Bo do tanga…

Byłem zdecydowanym przeciwnikiem tworzenia Zjednoczonej Lewicy przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Mój wniosek postawiony na posiedzeniu Rady Krajowej SLD, aby Sojusz startował samodzielnie, przepadł w głosowaniu. Swoje wystąpienie zakończyłem zdaniem: „co będzie, jeśli Zjednoczona Lewica otrzyma 7,9 proc. głosów, a PiS dzięki temu uzyska możliwość samodzielnego rządzenia”. Pomyliłem się o mniej niż pół procenta.

Jak dobre wino

Po wyborach – jak to Polak po szkodzie – już prawie wszyscy w partii wiedzieli, że „związek partnerski” Millera z Palikotem był błędem. Dlatego kierownictwo partii zapowiedziało zaniechanie tego typu eksperymentów w przyszłości. Szyld SLD miał być obecny podczas każdych kolejnych wyborów.
W wielu powyborczych dyskusjach zwracałem uwagę, że partia może (i powinna) przechodzić przeobrażenia. Niemniej Sojusz Lewicy Demokratycznej, myśląc o powrocie do Sejmu, powinien przede wszystkim liczyć na swoje siły. Znany wszystkim wyborcom szyld SLD – plus liczne i dobrze zorganizowane struktury partii – będą najlepszym gwarantem sukcesu w następnych wyborach. „Bo SLD jest jak stare, dobre wino” – powtarzałem. Dojrzewające z wiekiem. I oczywiście czerwone…
Czy dzisiaj – na parę miesięcy przed kolejnymi wyborami – coś się zmieniło? Tak!

Bryza

Jeden ze znanych polityków przyrównał uprawianie polityki do surfowania. Gdy nad morzem zawieje wiatr. Gdy pojawi się fala. Można surfować. Nie ma jednak szans ten surfer, który chciałby płynąć pod prąd. Ani polityk.
Rok temu zamysł kierownictwa Sojuszu Lewicy Demokratycznej był jasny. Nie opowiadamy się po żadnej stronie POPiS-owej wojny Kaczyńskiego ze Schetyną. Chcemy iść własną polityczną drogą. Niektórzy nazywali ją „trzecią drogą”. Inni – lewicą społeczną. To miał być wyraźny sygnał dla wyborców. „Nie musicie wybierać pomiędzy PiS i PO” – powtarzał wielokrotnie przewodniczący Czarzasty.
Próbą stworzenia „trzeciej siły” były rozmowy z Polskim Stronnictwem Ludowym, prowadzone wiosną 2018 roku. I przymiarki do wspólnego startu w wyborach samorządowych. Zamówiony wówczas przez obie partie bardzo obszerny sondaż (na próbie 16 tysięcy respondentów) dał obiecujący wynik. Można było się spodziewać, że w wielu województwach taka koalicyjna lista do sejmiku dorównałaby poparciem obu głównym partiom. Ostatecznie jednak ludowcy nie zdecydowali się na wspólny start.
Przebieg wyborów samorządowych pokazał, że hipotetyczna „trzecia siła” i tak nie miałaby wielkich szans. Tak przynajmniej dzisiaj sądzę. Bo „morska bryza” miała inny kierunek.

Dwa bieguny

Sondaże, sondażami. Nawet najdroższe. I robione stuprocentowo rzetelnie. Ale nic tak dobrze nie oddaje oczekiwań wyborców, jak prawdziwe wybory. Wybory samorządowe pokazały postępującą polaryzację sceny politycznej. Na dwa obozy: PiS i antyPiS. Potwierdza to wiele moich koleżanek i kolegów startujących w ostatnich wyborach. To, jaki program mieli do zaoferowania kandydaci, okazało się dla bardzo wielu wyborców sprawą drugorzędną. Najważniejszym było, czy kandydat należy do „armii” PiS-u? Czy antyPiS-u?
Można oczywiście ubolewać, że decyzja o wyborze konkretnego kandydata lub kandydatki na prezydenta, burmistrza i radnego zapadała w oparciu o tak uproszczone kryteria. Ale trudno. W wyborach też obowiązuje zasada sklepowa: „klient ma zawsze rację”. Ostatecznie to wyborcy decydują o wyniku wyborów. Nie politycy.
Uważam, że jedną z najistotniejszych przyczyn słabego wyniku Sojuszu Lewicy Demokratycznej w niektórych regionach Polski była właśnie polaryzacja zapatrywań wyborców. I nie jestem w tym osądzie odosobniony. Dlatego z tamtych wyborów trzeba wyciągnąć wnioski. Żadnemu surferowi nie uda się płynąć pod prąd.

Za Unią

Gdy piszę te słowa, senatorowie debatują nad budżetem. Sejm już go przegłosował. Można niemal w 100 procentach założyć, że Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się na skrócenie kadencji parlamentu. Tak jak pisałem dwa tygodnie temu. A więc wybory do parlamentu europejskiego będą pierwszymi w tym roku. I staną się czymś w rodzaju prawyborów do parlamentu krajowego. Tak zresztą było cztery lata temu. Dobra kampania Andrzeja Dudy (i zła Bronisława Komorowskiego) oraz ostateczne zwycięstwo kandydata PiS-u miało olbrzymi wpływ na późniejszy sukces Zjednoczonej Prawicy w wyborach parlamentarnych.
Nie trzeba być utytułowanym spin-doktorem, aby przewidzieć, pod jakim hasłem będzie przebiegała kampania w wyborach europejskich. To będzie drugie referendum unijne. Wyborcy PiS-u będą tymi, którzy chcą wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Pozostali wyborcy – okażą się proeuropejskimi. Oczywiście politycy PiS-u będą się zarzekali, że nie planują żadnego „polexitu”. Już to robią. To bez znaczenia. Polityka rządzących – osłabiająca pozycję Polski w UE – jest faktem.
Dla wyborców idących do urn 26 maja nie będzie się liczyła żadna „trzecia siła”. Będzie głosował na PiS. Lub antyPiS. Za Unią. Lub przeciw.

Unia kontra Unia

Wybory europejskie będą trudnym orzechem do zgryzienia dla Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego długo zastanawiał się, czy nie skrócić kadencji Sejmu, by najpierw odbyły się wybory krajowe. Jeśli opozycji uda się stworzyć jednolity blok proeuropejski, PiS może te wybory przegrać. Bo zwolenników polskiej obecności w Unii Europejskiej jest cztery razy więcej niż eurosceptyków.
Czy cała antypisowska opozycja będzie w stanie stworzyć jedną listę skupiającą wszystkie siły proeuropejskie? Nawołuje do tego wielu polityków lewicy. „Taki szeroki blok, koalicja wyborcza w wyborach do Parlamentu Europejskiego, powinien po prostu nazywać się Europa” – twierdzi Włodzimierz Cimoszewicz. Mniejsza o nazwę. Wola porozumienia jest – również ze strony SLD. Problemy mogą pojawić się, gdy zacznie się rozmowa o szczegółach. Czyli listach. Bo w tych wyborach jest zaledwie 13 okręgów wyborczych. I tylko 52 mandaty do obsadzenia.
W Parlamencie Europejskim liczącym 705 europosłów (już bez Brytyjczyków) Polska będzie miała niespełna 7,5 proc. reprezentację. Jednakże bardzo ważnym jest, aby w tym gronie znalazło się jak najwięcej przedstawicieli i przedstawicielek sił proeuropejskich. Liczba eurosceptyków i nacjonalistów w Europie rośnie. Wielu z nich wystartuje w najbliższych wyborach. Nie możemy przyłożyć ręki do budowania antyeuropejskich frakcji w samym Europarlamencie. To kolejny argument z wspólnym startem.

Konwencja

Przed Sojuszem Lewicy Demokratycznej trudna decyzja o ewentualnej rezygnacji z samodzielnego startu w wyborach europejskich. I włączeniu się w budowę wspólnego bloku europejskiego. Trudna! Bo z takimi partiami jak Platforma Obywatelska i Nowoczesna zdecydowanie więcej nas dzieli niż łączy. A dla wielu ludzi lewicy ewentualna koalicja wyborcza z partią Grzegorza Schetyny może się okazać równie niezrozumiała, jak cztery lata temu tworzenie Zjednoczonej Lewicy z Januszem Palikotem.
Na początku lutego odbędzie się Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To wówczas zapadnie wiążąca decyzja dotycząca startu SLD w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Według mojego rozeznania i opinii wielu działaczy, z którymi rozmawiałem, Konwencja prawdopodobnie zaakceptuje zamiar tworzenia wspólnej koalicji proeuropejskiej.
Co na to druga strona? W tym najważniejszy ewentualny koalicjant – Platforma Obywatelska. Rozmowy trwają. Oni też z pewnością mają kłopot. Jak wytłumaczyć swoim wyborcom dogadywanie się z „postkomunistami”.

Może sami?

Jak powiedział Włodzimierz Czarzasty, jeśli wysiłki zmierzające do stworzenia wspólnej koalicji proeuropejskiej spełzną na niczym, Sojusz Lewicy Demokratycznej może wystartować samodzielnie. A konkretnie, w ramach koalicji SLD – Lewica Razem, sprawdzonej już dwa razy w wyborach samorządowych. W wyborach europejskich próg wyborczy dla koalicji jest taki sam jak dla komitetu partyjnego – 5 proc. A więc powtórka ze Zjednoczonej Lewicy nam nie grozi. Co wówczas?
Jestem zdania, że taka formuła startu powinna być ostatecznością. Polaryzacja sceny politycznej może okazać w tych wyborach zdecydowanie silniejsza niż w wyborach samorządowych. I oznaczać utratę jakiejś części poparcia z 6,7 proc. uzyskanego przez koalicję SLD – Lewica Razem w wyborach samorządowych.
Rozważając start lewicy pod szyldem SLD – Lewica Razem, pamiętajmy o najważniejszym tegorocznym zadaniu. Powrocie lewicy do Sejmu. Słaby wynik w wyborach europejskich – poniżej wyniku z wyborów samorządowych – może plany powrotu Sojuszu Lewicy Demokratycznej do Sejmu zniweczyć.

Partia Biedronia

Nie sposób nie wspomnieć o inicjatywie Roberta Biedronia. Dysponującego niezwykłym wsparciem części mediów. Jeśli policzylibyśmy ilość godzin spędzonych w studiu telewizyjnym, na przykład TVN, przez przewodniczącego największej partii pozaparlamentarnej i świeżo upieczonego kandydata na szefa nieistniejącej jeszcze partii, to… Ta proporcja miałaby się jak 1 do 100.
Wypromowana przez media – mimo polaryzacji – partia Biedronia ma szansę na przekroczenie progu w wyborach europejskich. Będzie bowiem dla wielu wyborców pachniała nowością. Moim zdaniem, Biedroń jest w stanie przekonać do siebie 7-8 proc. wyborców. Odbierze głosy przede wszystkim Platformie Obywatelskiej i Nowoczesnej. Ale Sojuszowi Lewicy Demokratycznej również – nie łudźmy się.
Rozważając samodzielny start SLD lub w ramach szerszej koalicji proeuropejskiej nie sposób nie zauważyć nowej siły politycznej – konkurencyjnej dla SLD. Dlaczego nie dogadacie się z Biedroniem – pytają mnie działacze. Odpowiedź jest oczywista dla każdego pragmatyka politycznego. Mimo gładkich słów i uśmiechów, Robert Biedroń nie zdecyduje się na siadanie przy jednym stole z działaczami swojej byłej partii. Bo wówczas ten „zapach nowości” natychmiast by się ulotnił.

Bo do tanga

Wielokrotnie na łamach Trybuny pisałem o celowości startu SLD pod własnym lewicowym szyldem. Dlaczego dzisiaj – na cztery miesiące przed wyborami europejskimi – uważam inaczej? Starałem się to wytłumaczyć. Że tegorocznego „wyborczego tanga” nie da się zatańczyć w pojedynkę.

Dylemat władzy autorytarnej

Tragedia gdańska postawiła rządzący Polską już czwarty rok obóz Zjednoczonej Prawicy przed trudnym do rozwiązania dylematem. Z jednej strony politycy tego obozu musza jakoś odnieść się do morderstwa, które – niezależnie od tego, czy i w jakim stopniu sprawca jest psychicznie chory – rzuca cień na dotychczasową politykę tego obozu, gdyż dramatycznie uwypukla konsekwencje prowadzonej od lat kampanii nienawiści i oszczerstw kierowanych pod adresem opozycji, w tym także zamordowanego Pawła Adamowicza. Znam niektórych polityków tego obozu i wiem, ze nie wszystkim ta kampania się podobała, chociaż nie mieli odwagi, by się jej w porę przeciwstawiać. Teraz nie da się już dłużej chować głowę w piasek. Trzeba zdecydować się, czy telewizja „publiczna” ma być nadal tubą tak brutalnie, jak dotąd, prowadzonej partyjnej propagandy i czy prokuratura ma nadal umarzać postępowania w sprawie mowy nienawiści, a nawet brać w obronę ludzi publicznie głoszących faszystowskie i rasistowskie poglądy. Losy dwóch mandatariuszy obozu władzy a zarazem najbardziej oczywistych symboli dotychczasowej polityki – Jacka Kurskiego i Zbigniewa Ziobry – zależą od tego, jak przywódca obozu rządzącego Jarosław Kaczyński oceni znaczenie polityczne tej sprawy.
Ma ona jednak drugi aspekt. Reakcja (zwłaszcza internetowa) na to, co stało się w Gdańsku, pokazuje, że morderca ma całkiem licznych fanów, którym nienawiść do „lewactwa” odbiera zdolność moralnej oceny i którzy oczekują od obecnej władzy co najmniej przyzwolenia na kontynuowanie dotychczasowej kampanii wrogości. Ludzie ci nie zrozumieją i nie zaakceptują jakiegokolwiek działania, które oznaczałoby wycofanie się obozu rządzącego z polityki tolerowania i cichego wspierania ich działań. Mają zaś zwolenników także w szeregach politycznych Prawa i Sprawiedliwości, o czym świadczy chociażby absencja radnych tej partii na posiedzeniu Rady Miejskiej w Łodzi poświęconym uczczeniu pamięci Pawła Adamowicza. W samym kierownictwie PiS widać wahania w tej sprawie. Nawet gdyby przyjąć kuriozalną tezę o niezamierzonym „spóźnieniu się” trzech bardzo ważnych polityków tej partii na posiedzenie Sejmu w czasie, gdy oddawano cześć zamordowanemu prezydentowi Gdańska, niewytłumaczalne pozostaje milczenie prezesa Kaczyńskiego przed i po tym incydencie.
Szef partii rządzącej jest więc między przysłowiowymi młotem i kowadłem. Cokolwiek zrobi, będzie to pociągało za sobą polityczne straty. Albo bowiem wahając się i cofając przed jednoznacznym potępieniem faszyzujących fanatyków skrajnej prawicy zrazi do swego obozu umiarkowanych, albo narazi się na to, że rozczarowani fanatycy opuszczą go i spróbują sił samodzielnie startując w tegorocznych wyborach. Gdyby do tego doszło, obowiązująca ordynacja wyborcza spowodowałaby, że dotychczasowy obóz rządzący w wyniku podziału utraciłby tę premię, która w 2015 roku przekształciła 37-procentowe poparcie wyborcze w absolutną większość sejmową. Były to koniec dotychczasowych rządów.
Dylematu podobnego nie ma idol polskiej prawicy – węgierski premier Victor Orban. Jego prawicowa i autorytarna partia wielu wyborcom jawi się jako umiarkowana przeciwwaga dla jawnie faszyzującej partii Jobbik, mającą drugą co do wielkości reprezentację parlamentarną. Orban jednak mógł sobie pozwolić na rezygnację z poparcia skrajnej prawicy, gdyż miał ( i ma ) do czynienia ze znacznie słabszą niż w Polsce opozycją demokratyczną. Dlatego Jarosław Kaczyński nie może, nawet gdyby chciał, wzorować się na swoim węgierskim idolu.
Wybór, przed którym stoi Jarosław Kaczyński, ma doniosłe i długofalowe konsekwencje polityczne. Nie idzie tylko o bardzo wysokie prawdopodobieństwo przegrania tegorocznych wyborów, ale także o charakter i los głównej partii prawicowej na wiele lat. Jeśli odetnie się ona od faszyzujących sojuszników ze skrajnej prawicy, utraci wprawdzie ich głosy, ale zachowa znaczną część umiarkowanych wyborców a z czasem może przekształcić się w normalną partię konserwatywną, posiadającą zdolność do skutecznej rywalizacji wyborczej. Jeśli natomiast w imię jedności swego obozu będzie tolerowała ich w swych szeregach, utraci poparcie umiarkowanych i na trwałe przekształci się w coś na kształt francuskiego Frontu Narodowego – partię stosunkowo silnie zakorzenioną w środowiskach skrajnie prawicowych, ale notorycznie niezdolną do wygrania wyborów.
W najbliższym czasie okaże się, jakiego wyboru dokona przywódca obozu rządzącego. Sprawdzianem będą nie słowa i gesty, lecz posunięcia personalne. Dwie osoby w stopniu szczególnie wielkim symbolizują dotychczasową politykę, przez co ich dymisja lub pozostanie przez nich na zajmowanych stanowiskach – bardziej niż jakiegokolwiek deklaracje – powiedzą nam, który wariant wyjścia z obecnego dylematu wybierze Jarosław Kaczyński. Są to prezes „publicznej” telewizji i minister sprawiedliwości.
Fatalnym ( dla rządzących) zbiegiem okoliczności dzieje się to na cztery miesiące przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które – lepiej niż sondaże socjologiczne – pokażą skalę poparcia dla obozu rządzącego. Wiele wskazuje na to, że nie będzie to sukces tego obozu, ale otwarte pozostaje pytanie, jak wielkie poniesie on straty i jak znaczna okaże się przewaga opozycji. Parę miesięcy później wybory parlamentarne przesądzą, czy nasz kraj kontynuować będzie marsz ku nowemu autorytaryzmowi, czy też stanie się pierwszym państwem, w którym ugrupowanie autorytarne utraci władzę w wyniku wyborów.
Niemal dwa lata temu, w tekście przeznaczonym dla międzynarodowego środowiska naukowego („New authoritarism in a comparative perspective”, Studia Sociologiczno-Polityczne, nr, 2, 2017) analizując sytuację polską na tle innych systemów „nieliberalnej demokracji”, sformułowałem tezę, że Polska może stać się pionierem w procesie odbudowy ładu demokratycznego w wyniku wyborczej porażki ugrupowania autorytarnego. Wtedy teza ta spotykała się ze sceptycyzmem, gdyż wiele wskazywało na bardzo mocną pozycję Zjednoczonej Prawicy i na słabość – podzielonej i skłóconej – opozycji. Początek 2019 roku – przez tragedię gdańską – zmienił obraz polskiej polityki. Dziś tylko waśnie i rozbicie opozycji mogłoby uratować Prawo i Sprawiedliwość przed utratą władzy.

Kościół katolicki w Polsce – tysiąc lat i wystarczy

Z prof. JANEM HARTMANEM, filozofem i bioetykiem, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Na kilka dni przed ogłoszeniem przez Barbarę Nowacką projektu ustawy o rozdziale Kościoła od Państwa napisał Pan na swojej stronie „Loose Blues” tekst „Rozdział Kościoła od Państwa – jakaś kpina”, krytyczny wobec tej inicjatywy. Po wystąpieniu Nowackiej 6 stycznia podtrzymuje Pan tę krytyczną opinię?
Tak, bo to jest przykład arogancji i nielojalności polityków wobec swoich kolegów, obojętnych na to co oni robią i gotowych na wszystko, aby promować swoją osobę. Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej jest jednym ze stowarzyszeń i partii politycznych, które przed rokiem, 29 stycznia 2018 roku, podpisały deklarację o świeckości państwa. Zgodnie z tą deklaracją ruszyły prace zespołu nad projektem ustawy o świeckości państwa. I gdy projekt jest już jest na ukończeniu i niebawem zaczniemy zbierać podpisy, Barbara Nowacka wcięła się ze swoją inicjatywą. To jest z jej strony nielojalność, a nawet rodzaj dywersji. W jakiej sytuacji postawiła ona te organizacje, które finalizują projekt i przymierzają się do zbierania podpisów? Przecież wychodzimy na idiotów, skoro dwie sojusznicze organizacje przygotowują dwa projekty i dwie akcje zbierania podpisów. Obawiam się jednak, że jest jeszcze gorzej, że Barbara Nowacka ma to w nosie. W ciągu kilkunastu lat mojej działalności na tej niwie nie widziałem jej na spotkaniach, manifestacjach poświęconych walce o świeckość państwa polskiego. To nie jest jej działka. Ponadto Barbara zignorowała zaproszenie na spotkanie ze środowiskami laickimi i racjonalistycznymi, jakie skierowano do niej, gdy zapowiedziała swoje wystąpienie na 6 stycznia. Niestety, polska polityka opiera się na prawie dżungli. Co prawda jest to tylko zabawa w dżunglę, ale czasami ta zabawa prowadzi do całkiem realnych szkód. Polska polityka jest infantylna, jest jak gra komputerowa, w którą grają niefrasobliwe dzieciaki. Każde trzyma wirtualny nóż za plecami i wszystkich to bawi. Niestety, dramat w Gdańsku pokazał, że gdy jakość życia publicznego jest niska, może też pojawić się nóż prawdziwy.

Powróćmy do punktu wyjścia, do kwestii „rozdziału”…
Samo deklarowanie formuły rozdziału Kościoła od państwa jest niebezpieczne, bo legitymizuje pozycję Kościoła katolickiego jako równorzędnego partnera państwa polskiego, a dla niego równorzędnym partnerem są tylko inne państwa. Nie można mówić takim językiem, bo to umacnia tylko feudalną pozycję Kościoła. Ponadto ograniczenie nielicznych, wybranych przywilejów tym bardziej utrwali i legitymizuje pozostałe, a sam rozdział siłą rzeczy będzie oznaczał rozgraniczenie kompetencji władzy administracyjnej dwóch równoważnych podmiotów. Tymczasem Kościół nominalnie nie jest segmentem władzy i nie ma prawa nią być, choć sobie to w praktyce uzurpuje. Sposób myślenia polegający na tym, że Kościół ma w państwie swój zakres władzy, oddzielony od zakresu władzy świeckiej, pochodzi z czasów feudalizmu, nawiązuje do epoki wojen okresu Reformacji i pokoju augsburskiego, będąc formą myślenia postfeudalnego. Dziś mówienie o „rozdziale Kościoła od państwa” jest niczym nieusprawiedliwionym gloryfikowaniem i legitymizowaniem Kościoła jako jednego z ośrodków władzy. Podejrzewam, że Barbara Nowacka się nad takimi problemami nie zastanawia. Ponadto problem relacji państwo-Kościół jest w Polsce stawiany w sposób infantylny i obłudny. W Europie Zachodniej już od XVII wieku kwestia tych relacji stawiana była zgodnie z ówczesnymi realiami, wynikającymi z konfliktu między interesami suwerennego państwa narodowego i Kościoła. Wtedy można było mówić o rozdziale tych dwóch realnych władz politycznych. W Polsce kwestia Kościoła nigdy nie stanęła jako kwestia niepodległościowa. Tymczasem jeśli państwo polskie jest suwerenem, a powinno, to zewnętrzne czynniki państwowe (a biskupi polscy, którzy są zobowiązani do lojalności wobec Watykanu, są urzędnikami obcego państwa) nie mogą wpływać na prawo i rządy państwa polskiego. A tak się przecież w Polsce dzieje. Lojalności biskupów wobec państwa polskiego i wobec Watykanu niejednokrotnie wchodzą ze sobą w konflikt. Obce państwo nie może mieć szczególnych praw na terenie Rzeczypospolitej. Tymczasem Kościół zasłaniając się pozorem, że jest wewnętrzną polską instytucją, korzysta z wszelkich praw obcego na terenie innego państwa, wobec czego jest de facto eksterytorialny. Każdy budynek kościelny jest w zasadzie wyłączony spod jurysdykcji polskiej, na podobieństwo obcej ambasady. Ta haniebna dla państwa polskiego sytuacja jest usankcjonowana w konstytucji, bo jest w niej wymienione z nazwy obce państwo, Stolica Apostolska, jako strona konkordatu. Polska zobowiązała się w konstytucji, że zawrze z nim nierównoważną, niesymetryczną umowę, uprzywilejowującą obce państwo, jakim jest Stolica Apostolska. Konkordat nie jest umową równych stron, lecz aktem hołdu, składając się prawie wyłącznie ze zobowiązań strony państwa polskiego i tylko z jednego zobowiązania Watykanu wobec Polski, które jest tak sprzeczne z jego interesem, że nikt nie mógł brać tego na serio – że mianowicie Kościół nie będzie wtrącać się w sprawy wewnętrzne Polski. Miesza się na każdym kroku. Pod dokumentem podpisał się Jan Paweł II, któremu, zgodnie z preambułą konkordatu, składa się go w hołdzie. To żenujące. Niestety nadal duża część polskiego społeczeństwa tę wasalność państwa wobec Watykanu traktuje jako coś oczywistego, a na ogół w ogóle tego nie zauważa. Podobnie jak w czasach zaborów tylko kilkunastoprocentowa społeczność patriotów polskich zdawała sobie w pełni sprawę z opresji. Większość chłopów pod zaborami biernie akceptowała władzę Petersburga, Berlina czy Wiednia i oburzała się na tych, którzy tę władzę próbowali podważyć. Obecne polskie społeczeństwo także nie dojrzało jeszcze do suwerenności, Polska nie jest całkiem niepodległym państwem, a ta niepodległość w stosunku do Watykanu zaczyna się rodzić, gdy ta kwestia przestaje być tabu. Najpierw zacznie się o tym mówić, a potem coś z tym robić. Nie ma jednak nadziei, że szerokie kręgi społeczeństwa włączą się w walkę o niepodległość Polski. Patriotyzm zawsze był i jest przywilejem mniejszości. O niepodległość najpierw walczy mniejszość. Pokazuje to choćby przypadek legionistów Piłsudskiego w 1918 roku, których wielu ludzi traktowało jak wichrzycieli. Upłynie sporo czasu, zanim większość uświadomi sobie, że Polska jest haniebnie niesuwerenna wobec obcego państwa zwanego Stolicą Apostolską. A poza wszystkim, wbrew szumnej deklaracji Barbary Nowackiej o „rozdziale”, jej inicjatywa nie zawiera nic więcej poza niewielkimi korektami w zakresie finansowania Kościoła.

Taką argumentację jak Pana, Kościół katolicki zwykł określać jako walkę z nim…
My, zwolennicy niepodległości Polski, nie chcemy walczyć z Kościołem katolickim, chcemy go potraktować po chrześcijańsku. Nie chcemy by był dyskryminowany, za to chcemy, żeby był traktowany dokładnie tak, jak inne instytucje społeczne. Równość jest wartością, z którą Kościół walczył przez stulecia, ale udało się stworzyć świat oparty na wartościach konstytucyjnych, mających zakorzenienie także w ideach chrześcijańskich. Nie chcemy więc, by był upokarzany nadanymi mu nieuprawionymi przywilejami. Jeśli Kościół chce być mocny, niech będzie mocny wiarą swoich członków, a nie mocą państwowego przymusu prawnego, zapisanego w konstytucji i ustawach. My, to znaczy liberałowie i patrioci domagamy się suwerenności i niepodległości państwa polskiego. Jesteśmy wrogami kościelnej tradycji mordowania i eliminowania przeciwników. Jesteśmy zwolennikami prawnej ochrony Kościoła i chrześcijańskiej tradycji niedyskryminowania, od której Kościół odszedł już u swojego zarania. Wracając do wystąpienia Barbary Nowackiej – każdy kto występuje z takimi inicjatywami, a nie staje na gruncie suwerenności i niepodległości Polski w jej relacjach z monarchią watykańską, tak naprawdę świadomie działa na rzecz potęgi Kościoła. Bowiem działa on tak właśnie, że gotów jest oddać niektóre mniej ważne przywileje w zamian za zachowanie statusu postfeudalnego. Nie ma rozdziału Kościoła od państwa, tak jak nie ma rozdziału państwa od Inicjatywy Polskiej. Państwo polskie może rozdzielać się co najwyżej od innych państw. Niech się więc w ten sam sposób oddzieli od Stolicy Apostolskiej, a nie jej hołduje w traktacie międzynarodowym zwanym konkordatem, na kolanach, z całowaniem biskupich pierścieni. Tak się dzieje od tysiąca lat i to się wreszcie musi zmienić, jeśli Polska ma odzyskać, a raczej uzyskać godność.

Wspomniał Pan o problemie dojrzałości polskiego społeczeństwa do suwerenności i niepodległości także w stosunku do Stolicy Apostolskiej i Kościoła katolickiego. Chyba jest do tego niestety jeszcze daleko, bo przecież to tenże Kościół był szafarzem uroczystości pogrzebowej zamordowanego Pawła Adamowicza. Siła symbolicznego oddziaływania Kościoła na obyczaje w Polsce, niezależnie od napięć między nim a obozem opozycyjnym, liberalno-lewicowym, jest nadal wielka. Czy jest w Polsce szansa uchylenia się od rytualnej dyktatury katolickiej?
Prezydent Adamowicz był przedstawicielem chadecji, czyli umiarkowanego, demokratycznego, oświeconego nurtu chrześcijaństwa, człowiekiem nowoczesnej prawicy. Taka też jest formacja polityczna, z której się wywodził. Nic więc dziwnego, że odwołano się do katolickiego rytuału, bo takimi jak Adamowicz, Schetyna czy Tusk jest wielu Polaków. W Gdańsku dobrze zaznacza się podział w polskim Kościele, bo z kolei arcybiskup gdański jest fundamentalistą i to skompromitowanym. Jednak w takich okolicznościach trudno było nie dopuścić Głódzia czy Andrzeja Dudy do udziału w pogrzebie, choć rodzina wolała, żeby homilię wygłosił któryś z liberalnych księży. Całe szczęście, że nie było Kaczyńskiego. Ta uroczystość i mobilizacja społeczna wokół tragicznej śmierci Adamowicza pokazała jeszcze jedno. Pokazała, że Polacy bardzo potrzebują emocjonalnego uniesienia, moralnego wzmożenia, że potrzebują bohaterów, potrzebują ofiary krwi, wokół której mogliby się gromadzić…

…bo Polacy są narodem sentymentalnym, na co już dawno zwracał uwagę choćby Stanisław Brzozowski…
To prawda. Jednak ta emocjonalna mobilizacja jest pozytywna, byle tylko poszła za nią jakaś aktywność. By z tego gniewu i troski coś dobrego wyrosło. By politycy różnych odłamów opozycji znaleźli w sobie na tyle siły, mądrości odpowiedzialności, aby zjednoczyć swoje siły w walce z reżimem, a nie wrócili do partyjnego egoizmu. Odpowiedź na to da kilka najbliższych tygodni. Bardzo wiele zależy od stanu ducha kilku konkretnych osób, w tym Grzegorza Schetyny, od tego czy będzie on w stanie wznieść się ponad animozje, także we własnym obozie, ponad chłód jaki dzieli go od Donalda Tuska, z którym nie rozmawia. To prawdziwe nieszczęście, bo czy nam się to podoba czy nie, od tych dwóch polityków w przeważającym stopniu zależy uratowanie polskiej demokracji. Mam nadzieję, że dojdzie do konsolidacji opozycji, będą wspólne listy wyborcze, Schetyna będzie temu patronował, a Donald Tusk powróci jako kandydat na prezydenta. A co do Pawła Adamowicza, to choć nie należy robić z niego świętego, to właśnie jako polityk może dobrze pełnić rolę symbolicznego patrona jednoczenia opozycji. Musimy się po tych wszystkich strasznych wydarzeniach zebrać w sobie i odpowiedzialnie stworzyć skuteczną koalicję, także oczywiście z udziałem lewicy.

W moim odczuciu mord na Adamowiczu, jako nieprzewidziany czynnik „epsilon” w biegu politycznych zdarzeń przesunął PiS z pozycji – jednak – faworyta tegorocznych wyborów parlamentarnych, na krawędź tej szansy. A co Pan o tym sądzi?
Zgadzam się, zwłaszcza, że to osłabia personalnie Kaczyńskiego, który przegrywa kolejne kampanie, po porażce z ustawą o IPN, z sądami, po rejteradzie w sprawie próby całkowitego zakazu aborcji. Kaczyński przegrywa na wielu frontach, nie jest w stanie pozbyć się Ziobry, który mu ewidentnie szkodzi i ma spory zakres władzy w obozie rządzącym. Kaczyński wyraźnie słabnie, jest chory, mało aktywny, prawie nieobecny. To będzie powodowało nasilenie walki o przejęcie po nim steru PiS, co w roku wyborczym będzie dla nich szczególnie niekorzystne. PiS jest już teraz w głębokiej defensywie, rozbite, wewnętrznie zdezorientowane, jest na etapie oczekiwania na odejście przywódcy, na moment, kiedy będzie można ostatecznie się go pozbyć. Jest to utrudnione przez utrwalony w PiS mit o jego geniuszu strategicznym, wiarę w jego zdolność do przeprowadzenia partii przez wszystkie trudności, choć jednocześnie działacze widzą, że to już nie jest ten sam Kaczyński co trzy lata temu. W PiS silna jest frakcja radykalna, chętna do przejęcia przywództwa, ale fakt że na jej czele jest kilku „charyzmatycznych”, konkurujących liderów, nie ułatwia przejęcia przez nią inicjatywy.

Kogo przede wszystkim ma Pan na myśli?
Ziobrę i Macierewicza, ale też Mateusza Morawieckiego. Jednak ten ostatni, ulubieniec prezesa, choć jest uważany za naturalnego następcę, jest tak bardzo słaby intelektualnie, że oni sami by się go bali.

W PiS nie wiedzą, czy mogą już zaprowadzić Kaczyńskiego na „skałę tarpejską”…
Ale widać, że słabnie, fizycznie i psychicznie, że jest chory, choć tak naprawdę nie wiemy co mu jest. On się do tego stopnia zapada w sobie, że chyba nie będzie już w pełni kontrolować procesu ustalania list wyborczych. Żyje w świecie swoich wyobrażeń, urazów, bardzo odklejony od rzeczywistości. Minęło już nieco czasu od mordu na Adamowiczu, a Kaczyński nadal nie zabrał głosu w tej sprawie. Jeśli faktyczny przywódca państwa nie zabiera głosu w sprawie tak dramatycznej, wręcz historycznej, która jest cezurą, o której zapewne będą wzmianki w podręcznikach do historii jako o „krwawym chrzcie” polskiej polityki po roku 1989, to owo milczenie podważa jego władzę. Nic istotnego nie powiedzieli co prawda także Duda i Morawiecki, ale oni nie są poważnymi ludźmi i politykami, nie mają żadnego autorytetu. Natomiast Kaczyński stracił okazję, by powiedzieć, że zdarzyła się rzecz straszna, wskazać na mowę nienawiści jako na jej źródło i pojednawczo wezwać wszystkich do pomiarkowania się, no i oczywiście uderzyć się także we własne piersi. Takie słowa, choć konwencjonalne, w ustach Kaczyńskiego nabrałyby niezwykłego znaczenia. A jednak nie potrafił się na to zdobyć, choć ma podaną na talerzu okazję do poprawienia swojego fatalnego wizerunku w większości społeczeństwa.

Dlaczego tego nie robi?
Dlatego, że choć wie, że to by mu się politycznie opłacało, to on nie chce tego powiedzieć. On tak bardzo nienawidzi swoich wrogów, że tego z siebie nie wykrztusi. Jego własna nienawiść jest silniejsza od niego. I choć na taką jego pojednawczą deklarację czekają miliony sentymentalnych Polaków, to on nie jest w stanie się przełamać, nie jest w stanie wyjść poza swoje negatywne emocje, odblokować się. Ta sytuacja go przerosła.

Wróćmy do kwestii roli Kościoła kat. w Polsce. Po 1989 roku wiele osób, w tym ja, liczyło na szybki proces laicyzacji, sekularyzacji Polski. Pojawiło się też wiele inicjatyw laickich, pojawił się jawny antyklerykalizm, tygodnik „Nie” odniósł ogromny sukces. Mimo to laicyzacja, przebiegała bardzo powoli, a Kościół kat. zagarniał kolejne obszary wpływów politycznych, wpływał na stanowione prawo, bogacił się kosztem państwa i obywateli. W ostatnim czasie, na tle afer pedofilskich wśród kleru, po pojawieniu się filmu „Kler” nastrój się zmienił i wydaje się, że wzmocniły się przesłanki do przyspieszenia procesu laicyzacji. A co Pan o tym sądzi?
To rzeczywiście przez pierwsze trzy dekady szło wolno. Nie mogło być inaczej, dopóki żył papież Karol Wojtyła. Po 2005 roku, po jego śmierci, przyszło kilka lat jego posthumalnego, żałobnego kultu, który już w zasadzie się wypalił. To wypalanie się zostało zatrzymane przez sprawę smoleńską, która dodała paliwa także Kościołowi. Na tym paliwie Kościół dojechał do „drugiego” PiS w 2015 i dopiero teraz, gdy zaczyna zapadać się po ciężarem własnych win i niegodziwości i wewnętrznego zepsucia, które staje się wiadome i społeczeństwu i samemu klerowi. Wielu ludzi do tej pory nie zdawało sobie sprawy, jak przerażająca jest instytucja Kościoła. Na dodatek Kościół nie bardzo może dalej iść tą drogą, bo już nie bardzo może jeszcze głębiej sięgać do kasy państwa, a granica wytrzymałości społecznej została osiągnięta. Społeczeństwo jest zdegustowane i rozczarowane złodziejstwem i pychą kleru. Kościół zaczyna też mieć problemy ze strawieniem tego co połknął, bo utrzymanie tych wszystkich nieruchomości wymaga ogromnych pieniędzy. Partia, która go osłania i karmi ma bardzo poważne problemy i być może już zaczęła z wolna schodzić ze sceny politycznej. Kościół nie ma też jednolitego przywództwa, nie ma twarzy, nie ma ludzi dużego formatu, jak kiedyś Wojtyła czy Wyszyński, lecz jest konfederacją udzielnych biskupstw, a groteskowy i przerażający zarazem kierownik Rydzyk nie ma formatu duchownego, lecz format szefa patologicznego biznesu. Nie znaczy to, że Kościół odda władzę bez walki. Jego choroba będzie bardzo hałaśliwa i hałaśliwe będzie oddawanie kolejnych pól, np. wychodzenie religii ze szkół. Pewne przywileje Kościoła będą trwały jeszcze przez dziesięciolecia. Jednak ograniczenie jego władzy nastąpi w ciągu kilku najbliższych lat, a poza tym zmieni się przywództwo. Sami zrozumieją, że w ich interesie jest, by z państwem i społeczeństwem kontaktowali się hierarchowie kulturalni, grzeczni, umiarkowani, jak to jest na Zachodzie. Myślę, że zbliży się do zachodnich standardów w ciągu 20-25 lat. Koniunktura przed nimi rysuje się słabo, a czyściec pedofilski Kościoła jest dopiero przed nim. Gdy ludzie dowiedzą się, że można uzyskać odszkodowania, pójdą gremialnie do sądów, a już był precedens z Towarzystwem Chrystusowym. Kościół będzie chciał przerzucić ten finansowy ciężar na państwo i jeśli by rządzili ludzie pokroju Ziobry, to dokonywaliby transferów finansowych na rzecz Kościoła, by mu to zrekompensować, ale i to do czasu. Jeśli natomiast będzie liberalna władza, to tylko patrzeć jako pojawią się jacyś prokuratorzy i sędziowie, którzy doprowadzą do głośnych, spektakularnych procesów księży, nie takich pokątnych i rzadkich jak to obecnie zdarza się na prowincji typu Tylawa. Mogą być też procesy o nadużycia w Komisji Majątkowej, na przykład w kwestiach zaniżonych wycen majątków służących za rekompensatę majątków utraconych, będących jednym z instrumentów bogacenia się Kościoła. Natomiast politycy, którzy stworzyli Komisję Majątkową, od której decyzji ustawa nie przewidywała odwołania, powinni stanąć przed Trybunałem Stanu. Na pewno nie wszystko, ale kilka afer da się ujawnić, a winnych ukarać. Powtórzę, jeszcze 20-25 lat i Kościół katolicki w Polsce znajdzie się na należnym sobie miejscu.

Czyżby nasze generacje miały to szczęście, by być tego świadkami, tak jak nie mieli takiej szansy tacy ludzie jak Kazimierz Łyszczyński, ścięty tylko za deklarację ateizmu w 1689 roku na Rynku w Warszawie?
Takim ludziom jak Łyszczyński też coś zawdzięczamy, bo dziś bycie antyklerykałem nie stwarza – na ogół – fizycznego zagrożenia, a dla nich było śmiertelne. Nawiasem mówiąc, najwięksi antyklerykałowie z jakimi się spotkałem, to eks-księża albo księża na wylocie. Podejrzewam, że popularny ksiądz Kaczkowski też by odszedł z firmy, gdyby przedwcześnie nie zmarł na raka. Mnie by przez usta nie przeszło to, co on mówił o swoim Kościele. Największymi antyklerykałami są ci, którzy znają tę instytucję od wewnątrz, n.p. XVIII-wieczny francuski ksiądz Jean Meslier, którego „Testament” jest sugestywnym i po kilku wiekach przerażająco aktualnym obrazem Kościoła katolickiego…

…czy choćby premier Francji Emil Combes, który przeforsował rozdział Kościoła od Państwa w 1905 roku, ekszakonnik. Co do Łyszczyńskiego, to w 1989 roku pojawił się pomysł uhonorowania jego pamięci tablicą w miejscu stracenia, w 300-rocznicę tego zdarzenia, ale to się rozmyło. Nie sądzi Pan, że warto by do tego pomysłu powrócić, a nawet tym razem pomyśleć o pomniku Łyszczyńskiego?
Tak uważam, ale trzeba poczekać na odpowiedni moment. Trzeba by przekonać do tego prezydenta Rafała Trzaskowskiego, a Platforma Obywatelska jest do tego jeszcze nieprzygotowana. W Rzymie, kilka kilometrów od Watykanu, na Campo di Fiori, stoi pomnik Giordano Bruno, a my mamy Kazimierza Łyszczyńskiego, który – paradoksalnie – jest ceniony na Białorusi, ale nie w swojej ojczyźnie. Jego postać także mnie jest bliska, choćby dlatego, że zagrałem go w ulicznym widowisku rekonstrukcyjnym jego egzekucji. Jednak jestem przekonany, że już niedługo możemy spodziewać się wiatru historii, który umożliwi godne uczczenie tej postaci.

Dziękuję za rozmowę.

Szaleństwo jest przywilejem

„Fakty są takie, że ten człowiek w ogromnej frustracji, a także w przekonaniu o własnej rewolucyjnej sprawczości, dopuszcza się czynu nienawistnego, przemocowego”. Piotr Nowak (strajk.eu) rozmawia z dr Ewą Majewską – filozofką feministyczną z Uniwersytetu Warszawskiego.

13 stycznia wieczorem byłem pod Pałacem Kultury, gdzie trwało Światełko do Nieba. Tam właśnie przeczytałem o tragicznych wydarzeniach w Gdańsku. Pierwsze, co przyszło mi na myśl to: nie jestem w ogóle zaskoczony. Nienawiść była w polskiej polityce od dawna, a jej poziom narastał. A co Pani wtedy pomyślała?
Mniej więcej to samo. Mowa nienawiści jest elementem praktyk dyskryminacyjnych, które prowadzą do drastycznych czynów przemocowych. Od kilkunastu lat zawodowo zajmuję się działaniami antydyskryminacyjnymi. Ważną częścią tej pracy jest edukacja równościowa: przeciwko stereotypom, o prawach człowieka, prawach kobiet i mężczyzn, mniejszości. W ramach tej działalności miałam okazję się przekonać, że najskuteczniejsza jest prewencja. Rozbrajanie, omijanie, warsztatowe przepracowywanie mowy nienawiści.
To, co się stało w Gdańsku, zabójstwo prezydenta Pawła Adamowicza, znajomego moich rodziców jest tragedią, której można było w moim przekonaniu zapobiec. Tak jak podobnym wydarzeniom. Tym razem został zamordowany prezydent dużego miasta i o tym wszyscy słyszymy, ale bardzo wiele było napaści na obcokrajowców, uchodźców, w Warszawie pobito m.in. uchodźczynię, małą dziewczynkę. Za kolor skóry. Takie osoby są napadane i bite, ale takich zdarzeniach nie zawsze słyszymy. Tymczasem na zapobieganie takim wydarzeniom jest proste lekarstwo. Ono oczywiście nie jest 100 proc. skuteczne, ale jest i tak jest najlepszym, jakie znamy. To zaniechanie i powstrzymanie fali rewanżyzmu, stereotypizacji, mściwości, czyli mowy nienawiści w języku debaty politycznej i w parlamencie.

Piotr Ikonowicz napisał, że „zabójca prezydenta Gdańska jest idiotą, zbirem, trudno mu przypisać pobudki polityczne”.
Wydaje mi się, że Piotr Ikonowicz pomylił życie z tragedią. To, co Pan przytoczył przypomina strofę z Makbeta „Życie jest cieniem ruchomym jedynie, nędznym aktorem, który przez godzinę pyszni i miota się po scenie, aby umilknąć później na zawsze”. W moim przekonaniu słowa Piotra Ikonowicza sprawiają wrażenie odniesienia do fikcyjnej opowieści i nie mają związku z faktami, których mówimy. A one prezentują się tak: biały mężczyzna, przypuszczam, że z niższej klasy średniej…

Ukończył tylko szkołę podstawową.
Tak, ale jeśli chodzi o kapitał społeczny, można przypuszczać, że to niższa klasa średnia. Jak na polskie warunki oczywiście, bo według francuskich to byłby lumpenproletariat. Fakty są takie, że ten człowiek w ogromnej frustracji, a także w przekonaniu o własnej rewolucyjnej sprawczości, dopuszcza się czynu nienawistnego, przemocowego.

To nie było szaleństwo?
Szaleństwo jest wtedy, kiedy ktoś mówi, że nad nami leci niebieski słoń. Informacje o zaburzeniu psychicznym nie zostały w końcu potwierdzone, a Polskie Towarzystwo Psychiatryczne wydało oświadczenie, w którym przypomina, że kojarzenie przestępstwa popełnianego z nienawiści z chorobą psychiczną jest błędne. Takie oświadczenia są wydawane na całym świecie w każdej podobnej sytuacji. Psychiatrzy wskazali, że jest to łatwe rozwiązywanie trudnego problemu, diagnoza niedorzeczna i nieprawdziwa. Z mojej perspektywy, każdy biały mężczyzna z niższej klasy średniej zostanie usprawiedliwiony.
Co innego kobiety. Kilkanaście lat temu była seria napaści, o które podejrzewano Czeczenki. Pojawił się wówczas model „terrorystki czeczeńskiej”. Fatalna, w dużej mierze medialna historia. Czy u tych kobiet podejrzewano szaleństwo? Nie. Czy osoba, która ma ciemniejszy kolor skóry, uwikłana w jakieś przestępstwo, jest diagnozowana jako szalona? Nikt się nie zastanawia, czy sprawcy zamachów w Londynie czy Madrycie byli poczytalni. A pamiętajmy, że w sądach niepoczytalność jest okolicznością łagodzącą. Na takie traktowanie mogą liczyć jedynie biali mężczyźni z klasy wyższej. Nędzarze nigdy. Odsuńmy takie postrzeganie, jedno z drugim nie ma wiele wspólnego, a psychiatrzy zwracają uwagę na to, że takie myślenie kryminalizuje i wiktymizuje osoby, które zmagają się z zaburzeniami, z których większość żadnych przestępstw nie popełnia.

Czy to, co się stało w Gdańsku było też efektem kultury nienawiści, dominującej w polskim życiu politycznym? Działaczka związkowa Maria Świetlik napisała: „Nienawiść nie niesie szansy na zmianę. Ja nienawiści nie lubię. Cenię gniew, bunt, sprzeciw, opór, ale nie nienawiść, bo ona zaburza myślenie”. Może za dużo jest nienawiści, a za mało zdrowego gniewu?
Podoba mi się to, co powiedziała Maria, ale ja mam trochę inną perspektywę. Jestem zwolenniczką komunikacji bez przemocy według szkoły Marshalla Rosenberga. To metoda stosowania w wielu sytuacjach – przy rokowaniach podczas konfliktów zbrojnych, przy jej pomocy ściąga się z dachów samobójców. W tej komunikacji jest jedna podstawowa zasada – jeśli ludzie nie wiedzą, jakich emocji doświadczają, a bardzo często nie wiedzą, to włączają złość. Jeśli odczuwamy silne emocje, to w pierwszej chwili reagujemy złością, nawet w sytuacjach, kiedy jesteśmy bardzo szczęśliwi, kiedy wydarzyło się coś niebywale fortunnego, to pierwsza reakcja, kiedy nie potrafimy wsłuchać się w nasz stanu emocjonalny, to często złość. Nie zgodzę się więc, że mamy za mało gniewu, a za dużo nienawiści. To jest złość. Ludzie są wściekli. Specjalizacja tych emocji negatywnych w nienawiść czy autodestrukcje następuje później.
W Polsce jest bardzo dużo złości, bo jest dużo biedy, nierówności i lekceważenia dla ludzi. Mam doświadczenie mieszkania w czterech, pięciu innych krajach, przez kilka miesięcy lub kilka lat. W państwach europejskich i w USA ludzie mają znacznie więcej wzajemnego szacunku w codziennych stosunkach niezależnie od statusu społecznego i grupy etnicznej. W Polsce jest deficyt tego typu uznania. Najprawdopodobniej wynika to z rażących naruszeń naszej godności i bezpieczeństwa ekonomicznego.

I to powoduje, że ta złość zostaje uzbrojona w 15-centymetrowy nóż?
Ta złość zostaje uzbrojona przez panią Krystynę Pawłowicz, pana Jarosława Kaczyńskiego, pana Zbigniewa Ziobrę…

Grzegorza Schetynę?
Na razie skupmy się jednak na tym, co zrobił PiS. Ta partia włączyła więcej nienawiści do języka debaty.

A „dorzynanie watahy”?
Dobrze, ale to jest jednak wyjątek od reguły. Uważam, że problemy, jakie mamy z władzą PiS i problemy, jakie mieliśmy z władzą PO są być może w skutkach porównywalne. I możemy iść w tym kierunku – sprawdzać, czy przypadkiem implikacje rządów tych partii nie są podobne, ale nie można tych dwóch partii zrównywać w zakresie mowy nienawiści. Kampanie nienawiści wszczynał PiS, który nie zaczął się wczoraj, bo mamy z nim do czynienia od kilkunastu lat, a także nacjonaliści, kiedyś Liga Polskich Rodzin, teraz Ruch Narodowy. To jednak PiS daje nacjonalistom dostęp do mediów i stanowisk politycznych, a ostatecznie również możliwość przepoczwarzania złości i frustracji społecznej w nienawiść do różnych Innych: kobiet, gejów i lesbijek, liberałów, uchodźczyń.

Gdyby na polskiej scenie politycznej była obecna silna lewicowa partia, która uzbrajałaby niezadowolenie społeczne w bardziej racjonalny język wyrażania gniewu czy złości, to nie byłoby takiego poziomu ślepej nienawiści?
Jestem zwolenniczką lewicowego populizmu. Nie jestem przekonana, czy racjonalny język jest remedium na cokolwiek. Ale jestem pewnie w mniejszości, bo z jakichś zupełnie nieznanych powodów znaczna część lewicowych intelektualistów i intelektualistek uważa, że narracja np. Theodora Adorno trafi pod strzechy i pozwoli polskiemu ludowi wyjść ze zniewolenia. Z całym szacunkiem dla Adorno, jednego z moich ulubionych filozofów, autora świetnych studiów nad osobowością autorytarną, nie zgadzam się z takim spojrzeniem, uważam, że to za mało.
Musimy umieć rozmawiać w sposób emocjonalny. Nie widzę powodu, byśmy musieli szukać racjonalnego porozumienia na poziomie dyskusji chociażby o wysokości podatków. Widziałam to świetnie podczas działalności w Partii Razem, której nie jestem już członkinią. Komunikowałam się z osobami o różnym statusie społecznym, różnym wykształceniu i wydaje mi się, że sporo mojej sprawczości w tej partii i dla tej partii na zewnątrz polegało na tym, że nie atakowałam natychmiast każdej osoby, które ma inne zdanie. Tolerancja dla różnych poglądów, reprezentowana przez Różę Luksemburg czy Bertranda Russela jest bardzo ważna i sprawia, że możemy działać razem mimo istniejących różnic. Stricte racjonalna strategia nie wystarczy, byśmy mogli skutecznie się komunikować mimo różności, dogadać się w sprawie szczegółów.

Czy szok po śmierci Pawła Adamowicza, urealnienie przemocy spowodują, że nastąpi jakieś opamiętanie w tym społeczeństwie? Pojawiają się głosy, że należałoby wystudzić nieco poziom emocji.
To są reakcje mocno męskocentryczne. Mężczyźni w takich sytuacjach standardowo mówią: dość tych emocji. Ja bym tego nie powiedziała. Nie dlatego, że jakoś szczególnie utożsamiam się z pozycją czy funkcją kobiety. Ale dlatego, że w moim przekonaniu w związku z tą tragedią pojawiło się w Polsce wiele emocji, które ja szalenie doceniam i uznaje je za bardzo potrzebne. Smutek, empatia, solidarność, poczucie wspólnoty. Ta zbrodnia zjednoczyła ludzi. Ja tych akurat emocji nie chcę wygaszać. Chcę, abyśmy z tymi emocjami zbudowali taką wspólnotę, taką przyszłość, w której nie będzie takich potworności, jak to co się stało w Gdańsku.

Było wiele takich wydarzeń w historii Polski. Tragedia, bardzo silne emocje, pojawia się poczucie zjednoczenia, które jednak szybko opada i nie pozostaje po nim nic. Wierzy Pani, że tym razem zmiana będzie trwała?
Obecnie trwa wyścig konkurencyjnych koncepcji tego, co powinniśmy zrobić. Jeżeli głosy osób, które mówią dziś mówią o wygaszaniu emocji przeważą, to bardzo możliwe, że nie pozostanie po tym nic trwałego. Może jednak warto przypomnieć sobie czasy pierwszej „Solidarności”, kiedy emocje były silne i twórcze. Mam wrażenie, że istnieją emocje, które są w polityce bardzo potrzebne: współczucie, zaufanie, wyrozumiałość, empatia, solidarność. Nie mamy zbyt wiele czasu, by ustalić między sobą punkty spójne. Nie mamy przed sobą życia wiecznego. A ustalanie tego na poziomie racjonalnym może wymagać bardzo dużo czasu, więc powinniśmy użyć również emocji. Bazując na takich emocjach, jak empatia, współczucie czy solidarność, będzie nam łatwiej chociażby dogadać się w sprawie implikacji tej zbrodni. Gdybyśmy mieli roztrząsać wszystkie warunki, możliwości, przyczyny, skutki tego zdarzenia, mogłoby nam nie wystarczyć czasu.

Czynnik epsilon

…czyli PiS na krawędzi.

Ponad rok temu, w listopadzie 2017 roku, w tekście „Rządy PiS obali wstrząs moralny” poddałem w wątpliwość prognozy tych obserwatorów sceny politycznej, którzy w ocenie perspektyw tych rządów kierowali się niemal wyłącznie rolą płasko pojętego czynnika ekonomicznego. Ich argumentacja brzmiała z grubsza biorąc tak: „Dopóki jest dobra sytuacja gospodarcza, dopóki PiS rozdaje 500 plus i poszerza rozmaite formy świadczeń socjalnych, dopóki jest małe bezrobocie i mamy do czynienia z generalnym, choćby nawet niewygórowanym, wzrostem wynagrodzeń, słowem – dopóki rośnie konsumpcja, władza PiS nie tylko nie jest zagrożona, ale także rokowania na przyszłość są dla niej pomyślne, a łamanie konstytucji i naruszanie praw obywatelskich nie ma znaczenia dla szerokich kręgów ich wyborców”.
Nie zdarzyło mi się natomiast, by ktokolwiek z moich licznych rozmówców na tematy polityczne – zapytany przeze mnie o to, czy i gdzie upatruje potencjalnych źródeł osłabienia w przyszłości notowań PiS i rządu, a w dalszej konsekwencji utraty władzy przez reżym – postrzegał te przyczyny w czynnikach innych niż ekonomiczne. Byłem więc osamotniony w mojej intuicji, bo tylko do takiej rangi mogły aspirować moje prognozy. Intuicja ta jednak podpowiadała mi, że władzę PiS obali w przyszłości – przepraszam za nieco szumne sformułowania – wstrząs moralno-ideowy”.

Czynnik „epsylon”…

Wspomniany tekst konkludowałem taką prognozą: „I wtedy zdarzy się coś, co dziś poruszyłoby niewielu, ale co w nowych warunkach psychologicznych, w zestawieniu z innymi czynnikami, będzie niczym „wystrzał armatni pośród ciemnej nocy”, że użyję słów XIX-wiecznego, antycarskiego dysydenta rosyjskiego Piotra Czaadajewa. Co będzie tym strzałem i kiedy nastąpi, nie wiem. Ale on nastąpi. I nie będzie to ponowne pojawienie się Cugier-Kotki”. Nie dodałem tylko, że ów potencjalny wstrząs moralny można określić jako czynnik „epsylon”, grecką literę, którą zwykło się oznaczać niespodziewany, nieprzewidywany, zaskakujący czynnik losowy, przekreślający zaplanowany, zwyczajowy i przewidywany bieg zdarzeń i kierujące nim zazwyczaj prawidłowości. Mord na prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu sprawił, że powróciłem do tamtego tekstu. Prognozowanie polityczne jest zajęciem obciążonym dużym ryzykiem błędu. Nie jest to może aż wróżenie z fusów, kart czy wróżbiarstwo w ogóle, ale po prawdzie aż tak bardzo nie jest od tej specjalności odległe. I to pomimo istnienia instrumentu, jakim są wyniki sondażowych badań opinii publicznej. Oto bowiem wyniki badania poparcia dla sił politycznych przeprowadzone już po zabójstwie Adamowicza, przeprowadzone przez pracownię Kantar Milward Brown, a ogłoszone 17.01.2019, pokazały następujący wynik: PiS – 30 proc., KO – 25 proc., Biedroń – 8 proc., a ogólny wynik anty-PiS (KO, Biedroń, PSL, SLD, Razem) kontra PiS ukształtował się w relacji 43 proc. do 30 proc.. Rządowe CBOS natychmiast zareagowało wynikiem „przykrywkowym”, wedle którego PiS ma poparcie na poziomie 39 proc., KO – 22 proc., a Kukiz ‘15 – 7 proc., a Biedronia nie ma w tym badaniu ogóle, tak jak w badaniu KMB nie ma na trzecim miejscu Kukiza. Co prawda już sama ta „zamiana miejsc” nakazuje nieufność w stosunku do wartości diagnostycznej obu wyników, ale mimo wszystko na więcej zaufania zasługuje niezależna pracownia KMB niż wprost podporządkowane rządowi CBOS. Zważywszy zatem, że wynik KMB zdaje się wskazywać na znaczący spadek notowań PiS (Zjednoczonej Prawicy) oraz powiększenie i utwierdzenie przewagi nad nią ze strony formacji opozycyjnych, należy się uważnie przyglądać tendencji w kolejnych wynikach badań ogłaszanych przez tę pracownię. Mimo tego sondażowego zamętu i nikłej na ogół – spowodowanej głównie błędami metodologicznym, co stale podkreśla prof. Radosław Markowski – wartości wyników sondażowych badań, powinnością publicysty politycznego nie jest rozkładanie rąk w geście bezradności, lecz robienie swego i nie ustawanie w próbach rozszyfrowywania znaków czasu dotyczących nie tylko dnia bieżącego, lecz najbliższej choćby przyszłości. Idąc za tym, samemu sobie podsuniętym wskazaniem, spróbuję taką prognozę sformułować, choćby w trybie ćwiczenia umysłowego.
Wydaje się, że przywołany wcześniej hipotetyczny „wstrząs moralny” właśnie zaczął się dokonywać i jest on rezultatem tragedii gdańskiej z niedzieli 13 stycznia 2019 roku. Prognozę tę wysnuwam z następujących przesłanek. Po pierwsze, ogromne znaczenie ma fakt, że mord na Pawle Adamowiczu został dokonany w momencie euforycznej kulminacji finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ukochanej przez miliony Polaków, z najrozmaitszych warstw społecznych i z wszystkich generacji, od dzieci po osoby w wieku podeszłym. Gdyby prezydent Gdańska został zabity w inny dowolny, powszedni dzień, w swoim gabinecie czy na ulicy, wydźwięk tego tragicznego zdarzenia byłby, jakkolwiek drastycznie to zabrzmi, znacząco słabszy. Morderca ugodził jednak jednocześnie, symbolicznie, w idola milionów Polaków, Jurka Owsiaka i w ich ukochaną Orkiestrę. Jeśli ten fakt dotrze w pełni do ich świadomości, a to się jeszcze do końca nie stało, od PiS może odwrócić się co najmniej tylu dawnych zwolenników, ilu będzie im brakowało do znaczącej wygranej, a być może nawet tylu, ilu będzie potrzebnych, by utrzymać pierwsze miejsce na podium. A jednocześnie gdański wstrząs przysporzy PiS wrogów pośród tych, którzy dotąd nie chodzili na wybory, ale którzy z całego serca, gorącym sentymentem przywiązani są do Orkiestry, tego wehikułu polskiej dobroczynności. Wielu ludzi być może po raz pierwszy uświadomi sobie niszczycielską siłę PiS, to, że tam, gdzie PiS się pojawia, zaraz pojawia się też nieszczęście. W ich umysłach może pojawić się, niekoniecznie świadomie, a raczej na ogół podświadomie, imperatyw, by zerwać ten fatalny pas transmisyjny zła i cierpienia. Podobna intuicja już się w kręgach bliskich PiS pojawiła. Publicysta radykalnie propisowskiego tygodnika braci Karnowskich „Sieci” i portalu w polityce.pl Marcin Fijołek stwierdził, że „narasta przekonanie iż tragedia w Gdańsku rozstrzygnęła wynik cyklu wyborczego, a przede wszystkim wyborów parlamentarnych”. Jacek Karnowski, który tę uwagę Fijołka przywołał, konstatuje to tak: „Jeśli PiS zaakceptuje ten postulat, choćby milcząco, choćby w nadziei, że to tylko na jakiś czas, przegra. Nie da się bowiem utrzymać władzy nie prezentując własnej opowieści o Polsce, zarówno w odniesieniu do przeszłości, jak i teraźniejszości czy przyszłości”.

… i inne czynniki

Po drugie, sam wspomniany czynnik „epyslon” nie byłby wystarczający, gdyby nie inne: a) znaczące słabnięcie oddziaływania 500 plus, głównego zwornika wyborczego poparcia dla PiS, b) bardzo powolne, ale stałe słabnięcie tej partii od zeszłej jesieni, c) narastające wewnętrzne konflikty grupowe i personalne oraz sprzeczności natury ideologiczno-światopoglądowej, w tym w szczególności rozczarowanie oportunistyczną i defensywną, a nawet tchórzliwą, w oczach antyaborcyjnych fanatyków spod znaku Radia Maryja czy Kai Godek, polityką PiS, ale także niezadowolenie radykalnych nacjonalistów z defensywnego charakteru tej polityki ( m.in. wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN, zahamowanie „reformy” sądownictwa i przegranie bitwy o Sąd Najwyższy, z której PiS powróciło z „podkulonym ogonem”, d) oddziaływanie psychologiczne filmu „Kler”, który obejrzało ponad 5 milionów widzów i który nadwerężył w oczach milionów widzów autorytet Kościoła kat. głównego sojusznika PiS i całej Zjednoczonej Prawicy, e) bolesna porażka programu „mieszkanie plus” f) blamaż z blokadą podwyżki cen prądu, które rosną mimo grudniowej ustawy rządowej. To tylko część czynników, które nie sprzyjają PiS i jego rządowi. I jeśli jeszcze przed tragedią z 13 stycznia prawdopodobieństwo rozpisania przez PiS przedterminowych wyborów było spore, po tragedii w Gdańsku spadło ono niemal do zera. Organizowanie wyborów w atmosferze poruszenia emocjonalno-moralnego stawiającego PiS co najmniej na cenzurowanym, stworzyłoby dla obozu Kaczyńskiego śmiertelne zagrożenie. Podtrzymując konstytucyjny termin jesienny PiS stwarza sobie przynajmniej nieco większą szansę na to, że obecna gorączka emocjonalna osłabnie, a nastroje się wyciszą, choć opozycja może, i powinna – jakkolwiek by to cynicznie zabrzmiało – je podtrzymywać.

„Epsylon” w rękach opozycji

Nie zamierzam w ten sposób spisywać PiS na straty. Prawdopodobieństwo jego wygranej ciągle jest bardzo duże. Nie mniej jednak, pojawienie się wspomnianego czynnika „epsylon” w postaci tragedii gdańskiej z 13 stycznia 2019, wzmocnionego przez dodatkowe, wymienione wyżej czynniki, przesunęło prawdopodobieństwo wygranej PiS ze względnie bezpiecznej pozycji ze sporym „zapasem” – na krawędź, za którą tylko o milimetry czai się widmo przegranej lub wygranej tylko nominalnej, polegającej na uzyskaniu pierwszego wyniku, jednakże bez możliwości sformowania rządu, nawet w koalicji. I jeśli mimo czynnika „epsylon” i czynników dodatkowych, PiS nadal nie jest na z góry straconej pozycji, to z powodu chronicznej słabości i liberalnej, i ludowej i lewicowej opozycji. Jeśli jej liderzy nie wzniosą się ponad osobiste animozje i ambicje, jeśli nie pójdą do wyborów jednym blokiem przeciw PiS (ZP), to diabli wezmą, zarówno zrządzenie Opatrzności w postaci zesłania przez nią w ręce opozycji czynnika „epsylon”, jak i te czynniki, na które w pocie czoła zapracowali sami obecnie rządzący.

Głos prawicy

Wywiad z prezesem PiS

Dzięki uprzejmości pis.org.pl:
– Mama – zresztą Tata także miał w tym swój udział – zbudowała nam świat oczywistości. Od dzieciństwa wiedzieliśmy, że PRL to nie jest kraj niepodległy, że komunizm jest nie do przyjęcia, a o wolność Polski trzeba walczyć. Ale całą tę opowieść o sytuacji Polski poznawaliśmy w sposób bardzo naturalny – poprzez opowieści Mamy. Tak często relacjonowała nam różne wojenne wydarzenia, które sama przeżyła lub które były udziałem bliskich jej osób, że my jako mali chłopcy mieliśmy w pewnym momencie poczucie, iż tę wojnę sami przeżyliśmy – powiedział Prezes PiS Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Gazety Polskiej”.

Obserwując i słysząc o wyjątkowej relacji pomiędzy Panem, Pana śp. Bratem, a Panów Mamą można odnieść wrażenie, iż ona wykraczała poza więź rodzic-dziecko i miała silny wpływ na Panów drogę polityczną. Czy rzeczywiście tak to było?
– Na pewno miała ogromny wpływ na nasze polityczne wybory. Ale przede wszystkim poprzez wychowanie, atmosferę w domu rodzinnym. Mama – zresztą Tata także miał w tym swój udział – zbudowała nam świat oczywistości. Od dzieciństwa wiedzieliśmy, że PRL to nie jest kraj niepodległy, że komunizm jest nie do przyjęcia, a o wolność Polski trzeba walczyć. Ale całą tę opowieść o sytuacji Polski poznawaliśmy w sposób bardzo naturalny – poprzez opowieści Mamy. Tak często relacjonowała nam różne wojenne wydarzenia, które sama przeżyła lub które były udziałem bliskich jej osób, że my jako mali chłopcy mieliśmy w pewnym momencie poczucie, iż tę wojnę sami przeżyliśmy. Mama opowiadała nam o konspiracji, o swoich przyjaciołach z niej. A zdecydowaną większość wojny spędziła w Starachowicach. W Warszawie była dosłownie kilka miesięcy. Nie miała zatem doświadczenia Powstania Warszawskiego, jak Tata. Ale była żołnierzem Szarych Szeregów i brała udział w Akcji „Burza”.

Jak zatem zareagowała, gdy Jej synowie włączyli się w konspirację?
– Nigdy nie próbowała nam tego zabraniać czy w jakiś sposób odwodzić nas od tego. Miałem nawet takie poczucie, iż zarówno Mama, jak i Tata patrzyli na sprawę działalności opozycyjnej jak na coś znacznie poważniejszego, niż my ją widzieliśmy. Pamiętam, gdy wraz z Leszkiem szliśmy na strajk studencki w 1968 roku. Byliśmy wówczas zwyczajnymi jego uczestnikami, jak wielu innych. Nasi rodzice widzieli w tych wydarzeniach coś na kształt nowego powstania, a my byliśmy w ich oczach takim kolejnym pokoleniem, które zaczyna walkę o wolną Polskę. Z kolei dla nas ten czas nie miał takiej rangi, nie odczuwaliśmy specjalnego zagrożenia. Po prostu nie mieliśmy poważnego doświadczenia epoki stalinizmu, przecież w tamtych czasach byliśmy dziećmi.

Bigos tygodniowy

Po strasznym wypadku w Koszalinie moje długie i rozległe życiowe doświadczenie podpowiada mi, że Polska jest jednym wielkim koszalińskim escape roomem: ogromna część, jeśli nie większość urzędów, instytucji oraz firm najrozmaitszego autoramentu, od małych barów gastronomicznych i straganów z fajerwerkami po wielkie banki, tak właśnie działa: byle jak, bezmyślnie, bez zabezpieczeń, bez wyobraźni, w warunkach ogólnego bałaganu i niechlujstwa. Jedyną szczęśliwą w tych warunkach okolicznością, miłosiernym darem od Boga Przedwiecznego jest to, że nie wszędzie jest otwarty ogień.
*****
Barbara Nowacka ogłosiła swój projekt dotyczący rozdziału Kościoła od Państwa. Mimo gadania, że dziś mamy do czynienia z takim rozdziałem, Kościół był prawdziwie od Państwa oddzielony jeden raz w historii jedynie w Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Szkoda jednak, że projekt Nowackiej jest tak ostrożny, minimalistyczny i ogranicza się niemal wyłącznie do kwestii finansowych. Są ważne, ale niewystarczające, bo tu nie tylko o mamonę chodzi. Tymczasem ekstowarzyszce Aleksandrze Jakubowskiej, już pełną gębą stałej komentatorce w mediach Karnowskich, nawet to się nie podoba. Ta geszefciarka to wcielenie fałszu i oportunizmu politycznego. Trudno zapomnieć, jak z roli czołowej prezenterki „Dziennika Telewizyjnego”, przeskoczyła płynnie do służalczej, leśnej rozmowy z Tadeuszem Mazowieckim po jego nominacji na premiera w 1989 roku. A po latach jej szemrane manipulacje przy projekcie ustawy medialnej („i czasopisma”) walnie przyczyniły się do klęski SLD. O innych sprawach nie wspomnę. Tfu!
*****
PiS to formacja ludzi, w której szeregach występuje nadreprezentacja agresywnej, krwiożerczej, oszalałej nie tylko antykultury, ale także antynatury. To krwiożercze chamstwo, które nieustannie świerzbią ręce, by albo wycinać drzewa albo zabijać zwierzęta. Ostatnio głośno jest o decyzji ministra rolnictwa Ardanowskiego o wybiciu kilkuset tysięcy dzików i kilkudziesięciu żubrów, pod słabo uzasadnionymi pozorami. Buntują się nie tylko obrońcy zwierząt, ale nawet … myśliwi. „Pokot” Agnieszki Holland według powieści Olgi Tokarczuk, to nie metafora, to naturalistyczny film z życia polskiego.
*****
Nacjonalista, Łukaszenkowie i ekskukizowiec Andruszkiewicz, dziś w nacjonalistycznym i faszyzującym kole Kornela Morawieckiego „Wolni i Solidarni”, został wiceministrem cyfryzacji. Kolejny „Misiewicz” bez kompetencji na żołdzie PiS, ale warto też zwrócić uwagę na coś jeszcze gorszego. Po pierwsze, ta decyzja to wykwit prawdziwej mentalności pisowskiej, takiej prawdziwej, nie pozorowanej obwijaniem się we flagi unijne i okrzyki, że „Polska sercem Europy”. Po drugie, niemal równo rok po niesławnej pamięci nowelizacji ustawy o IPN, młody Morawiecki wystrzelił z tego samego pistoletu we własną stopę.
*****
Morawiecki wycofał projekt ustawy dotyczącej przemocy w rodzinie, z powodu haniebnego zapisu pozwalającego przejść do porządku dziennego nad pojedynczym aktem takiej przemocy. To już n-ta wycofka PiS z niefortunnego projektu, ale kluczowy jest tu fakt, że coś takiego w ogóle wysmażono w pisowskich gabinetach rządowych i długo tam trzymano. To właśnie, a nie wycofanie się pod presją i z lęku przed reakcją opinii publicznej, świadczy o prawdziwej mentalności tych ludzi. „Przemocą plus” – nazwała ten zapis Maja Ostaszewska. Z pisiorstwa nie po raz pierwszy wylazł, jak Jożin z Bażin, osławiony kołtun polski (plica polonica), w którego mentalności tkwi przywiązanie do możliwości „bicia baby, byle w domu, po cichu, byle nie za często”. To ten sam kołtun polski, którego tak sugestywnie opisał Julian Tuwim, choćby w „Kwiatach polskich”.
*****
Fraza o możliwości przegranych wyborach, nieobecna mediach PiS od jesieni 2015 roku, od kilku tygodni robi tam prawdziwą karierę i dogania liczbę migawek przedstawiających przewalające się pisiorskim w telewizorze worki z paczkami banknotów.
*****
Gnoje z „prolajfu” zakłócali ohydnym transparentem pogrzeb prof. Romualda Dębskiego
*****
Media doniosły, że przyboczne prezesa NBP Glapińskiego zarabiają bajońskie sumy. Zaniepokoili się tym nawet pisowcy: kancelista Dudusia Spychalski i senator w klubie PiS Jan Maria Jackowski oficjalnie zwracają się do Glapy o wyjaśnienia. Podobno Kaczor wypowiedział się gdzieś kiedyś o nim jako o najbardziej lubiącym „pieniądze i kobiety”. Czyli rewers psychiczny Prezesa, bo lubi to wszystko czego Prezes akurat nie lubi. Kiedyś na Wybrzeżu Gdańskim modne było powiedzenie o „najlepszym płatniku, grubym panu Ryśku”. Teraz najlepszy płatnik to Glapiński. W dwa miesiące po wybuchu afery KNF gorączka bankowa nie opuszcza PiS.
*****
Salvini kolejny miłośnik Putina po Orbanie został ulubieńcem PiS i odwiedza w tym tygodniu prezesa. Pisiory i ich media na Putina ujadają, ale może w końcu nadejdzie taki dzień, gdy PiS już otwarcie podzieli gusta swoich sojuszników.
*****
Po tragicznej śmierci pięciu dziewcząt w pożarze escape roomu w Koszalinie – porcja tragigroteski. Młody Morawiecki w towarzystwie Brudzińskiego i dwóch mundurowych komendantów prężyli się przed kamerami, na konferencji prasowej, jakby powrócili z wygranej bitwy.
*****
Jacek Kurski oświadczył, że „Wiadomości” TVP to potęga i jako jedyne pokazują prawdę o Polsce”. Czy jest na sali lekarz?

Bez serca dla zwierząt

Dobrej zmiany dla zwierząt nie będzie. Szumnie zapowiedziana nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt została okrojona do ogryzka. Nie tylko nie spuści psów z łańcucha, nie tylko nie wyeliminuje branży futrzarskiej, ale nawet zabraknie w niej miejsca na zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach. W zasadzie już uczciwiej byłoby w ogóle nie kłaść jej na stół w obecnym kształcie. Udawanie, że los czworonogów nadal leży na sercu ekipie PiS jest zawracaniem głowy.

Rok temu oficjalna delegacja rządowa pojawiła się na wystawie w Parlamencie Europejskim i wystąpiła na tle klatek – taki samych, w których przetrzymywane są zwierzęta futerkowe w hodowlach. Dziś spokojnie możemy stwierdzić, że to był zwykły lans. Od początku byłam też sceptyczna co do występu Naczelnika Państwa w klipie „Vivy!”, choć koledzy-inicjatorzy starali się przekonać mnie, żeby nie zabijać tej inicjatywy nadmiernym krytycyzmem.

Wtedy wydawało się nam wszystkim, że słowo prezesa to słowo prezesa – nie będą mieli a odwagi go zlekceważyć ani członkowie rządu, ani partyjna wierchuszka. Jeżeli się je złamie, to nastąpi to wyłącznie w wyjątkowych okolicznościach – a z pewnością PiS będzie musiało długo i namiętnie się z tego tłumaczyć.

Dziś Kaczyński milczy na temat tego, dlaczego jego partia ostatecznie uległa nie tylko lobby futrzarskiemu, ale nawet cyrkowemu. Prezes albo stara się ukryć fakt, że ma w swoim ugrupowaniu niewiele do powiedzenia, albo nie chce się przyznać, że cynicznie zrobił wyborców w konia. Faktem jest, że podpisał się pod nowelą w obecnym, żenującym kształcie.

Odpowiedzialny za przygotowanie ustawy Krzysztof Czabański z PiS tłumaczył wypadnięcie z ustawy ustępu o cyrkach klasycznym „nie-da-siem”: – Ta sprawa wymagałaby z pewnością notyfikacji w Unii Europejskiej i to oznacza, że w tej kadencji nie mielibyśmy szansy na przeprowadzenie tej nowelizacji. Z tego powodu zrezygnowaliśmy z tego zakazu, ale w następnej kadencji zastanowimy się, czy do tej sprawy nie należy wrócić…

W czwartek 10 stycznia projekt po autopoprawce – wprowadzającej zasadnicze zmiany w projekcie – ponownie został skierowany do prac w parlamencie.

Sterylka na łańcuchu

W rozmowie z PAP Czabański ocenił, że szczególnie istotne są te zapisy projektu, które mają pomóc w walce z bezdomnością zwierząt – obowiązkowe chipowanie psów i kotów, uruchomienie centralnego rejestru zwierząt oraz powszechna sterylizacja zwierząt wyłapanych na terenie gminy.

Psy nie uwolnią się od łańcuchów. Stosowanie uwięzi nadal będzie dopuszczalne, ale będzie ona musiała mieć co najmniej 5 metrów i kończyć się obrożą niemetalową (często zwierzęta mają pseudoobrożę z łańcucha). Ponadto uwięź nie będzie mogła ważyć więcej niż 1/4 masy ciała zwierzęcia.

– Zobaczymy, czy to poprawi los zwierząt trzymanych na uwięzi i w zależności od tych wniosków po pewnym czasie zastanowimy się nad ewentualnym zakazem trzymania psów na uwięzi. Trzeba jednak mieć świadomość, że nie zawsze zmiana uwięzi na kojec oznacza poprawę warunków bytowych zwierzęcia – wymiary kojca niekiedy są tak małe, że psy nie mają w nich większej swobody poruszania się niż na długim łańcuchu – powiedział Czabański Polskiej Agencji Prasowej.

Projekt ma także zakazać tzw. pseudohodowli, w których rozmnażanie zwierząt odbywa się poza jakąkolwiek kontrolą. W tym celu zaproponowano zapis, zgodnie z którym jedynie rasowe psy i koty będą mogły być rozmnażane w celach handlowych (zwierzęta te będą musiały posiadać rodowód). Prócz tego wprowadzony zostanie zakaz prowadzenia schronisk dla zwierząt przez podmioty komercyjne.

– Schroniska nie będą prowadzone przez przypadkowe organizacje, ale jedynie te, które mają status organizacji pożytku publicznego, działają kilka lat, realizują swoje cele statutowe i nie ma do nich zastrzeżeń – powiedział Czabański. – Jako podatnicy wydajemy na ten cel znaczne środki – głównie za pośrednictwem gmin, które prowadzą akcje wobec bezdomnych zwierząt. Ale niestety często nasze pieniądze służą nie poprawie losów zwierząt, ale złym ludziom, którzy zarabiają na ich cierpieniu.

W 2016 roku Najwyższa Izba Kontroli opublikowała wstrząsający pokontrolny raport, w którym kontrolerzy pisali między innymi: „w trzech z trzynastu skontrolowanych schronisk nie utrzymywano właściwego stanu sanitarnego. W czasie prowadzonych oględzin stwierdzono, że zwierzęta przebywają w zanieczyszczonych i mokrych boksach, co świadczyło o zaległościach w sprzątaniu. Brudne i zawilgocone były także ich legowiska”. Prócz tego opisano, że w jednym z badanych schronisk „wbrew wymogowi art. 9 ust. 1 zwierzętom nie zapewniono stałego dostępu do wody pitnej”, a w dwóch innych „w dniu oględzin woda w części boksów była zamarznięta”.

Jutro będzie futro

Jak Krzysztof Czabański tłumaczy się z ulegnięcia futrzarzom? – Minister rolnictwa został zobowiązany do podniesienia wymagań wobec ferm zwierząt hodowanych na futra – tu głównie chodzi o norki – i zobaczymy, czy podniesienie tych standardów przyniesie korzystne skutki. Jeżeli nie przyniesie, wówczas do sprawy norek będziemy wracać – mówi.

Obrońcy praw zwierząt czują się oszukani. – Jesteśmy głęboko rozczarowani, że te ważne zapisy zniknęły z nowelizacji. Nie rozumiemy, dlaczego tak się stało – powiedział Oku.press prezes fundacji Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt „Viva!” Cezary Wyszyński. – Większość opinii publicznej jest przeciwna hodowli zwierząt na futra, ubojowi rytualnemu i wykorzystywaniu zwierząt w cyrkach. W każdym z tych przypadków jest to ponad 50 proc. Lobby futrzarskie zatriumfowało. Choć wielokrotnie pokazywaliśmy, że dochody z hodowli futerkowych nie są tak duże, jak mówią futrzarscy przedsiębiorcy. Większość ich argumentów „ekonomicznych” jest nieprawdziwa. Działanie tego przemysłu ma, oprócz oczywistego cierpienia zwierząt, także wiele innych negatywnych konsekwencji. Spadają ceny okolicznych ziem, pobliscy mieszkańcy nie mogą prowadzić np. działalności agroturystycznej czy upraw ekologicznych.

Zawiedziona jest również Rzeczniczka Praw Zwierząt powołana przez Polskie Towarzystwo Etyczne, mec. Karolina Kuszlewicz: – Projekt z listopada 2017 roku był przedstawiany jako spektakularny. Ale ustawa przeleżała prawie rok w sejmowej zamrażarce. Już to sprawia, że można wątpić w prawdziwość intencji projektodawcy. Dziś z tych najdalej idących zmian, mających ochronić miliony zwierząt eksploatowanych przemysłowo, nie pozostało prawie nic. Zresztą psy także nadal mają pozostać na łańcuchach. To sytuacja skandaliczna. Opinia publiczna w mojej ocenie została wprowadzona w błąd rok temu.

Kuszlewicz uważa również za skandal to, co dzieje się wokół uboju rytualnego: – W 2014 roku Trybunał Konstytucyjny uznał zakaz uboju rytualnego na terenie Polski za sprzeczny z prawem. To było szerokie orzeczenie, wymagające wprowadzenia w ustawie regulacji precyzujących zakres dozwolonego prawnie uboju na potrzeby religijne. Nowa ustawa miała nie tyle zakazywać uboju, co zdecydowanie go ograniczać do rzeczywistych potrzeb grup wyznaniowych w Polsce. Nawet z tego ograniczenia PiS się dziś wycofuje – stwierdziła w rozmowie z red. Marią Pankowską.

Ubij w imię boże

Co ciekawe o prawo wyznawców judaizmu oraz islamu do tego typu uboju walczyli jak lwy… polscy biskupi! „Prezydium KEP podziela troskę żydowskich gmin wyznaniowych oraz wyznawców islamu o zachowanie i realizację podstawowych praw wolności wyznania i kultu. Do nich należy również prawo do zachowania swoich obyczajów, w tym rytualnego uboju zwierząt” – takie stanowisko sformułowali w 2013 roku.

To oczywiście nie znaczy, że w projekcie nie ma zupełnie nic cennego. – Projekt po zmianach ma zupełnie inny charakter, niż ten zgłoszony w listopadzie 2017 roku. Pozostają przede wszystkim przepisy administracyjne, dotyczące zarządzania schroniskami, czipowania, bezdomności zwierząt. To ważne kwestie, ale dotyczą co do zasady tzw. zwierząt towarzyszących, a przecież tą wielką »dobrą zmianą dla zwierząt« miało być wreszcie uwzględnienie innych grup, jak zwierzęta wykorzystywane na futra czy w uboju rytualnym. Ich cierpienie obejmuje miliony istnień i znowu zostaje przykryte względami gospodarczymi i politycznymi – mówi Rzeczniczka Praw Zwierząt.

– Wycofanie się rządu oznacza, że będziemy musieli dalej walczyć o wprowadzenie tych zmian. Tylko tyle i aż tyle. Jestem pewien, że to tylko kwestia czasu – podsumowuje prezes „Vivy!”.

Strajk fundamentów

… albo kto naprawdę walczy z dobrą zmianą.

 

W sądownictwie między 9 a 11 grudnia rozpoczął się strajk „chorobowy”, jedyna realnie dostępna dla pracowników sądów forma protestu – a zarazem kolejny epizod walk pracowniczych, w jakie druga połowa tego roku obfituje. Rząd PiS od początku uznawał sądownictwo, podobnie jak edukację, za dziedzinę strategiczną aparatu państwa, która miała zostać „totalnie zreformowana”. Okazuje się jednak, że dziś są to najbardziej problematyczne dziedziny budżetówki. Za sprawą ludzi, którzy tu pracują.
Nauczyciele od prawie trzech lat protestują przeciw narzucanym im „dobrym zmianom”. Nie są już odosobnieni. W miarę tego, jak z rządu bankstera Morawieckiego opada „socjalna” maska, walkę podjęli w różnej formie m.in. policjanci, straż graniczna, lekarze i personel medyczny, pracownicy i pracownice PLL LOT oraz Portów Lotniczych i inne grupy zawodowe budżetówki. W wypadku sądownictwa strajk zorganizowali jednak nie sędziowie, którzy byli do tej pory „wrogiem publicznym numer jeden” polityki konfliktu kreowanej przez rząd.
Walkę prowadzą „ludzie-cienie” sądownictwa, jego niewidzialny fundament; protokolantki, asystentki i sekretarze sądowi. To oni nadają prawu jego duszę, argumentując między innymi wyroki sędziów czy organizując i wspierając przebieg procesów. Zarabiają przy tym katastrofalnie mało. Asystentki i sekretarze zarabiają najczęściej ok. 2200 złotych netto. To i tak dużo w porównaniu z zarobkiem protokolantek, którym płaci się 1530 zł na rękę.

 

Od czego się zaczęło?

– Od dojścia do władzy PiS-u sądy były miejscem dyskusji kuluarowych, nie wiadomo było, co może się wydarzyć w przyszłych miesiącach. Dyskusje te słabły i nasilały się naprzemiennie przez te 3 lata. Wraz z wystąpieniami zawodów budżetówki, a szczególnie mundurowych, zaczął kiełkować pomysł strajku – opowiedziała mi aktywna uczestniczka protestów, pracownica jednego z warszawskich sądów. Zastrzega przy tym anonimowość. Boi się represji – a te mają charakter indywidualny i wyszukany. Niepokornych znienacka przenosi się z wydziału do wydziału w ramach jednej placówki sądowej albo też okazuje się, że nieaktualne już są nieformalne ustalenia dotyczące między innymi godzin pracy. – W końcu wybraliśmy tę jedyną formę walki nam przysługującą, która byłaby w stanie zająć opinię publiczną i władzę. Strajk chorobowy dał mundurowym podwyżki około 1100 złotych brutto w przeciągu dwóch lat. My też walczymy o podwyżki podobnej wysokości.
17 grudnia założono Komitet Protestacyjny Pracowników Polskich Sądów, do którego należą KNSZZ „Ad Rem” z siedzibą we Wrocławiu, ZZ Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości z siedzibą w Warszawie, NZZ Pracowników Sądów Okręgu Piotrkowskiego z siedzibą w Piotrkowie. Wszystkie one należą do Forum Związków Zawodowych, które udzieliło poparcia całej inicjatywie oficjalnie trzy dni później Przed samymi świętami, pracowniczki (zawody, o których mowa, są niezwykle sfeminizowane, ponad 70-80 proc. osób je wykonujących to kobiety) protestowały w trakcie przerw w pracy (która ma miejsce około południa) lub szły na demonstracyjne L4.
– Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą – tłumaczy mi Justyna Przybylska, przewodnicząca KNSZZ „Ad Rem”. – Sądy zaczęły z powodu niskich zarobków świecić pustymi etatami, a to dokładało już zatrudnionym kolejnych obciążeń. Od niewykonanej pracy uginały się już nie tylko półki, ale i podłogi oraz parapety. Wtedy dyrektorzy obniżali nagrody (śmieszne kwoty nawet rzędu 200-250 zł, wypłacane dwa razy do roku), już za nieobecność w pracy od 5 dni. Pracownicy tyrali w nadgodzinach i przychodzili do pracy chorzy.
Strajk jest sieciowy, nie ma jednego centrum. Protesty miały miejsce m.in. w sądach w Białymstoku, Bielsku Podlaskim, Gorzowie Wielkopolskim, Lęborku, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Międzyrzeczu, Olsztynie, Płocku, Poznaniu, Radomiu, Rzeszowie, Sulęcinie, Toruniu, Warszawie, Wrocławiu i Zielonej Górze. Jest też całkowicie oddolny. Protestujący nikogo nie prosili o pomoc czy wstawiennictwo, po prostu wzięli sprawy w swoje ręce.

Przybylska przekonuje, że pracownikami kierowała również obywatelska świadomość. Nikt lepiej niż oni nie rozumie, że przez złe zarządzanie sądami obywatele nie mogą doczekać się rozstrzygnięcia procesów, które wloką się miesiącami. To budzi oburzenie – ale nie będzie inaczej, dopóki zarobki w sądach nie osiągną godnego pułapu.

 

Solidarność pracownicza, represje i opór

Czy postulaty zostaną spełnione? Najważniejszym czynnikiem nie będzie rząd, tylko to, czy pracownicy i pracowniczki budżetówki połączą siły. Czy tak bardzo różnorodne grupy zawodowe z sektora edukacji, sądownictwa, administracji czy też spółek i przedsiębiorstw państwowych, które są podzielone na dziesiątki związków zawodowych, będą zdolne do współpracy?
Widzieliśmy jej przykłady już wcześniej. Współdziałały związki zrzeszające stewardessy i pilotów LOT, Straż Graniczna demonstrowała wraz ze Służbą Więzienną i policją. W sądownictwie jest to też możliwe. Na stronie stowarzyszenia Iustitia, które stało się solą w oku rządu PiS, opublikowano deklarację: „Przedstawiciele stowarzyszeń sędziowskich (…) popierają postulaty płacowe wszystkich pracowników sądów powszechnych i administracyjnych, w tym asystentów sędziego – adekwatnie do ich wysokich kwalifikacji zawodowych”.
Do KNSZZ „Ad Rem” napływają, za pośrednictwem Facebooka, listy poparcia od innych związków zawodowych czy organizacji pozarządowych. Komitet Protestacyjny PPS od 18 grudnia prowadzi oficjalne rozmowy z Ministerstwem Sprawiedliwości. Na dzień dzisiejszy udało się uchronić strajkujących „chorobowo” przed represjami, w tym wypadku zabraniem nagród, i wywalczono 1000 złotych nagrody dla wszystkich pracowników. Utrzymano proponowane przez MS podwyżki w wysokości 200 złotych od 2018 roku. Wielu pracowników nie satysfakcjonuje jednak powyższe porozumienie. Protestują dalej.
Prócz wyrazów wsparcia pod zdjęciami relacjonującymi listowne negocjacje Komitetu Protestacyjnego PPS z Ministerstwem Sprawiedliwości możemy między innymi przeczytać :„Podwyżki?! Drobniaki…. I jakim kosztem?! Że Sędziowie będą tak od razu mieć zamrożone pieniądze na dojazdy!!! Oni, którzy nas najbardziej wspierają i którymi pomiata całe społeczeństwo!!!’ Super rozwiązanie!!!!” „Co robicie??? Wspieracie?? To chyba jakiś żart….Wybraliście świetny sposób na wspieranie – trzy podpisy….aż żal że wam długopisy z rąk nie powypadały”.
Niestety jest to również poletko do rozgrywki dla przedstawicieli rządu, nie wahających się szczuć na siebie związkowców i pracowników.
Dzień przed rozpoczęciem świątecznego okresu wypoczynkowego do niektórych organizacji pracowników sądownictwa dotarł list z Ministerstwa Sprawiedliwości. List ten, opublikowany między innymi na profilu facebookowym „Sędziowie łódzcy” został napisany w taki sposób, by móc z niego wywnioskować wszystko, w tym to, że ustalenia z 18 grudnia są nieważne. Nie dziwi więc potok gniewu wylany przez protestujących na ich przedstawicieli, w tym wypadku Komitet Protestacyjny PPS. Na szczęście po kilku dniach przedstawicielom związków zawodowych udało się uspokoić sytuację i wytłumaczyć, że jest to tylko tani blef rządu. List został usunięty z Facebooka, z pewnością po to, aby nie pogłębiać podziałów w środowisku.

 

Wspólna walka budżetówki

Bezpieczeństwo polityczne rządu wymaga, by demonstracje nie wymykały się spod kontroli. To dało policji argument nie do odparcia w walce o podwyżkę płac, które były śmiesznie niskie. „Psia grypa” zdała swój egzamin w październiku i listopadzie.
Teraz w ślady zwycięskich mundurowych i wciąż walczących pracowniczek sądów chce iść prezes ZNP Sławomir Broniarz, zaczynając grozić rządzącym strajkami w trakcie matur, które są ogólnospołecznym wydarzeniem i momentem przesilenia podczas każdego roku szkolnego. Sądy i prokuratury, niewydolne i przeładowane przez cały rok, nie muszą wybierać dokładnej daty, panują w nich notoryczne braki kadrowe i chaos. Jak opowiedziały mi uczestniczki strajku z Warszawy, na 10 sędziów przypada dwójka lub trójka asystentów. Nawet jeśli różne grupy zawodowe budżetówki nie współpracują ze sobą jeszcze instytucjonalnie, ich równoległe wystąpienia potęgują siłę przebicia wszystkich.

Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą.

Harce pisowskiej prokuratury

Ponieważ w tekście „Zawiadomienie” z 27. czerwca b.r. informowałem, że w Prokuraturze Rejonowej Warszawa Śródmieście złożyłem zawiadomienie o możliwości podejrzeniu popełnienia przestępstwa na szkodę spółek skarbu państwa podczas tworzenia Polskiej Fundacji Narodowej, czuję się w obowiązku poinformować PT gości mojego bloga o ciągu dalszym i finale sprawy.
I tak, we wrześniu tegoż roku wezwany zostałem na miejscowy komisariat Policji celem przesłuchania mnie w charakterze świadka. Przesłuchującym był młody, sympatyczny policjant, wyraźnie zakłopotany sytuacją. Rozmowa miała taki mniej więcej przebieg:

Policjant: Mam przesłuchać Pana w charakterze świadka.
Ja: Proszę bardzo.
P. No to niech Pan mówi.
J. Ale co mam mówić? Stawiłem się na przesłuchanie i chętnie odpowiem na wszystkie Pana pytania.
P. Ale o co mam Pana pytać? Ja nic nie wiem. Nic tu nie jest napisane.
J. Ja też nie wiem, o co mnie Pan ma pytać, ale jestem do dyspozycji.
P. Czy ma Pan coś do dodania?
J. Nie, wszystko co wiem w sprawie zawarłem w „zawiadomieniu”.
P. No to co mam napisać?
J. Niech pan napisze: „Całą moją wiedzę w sprawie zawarłem w zawiadomieniu do Prokuratury”.
P. Dobrze (z wyraźną ulgą).

Jak się przy tym okazało, zlecając Policji przesłuchanie mnie w charakterze świadka prokuratura nie przekazała Policji całości mojego „Zawiadomienia”, pozbawiając je dwóch istotnych załączników.
28 listopada ukazał się w „Polityce” artykuł red. V. Krasnowskiej „Dokąd płyną miliony Polskiej Fundacji Narodowej?”. Autorka wspomniała w nim o moim zawiadomieniu informując o odmowie prokuratury wszczęcia dochodzenia w tej sprawie. Zaintrygowany odmową zwróciłem się do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście o przekazanie mi – w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej – uzasadnienia tej decyzji. Właśnie ją otrzymałem i czytając przecieram oczy ze zdumienia. W najistotniejszym fragmencie uzasadnienia decyzji prokurator Aneta Kukla-Jasińska stwierdza:
„W przedmiotowej sprawie zaistniała konieczność przeprowadzenia czynności sprawdzających w trybie art. 307 k.p.k. w celu uzupełnienia danych zawartych w zawiadomieniu o przestępstwie. W związku z powyższym Jacek Uczkiewicz został przesłuchany w charakterze świadka przez funkcjonariusza Policji. W trakcie czynności procesowej wymieniony zaniechał (podkr. JU ) jednak złożenia jakichkolwiek dyspozycji. Nadmienił ponadto, że całą swoją wiedzę na temat przedmiotowej sprawy przedstawił w zawiadomieniu o możliwości popełnienia przestępstwa i nie ma niczego więcej do dodania. Ze względu na powyższe zaniechanie ( pokr. JU) osoby zawiadamiającej, a także niedysponowanie przez nią dokumentami potwierdzającymi stan faktyczny wynikający z zawiadomienia nie było możliwe uzupełnienie danych w nich zawartych”.
Okazuje się więc, że jeżeli obywatel zamierza zawiadomić prokuraturę o MOŻLIWOŚCI popełnienia przestępstwa powinien jej dostarczyć niezbitych tego przestępstwa dowodów, gdyż bez tego prokuratura nie jest w stanie nic zrobić. Najzabawniejsza jest jednak kwestia owego „zaniechania”. Nie wiem co autorka miała na myśli, w żaden sposób nie wspomniał o tym przesłuchujący mnie policjant. Tym nie mniej w tekście mojego Zawiadomienia znalazły się istotne fragmenty o takim charakterze. Przytoczę:
„Podejrzenia te zweryfikować można tylko przez analizę umów pomiędzy Fundacją a spółkami-fundatorami, analizę materiałów przedstawianych organom stanowiącym spółek wraz z propozycją wsparcia finansowego Fundacji, protokołów ze stosownych posiedzeń tych organów oraz dokumentów z audytu sprawozdań finansowych spółek.”
Oczywiście, jako zwykły obywatel nie mam dostępu do wymienionych dokumentów. Ma go natomiast Prokuratura. Ta, jak widać, wcale nie zamierzała pójść wskazanym śladem (dyspozycjami?!) – w uzasadnieniu nie znalazł się nawet najmniejsza o takich czynnościach wzmianka. Będąc w pełni świadomą tych okoliczności Prokuratura, odmawiając wszczęcia śledztwa, podparła się, łapiąc się lewą ręką za prawe ucho, fakultatywną możliwością stwarzaną przez art. 307 k.p.k.. Mówi on, że jeżeli zachodzi potrzeba, można zażądać uzupełnienia w wyznaczonym terminie danych zawartych w zawiadomieniu o przestępstwie lub dokonać sprawdzenia faktów w tym zakresie. Jak wynika z „Decyzji o odmowie…” Prokuratura nie podjęła żadnych czynności sprawdzających, o których mówi ten artykuł, zadowalając się tym, że nie mogłem dostarczyć „dowodów” nie mając dostępu do stosownych dokumentów. Nikt nie żądał ode mnie uzupełnienia danych, o czym mowa w art. 307 k.p.k., nie mówiąc o tym, że artykuł ten nie wspomina w żaden sposób o jakichś „dyspozycjach” zawiadamiającego. To Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście dopuściła się zaniechania a nie ja.

Wnioski.
1. Kierując do prokuratury wspomniane zawiadomienie liczyłem się z takim finałem, chociaż takimi „uproszczeniami” udało się Prokuraturze Rejonowej mnie zadziwić.
2. Używanie spółek Skarbu Państwa lub spółek z dominującym udziałem SP do zaspokajania różnych doraźnych politycznych potrzeb rządzących, potrzeb nie związanych z przedmiotem i zakresem działalności tych spółek staje się patologią. Jaka jest tego skala, jak my wszyscy, często przymusowi klienci tych spółek obciążani jesteśmy w sumie kosztami tych fanaberii rządzących – tego dzisiaj nie wie nikt. Niestety, patologia ta rozlewa się i na niektóre samorządy i ich spółki. Na prokuraturę nie ma co liczyć – sprawę rozwiązać może tylko systemowe uregulowanie problemu w stosownych ustawach. Ale oczywiście nie w tym parlamencie.

 

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.