Polacy nie mają lekko w Paryżu

W niedzielę rozpoczął się w Paryżu przełożony z powodu pandemii koronawirusa wielkoszlemowy turniej French Open. W podanym przez organizatorów terminarzu gier w pierwszym dniu zaplanowano 20 pojedynków singlowych kobiet i 19 pojedynków singlowych mężczyzn. Nikt z czwórki reprezentantów Polski (Magda Linette, Iga Świątek, Hubert Hurkacz i Kamil Majchrzak) nie został wyznaczony do niedzielnych meczów.

W niedzielę i poniedziałek w rywalizacji tenisistek mają się odbyć pojedynki zawodniczek rozlosowanych w górnej połówce turniejowej drabinki, natomiast w poniedziałek i wtorek do rywalizacji przystąpią też zawodniczki z dolnej połówki. Jeśli panująca teraz w Paryżu deszczowa pogoda nie pokrzyżuje szyków organizatorom French Open, to w poniedziałek zgodnie z planem gier swój pojedynek powinna rozegrać Iga Świątek. Przeciwniczką 19-letniej warszawianki w I rundzie będzie wyżej od niej sklasyfikowana w rankingu Czeszka Marketa Vondrousova (WTA 19), ubiegłoroczna finalistka zmagań na kortach im. Rolanda Garrosa. Będzie to ich pierwsze starcie w zawodach głównego cyklu. Polka, aktualnie 54. na światowej liście, przed rokiem zadebiutowała w paryskim turnieju i doszła do IV rundy, lecz w pojedynku z 21-letnią Vondrousovą mało kto daje jej szanse na zwycięstwo.
Druga z naszych reprezentantek, Magda Linette (WTA 36), znalazła się w dolnej połówce turniejowej drabinki i w pierwszej rundzie w poniedziałek lub wtorek zmierzy się z utalentowaną 18-letnią Kanadyjką Leylah Annie Fernandez (WTA ). Dla rywalki naszej najlepszej tenisistki będzie to debiut na ziemnych kortach kompleksu im. Rolanda Garrosa, natomiast dla Linette jest to już szósty występ w paryskim turnieju. Najdalej doszła w 2017 roku, ale była to tylko trzecia runda. Z Fernandez zagra po raz pierwszy.
Ubiegłoroczna triumfatorka French Open, Australijka Ashleigh Barty, zrezygnowała z obrony tytułu. Oprócz niej z zawodniczek sklasywikowanych w czołowej dziesiątce rankingu WTA w Paryżu zabraknie jeszcze Japonki Naomi Osaki i Kanadyjki Bianki Andreescu. A w losowaniu par I rundy niepokonana od 14 meczów Rumunka Simona Halep (rozstawiona w imprezie z numerem 1) trafiła na Hiszpankę Sarę Sorribes Tormo. Turniejowa „dwójka”, Czeszka Karolina Pliskova, swój udział w turnieju rozpocznie od starcia z kwalifikantką, Egipcjanką Mayar Sherif. Z kolei Ukrainka Elina Switolina (nr 3) i Amerykanka Sofia Kenin (nr 4) spotkają się z Rosjankami, odpowiednio Warwarą Graczewą i Ludmiłą Samsonową.
Holenderka Kiki Bertens (nr 5) trafiła na Ukrainkę Katarinę Zawacką, zaś trzykrotna mistrzyni French Open, Amerykanka Serena Williams (nr 6) zagra ze swoją rodaczką Kristie Ahn. Czeszkę Petrę Kvitovą (nr 7) czeka natomiast pojedynek z Francuzką Oceane Dodin, rozstawioną z numerem 8. Białorusinkę Arynę Sabalenkę z reprezentantką USA Jessicą Pegulą, a Brytyjkę Johannę Kontę (nr 9) z 16-letnią Amerykanką Cori Gauff. Wracająca do światowej elity Białorusinka Wiktoria Azarenka, finalistka tegorocznego US Open, a w Paryżu rozstawiona z „10”, rywalizację rozpoczęła od potyczki z Czarnogórką Danką Kovinić.
W rywalizacji mężczyzn obaj repre4zentanci Polski, Hubert Hurkacz i Kamil Majchrzak, trafili do górnej połówki turniejowej drabinki, więc swoje pierwsze mecze rozegrają w poniedziałek lub wtorek. Rywalem Hurkacza będzie Amerykanin Tennys Sandgren, którego już pokonał na paryskiej mączce dwa lata temu. Amerykanin jeszcze nigdy nie wygrał meczu w turnieju głównym French Open, a zanotuje w nim czwarty występ (debiutował w 2017 roku). W innych wielkoszlemowych turniejach spisywał się lepiej, zwłaszcza w Australian Open, gdzie dwa razy doszedł do ćwierćfinału (2018, 2020). Hurkacz na kortach im. Rolanda Garrosa zagra po raz trzeci. Jego najlepsze jak dotąd osiągnięcie to druga runda w premierowym starcie w 2018 roku.
Pierwszym rywalem Majchrzaka będzie natomiast Rosjanin Karen Chaczanow, ćwierćfinalista French Open z ubiegłego roku. Z tego powodu on jest faworytem tego pojedynku, bo dla naszego tenisisty będzie to debiut w paryskiej imprezie.
Lider rankingu ATP Serb Novak Djoković (nr 1) na otwarcie zmierzy się ze Szwedem Mikaelem Ymerem. Tytułu bronił będzie Rafael Nadal (nr 2), dwunastokrotny mistrz turnieju, który w I rundzie zagra z Białorusinem Jegorem Gerasimowem, Austriak Dominic Thiem (nr 3) z Chorwatem Marinem Ciliciem, Rosjanin Danił Miedwiediew (nr 4) trafił na Węgra Martona Fucsovicsa, Grek Stefanos Tsitsipas (nr 5) wylosował Hiszpana Jaume Munara, Niemiec Alexander Zverev (nr 6) Austriaka Dennisa Novaka, Włoch Matteo Berrettini (nr 7) Kanadyjczyka Vaska Pospisila, Francuz Gael Monfils (nr 8) trafił zaś na Kazacha Aleksandra Bublika.

Covid-19 zaatakował ekstraklasę

Aż pięciu piłkarzy Pogoni Szczecin zakaziło się koronawirusem. Prawdopodobnie podczas ubiegłotygodniowego meczu ligowego ze Śląskiem Wrocław. Władze ekstraklasy zarządziły we wszystkich klubach dodatkowe, obowiązkowe testy na obecność Covid 19.

W poprzednim tygodniu Pogoń Szczecin grała w lidze ze Śląskiem Wrocław. Dwa dni przed meczem wrocławski klub potwierdził kilka pozytywnych wyników testów na obecność koronawirusa. Mimo natychmiastowej izolacji chorych nie można wykluczyć, że to właśnie od nich w trakcie ostatniego meczu zarazili się zawodnicy szczecińskiego zespołu.
PZPN i władze ligi są zaniepokojone zwiększającą się liczbą zachorowań w Polsce oraz w samej lidze. Dlatego też w klubach zostaną przeprowadzone badanie, których zadaniem będzie wygaszanie koronawirusa w klubach.
„Po konsultacjach z Zespołem Medycznym PZPN Ekstraklasa S.A. poprosi wszystkie kluby o przeprowadzenie w przyszłym tygodniu testów wymazowych na COVID-19. Ma to związek z rosnącą liczbą zakażeń w Polsce i w kilku klubach Ekstraklasy.
Transmisja wirusa przyspieszyła i w dłużej perspektywie brak reakcji może poważnie zagrozić ciągłości rozgrywek. Ich przerwanie byłoby katastrofą – sportową i finansową. Bo musimy pamiętać, skąd płyną największe pieniądze – ze stacji telewizyjnych, które wykładają setki milionów złotych rocznie” – podano w komunikacie.
Konieczność przeprowadzenia dodatkowych testów będzie dla klubów sporym wydatkiem, bo trzeba będzie przebadać nie tylko zawodników i członków sztabów szkoleniowych, ale też wydelegowanych do obsługi technicznej spotkań pracowników pionów administracyjnych klubów. Nie ma jednak innego rozwiązania. Przypomnijmy, że przypadki koronawirusa odnotowano do tej pory w Legii Warszawa, Śląsku Wrocław, Pogoni Szczecin, Piaście Gliwice (trener Waldemar Fornalik), Lechii Gdańsk i ostatnio w Wiśle Kraków, która zgłosiła zakażenie u jednego zawodnika i jednego z pracowników klubu.

Zmiana na szczycie Formuły 1

Podczas Grand Prix Rosji w Soczi ogłoszono, że od 1 stycznia 2021 roku nowym prezesem i dyrektorem generalnym Formuły 1 zostanie 55-letni Włoch Stefano Domenicali, który na tych stanowiskach zastąpi Chase’a Carey’a.

Zmiana na szczytach władzy Formuły 1 odbyła się bez zgrzytów. W piątek komunikat w tej sprawie opublikowano na stronie internetowej formula1.com. Ustępujący z posady 66-letni Amerykanin Chase Carey został w ciepłych słowach pożegnany przez Grega Maffeiego, prezesa i dyrektora generalnego Liberty Media, właściciela Formuły 1. „Chase wykonał fenomenalną robotę. Jego działania umocniły F1 na szczycie sportów motorowych” – stwierdził Maffei i zapewnił, że Carey nadal będzie odgrywał ważną rolę w tym sporcie.
Teraz jednak całą uwagę skoncentrował na sobie Stefano Domenicali, wcześniej znany z pracy w ekipie Ferrari i we władzach FIA. „Jestem podekscytowany dołączeniem do wielkiej rodziny Formuły 1, sportu, który zawsze był częścią mojego życia. Urodziłem się w Imola, a mieszkam w Monza. Pozostałem w kontakcie z tym sportem dzięki mojej pracy w FIA. Teraz nie mogę doczekać się nawiązania kontaktu z zespołami, promotorami, sponsorami i wieloma partnerami w Formule 1, ponieważ nadal będziemy rozwijać ten biznes” – powiedział 55-letni włoski menedżer w swoim pierwszy wystąpieniu w nowej roli. Domenicali w 1991 roku dołączył do zespołu Ferrari, w którym stopniowo awansował, aż w 2007 roku został szefem zespołu i utrzymał się na tym stanowisku do 2014 roku. Ostatnio był dyrektorem generalnym w Lamborghini.
Domenicali, gdy był jeszcze szefem zespołu Ferrari, podpisał kontrakt z Robertem Kubicą, na podstawie którego polski kierowca miał dołączyć do ekipy z Maranello w 2012 roku. Niestety, Kubica, jeszcze w barwach zespołu Renault, przed sezonem F1 6 lutego 2011 roku wziął udział w lokalny rajdzie samochodowy Ronde di Andora, w trakcie którego uległ poważnemu wypadkowi. Na tory Formuły 1 Polak wrócił dopiero w 2019 roku jako kierowca Williamsa, a w tym sezonie jest rezerwowym Alfa Romeo.

Piątek dołuje w Herthcie Berlin

Coraz więcej wskazuje, że dla Krzysztofa Piątka zmiana klubu i ligi nie będzie przełomem w karierze. Rozbudził wielkie oczekiwania trwającą pół roku kanonadą w barwach Genoi, ale po przejściu do AC Milan zatracił skuteczność, której nie potrafi odzyskać także w Herthcie Berlin.

Nowy sezon Bundesligi Piątek zaczął fatalnie, od słabego występu w wygranym przez Herthę 4:1 meczu z Werderem Brema. Polak wyszedł na boisko w podstawowym składzie, lecz grał tylko do 61. minuty i został zmieniony przez pozyskanego latem z FC Koeln Kolumbijczyka Jhona Cordobę. Jego zmiennik zagrał o wiele lepiej i na dodatek w swoim debiutanckim występie zdobył jeszcze bramkę, co natychmiast zostało odpowiednio podkreślone w relacjach niemieckich mediów. W komentarzach większość z nich przewidywała, że Piątek straci miejsce w wyjściowej jedenastce, ale w ten weekend w spotkaniu 2. kolejki z Eintrachtem Frankfurt polski napastnik jednak zagrał od pierwszej minuty. Niestety, zagrał słabo. W pierwszej połowie ledwie siedem razy dotknął piłki i wykonał dwa podania, ale ani razu nie zagroził bramce rywali. Trener berlińskiej drużyny Bruno Labbadia już nie czekał ze zmianą, bo jego ekipa przegrywała już 0:2 i zdjął Piątka już w przerwie. Ostatecznie Hertha przegrała 1:3, ale miejscowe media najwięcej pretensji kierowały właśnie pod adresem Piątka. „Po raz kolejny wystąpił kosztem Cordoby, ale nie umiał spłacić zaufania trenera. Nie ma połączenia z grą drużyny, nie miał żadnych groźnych akcji” – napisał SportBuzzer i przyznał polskiemu napastnikowi notę 4,5 (skala 1-6, im niższa, tym lepsza). Ale takie same noty jak Piątek dostali jeszcze Marvin Plattenhardt i Matheus Cunha, a trzech innych graczy Herthy, Dedryck Boyata, Maximilian Mittelstadt oraz Vladimir Darida, otrzymali jeszcze gorsze (5).
Piątek jest jednak w fatalnej sytuacji, bo Labbadia wyraźnie go nie ceni, a nie może całkowicie odstawić na boczny tor tylko dlatego, że polski napastnik jest drugim najdroższym piłkarzem w historii berlińskiego klubu. Trener nie może zrezygnować z piłkarza, za którego sprowadzenie klub zapłacił 23 mln euro. Tym bardziej, że chętnych do odkupienia Piątka za te pieniądze nie ma.

Jerzego Brzęczka dopadł koronawirus

Polski Związek Piłki Nożnej poinformował, że selekcjoner reprezentacji Jerzy Brzęczek otrzymał pozytywny wynik testu na wirusa SARS-CoV-2 i przebywa na kwarantannie. Jego udział w październikowym zgrupowaniu kadry jest raczej wykluczony, bo chociaż szkoleniowiec przebywa w domu, to z nieoficjalnych doniesień wynika, że nie przechodzi koronawirusa bezobjawowo.

PZPN informując o zakażeniu selekcjonera biało-czerwonych ograniczył się jedynie do krótkiego komunikatu na swojej oficjalnej stronie internetowej: „Polski Związek Piłki Nożnej informuje, że badania na obecność wirusa SARS-CoV-2 przeprowadzone u selekcjonera reprezentacji Polski Jerzego Brzęczka dały wynik pozytywny. W wyniku zaistniałej sytuacji wprowadzona została standardowa procedura izolacji zgodna z obowiązującymi przepisami sanitarnymi”.
Z tego co wiadomo, Brzęczek poddał się badaniu w miniony piątek, w wynik otrzymał dzień później. Z nieoficjalnych informacji wynika, że przebywa na kwarantannie w swoim domu, zmaga się z gorączką, co oznacza, że nie przechodzi zakażenia bezobjawowo. Teraz będzie przechodził testy co dwa dni i dopiero po dwukrotnym uzyskaniu negatywnego wyniku będzie mógł wrócić do pracy. Zgodnie z obecnymi przepisami epidemicznymi jego izolacja musi potrwać co najmniej 10 dni, więc teoretycznie Brzęczek mógłby stawić się na zgrupowaniu kadry w poniedziałek 5 października, o ile rzecz jasna będzie całkowicie zdrowy, a wykonane u niego testy dadzą wyniki negatywne.
Niczego jednak na siłę nie musi robić, bo chociaż nasza reprezentacja pierwszy mecz zagra już 7 października z Finlandią w Gdańsku, będzie to jednak tylko spotkanie towarzyskie. O punkty w Lidze Narodów biało-czerwoni zagrają dopiero w niedzielę 11 października, także w Gdańsku, z Włochami oraz w środę 14 października, we Wrocławiu, z zespołem Bośni i Hercegowiny.
Brzęczek wysłał już powołania na najbliższe mecze do 25 piłkarzy występujących na co dzień w klubach zagranicznych, a w poniedziałek po zakończeniu 5. kolejki PKO Ekstraklasy ma podać ostateczny skład kadry, uzupełniony o zawodników grających jeszcze w polskich klubach.
Jeśli selekcjoner nie będzie mógł pojawić się na zgrupowaniu reprezentacji od początku, prawdopodobnie wedle jego wskazówek poprowadzą je asystenci – Radosław Gilewicz i Tomasz Mazurkiewicz. Szef PZPN Zbigniew Boniek za pośrednictwem Twittera na razie tylko życzył Brzęczkowi szybkiego powrotu do zdrowia i o żadnym ewentualnym zastępstwie nawet się nie zająknął. Co nie zmienia faktu, że powinien chyba o czymś takim pomyśleć, bo jeśli koronawirus przytrzyma selekcjonera w izolacji dłużej niż przewiduje optymistyczny scenariusz, Brzęczek będzie mógł co najwyżej pokierować zespołem zdalnie. A że jest to raczej dość ryzykowne rozwiązanie, przekonał się w ubiegłym tygodniu Piast Gliwice, którego w przegranym 0:3 meczu Ligi Narodów z FC Kopenhaga próbował zdalnie poprowadzić trener Waldemar Fornalik, również zakażony Covid-19.
Warto podkreślić, że w Polsce w ostatnich dniach gwałtownie wzrosła liczba zakażonych – pod koniec ubiegłego tygodnia ministerstwo zdrowia podawało rekordowe od początku pandemii liczby zachorowań, przekraczające półtora tysiąca osób. Znacząco wzrosły też liczby zgonów, np. w piątek na Covid-19
zmarły 32 osoby.

Legia też wzięła wolne w lidze

Lech Poznań już w ubiegłą środę, niemal tuż po wygranym 5:0 meczu z Apollonem Limassol w 3. rundzie Ligi Europy, poprosił władze Ekstraklasy SA o przełożenie wyznaczonego na niedzielę ligowego spotkania z Pogonią Szczecin. Następnego dnia o przełożenie meczu ze Śląskiem Wrocław wystąpiła Legia Warszawa, która awansowała do 4. rundy po zwycięstwie nad mistrzem Kosowa Drita Gnjilane 2:0. Ekstraklasa zgodziła się bez problemu.

Niemal tuż po zakończeniu czwartkowego spotkania z Drita Gnjilane działacze Legii wysłali do Ekstraklasy SA prośbę o przeniesienie niedzielnego spotkania ze Śląskiem Wrocław na inny termin. Była to tylko czysta formalność, bo już dzień wcześniej prezes zarządu spółki Marcin Animucki, tuż po tym jak podpisał zgodę na przeniesienie meczu Lecha Poznań z Pogonią Szczecin, oficjalnie zapewnił, że na taką samą zgodę mogą też liczyć Legia i Piast Gliwice, jeśli zakwalifikują się do 4. rundy kwalifikacji Ligi Europy. Jak wiadomo gliwiczanie nie dali rady ekipie FC Kopenhaga i przegrali z nią na wyjeździe 0:3, zatem nie mieli podstaw do przełożenia czekającego ich w poniedziałek spotkania ze Stalą Mielec. Ale warszawski zespół skorzystał z przywileju.
Nowe terminy meczów Lecha z Pogonią i Legii ze Śląskiem zostaną wyznaczone dopiero po czwartkowych meczach 4. rundy kwalifikacji Ligi Europy. Dla przypomnienia – 1 października „Kolejorz” zmierzy się na wyjeździe z belgijskim Royal Charleroi (początek spotkania godz. 19:00), natomiast „Wojskowi” podejmą u siebie na Łazienkowskiej azerski Karabach Agdam (początek meczu godz. 20:00). „Chcemy w każdy możliwy sposób wspomóc polskie kluby w walce o awans do fazy grupowej Ligi Europy. Dzięki tej decyzji Lech ni Lechia zyskają więcej czasu na przygotowanie się do meczów pucharowych” – tłumaczył decyzję Ekstraklasy SA jej prezes Marcin Animucki. Zapewnił jednak, że kolejnych zmian terminów czy odwoływania meczów ekstraklasy już w tym sezonie nie będzie.
Wszelkie pretensje są w tej sytuacji nieuzasadnione i należy jedynie żałować, że dopiero teraz Ekstraklasa SA w takiej formie pomogła swoim „eksportowym” zespołom. A że one w ostatnich latach fatalnie spisywały się w rozgrywkach o europejskie puchary, to skutek tej mizerii jest taki, że w przyszłym sezonie w Lidze Europy będzie mógł zagrać tylko mistrz Polski, jeśli odpadnie z kwalifikacji do Ligi Mistrzów. Trzy pozostałe polskie drużyny będą rywalizować w europejskiej „trzeciej lidze pucharowej”, czyli w Lidze Konferencji Europy UEFA (Europa Conference League). I to jest wystarczający powód, żeby nasze ligowe kluby zaczęły się w końcu wspierać, bo na razie jest tak, że zarówno Pogoń, jak i Śląsk oprotestowały decyzję Ekstraklasy SA, zaś wcześniej same z siebie prośby Lecha i Legii o przełożenie spotkań odrzuciły. Różnica między nimi była tylko taka, że szczecinianie nie kryli się ze swoim protestem, natomiast wrocławianie próbowali przeszkodzić w przełożeniu spotkania po cichu.
Tymczasem szarpać się nie ma powodu, bo rywalizacja w ekstraklasie jest wyrównana, czego dowodem choćby pierwsza zadyszka idącego wcześniej jak burza Górnika Zabrze. W piątej kolejce ekipa trenera Marcina Brosza na swoim boisku tylko zremisowała bezbramkowo z Wisłą Kraków. Utrzymała mimo to pozycję lidera, ale trzy punkty przewagi nad zajmującymi dwie kolejne lokaty zespołami Rakowa Częstochowa (zremisował na wyjeździe z Cracovią 2:2) i Zagłębia Lubin („Miedziowi” wygrali w Białymstoku z Jagiellonią 1:0) to nie jest jeszcze przepaść. Warto odnotować premierowe zwycięstwo beniaminka ekstraklasy Warty Poznań, która nieoczekiwanie wygrała w Płocku z Wisłą 3:1. Na swoje pierwsze zwycięstwo czeka natomiast beniaminek z Bielska-Białej Podbeskidzie, które w Gdańsku przegrało z Lechią aż 0:4 i po pięciu ligowych kolejkach ma już 16 straconych bramek.

Gracz z Łomża Vive Kielce w elicie

W najlepszej siódemce graczy 2. kolejki Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych znalazł się zawodnik Łomży Vive Kielce Alex Dujshebaev. Zestawienie zdominowali jednak szczypiorniści HBC Nantes, którzy na wyjeździe ograli THW Kiel.

Rozegrane w ramach drugiej kolejki Ligi Mistrzów EHF wyjazdowe spotkanie z niemieckim zespołem było jubileuszowym, setnym występem ekipy HBC Nantes w europejskich pucharach. Niewykluczone, że gracze francuskiego zespołu postanowili z tej okazji sprawić swoim fanom uciechę i wygrać potyczkę z THW Kiel. Zwycięstwo finalisty tych rozgrywek sprzed dwóch lat nie jest może jakąś wielką sensacją, bo niemiecka drużyna, chociaż bardziej utytułowana i z trzema triumfami w Lidze Mistrzów na koncie, to jednak ostatni sukces odniosła osiem lat temu. Mimo to porażka Niemców 27:35 na własnym boisku została przez EHF uznana za takie istotne wydarzenie, że aż trzech zawodników francuskiej ekipy znalazło się w najlepszej siódemce drugiej kolejki LM.
Największe wrażenie swoim występem wywarł na ekspertach EHF bramkarz HBC Nantes Emil Nielsen. Jego nominacja do „Best 7” to nie jedyne wyróżnienie – jedna z jego interwencji konkuruje też do nagrody dla najlepszej parady bramkarskiej w 2. rundy.
Wśród wyróżnionych znalazł się jeden szczypiornista Łomży Vive Kielce. Alex Dujshebayev z ośmioma trafieniami był najlepszym strzelcem mistrzów w Polski w wygranym spotkaniu z węgierskim MOL-Pick Szeged (26:23) i znacząco przyczynił się do zdobycia przez kielecki zespół pierwszych punktów w tej edycji Ligi Mistrzów. Doceniono też jednego z graczy rywali, bo do „Best 7” trafił też rozgrywający Pick Szeged Joan Canellas.
Najlepsza siódemka 2. kolejki LM:
Bramkarz – Emil Nielsen (HBC Nantes); lewoskrzydłowy – Hampus Wanne (SG Flensburg-Handewitt); lewy rozgrywający – Joan Canellas (MOL-Pick Szeged), środkowy rozgrywający – Rok Ovnicek (HBC Nantes): prawy rozgrywający – Alex Dujshebaev (Łomża VIVE Kielce); prawoskrzydłowy – Blaż Janc (FC Barcelona Lassa); obrotowy – Adria Figueras (HBC Nantes).

48 godzin sport

Mierzejewski szaleje w Chinach
Adrian Mierzejewski zdobył zdobył trzy bramki dla Chongqing SWM w wygranym przez jego zespół 4:1 meczu 11. kolejki chińskiej ekstraklasy piłkarskiej. 41-krotny reprezentant Polski w obecnych rozgrywkach strzelił już sześć goli i zaliczył pięć asyst. 33-letni Mierzejewski, który w przeszłości był graczem m.in. Wisły Płock, Zagłębia Sosnowiec, Polonii Warszawa, tureckiego Trabzonsporu, a potem występował w ligach Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Australii, w Chinach gra już trzeci sezon.

Triumf Leona i Heynena w Italii
Siatkarze Sir Safety Perugia pokonali Lube Civitanova 3:2 (22:25, 25:23, 25:19, 19:25, 16:14) w meczu o Superpuchar Włoch. W zwycięskiej ekipie grał Wilfredo Leon, a prowadzi ją selekcjoner reprezentacji Polski Vital Heynen. Drużyna Sir Safety po raz trzeci w historii wywalczyła Superpuchar Włoch, wcześniej triumfowała w 2017 i w 2019 roku.

Reca znów na wypożyczeniu
Obrońca reprezentacji Polski Arkadiusz Reca przeszedł do drużyny Crotone. 25-letni piłkarz trafił do beniaminka Serie A z Atalanty Bergamo na zasadzie wypożyczenia z opcją wykupu. W poprzednim sezonie klub z Bergamo wypożyczył Recę na cały sezon do ekipy SPAL 2013, która spadłą jednak do Serie B.

Przełożyli rewanżowe mecze
Zaplanowane na niedzielę 27 września rewanżowe mecze półfinałowe fazy play-off żużlowej PGE Ekstraligi zostały z powodu niekorzystnych warunków pogodowych przełożone na poniedziałek. Spotkanie Fogo Unia Leszno – RM Solar Falubaz Zielona Góra rozpocznie się o godz. 18:00 (pierwszy mecz 46:44 dla Unii), natomiast mecz Moje Bermudy Stal Gorzów – Betard Sparta Wrocław ma się rozpocząć o godz. 20:30 (pierwszy mecz 46:44 dla Sparty). Potyczkę w Lesznie transmitować będzie Eleven Sports 1, a spotkanie w Gorzowie nSport+ HD.

Switolina górą w Strasburgu
Ukrainka Jelina Switolina wygrała turniej WTA w Strasburgu (z pulą nagród 220 tys. dolarów), pokonując w finale reprezentantkę Kazachstanu Jeleną Rybakiną 6:4, 1:6, 6:2. W 1/8 finału ukraińska tenisistka wyeliminowała najlepszą polską zawodniczkę Magdę Linette. Turniej w Strasburgu był dla wielu zawodniczek ostatnim sprawdzianem przed rozpoczętym w niedzielę w Paryżu wielkoszlemowym French Open. Switolina zajmuje aktualnie piąte miejsce w światowym rankingu. Triumf w Strasburgu był jej 15. turniejowym triumfem w karierze.

Apator Toruń wrócił do elity
W meczu 13. kolejki żużlowej 1. ligi zespół Apatora Toruń rozgromił na własnym torze Unię Tarnów 64:26. Torunianie tym wysokim zwycięstwem przypieczętowali awans do PGE Ekstraligi. Apator wrócił do żużlowej elity po rocznej nieobecności.

ZAKSA lepsza od PGE Skry
Siatkarze zespołu Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle po znakomitym meczu pokonali PGE Skrę Bełchatów 3:1 (25:23, 21:25, 17:25, 23:25). Zespół prowadzony przez trenera Nikolę Grbicia po trzech kolejkach pozostaje niepokonany i prowadzi w tabeli PlusLigi. W tym sezonie ekipy z Kędzierzyna-Koźla i Bełchatowa zmierzyły się już po raz drugi. We wcześniejszej potyczce, w finale rozegranego w Arłamowie Superpucharu Mistrzów Polski także lepsza była drużyna ZAKSY, która w Bełchatowie zagrała w składzie: Toniutti, Kaczmarek, Kochanowski, Smith, Śliwka, Semeniuk, Zatorski (libero) oraz Kluth. Goispodarze do gry wystawili natomiast Łomacza, Filipiaka, Kłosa, Bieńka, Katicia, Ebadipoura, Piechockiego (libero) oraz Sawickiego, Petkovicia, Mitici i Hubera.

Kownacki wreszcie strzelił gola
Aż 504 dni czekał Dawid Kownacki na gola w barwach Fortuny Duesseldorf. Złą passę przełamał dopiero w miniony weekend, strzelając zwycięskiego gola w meczu 2. Bundesligi z Wurzburger Kickers (1:0). 23-letni reprezentant Polski wszedł na boisku w 73. minucie za Kenana Karamana i dziewięć minut zdobył bramkę w meczu. Dla Kownackiego był to pierwszy występ w tym sezonie i pierwsza bramka dla Fortuny od 19 maja 2019 roku. A wypada wspomnieć, że przeszedł do niemieckiego zespołu z Sampdorii Genua za 7,5 miliona euro i jest najdroższym kupionym przez ten klub piłkarzem w całej jego historii.

Niemiecki klub z halą w ruinie
Na trzy tygodnie przed startem sezonu w niemieckiej ekstraklasie siatkarzy, ekipa VfB Friedrichshafen, 12-krotnego mistrza kraju, została bez hali. W miniony piątek władze zamknęły ZF Arenę z powodu zagrożenia katastrofą budowlaną. Takie obawy powstały po szczegółowej analizie stanu technicznego obiektu, która wykazała m.in. zaawansowaną korozję linek podtrzymujących element konstrukcji dachu. Prawdopodobnie konieczna będzie rozbiórka obiektu zbudowanego 30 lat temu, bo jego remont byłby zbyt kosztowny. Zespół VfB Friedrichshafen w tym sezonie gra w Lidze Mistrzów, rywalizując w grupie E z CEZ Karlovarsko, Lokomotivem Nowosybirsk.

Suarez nie został Włochem
Luis Suarez po sześciu sezonach opuścił ekipę Barcelony i przeniósł się do Atletico Madryt. Urugwajski napastnik zmienił klubowe barwy za niespełna sześć milionów euro, a z madryckim klubem podpisał dwuletni kontrakt. Wcześniej Suarez chciał jednak grać w Juventusie Turyn, ale ponieważ włoski klub ma już wypełniony limit graczy spoza Unii Europejskiej, więc próbował mu załatwić włoskie obywatelstwo. Niestety, Urugwajczyk kompletnie zawalił test językowy, a próba „załatwienia” egzaminu przez działaczy „Starej Damy” zakończyła się zawiadomieniem przez komisję egzaminacyjną policji i ostrą interwencją włoskich włoskiego urzędu imigracyjnego. Wobec tego Suarez postanowił zostać w Hiszpanii.

Skubanie Lewandowskiego

Robert Lewandowski, Manuel Neuer i Kevin De Bruyne zostali nominowani do nagrody „Piłkarza Roku UEFA”. Zwycięzca plebiscytu zostanie ogłoszony 1 października podczas ceremonii losowania fazy grupowej Ligi Mistrzów. Raczej na pewno wygra zawodnik Bayernu Monachium, ale nie jest pewne, że będzie nim „Lewy”, bo wokół niego w Niemczech nagle zgęstniała atmosfera.

Gdyby do tych najbardziej spektakularnych osiągnięć dopisać wszystkie mniejsze wyróżnienia czy pobite rekordy, lista sukcesów „Lewego” w miniony sezonie robi się tak imponująca, że nieprzyznanie mu nagrody „Piłkarza Roku UEFA” byłoby wręcz niegodziwością. Chyba nawet większą niż odwołanie przez redakcję „France Football” tegorocznego plebiscytu „Złotej Piłki”. Zwłaszcza, że „Lewy” zaczął nowy sezon udanym występem w spotkaniu inauguracyjnym Bundesligi z Schalke Gelsenkirchen, strzelając gola i zaliczając dwie asysty w wygranym 8:0 spotkaniu (czwartkowy mecz Bayernu o Superpuchar Europy z FC Sevilla zakończył się po zamknięciu wydania). Wyboru laureata plebiscytu UEFA dokonają trenerzy 80 klubów uczestniczących w fazie grupowej Ligi Mistrzów i Ligi Europy oraz 55 dziennikarzy – po jednym z każdego kraju zrzeszonego w UEFA. Wiadomo już, że w kategorii „Trener Roku UEFA” na pewno wygra niemiecki szkoleniowiec, bo na placu boju została już tylko trójka nominowanych: Hansi Flick (Bayern), Juergen Klopp (FC Liverpool) i Julian Nagelsmann (RB Lipsk).
Lewy wszedł na sportowy szczyt
Nie ulega wątpliwości, że Lewandowski, nawet jeśli z powodu działania „złej strony mocy” nie zostanie jednak, jako pierwszy polski piłkarz w historii, zwycięzcą tego prestiżowego plebiscytu, to i tak sama jego obecność w finałowej trójce jest dowodem, iż w wieku 32 lat w końcu wspiął się na sam szczyt futbolowej hierarchii. Na razie w Europie, ale być może wkrótce także na świecie, bo przecież swój własny plebiscyt jesienią jak co roku przeprowadzi także FIFA i Polak raczej na sto procent znajdzie się w jego czołówce.
Wielu piłkarskich ekspertów zastanawia się teraz, czy miniony sezon był szczytowy w karierze kapitana reprezentacji Polski. On sam przekonuje, że jest w stanie grać na takim wysokim poziomie jeszcze przez kilka lat, bo pod względem fizycznym i mentalnym wciąż robi postępy. Niedawno zwrócił na to uwagę trener RB Lipsk Julian Nagelsmann, który stwierdził, że Lewandowski nie musi już niczego trenować, bo wszystko potrafi robić na najwyższym światowym poziomie, a jego jedynym zadaniem jest utrzymanie fizycznej formy i właściwej motywacji do gry.
Nic dziwnego, że nawet przesadnie wymagające wobec „Lewego” branżowe media w Niemczech chcąc nie chcąc musiały zweryfikować jego rynkową wartość. Najbardziej opiniotwórczy pod tym względem portal internetowy Transfermarkt.de w zamiast po raz kolejny obniżyć wycenę transferową polskiego napastnika, nieoczekiwanie podniósł ją o cztery miliony do kwoty 60 mln euro.
Przy ustalaniu wycen zawodników eksperci Transfermarkt.de jako główne kryterium uznają wiek piłkarzy. Dlatego też Lewandowski pod względem transferowej wartości jest w kadrze Bayernu dopiero szósty, a w całej Bundeslidze na ósmym miejscu. A tak wygląda czołowa dziesiątka tego zestawienia: 1. Jadon Sancho (Borussia Dortmund) – 117 mln euro; 2. Serge Gnabry (Bayern Monachium) – 90 mln euro; 3. Joshua Kimmich (Bayern) – 85 mln euro; 4. Erling Haaland (Borussia Dortmund) i Alphonso Davies (Bayern) – po 80 mln euro; 6. Leroy Sane (Bayern) – 70 mln euro; 7. David Alaba (Bayern) – 65 mln euro; 8. Robert Lewandowski (Bayern), Leon Goretzka (Bayern) i Dayout Upamecano (RB Lipsk) – po 60 mln euro.
Warto zauważyć, że wartość 20-letniego Jadona Sancho od ostatniego notowania zmniejszono o 13 mln euro, zaś wartość 25-letniego Serge’a Gnabry’ego podniesiono o 18 mln euro, a również 25-letniego Joshuy Kimmich o 10 mln euro. Najbardziej na wartości zyskał jednak 19-letni boczny obrońca Alphonso Davies, którego wycena poszybował w górę o 20 mln euro, do kwoty na jaką wyceniono aktualną wartość 19-letniego norweskiego snajpera Borussii Dortmund Erlinga Haalanda. Ale w grupie zawodników po „30” Lewandowski jest jedynym, którego wartość mimo wieku wzrosła.
W zarobkach też w czołówce
Transferowe wyceny nie zawsze przekładają się na zarobki futbolowych gwiazd. Magazyn „Forbes”, który regularnie monitoruje najlepiej zarabiających przedstawicieli różnych profesji, w najnowszym rankingu najlepiej zarabiających piłkarzy na szczycie zestawienia umieścił Leo Messiego. Argentyński as FC Barcelona mimo próby odejścia z tego klubu zarobił w ostatnich 12 miesiącach 126 milionów dolarów, z czego 92 miliony to jego wynagrodzenie za grę w piłkę, a 34 miliony z umów reklamowych i sponsorskich. Barierę stu milionów dolarów przekroczył jeszcze tylko Portugalczyk Cristiano Ronaldo, któremu kontrakt z Juventusem gwarantuje gażę w wysokości 70 mln dolarów, natomiast ze sprzedaży swojego wizerunku reklamodawcom i sponsorom zarobił dodatkowo 47 milionów, co w sumie dało mu 117 mln dolarów. Blisko za tą dwójką futbolowych krezusów jest jeszcze tylko Brazylijczyk Neymar, wciąż najdroższy piłkarz w historii (PSG zapłacił za niego Barcelonie 222 mln euro), który zarobił 96 mln dolarów (na boisku 78 mln, ze sprzedaży wizerunku 18 mln). Ale kolejny z graczy z Top 10 zestawienia, Francuz Kylian Mbappe (PSG), wzbogacił się już „tylko” o 42 miliony dolarów (28 z kontraktu, 14 z reklam). Dalej na liście są Egipcjanin Mohammed Salah (FC Liverpool) – 37 mln dolarów (24+13); Francuz Paul Pogba (Manchester United) – 34 mln dolarów (28+6); Francuz Antoine Griezmann (FC Barcelona) – 33 mln (28+5); Walijczyk Gareth Bale (Real Madryt) – 29 mln (23+6), a na 9. miejscu uplasował się Lewandowski, którego zarobki „Forbes” oszacował na 24 mln dolarów z kontraktu z Bayernem oraz cztery miliony dolarów z umów reklamowych i sponsorskich), czyli łącznie na 28 mln dolarów. Zestawienie zamyka hiszpański bramkarz David De Gea (Manchester United) – 27 mln dolarów (24+3).
Na tegorocznej liście stu najbogatszych Polaków wg. „Wprost” Lewandowski z majątkiem szacowanym na ponad pół miliarda złotych znalazł się na 80. miejscu zestawienia. Jeśli przez najbliższe pięć lat jedynie utrzyma obecny poziom zarobków, zostanie pierwszym polskim sportowcem, który w trakcie kariery zawodniczej zarobi ponad miliard złotych. Dla zwykłego śmiertelnika są to kwoty astronomiczne.
W kręgach biznesowych popularne jest powiedzonko, że „wielkie pieniądze lubią ciszę”. Lewandowski do tej pory dość skutecznie przestrzegał tej zasady, lecz to się może wkrótce zmienić za sprawą desperackich działań jakie przeciwko „Lewemu” podjęli jego byli agenci – Cezary Kucharski oraz współpracujący z nim Niemiec Maik Barthel. Jako pierwszy napisał o tym tygodnik „Der Spiegel”, a za nim tropem podążyły media po obu stronach Odry. Niemiecki periodyk doniósł że Kucharski i Barthel domagają się od Lewandowskiego 9 mln euro, lecz piłkarz uznaje te żądanie za nieuprawnione i nie zamierza im zapłacić. Byli agenci dostarczyli więc redakcji „Der Spiegela” ksero potwierdzeń przelewów z należącej do Lewandowskiego firmy RL Management z niemieckich na polskie konta, bez informowania niemieckiego urzędu skarbowego. Kucharski wręcz donosi, że najlepszy piłkarz Bundesligi oszukał fiskusa. W Polsce natomiast Kucharski złożył w Wydziale Gospodarczym Sądu Okręgowego w Warszawie pozew przeciwko Lewandowskiemu i jego firmie RL Management, informując w nim m.in., że piłkarz Bayernu używał firmowych pieniędzy do celów prywatnych.
Nie chce dać się oskubać?
Po publikacji niemieckiego tygodnika Kucharski nabrał wody w usta i jak na razie odmawia jakichkolwiek komentarzy. To samo zresztą robi Lewandowski, bo w jego imieniu odpowiedziała tylko rzeczniczka prasowa Monika Bodnarowicz: „Wszelkie rozliczenia podatkowe zarówno osobiste jak i spółek Roberta Lewandowskiego prowadzone są zawsze zgodnie z prawem. Prawidłowością rozliczeń w Niemczech zajmuje się licencjonowany, niemiecki doradca podatkowy, który dba o to, aby wszelkie wymagane dokumenty były zawsze przedstawione organom podatkowym w Niemczech, a podatek prawidłowo rozliczony i zapłacony w terminie” – napisała w oświadczeniu dla mediów.
Na razie trudno przewidzieć jak zakończy się ta bulwersująca sprawa. Kucharski już zanotował w tym starciu straty, bo przypięto mu już łatką donosiciela, a jeszcze na światło dzienne zaczęły wychodzić fakty, które burzą sielankowy obraz jego trwającej przez blisko dekadę współpracy z Lewandowskim. Okazuje się, że wcale nie był dla niego dobrotliwym przewodnikiem w świecie profesjonalnego futbolu, tylko bezwzględnym wyzyskiwaczem, który brał za swoje najdrobniejsze menedżerskie usługi sowite prowizje. Kucharski jako agent „Lewego” zarobił wielokrotnie więcej pieniędzy niż sam zarobił jako piłkarz przez całą długą karierę. A pewnie zarobiłyby jeszcze więcej, gdyby Lewandowski w końcu nie połapał się z kim ma do czynienia i nie zaczął wycofywać się ze współpracy, którą ostatecznie zerwał w 2018 roku.
Ile może „Lewy” stracić przez ten konflikt, zależy od tego, co na niego doniósł i co jeszcze może donieść Kucharski. Ale jeśli faktycznie wszystko ma w papierach w porządku i żadna kontrola niczego nieprawidłowego się w nich nie doszuka, to pewnie nie zostawi tak tej sprawy bez rewanżu. A ma dość środków i możliwości, żeby zafundować swoim byłym agentom długą i zapewne kosztowną dla nich sądową batalię.

Kłopoty Fittipaldiego

Słynny przed laty brazylijski kierowca wyścigowy Emerson Fittipaldi popadł w poważne tarapaty finansowe. Aż 145 wierzycieli domaga się od niego zwrotu w sumie prawie 9 milionów dolarów.

Fittipaldi zalicza się do grona legend sportów motorowych, zwłaszcza w ojczystej Brazylii, bo był pierwszym kierowcą z tego kraju, który zdobył mistrzostwo świata Formuły 1. Dokonał tego w 1972 roku w barwach Lotusa mając ledwie 25 lat i przez następne 33 lata dzierżył nieformalny tytuł najmłodszego czempiona „królowej sportów motorowych” w historii. Drugi tytuł wywalczył w 1974 roku jako kierowca ekipy McLarena. A potem wraz z bratem stworzył zespół Fittipaldi Automotive, zaś w McLarenie na jego miejsce zatrudniono Jamesa Hunta, który w 1976 roku zdobył mistrzostwo po niezapomnianej walce z Nikim Laudą. Na kanwie ich legendarnej rywalizacji powstał film „Wyścig”. A Fittipaldi już wielkich sukcesów w F1 nie zanotował, a jego ostatnim wielkim zwycięstwem był triumf w wyścigu Indy 500 w 1993 roku.
Jego finansowe problemy zaczęły się w 2016 roku, gdy komornik zarekwirował mu samochód, za kierownicą którego wygrał Indy 500 w 1989 roku, a także bolid Formuły 1 „Copersucars”, który zaprojektował z bratem Wilsonem w 1979 roku.
Teraz jednak sprawa jest znacznie poważniejsza, bo jego liczni wierzyciele skierowali przeciwko niemu pozwy sądowe. Łączna kwota długów Fittipaldiego wedle brazylijskich mediów wynosi 8,6 miliona euro. Co gorsza, w raporcie przygotowanym na zlecenie Sofra Banku przedstawiono dowody, że Fittipaldi mimo długów pławi się w luksusie na Florydzie. W raporcie napisano m.in.: „Wierzyciele nie mogą zająć majątku Fittipaldiego nie dlatego, że bankrutuje, ale dlatego, że w celu uzyskania kredytów korzysta on ze spółek fasadowych, z których kilka nie prowadzi żadnej działalności”.
Słynny kierowca zaprzecza tym oskarżeniom i zapewnia, że jest w stu procentach wypłacalny, a jego wierzyciele „wybrali ścieżkę pomówień, zamiast ścieżki dialogu i rozsądnych negocjacji”.