Błaszczak rujnuje MON

Olbrzymia skala zniszczenia naszych sił zbrojnych przez rządy PiS-u jest dla przeciętnego Polaka, który cokolwiek wie o wojsku, niewyobrażalna.

 

Czytając z kilku ostatnich dni tylko tytuły i komentarze dotyczące wojska – można wpaść w osłupienie.
WOT ćwiczy, strzelając w osiedlu, polski przemysł zbrojeniowy wyprodukował rakiety, które zwalczają tego, co je wystrzelił, prorektor Akademii Sztuki Wojennej z plagiatem naukowym, M. Błaszczak powołuje złom do wojska, senat zatwierdził ustawę pozwalającą na degradacje żołnierzy, polskie czołgi zrujnowały poligon, strzelając amunicją bojową do tarcz na niemieckim poligonie, A. Duda zwalnia Szefa Sztabu Generalnego i mianuje na to stanowisko nowego protegowanego PiS i zapowiada dalsze czystki w armii, wojsko nie ma mundurów, morale leży, tajne konserwy mięsne ze zwierząt dotkniętych epidemią dla wojska, żołnierze przede wszystkim służą do mszy i robią za tło do zdjęć polityków…
Tak kompromitujących informacji na temat wojska jeszcze nigdy nie podawano, nawet gdy A. Macierewicz codziennie organizował konferencje prasowe i ujawniał takie fakty, które należałoby uznać za tajemnicę państwową. Niszczenie i upadlanie armii przez nieodpowiedzialnych polityków ciągle nabiera tempa.
Mówiąc po wojskowemu, „takiego burdelu jeszcze nie było!”
Stosunek PiS-u do obronności i bezpieczeństwa Polski obrazują dzisiaj ławeczki patriotyczne M. Błaszczaka. To przecież nie jest inwestycja w uzbrojenie, nie w wojsko, nawet nie w logistykę, tylko jakiż piękny propagandowy pomysł, jaki powód do dumy narodowej. Ławeczka opowiada, uczy, śpiewa i pomaga w odpoczynku. Buduje obraz zatroskanego polskiego obywatela walczącego niegdyś o wolność kraju. Dzięki ławeczce można poznać historię, często zakłamaną, ale jakie to ma znaczenie…? Drogocenna propaganda „następców J. Piłsudskiego” na koszt MON i tylko tyle.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pieniądze na obronę narodową wydawane są beztrosko, dla fanaberii polityków PiS-u. Z całą pewnością jednak nie wydaje się ich na realną armię, jej uzbrojenie i wyszkolenie, bo o tym nie mają pojęcia politycy PiS-u, a nikt nie ma odwagi im o tym powiedzieć. Ponadto armia wciąż jest niepewna politycznie i dlatego PiS nie chce w nią inwestować. Robi się wokół niej szum, ale nie wzmacnia się jej potencjału obronnego. Na śmigłowce, system obrony powietrznej, okręty i nowoczesne dowodzenie czekać będziemy cale lata.
Potęgują się niszczycielskie działania M. Błaszczaka i A. Dudy, ale trudno im będzie politycznie przejąć wojsko. Nie życzę im powodzenia, bo jestem Polakiem i nie jest mi obojętne bezpieczeństwo obywateli naszego kraju.

W oczekiwaniu na przesilenie

Partie opozycyjne atakują PiS, a notowania rządzących są nadal bardzo wysokie.

 

PiS demoluje Konstytucję, ale jego popularność, w społeczeństwie kochającym wolność (?) nie spada. Czy kiedyś spadnie? Raczej nie liczyłbym na to, że obywatele teraz, gremialnie zaprotestują przeciwko takim praktykom. Dostali oni pokaźny zastrzyk socjalu do ręki, obietnice rozliczenia jakichś złodziei – polityków i że w końcu nikt nie będzie kradł. I to na razie wystarcza. Są także dalsze obietnice dobrych zmian. Żołnierze i młodsza kadra oficerska nie kochali Macierewicza za to, że obiecał im nowe karabinki, ale ze to, że dostali pokaźne podwyżki pensji. Gdybym kazał wybrać przeciętnemu Polakowi co woli: 500+ czy niezależność sądów i tylko albo jedno, albo drugie, z pewnością wybierze 500+. Wolność sądów wybierze garstka obywateli. Gdyby było inaczej notowania PiS leciałyby na łeb, na szyję.
Jednak dobra zmiana nie dotarła do wszystkich. Burzą się setki tysięcy pracowników administracji, gdzie od lat nie było podwyżek. Urzędnik średniego szczebla zarabia najwyżej 3 tys. brutto. Ich PiS-owscy nadzorcy mają się zdecydowanie lepiej. Urzędnicy rozproszeni są w tysiącach urzędów w całym kraju i trudno im zespołowo upomnieć się o swoje prawa. Na dobrą zmianę czekają nauczyciele, pielęgniarki i inni pracownicy służby zdrowia. Na podwyżki czekają policjanci i inne służby mundurowe. Okazuje się, że najwyższe zarobki są w firmach z kapitałem zagranicznym. Te wysokie zarobki skutkują także wyższymi wpływami z podatków do budżetu. Jednak rząd wskazuje na te firmy jako wyzyskiwaczy i złodziei. Święte one nie są, ale kłamstwo ma swoje granice. Patrząc na marne pensje pracowników administracji i służb państwowych można powiedzieć, że nasze państwo jest bardzo biedne. Rząd natomiast twierdzi, że budżet jest w stanie doskonałym, ale nie jest z gumy. To taki oksymoron premiera Morawieckiego.
Kiedy wreszcie milionom oszukanych pracowników, zależnym od państwa, puszczą nerwy i dogadają się obrońcami sądów, PiS znajdzie się w opałach. Działalność partii opozycyjnych będzie miała znaczenie drugorzędne. Pierwszorzędne znaczenie ma zawartość kieszeni. Tak było, jest i będzie. Nie jesteśmy przy tym żadnym wyjątkiem wśród europejskich nacji. Po drugiej stronie oczekujących na dobrą zmianę jest śmietanka PiS-u, która obsiadła spółki skarbu państwa i pławi się w milionach. To oni, dzisiaj, w imieniu klasy pracującej, są głównymi konsumentami wysiłku ludu pracującego. W polityce żartuje się, że Pan Bóg jest życzliwy dla władzy dopóki się na niej nie pozna. Podobnie rzecz ma się z wyborcami. Na PiS-ie jeszcze się nie poznali. Ale to wszystko kwestia czasu. Platformie Obywatelskiej ufali przez osiem lat i w końcu przestali.

Rozstrzygnięcie na ulicach

„Sekwencja działań PiS-u jest bardzo przemyślana. Najpierw program 500 Plus, potem przejęcie TK i wielka kampania oszczerstw przeciwko sędziom, zapowiedź kolejnych pieniędzy dla wszystkich, tym razem na wyprawkę szkolną, a dopiero potem zamach na SN”. Z dr Anną Materską-Sosnowską z Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Prof. Maciej Gutowski w ostatniej rozmowie z nami przywołał książkę Stevena Levitsky’ego i Daniela Ziblatta „Jak umierają demokracje” i wskazał, że jesteśmy na tej właśnie drodze. Jesteśmy?

ANNA MATERSKA-SOSNOWSKA: Rzeczywiście tak umierają demokracje, ale zawsze jest nadzieja na odrodzenie. Gdy argumenty polityki przegrywają z argumentami prawa, to mamy zachwiane to, co jest podstawą państwa demokratycznego, czyli trójpodział władzy. W samym trójpodziale władzy najważniejsza jest niezależność i niezawisłość sędziów. Jeżeli jest ona podporządkowywana w sposób polityczny, siłowy, to nie ma miejsca na demokrację, bo jak prawa obywatela będą chronione? W tym miejscu jesteśmy i widzimy ten proces od ponad roku na własne oczy.

 

Jakie to może mieć konsekwencje?

Myślę, że nikt dzisiaj nie jest w stanie dokładnie przewidzieć, jak to się skończy, ale konsekwencje będą raczej bolesne.
Na razie opozycja, nie tylko ta parlamentarna, mam na myśli całe środowisko opozycyjne, wygrywa pojedyncze bitwy, ale do wygrania wojny jest jeszcze daleko. Czekamy też na to, co powie Trybunał Sprawiedliwości UE.
Jak to się może skończyć? Proponuję spojrzeć na Węgry lub na inne państwa, gdzie demokracja została bardzo silnie ograniczana. Warto pamiętać, jak powstają autorytaryzmy, co się wtedy dzieje i jaka jest sekwencja zdarzeń. Nie trzeba sięgać pamięcią daleko, wystarczy popatrzeć na dzisiejszą Turcję, gdzie dochodzi do aresztowań sędziów, przedstawicieli mediów czy środowiska akademickiego.

 

Najnowszy sondaż CBOS daje 40 proc. Zjednoczonej Prawicy, 16 proc. Platformie Obywatelskiej, później Kukiz, SLD i Nowoczesna. Czy PiS rzeczywiście ma takie poparcie?

Moim zdaniem nie. Warto też ten sondaż zderzyć z badaniem z zeszłego tygodnia o tym, czyja jest wina w sporze z UE o sądy. Większość wyraźnie wskazuje, że rządu. Niemniej prawdą jest, że PiS ma stałe poparcie ponad 30 proc. Warto jednak podkreślić, że mówimy PiS, a tak naprawdę to jest wynik trzech partii, tymczasem opozycja jest rozproszona. Proszę też zwrócić uwagę, że na protestach przed sądami byli politycy, ale w tłumie, z mównicy nie przemawiali. Tu widać wyraźnie, że aktywizują się ruchy społeczne. Dlatego też tak się zawahałam przy odpowiedzi na pani pierwsze pytanie, czy umiera właśnie na naszych oczach demokracja.
Pytanie oczywiście, jak ta siła społeczna zostanie spożytkowana i jak to się przełoży na dalsze działania, a także czy dojdzie do porozumienia ruchów opozycyjnych, ale niewątpliwie obserwujemy tu poruszenie.

 

Czy to społeczne poruszenie nakręca się wraz z widocznym oporem sędziów? Te środowiska działają na siebie? Przy przejęciu Trybunału Konstytucyjnego nie było tak masowych protestów.

To jest bardziej skomplikowane, dlatego że przy TK mniej osób zdawało sobie sprawę z konsekwencji działania władzy, dodatkowo w przestrzeni publicznej głośna była narracja, że PO też tak robiła. W przypadku SN mamy do czynienia z absolutnym działaniem władzy wbrew konstytucji, z podważaniem fundamentów państwa prawa. Środowiska sędziowskie ostrzegały przed tym już rok temu, kiedy trwały protesty. Teraz nie tylko sędziowie, ale adwokaci, radcy prawni, sądy i organizacje zagraniczne ostrzegają przed niebezpieczeństwem działań większości rządzącej. Obraz stojących przed SN prawników z przewieszonymi togami był symboliczny i wstrząsający.

 

Czy sędziowie mogą wygrać, czy to tylko kwestia czasu?

Pytanie, co oznacza zwycięstwo sędziów. Jak można wygrać jakikolwiek spór z władzą, która nie przestrzega reguł. Gdyby te reguły były przestrzegane, to oczywiście, że prawo jest po ich stronie, ale jeżeli nie gramy według tych samych zasad, to co oznacza wygrana? Nie zapominajmy, że władza ma wszystkie instrumenty, włącznie z siłowymi.
A co mogą sędziowie? Wygraną sędziów jest opór, który teraz stawiają, zjednoczenie środowiska, to, jak orzekają i w jaki sposób przestrzegają litery prawa. To nie jest spektakularna wygrana, gdzie rząd się cofnął i ustąpił. Jeszcze nie, chociaż nie twierdzę, że tak nie będzie.
Oczywiście, że na razie brną dalej i nie chcą się wycofać z podjętych działań, ale poczekajmy na orzeczenie TSUE.

 

Wiemy, że opozycja powinna się jak najbardziej jednoczyć, aby konkurować z PiS. Czy to jest możliwe?

Opozycji jest się bardzo trudno zjednoczyć, dlatego że ma różne interesy i różne programy. Dodatkowo takie momenty sprzyjają powstawaniu nowych sił, które też muszą zawalczyć o swoją identyfikację. To, co dzieje się teraz w Polsce, może okazać się w tym kontekście demokracjotwórcze; wystarczy spojrzeć na aktywność nowych ruchów społecznych. Pytanie, które się nasuwa, to czy „nowi” dogadają się ze „starymi”, bo idee to jedno, a pragmatyka polityczna to drugie.
Jeżeli teraz się nie zjednoczą, to czy za następne 4 lata będą jeszcze demokratyczne wybory?
Moim zdaniem wybory jako takie będą. Bardziej upatrywałabym tutaj modelu węgierskiego, poza tym nawet w państwach autorytarnych czy totalitarnych są wybory. Pytanie, na jakich zasadach i jak będzie wyglądał pluralizm w Polsce.
Przypomnę, że na Białorusi i w Rosji również są wybory, ale co z tego? W sytuacji, gdy władza potrafi zmieniać fundamentalne przepisy w kilka godzin, opozycja jest, co tu ukrywać, w trudnej sytuacji.

 

Czyli już po wszystkim? Demokracja jednak umiera na naszych oczach?

Chciałabym zwrócić uwagę na coś innego. Odnoszę wrażenie, że ostatnio władza pozwala sobie jednak na zbyt wiele, nawet zważywszy na pobłażliwość wyborców w stosunku do rządzących. Wydaje mi się, że następuje daleko posunięta eskalacja nastrojów, że może nastąpić przełamanie.
PiS-owi nie wszystko wyszło jak planował. Po pierwsze, z premiera Morawieckiego nie udało się zrobić wielkiego europejskiego polityka, a jego ostatnie wystąpienie w PE było czymś nieprawdopodobnym. Takie wystąpienia, zawierające półprawdy i niedopowiedzenia, są niestety standardem w polskim Sejmie, gdy marszałek blokuje wypowiedzi opozycji. W Europie nie takich autokratów już widziano, a europejscy politycy doskonale wiedzą, jakim kodem posługują się tego typu ludzie. Premier został bardzo boleśnie wypunktowany i nie obronił tych reform w Europie. Konsekwencje łamania prawa są nieuchronne.
Po drugie, ważny jest też opór sędziów, gdy minister Ziobro zaczął wymieniać prezesów sądów.
Moim zdaniem władza nie spodziewała się oporu. Tak samo jak tego, że środowiska prawnicze, adwokaci, radcy prawni, sędziowie zjednoczeni staną murem za Pierwszą Prezes SN, panią Małgorzatą Gersdorf. Oczywiście, od każdej zasady znajdą się wyjątki, ale generalnie postawa środowiska jest bardzo budująca.
Czy półtora roku temu powiedziałybyśmy, że te środowiska będą miały taką niezłomna postawę? Ja osobiście jestem pełna podziwu dla prokuratorów, którzy głośno protestowali i występowali przed SN. Oni ryzykują najwięcej.

 

Czy może dojść do rozstrzygnięcia na ulicach?

Patrząc na to, jak eskaluje sytuacja, jest to jeden z możliwych scenariuszy. Z drugiej jednak strony protesty przed sądami będą się wypalać, wiele zależy teraz od sędziów i opozycji. Oni muszą mieć pomysł na następny krok. Nie wierzą bowiem, by PiS się cofnął. No, chyba że pod wpływem zdecydowanych decyzji ze strony UE.

 

Kto powinien ten plan wymyślić, przedstawić? Lider największej partii opozycyjnej?

Grzegorz Schetyna jest liderem opozycji parlamentarnej, której zadaniem jest przede wszystkim walczyć w Sejmie. Oczywiście instrumenty mają dziś bardzo ograniczone. Odbiera się im kolejne prawa i możliwości działania, nakłada kary i utrudnia funkcjonowanie. Inne zadania stoją przed opozycją pozaparlamentarną. Ważne jest, aby te siły zostały połączone, bo potrzebne jest długofalowe, konsekwentne działanie.
Sekwencja działań PiS-u jest bardzo przemyślana. Najpierw program 500 Plus, potem przejęcie TK i wielka kampania oszczerstw przeciwko sędziom, zapowiedź kolejnych pieniędzy dla wszystkich, tym razem na wyprawkę szkolną, a dopiero potem zamach na SN.
Dlatego po drugiej stronie potrzebne jest spokojne, długofalowe, zaplanowane działanie. Opozycja musi znaleźć pozytywny przekaz i budować jak najszerszą wspólnotę, bo czeka ją trudny czas naprawy.

Panie Romanie, czas na rozstanie

Z polityką. I to już na dobre. Jeszcze Pan nie wrócił, a już Pan smrodzi jak za starych niedobrych lat. Mógłbym tutaj powtórzyć ten słynny cytat z Marksa o cyklach historii i farsie, ale szkoda na Pańską dupę zabytkowego śrutu. Mecenasie Giertych, podobno jest Pan teraz liberałem. Sam przewodniczący Rady Europejskiej korzysta z pańskich usług. Nieźle. Widziałem też, jak podskakiwał Pan jak wesoły konik w obronie polskiej demokracji. Bardzo ładnie. Szkoda tylko, że nadal Pan nie rozumie co to znaczy być demokratą i członkiem demokratycznej wspólnoty.
Napisał Pan na Twitterze: ”Parada Równości pod Jasną Górą wygląda jak durna prowokacja. I oczywiście w Polsce będzie ona bardzo negatywnie odebrana, nawet wśród ludzi dalekich od Kościoła”. No i widzi Pan. Parada Równości to demonstracja ludzi, którzy domagają się rozszerzenia praw obywatelskich. Chcą brać śluby ze swoimi bliskimi osobami, czuć się swobodnie ze swoją orientacją seksualną w przestrzeni publicznej. Może to dla Pana trudne do wyobrażania, bo nikt Pana nie obraża, kiedy obejmuję Pan swoją małżonkę. Ale są w Polsce ludzie, którzy za okazywanie sobie czułości mogą zostać pobici. Tak wytrawny adwokat powinien mieć świadomość niedoskonałości otaczającej go rzeczywistości. A więc to, że w ramach demokratycznego dążenia ktoś chce zmienić ten porządek na lepszy i bardziej sprawiedliwy nie powinno Pana dziwić – jako prawnika, liberała i demokratę. Jak również to, że w demokracji mamy pluralizm światopoglądowy. Każdy może swobodnie demonstrować swoje przekonania i domagać się realizacji swoich potrzeb, zwłaszcza jeśli te potrzeby stanowią ważny element demokratycznego porządku.
Granica wolności afirmacji poglądów jest umiejscowiona tam, gdzie zaczyna się zagrożenie dla samej wolności i pluralizmu. Jako liberał powinien Pan to mieć napisane na piórniku. Uczestnicy Marszu Równości takiego zagrożenia nie stanowią. Jasna Góra zaś nie jest miejscem świętym. Bo Polska to nie Arabia Saudyjska. Tutaj nie ma ziemi świętej. Jako prawnik powinien Pań wiedzieć, że żyjemy w kraju świeckim. Pod Jasną Górą mogą więc demonstrować wszyscy obywatele, którzy szanują demokratyczną wielość.
Nie szanuje jej natomiast Kościół Rzymskokatoliocki, którzy uważa, że ludzie nie powinni mieć równych praw, a dyskryminacja i przemoc wobec inności jest uzasadniona. Kościół podaje ludziom do wierzenia kłamstwa i głupoty. Zresztą Pan również to robił, zanim jeszcze zamienił mundurek wszechpolaka na adwokacką togę. „Jestem tu po to, by przeciwstawić się wstrętnym pederastom” – powiedział Pan na Marszu dla Życia i Rodziny w 2007 roku. Jeśli więc ktoś nie powinien demonstrować pod Jasną Górą to właśnie ojczulkowie z klasztoru i Pan, mecenasie Giertych.
Twierdzi Pan że Parada Równości to zjawisko „Tak samo durne, jak naziole na Jasnej Górze”. Pewnie znakomicie orientuje się pan w durnocie naziolskich aktywistów. W końcu jest Pan dla nich niemal ojcem. To właśnie Pan, mecenasie Giertych odpowiada za powrót epidemii nacjonalizmu w tym kraju. Tych nazioli u Paulinów by nie było, gdyby nie wieloletnia praca u podstaw pewnego prezesa Młodzieży Wszechpolskiej. Świadomość tak perfekcyjnie wykonanej durnoty będzie Panu towarzyszyć do samego końca. Niech Pan jednak wcześniej oszczędzi temu obolałemu społeczeństwu swojej obecności w polityce. Nie stworzył Pan niczego pożytecznego. A teraz znów Pan szkodzi, Wystarczy. Powodzenia w sprawie Amber Gold.

Maszerować osobno, uderzać razem

Z MARCINEM CELIŃSKIM, zastępcą redaktora naczelnego „Liberté”, wydawcą, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Czy w sprawie Sądu Najwyższego PiS zaplatał się we własne nogi i nie uda mu się spacyfikować go tak łatwo, jak to udało się z Trybunałem Konstytucyjnym i Krajową Radą Sądownictwa?

W przypadku PiS mamy do czynienia nie tylko z pakietem złej woli, ale też ze zwyczajnym niechlujstwem prawnym, ustawodawczym. Taką samą sytuację mieliśmy choćby w przypadku ustawy o IPN. Oni robią wrażenie, jakby nie potrafili poprawnie sporządzić aktu prawnego, zgodnego czy niezgodnego z konstytucją, ale spójnego i profesjonalnego. Przeprowadzili ustawę o Sądzie Najwyższym z hałasem i tromtadracją, a okazało się, że jest ona tak zła, że nie sposób jej wprowadzić zgodnie z nią samą. Poza tym mamy do czynienia z wyraźną dekompozycją obozu władzy. Prezydent stosuje zasadę uników, żeby nie narazić się ani swojemu obozowi, ani obrońcom konstytucji. Jacek Kuroń mawiał, że nie można być trochę w ciąży, a pan prezydent tego próbuje. Rezultaty tych wszystkich poczynań są powszechnie znane, katastrofalny wizerunek Polski za granicą i perspektywa rozległych strat, w tym także finansowych, których prędzej czy później doświadczymy. Od jakiegoś czasu nie jesteśmy już krajem pierwszej prędkości UE. Nie byłem i nie jestem apologetą poprzedniej władzy, ale przy wszystkich jej wadach, sądy były niezależne. PiS walczy z niezależnością sądów, przedstawiając nam tę ich cechę jako blokującą sprawność i nieuchronność wyroków. Jednocześnie zmiany wprowadzane przez obecną większość są skuteczne tylko w likwidowaniu niezależności, nie ma poprawy pracy sądów, jest karuzela personalna. Sądy stają się równie niesprawne lub nawet bardziej powolne w orzekaniu, już wyniki są gorsze, a jednocześnie kontrolowane przez partyjnych polityków. Najlepszym przykładem jest spadek efektywności Trybunału Konstytucyjnego od czasu przejęcia tej instytucji przez partyjnych nominatów.

 

Skala protestów w obronie sądów Pana zadowala?

Sądownictwo nie jest domeną, która może być detonatorem bardzo masowych protestów, ale mam nadzieję, że będą one na tyle intensywne, że w bliższej czy dalszej konsekwencji położą kres władzy PiS i jemu podobnych sił. Lech Wałęsa zażyczył sobie 100 tys. demonstracji pod Sądem Najwyższym, jakby zapomniał, że nawet w „gwiezdnym czasie” pierwszej Solidarności o tak wielkie demonstracje było trudno.

 

Co będzie potrzebne, gdy PiS kiedyś straci władzę? Konstytuanta, akt restytucji demokracji, anulowanie uchwalonych przez obecny Sejm aktów prawnych?

Są różne pomysły, choćby sformułowany przez Grzegorza Schetynę akt „depisyzacji”. Uważam je za, na ogół, populistyczne, choć bywają nęcące i ekscytujące emocjonalnie. Pojawił się też pomysł Adama Szłapki Konstytuanty, która przygotowałaby nową konstytucję, bo ta obecna okazała się za słaba do obrony liberalnej demokracji. Ona powstawała w innych warunkach, także mentalnych, kiedy istniał jeszcze szacunek dla pewnych niepisanych obyczajów politycznych, poczucie przyzwoitości, zdolności do samoograniczenia. Autorom obecnej konstytucji prawdopodobnie nie przyszło do głowy, że do władzy może dojść formacja, która będzie miała te wartości gdzieś. Martwi mnie to, co będzie po PiS. Obawiam się nastroju rekonkwisty, czyli chęci wykorzystania przeciw ludziom przegranego PiS tych narzędzi, które ono przygotowało, chęci wycięcia ich do imentu. Obawiam się, że karuzela znów zastąpi namysł nad ustrojem państwa, propozycje pozytywnych rozwiązań, knowhow. Weszliśmy na niebezpieczny poziom emocji społecznych, gdzie walka ze złem – czyli tworzonym systemem pogardy, sortowania Polaków, niszczenia praw i instytucji chroniących naszą wolność przekształca się w spersonifikowaną walkę z przedstawicielami tej władzy, prezesem partii, premierem, prezydentem, marszałkami sejmu, takimi czy innymi ministrami. To niebezpieczna droga.
Obawiam się dominującej w wypowiedziach polityków opozycji chęci, przywracania status quo ante, tego co było wcześniej. To się w historii jednak nigdy nie udało. Nie powinno się i nie da się przywrócić stanu sprzed 25 października 2015. Jestem też sceptyczny do inicjatyw „byłych wielkich”. Szanowanemu Aleksandrowi Kwaśniewskimu, prezydentowi dwóch kadencji nie wyszła później żadna inicjatywa polityczna, której dawał „błogosławieństwo”. Podejrzewam, że to samo może spotkać Donalda Tuska z jego pomysłem na zebranie politycznych celebrytów. Dodajmy do tego jeszcze jedno – absolutną pewność, sprawdzoną w praktyce lat poprzednich, że ci celebryci nie zaprojektują nam lepszej Polski na miarę XXI w – nie dlatego, że są źli, tylko dlatego, że nie potrafią.
Obecne działania opozycji, w szczególności Platformy Obywatelskiej i „Nowoczesnej to prosta droga do pozostania opozycją na poziomie 25-30 procent głosów, które dadzą im 150 mandatów Sejmie i bezpieczną odległość od możliwości przejęcia władzy. To bierze się także z braku systemu pokoleniowej rotacji elit, mieszania się „starych” z „młodymi”, co jest niezbędne choćby z powodu zmiany obrazu świata, który jest światem nowych technologii, Internetu, etc. Obracamy się w ramach tej samej klasy politycznej ukształtowanej w pierwszych latach po 1989 roku. Tymczasem mam wrażenie, że znacząca część tego pokolenia, które jest dziś w głównym nurcie zatrzymała się mentalnie i poznawczo w latach dziewięćdziesiątych. Niektórzy z nich nie zauważyli, że Fukuyama odwołał „koniec historii”.

 

Walka o Sąd Najwyższy, to także gra o demokratyczne wybory, o uznanie ich wyniku, o to by władza nie miała tu atutów w ręku…

Patrzę na to o tyle inaczej, że uważam, iż prawdziwej wygranej nie można odwrócić, można sfałszować wybory na poziomie kilku punktów. Nie znamy chyba przypadku wyborów, gdzie zdecydowana większość wyborcza dałaby się „oszwabić”. Dlatego największym zmartwieniem opozycji powinno być to, by zdobyła 50 procent głosów, a dopiero potem martwić się o zatwierdzenie wyniku wyborów. Przypomnę, że na dziś sondaże lokują PO na poziomie 20%, więc naprawdę nie ma czym się „martwić”. Inaczej kształtuje się rola Sądu Najwyższego, gdy mamy wynik typu 38 do 37 procent. Tylko, że wygrana na takim minimalnym poziomie i przejęcie steru rządów to sytuacja nie do pozazdroszczenia, Opozycyjny PiS z podobną liczbą mandatów mógłby prowadzić skuteczną obstrukcję odbudowy państwa.

 

Co mogłoby być remedium na silne zwycięstwo opozycji?

Powiem coś, co może zaskoczyć, ale nie będzie nim tzw. zjednoczona opozycja. Nie widzę możliwości jednolitego bloku antypisowskiego pod egidą liberalno-konserwatywnej Platformy. Nawet, gdyby porozumieli się politycy, to nie pójdą na to wyborcy po wszystkich stronach. Potrzebne są dwa-trzy silne bloki opozycyjne, konserwatystów, liberałów i lewicy, które nie będą ze sobą walczyć, ale spokojnie zbiorą wyborców i rozproszone siły, a następnie zawrą pakt o nieagresji, zgodnie z formułą Napoleona, by maszerować osobno, a uderzać razem.

 

Ocena siły PiS rozciąga się na kontinuum od samochwalstwa tej partii łącznie ze szczytowaniem w sondażach do 50 procent do sceptycznych ocen profesora Radosława Markowskiego, który przekonuje, że nie są oni tak silni, a w liczbach bezwzględnych słabną. Jak Pan to widzi?

Jest problem wiarygodności badań ankietowych. W Polsce skala odmów odpowiedzi na pytania ankietowe wynosi około 30 procent. To bardzo dużo i to bardzo deformuje wyniki sondażowe. W tym wyniku można doszukiwać się sporej części odmów z powodu lęku przed władzą, a to w konsekwencji daje władzy zwyżkę w sondażach. Rozkład sił modernizacja – antymodernizacja jest od ćwierć wieku z grubsza stały. Decyduje więc mobilizacja sił. Obecnie PiS się zużywa, ale z drugiej strony alternatywa jest słaba, mówiąc kolokwialnie – nie ma nowego, dobrego produktu. Dziwię się na przykład, że ani Nowoczesna, ani SLD, ani nawet Razem nie spróbowały zagospodarować politycznie protestu „czarnych parasolek”. Obecne siły opozycyjne powinny zagospodarować rozproszoną, wolnościową energię społeczną. Między triumfalistycznym huczeniem Morawieckiego a sceptycyzmem Markowskiego pojawia się groźba sytuacji, w której ten ostatni będzie miał rację, a ten pierwszy wygra, z powodu niskiej frekwencji, która może dać PiS większość konstytucyjną, nawet gdy w liczbach bezwzględnych poparcie dla nich spadnie.

 

Sytuacja gospodarcza jest dobra, ale czy nie ma chmur na horyzoncie?

Jest dobra. Cały czas korzystamy z koniunktury światowej, bo w odróżnieniu od prosperity okresu gierkowskiego jesteśmy dziś w pełni wkomponowani w gospodarkę światową, a nasz dobrobyt bardziej zależy od stanu ekonomii Niemiec niż naszej własnej. Chmury jednak pojawiają się. Pojawiła się inflacja i są duże wzrosty cen. Przekroczyliśmy bilon złotych zadłużenia wewnętrznego. Dobrze nam się żyje, ale będziemy musieli to spłacić. Jest wyraźny spadek inwestycji, na czym na przykład zyskuje rynek deweloperski. Inwestorzy wycofują środki z ryzykownych przedsięwzięć biznesowych w pasywny, bezpieczniejszy rynek nieruchomości. Wycofują się choćby z giełdy i wchodzą w rejestry mniej widoczne w statystykach gospodarczych. Skutków tego jeszcze nie widać, ale za 5-7 lat mogą się objawić. Ma miejsce niepohamowana redystrybucja, która jest potrzebna, ale ona nie powinna oznaczać rozdawnictwa na ślepo, bez względu na potrzeby obdarowywanych. Tymczasem święty Mikołaj umarł gdzieś na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Tym Mikołajem był wzrost demograficzny, a my jesteśmy w tendencji odwrotnej, także w Polsce, choć w Europie zachodniej jest gorzej. Inaczej można myśleć o życiu na kredyt, jakie mamy, obecnie ze świadomością, że pokolenie wstępujące jest większe niż to odchodzące. Dziś jest dokładnie na odwrót – pokolenia wielu podatników są zastępowane przez mniejsze.
Nie jestem dogmatycznym wrogiem deficytu budżetowego, ale on może być powiększany w czasie bessy gospodarczej, w czasie hossy powinien być redukowany. Wtedy powinniśmy oszczędzać w przewidywaniu gorszych czasów, a u nas dzieje się odwrotnie – zadłużamy się, a jako płatników podatków będzie nas mniej. Śmierć świętego Mikołaja bardzo skomplikowała politykę społeczną. Słynne, a tak krytykowane odejście europejskiej lewicy od dawnych praktyk w tej mierze, przesunięcie się na pozycje liberalne gospodarczo jest właśnie konsekwencją tej śmierci.

 

Mówiliśmy o wyborach parlamentarnych, ale o ile w ich przypadku wiemy przynajmniej, jakie podmioty polityczne będą brać w nich udział, o tyle w przypadku prezydenckich nie wiemy ciągle nic. Czy Andrzej Duda znów wystartuje, czy PiS go poprze, jacy będą kandydaci opozycji, choć pojawiają się nazwiska Tuska czy Biedronia?

Jestem przeciw próbom wyłonienia jednego kandydata opozycji, bo to się skończy katastrofą. Trzeba pamiętać, że wybory są dwuturowe. Że w pierwszej można głosować podług poglądów czy serca, a dopiero w drugiej trzeba się zdecydować na wybór taktyczny. Trzeba więc dotrwać do drugiej tury w takim stanie, żebyśmy mogli ze sobą rozmawiać, nie pozabijać się wcześniej. Obecnie najpoważniejszym kandydatem na kandydata opozycji wydaje się być Tusk, ale to nie znaczy, że na jakimś pasie nie zostanie „przejechana zakonnica w ciąży”. Dlatego muszą się pojawić inne sympatyczne postaci. Trudniej wróżyć drugiej stronie. Tu czynnik decydujący nazywa się Jarosław Kaczyński. Jego choroba pokazała, jak PiS się rozjeżdża pod jego nieobecność. Wedle mojej wiedzy technika wygląda obecnie tak, że prezes kontaktuje się głównie z Joachimem Brudzińskim i to on przekazuje na zewnątrz polecenia i decyzje prezesa. Może to rodzić sytuację jak z „Ojca chrzestnego”, kiedy ważny consigliere przekazuje wolę capo di tutti capi, ale nie wszyscy mu dowierzają i usiłują dostać się przed oblicze capo, więc powstaje pewne zamieszanie, kwasy i stan wzajemnej nieufności. Duda najprawdopodobniej zostanie kandydatem PiS, po warunkiem, że PiS dotrwa do wyborów prezydenckich. Może nie dotrwać, jeśli prezes złoży prezesurę i zostanie prezesem honorowym, czy z jakiś innych przyczyn go nie będzie. Wtedy nastąpi tam walka o wpływy, zaczną się sobie rzucać do gardeł, bo kandydatów na prezesa jest co najmniej pięciu, choć tym namaszczonym jest podobno Brudziński. Ze skutecznością takiego namaszczenia bywa jednak różnie. Kaczyński jest obecnie jedynym zwornikiem tego środowiska i jedynym jego hamulcowym. To nie jest pozytywny bohater mojej bajki, ale na tle swoich ludzi zachowuje on jakiś umiar i racjonalność. Boję się, co tam się może stać, gdy jego zabraknie, bo inni jego cech nie mają, a na pewno nie mają siły przeforsować swojej woli. Podejrzewam więc, że po kilkakrotnym upokorzeniu i przeczołganiu Dudy, prezes wystawi go jednak do wyborów. PiS bez Kaczyńskiego wystawiłby kilku kandydatów i nawet w drugiej turze żaden z nich nie miałby wielkich szans, bo się skłócą a w PiS wszystko, w tym konflikty są „bardziej”. A konflikty wybuchną, bo jak się długo żyje w głuchej nienawiści, to ona wybucha w końcu ze zdwojoną siłą.

 

Uwzględnijmy jeszcze czynnik, jakim jest Kościół katolicki. Czy to nadal nienaruszalny hegemon, czy instytucja w opałach, wobec słabnącej religijności młodych, spadającej frekwencji w kościołach i ataków ze strony radykalnych grup antykościelnych?

Dla mnie problemem jest nie tyle Kościół, ile klasa polityczna. Kościół ma własne cele i ma prawo, jaka każda organizacja, je realizować. To, że Kościół zrobił się nacjonalistyczny i autorytarny, to problem jego wyznawców, na ile im się to podoba lub nie. W tym zakresie egzaminu od 1989 roku nie zdaje państwo polskie. Wszystkie, powtarzam – wszystkie ekipy dawały Kościołowi co chciał, wbrew prawu finansowały go, ulegały jego żądaniom, utrzymywały go w poczuciu bezkarności, były wobec niego służebne. Najczęściej robili to kolejni ministrowie kultury, ale także parlament, który w każdej kwestii szedł Kościołowi na rękę i spełniał jego finansowe zachcianki. Konsekwencją tego jest coraz bardziej władczy ton przyjmowany przez biskupów, ton polecenia wobec parlamentarzystów i polityków. Państwo powinno pilnować interesów państwa, a nie być kościelne. W szkołach powinna być, jak we Francji, aksjologia państwowa, a nie kościelna. Wiara jest sprawą prywatną i nie powinna być mieszana do spraw państwowych i publicznych. Nie powinno być tak, że jeśli ktoś chce wywołać ostry konflikt, wyskakuje ze sprawą zakazu aborcji. Kościół nie jest problemem, lecz państwo, które nie potrafi powiedzieć mu: nie.

 

Dewiza współtworzonego przez pana pisma brzmi: „Głos wolny, wolność ubezpieczający”, zaczerpnięta z tytułu politycznego traktatu Stanisława Leszczyńskiego. W dzisiejszym rozumieniu, ten głos, to wolne media. Okazało się, że wolne media nie zapobiegły temu, co się stało, a w „publicznej” TVP mamy „Wiadomości”, orgię najprymitywniejszej propagandy i manipulacji.

Ludzie Platformy mawiają do mediów: krytykowaliście nas, to jest to, co jest. Ale wolny głos musi być uczciwy. Przekaz faktów powinien być oddzielony od komentarza. Propaganda nie jest ani dziennikarstwem ani nawet publicystyką. Nie jest rolą dziennikarza kreowanie czy zapobieganie zdarzeniom, ale informowanie, a rolą publicysty komentowanie. Jeżeli politycy mainstreamu, świadomie czy nie, w ostatnim 25-leciu zaniechali budowania tożsamości państwowej choćby w szkołach, we własnym przekazie, to w tę lukę weszli ci, którzy mieli jakikolwiek pomysł ze swoim przesłaniem. Nagle okazało się, że AK i Polskie Państwo Podziemne było bez znaczenia, a siłą prawdziwą były NSZ, partyjna milicja nacjonalistów, a potem tzw. „żołnierze wyklęci”, gdzie do jednego worka wrzucono faktycznych bohaterów i zwykłych bandytów. Absurd, który wielu przyjęło za prawdę. Problem przede wszystkim w szkołach, które przesiąkły tym wszystkim. Trzeba temu przeciwstawić wspólnotę obywatelską, aksjologię państwową. Wszystko inne można do woli uprawiać poza nią. Media odegrają rolę kluczową, o ile w klasie politycznej, w ruchach społecznych znajdą się idee, które można będzie przekazać. Wtedy „głos wolny, wolność ubezpieczający” będzie skuteczny.

 

Dziękuję za rozmowę.

Prywatne jest polityczne

Minął miesiąc od wybuchu afery wokół romansu posła Pięty. I co? I nic.

 

Zawieszono go, żeby media dały spokój. Jarosław Kaczyński odgrażał się, odgrażał – ale po 30 dniach Pięta nadal zasiada w czwartym rzędzie sejmowych ław, niedaleko prezesa zresztą. Nadal też jest (sic!) wiceprzewodniczącym sejmowych komisji odpowiedzialności konstytucyjnej oraz ustawodawczej. Pamiętajmy, że PiS ostatecznie nie wyrzucił też ze swoich szeregów „seksposła” Łukasza Zbonikowskiego (tego, który zdradzał żonę z asystentką, dzieląc się ze światem przemyśleniami na temat tego, że idealna małżonka powinna „wiedzieć gdzie jej miejsce” i mieć płaską głowę „żeby można było na niej postawić piwo”).
Konserwatyści nieustannie machają przed oczami flagą z tradycyjnymi wartościami i obroną rodziny, z drugiej strony nienawiść i pogarda dla kobiet wylewa im się ze wszystkich otworów ciała z tak wielką siłą, że są w stanie poświęcić nawet swoją polityczną wiarygodność, by trzymać dalej w partii osobników piętopodobnych. Choć ci realnie stają się dla formacji wizerunkowym ciężarem – to prywatnie nikt ich nie potępia. Prawicowi, głęboko wierzący politycy kierują się logiką, wedle której zbrodnią na rodzinie jest in vitro i nauczenie chłopca, jak się sprząta, ale nie jest nią przemoc domowa ani małżeńska zdrada. Bo to przecież „tylko” dramat kobiety, taka tam przejściowa niedogodność, towarzyski smrodek, obyczajóweczka. Można poklepać kolegę po plecach i powiedzieć: „Stary, sam rozumiesz, że musisz beknąć, ale jesteśmy z tobą – te baby to potrafią dać w kość”.
Zawodowych obrońców życia i rodziny nie bulwersują teksty o płaskiej głowie kobiety i piwie same przez się. Zadeklarowani moraliści nie wyrażają oburzenia, że niegodziwiec zwodzi miesiącami zakochaną w nim kobietę, obiecując jej wspólne życie, jednocześnie oszukując też matkę swoich dzieci, która jest wobec niego wierna i lojalna. Nikt się o nie głośno nie upomina. Co więcej, na nielojalność posła i przedmiotowe traktowanie bliskich mu ludzi nie reagują też jego polityczni oponenci i liberalni komentatorzy. Dla nich istnieje tylko problem nepotyzmu – to, że obiecywał Izabeli Pek intratne posady w państwowych spółkach. Nikogo nie zastanawia, że facet, który bez żenady obnosi się ze swoją niewiernością po komunikatorach internetowych, przyjmuje otwarcie kochankę w sejmowym hotelu – jest po prostu kiepskim materiałem na męża stanu reprezentującego kogokolwiek. Skoro nie jest dla niego oczywiste, że powinien stosować w codziennym życiu wartości, którymi tak ochoczo wyciera sobie gębę służbowo – nie nadaje się na współtwórcę prawa, którego przestrzegać mają wszyscy Polacy. Po prostu.
Obłudnicy, którzy podle traktują kobiety, molestują, znęcają się, zwodzą i zdradzają, powinni być piętnowani, choć nie linczowani. Ale na pewno nie ma mojej zgody na to, aby reprezentowali kobiety w parlamencie, aby decydowali o ustawach zmieniających ich los, wreszcie – aby zachowywali funkcje, stawiające ich w roli autorytetu w sprawach rodziny czy moralności. Tu doktryna „prywatne jest polityczne” powinna zostać wdrożona i działać bezlitośnie. Tymczasem w zawodzie największego społecznego zaufania panuje pełne przyzwolenie na łamanie zasad przyzwoitości – kolesie hipokryci spokojnie poklepują kolesia hipokrytę po plecach, życzliwie radząc, aby schował się na chwilę do szafy. Nie wspominając już o tym, że to Izabela Pek została ochrzczona hieną, dziwką i karierowiczką. Ale to już zupełnie inna historia.

Podaj cegłę

Świetnie, że powstają nowe mieszkania. Szkoda, że bez planu i szkoda, że takie, jak w najnowszym materiale „Newsweeka”.

 

Materiał Anny Szulc „Kątek na rżysku” jest wstrząsający, głównie w kontekście tego, że PiS przeforsował w ostatnich dniach ustawę „lex deweloper”, dającą inwestorom furtki do omijania lokalnych planów zagospodarowania przestrzennego i budowania, gdzie tylko się da.
W miastach powyżej 100 tys. mieszkańców będzie można stawiać budynki o dowolnej liczbie kondygnacji. W mniejszych miastach teoretycznie są limity na 3 lub 4 piętra, ale spokojnie można je obejść, jeżeli w pobliżu stoją już wyższe budynki – można do nich dorównać wysokością.
Natomiast „Newsweek” opisał, co działo się od kwietnia w Siedleminie pod Jarocinem, gdzie oddano dumnie pierwsze klucze do Mieszkań Plus. „Nikt nas nie ostrzegł, że zamieszkamy w szczerym polu, w zawilgoconych norach, metr pod ziemią” – to zdanie z leadu najlepiej oddaje traumę lokatorów, głównie wielodzietnych rodzin budowlańców. Rodzin żyjących skromnie, ale samodzielnych.
„Woda się leje, non stop. Ciurkiem spod zlewu, rury nieszczelne, częściowo już zerdzewiałe. Prysznic też dziurawy, zalewa płytki. Ściany nad framugami pękają, panele krzywe, z zadziorami, płytki się rozsuwają, wiertarka w fugi wchodzi, jak w margarynę. A poza tym całkiem, całkiem. Miejsca sporo” – oto wymarzona, świetlana przyszłość polskich rodzin.
Okazuje się, że Mieszkanie Plus, które miało być szansą na emancypację, okazało się workiem kolejnych problemów. Osiedle położone między polami żyta i kukurydzy, prawie metr niżej, już po dwóch miesiącach jest zagrzybione, nie wytrzymało pierwszej poważnej ulewy. Płytki trzymają się na słowo honoru, odłażą panele. Dość daleko od „na swoim” jak „normalni ludzie”. Bliżej raczej do „znów dano nam do zrozumienia, jak bardzo wykluczeni jesteśmy”. Wyobrażam sobie, że te tłumy dziennikarzy domagające się peanów na cześć budowanego po taniości bubla, mogą być dodatkowo frustrujące. Państwo w ramach wyrównywania szans dało im podarunek z dykty.

Wskazówki na Piątą

Polska politycznie pękła.

 

Najlepiej widać to w dziennikach telewizyjnych. Narodowo – katolickie „Wiadomości” są kroniką wielkich zwycięstw i sukcesów prominentnych polityków PiS. „Fakty” w TVN to litania klęsk i porażek kaczystów z IV Rzeczpospolitej. „Wydarzenia” Polsatu próbują mieszać uczciwe prezentowanie rzeczywistości z sygnałami lojalności wobec władzy.
Polska politycznie pękła. Jak widać – na państwo dwóch prędkości politycznych.

Drużyna prezesa Kaczyńskiego forsownie buduje IV Rzeczpospolitą. Posybilistyczną, czyli skuteczną, choć autorytarną. Uważają, że skuteczność ich ekipy rządzącej wymaga zerwania krępujących ją hamulców. Czyli tradycyjnej, liberalnej demokracji parlamentarnej i państwa prawa tworzonego wedle zachodnioeuropejskich wartości.

Wiedzą, że wygrywanie kolejnych wyborów, czyli utrzymanie już raz zdobytej władzy, wymaga zdobycia przynajmniej trzydziestu procent głosujących. Stawiających na partię antyelitarną, odwołującą się do narodowej wspólnoty. Do konserwatywnych, przepojonych patriotyzmem narodowo-katolickich wartości. Wymaga tworzenia wspólnoty cementowanej dumą z niepokornej Polski oraz strachem i wrogością wobec „antypolonizmu”. Czyli zagranicy, która ponoć zawsze była przeciwko Polsce. Wiecznie intrygowała przeciwko niej, zdradzała Polskę w każdej chwili próby.

A nawet narzuciła Polsce „zbrodniczy komunizm”, który zrujnował Polskę i Polaków.

Na szczęście dumni i przywiązani do polskości Polacy nie poddali się i teraz budują nową, wielką Polskę. Polskę dla Polaków. Tych lepszego sorta.

Druga Polska skupiona jest wokół obrońców III Rzeczpospolitej. Demokracji parlamentarnej, państwa prawa i liberalnej gospodarki. O rząd dusz obrońców III RP walczą liderzy Platformy Obywatelskiej wspierani przez inteligencję popierającą kiedyś Unię Wolności. Obrońcy demokracji i niezawisłych sądów mają wsparcie licznych prywatnych mediów, środowisk naukowych, artystycznych, dziennikarskich.

Obrońcy III Rzeczpospolitej trafnie diagnozują autorytarne zapędy elit PiS, tworzenie wodzowskiego systemu władzy. Ograniczanie niezależności władzy sądowniczej, podporządkowywanie jej rządzącemu PiS. Trafnie krytykują szkodliwą politykę zagraniczną Jarosława Kaczyńskiego marginalizującą Polskę w Unii Europejskiej i czyniącą z naszego kraju bezwolnego wasala USA.

Ale działalność elit PO często sprowadza się jedynie do obrony starego porządku. Restytucji III RP, żeby „było tak jak było”. Chociaż wyniki ostatnich wyborów prezydenckich i parlamentarnych świadczą, że III Rzeczpospolita dostała czerwoną kartkę. Bo pomimo demokratycznego porządku prawnego III Rzeczpospolita była państwem niesprawiedliwym społecznie.

Donald Tusk obiecywał stabilną, przysłowiową politykę „ciepłej wody w kranie”. W rzeczywistości mieliśmy – i nadal mamy – wiele gospodarstw domowych ciągle pozbawionych dostępu do ciepłej wody i kanalizacji.

 

Klincz duopolu

Nic dziwnego, że większość obywateli naszego kraju uważa, że III Rzeczpospolita to państwo przyjazne jedynie dla elit, ludzi z układów, bogatych aferałow. Politycy PiS najlepiej i najszybciej rozpoznali te nastroje społeczne i na nich zbudowali skuteczne kampanie wyborcze w 2015 roku. I szybko stworzyli oczekiwany przez Polaków system pomocy społecznej. Najprostszy, polegający głównie na rozdawaniu pieniędzy budżetowych, ale spełniający pilne oczekiwania społeczne.

Rządy elit PO i elit PiS nie są takim samym złem, jak twierdzą niektórzy „symetryści” polityczni.

Rządy PO były niesprawiedliwe społecznie, ale nie tworzyły autorytarnego państwa. Systemu władzy jednego wodza, jednej partii i jednego narodowo-katolickiego narodu. PO swoją pasywną polityką społeczna hamowała rozwój Polski. Zapędzało ją w „pułapkę średniego rozwoju”.

PiS rujnuje teraz demokratyczne państwo polskie. Izoluje Polskę na arenie międzynarodowej w imię tworzenia narodowo – katolickiej wspólnoty. Co gorsza, trzyletnie rządy prezesa Jarosława Kaczyńskiego pokazują, że pomimo korzystnej międzynarodowej koniunktury gospodarczej, pomimo sukcesów w ulepszeniu ściągania podatków, ambitne cele wyrwania się z tej „pułapki syreniego rozwoju” nie są realizowane. Zamiast sukcesów w reindustrializacji Polski, mamy erupcję obietnic i propagandy kolejnych, ambitnych zamierzeń.

I obarczanie za wszystkie obecne błędy i niekompetencje elit PiS winami Polski Ludowej i mitycznego już „komunizmu”.

 

Wskazówki na V

Polska politycznie pękła, ale nie tylko na Polskę PO i Polskę PiS, jak można oglądać w polskich dziennikach telewizyjnych.

Poza tym duopolem pozostają inne Polski, wśród nich Polska lewicowa. Zmarginalizowana na własne życzenie. Skłócona ambicyjkami liderek i liderów licznych partii, partyjek, kanap politycznych.

Łasząca się o łaskę obecności w komercyjnych, zwykle antylewicowych mediach. Bo własnych jej liderzy nie chcieli budować, nawet kiedy rządzili.

Lewica żyjąca w mniemaniu, że zbawić ją może jedynie jej Mesjasz. Charyzmatyczny Lider, lub Liderka, która, spadnie nam z nieba i porwie skłócona lewicę do zwycięskiego boju. Dziwne, że ludzie deklarujący materialistyczny światopogląd oczekują politycznego cudu. Lewicowego Jarosława, lub Jarosławy Kaczyńskiej.

Nie chcą pamiętać, że PiS, zanim doszedł do władzy, stworzył silną, zwartą, kolektywną formację polityczną. Drużynę politycznych liderów uznających kierownictwo Jarosława Kaczyńskiego.

Wtedy nie charyzmatycznego, często wyśmiewanego, ale konsekwentnego w tworzeniu alternatywnej wspólnoty. PiS zbudował własne, opozycyjne wobec komercyjnych – czyli sprzyjających PO – media. Zbudował sieć Klubów „Gazety Polskiej” – czyli wspólnotę ideową swych zwolenników. Stworzył alternatywne wobec PO środowiska naukowe. Własne zaplecze intelektualne. Wydawnictwa i kolportaż promujący ich autorów. System stypendiów i nagród. Zanim elity PiS zdobyły władzę w państwie polskim, wcześniej stworzyły enklawy IV RP.

Tęskniąca za sukcesami wyborczymi polska lewica nadal zajęta jest dyskredytowaniem swoich konkurentów politycznych na lewicy. W wolnych chwilach dyskutuje: czy warto popierać socjalne programy PiS, czy chodzić z PO na demonstracje w obronie demokracji?

Tymczasem lewicowi wyborcy oczekują od niej nie tylko utrzymania socjalnych programów IV RP i demokratycznych instytucji III RP, ale też alternatywy ustrojowej. Innej od liberalnej gospodarczo III RP i autorytarnej, narodowo-katolickiej IV RP. Chcą Polski sprawiedliwej społecznie i demokratycznej. Nowej, Piątej Rzeczpospolitej.

Polska popękała politycznie. Na liczne polityczne dzielnice. Podzieliła się trwale, na długie lata. Dlatego polska lewica zamiast czekać na cud, na jednoczącego ją Mesjasza, powinna już teraz budować swą V Rzeczpospolitą na posiadanych przez siebie terytoriach. Tworzyć tam od podstaw lewicowe, obywatelskie społeczeństwo.

Co jest stawką?

Wicemarszałek Terlecki wyraził w telewizorze swoje zaniepokojenie faktem, że sędziowie pozostają poza wszelka kontrolą. Miał na myśli oczywiście sytuację związaną z Sądem Najwyższym.

 

Szkoda, że pan wicemarszałek nie doczytał Konstytucji RP, w której znajduje się zapis art. 173: „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”. Jako takie nie powinny zatem podlegać politycznej kontroli, co w wypadku PiS pragnącego kontrolować wszystko jest trudne do zniesienia.

PiS faktycznie już teraz kontroluje Sąd Najwyższy, bowiem o kształcie tego organu decyduje m.in. prezydent RP – w obecnej chwili jak najbardziej „pisowski”, który mianuje nie tylko Prezesa, ale też wszystkich sędziów SN. Partii rządzącej podlega też Krajowa Rada Sądownictwa wskazująca nominatów do tego ciała. I te zmiany, jak i wprowadzone do samej ustawy o SN i ustroju sądów powszechnych powinny być panu wicemarszałkowi znane, bowiem to jego klub był ich inicjatorem i przegłosował wejście w życie – a pan Terlecki, jako przewodniczący klubu parlamentarnego powinien mieć o tym jako takie pojęcie. Chyba, że znów czegoś „nie doczytał”.

Nie chodzi zatem o kontrolę działalności sędziów, ale o zapewnienie pełni władzy nad nimi. W Sądzie Najwyższym ostatnią do przejęcia kontroli jest osoba Pierwszego Prezesa. I nie ma tu znaczenia, kto nim jest. Ma znaczenie, że nie jest to człowiek PIS. W świetle uchwały podjętej przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN, w której zapewniono o poszanowaniu Konstytucji i wierności sędziowskiemu ślubowaniu powoduje, że nawet zamknięcie drzwi gabinetu obecnej Pierwszej Prezes niczego nie załatwi.

Sędziowie SN to rzeczywiście prawnicza elita. Wiek, doświadczenie, dorobek, nieskazitelny charakter (wymogi określone w art. 30 § 1 ustawy o SN) to w ich wypadku po prostu stan faktyczny. Inaczej nie mogliby być sędziami SN (a przynajmniej każdy chciałby wierzyć, że tak jest).

O co zatem chodzi w walce władzy politycznej z Sądem Najwyższym? O wybory, a raczej potwierdzenia ich ważności, do czego w art. 1 powołany jest właśnie Sąd Najwyższy. Kadencji Pierwszego Prezesa SN zmienić ustawą się nie da (wynika z art. 183 Konstytucji), ale ustawowo określany jest wiek jego przejścia w stan spoczynku. I wszystkie inne kwestie też można „załatwić” ustawą, poza stwierdzeniem ważności wyborów do Sejmu, Senatu, wyboru Prezydenta, wyników referendum. Przepisy art. 101, 125 i 129 Konstytucji RP wskazują wprost, że w Polsce może to zrobić tylko Sąd Najwyższy. I tego nie ma, ani jak obejść, ani jak przekręcić.

To, że wymiar sprawiedliwości wymaga reform nie ulega nie ulega dyskusji, ale jeśli zaorana zostanie niezawisłość sędziów, w tym Sądu Najwyższego, to możliwości kontroli władzy w praktyce nie będzie. Walka o SN w naszych realiach to walka o zachowanie tych resztek demokracji, w której prawo góruje nad wolą władców.

Ta przenośnia powstała z tłumaczenia słynnej anegdoty François Andrieux, w której Fryderyk Wielki chciał sobie rozbudować park w Sans Souci, ale zawadzał mu młyn i jego uparty właściciel. Kiedy Fryderyk zagroził wywłaszczeniem, młynarz miał mu odpowiedzieć „Są jeszcze sędziowie w Berlinie”, co skłoniło króla do rezygnacji z planów. Powiastka Le Meunier de Sans-Souci została wydana dwieście lat temu. Ale to tylko anegdota, jakże mało śmieszna w porównaniu z naszymi wygłupami.

Kaszanka à la PiS

Przepis na państwo prawa wg PiS przedstawia się z grubsza następująco. Konstytucja generalnie jest zła, ale jej na razie nie zmienimy. Niewygodne zapisy Konstytucji zastępuje się ustawami pospieszne preparowanymi przez PiS-owskich kauzyperdów, a posłowie tej partii, na rozkaz wodza, podnoszą w nocy ręce do góry, tym samym oddając mu cześć. Podejrzewając, że lewactwo i elity będą się burzyć dobra zmiana spacyfikowała Trybunał Stanu, KRS i Sąd Najwyższy. Tam też zastępuje się prawników „fachowcami”, poszukującymi fuch. Za takie zaprzaństwo PiS hojnie wynagradza. Z naszej kieszeni ma się rozumieć. Na ławników w Sądzie Najwyższym PiS promuje nieuków, którzy w razie potrzeby douczą się. Lenin powiadał, że nawet kucharka może być ministrem, ale wcześniej Napoleon twierdził, że głupota nie przeszkadza być w polityce. PiS te mądrości twórczo rozwija, bo czasy tego wymagają.

Prezydent Duda posunął się nawet dalej. Wydaje decyzje ustnie, a urzędnicy twórczo je rozwijają, też ustnie. Tłumaczą o co prezydentowi chodziło. W razie czego prezydent powie, że go źle zrozumiano.

Premier Morawiecki, a forum europejskim oświadcza, że w Sądzie Najwyższym urzędują sędziowie, którzy w czasach PRL krzywdzili patriotów i pewnie wydawali wyroki śmierci. Ci sędziowie powinni mieć po 100, albo i więcej, lat. Ale to nic. Oni tam, wg premiera są, a na pewno ich duch i dlatego trzeba to wszystko rozwalić, budynki okadzić, fotele zmienić i wszystko poukładać na nowo. Z drugiej strony, PiS pokazuje, i słusznie, że ponad stuletni, dawno nieżyjący, właściciele warszawskich kamienic handlowali nimi, co jest niemożliwe. Ale, wg premiera, w sądach stuletni starcy nadal sądzą i krzywdzą naród.

Premier opisuje obecny sąd jako komunistyczna jaczejkę, która dorabia sobie kradnąc w sklepach. To tak, jak bym występki posła Pięty, Zbonikowskiego i Koguta, oczywiście z PiS, przerzucił na wszystkich posłów z tej partii i nazwał ich sadystami, zdradzającymi żony i skłaniającymi kochanki do aborcji. Posłanka Sobecka też byłaby w tym gronie.

Czy statystyczny obywatel coś w tego rozumie? Nie musi, bo prawnicy mają też zdania podzielone co do takiej reformy, a la PiS. Szeregowy obywatel nadal wierzy, że PiS zrobi porządek i zapanuje prawo i sprawiedliwość. Źli ludzie pójdą do więzień, Źli politycy, ale nie z PiS, zostaną odesłani do Rosji. Pazerni Żydzi wyjadą w końcu na Madagaskar.

Spora grupa obywateli jest przekonana, że do tej pory sądy krzywdziły ludzi i to się w końcu skończy. Problem pojawi się kiedy zwolennik obecnej kaszanki prawniczej trafi do aresztu. Sąd, już działający pod nadzorem prokuratorów i sędziów z nadania PiS, uzna że jest on winien. Na swoje nieszczęście ów skazany nie dość mocno artykułował przed sądem, że kocha Prawo i Sprawiedliwość. Nagle sędzia okaże się złogiem postkomunistycznym i do tego złodziejem, który ukrył się przed dobrą zmianą. Okaże się, że PiS krzywdzi obywatela niewinnego i trzeba coś z tym zrobić. Bo my zawsze jesteśmy mądrzy po szkodzie. Ale na co zmienić? Czerpać wzorce ze Wschodu, czy z Zachodu. Będzie dylemat, ale na pewno trzeba będzie zaczynać od nowa.