Ósmy raz na igrzyskach

Australijski jeździec Andrew Hoy, startujący we wszechstronnym konkursie konia wierzchowego wywalczył w niedzielę olimpijską kwalifikację o za rok w Tokio po raz ósmy wystąpi w igrzyskach.

Jeśli 60-letni obecnie Hoy wystartuje w Japonii, będzie czternastym sportowcem mogącym pochwalić się udziałem w co najmniej ośmiu igrzyskach. Rekordzistą pod tym względem jest kanadyjski jeździec Ian Millar, który w olimpijskiej rywalizacji brał udział w latach dziesięciokrotnie (1972-2012), a gdyby nie bojkot przez państwa zachodnie zmagań olimpijskich w Moskwie w 1980 roku, miałby tych startów jedenaście. Dziewięć olimpijskich występów ma na koncie dwóch sportowców – austriacki żeglarz Hubert Raudaschl oraz łotewski strzelec Afanasijs Kuzmins (reprezentował też ZSRR).

Hoy ze swoimi ośmioma startami będzie zatem czwarty na liście wszech czasów. Na olimpijskiej arenie australijski jeździec zadebiutował w 1984 roku w Los Angeles. Ma na koncie trzy złote medale w konkursie drużynowym WKKW – w Barcelonie (1992) na koniu Kiwi, w Atlancie (1992) na koniu Darien Powers i w Sydney (2000) także na Darien Powers. W tych ostatnich igrzyskach sięgnął również po srebro w konkursie indywidualnym WKKW na koniu Swizzle In. Hoy reprezentuje Australię, ale stale mieszka w Wielkiej Brytanii. Jego żoną jest Bettina Hoy, znakomita amazonka, brązowa medalistka z Los Angeles, ale co ciekawe – reprezentująca Niemcy.

Do wąskiego grona weteranów igrzysk może w Tokio awansować Amerykanka Kim Rhode, która ma w dorobku sześć olimpijskich występów w strzelectwie sportowym i medale zdobywane w każdym z nich. Teraz w wieku 40 lat marzy o podium w Tokio, a w dalszej perspektywie chce pobić rekord Millara.

 

Napad piłkarzy na arbitra

Do bulwersującego zdarzenia doszło w meczu piłkarskiej B-klasy Pomorzanka Jarosławsko – Zorza II Dobrzany. 17-letni arbiter tego spotkania, Szymon Pawłowski, został pobity i opluty przez zawodników gospodarzy.

Do skandalicznego incydentu doszło w doliczonym czasie gry. Sędzia Pawłowski, który do tego momentu panował nad sytuacja na boisku, ukarał jednego z zawodników Pomorzanki Jarosławsko żółtą kartkę za wulgarną odzywkę. Piłkarz, którego nazwisko nie zostało upublicznione, ponoć 40-letni stateczny mężczyzna, nigdy wcześniej nie zachowujący się agresywnie, zareagował najgłupiej jak tylko można, bo walnął nastoletniego arbitra „z byka” w twarz. Jeszcze głupiej zachował się bramkarz zespołu gospodarzy, który splunął zamroczonemu chłopakowi w twarz. W protokole meczowym Pawłowski wpisał, że za to skandaliczne zachowanie ukarał tego zawodnika czerwoną kartką. Mecz został przerwany przy stanie 1:1 i sędzia już go nie wznowił, co oznacza, że goście wygrają go walkowerem.

Prezes Pomorzanki Mariusz Kurlapski poinformował, że zawodnik, który uderzył sędziego, został wyrzucony z klubu. „To doświadczony zawodnik, ma 40 lat, a u nas gra od dziesięciu. Nie wiem dlaczego tak się zachował. Nigdy wcześniej nie było z nim problemów”. Klub nie podjął jeszcze decyzji w sprawie bramkarza, który opluł sędziego.

Obaj boiskowi chuligani mają jednak poważniejszy problem, zwłaszcza ten, który uderzył arbitra, bo sprawa trafiła na policję i do prokuratury. „Zgodnie z art. 157, § 1 Kodeksu Karnego grozi mu pozbawienie wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Pod tym kątem będzie prowadzone dochodzenie – poinformował prowadzący dochodzenie posterunek policji w Pełczycach. Za oplucie takie surowe sankcje nie grożą, ale bramkarz na taryfę ulgową nie ma co liczyć.

Revol nie może zapomnieć

Elisabeth Revol w wywiadzie udzielonym „Le Parisien” opowiada o dramacie Tomasza Mackiewicza podczas zejścia z Nanga Parbat. Mimo upływu czasu francuska himalaistka wciąż nie potrafi pogodzić się z jego śmiercią, czemu dała wyraz w wywiadzie udzielonym „Le Parisien”, w którym opisuje m.in. ostatnią rozmowę z Mackiewiczem.

Pod koniec stycznia 2018 roku Elisabeth Revol oraz Tomasz Mackiewicz wspięli się na Nanga Parbat (8126 m n.p.m.), jeden z najtrudniejszych ośmiotysięczników do zdobycia. Polak zapadł na chorobę wysokościową podczas zejścia ze szczytu. Revol wezwała pomoc, a następnie sama zaczęła schodzić w dół. „Jest mi zimno, chcę odpocząć” – tak miały brzmieć ostatnie słowa Tomasza Mackiewicza. Zostawiając w namiocie swojego towarzysza, na odchodnym przekazała mu pełna otuchy wiadomość.
„Nie martw się Tomek, helikopter ratunkowy przyleci za kilka godzin”. Oboje znajdowali się wówczas na wysokości 7280 m n.p.m., ale stan Mackiewicza stale się pogarszał. „Jego twarz była cała biała, a krew płynęła mu z ust. Muszę żyć z tym ostatnim obrazem Tomka, jego zachrypniętym głosem i słowami nadziei, które mu przekazałam” – opowiada Elizabeth Revol w wywiadzie dla dziennika „Le Parisien”, jakiego udzieliła w przededniu ukazania się jej książki o tamtych wydarzeniach zatytułowanej „Vivre” (Żyć). Publikacja pojawi się w sprzedaży od środy 16 października.

Na ratunek Revol i Mackiewiczowi pospieszyli polscy alpiniści, którzy przebywali w tym czasie pod innym z himalajskich szczytów – K2. Ekipa w składzie Adam Bielecki, Denis Urubko, Jarosław Botor i Piotr Tomala przerwała przygotowania do zimowej wspinaczki na ten ośmiotysięcznik i została helikopterem przetransportowana na Nanga Parbat, gdzie w ekstremalnych warunkach pogodowych ruszyła w górę z misją ratunkową. Niestety, zdołali uratowali jedynie schodzącą już ze szczytu Revol, bo wspiąć się wyżej po pozostawionego przez nią w namiocie Mackiewicza nie dali już rady.

Francuzka do dziś mocno przeżywa śmierć polskiego współtowarzysza wspinaczki. Jak pisze „Le Parisien”, wciąż nie potrafi się z tym pogodzić. „Chociaż wszyscy wokół jej mówią, także lekarze, że nic już nie mogło uratować Mackiewicza, nawet szybkie wysłanie helikoptera, Elisabeth nie chce tego zaakceptować – napisano w redakcyjnym komentarzu. „Dlaczego nie zawróciliśmy?! Zadaję sobie to pytanie każdego dnia i każdej nocy. Wciąż żałuję tego, co się stało. Decyzje, które podejmowaliśmy z Tomkiem na zawsze pozostaną w mojej głowie” – opowiada Revol. I przyznaje, że tak bardzo już sobie z tym nie radziła, że w pewnym momencie musiała zwrócić się do psychologa z prośbą o pomoc.

Po długim milczeniu w końcu postanowiła jednak szczerze o tych traumatycznych przeżyciach opowiedzieć. Powodem jest książka, która w środę pojawi się na księgarskich półkach. „Vivre” to opowieść o jej miłości do gór, ale przede wszystkim rozliczenie z dramatem, jaki rozegrał się na Nanga Parbat, a którego prawdziwy przebieg zna tylko ona. Koszmar tamtych wydarzeń opisuje w książce drobiazgowo, niemal minuta po minucie. Bardzo emocjonalnie i momentami szczerze aż do bólu.
Gdy po kilku dniach od szczęśliwie dla niej zakończonej akcji ratunkowej stanęła przed kamerami, nie wahała się publicznie oskarżyć pakistańskich ratowników o zbyt powolną reakcję. W książce żałuje jednak wypowiedzianych wtedy oskarżeń. „Przeprosiłam za nie, ale wtedy naprawdę nie byłam sobą. Miałam ochotę uciec. Docierało do mnie, że już nigdy nie zobaczę Tomka. I moja złość skoncentrowała się na Pakistańczykach, a była niesłuszna i niesprawiedliwa” – przyznaje po czasie.
Revol w rozmowie z „Le Parisien” ujawnia, co spotkało ją później ze strony internetowych hejterów. Wciąż nie rozumie tej agresji, której doświadczyła po powrocie”, która jeszcze bardziej pogłębiała w niej „poczucia winy” i „wyniszczające wyrzuty sumienia”. Przezwyciężyła to, odzyskała zdrowie i wróciła w góry, ale wróciła po cichu.

 

 

Wciąż mają o co grać

Reprezentacja Polski po golach Frankowskiego i Milika pokonała Macedonię Północną 2:0 i na dwie kolejki przed końcem eliminacji zapewniła sobie awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy. Wciąż jednak nie jest to zespół, który może pokusić się o dobry wynik w turnieju Euro 2020. I co gorsza, nie ma żadnej gwarancji, że takim zespołem się stanie.

Reprezentacja Polski po raz trzeci z rzędu zapewniła sobie na PGE Narodowym awans do wielkiej piłkarskiej imprezy (dwukrotnie do mistrzostw Europy i raz do mistrzostw świata). Po zwycięstwie z Macedonią Północną 2:0 biało-czerwoni awansowali do Euro 2020 jako czwarta ekipa – wcześniej występ w finałowym turnieju zagwarantowały sobie reprezentacje Belgii (lider grupy I), Włoch (lider grupy J) oraz Rosji (drugi zespół w tabeli grupy I). Tym razem jednak nie było aż takiej euforii jak w poprzednich przypadkach, co w swoim żartobliwym stylu wytłumaczył Wojciech Szczęsny. „No cóż, człowiek się przyzwyczaja”. Po ostatnim gwizdku w spotkaniu z Macedonią Północną pojawiły się zwyczajowe w przypadku awansu szampan, runda honorowa i okolicznościowe koszulki, tym razem z hasłami w języku esperanto oraz Kamil Grosicki w roli wodzireja.

Szaleństwa w tym jednak nie było, bo mimo zapewnień trenera Jerzego Brzęczka o wspaniałej atmosferze w kadrze, nietrudno zauważyć, że ona wcale taka wspaniała nie jest. Poza tym można odnieść wrażenie, że także kibiców i dziennikarzy same awanse spowszedniały i przestały mieć takie znaczenie, jakie miały jeszcze kilka lat temu, gdy same w sobie uważane były za wielki sukces trenera i zespołu. Po mundialu w Rosji coś się w tym względzie zmieniło i wygląda na to, że z prawdziwym świętowaniem wszyscy, nie tylko piłkarze, postanowili poczekać co najmniej do zakończenia eliminacji, bo chociaż nasz zespół przyklepał awans, to w dwóch ostatnich kolejkach wciąż ma sie o co bić.
Żeby wrócić z Euro 2020 z tarczą, czyli nie skończyć rywalizacji, jak na mundialu w Rosji, już po fazie grupowej, biało-czerwoni muszą jeszcze powalczyć o miejsce w jak najlepszym „koszyku” podczas zaplanowanego na 30 listopada losowania grup.
Podział na koszyki ustalono wedle następujących zasad: w koszyku 1 znajdzie się sześciu zwycięzców grup eliminacyjnych z najlepszym bilansem punktowym; w koszyku 2 czterech pozostałych zwycięzców grup i dwie ekipy z drugich miejsc z najlepszym bilansem; w koszyku 3 sześć kolejnych ekip z drugich miejsc; w koszyku 4 ostatnie dwie drużyny z drugich miejsc (z najsłabszym bilansem) oraz zwycięzcy zaplanowanego na marzec przyszłego roku turniejów play-off Ligi Narodów (awans uzyskają z nich cztery zespoły).

Reprezentacja Polski zgromadziła obecnie 19 punktów, ale należy odjąć sześć „oczek” zdobytych z Łotwą. Trzynaście punktów daje drużynie Jerzego Brzęczka obecnie siódme miejsce w rankingu liderów grup (czyli pierwsze w koszyku numer 2), co oznacza, że ekipa Brzęczka, która ma de facto 13 punktów, chcąc znaleźć się w pierwszym, a w najgorszym przypadku utrzymać pozycję w drugim koszyku, musi koniecznie wygrać dwa ostatnie mecze eliminacyjne – wyjazdowy z Izraelem i u siebie ze Słowenią.

Polska – Macedonia Północna 2:0
Gole: Przemysław Frankowski (74), Arkadiusz Milik (80).
Polska: Wojciech Szczęsny – Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek, Arkadiusz Reca – Sebastian Szymański (68. Arkadiusz Milik), Jacek Góralski, Grzegorz Krychowiak, Piotr Zieliński (90. Krzysztof Piątek), Kamil Grosicki (73. Przemysław Frankowski) – Robert Lewandowski.
Macedonia Północna: Stole Dimitrievski – Stefan Ristovski (81. Marjan Radeski), Visar Musliu, Kire Ristevski – Egzon Bejtulai, Boban Nikolov (88. Gorgi Stoilov), Stefan Spirovski, Elif Elmas, Ezgan Alioski – Goran Pandev, Ilija Nestorovski (73. Aleksandar Trajkovski).
Żółte kartki: Bednarek, Szymański, Reca – Pandev, Nikolov, Nestorovski, Spirovski, Alioski, Ristevski.
Sędziował: Antonio Miguel Mateu Lahoz (Hiszpania).
Widzów: 52 894.

Tabela grupy G
1. Polska               8   19     13:2
2. Austria              8   16     17:7
3. Słowenia           8   11     13:8
4. Macedonia       8    11     10:11
5. Izrael                7      8     12:14
6. Łotwa               7      0        1:24

 

48 godzin sport

Hurkacz coraz bliżej Top 30
Hubert Hurkacz awansował w rankingu ATP z 34. na 33. miejsce, najwyższe w karierze i jest coraz bliżej wejścia do elitarnego grona trzydziestu najlepszych graczy na świecie. W czołówce nie doszło do zmian. Liderem jest Serb Novak Djoković, przed Hiszpanem Rafaelem Nadalem i Szwajcarem Rogerem Federerem. Drugi z Polaków w Top 100 światowej listy, Kamil Majchrzak, spadł w zestawieniu z 84. na 91. pozycję. Z naszych tenisistek najwyższą lokatę zajmuje Magda Linette, która w najnowszym zestawieniu rankingu WTA awansowała o jedno miejsce i jest obecnie klasyfikowana na 42. pozycji. Iga Światek utrzymała 60. lokatę.

Ukarali zespół za złe wyniki
Jacek Winnicki stracił posadę trener koszykarzy Arged BM Slam Stali Ostrów Wlkp. Zastąpił go były zawodnik tej drużyny Łukasz Majewski, który pół roku temu zakończył karierę sportową. Ostrowianie bardzo źle rozpoczęli nowy sezon. Jeszcze przed inauguracją rozgrywek wysoko ulegli Anwilowi Włocławek w meczu o Superpuchar Polski (66:95), a potem doznali trzech porażek w lidze – u siebie z Eneą Astorią Bydgoszcz, Stelmetem Eneą BC Zielona Góra oraz na wyjeździe z HydroTruck Radom. Wraz z Winnickim zespół opuszczają Grzegorz Surmacz oraz Amerykanin Yancy Gates, natomiast kilka dni wcześniej pożegnano się z innym koszykarzem ze Stanów Zjednoczonych – Omarem Calhounem. Z kolei Jay Threatt oraz Nikola Jevtović zostali zawieszeni w prawach zawodniczych. Za słabe wyniki karami finansowymi zostali ukarani wszyscy pozostali zawodnicy.

Porażka kadry U-20
Reprezentacja Polski do lat 20, której trenerem jest Jacek Magiera, przegrała 1:2 z rówieśnikami z Holandii w 4. kolejce turnieju Elite League U-20. Polacy po czterech kolejkach zajmują szóste miejsce na osiem zespołów. Wcześniej podopieczni Jacka Magiery przegrali z Włochami (0:2) i Portugalią (0:1) oraz pokonali reprezentację Niemiec (4:3). Holandia jest na piątej pozycji, a z Polakami wygrała pierwszy mecz w turnieju. W kolejnym meczu 14 listopada biało-czerwoni zmierzą się ze Szwajcarią.

Zmiana trenera w Lyonie
Rudi Garcia został nowym trenerem piłkarzy Olympique Lyon. 55-letni szkoleniowiec podpisał kontrakt do końca czerwca 2021 roku. Zastąpił na tym stanowisku zwolnionego niedawno Brazylijczyka Sylvinho. Zespół z Lyonu w tym sezonie kiepsko spisuje się w rodzimej Ligue 1, w której zajmuje 14. miejsce (dziewięć punktów, dwa zwycięstwa, trzy remisy i cztery porażki), ale nieźle w Lidze Mistrzów, w której w dwóch meczach zdobył cztery punkty i zajmuje drugie miejsce w grupie G.

 

Wybryki bułgarskich kibiców

Do skandalicznych wydarzeń doszło w Sofii podczas meczu eliminacji Euro 2020 Bułgarii i Anglii (0:6). Bułgarscy kibice skandowali rasistowskie przyśpiewki i naśladowali małpie odgłosy, gdy tylko przy piłce znajdowali się ciemnoskórzy gracze angielskiej reprezentacji – Raheem Sterling, Marcus Rashford lub Tyrone Mings.

Na publikowanych przez światowe media zdjęciach i filmach wideo widać, że wielu kibiców podnosiło też ręce w nazistowskim salucie. Jeszcze przed przerwą spotkanie było dwukrotnie przerwane przez chorwackiego sędziego Ivana Bebeka. Trener reprezentacji Anglii Gareth Southgate przyznał, że w szatni on i jego gracze ustalili, że jeśli w drugiej połowie takie incydenty się powtórzą, zespół na znak protestu zejdzie z boiska.

W przerwie kapitan reprezentacji Bułgarii Iwelin Popow zaapelował do kibiców o zaprzestanie takich nagannych zachowań i jego prośba poskutkowała na tyle, że mecz dokończono. Ale premier bułgarskiego rządu Bojko Borisow polecił ministrowi sportu Krasenowi Kralewowi zawieszenie wszelkich kontaktów z federacją piłkarską, także w kwestiach finansowych, do czasu aż do dymisji poda się prezes bułgarskiej federacji piłkarskiej Borisław Michajłow.

UEFA będzie miała teraz poważny dylemat, bo zgodnie z zasadami ustalonymi przez FIFA ma w swoim statucie regulacje zabraniające ingerowania przez władze państwowe w niezależność piłkarskich stowarzyszeń. Wątpliwe zatem by zaakceptowała wymuszoną dymisję Michajłowa.

Może jednak nie mieć skrupułów w kwestii wykluczenia bułgarskiej drużyny z eliminacji Euro 2020, czego domaga się angielska federacja piłkarska w opublikowanym po meczu oświadczenie. Anglicy żądają od UEFA wszczęcia natychmiastowego i wskazują, że nie był to pierwszy wybryk bułgarskich kiboli. Już wcześniej Bułgarzy zostali ukarani częściowym zamknięciem stadionu po rasistowskich zachowaniach kibiców w meczach z Czechami i Kosowem.

Przedstawicieli UEFA na Europę Wschodnią Pavel Klimenko nie wyklucza takiej decyzji. „Uważamy, że po tym, co się wydarzyło w meczu z Anglia, UEFA ma możliwość wyrzucenia Bułgarii z kwalifikacji Euro 2020. Zdarzyło się zbyt wiele incydentów, zbyt wiele zaniedbań ze strony federacji piłkarskiej tego kraju, że więcej pobłażania być już nie może” – stwierdził. Komisja dyscyplinarna decyzję podejmie po analizie raportu sędziego Bebeka.

 

Kiepska passa PGE Vive

Szczypiorniści PGE VIVE Kielce mieli kiepski tydzień. Najpierw w środę po raz pierwszy od ponad trzech lat przegrali z Orlenem Wisłą Płock, a w sobotę w Lidze Mistrzów ulegli francuskiemu Montpellier HB.

Mistrzowie Polski podejmowali francuski zespół na swoim boisku w ramach 4. kolejki Ligi Mistrzów EHF. Obie drużyny przystąpiły do tego meczu mocno osłabione. Kielczanie zagrali bez Mateusza Jachlewskiego, Tomasza Gębali, Daniela Dujshebaeva i Branko Vujovica. W szeregach gości zabrakło Diego Simoneta, Jonasa Truchanoviciusa, Gilberto Duarte i Melvyna Richardsona. Spotkanie lepiej rozpoczęli goście i po 10 minutach prowadzili 5:2. Wtedy trener kieleckiej drużyny Tałant Dujszebajew zmienił w bramce slabo grającego Andreasa Wolffa na Mateusza Korneckiego i gospodarze zaczęli odrabiać straty i przed końcem pierwszej połowy zmniejszyli stratę do jednej bramki, lecz rywale byli czujni na przerwę schodzili z prowadzeniem 14:12.

Po zmianie stron kielczanie zaspali początek i w 40. minucie przegrywali 13:17. Zdołali jednak odrobić te straty i w 46. minucie przegrywali tylko jednym trafieniem (21:22). Kolejny przestój kielczan okazał się bardzo kosztowny. W ciągu trzech minut rywale odskoczyli na 25:21. Kielczanie raz jeszcze zabrali się do odrabiania strat. W 52. minucie Julen Aginagalde doprowadzili do wyniku 24:26, a chwilę potem ponownie stojący w bramce Wolff obronił rzut karny, a w kolejnej akcji popisał się kapitalną interwencją.

Końcówkę meczu kibice w Hali Legionów oglądali na stojąco, gorąco dopingując swoją drużynę, lecz drużyna z Montpellier nie dała sobie odebrać zwycięstwa i wygrała 29:27. Kielczanie ponieśli drugą porażkę w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów i zajmują 5. miejsce w liczącej osiem zespołów grupie B.

 

Żyła pokonał Stocha

Piotr Żyła wygrał Letnie Mistrzostwa Polski na skoczni w Szczyrku (HS 104). Drugie miejsce zajął Kamil Stoch, a trzecie Stefan Hula. W rywalizacji kobiet najlepsza okazała się Kinga Rajda.

Żyła objął prowadzenie w konkursie w pierwszej serii, ale w drugiej musiał postawić wszystko na jedną kartę, żeby odeprzeć atak drugiego w klasyfikacji Stocha. I wytrzymał presję oddając rekordowy skok na odległość 111 m. To wystarczyło do zwycięstwa mimo problemów przy lądowaniu. Żyła zgromadził 266,4 pkt i pokonał bardziej utytułowanego kolegę z kadry o 2,5 pkt (263,9). Brązowy medal wywalczył Stefan Hula (262,7), który także oddał rewelacyjny skok w drugiej serii i uzyskał 107 m i jako jedyny oprócz Żyły przekroczył rozmiar skoczni (104 m). Czwarte miejsce przypadło niedawnemu triumfatorowi Letniej Grand Prix Dawidowi Kubackiemu (251,4), piąte wywalczył Maciej Kot (250), szóste Andrzej Stękała (245,7), siódme Paweł Wąsek (237,5), ósme Klemens Murańka (237), dziewiąte Aleksander Zniszczoł (233,7), a Top 10 zamknął Kacper Juroszek (226,5).
W rywalizacji kobiet najlepsza okazała się Kinga Rajda z SSR LZS Sokół Szczyrk. Wicemistrzostwo zdobyła Joanna Szwab, a trzecie miejsce zajęła Nicole Konderla.

Wcześniej odbyły się drużynowe mistrzostwa Polski. W nich najlepsza okazała się ekipa AZS Zakopane w składzie Mateusz Gruszka, Krzysztof Leja, Andrzej Stękała i Maciej Kot. Dwa kolejne miejsca na podium zajęły zespoły Wiślańskiego Stowarzyszenia Sportowego II (Artur Kukuła, Bartosz Czyż, Szymon Jojko, Tomasz Pilch) oraz TS Wisła Zakopane I (Klemens Murańka, Dawid Jarząbek, Adam Niżnik, Dawid Kubacki). Czwartą lokatę zajęła klubowa ekipa Kamila Stocha, KS Eve-nement Zakopane.

 

Jubileusz stulecia PKOl

W minioną sobotę w krakowskim Hotelu Francuskim odbyła się uroczystość odnowieniem aktu założycielskiego Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Sto lat temu (12 października 1919 roku) właśnie w tym hotelu powołano do życia PKOl. Ceremonii asystował liczna grupa wybitnych sportowców i działaczy ruchu olimpijskiego.

Prezes PKOl Andrzej Kraśnicki podkreślił znaczenie Krakowa dla polskiego ruchu olimpijskiego, jako jego kolebki. „Idea olimpijska jest niezmienna, choć teraz funkcjonuje w innych realiach niż sto lat temu. Dla nas najważniejsze jest pielęgnowanie tych wartości, które dla ruchu olimpijskiego są najistotniejsze, czyli: doskonałość, przyjaźń, szacunek, fair play i tolerancja. Na tym się skupiamy i chcemy, żeby sport był czysty, a wszystko, co zakłóca tę wspaniałą ideę, będziemy się starali eliminować” – zapewnił sternik PKOl. Krakowskie uroczystości zgromadziły wielu znakomitych sportowców i medalistów igrzysk. Pojawili się na nich m.in. wybitny chodziarz, czterokrotny mistrz olimpijski Robert Korzeniowski, panczeniści Luiza Złotkowska i Zbigniew Bródka, piłkarze Henryk Kasperczak i Kazimierz Kmiecik, dwukrotna złota medalistka olimpijska w rzucie młotem Anita Włodarczyk.

Uroczystości związane z obchodami 100-lecia PKOl trwają w Krakowie od piątku i mają też naukowy charakter. Zorganizowano pięć sesji: „Olimpizm w świetle polskiej nauki”, „Olimpijska wspólnota i wartości edukacyjne”, „Sztuka i sport”, „Historia i idee polskiego olimpizmu” oraz „Olimpijskie słowo”. Punktem kulminacyjnym obchodów jubileuszu będzie jednak zaplanowana na 26 października Gala Olimpijska 100-lecia PKOl w Teatrze Wielkim w Warszawie.

Po raz 11. wręczono też medale Kalos Kagathos. Są one przyznawane wybitnym sportowcom, którzy osiągnęli sukcesy również poza sportem. Z języka greckiego „kalos kagathos” znaczy dosłownie piękny i dobry. Wyróżnienie ustanowiono w 1985 pod patronatem Rektora UJ, prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz redakcji Tempa. Laureatów Medalu wybiera kapituła, której przewodniczy Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym roku medale przyznano siedmiu laureatom, a wręczono je w auli Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym roku w gronie nagrodzonych osób znaleźli się: Anna Czerwińska, Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, Bohdan Gonsior, Marek Jóźwik, Marek Koźmiński, Maciej Pietrzyk i Bogdan Wenta.

Czerwińska to pierwsza Polka, która skompletowała Koronę Ziemi. W sumie sześciokrotnie stawała na szczytach ośmiotysięczników. Z wykształcenia jest doktorem nauk farmaceutycznych. Chojnowska-Liskiewicz jest pierwszą kobietą, która samotnie opłynęła Ziemię (w latach 1976 roku – 1978 na jachcie „Mazurek”). Skończyła Politechnikę Gdańską na Wydziale Budowy Okrętów, zdobyła też patent kapitana żeglugi wielkiej. Parała się też piórem uwieczniając swoje morskie przygody. Gonsior był znakomitym szpadzistą, czterokrotnie startował w igrzyskach olimpijskich. W 1968 roku w Meksyku zdobył brązowy medal w turnieju drużynowym szpadzistów. Był lekarzem-chirurgiem, który stosował innowacyjne metody leczenia laserem. Jóżwik, znakomity przed laty płotkarz, po zakończeniu kariery sportowej został cenionym dziennikarzem.

Koźmiński to wicemistrz olimpijski z 1992 roku z Barcelony w piłce nożnej. Od siedmiu lat pełni funkcję wiceprezesa PZPN, ale notuje też osiągnięcia w działalności biznesowej. Pietrzyk, były koszykarz Wisły Kraków, obecnie jest emerytowanym profesorem na Wydziale Inżynierii Metali i Informatyki Przemysłowej Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, autorem ponad pięciuset prac naukowych, zaś Wenta to jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy ręcznych, także wybitny trener, potem był europosłem, a obecnie jest prezydentem Kielc.

 

Tylko awans się liczy

Nasza piłkarska reprezentacja pod rządami Jerzego Brzęczka przestała być zgraną drużyną, lecz na pokonanie 3:0 słabiutkich Łotyszy nawet jej przeciętna gra wystarczyła. Wszystkie trzy gole strzelił Robert Lewandowski, lecz mimo to nikt nie był z tej wygranej zadowolony i z obawą oczekiwano niedzielnej potyczki z Macedonią Północną.

Mimo łatwego zwycięstwa 3:0 w obozie biało-czerwonych nie było euforii, wręcz przeciwnie. Nawet strzelec trzech goli Robert Lewandowski schodził z boiska z chmurną miną i nie chciał rozmawiać z dziennikarzami, a przecież nigdy wcześniej taki „numerów” nie robił. Tym bardziej, że sam miał powody do chwały. W meczu z Łotwą zagrał w reprezentacji po raz 109 i po doliczeniu niedzielnego meczu z Macedonią Północną jest teraz w liczbie występów w barwach narodowych samodzielnym liderem.

Lewandowski staje się legendą

W liczbie strzelonych goli na czele stawki w klasyfikacji wszech czasów jest już od dawna, konkretnie od 5 października 2017 roku, kiedy to dzięki trzem golom w wyjazdowym spotkaniu eliminacji MŚ 2018 z Armenią przeskoczył legendę polskiego futbolu Włodzimierza Lubańskiego (48 goli). W Rydze „Lewy” ustrzelił szóstego hat-tricka w kadrze i poprawił swój snajperski dorobek w drużynie narodowej do 60 trafień. A warto przypomnieć, że 31-letni obecnie Lewandowski zadebiutował w reprezentacji 10 września 2008 roku w spotkaniu eliminacji mistrzostw świata z San Marino w Serravalle. Trener Leo Beenhakker wpuścił go na boisko w 59. minucie, a osiem minut później „Lewy” cieszył się z pierwszego trafienia w biało-czerwonych barwach, ustalając wynik na 2:0.

Roku potrzebował na  zebranie 10 spotkań w kadrze, a po kolejnym miał ich już 25. Jubileusz 50. przypadł na towarzyską potyczkę z Urugwajem w Gdańsku, przegraną 1:3 w listopadzie 2012. Mecz numer 75 to także towarzyski pojedynek z Finlandią we Wrocławiu 26 marca 2016. Setny występ miał miejsce dokładnie przed rokiem, 11 października 2018 w przegranym 2:3 meczu Ligi Narodów z Portugalią w Chorzowie. W żadnym z nich nie wpisał się na listę strzelców.

Bez dwóch zdań „Lewy” jest w historii polskiego futbolu absolutnym fenomenem, wciąż jednak niedocenianym, chyba także przez część graczy naszej kadry, zwłaszcza tych z dużym stażem i ambicjami odgrywania w niej co najmniej tak samo ważnej roli. I to być może jest rzeczywistą przyczyną kwasów psujących atmosferę w reprezentacji.

Brzęczek wciąż w ogniu krytyki

Trener Jerzy Brzęczek wciąż nie ma najlepszej prasy w Polsce i mimo wysokiej wygranej z Łotwą przed niedzielnym meczem z Macedonią Północną nie szczędzono mu słów krytyki. Wytykano mu przede wszystkim mierny styl gry prezentowany przez nasz zespół, co było wyraźnie widoczne zwłaszcza we wrześniowych meczach ze Słowenią i Austrią. W statystycznym ujęciu kadencja obecnego selekcjonera też nie prezentuje się imponująco: przed niedzielną potyczką z zespołem Macedonii Północnej biało-czerwoni pod jego wodzą mieli na koncie pięć zwycięstw, cztery remisy i cztery porażki. Poprzednicy Brzęczka w pierwszych 13 meczach w roli selekcjonera notowali na ogół lepsze wyniki. Mniej zwycięstw na tym etapie od niego miał tylko Franciszek Smuda (cztery), natomiast Jerzy Engel, Waldemar Fornalik i Adam Nawałka mieli już po sześć wygranych spotkań. Rekordzistami pod tym względem pozostają Paweł Janas i Leo Beenhakker, którzy z 13 pierwszych meczów wygrali po osiem.
Trzeba jednak uczciwie dodać, że Brzęczek musiał od pierwszego spotkania walczyć o punkty, bo swoją kadencję zaczął od rywalizacji w nowych rozgrywkach Ligi Narodów. Jego poprzednicy natomiast zaczynali pracę od potyczek towarzyskich poprzedzających rywalizację w eliminacjach albo do mundialu, albo do mistrzostw Europy.

Brak awansu byłby grzechem
Wygrana biało-czerwonych z Łotwą zwiększyła dorobek naszej reprezentacji do 16 punktów i tylko kataklizm mógłby sprawić, że nie zakwalifikuje się na mistrzostwa Europy. Biało-czerwoni mogli przypieczętować awans już w niedzielnym starciu z drużyną Macedonii Północnej, tym bardziej, że grali w swojej twierdzy, Stadionie Narodowym w Warszawie. Ale nawet w przypadku niekorzystnego rezultatu, całkiem możliwego zważywszy na fakt, że nasi piłkarze zagrali z Łotwą słabo, a Macedończycy w czwartek pokonali u siebie Słowenię, z którą we wrześniu przecież ekipa Brzęczka przegrał w fatalnym stylu 0:2.

„Na pewno w ich zespole będzie panowała euforia. To niewygodny rywal, twardo gra w defensywie, a z przodu też ma kilku piłkarzy, którzy potrafią pograć. Wszystko zależy jednak od nas, od tego na co im na boisku pozwolimy. Poza tym to my zagramy u siebie, przy komplecie publiczności, więc mam nadzieję, że wróci nasz styl, płynność w naszych akcjach. W tym meczu damy z siebie wszystko, bo przecież wszyscy wiemy, że zwycięstwo może nam zapewnić awans do finałów mistrzostw Europy” – podkreślał przed meczem z Macedończykami Lewandowski, który po chwilowym wycofaniu się z roli lidera zespołu po meczu z Łotwą, po powrocie do Warszawy ponownie zaczął mobilizować ekipę do walki.
Czy skutecznie, tego w chwili oddawania gazety do druku wiedzieć nie mogliśmy, bowiem mecz Polska – Macedonia Północna zakończył się po zamknięciu wydania. Wiedzieliśmy jednak to, co wszyscy – brak awansu naszej drużyny byłby niewybaczalnym grzechem.