Nie będzie rewanżu polskich siatkarzy z Francuzami

Do nieprawdopodobnej sensacji doszło w 1/8 finału mistrzostw Europy siatkarzy. Reprezentacja Czech pokonała w trzech setach mistrzów olimpijskich z Tokio Francuzów (25:22, 25:19, 34:32) i w ćwierćfinale zmierzy się z zespołem Słowenii. W drabince turniejowej zwycięzca tego spotkania trafia na zwycięzcę meczu Polska – Rosja.

Porażka ekipy Francji, którą prowadził już nowy selekcjoner, Brazylijczyk Bernardo Rezende, jest dla jej siatkarzy szokiem nie mniejszym, niż dla Polaków była w Tokio porażka z nimi w ćwierćfinale. Trójkolorowi w fazie grupowej wygrali wszystkie pięć meczów tracąc w nich tylko jednego seta (w potyczce z Niemcami). Czechom tak dobrze nie poszło – wygrali tylko dwa z pięciu spotkań (3:1 ze Słowenią i 3:0 z Czarnogórą, natomiast ulegli 2:3 Bułgarii, 1:3 Włochom i 1:3 Białorusi). Dlatego nikt nie dawał im szans w starciu ze świeżo upieczonymi mistrzami olimpijskimi.
Tymczasem poniedziałkowe starcie z Francuzami nasi południowi sąsiedzi zaczęli od zdobycia czterech punktów z rzędu, potem prowadzili w tej partii już 18:11, by ostatecznie wygrać 25:22. Drugi set był bardziej zdecydowanie bardziej wyrównany, chociaż tylko do stanu 10:10, bo potem francuscy siatkarze zaczęli seryjnie popełniać błędy i Czesi odskoczyli im na 18:14 i już nie roztrwonili przewagi zwyciężając w drugiej partii 25:19.
Trójkolorowi dopiero w trzeciej odsłonie meczu zdołali nawiązać wyrównaną walkę z niesionym dopingiem swoich fanów czeskim zespołem. Do stanu 22:22 obie drużyny szły łeb w łeb, ale wtedy ekipa Francji odskoczyła na 24:22, lecz Czesi zdołali wyrównać i rozpoczęła się walka na przewagi, którą czeski zespół rozstrzygnął na swoją korzyść dopiero po 10 meczbolach 34:32. Odpadnięcie złotych medalistów olimpijskich już w 1/8 finału mistrzostw Europy to oczywiście największa sensacja tegorocznego czempionatu, której nic już w tym turnieju chyba nie przebije. Czeskie media natychmiast przypomniały, że ich siatkarska reprezentacja po raz ostatni grała w 1/4 finału europejskiego czempionatu w 2017 roku i wtedy także w 1/8 finału również wyeliminowała drużynę Francji.
O półfinał Czesi zagrają w środę z zespołem Słowenii i już będą wiedzieć, z kim zmierzą się w tej fazie turnieju, bo Polacy i Rosjanie o awans zagrali już we wtorek. Ten mecz zakończył się jednak po zamknięciu wydania.
Wyniki 1/8 finału ME 2021 siatkarzy:
Rosja – Ukraina 3:1
Polska – Finlandia 3:0
Włochy – Łotwa 3:0
Niemcy – Bułgaria 3:1
Serbia – Turcja 3:2
Słowenia – Chorwacja 3:1
Holandia – Portugalia 3:2
Francja – Czechy 0:3

Zestaw par 1/4 finału:
Polska – Rosja (wtorek, 14 września)
Holandia – Serbia (wtorek, 14 września)
Włochy – Niemcy (środa, 15 września)
Czechy– Słowenia (środa, 15 września)

Zestaw par 1/2 finału:
Polska/Rosja – Francja/Słowenia
Włochy/Niemcy – Holandia/Serbia
Finał i mecz o 3. miejsce:
Niedziela, 19 września

Rosjanie zmorą Novaka Djokovicia

Novak Djoković miał w tym roku szansę na zdobycie Wielkiego Szlema, czyli wygranie w jednym roku Australian Open, French Open, Wimbledonu i US Open oraz tzw. Złotego Wielkiego Szlema, do którego zalicza się także zdobycie złotego medalu olimpijskiego. W Tokio przeszkodził mu w tym Alexander Zverev, a w Nowym Jorku Daniił Miedwiediew.

Serbski tenisista, który wciąż jest liderem rankingu ATP, w wielkoszlemowych finałach w tym roku walczył z Miedwiediewem dwukrotnie. W Australian Open pokonał Rosjanina w finale 7:5, 6:2, 6:2 i sięgnął po swój 18. tytuł w turniejach Wielkiego Szlema. Na kortach Rolanda Garrosa w Paryżu o drugi w tym roku wielkoszlemowy „skalp” walczył w finałowym pojedynku z Grekiem Stefanosem Tsitsipasem i zwyciężył go po ciężkim boju 6:7(6), 2:6, 6:3, 6:2, 6:4. Z kolei na trawiastych kortach Wimbledonu finałowym przeciwnikiem Serba był Włoch Matteo Berrettini, którego pokonał 6:7(4), 6:4, 6:4, 6:3. Te trzy sukcesy zrodziły w 34-letnim liderze światowego rankingu pragnienie zapisania się w historii tenisa, bo Wielkiego Szlema udało się do tej pory zdobyć tylko dwóm graczom – dokonali tego Amerykanin Don Budge w 1938 roku oraz legendarny australijski tenisista Rod Laver w 1962 i 1969 roku. Jeszcze bardziej kusząca była dla Djokovicia perspektywa wywalczenia Złotego Wielkiego Szlema, bo do tej pory takiego wyczynu dokonała jedynie genialna niemiecka tenisistka Steffi Graf w 1988 roku, więc Serb miał szansę zostać pierwszym mężczyzną w klubie zdobywców pięciu najbardziej prestiżowych trofeów w jednym roku.
Niestety, marzenia o Złotym Wielkim Szlemie pokrzyżował mu urodzony w Niemczech w 1997 roku Alexander Zverev, syn świetnego przed laty radzieckiego, a potem rosyjskiego tenisisty Aleksandra Zwieriewa, który po rozpadzie ZSRR wyjechał na Zachód i osiadł w Hamburgu. W półfinale olimpijskiego turnieju Djoković przegrał ze Zverevem i opuścił stolicę Japonii zdruzgotany niepowodzeniem. Zdołał się jednak pozbierać psychicznie i do rozgrywanego na kortach nowojorskiego kompleksu tenisowego Flushing Meadows US Open przystąpił zmotywowany chęcią osiągnięcia drugiego z wielkich celów, czyli wywalczenia chociaż Wielkiego Szlema.
Nic jednak z tego nie wyszło, bo chociaż w półfinale, czyli swoim 27. tegorocznym pojedynku wielkoszlemowym odegrał się Zverevowi za tokijską porażkę i pokonał go po zaciętym pojedynku 4:6, 6:2, 6:4, 4:6, 6:2, to „po przepłynięciu oceanu zatonął przy wejściu do portu”. W finale US Open 2021 Djoković niespodziewanie przegrał 4:6, 4:6, 4:6 z innym Rosjaninem, grającym w barwach swojej ojczyzny Daniiłem Miedwiediewem, młodszym o dziewięć lat aktualnym wiceliderem światowego rankingu. W przypadku triumfu Serb zostałby tenisistą z największą liczbą triumfów w turniejach wielkoszlemowych. Obecnie ma 20 tytułów, tyle samo co Szwajcar Roger Federer i Hiszpan Rafael Nadal, ale póki co ten stan pozostanie bez zmian.
Dla Djokovicia był to już 31. finał wielkoszlemowy w karierze, dzięki czemu wyrównał wynik Rogera Federera. W finale US Open Djoković zagrał już po raz dziewiąty, ale udało mu się wygrać tylko trzy razy – w 2011, 2015 i 2018 roku. Co ciekawe, nigdy wcześniej serbski tenisista nie miał za sobą sympatii nowojorskiej publiczności, ale w niedzielnym pojedynku z Miedwiediewem to się nagle zmieniło na jego korzyść. Rosjanin musiał na korcie centralnym im. Arthura Ashe’a zmagać się nie tylko z zagraniami rywala, ale też z wrogą i momentami nawet agresywnie mu przeszkadzającą publiką, która najwyraźniej chciała być świadkiem historycznego wydarzenia, czyli zdobycia Wielkiego Szlema. Pamiętajmy, że po raz ostatni coś takiego zdarzyło się 52 lata temu.
Ale Djoković tego dnia był w kiepskiej dyspozycji, albo Rosjanin w genialnej, w każdym razie na korcie było wyraźnie widać dominację wicelidera światowego rankingu nad liderem. Serb unikał długich wymian, bo widać było, że nie czuje się w nich dobrze. Często skracał akcje, szukał kończących uderzeń i regularnie chodził do siatki (aż 47 takich akcji, przy zaledwie 12 rywala). Mylił się jednak niemiłosiernie i tracił punkty nawet w łatwych zagraniach. Za to Miedwiediew grał bardzo dobrze i świetnie serwował, chociaż kibice hałasowali gdy miał zagrywać piłkę i okazywali dziką radość po każdym jego nieudanym zagraniu. Nie był to ładny widok i takie zachowanie nie wystawia nowojorskiej publiczności dobrego świadectwa za łamanie tenisowej etykiety. Rosjanin na Flushing Meadows nie jest lubiany od 2019 roku, gdy pokazał wygwizdującej go publice środkowy palec, a po meczu powiedział ironicznie: „Wygrałem dzięki wam. I wiedzcie, że im bardziej będziecie na mnie gwizdać, tym bardziej będę wygrywał. Daliście mi energię, bo gdyby was nie było, prawdopodobnie bym przegrał, tak już byłem zmęczony”. Po zwycięstwie nad Djokoviciem mógł spokojnie powtórzyć te wszystkie złośliwe gesty i słowa. Ale odpuścił sobie, bo chciał się nacieszyć pierwszym w karierze wielkoszlemowym triumfem, który zadedykował obchodzącej tego dnia urodziny żonie.
Djoković starał się trzymać fason i nawet komplementował zwycięskiego rywala, lecz w głębi serca pewnie trawiła go rozpacz, że zaprzepaścił okazję na przejście do tenisowej legendy. Kalendarzowego Wielkiego Szlema może już nigdy nie zdobyć, więc zostało mu już tylko wyprzedzić Rogera Federera i Rafaela Nadala w liczbie wielkoszlemowych trofeów. I na to na pewno jeszcze nie raz zapoluje, chociaż ośmieleni sukcesem Miedwiediewa młodsi gracze z pewnością zaczną teraz stawiać odważniej opór.
Póki co jednak to Djokovic jest numerem 1 w światowym rankingu i mimo porażki w finale US Open nawet zwiększył przewagę punktową nad drugim w zestawieniu Miedwiediewem, bo Serb miał do obrony punkty za IV rundę, a Rosjanin za finał sprzed dwóch lat, więc mimo życiowego sukcesu strata rosyjskiego gracz wzrosła do 1353 punktów. W najnowszym notowaniu rankingu ATP doszło do licznych zmian. Nasz najlepszy obecnie zawodnik, Hubert Hurkacz, odpadł wprawdzie z US Open już w II rundzie, ale utrzymał 13. lokatę w zestawieniu. W kobiecym rankingu też doszło do sporych przetasowań. Iga Świątek utrzymała ósmą lokatę, liderką pozostała Australijka Ashleigh Barty, a w Top 10 Polkę wyprzedzają jeszcze Białorusinka Aryna Sabalenka, Czeszka Karolina Pliskowa, Ukrainka Jelina Switolina, Japonka Naomi Osaka, Amerykanka Sofia Kenin i Czeszka Barbora Krejcikova.
Wypada odnotować wielki awans triumfatorki tegorocznego US Open Brytyjki Emmy Raducanu, która ze 150. miejsca przeskoczyła aż na 23. Duży skok z 73. na 28. pozycję zaliczyła też pokonana przez nią w finale Kanadyjka Leylah Fernandez.

48 godzin sport

Brąz dla polskich koszykarzy
Reprezentacja Polski w koszykówce 3×3 w składzie: Przemysław Zamojski, Szymon Rduch, Paweł Pawłowski i Łukasz Diduszko wywalczyła brązowy medal zakończonych w miniony weekend w Paryżu mistrzostw Europy. W meczu o trzecie miejsce Polacy pokonali Rosję 19:18. Złoty medal zdobyli koszykarze Serbii pokonując w finale Litwinów 20:14.

Szybkie bieganie w adidasach
W niedzielę w imprezie biegowej Adizero Road to Records padły dwa rekordy świata wśród kobiet. Kenijka Agnes Tirop wyśrubowała rekordowy czas na dystansie 10 km (30,01), zaś Etiopka Sembere Teferei na połowę krótszej trasie (14,29). Wydarzenie odbyło się na terenie głównej siedziby marki Adidas w Herzogenaurach w Niemczech. To dlatego mogli wziąć w nim udział jedynie sportowcy sponsorowani przez tę markę.

GKS Jastrzębie bez awansu
Hokeiści GKS Jastrzębie po porażce 1:6 z austriackim Red Bull Salzburg stracili szanse na awans do fazy play off Ligi Mistrzów. Był to ich czwarty mecz w fazie grupowej – wcześniej przegrali z włoskim zespołem HC Bolzano 2:3 (po karnych) i 1:3 oraz w pierwszym meczu z Red Bullem 2:3. Do końca rywalizacji w grupie pozostał im dwumecz z norweskim Frisk Asker (5 i 12 października). Jego stawką będzie trzecie miejsce w grupie.

Janowski poza kadrą na SoN
Maciej Janowski wrócił do żużlowej reprezentacji Polski po rocznej przerwie i był awizowany do startu w zaplanowanym na piątek 17 września półfinale Speedway of Nations (dawne drużynowe mistrzostwa świata). Ale słabe ostatnio występy tego zawodnika w turniejach Speedway Grand Prix sprawiły, że trener kadry Rafał Dobrucki zdecydował, że zamiast niego w zawodach SoN w Daugavpils wystąpi Dominik Kubera.

WTA Finals w Meksyku
Tegoroczny turniej mistrzyń, WTA Finals, odbędzie się w meksykańskiej Guadalajarze, zamiast w chińskim Shenzhen. O zmianie lokalizacji imprezy poinformowały władze WTA. Powodem jest odwołanie z powodu pandemii koronawirusa w tym sezonie wszystkich tenisowych imprez w Azji. Do Shenzen turniej mistrzyń ma wrócić w przyszłym roku i być tam rozgrywany aż do 2030 roku. Duże szanse na występ w tegorocznej edycji ma Iga Światek, która aktualnie zajmuje w klasyfikacji najlepszych tenisistek tego sezonu piątą lokatę.

Krychowiak na czerwono
Grzegorz Krychowiak został ukarany czerwoną kartkę (za dwie żółte kartki) już w 31. minucie meczu 7. kolejki rosyjskiej ekstraklasy, w którym jego FK Krasnodar zremisował na wyjeździe 1:1 z FK Rostow. Reprezentant Polski znalazł się w wyjściowym składzie swojej drużyny. FK Krasnodar z 10 pkt na koncie zajmuje miejsce w środku tabeli.

Kolejna wpadka Szczęsnego

Nasz reprezentacyjny bramkarz Wojciech Szczęsny znów nie popisał się w barwach Juventusu Turyn. W meczu 3. kolejki Serie A z SSC Napoli (1:2) popełnił błąd, po którym rywale zdobyli wyrównująca bramkę i odwrócili losy spotkania.

Kibice Juventusu chyba w najgorszych snach nie wyobrażali sobie tak kiepskiego początku sezonu w wykonaniu zespołu „Starej Damy”, który nie odniósł zwycięstwa w żadnym z trzech rozegranych dotąd meczach ligowych, notując remis i dwie porażki i zajmuje dopiero 16. miejsce w tabeli Serie A. Dla Wojciecha Szczęsnego ten sezon także zaczął się fatalnie. W żadnym z trzech występów nie był ostoją w bramce Juventusu, a w przegranych potyczkach z Udinese i w miniony weekend z Napoli popełnił kardynalne błędy, po których jego drużyna straciła ważne bramki. Nic dziwnego, że fani Juve coraz natarczywiej domagają się posadzenia Szczęsnego na ławce rezerwowych.Inna sprawa, że wszystkie trzy bramki jakie w sobotni wieczór padły na stadionie imienia Diego Maradony w Neapolu były dziełem przypadku lub efektem kardynalnych błędów. Najpierw nie popisał się obrońca gospodarzy Kostas Manolas, który umożliwił zdobycie bramki Alvaro Moracie, potem Szczęsny po niezbyt mocnym strzale Lorenzo Insigne wypuścił piłkę wprost pod nogi nabiegającego Matteo Politano, a w końcówce meczu napastnik Juve Moise Kean w swoim polu karnym pomylił kierunki i zamiast wybić piłkę na rzut rożny, skierował ją głową do bramki, czym zaskoczył Szczęsnego. Tym razem polski bramkarz był bez winy i nawet wykazał się niebywałym refleksem próbując obronić strzał kolegi z drużyny oddany z pięciu metrów. Trochę szkoda, bo gdyby mu się ta sztuka udała, byłby bohaterem wieczoru, a tak znów jest na cenzurowanym. Trener Massimiliano Allegri do tej pory bronił Szczęsnego , lecz po kolejne wpadce dał mu już jasny sygnał, że musi wziąć się w garść. „Szczęsny to świetny bramkarz. Wciąż będzie bramkarzem Juventusu. Wcześniej miał kilka dobrych meczów. We wtorek stanie w bramce w Lidze Mistrzów przeciwko Malmoe FF i liczę, że tym razem poradzi sobie bardzo dobrze” – stwierdził szkoleniowiec Juventusu.

Boniek oszukał Legię

W 84. minucie meczu Śląska Wrocław z Legią Warszawa (1:0) w 7. kolejce ekstraklasy padła chyba najdziwniejsza bramka na polskich boiskach w ostatnich latach. Wrocławianom w jej zdobyciu wydatnie pomogli sędziowie.

Arbitrem głównym sobotniego meczu Śląska z Legią był Bartosz Frankowski, a w roli jednego z jego asystentów wystąpił Marcin Boniek. I to on właśnie w 84. minucie podniósł chorągiewkę sygnalizując spalonego na niekorzyść wrocławskiego zespołu. Gracze Legii na ten widok stanęli, ale ponieważ Bartosz Frankowski nie zagwizdał, napastnik gospodarzy Victor Garcia ruszył z piłką w pole karne legionistów i nie atakowany przez nikogo posłał piłkę do bramki między nogami rozpaczliwie interweniującego Artura Boruca. Spalonego, jak wykazał VAR, nie było, to była ewidentna pomyłka sędziego liniowego, ale chociaż piłkarze Legii polecieli do arbitra głównego ze słusznymi pretensjami, Frankowski gola nie anulował.
Racja była po jego stronie, bo zgodnie z przepisami tylko on mógł przerwać grę, a przecież tego nie zrobił. Po meczu fani stołecznego klubu przypomnieli, że Frankowskim w każdym meczu Legii, który prowadził, podejmował kontrowersyjne decyzje na jej niekorzyść. Niemniej jednak w PZPN i UEFA arbiter ten jest ceniony, czego najlepszym dowodem jest choćby to, że został wyznaczony na arbitra głównego meczu 1. kolejki Ligi Mistrzów Chelsea Londyn – Zenit Petersburg. Jednym z jego liniowych też będzie Marcin Boniek, bratanek wiceprezydenta UEFA i byłego prezesa PZPN Zbigniewa Bońka.
Śląsk, którego trenerem jest zwolniony kilka lat temu w dość nieładny sposób z Legii Jacek Magiera, wygrał ze stołeczną drużyną na własnym stadionie po raz pierwszy od 9 września 2017 roku. Nie to jest jednak dla legionistów najgorsze, chociaż w swoim piątym ligowym występie w PKO Ekstraklasie przegrali już po raz trzeci (wcześniej ograły ich Radomiak i Wisła Kraków), lecz słaba forma nie napawająca optymizmem przed środowym starciem w fazie grupowej Ligi Europy ze Spartakiem Moskwa.

Żużel: Łaguta wyprzedził Zmarzlika w Danii

Rosyjski żużlowiec Sparty Wrocław Artiom Łaguta wygrał drugi z rzędu turniej Speedway Grand Prix, tym razem w duńskim Vojens i objął prowadzenie z klasyfikacji generalnej cyklu, spychając z pozycji lidera obrońcę tytułu Bartosza Zmarzlika. Ale obu żużlowców dzieli tylko jeden punkt i w ostatnich dwóch turniejach będą mieli równe szanse na zwycięstwo.

Turniej w Danii miał być kolejną odsłoną wojny polsko – rosyjskiej o tytuł indywidualnego mistrza świata w sezonie 2021. Przewaga psychologiczna była po stronie Bartosza Zmarzlika, który wygrał na torze Vojens dwa lata temu. Artiom Łaguta jest jednak w wybornej formie, a na dodatek ma znakomicie przygotowane silniki przez uważanego za najlepszego na świecie tunera Ryszarda Kowalskiego. Ponieważ Bartosz Zmarzlik także korzysta z usług tego świetnego mechanika, żaden z dwóch najlepszych w tegorocznej edycji SGP jeźdźców nie ma przewagi w mocy swoich maszyn. O wygranej Łaguty w Vojens przesądziła odrobinkę lepsza dyspozycja dnia, podobnie jak miało to miejsce w poprzednim turnieju w Togliatii, gdzie Zmarzlik także był drugi. Dzięki dodatkowym punktom za wygranie obu turniejów rosyjski żużlowiec zniwelował różnicę jednego „oczka” dzielącą go od prowadzącego Zmarzlika i po zawodach w Vojens wyszedł w klasyfikacji generalnej przed obrońcę tytułu z jednym punktem przewagi. Reszta stawki już od dawna się nie liczy w walce o mistrzostwo świata i pozostaje jej walka o brązowy medal i utrzymanie miejsce w czołowej szóstce gwarantującego start w przyszłorocznej edycji Speedway Grand Prix.
W inauguracyjnej serii faworyci do złota nie mieli ani grama problemów z wygraniem swoich wyścigów. Wszyscy czekali jednak na bieg ósmy, w którym Zmarzlik i Łaguta mieli powalczyć w bezpośrednim starciu. Wygrał je Rosjanina, na dodatek z dużą przewagą nad Polakiem, który niemal do samego końca tego wyścigu musiał walczyć o drugą lokatę z Australijczykiem z Maksem Fricke. Inna sprawa, że w pierwszych trzech swoich biegach Łaguta wyglądał na tle wszystkich rywali tak, jakby miał w silniku jakąś niedostępną innym rezerwę mocy, bo odjeżdżał wszystkim jak rakieta. Przegrał dopiero w swoim czwartym wyścigu, a w piątym był nawet trzeci, za to Zmarzlik dwa ostatnie biegi pewnie wygrał i z dorobkiem 13 punktów zakończył fazę zasadniczą na pierwszym miejscu. Wraz z nim w pierwszym półfinale pojechali Rosjanin Emil Sajfutdinow, Brytyjczyk Robert Lambert i Duńczyk Leon Madsen, zaś w drugim półfinale Łaguta ścigał się z Brytyjczykiem Taiem Woffindenem, Szwedem Fredrikiem Lindgren i Duńczykiem Mikkelem
Michelsenem.
Zmarzlik zwyciężył w pierwszym półfinale i czekał na występ Łaguty. Jego wygraną w drugim półfinale opóźnił dramatycznie wyglądający karambol Michelsena z Lindgrenem. Na wyjściu z drugiego łuku trzeciego okrążenia Duńczyka mocno podniosło do góry, a przy okazji z ogromną siłą uderzył w Szweda, który stracił panowanie nad motocyklem i uderzył z całym impetem w bandę. Ale jakimś cudem nie stało mu się nic złego, bo wstał o własnych siłach i skończyło się na strachu.
Finał tradycyjnie i zgodnie z oczekiwaniami był rozgrywką wyłącznie między Zmarzlikiem i Łagutą. Polak wybrał najbardziej korzystne czerwone pole, ale Łaguta lepiej wystartował i wyszedł na wirażu przed Zmarzlika, a potem już nie dał mu się nawet zbliżyć na odległość dającą choćby cień szansy na skuteczny atak. Łaguta po triumfie w Vojens zasiadł na fotelu lidera klasyfikacji generalnej SGP, ale przed dwoma turniejami na MotoArenie w Toruniu 30-letni rosyjski żużlowiec ma tylko jeden punkt przewagi nad 24-letnim Zmarzlikiem. Pozostali nasi reprezentanci nie liczyli się w walce o czołowe lokaty. Znów zawód swoim fanom zrobił lider Sparty Wrocław Maciej Janowski, który z dorobkiem 5 pkt zajął w Vojens dopiero 13. miejsce i w klasyfikacji generalnej cyklu zjechał na szóstą pozycję, ostatnią gwarantującą start w przyszłorocznej rywalizacji w Speedway Grand Prix.
Ostatnie dwa turnieje tegorocznego cyklu zostaną rozegrane w Toruniu 1 i 2 października.

Klasyfikacja generalna SGP 2021:

  1. Artiom Łaguta (Rosja) – 158 pkt
  2. Bartosz Zmarzlik (Polska) – 157
  3. Emil Sajfutdinow (Rosja) – 121
  4. Fredrik Lindgren (Szwecja) – 119
  5. Tai Woffinden (W. Brytania) – 96
  6. Maciej Janowski (Polska) – 95
  7. Leon Madsen (Dania) – 82
  8. Max Fricke (Australia) – 77
  9. Jason Doyle (Australia) – 74
  10. Anders Thomsen (Dania) – 63
  11. Robert Lambert (W. Brytania) – 60
  12. Martin Vaculik (Słowacja) – 53
  13. Dominik Kubera (Polska) – 44
  14. Matej Zagar (Słowenia) – 41
  15. Oliver Berntzon (Szwecja) – 20
  16. Krzysztof Kasprzak (Polska) – 19
  17. Mikkel Michelsen (Dania) – 9
  18. Gleb Czugunow (Polska) – 8
  19. Jan Kvech (Czechy) – 7
  20. Aleksandr Łoktajew (Ukraina – 6
  21. Wadim Tarasienko (Rosja) – 4

CR7 znów strzela na Old Trafford

W minioną sobotę po 12 latach przerwy Cristiano Ronaldo ponownie wystąpił na stadionie Old Trafford w barwach Manchesteru United. 36-letni portugalski gwiazdor tego lata przeszedł do ekipy „Czerwonych Diabłów” z Juventusu Turyn za 23 mln euro.

I już w pierwszym meczu po powrocie do Manchesteru United pokazał, że nie przybył na Old Trafford żeby doczekać tu piłkarskiej emerytury, tylko realnie wesprzeć zespół w walce o najważniejsze trofea w klubowym futbolu. W spotkaniu 4. kolejki Premier League „Czerwone Diabły” podejmowały ekipę Newcaste United. Trener zespołu gospodarzy, Norweg Ole Gunnar Solskjaer, wystawił Cristiano Ronaldo od pierwszej minuty i trzymał na boisku do ostatniego gwizdka sędziego. Portugalczyk nie zawiódł dawnego kumpla z boiska, z którym cztery lata (2003-2007) straszył rywali w ataku Manchesteru United.
Norweg skończył karierę na Old Trafford latem 2007 roku, strzelając siedem bramek w Premier League i odchodził z klubu w glorii mistrza Anglii. Wtedy gwiazda Cristiano Ronaldo świeciła już pełnym blaskiem. Już bez Solskjaera, ale z Portugalczykiem w roli głównej, drużyna zagrała w dwóch kolejnych finałach Ligi Mistrzów. Pierwszy wygrała w Moskwie z Chelsea po serii rzutów karnych, drugi finał, rozegrany w Rzymie, był zarazem ostatnim występem słynnego już wtedy na cały świat Cristiano Ronaldo w barwach United. Porażkę 0:2 z Barceloną, w której błyszczał już piłkarski talent Leo Messiego, ponoć do dzisiaj traktuje jako największe rozczarowanie w karierze. A potem już w lidze hiszpańskiej przez ponad dekadę ci dwaj wielcy piłkarze toczyli zacięta rywalizację o prymat na świecie, dzieląc między siebie „Złote Piłki”, tytuły najlepszych piłkarzy sezonu i inne prestiżowe indywidualne wyróżnienia. W 2018 roku Cristiano Ronaldo opuścił jednak Real Madryt i za 105 mln euro przeszedł do Juventusu Turyn. Trzy sezony spędzone w tym klubie nie spełniły jednak oczekiwań portugalskiego gwiazdora, chociaż w ich trakcie zdobył 101 bramek, a w poprzednim sezonie w wieku 36 lat sięgnął jeszcze po koronę króla strzelców Serie A. Na wygranie Ligi Mistrzów włoski zespół okazał się jednak za słaby, a jeszcze na domiar złego przestał wygrywać także rywalizację we włoskiej ekstraklasie. Dla piłkarskiej marki CR7 dalsze granie w takim klubie rodziło ryzyko strat na wizerunku, toteż Portugalczyk postanowił tego lata zmienić pracodawcę. Ponieważ jednak marzy o szóstym w karierze triumfie w Champions League, bo chce wyrównać rekord należący do piłkarza Realu Madryt Paco Gento, który w barwach „Królewskich” sześciokrotnie zdobywał Puchar Europy Mistrzów Klubowych (poprzednik Ligi Mistrzów). Najpierw wybrał ofertę Manchesteru City, lecz po rozmowie z trenerem tego zespołu Pepem Guardiolą stracił ochotę na dołączenie do ekipy „The Citizens”. Wtedy do akcji wkroczyli przedstawiciele lokalnego rywala, United, i w kilkanaście godzin dopięli transfer, płacąc Juventusowi ledwie 23 mln euro. Powrót CR7 na Old Trafford to sygnał, że United znów chcą walczyć o mistrzostwo Anglii i triumf w Lidze Mistrzów. Oprócz portugalskiego gwiazdora tego lata na Old Trafford wylądowało dwóch znacznie kosztowniejszych graczy: 21-letni Jadon Sancho za 85 mln euro i 28-letni stoper Raphael Varane za 40 mln euro. Ale faktem jest, że chociaż w szatni United tłoczno od aktualnych angielskich wicemistrzów Europy czy francuskich mistrzów świata, to laureatem „Złotej Piłki”, i to pięciokrotnym, jest w tym towarzystwie tylko Cristiano Ronaldo.
W sporcie, a w futbolu zwłaszcza, nawet najwięksi gwiazdorzy są tyle warcie, ile ich ostatni mecz. CR7 pierwszego gola, dającego prowadzenie, strzelił w końcówce pierwszej połowy, zaś drugim trafieniem w 62. minucie odzyskał prowadzenie w spotkaniu (sześć minut wcześniej rywale wyrównali na 1:1). Dwa kolejne gole dołożyli Bruno Fernandes i Jesse Lingard i „Czerwone Diabły” zwyciężyły 4:1, utrzymując z dorobkiem 10 punktów pozycję lidera angielskiej ekstraklasy. Za ich plecami także z 10 pkt na koncie plasuje się Chelsea Londyn, a trzecią lokatę zajmuje obrońca mistrzowskiego tytułu w Premier League Manchester City.

Dominacja nastolatek w US Open

Emma Raducanu, sklasyfikowana w światowym rankingu z numerem 150, która do US Open przebiła się przez eliminacje, wygrała w nowojorskim turnieju turniej singla kobiet. W finale 18-letnia brytyjska tenisistka pokonała starszą o rok Kanadyjkę Leylah Fernandez 6:4, 6:3. Był to pierwszy finał wielkoszlemowy z udziałem nastolatek w XXI wieku.

Finał kobiecego turnieju w tegorocznym US Open stał na wysokim poziomie, a obie zawodniczki potwierdziły, że nie znalazły się w nim przez przypadek. Większe zainteresowanie wzbudzał jednak występ 18-letniej Raducanu, która jest bez wątpienia tegorocznym odkryciem w kobiecym tenisie. Świetnie zaprezentowała się już w Wimbledonie, gdzie odpadła dopiero w 1/8 finału, kreczując w pojedynku z Ajlą Tomljanović. A na wimbledońskie trawniki trafiła jako 338. zawodniczka w rankingu WTA. Do US Open musiała przebijać się przez eliminacje już jako 150. tenisistka na światowej liście, a po turnieju awansuje do Top 30 zestawienia.
Kanadyjka Leylah Fernandez miała miejsce w głównej drabince nowojorskiego turnieju jako 73. tenisistka w rankingu WTA, więc miała w nogach sześć pojedynków, a Brytyjka dziewięć. Na korcie nie było jednak widoczne. Obie zawodniczki walczyły zawzięcie o każdy punkt, a ich mecz trwał prawie dwie godziny. Był to pierwszy finał US Open z udziałem dwóch nastolatek w XXI wieku i pierwszy od 1999 roku, kiedy to o zwycięstwo w nowojorskiej imprezie 17-letnia wówczas Amerykanka Serena Williams pokonała rok starszą Szwajcarkę Martinę Hingis. Obie były już wtedy jednak tenisistkami z pierwszej dziesiątki rankingu WTA. Tymczasem Raducanu i Fernandez są pierwszymi nierozstawionymi w turnieju finalistkami Wielkiego Szlema w Erze Open (czyli od 1968 roku).
Raducanu w drodze do finału pokonała m.in. w ćwierćfinale Szwajcarkę Belindę Bencic, która rundę wcześniej wyeliminowała z turnieju Igę Świątek, zaś w półfinale zmiotła z kortu atletycznie zbudowaną Greczynkę Marię Sakkari. Fernandez nie musiała przebijać się do turnieju głównego przez kwalifikacje, ale miała trudniejszą drogę na szczyt – pokonała m.in. dwukrotną mistrzynię US Open Japonkę Naomi Osakę, Angelique Kerber, także triumfatorkę tego turnieju, piątą w rankingu WTA Ukrainkę Elinę Switolinę oraz w półfinale wiceliderkę rankingu WTA Białorusinkę Arynę Sabalenkę.

Lewandowski uszkodzony w Lipsku

Robert Lewandowski w meczu 4. kolejki Bundesligi z RB Lipsk grał tylko przez godzinę, ale zdążył strzelić gola, już szóstego w obecnych rozgrywkach. Było to też jego trafienie w 17. kolejnym meczu Bayernu, więc tym samym „Lewy” odebrał kolejny rekord Gerdowi Muellerowi, który w sezonie 1969/70 zdobywał gole w 16. meczach Bayernu z rzędu.

Na rekordowe osiągnięcie Lewandowskiego złożyły się gole strzelone w czterech meczach obecnego sezonu Bundesligi oraz 10 trafień uzyskanych w poprzednich rozgrywkach, a ponadto dołożył do tego dwa gole w Lidze Mistrzów oraz jedno trafienie w Klubowych Mistrzostwach Świata. W Polsce rekord 19 kolejnych spotkań ze strzelonym golem dzierży piłkarz Ruchu Chorzów Teodor Peterka, który wyczynu tego dokonał jeszcze przez II Wojną Światową. Najlepszy wynik na świecie należy natomiast do Leo Messiego, który w barwach FC Barcelona trafiał w 24 meczach z rzędu. „Lewy” rzecz jasna może pobić oba te rekordy, jeśli utrzyma swoją nieprawdopodobną skuteczność.
W meczu z RB Lipsk bramkę zdobył z rzutu karnego w 12. minucie, a 59. minucie przy prowadzeniu Bayernu 3:1 został zmieniony przez Erica Maxima Choupo-Motinga. Po meczu okazało się, że Lewandowski doznał urazu i jego występ we wtorkowym meczu Ligi Mistrzów z Barceloną stanął pod znakiem zapytania. „Lewy” ma teraz sześć goli na koncie i utrzymał prowadzenie w klasyfikacji strzelców Bundesligi odparł atak Erlinga Haalanda, który w wygranym przez Borussię Dortmund 4:3 meczu z Bayerem Leverkusen zdobył dwie bramki i powiększył swój dorobek w tym sezonie do pięciu trafień. Liderem Bundesligi z 12. punktami na koncie jest niepokonany jeszcze VfL Wolfsburg, drugą lokatę zajmuje z 10 pkt Bayern, trzecia z dorobkiem 9 pkt jest Borussia Dortmund.

Finlandia pokonana, teraz czas na Rosjan

Reprezentacja Polski siatkarzy bez żadnych problemów pokonała w 1/8 finału mistrzostw Europy drużynę Finlandii 3:0 i w ćwierćfinale zagra z Rosjanami, wicemistrzami olimpijskimi z Tokio, którzy z kolei zwyciężyli zespół Ukrainy 3:1.

Nasi siatkarze fazę grupową europejskiego czempionatu zakończyli bez porażki, pokonując po kolei zespoły Portugalii (3:1), Serbii (3:2), Grecji (3:1), Belgii (3:0) i Ukrainy (3:0). Bez porażki do następnej rundy awansowały jeszcze tylko zespoły Francji i Włoch. Biało-czerwoni zajęli pierwsze miejsce w rozgrywającej wszystkie mecze w Krakowie grupie A i zgodnie z turniejową drabinką w 1/8 finału trafili na czwarty zespół grupy C – Finlandię. W pozostałych parach stworzonych z tych dwóch grup Rosja trafiła na Ukrainę, Holandia na Portugalię, a Serbia na Turcję. Cztery pozostałe pary 1/8 finału utworzyły drużyny z grup B i D – Włochy z Łotwą, Niemcy z Bułgarią, Słowenia z Chorwacją i Francja z Czechami. Te cztery spotkania odbędą się w Ostrawie, a ich zwycięzcy także w tym czeskim mieście powalczą w ćwierćfinale. Nasi siatkarze nie będą musieli się ruszać z Gdańska, bo w Ergo Arenie zaplanowano też spotkania ćwierćfinałowe zespołów z grup A i C. Jeśli polski zespół pokona we wtorek Rosjan, na półfinałowy mecz przeniesie się do Katowic. W „Spodku” w sobotę 18 września zostaną rozegrane oba spotkania 1/2 finału, a w niedzielę oba mecze o medale.
Wybrańcy trenera Vitala Heynena w fazie grupowej musieli wytężyć siły jedynie w spotkaniu z broniącymi tytułu mistrzów Europy Serbami. Był to jak do tej pory ich jedyny występ zakończony tie-breakiem. W starciu z zespołem Finlandii biało-czerwoni byli murowanymi faworytami. Ekipa „Suomi” w fazie grupowej wygrała trzy spotkania – z Macedonią Północną (3:1), Hiszpanią (3:0) i Turcją (3:2), przegrała natomiast z Holandią (1:3) i Rosją (1:3).
Belgijski selekcjoner biało-czerwonych w pięciu meczach w krakowskiej Tauron Arenie dał pograć wszystkim 14 zawodnikom powołanym na mistrzostwa Europy i żaden z graczy nie zawiódł jego zaufania. Dzięki temu liderzy kadry, Wilfredo Leon i Bartosz Kurek, nie byli nadmiernie eksploatowani, bo Łukasz Kaczmarek, Kamil Semeniuk, Grzegorz Łomacz, Meteusz Bieniek, Damian Wojtaszek (libero) i Aleksander Śliwka wielokrotnie udowodnili Heynenowi, że nie ustępują graczom z wyjściowego składu, który także w spotkaniu z Finami tworzyli: Fabian Drzyzga, Bartosz Kurek, Michał Kubiak, Wilfredo Leon, Jakub Kochanowski, Piotr Nowakowski i Paweł Zatorski (libero).
Zespół Finlandii przegrał starcie z aktualnymi mistrzami świata po 83 minutach nierównej walki. „To była czysta przyjemność być dzisiaj w Ergo Arenie i oglądać grę polskiego zespołu. Aż sam miałem wielką ochotę wejść na boisko i żałowałem, że nie jestem już czynnym zawodnikiem oraz że nie jestem Polakiem. Między publicznością i polskimi siatkarzami była niezwykła więź, która dodatkowo napędzała graczy do jeszcze lepszej gry. Finlandia rozegrała dobry turniej, ale dzisiaj została przez mój zespół zmieciona” – stwierdził po meczu wyraźnie rozpromieniony Vital Heynen. I nawet pozwolił sobie na żart: „Przed meczem z Finlandią prosiłem tylko zawodników o jedno, żeby byli skoncentrowani od początku każdego seta. I proszę, podziałało. Czasem praca trenera jest bardzo prosta i przyjemna.
Ale w ćwierćfinale już tak łatwo z pewnością nie będzie. „Rosja to srebrni medaliści igrzysk olimpijskich w Tokio. To mówi samo za siebie. Czeka nas we wtorek bardzo trudny mecz” – przyznał belgijski trener reprezentacji Polski.
W innych dyscyplinach sportu Ukraińcy i Rosjanie unikają bezpośredniej rywalizacji, ale w trakcie dużych turniejów uniknąć konfrontacji czasem się nie da. Do takiej właśnie sytuacji doszło w mistrzostwach Europy siatkarzy, gdy zespół Rosji zajął drugą lokatę w swojej grupie, a Ukraina trzecią w swojej i zgodnie z drabinką turniejową oba zespoły trafiły na siebie w 1/8 finału. Była to pierwsza potyczka siatkarzy tych dwóch zwaśnionych krajów od 15 lat. Podczas przywitaniu obu zespołów na boisku nie doszło do żadnych zgrzytów, lecz na trybunach Ergo Areny ukraińscy kibice protestowali podczas odgrywania rosyjskiego hymnu. W trakcie spotkania do żadnych innych incydentów nie doszło. Zespół Ukrainy tylko w pierwszym secie stawił opór faworyzowanej drużynie Rosji, lecz w trzech kolejnych partiach nie był już w stanie nawiązać walki. „Sborna” wygrała 3:1 (22:25, 25:16, 25:22, 25:22) i w ćwierćfinale zmierzy się z reprezentacją Polski.