Uwstecznieni

Obywatele i obywatelki Francji, zamiast do kościołów (a, zapomniałam – pozamykali je) co sobotę i niedzielę nadziewają na grzbiety żółte kamizelki i maszerują głównymi ulicami, bulwarami swych miast, głośno przy tym krzycząc.

 

Od czasu do czasu podpalają też jakiś stojący samochód, przez co stają się nie tyle „manifestantami, świadomymi swych praw”, co – jak to kiedyś w Polsce – „chuliganami”, których – rzecz jasna – trzeba traktować tak jak na to „chuligani” zasługują. Bić pałką, polewać wodą, kopać i ciągnąć za włosy…
Normalność.
Poczytałam sobie jednak 21 – nie, nie, więcej ich tam, tych postulatów było…
Na czoło wybijają się żądania:
– podwyższenia płacy minimalnej (wszak większość zarabia tylko tyle, ile ta płaca wynosi);
– regulacji czynszów mieszkaniowych;
– pracy „na stałe”, a nie na „śmieciówkach”.
Reszta to dekoracyjne drobiazgi w rodzaju „zmiany progów podatkowych”.
Trudno mi Francuzów zrozumieć. Bieruta u nich nie było, komuniści – owszem, byli, ale żeby tak obywatelom w głowach zdążyli namącić?
Regulowane czynsze? I „mossakowscy” mają jeść od tego chlebek z dżemikiem?
Pensje w górę? A dlaczego, skoro dookoła tylu imigrantów, których przymusi się do roboty za połowę dotychczasowej pensji minimalnej?
No i stałość-pewność zatrudnienia. Wszak w Europie, do której zmierzamy, każdy robotnik, pędzący na rowerze do roboty ze skibkami z pasztetówą, ma nie mieć pewności, czy danego poranka jaka robota mu jeszcze w ręce wpadnie i czy czasem reszty dnia nie doczeka za bramą, jak to drzewiej bywało.
Ręce opadają.
Zatem pora na reedukację. I wysyłkę: Korwina-Mikke, T. Lisa i kilku innych. No, i Lecha Wałęsy, który w obliczu podobnie nieroztropnych żądań, radził:
– Pałować!
Jak to każdy przywódca związkowy miał w zwyczaju czynić, gdy zapomniał – czcząc stan robotniczy szampanem i krewetkami – skąd mu nogi wyrastają.
Słowem: w 1989 roku Francuzi nauczali nas „wolnego rynku”, a dziś – jakby odwrotnie.
Polak to się jednak szybko uczy. I od głupot, w rodzaju „regulowania czynszów”, będzie się trzymać z daleka. Bo lubi swój „czynszyk” w wysokości pensji minimalnej, lubi swą pensję minimalną, i nadal chce każdego dnia „konkurować”,”konkurować” i jeszcze raz „konkurować”.
Np. z Ukraińcami w „Amazonie”.

Chcemy lepszego handlu

Ustawa ograniczająca handel w niedzielę od początku była źle przygotowana i nie powinna wejść w życie. Jej celem było ograniczenie handlu w dużych sklepach i galeriach handlowych orz wzmocnienie małych sklepów osiedlowych. Po kilkunastu miesiącach okazało się, że ustawa wcale nie realizuje zamierzonych celów, a ponadto w małych sklepach prawa pracownicze najczęściej są łamane, płace są najniższe, a towary znacznie droższe niż w dużych placówkach handlowych.
Ustawa od początku zawierała mnóstwo wyjątków i niejasności, dlatego planowane są kolejne jej nowelizacje. Niestety kierunek zmian również może budzić poważne wątpliwości. Nowelizacja ma spowodować, że sklepy nie będą mogły pracować, udając placówki pocztowe. Spod zakazu handlu będą wyłączone tylko takie placówki pocztowe, których przeważająca działalność polega na świadczeniu usług pocztowych w rozumieniu ustawy. Czyli otwarte będą poczty i placówki, gdzie kiełbasa będzie stanowić 40% sprzedaży, a usługi pocztowe 60%, zaś zamknięte takie, gdzie kiełbasa będzie stanowiła 60% obrotu, a usługi pocztowe 40%. Trudno uznać, że jest to przejrzysty i spójny przepis, tym bardziej, że mnóstwo innych typów sklepów pozostanie otwartych w niedziele, jak np. cukiernie czy sklepy z dewocjonaliami.
Szczególnie szkodliwa jest druga poprawka, która zakłada, że w niedziele i święta za ladą będzie mógł stać nie tylko właściciel, ale także jego rodzina. Zgodnie z propozycjami rządowymi „przedsiębiorca będący osobą fizyczną, przy prowadzeniu handlu w placówce handlowej (…) może korzystać z nieodpłatnej pomocy małżonka, dzieci własnych, dzieci małżonka, dzieci przysposobionych, rodziców, macochy i ojczyma”. Ustawa dopuszcza więc wyzysk najbliższych członków rodziny. Niedziela dla Boga i rodziny ma polegać na tym, że część rodzin będzie nieodpłatnie pracować.
Solidarność naciska też, aby duże sklepy były zamknięte od godz. 22.00 w sobotę do 5.00 w poniedziałek. To pomysł będący reakcją na pogorszenie warunków pracy części pracowników po wdrożeniu przepisów ustawy. Okazało się bowiem, że w piątki i soboty sklepy czynne są dłużej i mają mnóstwo klientów.
Również ta zmiana nie poprawiłaby jednak warunków pracy pracowników handlu i nie skróciłaby tygodniowego czasu pracy. Wciąż byłoby to 40 godzin, a często i więcej. Ustawa o handlu w niedzielę nic nie mówi o tygodniowym wymiarze czasu pracy, a jedynie uderza w duże sklepy, w których średnio czas pracy jest krótszy niż w małych sklepach. Ustawa dopuszcza ciężką, długą i nisko płatną pracę od poniedziałku do soboty, a propozycje Solidarności i rządu nic tutaj nie zmieniają.
Naszym zdaniem zamiast selektywnych, niedopracowanych zakazów znacznie lepiej podnieść płace za każdą pracę w niedziele i skrócić tygodniowy wymiar czasu pracy. Dlatego proponujemy skrócenie tygodniowego wymiaru pracy do 38 godzin oraz wprowadzenie 2,5 razy wyższych stawek za pracę w niedziele i święta niż za pracę w dni powszednie. Nasze propozycje dotyczą nie tylko handlu, ale wszystkich branż. W związku z tym w najbliższych miesiącach będziemy naciskać, aby w poszczególnych branżach i zakładach pracy stawki za pracę w niedzielę były podnoszone w ramach układów zbiorowych i porozumień z pracodawcami.

Na dywaniku

Prezes LOT Rafał Milczarski prawdopodobnie cofnie cześć decyzji o zwolnieniu dyscyplinarnym z pracy uczestników strajku. Protest trwa nadal, a jego skutki są coraz bardziej bolesne dla spółki.

 

Wygląda na to, że Milczarski został postawiony do pionu przez premiera, który obawiał się wizerunkowego uszczerbku w związku z bezprawnym zwolnieniem pracowników LOT, którzy od sześciu dni prowadzą akcję strajkową. Wczoraj pojawiła się informacja o wręczeniu pracownikom dyscyplinarek, co wykonywał osobiście prezes LOT. Jak donosi Piotr Szumlewicz z OPZZ, podczas doręczenia zwolnienia szefowi związku zawodowego pilotów, Adamowi Rzeszotowi, Milczarski przy okazji szarpał ubranie związkowca.
Efektem rozmowy Morawiecki-Milczarski ma być przywrócenie do pracy części z 80 zwolnionych wczoraj związkowców. Dziś w rozmowie z radiową Trójką Michał Dworczyk, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, stwierdził, iż „usłyszał, że te rozmowy, które są prowadzone, mają na celu rozładowanie napięcia i prezes nie wyklucza powrotu części z tych osób do pracy”.
O tym, że Morawiecki zajmuje się sprawą, mówiła również rzeczniczka rządu. – Premier rządu polskiego czuje na sobie zawsze odpowiedzialność za cały obszar, ale proszę dać szansę tym, którzy są bezpośrednio odpowiedzialni za dany obszar, aby ze swoich obowiązków się wywiązali. Jeżeli zapadną jakiekolwiek decyzje, co do zaangażowania bezpośredniego pana premiera, przekaże państwu te informacje – powiedziała Joanna Kopcińska. Z tej wypowiedzi można wywnioskować, że Milczarski dostał odpowiednią dyspozycje, do której ma się zastosować.
Przypomnijmy, że 22 października w PLL LOT doszło do sytuacji bez precedensu. Zarząd spółki zwolnił uczestników strajku, próbując w ten sposób zdławić bunt. „Nie mieliśmy innego wyjścia – zwolniliśmy dziś dyscyplinarnie ze skutkiem natychmiastowym 67 osób, które oświadczyły, że odmawiają wykonania obowiązków służbowych w związku z przyłączeniem się do nielegalnego strajku. Odbyło się to w trybie prawnym umożliwiającym zrobienie tego bez konieczności konsultacji ze Związkami Zawodowymi” – oświadczyła spółka.
Związkowcy domagają się ukrócenia procederu umów śmieciowych, a także przywrócenia regulaminu wynagradzania z 2010 roku, jak również odwołania prezesa firmy Rafała Milczarskiego, który zdaniem związkowców źle zarządza spółką, stosuje mobbing i toleruje niesprawiedliwą politykę zatrudniania.
Zarząd LOT postępuje nerwowo, bo strajk odnosi coraz bardziej odczuwalny skutek. Tylko dziś LOT odwołał 17 przylotów do Warszawy – między innymi z Hamburga, Berlina, Moskwy, Paryża, Chicago, Tokio czy Seulu.

 

***

Zarząd spółki sięga po drastyczne metody. Poza zastraszaniem i naciskami 22 października wręczył strajkującym zwolnienia dyscyplinarne.
– Międzyzwiązkowy komitet strajkowy został zaproszony przez prezesa na rozmowy w celu rozwiązania obecnej sytuacji na 11.30, przyszedł prawie cały zarząd negocjować z nami. Naszym pierwszym warunkiem przed przystąpieniem do rozmów było żądanie, by prezes wszystkich strajkujących wpuścił do budynku. Nie odniósł się do tego, a po kilku minutach przyszły do nas nasze koleżanki i koledzy, by poinformować nas, że zostały im wysłane zwolnienia dyscyplinarne na maila. A później się okazało, że takie zwolnienia zostały przygotowane również dla mnie i dla kapitana Adama Rzeszota. Uważamy, że to były negocjacje w złej wierze i że to jest wszystko bezprawne. Ten prezes musi po prostu odejść. – powiedziała Strajkowi.eu wiceprzewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i. Lotniczego Agnieszka Szelągowska.
Strajkujący alarmują, że łatając braki kadrowe zarząd LOT sięga po ludzi niedoświadczonych, bez odpowiedniego przeszkolenia, stwarzając tym samym zagrożenie dla bezpieczeństwa lotów.
Dziś, jak podaje „Gazeta Wyborcza” na pokład samolotu lecącego do Toronto, weszli inspektorzy Urzędu Lotnictwa Cywilnego i zakwestionowali uprawnienia trzech członków załogi, po interwencji PLL LOT jednak swoje zastrzeżenia cofnęli. Sprawa wymaga pilnego wyjaśnienia.
Zarząd LOT stosuje zasadę kija i marchewki ogłaszając dzisiaj, że podpisał porozumienie płacowe ze związkami, które nie biorą udziału w strajku: Związkiem Zawodowym Pracowników PLL LOT i Związkiem Zawodowym NSZZ „Solidarność”. Ściągani są pracownicy przebywający na zwolnieniach lekarskich, zastrasza się pracowników na samozatrudnieniu i zmusza do wykonywania pracy.
Sytuacją w LOT zajął się Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Maciej Wiśniowski

Relacja z pola bitwy

Sobota, 20 października: upływa 3. dzień strajku pracowników LOT  o swoje permanentnie naruszane prawa. Mimo bezpardonowego sprzeciwu i brutalnych metod stosowanych przez władze LOT, determinacja strajkujących nie maleje. Byłem tam, chłonąłem ducha walki.

 

Przed biurowcem LOT stało około 70 osób. Protest wygląda na dobrze zorganizowany. Jest jedzenie, ciepłe napoje, stoły z przekąskami. Humory strajkującym dopisują, zresztą w proteście uczestniczą całymi rodzinami. Na transparentach stojących obok miejsca demonstracji możemy przeczytać: „Prawo do strajku prawem konstytucyjnym” i różnymi czcionkami samo słowo „strajk”.
Jak na razie zarząd robi dobrą minę do złej gry, zapewniając media, że strajkujący to zaledwie drobna część pracujących w spółce i żadne loty nie zostały odwołane. Zarząd zakazał protestującym wchodzenia do biurowca LOT i m.in. korzystania z toalet. Zakazano także rozkładania ochrony przed zimnym deszczem na placyku przed biurowcem.
Według strajkujących niezagrożony grafik połączeń to nieprawda. Dziś przed południem odwołano 4 loty. Kapitanowie Dreamlinerów przystąpią do strajku w najbliższych dniach. Według strajkujących, zarząd, by uniknąć odwoływania kolejnych lotów, ucieka się do łamania przepisów, poprzez zastępowanie np. szefowych pokładu pracownicami, które nie maja do tego niezbędnych kwalifikacji i szkoleń. Albo kierując do pracy ludzi bez umundurowania, co jest poważnym naruszeniem obowiązujących w europejskim i światowym lotnictwie przepisów, jak to miało miejsce podczas szkolenia dla młodszych stewardess. Inspektora w trybie nagłym wezwano do pracy. Strajkujący są w posiadaniu dowodów na naruszenie przepisów bezpieczeństwa. Obiecują, że zgłoszą to do odpowiednich władz.
Część ludzi, którzy zastępują strajkujących pod naciskiem zarządu, zgadza się na to po prostu ze strachu przed utratą pracy.
Na pytanie, jakie będą ostateczne efekty strajku, protestujący nie maja wątpliwości: zarząd LOT-u musi ustąpić. Już w tej chwili wynajmuje pilotów, załogi i samoloty z innych linii, co ma kosztować miliony złotych. Te same miliony, podkreślają, których nie chce zapłacić protestującym. Jednocześnie mówią, że nie widzą najmniejszej nawet woli porozumienia ze strony władz spółki. Skłaniają się ku poglądowi, by dalsze rozmowy, przy takiej postawie prezesa, toczyć z przedstawicielem właściciela czyli państwa: ministrem lub premierem Morawieckim.

LOT mnie pozwał

Odebrałem pozew od PLL LOT o ochronę dóbr osobistych, w którym firma domaga się ode mnie i portalu www.interia.pl kwoty 200 tys. zł. PLL LOT chce od pozwanych 100 tys. zł tytułem zadośćuczynienia pieniężnego dóbr osobistych firmy oraz 100 tys. zł na rzecz Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia tytułem zapłaty na wskazany cel społeczny.

 

Zdaniem PLL LOT dobra osobiste firmy zostały naruszony w moim materiale video na interia.tv.
PLL LOT przypisuje mi i uważa za fałszywe następujące tezy: Oszczędności w działaniu spółki i związany z nim spadek bezpieczeństwa lotów, PLL LOT jest coraz bliżej katastrofy, pracownicy zatrudnieni na umowach cywilno-prawnych mogą obniżyć bezpieczeństwo lotów, bo niekiedy pracują chorzy i zmęczeni, pogorszyła się punktualność lotów, za co odpowiada zarząd spółki, prezes PLL LOT upokarza i gardzi pracownikami, w firmie masowo łamie się prawo pracy, Monika Żelazik została zwolniona za krytykę firmy.
Niestety wszystkie powyższe tezy są prawdziwe, a zarząd PLL LOT prowadzi coraz bardziej antypracowniczą i antyzwiązkową politykę.
Firma masowo przenosi pracowników na umowy cywilno-prawne i samozatrudnienie, co m.in. zgodnie z raportami Państwowej Inspekcji Pracy, negatywnie wpływa na poziom stresu i jakość pracy pracowników. Stosowanie umów nieetatowych tam, gdzie spełnione są warunki pracy na etat, jest też bezpośrednio sprzeczne z art. 22 Kodeksu Pracy (gdy jest określone miejsce i czas pracy oraz podległość służbowa musi być umowa etatowa). Ponadto pracownicy zatrudnieni w ramach kontraktów w wyniku nieobecności w pracy tracą większą część wynagrodzenia od osób mających etaty, co sprawia, że nie opłaca się brać wolnego. Niebagatelne znaczenie w tej sprawie mają też relacje samych pilotów PLL LOT, którzy informują o spadku bezpieczeństwa lotów. O tym też była mowa na posiedzeniu Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego, a stenogram z obrad został przekazany do kancelarii premiera i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W ostatnim czasie wzrosła też liczba obowiązków pracowników pokładowych PLL LOT, co może przyczynić się do obniżenia jakości usług, a co za tym idzie bezpieczeństwa lotów. Pracownicy PLL LOT sami skarżą się, że są obciążani nowymi obowiązkami. Zmieniła się też struktura spółki i jest mniej pracowników obsługi technicznej, na co również skarży się kadra latająca.
Istotne znaczenie w sprawie ma też stanowisko PIP, zgodnie z którym zwolnienie Moniki Żelazik było bezprawne, ponieważ pracodawca nie wysłuchał opinii związku zawodowego w jej sprawie. Jak pisze PIP „Pracodawca związany jest stanowiskiem zarządu zakładowej organizacji związkowej”, która zajęła negatywne stanowisko odnośnie zwolnienia działaczki związkowej. Dalej czytamy, że „inspektor pracy wszczął na podstawie art. 32, ustęp 8 ustawy o związkach zawodowych, postępowanie dochodzeniowe w stosunku do zarządu PLL LOT SA”. Nie tylko więc PIP uznał zwolnienie działaczki związkowej za nielegalne, ale uruchomił postępowanie odnośnie bezprawnych działań zarządu PLL LOT. PIP wskazał też, że w PLL LOT niezgodnie z prawem funkcjonuje spółka córka, LOT CREW, będąca niezarejestrowaną agencją zatrudnienia, która nawiązuje współpracę z pracownikami poprzez ich samozatrudnienie.
W PLL LOT nastąpił radykalny wzrost liczby spóźnień i odwołanych lotów. Co ciekawe, sam PLL LOT przyznał, że jest duża skala spóźnień, za co przepraszał. Wzrost spóźnień jest większy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Jest to więc fakt, z którym trudno dyskutować i stanowi on powszechnie dostępną wiedzę. Inną głośną sprawą ostatnich miesięcy jest odwołanie lotu do Toronto w czasie, gdy PLL LOT organizował huczną galę, na której chwalił się swoimi sukcesami.
Dialog społeczny w PLL LOT jest oceniany bardzo krytycznie przez działające w firmie związki zawodowe. Dyscyplinarne zwolnienie działaczki związkowej jest przejawem braku dialogu i wrogiej postawy prezesa PLL LOT. Zakaz krytyki zwalniania ludzi z pracy to zwykła cenzura. Pozew ze strony PLL LOT wobec dziennikarza i związkowca za wskazywanie patologii w firmie to kolejne działanie kompromitujące zarząd narodowego przewoźnika. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem pozostaje natychmiastowa dymisja zarządu firmy i pilna interwencja ze strony premiera, Mateusza Morawieckiego, który sprawuje nadzór nad PLL LOT. PiS obiecywał w wyborach, że poprawi sytuację na rynku pracy, tymczasem od wielu miesięcy rząd wspiera skrajnie antypracowniczego, antyzwiązkowego prezesa, który uosabia wszystkie najgorsze patologie polskiego rynku pracy.

Niechciane delegacje

W tych dniach rząd Prawa i Sprawiedliwości, podążając śladem rządu węgierskiego, złożył skargę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. dyrektywy o pracownikach delegowanych. Powód? Zdaniem MSZ – jej protekcjonistyczny charakter, który utrudnia realizację traktatowej zasady wolności przepływu siły roboczej i usług.

 

Przypomnę, że ministrowie państw UE odpowiedzialni za sprawy społeczne, zatwierdzili dyrektywę o pracownikach delegowanych 21 czerwca br. To są proste reguły – po 12 miesiącach pracy za granicą pensja zatrudnionego będzie musiała zostać zrównana z płacą oferowaną na terenie danego kraju. Obecnie jedynym wymogiem jest wypłacanie przynajmniej płacy minimalnej obowiązującej w kraju delegowania. Zmiana wejdzie w życie w 2020 r., ale jej pierwsze efekty już odczuwa polski rynek agencji pracy.
Według raportu przytaczanego przez portal Money.pl (02.10.2018), a sporządzonego przez Polskie Forum HR –organizację pracodawców reprezentującą polski rynek agencji zatrudnienia, ich liczba spadła po raz pierwszy od 2009 r. Obroty osiągnęły w ub. roku 4 mld. zł. Wysyłanie pracowników za granicę stanowi jedynie 2 proc. tej kwoty, ale – zdaniem Money.pl – i tak mówimy o ok. 80 mln zł, które wypadają z puli do opodatkowania przez polskiego fiskusa.
W przeliczeniu na jedną z ok. 8 tys. agencji pośrednictwa pracy (bo tyle jest zarejestrowanych) nie jest to co prawda dużo, ale rzeczywiście może to być sygnał potwierdzający, że coś zaczyna się dziać.
Drugim z problemów, o którym zaczyna być głośno, to „nakłanianie” przez francuskich czy niemieckich urzędników (poprzez dokuczliwe kontrole) polskich pośredników, żeby zakładali swe firmy na terenie ich krajów.
Money.pl: „51 proc. pracowników, którzy za pośrednictwem agencji podjęli pracę poza Polską, zdecydowało się jedynie na krótkie sezonowe 3-miesięczne kontrakty. Teoretycznie więc dyrektywa nie powinna w nich uderzać. Opisane podejście urzędników już tak. To bowiem najczęściej osoby zajmujące stanowiska niewymagające wysokich kwalifikacji – magazynierów, pracowników branż ogrodniczej czy sadowniczej lub tzw. »pakowacze ręczni«. Co dla nich będzie oznaczało przenoszenie polskich firm do państw zachodnich? Przede wszystkim droższe usługi i mniejsze zyski, które reperowały domowe budżety.”
Firmy pośredniczące piszą więc ponure scenariusze – że na skutek dyrektywy o pracownikach delegowanych ceny ich pośrednictwa wzrosną o 25 proc., że wielu Polaków nie będzie na to stać, więc będą zdani na pracę „na czarno”, co zwykle wiąże się z trudnymi warunkami bytowania i wystawieniem na oszustwa…
Owszem, tak może być, ale wcale nie musi. W czerwcu br., gdy PE przyjmował dyrektywę w sprawie pracowników delegowanych, pisałem w tym miejscu:
„Polska ma 400 tys. osób będących na kontraktach, czyli takich, którzy są pracownikami delegowanymi. (Wszystkich, a nie tylko wysłanych przez agencje pracy – BL). Oni są „posted”. Po angielsku rozróżniamy bowiem – „delegated” i „posted”. „Delegated”, to jest ktoś, kto wyjechał za granicę w delegacji służbowej – coś załatwia i wraca. Nikt z tej kategorii pracowników nie jest „posted”, czyli nie pracuje na stałe przez jakiś okres. To jest bardzo ważne, trzeba to bardzo wyraźnie rozróżniać. Nowe, przyjęte przez UE rozwiązanie oznacza, że pracownik delegowany („posted”) powinien zarabiać co najmniej (!) na poziomie płacy minimalnej w kraju, w którym pracuje. Jest to rozwiązanie zgodne z zasadą: ta sama płaca za tę samą pracę, w tym samym miejscu. Na czym polegają jego zalety?
Po pierwsze – pracownicy delegowani mogą być opłacani znacznie godniej; po drugie – skończą się niekontrolowane zyski pośredników zajmujących się wysyłaniem ludzi do pracy za granicą; po trzecie – na rynku europejskim mamy konkurentów, na przykład Bułgarów, czy Rumunów, którzy akceptują jeszcze niższą płacę, stając się tym samym konkurencją dla naszych pracowników. Przyjęte rozwiązanie tę konkurencję znosi.
Warto dopowiedzieć, że także związki zawodowe, w tym OPZZ, opowiadają się za tym, by pracownicy delegowani zarabiali podobnie jak miejscowi. Krótko mówiąc przyjęte rozwiązanie jest w interesie pracowników oraz w interesie pracodawców-producentów, choć rzeczywiście może uderzać w firmy poszukujące w Polsce pracowników do wysyłania za granicę. W sytuacji, kiedy mieliśmy do wyboru interes pośredników i interes pracowników, wybraliśmy interes pracowników, co dla partii takiej jak SLD jest chyba oczywiste. Wybraliśmy też długofalowy interes naszego państwa polegający na zbliżaniu poziomu życia w Polsce do poziomu życia w rozwiniętych państwach Unii. Być może wybraliśmy także drogę hamowania emigracji z Polski.”
Reasumując – przytoczona publikacja portalu Money.pl dowodzi, że moje przewidywania były słuszne, i że w grze na europejskim rynku pracy zaczęła się nowa runda wedle nowych zasad – wszyscy mamy takie same prawa. Polscy pracownicy też.
Piłka jest po stronie pracodawców i firm pośredniczących. Myślę, że ani jedni ani drudzy nie mają innego wyjścia, jak spojrzeć na nowo na swoje kalkulacje. Pracodawcy muszą zacząć lepiej płacić, a pośrednicy muszą zrewidować podejście do swoich marż. W każdym przypadku zyska pracownik, który nota bene wcale nie musi wyjeżdżać na saksy. Wystarczy stworzyć mu w Polsce europejskie warunki pracy. Braki w zatrudnieniu stanowią już problem dla naszej gospodarki. Pamiętamy przecież dramatyczne relacje sprzed kilku tygodni z sadów zaścielonych owocami, których nie było komu zbierać, tysiące kartek „zatrudnię pracowników”, które pokryły drzwi, witryny i tablice ogłoszeniowe przetwórni owocowych, chłodni, zakładów budowlanych, firm drogowych, magazynów, hoteli, kawiarni, restauracji, a nawet wieżyczki ratowników wodnych.
Podwyżka płac w Polsce jest nieunikniona, pracodawcy nie uciekną od tego. Władze zresztą też, co chyba już zauważają, bo, jak wynika ze statystyk, płace rosną. Częściowo na skutek decyzji własnych rządu, częściowo w efekcie coraz głośniejszych żądań (patrz ostatnie demonstracje pracowników służb mundurowych, nauczycieli, akcje protestacyjne pielęgniarek, rolników i sadowników), ale już widać, że ten proces jest nieodwracalny. Tym bardziej, że choć jeszcze formalnie nie weszła w życie, to dyrektywa unijna o pracownikach delegowanych też już działa. Myślę, że odwoływanie się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej niewiele tu pomoże.

LOT za friko

PLL LOT, który chwali się swoją dobrą kondycją finansową, proponuje darmowe praktyki dla studentów. Oczekuje od studentów dyspozycyjności, skrupulatności, znajomości angielskiego oraz pracy w wymiarze co najmniej 24 godzin tygodniowo.

 

Tylko w ubiegłym roku zarząd firmy otrzymał 2,5 mln zł premii, a mimo to oferuje pracę za darmo. Czy kolejną decyzją prezesa będzie 24 godziny tygodniowo bez wynagrodzenia dla stewardess i pilotów? Już teraz władze PLL LOT na masową skalę łamią prawo, zastępując umowy o pracę samozatrudnieniem, a na dodatek czynią to poprzez niezarejestrowaną agencję zatrudnienia.
OPZZ Mazowsze niezmiennie domaga się dymisji prezesa PLL LOT, Rafała Milczarskiego, wskazując, że nie ma on elementarnych kompetencji do prowadzenia firmy. Mimo to oferujemy całemu zarządowi PLL LOT bezpłatne szkolenia z prawa pracy. Znajomość angielskiego nie jest wymagana, a czasowo dostosujemy się do oczekiwań władz firmy.

 

***

Ogłoszenie pojawiło się na portalu pracuj.pl. LOT poszukuje potencjalnych praktykantów do sześciu różnych działów, od zarządzania obsługą techniczną po finanse i rachunkowość, a także do kancelarii. Oczekuje dobrej znajomości języka angielskiego oraz pakietu Office, skrupulatności i samodzielności, dyspozycyjności przynajmniej przez 24 godziny w tygodniu – a przede wszystkim gotowości do pracy za dziękuję, czy, jak kto woli, „za wpis do portfolio”. Zapewne włodarze LOT uważają, że samo „poznanie struktury firmy, kultury organizacyjnej oraz specyfiki branży lotniczej” jest dostateczną atrakcją, by pracować za darmo.
Obecny rząd nie przestaje chwalić się swoim prospołecznym obliczem. Cała historia LOT-u jest jednak jego totalnym zaprzeczeniem. Hołubione przez premiera Morawieckiego władze spółki mają już na koncie zwolnienie Moniki Żelazik, przewodniczącej Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, wbrew obowiązującym przepisom, a także próbę zastraszenia organizacji pracowniczych poprzez wystosowanie pod ich adresem żądania zapłacenia 1,7 mln złotych za strajk. Blisko miesiąc temu działacze związkowi przedstawili sytuację w spółce na posiedzeniu mazowieckiej Rady Dialogu Społecznego.
Kuriozalne ogłoszenie celnie skomentowano na facebookowym profilu mazowieckiej organizacji OPZZ, która od początku monitoruje sytuację w LOT. – Tylko w ubiegłym roku zarząd firmy otrzymał 2,5 mln zł premii, a mimo to oferuje pracę za darmo. Czy kolejną decyzją prezesa będzie 24 godziny tygodniowo bez wynagrodzenia dla stewardess i pilotów? – pytają związkowcy.
Z kolei podczas konferencji prasowej poprzedzającej wielką demonstrację OPZZ Piotr Szumlewicz, przewodniczący mazowieckich struktur OPZZ, zasugerował, że los obecnego zarządu LOT z prezesem Rafałem Milczarskim na czele może być już przesądzony. Niekoniecznie jednak dlatego, by rząd w końcu postanowił stanąć po stronie pracowników. Prezes, który nie dba o bezpieczeństwo i daje nieustanne popisy arogancji, jest już krytykowany nawet w organizacjach…. pracodawców.

MKF (strajk.eu)

Niebo się chmurzy

Rozpracowujemy strategię Prawa i Sprawiedliwości.

 

Polska jest krajem o ustroju liberalno-demokratycznym. To wynik decyzji społeczeństwa, która dokonała się 1989 roku. Potwierdza to nasza Konstytucja. Taki model państwa jest rozpowszechniony w Europie i wielu krajach na świecie. Oczywiście występują pewne różnice gdyż demokracja nie posiada precyzyjnej definicji. Pewien brytyjski politolog, profesor Oksfordu, zauważył, że funkcjonują 52 przymiotniki, które ją opisują. Sądzę, że Polacy mogliby kilka dodać.
Wybitny brytyjski polityk, Winston Churchill, mawiał, że to najgorszy system władzy, jeżeli pominiemy wszystkie inne. Chyba jest w tym trochę racji, historia uczy, że demokratyczne wybory mają niekiedy tragiczny skutek a demokracja zmienia się wtedy w dyktaturę lub anarchię.
Polska demokracja jest bardzo młoda. Przed zaborami mieliśmy wolność szlachecką obejmującą niewielką część społeczeństwa. Po odbudowie Rzeczypospolitej w 1918 roku wystarczyło 6 lat by przewrót majowy zmienił demokrację w dyktaturę sanacji.
Po odzyskaniu niepodległości, w 1945, dostaliśmy „demokrację ludową”, którą społeczeństwo odrzuciło przemianami ustrojowymi.
Przymiotniki, którymi określamy naszą młodą demokrację to burżuazyjna lub liberalna. Wzorujemy się na podobnych systemach europejskich a czasem nawet na demokracji amerykańskiej.
Wraz z demokracją liberalną wprowadziliśmy system gospodarki wolnorynkowej, neoliberalnej. Było to okupione wieloma wyrzeczeniami i wzrostem rozwarstwienia ekonomicznego społeczeństwa. Szczęśliwie tak krytykowana obecnie Polska Ludowa mimo swoich licznych wad zdążyła odbudować kraj, wykształcić społeczeństwo i zbudować przemysł. Dzięki czemu nowonarodzony polski kapitalizm mógł prywatyzować, reprywatyzować, wprowadzać obcy kapitał a do tego miał nieźle wykształcone tzw. siły wytwórcze.
W 2004 zostaliśmy członkiem UE, co, między innymi umożliwiło rozwój naszej niezbyt zasobnej gospodarki.
Gwarantem naszego bezpieczeństwa jest NATO. Mamy tu nowe zjawisko. Stopień bezpieczeństwa jest negocjowany z hegemonem NATO Stanami Zjednoczonymi. Pod tym względem Układ Warszawski nieco się różnił.
Na wzór demokracji europejskich u sterów państwa stawały różne partie, lewicowe liberalne konserwatywne. Każda starała się działać w obrębie prawa i Konstytucji. Mimo konkurencji między nimi zachowana była pewna wstrzemięźliwość w stosowaniu środków walki politycznej, bo każda partia, każdy polityk liczył się z kołem politycznej fortuny Raz na dole raz na górze.
Mogliśmy tak funkcjonować, bogacić się i po woli ulepszać państwo. Równowaga między siłami politycznymi dawała możliwość wprowadzania różnych rozwiązań a jedynym kryterium była demokratyczna ocena społeczeństwa.
Oczywistym jest, że niema róży bez kolców. Mieliśmy i mamy do czynienia z korupcją, nepotyzmem, wyzyskiem, zjawiskami wykluczenia społecznego, ale okrzepła demokracja potrafi sobie z tym radzić. Tylko czasem to długo trwa.
A tu bęc! PIS w demokratyczny sposób doszedł do władzy.
Sam ten fakt nie jest czymś wyjątkowym. Tak działa demokracja. Partia ta tak jak inne mogła sprawować swoje rządy, wprowadzać rozwiązania, jakie uważa za słuszne (a nie wszystkie są złe z definicji), w miarę pokojowo współistnieć z opozycją korygując swoje decyzje pod wpływem ocen społeczeństwa
A jednak coś się zmieniło.
Moje zaniepokojenie budzi sposób działania i cel, do którego ta partia dąży. Myślę, że do jakiejś formy władzy autokratycznej.
Myślę tak, bo zaczynają się spełniać różne „przepowiednie” socjologów, politologów i filozofów, którzy badali temat w aspekcie historycznym i merytorycznym.
Partia, która chce zdobyć autorytarną władzę w demokratycznym państwie musi przede wszystkim posiąść grono wyznawców żeby wygrywać wybory. PIS osiągnął to kreując „wrogów ludu”, którzy uniemożliwiają „dobrą zmianę”.
Są to siły upadłego moralnie zachodu, muzułmanie, wolnomyśliciele tzw. inni, słowem UE. Mamy także wroga wewnętrznego postkomunistów i lewaków. PIS zrealizował to przy pomocy zawłaszczonych mediów publiczny i wsparciu pewnej części kleru katolickiego. To PIS wraz ze swoimi zwolennikami stoi na barykadzie i broni Polski i Polaków Obudził przy tym demony nacjonalizmu pseudo-patriotyzmu żywiącego się nienawiścią i fanatyzmu religijnego.
Nieprzekonanym zaproponował populistyczne rozdawnictwo dóbr.
Wiele dyktatur buduje pozory demokracji. W takich państwach działa sądownictwo instytucje publiczne, funkcjonują ocenzurowane media, odbywają się wybory a mimo to władza należy do „jedynie słusznej” formacji. Podobnie funkcjonowała Polska Ludowa uważana za formę autorytaryzmu. Właśnie po to jest „dobra zmiana” w sądownictwie. Do wzięcia jest jeszcze kilka sfer życia publicznego, lecz padają po kolei jak muchy.
Dzięki swoim mediom PIS powtarza kłamstwa lub półprawdy tak często aż staną się, jak powiedział klasyk, całkiem wiarygodne. Skutecznie zakłamuje historię, ignoruje zasłużonych obywateli naszego państwa pomija fakty a wszystko to sączy do uszu uczącej się młodzieży. Jeżeli jego przedstawiciele mówią coś nieprawdziwego, robią to głośno, z przekonaniem i w oczy. Tworzy to protezę uczciwości.
Do czego się PIS jeszcze nie posunął? Do przemocy.
Ale flirt z ONR ma czemuś służyć. Odziały WOT nie stanowią poważnej siły militarnej, natomiast do tłumienia rozruchów są po prostu stworzone.
Po co to robi? Dlaczego zamiast współpracy z UE proponuje utopijne teorie trój-morza? Dla czego nie chce przestrzegać Konstytucji, na którą przysięgali funkcjonariusze państwa.
Odpowiedź jest stara jak cywilizacja. Dla władz i szmalu.
Co my obywatele naszego kraju mamy robić, jak bronić wolności i naszych praw?
Niebo się chmurzy….

Uchwała Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie poparcia manifestacji OPZZ w dniu 22 września 2018

Polska Partia Socjalistyczna kieruje wyrazy solidarności i poparcia do pracowników manifestujących z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych. W pełni rozumiemy ich niezadowolenie z polityki państwa w zakresie stosunków pracy, form zatrudnienia, polityki płacowej i rozwiązań emerytalnych.

Rozwojowi Polski po roku 1989 towarzyszy narastające rozwarstwienie społeczne i pogłębiająca się nierówność szans obywateli w sferze gospodarki, edukacji, ochrony zdrowia, kultury i wypoczynku.

Prowadzona jest polityka gospodarcza i społeczna, w której występuje wyraźna przewaga kapitału nad pracą. Oczywistym jest dla nas, że to praca tworzy dobrobyt społeczeństw i z pracy powstaje kapitał, którego podział i wykorzystanie powinno służyć dalszemu rozwojowi społeczeństwa.

Kluczowym elementem równości pracy i kapitału są stosunki pracy. Zapewnienie bezpiecznych, ale i godnych dla pracownika warunków pracy jest obowiązkiem nie tylko państwa, ale i pracodawcy i leży także w jego interesie, jeśli jest on zainteresowany długofalowym rozwojem przedsiębiorstwa, a nie osiągnięciem szybkiego, doraźnego zysku.

Istotną rolę w obronie praw pracowniczych i wyrównywaniu szans na rynku pracy pełnią związki zawodowe. Popieramy działanie związków zawodowych i jesteśmy za rozszerzeniem ich kompetencji oraz zwiększeniem ochrony działaczy związkowych.

Pozdrawiamy członków wszystkich Związków Zawodowych zrzeszonych w OPZZ, życzymy im wytrwałości w obronie ludzi pracy i emerytów, wierząc, ze ich działania nie będą daremne.

Rynek pracy bez dobrej zmiany

Nie ma dobrej zmiany na rynku pracy. Wbrew propagandzie o radykalnej poprawie warunków pracy za rządów PiS, sytuacja wcale się nie poprawia. Biorąc zaś pod uwagę bardzo dobrą koniunkturę gospodarczą na całym świecie, ostatnie trzy lata można uznać za straconą szansę.

 

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że aktywność zawodowa polskiego społeczeństwa między pierwszym kwartałem 2017 roku i pierwszym kwartałem 2018 roku spadła o 0,2 punkta procentowego. Obecnie wynosi ona 56,5 proc. i należy do najniższych w Unii Europejskiej. Dane GUS pokazują, że obecny rząd nie ma recepty na aktywizację zawodową Polaków, która utrzymuje się na niskim poziomie. Różnica między aktywnością zawodową kobiet i mężczyzn wynosi aż 16,1 pkt proc. i jest jedną z najwyższych w UE.
Rząd chwali się niskim bezrobociem, które według najnowszych danych wynosi 5,9 proc. Warto jednak pamiętać, że blisko 1,5 mln osób pracuje w ramach umów cywilnoprawnych, ponad milion w ramach samozatrudnienia, a ponad 3 mln ma umowy na czas określony. Blisko 1,5 mln otrzymuje wynagrodzenie nieprzekraczające płacy minimalnej. Kilkaset tysięcy osób pracuje też w ramach niskopłatnych staży, a do tego trzeba jeszcze doliczyć armię pracowników zatrudnionych w szarej strefie. Łącznie około połowa rynku pracy to umowy niskopłatne i nieetatowe, a w ciągu ostatnich kilku lat skala śmieciowego zatrudnienia wzrosła. Mimo szumnych obietnic, rząd zrobił bardzo niewiele, aby ograniczyć skalę patologii.

 

Patologie narastają

W instytucjach publicznych i spółkach skarbu państwa na olbrzymią skalę trwa bezczelne rozdawanie stołków i milionów złotych dla ludzi zaprzyjaźnionych z partią, szykanowanie niewygodnych związków zawodowych, marnotrawienie środków publicznych. Świetnym przykładem fatalnej zmiany jest sytuacja w PLL LOT, spółce, nad którą bezpośredni nadzór sprawuje premier, gdzie od ostatnich wyborów błyskawicznie wzrosła skala umów śmieciowych, nagonek na związki zawodowe, cięć na procedurach bezpieczeństwa, pogorszenia jakości usług.
W 2017 r. w wyniku wieloletnich nacisków OPZZ wprowadzona została minimalna stawka godzinowa, którą poparły prawie wszystkie największe partie parlamentarne i pozaparlamentarne. Warto jednak pamiętać, że ostatecznie przyjęta ustawa jest znacznie lepsza od tej zaproponowanej przez rząd – jej kształt narzuciła Rada Dialogu Społecznego, w której nawet pracodawcy zaprezentowali bardziej postępowe poglądy niż strona rządowa. Ponadto z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że ustawa jest często łamana, a PiS nie przyznał inspekcji większych kompetencji ani nie zwiększył znacząco jej finansowania.
Ponadto rząd pozwala pracodawcom na omijanie minimalnej stawki godzinowej. Rząd przeforsował nowy rodzaj umowy – o pomocy przy zbiorach. Z ustawy wynika, że do pracy wykonywanej na podstawie tej umowy nie mają zastosowania przepisy o minimalnym wynagrodzeniu. W praktyce oznacza to, że w pracy sezonowej rząd dopuszcza dowolny wyzysk, nawet stawki 1 zł za godzinę pracy.

 

Wzrost wynagrodzeń? Też bez dobrej zmiany

Wzrost płacy minimalnej za nowej władzy wcale nie jest wyższy niż za poprzedniej ekipy rządzącej. W 2017 roku płaca minimalna wzrosła zaledwie o 100 zł, a w roku bieżącym rząd zaproponował wzrost o 120 zł, czyli tylko 3,3 zł ponad minimum ustawowe. W wyniku coraz ostrzejszych nacisków związków zawodowych być może rząd zgodzi się na wzrost o 155 zł, ale przypomnijmy, że PiS deklarował, iż płaca minimalna powinna wynosić 50 proc. średniej. Do tego celu droga wciąż jest daleka…
Nie ma też dobrej zmiany w sferze budżetowej. Po sześcioletnim zamrożeniu płac przez koalicję PO-PSL PiS miał radykalnie podnieść wynagrodzenia urzędnikom państwowym. Niestety po wyborach okazało się, że żadnych zmian nie będzie. W 2017 i 2018 roku wskaźnik waloryzacji płac w budżetówce wyniósł okrągłe zero procent, co w praktyce oznaczało ich istotny spadek, ponieważ przyspieszyła inflacja.
Również plany na 2019 rok wyglądają mizernie. Być może dojdzie do minimalnej waloryzacji płac, ale rząd upiera się, aby o podwyżkach decydowali kierownicy poszczególnych placówek instytucji publicznych, co w praktyce oznacza, że na wyższe pensje mogą liczyć tylko zaufani ludzie partii. Dzieje się tak, chociaż rząd chwali się wzrostem płac w gospodarce narodowej o 6-7 proc. rocznie. Jeżeli faktycznie tak jest, to dlaczego władza nie chce podnieść wynagrodzeń pracownikom państwowym? Płace Polaków i Polek są zresztą w rzeczywistości znacznie niższe, niż by to wynikało z propagandy rządowej. Zgodnie z danymi GUS przeciętne wynagrodzenie w Polsce w lipcu bieżącego roku wynosiło 4825 zł brutto. Powyższe dane dotyczyły jednak jedynie osób zatrudnionych w firmach zatrudniających co najmniej 10 pracowników, a według najbardziej aktualnych danych przeciętne pensje w mikroprzedsiębiorstwach wynoszą zaledwie 2577 zł brutto. Ponadto blisko 70 proc. pracowników otrzymuje płace poniżej średniej. Nieliczni Polacy zarabiają setki tysięcy złotych, a wielu otrzymuje pensje bliskie płacy minimalnej.

 

Chybotliwe filary, niesprawdzone założenia

Również inne filary PiS-owskiej polityki społeczno-ekonomicznej sypią się. Okazało się, że po zamknięciu części sklepów w niedzielę wiele sieci handlowych wydłużyło godziny pracy w piątki i soboty. Ponadto deklarowanym celem ustawy było przeniesienie siły roboczej z hipermarketów do małych sklepów, a tymczasem to właśnie w najmniejszych placówkach handlowych warunki pracy są najgorsze, a płace najniższe. Na powtarzające się wnioski OPZZ, aby podwyższyć płace za każdą pracę w niedzielę, rząd każdorazowo odpowiada negatywnie. Zamiast dbać o wyższe płace dla wszystkich pracowników, PiS ograniczył pracę w niedzielę w części tylko jednej branży.
Maleje liczba dzieci, które korzystają z programu Rodzina 500+. W lipcu 2017 roku z programu korzystało 3 mln 990 tys. dzieci, a według ostatnich danych z czerwca tego roku już tylko 3 mln 740 tys. dzieci. Innymi słowy skala pomocy jest coraz mniejsza, a w wyniku wzrostu inflacji świadczenie traci na wartości. Ponadto świadczenia finansowe w większości krajów są uzupełnieniem do wysokiej jakości usług – w Polsce mają je zastąpić. Wciąż nie ma powszechnego dostępu do przedszkoli, a do żłobków chodzi najmniej dzieci w UE. Na dodatek PiS zniósł obowiązek szkolny dla sześciolatków – to rozwiązania szkodliwe tak dla dzieci, jak i rodziców. Ministerstwo zahamowało też program obejmowania kolejnych klas szkolnictwa bezpłatnymi podręcznikami. Wprowadzono dodatkowe świadczenie 300 zł dla rodziców wychowujących dzieci w wieku szkolnym, tymczasem koszty podręczników dla klas licealnych przekraczają 500 zł. Pomimo szumnych obietnic, rząd nie wdrożył również żadnego programu darmowych posiłków w szkole, nie rozwinął infrastruktury opiekuńczej dla seniorów ani dla osób z niepełnosprawnościami. Nie tylko nie ma inwestycji w opiekę senioralną, ale też emerytury rosną bardzo wolno.

 

Biznes nie stracił

Ponadto zamiast podnosić emerytury w systemie publicznym, PiS postanowił wzmocnić filar komercyjny, jeszcze bardziej nieodporny na wahnięcia na giełdzie niż skompromitowane OFE. Mianowicie od przyszłego roku rząd wprowadza nowe składki dla pracowników i pracodawców, które będą przekazywane do tzw. Pracowniczych Planów Kapitałowych, czyli komercyjnych firm obracających pieniędzmi zgodnie z przyjętym przez siebie planem, w tym na giełdzie. Łączna minimalna odprowadzana składka (pracodawcy i pracownika) miałaby wynieść 3,5 proc., maksymalna – 8 proc. Wysokość emerytur zostanie uzależniona od kaprysów rynku. Na dodatek do prywatnych funduszy szerokim strumieniem poleją się środki z budżetu państwa, ponieważ państwo będzie regularnie dopłacać do programu. Aby nie płacić dodatkowych składek, obywatele będą musieli pisać specjalne deklaracje. Najwyraźniej Mateusz Morawiecki pozostał lojalny wobec swoich kolegów z sektora bankowego.
Niewypałem okazał się też program Mieszkanie+. Mieszkania budowane w ramach flagowego programu władzy będą drogie i niedostępne dla ubogich mieszkańców Polski, a głównym beneficjentem programu mają być deweloperzy. Na dodatek ustawa dopuszcza eksmisję na bruk. Ponadto mieszkania z programu rządowego często są usytuowane w bardzo niewygodnych lokalizacjach, a część jest odcięta od miejskiej sieci dojazdowej.
Rząd przejął też fundusz pracy i fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych. Łamiąc przepisy, środki z obydwu funduszy wydaje na cele niezwiązane ze wsparciem dla pracowników.
Wreszcie miał być realny, a nie pozorowany dialog społeczny z partnerami społecznymi. Kluczowe decyzje władzy nie są z nikim konsultowane. Niekiedy tylko odpowiedni minister nieformalnie spotyka się podporządkowanym władzy związkiem zawodowym NSZZ Solidarność. Wszyscy inni partnerzy społeczni są traktowani lekceważąco i pogardliwie. Do patologii na rynku pracy dochodzą coraz silniejsze nagonki na krytyków władzy, pełzająca cenzura, niszczenie praworządności, ksenofobia, izolacja Polski na scenie międzynarodowej. Dlatego 22 września związki zawodowe zrzeszone w OPZZ wychodzą na ulicę zaprotestować przeciwko obecnej władzy. Straszenie Platformą Obywatelską już nie działa. Nowy rząd wcale nie jest lepszy od poprzedniego, a na wielu polach okazał się znacznie gorszy.