Zmarzlik bez sukcesu w Toruniu

Rozegrany w minioną sobotę na Motoarenie w Toruniu pierwszy turniej tegorocznego cyklu mistrzostw Europy na żużlu wygrał Duńczyk Leon Madsen. Najlepszy z polskich zawodników, Bartosz Smektała, zajął czwartą pozycję.

Występujący w polskiej PGE Ekstralidze w barwach Włókniarza Częstochowa Madsen po raz kolej potwierdził, że tor na Motoarenie należy do jego ulubionych. Duńczyk już w pierwszym turnieju pokazał, że także w tym sezonie będzie głównym kandydatem do złotego medalu mistrzostw Europy, bowiem również ostatnia runda SEC odbędzie się na toruńskim stadionie. Zadowolony ze swojego sobotniego występu może być również rodak Madsena – Nicki Pedersen, na co dzień zawodnik GKM Grudziądz, który jeździł jak za swoich najlepszych lat.
W cyklu SEC zdecydował się też wystartować aktualny mistrz świata Bartosz Zmarzlik. Żużlowiec Stali Gorzów nie zaczął opóźnionego z powodu pandemii tegorocznego sezonu najlepiej, ale już podczas przerwanego w piątek z powodu pożaru rozdzielni elektrycznej ligowego meczu z Włókniarzem Częstochowa zasygnalizował powrót do dawnej formy, bo w trzech biegach zdążył zdobyć siedem punktów. W turnieju SEC zajął jednak dopiero piątą lokatę i nie zakwalifikował się nawet do ścisłego finału. Po zawodach swój przeciętny występ skomentował tak: „Mam wiele lepszych wspomnień z występów w Motoarenie. Na tym torze zdobyłem mistrzostwo przecież mistrzostwo świata, którego nikt mi już nie zabierze, ale sezon dopiero się rozkręca” – powiedział Zmarzlik, który występ w Toruniu potraktował szkoleniowo i wystartował z tzw. dziką kartą, bo nie rywalizuje o tytuł mistrza naszego kontynentu.
Turniej SEC nie wzbudził jednak w Toruniu wielkiego zainteresowania, bo kibice nie zapełnili nawet dozwolone przepisami epidemicznymi 25 procent pojemności trybun. Z tego powodu zawody momentami bardziej przypominały sparing, niż rywalizację o prymat w Europie. Ale nawet najwierniejsi fani żużla obecni na widowni nudzili się momentami niemiłosiernie, bowiem ze względu na bardzo twardy tor rywalizacja niemal w każdym wyścigu rozstrzygała się już na pierwszym wirażu.
Z polskich żużlowców najlepiej spisał się Bartosz Smektała, który jednak w finale nie sprostał Madsenowi i Pedersenowi oraz Brytyjczykowi Robertowi Lambertowi, który rozdzielił na podium duńskich żużlowców. O Zmarzliku była już mowa, ale więcej pretensji można mieć do uczestniczących w walce o mistrzostwo kontynentu Krzysztofa Kasprzaka oraz Kacpra Woryny. Obaj ci zawodnicy potwierdzili w sobotę, że ich słabe występy w rozgrywkach PGE Ekstraligi to nie przypadek – po prostu na razie są w słabej formie. Nawet jeśli udawało im się dobrze wystartować, to potem i tak tracili swoje pozycje.
Gospodarzem drugiej rundy Tauron Speedway Euro Championship 2020, która odbędzie się 8 lipca, będzie Bydgoszcz. Już rozpoczęła się sprzedaż biletów na to wydarzenie. Kolejne turnieje odbędą się 15 lipca w Gnieźnie, następny 22 lipca w Rybniku, a ostatnie zawody w tym cyklu 29 lipca ponownie zostaną rozegrane na toruńskiej Motoarenie.
Wyniki 1. rundy SEC w Toruniu:

  1. Leon Madsen (Dania) 12 (3, 3, 0, 2, 1, 3) – 1. miejsce w finale;
  2. Robert Lambert (Wielka Brytania) 14 (2, 1, 3, 3, 3, 2) – 2. miejsce w finale;
  3. Nicki Pedersen (Dania) 14 (3, 3, 2, 3, 2, 1) – 3. miejsce w finale;
  4. Bartosz Smektała (Polska) 11 (2, 3, 2, 1, 3, 0) – 4. miejsce w finale;
  5. Bartosz Zmarzlik (Polska) 10 (3, 2, 1, 1, 3) + 3 miejsce w barażu;
  6. Mikkel Michelsen (Dania) 10 (1, 2, 3, 3, 1) + 4 miejsce w barażu;
  7. Kacper Woryna (Polska) 8 (1, 2, 3, W, 2);
  8. Timo Lahti (Finlandia) 8 (0, 2, 3, 2, 1);
  9. Grigorij Łaguta (Rosja) 7 (3, 0, 2, 0, 2);
  10. Krzysztof Kasprzak (Polska) 7 (2, 1, 1, 1, 2);
  11. David Bellego (Francja) 6 (0, 3, 2, 1, 0);
  12. Vaclav Milik (Czechy) 6 (T, 0, 1, 2, 3);
  13. Andriej Kudriaszow (Rosja) 5 (1, 1, 0, 3, 0);
  14. Michael Jepsen Jensen (Dania) 3 (2, 0, 1, 0, U);
  15. Kai Huckenbeck (Niemcy) 3 (0, 1, 0, 2, 0);
  16. Peter Ljung (Szwecja) 1 (0, 0, 0, 0, 1).

Lechici zatrzymali Legię

Zespół Legii już w 33. kolejce mógł przyklepać mistrzowski tytuł, ale przeszkodził mu w tym Piast Gliwice, zaś w miniony weekend koronację odwlekli gracze Lecha Poznań, pokonując u siebie legionistów 2:1. Rozstrzygnęła się natomiast rywalizacja w strefie spadkowej – z ligi spadają ŁKS Łódź, Korona Kielce i Arka Gdynia.

Dwa lata temu Legia świętowała zdobycie mistrzostwa Polski na stadionie w Poznaniu, w obecnej edycji ten scenariusz się jednak nie powtórzył. Ekipa „Kolejorza”, która w fazie zasadniczej sezonu przegrała oba spotkania z legionistami (w Warszawie 1:2 i u siebie 0:1), tym razem stawiła liderowi ekstraklasy twardy opór i wygrała 2:1 po trafieniach młodzieżowców – 22-letniego Kamila Jóźwiaka i 18-letniego Jakuba Kamińskiego. Dla stołecznej drużyny gola strzelił 35-letni Igor Lewczuk. To był rzadki przypadek w naszej lidze, że wszystkie bramki w spotkaniu zdobyli polscy piłkarze. Dla przeciwwagi – w wygranym przez Cracovię 3:0 wyjazdowym meczu z Lechią Gdańsk wszystkie gole strzelili obcokrajowcy, którzy w kadrze tego krakowskiego klubu mają miażdżącą przewagę liczebną nad rodzimymi graczami.
Gdyby Legia w Poznaniu zdobyła choćby tylko jeden punkt, mogłaby już świętować mistrzostwo Polski. Spotkanie wyglądało zupełnie inaczej niż to miesiąc temu, gdy Legia dość szybko zdobyła bramkę i spokojnie czekała na rywala na swojej połowie. Tym razem role się odwróciły, bo słabo grający w defensywie warszawianie stracili dwa gole i to oni musieli po przerwie gonić wynik. Ale chociaż zagrali dużo lepiej, starczyło to tylko na zdobycie jednej bramki. Gracze „Kolejorza” na więcej legionistom nie pozwolili i dowieźli korzystny wynik do końcowego gwizdka, dzięki czemu nie musieli oglądać mistrzowskiej fiesty w wykonaniu rywali. Co się odwlecze, to nie uciecze, bo w najbliższy weekend Legia może przyklepać tytuł na swoim stadionie spotkaniu z Cracovią.
Do ostatecznych rozstrzygnięć, przynajmniej na boisku, w 34. kolejce doszło natomiast w grupie spadkowej. Wyjazdowa wygrana Wisły Kraków 2:1 ze zdegradowanym już wcześniej do I ligi ŁKS Łódź pogrążyła Koronę Kielce, zaś kielczanie, remisując 1:1 u siebie z Arką, pozbawili także gdyńską drużynę szans na utrzymanie w ekstraklasie. I tak na trzy kolejki przed zakończeniem rozgrywek rywalizacja w dolnej połówce tabeli de facto się zakończyła.
Ale właściciele Korony i Arki jeszcze mają nadzieję na odmianę losu i uniknięcie degradacji przy zielonym stoliku. A to dlatego, że według wszelkich wyliczeń następnego sezonu, który z powodu pandemii rozpocznie się później niż zazwyczaj, a będzie się musiał wcześniej skończyć ze względu na przełożone mistrzostwa Europy. Przyspieszyć startu nowego sezonu się nie da – ekstraklasa zakończy rozgrywki 19 lipca, ale I liga de facto dopiero 31 lipca, bo wtedy odbędzie się finał baraży o awans do ekstraklasy. Potem zawodnicy muszą dostać krótkie urlopy, a po powrocie z wakacji jeszcze mieć czas na przygotowanie się do nowego sezonu, który musi zakończyć się najpóźniej w połowie maja, na trzy tygodnie przed rozpoczęciem turnieju Euro 2021. 37 kolejek ekstraklasy, a do tego dochodzą jeszcze terminy na rozgrywki w Pucharze Polski, nie uda się rozegrać przy zachowaniu normalnego rytmu tygodniowego. Byłoby to możliwe w przypadku rezygnacji z fazy play off, czyli w klasycznym dwurundowym systemie rozgrywek, bo na to potrzeba 30 kolejek ligowych. Takie rozwiązanie wiąże się jednak ze sporymi stratami finansowymi, bo nadawcy telewizyjni posiadający prawa do pokazywania meczów ekstraklasy na pewno nie zapłacą ustalonej w kontraktach kwoty, tylko pomniejszą ją o wartość nie rozegranych meczów. A jednak kolejka ligowa mniej to dla ekstraklasy strata około 6 mln złotych, czyli rezygnacja z fazy play off oznacza stratę blisko 30 mln złotych.
Dlatego rozpatrywany jest też trzeci wariant – przyspieszenie i tak już uchwalonej reformy rozgrywek, czyli powiększenie ekstraklasy do 18 zespołów i dwurundowy system w formacie ESA34. Przyjęcie takie rozwiązania to byłoby szansą dla Korony i Arki na uniknięcie spadku, a jedynym zdegradowanym do I ligi byłby 16. w tabeli ŁKS Łódź. Na razie w tej sprawie trwają targi i zakulisowe negocjacje. Zarząd spółki Ekstraklasa SA spotka się na naradzie 24 lipca i może wtedy coś postanowi.

Puchar Niemiec też dla Lewego

Robert Lewandowski zakończył sezon na niemieckich boiskach z kolejnymi laurami. W wygranym w minioną sobotę przez Bayern Monachium 4:2 meczu z Bayerem Leverkusen w finale Pucharu Niemiec kapitan reprezentacji Polski strzeliła dwa gole i z dorobkiem sześciu trafień i po raz piąty w karierze został królem strzelców tych rozgrywek. Przy okazji przekroczył magiczną barierę 50 bramek zdobytych w jednym sezonie.

Dwa gole strzelone przez „Lewego” zapewniły mu pozycję najlepszego strzelca tej edycji rozgrywek. To jego rekordowe, bo już piąte zwycięstwo w tej klasyfikacji. Przed nim nikt w Pucharze Niemiec tyle razy nie zdobywał tytuł króla strzelców. Tak więc polski piłkarz do piątej „armaty” za zwycięstwo w klasyfikacji strzelców Bundesligi dorzucił kolejne cenne trofeum. W klasyfikacji strzelców wszech czasów Pucharu Niemiec „Lewy” z łącznym dorobkiem 39 goli zajmuje w tej chwili szóste miejsce, które dzieli z Klausem Allofsem. Z kolei dla zespołu Bayernu sobotnie zwycięstwo w rozegranym na Stadionie Olimpijskim w Berlinie finale DFB Cup było już 20. triumfem w tych rozgrywkach. Bawarczycy na krajowych boiskach zdobyli więc oba najważniejsze trofea i z podwójną koroną na koncie udali się na niespełna dwutygodniowe wakacje, po których wrócą aby przygotować się do sierpniowych zmagań w Lidze Mistrzów. Dla „Lewego” właśnie zdobycie najważniejszego europejskiego pucharu jest teraz celem numer 1. Jeśli utrzyma formę, a nikt chyba w to nie wątpi, w zaplanowanych w formie turnieju rozgrywkach Champions League powinien zgarnąć też trzeci strzelecki laur w tym sezonie, czyli zostać także najskuteczniejszym graczem obecnej edycji Ligi Mistrzów. W tej chwili prowadzi w klasyfikacji snajperów z dorobkiem 11 goli.
Zdobywając dwie bramki w finale Pucharu Niemiec Lewandowski powiększył swój łączny dorobek do 51 trafień, czyli po raz pierwszy w karierze przekroczył magiczną granicę 50 goli strzelonych w jednym sezonie. Przed nim z nadal czynnych zawodników takie wyczynu dokonali tylko Argentyńczyk Leo Messi, Portugalczyk Cristiano Ronaldo, Urugwajczyk Luis Suarez i Szwed Zlatan Ibrahimovic.
Mecz Bayernu z Bayerem był ostatnim aktem sezonu 2019/2020 w niemieckiej klubowej piłce nożnej. Zgodnie z przewidywaniami drużyna świeżo upieczonych mistrzów Bundesligi nie miała problemów z pokonaniem piątego w ligowych rozgrywkach zespołu „Aptekarzy”. Do przerwy podopieczni trenera Hansiego Flicka prowadzili 2:0 po golach Dawida Alaby i Serge Gnabry’ego. Lewandowski swojego pierwszego gola w tym meczu strzelił w 59. minucie. Polak dopadł do piłki wybitej przez bramkarza Bayernu Manuela Neuera i z odległości około 30 metrów kropnął z półwoleja na bramkę rywali, tak tym zaskakując golkipera Bayeru Lukasa Hradeckiego, że ten przepuścił piłkę jak jakiś początkujący junior.
Drugie trafienie „Lewy” uzyskał pół godziny później, dopadając w 89. minucie do zagranej przez Ivana Perisicia w pole karne piłki i sprytną „podcinką” umieścił ja w siatce bramki „Aptekarzy”. W tym momencie było 4:1 dla Bayernu i nawet rzut karny podyktowany przeciwko nim w ostatnich minutach doliczonego czasu gry, który wykorzystał Kai Havertz, nie mógł odebrać Bawarczykom zwycięstwa.
Futbolowi statystycy szybko policzyli, że „Lewy” jest jedynym piłkarzem w historii Pucharu Niemiec, który dwukrotnie zdobywał po dwie bramki w finałach tych rozgrywek. Wcześniej dwa gole wbił rok temu w finałowym starciu z RB Lipsk. W sumie zaś wystąpił do tej pory w sześciu finałach Pucharu Niemiec i łącznie zdobył w nich osiem bramek.
Po takim sezonie nikt chyba nie wątpi, że w lipcu Lewandowski zostanie uhonorowany jeszcze jedną prestiżową nagrodą, której dotąd w swojej kolekcji nie ma – to wyróżnienie dziennikarzy dla najlepszego piłkarza sezonu w Niemczech. W plebiscycie nie ma podziału na Niemców i obcokrajowców, ale od 1960 roku tylko pięciu cudzoziemców otrzymało to wyróżnienie. Ostatnim był Belg Kevin de Bruyne, którego nagrodzono za sezon 2014/2015. „To zakrawa na absurd, że Lewandowski jeszcze nigdy nie został wybrany piłkarzem roku w Niemczech. Strzelił 236 goli w 321 meczach, ale tytuł zawsze trafiał do kogoś innego. Ostatnio do Reusa, Kroosa, Lahma czy Boatenga. Oni na pewno zasłużyli na te nagrody, ale ten rok był tak wybitny w wykonaniu Lewandowskiego, że zasługuje na tę nagrodę jak nikt inny” – przyznał Henning Feindt, zastępca redaktora naczelnego „Sport Bildu”.

48 godzin godzin

Śmierć młodego kolarza
W trakcie sobotniego wyścigu Wortegem-Petegem zmarł 20-letni belgijski kolarz Niels De Vriendt, który reprezentował ekipę VDM-Trawobo. Impreza nie jest ujęta w kalendarzu UCI, ale miała zainaugurować kolarskie zmagania na terenie Belgii, w której start tegorocznego sezon został, jak wszędzie, przerwany z powodu pandemii koronawirusa. Wyścig został natychmiast przerwana, kiedy okazało się, że De Vriendt nie żyje, A upadł na 13. kilometrze trasy. Mimo natychmiast podjętej akcji ratunkowej nie udało się przywrócić pracy serca. Powodem zgonu był zawał.

Pozwolili piłkarzom na odejście
Zajmujący ostatnie miejsce na zapleczu włoskiej ekstraklasy klub Livorno opuściło 18 piłkarzy. Wszystkim kontrakty skończyły się 30 czerwca. Obecnie w seniorskiej kadrze pozostało mniej niż 11 zawodników. Do zakończenia sezonu pozostało jeszcze siedem kolejek. Livorno zgromadziło zaledwie 21 punktów i ma 12 punktów straty do zajmującego 17. miejsce Ascoli. Drużyny z miejsc 16-17 o utrzymanie muszą grać w barażu. Według włoskich mediów kierownictwo klubu już pogodziło się ze spadkiem do Serie C i uznało, że przedłużenie kontraktów byłoby stratą pieniędzy. Livorno zamierza dokończyć sezon promując do pierwszego zespołu piłkarzy drużyny młodzieżowej.

W NASCAR też jest już wirus
Amerykanin Jimmie Johnson został pierwszym kierowcą NASCAR zainfekowanym koronawirusem. W karierze aż siedem razy był mistrzem tej serii wyścigów samochodowych. 44-letni Johnson na razie nie wróci do cyklu zawodów w USA. Chorobę przechodzi bezobjawowo, zaś testowi poddał się po tym, jak Covid-19 wykryto u jego żony. W głównej serii NASCAR startuje od 2002 roku. Jak podkreśliły miejscowe media, nigdy nie opuścił wyścigu, notując aż 663 występy z rzędu. Teraz Jophnson wróci na tor dopiero po uzyskaniu zgody od lekarza. Konieczne będę dwa negatywne wyniki badań na koronawirusa w odstępie co najmniej 24 godzin. Opuści m.in. rywalizację w Brickyard 400 na Indianapolis Motor Speedway w Indianie.

Tunezyjczyk w Grudziądzu
Tunezyjczyk Selim Benachour, były piłkarz m.in. Paris Saint-Germain i reprezentacji swojego kraju, został szkoleniowcem Olimpii Grudziądz. Będzie prowadzić zespół razem z pracującym obecnie w sztabie trenerskim Maciejem Patykiem. 38-letni Benachour ma bogaty piłkarski życiorys. W reprezentacji Tunezji rozegrał 44 mecze. W latach 2000-2005 występował w Paris Saint-Germain u boku takich gwiazd jak Ronaldinho, Pedro Pauleta i Mauricio Pochettino. Grał także m.in. w Rubinie Kazań, Vitorii Guimaraes i Maladze. Piłkarską karierę zakończył w 2017 roku w FC Martigues. Z reprezentacją Tunezji wystąpił w mistrzostwach świata 2002 w Korei Południowej i Japonii. Z kolei w 2004 roku z drużyną narodową wywalczył Puchar Narodów Afryki. Jako trener pracował dotąd jedynie w rumuńskim klubie Foresta Suczawa.

Przypomniał o sobie Klich
W meczu 41. kolejki Championship Leeds United pewnie pokonało na wyjeździe ekipę Blackburn Rovers 3:1, wykonując kolejny spory krok w stronę awansu do Premier League. Duża w tym zasługa reprezentanta Polski Mateusza Klicha, który zanotował asystę i zdobył bramkę. Klich zszedł z boiska w 87. minucie. Na placu gry zastąpił go Jamie Shackleton. Na pięć kolejek przed końcem sezonu Leeds jest liderem rozgrywek przed drużyną innego reprezentanta Polski Kamila Grosickiego West Bromwich Albion i ma sześć punktów przewagi nad trzecim w tabeli Brentfordem. Bezpośredni awans do Premier League uzyskują dwa pierwsze zespoły. .

Hokeiści zjadą do stolicy
19 lipca rozpocznie się w Warszawie tygodniowe zgrupowanie kadry hokeistów, powołanej przez jej nowego selekcjonera Roberta Kalabera. Słowak zaprosił do stolicy 34 zawodników, siedmiu kolejnych trafiło na listę rezerwowych. W trakcie zgrupowania kadrowicze przejdą m.in. badania wydolnościowe w Instytucie Sportu. Kalaber zastąpił w czerwcu Fina Tomasza Valtonena, którego dwuletni kontrakt z PZHL wygasł i nie został przedłużony. Słowak od sześciu lat jest szkoleniowcem ekstraligowego JKH GKS Jastrzębie i będzie łączył obie funkcje. Reprezentację czekają w przyszłym roku dwa ważne występy – na przełomie kwietnia i maja w katowickim Spodku biało-czerwoni zagrają w MŚ Dywizji 1B. Ich rywale to: Estonia, Litwa, Serbia, Japonia i Ukraina, a celem będzie awans na zaplecze elity. Pod koniec sierpnia w Bratysławie Polacy powalczą o prawo gry w igrzyskach olimpijskich z gospodarzami, Austrią i Białorusią. Awans uzyska tylko zwycięzca turnieju.

Miał wielkie szczęście
Występujący na wypożyczeniu w zespole Fluminense piłkarz brazylijskiego klubu Cruzeiro Belo Horizonte Henrique Pacheco Lima wyszedł bez szwanku z groźnie wyglądającego wypadku drogowego. 35-letni zawodnik stracił panowanie nad autem i wypadając z drogi spadł w 200-metrową przepaść. Jak relacjonuje brazylijski dziennik „Globo”, przybyli na pomoc ratownicy byli przekonani, że nie żyje, ale po badaniach wykonanych już w szpitalu okazało się, że Henrique nie odniósł żadnych poważnych obrażeń i wkrótce będzie mógł wrócić do treningów. Lekarze są tym zdumieni i mówią, że to był chyba jakiś cud.

Wygrana Świątek w Montreux
Iga Świątek wygrała pokazowy turniej tenisowy w szwajcarskim Montreux z udziałem ośmiu zawodniczek. 19-letnia Polka, aktualnie sklasyfikowana w rankingu WTA na 49. miejscu, w drodze do finału pokonała reprezentantki gospodarzy Conny Perrin (WTA 254), Jil Teichmann (WTA 63) oraz Leonie Kueng (WTA 155), a w półfinale swoją rówieśniczkę, również Szwajcarkę Simonę Waltert (WTA 284). W decydującym spotkaniu Świątek wygrałą z kolejną szwajcarską tenisistką Viktoriją Golubic (WTA 123) 6:2, 6:2. Za zwycięstwo w turnieju otrzyma premię w wysokości 25 tys. dolarów. Do rywalizacji w cyklu WTA Świątek ma wrócić 21 sierpnia w Nowym Jorku.

Trzysta lat więzienia

W Stanach Zjednoczonych znowu jest głośno o Larrym Nassarze, był lekarzu amerykańskie kadry gimnastyczek, który dwa lata temu za wykorzystywanie seksualne nieletnich zawodniczek został skazany na łączną karę 300 lat więzienia. Netflix nakręcił o tej sprawie film dokumentalny, ale to jeszcze nie kończy afery, bo 250 ofiar Nassara domaga się od federacji gimnastycznej gigantycznego odszkodowania.

Netflix wyprodukował film dokumentalny o przestępczej działalności lekarza kadry giomastyczek USA Larrego Nassara pt. „Sportowiec A” w reżyserii Bonniego Cohena i Jona Shenka. Przypomniano w nim, że aferę wykryli i rozpracowali dziennikarze gazety „Indianapolis Star” – Marisa Kwiatkowski, Mark Alesia, Tim Evans oraz Steve Bert. Oni jako pierwsi poinformowali o haniebnej działalności Nassara, ale duzy udział w tym mieli też John Manly i Angela Povilaitis, prawnicy reprezentujący wykorzystywane zawodniczki oraz detektyw Andrea Munford, który odkrył pornografię dziecięcą trzymaną w domu przez Nassara. Trzy główne bohaterki filmu to gimnastyczki Maggie Nichols, Jamie Dantzscher i Rachael Denhollander. Ostatni z wymienionych jest dzisiaj prawniczką. Oba była pierwszą z poszkodowanych, która publicznie oskarżyła Nassara. Dokument Netflixa ujawnia, że początkowo to nie lekarz kadry gimnastyczek był głównym celem dochodzenia przeprowadzonego przez amerykański dziennik. Tym celem było ujawnienie nieprawidłowości w amerykańskim związku gimnastycznym (USAG) w związku podejrzeniami o wykorzystywanie seksualne zawodniczek. Nikt w 2015 roku jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że główny lekarz amerykańskiej reprezentacji, zajmujący się zawodniczkami nieprzerwanie od 20 lat, może mieć na sumieniu takie obrzydliwe czyny.
Jak to się stało, że Nassar tak długo bezkarnie wykorzystywał nieletnie zawodniczki? Dokument Netflixa sugeruje, że to wina działaczy amerykańskiej federacji gimnastycznej, którzy dla medali i idących za nimi dotacji sponsorów przyzwalali na stosowanie w treningu brutalnych metod przeflancowanych na grunt europejski przez rumuńskich emigrantów, małżeństwo Marthę i Belę Karolyi. Małżeństwo miało w swoim kraju pod trenerską opieką między innymi słynną Nadię Comaneci, pięciokrotną mistrzynię olimpijską. Ich metoda polegała na odizolowaniu nieletnich zawodniczek od otoczenia i zmuszania ich przy pomocy terroru fizycznego i psychicznego do nadludzkiego wysiłku. Nassar w takim zamkniętym środowisku zastraszonych nastoletnich dziewczynek znalazł idealne miejsce do bezkarnego zaspokajania swoich pedofilskich skłonności.
Reżyserzy dokumentu zdradzili, że kluczową postacią w dochodzeniu „Indianapolis Star” była Jennifer Sey, mistrzyni USA z 1986 roku, która dwa lata później rzuciła gimnastykę. Gdy kilka lat temu zaczęły pojawiać się pierwsze oskarżenia pod adresem Nassara, Sey pomogła dziennikarzom dotrzeć do wielu jego ofiar. Tytułowy „Sportowiec A” to 22-letnia dziś Maggie Nichols. O przestępstwach Nassara miała poinformować USAG już w czerwcu 2015 roku, ale jej zeznanie nie zostało poważnie potraktowane. Denhollander, która obecnie jest adwokatem, miała 15 lat, gdy po raz pierwszy zetknęła się z Nassarem. Przez półtora roku była przez niego wielokrotnie wykorzystywana, a on wmawiał jej, że to taka „forma terapii”. Denhollander długo o tym milczała, aż do momentu w 2016 roku przeczytała artykuł w „Indianapolis Star”. Wtedy podzieliła się ze światem także swoją historią.
W sumie w procesie udowodniono Nassarowi wykorzystanie seksualne 250 młodych kobiet. We wszystkich procesach została za swoje przewiny skazany łącznie na 300 lat więzienia. To oznacza, że 57-letni obecnie lekarz nie opuści murów więzienia już do końca życia. Jego żona w 2017 roku rozwiodła się z nim uzyskując od sądu wyłączną opiekę nad trójką ich dzieci. Ofiary Nassara czekają teraz na odszkodowania. Początkowo amerykańska federacja gimnastyczna twierdziła, że jest niewypłacalna, ale niedawno zmieniła zdanie i zaproponowała wypłatę odszkodowań w wysokości 215 mln dolarów. Raz ruszonej lawiny nic już nie zatrzyma.

Boniek ocenił elektorat prezydenta

Prezes PZPN Zbigniew Boniek po raz kolejny wywołał burzę na Twitterze. Tym razem nie zaczepił jednak celebryty, dziennikarza czy któregoś z polityków „lżejszego kalibru”, tylko skomentował wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich. Ale tak źle dobrał słowa, że jego wpis odebrano jako obraźliwy dla wyborców Andrzeja Dudy.

Boniek w swoim wpisie na Twitterze napisał: „Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludzi środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska”. Prezes PZPN często wypowiada się na tym portalu społecznościowym i przez lata aktywności dorobił się ponad miliona odbiorców jego postów. Jego wypowiedź nie mogła zatem przejść bez echa, a już na pewno zlekceważona przez obóz polityczny obecnego prezydenta. Na Bońka głównie z tej strony sceny politycznej posypały się krytyczne opinie, głos zabrał nawet Jan Tomaszewski, kiedyś zawzięty antagonista Bońka, a dzisiaj jego gorący wielbiciel. Legendarny bramkarz to jednak także były poseł PiS-u, więc jego ocena nie mogła być pozytywna. „Uważam, że mój przyjaciel z boiska po prostu trochę przeholował. Mieszanie się prezesa największego sportowego związku do polityki jest niefortunne” – stwierdził Tomaszewski.
Ta lawina krytyki, także ze strony wielu zwykłych użytkowników Twittera, chyba trochę Bońka zaskoczyła, ale zareagował błyskawicznie udzielając w zaprzyjaźnionych mediach obszernych wywiadów. Na przykład w rozmowie z Cezarym Kowalskim z Polsatu Sport prezes PZPN tłumaczył się tak: „Ja przecież napisałem jedynie to co przeczytałem w gazecie. Że 70 procent elektoratu jednego z kandydatów to ludzie ze środowisk wiejskich, z podstawowym wykształceniem i emerytów. Przecież to nic obraźliwego, jedynie stwierdzenie faktu. Jesteśmy jednak tak podzieleni, że jakakolwiek ocena wywołuje lawinę emocji”.
Na wynik wyborów opinia Bońka raczej nie wpłynie, więc i jemu też zapewne specjalnie nie zaszkodzi. Póki w reprezentacji grają tacy znani na świecie gracze, jak Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny czy Arkadiusz Milik, politycy będą zabiegać o miejsca w lożach dla VIP-ów na Stadionie Narodowym. Barwy polityczne nie mają tu żadnego znaczenia. Boniek doskonale o tym wie, bo odkąd ma coś do powiedzenia w PZPN, trochę darmowych wejściówek różnym wpływowym osobom rozdał.

Trudni rywale PGE Kielce

Piłkarze ręczni PGE Kielce w fazie grupowej nowej edcyji Ligi Mistrzów zagrają m.in. z Paris Saint-Germain, Vardarem Skopje i Flensburg-Handewitt. Losowanie odbyło się w środę w Wiedniu.

Szesnaście drużyn przydzielono do czterech koszyków. Kielczanie znaleźli się w drugim koszyku, razem z niemieckim THW Kiel, duńskim Aalborg Handbold i portugalską drużyną FC Porto Sofarma. Podczas losowania obowiązywała zasada, że do jednej grupy nie mogły trafić kluby z tego samego kraju. Po dwóch przedstawicieli mają bowiem w tych rozgrywkach Francja, Niemcy i Węgry. Ostatecznie 16-krotni mistrzowie Polski trafili do grupy A. Drużyny, które zajmą dwie czołowe lokaty w grupach, awansują od razu do ćwierćfinału, natomiast zespoły z miejsc 3-6 zagrają w 1/8 finału. Spotkania rozgrywane będą w środy i w czwartki. Pierwsza kolejka zaplanowana została na 16 i 17 września. Final Four tradycyjnie odbędzie się w Kolonii.
W efekcie zmiany formuły rozgrywania Ligi Mistrzów doszło do zmniejszenia liczby zespołów, przez co w nowej edycji zabrakło miejsca dla wicemistrza Polski Orlenu Wisły Płock.
W tej chwili nie można ocenić jakie szanse w tych elitarnych rozgrywkach w tym sezonie będzie miała ekipa PGE Kielce, ze sponsorowania której od 1 lipca wycofał się firma Vive Group, której właścicielem jest prezes i współwłaściciel kieleckiego klubu Holender Bertus Servaas. On jednak niedawno przekazał informację, że od połowy lipca zespół będzie miał w nazwie nowego sponsora, który zapewni mu stabilizację finansową i pozwoli utrzymać obecną kadrę.

Liga Mistrzów 2020/2021
Grupa A: HC Vardar 1961 Skopje (Macedonia Północna), Paris Saint-Germain (Francja), PGE Kielce (Polska), FC Porto Sofarma (Portugalia), MOL-Pick Szeged (Węgry), Mieszkow Brześć (Białoruś), Elverum Handball (Norwegia), Flensburg-Handewitt (Niemcy).
Grupa B: Barca (Hiszpania), Telekom Veszprem (Węgry), THW Kiel (Niemcy), Aalborg Handbold (Dania), HBC Nantes (Francja), Motor Zaporoże (Ukraina), Celje Pivovarna Lasko (Słowenia), PPD
Zagrzeb (Chorwacja).

Nie stwierdzili dopingu

Francuska prokuratura zamknęła dochodzenie w sprawie dopingu technologicznego w kolarstwie, wszczęte w 2016 roku po wpadce Belgijki Femki Van den Driessche w mistrzostwach świata w kolarstwie przełajowym.

Dochodzenie nie wykryło innych przypadków korzystania z nielegalnego wsparcia technologicznego przez zawodników najwyższej rangi. Ukryty w ramie roweru elektryczny silnik wykryto podczas przełajowych mistrzostw świata u belgijskiej kolarki Femki Van den Driessche. To był pierwszy przypadek w historii wyścigów UCI zastosowania dopingu technologicznego. Międzynarodowa Unia Kolarska ukarała Belgijkę sześcioletnią dyskwalifikacją, nie dając wiary jej zapewnieniom, iż nic nie wiedziała o silniku wspomagającym. Zdruzgotana oskarżeniami 23-letnia wówczas Van den Driessche po ogłoszeniu werdyktu UCI ogłosiła zakończenie sportowej kariery.
Według danych Międzynarodowa Unia Kolarska tylko w 2016 roku przeprowadziła łącznie prawie cztery tysiące kontroli. Nie wykryto żadnego nowego oszustwa, chociaż w mediach pojawiło się mnóstwo publikacji o technicznych rozwiązaniach stwarzających takie możliwości.

Lewy w Niemczech zdobył już wszystko

Robert Lewandowski w końcu wygrał prestiżową w Niemczech klasyfikację tygodnika „Kicker” na najlepszego piłkarza sezonu. To było ostatnie z najważniejszych trofeów w niemieckim futbolu jakiego nie miał jeszcze w kolekcji. Teraz jego ambicję mogą zaspokoić już tylko laury europejskie i światowe.

W Niemczech wyróżnienia przyznawane przez redakcję „Kickera”, chociaż mają mocną konkurencję, bo wszystkie media w tym kraju to robią, to jednak ten największy tygodnik piłkarski robi to nieprzerwanie od 57 lat, czyli od momentu powstania Bundesligi. „Kicker” ocenia piłkarzy w skali 1-6, gdzie „1” oznacza klasę światową i jest notą marzeń dla każdego gracza, natomiast „6” oznacza „występ poniżej krytyki”. Trudno uwierzyć, że dopiero w dziesiątym sezonie spędzonym w niemieckiej ekstraklasie Lewandowski doczekał się tego prestiżowego wyróżnienia.
Najwyżej cenią swoich graczy
Tylko raz był bliski zwycięstwa, w sezonie 2015/2016, ale niemal na samym finiszu rozgrywek został wyprzedzony przez ówczesnego pomocnika Borussii Dortmund Henricha Mchitarjana, który do Bundesligi przybył wprawdzie z Armenii, ale miał niemieckie pochodzenie. To trochę tłumaczy przyczynę, z powodu której „Lewy” tak długo musiał czekać na uznanie ze strony redaktorów „Kickera”, którzy nigdy nie ukrywali, że preferują swoją ligę, swój futbol i swoich rodaków.
Lewandowskiego przez te lata ostentacyjnie wręcz nie doceniali jednak nie dlatego, że był Polakiem. Traktowali go ozięble, bo „Kicker” nie darzy sympatią i uznaniem graczy, którzy traktują Bundesligę jako trampolinę do innych europejskich lig, a Lewandowski nie krył przecież swoich ambicji przejścia do Realu Madryt.
Dopiero gdy porzucił te plany i postanowił związać się na dobre i złe z Bayernem, jego występy zaczęły być relacjach „Kickera” premiowane wyższymi notami. A w tym sezonie zaniżanie mu ocen byłoby już wręcz kompromitacją, zwłaszcza w meczach rozegranych po restarcie zawieszonego w marcu z powodu pandemii sezonu. „Lewy” zagrał w ośmiu spotkaniach „koronarundy” i zdobył w nich 9 bramek.
Nikt w Bundeslidze nie strzelił więcej goli od niego, w „Kicker” wystawił mu za te występy oceny o średniej 2,5. To też był najlepszy wynik niemieckiej ekstraklasie. Noty z całego sezonu złożyły się na rewelacyjną średnią 2,42. Dwa kolejne miejsca w zestawieniu „Kickera” także zajęli zawodnicy Bayernu – drugi na liście Leon Goretzka miał średnią 2,71, a trzeci Thomas Mueller 2,74. Od pięciu sezonów lidera klasyfikacji „Kickera” nie dzieliła taka duża różnica w średniej not.
Inna sprawa, że wcześniej występów „Lewego” tak dobrze nie oceniano. Wcześniej najlepszą średnią (2,63) miał we wspomnianym sezonie 2015/2016, a w innych nie lokował się nawet na podium, chociaż był najlepszym strzelcem mistrza kraju – najpierw Borussii Dortmund (2011/2012), a potem Bayernu (2014/2015, 2015/2016, 2017/2018, 2018/2019).
Gablota już pełna trofeów
Po wygraniu klasyfikacji „Kickera” Lewandowski ma w dorobku już wszystkie możliwe do zdobycia na niemieckiej ziemi laury. Mistrzem Niemiec został już osiem razy, jest najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Bundesligi (236 gole), pięciokrotnie zdobył tytuł króla strzelców (tylko Gerd Mueller ma ich więcej, bo siedem). A zdobywając w tym sezonie 34 bramki został najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Bundesligi. Więcej goli od niego w jednym sezonie strzelił już tylko wspomniany Gerd Mueller (40, 38 i 36). Pobić te jego dokonania będzie „Lewemu” piekielnie trudno.
Lewandowski nie może jednak czuć się piłkarzem w pełni spełnionym, bo nie zdobył jeszcze żadnego trofeum na arenie międzynarodowej. W finale Ligi Mistrzów zagrał dotąd tylko raz, w barwach Borussii Dortmund, ale jego zespół przegrał wtedy z Bayernem Monachium. Nigdy nie był też królem strzelców Ligi Mistrzów, choć ma już w dorobku 14 takich tytułów zdobytych w innych rozgrywkach.
W tym nietypowym sezonie może jednak zaspokoić swoją ambicję. Nie ulega wątpliwości, że „Lewy” znajduje się w życiowej formie, a zespół Bayernu odkąd prowadzi go trener Hansi Flick jest niepokonany – wygrał 19 z 20 spotkań we wszystkich rozgrywkach, a jedno zremisował. Po wygranej w pierwszym meczu 1/8 finału w Londynie z Chelsea 3:0 rewanż w Monachium wydaje się formalnością i Bayern raczej na pewno zagra w zaplanowanym w sierpniu w Lizbonie turnieju finałowym. Lewandowski prowadzi w klasyfikacji strzelców Champions League – w sześciu występach strzelił aż 11 goli, trafiając do siatki w każdym ze spotkań. To dorobek, jakim na tym etapie rozgrywek w przeszłości mogli się pochwalić się jedynie Lionel Messi (2011/12) i Cristiano Ronaldo (2013/14, 2015/16 i 2017/18).
Lewandowski zaczął robić rzeczy nieosiągalne dla piłkarskich śmiertelników, które dotąd były zarezerwowane tylko dla najlepszych piłkarzy naszych czasów. Jak zdobycie więcej niż 50 bramek w roku kalendarzowym (2019). Na tej liście jest też wygranie plebiscytu „France Football”, który Argentyńczyk i Portugalczyk zdominowali w ostatnich dwunastu latach.
Skok na półkę Messiego i CR7
Ale w tym sezonie to właśnie Lewandowski jest w tej chwili najpoważniejszym kandydatem do zdobycia „Złotej Piłki”. Z 49 bramkami na koncie zdobytymi we wszystkich rozgrywkach jest zdecydowanie najskuteczniejszym piłkarzem obecnego sezonu. Messi strzelił dotąd 27 goli, a Cristiano Ronaldo 28. A „Lewy” w sobotę zagra w finale Pucharu Niemiec z Bayerem Leverkusen i może osiągnąć, a nawet przekroczyć magiczną barierę 50 trafień w jednym sezonie. Eksperci od marketingu sportowego nadal jednak uważają, że Lewandowski nie jest jeszcze „marką globalną”, jak Messi i Cristiano Ronaldo. To może się jednak zmienić tylko wtedy, gdy kapitan reprezentacji Polski do swojej kolekcji trofeów dołączy tytuły dla najlepszego piłkarza w Europie i na świecie.
Ale i bez tego już dzisiaj „Lewy” jest najbogatszym polskim sportowcem, zaś w kategorii „open” też nie wypada najgorzej, bo w najnowszym rankingu najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost” znalazł się wraz z żoną Ann na 80. miejscu. W najbliższych latach jego pozycja raczej nie będzie słabła, bo obecny kontrakt z Bayernem wygasający z końcem czerwca 2023 roku gwarantuje mu roczne zarobki przekraczające 20 mln euro netto. Pod tym względem „Lewy” nie może narzekać na dyskryminację w niemieckiej lidze, należy bowiem elity najlepiej opłacanych graczy Bundesligi. W Bayernie nikt nie zarabia więcej od niego, a to oznacza, że nikt nie zarabia też więcej w całej lidze.
Poza tym Lewandowski z coraz większym rozmachem zaczyna inwestować swoje pieniądze w rozmaite biznesowe projekty (deweloperskie, aplikacje internetowe, startupy), ale jak na tym wychodzi, owiane jest mgłą tajemnicy. Więcej wiadomo o jego dochodach z reklam, a jest w tej chwili najlepszym „słupem ogłoszeniowym” z naszych sportowców. W 2017 roku założył z żoną agencję Stor9 oraz dom mediowy RL Media, którego zadaniem jest zarządzanie kampaniami reklamowymi, w których biorą udział. O wielu jego aktywnościach dowiemy się pewnie dopiero wtedy, gdy przestanie grać w piłkę. Oby jak najpóźniej.

Zostały cztery imprezy

W tegorocznym cyklu żużlowych mistrzostw świata pozostały tylko cztery turnieje. We wtorek organizatorzy poinformowali o odwołaniu Grand Prix w Rosji i Niemiec.

Powodem odwołania rywalizacji w Togliatti i Teterowie jest pandemia koronawirusa i wprowadzone z jej powodu obostrzenia, między innymi dotyczące zgromadzeń i imprez masowych. Wcześniej zrezygnowano z przeprowadzenia rywalizacji m.in. na PGE Narodowym w Warszawie, która miała otwierać rywalizację o mistrzostwo świata. Najpierw z powodu pandemii zostały przeniesione z 16 maja na 8 sierpnia, ale ostatecznie zostały definitywnie odwołane i przeniesione na następny rok.
W tej sytuacji inauguracyjne tegorocznego cyklu Grand Prix odbędą się 1 sierpnia we Wrocławiu, a oprócz nich w terminarzu pozostały jeszcze turnieje w duńskim Vojens (12 września), Pradze (19 września) i Toruniu (3 października). Z planowanych 10 turniejów zostały zatem tylko cztery, ale organizatorzy cyklu liczą, że może uda się jeszcze jakąś jednak zorganizować. Tytułu mistrza świata w tym sezonie broni Polak Bartosz Zmarzlik.