Igrzyska za rok, a Heynen bez umowy

Przełożenie igrzysk w Tokio na następny rok wielu sportowcom i trenerom pokrzyżowało życiowe plany. Wśród poszkodowanych znalazł się selekcjoner reprezentacji Polski siatkarzy Vital Heynen, który po igrzyskach planował przerwę w pracy szkoleniowej i dlatego podpisał kontrakt z PZPS do końca września tego roku.

Pandemia koronawirusa sparaliżował sportowe życie na całym świecie. MKOl i komitet organizacyjny igrzysk w Tokio długo stali na stanowisku, żeby najważniejsze wydarzenie sportowe odbyło się zgodnie z planem, czyli od 24 lipca do 9 sierpnia. Pod naciskiem sportowców, którzy nie mają jak odpowiednio przygotować się do igrzysk, ponieważ władze krajowe apelują o pozostanie w domach oraz pod presją ze strony narodowych komitetów olimpijskich, MKOl się ugiął. Igrzyska olimpijskie w Tokio przełożone zostały na przyszły rok. To wydarzenie bez precedensu w historii ruchu olimpijskiego. W przeszłości tę największą imprezę sportową odwołano w latach 1916, 1940 i 1944 z powodu I i II wojny światowej, ale nigdy wcześniej nie zmieniono jej daty. Dokładnego terminu jeszcze nie wyznaczono, ale według nieoficjalnych informacji będzie to przełom lipca i sierpnia przyszłego roku. Już zdobyte kwalifikacje olimpijskie zachowują ważność, co jest dobrą wiadomością między innymi dla siatkarskiej reprezentacji Polski.
Belgijski trener biało-czerwonych, Vital Heynen, przyjął decyzję o przełożeniu igrzysk ze spokojem i zrozumieniem. „Droga po olimpijski medal z Polakami będzie dłuższa niż zakładałem. W sumie to nawet dobrze, bo mamy szesnaście dodatkowych miesięcy, żeby jeszcze podnieść poziom gry. Oczywiście szkoda, że igrzyska nie odbędą się w planowanym terminie, ale zdobycie medalu po takich zawirowaniach będzie miało dodatkowy walor. Nie widzę w tym problemu dla zespołu. Już tego lata bylibyśmy bardzo dobrą drużyną, a za rok możemy być nawet lepsi, bo motywacja u moich zawodników się nie zmieniła” – zapewnia Heynen.
Na razie jednak nie wiadomo jeszcze, kiedy siatkarskie rozgrywki zostaną wznowione. Międzynarodowa Federacja Piłki Siatkowej (FIVB) przełożyła Ligę Narodów na drugą połowę roku i te rozgrywki miały się rozpocząć po igrzyskach w Tokio. Ale skoro olimpijskie zmagania przełożono, stwarza to nowe możliwości do przeorganizowania siatkarskiego kalendarza.
Wymuszone przez pandemię zmiany spowodowały też zmianę osobistych planów. Niektórzy siatkarze naszej kadry, którzy po Tokio 2020 planowali zakończenie reprezentacyjnych karier, teraz muszą podjąć decyzję czy chcą je kontynuować z pełnym poświęceniem jeszcze przez rok. Także trener Heynen musiał skorygować swoje plany dotyczące pracy z polską reprezentacją. „Wszyscy wiedzą, że po igrzyskach chciałem zrobić sobie przerwę trenerską. Roczną, może półtoraroczną, aby odpocząć i przemyśleć sobie parę spraw. Myślałem, że do Polski na dłużej już nie wrócę, ale wobec zaistniałych wydarzeń będę musiał popracować z jej reprezentacją dłużej” – wyjawił niedawno Heynen.
Przy okazji media przypomniały, że belgijski trener miał przecież kontrakt tylko do końca września tego roku. I nagle z oczywistego faktu zrobił się problem, bo z wypowiedzi nawet prominentnych działaczy PZPS bynajmniej nie wynikało, iż przedłużenie umowy przez Belga jest formalności. Wątpliwości nie rozwiał nawet prezes PZPS Jacek Kasprzyk, mówiąc: „Zależy nam, żeby trener pracował z kadrą do czasu przełożonych igrzysk. Nie chcemy robić żadnej rewolucji. Wierzę, że uda nam się dojść do porozumienia i będziemy dalej współpracować, tak żeby jak najlepiej przygotować się na igrzyska w nowym terminie” – stwierdził prezes PZPS. I przyznał, że Heynen wprawdzie nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji, ale władze naszej siatkarskiej federacji nie wyobrażają sobie w tej chwili innego scenariusza niż przedłużenie kontraktu z belgijskim szkoleniowcem.
Reprezentujące interesy Belga agencja menedżerska z kolei zapewnia, że jak dotąd nie otrzymała z PZPS oficjalnej oferty przedłużenia kontraktu, ale dostaje wiadomości, że działacze planują podjęcie negocjacji w najbliższym tygodniu. Trudno jednak stwierdzić, czy zaproponują jedynie automatyczne przedłużenie obecnie obowiązującej umowy o rok, do końca września 2021 roku. „Nic innego w tej chwili nie wchodzi w grę. Cały czas mowa jest o pracy z kadrą Polski tylko do momentu zakończenia igrzysk. Dla Vitala turniej olimpijski w Tokio będzie zamknięciem cyklu, dopiero potem podejmie decyzję, co dalej” – przyznaje agencja nawet w oficjalnych komunikatach.
Nową umowę z Belgiem miał podpisać już nowy prezes PZPS, ale z powodu epidemii koronawirusa zjazd sprawozdawczo-wyborczy PZPS prawdopodobnie zostanie przełożony. Co oznacza, że pertraktacje z Heynenem zapewne zostaną odłożone w czasie.

UEFA chce dokończenia sezonu

Prezydent UEFA Aleksander Ceferin w wywiadzie dla lewicowego włoskiego dziennika „La Repubblica” ujawnił trzy warianty planu wznowienia rozgrywek piłkarskich, krajowych i w europejskich pucharach. Jako datę graniczną podał koniec czerwca tego roku.

Ceferin wyjawił, że władze UEFA rozważają wznowieniu ligowych rozgrywek jeszcze w tym sezonie. „Teraz najważniejsze jest zdrowie ludzi i pokonanie pandemii, ale wciąż nie wiemy, kiedy to nastąpi. Pozostajemy w stałym kontakcie z władzami lig krajowych, z którymi konsultujemy różne rozwiązania. „Pierwszy zakłada, że wznowimy gry w połowie maja, drugi, że w czerwcu, a trzeci, że nawet pod jego koniec. Istnieje również możliwość dokończenia tego sezonu na początku następnego. Jeśli ligi wznowią rozgrywki, to terminami można podzielić się z Ligą Mistrzów i Ligą Europejską. Lepiej dokończyć rozgrywki – nawet bez udziału publiczności i latem. Ważne, żeby grać co najmniej od końca czerwca, w innym przypadku sezon będzie stracony” – stwierdził Ceferin.
Słoweniec nie chce jednak rozgrywania meczów bez publiczności. Sternik europejskiego futbolu zapewnił też, że europejska federacja przekaże 87 procent swoich zysków na wsparcie dla najbardziej dotkniętych epidemią związków krajowych. „Odroczenie o rok mistrzostw Europy było dla nas ogromnym poświęceniem, ale widziałem wielką jedność i solidarność w europejskim futbolu, kiedy zapadła decyzja. Spotkania, które odbyliśmy z ECA, FIFPro i przedstawicielami lig, były nacechowane solidarnością” – zapewnia Ceferin. „W tej chwili trzeba zapomnieć o osobistych interesach i sporach” – dodaje słoweński działacz i jako przykład podaje swoją dobrą obecnie współpracę z przewodniczącym FIFA Giannim Infantino, z którym wcześniej nie miał najlepszych relacji.
Ceferin odniósł się też do krytyki za wpuszczenie kibiców na mecz 1/8 finału Ligi Mistrzów Atalanty Bergamo z Valencią, który odbył się na stadionie San Siro w Mediolanie. Wirusolodzy określili to spotkanie mianem „bomby biologicznej” i twierdzą, że przyczyniło się do szybkiego rozprzestrzenienia się koronawirusa w północnej części Włoch oraz w Hiszpanii. „Nie można się zgodzić z tym zarzutem. W dniu meczu w Mediolanie, czyli 19 lutego, nikt przecież jeszcze nie wiedział, że to Lombardia stanie się centrum epidemii we Włoszech” – podkreśla szef UEFA.

Zieliński zostaje, Milik nie

W zmagających się z koronawirusem Włoszech w mediach sportowych z rzadka tylko przebijają się informacje nie związane z pandemią. Jedną z takich była podana niedawno przez dziennik „Corriere dello Sport” wiadomość, iż SSC Napoli finalizuje trwające od wielu miesięcy negocjacje z dwójką polskich piłkarzy – Piotrem Zielińskim i Arkadiuszem Milikiem.

Obaj reprezentanci Polski są ważnymi graczami SSC Napoli i obu klub należący do znanego projektanta mody Aurelio De Laurentisa chciał zatrzymać na dłużej. Negocjacje były trudne, ale kością niezgody nie były finansowe oczekiwania Zielińskiego i Milika, bo obu oferowane im podwyżki satysfakcjonowały, lecz kwoty jakie klub z Neapolu chciał wpisać do ich nowych kontraktów w tzw. klauzulach odstępnego. Nie chodziło o przysłowiowe drobne, tylko o okrągłe 100 milionów euro za każdego. Przy całym szacunku dla piłkarskich umiejętności i dokonań Zielińskiego i Milika, żaden z nich nie jest wart takich pieniędzy, więc zgoda na taką wysoką kwotę odstępnego oznacza zdanie się na łaskę i niełaskę klubu.
Na coś takiego wedle „Corriere dello Sport” właśnie przystał Zieliński, który w zamian za kontrakt do czerwca 2025 roku gwarantujący mu trzy miliony euro rocznie plus bonusy za oddanie praw marketingowych do wizerunku oraz premie za wyniki, zgodził się na owe 100 milionów w klauzuli odstępnego.
Zatrzymanie 26-letniego polskiego pomocnika było dla klubu władz SSC Napoli priorytetem, bo stał się on ważnym ogniwem zespołu „Azzurrich”, a jego obecny kontrakt wygasa z końcem czerwca przyszłego roku. Dlatego zgodzono się na żądaną przez niego niemal stuprocentową podwyżkę wynagrodzenia (do tej pory Zieliński zarabiał rocznie 1,8 mln euro) oraz przedłużenie umowy do połowy 2025 roku. W zamian reprezentant Polski musiał jednak ustąpić w kwestii wysokości odstępnego, co też wedle włoskich mediów w końcu uczynił. Zieliński występuje w zespole SSC Napoli od 2016 roku. W tym sezonie zagrał w 35 meczach we wszystkich rozgrywkach, strzelił dwa gole i zaliczył pięć asyst.
Urodzony 20 maja 1994 w Ząbkowicach Śląskich Zieliński jako 13-latek trafił w 2007 roku do Zagłębia Lubin, skąd cztery lata później trafił do Udinese Calcio. I od tego czasu swoją piłkarską karierę kontynuuje na Półwyspie Apenińskim. Udinese na dwa sezony wypożyczyło go do Empoli, a następnie w 2016 roku oddało na zasadzie transferu definitywnego do Napoli. Z tym klubem mający obecnie na koncie 51 występów w reprezentacji Polski piłkarz związał się pięcioletnim kontraktem, który teraz właśnie zostanie wydłużony do 2025 roku. Branżowe portale szacują aktualną transferową wartość Zielińskiego na 40 mln euro.
Tymczasem drugi z naszych piłkarzy w SSC Napoli, Arkadiusz Milik, twardo odmawia zgody na wpisanie do kontraktu stumilionowej kwoty odstępnego. On jest rówieśnikiem Zielińskiego i także trafił do SSC Napoli latem 2016 roku, tyle że z Ajaksu Amsterdam, gdzie zaliczył dwa udane sezony. Rozegrał w tym czasie w barwach holenderskiego zespołu 75 meczów, strzelił w nich 47 goli i zanotował 21 asyst. Nic dziwnego, że klub z Neapolu zapłacił za jego transfer 32 mln euro. Milika dopadł jednak pech, bo dwukrotnie zerwał więzadła krzyżowe – najpierw 8 października 2016 roku podczas meczu reprezentacji Polski w lewym kolanie, a potem, 23 września 2017 roku, w ligowym spotkaniu ze SPAL 2013, także w prawym kolanie. Wrócił na boisko 3 marca 2018 roku w ligowym spotkaniu z AS Roma.
Mimo tych dwóch ciężkich kontuzji jego transferową wartość branżowe portale wyceniają na 40 mln euro. W Napoli napastnik reprezentacji Polski zarabia obecnie 2,5 mln euro, a Aurelio De Laurentiis jest skłonny podnieść mu w nowej umowie gażę o półtora miliona, czyli do kwoty czterech milionów euro. I jest to ponoć wynagrodzenie w zupełności satysfakcjonujące Milika, ale mimo to nie chce on zgodzić się na zapis o 100 mln euro w klauzuli odstępnego. Zapewne dlatego, że jego agent otrzymuje wiele zapytań z innych klubów, bo już za rok Milik wypełni kontrakt i zostanie wolnym zawodnikiem, co de facto oznacza, że przy podpisaniu kontraktu z nowym klubem on dostanie górę pieniędzy, a Napoli ani grosza.
Tak więc wszystko przemawia za tym, że jeśli Milik nie zgodzi się na stumilionową klauzulę odstępnego, już tego lata zostanie wystawiony na listę transferową. Dla Napoli będzie to ostatni moment, żeby zarobić na polskim napastniku, ale nikt nie zapłaci im więcej niż 30-35 mln euro. Włoskie media donoszą, że reprezentantem Polski zainteresowanie wykazuje Atletico Madryt, którego trener, Diego Simeone, szuka mocnego konkurenta dla Diego Costy, Joao Felixa i Alvaro Moraty. Ale chęć pozyskania Milika zdradziły też dwa włoskie kluby – Juventus Turyn i Ac Milan.

48 godzin sport

Bayern wstrzymuje transfery
Prezes Bayernu Monachium Karl-Heinz Rummenigge poinformował, że na czas pandemii koronawirusa klub wstrzymuje negocjacje w sprawie transferów. „Nikt nie wie, jak kryzys wywołany koronawirusem wpłynie na futbol w nadchodzących tygodniach i miesiącach. Dlatego na razie wstrzymaliśmy wszelkie negocjacje w sprawach planowanych w letniej przerwie transferów” – wyjawił Rummenigge na w wypowiedzi dla „Muenchner Merkur”. Bawarski klub zamierza natomiast porozumieć się z zawodnikami, których ma obecnie w kadrze, a którym w 2021 roku skończą się kontrakty: Manuelem Neuerem, Thomasem Muellerem, Jeromem Boatengiem, Javim Martinezem, Davidem Alabą, Svenem Ullreichem oraz Ronem-Thorbenem Hoffmannem.

Chcą oddać kibicom za bilety
Władze Manchesteru United zapowiedziały, że jeśli mecze ligi angielskiej będą rozgrywane przy pustych trybunach albo sezon w ogóle nie zostanie dokończony, są gotowe zwrócić pieniądze wszystkim posiadaczom karnetów. Wedle wyliczeń podawanych w brytyjskich mediach, w grę wchodzi kwota nawet sześciu milionów funtów. Zespół „Czerwonych Diabłów” ma do rozegrania w tym sezonie na swoim stadionie jeszcze cztery mecze w Premier League. Inna opcja dopuszcza możliwość udzielenia adekwatnych zniżek na bilety lub karnety na kolejny sezon. W momencie przerwania rozgrywek w angielskiej Premier League prowadził FC Liverpool, przed Manchesterem City, Leicester City, Chelsea Londyn, a Manchester United zajmował piątą lokatę.

Gest piłkarzy Juventusu
Juventus wydał oświadczenie, w którym potwierdził, że doszedł do porozumienia z zawodnikami i sztabem szkoleniowym w sprawie redukcji zarobków. Piłkarze i trenerzy zrezygnowali z wypłat za marzec, kwiecień, maj i czerwiec. Włoski klub poinformował, że dzięki porozumieniu zaoszczędzi 90 mln euro w obecnym roku budżetowym, ale jeśli rozgrywki zostaną wznowione, to porozumienie będzie renegocjowane. Bramkarzem Juventusu jest Wojciech Szczęsny, dla którego cztery miesiące bez wynagrodzeń oznacza stratę dwóch milionów euro. Najmocniej po kieszeni z graczy „Starej Damy” dostanie najlepiej opłacany z nich Cristiano Ronaldo, któremu przepadnie około 10 mln euro.

Nawet Tabarez stracił pracę
Trudna sytuacja związana z pandemią koronawirusa spowodowała masowe zwolnienia w urugwajskiej federacji piłkarskiej (AUF). Pracę straciło ponad 400 osób, wśród nich selekcjoner kadry narodowej Oscar Tabarez. W Urugwaju rozgrywki piłkarskie wstrzymano 13 marca. Do tej pory w tym kraju zanotowano około 300 zakażeń koronawirusem. 73-letni Tabarez to najdłużej prowadzący jeden zespół narodowy szkoleniowiec na świecie (1988-1990 oraz ponownie od 2006 do teraz). Jego największym sukcesem było zajęcie czwartego miejsca na mundialu w 2010 roku w RPA oraz wygranie Copa America w 2011 roku.

Odwołali kongres FIS
Z powodu pandemii koro
nawirusa odwołano zaplanowany na 17-23 maja kongres Międzynarodowej Federacji Narciarskiej. W tajlandzkim Royal Cliff miano m.in. wybrać gospodarzy mistrzostw świata w 2024 i 2025 roku, miały się też odbyć wybory przewodniczącego FIS. Od 1998 roku funkcję tę pełni 76-letni Szwajcar Gian-Franco Kasper. Planowano także zatwierdzić kalendarze Pucharu Świata na sezon 2020/2021. FIS planuje przeprowadzić kongres na jesieni tego roku, a do tego czasu bieżące decyzje będą uzgadniane za pośrednictwem telekonferencji.

Zmarł mistrz przełajów
Słynny przed laty hiszpański lekkoatleta Santiago Llorente, specjalizujący się w biegach przełajowych i długodystansowych, zmarł w w wieku 61 lat w wyniku zarażenie się wirusem Covid-19. O jego śmierci poinformował Hiszpański Związek Lekkiej Atletyki. Kilka dni temu z powodu koronawirusa zmarł inny legendarny hiszpański lekkoatleta – Llorenc Cassi. Hiszpania jest drugim po Włoszech najbardziej dotkniętym koronawirusem krajem w Europie. Liczba zarażonych przekroczyła już 70 tysięcy, a zmarłych dochodzi do 10 tysięcy.

Koniec sezonu w Rosji
Ze względu na pandemię koronawirusa władze rosyjskiej ekstraklasy siatkarzy postanowiły zakończyć ligowy sezon. Za takim rozwiązaniem zagłosowało 13 z 14 klubów. W tej sytuacji mistrzem kraju został Lokomotiw Nowosybirsk, dla którego jest to pierwszy tytuł w historii. Kapitanem tej drużyny jest reprezentanta Polski Fabian Drzyzga. Zespół z Nowosybirska wygrał 16 z 19 meczów w zasadniczym sezonie i w momencie przerwania rozgrywek prowadził z przewagą trzech punktów nad drugim Zenitem Kazań. Brązowy medal zdobył Kuzbass Kemerowo, który w ćwierćfinale Ligi Mistrzów EHF wyeliminował Grupę Azoty ZAKSĘ Kędzierzyn-Koźle.

Podejrzani o doping
Dwoje rosyjskich mistrzów olimpijskich – Andriej Silnow, który wygrał skok wzwyż w Pekinie i najszybsza na 400 m przez płotki w Londynie Natalia Antiuch – są oskarżeni o przyjmowanie niedozwolonych środków dopingujących – poinformowała Athletics Integrity Unit (AIU). Podano także nazwiska Jeleny Sobolewej, która w 2006 roku została halową wicemistrzynią świata w biegu na 1500 m i rzucającej kiedyś młotem Oksany Kondratiewej. Sprawa wyszła na jaw, gdy AIU – organ odpowiedzialny za zwalczanie dopingu w „królowej sportu” – prowadził dochodzenie dla Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) w 2016 roku. Nie podano jednak, jakie substancje przyjmowali wymienieni lekkoatleci. Silnow do czerwca ubiegłego roku był wiceprezesem rosyjskiej federacji, ale ustąpił ze stanowiska. gdy jasne się stało, że AIU podejrzewa go o przyjmowanie niedozwolonego sterydu i wszczęła przeciwko niemu dochodzenie. Nie chciał, aby jego sprawa obciążała wizerunek próbującej naprawić swój wizerunek rosyjskiej federacji lekkoatletycznej.

Odwołają Wimbledon?

Z powodu pandemii koronawirusa do 7 czerwca odwołano wszystkie imprezy tenisowe, w tym wielkoszlemowy French Open. To samo grozi też turniejowi na trawnikach Wimbledonu.

Tenisiści mieli wrócić do rywalizacji na trzy tygodnie przed startem Wimbledonu, ale w Wielkiej Brytanii epidemia koronawirusa dopiero zaczęła nabierać rozpędu. Dlatego pojawia się coraz więcej sygnałów, że najsłynniejszy turniej tenisowy nie odbędzie się jednak w zaplanowanym terminie 29 czerwca – 12 lipca. W minioną środę organizator turnieju, All England Lawn Tennis Club (AELTC), poinformował, że w przyszłym tygodniu odbędzie się w tej sprawie specjalna narada, na której ma zapaść decyzja odnośnie tegorocznej edycji zmagań na trawiastych kortach Wimbledonu.
AELTC już od stycznia tego roku analizował projekty różnych rozwiązań awaryjnych, a teraz weryfikuje je zgodnie z poleceniami brytyjskich władz oraz organizacji zdrowia publicznego. W sytuacji rosnącego zagrożenia życia dla coraz większej liczby obywateli, nawet tak pomnikowe imprezy, jaką bez wątpienia jest Wimbledon, muszą podporządkować się zakazom.
„AELTC znajduje się w ciągłym kontakcie z ATP, WTA, ITF i organizatorami pozostałych turniejów wielkoszlemowych. W tej chwili, w oparciu o opinie, jakie dostaliśmy od władz, na przeprowadzenie The Championships w ustalonym pierwotnie terminie otrzymamy ściśle limitowane okienko czasowe, co w przypadku możliwych kaprysów pogodowych może uniemożliwić przeprowadzenie rywalizacji na sprawiedliwych dla wszystkich uczestników zasadach. Ze względu na charakter nawierzchni naszych kortów przełożenie imprezy na późniejszy termin niesie ryzyko ich poważnej dewastacji. Z kolei rozgrywanie turnieju bez udziału publiczności nie jest przez nas w ogóle rozpatrywane” – informuje All England Lawn Tennis Club.
Od pierwszego turnieju na kortach Wimbledonu w 1877 roku, imprezę odwoływano dziesięciokrotnie, wyłącznie w okresie trwania obu wojen światowych w XX wieku, czyli w latach 1915-1918 i 1940-1945.

Reprezentację czekają dwa trudne lata

Przeniesienie turnieju Euro 2020 na przyszły rok w aspekcie czysto sportowym nie jest wielkim problemem dla reprezentacji Polski. Bez względu na to, kto będzie jej trenerem, przez 15 miesięcy nie zdoła przecież dokonać w kadrze personalnej rewolucji. A nawet gdyby chciał, nie pozwolą mu na to władze PZPN. Nasza piłkarska federacja będzie potrzebowała sukcesów drużyny narodowej, bo bez nich nie odbuduje zrujnowanych przez koronawirus finansów. Selekcjoner nie dostanie więc zgody na żadne eksperymenty.

Po przymusowej przerwie spowodowanej epidemią koronawirusa, drużynę narodową czeka półtoraroczna harówka. Jesienią tego roku biało-czerwoni powalczą w Lidze Narodów, od marca 2021 zaczną eliminacje do mistrzostw świata w Katarze, które potrwają do listopada tego roku, a w ich środku przyjdzie im odrobić zaległości z Euro 2020. Takie skomasowanie ważnych meczów w jednym roku niesie wyzwania, z jakimi żaden selekcjoner polskiej reprezentacji jeszcze się nie mierzył. Na razie nie ma co dywagować, czy ciężar oczekiwań udźwignie Jerzy Brzęczek, bo jego aktualny kontrakt wygasa z końcem lipca tego roku, a póki co sternicy naszej futbolowej centrali nie kwapią się z jego przedłużeniem. Obsada stanowiska selekcjonera kadry jest jednak w tej chwili kwestią drugorzędną. Trener Brzęczek oraz jego sztab i tak nie mają teraz nic do roboty i wszystko wskazuje na to, że nie będą mieli co najmniej do końca lipca.
Wiek to tylko liczba, ale…
Załóżmy jednak, że umowa Brzęczka zostanie przedłużona i to on poprowadzi Polskę na turnieju, na który ją wprowadził. Po pierwsze, przebudowa drużyny będzie musiała zostać przeprowadzona w trakcie kwalifikacji do MŚ 2020, które mają wystartować w marcu 2021 roku, i być dostosowana do jesiennego terminu mundialu w Katarze. Dotąd reprezentacje narodowe w Europie funkcjonowały według dwuletniego cyklu, a zmiany pokoleniowe w kadrach dokonywały się zazwyczaj po mistrzostwach świata lub Europy i przed startem kwalifikacji do kolejnego turnieju. Teraz jednak selekcjonerzy będą musieli tym samym składem obskoczyć zarówno czerwcowe finały mistrzostw Europy, jak i eliminacje do mundialu w Katarze, co nie jest dobrą wiadomością dla piłkarzy zaawansowanych wiekowo.
Dla kilku graczy powoływanych dotąd regularnie przez trenera Brzęczka przesunięcie finałów mistrzostw Europy na 2021 rok może de facto oznaczać koniec reprezentacyjnej kariery. W tej grupie znajdują się: Jakub Błaszczykowski (rocznik 1985), Łukasz Fabiański (1985), Thiago Cionek (1986) i Artur Jędrzejczyk (1987). Oprócz Fabiańskiego, który przez Brzęczka przy osadzie bramki był dotąd traktowany na równych prawach z Wojciechem Szczęsnym, pozostali z wymienionych są w tej chwili zawodnikami drugiego wyboru, czyli rezerwowymi. Dla każdego z nich występ w tegorocznym turnieju miał być zwieńczeniem reprezentacyjnych karier, ale nawet gdyby pozostali w kadrze jeszcze przez rok, metryki oszukać się nie da. Błaszczykowskiemu już teraz co rusz przytrafiają się kontuzje, przez które nie jest w stanie przez dłuższy czas utrzymać wysokiej formy. Inna sprawa, że był dotąd w kadrze dzięki rodzinnym koneksjom z Brzęczkiem, bo od innego selekcjonera pewnie już po mundialu w Rosji przestałby dostawać powołania. Za rok będzie miał już jednak 36 lat, a podczas mundialu w Katarze 37 i jego przydatność dla reprezentacji będzie żadna. Podobnie jak Thiago Cionka i Jędrzejczyka. Obaj na rezerwowych dla Kamila Glika i Jana Bednarka już teraz słabo się nadawali. W kwalifikacjach Euro 2020 pierwszy z nich nie zagrał nawet minuty, a drugi wystąpił tylko w jednym meczu, a i to dlatego, że nie mógł zagrać kontuzjowany Glik.
Wiek nie powinien być decydującym kryterium przy ocenie przydatności piłkarza do kadry, ale czy to się komuś podoba czy nie, na ogół o tym przesądza. Chyba, że trener nie ma alternatywy, ale w przypadku drużyny narodowej takie sytuacje się nie zdarzają.
Bramkarzy ci u nas dostatek
Na razie nie wiadomo co postanowi Łukasz Fabiański, który po tegorocznym Euro planował pożegnanie z reprezentacją Polski. On jest rówieśnikiem Błaszczykowskiego, co w przypadku bramkarza nie jest jednak takim problemem, bo nie musi przecież w trakcie meczu zaliczać po 10-12 km, czego wymaga się od zawodnika grającego na pozycji skrzydłowego. Nic nie ujmując Fabiańskiemu, który jest filarem West Hamu United, to obiektywnie oceniając, w ubiegłym roku zaczęła uwidaczniać się już wyraźna różnica między nim a Wojciechem Szczęsnym. Różnica na niekorzyść Fabiańskiego, żeby była jasność. A to dlatego, że młodszy o pięć lat Szczęsny jest teraz w apogeum swoich możliwości, gra regularnie w jednym z najlepszych zespołów klubowych na świecie, który w każdym sezonie walczy o najwyższą stawkę w Lidze Mistrzów. I właśnie przedłużył z turyńskim klubem kontrakt do 2024 roku. To są wystarczające powody, żeby w reprezentacyjnej bramce stawiać właśnie na niego. Przy całym szacunku dla Fabiańskiego, gdyby nie błędy Szczęsnego i kilka pechowych dla niego zdarzeń, to Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik, Adam Nawałka i Jerzy Brzęczek ustalanie składu wyjściowej jedenastki zaczynaliby od wpisania nazwiska Szczęsny do rubryki „bramkarz”.
Z punktu widzenia interesu reprezentacji nie ma zatem znaczenia, co postanowi Fabiański, bo w najbliższych latach bramkarzem numer 1 w kadrze będzie Szczęsny. A w rolach dublerów, z których za kilka lat wyłoni się jego następca, powinni być obsadzani występujący obecnie z powodzeniem w Fiorentonie 23-letni Bartłomiej Drągowski oraz 21-letni Radosław Majecki, który latem przeniesie się z Legii Warszawa do AS Monaco, Kamil Grabara (obecnie na wypożyczeniu z FC Liverpool do Huddersfield Town) i Marcin Bułka, na razie jeszcze trzeci bramkarz Paris Saint-Germain. Na tej pozycji reprezentacja Polski nie będzie miała w najbliższej dekadzie deficytu talentów, bo każdego roku ujawniają się nowe.
W defensywie też nie jest źle
W liniach obronnych w tej chwili nikt nie wyobraża sobie kadry Polski bez Kamila Glika (32 lata), Jana Bednarka (24), Macieja Rybusa (31), Tomasza Kędziory (26), Bartosza Bereszyńskiego (28), a nawet Arkadiusza Recy (25). Kto powinien do nich dołączyć? Jak już wcześniej zostało powiedziane, nie ma sensu powoływać już Jędrzejczyka i Thiago Cionka, natomiast zamiast nich oswajać się z reprezentacją powinni już coraz lepiej radzący sobie w występującej w Serie A drużynie Cagliari 20-letni Sebastian Walukiewicz oraz 19-letni Michał Karbownik, który w Legii Warszawa zrobił furorę jako lewy obrońca, ale grał na tej pozycji z konieczności, bo ponoć to urodzony pomocnik i rozgrywający. Ci dwaj niewątpliwie utalentowani gracze ujawnili już futbolowy potencjał, w który warto inwestować.
Do tej formacji może też przecież dołączyć po wyleczeniu kontuzji więzadeł 22-letni Krystian Bielik, który już zdążył swoimi występami w reprezentacji zaklepać sobie w niej miejsce dla siebie i gdyby nie pech, miałby pewne miejsce w kadrze na Euro 2020. Ten uniwersalny piłkarz świetnie spisywał się też w roli defensywnego pomocnika. W jego przypadku przełożenie Euro 2020 o rok może okazać się zbawienne, o ile rzecz jasna zdoła wrócić do dyspozycji sprzed kontuzji, co w przypadku graczy wracających po urazie więzadeł zawsze jest loterią.
Kto obok Krychowiaka?
Liderem linii środkowej naszej reprezentacji bez wątpienia jest w tej chwili Grzegorz Krychowiak, który w lidze rosyjskiej wybił się na gwiazdę, a w tym sezonie zadziwia wręcz niesłychaną jak na defensywnego pomocnika skutecznością – w 20 ligowych występach strzelił dziewięć goli i zaliczył cztery asysty. Ten 30-letni piłkarz od sześciu lat jest filarem biało-czerwonych i przez najbliższe dwa lata tej roli może go pozbawić co najwyżej jakaś ciężka kontuzja. Pewniakami w tej formacji są także 26-letni Piotr Zieliński (SSC Napoli), 21-letni Sebastian Szymański (Dynamo Moskwa), 30-letni Mateusz Klich (Leeds United) i 25-letni Przemysław Frankowski (Chicago Fire) i nawet 28-letni Jacek Góralski, chociaż powędrował na koniec świata do kazachskiego Kajratu Ałmaty. Gdyby turniej Euro 2020 został rozegrany w tym roku, pewne miejsce na lewym skrzydle miałby zapewne 32-letni Kamil Grosicki, ale po przejściu zimą tego roku z Hull City do West Bromwich Albion w nowym klubie ma tylko status zmiennika i zważywszy na jego wiek, niewielkie szanse na wywalczenie miejsca w podstawowym składzie. Tym bardziej, że ekipa WBA, podobnie zresztą jak Leeds United (Klich), jest bliska wywalczenia awansu do Premier League, co z pewnością zaowocuje letnimi transferami nowych graczy. Teoretycznie zatem za kilka miesięcy możemy mieć dwóch kadrowiczów w klubach Premier League, lecz w marginalnych rolach i przez to z malejącym pożytkiem dla reprezentacji.
Na szczęście selekcjoner kadry ma szerszy wybór graczy w tej formacji. Po wyleczeniu kontuzji w drugiej połowie tego roku powinien już wrócić do gry Dawid Kownacki, być może w jakimś nowym klubie po zapowiedzianym odejściu z Leicester City odrodzi się w końcu zapomniany już przez polskich kibiców Bartosz Kapustka, piłkarz po przejściach, ale wciąż perspektywiczny, bo ledwie 24-letni. Może w końcu przebije się w kadrze ewidentnie niedoceniany przez Brzęczka Karol Linetty (Sampdoria Genua), może szansę dostanie rewelacyjnie spisujący się w barwach Uralu Jekaterynburg 26-letni Rafał Augustyniak, zbierający znakomite recenzje w rosyjskiej lidze, w której uznawany jest za najbardziej skutecznego w destrukcji defensywnego pomocnika. Na pewno powinien ją dostać 27-letni Damian Kądzior, który rozgrywa sezon życia w Dinamie Zagrzeb. W zespole mistrza Chorwacji do momentu przerwania rozgrywek miał na koncie 12 bramek i 9 asyst. Może wreszcie powody do wysłania im powołań dadzą tacy gracze, jak 22-letni Patryk Dziczek (Lazio Rzym, obecnie wypożyczony do II-ligowej Salernitany, czy 26-letni Radosław Murawski, grający obecnie w tureckim Denizlisporze.
Lewandowski i kto jeszcze?
W linii ataku poza wszelką konkurencją jest rzecz jasna 31-letni Robert Lewandowski i nic nie zapowiada, żeby przez najbliższe dwa lata miało coś się w tej kwestii zmienić. Drugie miejsce w aktualnej hierarchii napastników zajmuje 26-letni Arkadiusz Milik (SSC Napoli), a trzecie 25-letni Krzysztof Piątek (Hertha Berlin). Za nimi nie stoi jednak kolejka graczy z aspiracjami i umiejętnościami, żeby zająć miejsce tego tercetu. W lidze greckiej w tym sezonie furorę zrobił co prawda 23-letni Karol Świderski, najlepszy strzelec PAOK Saloniki, zaś za oceanem w amerykańskiej MLS mamy 25-letniego Jarosława Niezgodę i 23-letniego Adama Buksę, lecz obiektywnie rzecz biorąc nie są to piłkarze dobrze rokujący na przyszłość. Trzeba zatem trzymać kciuki za zdrowie „Lewego” i Milika oraz żeby Piątek odzyskał jak najszybciej skuteczność z okresu gry w Genui. I czekać na pojawienie się nowych, utalentowanych napastników.

48 godzin sport

Zamieszanie z Wierietielnym
Słynny trener Aleksander Wierietielny (na zdjęciu) ponoć nie będzie już dalej prowadził polskiej kadry kobiet w biegach narciarskich. Szkoleniowiec ma już 72 lata i postanowił przejść na emeryturę. Swoją aktywność ograniczy też jego dotychczasowa asystentka, a wcześniej najwybitniejsza podopieczna, Justyna Kowalczyk. Takie informację na antenie radia RDC przekazał prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner. Tylko że polska „Królowa zimy” w mediach społecznościowych wyjawiła z nieskrywanym rozbawieniem, iż nic nie wie o swojej nowej roli w kadrze. Nie zmienia to jednak faktu, że kadra polskich biegaczek będzie wkrótce miała nowego trenera, ponoć zagranicznego.

Lechia straciła doświadczonego zawodnika z własnej winy
Izba ds. Rozwiązywania Sporów Sportowych przy PZPN przyznała rację Sławomirowi Peszce w jego sporze z Lechią Gdańsk i wydała decyzję rozwiązującą jego kontrakt z winy klubu. 35-letni skrzydłowy był zawodnikiem gdańskiego zespołu od lata 2015 roku, z przerwą na półroczne wypożyczenie do Wisły Kraków. W tym czasie zaliczył 107 występów w barwach Lechii, zdobył 12 bramek i zanotował 21 asyst. Peszko ma też w piłkarskim dorobku 44 mecze w reprezentacji Polski, udział w turnieju Euro 2016 oraz na mistrzostwach świata w Rosji w 2018 roku. Zanim trafił do gdańskiego klubu grał Wiśle Płock, Lechu Poznań, FC Koeln, AC Parma i Wolverhampton Wanderers.

Mistrzyni w supergigancie odłożyła narty na półkę
Medalistka igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata w narciarstwie alpejskim Tina Weirather zakończyła karierę. 30-letnia narciarka z Liechtensteinu jest córka także utytułowanych alpejczyków – Hanni Wenzel i Hartiego Weirathera. Tina największe triumfy święciła w supergigancie.

Zmarł najstarszy w Meksyku trener piłkarski
W wieku 103 lat zmarł Ignacio Trelles, najbardziej utytułowany trener w historii meksykańskiego futbolu. Poprowadził zespoły tamtejszej ligi w 1081 spotkaniach i zdobył łącznie 15 trofeów. Trelles był też selekcjonerem drużyny narodowej podczas mistrzostw świata 1962 i 1966 roku. Łącznie na ławce trenerskiej reprezentacji zasiadł 117 razy i jest pod tym względem rekordzistą Meksyku.

Włodarczyk po 10 latach współpracy rozstaje się z trenerem
Dwukrotna mistrzyni olimpijska w rzucie młotem, Anita Włodarczyk, poinformowała, że kończy współpracę z dotychczasowym trenerem, Krzysztofem Kaliszewski. Szkoleniowiec, pod wodzą którego lekkoatletka od 10 lat odnosi sukcesy, aktualnie przebywa z powodów rodzinnych w Stanach Zjednoczonych i nie będzie mógł podjąć swoich obowiązków co najmniej do czerwca tego roku. A Włodarczyk, jak powiedziała w wywiadzie dla „PS”, nie wyobraża sobie zdalnej współpracy.

Proponują wybory prezesa PZHL metodą zdalną
Zarząd Polskiego Związku Hokeja na Lodzie zaproponował przeprowadzenie wyborów na prezesa związku za pośrednictwem internetu. Nowe władze miały zostać wyłonione 19 marca podczas zjazdu wyborczego w Chorzowie, ale obrady zostały przełożone z powodu epidemii koronawirusa. O fotel sternika polskiego hokeja ubiega się trzech kandydatów – obecny prezes PZHL Mirosław Minkina oraz Zbigniew Stajak i Adam Zięba. Minkina prezesem został 27 listopada 2018 w trakcie kadencji. Zastąpił wtedy Piotra Demiańczuka, który pełnił tę funkcję kilka miesięcy. Wcześniej, w lutym 2018, z posady szefa PZHL zrezygnował Dawid Chwałka.

Europejska federacja chce kończyć Ligę Mistrzów w czerwcu
Rozgrywki Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych zostaną wznowione na początku czerwca, o ile do tego czasu uda się powstrzymać pandemię koronawirusa – taką decyzję ogłosiła Europejska Federacja Piłki Ręcznej (EHF). Mecze 1/8 finału Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych zaplanowano w dniach od 1 do 7 czerwca. Rywalem PGE VIVE Kielce na tym etapie rozgrywek będzie słoweński Celje Pivovarna Lasko, a Orlen Wisły Płock węgierski Telekom Veszprem (pierwsze mecze środa-czwartek w Celje i Płocku – rewanże sobota-niedziela w Kielcach i Veszprem). Ćwierćfinały LM odbyłyby się w dniach 22-28 czerwca, a odstęp między pierwszym meczem a rewanżem wynosiłby tylko trzy dni. Final Four tych rozgrywek zaplanowano w Kolonii 22 i 23 sierpnia. Z kolei Final Four Ligi Mistrzyń piłkarek ręcznych ma odbyć się 5 i 6 września w Budapeszcie, a finał Pucharu EHF szczypiornistów 29 i 30 sierpnia w Berlinie. Między 15 a 21 czerwca EHF zaplanowała spotkania w ramach prekwalifikacji do mistrzostwa świata w 2021 roku. Rywalem polskich piłkarzy ręcznych będą Litwini. Na mecze eliminacyjne zarezerwowano początek lipca.

Futbol bankrutuje? A co nam do tego?

Szalejąca na świecie pandemia koronawirusa w niespełna dwa miesiące rozwaliła fundamenty, na jakich osadzał się światowy futbol. A jeden z filarów praktycznie leży już w gruzach – to wpajane nam od wielu dekad przekonanie, iż gra w piłę nożną jest dla ludzi „najważniejszą z nieważnych rzeczy na tym świecie”.

Jak bardzo była to oszukańcza teza, widzimy dzisiaj, gdy nikt nie słucha nawet skamlenia odciętych od łatwych pieniędzy piłkarskich krezusów. Puszczane do mediów straszaki w rodzaju: „Jeśli nie dostaniemy wsparcia ze strony rządu, kluby zaczną bankrutować”, albo „Brak wpływów ze sprzedaży biletów i od sponsorów zrujnuje klubowe finanse”, lub też „Kluby nie mają pieniędzy na wypłaty dla zawodników i pracowników”, dzisiaj nikogo już nie ruszają. Większość z nas jest w tarapatach znacznie poważniejszych niż piłkarze. Z powodu zakazu zgromadzeń i organizowania imprez masowych nie zarabiają choćby lokale gastronomiczne, biura turystyczne, instytucje kulturalne, edukacyjne, nawet parki narodowe są zamykane. Milionom ludzi grozi utrata pracy lub drastyczna obniżka zarobków. A między piłkarzem, któremu klub obciął lub zamroził zarobki na czas przerwy w rozgrywkach, a przeciętnie zarabiającym pracownikiem najemnym w dowolnej branży różnica jest tak wielka, że każdemu kto sobie ją uświadomi, a teraz jest na to dobry moment, musi zrodzić się myśl, że może należałoby w końcu to zmienić. A od takich myśli zaczynają się rewolucje.
Pożywkę do takich rewolucyjnych rozmyślań dają takie publikacje, jak coroczny ranking redakcji tygodnika „France Football” najlepiej opłacanych piłkarzy na świecie. W zestawieniu „FF” podawane są łączne dochody futbolowych krezusów, czyli wynagrodzenie brutto wypłacane im przez ich kluby oraz wpływy ze sprzedaży wizerunku reklamodawcom i sponsorom. Pierwsze miejsce na liście piłkarskich milionerów zajmuje Argentyńczyk Leo Messi (FC Barcelona), który w ubiegłym roku wzbogacił się o rekordowe 131 mln euro, drugi jest Portugalczyk Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn, 118 mln euro), a trzeci Brazylijczyk Neymar (Paris Saint-Germain, 95 mln euro). W przeliczeniu na stawkę dzienną dochody Messiego wynoszą 358 tys. euro, czyli facet za kopanie piłki każdego dnia kasuje mniej więcej, niż cała masa ludzi niemal przez całe życie, i to przy założeniu, że średnio zarabiają 1000 euro miesięcznie. Ktoś powie, że wymieniona trójka piłkarzy to wyjątki, bo reszta już wcale tak dobrze nie ma. I to jest kolejne kłamstwo, które dopiero w czasach zarazy potrafimy sobie uzmysłowić.
FC Barcelona, której największą gwiazdą jest Messi, rocznie wydaje na płace swoich zawodników (oprócz sekcji piłkarskiej prowadzi też męskie i żeńskie sekcje koszykówki, piłki ręcznej i hokeja na trawie) ponad 600 mln euro – najwięcej w Europie. I taki potentat nagle ogłasza, że wszystkim swoim zawodnikom i trenerom obetnie pensje o 70 procent. W Hiszpanii nie podniósł się nawet jeden głos protestu przeciwko tej „niesprawiedliwości”. W równie bogatym Bayernie Monachium piłkarze, w tym Robert Lewandowski, bez szemrania zgodzili się na 20-procentowe cięcie płac. Z kolei w klubie Kamila Glika, AS Monaco, jego rosyjski właściciel skorzystał z regulacji prawnych we Francji i wysłał wszystkich piłkarzy na częściowe bezrobocie, co skutkuje utratą przez nich 16 procent zarobków. Państwo zapewnia w takich przypadkach rekompensatę w wysokości 5,4 tys. euro, która rzecz jasna dla piłkarzy nie jest adekwatna do utraconych zarobków. Wspomniany Glik zarabia 250 tys. euro miesięcznie, czyli straci po uwzględnieniu rekompensaty 34,6 tys. euro. Wciąż jednak na jego konto wpływać będzie grubo ponad 200 tys. euro, zatem nie dziwi, że we Francji też nikt nad piłkarzami się nie użala.
Nawet w znacznie słabiej płacącej piłkarzom polskiej ekstraklasie chwilowa zapaść finansowa nie jest aż taka straszna, jak próbuje się nam wmówić. Kluby pozbawione dochodów ze sprzedaży biletów i praw medialnych straszą nieuchronnym bankructwem, chociaż liga nie gra dopiero od 13 marca. Czy to kogoś rusza? Nie, bo nie ma powodu użalać się nad losem niespecjalnie przydatnych społeczeństwu w czasach zarazy osobników, którzy do tej pory zarabiali przeciętnie pół miliona złotych rocznie.
Piłkarze, ale nie tylko przecież oni, bo także siatkarze, piłkarze ręczni, koszykarze czy w ogóle sportowcy profesjonalni, są w sto razy lepszej sytuacji niż miliony innych ludzi. Dlatego skomlącym trzeba mówić „precz”, a hołdować tylko tym, którzy nie tylko o nic dla siebie nie proszą, ale jeszcze sięgają do swoich finansowych zasobów i wspierają innych.

Zwalczył koronawirusa

Występujący w drugoligowym Hannover 96 Timo Huebers był pierwszym w Niemczech piłkarzem, u którego wykryto koronawirusa. Właśnie ogłoszono, że został wyleczony.

Huebers był nie tylko pierwszym zawodowym piłkarzem w Niemczech, u którego stwierdzono koronawirusa, ale wedle niektórych źródeł prawdopodobnie pierwszym w ogóle futbolistą zarażonym Covid-19. Wykryto u niego zakażenie 11 marca, ale 23-letni środkowy obrońca zespołu Hannover 96 miał bardzo łagodne objawy choroby. Kilka dni temu Huebers dostał pozwolenie na podjęcie lekkich treningów we własnym mieszkaniu, a w miniony czwartek ogłoszono, że dwa ostatnie testy na obecność koronawirusa jakie przeszedł dały wynik negatywny, więc lekarze uznali, że został w pełni wyleczony. „Jak to dobrze, że znowu mogę wyjść z domu. Już nie mogłem się doczekać, żeby pójść pobiegać i pokopać w piłkę na świeżym powietrzu” – nie krył radość piłkarz w wypowiedzi opublikowanej na oficjalnej stronie internetowej Hannover 96.
Wciąż jednak podlegają kwarantannie jego koledzy z zespołu, ale miała trwać do piątku.

Koniec ligowego sezonu w siatkówce

Władze Polskiej Ligi Siatkówki ogłosiły w środę zakończeniu siatkarskich rozgrywek ligowych kobiet i mężczyzn, które z powodu koronawirusa zostały przerwane 12 marca.

W Lidze Siatkówki Kobiet, która zdążyła rozegrać cały sezon zasadniczy, kolejność zespołów w tabeli uznano za ostateczną. I tak tytuł mistrzyń Polski przypadł drużynie Grupa Azoty Chemik Police, tytuł wicemistrzowi Developresowi Rzeszów, zaś brązowy medal Łódzkiemu Klubowi Sportowemu. Chemik i Developres będą mogły zagrać w nowym sezonie w Lidze Mistrzyń. Z LSK zdegradowano ostatnią w tabeli drużynę Wisły Warszawa, której odebrano licencję z powodu problemów finansowych.
Nie przyznano natomiast mistrzowskiego tytułu w męskiej PlusLidze, której do zakończenia sezonu zasadniczego zostały dwie kolejki. Cały sezon PLS uznała za niebyły. Trzy czołowe drużyny w momencie przerwania rywalizacji, czyli Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, Verva Warszawa Orlen Paliwa i PGE Skra Bełchatów, będą mogły wystąpić w Lidze Mistrzów w sezonie 2020/2021. Z PlusLigi zdegradowano zespół BKS Visła Bydgoszcz.