Helikopter trochę z Polski

Nie dostarczamy newralgicznych, nafaszerowanych elektroniką podzespołów, ale dobrze, że możemy chociaż produkować kadłuby.

 

O tym, że amerykańskie wojska powietrzne stanowią istotną część sił militarnych świata przekonywać nikogo nie trzeba.
Liczą one niemal 320 tys. żołnierzy. Dysponują prawie 5,5 tys. rozmaitych samolotów, śmigłowców i bezzałogowych aparatów latających (1730 myśliwców, 313 samolotów szturmowych, 158 samolotów bombowych, 564 powietrznych tankowców, 199 samolotów specjalnego przeznaczenia, 769 samolotów transportowych, 1201 samolotów szkolno-treningowych, 186 śmigłowców oraz 347 dronów).
Corocznie przeznaczają ok. 100 mld dol. rocznie na modernizację i zakup sprzętu.

 

Model włosko-amerykańsko-polski

Skoro dysponuje się tak pokaźnym budżetem, nie może dziwić, że w ostatnim czasie dowództwo United States Air Force zadecydowało o wymianie dużej części śmigłowców.
Chodzi o maszyny typu UH-1N „Huey”. Cała wymiana wysłużonych „Huey” powinna zapewnić oszczędności rzędu 1 mld dol. w kosztach zakupu i całego cyklu życiowego nowych helikopterów.
Co istotne, w owej operacji istotny wkład będą mieli Polacy. Wybór Sił Lotniczych USA padł na śmigłowiec MH-139 – oparty o maszynę AW139 włoskiej grupy Leonardo, która wygrała z Black Hawkiem amerykańskiej firmy Sikorsky.
Nowy sprzęt ma spełniać kilka zadań. Śmigłowce przeznaczone mają być dla ochrony interkontynentalnych pocisków balistycznych oraz transportu członków rządu USA oraz sił bezpieczeństwa.
Dla nas istotny jest fakt, że część elementów (kadłub) MH-139 będzie produkowana przez PZL-Świdnik, a przy projekcie tej maszyny pracowali polscy inżynierowie.

 

Zamówienie na trzy lata

Główna część produkcji będzie odbywać się w amerykańskich zakładach Leonardo w Filadelfii.
Rozmaite dodatkowe komponenty będą zaś integrowane w wojskowej wersji MH-139, w zakładach Boeing Filadelfia.
W wyniku zwycięstwa w ogłoszonym przetargu, 84 tego typu śmigłowce, współprodukowane przez polskie zakłady, mają być dostarczone Amerykanom do 2021 r.
Program produkcji helikopterów MH-139 ma wartość 2,4 mld dol. i oprócz samych śmigłowców obejmuje urządzenia szkoleniowe oraz powiązany z nimi sprzęt wsparcia.

 

Sami nie wyposażymy swej armii

Wypada w tym kontekście żałować, że polskie Ministerstwo Obrony Narodowej wciąż nie dokonało wyboru nowego sprzętu (śmigłowce i okręty podwodne) dla polskiej armii.
Polskie zakłady (wspomniany PZL-Świdnik i PZL Mielec) oraz stocznia Marynarki Wojennej w Gdyni ciąle czekają na nowe, dlugofalowe zamówienia.
Stary, wysłużony sprzęt używany przez nasze wojsko za chwilę będzie nadawał się już tylko na złom. Co istotne – w przeciwieństwie do całkiem nowoczesnego sprzętu, znajdującego się na wyposażeniu naszego północno-wschodniego sąsiada z obwodu kaliningradzkiego.

Dwie Marty, czyli dokument o „dobrej zmianie” Recenzja

Konrad Szołajski zrobił pierwszy dokumentalny film o tym, co dzieje się z Polską od października 2015 roku.

 

Chwycił za kamerę niedługo potem i rejestrował to, co dzieje się w Polsce i w polskiej polityce, ale nie w Sejmie i Senacie, lecz na ulicy i w domach, z perspektywy do pewnego stopnia prywatnej, choć prywatność jako taka jest w tym filmie jedynie tłem. Wynalazł dwie bohaterki o tym samym imieniu Marta (to zapewne przypadek), na kontrastowo przeciwnych, spolaryzowanych biegunach i uzyskał ich zgodę na udział w filmie. Marta starsza, to starsza pani z prowincji, z okolic Myślenic, szefująca lokalnemu „Klubowi Gazety Polskiej”, a także „komendantka” miejscowego oddziału Obrony Terytorialnej Kraju, tworu Antoniego Macierewicza. Marta starsza działa w otoczeniu najbliższej rodziny i kręgu ideowych przyjaciół, w tym młodych podopiecznych, także własnych nieletnich wnuków. Marta starsza chodzi w wojskowym mundurze typu „moro”, kieruje leśnymi ćwiczeniami swojego oddziału jako „komendant”, uczy podopiecznych strzelania, często się modli i przyjmuje komunię, jest narodową katoliczką i konserwatystką, wierzy w smoleński zamach i ufa władzy PiS. Jest bardzo zasadnicza i twarda w swoich poglądach, ale nie ma psychologicznych rysów zakamieniałej, bezwzględnej, nie baczącej na nic fanatyczki. Jako krewna czy powinowata posła Marcina Święcickiego z PO potrafi się spotkać z nim, ideowym przeciwnikiem w ciepłej atmosferze, bez aury wrogości, a przy stole, w domu posła, nie wybucha awantura. Marta młodsza mieszka w Warszawie, ma około czterdziestu lat, przynależy do miejskiej klasy średniej i jest mocno zaangażowaną aktywistką Komitetu Obrony Demokracji, zwolenniczką liberalnej, wolnościowej demokracji i przeciwniczką władzy PiS, przeciwniczką wojującego, politycznego katolicyzmu. Kamera Szołajskiego wędruje za obiema bohaterkami w różnych sytuacjach, w domu, w otoczeniu bliskich, gdy werbalizują swoje przekonania, w momentach publicznej aktywności i gdy uczestniczą w ulicznych demonstracjach, pokazując przy tym kawałki otaczającej je rzeczywistości: na strzelnicy, w lesie, podczas manifestacji pod Sejmem, na spotkaniu OTK z Macierewiczem, podczas posiłków domowych, w czasie których ich działalność ani na chwilę nie schodzi z pola widzenia. Oglądamy też ujęcia dokumentalne znane z telewizji: przemawiający pod pałacem prezydenckim Kaczyński, przemawiający na spotkaniu z OTK Macierewicz, lider KOD Paweł Kasprzak, posłanka Joanna Scheuring-Wielgus w chwili gorączkowej ulicznej akcji, ale politycy pojawiają się tylko na kilka krótkich chwil. Poza tym są niemal nieobecni, bo nie o nich jest ten film.
„Dobra zmiana” ma, jak dobry dokument przystało, fakturę surową, rwaną, migotliwą, niczym fragmenty losowane na chybił trafił z kalejdoskopu. Szołajski nie wtrąca się w działania swoich bohaterek i w to, co się dzieje wokół nich. Nie komentuje ani z offu, ani poprzez montaż, ani poprzez ścieżkę dźwiękową czy oprawę muzyczną. Traktuje swoje bohaterki jednakowo, z życzliwą neutralnością, To bardzo dobry dokument i myślę że wejdzie kiedyś do klasyki polskiego dokumentu.

 

„Dobra zmiana”, scenariusz i reżyseria Konrad Szołajski, producent wykonawczy i montaż (przy udziale Pawła Kowalika) Małgorzata Prociak, zdjęcia Michał Ślusarczyk, produkcja ZK Studio, koproducenci: TS Productions, Instytucja Filmowa Silesia Film, Onet; wsparcie dystrybucyjne: SF Cineeuropa, Sieć Kin Studyjnych i Lokalnych 76 min., premiera: 12.10. 2018

Firmy padają, gospodarka idzie dalej

Przedsiębiorstwa produkcyjne nie odczuwają korzyści ze wzrostu inwestycji (bardzo zresztą znikomego), a handlowe nie korzystają na wzroście konsumpcji (całkiem przyzwoitym).

 

W sierpniu 2018 r. w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 90 przypadkach niewypłacalności polskich przedsiębiorstw wobec 80 w sierpniu 2017 r. (wzrost rok do roku o 13 proc.
Taka sama skala wzrostu liczby niewypłacalności (plus 13 proc.) występuje w całym okresie 8 miesięcy tego roku – było ich 670 w porównaniu z 591 w tym samym okresie 2017. Jest to więc już stały trend, bo upadłości systematycznie przybywa.

 

Upadają, bo nie potrafią

Większość spośród niewypłacalnych w ostatnich miesiącach firm (ponad 80 proc. ) od dawna miała problemy z rentownością i gromadzeniem kapitału. Były to w większości przedsiębiorstwa małe i średnie, o obrotach do 20 mln złotych, a więc o lokalnej skali działalności. Bieżące zmiany prawne i podatkowe, polegające na wzrastającej kontroli administracji nad działalnością gospodarczą raczej nie ułatwiają działań naprawczych – ale to nie one są główną przyczyną kłopotów prowadzących do upadłości. w omawianych niewypłacalnościach.
Jak wynika z danych finansowych, źródłem problemów jest raczej model działalności, mało elastyczny i innowacyjny wobec zachodzących zmian rynkowych, takich jak konsolidacja czy coraz bardziej międzynarodowy charakter całych łańcuchów dostaw. Czyli, chodzi po prostu o niezbyt umiejętne prowadzenie biznesu.

 

Budowlanka niezmiennie dołuje

Nadal kłopoty ma budownictwo, borykające się z niskimi cenami, niszczącymi rentowność. Chwilowo notuje ono mniej upadłości, ale jedynie dzięki inwestycjom mieszkaniowym i komercyjnym.
Budownictwo przemysłowe i infrastrukturalne, finansowane ze środków publicznych, jest zdecydowanie mniej dochodowe. Wykonawcy z tego sektora stanowią ponad 70 proc. przypadków niewypłacalności w całej branży. Utrzymuje się znaczna liczba upadłości firm wykonujących prace związane z budową dróg i autostrad, rurociągów, instalacji wodno-kanalizacyjnych, obiektów inżynierii lądowej.
W handlu hurtowym zaczyna przybywać upadłości firm zaopatrujących rynek konsumencki – nie tylko w żywność, ale także odzież i obuwie czy artykuły wyposażenia mieszkań.
Nie wszyscy w Polsce korzystają w równym stopniu na wzroście konsumpcji, a tak naprawdę udaje się to przede wszystkim największym graczom. Na wzroście spożycia w największym stopniu zyskują duże przedsiębiorstwa handlowe, zaś mali tracą. Z drugiej strony, to właśnie w tej branży zanotowano dwa największe pod względem obrotów przypadki niewypłacalności.

 

Wszyscy mają kłopoty

W przemyśle problemy omijają eksporterów, natomiast coraz częściej dotykają zaczynają trapić firmy zaopatrujące rynek krajowy. Zwiększyła się liczba niewypłacalności producentów artykułów konsumpcyjnych (obok żywności – także odzieży i obuwia) oraz maszyn i urządzeń (zwłaszcza wykorzystywanych w budownictwie infrastrukturalnym i w przemyśle).
W porównaniu do ubiegłych miesięcy, zauważyć można spadek upadłości firm zaopatrujących rynek budowlano-mieszkaniowy (np. wyroby stolarskie, chemia budowlana, beton, płytki ceramiczne).
Usługi – to wzrost niewypłacalności w każdym właściwie segmencie, pomimo dużego przyrostu popytu na usługi turystyczne, medyczne, transportowe, gastronomiczne czy finansowe.

 

Zbierało im się od dawna

Generalnie, analizując przypadki niewypłacalności w oparciu o wskaźniki finansowe upadających firm za ostatnie lata widać wyraźnie, że w zdecydowanej większości przypadków, zanosiło się na nie od dawna.
– Niekoniecznie świadczą o tym obroty, które nie zawsze spadały, a w wielu przypadkach także rosły w tym czasie, ale wskaźniki rentowności sprzedaży czy ogólnego zadłużenia przedsiębiorstw. Pogarszały się one sukcesywnie rok po roku, niezależnie czy w przypadku danej firmy w tym czasie jej sprzedaż rosła czy spadała, czyli czy podejmowano działania restrukturyzacyjne starając skupić się na najbardziej rentownej działalności czy wręcz odwrotnie zwiększając skalę sprzedaży, aby efektem skali poprawić rentowność i „zasypać dziurę” w finansach – ocenia Tomasz Starus z firmy Euler Hermes specjalizującej się w ubezpieczeniach gospodarczych i ocenie ryzyka. Brzmi to mocno fatalistycznie i oznacza to, że cokolwiek by się robiło, nic to nie pomoże, jeśli w biznesie ma przydarzyć się klapa.
W rzeczywistości jednak, wszystko zależy właśnie od tego, co i jak się robi. Rzecz w tym, jak mówi zresztą Tomasz Starus, że wiele firm organizacyjnie i finansowo wykazuje się niezbyt dużą efektywnością działania, a co za tym idzie zwrotem z kapitału. Trwają na rynku, ale nie reagują na zmiany na nim, zaś najczęściej – spóźniają się z nimi. Ich model działalności jest mało elastyczny i innowacyjny, zbyt anachroniczny – nie mający często innej opcji niż na przykład bazowanie na niskich kosztach pracy.
Na czym, niestety bazuje zresztą niemal cała polska gospodarka.

Rojst a sprawa polska

Każda okazja jest dobra aby dowalić Polsce Ludowej, nawet serialem kryminalnym, ale z podtekstem, no i z prasowymi dopełnieniami.

 

Rzadko dziś używane słowo rojst oznacza miejsce bagniste, porośnięte mchem i krzakami, a wiec nieprzyjemne, niemiłe, a nadto być może i niebezpieczne. Użyte jako przenośnia stanowić może negatywną ocenę każdego zjawiska i wydarzenia, o którym da się powiedzieć na przykład, że jest bagnem.
Wyprodukowany przez Showmax kryminał „Rojst” składa się z elementów oklepanych i powszechnie używanych: morderstwo (tym razem chyba czterech młodych osób, w tym dwoje bardziej znanych), dziennikarskie śledztwo (i konflikt pokoleń, w którym młodszy wpływa na zmianę postawy starszego), zmowa milczenia i mafijne układy rządzące małą miejscowością. To wszystko na tle pewnej epoki – też nic oryginalnego – tym razem minionego PRL-u, w którym tak oto było, że ludzi mordowano, a sprawców kryto.

 

„Rojst” to puzzle,

z których można złożyć kilka obrazów. Pierwszy to najzwyklejszy kryminał, drugi będzie psychologicznie pogłębiony rozterkami i wahaniami bohaterów, trzeci ukaże dodatkowo tło społeczne dokonanych zbrodni, kolejny uogólnioną ocenę czasów w jakich się toczy, wreszcie ostatni stanowi, wg. niektórych, przestrogę przed tym, co spotkać nas może.
Nie wiem która z tych możliwości w zamyśle twórców serialu stała się przewodnią, a może i wszystkie wzięto pod uwagę, i stąd celowo umieszczono akcję w peerelowskich czasach. Ale jeżeli już tak, to poza ostatnią przestrogą, wszystko już było wcześniej nakręcone także w serialu „07, zgłoś się”. Gdy obecnie, kolejny, nie wiadomo już który raz, emituje go telewizja, to dopatrzeć się w nim dzisiaj można bez większego wysiłku, także marności tamtych czasów jeżdżących kiepskimi, polskimi autami, dzwoniącymi z telefonicznych automatów, rządzonymi przez opresyjną milicję, pełnymi rozlicznych, również mafijnych przestępców, mieszkających w ponurych domostwach bądź w luksusowych willach. No i są też oczywiście, jak i w „Rojście”, panienki lekkich obyczajów.
Filmy i seriale kryminalne dzieją się oczywiście w różnych czasach; taki na przykład „Vabank, i drugą jego część, pomieszczono w przedwojennej Polsce, ale w odróżnieniu od „Rojstu” nikomu na ich podstawie nie przyszło na szczęście do głowy wyrokować krytycznie o ówczesnym kapitalistycznym ustroju, ani też wygłaszać przestróg, że się zawali i przyjdą komuniści. To nie żart, gdyż poniżej się okaże, że znaleźli się publicyści, którzy nam ten serial wytłumaczą – jakbyśmy nie zrozumieli jego podstawowego przesłania – jako bardzo politycznie aktualny obraz niedawnej rzeczywistości, która powrócić może.

 

„Rojst” alternatywny,

ale oparty na prawdziwym wydarzeniu, mógłby się rozgrywać w mieście znanym ostatnio, Dąbrowie Tarnowskiej, w której osiemnaście lat temu zamordowano Iwonę Cygan, a podobieństwo od „Rojstu” jest tu wielorakie.
Też sporo tu wody bo jej ciało znaleziono na wiślanym wale, w mieście wydawana jest również gazeta („Żyjemy Ewangelią”), a i młodzi dziennikarze zapewne pracują co najmniej w jednym z sześciu miejscowych portali informacyjnych. Nie ma tam niestety zawodowych prostytutek, ale na pewno jakieś cichodajki się znajdą, a zmowy milczenia odnaleźć tu można w wyjątkowym nadmiarze, nie tylko wśród mieszkańców ale i policjantów, których kilkunastu aresztowano za zacieranie dowodów tej zbrodni. Jeden z nich, po przesłuchaniu przez ludzi z Archiwum X, poleciał do Stanów Zjednoczonych i utrudniał śledztwo, żeby ratować znajomych przed więzieniem. Jest i druga zbrodnia: po śmierci Iwony, w miejscowym barze, 31-letni Tadeusz D. głośno opowiadał, że wie kto ją zabił. Kilka godzin później widziano go ostatni raz. Po pięciu miesiącach jego ciało znalazł w Wiśle wędkarz. Funkcjonariusze z Archiwum X – to pozytywni bohaterowie tego alternatywnego serialu – nie zdążyli rozwiązać tajemnicy, bo sprawę znów przejęła prokuratura, do której zasadnicze pretensje mają rodzice zamordowanej.
Jest jeszcze jedna różnica pomiędzy „Rojstem” a morderstwem w małopolskim miasteczku: w PRL-u nie pozwolono by (zapewne zdaniem cytowanych poniżej autorów) stawić wielu pomników Jana Pawła II, a obecnie w Dąbrowie Tarnowskiej i owszem, jest. Co wcale nie znaczy, że ponura historia Iwony stanowi podstawę do oceniania III RP jako rojstu.

 

Rojst propagandowy

w modelowym wydaniu, jest autorstwa Marty Bratkowskiej, która tak oto prezentuje serial: „Jest 12 albo 13 czerwca 1985 r. W USA kolejną kadencję rządzi Ronald Reagan, w Polsce Wojciech Jaruzelski wciąż jest premierem… Trochę ponad cztery miesiące wcześniej zakończył się proces zabójców ks. Jerzego Popiełuszki. Wkrótce potem, bo w połowie lutego, w Gdańsku aresztowano Bogdana Lisa, Adama Michnika i Władysława Frasyniuka…A może to wszystko dzieje się rok wcześniej? Może właśnie w ramach amnestii ogłoszonej z okazji 22 Lipca wypuszczono z więzień opozycjonistów…”
I jeszcze: „Te dramaty niczego w miasteczku [z „Rojstu” – Z.T.] nie zmieniają. Cukier wciąż na kartki. Wkrótce wzrosną ceny energii i mięsa. Pod pustawymi sklepami jak od lat ustawiają się kolejki. Trafiamy w sam środek beznadziei. O karnawale „Solidarności” umęczeni ludzie zapominają”
I tak właśnie wygląda zachęcanie czytelników magazynu TV (17-23.08.2018), wydawanego przez „Gazetę Wyborczą”, do oglądania kryminalnego serialu.

 

Rojst osobisty,

piórem Krzysztofa Vargi (na odmianę „Duży Format” tej samej gazety z 20.08.2018) nie oszczędza też PRL-u, ale w odmienny sposób. Okazuje się z tekstu, że z tym ustrojem miał p. Varga porachunki od bardzo wczesnego dzieciństwa, bowiem urodził się w parszywym miesiącu Marcu 1968 roku, naukę w szkole podstawowej zakłócał mu nadzwyczaj chrzęst gąsienic transporterów (w 1982), zaś „w dorosłość wkraczałem przy wtórze agonalnych drgawek Peerelu”.
Przy takich traumatycznych doświadczeniach nie dziwota, że felieton a propos „Rojstu” obfituje w takie właśnie fragmenty: „Otóż Peerel nie był ładny ani nie był brzydki, ludzie w nim żyjący ani niepospolitą urodą, ani nadzwyczajnym paskudztwem się nie objawiali – wszyscy byli żadni i nijacy. W Peerelu jedynym kolorem były wszystkie odcienie szarości, a jedyną trwałą strukturą rozliczne konsystencje błota.”
A dalej: „Nie mam najmniejszego sentymentu do Peerelu, wybitnie irytuje mnie peerelowska nostalgia, za bezrozumną glątwę uważam argumenty, że co by nie mówić, to jednak w tamtych czasach kultura była, filmy były, książki wydawano, ludzie pracę mieli, wrażliwość społeczna władzy, elektryfikacja i zwalczenie analfabetyzmu się dokonało, ludzie żyli godnie, dopiero potem nastały czasy mroczne i brutalne. Peerel mam w pogardzie, a zarazem niebywale podekscytowany jestem tą serialową opowieścią o Peerelu, na kolejne odcinki czekam w stanie najwyższego zniecierpliwienia.”
No comments, czyli także brak słów by określić jak bardzo coś jest beznadziejne.

 

Rojst – przestrogi

Dwoje autorów nie tylko bagnem określa Polskę Ludową, ale aktywnie włącza się w aktualną debatę polityczną, dokonując w ich mniemaniu, celnego porównania między czasami PRL a obecnymi PiS. I wieszczą, przestrzegają, alarmują.
„…przy okazji Jan Holoubek (reżyser serialu – Z.T.) odsłania przed nami świat, w którym żyliśmy, który tak chętnie wymazaliśmy z pamięci, a który może wrócić. Świat układów, zamiatania pod dywan, korupcji, powiązań spętlających organy sprawiedliwości, media, polityków, cinkciarzy, szefów burdeli, esbeków, milicjantów. Prawda, prawo i sprawiedliwość nie bardzo mogą znaleźć sobie w nich miejsce.”
A pan Varga dodaje: „ zdawało mi się frajersko, że trup jego (PRL-u – Z.T.) jest ostateczny.
Teraz zorientowałem się, że mam w szafkach niedorzeczne zapasy papieru toaletowego, herbaty i mydła, a kusi mnie coraz silniej, by zakupić kilka kilo cukru, mimo iż od lat nie słodzę herbaty, ale wiadomo – cukier być musi, a w razie czego można go na coś równie cennego wymienić.”

 

Rojst obecny,

wspólny, powszechny, polski zafundowaliśmy sobie sami z własnej, nieprzymuszonej woli. I lepiej byłoby aby autorzy, zamiast doszukiwać się politycznych porównań z kryminalnego serialu zastanowili się, dlaczego w tym obecnym bagnie i błocie jesteśmy wszyscy tak utytłani.
Niedawno o PRL-u powiedział jeden z „żadnych i nijakich” – Andrzej Seweryn: „Żyliśmy w tamtym systemie, kochaliśmy, zdradzaliśmy i poświęcaliśmy się dla innych. To była moja ojczyzna.” Wszystkie opisane zachowania i deklaracja – szanowny panie Krzysztofie Varga – są pełne rozlicznych kolorystycznych odcieni.
A „Rojstowi” życzę co najmniej takich sukcesów emisyjnych jak serial ze Sławkiem Borowiczem-Bronisławem Cieślakiem, ale bez tych politycznych podtekstów, bzdurnych porównań i przestróg.

Nie zwalnia, ale już bierze wodę

Nasza gospodarka przypomina szybko płynący okręt, w którym pojawia się jednak coraz więcej dziur.

 

Tymi dziurami są niewypłacalności. Po podsumowaniach pięciu miesięcy tego roku nie widać jak na razie branż, w których nie mielibyśmy do czynienia ze wzrostem niewypłacalności.
Niestety, we wszystkich sektorach gospodarki następował on w tempie dwucyfrowym, stąd w całej gospodarce było ich o 17 proc. więcej niż przed rokiem.
To zjawisko stanowi polski ewenement. – W szerszej, światowej skali nie mamy do czynienia z aż tak ewidentną zmianą – zauważa Tomasz Starus z firmy ubezpieczeń handlowych Euler Hermes.

 

Plajtują prawie wszędzie

Od początku roku opublikowano informacje o niewypłacalności 406 polskich przedsiębiorstw wobec 347 w tym samym okresie ubiegłego roku (wzrost o 17 proc.). Chodzi tu o niewypłacalności obejmujące niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców.
Natomiast w samym maju 2018 r. w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 70 przypadkach niewypłacalności.
Tak więc, dynamika wzrostu liczby niewypłacalnych polskich firm nie zwalnia. W maju największy przyrost ich liczby miał miejsce, jak zauważa Euler Hermes, w produkcji i usługach – czyli praktycznie niemal wszędzie.
Wspólne są też tego przyczyny: niska rentowność i słaba kondycja finansowa plajtujących polskich firm (no bo, gdyby było inaczej, to by nie upadły) oraz ich otoczenia biznesowego. Do tego dochodzi wzrost kosztów działalności w budownictwie czy koncentracja w handlu, oznaczająca, że producenci mają coraz mniejsze szanse na wyższe ceny.

 

Niebezpiecznie na giełdzie

W usługach największa grupa niewypłacalnych firm, to przedsiębiorstwa specjalizujące się w obsłudze nieruchomości i inwestycji, naprawie i konserwacji maszyn, zbieraniu odpadów, naprawie samochodów, gastronomii i turystyce, reklamie i doradztwie dla firm.
Natomiast w produkcji najwięcej niewypłacalnych firm zajmowało się wytwarzaniem wyrobów dla budownictwa (z betonu, tarcicy, tworzyw sztucznych), obróbką metali, produkcją profili, konstrukcji i narzędzi, produkcją żywności.
Najwyższy wzrost liczby niewypłacalności dotyczy jak zwykle spółek akcyjnych – za pięć miesięcy wzrost aż o 53 proc. rok do roku, podczas gdy niewypłacalnych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością było w tym czasie więcej o 10 proc. W jakimś stopniu potwierdza to także słabość polskiego rynku kapitałowego.
Najtrudniej dobrze prosperować w województwach pomorskim, wielkopolskim oraz kujawsko-pomorskim. Tam liczba niewypłacalności rośnie najszybciej.

 

Wielcy upadają głośniej

Jeśli chodzi o efekt skali, to najwięcej niewypłacalności stosunkowo dużych firm wskazać można w budownictwie. Największa z tej branży „upadła spółka” osiągała nie tak dawno obroty rzędu 300 mln złotych.
W obróbce oraz handlu złomem i metalami, obroty niewypłacalnych firm wynoszą od 100 do 200 mln złotych. W produkcji materiałów budowlanych plajtują zaś przedsiębiorstwa z obrotami rzędu 60-100 mln złotych.
Polskim fenomenem jest tradycyjnie to, że mieszkaniówka bije kolejne rekordy, natomiast najczęściej wspomina się o kłopotach budownictwa – i wskazuje systemowe przyczyny jego problemów, takie jak wzrost kosztów materiałów czy wynagrodzeń pracowniczych i generalnie niedobór pracowników. Budownictwo jest najbardziej widoczne z powodu przeciągających się i zawieszanych remontów oraz odkładanych inwestycji.
Inne obszary gospodarki też jednak mają problemy – i w przekroju kilku miesięcy okazuje się, że pośród nich nie ma wyraźnie bezpiecznych branż.
– Główne przyczyny kłopotów to niska rentowność prowadzonej działalności, zwiększanie jej skali a nie wypracowywanego zysku, konkurowanie głównie ceną a nie innowacyjnością czy sprawnym serwisem – mówi Tomasz Starus.
Zwiększone obroty to wprawdzie dobra wiadomość – ale przed przychodami zwiększają one najpierw koszty, uwydatniając słabość finansową wielu polskich firm.

 

Nie wytrzymują zmian przepisów

Na to wszystko nakłada się ciągła przebudowa prawa w wielu dziedzinach: podatków, prawa pracy, ochrony danych osobowych.
Teoretycznie samo w sobie nie powinno to rodzić problemów dla przedsiębiorców, ale na pewno nie pomaga słabszym firmom, które ledwo trwają, a nawet mówiąc wprost – wegetują na rynku. Wielu przedsiębiorców wybiera w takiej sytuacji drogę niewypłacalności.
Często odbywa się to kosztem dostawców, narażając ich na straty i w efekcie powodując efekt domina. Nic nie wskazuje na to, aby w najbliższej przyszłości ten element ryzyka miał stracić na aktualności.