Musiał na Cracovii

Poniedziałkowy mecz Cracovii z Pogonią Szczecin (2:1) zakończył 33. kolejkę ekstraklasy. Wydarzeniem tego spotkania było to, że sędziował je krakowianin Tomasz Musiał. „Portowcy” nie musieli jednak obawiać się braku stronniczości z jego strony, bo to syn Adama Musiała, legendarnego lewego obrońcy „Orłów Górskiego” z MŚ’74, ale też piłkarza i trenera Wisły Kraków.

Sędziowie w PKO Ekstraklasy już od dawna są zawodowi, a wynagrodzenie dostają z kasy PZPN, więc ich terytorialna przynależność straciła na znaczeniu. Ale utrwalonych przez lata nawyków i obaw nie dało się łatwo wyeliminować. Paradoksalnie znakomitym pretekstem do podjęcia takiej próby stały się ograniczenia wprowadzone z powodu pandemii koronawirusa. Żeby skrócić ryzykowne podróże arbitrów po kraju prezes PZPN Zbigniew Boniek zdjął z Kolegium Sędziów obowiązek kierowania się eksterytorialnością przy ustalaniu obsady sędziowskiej na meczach. I tak warszawianin Tomasz Kwiatkowski już dwa razy prowadził mecze Legii przy Łazienkowskiej, a w 33. kolejce mecz na szczycie Legii z Piastem prowadził przecież Szymon Marciniak, który wprawdzie formalnie jest z Płocka, ale organizacyjnie przynależy do Mazowieckiego Związku Piłki Nożnej. Wspomniany Tomasz Musiał w przeszłości był już arbitrem głównym spotkania rozgrywanego w Krakowie, ale wtedy prowadził mecz Wisły Kraków na jej stadionie.
Kiedy jednak jego nazwisko pojawiło się w sędziowskiej obsadzie meczu Cracovii z Pogonią, wśród sympatyków zespołu „Pasów” zagotowało się z oburzenia. Jak to, syn piłkarza i siatkarki Wisły, klubu który jest odwiecznym rywalem i największym wrogiem, ma być rozjemcą na stadionie przy Kałuży? Ale szef Kolegium Sędziów Zbigniew Przesmycki nie zważał na te protesty, chociaż pewnie miał świadomość, że jakiś ewentualny błąd Musiała na niekorzyść Cracovii może wywołać nietrudne do przewidzenia skutki.
Nic takiego na szczęście się nie zdarzyło. I to bynajmniej nie dlatego, że na trybunach stadionu przy Kałuży 1 pojawiło się niewiele ponad 2800 widzów. Po prostu 39-letni Tomasz Musiał sędziował w tym spotkaniu bez zrzutu, co zgodnie podkreślili po meczu trenerzy obu zespołów. „Sędziował bardzo dobrze, a miał kilka bardzo trudnych sytuacji do rozstrzygnięcia, choćby przy naszej drugiej bramce, ale nie tylko za to muszę go pochwalić. Po prostu dobrze prowadził mecz” – ocenił szkoleniowiec Cracovii Michał Probierz, a takie pozytywne opinie o pracy arbitrów nie są u niego częste. Podobna opinię wyraził opiekun „Portowców” Kosta Runjaić, chociaż jego zespół przegrał mecz mimo wyraźnej przewagi. „Nie mam żadnych zastrzeżeń do pracy sędziego. Dobrze wykonał swoją pracę” – stwierdził niemiecki trener.
Musiała pochwalił też jego bezpośredni przełożony, czyli szef Kolegium Sędziów Przesmycki. „Teraz mogę powiedzieć, że była to trochę ryzykowna decyzja, ale zanim ją podjąłem najpierw odbyłem z Tomkiem długą rozmowę. On mnie zapewnił, że czuje się na siłach poprowadzić ten mecz. Intensywny finisz sezonu i nadzwyczajne warunki dokończenia rozgrywek pomogły nam w przełamaniu oporów środowiska. Skoro odpowiedni arbiter był na miejscu w Krakowie, odpadła konieczność długiej podróży” – powiedział Przesmycki i zapewnił przy okazji, że kibice powinni zacząć się do takich sytuacji przyzwyczajać.
Zwłaszcza Cracovii, bo jest pomysł, żeby Musiał poprowadził także derby Krakowa. Zbigniew Boniek zaś stwierdził: „To krok w kierunku normalności i uznania profesjonalizmu sędziów. Oni chcą gwizdać jak najlepiej, a ich adres zamieszkania się nie liczy” – przekonuje sternik polskiego futbolu.
Wśród arbitrów wyznaczonych do prowadzenia meczów PKO Ekstraklasie jest w tej chwili sześciu, którzy pochodzą z miast mających swoje kluby w najwyższej lidze. Poza Kwiatkowskim (Warszawa) i Musiałem (Kraków) są to Zbigniew Dobrynin (Łódź), Szymon Marciniak (Płock), Paweł Raczkowski (Warszawa) i Dominik Sulikowski (Gdańsk). Żaden z nich do tej pory nie został wyznaczony do sędziowania meczu drużyny ze swojego miasta, ale teraz to już jest chyba tylko kwestią czasu.

Przyklepali rekordy świata

World Athletics ogłosiło ratyfikację trzech rekordów świata ustanowionych w tym roku przez Yulimarę Rojasa (trójskok), Armanda Duplantisa (skok o tyczce) oraz Joshuę Cheptegei (bieg na 5000 m).

Wenezuelka Yulimar Rojas poprawiła halowy rekord świata 21 lutego podczas mityngu World Athletics Indoor Tour w Madrycie, uzyskując wynik 15,43 m. Poprzednią rekordzistkę świata była Rosjanka Tatiana Lebiediewa. Natomiast szwedzki tyczkarz Armand Duplantis ustanowił światowy rekord w mityngu Copernicus Cup Toruniu skacząc 6,17 m. Wkrótce potem na zawodach w Glasgow skoczył o jeden centymetr wyżej, ale ten jego wynik wciąż czeka na oficjalne potwierdzenie.
Ostatni z potwierdzonych rekordów globu, został ustanowiony przez ugandyjskiego biegacza Joshuę Cheptegei 16 lutego podczas Monaco Run – przebiegł on wtedy dystans 5000 m w czasie 12 minut i 51 sekund.
Światowa federacja lekkoatletyczna zatwierdziła też rekordy w kategorii wiekowej do 20 lat: Etiopki Lemlem Hailu na 1500 m w Toruniu (4:01,79) oraz sztafety 4×100 metrów podczas mistrzostw panamerykańskich (38,62 s).

Mercedes maluje bolidy na czarno

W najbliższy weekend Formuła 1 zainauguruje opóźniony z powodu pandemii tegoroczny sezon wyścigiem o Grand Prix Austrii. Wydarzeniu towarzyszyć będzie wyjątkowa oprawa, nie mająca jednak nic wspólnego z koronawirusem. Motywem przewodnim będzie akcja #WeRaceAsOne przeciwko rasizmowi i dyskryminacji.

Na brak różnorodności w sporcie motorowym od dawna zwracał uwagę opinii publicznej jedyny ciemnoskóry kierowca w Formule 1, Brytyjczyk Lewis Hamilton. On też jako pierwszy z tego środowiska zaangażował się w kampanię Black Lives Matter. Nieoczekiwanie rozgłos tej jego aktywności nadał były wieloletni szef Formuły 1 Bernie Ecclestone, który w miniony piątek na antenie stacji CNN stwierdził, że w sportach motorowych, w tym zwłaszcza w F1, nie ma większego problemu z rasizmem. 89-letni obecnie Ecclestone zawsze słynął z wygłaszania kontrowersyjnych opinii, nie inaczej było i tym razem, bo w trakcie wywiadu pozwolił sobie na ryzykowną opinię, iż „czasem czarni są większymi rasistami niż biali”. Te słowa wywołały natychmiast medialną burzę. Hamilton nazwał wypowiedź Ecclestone’a „popisem ignorancji”, a obecny szef Formuły 1 Chase Carey stwierdził, że tego typu wypowiedzi są szkodliwe i podkreślił, że Ecclestone „nie jest już w żaden sposób związany z F1”.
Wywołany do tablicy brytyjski milioner udzielił więc kolejnego wywiadu, tym razem na łamach dziennika „The Mail”. „Nie jestem przeciwko czarnym. Wręcz przeciwnie. Zawsze byłem im bardzo przychylny. Był nawet okres, gdy ojciec Lewisa chciał ze mną współpracować, bo zrobił dobry sprzęt do treningu i szukał inwestora. Nigdy bym nie pomyślał o współpracy z nim, gdybym był przeciwko czarnym. W swoim długim już życiu spotykałem wielu białych ludzi, których nie lubiłem, zaś nigdy nie spotkałem czarnoskórego, którego bym nie polubił. Kilkukrotnie zostałem okradziony przez czarnych, ale nawet po takich sytuacjach nie zmieniłem swojego nastawienia, choć raz po obrabowaniu skończyłem w szpitalu. Nie patrzę na Lewisa jako na człowiek o innym kolorze skóry. Dla mnie był, jest i zawsze będzie po prostu Lewisem” – powiedział Ecclestone.
Wyjaśnił też, dlaczego nie akceptuje niektórych aspektów ruchu Black Lives Matter. „Ludzie idą na marsze czy protesty, organizowane przez jakichś marksistów, by obalić policję. Gdyby ktoś jednak ich zapytał o co walczą, to większość z protestujących nawet nie wiedzieliby co odpowiedzieć. To nie moja wina, że jestem biały, tak samo jak nie jest moją winą, że jestem niższy od większości ludzi. Już w szkole nazywali mnie mikrusem i musiałem z tym żyć, ale nigdy nie przyszła mi do głowy nawet myśl, że z tego powodu powinienem być jakoś specjalnie przez innych traktowany. Nie jestem rasistą, a tylko uważam, że jeśli biały lub czarny traci pracę, to najpierw trzeba sprawdzić, czy stało się to z powodu koloru skóry, czy może dlatego, że nie źle wykonywał swoją pracę” – przekonywał Ecclestone.
W Formule 1 nikt jednak nie podziela jego poglądów, czego najlepszym dowodem jest akcja pod szyldem #WeRaceAsOne. Jej pomysłodawcy chcą zwrócić uwagę na problem dyskryminacji rasowej. Przed pierwszym w tym sezonie wyścigiem, a po odwołaniu z powodu pandemii koronawirusa wcześniejszych imprez inauguracja tegorocznych zmagań odbędzie się w Austrii na torze Red Bull Ring w Spielbergu, broniąca mistrzowskiego tytułu ekipa Mercedesa zaprezentowała swoje najnowsze bolidy w nietypowych czarnych barwach. Na samochodach pojawią się też elementy z oznaczeniem „End Racism”. „W 2020 roku będziemy się ścigać na czarno, jako publiczna obietnica poprawy różnorodności naszego zespołu i jasne oświadczenie, że przeciwstawiamy się rasizmowi i wszelkim formom dyskryminacji. Przed końcem tego sezonu ogłosimy też nowy program różnorodności i integracji, który będzie obejmował między innymi dalsze podnoszenie świadomości członków naszego zespołu” – podano w oficjalnym komunikacie wydanym przez zespół Mercedesa. Szefowie niemieckiego teamu zapewnili, iż te zmiany są już nieodwracalne.
Robert Kubica ma się pojawić na obu wyścigach F1 w Austrii, aby wspierać swoją ekipę z garażu. Polak może też otrzymać szansę występu, gdyby okazało się, że na koronawirusa zachorował któryś z podstawowych reprezentantów Alfy Romeo – Kimi Raikkonen albo Antonio Giovinazzi. Jakie szanse ma sponsorowany m.in. przez PKN Orlen włoski zespół? Podczas przedsezonowych testów w Barcelonie, które odbyły sie pod koniec lutego tego roku, sądząc wedle uzyskiwanych czasów, także przez Kubicę, bolidy Alfa Romeo plasowały się na ósmym miejscu w stawce.

Piłka w rękach agentów

Angielska federacja piłkarska (FA) opublikowała niedawno raport, w którym ujawniono wydatki klubów Premier League na prowizje dla piłkarskich agentów i pośredników transferowych w okresie od 1 lutego 2019 do 31 stycznia 2020 roku. Tylko w tym czasie wydały one na ten cel szokująco wysoką kwotę 263 mln funtów.

Raport FA szokuje, bo wynika z niego, że kluby Premier League wydają fortunę na wynagrodzenia dla agentów. Liderem zestawienia jest świeżo upieczony mistrz kraju FC Liverpool, który przeznaczył na ten cel 30,3 mln funtów, a to jest więcej niż wydał w tym czasie na transfery nowych zawodników, co należy uznać za biznesowe kuriozum. „The Reds” w poprzednim sezonie w letnim i zimowym okienku transferowym pozyskali Takumi Minamino (7,25 mln funtów), Harveya Elliotta (1,5 mln), Seppa van den Berga (1,3 mln), Adriana i Andy’ego Lonerganów (obaj przyszli na zasadzie wolnego transferu). Nie jest to jednorazowy akt bezsensownej rozrzutności, bo rok wcześniej ekipa z Liverpoolu przekazała handlarzom piłkarskim towarem blisko 44 mln funtów.
Drugi w tym zestawieniu jest zdetronizowany w tym sezonie przez „The Reds” Manchester City, który zapłacił agentom i pośrednikom 29 mln funtów, a trzecią lokatę zajmuje drugi z klubów z Machesteru, United, z wydatkami na ten cel wynoszącymi 27,6 mln funtów. Czwarta Chelsea Londyn zapłaciła z tego tytułu 26,2 mln funtów. Dla porównania – ostatni na tej liście klub Premier League, FC Burnley, wydał na pośredników 3,9 mln funtów. Wypada podkreślić, że wynagrodzenia dla agentów nie są wypłacane wyłącznie przy transferach zawodników, ale także w przypadku przedłużeniem kontraktów przez graczy już występujących w danym klubie.
Rosnące z roku na rok wydatki na wynagrodzenia dla agentów i pośredników nie jest bynajmniej domeną angielskiej ligi. Podobnie szokująco wysokie kwoty zarabiają oni też w innych czołowych ligach europejskich, ale w biedniejszych proceder też się rozwija. Także w Polsce, chociaż u nas nie przybrał on jeszcze szokujących rozmiarów i na razie drenuje klubowe budżety na poziomie 35-40 mln złotych rocznie. Zdaniem futbolowych ekspertów skutki pandemii koronawirusa w tym roku prawdopodobnie powstrzymają trend wzrostowy, lecz nie wpłyną jakoś znacząco na dochody agentów i pośredników, których po zdjęciu przez FIFA barier dostępu do tego zawodu są w tej chwili tysiące. Korzystając z niesłabnącej prosperity na swoje usługi ludzie parający się tym zajęciem zbudowali sobie w ostatniej dekadzie bardzo mocną pozycję w światowym futbolu, a najbardziej obrotni z nich zaczęli zarabiać na poziomie największych piłkarskich gwiazd. I co istotne, zaczęli też przejmować kontrolę nad klubami w różnych krajach, czyniąc z nich wygodne narzędzia do hurtowego obrotu piłkarskim towarem.
Nie robią tego jednak otwarcie, bo to nieetyczne i rodzi podejrzenia korupcyjne. Władze FIFA i UEFA już dawno dostrzegły ten problem i w jaskrawych przypadkach grożą sankcjami, dlatego potentaci w tym biznesie kryją się sprytnie albo za tzw. słupami, albo w gąszczu akcjonariuszy zakładanych w rajach podatkowych różnych funduszy inwestycyjnych i grup kapitałowych. W Polsce za takim parawanem skrywają się niemieccy właściciele Lechii Gdańsk i Korony Kielce, a ostatnio dołączył do nich w Arce Gdynia nasz rodzimy potentat w tej branży, Jarosław Kołakowski, którego w gdyńskim klubie formalnie reprezentuje jego syn, Michał.
Kołakowski zajmuje się piłkarskimi transferami od blisko ćwierćwiecza, a jego najbardziej dochodowym klientem jest związany z nim od wielu lat Kamil Glik. Przejął Arkę za niewielkie pieniądze od rodziny Midaków, ale trudno na razie ocenić, czy po raczej nieuchronnym spadku gdyńskiego klubu z ekstraklasy zechce, a przede wszystkim czy zdoła go finansować z własnej kieszeni. Większym krezusem od Kołakowskiego mógł być (a może nawet wciąż jest) Cezary Kucharski, który jako agent Roberta Lewandowskiego zarobił wiele milionów euro, więcej niż zdołał sam jako piłkarz przez całą karierę. W 2018 roku „Lewy” zakończył jednak ich współpracę, a swoje interesy powierzył jednemu z największych tuzów w tej branży, Izraelczykowi Piniemu Zahaviemu. Nowy agent nie przeprowadził jednak wymarzonego przez kapitana naszej reprezentacji transferu z Bayernu Monachium do Realu Madryt, mimo to nadal ze sobą współpracują. Pewnie dlatego, że Zahavi wynegocjował Lewandowskiemu dwa kolejne nowe kontrakty z monachijskim klubem i jak wieść niesie wywindował jego zarobki do rekordowego poziomu w Bundeslidze. W przeszłości Izraelczyk reprezentował interesy m.in. angielskiego gwiazdora Rio Ferdinanda, ale zasłynął najbardziej transferem Brazylijczyka Neymara z Barcelony do Paris Saint-Germain.
Od 2015 roku Zahavi kontroluje też belgijski klub Excelsior Mouscron, polskim kibicom znany głównie z tego, że swego czasy grali w nim bracia Michał i Marcin Żewłakowie. Zahavi nie ma jednak ambicji przekształcenia tego lokalnego klubu w piłkarską potęgę, choćby na belgijska miarę. Od początku traktował go jak swego rodzaju stację przeładunkową dla piłkarzy, z którymi miał podpisane umowy menedżerskie. Potrafił w jednym sezonie sprowadzić do Mouscron 30 graczy i tylu też wytransferować do innych klubów. W szatni był taki tłok, że trener nie znał nawet większości zawodników z kadry. Skończyło sie to nieciekawie, bo Excelsior tuż przed wybuchem pandemii koronawirusa został pozbawiony licencji i groziła mu karna degradacja do ligi amatorskiej. Teraz co prawda jakimś cudem sprawa rozeszła się po kościach i klub ponownie dostał licencję, ale smrodek wokół niego pozostał.
Zdecydowanie lepiej w zarządzaniu klubem radzi sobie inny z tuzów branży pośredników transferowych, Portugalczyk Jorge Mendes, który fortunę zbił przede wszystkim jako agent Cristiano Ronaldo. Ten wpływowy dzisiaj agent zaczynał jako pracownik wypożyczalni kaset wideo, potem brał się za różnego rodzaju działalność rozrywkową. Prowadził klub nocny, restaurację, aż w końcu dzięki przypadkowej znajomości z ówczesnym młodzieżowym reprezentantem Portugalii Nuno Espirito Santo został menedżerem piłkarskim. Jego klientami, oprócz wspomnianego Cristiano Ronaldo, są też obecny trener Tottenhamu Hotspur Jose Mourihno czy wschodząca gwiazda portugalskiego futbolu Joao Felix, sprzedany z Benfiki Lizbona do Atletico Madryt za 127 mln euro.
Mendes z tylnego fotela prowadzi dziś Wolverhampton, którego trenerem jest wspomniany wcześniej Nuno Espirito Santo, a w kadrze zespołu znajduje się aż ośmiu Portugalczyków, których oczywiście interesy reprezentuje Mendes. Ekipie „Wilków” wiedzie się jednak w lidze całkiem nieźle – drużyna zajmuje piąte miejsce tabeli Premier League i są uważani za nową siła w angielskim futbolu. Ale Mendes nie ogranicza się do jednego projektu. Mendes chętnie umieszcza swoich zawodników również w klubie Famalicao, który w pierwszej fazie sezonu był nawet liderem ligi portugalskiej. Famalicao jest uważane za filię Atletico Madryt.
Wolverhampton i Famalicao to akurat pozytywne przykłady klubów znajdujących się pod wpływem piłkarskich agentów, co nie zmienia faktu, że oba także są tylko „halami targowymi” do handlu piłkarskim towarem.

Brutalny zakłócacz porządku

Rosyjski siatkarz Aleksander Kimerow ma dopiero 23 lata, ale już ma na koncie kilka kar dyscyplinarnych. W końcu się doigrał i po ostatnim wybryku dostał karę dwuletniego zawieszenia.

Kimerow podpadł tym, że na ulicy w Moskwie zaatakował kierowcę innego auta, poturbował go a także uszkodził mu pojazd. Zawodnik za swój chuligański wybryk został przez Rosyjską Federację Siatkówki zawieszony na dwa lata w prawach zawodnika. Na wieść o karze jego aktualny klub, Fakieł Nowy Urengoj, wypowiedział mu kontrakt ze skutkiem natychmiastowym.
Niezrażony tymi sankcjami reprezentant Rosji w mediach społecznościowych skomentował je w co najmniej niefrasobliwym tonie. „Nazywam się Aleksander Kimerow i jestem brutalnym zakłócaczem porządku. Ale możecie być spokojni, bez problemu zaakceptowałem zerwanie umowy przez Fakieł Nowy Urengoj. Przyznaję, że moje zachowanie było niedopuszczalne, ale stało się i teraz muszę to jakoś przeżyć” – napisał mierzący 215 cm siatkarz, występujący w klubie i reprezentacji w roli środkowego bloku lub atakującego. Ciekawe jak zniesie te dwa lata dyskwalifikacji…

Marit przegrała z juniorkami

Marit Bjoergen znów zmierzyła się w sportowej rywalizacji z Therese Johaug. Podczas treningowego testu norweskiej kadry 40-letnia weteranka przegrała jednak wyraźnie z młodszą o osiem lat rodaczką.

Bjoergen dwa lata temu oficjalnie zakończyła sportową karierę, a następnie po raz drugi została mama, lecz najwyraźniej brakuje jej rywalizacji na biegowych trasach, bo w tym sezonie podpisała kontrakt z zespołem biegaczy długodystansowych Ragde Eiendom prowadzonego przez braci Aukland (w latach 2015-2017 występowała w jego barwach Justyna Kowalczyk).
Legendarna biegaczka postanowiła sprawdzić swoją formę w konfrontacji z obecnymi zawodniczkami norweskiej kadry, w której największa gwiazdą jest teraz jej dawna koleżanka i rywalka Therese Johaug. Bjoergen wzięła udział w biegu testowym na trasach narciarskich pod Oslo, ale przegrała wyraźnie nie tylko Johaug, lecz nawet z juniorkami z kadry młodzieżowej.
Swój nieudany występ Bjoergen skwitowała krótko: „Było to dla mnie brutalne przebudzenie. Wiem teraz, że zanim wrócę do poważnej rywalizacji, muszę solidnie popracować nad formą”.

W Grudziądzu wykorzystali wirusa

Piłkarze Olimpii Grudziądz po 28. kolejce zajmowali w I lidze miejsce w środku tabeli – z jednym punktem straty do miejsca premiowanego udziałem w barażach o ekstraklasę oraz czterema przewagi nad strefą spadkową. Mimo to ich trener, Jacek Trzeciak, stracił posadę.

W zaskakującej dymisji Trzeciaka dziwne jest to, że rozstał się z klubem z Grudziądza za porozumieniem stron, co w realiach naszego futbolu nie jest powszechną praktyką. Sportowych powodów jego zwolnienia trudno się dopatrzyć. Przejął zespół 9 września ubiegłego roku i do minionego weekendu zdążył poprowadzić go w 21 spotkaniach, z których osiem wygrał, pięć zremisował, a w ośmiu zanotował porażki. Olimpia to nie jest znaczący klub na piłkarskiej mapie Polski, chociaż jego obecna kadra, naszpikowana obcokrajowcami, zdradza aspiracje do wyrwania się z przeciętności. Problem w tym, że w miejscowej społeczności nie ma jednomyślności co do kierunków rozwoju klubu ani też metod dojścia do wyznaczonych celów.
W przypadku Trzeciaka nie da się wykluczyć, że jakaś grupa ludzi zaangażowanych w działalności Olimpii chciał się go pozbyć, lecz wiele wskazuje, że trener sam się podłożył swoim antagonistom lekceważąc obostrzenia związane z pandemia koronawirusa. 20 czerwca po wygranym 1:0 wyjazdowym meczu z Puszczą Niepołomice Trzeciak, zamiast wrócić z ekipą do Grudziądza, pojechał na Śląsk odwiedzić rodzinę. Akurat w czasie, gdy w tej części kraju każdego dnia notowano najwięcej zakażonych Covid-19. Nic dziwnego, że niefrasobliwość szkoleniowca trochę zirytowała szefów klubu. Już wtedy pojawiły się plotki, że jego posada zawisła na włosku. Władze Olimpii zdementowały te pogłoski zapewniając w mediach społecznościowych, że szkoleniowiec ma ważny kontrakt, którego klub nie zamierza rozwiązywać.
Nie minął nawet tydzień, a po przegranym w 28. kolejce przez Olimpię na własnym stadionie 2:4 meczu z GKS Tychy
48-letni trener został jednak zdymisjonowany. Moment na taką decyzję szefowie klubu wybrali nie najlepszy, bo w czwartek zespół czeka wyjazdowa potyczka ze Stomilem Olsztyn, a w niedzielę u siebie z GKS Bełchatów. Oba zespoły są w tabeli niżej, ale nad 13. w stawce ekipą z Olsztyna Olimpia ma tylko dwa punkty przewagi, a nad 14. bełchatowianami cztery.

48 godzin sport

Włókniarz liderem Ekstraligi
Lider żużlowej PGE Ekstraligi Włókniarz Częstochowa pokonał Spartę Wrocław 53:37 w hicie trzeciej kolejki i umocnił się na prowadzeniu. Zajmująca drugą lokatę w tabeli Unia Leszno z takim samym wynikiem wygrała z Motorem Lublin, a trzeci w stawce Falubaz Zielona Góra zwyciężył GKM Grudziądz 48:42. Trzecią porażkę w obecnym sezonie zanotowała natomiast ekipa Stali Gorzów, która na wyjeździe uległa beniaminkowi PGE Ekstraligi ROW Rybnik 44:46. Gorzowianie, którzy mają w składzie m.in. mistrza świata Bartosza Zmarzlika, zasłużenie okupują ostatnie, ósme miejsce.

Jedenasty gol Świderskiego
Występujący obecnie w barwach PAOK Saloniki były napastnik Jagiellonii Białystok Karol Świderski zdobył bramkę w wygranym przez jego zespół 2:0 derbowym meczu Arisem Saloniki, rozegranym w ramach 30. kolejki grupy mistrzowskiej greckiej ekstraklasy. 23-letni napastnik w tym spotkaniu zmarnował też rzut karny, ale w tym sezonie ma już na koncie 11 ligowych trafień i jest najskuteczniejszym graczem w zespole PAOK oraz zajmuje trzecią lokatę w klasyfikacji strzelców.

Zostaje w Chemiku Police
Grająca na pozycji atakującej Martyna Łukasik przedłużyła na kolejny sezon kontrakt z Chemikiem Police. 21-letnia siatkarka występuje w barwach tego zespołu od 2018 roku i zdobyła z nim w poprzednim sezonie mistrzostwo Polski, a wcześniej dwukrotnie Puchar Polski (2018, 2019) i Superpuchar Polski (2019).

Półfinały Pucharu Anglii
W rozegranych w miniony weekend ćwierćfinałowych meczach Pucharu Anglii Arsenal Londyn wygrał z Sheffield United 2:1, Chelsea Londyn z Leicester City 1:0, Manchester City z Newcastle 2:0, a Manchester United dopiero po dogrywce pokonał Norwich 2:1. W półfinale Manchester United zagra z Chelsea, a Arsenal z Manchesterem City. Oba spotkania półfinałowe odbędą się bez udziału publiczności w dniach 18-19 lipca na stadionie Wembley, zaś finał zaplanowano na 1 sierpnia.

Kamiński zastąpi Kownackiego
Zespół VfB Stuttgart, którego piłkarzem jest siedmiokrotny reprezentant Polski Marcin Kamiński, awansował do 1.Bundesligi. Tym samym polska kolonia w niemieckiej ekstraklasie pod względem liczebności nie ulegnie zmianie po spadku Fortuny Duesseldorf, w której występuje inny reprezentant Polski Dawid Kownacki.

Przypomniał o sobie Stępiński
Mariusz Stępiński strzelił gola dla zespołu Hellas Verona w zremisowanym 3:3 wyjazdowym meczu 28. kolejki Serie A z Sassuolo. Dla 25-letniego napastnika, który zaliczył również asystę przy pierwszej bramce dla swojej drużyny, było to trzecie ligowe trafienie w tym sezonie. Stępiński ma na koncie cztery występy w reprezentacji Polski, był też w kadrze na turniej Euro 2016.

Wyniki 33. kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 33. kolejki:
Grupa mistrzowska:

Legia Warszawa – Piast Gliwice 1:1
Gole: Maciej Rosołek (84) – Jorge Felix (59 karny). Żółte kartki: Wszołek, Gwilia, Wieteska – Rymaniak. Czerwona kartka: Rymaniak (55., za drugą żółtą).
Sędziował: Szymon Marciniak.
Widzów: 6000.
Śląsk Wrocław – Lech Poznań 2:2
Gole: Israel Puerto (76), Jakub Łabojko (85) – Christian Gytkjaer (17), Jakub Moder (82 karny). Żółte kartki: Chrapek, Mączyński – Gytkjaer, Puchacz.
Sędziował: Tomasz Kwiatkowski.
Widzów: 5781.
Jagiellonia Białystok – Lechia Gdańsk 1:2
Gol: Jakov Puljić (45) – Łukasz Zwoliński (47, 74). Żółta kartka: Romanczuk (Jagiellonia). Sędziował: Bartosz Frankowski.
Widzów: 2866.
Cracovia – Pogoń Szczecin 2:1
Gole: Benedikt Zech (22 samobójcza), Pelle van Amersfoort (76) – Ricardo Nunes (90). Żółte kartki: Jablonsky, Hrosso – Dąbrowski. Sędziował: Tomasz Musiał.
Widzów: 2812
Grupa spadkowa:
Raków Częstochowa – Arka Gdynia 3:2
Gole: Kamil Piątkowski (29), Petr Schwarz (43), Kamil Kościelny (65) – Patryk Kun (56 samobójcza), Marcus Vinicius (81). Żółte kartki: Petrasek, Kościelny, Brown Forbes – Kopczyński, Zbozień, Nalepa. Sędziował: Paweł Gil (Lublin). Widzów: 730.
Zagłębie Lubin – Korona Kielce 2:1
Gole: Jewgienij Baszkirow (21, 67) – Petteri Forsell (45). Żółte kartki: Spychała, Tzimopoulos (Korona). Sędziował: Mariusz Złotek (Stalowa Wola). Widzów: 885.
Wisła Płock – ŁKS Łódź 2:0
Gole: Cillian Sheridan (19), Piotr Tomasik (38). Żółte kartki: Ambrosiewicz, Marcjanik – Sobociński, Ricardo Guima, Wolski. Sędziował: Łukasz Szczech.
Widzów: 999.
Górnik Zabrze – Wisła Kraków 0:1
Gol: Alon Turgeman (47). Żółta kartka: Giakoumakis (Górnik). Sędziował: Krzysztof Jakubik. Widzów: 4268.

Grupa mistrzowska

  1. Legia 33 65 66:31
  2. Piast 33 54 37:30
  3. Lech 33 54 59:31
  4. Śląsk 33 53 47:39
  5. Lechia 33 52 44:43
  6. Cracovia 33 49 44:35
  7. Jagiellonia 33 48 44:42
  8. Pogoń 33 46 30:34
    Grupa spadkowa
  9. Raków 33 50 45:46
  10. Górnik 33 47 45:42
  11. Zagłębie 33 44 54:50
  12. Wisła P. 33 42 39:51
  13. Wisła K. 33 41 40:50
  14. Arka 33 33 33:52
  15. Korona 33 30 24:43
  16. ŁKS Łódź 33 21 27:59

Złoty But dla Immobile?

W rozegranej w miniony weekend 28. kolejce Serie A Juventus rozgromił Lecce 4:0 i utrzymał czteropunktową przewagę nad drugim w tabeli Lazio Rzym. Rzymski zespół wygrał 2:1 z Fiorentiną, a jedną z bramek zdobył Ciro Immobile.

W opinii ekspertów Juventus jest murowanym faworytem do zdobycia mistrzostwa kraju, już dziewiątego z rzędu, a 35. w historii (dwa tytuły zostały mu odebrane za udział w aferze korupcyjnej). Jedną z bramek dla ekipy „Starej Damy” zdobył z rzutu karnego Cristiano Ronaldo i było to jego 23. ligowe trafienie w obecnych rozgrywkach. Portugalczyk w klasyfikacji strzelców Serie A jest jednak drugi, a na czele znajduje się napastnik Lazio Ciro Immpobile, który ma w tej chwili na koncie 28 goli. W dwóch rozegranych po restarcie kolejkach Serie A obaj snajperzy zdobyli po dwie bramki, obaj jednak trafiali wyłącznie z rzutów karnych. Ale nie ulega wątpliwości, że prowadzący obecnie w klasyfikacji „Złotego Buta” Robert Lewandowski (34 gole, 68 punktów) raczej nie zdobędzie w tym sezonie tego cennego trofeum. Pewniakiem w tym wyścigu wydaje się właśnie Immobile, którego zapewne będzie do końca ścigał Cristiano Ronaldo. Włoska ekstraklasa liczy 20 zespołów, ma więc do rozegrania w sumie 38 kolejek, a to oznacza, że obaj jej najskuteczniejsi snajperzy będą mieli jeszcze 10 meczów na poprawienie swojego strzeleckiego dorobku. I na dodatek grają w dwóch najlepszych zespołach, które strzelają najwięcej goli. Immobile ma do Lewandowskiego tylko sześć goli straty i jeśli nie przydarzy mu się jakaś kontuzja czy długa dyskwalifikacja, to jest więcej niż pewne, iż utrzymując dotychczasową regularność w 10 występach trafi tyle razy, żeby wyprzedzić kapitana reprezentacji Polski. Cristiano Ronaldo traci do „Lewego” 13 bramek, ale także on przy odrobinie snajperskiego szczęścia jest w stanie odrobić straty.
Lewandowski będzie mógł tylko bezradnie obserwować poczynania konkurentów do „Złotego Buta”. Argentyński gwiazdor FC Barcelona na razie zatrzymał się na 21 trafieniach, ale on będzie miał jeszcze tylko sześć okazji do poprawienia tego dorobku, bo tyle kolejek pozostało do zakończenia rozgrywek Primera Division.