok do roku, a konsumpcyjnych przekraczał 40 proc. r/r. Jak pamiętamy, bańka na rynku nieruchomości, którą spowodował ten wzrost zadłużenia, szybko pękła.

 

2018 nie ma konkurencji

Mniej więcej pięcioprocentowy wzrost PKB w tym roku jest szybki, a przy tym zbilansowany jak nigdy dotąd. Inflacja pozostaje wyraźnie poniżej celu wyznaczonego przez NBP. Deficyt sektora finansów publicznych prawdopodobnie będzie rekordowo niski i nie powinien przekroczyć 0,5 proc. PKB.
W porównaniu do poprzednich lat, lekkiemu pogorszeniu uległo saldo rachunku bieżącego, ale jego ujemna wartość raczej nie wyjdzie poza granicę 0,5 proc. w relacji do PKB – co ogólnie można uznać za stan zbilansowania zewnętrznego gospodarki.
Nigdy w Polsce nie było równie niskiego bezrobocia, które według Głównego Urzędu Statystycznego, w kwartalnym badaniu aktywności ekonomicznej ludności wynosiło za trzeci kwartał bieżącego roku 3,8 proc. (wyrównane sezonowo). Niskie bezrobocie sprzyja wzrostowi wynagrodzeń w okolicach średnio 7 proc. r/r.
Takie tempo wystarcza, aby większość obywateli poczuła wzrost siły nabywczej swoich zarobków, a jednocześnie nie jest to na tyle dużo, by zagrozić stabilności finansowej przedsiębiorstw.
Nie widać też specjalnych czynników ryzyka, na przykład na rynku nieruchomości. W przeciwieństwie do lat 2006-2007, kredyt rośnie w umiarkowanym tempie (3,3 proc. r/r hipoteczny i 7,9 proc. r/r konsumpcyjny w III kw. br.).
Warto także zauważyć inny aspekt ważny dla wzrostu PKB. Wreszcie zaczynamy mieć prawdopodobnie dodatnie saldo migracji, co przynajmniej minimalnie zmniejsza negatywne skutki starzenia się polskiego społeczeństwa. Dzięki napływowi do Polski Ukraińców czy Białorusinów mniejszy deficyt notuje również Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

 

Są też minusy

Niestety nie wszystkie informacje, napływające w tym roku z gospodarki, są pozytywne. Jak wskazuje Cinkciarz.pl cały czas skromnie wyglądają inwestycje prywatne, a to one są gwarantem trwałego wzrostu PKB. Brakuje strukturalnych reform na rynku pracy – na przykład promocji zatrudnienia osób młodych czy zbliżających się do wieku emerytalnego.
Brakuje również rozwiązań korzystnych dla kobiet, które ułatwiłyby im godzenie życia rodzinnego z zawodowym (chodzi na przykład o możliwość preferencyjnego zatrudnienia na niepełny etat).
W rezultacie, mimo bardzo niskiego bezrobocia, odsetek zatrudnionych w Polsce nadal jest wyraźnie poniżej poziomu liderów naszego regionu czy państw Europy Zachodniej. Zwiększenie zatrudnienia z poziomu 68 do okolic 75 proc. spowodowałoby wzrost zatrudnienia o 1,8 mln osób. Taki przyrost liczby miejsc pracy byłby niezwykle korzystny dla długoterminowej efektywności naszej gospodarki czy stabilności finansów publicznych, nawet w okresach gorszej koniunktury.
Wydaje się również, że złoty okres dotyczący imigracji nie został odpowiednio wykorzystany w celu jej uregulowania. Pracownicy z Ukrainy czy Białorusi są obecnie cenni i inne kraje już o nich konkurują.
Pozytywnie natomiast należy odebrać fakt, że wreszcie udało się wprowadzić optymalny program oszczędności na jesień życia w postaci Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Istnieje więc szansa, że pierwszy raz Polska będzie się rozwijać za pomocą krajowego kapitału, a być może za lat naście, ten kapitał uda się też eksportować w postaci zagranicznych inwestycji Polaków.

 

Lata, których jeszcze nie znamy

Sięgający w tym roku 5 proc. wzrost PKB będzie niezwykle trudny do powtórzenia. Wynika to zarówno z ograniczeń demograficznych naszego kraju, jak i niewystarczających inwestycji w badania i rozwój. Zbyt niska jest aktywność zawodowa Polaków, a czas prosperity nie został odpowiednio wykorzystany do jej poprawienia. Obniżenie wieku emerytalnego oraz nietrafnie zaadresowane i zbyt kosztowne programy socjalne mogą odbić się negatywnie na wzroście PKB i zadłużeniu w kolejnych latach.
Sytuacja zewnętrzna także staje się coraz bardziej wymagająca. Strefa euro wyraźnie hamuje, a brak skutecznych mechanizmów dyscyplinujących gospodarki poszczególnych krajów, sprzyja nierównowadze ekonomicznej wewnątrz wspólnoty i zwiększa systemowe zagrożenia.
W rezultacie, najlepszy dla Polski rok od odzyskania suwerenności może się już nigdy nie powtórzyć. Na razie jednak wypada się cieszyć, że ten wyjątkowy okres jeszcze trwa, a problemami przyszłości zaczniemy się przejmować dopiero od pierwszego, a może od drugiego stycznia 2019 r.

Nadal dość łatwo o pracę

Szybciej zaczęło rosnąć zatrudnienie na południu i wschodzie naszego kraju. Może to być sygnałem przyśpieszenia gospodarczego w tych regionach.

 

Przemysł, transport i logistyka oraz budownictwo to branże, w których firmy planują najbardziej zwiększyć zatrudnienie w pierwszym kwartale 2019 r.
Takie powinny więc być polskie „lokomotywy rozwoju” w początkach roku.

 

Stabilny rynek

Najwięcej pracowników będą poszukiwać pracodawcy w południowej i wschodniej Polsce. Początek roku to wciąż dobrym czas na poszukiwanie nowego zatrudnienia, choć ofert pracy będzie mniej niż w bieżącym kwartale.
Raport ManpowerGroup pokazuje plany zatrudnienia na pierwszy kwartał 2019 roku. 13 proc. firm chce powiększać swoje zespoły, podczas gdy 5 proc. planuje redukcję etatów (79 proc. nie przewiduje tu żadnych zmian). To sprawia, że prognoza netto zatrudnienia, czyli wyrażona w procentach różnica pomiędzy liczbą pracodawców deklarujących wzrost i spadek zatrudnienia wynosi plus 8 proc.
W praktyce wszystko więc wskazuje, że popyt na pracowników w okresie styczeń-marzec wciąż będzie bardzo silny.
Polski rynek pracy jest stabilny, a prognozy potwierdzają, że firmy jeszcze nie nasyciły się nowymi pracownikami i w najbliższych miesiącach nadal możemy się spodziewać dużej rywalizacji o kadry.
Jest to szczególnie widoczne w produkcji przemysłowej, która od lat jest najbardziej stabilnym sektorem rynku w Polce.

 

Przemysł wciąga ludzi

Firmy przemysłowe (prognoza netto zatrudnienia plus 21 proc) oraz związane z branżą logistyczną i transportem (plus 20 proc.) są w czołówce tych, którzy w pierwszym kwartale 2019 roku najczęściej będą poszukiwać nowych pracowników.
Plany związane ze znacznym powiększaniem swoich zespołów deklarują też pracodawcy z branży budowlanej (plus 15 proc.), związanej z kopalniami i przemysłem wydobywczym (plus 14 proc.) oraz handlem (plus 12 proc.).
Najmniejsze chęci zatrudnienia nowych pracowników zadeklarowały firmy związane z energetyką, gazownictwem i wodociągami (plus 2 proc.) oraz restauracje i hotele (plus 5 proc.).
Wśród sześciu regionów Polski najlepsze perspektywy zatrudnienia wskazali pracodawcy z południowej (plus 16 proc.) i południowo-zachodniej (plus 15 proc.) Polski. Kandydaci poszukujący pracy powinni też zwrócić uwagę na województwa we wschodniej (plus 13 proc.) Polsce. Tam na początku roku powinni mieć sprzyjającą sytuację.
Najsłabsze, ale nadal korzystne dla kandydatów i pracowników perspektywy zatrudnienia, wskazały firmy zlokalizowane w północnej części naszego kraju – plus 9 proc.

 

W Argentynie nie popracujesz

Polska z prognozą zatrudnienia na poziomie plus 12 proc. jest piątym rynkiem w regionie: Europa, Bliski Wschód i Afryka, gdzie w pierwszym kwartale 2019 r. będzie najłatwiej o pracę.
Najbardziej optymistyczne prognozy wskazali pracodawcy ze Słowenii (+19 proc.), Grecji (+18 proc.), Węgier i Rumunii (+15 proc. ). Najmniejsze chęci na powiększanie swoich zespołów wykazały firmy w Szwajcarii (+2 proc.).
Jak wygląda prognoza u naszych sąsiadów? W Słowacji pracodawcy wskazali wzrost zatrudnienia na poziomie +10 proc., w Niemczech +8 proc., zaś w Czechach +4 proc.
W ujęciu globalnym, spośród 44 przebadanych rynków najwyższy wynik uzyskano w Japonii (+27 proc.) i Tajwanie (+21 proc), a najsłabszy w Argentynie (-4 proc.).