Rynek pracy bez dobrej zmiany

Nie ma dobrej zmiany na rynku pracy. Wbrew propagandzie o radykalnej poprawie warunków pracy za rządów PiS, sytuacja wcale się nie poprawia. Biorąc zaś pod uwagę bardzo dobrą koniunkturę gospodarczą na całym świecie, ostatnie trzy lata można uznać za straconą szansę.

 

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że aktywność zawodowa polskiego społeczeństwa między pierwszym kwartałem 2017 roku i pierwszym kwartałem 2018 roku spadła o 0,2 punkta procentowego. Obecnie wynosi ona 56,5 proc. i należy do najniższych w Unii Europejskiej. Dane GUS pokazują, że obecny rząd nie ma recepty na aktywizację zawodową Polaków, która utrzymuje się na niskim poziomie. Różnica między aktywnością zawodową kobiet i mężczyzn wynosi aż 16,1 pkt proc. i jest jedną z najwyższych w UE.
Rząd chwali się niskim bezrobociem, które według najnowszych danych wynosi 5,9 proc. Warto jednak pamiętać, że blisko 1,5 mln osób pracuje w ramach umów cywilnoprawnych, ponad milion w ramach samozatrudnienia, a ponad 3 mln ma umowy na czas określony. Blisko 1,5 mln otrzymuje wynagrodzenie nieprzekraczające płacy minimalnej. Kilkaset tysięcy osób pracuje też w ramach niskopłatnych staży, a do tego trzeba jeszcze doliczyć armię pracowników zatrudnionych w szarej strefie. Łącznie około połowa rynku pracy to umowy niskopłatne i nieetatowe, a w ciągu ostatnich kilku lat skala śmieciowego zatrudnienia wzrosła. Mimo szumnych obietnic, rząd zrobił bardzo niewiele, aby ograniczyć skalę patologii.

 

Patologie narastają

W instytucjach publicznych i spółkach skarbu państwa na olbrzymią skalę trwa bezczelne rozdawanie stołków i milionów złotych dla ludzi zaprzyjaźnionych z partią, szykanowanie niewygodnych związków zawodowych, marnotrawienie środków publicznych. Świetnym przykładem fatalnej zmiany jest sytuacja w PLL LOT, spółce, nad którą bezpośredni nadzór sprawuje premier, gdzie od ostatnich wyborów błyskawicznie wzrosła skala umów śmieciowych, nagonek na związki zawodowe, cięć na procedurach bezpieczeństwa, pogorszenia jakości usług.
W 2017 r. w wyniku wieloletnich nacisków OPZZ wprowadzona została minimalna stawka godzinowa, którą poparły prawie wszystkie największe partie parlamentarne i pozaparlamentarne. Warto jednak pamiętać, że ostatecznie przyjęta ustawa jest znacznie lepsza od tej zaproponowanej przez rząd – jej kształt narzuciła Rada Dialogu Społecznego, w której nawet pracodawcy zaprezentowali bardziej postępowe poglądy niż strona rządowa. Ponadto z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że ustawa jest często łamana, a PiS nie przyznał inspekcji większych kompetencji ani nie zwiększył znacząco jej finansowania.
Ponadto rząd pozwala pracodawcom na omijanie minimalnej stawki godzinowej. Rząd przeforsował nowy rodzaj umowy – o pomocy przy zbiorach. Z ustawy wynika, że do pracy wykonywanej na podstawie tej umowy nie mają zastosowania przepisy o minimalnym wynagrodzeniu. W praktyce oznacza to, że w pracy sezonowej rząd dopuszcza dowolny wyzysk, nawet stawki 1 zł za godzinę pracy.

 

Wzrost wynagrodzeń? Też bez dobrej zmiany

Wzrost płacy minimalnej za nowej władzy wcale nie jest wyższy niż za poprzedniej ekipy rządzącej. W 2017 roku płaca minimalna wzrosła zaledwie o 100 zł, a w roku bieżącym rząd zaproponował wzrost o 120 zł, czyli tylko 3,3 zł ponad minimum ustawowe. W wyniku coraz ostrzejszych nacisków związków zawodowych być może rząd zgodzi się na wzrost o 155 zł, ale przypomnijmy, że PiS deklarował, iż płaca minimalna powinna wynosić 50 proc. średniej. Do tego celu droga wciąż jest daleka…
Nie ma też dobrej zmiany w sferze budżetowej. Po sześcioletnim zamrożeniu płac przez koalicję PO-PSL PiS miał radykalnie podnieść wynagrodzenia urzędnikom państwowym. Niestety po wyborach okazało się, że żadnych zmian nie będzie. W 2017 i 2018 roku wskaźnik waloryzacji płac w budżetówce wyniósł okrągłe zero procent, co w praktyce oznaczało ich istotny spadek, ponieważ przyspieszyła inflacja.
Również plany na 2019 rok wyglądają mizernie. Być może dojdzie do minimalnej waloryzacji płac, ale rząd upiera się, aby o podwyżkach decydowali kierownicy poszczególnych placówek instytucji publicznych, co w praktyce oznacza, że na wyższe pensje mogą liczyć tylko zaufani ludzie partii. Dzieje się tak, chociaż rząd chwali się wzrostem płac w gospodarce narodowej o 6-7 proc. rocznie. Jeżeli faktycznie tak jest, to dlaczego władza nie chce podnieść wynagrodzeń pracownikom państwowym? Płace Polaków i Polek są zresztą w rzeczywistości znacznie niższe, niż by to wynikało z propagandy rządowej. Zgodnie z danymi GUS przeciętne wynagrodzenie w Polsce w lipcu bieżącego roku wynosiło 4825 zł brutto. Powyższe dane dotyczyły jednak jedynie osób zatrudnionych w firmach zatrudniających co najmniej 10 pracowników, a według najbardziej aktualnych danych przeciętne pensje w mikroprzedsiębiorstwach wynoszą zaledwie 2577 zł brutto. Ponadto blisko 70 proc. pracowników otrzymuje płace poniżej średniej. Nieliczni Polacy zarabiają setki tysięcy złotych, a wielu otrzymuje pensje bliskie płacy minimalnej.

 

Chybotliwe filary, niesprawdzone założenia

Również inne filary PiS-owskiej polityki społeczno-ekonomicznej sypią się. Okazało się, że po zamknięciu części sklepów w niedzielę wiele sieci handlowych wydłużyło godziny pracy w piątki i soboty. Ponadto deklarowanym celem ustawy było przeniesienie siły roboczej z hipermarketów do małych sklepów, a tymczasem to właśnie w najmniejszych placówkach handlowych warunki pracy są najgorsze, a płace najniższe. Na powtarzające się wnioski OPZZ, aby podwyższyć płace za każdą pracę w niedzielę, rząd każdorazowo odpowiada negatywnie. Zamiast dbać o wyższe płace dla wszystkich pracowników, PiS ograniczył pracę w niedzielę w części tylko jednej branży.
Maleje liczba dzieci, które korzystają z programu Rodzina 500+. W lipcu 2017 roku z programu korzystało 3 mln 990 tys. dzieci, a według ostatnich danych z czerwca tego roku już tylko 3 mln 740 tys. dzieci. Innymi słowy skala pomocy jest coraz mniejsza, a w wyniku wzrostu inflacji świadczenie traci na wartości. Ponadto świadczenia finansowe w większości krajów są uzupełnieniem do wysokiej jakości usług – w Polsce mają je zastąpić. Wciąż nie ma powszechnego dostępu do przedszkoli, a do żłobków chodzi najmniej dzieci w UE. Na dodatek PiS zniósł obowiązek szkolny dla sześciolatków – to rozwiązania szkodliwe tak dla dzieci, jak i rodziców. Ministerstwo zahamowało też program obejmowania kolejnych klas szkolnictwa bezpłatnymi podręcznikami. Wprowadzono dodatkowe świadczenie 300 zł dla rodziców wychowujących dzieci w wieku szkolnym, tymczasem koszty podręczników dla klas licealnych przekraczają 500 zł. Pomimo szumnych obietnic, rząd nie wdrożył również żadnego programu darmowych posiłków w szkole, nie rozwinął infrastruktury opiekuńczej dla seniorów ani dla osób z niepełnosprawnościami. Nie tylko nie ma inwestycji w opiekę senioralną, ale też emerytury rosną bardzo wolno.

 

Biznes nie stracił

Ponadto zamiast podnosić emerytury w systemie publicznym, PiS postanowił wzmocnić filar komercyjny, jeszcze bardziej nieodporny na wahnięcia na giełdzie niż skompromitowane OFE. Mianowicie od przyszłego roku rząd wprowadza nowe składki dla pracowników i pracodawców, które będą przekazywane do tzw. Pracowniczych Planów Kapitałowych, czyli komercyjnych firm obracających pieniędzmi zgodnie z przyjętym przez siebie planem, w tym na giełdzie. Łączna minimalna odprowadzana składka (pracodawcy i pracownika) miałaby wynieść 3,5 proc., maksymalna – 8 proc. Wysokość emerytur zostanie uzależniona od kaprysów rynku. Na dodatek do prywatnych funduszy szerokim strumieniem poleją się środki z budżetu państwa, ponieważ państwo będzie regularnie dopłacać do programu. Aby nie płacić dodatkowych składek, obywatele będą musieli pisać specjalne deklaracje. Najwyraźniej Mateusz Morawiecki pozostał lojalny wobec swoich kolegów z sektora bankowego.
Niewypałem okazał się też program Mieszkanie+. Mieszkania budowane w ramach flagowego programu władzy będą drogie i niedostępne dla ubogich mieszkańców Polski, a głównym beneficjentem programu mają być deweloperzy. Na dodatek ustawa dopuszcza eksmisję na bruk. Ponadto mieszkania z programu rządowego często są usytuowane w bardzo niewygodnych lokalizacjach, a część jest odcięta od miejskiej sieci dojazdowej.
Rząd przejął też fundusz pracy i fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych. Łamiąc przepisy, środki z obydwu funduszy wydaje na cele niezwiązane ze wsparciem dla pracowników.
Wreszcie miał być realny, a nie pozorowany dialog społeczny z partnerami społecznymi. Kluczowe decyzje władzy nie są z nikim konsultowane. Niekiedy tylko odpowiedni minister nieformalnie spotyka się podporządkowanym władzy związkiem zawodowym NSZZ Solidarność. Wszyscy inni partnerzy społeczni są traktowani lekceważąco i pogardliwie. Do patologii na rynku pracy dochodzą coraz silniejsze nagonki na krytyków władzy, pełzająca cenzura, niszczenie praworządności, ksenofobia, izolacja Polski na scenie międzynarodowej. Dlatego 22 września związki zawodowe zrzeszone w OPZZ wychodzą na ulicę zaprotestować przeciwko obecnej władzy. Straszenie Platformą Obywatelską już nie działa. Nowy rząd wcale nie jest lepszy od poprzedniego, a na wielu polach okazał się znacznie gorszy.

Domagamy się wzrostu płacy minimalnej!

Rada OPZZ województwa mazowieckiego krytycznie ocenia decyzję rządu, aby płaca minimalna w przyszłym roku wynosiła zaledwie 2250 zł brutto, czyli 1634 zł netto. To kwota, która nie pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb pracowników i nie wychodzi naprzeciw ich oczekiwaniom. W Polsce wciąż wielu pracowników żyje w biedzie i naszym zdaniem wzrost wynagrodzeń powinien być jednym ze strategicznych celów rządu. Niestety wciąż nie ma dobrej zmiany na rynku pracy. Dotyczy to tak płacy minimalnej, jak płac w budżetówce.
Od wielu miesięcy trwa rządowa propaganda sukcesu, kolejni ministrowie powtarzają, że gospodarka i rynek pracy są w świetnej kondycji, a tymczasem władza zdecydowała się na niewielki wzrost minimalnego wynagrodzenia. Płaca minimalna w stosunku do średniej w przyszłym roku nie tylko nie ma wzrosnąć, ale wręcz spadnie. PiS przez wiele lat obiecywał, że zgadza się z nami, że płaca minimalna powinna stanowić co najmniej 50 proc. średniego wynagrodzenia, tymczasem nie robi nic, aby dotrzymać słowa. My od wielu lat powtarzamy: płaca minimalna powinna wynosić co najmniej 50 proc. średniego wynagrodzenia. Dlatego domagamy się, aby w przyszłym roku płaca minimalna wynosiła przynajmniej 2383 zł brutto.
Zauważamy też, że odkąd weszła w życie minimalna płaca godzinowa, wielu pracodawców łamie przepisy i płaci niższe stawki od tych przewidzianych w ustawie. Na dodatek rząd przeforsował ustawę o pracy sezonowej, zgodnie z którą pracowników sezonowych nie dotyczy płaca minimalna – mogą więc być w świetle prawa dowolnie wyzyskiwani i zarabiać 1-2 zł za godzinę pracy. W związku z powyższym domagamy się podjęcia bardziej stanowczych działań na rzecz przestrzegania ustawy o minimalnej płacy godzinowej i objęcia nią całego rynku pracy.
Jednocześnie jesteśmy zbulwersowani arogancją władzy, która twierdzi, że nie może bardziej podnieść minimalnego wynagrodzenia, a w tym samym czasie sama sobie wypłaca milionowe premie, nagrody i dodatki. Jednocześnie traktuje nas jako związki gorszego sortu i kluczowe wskaźniki budżetowe negocjuje tylko z podporządkowaną jej Solidarnością. To nie jest dobra zmiana.

Największy strajk

Związki zawodowe personelu pokładowego Ryanaira grożą przeprowadzeniem największego strajku w historii irlandzkiego przewoźnika. 7 września związkowcy reprezentujący pracowników z Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Holandii i Belgii podpisali wspólny list zapowiadający wielki jesienny protest – zaproszą do niego również pilotów oraz personel naziemny.

 

Zaczęło się od strajków pilotów, później personelu pokładowego. Cały lipiec i sierpień upłynął pod znakiem komunikatów o odwołanych lotach i utrudnieniach. Teraz pracownicy zapowiadają „największy strajk w historii firmy”. Chcą bezwzględnych podwyżek i poprawy warunków pracy.

10 sierpnia miał miejsce strajk pilotów w kilku miastach Europy. Odwołano loty w popularne wakacyjne destynacje: do Włoch, Portugalii i Hiszpanii. Zarząd podpisał porozumienie z pilotami z Irlandii. Ale reszta krajów poza centralą nadal nie czuje się usatysfakcjonowana. W dodatku firma robi wszystko, aby przedstawić w negatywnym świetle żądania związkowców i obarczyć ich odpowiedzialnością za utrudnienia dla podróżnych. Do dziś utrzymuje, że oferuje konkurencyjne warunki zatrudnienia.

Pracownicy domagają się podpisywania umów według prawa lokalnego, a nie irlandzkiego, co nie zawsze jest korzystne dla zatrudnianego, ale prawie zawsze dla zatrudniającego.

Jak wielokrotnie pisaliśmy, osoba zatrudniona na pokładzie Ryanair zarabia zaledwie 4,99 dolara amerykańskiego za godzinę pracy. Członkowie personelu i piloci skarżą się również na ignorowanie praw rodzicielskich i zwolnień lekarskich, absurdalne kary związane z nieosiąganiem celów sprzedaży na pokładzie samolotu, kosztowne szkolenia, długie, 12-godzinne zmiany, niewystarczający okres odpoczynku miedzy nimi i brak wyżywienia dla członków załogi.

Związkowcy we wspólnym liście zapowiedzieli, że przeprowadzą „największą akcję strajkową, jaką kiedykolwiek widziała firma”.

Do strajku miałoby dojść w ostatnim tygodniu września bądź na przełomie miesięcy, a ostateczna decyzja o przeprowadzeniu akcji strajkowej ma zapaść do 13 września.

Jak wylicza wnp.pl, irlandzkie linie działają w 37 krajach. W zeszłym roku Ryanair przewiózł 130 mln pasażerów. W Polsce w ubiegłym roku firma miała o 1 mln 677 tys. pasażerów więcej niż w 2016 roku. W 2017 r. linia gościła prawie 11 mln podróżnych, uzyskując 30,65-proc. udział w naszym rynku.

Ryanair pod presją

To będzie trudne lato dla władz irlandzkiego przewoźnika lotniczego. Ryanair przez lata ignorował niezadowolenie personelu. Teraz musi się zmierzyć z erupcją gniewu. Lada dzień rozpocznie się strajk.

 

4,99 dolarów amerykańskich (19 zł) za godzinę pracy – tyle zarabia pracownik pokładowy w Ryanair. We wszystkich krajach. Dlaczego? Przewoźnik zatrudnia członków załogi na kontraktach sformułowanych według irlandzkiego prawa. Pracownicy żądają zmian. Chcą być wynagradzani według stawek obowiązujących w swoich krajach. To nie jedyne zastrzeżenia. Zatrudnieni w Ryanair skarżą się również na ignorowanie praw rodzicielskich i zwolnień lekarskich, absurdalne kary związane z nieosiąganiem celów sprzedaży na pokładzie samolotu, kosztowne szkolenia, długie, 12-godzinne zmiany, niewystarczający okres odpoczynku miedzy nimi i brak wyżywienia dla członków załogi. Wreszcie problemem jest brak wynagrodzeń za godziny spędzone na lądzie w oczekiwaniu na start.

Strajk ma się rozpocząć jeszcze w lipcu. Chyba, że wcześniej właściciele linii spełnią postulty swoich podwładnych. Na to się jednak nie zanosi. Firma przyjmuje postawę konfrontacyjną. Takie podejście nie jest niczym nowym. Przez lata w Ryanair nie było żadnych organizacji pracowniczych, których istnienie uznawałaby firma. Dopiero w grudniu ubiegłego roku związki zostały oficjalnie uznane za reprezentantów załogi i partnerów w sporach zbiorowych.

Ultimatum postawione zarządowi przez związkowów minęło w nocy z wtorku na środę. Co teraz? Prawdopodobnie na przełomie lipca i sierpnia dojdzie do masowej odmowy pracy. Pasażerowie planujący podróż w drugiej części lata muszą się więc liczyć z utrudnieniami.

Warunki zatrudnienia w Ryanair były krytykowane nie tylko przez organizacje pracownicze, ale również przez niezależne instytucje ruchu lotniczego. „Bycie tanim przewoźnikiem nie powinno oznaczać oszczędności na świadczeniach pracowniczych. Pracownicy pracujący dla Ryanair zarządzają codziennie ogromną częścią ruchu pasażerskiego w Europie. Jako obywatele najbogatszej społeczności gospodarczej na świecie jesteśmy dumni z wysokich standardów moralnych i wspieramy uczciwe praktyki zatrudnienia. Mamy nadzieję, że Ryanair podejmie działania w celu poprawy warunków zatrudnienia” – skomentował sprawę Marius Stonkus, prezes zajmującej się odszkodowaniami lotniczymi firmy Skycop.

Łódź pamięta o rewolucji!

Okrzyki „Rewolucja!”, „Precz z wyzyskiem!”, „Solidarność robotnicza!”, „Wolność, równość, niepodległość!” mogli usłyszeć mieszkańcy Łodzi oraz turyści, którzy w sobotnie popołudnie znajdowali się przy ul. Piotrkowskiej.

 

W miejscach, gdzie 113 lat temu robotnice i robotnicy demonstrowali, ścierali się z carskim wojskiem i wznosili barykady, odbył się rocznicowy przemarsz i spektakl.
Kolejna już edycja efektownego upamiętnienia powstania łódzkiego, jednego z największych wystąpień robotniczych podczas rewolucji 1905 roku, zgromadziła około dwustu osób. W serii symbolicznych obrazów prezentowanych przez alternatywny teatr Chorea uczestnicy wydarzenia obserwowali wybuch robotniczego buntu, manifestacje i walkę pracownic i pracowników łódzkich fabryk, spory między organizacjami rewolucyjnymi działającymi w Królestwie Polskim, nieugiętość walczących i wreszcie stłumienie powstania i represje wobec rewolucjonistów. Aktorzy i aktorki występowali w tych samych miejscach, gdzie 113 lat temu robotnice i robotnicy zbierali się, organizowali i walczyli – na ul. Piotrkowskiej i okolicznych podwórzach; zaś złość wyzyskiwanych przeciwko wyzyskiwaczom pokazali w sąsiedztwie pomnika łódzkich fabrykantów Poznańskiego, Grohmana i Scheiblera.
Z uwagi na 100. rocznicę odzyskania suwerenności przez państwo polskie w spektaklu silnie wyeksponowany był wątek rozważań nad tym, czym jest niepodległość, wolność i samowola. Równocześnie przypomniano o początku rewolucji 1905 r. – Krwawej Niedzieli w Petersburgu i o solidarności robotników polskich i rosyjskich podczas kilkunastu miesięcy walk z caratem o społeczne i narodowe wyzwolenie. Ważnym punktem obchodów był śpiew połączonych chórów rewolucyjnych, które wykonały m.in. „Międzynarodówkę”, „Gdy naród do boju”, „Czerwony sztandar”, „Gdy naród do boju” i „Łodziankę”.
Nieprzypadkowo marsz zakończył się w okolicy ulic Piotrkowskiej i Wschodniej – przy niej właśnie 22 czerwca 1905 r. zbuntowani robotnicy starli się z rosyjskimi oddziałami piechoty i Kozaków. W ciągu kolejnych dwóch dni na ulicach Łodzi wzniesiono ponad sto barykad; w bitwie ulicznej, do której carat rzucił przeciwko proletariuszkom i proletariuszom łącznie osiem pułków wojska, zginęło ponad 160 osób. Powstanie zostało stłumione, w Łodzi ogłoszono stan wojenny, ale kolejne strajki robotnicze wybuchały jeszcze do 1907 r.
– Obecnie mało kto pamięta o Powstaniu Łódzkim 1905 roku, które przyniosło za sobą falę zmian i – mimo upadku – odegrało ważną rolę w walce o niepodległość Polski. Chcemy pokazać, że każdy społeczny ruch pozostawia jakieś zmiany, a to, że ludzie w krytycznych sytuacjach decydują się na wyjście na ulicę nie idzie na marne – nawet, gdy walka okazuje się przegrana – tłumaczyła Onetowi Ewa Otomańska, reżyserka widowiska. Obserwatorzy spektaklu i zarazem uczestnicy przemarszu nieśli, tak jak walczący robotnicy w 1905 r., sztandary czerwone i biało-czerwone, a także flagi historycznych partii: PPS-u czy Bundu. Eksponowali i skandowali hasła rewolucyjne – precz z caratem! precz z cenzurą! precz z czarną sotnią! precz z wyzyskiem! zakaz pracy akordowej! ośmiogodzinny dzień pracy! Wezwania odnoszące się do sytuacji robotników nie straciły aktualności po dziś dzień…
Takie też poczucie mieli uczestnicy marszu. Wielu z nich przyszło na Piotrkowską nie tylko po to, by upamiętnić wydarzenie historyczne, ale także w poczuciu identyfikacji z lewicowymi hasłami.

Ukryty strajk w LOT

Kolejna odsłona sporu w polu PLL LOT. Represjonowani przez zarząd spółki związkowcy nie dają za wygraną. Międzyzakładowy Komitet Strajkowy zadecydował o rozpoczęciu strajku włoskiego, polegającego na „skrupulatnym przestrzeganiu procedur bezpieczeństwa”. Akcja ma trwać tak długo, aż uchylone zostanie skandaliczne orzeczenie Sądu Okręgowego w Warszawie, którzy tuż przed majówką zakazał związkowcom przeprowadzenia strajku.

„Międzyzwiązkowy Komitet Strajkowy PLL LOT, upoważniony przez Nadzwyczajne Walne Zebranie członków dwóch reprezentatywnych związków zawodowych, ZZPK PLL LOT S.A. i ZZPPiL (posiadających ok. 759 członków, podjął decyzję o prowadzeniu dalszej akcji protestacyjnej, polegającej na skrupulatnym przestrzeganiu procedur bezpieczeństwa obowiązujących w przewozie lotniczym” – czytamy w komunikacie rozesłanym do mediów przez koalicję bojowych związków zawodowych, która od wielu miesięcy wytrwale walczy o normalizację standardów zatrudnienia u publicznego przewoźnika.
Akcja rozpoczęła się dziś rano. Według relacji pasażerów można zauważyć już teraz pewne opóźnienia w wykonywaniu operacji na lotniskach. Nie mają one jeszcze większego wpływu na harmonogram odpraw i odlotów. To jednak dopiero początek strajku włoskiego – jedynej dostępnej pracownikom LOT formy protestu. Przypomnijmy, że 6 kwietnia Sąd Okręgowy w Warszawie przychylił się do wniosku zarządu spółki, uchylając prawo do przeprowadzenia strajku przez związki zawodowe. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że orzeczenie to zostało wydane jeszcze przed przeprowadzeniem referendum strajkowego wśród załogi. Pismo z sądu zostało dostarczone związkowcom dopiero 26 kwietnia, a więc kilka dni przed zaplanowanym na 1 maja strajkiem. W międzyczasie 90 proc. pracowników LOT, przy frekwencji wynoszącej 60 proc., opowiedziało się za strajkiem. Kluczowe pytanie brzmi – dlaczego sąd zakazał strajku jeszcze przed decyzją o jego przeprowadzeniu?
Co jest główną osią sporu na linii zarząd – pracownicy? „Kilka lat temu w firmie wypowiedziano układ zbiorowy, obniżono pensje, a dużą część pracowników przeniesiono na samozatrudnienie” – tłumaczy Piotr Szumlewicz z OPZZ. „Pomimo dobrych wyników finansowych spółki, regulamin wynagrodzeń wciąż nie został przywrócony, a pracownicy mają znacznie niższe płace niż kilka lat temu. Zarazem zarząd niechętnie podchodzi do doświadczonej kadry, a nowo zatrudnionym oferuje nieetatowe kontrakty, które nie gwarantują podstawowych praw pracowniczych. Wszystkie te działania są tłumaczone potrzebą oszczędności, a w tym samym czasie członkowie zarządu firmy otrzymują kilkusettysięczne dodatki. To patologiczna sytuacja, która nie tylko fatalnie wpływa na sytuację pracowników, ale może negatywnie odbić się na bezpieczeństwie pasażerów” – dodaje szef Mazowieckiej Rady OPZZ.
Związkowcy planowali pierwotnie przeprowadzenie akcji strajkowej 1 maja, zgodnie z planem, pomimo orzeczenie sądowego, które ich zdaniem jest nieprawomocne. Zarządowi udało się jednak rozbić jedność organizacji pracowniczych. Prawdopodobnie pod wpływem nacisków kierownictwa spółki, dzień przed strajkiem trzy związki zawodowe poinformowały o odstąpieniu od protestu. Były to Związek Zawodowy Pracowników PLL LOT S.A, Związek Zawodowy Pracowników LOT IKAR oraz NSZZ „Solidarność” Region Mazowsza Organizacja Międzyzakładowa nr 205. Ostatecznie zamiast strajku odbyła się pikieta pod siedzibą LOT, której przebieg opisywaliśmy na łamach naszego portalu.