Rojst a sprawa polska

Każda okazja jest dobra aby dowalić Polsce Ludowej, nawet serialem kryminalnym, ale z podtekstem, no i z prasowymi dopełnieniami.

 

Rzadko dziś używane słowo rojst oznacza miejsce bagniste, porośnięte mchem i krzakami, a wiec nieprzyjemne, niemiłe, a nadto być może i niebezpieczne. Użyte jako przenośnia stanowić może negatywną ocenę każdego zjawiska i wydarzenia, o którym da się powiedzieć na przykład, że jest bagnem.
Wyprodukowany przez Showmax kryminał „Rojst” składa się z elementów oklepanych i powszechnie używanych: morderstwo (tym razem chyba czterech młodych osób, w tym dwoje bardziej znanych), dziennikarskie śledztwo (i konflikt pokoleń, w którym młodszy wpływa na zmianę postawy starszego), zmowa milczenia i mafijne układy rządzące małą miejscowością. To wszystko na tle pewnej epoki – też nic oryginalnego – tym razem minionego PRL-u, w którym tak oto było, że ludzi mordowano, a sprawców kryto.

 

„Rojst” to puzzle,

z których można złożyć kilka obrazów. Pierwszy to najzwyklejszy kryminał, drugi będzie psychologicznie pogłębiony rozterkami i wahaniami bohaterów, trzeci ukaże dodatkowo tło społeczne dokonanych zbrodni, kolejny uogólnioną ocenę czasów w jakich się toczy, wreszcie ostatni stanowi, wg. niektórych, przestrogę przed tym, co spotkać nas może.
Nie wiem która z tych możliwości w zamyśle twórców serialu stała się przewodnią, a może i wszystkie wzięto pod uwagę, i stąd celowo umieszczono akcję w peerelowskich czasach. Ale jeżeli już tak, to poza ostatnią przestrogą, wszystko już było wcześniej nakręcone także w serialu „07, zgłoś się”. Gdy obecnie, kolejny, nie wiadomo już który raz, emituje go telewizja, to dopatrzeć się w nim dzisiaj można bez większego wysiłku, także marności tamtych czasów jeżdżących kiepskimi, polskimi autami, dzwoniącymi z telefonicznych automatów, rządzonymi przez opresyjną milicję, pełnymi rozlicznych, również mafijnych przestępców, mieszkających w ponurych domostwach bądź w luksusowych willach. No i są też oczywiście, jak i w „Rojście”, panienki lekkich obyczajów.
Filmy i seriale kryminalne dzieją się oczywiście w różnych czasach; taki na przykład „Vabank, i drugą jego część, pomieszczono w przedwojennej Polsce, ale w odróżnieniu od „Rojstu” nikomu na ich podstawie nie przyszło na szczęście do głowy wyrokować krytycznie o ówczesnym kapitalistycznym ustroju, ani też wygłaszać przestróg, że się zawali i przyjdą komuniści. To nie żart, gdyż poniżej się okaże, że znaleźli się publicyści, którzy nam ten serial wytłumaczą – jakbyśmy nie zrozumieli jego podstawowego przesłania – jako bardzo politycznie aktualny obraz niedawnej rzeczywistości, która powrócić może.

 

„Rojst” alternatywny,

ale oparty na prawdziwym wydarzeniu, mógłby się rozgrywać w mieście znanym ostatnio, Dąbrowie Tarnowskiej, w której osiemnaście lat temu zamordowano Iwonę Cygan, a podobieństwo od „Rojstu” jest tu wielorakie.
Też sporo tu wody bo jej ciało znaleziono na wiślanym wale, w mieście wydawana jest również gazeta („Żyjemy Ewangelią”), a i młodzi dziennikarze zapewne pracują co najmniej w jednym z sześciu miejscowych portali informacyjnych. Nie ma tam niestety zawodowych prostytutek, ale na pewno jakieś cichodajki się znajdą, a zmowy milczenia odnaleźć tu można w wyjątkowym nadmiarze, nie tylko wśród mieszkańców ale i policjantów, których kilkunastu aresztowano za zacieranie dowodów tej zbrodni. Jeden z nich, po przesłuchaniu przez ludzi z Archiwum X, poleciał do Stanów Zjednoczonych i utrudniał śledztwo, żeby ratować znajomych przed więzieniem. Jest i druga zbrodnia: po śmierci Iwony, w miejscowym barze, 31-letni Tadeusz D. głośno opowiadał, że wie kto ją zabił. Kilka godzin później widziano go ostatni raz. Po pięciu miesiącach jego ciało znalazł w Wiśle wędkarz. Funkcjonariusze z Archiwum X – to pozytywni bohaterowie tego alternatywnego serialu – nie zdążyli rozwiązać tajemnicy, bo sprawę znów przejęła prokuratura, do której zasadnicze pretensje mają rodzice zamordowanej.
Jest jeszcze jedna różnica pomiędzy „Rojstem” a morderstwem w małopolskim miasteczku: w PRL-u nie pozwolono by (zapewne zdaniem cytowanych poniżej autorów) stawić wielu pomników Jana Pawła II, a obecnie w Dąbrowie Tarnowskiej i owszem, jest. Co wcale nie znaczy, że ponura historia Iwony stanowi podstawę do oceniania III RP jako rojstu.

 

Rojst propagandowy

w modelowym wydaniu, jest autorstwa Marty Bratkowskiej, która tak oto prezentuje serial: „Jest 12 albo 13 czerwca 1985 r. W USA kolejną kadencję rządzi Ronald Reagan, w Polsce Wojciech Jaruzelski wciąż jest premierem… Trochę ponad cztery miesiące wcześniej zakończył się proces zabójców ks. Jerzego Popiełuszki. Wkrótce potem, bo w połowie lutego, w Gdańsku aresztowano Bogdana Lisa, Adama Michnika i Władysława Frasyniuka…A może to wszystko dzieje się rok wcześniej? Może właśnie w ramach amnestii ogłoszonej z okazji 22 Lipca wypuszczono z więzień opozycjonistów…”
I jeszcze: „Te dramaty niczego w miasteczku [z „Rojstu” – Z.T.] nie zmieniają. Cukier wciąż na kartki. Wkrótce wzrosną ceny energii i mięsa. Pod pustawymi sklepami jak od lat ustawiają się kolejki. Trafiamy w sam środek beznadziei. O karnawale „Solidarności” umęczeni ludzie zapominają”
I tak właśnie wygląda zachęcanie czytelników magazynu TV (17-23.08.2018), wydawanego przez „Gazetę Wyborczą”, do oglądania kryminalnego serialu.

 

Rojst osobisty,

piórem Krzysztofa Vargi (na odmianę „Duży Format” tej samej gazety z 20.08.2018) nie oszczędza też PRL-u, ale w odmienny sposób. Okazuje się z tekstu, że z tym ustrojem miał p. Varga porachunki od bardzo wczesnego dzieciństwa, bowiem urodził się w parszywym miesiącu Marcu 1968 roku, naukę w szkole podstawowej zakłócał mu nadzwyczaj chrzęst gąsienic transporterów (w 1982), zaś „w dorosłość wkraczałem przy wtórze agonalnych drgawek Peerelu”.
Przy takich traumatycznych doświadczeniach nie dziwota, że felieton a propos „Rojstu” obfituje w takie właśnie fragmenty: „Otóż Peerel nie był ładny ani nie był brzydki, ludzie w nim żyjący ani niepospolitą urodą, ani nadzwyczajnym paskudztwem się nie objawiali – wszyscy byli żadni i nijacy. W Peerelu jedynym kolorem były wszystkie odcienie szarości, a jedyną trwałą strukturą rozliczne konsystencje błota.”
A dalej: „Nie mam najmniejszego sentymentu do Peerelu, wybitnie irytuje mnie peerelowska nostalgia, za bezrozumną glątwę uważam argumenty, że co by nie mówić, to jednak w tamtych czasach kultura była, filmy były, książki wydawano, ludzie pracę mieli, wrażliwość społeczna władzy, elektryfikacja i zwalczenie analfabetyzmu się dokonało, ludzie żyli godnie, dopiero potem nastały czasy mroczne i brutalne. Peerel mam w pogardzie, a zarazem niebywale podekscytowany jestem tą serialową opowieścią o Peerelu, na kolejne odcinki czekam w stanie najwyższego zniecierpliwienia.”
No comments, czyli także brak słów by określić jak bardzo coś jest beznadziejne.

 

Rojst – przestrogi

Dwoje autorów nie tylko bagnem określa Polskę Ludową, ale aktywnie włącza się w aktualną debatę polityczną, dokonując w ich mniemaniu, celnego porównania między czasami PRL a obecnymi PiS. I wieszczą, przestrzegają, alarmują.
„…przy okazji Jan Holoubek (reżyser serialu – Z.T.) odsłania przed nami świat, w którym żyliśmy, który tak chętnie wymazaliśmy z pamięci, a który może wrócić. Świat układów, zamiatania pod dywan, korupcji, powiązań spętlających organy sprawiedliwości, media, polityków, cinkciarzy, szefów burdeli, esbeków, milicjantów. Prawda, prawo i sprawiedliwość nie bardzo mogą znaleźć sobie w nich miejsce.”
A pan Varga dodaje: „ zdawało mi się frajersko, że trup jego (PRL-u – Z.T.) jest ostateczny.
Teraz zorientowałem się, że mam w szafkach niedorzeczne zapasy papieru toaletowego, herbaty i mydła, a kusi mnie coraz silniej, by zakupić kilka kilo cukru, mimo iż od lat nie słodzę herbaty, ale wiadomo – cukier być musi, a w razie czego można go na coś równie cennego wymienić.”

 

Rojst obecny,

wspólny, powszechny, polski zafundowaliśmy sobie sami z własnej, nieprzymuszonej woli. I lepiej byłoby aby autorzy, zamiast doszukiwać się politycznych porównań z kryminalnego serialu zastanowili się, dlaczego w tym obecnym bagnie i błocie jesteśmy wszyscy tak utytłani.
Niedawno o PRL-u powiedział jeden z „żadnych i nijakich” – Andrzej Seweryn: „Żyliśmy w tamtym systemie, kochaliśmy, zdradzaliśmy i poświęcaliśmy się dla innych. To była moja ojczyzna.” Wszystkie opisane zachowania i deklaracja – szanowny panie Krzysztofie Varga – są pełne rozlicznych kolorystycznych odcieni.
A „Rojstowi” życzę co najmniej takich sukcesów emisyjnych jak serial ze Sławkiem Borowiczem-Bronisławem Cieślakiem, ale bez tych politycznych podtekstów, bzdurnych porównań i przestróg.

Nie zwalnia, ale już bierze wodę

Nasza gospodarka przypomina szybko płynący okręt, w którym pojawia się jednak coraz więcej dziur.

 

Tymi dziurami są niewypłacalności. Po podsumowaniach pięciu miesięcy tego roku nie widać jak na razie branż, w których nie mielibyśmy do czynienia ze wzrostem niewypłacalności.
Niestety, we wszystkich sektorach gospodarki następował on w tempie dwucyfrowym, stąd w całej gospodarce było ich o 17 proc. więcej niż przed rokiem.
To zjawisko stanowi polski ewenement. – W szerszej, światowej skali nie mamy do czynienia z aż tak ewidentną zmianą – zauważa Tomasz Starus z firmy ubezpieczeń handlowych Euler Hermes.

 

Plajtują prawie wszędzie

Od początku roku opublikowano informacje o niewypłacalności 406 polskich przedsiębiorstw wobec 347 w tym samym okresie ubiegłego roku (wzrost o 17 proc.). Chodzi tu o niewypłacalności obejmujące niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców.
Natomiast w samym maju 2018 r. w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 70 przypadkach niewypłacalności.
Tak więc, dynamika wzrostu liczby niewypłacalnych polskich firm nie zwalnia. W maju największy przyrost ich liczby miał miejsce, jak zauważa Euler Hermes, w produkcji i usługach – czyli praktycznie niemal wszędzie.
Wspólne są też tego przyczyny: niska rentowność i słaba kondycja finansowa plajtujących polskich firm (no bo, gdyby było inaczej, to by nie upadły) oraz ich otoczenia biznesowego. Do tego dochodzi wzrost kosztów działalności w budownictwie czy koncentracja w handlu, oznaczająca, że producenci mają coraz mniejsze szanse na wyższe ceny.

 

Niebezpiecznie na giełdzie

W usługach największa grupa niewypłacalnych firm, to przedsiębiorstwa specjalizujące się w obsłudze nieruchomości i inwestycji, naprawie i konserwacji maszyn, zbieraniu odpadów, naprawie samochodów, gastronomii i turystyce, reklamie i doradztwie dla firm.
Natomiast w produkcji najwięcej niewypłacalnych firm zajmowało się wytwarzaniem wyrobów dla budownictwa (z betonu, tarcicy, tworzyw sztucznych), obróbką metali, produkcją profili, konstrukcji i narzędzi, produkcją żywności.
Najwyższy wzrost liczby niewypłacalności dotyczy jak zwykle spółek akcyjnych – za pięć miesięcy wzrost aż o 53 proc. rok do roku, podczas gdy niewypłacalnych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością było w tym czasie więcej o 10 proc. W jakimś stopniu potwierdza to także słabość polskiego rynku kapitałowego.
Najtrudniej dobrze prosperować w województwach pomorskim, wielkopolskim oraz kujawsko-pomorskim. Tam liczba niewypłacalności rośnie najszybciej.

 

Wielcy upadają głośniej

Jeśli chodzi o efekt skali, to najwięcej niewypłacalności stosunkowo dużych firm wskazać można w budownictwie. Największa z tej branży „upadła spółka” osiągała nie tak dawno obroty rzędu 300 mln złotych.
W obróbce oraz handlu złomem i metalami, obroty niewypłacalnych firm wynoszą od 100 do 200 mln złotych. W produkcji materiałów budowlanych plajtują zaś przedsiębiorstwa z obrotami rzędu 60-100 mln złotych.
Polskim fenomenem jest tradycyjnie to, że mieszkaniówka bije kolejne rekordy, natomiast najczęściej wspomina się o kłopotach budownictwa – i wskazuje systemowe przyczyny jego problemów, takie jak wzrost kosztów materiałów czy wynagrodzeń pracowniczych i generalnie niedobór pracowników. Budownictwo jest najbardziej widoczne z powodu przeciągających się i zawieszanych remontów oraz odkładanych inwestycji.
Inne obszary gospodarki też jednak mają problemy – i w przekroju kilku miesięcy okazuje się, że pośród nich nie ma wyraźnie bezpiecznych branż.
– Główne przyczyny kłopotów to niska rentowność prowadzonej działalności, zwiększanie jej skali a nie wypracowywanego zysku, konkurowanie głównie ceną a nie innowacyjnością czy sprawnym serwisem – mówi Tomasz Starus.
Zwiększone obroty to wprawdzie dobra wiadomość – ale przed przychodami zwiększają one najpierw koszty, uwydatniając słabość finansową wielu polskich firm.

 

Nie wytrzymują zmian przepisów

Na to wszystko nakłada się ciągła przebudowa prawa w wielu dziedzinach: podatków, prawa pracy, ochrony danych osobowych.
Teoretycznie samo w sobie nie powinno to rodzić problemów dla przedsiębiorców, ale na pewno nie pomaga słabszym firmom, które ledwo trwają, a nawet mówiąc wprost – wegetują na rynku. Wielu przedsiębiorców wybiera w takiej sytuacji drogę niewypłacalności.
Często odbywa się to kosztem dostawców, narażając ich na straty i w efekcie powodując efekt domina. Nic nie wskazuje na to, aby w najbliższej przyszłości ten element ryzyka miał stracić na aktualności.