Wirus rozwala ligę NBA

Koronawirus i restrykcyjne zasady sanitarne wprowadzone przez NBA dziesiątkują kadry kolejnych drużyn i coraz więcej spotkań się nie odbyło. A sezon 2020/2021 rozpoczął się ledwie dwa tygodnie temu.

Obostrzenia wprowadzone z powodu pandemii są bardzo restrykcyjne. Jeśli któryś z zawodników miał kontakt z osobą zakażoną, trafia na kwarantannę. Aby uniknąć konieczności odwoływania meczów, NBA postanowiła rozszerzyć składy drużyn do 17 zawodników. Ale nie zawsze to wystarcza. Na przykład niedawno mecz Miami Heat z Boston Celtics został odwołany, bo jeden z graczy Heat otrzymał pozytywny wynik testu na koronawirusa i trzeba było odesłać na kwarantannę 13 zawodników mających z nim kontakt i klub nie miał ośmiu graczy zdolnych do gry. A taka liczba zawodników to minimum, żeby zespół został dopuszczony do rywalizacji.
Zdziesiątkowana została także kadra Boston Celtics, bo wypadło z niej przez zakażenia dziewięciu graczy, w tym lidera zespołu Jaysona Tatuma, ale na spotkanie z Heat mieli jeszcze ośmiu zdrowych koszykarzy. Nowych przypadków zakażeń wciąż jednak przybywa, ale władze NBA nie rozważają wstrzymania rozgrywek.

Euro 2021 bez zmian

Szef UEFA Aleksander Ceferin ogłosił, że na 99,9 procent przełożone na ten rok mistrzostwa Europy odbędą zgodnie z planem w 12 miastach w 12 różnych krajach. Ale zapewnił też, że są gotowe też inne scenariusze.

Ceferin w swoim oświadczeniu stwierdził: „Możemy zorganizować turniej w 11, 10 czy 9 miastach, a nawet w… jednym kraju, jeśli zajdzie taka potrzeba. Na razie jednak trzymamy się wersji z 12 miastami w 12 krajach. W zależności od sytuacji związanej z pandemią Covid-19 może być konieczne różnicowanie stopnia zapełnienia trybun w różnych państwach. Decyzja w tej sprawie zostanie jednak podjęta dopiero 5 marca, bo UEFA oczekuje, że do tego czasu będą już widoczne efekty zastosowania szczepionki. „Ten proces dopiero się rozpoczął, stąd nasza decyzja, by podejmować konkretne decyzje w marcu. Wtedy będziemy mieć większą wiedzę, czego możemy się spodziewać w lecie” – podkreślił sternik europejskiego futbolu.
W tej chwili władze UEFA pracują nad opracowaniem czterech różnych wariantów organizacji meczów Euro 2021: przy pełnych trybunach, z obecnością widzów w przedziale 50-100 procent, 20-30 procent oraz bez kibiców.

De Laurentiis niszczy Milika

Perypetie Arkadiusza Milika z odejściem z SSC Napoli już od ponad pół roku nie schodzą z łamów sportowej prasy we Włoszech, w Hiszpanii, Anglii, a ostatnio także we Francji, bo kluby z tych krajów były lub nadal są mocno zainteresowane pozyskaniem 26-letniego polskiego napastnika. Do transferu jednak nie dochodzi albo z winy właściciela klubu Aurelio De Laurentiis, albo Milika.

Dla przypomnienia: konflikt zaczął się w połowie ubiegłym roku gdy Milik odmówił przedłużenia umowy z SSC Napoli i zapowiedział, że chce odejść. Jego kontrakt obowiązuje do końca czerwca 2021 roku, zatem ubiegłoroczne letnie okienko transferowe było ostatnią okazją dla klubu z Neapolu, żeby korzystnie sprzedać bramkostrzelnego polskiego napastnika. Ofert dla niego nie brakowało, ale Milik bardzo chciał przejść do Juventusu Turyn, lecz Aurelio De Laurentiis z sobie tylko wiadomego powodu akurat na ten transfer nie chciał się zgodzić i storpedował go stawiając zaporową cenę. W rewanżu doprowadzony do furii reprezentant Polski odrzucał potem wszystkie propozycje, które z kolei były korzystne dla SSC Napoli. W odwecie De Laurentiis nakazał go wykreślić z kadry zespołu zgłoszonej do rozgrywek nowego sezonu i przez całą rundę jesienną Milik grał jedynie w reprezentacji Polski.
W trwającym obecnie zimowym okienku transferowym nic na razie nie zapowiada zmiany tej patowej sytuacji. O polskiego piłkarza mocno wprawdzie zabiega Olympique Marsylia, ale francuskiego klubu nie stać na spełnienie finansowych żądań De Laurentiisa, który twardo domaga się za transfer Milika, jak podają włoskie i francuskie media, co najmniej 18 milionów euro. A Olympique na nowych graczy jakich tej zimy chce pozyskać ma w sumie tylko 10 mln euro. A zatem do transakcji zapewne nie dojdzie, podobnie jak nie doszło w przypadku Atletico Madryt, Tottenhamu Hotspur i Juventusu. Żaden z tych klubów nie miał zamiaru przepłacać za piłkarza, którego za pół roku można mieć za darmo. Owszem, po rocznej przerwie w grze, ale nie zapominajmy, że Milik ma dopiero 26 lat i jak wieść niesie zawzięcie trenuje nawet dwa razy dziennie. To może być trochę ryzykowna transakcja, ale raczej w niewielkim stopniu, natomiast równie dobrze może okazać się transferowym hitem.
Wygląda jednak na to, że De Laurentiis wciąż jest przekonany, że to on z tego starcia wyjdzie zwycięsko i chociaż nie zarobi na transferze choćby centa, to dla przestrogi dla innych nieposłusznych wobec niego piłkarzy pokazowo zniszczy Milikowi karierę, a co najmniej mocno ją wyhamuje. Z informacji wyciekających do mediów z neapolitańskiego klubu wynika, że wedle obowiązujących obecnie decyzji De Laurentiisa Milik zimą nigdzie nie odejdzie i zostanie w Neapolu do 30 czerwca, do końca jednak bez prawa gry, co oznacza, że raczej nie dostanie powołania do reprezentacji Polski na mistrzostwa Europy, na czym mocno mu zależy.
Sytuacja jest cokolwiek idiotyczna także dlatego, że teraz akurat Milik bardzo by się ekipie SSC Napoli przydał na boisku, bo z kadry z powodu kontuzji wpadło dwóch napastników – Belg Dries Mertens i pozyskany we wrześniu ub. roku z OSC Lille za 40 mln euro Nigeryjczyk Victor Osimhen. Reprezentant Polski mógłby w styczniu przejść do Atletico Madryt, lecz hiszpański klub był zainteresowany wypożyczeniem Milika do końca sezonu, na co rzecz jasna właściciel Napoli nie chciał przystać. Atletico już po raz drugi w ostatnim półroczu przymierzało się do pozyskania polskiego napastnika – za pierwszym razem zamiast niego na Wanda Metropolitano gra dzisiaj Urugwajczyk Luis Suarez, a teraz z Olympique Lyon ma tam powędrować Francuz malijskiego pochodzenia Moussa Dembele.
Wydaje się, że ostatnią nadzieją Milika może być Olympique Marsylia. Piąty aktualnie zespół francuskiej Ligue 1 pilnie szuka klasowego snajpera. W tym sezonie jego najskuteczniejszym strzelcem jest Florian Thauvin, który ma na koncie sześć ligowych trafień, ale występuje na pozycji skrzydłowego. Milik o miejsce w składzie rywalizowałby jednak z 30-letnimi napastnikami – Dario Benedetto i Valere’m Germaine’m, którzy zdobyli dotąd po trzy bramki. Zainteresowanie reprezentantem Polski potwierdził trener Olympique Andre Villas-Boas. „To prawda, jesteśmy nim zainteresowani, ale na razie do żadnych zaawansowanych rozmów nie doszło i w najbliższych dniach nic się w tej sprawie istotnego nie wydarzy” – przyznał szkoleniowiec OM na łamach dziennika „L’Equipe”.
Nie wiadomo co o tym sądzi sam Milik, bo z kolei we włoskich mediach pojawiły się ostatnio wieści, że Juventus zaproponował naszemu piłkarzowi kontrakt od 1 lipca, oferując mu roczne zarobki na poziomie 4,5 mln euro, czyli o dwa miliony euro wyższe niż ma obecnie w SSC Napoli. Jeśli Milik na to się zgodzi, przez kolejne pół roku będzie w Neapolu persona non grata.

Filomena paraliżuje Primera Division

Niż Filomena spowodował w Hiszpanii nienotowane od półwiecza opady śniegu. Biały puch skomplikował też życie piłkarzom hiszpańskich klubów. Niektóre mecze trzeba było przekładać na inny termin, bo był problem z dotarciem na stadiony.

Biały puch skomplikował życie piłkarzom hiszpańskich klubów, i tak już trudne przez pandemię. Niektóre mecze trzeba było przekładać na inny termin, bo zespoły przyjezdne miały problemy z dotarciem na czas. Ekipa Realu Madryt utknęła z tego powodu w na kilka dni w Pampelunie. Piłkarze Getafe mieli pierwotnie zagrać wyjazdowy mecz 18. kolejki Primera Division z Elche w niedzielę, lecz przez śnieg nie mogli się dostać nawet na lotnisko. Władze hiszpańskiej ekstraklasy przesunęły więc termin spotkania o dobę, a w niedzielę wieczorem zorganizowały ekipie z przedmieść Madrytu transport do hotelu w pobliżu lotniska Barajas. Nie była to prosta operacja, o czym świadczyły zamieszczane przez graczy Getafe w mediach społecznościowych nagrania, jak pchają auta przez zwały śniegu. Ostatecznie wszyscy jednak dotarli do celu, a następnego dnia rano polecieć samolotem do Elche i wieczorem rozegrali mecz, który drużyna Getafe wygrała 3:1.
Atak zimy uwięził natomiast w Pampelunie zespół Realu Madryt, który po rozegranym w minioną sobotę ligowym spotkaniu z Osasuną (0:0) nie mógł wrócić do Madrytu. W końcu trener Zinedine Zidane po konsultacji władzami klubu oraz zawodnikami podjął decyzję, że ekipa zostanie w Pampelunie do środy i tu będzie trenować oraz stąd poleci tego dnia do Malagi, gdzie następnego dnia rozegra wyznaczony na 14 stycznia w tym mieście mecz o Superpuchar Hiszpanii z Athletic Bilbao. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, „Królewscy” do Madrytu wrócą więc dopiero w piątek, co oznacza, że w sumie spędzą z dala od swoich domów i rodzin ponad tydzień.
Z powodu obfitych opadów śniegu w Madrycie nie mógł wylądować na lotnisku Barajas nie tylko samolot z ekipą Realu. Taki sam kłopot miała też drużyna Athletic Bilbao, która w sobotę miała rozegrać w ramach 18. kolejki mecz z Atletico. Z powodu burzy śnieżnej jej samolot został jednak zawrócony, a spotkanie na stadionie Wanda Metropolitano przełożono na inny termin.
Madryt od kilku dni jest pokryty grubą warstwą śniegu. Meteorolodzy uważają, że opady przyciągnięte przez niż polarny Filomena są jednymi z największych, jakie odnotowano w tym regionie kraju od początku XXI wieku. W środę na stacji narciarskiej położonej w centralnych Pirenejach termometr wskazał – 34,1 st. C. Władze poinformowały o czterech ofiarach śmiertelnych nagłego ataku zimy. Warunki na kilkuset drogach w kraju praktycznie uniemożliwiają korzystanie z nich. Mimo tych problemów Primera Division na razie nie rozważa zawieszenia rozgrywek
Liderem po 18. kolejce jest Atletico, które w 15 rozegranych dotąd spotkaniach zgromadziło 38 punktów. Dwie kolejne lokaty zajmują z kompletem 18 spotkań zajmują Real Madryt (37 pkt) i FC Barcelona (34 pkt). Na czwartym miejscu jest Villarreal (32 pkt).

Hurkacz walczy na Florydzie

Hubert Hurkacz w swoim pierwszym tegorocznym występie zasygnalizował wysoką formę. W rozgrywanym w USA turnieju ATP w Delray Beach (z pulą nagród 350 tys. dolarów) wrocławianin awansował do półfinału pokonując po drodze Kolumbijczyka Daniela Galana Riverosa 6:2, 6:2, a w 1/4 finału Ekwadorczyka Roberto Quiroza 6:4, 6:4. Zwycięstwo w drugim z wymienionych pojedynków było jubileuszowym, triumfem Hurkacza w turniejach organizowanych pod szyldem ATP.

Nasz najlepszy obecnie tenisista do występu w wielkoszlemowym Australian Open przygotowuje się w Stanach Zjednoczonych. Tam też wystartował w Delray Beach na Florydzie w turnieju rangi ATP 250. W imprezie tej Hurkacz, sklasyfikowany obecnie w światowym rankingu na 35. miejscu, został rozstawiony z numerem czwartym i dzięki temu miał wolny los w pierwszej rundzie. Jego pierwszym rywalem był 24-letni Kolumbijczyk Daniel Elahi Galan (ATP 115), którego pokonał w równo godzinę 6:2, 6:2. W ćwierćfinale Polak trafił na kolejnego gracza z Ameryki Południowej, na 28-letniego Ekwadorczyka Roberto Quiroza (ATP 293), dla którego był to pierwszy w karierze występ w 1/4 finału zawodów głównego cyklu. Wcześniej Ekwadorczyk w Delray Beach pokonał w eliminacjach Gonzalo Escobara i Viktora Galovicia, a w głównej drabince wyeliminował Noaha Rubina i Ivo Karlovicia. Hurkacz był jednak faworytem w pojedynku z Quirozem i nie zawiódł oczekiwań. Pokonał rywala w 87 minut w dwóch setach 6:4, 6:4 i mógł świętować nie tylko awans do półfinału turnieju, lecz także swoje jubileuszowe, pięćdziesiąte zwycięstwo w zawodach ATP.
We wtorkowym półfinale, który zakończył się po zamknięciu wydania, rywalem Hurkacza był reprezentant gospodarzy 26-letni Christian Harrison. Amerykański tenisista, chociaż w światowym rankingu zajmuje odległe, 789. miejsce, w Delray Beach grał wybornie, ale większy rozgłos zyskał nieodpowiedzialnym zachowaniem po wygranym pojedynku w II rundzie z najwyżej rozstawionym w turnieju Chilijczykiem Cristianem Garinem (ATP 22) 7:6, 6:2. Harrison odmówił udzielenia wywiadu na korcie gdy usłyszał, że musi założyć maseczkę ochronną. Organizatorzy ukarali go za to grzywną trzech tysięcy dolarów. Sankcja była widać wystarczająco dotkliwa, bo już w po zwycięstwie w ćwierćfinale z Włochem Gianluką Magerą Amerykanin udzielił wywiadu w masce. Harrison pierwszy raz w karierze doszedł do półfinału zawodów głównego cyklu. W drugiej parze zmierzyli się 25-letni Brytyjczyk Cameron Norrie (ATP 74) i 20-letni amerykański gracz czeskiego pochodzenia Sebastian Korda (ATP 119).
Wygłup Harrisona z odmową przestrzegania rygorystycznych procedur sanitarnych wprowadzonych z powodu nowej fali pandemii przebił w miniony poniedziałek inny z amerykańskich tenisistów, 28-letni Denis Kudla. W pojedynku I rundy rozgrywanych wyjątkowo w stolicy Kataru Dosze kwalifikacji do wielkoszlemowego Australian Open, Kudla pewnie pokonał reprezentanta Maroka Elliota Benchetrita (jeszcze w ubiegłym roku grał on dla Francji) 6:4, 6:3. Po zakończeniu spotkania pokonany zawodnik wyznał w mediach społecznościowych, że przy stanie 3:5 w drugim secie Kudla otrzymał informację o pozytywnym teście na Covid-19. Nie zgłosił jednak tego faktu sędziemu i spotkanie nie zostało przerwane. W tenisowym światku zawrzało, bo już sam fakt dopuszczenia Kudli do gry bez przedstawienia przez niego aktualnego testu na obecność koronawirusa był skandalem, ale już zatajenie wiadomości o pozytywnym wyniku badania to już był kryminał. Organizatorzy turnieju po naradzie uznali wygraną Kudli w meczu z Benchetritem, ale od razu Amerykanina zdyskwalifikowali, na czym skorzystał Australijczyk Dane Sweeny, z którym Kudla miał walczyć o awans do trzeciej rundy kwalifikacji. Oczywiście australijski gracz otrzymał walkowera.
Nawet gdyby Hurkacz wygrał turniej w Delray Beach, nie znajdzie się w gronie faworytów tegorocznego Australian Open, bo w tym wielkoszlemowym turnieju w rywalizacji mężczyzn za murowanego kandydata do zwycięstwa uważa się lidera światowego rankingu Novaka Djokovicia. Serb wygrywał w Melbourne Park już ośmiokrotnie i jest pod tym względem rekordzistą wszech czasów, a poza tym triumfował tu w dwóch ostatnich imprezach. Jesli ktoś może mu przeszkodzić w kolejnym zwycięstwie, to chyba tylko wicelider rankingu Hiszpan Rafael Nadal, trzeci na światowej liście Austriak Dominic Thiem. W dalszej kolejności wymienia się jeszcze Rosjanina Daniiła Miedwiediewa, Greka Stefanosa Tsitsipasa oraz Niemca Alexandra Zvereva.
W rywalizacji pań do faworytek media i bukmacherzy zaliczają Japonkę Naomi Osakę, Australijkę Ashleigh Barty oraz z szacunku dla dawnych dokonań Amerykankę Serenę Williams, lecz spora część tenisowych ekspertów uważa, że w tym gronie powinna się też znaleźć sensacyjna triumfatorka ubiegłorocznego French Open Iga Świątek. „Polka zakończyła 2019 rok na 61. miejscu w rankingu, a 2020 po wygranej w Paryżu na 17. Turniej w Melbourne rozpocznie spragniona gry i głodna kolejnego sukcesu. Jeśli podczas zimowej przerwy nie zatraciła formy, może pokusić się o wygrania Australian Open” – napisał w komentarzu „Sports Betting”. Co ciekawe, w medialnych spekulacjach wyżej ocenia się szanse naszej tenisistki, niż choćby Rumunki Simony Halep czy broniącej tytułu Amerykanki Sofii Kenin. Przed rokiem Świątek na kortach w Melbourne Park odpadła w czwartej rundzie po porażce z Estonką Anett Kontaveit 7:6, 5:7, 5:7.
Tegoroczny Australian Open po raz pierwszy od ponad stulecia rozpocznie się nie w styczniu, ale w lutym. Z powodu pandemii turniej zacznie się 8, a zakończy 21 lutego). Wszyscy uczestnicy zmagań będą musieli zjawić się w Melbourne już 15 stycznia i przejść dwutygodniową kwarantannę w tzw. turniejowej bańce. W sumie zatem najlepsi z stawce będą musieli spędzić w niej pięć tygodni. Ale mają o co grać, bo pula nagród wynosi w tym roku blisko 50 mln dolarów amerykański, a zwycięzcy w grze pojedynczej zgarną po 2,8 mln USD.

Cristiano Ronaldo nie odpuszcza Lewemu

Gwiazdor Juventusu Turyn w niedzielę w ligowym meczu z Sassuolo zdobył 759. gola w karierze i wyrównał rekord zdobytych bramek, należący do Czecha Josefa Bicana. Cristiano Ronaldo w tym sezonie jest też najgroźniejszym konkurentem Roberta Lewandowskiego w wyścigu po „Złotego Buta”.

Cristiano Ronaldo zdobył historyczną bramkę w ostatniej akcji meczu Juventusu z Sassuolo, gdy ustalił wynik spotkania na 3:1 dla drużyny z Turynu. W obecnych rozgrywkach było to już 15. trafienie portugalskiego snajpera, który z takim dorobkiem prowadzi w klasyfikacji strzelców włoskiej Serie A. Jak wyliczyli futbolowi statystycy, gol wbity ekipie Sassuolo był w karierze Cristiano Ronaldo już 759. trafieniem, co oznacza, że wyrównał rekord strzelonych bramek dzierżony dotąd przez Czecha Josefa Bicana. Portugalski gwiazdor na zgromadzenie takiej liczby bramek potrzebował 1037 występów w oficjalnych spotkaniach. Ale ponieważ w tym sezonie prezentuje wyśmienitą formę, zapewne jeszcze w styczniu zostanie samodzielnym liderem tej klasyfikacji. W pięciu ostatnich meczach Juventusu w Serie A Cristiano Ronaldo zdobył pięć bramek. Jak policzyli redaktorzy internetowego serwisu abs.es, Portugalczyk aż 450 bramek zdobył w barwach Realu Madryt, a pozostałe zdobywał jako gracz Sportingu Lizbona, gdzie zaczynał karierę, Manchesteru United i Juventusu a także w reprezentacji Portugalii, z którą m.in. w 2016 roku wywalczył mistrzostwo Europy.
Ale nie tylko z tego powodu jego występ w tym spotkaniu odbił się szerokim echem w mediach. Portugalskiego piłkarza można nie lubić, ale jego sportowej klasy nie da się zakwestionować. Mimo 36 lat na karku wciąż potrafi zadziwić niezwykłymi boiskowymi wyczynami. W meczu z Sassuolo zauważono na przykład, że w jednej z akcji z krótkiego rozbiegu wyskoczył do piłki w polu karnym wyżej niż bramkarz rywali mógł to zrobić rękami. To oznacza, że wciąż nie ma granicy jego fizycznych możliwości.
Tak na marginesie, podobnie rzecz się ma z Lewandowskim, któremu niedawno w ligowym meczu zmierzono prędkość sprintu i wyszło, że to to był jego najlepszy wynik w karierze. A przypomnijmy, że „Lewy”: też nie jest już młodzieniaszkiem, bo ma przecież 32 lata.
Portugalczyk i Polak mogą służyć młodszym pokoleniom piłkarzy za wzór profesjonalnego podejścia do zawodu i obaj wciąż zadziwiają niezwykłą wytrzymałością i odpornością na kontuzje. Jeśli więc przyjmiemy, że Lewandowski zdoła przez najbliższe trzy sezony utrzymać formę, a Cristiano Ronaldo przez ten czas na swoim przykładzie pokaże, że można grać na wysokim poziomie także pod „czterdziestkę”, to może się okazać, że czeka nas jeszcze kilka sezonów wspaniałej rywalizacji między tymi znakomitymi napastnikami.
Poprzedni sezon należał do Bayernu Monachium i najskuteczniejszego strzelca bawarskiego potentata, Roberta Lewandowskiego. Polak zgarnął wszystkie najważniejsze indywidualne wyróżnienia, które w ostatnich dziesięciu latach dzieli między siebie Cristiano Ronaldo i Lionel Messi. Obaj ci wielcy piłkarze nie zamierzają jednak łatwo ustępować pierwszeństwa. Portugalczyk ewidentnie chce w tym sezonie zdobyć „Złotego Buta”, nagrodę dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich, a to oznacza, że chce też pokrzyżować plany Lewandowskiemu, który w swojej bogatej już kolekcji trofeów nie ma właśnie „Złotego Buta”. Jeszcze niedawno Polak był murowanym faworytem, bo prowadził w klasyfikacji z dużą przewagą nad najgroźniejszymi konkurentami. Teraz jego przewaga też jest jeszcze okazał, bo „Lewy” z 20 bramkami na koncie przewodzi w klasyfikacji „ZB” z dorobkiem 40 punktów. Gwoli przypomnienia: Ranking powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w lidze. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek. Najwyższy – dwa – ma pięć czołowych lig. Obecnie: hiszpańska, angielska, niemiecka, francuska i włoska (współczynnik zależy od wyników klubów z każdej ligi w europejskich pucharach w ciągu ostatnich pięciu sezonów). W poprzednim sezonie nagrodę zdobył włoski napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile (72 pkt za 36 goli), który wyprzedził Lewandowskiego (34 gole i 68 pkt) oraz Cristiano Ronaldo
(31 goli, 62 pkt).
W obecnym sezonie na czele peletonu goniącego „Lewego” znajduje się obecnie Cristiano Ronaldo z 15 golami i 30 punktami na koncie, a za nim pędzą Egipcjanin Mohamed Salah (FC Liverpool) – 13 goli, 26 pkt oraz mający po 12 goli i 24 pkt Francuz Kylian Mbappe (Paris Saint-Germain), Anglik Jamie Vardy (Leicester City), Belg Romelu Lukaku (Inter Mediolan), Koreańczyk Heung-min Son (Tottenham Hotspur), Norweg Erling Haaland (Borussia Dortmund) i Francuz Boulaye Dia
(Stade Reims).
Trudno w tej chwili stwierdzić, czy Lewandowskiemu uda się utrzymać prowadzenie do końca sezonu, ale już sam fakt, że wciąż utrzymuje się na szczycie jest godny pochwały. Wygląda jednak na to, że „Lewy” zaczyna już powoli planować sobie życie po zakończeniu piłkarskiej kariery. Być może jednym z pomysłów jest zaangażowanie się w któryś z polskich klubów.
„Super Express” doniósł, że „Lewy” w miniona sobotę skorzystał z tego, że przyjechał do Warszawy na galę mistrzów sportu i w południe spotkał się na dwie godziny z właścicielem Legii Dariuszem Mioduskim. O czym była rozmowa, wiedzą tylko jej uczestnicy, a my możemy jedynie domniemywa. „Super Express” nawet zasugerował, że być może spotkanie ma jakiś związek z sensacyjnymi plotkami, które pojawiły się pod koniec listopada, a dotyczyły złożonej rzekomo Mioduskiemu przez Piniego Zahaviego oferty odkupienia akcji Legii. Zahavi jak powszechnie wiadomo jest piłkarskim agentem i prowadzi między innymi także piłkarskie interesy
Lewandowskiego.
Niekoniecznie jednak obaj panowie musieli rozmawiać o tamtej propozycji, bo przecież nietrudno sobie wyobrazić ich rozmowę o wspólnym prowadzeniu warszawskiego klubu. Być może Lewandowski rozważa pójście tropem Jakuba Błaszczykowskiego w Wiśle Kraków i też na koniec kariery postanowi zostać grającym współwłaścicielem klubu, konkretnie Legii. Mioduski już rok temu dał sygnał, że jest tym żywo zainteresowany, ale postawił też pewien warunek. „Uważam, że Robert powinien na zakończenie kariery zagrać w Legii. Rozmowy w tej sprawie moglibyśmy zacząć w chwili, w której Robert zdecyduje się na powrót do Polski” – powiedział właściciel Legii. Ciekawe czy po roku coś się w jego podejściu zmieniło.

48 godzin sport

Żałoba w Rakowie
W wieku 77 lat zmarł były trener Rakowa Częstochowa Gothard Kokott. Prowadził zespół m.in. w sezonie 1994/95 i wywalczył z nim utrzymanie w ekstraklasie. Do Rakowa trafił w 1968 roku. Od 1979 roku pracował jako trener. Przez ponad 20 lat kilkukrotnie obejmował pierwszą drużynę. Był też wychowawcą wielu pokoleń częstochowskiej młodzieży. Pracował też m.in. w Zawiszy Bydgoszcz i Ruchu Radzionków oraz prowadził zespół futsalu Clearex Chorzów.

Polacy w Pucharze Anglii
W miniony poniedziałek rozlosowano pary czwartej rundy Pucharu Anglii. Najciekawiej zapowiada się starcie pomiędzy aktualnym wiceliderem Premier League, Manchesterem United, z broniącym tytułu mistrza kraju Liverpoolem. O kolejną rundę Pucharu Anglii powalczą też reprezentanci Polski. Brighton and Hove Albion (Jakub Moder) będzie rywalizować z trzecioligowym Blackpool, Southampton (Jan Bednarek) czeka zaległe spotkanie w trzeciej rundzie z zespołem Shrewsbury Town, a jeśli „Święci” je wygrają, zmierzą się z Arsenalem Londyn. Z kolei Barnsley (Michał Helik) podejmie Norwich City (Przemysław Płacheta), a Millwall (Bartosz Białkowski) zagra z Bristol City. Mecze czwartej rundy Pucharu Anglii zaplanowano na 22-25 stycznia. O awansie zadecyduje jedno spotkanie.

Już nie jedzie w Rajdzie Dakar
Motocyklista Maciej Giemza wycofał się z rywalizacji w Rajdzie Dakar po wypadku na 22. kilometrze dziewiątego etapu – poinformował Orlen Team na swoich mediach społecznościowych. Giemza zerwał więzadła w lewym barku i złamał kość prawej stopy. Po ośmiu etapach w klasyfikacji generalnej zajmował 17. miejsce.

Mistrz Anglii zrezygnował
Brytyjski speedway przeżywa coraz większe kłopoty. W poniedziałek decyzję o odpuszczeniu startów w SGB Premiership podjęli włodarze Swindon Robins, czyli aktualnego mistrza kraju. Na lodzie pozostał między innymi Jason Doyle, który niedawno zerwał kontrakt z klubem w Szwecji, żeby rywalizować właśnie na Wyspach. W polskiej PGE Ekstralidze ściga się w barwach Unii Leszno.

Mecz otwarcia w Polsce
Mecz otwarcia mistrzostw świata piłkarzy ręcznych w 2023 roku odbędzie się w Polsce, a finał i mecz o brąz w Szwecji – poinformował Związek Piłki Ręcznej w Polsce. Prezesi obu federacji podpisali umowę dotyczącą organizacji imprezy, której termin to 11–29 stycznia. Losowanie grup pierwszej fazy turnieju odbędzie się w czerwcu 2022 w Polsce. Decyzja o przyznaniu Polsce i Szwecji prawa do organizacji MŚ 2023 zapadła w listopadzie 2015 roku. Będzie to druga edycja czempionatu szczypiornistów, w której wezmą udział 32 drużyny. Po raz pierwszy taki wariant zastosowano w tegorocznych zmaganiach, które ruszają w Egipcie w środę.

W Tokio stan wyjątkowy

W miniony czwartek premier Japonii Yoshihide Suga ogłosił stan wyjątkowy w Tokio i trzech okolicznych prefekturach. Decyzja ta na razie nie przekreśla planów organizacji igrzysk olimpijskich w japońskiej stolicy.

O możliwości ogłoszenia stanu wyjątkowego w Tokio spekulowano już od jakiegoś czasu. Władze zdecydowały się na taki ruch, gdy w stolicy Japonii na początku roku zaczęła w niepokojącym tempie wzrastać liczba nowych przypadków koronawirusa i przekroczyła granicę tysiąca pozytywnych wyników testów w ciągu jednego dnia. Obawy nawrotu pandemii do jej szczytowego poziomu znacznie więc wzrosły. Stan wyjątkowy w przekonaniu przedstawicieli japońskich władz pozwoli zahamować ten wzrostowy trend.
Na razie ta decyzja nie wpłynęła negatywnie na przebieg przygotowań do letnich igrzysk olimpijskich. Przypomnijmy, że mają się one odbyć między 23 lipca i 8 sierpnia. „Wprowadzenie stanu wyjątkowego daje nam możliwość na przygotowanie jeszcze lepszych i bezpieczniejszych procedur możliwych do zastosowania podczas igrzysk” – zapewniają członkowie japońskiego komitetu organizacyjnego w wypowiedziach cytowanych przez bbc.com.
To dobra wiadomość dla wszystkich tych, którzy z niecierpliwością czekają na ostateczną wiadomość, iż przełożone na ten rok letnie igrzyska na pewno się odbędą w wyznaczonym terminie. Ze względu na konieczność wdrożenia z powodu pandemii dodatkowych środków bezpieczeństwa koszty olimpiady już wzrosły o 2,8 miliarda dolarów.
MKOl nie ma jednak wątpliwości, że Japończycy są w stanie przygotować bezpieczne igrzyska. Olimpijscy działacze niezależnie jednak szukają pomysłów, jak zapewnić uczestnikom igrzysk w Tokio możliwie największe bezpieczeństwo. Niedawno swoją propozycję przedstawił członek MKOl Richard Pound, który zaapelował, aby sportowcy we wszystkich krajach zostali zaszczepieni przeciwko koronawirusowi w pierwszej kolejności. Jego zdaniem relatywnie niewielka liczba dawek dla przedstawicieli różnych dyscyplin nie powinna wywołać publicznego oburzenia.

Chcą przełożyć GP Chin

Tegoroczny wyścig Formuły 1 o Grand Prix Chin w Szanghaju nie odbędzie się w kwietniu. O przełożenie imprezy wnioskują organizatorzy powołując się przypadek przeniesienia marcowego wyścigu o GP Australii.

Zespoły Formuły 1 zostały już poinformowane, że z powodu pandemii Covid-19 zaplanowany już na 21 marca wyścig o GP Australii nie odbędzie się tym terminie. Teraz z wnioskiem o przeniesienie wyścigu o GP Chin na późniejszy termin wystąpili też organizatorzy imprezy w Szanghaju. Władze Formuły 1 jeszcze w tej kwestii nie zajęły oficjalnego stanowiska, ale ponoć to tylko kwestia czasu, bo to de facto tylko formalność.
Wątpliwości wokół kwietniowego terminu GP Chin narastały już od jakiegoś czasu, bo chińskie władze bardzo restrykcyjnie podchodzą do wprowadzanych przez siebie obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa. „Jesteśmy w stałym kontakcie z władzami F1. Nie ukrywamy naszych obaw i stawiamy sprawę jasno – mimo umieszczenia naszej imprezy w kalendarzu na sezon 2021 z tradycyjną datą, szanse na rozegranie GP Chin w kwietniu są niewielkie” – powiedział Yibin Yang, jeden z dyrektorów organizującej wyścig firmy Juss Event.
Przełożenie GP Chin spowoduje w kwietniu dwie luki w kalendarzu F1. Do skutku nie dojdzie bowiem też GP Wietnamu (25 kwietnia, ale w tym przypadku powodem odwołania imprezy nie jest koronawirus, tylko zawirowania polityczne w Wietnamie po aresztowaniu przewodniczącego Komitetu Ludowego Hanoi Nguyen Duc Chunga, który był największym orędownikiem goszczenia F1 w tym mieście. Klimat wokół Formuły 1 w Wietnamie uległ pogorszeniu i z organizacji wyścigu w tym kraju zrezygnowano.
Ze względu na odwołanie GP Chin i GP Wietnamu F1 miałaby się pojawić w kwietniu w Europie – na torach w portugalskim Portimao oraz włoskiej Imoli. Pojawiają się jednak wątpliwości, jak upchnąć w kalendarzu przełożone GP Australii i GP Chin w końcówce sezonu 2021. Według obecnych założeń, sezon F1 ma dobiec końca 5 grudnia 2021 roku w Abu Zabi.

Grosicki znów jest na rozdrożu

Zmiana trenera nie zmieniła sytuacji Kamila Grosickiego w ekipie West Bromwich Albion. Nowy szkoleniowiec, Sam Allardyce, jeszcze mniej ceni skrzydłowego reprezentacji Polski, niż jego poprzednik Slaven Bilić. Nic dziwnego, że wrócił temat transferu Grosickiego. Ponoć chcą go trzy kluby – angielski Nottingham Forest oraz Legia Warszawa i Pogoń Szczecin.

Grosicki uważa, że jest na tyle dobrym piłkarzem, żeby grać w Premier League. Dlatego zimą 2017 roku przeszedł z francuskiego Stade Rennais do Hull City. Niestety, zaliczył w angielskiej ekstraklasie tylko 15 występów, bo jego nowa drużyna spadła do Championship. Do wymarzonej przez siebie Premier League wrócił latem ubiegłego roku z zespołem West Bromwich Albion, do którego dołączył 31 stycznia i z którym związał się półtorarocznym kontraktem. O ile jednak jeszcze w Chamionship trener Slaven Bilić w miarę regularnie wystawiał go do gry, to po wywalczeniu awansu do ekstraklasy nagle z jakiś powodów odstawił reprezentanta Polski do rezerw. Dopiero w grudniu zmienił nastawienie i zaczął powoływać go do kadry meczowej, ale zagrać dał mu tylko raz, ostatnie 10 minut w spotkaniu z Newcastle (1:2). Kilka dni później Chorwat stracił jednak posadę, a jego miejsce zajął były selekcjoner reprezentacji Anglii Sam Allardyce. Angielski szkoleniowiec szybko rozwiał nadzieje „Grosika” na odmianę losu, bo pierwszą decyzją kadrową jaką podjął było sprowadzenie do WBA z West Hamu szkockiego skrzydłowego Roberta Snodgrassa. Co ciekawe, jest on o rok starszy od polskiego piłkarza.
To nie jedyny, ale na pewno główny powód medialnych spekulacji o rychłym transferze Grosickiego. Portal nottinghampost.com podał, że pozyskaniem Polaka zainteresowany jest ponownie Nottingham Forest, który w jesiennym okienku transferowym miał już go „dogadanego”, lecz o kilka sekund spóźnił się z rejestracją transferu. Tym razem działacze Forest nie chcą odkładać negocjacji na ostatni moment i oferują mu takie same zarobki, jakie otrzymuje w West Bromwich, czyli 25 tys. funtów tygodniowo, a na dodatek są gotowi zapłacić WBA żądaną przez ten klub kwotę odstępnego. Dla Grosickiego byłaby to sportowa degradacja, ale Nottingham Forest bardzo potrzebuje wzmocnienia, a polski piłkarz zna angielską II ligę doskonale, bo w barwach Hull City i WBA zaliczył w Championship 118 meczów, w których strzelił 26 goli i miał 25 asyst.
Trener Allardyce w minioną sobotę chyba postanowił wystawić Grosickiego w oknie wystawowym, bo dał mu zagrać w Pucharze Anglii cały mecz wraz dogrywką i rzutami karnymi przeciwko trzecioligowemu Blackpool (2:2, karne 2:3). Jeśli chciał pokazać, że Polak jest słabym graczem, to trochę się przeliczył w swoich rachubach, bo „Grosik” zaliczył asystę przy golu na 1:1, wywalczył rzut karny przy bramce na 2:2, zaś w konkursie „jedenastek” pewnie pokonał bramkarza rywali. Niestety, inni gracze WBA zawiedli i zespół odpadł z dalszych rozgrywek. W lidze też wiedzie mu się kiepsko, bo z dorobkiem ledwie ośmiu punktów w 17 meczach zajmuje w Premier League przedostatnie miejsce i ma już sześć „oczek” straty do ekipy Brighton & Hove Albion, plasującej się na pierwszym niezagrożonym degradacją miejscu. 32-letni Grosicki po raz kolejny w karierze znalazł się na rozdrożu. Może oczywiście zostać w WBA do końca kontraktu i kasować co tydzień 25 tysięcy funtów, licząc na zmianę nastawienia Sama Allardyce (lub jego następcy, bo z takimi wynikami angielski szkoleniowiec może za chwilę stracić posadę), ale wtedy ryzykuje utratę miejsca w kadrze Polski na Euro 2021. W Nottingham Forest z regularnymi występami w lidze pewnie nie będzie miał problemów, lecz pewnie godząc się na sportową degradację, będzie chciał rekompensaty w postaci wyższych zarobków, bo to już raczej jego ostatni intratny kontrakt w karierze. Dlatego pewnie negocjacje z Forest toczyć się będą do ostatniej chwili i znów mogą zakończyć fiaskiem.
Pogłoski o zainteresowaniu pozyskaniem Grosickiego ze strony Legii i Pogoni trzeba raczej traktować z przymrużeniem oka, bo skoro Grosicki teraz zarabia 25 tys. funtów tygodniowo, to jakby nie liczył wychodzi 1,2 mln funtów rocznie. A najlepiej opłacany w Legii piłkarz, Artur Jędrzejczyk, miał w szczytowym momencie kontrakt na poziomie 800 tys. euro rocznie, zaś najlepiej obecnie opłacany gracz Pogoni zarabia niespełna 250 tys. euro rocznie. Grosicki w żadnym polskim klubie nie dostanie stawki, jaką wynegocjował w WBA, a trzeba pamiętać, że w styczniu trzeba będzie jeszcze zapłacić angielskiemu klubowi kwotę odstępnego. Ponoć szefów WBA zadowoli nie mniej niż pół miliona funtów. Ale od lipca „Grosik” będzie wolnym zawodnikiem z kartą na ręku, ale wtedy pewnie interesować go będzie już tylko powrót do klubu, w którym zaczął swoją karierę, czyli do Pogoni Szczecin.