Dlaczego Kot już nie lata?

Przed czekającymi nas w najbliższy weekend konkursami w Zakopanem liderem w ekipie naszych skoczków jest Dawid Kubacki. Po efektownych zwycięstwach w Titisee-Neustadt zajmuje w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata czwarte miejsce, najwyższe z Polaków. Jego znakomite wyniki przełożyły się też na zarobki. Na liście krezusów tego sezonu jest obecnie trzeci.

Kubacki w tym roku zdominował rywalizację w Pucharze Świata. Licząc od noworocznych zawodów w Ga-Pa, Polak zdobył 560 punktów do klasyfikacji Pucharu Świata, o 101 więcej niż lider Karl Geiger. Przypomnijmy, że nasz skoczek w styczniu zwyciężył w Bischofshofen i dwukrotnie w Titisee-Neustadt (łącznie 300 pkt.) oraz zajął drugą lokatę w Innsbrucku (80 pkt.), a także trzy trzecie miejsca – w Garmisch-Partenkirchen i dwa razy w Val di Fiemme (za każde otrzymał 60 pkt).
Trzeci w klasyfikacji najlepszych skoczków tego roku, za Kubackim i Geigerem, jest Stefan Kraft (w styczniu wywalczył 384 pkt). Z polskich skoczków w czołowej dziesiątce najlepszych zawodników w tym roku uplasowali się jeszcze Piotr Żyła (8. pozycja i 189 pkt), dziewiąty w tym zestawieniu Kamil Stoch (187 pkt).
Ale w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata liderem pozostaje Karl Geiger z dorobkiem 886 punktów, druga lokatę zajmuje Stefan Kraft (803 pkt), a trzecią Japończyka Ryoyu Kobayashi (795 pkt). Tuż za nim jest Kubacki, który ma na koncie 764 punkty.
Dobra passa zapewniła Kubackiemu trwałe miejsce w historii polskich skoków narciarskich, bowiem w Titisee-Neustadt po raz siódmy i ósmy z rzędu stanął na podium zawodów Pucharu Świata. Takiej serii nie mieli przed nim nawet Adam Małysz i Kamil Stoch, a bycie w czymś lepszym od takich tuzów jest już wartością sama w sobie.
Premie finansowe za sukcesy zapewniły też Kubackiemu awans na trzecie miejsce na liście płac Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS). Na jego konto tylko z tytułu oficjalnych premii za zajmowane miejsca w zawodach wpłynęło już 91 200 franków szwajcarskich (ok. 360 000). W tej kwocie nie uwzględniono dodatkowej premii jaką otrzymał za triumf w klasyfikacji końcowej Turnieju Czterech Skoczni (20 tys. franków szwajcarskich).
Przypomnijmy, że FIS za pierwsze miejsce w konkursie indywidualnym płaci 10 tys. franków, za drugie – 8 tys., a za trzecie – 6 tys. Za zajęcie 30. miejsca, ostatniego punktowanego w zawodach, FIS płaci symboliczne 100 franków. W konkursach drużynowych premia do podziału dla zwycięzców wynosi 7500 franków. Rzecz jasna te oficjalne premie nie są jedynymi dochodami skoczków.
Na czele listy płac znajduje się Stefan Kraft, który w 15 konkursach zarobił łącznie 109 300 franków szwajcarskich (ok. 432 tys. złotych), a lider klasyfikacji generalnej Karl Geiger plasuje się w tym zestawieniu na drugim miejscu z dorobkiem 99 400 franków. Nasz trzykrotny mistrz olimpijski Kamil Stoch zarobił w tym sezonie na razie 59 150 franków (ok. 233 500), co daje mu szósta lokatę w stawce krezusów, a Piotr Żyła jest dziesiąty z dorobkiem 43 950 franków (ok. 173 500). Pozostali nasi reprezentanci znacznie odstają od tego tercetu. Jakub Wolny zarobił dotąd 14 200 franków (ok. 55 000 złotych), Maciej Kot 3700 franków (ok. 14 500 zł), a Stefan Hula 3100 franków (ok. 12 000 zł).
W każdej klasyfikacji obecnego sezonu widać rażącą dysproporcję między należącymi do czołówki Kubackim, Stochem i Żyłą, a pozostałymi zawodnikami w kadrze biało-czerwonych. Nikt nie potrafi wytłumaczyć dlaczego Kot, Wolny i Hula, nie mówiąc o Klemensie Murańce i Aleksandrze Zniszczole, tak bardzo odstają od czołowej trójki naszych skoczków. Dla trenera kadry Michala Doleżala to poważny problem, bo w tej chwili tak naprawdę nie ma on dobrego kandydata na czwartego zawodnika w drużynie, a w najbliższą sobotę na Wielkiej Krokwi w Zakopanem odbędzie się przecież kolejny w tym sezonie konkurs drużynowy.
Dlaczego Stefan Hula, a przede wszystkim Maciej Kot, tak słabo spisują się w bieżącym sezonie Pucharu Świata? Nawet taki autorytet jakim jest Adam Małysz ma problem z udzieleniem odpowiedzi na to pytanie. Za trenerskiej kadencji Stefana Horngachera Hula potrafił odnosić życiowe sukcesy, zaś Kot pokazał, że drzemie w nim potencjał nie mniejszy, niż dostrzegano już wtedy w Kubackim. Ale kryzys formy Kota nie nastąpił po zmianie selekcjonera, bo już Horngacher w ostatnim roku swojej pracy z polska kadrą miał z nim problem i jak pamiętamy, nie zabrał go na mistrzostwa świata w Seefeld. Pod wodzą Michala Doleżala Maciej Kot nie stał się lepszym skoczkiem, wręcz przeciwnie – trwale wypadł z czołówki Pucharu Świata.
„Stefan Hula i Maciek Kot potrzebują spokojnego treningu. Oni naprawdę dobrze przepracowali całe lato i dlatego teraz nie wiemy, co się z nimi dzieje i dlaczego tak źle skaczą” – przyznał w rozmowie z TVP Sport Adam Małysz, dyrektor ds. skoków i kombinacji norweskiej w Polskim Związku Narciarskim. Ale wielkiego wyboru nie ma, bo lepszych od nich zawodników na zapleczu kadry po prostu nie ma.
Pozostaje żywić nadzieje, że na dobrze im znanej skoczni w Zakopanem wszyscy zgłoszeni do zawodów nasi skoczkowie, nie tylko Kubacki, Stoch i Żyła, będą szybować daleko. Czeski selekcjoner biało-czerwonych po naradzie z całym sztabem szkoleniowym PZN zdecydował, że w konkursie indywidualny wystartuje tylko dziewięciu naszych reprezentantów (PZN mógł wystawić d wunastu). Na Wielkiej Krokwi zobaczymy zatem obok Dawida Kubackiego, Kamila Stocha i Piotra Żyły, także Stefana Hulę, Macieja Kota, Aleksandra Zniszczoła, Jakuba Wolnego, Andrzeja Stękałę i Adama Niżnika.

PZLA ma kłopot z Lewandowskim

W polskim światku „królowej sportu” doszło do kolejnego wstrząsu. Tomasz Lewandowski, dotychczasowy trener m. in. swojego brata Marcina, a od niedawna także Adama Kszczota, a ponadto jeszcze Angeliki Cichockiej i Patrycji Wyciszkiewicz, nie przyjął warunków płacowych zaproponowanych przez PZLA i zrezygnował z pracy.

O tym, że kontrakt z trenerem Lewandowskim nie jest podpisany plotki krążyły w środowisku już od pewnego czasu. Sądzono jednak, że to jedynie formalność, bo w PZLA ten szkoleniowiec był ceniony za wyniki – doprowadził przecież kilku polskich zawodników do medali w największych imprezach. W zeszłym roku jego brat, Marcin Lewandowski, wywalczył brązowy medal mistrzostw świata w Dausze na dystansie 1500 m. Kilka tygodni później do podopiecznych Tomasza Lewandowskiego dołączył dwukrotny wicemistrz świata na 800 m Adam Kszczot.
Działacze PZLA do końca zapewniali, że negocjacje trwają, albo że kontrakt jest gotowy i tylko czeka na podpis szkoleniowca. Tomasz Lewandowski w końcu postanowił przeciąć wszelkie dywagacje i publicznie oznajmił: „Żadnych negocjacji czy mediacji już nie ma. Sprawa została ostatecznie zamknięta. Związek określił swoje warunki i moje obowiązki, ale ja ich nie przyjąłem i nie będę dalej pracował dla PZLA”. Działacze lekkoatletycznej centrali długo milczeli w tej sprawie, ale w końcu także oni niechętnie przyznali, że nie doszli do porozumienia ze szkoleniowcem. „To prawda, pan Tomasz Lewandowski nie przyjął proponowanego kontraktu na rok 2020. Aktualnie jesteśmy na etapie wypracowywania nowych rozwiązań, aby zapewnić zawodnikom odpowiednie przygotowanie do igrzysk w Tokio” – poinformował dyrektor sportowy PZLA Krzysztof Kęcki.
Obecnie cała grupa przebywa na zgrupowaniu w RPA. Pobyt trenera Lewandowskiego opłacił jeszcze PZLA, ale nic nie wskazuje, żeby w kolejnych także uczestniczył. A to oznacza, że na pół roku przed igrzyskami czwórka naszych lekkoatletów z medalowymi szansami została bez trenera. „To najtrudniejszy moment w mojej sportowej karierze. Tomek nie jest już moim trenerem. Martwię się o przyszłość, bo trudno będzie mi zaufać komuś innemu na finiszu przygotowań olimpijskich. Co najgorsze, sytuacja jest nie do odwrócenia i nie wiem, co mam dalej robić” – przyznał Marcin Lewandowski.
Również Kszczot, który po zerwaniu kilkuletniej współpracy z trenerem Zbigniewem Królem postanowił do sezonu olimpijskiego przygotowywać się pod okiem Tomasza Lewandowskiego, nie zamierza jednak zmieniać szkoleniowca. „Potwierdzam, że trener Lewandowski nie będzie kontynuował współpracy z PZLA. W dalszym ciągu będzie jednak obecny w sporcie jako szkoleniowiec, a to oznacza, że nasza współpraca będzie kontynuowana i mam nadzieję, że te zawirowania nie wpłyną na przygotowania do igrzysk” – wyraził nadzieję Kszczot. Nie wiadomo jednak na jakich zasadach będzie teraz z Tomaszem Lewandowskim chciał współpracować i jak zamierza mu zapłacić za jego pracę.
W grupie prowadzonej przez trenera Lewandowskiego chciałaby pozostać także Angelika Cichocka. Mistrzyni Europy z 2016 roku na 1500 m po niemal dwóch latach przerwy na leczenie kontuzji wróciła do normalnych treningów, ale dopiero od niedawna jest w stanie ćwiczyć z maksymalnym obciążeniem. „Staram się zrozumieć decyzję trenera, ale nie przeczę, że dla mnie to duży kłopot. PZLA o wszystkim wie i myślę, że w kwestiach szkoleniowych otrzymam wsparcie związku, ale mimo wszystko chciałabym jednak pozostać pod opieką Tomasza Lewandowskiego, choć powoli do mnie dociera, że to już koniec naszej współpracy. Martwię się, bo do igrzysk zostało pół roku, a w tak krótkim czasie zbudować odpowiednią relację i zaufanie z innym trenerem będzie niezwykle trudne, a właściwe jest to moim zdaniem wręcz niewykonalne” – powiedziała Cichocka, która ma teraz trenować pod okiem… męża.
Duże nadzieje wiązała z Tomaszem Lewandowskim także Wyciszkiewicz. Wicemistrzyni świata w sztafecie 4×400 m nie chciała jednak komentować sytuacji, może dlatego, że przeszła już pod skrzydła trenerki Iwony Baumgart, która na co dzień współpracuje ze swoją córką Igą Baumgart-Witan, także srebrną medalistką MŚ w sztafecie. Czy to będzie rozwiązanie na stałe, dopiero się okaże. Ale jedno jest pewne – to dopiero początek rozróby i z pewnością w tej bulwersującej sprawie będzie się jeszcze wiele działo.

Walczą o Złotego Buta

Kto w tym sezonie zdobędzie „Złotego Buta” – nagrodę dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich? W tej chwili liderem wyścigu z 23 trafieniami jest włoski napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile.

Dla przypomnienia – o kolejności w rankingu decydują punkty za zdobyte bramki, które wynikają z mnożenia przez współczynnik trudności rozgrywek. Gole strzelone w pięciu czołowych liga Europy (hiszpańskiej, angielskiej, niemieckiej, włoskiej i francuskiej) są mnożone przez dwa. Ciro Immobile ma zatem na koncie 46 punktów za 23 strzelone gole i wyprzedza o sześć punktów zajmujących ex aequo druga lokatę dwóch liderów klasyfikacji strzelców Bundesligi, czyli Roberta Lewandowskiego (Bayern Monachium) i Niemca Timo Wernera (RB Lipsk), którzy mają na koncie po 20 bramek i 40 punktów. Czwarte miejsce w zestawieniu zajmuje Anglik Jamie Vardy (Leicester City) z dorobkiem 17 goli i 34 pkt, ale kolejną lokatę zajmuje już Crystiano Ronaldo (Juventus Turyn, 16 goli, 32 pkt). Portugalczyk słabo zaczął ten sezon, ale w nowy rok wszedł z rozmachem. W trzech rozegranych w styczniu kolejkach Serie A strzelił sześć goli i wrócił do gry o „Złoty But”. Żeby jednak zdobyć to trofeum po raz piąty w karierze, musi po raz pierwszy wywalczyć także tytuł króla strzelców włoskiej ekstraklasy. Nie będzie to łatwe zadanie, bo Immobile też strzelił sześć goli w trzech styczniowych kolejkach ligowych. To dzięki nim Włoch, który kończył ubiegły rok z 17 trafieniami na koncie i był w klasyfikacji „ZB” za Lewandowskim (19) i Wernerem (18), teraz odskoczył konkurentom na spory dystans. Immobile swoje 23 gole strzelił w 19 występach, a dziewięć z nich uzyskał z rzutów karnych.
Rywalizacja w tym sezonie będzie jednak do końca rozgrywek niezwykle emocjonująca. W czołówce rankingu znajduje się liczna grupa snajperów. Szóstą lokatę zajmuje Argentyńczyk Sergio Aguero (Manchester City, 15 goli, 30 pkt), ale zaraz za nim plasuje się jego wielki rodak, sześciokrotny zdobywca „Złotej Piłki” Leo Messi (FC Barcelona, 14 goli, 28 pkt).

Kubacki najlepszy w Titisee-Neustad

Oba konkursy na skoczni w Titisee-Neustadt potwierdziły podział naszej kadry skoczków na dwie grupy. Do mocniejszej należą Dawid Kubacki, Kamil Stoch i Piotr Żyła, a do słabszej Stefan Hula, Maciej Kot i Aleksander Zniszczoł, który w ten weekend zastąpił jeszcze słabszego Jakuba Wolnego.

Dawid Kubacki w fantastycznym stylu wygrał sobotni konkurs, wyprzedzając Austriaka Stefana Krafta i Japończyka Ryoyu Kobayashiego. Kamil Stoch był ósmy, a Piotr Żyła dziewiąty. Dzięki wygranej Kubacki zyskał dodatkowe 100 punktów do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata i z dorobkiem 664 pkt umocnił się na czwartej pozycji. Polak tracił do trzeciego Ryoyu Kobayashiego 51 „oczek”, do zajmującego drugą lokatę Stefana Krafta 115, a do prowadzącego Niemca Karla Geigera 177. W czołowej dziesiątce klasyfikacji generalnej znajdował się z Polaków jeszcze tylko Kamil Stoch, zajmujący szóste miejsce z dorobkiem 467 punktów. Pozostali nasi skoczkowie zajmowali dalsze lokaty: Piotr Żyła był 13. (290 pkt), Maciej Kot 36. (37 pkt), Stefan Hula 39. (31 pkt), Jakub Wolny 41. (22 pkt).
Drugi konkurs indywidualny na niemieckim obiekcie w Titisee-Neustadt był więc kolejną okazją podopiecznych Michała Doleżala na poprawienie swoich lokat, ale tylko Kubacki miał z nich szansę na końcowy triumf w cyklu zwanym Titisee-Neustadt Five. Najlepszy skoczek w łącznej punktacji obejmującej kwalifikacje i cztery skoki konkursowe miała zagwarantowaną dodatkową premię w wysokości 25 tys. euro.
W serii próbnej z rewelacyjnej strony pokazał się Dawid Kubacki, który popisał się skokiem na odległość 135 m i uplasował się na drugim miejscu za Stefanem Kraftem (142 m). Na czwartej pozycji uplasował się Kamil Stoch. Nasz reprezentant poszybował 132,5 m.
W niedzielę w stawce było sześciu Polaków, z czego do serii finałowej awansowała trójka z nich. Dobrą dyspozycję potwierdził Kubacki, który mimo zmian belek startowych i trudnych warunków wietrznych poszybował na odległość 143 m i znacznie wyprzedził rywali. Za jego plecami znaleźli się Ryoyu Kobayashi, który w lepszych warunkach uzyskał 147 m oraz inny z Japończyków, Yukiya Sato (143 m). Na 6. miejscu sklasyfikowany został Piotr Żyła (141 m), a na 15. pozycji Kamil Stoch (128 m). Trójka pozostały polskich skoczków, czyli Hula, Kot i Zniszczoł, nie zakwalifikowała się do drugiej serii. Hula zakończył zmagania na 39. pozycji z wynikiem 125 m, Zniszczoł skoczył tylko 117,5 m, a Maciej Kot został sklasyfikowany na ostatnim miejscu z wynikiem 102,5 m.
W drugiej serii na skoczni rządzili wiatr na spółkę z przypadkiem. Pech dopadł Kamila Stocha, który długo czekał na zielone światło, schodził nawet z belki, a gdy już dostał zgodę, tak mu powiało w plecy, że zaliczył ledwo 116, 5 m i o dobrym wyniku mógł zapomnieć. Co ciekawe, skaczący tuż po nim Niemiec Stephan Leyhe miał farta, bo jemu powiało pod narty i dzięki temu poszybował aż na odległość 140,5 m. Rzecz jasna wyszedł na prowadzenie, lecz przed nim na swoją kolej czekali jeszcze skoczkowie, a wśród nich dwóch Polaków Żyła i lider po pierwszej serii Kubacki.
Żyle też natura nie pomogła, bo w trudnych warunkach uzyskał tylko odległość 129,5 m, ale to oznaczało, że w niedzielnym konkursie zajmie miejsce w czołowej dziesiątce (ostatecznie był ósmy). Ryoyu Kobayashi, który w pierwszej próbie poszybował najdalej w stawce, bo na 147 metr, w drugiej serii zaliczył tylko 134 metry i zajął ostatecznie drugą lokatę, przegrywając z Kubackim tylko o 0,3 pkt. Nasz skoczek obronił pierwszą lokatę uzyskując odległość 133,5 m. Ale w cyklu Titisee-Neustadt Five to Japończyk triumfował, wyprzedzając Kubackiego o 2,1 pkt.
Kubacki może być jednak ze swojego występu w Titisee-Neustadt bardzo zadowolony, bo po raz pierwszy w karierze wygrał dwa konkursy z rzędu, zarobił 20 tys. franków szwajcarskich premii i dał nadzieję polskim kibicom, że w następny weekend w Zakopanem też da im powody do radości.

Jan Bednarek także strzela gole

W meczu 23. kolejki Premier League Southampton przegrał u siebie z Wolverhampton Wanderers 2:3. Jedną z bramek dla gospodarzy zdobył obrońca reprezentacji Polski Jan Bednarek. Było to jego pierwsze w obecnych rozgrywkach, a drugie w ogóle trafienie w barwach angielskiego zespołu.

Nasz piłkarz strzelił gola dającego „Świętym” prowadzenie 1:0. Potem na 2:0 podwyższył Shane Long i takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa spotkania. Po zmianie stron role się jednak odwróciły i to ekipa przyjezdnych dyktowała warunki gry, strzelając rywalom trzy gole. Nie udało się zatem drużynie Southampton utrzymać dobrej passy, bo przed potyczką z „Wilkami” zaliczyła siedem meczów z rzędu bez porażki.
Bednarek mógł być ze swojego występu zadowolony. Głównie dlatego, że zdobywając drugą bramkę w Premier League (pierwszą zaliczył w debiucie 14 kwietnia 2018 roku, w również przegranym 2:3 spotkaniu z Chelsea Londyn). Tym samym 23-letni obrońca jest teraz najskuteczniejszym polskim piłkarzem w angielskiej ekstraklasie odkąd przyjęła formułę Premier League. Po jednym golu mają na koncie Robert Warzycha (1992) i Marcin Wasilewski (2015).

Lewy ma mocnych konkurentów

Ubiegły rok Robert Lewandowski zakończył w glorii najskuteczniejszego strzelca w Europie – strzelił w nim łącznie we wszystkich rozgrywkach 54 gole i przerwał hegemonię Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Z 19 trafieniami na koncie był też po rundzie jesiennej liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi oraz klasyfikacji „Złotego Buta”.

Podczas krótkiej przerwy zimowej Lewandowski załatwił trapiący go od jakiegoś czasu problem z przepukliną pachwinową. Niemal tuż po ostatnim meczu rundy jesiennej przeszedł zabieg i z tego powodu do treningów z zespołem Bayernu Monachium wrócił dopiero w minioną środę. Trener bawarskiej drużyny Hans Flick był jednak pod wielkim wrażeniem fizycznej formy polskiego napastnika i z niekłamanym uznaniem stwierdził: „To profesjonalista, jest już gotowy do gry niemal na sto procent. Jego indywidualna praca w okresie rehabilitacji i indywidualnych treningów była bardzo dobra. Nie ma żadnych problemów zdrowotnych, nawet podczas najbardziej intensywnych zajęć nie odczuwa żadnego bólu. Bardzo mnie to cieszy”. I rzecz jasna wystawił „Lewego” do gry przeciwko Herthcie w podstawowym składzie.
Nie musiał zapewne Lewandowskiego przymuszać, bo on sam bardzo chciał zagrać w tym spotkaniu. Z oczywistego powodu – po sobotnich spotkaniach Bundesligi stracił bowiem prowadzenie w klasyfikacji strzelców. Odebrał mu je nie kto inny, jak Timo Werner, najgroźniejszy konkurent do zdobycia tytułu króla strzelców. Po rundzie jesiennej napastnik RB Lipsk miał 18 trafień na koncie, zatem tylko jedno mniej od „Lewego”, a w sobotnim meczu z Unionem Berlin (3:1) 23-letni reprezentant Niemiec zdobył dwie bramki i tym samym po raz pierwszy w obecnym sezonie znalazł się na czele tabeli strzelców. Przewodził też w tzw. klasyfikacji kanadyjskiej, bo oprócz 20 goli na koncie miał jeszcze sześć asyst. A Werner jest jednym z transferowych celów Bayernu i z tego tytułu jego strzelecka rywalizacja z Lewandowskim nabiera teraz podwójnego znaczenia. Kapitan reprezentacji Polski w spotkaniu z Herthą odpowiedział jednym golem uzyskanym z rzutu karnego, ale jednego gola arbiter mu nie uznał. Bayern wygrał 4:0 i awansował na pozycję wicelidera, tracąc do prowadzącego RB Lipsk cztery punkty. Ale do końca sezonu jeszcze 16 kolejek. Nas cieszyć powinno to, że Lewandowski po operacji nie stracił skuteczności i nadal walczy o najcenniejsze strzeleckie trofea.
W Bundeslidze pojawił się jednak napastnik, który może już w tej rundzie przyćmić obu tych graczy. To pozyskany przez Borussię Dortmund z RB Salzburg 19-letni jeszcze Norweg Erling Braut Haaland. W swoim poprzednim klubie w rundzie jesiennej we wszystkich rozgrywkach w 22 meczach zdobył 28 bramek i zaliczył siedem asyst, ale że liga austriacka jest znacznie słabsza od niemieckiej, trener Borussii Lucien Favre w pierwszym meczu rundy wiosennej, na wyjeździe z Augsburgiem, posadził go na ławce. Gdy jednak jego zespół w 55. minucie przegrywał już 1:3, francuski szkoleniowiec postanowił zaryzykować. Zdjął z boiska Łukasza Piszczka i w jego miejsce posłał do gry Halanda. Norweg potrzebował tylko trzech minut, żeby zdobyć swoją pierwszą bramkę w Bundeslidze, a dwudziestu, żeby ustrzelić hat-tricka. Trochę już znudzone opisywaniem kolejnych strzeleckich wyczynów Lewandowskiego niemieckie media wręcz oszalały z zachwytu, bo nagle trafiły im się dwa świeżutkie i soczyste tematy – wyzwanie rzucone „Lewemu” przez Timo Wernera oraz efektowny debiut Halanda.
W niedzielnym meczu z Herthą Lewandowski musiał jednak odpowiedzieć nie tylko na wyczyny Wernera i Halanda w Bundeslidze, lecz także na kolejny strzelecki popis napastnika Lazio Rzym Ciro Immobile, który w spotkaniu Serie A z Sampdorią Genua (5:1) zaliczył hat-tricka i powiększył swój ligowy dorobek do 23 trafień. Tym samym włoski napastnik umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji „Złotego Buta” i odskoczył „Lewemu” o cztery bramki. Immobile jest na najlepszej drodze do zdobycia trzeciego w karierze tytułu króla strzelców Serie A. Lewandowski ma zatem w nim konkurenta mocno zmotywowanego, na dodatek na którego gole pracuje zgodnie cały zespół Lazio, podobnie jak zespół RB Lipsk na kolejne trafienia Wernera. Piłkarze Bayernu nie widzą takiej potrzeby wspierania „Lewego” i dlatego w tym sezonie Polakowi może być trudno wywalczyć najważniejsze strzeleckie nagrody.

48 godzin sport

Nie mogą grać w Iranie
Azjatycka Konfederacja Piłkarska (AFC) ze względu na napiętą sytuację polityczną w Iranie postanowiła, iż zespoły klubowe i reprezentacyjne z tego kraju mecze międzynarodowe w roli gospodarza muszą rozgrywać na neutralnym terenie. Decyzja AFC oznacza, że ekipa Iranu najbliższe spotkanie u siebie, 26 marca z Honkongiem w eliminacjach mistrzostw świata, będzie musiała przenieść do innego kraju. Podobnie będą musiały postąpić cztery drużyny klubowe uczestniczące w rozgrywkach azjatyckiej Ligi Mistrzów. Nieoficjalnie wiadomo, że decyzja AFC ma związek z omyłkowym zestrzeleniem 8 stycznia tego roku przez wojska irańskie samolotu ukraińskich linii lotniczych ze 176 osobami na pokładzie. Władze irańskiej federacji piłkarskiej zapowiedziały złożenie odwołania od decyzji AFC.

Francuski finał w Auckland
W finale turnieju ATP na kortach twardych w nowozelandzkim Auckland zmierzyło się dwóch francuskich tenisistów. Lepszy okazał się 21-letni Ugo Humbert, który pokonał 30-letniego Benoita Paire 7:6(2), 3:6, 7:6(5). W imprezie tej grał też Hubert Hurkacz, ale w półfinale odpadł w starciu z Paire. Nasz najlepszy obecnie tenisista w poniedziałek nad ranem w pierwszej rundzie wielkoszlemowego Australian Open zmierzy się z Austriakiem Dennisem Novakiem i jeśli go pokona, w II rundzie może zagrać właśnie Ugo Humbertem.

Mistrzostwa kolarzy w Mińsku
Europejska Unia Kolarska (UEC) poinformowała, że gospodarzem przyszłorocznych mistrzostw naszego kontynentu we wszystkich głównych odmianach kolarstwa, m.in. na szosie i na torze, będzie Mińsk. Termin imprezy to 1-15 sierpnia 2021 roku, a udział w niej ma wziąć nawet 5 tysięcy zawodników z 50 krajów. W takim formacie mistrzostwa Europy mają się odbywać co cztery lata. Organizatorzy zawarli już umowę w sprawie transmisji telewizyjnych z Europejską Unią Nadawców (Eurowizja).

Czekają na kasę za Niezgodę
Lider klasyfikacji strzelców PKO Ekstraklasy Jarosław Niezgoda (14 goli) może już nie powiększyć swojego bramkowego dorobku w polskiej lidze, albowiem Legia Warszawa zgodziła sie go oddać za 3,8 mln dolarów (plus 1,5 mln dolarów tzw. bonusów) do występującego w amerykańskiej MLS Portland Timbers. 24-letni napastnik nie pojechał więc ze stołecznym zespołem na zimowe zgrupowanie do tureckiego Belek, tylko udał się do USA na testy medyczne, ale kontraktu (mówi się, że czteroletniego) z nowym klubem wciąż nie podpisał, a Portland Timbers nie dokonał też przelewu na konto Legii. Transfer zatem nie został jeszcze sfinalizowany i nie można wykluczyć, iż Niezgoda wróci na Łazienkowską.

Spadek hokeistów na trawie
Polscy hokeiści na trawie w rozegranych w Berlinie halowych mistrzostwach Europy zajęli ostatecznie siódme miejsce i wraz z zespołem Ukrainy wypadli z elity do Dywizji B.

Bombowy zamach na arbitra
Cypryjski Związek Piłki Nożnej postanowił bezterminowo odwołać wszystkie zaplanowane mecze po wybuchu bomby, do jakiego doszło w Larnace. Ładunek eksplodował obok auta należącego do arbitra Andreasa Constantinou. Na szczęście 33-letni sędzia w momencie wybuchu znajdował się daleko od swojego samochodu. Media łączą ten incydent z raportem UEFA informującym o pięciu podejrzanych spotkaniach w cypryjskiej lidze, których wyniki mogły zostać ustawione. Od 2011 roku takich raportów ze strony UEFA było aż 84. Do tej pory nikt nie został jednak zatrzymany. Na początku stycznia Omonia Nikozja oraz AEL Limassol zaapelowały do europejskiej federacji, by ta zbadała sprawę korupcji w cypryjskim futbolu.

Rosjanka mistrzynią na sankach
Rosjanka Tatiana Iwanowa po raz czwarty została mistrzynią Europy w saneczkarstwie. Zawody dbyły sie w miniony weekend w norweskim Lillehammer i połączone je z rywalizacją w Pucharze Świata. Iwanowa, która poprzednio triumfowała w europejskim czempionacie w latach 2010, 2012 i 2018, w tegorocznej edycji wyprzedziła na podium Niemkę Julię Taubitz i Rosjankę Wiktorię Demczenkę. Polska saneczkarka, Klaudia Domaradzka, zajęła ostatnie 22. miejsce w stawce.

Płacą piłkarzom coraz więcej
Javier Hernandez, znany jako Chicharito, uzgodnił trzyletni kontrakt z Los Angeles Galaxy i będzie najlepiej opłacanym piłkarzem w północnoamerykańskiej lidze MLS – poinformował dziennik „Los Angeles Times”. 31-letni Meksykanin zastąpi w tej drużynie Zlatana Ibrahimovicia, który na początku roku przeszedł do AC Milan. Właśnie Szwed otrzymywał najwyższą w MLS roczną pensję – 7,2 mln dolarów. Chicharito to najlepszy strzelec w historii reprezentacji Meksyku – zdobył dotąd 52 bramki w 109 meczach. Wcześniej występował m.in. w Manchesterze United i Realu Madryt, a ostatnio w FC Sevilla.

Ósme miejsce Polek
Polskie skoczkinie narciarskie po raz pierwszy wzięły udział w konkursie drużynowym Pucharu Świata. W japońskim Zao podopieczne Łukasza Kruczka zajęły w rywalizacji ostatnie ósme miejsce. Nasza drużyna startowała w składzie: Kinga Rajda, Anna Twardosz, Joanna Szwab i Nicole Konderla. Najdalej skakała Rajda (85 i 83,5 m), co indywidualnie dałoby jej 18. pozycję. Twardosz uzyskała 76,5 m i 74 m, Szwab 68 m i 73,5 m, a Konderla 68 m i 71,5 m. Wygrały Austriaczki, przed Japonkami i Norweżkami.

Johaug nadal dominuje
Norweżka Therese Johaug odniosła w miniony weekend dwa zwycięstwa w zawodach Pucharu Świata w biegach narciarskich. W czeskim Novym Mescie wygrała rywalizację na 10 km techniką dowolną i techniką klasyczną. Były to jej 63. i 64. triumfy w zawodach tej rangi. W klasyfikacji generalnej PŚ Johaug ma 1409 pkt i powiększyła przewagę nad drugą w zestawieniu rodaczką Heidi Weng (952) i trzecią Rosjanką Natalią Niepriajewą (939).

Taylor powołał kadrę

Koniec przerwy dla koszykarzy reprezentacji Polski. Trener biało-czerwonych Mike Taylor powołał właśnie szeroką kadrę na dwa pierwsze mecze eliminacji mistrzostw Europy – z Izraelem (20 lutego) i Hiszpanią (23 lutego). Amerykański szkoleniowiec zaprosił na zgrupowanie 24 zawodników.

Selekcjoner reprezentacji Polski Mike Taylor wezwał „pod broń” zarówno rutynowanych graczy, jak Łukasz Koszarek, Adam Waczyński, Mateusz Ponitka czy Aaron Cel, z którymi wywalczył we wrześniu ubiegłego roku w Chinach ósme miejsce w mistrzostwach świata, jak i młodzi, jak 20-latkowie Adrian Bogucki i Łukasz Kolenda. Wśród powołanych znaleźli się też gracze wcześniej nieobezni z powodu kontuzji, jak Tomasz Gielo z ligi hiszpańskiej czy wyróżniający się w rozgrywkach ekstraklasy Jarosław Zyskowski i Michał Michalak. Zgrupowanie szerokiej kadry Polski rozpocznie się 17 lutego, tuż po finale Pucharu Polski, który odbędzie się w Warszawie.
Polacy rozpoczną eliminacje ME 2021 20 lutego meczem z Izraelem w Gliwicach, a następnie polecą do Saragossy na spotkanie z mistrzami świata Hiszpanami. Ten mecz zaplanowano na 23 lutego i jest to termin kolidujący z rozgrywkami ligi NBA i Euroligi, dlatego naszpikowana graczami z tych lig hiszpańska reprezentacja będzie osłabiona brakiem kilku kluczowych graczy. W naszym zespole prawdopodobnie zabraknie tylko Mateusza Ponitki, bo jego klubowy zespół, Zenit Petersburg, będzie w tym czasie grał w Eurolidze. Ostateczny skład na mecze z Izraelem i Hiszpanią zostanie ogłoszony dwa tygodnie przed rozpoczęciem zgrupowania.
Trzecim rywalem biało-czerwonych w eliminacyjnej grupie A jest Rumunia, ale z tym zespołem biało-czerwoni zmierzą się dopiero w listopadzie.
EuroBasket 2021 odbędzie się w Czechach, Niemczech, Gruzji i Włoszech. Kwalifikacje zostaną rozegrane w trzech okienkach: 17-25 lutego 2020, 23 listopada-1 grudnia 2020 oraz 15-23 lutego 2021 roku. Ich uczestnicy zostali podzieleni na osiem czterozespołowych grup. Awans uzyskają po trzy najlepsze drużyny z każdej lub dwie czołowe poza występującymi w danej grupie współgospodarzami turnieju finałowego, którzy udział w nim mają zagwarantowany.

Szeroka kadra Polski
Rozgrywający: Łukasz Kolenda (Trefl Sopot), Łukasz Koszarek (Stelmet Enea BC Zielona Góra), Kamil Łączyński (WKS Śląsk Wrocław), Jakub Schenk (Polski Cukier Toruń), A.J. Slaughter (Real Betis Sewilla);
rzucający: Karol Gruszecki (Polski Cukier Toruń), Filip Matczak, Michał Michalak (obaj Legia Warszawa), Marcel Ponitka (Stelmet Enea BC Zielona Góra), Mateusz Ponitka (Zenit St. Petersburg);
Skrzydłowi: Michał Sokołowski (Anwil Włocławek), Adam Waczyński (Unicaja Malaga), Mathieu Wojciechowski, Aleksander Dziewa (obaj WKS Śląsk Wrocław), Jarosław Zyskowski (Stelmet Enea BC Zielona Góra), Aleksander Balcerowski (Herbalife Gran Canaria), Aaron Cel (Polski Cukier Toruń), Tomasz Gielo (Iberostar Teneryfa), Michał Nowakowski (Enea Astoria Bydgoszcz);
Środkowi: Adrian Bogucki (HydroTruck Radom), Adam Hrycaniuk, Dariusz Wyka (obaj Asseco Arka Gdynia), Damian Kulig (Polski Cukier Toruń), Krzysztof Sulima (Anwil Włocławek).
Terminarz kwalifikacji:
20 lutego 2020: Polska – Izrael, Gliwice, godz. 18:45;
23 lutego 2020: Hiszpania – Polska, Saragossa;
27 listopada 2020: Rumunia – Polska;
30 listopada 2020: Izrael – Polska;
18 lutego 2021: Polska – Hiszpania;
21 lutego 2021: Polska – Rumunia.

Dopingowa wpadka kolumbijskiego mistrza

Międzynarodowa Federacja Tenisowa (ITF) poinformowała o przyłapaniu na dopingu Kolumbijczyka Roberta Faraha, obecnie najlepszego deblisty na świecie. On i jego rodak Juan Sebastian Cabal prowadzą ex aequo w rankingu deblowym ATP, a w 2019 roku wspólnie wygrali wielkoszlemowe Wimbledon i US Open.

Farah i jego rodak Juan Sebastian Cabal prowadzą ex aequo w rankingu deblowym ATP, a w 2019 roku wspólnie wygrali wielkoszlemowe Wimbledon i US Open. W organizmie Faraha wykryto boldenon, steryd używany zwykle w kulturystyce w celu zwiększenia siły fizycznej. Kolumbijski tenisista pozytywny wynik testu antydopingowego miał w listopadzie zeszłego roku. „Dwa tygodnie wcześniej miałem test antydopingowy w Szanghaju, a jego wynik był negatywny. Przez cały rok byłem badany co najmniej 15 razy i zawsze wyniki były negatywne” – przekonuje Farah i zapewnia, że zakazany substancja musiał najprawdopodobniej wina mięsa, które spożywał.
Kolumbijski Komitet Olimpijski potwierdził wersję tenisisty, dostarczając dowody, że boldenon używany jest w tym kraju w hodowli zwierząt i przez to często znajduje się w sprzedawanym na jego terytorium mięsie, co może tłumaczyć dlaczego ten specyfik wykryto u Faraha akurat w czasie, gdy po sezonie przebywał w Kolumbii. „Przeżywam obecnie jedną z najsmutniejszych chwil w moim życiu i na pewno najsmutniejszą w mojej karierze” – żali się w mediach tenisista.
Farah nie jest jedynym graczem ze światowej czołówki, którego w ostatnim czasie przyłapano na dopingu. Jego los podzielił tez Chilijczyk Nicolas Jarry (ATP 78), który wpadł podczas zeszłorocznego turnieju finałowego Pucharu Davisa w Madrycie. W jego próbce wykryto ligandrol i stanozolol. Obaj zawodnicy zostali rzecz jasna zawieszeni przez ITF i teraz czekają na sankcje. Z tego powodu nie mogli wystartować w rozpoczynającym się w poniedziałek w Melbourne wielkoszlemowym Australian Open.
Surowe kary raczej na nich nie spadną, bo przykłady z ostatnich lat, choćby Chorwata Marina Cilicia, Serba Viktora Troickiego, Rosjanki Marii Szarapowej czy Włoszki Sary Errani dowodzą, iż ITF jest w sprawach karania za doping bardziej tolerancyjny niż inne sportowe federacje.
Krytycy światowej federacji uważają, że kary za przyłapanie na dopingu są w tenisie zbyt niskie. I przypominają, że Szarapowej groziła czteroletnia dyskwalifikacja, a skończyło się na 15 miesiącach. Mało tego, chociaż po powrocie nie zdołał wrócić do czołówki, a teraz zajmuje w rankingu dopiero 145. miejsce, nadal może liczyć na tzw. dzikie karty od organizatorów wielkich turniejów. W tegorocznym Australian Open Rosjanka również zagra dzięki „dzikiej karcie”, a powinna startować w kwalifikacjach. Co ciekawe, ITF nie odbiera przyłapanym dopingowiczom wywalczonych w turniejach premii finansowych. Należy zatem przypuszczać, że podobnie będzie w przypadku Faraha. Kolumbijczyk straci jednak nie startując w Australian Open. Organizatorzy australijskiego turnieju przed tegoroczną edycją zwiększyli pulę nagród do kwoty 49 mln dolarów amerykańskich.

Sukces Jastrzębskiego Węgla w Rosji

Siatkarze Jastrzębskiego Węgla sprawili sensację pokonując w Lidze Mistrzów na wyjeździe Zenit Kazań 3:2 (18:25, 25:16, 20:25, 25:22, 16:14). Rosyjski zespół to sześciokrotny triumfator tych elitarnych rozgrywek.

Ekipa Jastrzębskiego Węgla nie liczyła na sukces w Kazaniu, chciała tylko powalczyć z największym potentatem w europejskiej siatkówce klubowej w ostatniej dekadzie. Zenit w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów przegrał wprawdzie w finale, ale ma na koncie sześć triumfów w tych rozgrywkach. Ostatnio dysponuje jednak nieco słabszym składem niż jeszcze kilka sezonów temu, lecz nadal jest to potentat pod względem sportowym i finansowym, z którym wygrana, zwłaszcza na jego terenie, jest wielkim wyczynem.
Zenit miał szansę zakończyć mecz z Jastrzębskim Węglem za trzy punkty, bo prowadził już 2:1 w setach, ale w czwartej partii rosyjska ekipa zgubiła koncentrację i dała sobie wydrzeć wygraną w końcówce seta. W tie-breaku obie drużyny walczyły jak równy z równym, ale w samej końcówce tego seta zdarzyła się rzecz niewiarygodna – Zenit zmarnował aż pięć piłek meczowych, a siatkarze Jastrzębskiego Węgla zdobyli w tym czasie aż siedem punktów z rzędu i ze stanu 9:14 wyprowadzili wynik na 16:14.
Nieoczekiwane zwycięstwo w Kazaniu pozwoliło polskiemu zespołowi utrzymać pozycję lidera grupy C. Jastrzębski Węgiel w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów nie poznał jeszcze smaku porażki (trzy zwycięstwa, osiem punktów). Drugie miejsce w tabeli zajmuje belgijski Nolito Maaseik (dwa zwycięstwa, cztery punkty), który wyprzedza trzeci Zenit (jedno zwycięstwo, pięć punktów) dzięki większej liczbie zwycięstw. Stawkę w grupie C zamyka Halkbank Ankara bez wygranej i z dorobkiem ledwie jednego punktu. Kolejny mecz zespół Jastrzębskiego Węgla w Lidze Mistrzów rozegra 29 stycznia na wyjeździe z Halkbankiem.
Gorzej zespołowi z Jastrzębia Zdroju wiedzie się w rodzimej PlusLidze, która po zimowej przerwie w miniony weekend wznowiła rozgrywki. Jastrzębianie są w tej chwili na czwartym miejscu z dorobkiem 30 punktów. Liderem PlusLigi została drużyna VERVY Warszawa, która wygrała 3:0 z BKS Visła Bydgoszcz i zepchnęła z pierwszego miejsca Grupę Aoty ZAKSĘ Kędzierzyn-Koźle, bo mistrzowie Polski dali się ograć MKS Będzin 0:3.