Strajk na Antypodach

W Nowej Zelandii trwa bunt pracowników służby zdrowia. Lekarze nie zgadzają się, by władze departamentów decydowały o warunkach zatrudnienia bez konsultacji ze związkowcami.

Młodzi lekarze w Nowej Zelandii w poniedziałek rozpoczynają czwarty, najdłuższy w tym roku protest strajkowy. Pięciodniowa odmowa pracy jest wynikiem niepowodzenia w trwających od 2018 roku negocjacjach pomiędzy Stowarzyszeniem Lekarzy Rezydentów Nowej Zelandii i kierownictwa dwudziestu District Health Boards (DHB), czyli finansowanych przez rząd jednostek administrujących nowozelandzkim systemem opieki zdrowotnej.
Co ciekawe, strajk obejmie wszystkie DHB w całym kraju z wyjątkiem jednego okręgu – Canterbury, gdzie szpital pozostaje pod społeczną i polityczną presją zapewniania pełnego wachlarza usług, gdyż to właśnie tam miały miejsce tragiczne wydarzenia z 15 marca.
Dlaczego lekarze buntują się przeciwko polityce DHB? Głównym problemem jest to, że zarząd DHB chce, aby to dyrektorzy szpitali mieli ostateczny głos w sprawie ustalania warunków zatrudnienia nowozatrudnianym medykom. Dotychczas takie decyzje były podejmowane po konsultacjach ze związkami zawodowymi lekarzy, co zapewniało częściową kontrolę reprezentantów pracowników nad warunkami pracy i zapobiegało ich degradacji.
Kierownictwo DHB chce jednak pełnej kontroli nad procesem zatrudnienia i planowania pracy młodych lekarzy. Decydenci tamtejszych kas chorych, podpierając się retoryką stanu wyjątkowego, na której akceptację społeczną liczą po marcowym zamachu terrorystycznym, zamierzają uelastycznić grafiki pracujących w opiece medycznej tak, by mogli być dyspozycyjni w niemal każdej chwili, jeśli sytuacja będzie tego wymagać.
Obecne przepisy mówią, że młodsi lekarze nie powinni pracować dłużej niż 16 godzin dziennie i ponad 10 dni z rzędu. DHB naciska, aby to dyrektorzy mieli pełną kontrolę nad godzinami i harmonogramem. Rzecznik DHB, dr Peter Bramley, zapewnia co prawda, że DHB nie chce intensyfikować eksploatacji młodych lekarzy ani znacząco zwiększać godzin pracy, a jedynie „usprawnić” obecny model, który według niego miał miał szereg niedociągnięć w opiece nad pacjentem.
W tym celu zamierzają ograniczyć wpływ związków zawodowych, które w obecnej sytuacji są przedstawiane jako czynniki hamulcowe, a więc zagrażające pacjentom. Związkowcy zwracają uwagę, że zakusy na ograniczanie możliwości negocjowania warunków zatrudnienia pojawiły się już w zeszłym roku, a więc na długi czas przed feralnym wydarzeniem z marca, które, według reprezentantów pracowników, służą obecnie jedynie za pretekst do ataku na pozycje związków zawodowych. Akcentują też, że przymuszanie medyków do pracy w nadgodzinach negatywnie odbije się na ich sprawności zawodowej oraz obniży motywacje do samorozwoju.
W najbliższym tygodniu pod szpitalami w 19 okręgach administracji nowozelandzkiej służby zdrowia odbywać się będą pikiety, a lekarze nie będą przeprowadzać operacji, prócz tych niezbędnych do ratowania ludzkiego życia.

Fajterzy

Kuratorzy sądowi – jedna z niewielu grup zawodowych, która nie domaga się podwyżek, ale po prostu umożliwienia im efektywnego wykonywania pracy zgodnie z tym, co teoretycznie gwarantują im przepisy.

Postanowili pójść drogą nauczycieli i pracowników sądowych sekretariatów. Kuratorzy zawodowi chcą „wstać z kolan”, ale uświadomili sobie, że najpierw muszą się zorganizować od podstaw. Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych jeszcze nie zdążył sfinalizować rejestracji w KRS, a już przygotował m.in. pismo do Zbigniewa Ziobry, w którym domaga się, by Ministerstwo Sprawiedliwości konsultowało z nim wszelkie akty prawne dotyczące bezpośrednio pracy kuratorów. Są zdeterminowani, by głośno upominać się o swoje. Kiedy ze sceny zejdą nauczyciele, kuratorzy mogą sporo namieszać.
„Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych chce być odpowiedzialnym partnerem Ministra Sprawiedliwości w zakresie kształtowania spraw dotyczących kuratorów sądowych i dążyć do konstruktywnych rozwiązań w atmosferze dialogu i porozumienia. (…)” – czytamy w piśmie do Zbigniewa Ziobry. Pokój, miłość i zrozumienie. Ale dalej przestaje już być tak słodko. Związek informuje, że powstał na mocy uchwały i domaga się jasnej informacji, na jakim etapie prowadzone są w ministerstwie prace nad nowelizacją ustawy, żąda też konsultacji wszelkich aktów prawnych ze środowiskiem. To efekt wieloletnich praktyk, polegających na tym, że rzesza „pomysłowych Dobromirów” z Ministerstwa Sprawiedliwości kształtowała coraz to nowymi przepisami pracę kuratorów zza biurka, praktycznie bez znajomości codziennych realiów tej pracy. Zwłaszcza w aspekcie działań w terenie i skutecznej pracy resocjalizacyjnej z podopiecznymi.
Pod pismem do Zbigniewa Ziobry podpisała się przewodnicząca OZZ KS Magdalena Huzar. To kuratorka rodzinna z Kłodzka na Dolnym Śląsku. Na razie jest przewodniczącą in spe, bo do tej pory zarejestrowano Komitet Założycielski, kolejnym krokiem będzie powołanie Zarządu Krajowego i Prezydium.
Grupa założycielska liczyła 44 osoby z 17 okręgów sądowych z całej Polski. Kuratorzy są dumni, że wreszcie powołali do życia swój związek i jednocześnie mają trochę poczucia winy, że zdecydowali się na to tak późno. Ale ci, którzy podjęli się bycia funkcyjnymi, są pełni energii. Chcą mieć wpływ na to, co „góra” ustala na temat ich pracy, ale wiedzą, że bez związkowego szyldu w rozmowach z Ziobrą będą bezsilni. Powoli tworzą struktury, jeszcze bez pełnej tożsamości prawnej.
***
Kurator znajduje się gdzieś w połowie sądowej drabiny prestiżu. Musi skończyć aplikację jak „prawdziwy prawnik”, ale de facto jest hybrydą pracownika socjalnego, pracownika biurowego i adwokata. Kurator karny (dla dorosłych) zajmuje się podopiecznymi po wyrokach z Kk – ma pod opieką swoich osobistych dozorowanych, „obsługuje” przerwy w karze pozbawienia wolności, dozory elektroniczne czyli „bransoletki”, wykonuje wywiady środowiskowe, nadzoruje kuratorów społecznych sprawujących dozory w jego imieniu (kurator społeczny może mieć do 10 spraw. Pełniłam tę funkcję ponad 6 lat). Kuratorzy rodzinni mają podobne obowiązki, z tą różnicą, że mają pod nadzorem całe rodziny, uczestniczą też w tzw. widzeniach rodzica z dzieckiem. W listopadzie 2018 Polską wstrząsnęło wydarzenie z warszawskiego Bemowa, gdy podczas widzenia 35-letni mężczyzna udał się z 4-letnim synkiem do toalety, gdzie w akcie desperacji otruł siebie i dziecko.
Media były bezlitosne dla kuratorki. Czy słusznie? Nie ma bardziej niewdzięcznego „medialnie” zawodu. Kurator ma być jak Batman – na niebie powinien wyświetlać mu się sygnał alarmowy, kiedy Kowalski upije się bardziej niż zwykle i zamachnie się na żonę tasakiem. Wymaga się, aby kurator miał pod kontrolą każdą sekundę życia swoich podopiecznych – ich wydatki, ich nałogi, ich życie seksualne, ich potrzeby fizjologiczne. Ale tak, aby nie został oskarżony z drugiej mańki – że odebrał dzieci za biedę. A on ma tylko legitymację, kartkę papieru i autorytet, który musi sobie w relacji z podopiecznym wypracować. Zasłużyć na zaufanie, a nie tylko na łatkę upierdliwego sądowego dozorcy, jest trudno. Ale to władza i niedostosowane do rzeczywistości przepisy utrudniają kuratorom realizowanie ich misji. Podwyżki – jasne, przydałyby się. Ale głównym demonem pracy kuratora jest nadmiar obowiązków. To praca, która nie kończy się nigdy.
– Naszą zmorą jest podział etatów i nierówny podział obciążenia w okręgach – mówi przyszła przewodnicząca Magdalena Huzar. – Rozporządzenie mówi, że kurator, na przykład rodzinny, może mieć od 15 do 25 nadzorów. Nie znam takiego kuratora w Polsce, który ma 15 nadzorów. To jak jednorożec, kwiat paproci. Jesteśmy zawaleni wywiadami środowiskowymi (bezpłatnymi). Nie mamy czasu pracować z naszymi osobistymi podopiecznymi i ich rodzinami – czasami starcza go, żeby wpaść raz na miesiąc i policzyć dzieci. Nie ma limitu wywiadów do wykonania. U mnie w zespole jedna kuratorka wykonała w zeszłym miesiącu 50 wywiadów. To jest 50 wyjazdów w teren, gdzie trzeba zebrać szczegółowe informacje i je opisać. A przeciętny kurator zawodowy ma w referacie od 50 do 100 „stałych” spraw. Jego obowiązkiem jest czuwać nad tymi ludźmi. Proszę mi powiedzieć, jak to fizycznie zrobić? Rozciągnąć dobę? A kiedy iść z podopiecznymi na przykład do urzędu miasta żeby coś załatwić? Jak nawiązać z nimi jakąś więź? Jak zauważyć, że dzieje się coś niepokojącego?
***
Papierologia rośnie. O wszelkie wiążące decyzje dotyczące podopiecznych kurator musi występować do sądu. W przypadku na przykład kary ograniczenia wolności (to tzw. prace społeczne) lub dozoru elektronicznego (bransoletka), gdy podopieczny zachoruje i nie jest w stanie jakichś obowiązków wykonywać, na decyzję sędziego trzeba czekać tygodniami. Gdyby leżało to w gestii kuratora, wszystko mogłoby dziać się sprawniej. Dlatego związkowcy chcą rozszerzenia swoich uprawnień.
– Sędziowie nie rozumieją czasochłonności tej pracy – mówi Magdalena Huzar. – Czasem zdarzają się sytuacje, które są potencjalną tykającą bombą. Jedna pani dostała udział w kontaktach kuratorskich ojca z dzieckiem. On jest cudzoziemcem. Ona nie zna języka. Jak ma wykonać poprawnie swoje obowiązki? Jak ma czuwać nad bezpieczeństwem dziecka? Za udział w kontaktach płaci się nam 191 złotych brutto za wizytę, a liczba kontaktów, tak jak wywiadów, jest nielimitowana. W dodatku to wszystko jest poza naszym formalnym obciążeniem, ale ma opcji, żeby odmówić. Pracujemy w sobotę i niedzielę, jedna wizyta trwa od 2 do nawet 9 godzin. Nie mamy kiedy odpocząć, nie mamy za to oddanego żadnego wolnego dnia. Pracujemy w święta. Pracujemy praktycznie cały czas. Chcemy unormowania standardów naszego obciążenia, bo już robimy bokami.
***
Wśród kuratorów rodzi się bunt. Przyjeżdżają kontrolerzy, którzy muszą przekopać akta dozorów – tych osobistych, na które nie zostaje już czasu.
– Skoro kładą nacisk na to, jak pracujemy z dozorowanymi i chcą nas z tego rozliczać, to niech nam to do cholery umożliwią – wzdycha przewodnicząca OZZ KS. – Niech zdejmą z nas te dodatkowe czynności i dadzą w spokoju pomagać rodzinom. Wiadomo, jedni podopieczni wymagają intensywniejszej opieki, inni radzą sobie sami. Ale to powinno być nasze główne zadanie: praca ze środowiskiem osób skazanych i nadzorowanych, nieletnich. W tej chwili sprowadza się nas do kontrolerów, sprawdzających, czy oni żyją. Ale kiedy coś się stanie, winni jesteśmy my. „Gdzie był kurator?” – pytają wtedy media. Ale nie da się w ciągu 15- czy 20-minutowej rozmowy zdiagnozować i uzdrowić rodziny.
***
Bezpieczeństwo kuratorów – to kolejny problem. Część bogatszych sądów ma na wyposażeniu GPS-y, tak zwanego „bezpiecznego kuratora”. Znowu podział na lepszych i gorszych. Niektórym poszczęściło się nawet na tyle, że dostali gaz pieprzowy. No i zestaw „małego chemika” – testy na obecność narkotyków, a także alkomaty – po jednym na zespół. Ale to już wyższa szkoła absurdu.
– Na te testy poszło mnóstwo kasy. Ustawa daje mi prawo zbadać nieletniego. Ale co z tego, że ja go zbadam, jak rodzic zażąda powtórnego badania. I co ja mam wtedy zrobić? Wieźć go swoim autem? Gdzie? Na SOR? I czekać tam osiem godzin? Nie mamy podpisanych umów z laboratoriami. To martwy przepis. Dano nam narzędzie, z którego i tak nie możemy korzystać.
Wszędzie muszą dojeżdżać własnym autem. A jeśli go nie mają? Do niektórych miejsc dojeżdża jeden autobus dziennie. Nie ma możliwości odmowy, kiedy nie ma opcji dojazdu do podopiecznego. Owszem, otrzymują tzw. zwrot kosztów pracy – za benzynę – był naliczany, kiedy paliwo kosztowało dwa złote za litr. A nie pięć. Nie mają ubezpieczeń z tytułu ryzyka zawodowego – kontaktu z chorymi, z uzależnionymi od narkotyków.
***
System wynagrodzeń.
– Chciałabym mieć taką firmę jak sąd – wzdycha moja rozmówczyni. – W tej chwili u mnie w zespole nie ma trzech osób. Ktoś ich zadania musi przejąć. Grosza za to nie widzimy. Na swój awans czekałam pięć lat, ale rekordziści np. ci podlegający pod Katowice, czekają nawet 10 i więcej. Co z tego, że już dawno spełniają wszystkie wymogi z ustawy? Nie ma pieniędzy. Ale są też okręgi, gdzie do awansów nie ma kolejek. To zależy od sądów apelacyjnych. W tej chwili na emeryturę przechodzi u nas jedna kuratorka ze stopniem specjalisty. Te pieniądze przecież zostaną w puli, za to można awansować kolejną osobę z kolejki. Ale tak się nie dzieje i nikt nam nie tłumaczy, dlaczego. Nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić. My nie chcemy podwyżek wprost, chcemy przejrzystego systemu nagród, chcemy przestrzegania ustawy.
W sądach nie funkcjonuje osobny budżet na funkcjonowanie kuratorskiej służby sądowej.
***
Nie wolno im strajkować. Nie mają jeszcze pomysłu na akcję ogólnopolską, ale rozważają odmowę wyjazdów w teren. Domagają się, żeby kierownicy zespołów i kuratorzy okręgowi byli kadencyjni.
Chcą, żeby urzędnicy z ministerstwa konsultowali z nimi wszystkie nowe przepisy – żeby nie dopuścić do sytuacji, że ich pracą zarządza ktoś, kto przez dwadzieścia lat nie wstawał zza biurka i nie wie, jak wygląda praca w terenie.
Mieli wielką nadzieję, że po raporcie NIK na temat kuratorów wstawi się za nimi Adam Bodnar. Ale on potraktował sprawę wybiórczo – zainteresował się wyłącznie brakiem kompetencji kierowników zespołów i kuratorów okręgowych do kontroli. Resztę zagadnień, które poruszyła NIK (m.in. przeciążenie pracą) pominął. Do niego też OZZ KS przygotowuje pismo.
Na razie na to pierwsze Zbigniew Ziobro nic im nie odpisał. Minister nie jest przecież od tego, żeby gadać z suwerenem.

Walka o godność na poczcie

O zmaganiach listonoszy o ludzkie warunki pracy i płacy i o tym, jak kierownictwo Poczty Polskiej stara się ich złamać pozwami sądowymi, roszcząc sobie prawo do nietykalności, Paweł Jaworski (strajk.eu) rozmawia z Jakubem Żaczkiem, działaczem Związku Syndykalistów Polski.

Paweł Jaworski: Poczta Polska ściga cię sądownie. Sugerują nawet, że jesteś zagrożeniem dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa. Naprawdę jesteś taki groźny?
Jakub Żaczek: Też się zastanawiam. Nigdy nie przypuszczałem, że jestem aż tak wpływowy i niebezpieczny. Czytanie aktu oskarżenia Poczty Polskiej jest pewnym zastrzykiem dla ego, choć jest tam oczywiście przesada. Mój wpływ nie był taki, jak zostało to opisane.
To prawda, że [jako Związek Syndykalistów Polski] już od dłuższego czasu interesujemy się tym, co się dzieje na poczcie. Fora elektroniczne na ten temat prowadziliśmy już od 2006 r. Pod postem na temat strajku na Poczcie Polskiej wiele lat wypowiadały się osoby tam pracujące. To jest archiwum zawierające dobre dziesięć lat komentarzy. Od początku było ono cierniem w oku dyrekcji Poczty Polskiej. Przez długi czas starali się dowiedzieć, kto to prowadzi i doprowadzić do zamknięcia strony. Później, kiedy cały ruch społecznościowy przeniósł się z portali na Facebook, powstała znana w branży strona Listonosze Polska. Nagłaśniamy tam problemy występujące na poczcie. Miała też duży wpływ na protesty, które miały miejsce dwa lata temu, na wywalczenie podwyżek – symbolicznych, ale jednak –oraz pewnych ustępstw na polu rozliczania nadgodzin, weryfikację obciążeń listonoszy i ich rejonizacji. To zmiany niewystarczające, dlatego protesty były kontynuowane. Ostatnio był to tzw. tydzień dbałości o swoje zdrowie…

Czyli branie zwolnień L4, jak w przypadku pielęgniarek i pracowników sądowych, policjantów…
Tak, wśród listonoszy zapanowała “grypa gołębi pocztowych” i zmusiła ich do zadbania o swoje zdrowie. Zachęcaliśmy do tego również na stronie Listonosze Polska. Każdy ma prawo myśleć o zdrowiu, dlatego listonosze udali się do lekarza, sprawdzili swój stan zdrowia i odpowiednio zareagowali.
Czemu akurat teraz Poczta Polska wytoczyła ci proces? Przecież twoja aktywność trwa już dwa lata…
To nie jest tak, że dopiero teraz zareagowali. Dwa lata temu zorganizowaliśmy ogólnopolskie protesty pocztowców, m.in. demonstrację w Warszawie, w której uczestniczyło około 2 tys. osób, głównie listonoszy. To dużo, biorąc pod uwagę ogólną liczbę 20 tys. listonoszy w kraju.

Byłem organizatorem tamtej demonstracji. Dyrekcja skierowała wtedy do prokuratury doniesienie o przestępstwie, gdzie przypisywano mi m.in. pomówienie, na podstawie słów, które padły na innej, wcześniejszej demonstracji, organizowanej przez inną osobę. Nie dbali za bardzo o konsekwencję. Nie mieli dowodów na autorstwo wpisów w internecie, które przypisywali mi, a z których wiele było zamieszczanych przez samych listonoszy. Ich pozew został dwukrotnie umorzony przez prokuraturę. Złożyli w końcu prywatny akt oskarżenia. Rok trwała przepychanka między sądami w Śródmieściu i na Mokotowie o właściwość miejscową mojego “przestępstwa” i teraz, 9 kwietnia, w końcu odbędzie się proces.

Co ci konkretnie zarzucają?
Oskarżają mnie głównie o rzekomo nieprawdziwe zarzuty pod adresem kierownictwa. W tego typu procesie ciężar dowodu spoczywa niestety na oskarżonym, więc my musimy udowodnić, że to, co mówiłem, jest prawdą. Z tym nie będzie problemu. Natomiast ktoś z klientów poczty zamieścił w internecie komentarz, że listy są niedoręczone na czas, na co ja odpowiedziałem: “Pogadamy o tym po rewolucji, OK?” Oni to zinterpretowali jako wezwanie do zaprowadzenia krwawych porządków na poczcie. A to był zwykły żart – żadnych gilotyn nie ustawiałem pod zarządem.

Ciekawe w tej sprawie jest to, że związki zawodowe na poczcie nie są zainteresowane losem pocztowców tak jak ZSP…
NSZZ “Solidarność” współpracuje z zarządem Poczty przeciwko pracownikom. Tak było np. w sprawie Klaudiusza Wieczorka (pracownik Poczty Polskiej zwolniony dyscyplinarnie – przyp. red.), gdzie akt oskarżenia przeciwko niemu, autorstwa Poczty Polskiej, zawierał też stwierdzenie, że obraził pocztową “Solidarność”. Dyrekcja wystąpiła w obronie “S”. Na stronie internetowej “S” pojawiają się komentarze, z których wynika, że mają dostęp do akt oskarżenia.

Co dokładnie dyrekcja uznała za pomówienie?
Zarzucaliśmy kierownictwu firmy niewypłacanie nadgodzin, co jest potwierdzone w procesach sądowych przez wielu świadków. Nie ma wystarczającej obsady. Pensje nie rosną tak, jak twierdzi zarząd, który czasem podaje jakieś super optymistyczne dane, z których wynika, że listonosze zarabiają 3-4 tys. zł. To nieprawda, zarabiają niewiele ponad pensję minimalną. Podwyżki pozorne wynikają z właśnie ze wzrostu wynagrodzenia minimalnego, a rzeczywiste to podwyżki o 150 zł, które zostały wywalczone przez protesty plus jednorazowe premie w wysokości kilkuset złotych.

Czy cokolwiek się zmieniło na lepsze?
Nie. Teraz, w wyniku “grypy gołębi pocztowych” inne związki się obudziły i też żądają podwyżek. Protesty trzeba kontynuować, bo listonosze są traktowani źle. Są np. podpisywane umowy z Alibabą na dostarczanie przesyłek komercyjnych. To powoduje, że doręczyciel zamiast nosić listy polecone, taszczy pudełka z butami i nie może się wyrobić ze swoimi normalnymi obowiązkami. Poczta podpisała dodatkowe kontrakty i nie chce się dzielić z pracownikami dodatkowymi zyskami, a także wymusza na nich dodatkową pracę i uniemożliwia im spełnianie ich podstawowych obowiązków, bo tych zadań nie da się wykonać w przewidzianym czasie.

Kierownictwo twierdzi, że to nieprawda?
Tak: że to jest pomówienie i że to my jesteśmy źródłem niezadowolenia wśród pocztowców, bo gdyby nie my, to nie byłoby problemu.

W akcie oskarżenia szeregowi listonosze są traktowani wyłącznie jako ofiary waszej propagandy. Kierownictwo wydaje się twierdzić, że wszystko zostało wymyślone przez was i to wy wmawiacie listonoszom ich niezadowolenie.
To paranoiczna konstrukcja i nie wiem, na ile sama dyrekcja w nią wierzy. Skargi na Pocztę docierały do nas już od 2006 r. Wszystko, o czym mówiliśmy, miało źródło w doniesieniach o konkretnych urzędach, od konkretnych osób. Mamy świadków, wszystko są to pracownicy Poczty Polskiej – aktualni lub byli, bo zdarzały się zwolnienia za działalność pod różnymi pretekstami.
Odbywały się już procesy. Jeden z nich zakończył się ugodą, dwa inne nadal trwają. Żądamy przywrócenia do pracy osób niesłusznie zwolnionych. Jeden pracownik, Zbyszek został już przywrócony do pracy po strajku w 2006 r., ale sądy nie wykazywały się raczej zrozumieniem, więc nie mamy pewności, czy tak samo będzie z innymi.

Dyrekcja zarzuca ci radykalne działania, których jedynym celem jest jakoby wyrządzenie szkody spółce. Poza tym, podobno zagrażasz bezpieczeństwu kraju, bo narażasz Pocztę, która jest w myśl prawa przedsiębiorstwem “o szczególnym znaczeniu gospodarczo-obronnym”.
To bzdura, bo moją jedyną motywacją jest poprawa warunków pracy pracowników Poczty. Jestem anarchistą, mam określone poglądy, ale czy wykonałem jakieś konkretne radykalne działania zagrażające bezpieczeństwu kraju? Bardzo wątpię. Tak samo nie działałem na szkodę Poczty Polskiej. Tak naprawdę na jej szkodę działa zarząd, odmawiając ludzkiego traktowania pracowników, powodując, że odchodzą z pracy, że nie są w stanie wykonywać obowiązków, że jest ich za mało. Firma, która tak funkcjonuje, nie ma szans na przetrwanie. Zrzucanie winy na pracowników, którzy mówią o tym wprost i chcą poprawy sytuacji, jest stawianiem sprawy na głowie.

Do aktu oskarżenia dołączony jest też raport wewnętrzny Poczty Polskiej sprzed dwóch lat na temat działalności ZSP. Czujecie się inwigilowani?
W tym raporcie była sugestia, żeby naszą sprawę zgłosić do ABW. Dotychczas nikt do mnie nie pukał o piątej nad ranem, więc nie mam pojęcia, czy się mną zajmują. Podejrzewam, że jednak nie. Co do inwigilacji, to wiem już, że każdy wpis na FB może być pretekstem do kolejnej sprawy i często mi się zdarza, że różne firmy i czyściciele kamienic interesują się moimi wpisami. Nasza działalność nie jest tajna. Zmierza ona do egzekwowania uprawnień pracowników, m.in. zaległych pensji, wypłat za nadgodziny. Tak należy rozumieć nadal toczące się sprawy sądowe, m.in. Rafała Czerskiego, który żąda zapłaty. Chodzi nam też o to, żeby w ramach walki o konkretne sprawy pracownicy łączyli się i działali razem, również w ZSP. To miały na celu nasze działania: pomogliśmy im mieć spójne hasła, spójny program, a poza tym rozpoznawalną markę, jaką się stali Listonosze Polska. To wszystko by nie istniało, gdyby nie było potrzeby poprawy sytuacji listonoszy.

Jak możecie być skuteczni, skoro ZSP ani nie ma osobowości prawnej, bo nie ma was w KRS, ani w ogóle nie chcecie tworzyć związków zawodowych?
Nie do końca. Jako ZSP nie jesteśmy zarejestrowani, bo nie widzimy takiej potrzeby, ale mamy inną strukturę widniejącą w KRS, którą posługujemy się jako narzędziem. Przydaje się np. żeby móc reprezentować pracowników w procesach sądowych. Bierzemy też pod uwagę tworzenie takich struktur na poczcie. Być może ogłosimy to w najbliższych miesiącach.

Zarówno ZSP jak i sami listonosze podkreślają, że związki zawodowe na poczcie działają w interesie kierownictwa, więc jaką praktycznie oferujecie im alternatywę?
W polskich warunkach w przedsiębiorstwie takim jak Poczta Polska spór zbiorowy i legalny strajk są praktycznie niemożliwe. Nie jest w stanie go przeprowadzić ani “Solidarność”, ani nikt inny. Główne związki blokują takie rozwiązanie, bo są zblatowane z zarządem. Inne związki w myśl prawa nie są reprezentatywne, więc też go nie mogą rozpocząć. Realna siła przetargowa pracowników jest zależna nie od ich legalnego umocowania, tylko od ich możliwości strajkowych. Braliśmy udział w strajku w szpitalu wojewódzkim w Bełchatowie, gdzie w ciągu jednego dnia 50 kobiet, wcześniej na outsourcingu, wywalczyło umowy o pracę. Było to możliwe, bo następnego dnia szpital miał być już ewakuowany – dyrekcja musiała podjąć taką decyzję. Wszystko zależy od siły nacisku i determinacji.

Czy w okresie od czasu pamiętnej demonstracji pocztowców coś się zmieniło w warunkach pracy i płacy?
Mam informacje, że w okresie od czerwca do sierpnia 2018 r. zostało wypłacone dodatkowe 172 zł netto, była też premia czasowo-jakościowa 210 zł brutto. Gdzieniegdzie zostały wprowadzone płatne nadgodziny i reorganizacja rejonów. To natomiast nie wszędzie zostało uregulowane i nie zatrzymało odchodzących osób. Były więc pewne efekty naszych działań, trudno jednak powiedzieć, że spełniono postulaty.

OPZZ z nauczycielami

W pełni popieramy postulaty płacowe Związku Nauczycielstwa Polskiego i domagamy się natychmiastowej dymisji minister edukacji narodowej, Anny Zalewskiej.

Zarobki nauczycieli w Polsce są jednymi z najniższych w Unii Europejskiej, a zarazem pracownicy oświaty należą do najgorzej opłacanych na polskim rynku pracy. Trudno pojąć i zaakceptować, że zarobki początkujących pracowników oświaty nieznacznie odbiegają od płacy minimalnej. W konsekwencji spada prestiż zawodu i coraz mniej młodych ludzi chce być w przyszłości nauczycielami. Utrzymywanie skandalicznie niskich płac nauczycieli i lekceważenie przez rząd pracowników oświaty jest szkodliwe dla polskiego społeczeństwa. Dlatego w pełni popieramy akcje protestacyjne Związku Nauczycielstwa Polskiego i deklarujemy gotowość do działań solidarnościowych.
Jednocześnie uważamy, że minister Zalewska nie nadaje się do sprawowania funkcji minister edukacji narodowej i powinna zostać w trybie pilnym zdymisjonowana. Zalewska jest nieudolna i arogancka, a powierzone jej obowiązki ją przewyższają. Minister często wprowadza w błąd opinię publiczną, podejmuje pozorowane działania lub wdraża niedopracowane rozwiązania, których koszty mają ponosić samorządy. Podczas niedawnych negocjacji ze związkami zawodowymi po raz kolejnymi dowiodła, że nie ma żadnych sensownych propozycji dla nauczycieli i nie umie prowadzić konstruktywnego dialogu. Jej działania szkodzą nauczycielom, rodzicom i dzieciom. Dlatego domagamy się dymisji minister Anny Zalewskiej i przedstawienia poważnych propozycji płacowych przez stronę rządową.

PPS z nauczycielami

10 stycznia br., Zarząd Główny Związku Nauczycielstwa Polskiego podjął uchwałę, którą de facto rozpoczął realizacje procedur związanych z wejściem w spór zbiorowy. Jest to odpowiedź związkowców na kolejne fiasko rozmów z minister edukacji. W konsekwencji coraz bardziej prawdopodobny jest strajk generalny w oświacie.

Dziś postawa nauczycieli każe nam uczciwie spojrzeć na problemy w oświacie. Nie powinniśmy traktować ich jedynie jako problemy nauczycieli. Jako Socjaliści uważamy, że Państwo powinno gwarantować młodym ludziom naukę na najwyższym możliwym poziomie. Tylko wtedy, będzie ono w stanie dobrze się rozwijać. Niestety, wydatki na oświatę w Polsce (w przeliczeniu na jednego ucznia) plasują nas znacznie poniżej średniej krajów UE. To ma swoje daleko idące konsekwencje.
We współczesnej Polsce rządzący przerzucają na rodziców największe koszty nauczania swych dzieci. Rodzice płacą za dodatkowe zajęcia, świetlice szkolne, wycieczki edukacyjne, składają się na doposażenie szkół itp. Dotyczy to nauki na każdym poziomie, również przedszkolnym, gdzie na przykład zajęcia dodatkowe są niestety również dodatkowo płatne. Już na tym poziomie nauczania, państwo kreuje podziały na bogatszych i biedniejszych, a co za tym idzie mających szansę wiedzieć więcej lub mniej (przy czym, szanse te nie wynikają z własnej woli czy możliwości dziecka). Naszym zdaniem, zdaniem Socjalistów, nauka szkolna powinna być w pełni gwarantowana przez Państwo, zatem obecna sytuacja jest niedopuszczalna.
Reformy oświaty nie przyniosły żadnej poprawy. Nieprzemyślane,źle przygotowywane, często w oparciu o ideologiczne przesłanki zmiany, doprowadziły do chaosu. Kolejni ministrowie udają, że wszystko jest w porządku. Przekonują, że sytuacja jest dobra, a nawet bardzo dobra.
Naszym zdaniem, w sytuacji gdy finanse państwa, zgodnie z zapewnieniami rządu, są w tak dobrej kondycji, nie ma powodów, aby nauczyciele nie mogli odczuć tej poprawy. Podwyżki, o które walczą, pozwolą uwierzyć, że rząd myśli o oświacie dojrzale. Nie można budować dobrego systemu kształcenia i wychowania  bez większych nakładów. Po 1989 roku pozycja nauczyciela była deprecjonowana przez koleje rządy. Dziś wreszcie pora to zmienić!
Polska Partia Socjalistyczna uważa, że dobrym początkiem będzie podniesienie pensji nauczycielom i pracownikom oświaty. Przecież rządzący tak pięknie tłumaczą, że zarobki w zarządach spółek skarbu państwa muszą być wysokie, muszą bowiem przyciągnąć do pracy profesjonalistów. Dziś PPS pyta, dlaczego  profesjonalistów w szkole można tak słabo opłacać?
Związek Nauczycielstwa Polskiego mówi o uporządkowaniu wielu kwestii w szkolnictwie, m. in. odbiurokratyzowaniu przedszkola i szkoły. Nauczyciele nie mają czasu na uczenie, wciąż wypełniają jakieś biurokratyczne zestawienia. To należny zmienić. Jednak jako Socjaliści przestrzegamy, zmiany po raz kolejny nie mogą być pozorowane i motywowane ideologicznie. Polska publiczna szkoła kolejnej takiej reformy może nie przetrwać. Nie skazujmy następnych pokoleń jedynie na prywatną edukację. Koniecznym jest dialog społeczny i wsłuchiwanie się w problemy, które nauczyciele zgłaszają. Opuszczanie sali negocjacyjnej niczego nie załatwia.
Polska Partia Socjalistyczna w pełni solidaryzuje się z nauczycielami. Popieramy strajk zapowiedziany przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. Wraz ze związkowcami, domagamy się istotnych podwyżek płac dla pracowników oświaty i przywrócenia odpowiedniej rangi zawodowi nauczyciela.

Dość arogancji

W imieniu OPZZ wysłaliśmy pismo do ministra infrastruktury, Andrzeja Adamczyka z wnioskiem o natychmiastową interwencję w Państwowych Portach Lotniczych. Prezes Mariusz Szpikowski nie tylko walczy ze związkami zawodowymi, ale też lekceważy dialog społeczny i grozi procesami za propozycję dyskusji o sytuacji w firmie. Poniżej treść wysłanego dzisiaj pisma do ministra.

Szanowny Pani Ministrze
Apeluję o natychmiastową interwencję w Państwowych Portach Lotniczych. Sytuacja w firmie jest coraz gorsza. Za rządów obecnego prezesa doszło do olbrzymiej liczby zwolnień dyscyplinarnych, związki zawodowe informują, że są zastraszane i mobbingowane. Obecnie prezes uzależnia wypłatę corocznych premii od odstąpienia jednego ze związków od sporu zbiorowego, co również stanowi dyskryminację związkową. Ponadto Pan Szpikowski otwarcie atakuje związkowców, którzy walczą o swoje prawa, na wiele sposób próbując zniechęcić do nich załogę.
Prezes Państwowych Portów Lotniczych odmawia również współpracy z Wojewódzką Radą Dialogu Społecznego, podważa jej kompetencje, a na dodatek grozi procesami sądowymi ze pomysł przedyskutowania problemów PPL na forum plenarnym WRDS-u. Mazowiecka WRDS zaprosiła prezesa firmy na posiedzenie, a on nie tylko odmówił przyjścia, ale zagroził mi, jako wiceprzewodniczącemu WRDS, pozwem za zgłoszenie wniosku o omówienie sytuacji w Państwowych Portach Lotniczych. To skandaliczny przykład lekceważenia ustawy o Radzie Dialogu Społecznego i arogancji prezesa firmy państwowej. Takie zachowania w demokratycznym państwie prawa, w którym dialog między partnerami społecznymi stanowi zasadę konstytucyjną, nie mogą być akceptowane.
W tej sytuacji oczekujemy od Pana pilnej interwencji w Państwowych Portach Lotniczych. Kontynuacja obecnej polityki prezesa PPL grozi eskalacją konfliktu i dalszym pogarszaniem się wizerunku firmy.

Strajk fundamentów

… albo kto naprawdę walczy z dobrą zmianą.

 

W sądownictwie między 9 a 11 grudnia rozpoczął się strajk „chorobowy”, jedyna realnie dostępna dla pracowników sądów forma protestu – a zarazem kolejny epizod walk pracowniczych, w jakie druga połowa tego roku obfituje. Rząd PiS od początku uznawał sądownictwo, podobnie jak edukację, za dziedzinę strategiczną aparatu państwa, która miała zostać „totalnie zreformowana”. Okazuje się jednak, że dziś są to najbardziej problematyczne dziedziny budżetówki. Za sprawą ludzi, którzy tu pracują.
Nauczyciele od prawie trzech lat protestują przeciw narzucanym im „dobrym zmianom”. Nie są już odosobnieni. W miarę tego, jak z rządu bankstera Morawieckiego opada „socjalna” maska, walkę podjęli w różnej formie m.in. policjanci, straż graniczna, lekarze i personel medyczny, pracownicy i pracownice PLL LOT oraz Portów Lotniczych i inne grupy zawodowe budżetówki. W wypadku sądownictwa strajk zorganizowali jednak nie sędziowie, którzy byli do tej pory „wrogiem publicznym numer jeden” polityki konfliktu kreowanej przez rząd.
Walkę prowadzą „ludzie-cienie” sądownictwa, jego niewidzialny fundament; protokolantki, asystentki i sekretarze sądowi. To oni nadają prawu jego duszę, argumentując między innymi wyroki sędziów czy organizując i wspierając przebieg procesów. Zarabiają przy tym katastrofalnie mało. Asystentki i sekretarze zarabiają najczęściej ok. 2200 złotych netto. To i tak dużo w porównaniu z zarobkiem protokolantek, którym płaci się 1530 zł na rękę.

 

Od czego się zaczęło?

– Od dojścia do władzy PiS-u sądy były miejscem dyskusji kuluarowych, nie wiadomo było, co może się wydarzyć w przyszłych miesiącach. Dyskusje te słabły i nasilały się naprzemiennie przez te 3 lata. Wraz z wystąpieniami zawodów budżetówki, a szczególnie mundurowych, zaczął kiełkować pomysł strajku – opowiedziała mi aktywna uczestniczka protestów, pracownica jednego z warszawskich sądów. Zastrzega przy tym anonimowość. Boi się represji – a te mają charakter indywidualny i wyszukany. Niepokornych znienacka przenosi się z wydziału do wydziału w ramach jednej placówki sądowej albo też okazuje się, że nieaktualne już są nieformalne ustalenia dotyczące między innymi godzin pracy. – W końcu wybraliśmy tę jedyną formę walki nam przysługującą, która byłaby w stanie zająć opinię publiczną i władzę. Strajk chorobowy dał mundurowym podwyżki około 1100 złotych brutto w przeciągu dwóch lat. My też walczymy o podwyżki podobnej wysokości.
17 grudnia założono Komitet Protestacyjny Pracowników Polskich Sądów, do którego należą KNSZZ „Ad Rem” z siedzibą we Wrocławiu, ZZ Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości z siedzibą w Warszawie, NZZ Pracowników Sądów Okręgu Piotrkowskiego z siedzibą w Piotrkowie. Wszystkie one należą do Forum Związków Zawodowych, które udzieliło poparcia całej inicjatywie oficjalnie trzy dni później Przed samymi świętami, pracowniczki (zawody, o których mowa, są niezwykle sfeminizowane, ponad 70-80 proc. osób je wykonujących to kobiety) protestowały w trakcie przerw w pracy (która ma miejsce około południa) lub szły na demonstracyjne L4.
– Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą – tłumaczy mi Justyna Przybylska, przewodnicząca KNSZZ „Ad Rem”. – Sądy zaczęły z powodu niskich zarobków świecić pustymi etatami, a to dokładało już zatrudnionym kolejnych obciążeń. Od niewykonanej pracy uginały się już nie tylko półki, ale i podłogi oraz parapety. Wtedy dyrektorzy obniżali nagrody (śmieszne kwoty nawet rzędu 200-250 zł, wypłacane dwa razy do roku), już za nieobecność w pracy od 5 dni. Pracownicy tyrali w nadgodzinach i przychodzili do pracy chorzy.
Strajk jest sieciowy, nie ma jednego centrum. Protesty miały miejsce m.in. w sądach w Białymstoku, Bielsku Podlaskim, Gorzowie Wielkopolskim, Lęborku, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Międzyrzeczu, Olsztynie, Płocku, Poznaniu, Radomiu, Rzeszowie, Sulęcinie, Toruniu, Warszawie, Wrocławiu i Zielonej Górze. Jest też całkowicie oddolny. Protestujący nikogo nie prosili o pomoc czy wstawiennictwo, po prostu wzięli sprawy w swoje ręce.

Przybylska przekonuje, że pracownikami kierowała również obywatelska świadomość. Nikt lepiej niż oni nie rozumie, że przez złe zarządzanie sądami obywatele nie mogą doczekać się rozstrzygnięcia procesów, które wloką się miesiącami. To budzi oburzenie – ale nie będzie inaczej, dopóki zarobki w sądach nie osiągną godnego pułapu.

 

Solidarność pracownicza, represje i opór

Czy postulaty zostaną spełnione? Najważniejszym czynnikiem nie będzie rząd, tylko to, czy pracownicy i pracowniczki budżetówki połączą siły. Czy tak bardzo różnorodne grupy zawodowe z sektora edukacji, sądownictwa, administracji czy też spółek i przedsiębiorstw państwowych, które są podzielone na dziesiątki związków zawodowych, będą zdolne do współpracy?
Widzieliśmy jej przykłady już wcześniej. Współdziałały związki zrzeszające stewardessy i pilotów LOT, Straż Graniczna demonstrowała wraz ze Służbą Więzienną i policją. W sądownictwie jest to też możliwe. Na stronie stowarzyszenia Iustitia, które stało się solą w oku rządu PiS, opublikowano deklarację: „Przedstawiciele stowarzyszeń sędziowskich (…) popierają postulaty płacowe wszystkich pracowników sądów powszechnych i administracyjnych, w tym asystentów sędziego – adekwatnie do ich wysokich kwalifikacji zawodowych”.
Do KNSZZ „Ad Rem” napływają, za pośrednictwem Facebooka, listy poparcia od innych związków zawodowych czy organizacji pozarządowych. Komitet Protestacyjny PPS od 18 grudnia prowadzi oficjalne rozmowy z Ministerstwem Sprawiedliwości. Na dzień dzisiejszy udało się uchronić strajkujących „chorobowo” przed represjami, w tym wypadku zabraniem nagród, i wywalczono 1000 złotych nagrody dla wszystkich pracowników. Utrzymano proponowane przez MS podwyżki w wysokości 200 złotych od 2018 roku. Wielu pracowników nie satysfakcjonuje jednak powyższe porozumienie. Protestują dalej.
Prócz wyrazów wsparcia pod zdjęciami relacjonującymi listowne negocjacje Komitetu Protestacyjnego PPS z Ministerstwem Sprawiedliwości możemy między innymi przeczytać :„Podwyżki?! Drobniaki…. I jakim kosztem?! Że Sędziowie będą tak od razu mieć zamrożone pieniądze na dojazdy!!! Oni, którzy nas najbardziej wspierają i którymi pomiata całe społeczeństwo!!!’ Super rozwiązanie!!!!” „Co robicie??? Wspieracie?? To chyba jakiś żart….Wybraliście świetny sposób na wspieranie – trzy podpisy….aż żal że wam długopisy z rąk nie powypadały”.
Niestety jest to również poletko do rozgrywki dla przedstawicieli rządu, nie wahających się szczuć na siebie związkowców i pracowników.
Dzień przed rozpoczęciem świątecznego okresu wypoczynkowego do niektórych organizacji pracowników sądownictwa dotarł list z Ministerstwa Sprawiedliwości. List ten, opublikowany między innymi na profilu facebookowym „Sędziowie łódzcy” został napisany w taki sposób, by móc z niego wywnioskować wszystko, w tym to, że ustalenia z 18 grudnia są nieważne. Nie dziwi więc potok gniewu wylany przez protestujących na ich przedstawicieli, w tym wypadku Komitet Protestacyjny PPS. Na szczęście po kilku dniach przedstawicielom związków zawodowych udało się uspokoić sytuację i wytłumaczyć, że jest to tylko tani blef rządu. List został usunięty z Facebooka, z pewnością po to, aby nie pogłębiać podziałów w środowisku.

 

Wspólna walka budżetówki

Bezpieczeństwo polityczne rządu wymaga, by demonstracje nie wymykały się spod kontroli. To dało policji argument nie do odparcia w walce o podwyżkę płac, które były śmiesznie niskie. „Psia grypa” zdała swój egzamin w październiku i listopadzie.
Teraz w ślady zwycięskich mundurowych i wciąż walczących pracowniczek sądów chce iść prezes ZNP Sławomir Broniarz, zaczynając grozić rządzącym strajkami w trakcie matur, które są ogólnospołecznym wydarzeniem i momentem przesilenia podczas każdego roku szkolnego. Sądy i prokuratury, niewydolne i przeładowane przez cały rok, nie muszą wybierać dokładnej daty, panują w nich notoryczne braki kadrowe i chaos. Jak opowiedziały mi uczestniczki strajku z Warszawy, na 10 sędziów przypada dwójka lub trójka asystentów. Nawet jeśli różne grupy zawodowe budżetówki nie współpracują ze sobą jeszcze instytucjonalnie, ich równoległe wystąpienia potęgują siłę przebicia wszystkich.

Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą.

Śmieciowy rynek… pracy

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrost liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.

GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Szacunkowa liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy w 2017 r. wyniosła ok. 1,2 mln i w porównaniu z analogicznym okresem 2016 r. zmniejszyła się o ok. 4 proc.

Dane GUS dowodzą, że wbrew tezom liberalnych ekspertów sytuacja na polskim rynku pracy wcale nie jest dobra. Rośnie odsetek pracowników zarabiających co najwyżej płacę minimalną, a ponadto zwiększa się skala samozatrudnienia, które w wielu przypadkach ma charakter wymuszony. Chociaż spadła stopa bezrobocia, dużą część rynku pracy stanowią niestabilne, niskopłatne formy zatrudnienia.

Na dodatek Polska wciąż pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową według ostatnich danych GUS ma ponad 3,1 mln osób, czyli blisko 24 proc. pracowników etatowych. Ponadto setki tysięcy ludzi pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży, wolontariatu czy w szarej strefie. Łącznie około połowy pracujących ma niestandardowe rodzaje zatrudnienia, a na dodatek płace znacznej części pracowników budżetówki od wielu lat są zamrożone. Smutny obraz polskiego rynku pracy uzupełniają raporty Państwowej Inspekcji Pracy, z których wynika, że pracodawcy na masową skalę łamią przepisy prawa pracy, co dotyczy między innymi ewidencji czasu pracy czy omijania etatowego zatrudnienia. W świetle tych danych za ponury żart należy uznać często powtarzaną tezę, zgodnie z którą mamy w Polsce rynek pracownika.

Ze śmieciówy do związku

Polskie władze w końcu wykonały wyrok Trybunału Konstytucyjnego nakazujący przyznanie możliwości zrzeszania się w związkach zawodowych pracownikom zatrudnionym na podstawie umów cywilnoprawnych, samozatrudnionym, a także wolontariuszom i stażystom. Kapitalistom się to bardzo nie podoba. Najbardziej ich martwi fakt, że związkowców będzie więcej.

 

Kto od Nowego Roku będzie mógł zostać związkowcem? Praktycznie każdy, kto wykonuje pracę zarobkową. Tysiące, a może nawet miliony pracowników, którzy byli dotąd skazani na bliski kontakt z wyzyskiwaczami bez zabezpieczenia, teraz zyskają możliwość zrzeszania się i wspólnego upominania się o swoje prawa.

Nowe przepisy stanowią, że wszyscy pracownicy otrzymają uprawnienia niezbędne do wykonywania działalności związkowej, m.in. możliwość zwolnienia od pracy zawodowej na czas niezbędny do wykonania doraźnej czynności czy szczególną ochronę działaczy związkowych przed rozwiązaniem lub niekorzystną zmianą umowy. Dzięki temu pracownik zatrudniony na umowie śmieciowej będzie mógł walczyć o swoje z lepszej pozycji przetargowej.

Uwstecznieni

Obywatele i obywatelki Francji, zamiast do kościołów (a, zapomniałam – pozamykali je) co sobotę i niedzielę nadziewają na grzbiety żółte kamizelki i maszerują głównymi ulicami, bulwarami swych miast, głośno przy tym krzycząc.

 

Od czasu do czasu podpalają też jakiś stojący samochód, przez co stają się nie tyle „manifestantami, świadomymi swych praw”, co – jak to kiedyś w Polsce – „chuliganami”, których – rzecz jasna – trzeba traktować tak jak na to „chuligani” zasługują. Bić pałką, polewać wodą, kopać i ciągnąć za włosy…
Normalność.
Poczytałam sobie jednak 21 – nie, nie, więcej ich tam, tych postulatów było…
Na czoło wybijają się żądania:
– podwyższenia płacy minimalnej (wszak większość zarabia tylko tyle, ile ta płaca wynosi);
– regulacji czynszów mieszkaniowych;
– pracy „na stałe”, a nie na „śmieciówkach”.
Reszta to dekoracyjne drobiazgi w rodzaju „zmiany progów podatkowych”.
Trudno mi Francuzów zrozumieć. Bieruta u nich nie było, komuniści – owszem, byli, ale żeby tak obywatelom w głowach zdążyli namącić?
Regulowane czynsze? I „mossakowscy” mają jeść od tego chlebek z dżemikiem?
Pensje w górę? A dlaczego, skoro dookoła tylu imigrantów, których przymusi się do roboty za połowę dotychczasowej pensji minimalnej?
No i stałość-pewność zatrudnienia. Wszak w Europie, do której zmierzamy, każdy robotnik, pędzący na rowerze do roboty ze skibkami z pasztetówą, ma nie mieć pewności, czy danego poranka jaka robota mu jeszcze w ręce wpadnie i czy czasem reszty dnia nie doczeka za bramą, jak to drzewiej bywało.
Ręce opadają.
Zatem pora na reedukację. I wysyłkę: Korwina-Mikke, T. Lisa i kilku innych. No, i Lecha Wałęsy, który w obliczu podobnie nieroztropnych żądań, radził:
– Pałować!
Jak to każdy przywódca związkowy miał w zwyczaju czynić, gdy zapomniał – czcząc stan robotniczy szampanem i krewetkami – skąd mu nogi wyrastają.
Słowem: w 1989 roku Francuzi nauczali nas „wolnego rynku”, a dziś – jakby odwrotnie.
Polak to się jednak szybko uczy. I od głupot, w rodzaju „regulowania czynszów”, będzie się trzymać z daleka. Bo lubi swój „czynszyk” w wysokości pensji minimalnej, lubi swą pensję minimalną, i nadal chce każdego dnia „konkurować”,”konkurować” i jeszcze raz „konkurować”.
Np. z Ukraińcami w „Amazonie”.