Wyniki 17 kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 17. kolejki:

Piast Gliwice – Śląsk Wrocław 0:3
Gole: Robert Pich (57 karny), Jakub Łabojko (76), Przemysław Płacheta (86).
Żółte kartki: Huk – Pich, Chrapek, Mączyński, Golla.
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 4006.
Legia Warszawa – Korona Kielce 4:0
Gole: Luquinhas (35), Jarosław Niezgoda (44 karny), Walerian Gwilia (69), Jose Kante (90).
Żółte kartki: Kante, Lewczuk, Jędrzejczyk – Duranović, Radin, Spychała.
Sędziował: Paweł Gil (Lublin).
Widzów: 14 000.
Zagłębie Lubin – Górnik Zabrze 2:0
Gole: Damjan Bohar (18), Bartosz Białek (60).
Żółte kartki: Oko, Kopacz – Matuszek, Wolsztyński.
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Widzów: 2212.
Wisła Płock – Lech Poznań 0:2
Gole: Tymoteusz Puchacz (33), Christian Gytkjaer (90).
Żółte kartki: Kuświk – Kostewycz, Puchacz.
Sędziował: Mariusz Złotek (Stalowa Wola).
Widzów: 4501.
Arka Gdynia – Pogoń Szczecin 1:1
Gole: Michał Nalepa (45 karny) – Hubert Matynia (72).
Żółte kartki: Serrarens, Deja, Marciniak – Hostikka, Podstawski, Stec.
Sędziował: Szymon Marciniak (Płock).
Widzów: 5072.
Raków Częstochowa – Jagiellonia Białystok 2:1
Gole: Jakub Wójcicki (65 samobójcza), Sebastian Musiolik (90) – Bartosz Bida (28).
Żółte kartki: Schwarz, Bartl – Boadvarsson.
Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce).
Widzów: 2381.
ŁKS Łódź – Cracovia 1:0
Gol: Dani Ramirez (52 karny).
Żółte kartki: Rozwandowicz, Klimczak, Kujawa – Helik.
Sędziował: Piotr Lasyk (Bytom).
Widzów: 5160.
Wisła Kraków – Lechia Gdańsk 0:1
Gol: Flavio Paixao (31).
Żółte kartki: Burliga – Peszko, Nalepa, Arak, Haraslin.
Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 089.

Grupa mistrzowska
1. Śląsk             17    33   26:15
2. Pogoń           17    32   21:14
3. Legia             17    32   33:17
4. Cracovia        17    30   24:15
5. Piast              17    28   19:17
6. Lechia           17    27    21:16
7. Wisła Płock   17    27   22:26
8. Lech              17    26   29:18
Grupa spadkowa
9. Jagiellonia    17    26   28:22
10. Zagłębie     17    22   27:25
11. Raków         17   22   19:25
12. Górnik         17   17   16:23
13. Korona        17   15   10:23
14. ŁKS Łódź     17   14   17:29
15. Arka            17   14   13:26
16. Wisła K.      17   11   15:29

Koniec rundy jesiennej w I lidze

Piłkarska I liga zakończyła tegoroczną część sezonu. Po 20 kolejkach nieoczekiwanie liderem jest zespół Warty Poznań, a drugie premiowane bezpośrednim awansem do ekstraklasy miejsce zajmuje Stal Mielec.

Obecny sezon w I lidze jest ciekawszy od poprzednich głównie z tego powodu, że po zmianie formuły rozgrywek przez PZPN szansę na awans do PKO Ekstraklasy mają trzy zespoły, a nie dwa jak poprzednio. Aby powiększyć grono zainteresowanych rywalizacją zespołów, wprowadzono baraże z udziałem czterech drużyn, które na koniec sezonu zajmą miejsca od trzeciego do szóstego. W tej chwili te cztery lokat uprawniające do walki o jedno dodatkowe miejsce w najwyższej klasie rozgrywkowej, zajmują ekipy Podbeskidzia, Radomiaka, Olimpii i Miedzi, ale nie bez szans na włączenie się do rywalizacji w rundzie wiosennej są jeszcze ekipy GKS Tychy i GKS Jastrzębie, a nawet Zagłębia Sosnowiec, Bruk-Betu Nieciecza, Stomilu Olsztyn, Sandecji Nowy Sącz i GKS Bełchatów. Te kluby grały już kiedyś w ekstraklasie i niezmiennie aspirują do odzyskania miejsca w ligowej elicie.
Rywalizacja w I lidze nie cieszy się wielkim zainteresowaniem. Ostatnią w tym roku kolejkę obejrzało mniej widzów (ok. 12,5 tys. widzów), niż jeden mecz w ekstraklasie Legia – Korona (14 000).

Wyniki 20. kolejki:
Warta Poznań – Wigry Suwałki 3:0, Stal Mielec – Podbeskidzie Bielsko-Biała 2:1, Chojniczanka Chojnice – Olimpia Grudziądz 1:3, Zagłębie Sosnowiec – Bruk-Bet Nieciecza 1:0, Chrobry Głogów – Miedź Legnica 0:2, Sandecja Nowy Sącz – Puszcza Niepołomice 0:1, Odra Opole – GKS Tychy 0:0, GKS Jastrzębie – Stomil Olsztyn 1:2, Radomiak Radom – GKS Bełchatów 2:0.

1. Warta Poznań          20  40   33:18
2. Stal Mielec               20  38   30:18
3. Podbeskidzie           20  37   36:21
4. Radomiak                20  36   30:23
5. Olimpia                   20   31   34:30
6. Miedź Legnica        20   31   29:26
7. GKS Jastrzębie       20    30   30:25
8. GKS Tychy              20   30   40:29
9. Zagłębie                 20   26   28:31
10. Bruk-Bet               20   26   28:22
11. Stomil Olsztyn     20   26   16:22
12. Sandecja             20    25   28:35
13. GKS Bełchatów   20    24   24:27
14. Puszcza               20   23   15:24
15. Chrobry Głogów 20   20   18:33
16. Odra Opole         20   20   16:25
17. Wigry Suwałki     20   19   17:31
18. Chojniczanka      20   16   27:39

 

Kłopoty z frekwencją

Chociaż walka o czołowe miejsca w ekstraklasie jest w tym sezonie nad wyraz zacięta, a ostatnio po każdej kolejce dochodzi do zmiany lidera, nie przekłada się to na wyniki oglądalności. W 17. kolejce najlepsza frekwencja była na stadionie Legii, ale 14 tysięcy widzów to wynik znacznie gorszy od średniej na tym obiekcie.

W tym sezonie średnia widzów w naszej piłkarskiej ekstraklasie wynosi 9577 osób na mecz. Tylko w siedmiu spotkaniach zdarzyło się, że na trybunach było ponad 20 tysięcy kibiców. Rekord padł w meczu derbowym Wisły Kraków z Cracovią, który obejrzało 33 tys. widzów. Ale od tamtej pory zespół „Białej Gwiazdy” wciąż przegrywa i przez to traci sympatię fanów. W miniony weekend potyczka wiślaków z Lechią Gdańsk przyciągnęła na trybuny niewiele ponad 10 tysięcy kibiców. Ich poświęcenie poszło na marne, bo ekipa trenera Artura Skowronka przegrała 0:1 i została pożegnana solidną porcją gwizdów i wyzwisk.

Dla Wisły Kraków taka reakcja fanów to zły znak, bo do tej pory mimo fatalnych wyników krakowski klub mógł chociaż chwalić się wysoka frekwencją – pod tym względem zajmuje trzecią lokatę, za Lechem Poznań i Legi Warszawa. W tym sezonie mecze w Poznaniu oglądało średnio 18 071 widzów, na spotkania drugiej w zestawieniu Legii przychodziło średnio 17 150 kibiców. Dla klubu ze stolicy to porażka, bo w poprzednim sezonie miał najlepszą frekwencję w lidze ze średnią na mecz 17 609 widzów. Druga w tej rywalizacji Wisła Kraków zanotował średnią 16 135. W obecnym sezonie „Biała Gwiazda” zajmuje trzecią lokatę z wynikiem 16 235 osób na jedno spotkanie.

Na czwartym miejscu plasuje się przeżywający kryzys formy Górnik Zabrze, na którego domowe mecze przychodziło jednak średnio 15 376 fanów. Piątą lokatę zajmuje aktualny lider ekstraklasy Śląsk Wrocław ze średnią meczową 14 795, ale już w najbliższy weekend wrocławski klub może mocno poprawić ten wynik, bo będzie gościł u siebie zespół Legii, a stadion we Wrocławiu jak wiadomo może pomieści ponad 40 tysięcy widzów.

Kilka słabszych meczów zespołu Lechii Gdańsk natychmiast odbiło się na frekwencji na jej domowych meczach w tej chwili z średnią meczową 11 564 widzów gdański klub plasuje się w ekstraklasie dopiero na szóstej pozycji, chociaż dysponuje stadionem na 42 tysiące miejsc.

Siódma lokata przypadła Jagiellonii Białystok, ale średnia 10 944 widzów to podobnie jak ma to miejsce w przypadku Lechii jest efektem słabszej gry zespołu, który po 17. kolejce wypadł nawet z grupy mistrzowskiej. Względnie przyzwoitą frekwencją, tylko nieznacznie odbiegająca od średniej ligowej, mogą jeszcze pochwalić się Arka Gdynia (8619 widzów) oraz Cracovia (8458).
Najgorsze wyniki pod względem frekwencji notują jak na razie Korona Kielce (5588), Wisła Płock (5487), Łódzki Klub Sportowy (5267), Piast Gliwice (4697), Zagłębie Lubin (4120), Pogoń Szczecin (3812) i zamykający stawkę Raków Częstochowa (3104). Usprawiedliwić swoją obecność w tym gronie może bez trudu jedynie Pogoń, bo stadion w Szczecinie jest w fazie przebudowy i ma ograniczona liczbę miejsc. Zrozumiała jest też niska frekwencja na meczach Rakowa, bo zespół ten od początku sezonu z braku odpowiedniego stadionu w Częstochowie musi grać gościnnie w Bełchatowie. Dobrego alibi nie ma jedynie Piast, bo to przecież aktualny mistrz Polski.

 

Messi ze Złotą Piłką

Po raz szósty w karierze nagrodę „Złotej Piłki” dla piłkarza roku otrzymał Argentyńczyk Lionel Messi. Na najlepszą piłkarkę wybrano Amerykankę Megan Rapinoe, nagrodę im. Raymunda Kopy dla najlepszego piłkarza do lat 21 dostał Holender Matthijs de Ligt, a nagrodę im. Lwa Jaszyna dla najlepszego bramkarza roku przyznano Brazylijczykowi Alissonowi Beckerowi. Robertowi Lewandowskiemu przypadła dopiero ósma lokata, co i tak jest postępem w porównaniu z ubiegłym rokiem, gdy nie znalazł się nawet w Top 10.

Bezdyskusyjnie Leo Messi jest piłkarzem genialnym, bez wątpienia także jednym z najwybitniejszych w historii futbolu. Ma też to szczęście, że od kilkunastu lat występuje w FC Barcelona, jednym z najsłynniejszych, najpopularniejszych i najczęściej oglądanych zespołów klubowych na świecie. W obecnej dekadzie Argentyńczykowi dorównuje jedynie Cristiano Ronaldo. O to, który z nich jest lepszy, kibice i futbolowi eksperci od lat toczą gorące spory. Gdy indywidualne laury zgarniał Portugalczyk (2008, 2013, 2014, 2016, 2017), zwolennicy Messiego podnosili larum, gdy zgarniał je argentyński gwiazdor (2009, 2010, 2011, 2012, 2015, 2019), w obronie Cristiano Ronaldo stawali zwolennicy jego nietuzinkowego talentu. I przez dziesięć lat nikt nawet nie zadał pytania, czy ci dwaj piłkarze rzeczywiście są dwa razy lepsi od Holendrów Johana Cruyffa i Marco van Bastena oraz Francuza Michela Platiniego, których trzykrotnie nagradzano „Złotą Piłką”, albo czy są aż trzy razy lepsi od Alfredo di Stefano, Franza Beckenbauera, Kevina Keegana, Karla-Heinza Rummenigge i Ronaldo (Brazylijczyk), którym to prestiżowe wyróżnienie przyznawano dwukrotnie.

Każda piłkarska epoka ma swoich dominatorów, w cieniu których marnieją niekiedy nie mniej utalentowani, pracowici i wybitni gracze. Era Messiego i Ronaldo nie różni się jakoś od innych pod tym względem, a jeśli już w czymś jest rzeczywiście wyjątkowa, to chyba tylko w tym, że trwa już straszliwie długo.

Niejasne kryteria wyboru

Organizowany od 1956 roku przez niszowy w gruncie rzeczy francuski tygodnik piłkarski plebiscyt, przez te wszystkie lata obrósł legendą i znaczeniem, którym dzisiaj nie są w stanie zaszkodzić ani często nieprzemyślane przez zespół redakcyjny nominacje zawodników, niezbyt transparentne zasady głosowania oraz archaiczna formuła wręczania nagród.

Dlatego mało kto odmawia przyjęcia zaproszenia redakcji na uroczystość wręczenia nagród. Tym razem zlekceważył je Cristiano Ronaldo, ale on mógł sobie na to pozwolić, bo sam ma w kolekcji pięć statuetek „Złotej Piłki”. Portugalczyk miał swoje argumenty, żeby strzelić focha. Co prawda zdobył z Juventusem Turyn tylko mistrzostwo Włoch, ale za to z reprezentacją Portugalii zwyciężył w premierowej edycji Ligi Narodów. Messi natomiast miał w dorobku tylko mistrzostwo Hiszpanii, z zespołem Argentyny w Copa America wywalczył ledwie trzecią lokatę, a w Lidze Mistrzów on i FC Barcelona w półfinale odpadli z późniejszym triumfatorem rozgrywek, Liverpoolem. Nawet w liczbie strzelonych w 2019 roku goli argentyński gwiazdor nie dominował w Europie, bo lepsze osiągnięcia od niego notuje Robert Lewandowski.

A zatem, gdyby redaktorzy „France Football” kierowali się wyłącznie obiektywnymi kryteriami, to w tym roku „Złota Piłkę” powinien otrzymać albo Cristiano Ronaldo, albo któryś z siedmiu nominowanych do nagrody graczy Liverpoolu – Alisson Becker, van Dijk, Trent Alexander-Arnold, Georginio Wijnaldum, Roberto Firmino, Sadio Mane i Mohamed Salah. na pewno jednak nie Messi, bo gdyby położyć na szali jego osiągnięcia w tym roku, to per saldo wcale nie ma ich więcej od choćby Lewandowskiego. Nic dziwnego, że zwycięstwo Argentyńczyka wzbudziło tyle kontrowersji.

Skoro o Lewandowskim mowa, to kapitan naszej reprezentacji przyjął zaproszenie i w paryskim teatrze zjawił się w towarzystwie żony. Dostał miejsce w pierwszym rzędzie, obok Messiego, co podgrzało nadzieje polskich kibiców na wysokie miejsce. Niestety, „Lewy” zajął dopiero ósmą lokatę, zdecydowanie za niską porównując jego tegoroczne dokonania z piłkarzami, którym przyznano miejsca przed nim: siódme zajął Brazylijczyk Alisson Becker (FC Liverpool), szóste Francuz Kylian Mbappe (Paris Saint-Germain), piąte Egipcjanin Mohamed Salah (FC Liverpool), czwarte Senegalczyk Sadio Mane (FC Liverpool), trzecie Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn), a drugie Virgil van Dijk (FC Liverpool).

Lewy musi wygrać Ligę Mistrzów

Wiele wskazuje, że Polak mógł zająć jeszcze gorszą lokatę, bo na liście graczy w Top 10 plebiscytu jego nazwisko nie pojawiało się w żadnym z medialnych przecieków. Ale za napastnikiem Bayernu opowiedziało się w ostatnim czasie wielu tuzów światowego futbolu. Francuz Jean-Pierre Papin, były piłkarz Olympique Marsylia, AC Milan i Bayernu Monachium, laureat „Złotej Piłki” z 1991 roku, stwierdził: „Nie widzę nikogo, kto w tym roku byłby lepszy od Lewandowskiego. Skutecznością bije wszystkich. Rekordy, które ustanawia niemal w każdym meczu, naprawdę robią wrażenie”. Równie wysoko ocenił „Lewego” Bułgar Christo Stoiczkow, dawny gwiazdor FC Barcelona, laureat „Złotej Piłki” z 1994 roku: „Lewandowski jest najlepszym klasycznym numerem dziewięć na świecie i robi różnicę w grze – robił ją w Borussii Dortmund, robi teraz w Bayernie i reprezentacji Polski. Powinien znaleźć się wśród najlepszych”.

Te i inne podobne głosy prawdopodobnie spowodowały, że organizatorzy plebiscytu w przypadku Lewandowskiego skorzystali z przywileju organizatora i przepchnęli go do pierwszej dziesiątki. Ale mając świadomość, że ambicji polskiego piłkarza ani jego fanów ósma lokata nie zadowoli, zaproponowali mu dodatkową rolę wręczającego wyróżnienie dla najlepszego bramkarza. Pomysł sam w sobie nie był zły, więc Lewandowski pojawił się na scenie, słusznie uznając, że skoro już przyjechał, to chociaż tak pokaże się milionom widzów oglądających relację z gali w teatrze Chatelet, w tym elektorom plebiscytu, którzy nie oglądają na co dzień Bundesligi.

Lewandowski pobił już mnóstwo piłkarskich rekordów i wiele pewnie pobije, ale w „Złotej Piłce” wciąż nie jest w Polsce najlepszy. Najwyższe jak do tej pory miejsce w tym plebiscycie, czwarte, zajął w 2015 roku. W 1974 roku Kazimierz Deyna był jednak trzeci, a Zbigniew Boniek osiem lat później po mundialu w Hiszpanii także zajął trzecią lokatę. Czy „Lewy” zdoła przebić kiedyś ich osiągnięcia? W jego przypadku droga do tego celu nie jest łatwa: żeby elektorzy „France Football” wreszcie go docenili, musiałby w przyszłym roku wygrać z Bayernem Bundesligę i Puchar Niemiec, zająć pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców (najlepiej bijąc jeszcze wiekowy rekord Gerda Muellera, który w jednym sezonie strzelił 40 goli), a następnie z reprezentacją Polski dotrzeć co najmniej do finału Euro 2020 i rzecz jasna zostać królem strzelców tej imprezy. Warunkiem dodatkowym jest jednak to, żeby Bayern i polska reprezentacja nie musiały walczyć z francuskimi zespołami, bo wtedy mógłby przegrać, na przykład z Kylianem Mbappe. To oczywiście żart, chociaż jak się nad nim głębiej zastanowić, to nie do końca.
Przejmowanie się wynikami plebiscytu „FF” czy jakiegokolwiek innego medium jest niedorzeczne, a już podwójnie gdy wysuwa się pretensje, na przykłada za niedocenianie polskich piłkarzy. Czy opinia 180 sportowych dziennikarzy, z których większość nigdy nie miała na nogach piłkarskich butów, może być w pełni obiektywna? Oczywiście, że nie może i nie jest, bo nie da się sprawiedliwie ocenić czy najlepszym piłkarzem na świecie jest bramkarz, środkowym obrońca, defensywny pomocnik, skrzydłowy czy też środkowy napastnik. Decydujące zatem przy wyborze są sukcesy drużyny oraz popularność zawodnika.

To przecież tylko zabawa

I chyba taką miarę zastosowali redaktorzy francuskiego tygodnika decydując się na wybór Leo Messiego oraz lokując Cristiano Ronaldo na trzecim miejscu, bo chociaż w tym roku obaj nie triumfowali w Lidze Mistrzów, to żaden nie obniżył swojej piłkarskiej klasy. Ale nie mogli zlekceważyć zwycięstwa Liverpoolu, więc między nimi usadowili stopera Virgila van Dijka. Dlaczego nie któregoś z napastników „The Reds”? To oczywiste, Senegalczyk Sadio Mane i Egipcjanin Mohamed Salah tylko w duecie są znakomici, natomiast w pojedynkę żaden z nich jako napastnik nie trzyma poziomu nie tylko Cristiano Ronaldo i Messiego, lecz także Lewandowskiego. Gdyby na szalę położono umiejętności, niezawodność, regularność, skuteczność i wytrzymałość, na podium w 2019 roku powinni się znaleźć Messi, Cristiano Ronaldo i Lewandowski, a redakcja „FF” zamiast pchać do plebiscytu niemal całą kadrę Liverpoolu, powinna przyznać angielskiej ekipie tytuł drużyny roku.

Dlatego nie ma co robić z „tylko ósmego” miejsca Lewandowskiego narodowego dramatu, tylko raczej powinniśmy brać przykład z Bayernu Monachium, który na portalu społecznościowym skomentował ósmą lokatę „Lewego” jednym trafnym zdaniem: „Dla nas on jest najlepszy”. I dla nas też powinien być.

Wypada odnotować, że poza nagrodami dla najlepszego piłkarza wręczono również trofea dla najlepszej zawodniczki, młodego piłkarza i jak już najlepszego bramkarza. Wśród kobiet bezapelacyjnie wygrała 34-letnia Amerykanka Megan Rapinoe, za najlepszego golkipera uznano brazylijskiego gracza Liverpoolu Alissona Beckera (dla przypomnienia – w dziesiątce nominowanych był Wojciech Szczęsny, ale bramkarz Juventusu i reprezentacji Polski nie przebił się do czołowej trójki), a wśród zawodników do 21 roku życia (Kopa Trophy) największe uznanie elektorów „FF” zyskał grający od pół roku w Juventusie Holender Matthijs de Ligt.

 

Pożegnanie Kubicy

Robert Kubica w swoim ostatnim występie w barwach Williamsa zakończył wyścig o Grand Prix Abu Zabi na 19. miejscu. Kończącą sezon imprezę na torze Yas Marina wygrał tegoroczny mistrz Lewis Hamilton (Mercedes).

Kubica jak zwykle w tym sezonie był najsłabszy w kwalifikacjach, ale po raz kolejny zaczął wyścig znakomicie i w jego pierwszej fazie przesunął się do przodu o kilka pozycji. Po 20 okrążeniach Polak zajmował nawet 15. miejsce i miał za plecami m. in. swojego partnera z zespołu George’a Russella oraz kierowcę Alfa Romeo Antonio Giovinazziego. Włoch na 24. okrążeniu próbował wyprzedzić Kubicę i podczas ataku doprowadził do lekkiej kolizji z jego bolidem. W efekcie w aucie Alfa Romeo uszkodzeniu uległo przednie skrzydło, natomiast z maszyny Polaka odpadł spory fragment podłogi. W tym momencie było już jasne, że polski kierowca z takim ubytkiem nie będzie w stanie utrzymać dotychczasowego tempa jazdy. Przebieg wydarzeń na kolejnych okrążeniach potwierdziły te przypuszczenia i Kubica minął metę na 19. pozycji. Ostatnie miejsce zajął Lance Stroll z ekipy Racing Point, ale on nie ukończył wyścigu.

Rywalizację na torze Yas Marina wygrał świeżo upieczony mistrz świata Lewis Hamilton. Brytyjski kierowca ekipy Mercedesa wyprzedził na podium Maxa Verstappena (Red Bull Racing) i Charlesa Leclerca (Ferrari). W klasyfikacji generalnej dwa kolejne miejsca za Hamiltonem zajęli jego kolega z zespołu Valtteri Bottas oraz oraz holenderski kierowca Red Bulla Max Verstappen.

 

Lewy na huśtawce

Robert Lewandowski przeżywał ostatnio huśtawkę nastrojów. Po serii 11 występów w Bundeslidze ze zdobytą bramka zaliczył dwa mecze z rzędu bez strzelonego gola, ale w 5. kolejce Ligi Mistrzów zaliczył aż 4 trafienia.

Przypomnijmy, że polski napastnik Bayernu Monachium zdobył cztery bramki w wyjazdowym meczu z Crveną Zvezdą, wygranym przez mistrza Niemiec aż 6:0. Za ten rzadki wyczyn Lewandowski został wybrany piłkarzem kolejki Ligi Mistrzów. „Lewy” poprawił swój dorobek w tych rozgrywkach w obecnym sezonie do 10 trafień i został liderem klasyfikacji strzelców. W poprzednich kolejkach Champions League na najlepszych piłkarzy wybierano Norwega Erlinga Haalanda z RB Salzburg, Niemca Serge’a Gnabry’ego z Bayernu Monachium, Anglika Raheema Sterlinga z Manchesteru City i Brazylijczyka Rodrygo z Realu Madryt.

W Bundeslidze natomiast „Lewemu” ostatnio wiedzie się gorzej. Po serii 11 spotkań ze strzelonym golem w 12. kolejce nie powiększył swojego bramkowego dorobku w wygranej 4:0 potyczce Bayernu z Fortuną Duesseldorf, zaś w miniony weekend w 13. kolejce ponownie nie trafił w przegranym przez Bayern u siebie 1:2 meczu z Bayerem Leverkusen. Chociaż kapitan reprezentacji Polski wciąż jest liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi z dorobkiem 16 goli, w niemieckich mediach już pojawiły się pierwsze sugestie, że reprezentanta Polski dopadł kryzys formy. Na boisku co prawda nic na to nie wskazywało, bo „Lewy” był aktywny i doszedł do kilku bramkowych sytuacji, lecz brakowało mu albo szczęścia, albo na drodze stawał kapitalnie spisujący się tego dnia bramkarz „Aptekarzy” Lukas Hradecky. Tak na marginesie – Bayer Leverkusen jest jednym z nielicznych zespołów w Bundeslidze, które mogą pochwalić się patentem na powstrzymanie Lewandowskiego. Polak jak dotąd strzelił tej drużynie tylko jednego gola, i to z rzutu karnego.

W niemieckich mediach w miniony weekend pojawiły się też informacje, że Lewandowski został zaproszony przez redakcję „France Football” na poniedziałkową galę wręczenia nagród „Złotej Piłki”. On sam ten fakt potwierdził, ale to jeszcze nie oznacza, że wygrał ten słynny plebiscyt, zwłaszcza że hiszpańskie z kolei media już od tygodnia trąbiły, że w Barcelonie widziano wysłanników „France Football” u Messiego, co ich zdaniem oznacza, iż „Złotą Piłkę” za ten rok otrzyma po raz szósty w karierze właśnie Argentyńczyk. W medialnych spekulacjach pojawiły się sugestie, że „Lewy” nie znajdzie się nawet w czołowej trójce, ale na pocieszenie zostanie wyróżniony miejsce w „11” roku wybieranej przez związek zawodowy piłkarzy.

 

Przyłapali Norwegów na oszustwie

Podczas sobotniego konkursu Pucharu Świata w Kuusamo sędziowie zdyskwalifikowali aż pięciu skoczków, w tym trzech norweskich – Roberta Johanssona, Johanna Andre Forfanga i Mariusa Lindvika. Zawody wygrał jednak inny reprezentant tego kraju, Daniel Andre Tande, lider klasyfikacji generalnej PŚ, który tydzień wcześniej triumfował także w Wiśle.

Oprócz trzech Norwegów, po sobotnim konkursie na skoczni Rukatunturi (HS 142) zdyskwalifikowano jeszcze dwóch Słoweńców – trzeciego w zawodach Petera Prevca i ósmego Anze Semenica. Za co? A za nieprzepisowe kombinezony. To tylko dowodzi, że obie ekipy, norweska i słoweńska, które dominują na początku nowego sezonu Pucharu Świata, w wymyślaniu nowinek sprzętowych dających choćby niewielką przewagę nad rywalami poszły chyba za daleko, bo stanęły na granicy celowego oszustwa.

Wygląda jednak na to, że FIS nie ma zamiaru dalej tolerować tego typu praktyk. Tylu dyskwalifikacji wśród najlepszych skoczków w indywidualnym konkursie Pucharu Świata jeszcze nie było. Cała piątka zdyskwalifikowanych zawodników po pierwszej serii znajdowała się w czołowej dziesiątce konkursu, dwóch znalazło się na podium, a dwóch miało na to realne szanse. Działacze światowej federacji narciarskiej dali sygnał, że cwaniactwa dłużej tolerować nie będą. Trener Norwegów Alexander Stoeckl poszedł nawet kłócić się z prowadzącym kontrole sprzętowe sędzią Seppem Gratzerem, ale po rozmowie z nimi diametralnie zmienił ton. „To była całkowicie nasza wina i nie możemy mieć pretensji. Kombinezon nie przepuszczał wystarczającej ilości powietrza w nogawkach. Widziałem wyniki kontroli” – powiedział norweskim dziennikarzom.

Dla reprezentantów Polski te dyskwalifikacje miały znaczenie o tyle, że pozwoliły im mimo przeciętnych wyników zająć w sobotnim konkursie w miarę przyzwoite lokaty. Najlepszy z biało-czerwonych, Dawid Kubacki, zajął jednak dopiero 12. miejsce. Piotr Żyła był 13., Kamil Stoch 16., Maciej Kot 18., Stefan Hula 22., a Jakub Wolny 27. Siódmy z naszych skoczków w ekipie, Klemens Murańka, nie zakwalifikował się do drugiej serii.

Sobotni konkurs wygrał Tande przed Austriakiem Philippem Aschenwaldem i Słoweńcem Anze Laniskiem. Niedzielny konkurs na skoczni Rukatunturi został odwołany z powodu silnego wiatru.

 

Obowiązkowe zwycięstwo Vive

W minioną sobotę szczypiorniści PGE Vive Kielce w 10. kolejce grupy B Ligi Mistrzów EHF podejmowali w Hali Legionów białoruski Mieszkow Brześć. Był to ostatni w tym roku mecz kieleckiej drużyny w tych elitarnych rozgrywkach. Zwycięstwo 30:24 okazało się ważne, bo przy porażce Montpellier HB z THW Kiel 32:33 dało kielczanom awans na trzecią pozycję w tabeli.

W grupie B z dorobkiem 16 punktów prowadzi THW Kiel i ekipie PGE Vive Kielce będzie piekielnie trudno zepchnąć niemiecki zespół z pierwszego miejsca, cennego, bo dającego od razu bezpośredni awans do ćwierćfinału. Nawiasem mówiąc nie tylko zajmujący w tabeli trzecią lokatę z 12 pkt na koncie kielczanie są tym zainteresowani, także zespoły drugiego w tabeli Telkomu Veszprem (12 pkt) i czwartego Montpellier HB (11 pkt), a nawet piątego FC Porto (10 pkt). Do zakończenia rozgrywek zostały jeszcze cztery kolejki i jeśli żadnej z tych drużyn nie uda się przeskoczyć niemieckiej, to każda będzie do końca walczyć o jak najwyższą końcową lokatę, bo im wyższa, tym większe szanse, że trafi się na słabszego przeciwnika w fazie play off.

Przed sobotnią potyczką z Mieszkowem zespół PGE Vive zajmował piąte miejsce, miał zatem o co walczyć. Białoruska ekipa zresztą także, bo ewentualne zwycięstwo w Kielcach dawało jej jeszcze nadzieję na załapanie się do walki o 1/8 finału i dogonienie w tabeli Vardaru Skopje i FC Porto. W przypadku porażki o awansie mogli zapomnieć, ale że w poprzedniej kolejce ograli właśnie macedońską drużynę, na powtórzenie podobnego wyczynu liczyli także w kieleckiej Hali Legionów.

PGE Vive w pierwszym w tym sezonie bezpośrednim starciu w Lidze Mistrzów wygrało z Mieszkowem 31:27. Dla kielczan był to punkt zwrotny w obecnych rozgrywkach, bo po serii porażek z FC Porto, w krajowej lidze z Orlenem Wisłą Płock oraz u siebie z Montpellier HB, zaczęto wieszczyć kieleckiemu potentatowi kryzys. Po zwycięstwie w Brześciu sytuacja się odwróciła i serię zwycięstw kielczan przerwał dopiero przed tygodniem na swoim parkiecie Telkom Veszprem.

Kolejne trzy starcia Białorusinów w Lidze Mistrzów także zakończyły się fiaskiem. Dwukrotnie lepszy okazał się Telekom Veszprem, Mieszkow na własnym parkiecie pokonał także Vardar Skopje. Przełamanie przyszło dopiero w ostatnią sobotę. Mistrzowie Białorusi przed własną publicznością zdeklasowali obrońców tytułu, Vardar 31:22, chociaż do przerwy przegrywali 12:13. Zdobyte dwa punkty nie poprawiły jednak zbytnio sytuacji Mieszkowa w grupie. Razem z Motorem, mając po cztery „oczka” na koncie, Białorusini zamykają stawkę grupy B, tracąc do szóstego Vardaru pięć punktów. Oczywiście zachowują jeszcze matematyczne szanse na awans, ale realnie oceniając ten sezon w Lidze Mistrzów ekipa Mieszkowa Brześć może już spisać na straty.

Jej porażka z zespołu PGE Vive nie jest żadną sensacją. Obie drużyny wcześniej grały przeciwko sobie już w tych elitarnych rozgrywkach dziewięć razy i mistrzowie Polski wygrali aż ośmiokrotnie, a jedyne zwycięstwo Białorusini wywalczyli w 2017 roku u siebie, wygrywając 28:25. Natomiast w kieleckiej Hali Legionów wszystkie potyczki wygrali kielczanie.

W minioną sobotę także niespodzianki nie było i pokonali białoruski zespół po raz dziewiąty, wygrywając 30:24. Białoruska ekipa walczyła dzielnie do 45. minuty, ale w ostatnim kwadransie spotkanie gospodarze podkręcili tempo i zdobyli wystarczająca przewagę bramkową, żeby w ostatnich minutach kontrolować wynik i przebieg wydarzeń na boisku. Wygrali ostatni w tym roku mecz w Lidze Mistrzów, ale dobrą wiadomością dla fanów kieleckiej drużyny było też to, iż trener zespołu PGE Vive Tałant Dujszebajew miał do dyspozycji aż 14 zdrowych graczy i wszystkich posłał do gry.

Zwycięski zespół zagrał w składzie: w bramce Wolff, a w polu – Janc (7 goli), Vujović (6), Karalek (4), Karacić (4), Kulesz (3), D. Dujshebaev (3), A. Dujshebaev (2), Aguinagalde (1), Pehlivan, Lijewski, Jurkiewicz, Fernandez, Guillo.

 

Kolejna zmiana lidera

Piast mógł rozstrzygnąć mecz ze Śląskiem Wrocław jeszcze przed przerwą, ale nie wykorzystał kilku świetnych okazji. W drugiej połowie na boisku dominowali wrocławianie i wygrali 3:0, co pozwoliło im awansować na pierwsze miejsce kosztem Pogoni Szczecin, która straciła dwa punkty w Płocku.

Przed sobotnim meczem bilans spotkań Piasta ze Śląskiem był wyrównany – w 44 rozegranych meczach oba zespoły zaliczyły po 16 zwycięstw, pozostałe 12 potyczek zakończyło się remisami. Gliwiczanie w poprzedniej kolejce przegrali 0:3 z Lechem w Poznaniu, natomiast wrocławska drużyna w czterech ostatnich ligowych spotkaniach odniosła komplet zwycięstw, pokonując kolejno Arkę 2:1, Wisłę Płock 3:1, ŁKS 1:0 i Wisłę Kraków 2:1. Wygrana z Piastem, piąta z rzędu, dała podopiecznym czeskiego trenera Vitezslava Laviczki awans na pozycję lidera ekstraklasy, ale zajmujące kolejne miejsca zespoły mają niewielką stratę punktową. Już w następnej kolejce wrocławianie podejmą Legię Warszawa, która po zaskakującej porażce w poprzedniej kolejce w Szczecinie z Pogonią 1:3, w ten weekend na swoim stadionie łatwo rozbiła Koronę Kielce 4:0. Zresztą w pozostałych do rozegrania w tym roku ligowych kolejkach Śląskowi przyjdzie mierzyć się z samymi potentatami naszej ekstraklasy – po Legii podejmie Lecha, potem zagra jeszcze na wyjeździe z Cracovią. Utrzymać zwycięską serię będzie zatem wrocławianom bardzo trudno, zwłaszcza że te zespoły w odróżnieniu od Piasta są akurat w wysokiej formie.

Ekipa „Kolejorza” dobrze wykorzystała przerwę na reprezentację, bo od wznowienia rozgrywek w dwóch spotkaniach zdobyła komplet punktów strzelając pięć goli i nie tracąc żadnego. Ostatnia wygrana z Wisłą Płock (2:0) była nawet bardziej wartościowa niż zwycięstwo nad Piastem u siebie, bo „Nafciarze” pod wodzą trenera Radosława Sobolewskiego są w tym sezonie trudnym przeciwnikiem i na swoim stadionie odwykli już od porażek.

Za docenienie zasługuje też wysoka wygrana Legii z Koroną (4:0), bo broniący się przed spadkiem kielecki zespół w trzech ostatnich ligowych meczach zdobył aż siedem punktów i na Łazienkowskiej podjął z „Wojskowymi” odważną walkę. Legioniści męczyli się do pierwszej bramki, a potem już poszło im z górki i w drugiej połowie grali już jak z nut. Wicemistrzowie Polski w ostatnich trzech spotkaniach na swoim stadionie strzelili rywalom aż 16 goli, a ostatni raz przegrali u siebie pod koniec września, z Lechią Gdańsk (1:2).

Trener stołecznej drużyny Aleksandar Vuković zapytany po meczu z Koroną, czy już obmyśla strategię na potyczkę ze Śląskiem w następnej kolejce, uśmiechnął się tylko znacząco. „Nie, bo teraz myślę o czekającym nas wcześniej, bo już we wtorek, spotkaniu z Górnikiem Łęczna w Pucharze Polski. Nie mamy prawa popełnić błędu, bo to system pucharowy i na naprawienie go nie będzie już okazji, musimy więc być skoncentrowani przez cały mecz. Dopiero potem zajmiemy się przygotowaniem do gry ze Śląskiem” – powiedział trener Legii.

W niedzielnych meczach szanse na utrzymanie miejsca w ścisłej czołówce zmarnowała Cracovia, która przegrała w Łodzi z ŁKS-em 0:1. Komplet punktów w starciu z drugim z beniaminków, Rakowem Częstochowa, w ostatnich niemal sekundach spotkania straciła też Jagiellonia Białystok.

Wyniki 17. kolejki:
Zagłębie Lubin – Górnik Zabrze 2:0
Gole: Damjan Bohar (18), Bartosz Białek (60). Widzów: 2212.
Wisła Płock – Lech Poznań 0:2
Gole: Tymoteusz Puchacz (33), Christian Gytkjaer (90). Widzów: 4501.
Arka Gdynia – Pogoń Szczecin 1:1
Gole: Michał Nalepa (45 karny) – Hubert Matynia (72). Widzów: 5072.
Piast Gliwice – Śląsk Wrocław 0:3
Gole: Robert Pich (57 karny), Jakub Łabojko (76), Przemysław Płacheta (86). Widzów: 4006.
Legia Warszawa – Korona Kielce 4:0
Gole: Luquinhas (35), Jarosław Niezgoda (44 karny), Walerian Gwilia (69), Jose Kante (90). Widzów: 14 000.
Raków Częstochowa – Jagiellonia Białystok 2:1. Gole: Jakub Wójcicki (65 samobójcza), Sebastian Musiolik (90) – Bartosz Bida (28). Widzów 2381.
ŁKS Łódź – Cracovia Kraków 1:0
Gol: Dani Ramirez (52 karny).
Widzów: 5160.
Kończący kolejkę niedzielny mecz Wisły Kraków z Lechią Gdańsk zakończył się po zamknięciu wydania.

 

48 godzin sport

Rekord Polski w Hongkongu
Podczas rozgrywanych w Hongkongu zawodach Pucharu Świata w kolarstwie torowym Urszula Łoś i Marlena Karwacka dwukrotnie poprawiły własny rekord Polski w sprincie drużynowym – w swoim najlepszym wyścigu uzyskały czas 33,078 s. Ten rezultat zapewniły Polkom jednak dopiero czwartą lokatę. Triumfowała drużyna Niemiec w składzie Pauline Sophie Grabosch i Emma Hinze, która w finale pokonała pierwszą ekipę Chin.

Lech Poznań stracił piłkarza
Obrońca Lecha Poznań Robert Gumny, także młodzieżowy reprezentant Polski oraz członek szerokie kadry pierwszej reprezentacji,w wyniku urazu kolana doznanego w drugiej połowie meczu z Piastem Gliwice w 16. kolejce ekstraklasy, musi przejść operację która wykluczy go z gry na co najmniej pół roku. Zabieg przeprowadzi doktor Tomasz Piontka z poznańskiej kliniki Rehasport. Placówka ta posiada najważniejszy medyczny certyfikat FIFA, zaś doktor Piontek jest wybitnym specjalista w leczeniu dużych ubytków chrząstki w stawie kolanowym.

Szybkie zjazdy Włoszki
Włoszka Marta Bassino, wygrywając slalom gigant w amerykańskim Killington, odniosła pierwsze w karierze zwycięstwo w zawodach alpejskiego Pucharu Świata. Druga była jej rodaczka Federica Brignone, a trzecia reprezentantka gospodarzy Mikaela Shiffrin. 23-letnia Bassino prowadziła już po pierwszym przejeździe. Ostatecznie uzyskała 0,26 s przewagi nad starszą o sześć lat Brignone – ubiegłoroczną triumfatorką z Killington. Shiffrin, mistrzyni olimpijska w tej konkurencji, miała 0,03 s straty do Brignone. Trzecie miejsce pozwoliło jej umocnić się na prowadzeniu w klasyfikacji generalnej.

Klich trafił dwa razy
Mateusz Klich strzelił dwa gole dla Leeds w wygranym przez jego zespół 4:0 meczu 19. kolejki angielskiej Championship (drugi poziom ligowy) z Middlesbrough. 29-letni reprezentant Polski w tym sezonie ma na koncie trzy ligowe trafienia. Klich rozegrał cały mecz. Na ławce rezerwowych gospodarzy spotkanie spędził bramkarz Kamil Miazek, a poza kadrą meczową Leeds znalazł się Mateusz Bogusz, który błysnął jednak pięknym golem w meczu zespołu rezerw. Leeds jest liderem z dorobkiem 40 punktów.

Wreszcie zdobywają punkty
Po blisko czterech latach przerwy w Pucharze Świata w biegach narciarskich punkty jednego dnia zdobyła Polka i Polak. Ostatnio raz taka sytuacja miała miejsce 8 marca 2016 roku. Wtedy Justyna Kowalczyk była siódma, a Maciej Staręga 30. w sprintach klasykiem w Canmore. W minioną niedzielę Dominik Bury uzyskał 19. czas w biegu pościgowym w Kuusamo i po raz pierwszy w karierze zdobył punkty w zawodach tej rangi. Pierwsze punkty w karierze tego samego dnia wywalczyła także 19-letnia Izabela Marcisz, która w biegu pościgowym kobiet zajęła 29. miejsce. Wygrała Norweżka Therese Johaug przed rodaczkami Heidi Weng i Astrid Jacobsen.

Wilczek trafił po raz 16
Występujący w Broendby Kopenhaga Kamil Wilczek strzelił gola w przegranym przez jego zespół 1:2 derbowym meczu 18. kolejki duńskiej ekstraklasy z FC Kopenhaga. Była to 16. ligowa bramka 31-letniego polskiego napastnika w obecnym sezonie. Wilczek ma już w dorobku tytuł króla strzelców polskiej ekstraklasy, a ma szansę na powtórkę tego wyczynu w duńskiej lidze, bo jest liderem klasyfikacji strzelców, ale Broendby zajmuje w tabeli dopiero trzecią lokatę.

Znów wyróżnili Krychowiaka
Fani Lokomotiwu Moskwa nie przestają cenić Grzegorza Krychowiaka. Reprezentant Polski po raz czwarty w tym sezonie został przez nich wybrany piłkarzem miesiąca, uzyskując blisko 55 procent oddanych w plebiscycie głosów. Drugi w kolejności Aleksiej Mirańczuk otrzymał 37 procent. Krychowiak jest jak na razie najskuteczniejszym strzelcem moskiewskiej drużyny, ma już na koncie 9 goli i trzy asysty. W listopadzie zdobył w rosyjskiej lidze trzy bramki. Lokomotiw w niedzielę w derbach Moskwy przegrał z Dynamo 1:2, ale wciąż jest w czołówce Premjer Ligi.

Kara dla brazylijskiego tuza
FIFA na wniosek komisji etycznej ukarała byłego prezydenta brazylijskiej federacji piłkarskiej (CBF) Ricardo Teixeirę za przestępstwa korupcyjne. Działacz, któremu udowodniono przyjmowanie łapówek, musi zapłacić grzywnę w wysokości jednego miliona franków szwajcarskich, ale znacznie dotkliwszą dla niego sankcją jest dożywotni zakaz pełnienia jakichkolwiek funkcji w krajowym i światowym futbolu. 72-letni Teixeira był zięciem byłego szefa FIFA, nieżyjącego już Joao Havelange’a. Na czele CBF stał w latach 1989-2012, był także członkiem Komitetu Wykonawczego FIFA oraz władz południowoamerykańskiej federacji piłkarskiej.

Arsenal zwolnił trenera
Unai Emery stracił posadę trenera piłkarzy Arsenalu Londyn. Hiszpański szkoleniowiec został zwolniony dzień po porażce w Lidze Europy z Eintrachtem Frankfurt (1:2). Londyński klub poinformował, że tymczasowo zespół poprowadzi Freddie Ljungberg, który do tej pory prowadził drużynę U-23. Szwed był piłkarzem Arsenalu w latach 1998-2007 i jako zawodnik wywalczył z klubem m.in. dwa mistrzostwa Anglii i trzy krajowe puchary. Emery w przeszłości trenował zespoły m. in. Valencii, Sevilli (trzykrotnie wygrał z nią Ligę Europy) oraz Paris Saint-Germain.

Zbudują nowy stadion w Płocku
Władze miejskie Płocka podpisały umowa na budowę nowego stadionu dla występujacego w piłkarskiej ekstraklasie klubu Wisła. Obiekt zostanie wybudowany przez firmę Mirbud SA, która ma na to trzy lata. Koszt inwestycji to 166,5 mln złotych. W trakcie przebudowy zespół „Nafciarzy” nie będzie musiał innego obiektu, bo trybuny stadionu na 15 tysięcy miejsc będą powstawały etapami. Z obecnej infrastruktury pozostanie tylko podgrzewana murawa z systemem odwadniania.