PO i inne demencje WYBORY SAMORZĄDOWE

We wtorek w TVP Ino zwyczajowo dochodzi do ostrej polemiki (kiedyś to się nazywało „pyskówka”) pomiędzy działaczka Platformy Obywatelskiej, a działaczem Prawa i Sprawiedliwości.

 

Działacz PiS

twierdzi, że jego partia już przedstawiła swój proogram samorządowy i przedstawia w kolejnych miastach, podczas gdy Platforma ograniczyła się do krytyki działalności PiS i to w sprawach tzw. wielkiej polityki – polityki na szczeblu ogólnopolskim, szczeblu państwa, nie zaś na szczebelku samorządowym, szczeblu „małych ojczyzn”.

 

Wzburzona działaczka PO

odpowiada, że Platforma ma badzo dobry i kompetentny program samorządowy, który wkrótce przedstawi na swojej konwencji.
Jak mówi działaczka Platforma jest za dużymi uprawnieniami samorządu terytorialnego, kosztem władzy centralnej, która jest oczkiem w głowie PIS.
Zdaniem PO w samorządach powinny pozostawać praktycznie wszystkie zbierane przez państwo podatki i powinny pozostawać w gestii władz samorządowych, gdyż to one wiedzą najlepiej jak sensownie wydatkować pieniądze podatników. Zdaniem Platformy – mówiła działaczka PO – samorządy wraz z większymi finansami powinny otrzymać zarówno większe kompetencje, jak i większe obowiązki.
Ale działaczka Platformy Obywatelskiej, opowiadając takie rzeczy, zapewne nie nie zna ani mechanizmów działania państwa, ani konstytucji Polski.

 

Można zapewnić

wspomnianą działaczkę Platformy, jak i całe PO, że nawet gdyby Platforma wygrała wybory do wszystkich samorządów w Polsce i to na wszystkich szczeblach, to i tak nie zmieni tym kompetencji samorządu, ani sposobu podziału podatków na różne struktury państwa.
Tak więc opowiadanie, że Platforma Obywatelska idzie na wybory samorządowe pod hasłami zwiększenia możliwości finansowych samorządów i ich kompetencji jest albo czystą nieznajomością polskiego prawa albo robieniem z wyborców idiotów.

 

I nie wiadomo co jest groźniejsze.

Oczywiście można zwiększyć wpływy podatkowe do samorządów (rzecz jasna kosztem wpływów do skarbu państwa – przecież to się musi sumować) i kompetencje samorządów, tyle tylko, że to jest w gestii parlamentu i pod takimi hasłami można oczywiście iść do wyborów – ale parlamentarnych.

 

Zresztą to nie jeden dowód

na pomieszanie przez Platformę Obywatelską problemów wymagających poruszenia w wyborach samorządowych i parlamentarnych – podobnie rzecz się ma z kilkoma rodzajami bilbordów „PiS wziął miliony i coś tam coś tam”.

 

Wspomniane bilbordy

nie dość, że są głupie, jakby robione przez półinteligentów dla ćwierć mózgów (co chlubnie świadczy o tym jak Platforma Obywatelska ocenia polskich wyborców), to jeszcze nie nie mają nic wspólnego z wyborami samorządowymi.

 

A powiedzmy sobie szczerze

– patrząc na dotychczasowy przebieg wyborczej kampanii samorządowej, to mam wrażenie, że wszyscy ją traktują jako ostatni akord poprzedniej kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu, albo próbę generalną przed następnymi wyborami parlamentarnymi. A przecież nie o to chodzi.
Marzy mi się taka chwila, kiedy do moich drzwi zadzwoni pani czy pan i powie: „Panie Ilka, kandyduję na radnego, bo już dostaję szału jak patrzę na to co robią z komunikacją miejską w naszej dzielnicy.
Jak już będę radnym, to zrobię porządek z przystankami w naszej okolicy, a zielone i czerwone światła na głównych skrzyżowaniach obok nas wreszcie będą działały.

 

No i ten skwerek obok to powinno się zazielenić.

No i z przedszkolem coś trzeba zrobić – jak by dostali większą dotację to przyjęliby więcej dzieci – a wie pan ile trzeba płacić w prywatnych przedszkolach w naszej dzielnicy? Czy nie uważa pan, że dobrze myślę? – Jeśli tak tak to niech pan na mnie zagłosuje”.
Jak taka pani/pan zapuka do moich drzwi to oczywiście na nich zagłosuję.

Wyborczy pic Patryka Jakiego

Patryk Jaki, zaraz po wyznaczeniu go przez Jarosława Kaczyńskiego na kandydata PiS-u w wyborach na Prezydenta Warszawy, przystąpił do pracy nad wykreowaniem swoje­go nowego wizerunku na potrzeby najbliższej kampanii wyborczej.

 

Z pewnością chciałby, by Suweren przynajmniej na czas tej kampanii zapomniał o jego niezbyt chlubnej działalno­ści politycznej w ostatnich trzech latach. Skoro zdecydował się na kandydowanie, ma z pew­nością nadzieję, że jeżeli PiS-owi udał się taki blef w kampanii wyborczej na Prezydenta RP i w ostatnich wyborach do Parlamentu, to dlaczego z jego kampanią miałoby stać się ina­czej. Jeszcze przed oficjalną kampanią wyborczą Patryk Jaki postanowił pójść za ciosem. Wspólnie z kolegami rozpoczął prace nad wykreowaniem swojego nowego wizerunku. O ile amnezja Suwerena pozwoli, Nowy Patryk Jaki ma być otwarty, tolerancyjny, wiarygodny, wsłuchującego się w głos Suwerena no i oczywiście reagujący na jego potrzeby, uczciwy i konsekwentnie zwalczający różnego rodzaju patologie oraz oczywiście brzydzący się wszel­kiego rodzaju przejawami nepotyzmu.

Aby być uczciwym wobec wyborców, warto przypomnieć Patryka Jakiego z ostatniej kampanii wyborczej do Parlamentu, w tym szczególnie Jego postawę w okresie kiedy stał się człowiekiem władzy?

W trakcie ostatniej kampanii wyborczej do Parlamentu Patryk Jaki nie unikał kontak­tów z „narodowcami”, między innym z Panem Piotrem Rybakiem. To jemu jako Wice Mini­strowi Sprawiedliwości dziękował nan Jacek Międlar za to, że uniknął wyroku za swoje rasi­stowskie publiczne występy, przy okazji tej wypowiedzi nazywając Panią Prezydentową „Żydówą” i też bez poniesienia konsekwencji. Jako katolicki polityk walczył o zamknięcie granic naszego kraju przed uchodźcami z państw ogarniętych działaniami wojennymi, na­wet jeżeli byli to „nasi bracia w wierze”. A dzisiaj kandydat na Prezydenta Warszawy chce uczynić Warszawę miastem otwartym. Biedny człowiek, mieszka w Warszawie od kilku lat (przyjechał z Opola) i nie zauważył, że nasza stolica jest właśnie takim miastem. Rodzi się zatem pytanie dla kogo Patryk Jaki chce otworzyć stolicę? Sądząc, po jego dotychczasowych działaniach, kiedy to szeroko otworzył dla swoich kolegów dostęp do stanowisk w Spółkach Skarbu Państwa i spółkach samorządowych, urzędach centralnych to można przypuszczać, że kandydatowi chodzi o szerokie otwarcie dla swoich kolegów dostępu do stanowisk w Sto­łecznym Ratuszu. Zwłaszcza, że po tym jak poróżnił się z Prezydentem Opola może dla nich nie być stanowisk w Opolu.

Słowa o tolerancji, szacunku do drugiego człowieka w ustach Patryka Jakiego brzmią groteskowo, bo to on uchodźców utożsamia z terrorystami a jego koledzy poszli dalej, bo ich „szacunek” do uchodźców to nazywanie ich „gwałcicielami kóz”. Czy w przypadku Pa­tryka Jakiego jest granica zakłamania? A może to brak szacunku do wyborcy i przekonanie „że ciemny naród to kupi”?
Konsekwentne zwalczanie patologii w życiu publicznym oczywiście miało miejsce w życiu, ale było to na początku kariery politycznej Patryka Jakiego tj. w czasach kiedy działał on w opozycji. Są to tak „odległe czasy”, że Patryk Jaki mógł o nich zapomnieć. Władza szybko dokonała jego deprawacji. W lokalnej prasie pojawił się nawet przydomek nadany mu przez Jego kolegów „Patryk – wszystko mogę”.

Fakty, że dziwnym trafem były barman w knajpie będącej własnością żony Patryka Jakiego, a potem jego asystent został wiceprezydentem Opola, zaś jego ojciec – prezesem opolskich wodociągów – wskazują, że jego nepotyczne zdolności deklasujące dotychczasowych liderów na tym polu, którym zdawało się nie być równych.

Wsłuchiwanie się w głos Suwerena, realizacja jego oczekiwań, to ponoć najważniej­sze zasady, którymi kieruje się Zjednoczona Prawica a tym samym Patryk Jaki. Zasady te bardzo skutecznie w sposób przewrotny przećwiczył on na mieszkańcach gmin; Dąbrowa, Dobrzeń Wielki, Prószków i Komprachcice, kosztem których zostało powiększone Opole. To właśnie oni mogą bardzo wiele powiedzieć na ten temat. Proces powiększenia Opola od początku prowa­dzony był na nieczystych zasadach, w pośpiechu bez analizy skutków tych działań i przy całkowitej ignorancji społeczności ościennych gmin. Mieszkańcy Opola, jak wskazywał sondaż, nie byli zainteresowani poszerzeniem granic miasta. W ogłoszonym przez władze Opola sondażu, ze względu na pośpiech nie było możliwości zorganizowania referendum, wzięło udział zaledwie 6 proc. mieszkańców. W odróżnieniu do Opolan w podobnym sondażu zorganizowanym w zainteresowanych wsiach frekwencja wyniosła prawie 90 proc. Stanowisko tych mieszkańców było ignorowane na wszystkich szczeblach władzy. Wykorzystując ukła­dy lokalne (Wojewodę) i Rządowe „walec” powiększenia Opola parł do przodu. Patryk Jaki wbrew wspomnianym deklaracjom Zjednoczonej Prawicy nie odważył się spotkać z prote­stującym Suwerenem, który chcąc zmusić go do spotkania zdecydował się poczekać na niego w Jego biurze poselskim. Zamiast dialogu w biurze, poseł postanowił przeprowadzić rozmowę z Suwerenem na sali sądowej. Ten arogant swoimi wypowiedziami starał się zdys­kredytować samorządowców i organizatorów sondaży w ościennych gminach, podważać wiarygodność tych sondaży. Gdy Pani Sołtys jednej ze wsi skierowała sprawę do sądu o na­ruszenie dóbr osobistych, partyjni koledzy „schowali” posła „Patryka – wszystko mogę” za immunitetem poselskim.

Ostatecznym i największym przejawem ignorowania samorządów było niespodziewane włączenie na posiedzeniu Rady Ministrów, na dzień przed planowanym spotkaniem Komisji Wspólnej Rządu z Samorządem Terytorialnym, kwestii Rozporządzenia dotyczącego zmiany granic Opola. W trakcie tego spotkania miały zapaść ostatecznie roz­strzygnięcia w tej sprawie. Ten manewr sprawił, że spotkanie to stało się bezprzedmiotowe. I tak ta źle przygotowana reforma stała się faktem, a to że wiele spraw nie zostało uregulo­wanych dowodzą różne nie rozwiązane do dzisiaj problemy. Skutkiem tej bezczelnej gry jest brak zaufania ościennych gmin w stosunku do Opola. Aglomeracja Opolska, która miała być motorem napędowym rozwoju Opolszczyzny funkcjonuje praktycznie na papierze.

Ignorant samorządów Patryk Jaki chce teraz zostać najważniejszym samorządowcem w kraju – Prezydentem Warszawy. A może wielki strateg PiS-u Jarosław Kaczyński wyzna­czył mu nowe zadanie, by korzystając z opolskich doświadczeń podobnie ograć samorządy ościenne gmin Warszawy i utworzyć wielką stolicę? Wszystko jest możliwe.

Krótka, bo zaledwie ponad 2-letnia kariera Patryka Jakiego jako polityka władzy sprawiła, że utracił wiarygodność jako człowiek i polityk, co potwierdziła również jego działalność w Komisji Reprywatyzacyjnej, którą traktuje głównie jako trampolinę do wybi­cia się na fotel Prezydenta Warszawy. Jego pozycja pozwoli mu w ramach tej komisji z pewnością przygotować konkurentom wyborczą niespodziankę.

Komu się marzy merytoryczna i uczciwa kampania z Patrykiem Jakim to lepiej niech zrezygnuje z kandydowania lub pogodzi się ze swoją klęską. Będzie to kampania demagogicznych haseł, oszczerstw a być może i fauli. Warto prześledzić losy faworyta na Prezydenta Opola w ostatnich wyborach samorządowych. Jak niewiele znaczą deklaracje Patryka Jakiego, można było się już nie raz przekonać. W trakcie rozmowy z Konradem Piaseckim w Radiu Zet stwierdził, że jeżeli będzie kandydatem PiS-u w wyborach samorządowych to zrezygnuje z komisji Reprywatyzacyjnej. Oczywiście jako „rasowy” polityk zmienił zdanie.

Na zakończenie jeszcze tylko jedna uwaga. Hasło kandydata na Prezydenta Warsza­wy Patryka Jakiego, przybysza z naszego miasta, „ambitna Warszawa” – obraża War­szawiaków. Warszawa zawsze była i musiała być ambitna, by móc się podnieść z wojennych zgliszczy.

Wielki „ambitny” Patryk, który w swoim życiu nic jeszcze nie zdołał zbudować, bę­dzie starał się zarazić mieszkańców stolicy ambicją, by zbudowali sobie drugą Warszawę.

Flaczki tygodnia

Najpierw podziękujcie bogu, że urodziliście się w Polsce. Podziękujcie zgodnie z zaleceniami pana sułtana Kaczyńskiego i jego politycznych eunuchów.

***

I w tym roku prawicowa, narodowo-katolicka władza czciła rocznicę wielkich robotniczych strajków i powstania pierwszej „Solidarności”. Czciła intensywnie, powtarzając miłą dla swego ucha legendę, że to tamta polska „Solidarność” obaliła światowe „Imperium Zła”, czyli Związek Radziecki.

***

Nie jest to prawdą. Związek Radziecki rozpadł się w efekcie wewnętrznych konfliktów interesów, kryzysu ekonomicznego i nieudolnych reform ekipy Gorbaczowa. To osłabienie ZSRR przyniosło zjednoczenie Niemiec i rozpad wschodnioeuropejskiego bloku państw socjalistycznych. A nie „aksamitne rewolucje” w tych państwach. Potwierdził ten pogląd nawet pan poseł Kornel Morawiecki w wywiadzie dla, związanego z PiS, tygodnika „Do rzeczy”.

***

Uroczyste obchody powstania NSZZ ”Solidarności” celebrowano w Sali BHP dawnej Stoczni Gdańskiej imienia Lenina. Tam gdzie 31 sierpnia 1980 roku ówczesna władza reprezentująca Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą podpisała ze porozumienie strajkującymi robotnikami i obiecała spełnić ich 21 Postulatów. Najważniejszym z nich była zgoda władz na powstanie niezależnych od PZPR związków zawodowych. Czyli NSZZ ”Solidarność”.

***

Dziś do symboli i legendy tamtej „Solidarności” odwołują się oba wojujące ze sobą polityczne plemiona PO i PiS. Platformiarze obchodzą rocznicę pod ikonami Lecha Wałęsy, Henryki Krzywonos i Jerzego Borowczaka. PiSiory za prawdziwych twórców „S” uważają Lecha Kaczyńskiego, Andrzeja Gwiazdę i Annę Walentynowicz. Oba skłócone plemiona obchodzą święto osobno, obchodząc się podczas obchodów wielkimi łukami.

***

Wspomnianą rocznicę celebrowano w budynkach nieistniejącej już Stoczni Gdańskiej, czyli w jej trumnie. Stocznia, w czasach Polski Ludowej miejsce pracy kilku tysięcy robotników, upadła wraz z Polską Ludową. Kiedy stworzona przez stoczniowców NSZZ ”Solidarność” doprowadziła do upadku ZSRR. Najważniejszego klienta polskiego przemysłu stoczniowego.

***

Czy NSZZ ”Solidarność” rzeczywiście obaliła ZSRR, czy tylko przyśpieszyła jego rozpad, będziemy długo dyskutować. Bezdyskusyjne jest, że strajkując w 1980 roku polscy robotnicy wywalczyli dla siebie i wspierających ich inteligentów podstawowe wolności prawa ludzkie. I przy okazji bezrobocie. Przede wszystkim dla robotników, bo inteligenci lepiej poradzili sobie w III RP.

***

Zapewne gdyby strajkujący robotnicy przeczytali pisma Jana Wacława Machajskiego, to może wcześniej spisaliby więcej postulatów ochraniających ich zakłady pracy. Ale słuchali antykomunistycznych doradców i księży cytujących im słowa Jana Pawła II-go. Sami sobie polscy robotnicy zgotowali ten los.

***

W czasie tegorocznych obchodów w trumnie NSZZ ”Solidarności” pan premier Morawiecki zwiastował zmartwychwstanie gdańskiej stoczni i polskiego przemysłu stoczniowego. Obiecał wszystkim dumnym z polskości Polakom, że odkupi od prywatnego właściciela zwłoki gdańskiej stoczni. Ożywi je uruchamiając tam produkcję statków.

***

Niestety pan premier Morawiecki nie obiecał też odkupienia logo ZSRR od prezydenta Putina i zmartwychwstania Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Solidnego i niezawodnego odbiorcy polskich statków. Kto zatem teraz kupi te obiecane stoczniowcom statki?

***

Ponad rok temu pan premier Morawiecki, i jego koledzy z PiS podobne obietnice zmartwychwstania stoczni złożyli w Szczecinie. Uroczyście celebrowali odsłonięcie stępek dwóch promów skierowanych do budowy promów. „Największych w historii Polski”, jak skromnie ogłoszono. Dziś nadal nie ma nawet planów niezbędnych do budowy tych promów. Za to jedną, bezczynna stępkę ktoś zdążył już ukraść.

***

Wygląda na to, że tak naprawdę Partia i rząd nie chcą tych, obiecywanych statków budować. Chcą jedynie robić sobie cykliczne kampanie wyborcze. Oszukiwać ten przysłowiowy „ciemny lud”, że prominenci PiS cały czas pracują dla „suwerenności ekonomicznej” Polski. Obietnice PiS to opium „ciemnego ludu”.

***

Oczywiście wszystkie te celebry, akademie ku czci, msze, rdzewiejące stępki, a zwłaszcza ekspertyzy dowodzące słuszności rządowych obietnic, sporo kosztują. Ale elity PiS nie finansują tego ze swoich pieniędzy. Wszystko jest opłacane są z deficytu budżetowego państwa polskiego. Z podatków wszystkich obywateli. Płaconych też przez opozycję. Czyli przez nas też.

***

Media poinformowały, że od jesieni związkowcy z NSZZ „Solidarność” oraz ich rodziny korzystające z kart paliwowych Lotos Biznes otrzymają zniżki na paliwa, myjnie, oleje, płyny do spryskiwaczy oraz produkty z menu Cafe Punkt. To efekt porozumienia zarządu państwowego koncernu Lotosu z kierownictwem prorządowego związku zawodowego NSZZ „Solidarność”.

***

Warto przypomnieć, że trzynasty punkt 21 Postulatów Sierpniowych spisanych przez strajkujących w 1980 roku polskich robotników postulował aby znieść przywileje MO i SB, takie jak sklepy z deficytowymi i tanimi towarami. Teraz obecna NSZZ ”Solidarność” tworzy sobie handlowe przywileje podobne do tamtych milicyjnych. Można rzecz, że teraz „Solidarność” pana przewodniczącego Dudy stoi tam gdzie kiedyś MO, SB i ZOMO.

***

Pan prezydent Andrzej Duda rzekł podczas uroczystości rocznicowych w Gdańsku, że „w 1989 roku nastąpiła bezkrwawa rewolucja, ale płacimy za to cenę”. W Gdyni obiecywał licealistom, że „uwolni Polskę od komunistów”. Brakuje panu przelanej krwi, panie prezydencie?

***

Pan sułtan Jarosław Kaczyński wygłosił wytyczne dla swoich politycznych i umysłowych eunuchów. O tym następnych razem. Teraz podziękujcie bogu raz jeszcze, że urodziliście się w Polsce.

 

PS. Pogłoski, że redaktor, były poseł SLD Piotr Gadzinowski będzie kandydował do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa i Wilanowa wydają się prawdziwe.

Zachęcanie przez zawstydzanie

Destrukcja systemu prawnego dokonywana przez PiS nie cieszy się przesadnym poparciem Polaków. Mimo to protesty uliczne pozostają względnie nieliczne, a notowania partii Kaczyńskiego trzymają się jak zaklęte – z lekką tendencją wzrostową.

 

Sytuacja to powoduje rosnącą wściekłość środowisk liberalnych i demokratycznych, które wyraźnie nie mogą poradzić sobie ani z diagnozą sytuacji, ani z opracowaniem sensownego planu przeciwdziałania.
Strofowanie narodu
W przestrzeń publiczną płyną osobliwe przekazy, wzywające obywateli do czynu i wzmożenia. Można je podzielić na trzy zasadnicze warianty.

 

Wariant 1 – macie to wszystko, puste debile, dzięki nam

„Fajnie wam się żyje w tym kraju? Nieźle, co? Skromna »furka«, »klamoty« z butiku, nierzadko własna »kawalerka«, a w niej sprzęt audiowizualny ful, zimą snowboard w Sölden, latem adventure-club w Nowej Zelandii. To się nie wzięło znikąd. Komuś to zawdzięczacie. Swoim rodzicom bądź innym współrodakom w ich wieku. Ludziom, którzy nieobarczeni luksusami, które dla was stały się niczym niezwykłym, wychodząc 30 lat temu na ulice walczyli przeciw »komunie« o wolną Polskę, o kraj, w którym żyjecie. Jeszcze”.
Lipcowy apel do polskiej młodzieży, zamieszczony na oficjalnej stronie KOD, podbił internety. Nie w taki sposób, o jaki chodziło autorom, ale jednak…
Trudno o przykład głębszego oderwania się od rzeczywistości. Podobny wizerunek młodego pokolenia, żyjącego naprawdę w świecie umów śmieciowych, wątpliwych perspektyw i ciągłej niepewności, powtarza się w różnych wariantach opozycyjnych apelów. Wariant „żyjecie dobrze dzięki naszemu poświęceniu” adresowany jest, co ważne, do ludzi z tej samej klasy społecznej – nowego mieszczaństwa, które w oczach KOD pogubiło się i podtopiło moralnie w oceanach sojowego latte.
Obraz bananowej młodzieży ma zapewne związek z lokalizacją warszawskich demonstracji – w pobliżu popularnych klubów i kawiarni. Uogólnienie obserwacji warszawki do całego pokolenia świadczy jednak o czymś gorszym – pokolenie zmęczonych „budowniczych III RP” najwyraźniej nie znalazło czasu i wspólnego języka, by porozmawiać z własnymi dziećmi i dowiedzieć się czegoś o ich faktycznych marzeniach i obawach.

 

Wariant 2 – jesteście, chamy, kupieni za pięć stówek

„Biedny, otumaniony 500+, tanio kupiony pseudodumą rodem z paska wiad. tvp 40 procentowy »narodzie« – rozpłyń się i przepadnij. Jesteś zakałą świata!” – wpis aktora Jacka Poniedziałka stał się również hitem internetu.
Nie o Poniedziałka tu jednak idzie. Przedstawiony fragment to zebrane w kilku zdaniach rozczarowanie polskiej liberalnej inteligencji polskim nieliberalnym ludem. Podobne, łagodniej wyrażone, rozczarowania można cytować setkami – padają z ust dawnych opozycjonistów (Frasyniuk, Celiński, Niesiołowski) i ludzi kultury.
Większość z nich uderza w tony litościwo-protekcjonalne (pogubieni, zbałamuceni, ofiary telewizyjnej propagandy itp.) – na tym tle jawnie pogardliwa diagnoza Poniedziałka jawi się jako krynica szczerości.
Jest to klasyczna postawa polskiego szlachcica-inteligenta wobec polskiego chłopa, ukształtowana przez doświadczenie powstania styczniowego i wcześniejszej rabacji galicyjskiej. Można zastanawiać się oczywiście, czy taki sposób opisu – uwiedzenie polskiego ludu przez PiS – jest prawdziwy, czy nie. Z pewnością antyelitarna krucjata PiS ma coś z ducha rabacji, ale pod względem politycznej strategii obrażanie się na stanowiącą większość społeczeństwa klasę ludową i jawne jej poniżanie jest praktyką samobójczą – również znaną w polskiej historii i wielokrotnie ćwiczoną.

 

Wariant 3 – ucieczka w świat bajek, czyli ku pokrzepieniu serc

„Mama nie przeczyta dziś bajki, musi biec pod sąd. Młode prawniczki postawiły się władzy”, „KOD ubrał Misia Uszatka w koszulkę z napisem »konstytucja«”, bohaterskie czyny Klementyny Suchanow polegające na sprayowaniu napisu „czas na sąd ostateczny”, przewożenie do Sejmu protestujących w bagażniku, opowieści o tym, że demokrację w Polsce uratują kobiety…
Czytając antypisowskie portale i gazety, można zanurzyć się w zupełnie alternatywnym świecie, pełnym krzepiących wieści, sympatycznych opowieści o dzielnych ludziach, wspomnień z protestów, pisanych w wysokim diapazonie apelów wydawców prasy. Ciepło, mile, przytulnie, swojsko – czyli w dobrym towarzystwie „wspaniałych ludzi”. To nic, że wedle wszystkich badań wśród popierających PiS przeważają kobiety – to nic, że młodzież uważa protestujących pod Sejmem rodziców i dziadków za wcielenie obciachu (dlaczego? Patrz: Wariant 1).
Środowiska opozycyjne zdają się nie dostrzegać postępującej infantylizacji we własnych szeregach. Śmiech jest w polityce bronią morderczą – w nieodpowiednich rękach może stać się również narzędziem samobójcy.

 

Licytacje demokratyczne

Kolejnym mechanizmem społecznym, znanym i opisanym, jest wewnętrzna dynamika w obrębie ruchu prodemokratycznego. Trwa tu niezwykle zacięta walka o przywództwo. Nałożenie wewnętrznej konkurencji na zasadniczą walkę z PiS prowadzi do posunięć bardzo dziwnych i zupełnie niezrozumiałych dla społeczeństwa. Weźmy przykład z Wrocławia – przez wiele tygodni trwały tu dwie konkurencyjne demonstracje w obronie sądów. Gdy jedną tworzył komitet z udziałem Nowoczesnej i SLD, drugą (zwykle dwie godziny później) organizował inny komitet z udziałem partii Razem. Ostatecznie oba środowiska skłóciły się na amen, co zaowocowało również wysypem bardzo podobnych kandydatek na prezydenta miasta i – co łatwo przewidzieć – zmarnowaniem oddanych na nie głosów.

 

Hybrydowa rewolucja – co robić?

Problemem opozycji jest dziś nie odpowiedź na pytanie, czy rządy PiS są złe i szkodliwe (oczywiście – są), lecz o zasadniczy wybór strategii walki z formacją Kaczyńskiego. Podstawowe odpowiedzi są dwie: wygrać wybory i przejąć władzę lub wszcząć rewolucję. Odpowiedź pierwsza oznacza jednak akceptację dzisiejszej Polski jako kraju demokratycznego, w którym wyborcze zwycięstwo jest możliwe. Czy tak jest, czas pokaże.
Wariant rewolucyjny zderza się z problem praktyki rządów populistycznych, która sama w sobie jest rozciągniętą w czasie rewolucją. Hybrydowa rewolucja typu populistycznego (Rosja, Węgry) ma to do siebie, że dla większość obywateli życie płynie zupełnie „normalnie” – ukazują się gazety, ludzie pracują i jeżdżą na wczasy, działa jakaś opozycja. Brak czynnika, który zdołałby wypchnąć tłumy na ulice. Zanika jedynie po cichu zasadnicza cecha demokracji – możliwość zmiany władzy w wyniku wyborów. Problem polega jednocześnie na tym, że hybrydowe wojny i rewolucje można prowadzić tylko z pozycji władzy – żadna opozycja nie jest w stanie działać na podobnych zasadach. Polska anty-PiS próbuje dziś działać po części w obrębie systemu demokratycznego, po część wychodząc na ulicę w trybie półrewolucyjnym, po części próbując PiS po prostu przeczekać.
Każda z tych strategii okazuje się, jak na razie, zawodna, a ich połączenie dezorientujące społeczeństwo.

 

Mimo opozycji…

Paliwem PiS, podobnie jak każdego współczesnego ruchu populistycznego, jest nienawiść do elit i chęć wywarcia na nich zemsty – mniejsza o to, za co i jak.
Bez zrozumienia tej niezwykle prostej prawdy anty-PiS skazany jest na klęskę. Oczywiście, większość polityków opozycji świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Dominuje jednak asekurancka strategia przetrwania i przeczekania. Każdy inny wariant oznacza koniec marzeń o powrocie do sytuacji sprzed ostatnich wyborów.
Na razie opozycja parlamentarna i duża część pozaparlamentarnej prowadzi wobec społeczeństwa dziwaczną politykę zawstydzania, mającą rekompensować własne zaniedbania i brak jakiejkolwiek wizji.
Polakom wychodzącym na protesty w obronie demokracji należy się najwyższy szacunek – wielu z nich, w tym niżej podpisany, wychodzi jednak na protesty nie dzięki, lecz mimo apelów opozycyjnych elit.

Wybierzmy godność

To będą niezwykle ważne wybory dla polskiej lewicy. Będziemy mieć szanse wyboru nie tylko dobrych i bardzo dobrych lewicowych samorządowców. Tych zarządzających województwami, miastami, powiatami i gminami. I tych kontrolujących nowo wybraną władzę.

 

Wybierzmy ludzi kompetentnych, wiernych składanym obietnicom i nieprzekupnych. Nie warto obdarzać zaufaniem politycznych „Jasiów wędrowniczków” – cynicznie zmieniających barwy partyjne i klubowe, jeśli u konkurencji konfitury są słodsze.
Te wybory mogą wreszcie zakończyć polityczny duopol PiS kontra PO. I pseudoliberalne polityki wieszczące, że jeśli bogaci szybko się wzbogacą, to i biednym coś z sutego stołu skapnie. Teraz kandydaci z „SLD – Lewica Razem” mają szansę uspołecznić działania samorządów. Spróbujemy tego w Warszawie, aby to stołeczne miasto było też miastem społecznym.
Te wybory ważne będą dla polskiej lewicy. Dla milionów Polaków, którzy nie wyparli się przeszłości i nie wstydzą się swojej pracy w czasach Polski Ludowej. Te wybory mogą przywrócić im godność. Zastopować nagonkę hałaśliwych „elit PiS” na weteranów pracy z Polski Ludowej. Haniebną „dekomunizację” polskich miast, „degradację” polskich seniorów, odbierania im wypracowanych, należnych im emerytur.
Samorządowcy nie tworzą polityki państwowej, ale sprawni i kompetentni samorządowcy mogą na szczeblach lokalnych zablokować te kaczystowskie ekscesy. Zjednoczyć lewicowych Wyborców w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
Kandydaci „SLD – Lewica Razem” nie będą oszukiwać swych Wyborców nierealnymi obietnicami. Rozdawaniem nie swoich pieniędzy z deficytów budżetowych. Wizjami gigantycznych inwestycji na kredyty pozostawiane do spłaty przyszłym pokoleniom. W Polsce jest wystarczająco dużo majątku źle zarządzanego, niesprawiedliwie dzielonego i marnotrawionego. Jest zbyt dużo świętych krów, zwłaszcza tych „rasy toruńskiej”, zwolnionych od podatków i danin na rzecz rozwoju Polski. My to zmienimy i uporządkujemy.
Kandydaci „SLD-Lewica Razem” nie będą gonić za medialnymi modami. Wdzięczyć się do kreowanych przez komercyjne media idoli. Ja chcę być reprezentantem starszego pokolenia Polaków. Weteranów pracy Polski Ludowej. Pogardzanych przez te media „komuchów”.
Głowa do góry „komuchy”! Nie dajmy sobie odebrać przez prawicowych kłamców naszej godności. Naszych zasług w czasie wieloletniej pracy dla Polski. Prawdy o naszej historii.
Nasz Komitet Wyborczy „SLD – Lewica Razem” przygotował program dla seniorów. Życia aktywnego społecznie i zawodowo. Życia godnego.
Bo emerytury mogą nam odebrać. Chwilowo rzecz jasna.
Ale naszej „komuszej” godności odebrać sobie nie damy.

 

PS. Będę kandydował do Rady Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Domyślacie się z jakiej listy, bo „Czy wygrywasz czy nie, ja i tak kocham cię”.

Igrce w Lidzbarku Warmińskim, czyli jak PiS zabawia lud

Już wiadomo, że reżym pisowski nie będzie aż tak ponury jak hitlerowski czy stalinowski. Wtedy źródłem radości i wesołości były niemal wyłącznie dziarskie marsze Sturm Abteilungen z pochodniami i występy zespołów ludowych. PiS zabawia lud na cztery fajerki, gdzie się da i jak się da.

 

Na zamku w Lidzbarku Warmińskim prezes TVPiS Jacek Kurski zorganizował dzień z pilśniowym serialem „Korona królów”. Goście spotykali się z nieznanymi (na ogół) aktorami (NN) grającymi w tym serialu i nurzali się w atmosferze epoki Władka Łokietka i Kazika Wielkiego, syna jego (a propos: co z obietnicą PiS, że będą odbudowywać zamki kazimierzowskie?), brali udział w przebierankach w tzw. stroje z epoki, w obmacywaniu białej broni oraz (niektórzy) białogłów.

 

Życie stało się weselsze

W ogóle Polska pisowska bawi się na całego, przynajmniej w telewizorze. W filmie Feliksa Falka „Idol” jeden z bohaterów mówi: „Panie, powiedz mi pan, coś się szykuje, bo bawią się i bawią?”. TVPiS skwapliwie pokazuje wszelkie wesołe imprezy jak kraj długi i szeroki, bo „Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją weselej”. Jak mówił towarzysz Stalin: „Życie stało się lepsze, życie stało się weselsze”. Ta sama TVPiS starannie dba o rozdzielność dwóch segmentów: tępej propagandy „Wiadomości” i TVP Info oraz wesołego, luzackiego, nie pozbawionego nawet delikatnych akcentów libertyńskich „Pytania na śniadanie”. Tam, jakby nigdy nic, pod batutą Kamela i Rogalskiej mówi się o partnerach (a nie tylko o sakramentalnych małżeństwach), celebruje hedonizm kulinarny, kosmetyczny i modowy i w ogóle nurza się w mało narodowej zgniliźnie. Najweselszy reporter TVPiS Mateusz Szymkowiak nie mówi ani słowa o polityce i godności narodu wstającego z kolan, natomiast przeprowadza szybkie wywiady z piosenkarzami i modelkami, których trudno podejrzewać o cnotliwy styl życia. PiS bowiem wie, że lud pisowski bynajmniej nie jest święty ani masochistyczny, by dostarczać mu wyłącznie typowej karmy z pisowskich manifestów politycznych. Jej nadmiar musiałby zwymiotować.

 

Okrakiem na Kaczorze

Dostraja się do tego wesołego nastroju lud antypisowski, w swych niewyczerpanych pomysłach na walkę uliczną (ulica). W Kraśniku (woj. lubelskie) ktoś wsiadł okrakiem na pomnik Lecha Kaczyńskiego myśląc może, że poleci na nim jak na pegazie. Natychmiast, bezzwłocznie zaczęła go poszukiwać policja. Ta sama, która w Krynicy potrzebowała najpierw pół godziny, aby przejść dwadzieścia metrów na miejsce zajścia, w którym właścicielka lokalu dostała dosłownie po głowie i upadła zemdlona, a potem dobę, aby zatrzymać brutalnych bandziorów terroryzujących wypoczynkową miejscowość. Podlegająca dziś „Jojowi” szczecińskiemu policja jest nieprześcigniona w ściąganiu na siebie śmieszności.

 

Co nowego u „nadzwyczajnej kasty”

Po uniewinnieniu puczystów sejmowych z grudnia 2016 i koszulkowców z ostatnich tygodni, nadzwyczajna kasta wymierzyła siarczysty policzek agentowi w randze wiceprezesa tzw. Trybunału Konstytucyjnego Mariuszowi Muszyńskiemu. Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał, że jako nieprawowity dubler nie ma on prawa orzekać w rzeczonym trybunale. Agent poskarżył się na twitterze, że chcą go „zadręczyć, ale im się to nie uda”. Muszyńskiego rzeczywiście trudno zadręczyć, bo był kiedyś bramkarzem na imprezach i ma posturę King Konga, ale tak czy inaczej został uznany za persona non grata. Za to on sam nie będzie dręczył sędziów jako szef Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, co mu się marzyło. Jednak ludzie Ziobra godnie go wyręczą

 

Przeszłość już się zbliża…

Podobno, jak mawiają filozoficznie usposobieni fizycy, względnie fizycznie usposobieni filozofowie, czas jest kategorią niejednoznaczną, zmienną, i rozciągliwą i podatną na kurczenie. Takie wrażenie można odnieść, gdy obserwuje się jedyną politykę zagraniczną, jaką prowadzi PiS, czyli politykę na – nomen omen – froncie niemieckim. Teraz PiS i jego propagandziści oburzają się, że niemiecki sąd zwolnił telewizję ZDF od ponawiania, któryś z kolei raz, przeprosin patriotycznej Polski. Patriotom polskim przeprosin nigdy dość, więc będą się odwoływać. A z tym czasem to jest tak. Urodziłem się zaledwie 12 lat po wojnie, ale już w dzieciństwie wydawała mi się ona odległa w czasie niewiele mniej niż czasy Mieszka I. Obecnie mamy po wojnie 73 lata, a można odnieść wrażenie, że ten czas się przybliża. A im Niemcy bardziej się kajają, tym PiS i jego propagandziści głośniej wołają: „Na kolana, przepraszać!”. Tylko patrzeć, jak umrze w Niemczech najmłodszy dziadek z Wehrmachtu i ostatni świadkowie II wojny światowej, ale to nie powstrzyma PiS od nieustannego domagania się od nich przeprosin. Jeszcze trochę, a kajać się będą Niemcy urodzeni po grudniu 1970, kiedy to sekretarz Władysław Gomułka zawarł układ o granicy na Odrze i Nysie z kanclerzem Willy Brandtem, a pewnie pójdzie to i dalej. Dla patriotycznej Polski PiS, przeprosiny niemieckie za II wojnę światową stały się rodzajem sportu a może nawet perwersyjnych, ciągle ponawianych pieszczot. Jak te z niemieckich kanałów porno. Wyobraźnia może tu podpowiedzieć niezliczoną liczbę podniecających wariantów.

 

Sondaże – nie dziękuję

Rządowy, czyli PiS-owski CBOS ogłosił, że PiS ma 44 procent poparcia (a Imię Jego 40 i 4), a SLD jest pod progiem. Za chwilę inna sondażownia potwierdziła dotychczasową pozycję Sojuszu ponad progiem. Różnice wyników sondażowych są tak duże, że tuż przed wyborami trzeba dać sobie z nimi spokój. Z sondażami jest w ogóle tak, że gdy jest daleko do jakichkolwiek wyborów, nie mają one wiele sensu, bo przecież nikt nikogo wtedy nie wybiera. Gdy znów jest tuż przed wyborami, też mają niewiele sensu, bo są wtedy szczególnie intensywnie wykorzystywane jako narzędzia walki wyborczej. I tak źle i tak niedobrze. Do tego ci, którzy uzyskują wysokie wyniki, co ma służyć mobilizacji ich elektoratu, paradoksalnie narażają się na ryzyko demobilizacji (bo po co iść na wybory, skoro i tak wygrywamy).

 

„Tłuszcza pasibrzuchów, pijawki narodu”

Prawolsko-pisowskie media oburzają się, że pisanie o masowym procederze w irlandzkim Kościele Kat. i czynienie przy tym aluzji do kościoła w Polsce, to atak na niego. Można by rzec, że „uderz w stół, nożyce się odezwą”. Ewidentnie boją się efektu irlandzkiego w Polsce. Tym bardziej, że nawet pobożny szef Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcin Przeciszewski stwierdził, powołując się na relacje biskupów, że w każdej polskiej diecezji jest od kilku do kilkunastu księży-pedofilów. A szef fundacji „Nie Lękajcie się” Marek Lisiński usłyszał ze strony kościelnej stwierdzenie, że „gdyby doszło do wypłaty odszkodowań ofiarom pedofilii, niejedna diecezja w Polsce by zbankrutowała”. Pod Kościołem kat. w Polsce jest więc tykająca bomba, której on straszliwie się lęka, bo jej wybuch mógłby oznaczać koniec jego władzy w Polsce, nie wspominając o innych konsekwencjach. A za puentę tego wątku niech posłuży fragment wiersza „Do Stefana Batorego”, pióra Jakuba Jasińskiego, wodza insurekcji kościuszkowskiej 1794 roku w Wilnie, tego samego, który powiesił biskupa Kossakowskiego. A brzmi on tak:

Plugawego robactwa rój niepoliczony
Obsiadł wsie, miasta, domy, Rady i ambony
Ta tłuszcza pasibrzuchów, pijawki narodu
Spojona węzłem złości, próżniactwa i smrodu,
Tylu wieków koleją nieużyte plemię/Ssie dostatki narodów i pustoszy ziemię
Światu na nic niezdatni, z sobą mało zgodni
Inszych czynów nie mają prócz głupstwa i zbrodni.

Święte słowa. Amen.

Elita z arbuza

Wiele działań podejmowanych przez Prawo i Sprawiedliwość wydaje się chybionych  – choćby te dotyczące gigantycznych zarobków działaczy partii ulokowanych w spółkach Skarbu Państwa – ale to przemyślana strategia. Chodzi o zbudowanie własnej elity.

 

Na początku kwietnia br. Jarosław Kaczyński ogłosił decyzję Komitetu Politycznego PiS o zwrocie nagród przez ministrów rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego oraz o obcięciu pensji parlamentarzystów i samorządowców. Oczywiście w praktyce – jak zawsze w najważniejszych sprawach – podjął tę decyzję sam. „Będzie w tej chwili dużo, dużo skromniej niż było dotychczas” – zapowiedział. Decyzja Kaczyńskiego spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem – w sondażu przeprowadzonym dla TVN24 przez Kantar Millward Brown przyklasnęło jej 69 procent respondentów, przeciw było zaledwie 25 procent. Ale ten wynik z pewnością wierchuszki partii wcale nie ucieszył.

 

Skromność, czyli gigantyczne zarobki

Kaczyński zapowiedział nadejście ery skromności, ale na tym się skończyło. Skromniej nie jest. Po pierwsze, wcale nie wiadomo, czy ministrowie i inni wysocy urzędnicy państwowi, hojnie obdarowywani przez Szydło i Morawieckiego, rzeczywiście zwrócili pieniądze. Z enuncjacji Caritasu, który miał być beneficjentem decyzji Kaczyńskiego, wcale to nie wynika. Co zaskakujące, również rząd ani władze Prawa i Sprawiedliwości nie wydały żadnego oficjalnego komunikatu potwierdzającego zwrot dodatkowych, wypłaconych pod stołem pensji – bo w myśl prawa pracy nie były to premie. Później, dzięki akcji Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz publikacjom „Pulsu Biznesu” i „Gazety Wyborczej” z początku czerwca, poznaliśmy dochody lokalnych działaczy samorządowych należących do PiS. I to niemałe dochody, sięgające rocznie nawet 300 tysięcy zł i wypłacane przede wszystkim przez spółki Skarbu Państwa. Albo więc Jarosław Kaczyński kłamał mówiąc, że będzie „dużo, dużo skromniej”, albo już nie kontroluje swojego środowiska politycznego. Trudno ocenić, który z tych wariantów byłby gorszy. Polska prawica ma wielką umiejętność nadawania słowom nowego znaczenia. Podporządkowanie prezesów sądów ministrowi sprawiedliwości, a sędziów Sądu Najwyższego prezydentowi nazywa się teraz „zwiększeniem niezależności sędziowskiej”. Wszystko to, a na dodatek jeszcze postawienie na czele Prokuratury Generalnej szefa jednej z rządzących partii – czy raczej pisowskich przystawek – to dziś „zwiększenie niezależności wymiaru sprawiedliwości”. Wypadnięcie Polski z głównego nurtu polityki europejskiej to obecnie „budowanie podmiotowości Polski na arenie międzynarodowej”. Nie jest więc wykluczone, że gigantyczne zarobki polityków PiS i wybranych menedżerów oznaczać będą teraz „skromność”.

 

Trzeba nam elit chrześcijańskich i konserwatywnych

Chyba jednak nie o skromność tu idzie. Jarosław Kaczyński od wielu lat, konsekwentnie, mówi o konieczności stworzenia w Polsce nowych elit. Te obecne są, jego zdaniem, zbyt proeuropejskie, za mało konserwatywne, zbyt oddalone od wartości chrześcijańskich i nazbyt krytyczne wobec Kościoła katolickiego. Zdaniem prezesa Prawa i Sprawiedliwości, obecne elity obciążone są również grzechem postkomunizmu. Przez długie lata stworzenie nowych elit wydawało się fantasmagorią głównego lokatora Nowogrodzkiej, ale teraz, gdy PiS ma w rękach wszystkie instrumenty państwa, zapowiedź budowania „własnej” elity stała się znacznie bardziej realna. Choć chyba raczej należałoby powiedzieć, że dzisiaj realizacja tej zapowiedzi przyspieszyła. Już wcześniej bowiem podejmowano takie próby, zresztą, z punktu widzenia PiS, całkiem udane. Najważniejszą jest oczywiście budowa mitu Lecha Kaczyńskiego jako wybitnego działacza antykomunistycznego podziemia i „Solidarności”. Cała walka o pomniki „najwybitniejszego polskiego prezydenta Kaczyńskiego”, nieustanne podtrzymywanie mitu o zamachu w Smoleńsku, służy właśnie temu celowi. Temu służy również, zresztą już przez prawicę wygrana, wojna o pamięć historyczną. Zwycięstwo w tej wojnie powoduje, że większość Polaków ma już wrażenie, że spadkobiercami tradycji niepodległościowej są wyłącznie politycy Prawa i Sprawiedliwości. Nie jest to, mówiąc najdelikatniej, całkiem zgodne z prawdą. Ale nie prawda jest tu najważniejsza. Od 27 lat prawica podtrzymuje przecież mit Jana Olszewskiego jako „najlepszego premiera” i „wybitnego polityka”, podczas gdy w istocie jego rząd był najsłabszym gabinetem okresu transformacji. I prezes PiS doskonale o tym wie, co udowodniły opublikowane niedawno przez Wojciecha Maziarskiego tzw. taśmy Kaczyńskiego.
Trwałego sukcesu nie sposób jednak budować tylko na przeszłości. Trzeba sięgać w przyszłość. Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że bez wsparcia społecznej elity rządy prawicy nie potrwają długo. Dwie, a może trzy kadencje – jak jeszcze niedawno roili sobie politycy PiS – to czas, ich zdaniem, pozwalający przynajmniej częściowo wykonać to zadanie. Dzisiaj marzenia o tym, że Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło do 2027 roku, wydają się już nieaktualne, także ze względu na stan zdrowia „naczelnika”, ale proces budowy „nowej elity” idzie pełną parą. Na razie jest to proces budowy elity finansowej. Ale to tylko pierwszy krok.

 

Własny kościół, własne media

To bardzo pragmatyczne podejście, ale – wbrew powszechnemu przekonaniu o skrajnej ideologizacji prawicy, co to tylko Boga ma w sercu i brzydzi się dobrami doczesnymi – pragmatyzm w tym środowisku jest obecny od dawna, a bardzo widoczny przynajmniej od czasów powołania koalicji PiS z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. Chwilę później, gdy Prawo i Sprawiedliwość znalazło się w opozycji, ludzie skupieni wokół Jarosława Kaczyńskiego wykonali tytaniczną pracę. Zaczęli budować w całej Polsce struktury partii oraz afiliowanych organizacji w rodzaju Klubów „Gazety Polskiej”, przyciągając do siebie ludzi, którzy czują się przez III Rzeczpospolitą pokrzywdzeni i zepchnięci na margines. PiS umiejętnie to poczucie podsycał, co zaowocowało podwójnym zwycięstwem w 2015 roku. W tym czasie partia zbudowała też silne media, zupełnie zmieniając polityczny krajobraz rynku medialnego. Ma już również „swój” kościół w postaci „rodziny ojca Rydzyka”, a także sympatię wielu księży i hierarchów oficjalnego Kościoła katolickiego. Te nogi sukcesu PiS są teraz wzmacniane poprzez transfery finansowe, co widać choćby w dotacjach dla różnych przedsięwzięć ojca Rydzyka, a w „niepokornych” mediach – w kampaniach reklamowych instytucji publicznych i spółek Skarbu Państwa. Te „nogi”, na których dzisiaj opiera się Prawo i Sprawiedliwość, mają jednak dwie słabości – krótką ławkę wykształconych, dobrze przygotowanych do pełnienia funkcji publicznych kadr oraz kiepskie fundamenty biznesowe. Dlatego PiS konsekwentnie stara się te słabości wyeliminować. I to jak najszybciej. Czas odgrywa tu kluczową rolę, ale pośpiech bywa niebezpieczny i grozi dachowaniem. Dotyczy to zwłaszcza budowy fundamentów finansowych, bo prawica wspięła się do władzy pod sztandarami skromności i krytyki „rozpasania” rządów Platformy Obywatelskiej, której symbolem stały się słynne ośmiorniczki. PiS wie, że akcja opozycji pod nazwą „Konwój wstydu” jest dla niej śmiertelnie niebezpieczna, ale nie ma wyboru. Musi szybko zbudować korpus bezwzględnie lojalnych terenowych działaczy, którzy będą zdolni kierować różnymi instytucjami zależnymi od państwa. Aby dobrze przygotować ich do tej roli, trzeba im pozwolić zdobywać doświadczenie na kierowniczych stanowiskach. Nawet kosztem niechęci części elektoratu, najbardziej wyczulonego na hasło o równych żołądkach.
Tak wysokie poparcie – 69 przeciwko 25 procentom – dla decyzji o obcięciu pensji parlamentarzystom i samorządowcom jest dla PiS niebezpieczne. W partii mają jednak nadzieję, że do wyborów parlamentarnych i prezydenckich jest jeszcze wystarczająco dużo czasu, aby sprawę podwójnych pensji jakoś „przykryć”. Choćby nawet kolejnymi prezentami dla elektoratu, w rodzaju 300 złotych dla każdego dziecka na wyprawkę szkolną.

 

Kadry są wszystkim

Leninowska prawda głosząca, że „kadry są najważniejsze” znajduje na prawicy posłuch. W przeprowadzonej w połowie 1994 roku rozmowie z Tomaszem Grabowskim, politologiem z amerykańskiego Uniwersytetu w Berkeley, Jarosław Kaczyński z dużą szczerością mówi nie tylko o swojej i brata pozycji w solidarnościowej opozycji lat osiemdziesiątych, ale również o własnym środowisku politycznym. To specyficzny moment, wybory wygrała postkomunistyczna lewica, w kraju rządzi koalicja SLD i PSL, Kaczyński jest poza parlamentem. Właśnie wtedy przyznaje: Uczciwie mówiąc, całe to ówczesne PC [Porozumienie Centrum, pierwsza partia braci Kaczyńskich – PG] to był straszny zoolog, w sensie: ogród zoologiczny. To było dziwne zbiorowisko. Dużo tam wtedy było różnych takich środowisk niesłychanie skrajnych, integrystycznych katolików, ludzi o uogólnionej pretensji do świata, także trochę ludzi niezupełnie zdrowych na umyśle. O dzisiejszym podejściu władz Prawa i Sprawiedliwości do kadr, czyli członków partii, wiele mówią też słowa Adama Lipińskiego, wiceprezesa PiS. Tłumacząc wypowiedzi Kaczyńskiego dla Grabowskiego powiedział, że na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy na scenie politycznej dominował nurt lewicowo-liberalny powstał pomysł powołania partii politycznej o proweniencji bardziej prawicowej. W statucie wpisaliśmy, że Porozumienie jest partią chrześcijańsko-demokratyczną z równoprawnym nurtem konserwatywnym oraz ludowym. I zaczęli się do niego zapisywać wszyscy, którzy nie zgadzali się z nurtem lewicowo-liberalnym. Lipiński dodał, że dzisiaj weryfikacja osób chcących zapisać się do PiS jest znacznie ostrzejsza. Nawiasem mówiąc, jeśli rzeczywiście dzisiaj weryfikacja chętnych jest tak staranna, to oznacza, że kariera w PiS byłego prokuratora stanu wojennego czy oficera Ludowego Wojska Polskiego wcale nie jest przypadkiem.

 

Krótka ławka

Kadrowa słabość Prawa i Sprawiedliwości jest widoczna gołym okiem. Nie chodzi wyłącznie o ministrów, z których spora część nigdy nie powinna objąć tak eksponowanych stanowisk. Widać to przede wszystkim w rozprawie z wymiarem sprawiedliwości. Mimo ogromnych wysiłków, prawicy nie w pełni udał się skok na polskie sądy. Zbigniew Ziobro nie zdołał obsadzić swoimi ludźmi nawet wszystkich Sądów Okręgowych, nie mówiąc już o niższych szczeblach. Na znaczną część stanowisk awansowano przypadkowe osoby, bez odpowiednich wyników i doświadczenia, a przede wszystkim niecieszące się w swoim środowisku autorytetem.
Dobrym tego przykładem jest Julia Przyłębska, mianowana prezesem Trybunału Konstytucyjnego, której prawnicze dokonania, zwłaszcza na tle poprzedników, są co najmniej mizerne. Gdy w 2001 roku, po kilkuletniej pracy w dyplomacji, Julia Przyłębska starała się wrócić do poznańskiego sądu, kolegium sędziów wydało druzgocącą opinię na temat jej pracy. Podkreślano jej „brak stabilności orzecznictwa”, częstą absencję, „przeterminowanie uzasadnień”. W konkluzji napisano, że Kolegium Sądu Okręgowego w Poznaniu przedstawia z opinią negatywną kandydaturę pani Julii Przyłębskiej na stanowisko sędziego Sądu Okręgowego i dodano, że powrót pani Julii Przyłębskiej na stanowisko sędziego nie będzie korzystny dla wymiaru sprawiedliwości. Tę opinię potwierdzają liczby – w 1995 roku w sądzie wyższej instancji uchylono ponad 38 procent wyroków wydanych przez Przyłębską, a w 1996 roku do ponownego rozpatrzenia zostało skierowanych 32 procent spraw, w których orzekała. W latach 1995-1996 w wydanych przez nią orzeczeniach znaleziono aż 43 błędy. Nic więc dziwnego, że Zgromadzenie Ogólne Sędziów Okręgu Poznańskiego podtrzymało decyzję Kolegium poznańskiego Sądu Okręgowego. Kadrowa słabość prawicy ujawniła się również w najważniejszej dla niej sprawie po zdobyciu władzy – znalezienia dowodów potwierdzających, że w kwietniu 2010 roku w Smoleńsku doszło do zamachu na samolot prezydencki. Po pierwsze, Antoni Macierewicz, mimo rozlicznych prób, nie zdołał powołać nowego składu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i musiał się ograniczyć do stworzenia podkomisji. Jej wywody zaś okazały się wręcz kabaretowe i doprowadziły do całkowitej kompromitacji tezy, która legła u podstaw zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych i Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. W efekcie sprawa katastrofy w Smoleńsku, która przez siedem lat rozpalała Polaków i do dziś stanowi oś podziałów, nagle zniknęła. Dosłownie wyparowała.

 

Teraz ma by mniej krytycznie o PiS, Kaczyńskim i generalnie o władzy

Szczególnie mocno brak odpowiednich kadr na prawicy rzuca się w oczy w gospodarce. Z badań wynika, że większość właścicieli polskich firm ma raczej liberalne poglądy, więc z ich strony PiS nie może liczyć na zbyt duże wsparcie. Choć w Polsce, biorąc pod uwagę możliwości aparatu skarbowego oraz podporządkowanie sobie przez PiS sądów, nietrudno przewidzieć, że wielu właścicieli firm, odpowiednio naciskanych, zmieni przekonania, aby ratować swoje przedsiębiorstwa. Tu chodzi o wielkie pieniądze, a w tych sprawach pragmatyzm niemal zawsze wygrywa z ideałami. Wzorce skutecznego działania na tym polu PiS łatwo znajduje w putinowskiej Rosji albo na Węgrzech, gdzie Viktor Orbán stworzył własną ekonomiczną oligarchię, która opanowała gospodarkę. Bezpośrednim następstwem była niemal kompletna marginalizacja mediów opozycyjnych wobec prawicy. Właśnie w dużej mierze dzięki temu Orbán tak łatwo i tak znacząco wygrywa kolejne wybory nad Dunajem. Jaskółki tego samego mechanizmu pojawiają się i u nas. Przykładem zmiana frontu w polityce informacyjnej Polsatu. Zygmunt Solorz, który jeszcze niedawno twierdził, że fundamenty jego biznesu są tak mocne, że nie musi się obawiać żadnej władzy, nagle oddał nadzór nad wszystkimi newsami słynącej z dobrych kontaktów z prawicą Dorocie Gawryluk. Teraz to ona ma największy wpływ na polsatowskie serwisy i to ona decyduje, co w programach informacyjnych tej stacji zobaczą widzowie. Zmiana tonu jest już widoczna, a jeszcze bardziej widoczna jest ona w wewnętrznych decyzjach. „Teraz ma być mniej krytycznie o PiS, Kaczyńskim i generalnie o władzy” – wyjaśniał mi niedawno znajomy dziennikarz Polsat News, który twierdzi, że okręt zmienia kurs. Ta zmiana z pewnością nie nastąpi od razu, ale ma być konsekwentnie realizowana. Niebawem może się okazać, że spośród liczących się stacji telewizyjnych krytyczna wobec władzy jest wyłącznie TVN24. Temu samemu celowi służyć będzie planowane przejęcie gazet regionalnych przez polskie podmioty. Sprawa nie będzie łatwa, bo jej rozpoczęcie oznacza wypowiedzenie wojny nie tylko zagranicznym właścicielom, ale również Brukseli. Dlatego na razie jest odłożona i czeka na bardziej dogodny moment. Jarosław Kaczyński może na przykład uznać, że tym momentem będą zbliżające się wybory parlamentarne, gdy partii będzie zależało na skonsolidowaniu twardego elektoratu. A ten elektorat wszelkie działania mające „utrzeć nosa” zagranicy zawsze przyjmuje z entuzjazmem, jako dowód „wstawania z kolan”. Sprawa przejęcia, czyli repolonizacji mediów, jest cały czas w PiS obecna, o czym świadczą wypowiedzi parlamentarzystów tej partii na spotkaniach z wyborcami.

 

Mieć własnego Kulczyka

Nie jest wykluczone, że przygotowania do tej operacji już się rozpoczęły. Polska gospodarka, przede wszystkim dzięki znakomitej globalnej koniunkturze, notuje bardzo dobre wyniki, dzięki czemu dobrze zarabiają również spółki Skarbu Państwa. W takiej sytuacji powinny one wypłacać swoim akcjonariuszom sowite dywidendy, tym bardziej że warszawski parkiet w ostatnich latach notuje bardzo kiepskie wyniki, co grozi wycofaniem się kolejnych inwestorów. Dywidenda mogłaby poprawić ich nastroje. Tymczasem spółki Skarbu Państwa nie tylko nie zamierzają zwiększać dywidendy, a niektóre postanowiły nie wypłacać jej wcale. Należy do nich na przykład KGHM. Inny gigant, PGNiG, zapowiedział 2,5-procentową dywidendę, choć powszechne oczekiwanie analityków było – wobec dobrych wyników ekonomicznych – znacznie bardziej optymistyczne. Żeby nie nudzić czytelnika wymienianiem wszystkich spółek napiszę, że stopa dywidendy dla spółek z indeksu WIG20 – to właśnie w nim ujęta jest większość spółek Skarbu Państwa – wyniesie w tym roku 2,3 proc.. To najniższy poziom od trzynastu lat. Jeszcze w 2013 roku stopa dywidendy była z górą dwukrotnie wyższa i oscylowała wokół 5 proc. Wniosek – państwowe spółki kiszą pieniądze. W jakim celu? Wypłata dywidendy oznacza, że również Skarb Państwa sporo by zarobił, co wobec stale zwiększających się wydatków socjalnych powinno być dla rządzących kuszące. Jeśli rząd tych pieniędzy nie chce, to na pewno ma jakiś powód. A kto może odkupić media z rąk zagranicznych właścicieli? Chętni być może by się znaleźli, ale byłoby naiwnością wierzyć, że jeśli nawet taka operacja się uda, to gazety będą sprzedawane na wolnym rynku. To będzie specyficzny casting, którego triumfatorem będą podmioty związane z rządzącą partią. Dzisiaj przede wszystkim spółki Skarbu Państwa. To rozwiązanie nie bardzo satysfakcjonujące, ale obecnie, jak się wydaje, z punktu widzenia PiS jedyne możliwe. Ta partia gwałtownie jednak potrzebuje „swojego Kulczyka”. Biznesmena, którego imperium będzie wystarczająco zasobne, a sympatie będą leżały po prawej stronie. Jarosław Kaczyński od dziesięcioleci narzeka, że polscy przedsiębiorcy mają „komunistyczne korzenie”, inni – ostatnio wicepremier Piotr Gliński – wprost mówią o „esbeckich korzeniach” polskich przedsiębiorców. Aby więc zrównoważyć wpływy tego biznesu, trzeba stworzyć własny, gotowy do stałej współpracy z prawicą i do finansowego zasilania jej inicjatyw. PiS, lepiej niż ktokolwiek inny, zdaje sobie sprawę, że to niezbędne. Dowodem mechanizm Polskiej Fundacji Narodowej, na rzecz której łożą spółki Skarbu Państwa, czy też regularne wspieranie przez państwowych gigantów imprez organizowanych przez prawicowe media.

 

Szwadrony Obajtków

Stworzenie prywatnego biznesu, który byłby wydatnie wspierany z państwowej kasy, nie jest jednak łatwe. Ale nie jest niemożliwe. Pierwszym krokiem jest przygotowanie odpowiedniej liczby menadżerów. I to się dzieje. W swojej „stajni” prawica nie dysponuje zbyt wieloma gwiazdami w rodzaju Michała Krupińskiego, obecnie prezesa Pekao SA, który już w 2008 roku, mając zaledwie 27 lat, został zastępcą dyrektora wykonawczego Banku Światowego. Później był jeszcze dyrektorem zarządzającym w Bank of America Merrill Lynch, przewodniczył Radzie Nadzorczej Alior Banku i kierował PZU, a dodatkowo pracował w Ministerstwie Skarbu Państwa oraz Parlamencie Europejskim. Więcej w tej „stajni” ludzi pokroju Daniela Obajtka, prezesa Orlenu, największej polskiej spółki. Przed wygraniem wyborów parlamentarnych przez PiS Obajtek był wójtem gminy Pcim. Nie największej i nie najlepszej polskiej gminy. Nie ulega najmniejszych wątpliwości, że Daniel Obajtek swój awans zawdzięcza wyłącznie zaangażowaniu w kampanię wyborczą PiS-u. Opłaciło się – najpierw szefował Agencji Modernizacji i Rozwoju Rolnictwa, a następnie gdańskiej Energii, jednej z największych firm energetycznych w kraju. Stąd przeskoczył do Orlenu, najbardziej strategicznemu ze wszystkich strategicznych polskich przedsiębiorstw. Ale nowe kadry już się wykuwają. Po 2015 roku do spółek Skarbu Państwa powołano wielu lokalnych działaczy Prawa i Sprawiedliwości, którzy niespodziewanie chyba również dla siebie objęli eksponowane stanowiska dyrektorskie, weszli do zarządów lub zasiadają w radach nadzorczych. Odbywają przyspieszony kurs menedżerski, zdobywają wiedzę i doświadczenie. To na nich w przyszłości mają się oprzeć pisowskie kadry gospodarcze. Przynajmniej na pewien czas, bo partia od dawna wysyła, przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych, młodych działaczy PiS, by tam budowali swoją karierę i zdobywali doświadczenie. Z czasem to oni mają zastąpić „szwadrony Obajtków”. A na razie członkowie „szwadronów” zarabiają gigantyczne pieniądze. Sytuacja jest rewolucyjna. Trwa głęboka zmiana w Polsce i w trakcie rewolucji mają miejsce działania także nie do końca sprawiedliwe – tłumaczył tę sytuację Stefan Pastuszewski, bydgoski radny PiS. Trudno powiedzieć, czy nieustannie przekupywane społeczeństwo przełknie homary zjadane przez nową elitę. Ośmiorniczek nie przełknęło.

 

Lech Kaczyński I Jan Paweł II – wspólna rola w odbudowie Polski

Stworzenie elity gospodarczej nie spowoduje jednak, że prawica obejmie w Polsce rząd dusz. To dopiero pierwszy krok. W dodatku najłatwiejszy. Kolejny będzie już znacznie trudniejszy. Ale i on się już dzieje. Uczniom z Podkarpacia władze zafundowały udział w konkursie Warto być Polakiem. Działalność społeczna i polityczna oraz rola prezydenta Lecha Kaczyńskiego w odbudowie niepodległej Polski. Tematy w konkursie zostały tak sformułowane, że z góry narzucają narrację: Prezydent Lech Kaczyński jako lider państw Europy Środkowej i Wschodniej. NSZZ Solidarność, Lech Kaczyński, święty Jan Paweł II – wspólna rola w odbudowie Polski po 1989 roku. Jednym z organizatorów konkursu był asystent Marka Kuchcińskiego, marszałka Sejmu, a całe przedsięwzięcie wspierali posłowie i europosłowie PiS. Konkurs nie cieszył się jednak zbyt wielką popularnością – nadesłano 150 prac, wśród nich orła wyrzeźbionego z arbuza. Takich działań będzie więcej. PiS, realizując swój cel, będzie bez skrupułów korzystał z instrumentów przypisanych państwu i jego agendom. Również, a może nawet przede wszystkim, w dziedzinie kultury, co widać choćby w inicjatywach Instytutu Książki, który po 2015 roku „wygumkował” ze swojej oferty wielu dotychczasowych pisarzy zamieniając ich na Bronisława Wildsteina, Piotra Semkę czy Rafała Ziemkiewicza. Widać to także w nagrodach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego dla twórców i w dotacjach dla imprez kulturalnych. Organizatorzy poznańskiego Festiwalu Malta, jednej z najciekawszych imprez kulturalnych w Polsce, właśnie zdecydowali się podać zarządzany przez Piotra Glińskiego resort do sądu o wypłatę dotacji w wysokości 300 tysięcy złotych. Dotacja, objęta umową, została w ubiegłym roku cofnięta przez Glińskiego, bo jednym z kuratorów festiwalu był Oliver Frljić, reżyser wstawionej w Teatrze Powszechnym w Warszawie Klątwy. Festiwale mają być patriotyczne, sławić prawicowych bohaterów, a nie krytykować kościół i epatować seksem.

 

Karp a sprawa polska

Odgórnie zaprogramowane rewolucje są z reguły nieudane. Przećwiczyliśmy to w latach czterdziestych i pięćdziesiątych za sprawą Bieruta, Bermana i Minca. Temu ostatniemu, Żydowi i ortodoksyjnemu komuniście, zawdzięczamy przynajmniej karpia na wigilijnym stole. Hilary Minc znał go z rodzinnego domu, a gdy po wojnie władze próbowały znaleźć jakąś bezmięsną potrawę – bo mięsa w Peerelu brakowało zawsze – karp nadawał się do tego idealnie. Jego hodowla była tania, nie wymagała wielkich umiejętności i zniszczonej podczas wojny floty rybackiej.
Nie ma wielu przesłanek pozwalających sądzić, żeby po obecnej rewolucji zostało aż tak wiele.

Zjednoczenia nie będzie

…na razie!

 

Lewico jednocz się – nawołuje prasa liberalna. Wcześniej promowała różne ruchy na lewicy i tępiła SLD zarazem. SLD istnieje, a lewicowi ulubieńcy liberałów słabną. Taka linia poniosła klęskę. Zatem niech się zjednoczą i wtedy może zagrożą – razem z liberałami – PiS-owi. Widzę w tym chęć ponownego powrotu do władzy PO, a lewica ma być w tym tylko narzędziem, która potem zostanie uznana za niepotrzebną.
Samo zjednoczenie na lewicy jest sprawą bardzo trudną. Nie wierzę w połączenie się obecnych partii i grup. Zbyt wiele je dzieli. Dzielą je bardziej osobiste animozje i ambicje niż kwestie programowe. I jest jeszcze coś znacznie ważniejszego. Brak na lewicy umiejętności organizacyjnych i chwytliwych wizji zdolnych do utworzeniu czegoś nowego, co będzie tchnęło świeżością. Równolegle powinny powstać struktury organizacyjne zdolne do walki wyborczej.
W III RP były czasy szybkiego powstawania partii politycznych. W ubiegłym wieku Andrzej Lepper założył Samoobronę i skupił wokół siebie niezadowolonych rolników, a potem także innych niezadowolonych. W końcu Samoobrona zawaliła się pod własnym ciężarem, a PiS w tym bardzo jej pomógł. Potem Janusz Palikot, odszedł z PO i błyskawicznie założył Ruch Palikota. Początki były świetne, potem było coraz gorzej i w końcu partia rozpadła się szybciej niż powstała. Kukiz także wyskoczył znienacka, bazując na sławie piosenkarza, zebrał ludzi od prawa do lewa, ale raczej od prawa i trwa. Sprawdzianem będą wybory samorządowe. Brak struktur tej partii w terenie dobrze nie rokuje.
Ryszard Petru powołał swoją Nowoczesną bardzo szybko i sprawnie. Była to nowsza wersja PO, nieobciążona aferami, młodsza, świeższa i dynamiczniejsza. W sondażach nawet przebijała PO. Jednak Nowoczesna także powoli schodzi ze sceny. Właśnie jest trawiona przez PO.
Wspomniani liderzy wykazali się umiejętnościami organizacyjnymi i mieli to „coś”, co przyciągnęło wyborców. Umiejętności organizacyjne i finanse są nie mniej ważne od głoszonej ideologii. Wszystkim wymienionym zabrakło jednak długofalowej strategii i niestarzejącej się ideologii, a członkowie liczyli przede wszystkim na partyjne konfitury. Konfitur dla wszystkich nie starcza i partia szybko się kurczy.
Czy na lewicy są tacy? Nie widzę. Czarzastego, sprawnego organizatora, nie trawią inni liderzy. Zandberg raczej jest zdolny po skłócania niż jednoczenia. Barbara Nowacka utworzyła szyld „Inicjatywa Polska” i nic ponadto. Robert Biedroń jest obecny w polityce od lat, ale do partyjnej orki nie pali się. Raczej ma predyspozycje do bycia mądrym celebrytą niż człowiekiem od czarnych prac organizacyjnych. On o tym wie i dlatego nie wie jaką drogą ma podążać.
Jest na lewicy jeszcze jeden problem. Mniejsze partie patrzą jak na prawicy duże partie pożerają mniejsze. Na lewicy małe ugrupowania boją się SLD, który też dopiero odrabia poniesione straty. Boją się, że SLD je wchłonie i strawi, a oni chcą mieć swoją tożsamość i swoją partię, nawet jak one niewiele znaczą na scenie politycznej. Co więcej te małe partie i grupy też same ze sobą nie potrafią się dogadać. We Wrocławiu Zieloni i Razem ponad rok temu zawiązali sojusz wyborczy. Nic z tego nie wyszło. Także organizacje kobiece nie potrafiły stworzyć wspólnego frontu wyborczego do samorządów. Zatem podziały na słabej lewicy są wielowarstwowe i głównie nie programy je dzielą, ale ambicje przywódcze i kłótliwe charaktery. W polityce nieumiejętność zawierania i dogadywania kompromisów skazuje takie partie na niebyt. Dlatego obecnie debata na temat zjednoczenia na lewicy, na razie do niczego sensownego nie doprowadzi.
Ale próbować trzeba. Może w końcu zaistnieje taki moment i pojawią się tacy ludzie, którzy powołają duży ruch na lewicy. Wybory samorządowe takiemu łączeniu się nie sprzyjają. Czekajmy na wybory parlamentarne i mądrzejmy na lewicy. Podpowiedzi liberałów traktujmy z dystansem, bo im nie zależy na silnej lewicy.

Flaczki tygodnia

Zmarł senator John McCain. W 1967 roku bombardował elektrownię w Hanoi i został zestrzelony przez wietnamską obronę. W niewoli wykazał się charakterem. Nie ujawnił wojskowych tajemnic pomimo tortur. Odmówił też złożonej mu propozycji indywidualnego zwolnienia, kiedy Wietnamczycy dowiedzieli się, że pojmany jest synem admirała. I taki gest mógłby poprawić wizerunek Wietnamu Północnego w światowej opinii publicznej.
McCain doczekał końca wojny w 1973 roku w ciężkich warunkach w wiezieniu Hoa Lo, zwanym, ponuro i szyderczo, przez amerykańskich jeńców „Hanoi Hilton”. Do USA wrócił w glorii bohatera wojennego i zrobił karierę polityczną w Senacie.

***

Pomimo niezłego wycisku jakiego dostał w wietnamskiej niewoli, McCain szybko stał się rzecznikiem porozumienia amerykańsko-wietnamskiego. Pierwszy raz wrócił tam w 1985 roku i był przyjmowany nie tylko z należnymi senatorowi honorami. Stał się autentycznym bohaterem wietnamskiej ulicy, bo choć to były wróg, to jednak gość z charakterem. A takich Wietnamczycy cenią. W ostatnich latach McCain uważany był za jednego z najaktywniejszych prowietnamskich lobbystów w Senacie USA i jednego z najbardziej popularnych Amerykanów w Wietnamie. Mógł też spokojnie i wygodnie przespać się w Hanoi Hilton Opera, bo po zwycięstwie wietnamskiego komunizmu także ta sieć hotelowa pojawiła się w najważniejszych miastach Wietnamu.

***

Postać senatora Johna McCaina dedykuję polskim politykom. Zajmujących się głównie pogłębianiem historycznych konfliktów i różnic oraz tworzeniem nowych podziałów. Wzniecaniem konfliktów i sporów międzynarodowych, rozpalaniem walk plemiennych.
Gdyby polscy politycy zostali gdzieś zestrzeleni, to do końca swego życia żalili by się wszem i wobec na taką „dziejową niesprawiedliwość”. I do końca życia rościliby sobie pretensje do sutego, pieniężnego odszkodowania. Ani słowem nie wspominając, że trafieni zostali w czasie zbrodniczego nalotu, bombardowania ludności cywilnej. A przed swą śmiercią całą swoją nienawiść do dawnych wrogów i wszystkie swoje roszczenia do reparacji za swe krzywdy, prawdziwe i rzekome, zapisaliby w testamencie dzieciom, wnukom i prawnukom.

***

W Polsce, zwłaszcza obecnej, widzimy takie dziedziczenie nienawiści i wrogów, nawet tych ubiegłowiecznych. Dziedziczenie strachu przed podstępnym, wykreowanym wrogiem. Szczególnie pielęgnują takie dziedzictwo narodowe elity PiS. W pisowskim postrzeganiu świata wszędzie czyhają na Polskę wraży antypoloniści. Nawet współczesne Niemcy, największy obecny polski partner gospodarczy i współtwórca wzrostu polskiego PKB, to tylko „resortowe dzieci” wrogich nazistów.

***

Oczywiście nikt nie wyprzedzi putinowskiej Rosji w rankingu pisowskich wrogów Polski. Nawet banderowska Ukraina z trudem walczy o prestiżowe miejsce na tym podium z podłym Izraelem, chytrą RFN i zmurzyniałą Francją. Rosja, jak od lat słyszę, jest po prostu genetycznie antypolska. Stale marzy o ataku na Polskę i zajęciu Warszawy. Na razie podstępnie pompuje w Polskę swój gaz, aby uzależnić od niego Polaków, jak kiedyś Anglicy Chińczyków od opium.
Dlatego rządzące obecnie elity PiS obiecują przysłowiowemu, polskiemu „ciemnemu ludowi” dumnie brzmiącą „suwerenność energetyczną”. Że po 2020 roku nie będziemy już kupować gazu od Rosji, jak cała Europa, tylko przejdziemy na gaz skroplony przesyłany nam z bratniego Kataru, USA, a może nawet i z Australii. Właśnie prezydenccy ministrowie ogłosili, że podczas wizyty pana prezydenta Dudy na antypodach rozmawiano tam nie tylko o zakupie wysłużonych fregat, ale i o australijskich gazowych kontraktach.

***

Co prawda gaz z USA, z Australii, i nawet z Kataru, droższy może być niż ten rosyjski. Ale PiS-owska „suwerenność energetyczna” nie ma ceny. Jest bezcenna, jak honor pułkownika Józefa Becka zademonstrowany w 1939 roku.

***

Kiedy cała PiS-owska propaganda trąbi o dumnej, antyrosyjskiej „suwerenności energetycznej”, stale czytam w legalnych gazetach, że rośnie nam lawinowo import węgla z Rosji. W tym roku będzie to aż 16 milionów ton. W zeszłym było poniżej 12 milionów. Węgla w Polsce potrzeba, bo Polska energetyka oparta jest na węglu, jeszcze z czasów, kiedy Polska na węglu stała. Teraz krajowe wydobycie leży, bo pokłady węgla wyczerpują się, a pozostałe są drogie w eksploatacji. Kupujemy nawet antracyt z złóż w ukraińskim Donbasie, władanym przez prorosyjskich separatystów.

***

Aktualny rząd polski nie uznaje zajęcia Krymu i Donbasu przez Rosję i separatystów. Ale rosyjski węgiel kupuje, nawet ten z Donbasu, czyli ukradziony ukraińskim właścicielom kopalń. To tak jakby rząd PiS nie uznawał prawa Niemców do holocaustu, czyli mordowania Żydów, ale kupował od nich zrabowane Żydom złote zęby. Bo złota w Polsce potrzeba, no i cena też atrakcyjna.

***

Skoro z roku na rok rośnie nam import węgla z Rosji, to mamy czy nie mamy do czynienia z utratą „suwerenności energetycznej”? Uzależniania polskiej energetyki od rosyjskich dostaw?

***

Jeśli nie ma tu mowy o „utracie suwerenności”, to po co te gadki o uniezależnieniu się od rosyjskiego gazu? Żeby uzasadnić wyższe wydatki na gaz amerykański i katarski? Żeby ubrać w patriotyczne mundury amerykańskich dilerów gazu skroplonego?

***

Teraz coś optymistycznego. Katolicka Agencja Informacyjna podała, że papież Franciszek na najbliższym Światowym Spotkaniu Rodzin będzie nosił szaty liturgiczne zaprojektowane i wykonane przez jeden ze start-upów z Polski. Rodzinną firmę Haftina z Piotrkowa Trybunalskiego. Podobne szaty, zwłaszcza kolorowe, haftowane w celtyckie wzory ornaty, założą też biskupi koncelebrujący z Franciszkiem mszę świętą w dublińskim Phoenix Park w dniu 26 sierpnia. Dzięki temu polskie firmy mogą stać się wiodące na światowym rynku ornatowym. Wręcz uzależnić globalny kler katolicki od dostaw polskich ornatów. Jak kiedyś Anglicy Chińczyków od opium.

***

Poświęcony ornatowej problematyce, najnowszy film Wojciecha Samrzowskiego „Kler”, jeszcze przed wejściem na ekrany, został skrycie oprotestowany przez hierarchów polskiego kościoła kat.
Teraz czekają nas już protesty jawne. No i szturm katolickich widzów na sale kinowe. Bo polski katolik chce odreagować powszechne kościelne zakłamanie. Pośmiać się z „nich”. Czyli z siebie.

Solidarité

pisane po francusku bowiem wszystko co to pojęcie zawierało w Polsce, zniszczyła skutecznie Solidarność i postsolidarnościowe partie.

 

Z socjologicznych badań, przeprowadzonych w 1973 roku wśród robotników wielkich zakładów przemysłowych, wynikało, że przez solidarność rozumieją oni działania, zjawiska i kontakty społeczne związane z organizacją i wykonywaniem pracy zawodowej oraz jedność, wspólnotę poglądów i poczynań robotniczych. Co prawda opinię o jej istnieniu podzieliło tylko dwie trzecie badanych, ale jednocześnie uznawali ją za rzecz nie tylko dobrą, ale i budującą.

 

Siedem lat wcześniej,

nim nastał Sierpień 1980 roku, wspomniane badania sygnalizowały wiele krytycznych opinii, o różnych sferach życia społecznego. Wyrażali je robotnicy już w co najmniej drugim pokoleniu (50%) oraz pozostali o pochodzeniu chłopskim bądź chłopsko-robotniczym, prawie wszyscy pierwszą pracę zawodową zaczynający w Polsce Ludowej. Większość z nich uważała, że nie zarabia więcej ten, kto lepiej i więcej pracuje oraz, że pracownik nie ma realnego wpływu na życie zakładu. Uznali też za niecelowe krytykowanie nieprawidłowości mających miejsce w pracy, bowiem może to być niebezpieczne. Niesprawiedliwość i nierówność społeczna objawia się w podziale społeczeństwa na biednych – bogatych, tych co u władzy – i reszta, bezpartyjni – członkowie PZPR – arystokracja PZPR, a zaledwie 40 proc. badanych miało przekonanie o przodującej roli klasy robotniczej. Największa grupa wyrażała ograniczony optymizm dotyczący oceny sytuacji w kraju i polityki PZPR. Było jeszcze sporo innych krytycznych ocen.
Badania, obejmujące 2,5 tys. osób miały charakter reprezentatywny dla ponad 100 tys. zatrudnionych w trzynastu zakładach przemysłowych i dawały podstawę do uogólnień na całą ówczesną część klasy robotniczej, zatrudnionej w wielkich przedsiębiorstwach na terenie całego kraju.
Wyniki badań skrytykował dobrze notowany w tamtym czasie literat twierdząc, że „jak na mój nos to jest to czarnowidztwo”, nieświadomy faktu, że ta część ludzkiego ciała nie była nigdy narzędziem badawczym w socjologii. Na odmianę równie znany partyjny, prominentny socjolog zaproponował poprawienie wyników i wniosków z badań. Oczywiście nikt z najważniejszych decydentów przedstawionym raportem z badań się nie przejął – był przecież dopiero początek dekady Gierka i panował powszechny, urzędowy optymizm.

 

Solidarność

wg słownika języka polskiego to poczucie wspólnoty i współodpowiedzialności wynikające ze zgodności poglądów i dążeń, a także odpowiedzialność zbiorowa i indywidualna określonej grupy osób za całość wspólnego zobowiązania.
I taką właśnie wydawała się tamta, wykreowana w latach 1980-1981, solidarność, nie tylko wśród robotniczych załóg i członków Niezależnego Związku Zawodowego, ale także w licznych częściach polskiego społeczeństwa.
Zgłoszone 17 sierpnia 1980 roku przez Międzyzakładowy Komitet Strajkowy 21 postulatów dotyczyło kwestii związkowych (cztery), ogółu obywateli (czternaście)), spraw politycznych (trzy), a aż dziesięć z nich miało charakter ekonomiczny.
Ale obok znalazło się, dziś celowo zapomniane, a wówczas powszechnie akceptowane hasło: SOCJALIZAM – TAK, WYPACZENIA NIE. I to ono właśnie konstytuowało ówczesne postawy zdecydowanej większości polskiego społeczeństwa dążącej do naprawy ówczesnej, ludowej Rzeczpospolitej.
Kształt tamtej, wyidealizowanej niekiedy, solidarności Polaków odnaleźć można w wartościach Polskiego Sierpnia, na które, za prof. Marianem Stępniem („Zdanie”, nr 6, 1982) warto zwrócić szczególną uwagę, bowiem wiele z nich, acz w innym wymiarze, odnajduje się nadal jako wielkie, niespełnione oczekiwanie:
„… nie można bezkarnie dokonywać gwałtu na imponderabiliach bliskich społeczeństwu i narodowi, z którymi łączy on poczucie godności własnej i swej tożsamości…
…trzeba rozumieć, na czym polega godność polskiego społeczeństwa, jego dążenia i aspiracje, i że trzeba się z nimi liczyć. W przeciwnym wypadku nabrzmiewać będzie gniew społeczny, który nie pozwoli się stłumić. Prędzej czy później wyeliminuje tych, którzy nie dorośli do sprawowania władzy lub są tego niegodni…
….Prawda mówiąca, że człowiek, społeczeństwo jest miarą rzeczy, a władza polityczna ze społeczeństwa wyłoniona została po to, by mu służyć…
…granice wolności człowieka zależą w niemałym stopniu również od niego samego, od tego, czy nie braknie mu odwagi i rozwagi, by ich strzec skutecznie, a nawet je poszerzać…
…odrzucenie kłamstwa, fałszu, koniecznych rzekomo przemilczeń; zdecydowany protest przeciwko półprawdom, aluzjom, niedopowiedzeniom….”
Wreszcie „idea sprawiedliwości społecznej, podstawowa wartość”.
Znane powszechnie wydarzenia i uwarunkowania doprowadziły do tego, że to był ostatni czas, w którym solidarność po raz ostatni jednoczyła większość Polaków.

 

W latach późniejszych

stanu wojennego i w dalszych czasach, w związku z głębokim podziałem społeczeństwa, zanikły warunki dla ogólnonarodowej solidarności. Próbowano jednak w całym okresie PRL-u jakoś ją odbudowywać – początkowo jako Front Jedności Narodu, dużo później poprzez Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego i Radę Konsultacyjna przy Przewodniczącym Rady Państwa. A gdy po Okrągłym Stole odradzała się, wraz z reaktywowanym związkiem zawodowym Solidarność, to mimo wyborczego sukcesu z 4 czerwca 1989 roku, już nigdy ani nie zyskała tak wielu orędowników, ani też nie stała się, w jakimkolwiek wymiarze, powszechnie akceptowaną wartością.
Przyczyn prowadzących ku zmierzchowi było kilka, a zaistniałe wspólnie, acz w odmiennym czasie, przyniosły jej deprecjację.
Nowa rzeczywistość społeczno-polityczna po 1989 roku, dokonująca się w warunkach reaktywowanego ustroju kapitalistycznego, nie mogła, z racji jego cech podstawowych, utrwalać, bądź budować nową narodową solidarność. Wręcz przeciwnie – przywoływała stare podziały przedwojennej Polski czego pierwszymi dowodami były skutki reform Balcerowicza, owocujących zamykaniem zakładach przemysłowych i wyrzucaniem na bruk pracowników, likwidacją PGR-ów i degradacją wsi, ekonomicznym wykluczeniem licznych grup obywateli i głodującymi dziećmi.
Później sprawiedliwość społeczna w solidarnościowym wydaniu zaowocowała rosnącymi różnicami dochodów i podziałem na tych, którzy budowali wille-pałace na przykład w Szwajcarii, innymi skazanymi na kilkudziesięcioletnie spłacanie jednosalonowego mieszkania, a także tymi, mieszkającymi pod przysłowiowym mostem.
Zwycięski obóz polityczny Solidarności, wraz z sekundującą mu prawicą, dokonując powszechnych czystek kadrowych, zapewne w imię wcześniej deklarowanej demokracji i równości obywateli, doprowadził do kolejnego podziału na komuchów i solidaruchów, na tych, którym więcej i którym mniej wolno. Następnie doszukał się zdrajców we własnych szeregach, „tych co stali tam, gdzie ZOMO stało”, wreszcie stworzył własną wizję najnowszej polskiej historii, także głęboko spolaryzowaną.

 

Dobijanie idei narodowej solidarności

przejęło Prawo i Sprawiedliwość, jako swój naczelny cel polityczny, i nadzwyczaj skutecznie go zrealizowało. Zaczęło się od podziałów na „Polskę liberalną” i „Polskę solidarną”, później dotyczyło przyczyn tragicznie zakończonego lotu, co zaowocowało narodzinami religii i solidarności, ale tylko ludu smoleńskiego.
Dziś – wg Roberta Biedronia –„ Polska nie musi być podzielona na plemiona, które nieustannie się zwalczają. Nie musimy żyć w duopolu – kto za PiS, kto za Platformą, kto patriota, kto zdrajca… PiS przywraca godność ludziom, ale tylko „swoim”, nie swoich zalicza do „gorszego sortu”, bo najłatwiej rządzi się społeczeństwem podzielonym. Dlatego potrzebna jest prawdziwa solidarność, przez małe „s”.”
„PiS mówi: [budując swoją PiS-owską solidarność i jedność narodową – Z.T.] macie głosować na jedną partię, kierowaną przez jednego wodza, chodzić do jednego kościoła i do szkoły gdzie jest jedna, jedynie słuszna wersja historii oraz jeden pomnik jednego słusznego bohatera na głównej ulicy.”

 

Podziały w każdym społeczeństwie

nie są niczym nadzwyczajnym i od wieków postrzegane były tak przez rozlicznych badaczy, jak też doświadczane przez członków danej społeczności. Narodowa solidarność objawia się na ogół, i we zmożonej postaci, w momentach szczególnych, ważnych, wyjątkowych dla danej nacji. Są nimi np. nawarstwienie określonych problemów społeczno-ekonomiczno-politycznych, kwestii religijnych, obrona wspólnych narodowych interesów, bądź walka o uzyskanie niepodległości.
Ale nawet i w tej, przywołanej jako ostatnia, skrajnej sytuacji poczucie solidarności narodowej nie obejmuje, z bardzo wielu powodów, wszystkich członków danej zbiorowości. W roku 100-lecia naszej niepodległości warto przypomnieć, że mieszkający w Oblęgorku Henryk Sienkiewicz z wielkim dystansem powitał w 1914 roku odwiedzających go ułanów Beliny-Prażmowskiego, a owi legioniści, po nieudanym wywołaniu powstania w Kongresówce, śpiewali: „ Skończyły się dni kołatania / Do waszych serc, do waszych kies.”

 

Kto, jak i kiedy wreszcie

zakołata skutecznie do rozumu i serc współczesnych Polaków, pozostaje dziś wielką niewiadomą, zagubioną między bardzo wieloma najróżniejszymi beneficjentami polityki PiS, grupą obojętnych na sprawy publiczne, politykami grającymi o swoje i wreszcie wielką częścią tych, którzy próbują odbudować narodową solidarność, opartą na rzeczywistych wartościach demokratycznych i sprawiedliwości społecznej oraz na stałej, europejskiej przynależności naszego kraju.
Narodowa solidarność stała się obecnie wyświechtanym, nic nie znaczącym pojęciem, którego już nawet nie odważą się przywoływać postsolidarnościowi działacze i ich partie w czasie zbliżającej się rocznicy sierpniowych porozumień.
Ale niewątpliwie, jak to nie raz w Polsce bywało, odrodzi się. Z taką nadzieją i przekonaniem kończę ten tekst.