Sukcesy Chin w walce z epidemią wnoszą zaufanie i impet do światowej gospodarki

Obecnie w Chinach praca i produkcja są wznawiane, widać też stopniowe ożywienie w turystyce oraz konsumpcji. Po żmudnych wysiłkach chińska prewencja i kontrola epidemii przyniosły znaczące rezultaty. Oznaki chińskiej rewitalizacji gospodarczej są również inspirujące dla innych. Chińskie doświadczenie niesie z sobą cenne zaufanie oraz przyspieszenie dla gospodarki światowej w dobie koronawirusa.

Chiny są na etapie ożywienia gospodarczego i rozwoju. Do końca kwietnia 99,1 procent przedsiębiorstw w kraju, powyżej wyznaczonego poziomu, wznowiło produkcję, a 95,1 procent ich pracowników powróciło na miejsca pracy. Indeks menedżerów zakupów (PMI) dla sektora produkcyjnego wyniósł w ubiegłym miesiącu 50,8 procent. Badanie przeprowadzone przez Ministerstwo Handlu Chin, obejmujące ponad 8200 dużych zagranicznych firm w tym kraju, wykazało, że 76,6 procent z nich przywróciło 70 procent swojej produkcji do dnia 28 kwietnia.
Świat ma większe zaufanie co do odporności gospodarczej Chin po tym, jak kraj ten został poddany próbie pandemii. Gigantyczny rynek w Chinach, kompletna infrastruktura, a także potencjał wzrostu to wielki magnes dla kapitału zagranicznego i firm. Wiele z tych przedsiębiorstw potwierdza, że ich zaufanie i determinacja wobec długoterminowej działalności w Chinach pozostają niezmienione.
Według raportu Amerykańskiej Izby Handlowej w Chinach (AmCham China) z 2020 roku, Chiny nadal pozostają kluczowym rynkiem dla większości amerykańskich firm. Kolejny raport Amerykańskiej Izby Handlowej w południowych Chinach wykazał również, że 75 procent respondentów nie zmieni planów inwestycyjnych w Chinach pomimo pandemii.
Niemiecki kanał telewizyjny poinformował, że „made-in-China” pokazał swoje postępy naukowe w czasie pandemii, w postaci bardzo innowacyjnego i konkurencyjnego środowiska. Według białej księgi „American Business in China 2020” wydanej przez AmCham China 30 kwietnia, konsumpcja wewnętrzna Chin i coraz większa grupa społeczna o średnim dochodzie stanowią największą szansę dla amerykańskich przedsiębiorstw w Chinach, podczas gdy stabilność gospodarcza i reforma rynku pozostają na drugim miejscu. Witalność Chin, uwolniona dzięki innowacjom i reformom, pokazuje światu, że kraj ten wciąż stanowi ogromną szansę na rozwój.
Chiny to nie tylko ważna baza produkcyjna i rynek konsumpcyjny na świecie, ale także ważne centrum badawcze i centrum przemysłowe, które ma bardzo znaczącą pozycję w globalnych łańcuchach przemysłowych i dostawczych. Terminowe wznowienie produkcji przedsiębiorstw i powrót pracowników stopniowo pokazują postęp, zarówno pod względem produkcji, jak i konsumpcji. Pomaga to zmniejszyć obciążenia gospodarcze pandemii świata i w znacznym stopniu przyczynia się do ochrony stabilności globalnych łańcuchów przemysłowych oraz dostaw.
Bill Gates, współprzewodniczący Fundacji Bill & Melinda Gates powiedział, że gdy epidemia się rozprzestrzenia, podaż surowców farmaceutycznych na rynku nie jest przerywana. W rzeczywistości Chiny są obecnie najbardziej niezawodnym dostawcą składników medycznych.
Chiny apelują o silniejszą koordynację międzynarodowych polityk makroekonomicznych i opowiadają się za globalną współpracą w celu ochrony niezakłóconego handlu oraz ożywienia światowej gospodarki. Dotrzymują obietnic rozszerzenia reform i otwarcia, dalszej poprawy otoczenia biznesowego oraz rozszerzenia importu oraz inwestycji zagranicznych. W ten sposób strona chińska może promować wspólny dobrobyt świata dzięki otwartości i innowacyjności.
Ludzie mają przed sobą tą samą przyszłość. Chiny wzywają do wspólnych wysiłków, otwartej współpracy i wspólnego rozwoju światowej gospodarki w celu sprostania wyzwaniom narzuconym przez pandemię COVID-19. Targi Kantońskie odbędą się w czerwcu w trybie online, przez internet. Będzie to pierwszy taki przypadek w historii tego wydarzenia. 3. China International Import Expo odbędą się w Szanghaju w listopadzie. Oba te wydarzenia wskazują na rolę Chin jako stabilizatora i motoru światowej gospodarki.
Chiny, zdając egzamin z walki z pandemią, konsekwentnie kontynuują podróż po ścieżce wysokiej jakości rozwoju, który jest silny i doprowadzi świat do wspólnego postępu oraz dobrobytu.

Gospodarka 48 godzin

Chiny przyspieszą?
Spadek produktu krajowego brutto Chin wyniósł 6,8 proc. na koniec pierwszego kwartału 2020 r. w porównaniu z tym samym kwartałem ubiegłego roku. Natomiast w czwartym kwartale 2019 r. wzrost wyniósł 6,0 proc. Marcowy wynik to pierwszy zanotowany spadek kwartalny chińskiego PKB od niemal trzydziestu lat. Dane z chińskiej gospodarki sugerują, że przyśpieszanie działalności postępuje, ale może być nieco trudniejsze dla firm bezpośrednio powiązanych z konsumentami i handlem. Natomiast chińska produkcja przemysłowa zaskoczyła pozytywnie wszystkich ekspertów, bo w okresie styczeń – luty 2020 r. jej spadek wyniósł aż 13,5 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku, ale w marcu już tylko 1,1 proc. rok do roku. Stosunkowo mało ucierpiały również inwestycje, spadając w marcu bieżącego roku o 16,1 proc. Natomiast sprzedaż detaliczna w Chinach zmniejszyła się w marcu o 15,8 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. W okresie styczeń – luty 2020 r. spadek sprzedaży detalicznej był większy i wyniósł 20,5 proc. rok do roku. Jeśli wystąpi druga fala zakażeń koronawirusem, to może to oczywiście odwlec dalsze ożywienie, choć notuje się bardzo małą liczbę nowych potwierdzonych przypadków COVID-19 (ryzyko pochodzi głównie od przypadków importowanych). Eksperci Allianz i Euler Hermes spodziewają się, że pełne wznowienie chińskiej gospodarki nastąpi w czerwcu. Ostatnio produkcja nadal plasowała się poniżej zwykłych poziomów. Ożywienie chińskiej gospodarki może jednak ulec zatrzymaniu w wyniku niższego popytu zewnętrznego, ze względu na ograniczenia wprowadzone u partnerów handlowych Chin – a to z kolei może ograniczyć konsumpcję prywatną w Państwie Środka.

Dłuższe uziemienie
Co najmniej do 23 maja włącznie będzie obowiązywać zakaz regularnych lotów międzynarodowych i krajowych w Polsce, wprowadzony na mocy rozporządzenia Rady Ministrów. Pierwotnie miał zostać zniesiony już 10 maja, ale klimatyzacja w samolotach to niebezpieczne źródło zakażeń koronawirusem. Polskie Linie Lotnicze LOT już postanowiły, że nie będą latać jeszcze dłużej, bo co najmniej do 31 maja 2020 r. Zakaz lotów w Polsce zawiera jednak szereg ważnych wyjątków, a najważniejszym z nich jest z pewnością umożliwienie lotów czarterowych na zlecenie organizatorów turystyki (które siłą rzeczy nie mają regularnego, rozkładowego charakteru). Nie ma też ograniczeń dla lotów ratunkowych, repatriacyjnych, towarowych i policyjnych (dla ochrony porządku publicznego). Oczywiście bez żadnych przeszkód mogą latać notable z PIS-owskiego nadania (samolotami do 15 miejsc).

Polacy się nie przepracowują

I nie są też specjalnie chętni do szukania jakiegoś dodatkowego zatrudnienia. Wypoczynek jest ważniejszy.

Przeciętny tygodniowy czas pracy we wszystkich miejscach pracy (głównej i dodatkowej) wynosi w Polsce 40,6 godzin – podaje Główny Urząd Statystyczny. Wbrew powszechnym opiniom, nasi rodacy nie są więc jakoś przesadnie zaharowani – wychodzi niemal równo osiem godzin dziennie, przy weekendach wolnych od roboty. Nie jesteśmy też zbyt wydajni. Pod tym względem wyprzedzają nas Czesi, Słowacy czy Węgrzy, o krajach bardziej rozwiniętych już nie mówiąc.
Nieco zaskakuje natomiast, że tygodniowy czas pracy jest dłuższy wśród mieszkańców polskiej wsi (42,1 godz.) niż miast (39,7 godz.). Kobiety pracują krócej niż mężczyźni (odpowiednio: 38,6 godz. i 42,2 godz.) – bo po pracy zawodowej przechodzą do darmowej pracy domowej. Analiza struktury ludności Polski w wieku 15 lat i więcej, pokazuje, że na koniec III kwartału ubiegłego roku, w porównaniu z III kwartałem 2018 r. zwiększył się udział pracujących, ale także i biernych zawodowo, wśród wszystkich mieszkańców naszego kraju. Zmniejszył natomiast – udział osób bezrobotnych. Na przestrzeni roku spadła stopa bezrobocia oraz odsetek ludzi długotrwale poszukujących pracy – podaje GUS.
Bierni zawodowo to ta część społeczeństwa, którą stanowią osoby w wieku powyżej 15 lat (nie ma górnej granicy wieku) nie pracujące i nie będące bezrobotnymi. Naturalnie więc głównym powodem bierności jest osiągnięcie wieku emerytalnego. Tak więc, najczęściej występującymi przyczynami bierności zawodowej są obowiązki rodzinne (zwłaszcza opieka nad małymi dziećmi), choroba lub niepełnosprawność, nauka i uzupełnianie kwalifikacji oraz oczywiście emerytura. W III kwartale 2019 r. ludność aktywna zawodowo w wieku 15 lat i więcej liczyła 17151 tys. osób i zwiększyła się w porównaniu z II kwartałem 2019 roku o 120 tys. Populacja osób biernych zawodowo w wieku 15 lat i więcej liczyła zaś 13124 tys. – oblicza Główny Urząd Statystyczny. Współczynnik aktywności zawodowej w III kwartale 2019 r. wyniósł 56,7 proc.
Tak jak w poprzednich kwartałach, znacznie wyższy współczynnik aktywności zawodowej odnotowano wśród mężczyzn niż wśród kobiet (65,6 proc. wobec 48,5 proc.). W porównaniu z ubiegłym rokiem liczba osób pracujących zwiększyła się wśród mężczyzn, a wśród kobiet zmniejszyła się (efekt programu 500 plus). Prawie 72 proc. ogółu osób pracujących posiada wykształcenie co najmniej średnie. Wśród polskich kobiet udział takich osób jest znacząco wyższy niż wśród mężczyzn – 81,1 proc. wobec 64,5 proc. Osoby legitymujące się wykształceniem wyższym stanowią zaś 36,5 proc. ogółu pracujących. Jako najemni pracuje 13269 tys. osób, czyli 79,8 proc. ogółu pracujących. Liczba pracujących na własny rachunek wynosi zaś 2987 tys. (18 proc. ogółu pracujących). Pomagający bezpłatnie członkowie rodzin to grupa licząca 362 tys. osób.
Mężczyźni najczęściej pracują w przetwórstwie przemysłowym (co czwarty z nich), natomiast kobiety – w działalności związanej z handlem (17,3 proc.). Generalnie, zarówno wśród mieszkańców miast, jak i wsi najczęstsza jest praca w przemyśle (odpowiednio 19,3 proc. i 21,6 proc.). W więcej niż jednym miejscu pracy pracuje 840 tys. osób. Udział tych bardziej zapracowanych w liczbie pracujących ogółem wynosi tylko 5,1 proc. Jak widać, nie jest tak, że Polacy muszą harować na paru posadach, żeby związać koniec z końcem.
Prace dodatkowe częściej wykonują mężczyźni niż kobiety (6,0 proc. ogółu pracujących mężczyzn wobec 3,8 proc. kobiet) oraz mieszkańcy wsi niż miast (odpowiednio: 7,4 proc. i 3,5 proc.). Praca dodatkowa wykonywana jest najczęściej w rolnictwie (43,1 proc. ogółu pracujących dodatkowo) – co oczywiste, ze względu na sezonowe nasilenie robót polowych – a następnie w opiece zdrowotnej i pomocy społecznej (10,4 proc.) oraz edukacji (9,2 proc.). Polacy generalnie nie są przesadnie skłonni do zmieniania miejsca i rodzaju zatrudnienia. Pod koniec ubiegłego roku innej pracy niż obecnie wykonywana poszukiwało zaledwie 205 tys. osób, co stanowiło 1,2 proc. pracujących.
Najważniejszą przyczyną poszukiwania nowej pracy jest oczywiście chęć poprawy własnych zarobków. Powód ten wskazało 110 tys. osób, czyli 53,7 proc. ogółu poszukujących innej pracy. Drugą pod względem wielkości grupę stanowiły osoby poszukujące lepszych warunków pracy innych niż finansowe (np. bliższy dojazd) – 34 tys. osób (16,6 proc.), kolejną – osoby poszukujące pracy zgodnej z kwalifikacjami – 14 tys. osób (6,8 proc.).
Liczba Polaków, szukających nowej pracy, którzy planują przeniesienie się w tym celu do jakiegoś kraju Unii Europejskiej, to około 30 tys. osób (14,6 proc. wszystkich poszukujących innej pracy). Na ogół są to dobrze wykwalifikowani specjaliści, którzy wiedzą, że zagraniczny wyjazd zarobkowy będzie dla nich szansą na rozwój i większe pieniądze.
W 2019 r. utrzymały się korzystne tendencje na rynku pracy. Zarówno liczba pracujących w gospodarce narodowej, jak i przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wzrosły, choć w mniejszym stopniu niż w poprzednim roku. Dalszemu ograniczeniu uległo bezrobocie rejestrowane. Pojawiają się też jednak sygnały, że niedługo może się zacząć zmieniać sytuacja na rynku pracy. Bezrobocie w naszym kraju wprawdzie wciąż spada, ale już coraz wolniej – i wciąż dotyka ponad pół miliona Polaków. .Jak podaje GUS, w okresie ostatniego roku bezrobocie zmniejszyło się wśród mężczyzn, natomiast zaobserwowano jego wzrost wśród kobiet. Wciąż jednak większość bezrobotnych stanowią mężczyźni – ich udział na koniec trzeciego kwartału 2019 r. wyniósł 51,3 proc. Na wsi bezrobocie jeszcze się zmniejsza – ale wśród mieszkańców miast stopa bezrobocia pozostała już na poziomie sprzed roku. Mnożą się także oznaki zapowiadające spowolnienie naszej gospodarki. Dynamika produkcji sprzedanej przemysłu oraz sprzedaży detalicznej była wolniejsza niż w 2018 r. – czyli zaczyna słabnąć popyt konsumpcyjny, główny element nakręcający koniunkturę w Polsce. Szybki wzrost cen sprawia bowiem, że coraz wolniej rośnie siła nabywcza naszych zarobków.
Wolniej niż przed rokiem zwiększa się produkcja budowlano-montażowa – czyli wciąż nie można liczyć na wyraźny wzrost inwestycji. Również obroty towarowe z zagranicą wzrosły w słabszym tempie niż w 2018 r.

Sojusz PiS-u z rosyjskim węglem

Tak się jakoś składa, że polityka energetyczna rządu Prawa i Sprawiedliwości, choć szkodliwa dla Polski, jest bardzo korzystna dla rosyjskiego eksportu węgla kamiennego do naszego kraju. I przynosi efekty.

Polskie elektrownie są wyeksploatowane i wykorzystują głównie tzw. surowce wysokoemisyjne, czyli zatruwające powietrze. W 2015 r. udział węgla kamiennego i brunatnego w produkcji energii elektrycznej w Polsce wynosił 81 proc. Dziś jest nieco mniejszy – 75 proc.
Nieuchronne jest wyłączenie z eksploatacji najbardziej przestarzałych i zanieczyszczających środowisko bloków energetycznych, oraz zastąpienie ich nowymi urządzeniami wytwórczymi.
To duże wyzwanie dla całego sektora, ale jednocześnie stwarza szansę na zróżnicowanie stosowanego paliwa, unowocześnienie energetyki oraz zmniejszenie jej uciążliwości dla zdrowia ludzi i dla środowiska. Problemem jest jednak wielka skala modernizacji, zapewnienie pieniędzy na tak duży zakres przedsięwzięć inwestycyjnych oraz długi czas ich realizacji.
Czas na modernizację
Z powodu kiepskiego stanu technicznego, w latach 2020-2035 powinna nastąpić likwidacja bloków energetycznych wybudowanych w latach siedemdziesiątych. Wytwórcy energii deklarowali, że w latach 2014-2028 podejmą się budowy nowych bloków o mocy 10,5 GW, za około 54 mld zł oraz modernizacji elektrowni, co wymaga nakładów na poziomie około 12 mld zł. Jednakże w latach 2010-2014 przedsiębiorcy zrezygnowali z budowy 10 nowych bloków energetycznych, tłumacząc to zbyt dużym ryzykiem cenowym i regulacyjnym. Nie wiedzą bowiem, jakie będzie otoczenie prawne rynku energii i jego uczestników za kilka czy kilkanaście lat – co można zrozumieć, bo w kraju o tak często zmieniających się przepisach jak w Polsce, trudno porywać się na długofalowe inwestycje.
Polska nie ma wyjścia i musi stopniowo odchodzić od węgla. Prawo i Sprawiedliwość pragnie maksymalnie opóźnić proces eliminowania węgla z naszej gospodarki, co jest na rękę Rosji, z której importujemy coraz więcej węgla. Wydaje się jednak, że mimo starań obecnych rządów Polski i Rosji, nieuniknione jest stopniowe odchodzenie od węgla w naszym kraju.
Polityka Unii Europejskiej zmierza do zasadniczej transformacji systemu energetycznego w Europie, dążąc do zmniejszenia negatywnego wpływu energetyki na środowisko. Wiąże się to z koniecznością odejścia od gospodarki opartej na paliwach kopalnych, w szczególności właśnie na węglu..
Zużycie energii elektrycznej w UE wzrosło w 2018 r. tylko nieznacznie – o 0,2 proc. – w porównaniu z 2017 r. i wyniosło 3 276 TWh (terawatogodzin). Do najistotniejszych zmian w tzw. europejskim miksie energetycznym należy zaliczyć wzrost produkcji energii z wiatru (o 22 TWh), przy czym aż 90 proc. tego wzrostu to wiatry w trzech krajach (Niemczech, Wielkiej Brytanii i Francji).
W ciągu ostatnich ośmiu lat produkcja energii elektrycznej opartej o węgiel kamienny spadła w skali UE o 9 proc., tj. o 34 TWh (do poziomu 324 TWh), natomiast wykorzystującej węgiel brunatny aż o 40 proc. Przełożyło się to na spadek emisji dwutlenku węgla w sektorze energetycznym zaledwie o 5 proc. Jak widać, gra wydaje się niewarta świeczki, bo wydawanie ogromnych pieniędzy na osiągniecie tak nikłego efektu jet mało racjonalne. W dodatku, dwutlenek węgla nie jest gazem trującym, zaś ograniczanie jego emisji jest wynikiem wiary w teorię, że na świecie rośnie temperatura, za co odpowiedzialny jest człowiek, emitując do atmosfery coraz więcej gazu cieplarnianego jakim jest CO2.
Teoria jest naciągana, po przy rocznej emisji CO2 na Ziemi wynoszącej 0,55 biliona ton, działania ludzkie są odpowiedzialne jedynie za 0,04 biliona ton. Zyskała jednak rangę obowiązującej polityki więc nie warto z nią dyskutować.
Polska nie zmieni więc kierunku energetycznego Unii Europejskiej, a najbardziej rozwinięte państwa unijne są zainteresowane rosnącymi możliwościami sprzedaży swych nowoczesnych instalacji energetycznych. Niestraszne im też są wielkie pieniądze, jakich wyłożenia wymagać będzie odchodzenie od węgla – zwłaszcza, że to nie one, a głównie Polska będzie musiała je wydać.
Może zabraknąć
Dotychczasowa skala inwestycji w budowę i modernizację źródeł wytwarzania energii elektrycznej odpowiadała potrzebom polskiej gospodarki. Jednak w ocenie Najwyższej Izby Kontroli, zapewnienie bezpieczeństwa dostaw uzależnione jest przede wszystkim od terminowej budowy nowych bloków energetycznych.
Tymczasem brak stosownej strategii działań administracji rządowej, zaostrzające się kryteria ekologiczne Unii Europejskiej, zmienność regulacji prawnych wpływających na decyzje inwestycyjne oraz trudności i znaczne opóźnienia przy realizacji niektórych inwestycji rodzą ryzyko braku energii elektrycznej w przyszłości.
Według najnowszego Raportu o Stanie Unii Energetycznej opracowanego w kwietniu 2019 r. przez Komisję Europejską, gospodarka UE jest na dobrej drodze do zrealizowania założeń Porozumienia Paryskiego, polegających na zmniejszeniu o 20 proc. emisji gazów cieplarnianych w stosunku do poziomu z 1990 r.
W 2017 r. jedenaście krajów członkowskich UE osiągnęło już udział energii odnawialnej powyżej celu na 2020 r.
Według raportu Polska jest w grupie jedenastu innych krajów, mających problemy z rozwojem produkcji energii ze źródeł odnawialnych.
W 2016 r. Komisja Europejska przedstawiła projekt tzw. pakietu zimowego – dokumentów wytyczających kierunki polityki energetycznej Unii Europejskiej na lata 2020-2030.
Pakiet wprowadza m. in. normę ograniczającą w praktyce możliwość udzielenia wsparcia po 2025 r. dla produkcji energii z paliwa o emisyjności powyżej 550 gramów CO2 na kilowatogodzinę. Normy takiej nie spełnia obecnie żadna polska elektrownia na węgiel kamienny lub brunatny.
Stawiamy na rosyjski węgiel
W 2018 r. Polska była szóstym największym konsumentem energii elektrycznej w UE. Była też po Niemczech drugim krajem w Unii co do ilości wyprodukowanej energii elektrycznej opartej na węglu kamiennym (80 TWh) i brunatnym (49 TWh).
Przy czym Polska była jedynym w UE krajem, w którym odnotowano wzrost produkcji w oparciu o węgiel kamienny (o 2 TWh). Niemcy w tym samym czasie wyprodukowały o 11 TWh mniej energii z tego paliwa.
Jednocześnie w Polsce odnotowano spadek produkcji energii z węgla brunatnego o 3 TWh, z elektrowni wodnych o 1 TWh. zaś wiatrowych o 2 TWh. Taki jest efekt polityki rządu PiS, bardzo korzystnej dla rosyjskiego węgla.
Polska gospodarka plasuje się na drugim miejscu (za estońską) pod względem emisyjności. W 2018 r. emisyjność była na poziomie 682 gramów CO2/kWh i wzrosła o 1 proc. w porównaniu z 2017 r. Średnia dla UE wynosiła wówczas 296 gCO2/kWh i była niższa o 5 proc. w porównaniu z 2017 r.
W całej Unii produkcja energetyki jest więc coraz czystsza, a w Polsce coraz brudniejsza. To szkodzi zdrowiu Polaków, ale pomaga sprzedaży rosyjskiego węgla.

Przemysł słabnie gospodarka kwitnie

Wskaźniki koniunktury się pogarszają, ale tempo polskiego rozwoju należy do najszybszych w Europie. Jak widać oceny to jedno, a rzeczywistość drugie.

W 2019 r. wskaźnik MI, prezentujący kondycję polskiego sektora przemysłowego, (oparty na opiniach kadry kierowniczej ponad 200 przedsiębiorstw przemysłowych) był najniższy od kryzysu na światowych rynkach finansowych w latach 2008-2009.
Od początku roku przedsiębiorcy sygnalizowali problemy z nowymi zamówieniami, szczególnie tymi płynącymi z rynków zagranicznych. To nie dziwi patrząc na kondycję gospodarek naszych głównych partnerów handlowych. Grudzień 2019 r. był 17-tym miesiącem z rzędu spadku zamówień od klientów z zagranicy.
W ostatnich miesiącach 2019 r. menedżerowie wskazywali jednak także na osłabienie popytu na polskim rynku, co zaskakuje ze względu na rosnące dochody rozporządzalne gospodarstw domowych w wyniku wzrostu wynagrodzeń (o 6,7 proc. w ciągu 11 miesięcy), a także zwiększonych transferów socjalnych (dodatkowa emerytura, 500+ na każde dziecko) i obniżenia pierwszej stawki PIT do 17 proc.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, słabnące zamówienia przekładały się na spadki liczby nowych miejsc pracy. A rosnące koszty osłabiały standing finansowy firm przemysłowych. Wpływało to także na zmniejszenie zakupów przedsiębiorstw.
Prognozy dotyczące przyszłej produkcji były w końcu 2019 r. dosyć pesymistyczne – listopadowy i grudniowy odczyt wskaźnika przyszłej produkcji były jednymi z najsłabszych w 21-letniej historii badań PMI. To musi niepokoić z perspektywy 2020 r. Powodów do niepokoju jest znacznie więcej. Co prawda USA i Chiny jeszcze w styczniu mają podpisać pierwszą część porozumienia handlowego, które powinno wprowadzić większą przewidywalność na rynkach finansowych, i generalnie w gospodarce światowej. Jednak doświadczenia ostatnich dwóch lat każą ostrożnie podchodzić do finału porządkowania relacji między tymi dwiema największymi gospodarkami. Wiemy także, że z końcem stycznia Wlk. Brytania wyjdzie z Unii Europejskie. Nie wiemy jednak na jakich ostatecznie warunkach się to odbędzie, co ma ogromne znaczenie dla biznesu. Warto przypomnieć, że Wlk. Brytania to trzeci rynek dla polskich eksporterów, lokujemy tam około 6 proc. polskiego eksportu. W tych dwóch obszarach biznes wie zatem już nieco więcej, ale daleko jeszcze do stabilizacji.
Natomiast na własnym podwórku przedsiębiorstwa mają znacznie większy, bo już pewny, ból głowy. Chociażby koszty związane z wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych w średnich firmach (od 1 stycznia) i małych firmach (od 1 lipca), drastyczny wzrost kosztów energii elektrycznej, wzrost kosztów paliwa w wyniku wzrostu opłaty paliwowej. Do tego dochodzi ciągła niepewność regulacyjna, polityczna i obawy związane z praworządnością, co z perspektywy biznesu ma ogromne znacznie.
Trudno się dziwić, że w pogarszającym się otoczeniu kadra kierownicza przedsiębiorstw przemysłowych coraz wyraźniej prezentuje swoje obawy. Zobaczymy to w słabości inwestycji firm, co odbije się silnie na dynamice wzrostu gospodarczego w 2020 r.
I co znacznie ważniejsze, na zdolności polskich przedsiębiorstw do konkurowania tak na rynkach zewnętrznych, jak i na naszym własnym rynku.

Czeka nas trudny rok

Polityka gospodarcza rządu PiS w połączeniu z pogorszeniem koniunktury w Europie spowoduje wyraźny spadek tempa wzrostu w Polsce. Ale to już będzie po wyborach.

We wrześniu 2019 r. wskaźnik PMI (pokazujący aktywność gospodarczą w sektorze produkcyjnym) wyniósł 47,8. W lipcu br. był jeszcze niższy (47,4). To najsłabsze oceny kondycji polskiego przemysłu od niemal sześciu lat.
Przemysł, w opinii kadry kierowniczej firm produkcyjnych w Polsce, znajduje się w coraz trudniejszej sytuacji. Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, problemem są bardzo szybko spadające zamówienia, tak z zagranicy, co nie jest nowością, jak także i z Polski. Rośnie poziom zapasów wyrobów gotowych.
Produkcja jeszcze jakoś sobie radzi, bo firmy likwidują zaległości. Za chwilę to się jednak skończy, gdyż stare zamówienia zostaną zrealizowane. Dlatego przedsiębiorstwa obniżają poziom zapasów środków produkcji. Nie chcą zamrażać kapitału, aby nie zmniejszać swojej płynności finansowej, gdy przed nimi znacznie gorszy okres. Nieznacznie, ale jednak spadło także zatrudnienie.
Jednocześnie ciągle rosną koszty pracy, koszty energii oraz podatki i opłaty (dane Głównego Urzędu Statystycznego). Trudno się dziwić, że ta sytuacja przekłada się na wzrost konkurencji na rynku. A stąd blisko do zatorów płatniczych, kłopotów z wypłacalnością i wzrostu liczby upadłości.

Nowi sobie poradzą?

Jak mówią rządzący politycy, jeśli przedsiębiorcy sobie nie radzą, to powinni zrezygnować z prowadzenia działalności gospodarczej. Na ich miejsce przyjdą nowe przedsiębiorcze elity, które sobie poradzą.
Spadek nowych zamówień eksportowych wynika z wyraźnie słabnącego przemysłu u naszych głównych partnerów handlowych. W krajach strefy euro, gdzie lokujemy prawie 60 proc. naszego eksportu towarów, wskaźnik PMI spadł kolejny miesiąc z rzędu, do poziomu 45,7.
Spoza strefy euro, w Czechach, u naszego drugiego co do wielkości partnera handlowego, wskaźnik PMI wyniósł we wrześniu 44,9. W Rosji (siódmy partner handlowy) PMI był na poziomie 46,3. Jak widać wszędzie przemysł ma kłopoty.
Ale polski przemysł to przecież nie tylko eksport. Mamy duży rynek, rosnące dochody rozporządzalne gospodarstw domowych w wyniku rosnących płac i ciągłego zwiększania transferów społecznych (tzw. 13 emerytura, 500 + na pierwsze dziecko).
To oznacza ciągle silny popyt – spożycie indywidualne wzrosło w pierwszych 6. miesiącach br. o 4,1 proc. r/r. Sprzedaż detaliczna w okresie styczeń-sierpień 2019 r. wzrosła o 5,9 proc. A jednak przemysł obawia się przyszłości.

Kłopoty przyjdą w kolejnych latach

Prognozy na najbliższe 12 miesięcy są najsłabsze od 2012 r. (czyli od początku wprowadzenia do wskaźnika PMI komponentu dotyczącego oceny przyszłości). A prognozy te były przedstawiane jeszcze przed decyzjami o wzroście wynagrodzenia minimalnego w 2020 r. do poziomu 2600 zł (z 2250 zł w 2019 r.), a w kolejnym roku do 3 tys., aby w 2024 r. osiągnąć poziom 4 tys. Były one przedstawiane przed przyjęciem projektu budżetu państwa na 2020 r. przez rząd, w którym zaplanowane jest zniesienie limitu 30-krotności dla składek na ubezpieczenia społeczne, a także przed informacją o szacowaniu składek przedsiębiorców na ubezpieczenia społeczne na poziomie uzyskanego dochodu.
Wszystko to podnosi koszty działalności przedsiębiorstw. Do tego dochodzą pracownicze plany kapitałowe, które od przyszłego roku obejmą średnie, małe i mikro firmy.
Osłabienie koniunktury gospodarczej w Europie w połączeniu z rosnącymi obciążeniami nakładanymi na przedsiębiorstwa w Polsce, będzie prowadzić do problemów, które zmaterializują się w 2020 r. zdecydowanie niższym wzrostem gospodarczym.

 

Konkurencja na polu

Polska żywność podbiła Europę, ale bez koniecznych zmian strukturalnych może zostać w przyszłości skutecznie wyparta z wielu zagranicznych rynków.

Polska należy do największych producentów rolnych Unii Europejskiej: zajmuje wysoką szóstą pozycję wśród 27 krajów członkowskich.
W 2004 roku, gdy wchodziliśmy do UE, wartość produkcji rolnej w Polsce wyniosła 14,5 mld euro i stanowiła zaledwie 4,5 proc. łącznej wartości produkcji pozostałych 27 państw, które dziś oprócz nas tworzą Unię.
Dwanaście lat później, w 2016 r. Polska osiągnęła obecne miejsce, a ze względu na wzrost wartości produkcji (18,3 mld euro), jej udział w produkcji pozostałych 27 państw zwiększył się do 5,6 proc.

Potrzebne większe gospodarstwa

Ówczesne obawy, że polskie rolnictwo i gospodarka żywnościowa przegrają walkę konkurencyjną na jednolitym rynku europejskim, okazały się nieuzasadnione, co dobitnie pokazują dane statystyczne.
Produkty polskiego rolnictwa to – obok dominacji na rynku krajowym – również ważna część polskiego eksportu, który tylko do krajów członkowskich UE w latach 2004 – 2018 zwiększył się ponad pięciokrotnie – z 5,2 mld euro do 29,3 mld euro. Osiągnięcia są więc niepodważalne.
Takie wnioski płyną z raportu „Struktura polskiego rolnictwa na tle Unii Europejskiej” przygotowanego przez Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej i Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Raport podkreśla jednak, że w najbliższych latach będą narastać problemy ekonomiczne i społeczne polskiego rolnictwa.
Bez wprowadzenia niezbędnych zmian w strukturach obszarowych i ekonomicznych może ono, tak jak się wcześniej obawiano, przegrać jednak walkę konkurencyjną z Europą, a dotychczasowe osiągnięcia zostaną przekreślone.
Największym z tych problemów są niewydolne dochodowo struktury obszarowe i ekonomiczne polskiego rolnictwa. Jak wynika z analiz, blisko 90 proc. gospodarstw (ponad 1,2 mln), nie zapewnia ich właścicielom dochodów na satysfakcjonującym poziomie.
Jest to przede wszystkim skutkiem zbyt małej powierzchni użytkowanych gruntów, ale także z niezbyt wysokiego poziomu intensywności gospodarowania.
Z raportu wyłania się również obraz ograniczonych dochodowo gospodarstw zajmujących się produkcją zwierzęcą.

Za mało krów i świń

Za opłacalny w obecnych warunkach, polscy rolnicy uznają chów co najmniej 400 sztuk trzody. W przypadku krów mlecznych, za minimalne opłacalne stado uznają oni 20 sztuk. Są to jednak wielkości znacznie mniejsze niż w większości państw Unii Europejskiej, co siłą rzeczy sprawia, że w polskich warunkach wyższe są jednostkowe koszty chowu.
Niestety, tylko nieliczne polskie gospodarstwa (zaledwie 2 proc.) prowadziły ostatnich latach hodowlę w skali zapewniającej satysfakcjonujący dochód – aż 98 proc. miało bowiem stada mniejsze niż 400 sztuk. Z kolei chów krów mlecznych prowadzony był przez blisko 335 tys. gospodarstw, z których 90 proc. miało stada poniżej 20 sztuk.
Autorzy raportu prognozują, że większość tych gospodarstw w dłuższej perspektywie będzie rezygnować z uciążliwego, a nie zapewniającego satysfakcjonującego dochodu, chowu zwierząt. Jednym z prawdopodobnych scenariuszy jest wypadanie gospodarstw z produkcji w wyniku zmian pokoleniowych.

Przyszłość poza rolnictwem

Młodzi, ambitni i dobrze wykształceni ludzie na wsi nie będą chcieli przejmować rodzinnych gospodarstw, mając świadomość, że skazują siebie i swoją rodzinę na życie na niskim poziomie, zwłaszcza jeśli będą mieli możliwość znalezienia lepszej pracy poza rolnictwem. Przykładem tego procesu jest regres rolnictwa Podkarpacia, gdzie obok utrudnień przyrodniczych i dużego rozdrobnienia, występuje wiele barier utrudniających włączanie gospodarstw wygaszających produkcję do większych i silniejszych ekonomicznie. Chodzi na przykład o wysokie w stosunku do wartości ziemi koszty formalnej likwidacji gospodarstwa rolnego.
Pytanie, czy produkcja likwidowanych gospodarstw zostanie zrekompensowana produkcją gospodarstw prowadzących chów w wielkościach zapewniających satysfakcjonujące dochody? Jeśli nie, konieczny będzie wzrost importu mięsa do Polski.
Polskie rolnictwo wymaga zwiększenia obszaru gospodarstw i podniesienia efektywności produkcji. Poprawa struktury obszarowej rolnictwa to proces wieloletni, a jego przyspieszanie jest bardzo trudne. Łatwiej natomiast poprawić strukturę produkcji zwierzęcej, czemu mogłoby sprzyjać, w uzasadnionych przypadkach, wsparcie finansowe inwestycji hodowlanych.
Nasze rolnictwo także i dlatego może zacząć z czasem odstawać od unijnej konkurencji, że w innych państwach Unii Europejskiej jest znacznie szybsze tempo przekształceń strukturalnych. Zwłaszcza jeśli chodzi o państwa znajdujące się w tej samej strefie klimatycznej – Niemcy, Danię, Belgię, Holandię czy Francję. Tam następuje wzrost powierzchni gospodarstw oraz poprawa intensywności hodowli.
Niestety, Polski nie stać, inaczej niż Szwajcarii, na utrzymywanie nieopłacalnej hodowli krów na terenach górskich z powodów środowiskowych i kulturowych.

Pesymizm był uzasadniony

Okazało się, że wskaźnik, sygnalizujący stopniowe pogarszanie sytuacji w polskim przemyśle, mówił prawdę.

W czerwcu 2019 r. produkcja sprzedana przemysłu spadła o 2,9 proc. w stosunku do czerwca 2018 r. W stosunku do maja br. spadek był już znacznie silniejszy, bo o 5,9 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Czerwiec to zawsze był bardzo dobry miesiąc dla produkcji sprzedanej przemysłu w Polsce. Od 2005 r. spadła ona w czerwcu jedynie w 2009 r., co nie dziwi, bo był to rok silnego osłabienia gospodarki w wyniku kryzysu na rynkach finansowych na świecie.
Teraz nie mamy kryzysu, wręcz przeciwnie – gospodarka rośnie w tempie ok. 4,5 proc. w skali roku. A mimo to produkcja sprzedana przemysłu zaczęła spadać.
Mało nowych zamówień
Pogarszanie się sytuacji w przemyśle od listopada 2018 r. sygnalizował wskaźnik koniunktury PMI.
Jest to wskaźnik menadżerów, tworzony w oparciu o odpowiedzi na kwestionariusze przesyłane kadrze kierowniczej w ponad 200 firmach produkcyjnych, dotyczące kształtowania się sytuacji gospodarczej. Grupa respondentów ustalana jest w oparciu o udział ich branży w tworzeniu naszego produktu krajowego brutto i wielkości zatrudnienia w tych firmach.
Tego osłabienia pokazywanego przez wskaźnik koniunktury nie było natomiast widać w realnych danych – czyli w dynamice produkcji sprzedanej przemysłu, która od listopada 2018 r. do maja 2019 r. pokazywała siłę tego sektora gospodarki (produkcja sprzedana przemysłu rosła średnio miesięcznie o ok. 6 proc.).
Zastanawiająca była tak duża i długo trwająca luka między niskimi ocenami bieżącej i najbliższej sytuacji w przemyśle, dokonywanymi przez menedżerów logistyki, a bardzo dobrymi realnymi wynikami produkcji sprzedanej przemysłu.
Dobre wyniki produkcji sprzedanej przemysłu pokazywane przez GUS były prawdopodobnie efektem finalizowania długoterminowych kontraktów przez przedsiębiorstwa przemysłowe. Słabe wskaźniki PMI sygnalizowały natomiast spadek nowych zamówień, przede wszystkim tych eksportowych, ale także krajowych.
Nietypowy, silny regres
Czerwcowe dane pokazują, że prawdopodobnie przemysł zakończył realizację starych kontraktów, a nowych nie przybywa na tyle, aby produkcja sprzedana rosła.
Na 34 działy przemysłu tylko w 14 odnotowano wzrost produkcji sprzedanej.
W grupie wykazującej spadki są branże eksportowe: produkcja pojazdów samochodowych (spadek o 8,5 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku), produkcja mebli (spadek o 6,2 proc.), produkcja metali, produkcja wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych.
Czerwiec to co prawda dopiero pierwszy miesiąc spadku produkcji sprzedanej przemysłu od kwietnia 2017 r., ale spadek ten był bardzo silny i nietypowy, bo nastąpił przy wysokim wzroście PKB, a także w miesiącu w którym spadków nie było, poza wspomnianym 2009 r.
To powinno niepokoić, bo przemysł generuje ok. 25 proc. wartości dodanej brutto i pracuje w nim 30 proc. pracowników w Polsce.
Niestety, nie mamy wpływu
Jak widać oceny menedżerów, wyrażane we wskaźniku PMI są budowane na solidnej wiedzy o tym, co dzieje się w ich branżach i w ich firmach. Uwzględniają nie tylko to, co już jest w portfelach zamówień, ale także to, co potencjalnie może do nich trafić. A tu oceny są pesymistyczne.
Polska gospodarka, w tym polski przemysł, nie są odporne na sytuację u naszych głównym partnerów biznesowych. Nie są też odporne na destabilizację sytuacji w polityce, przekładającą się na brak stabilności prawa, które jest podstawą działania firm.
Na sytuację u naszych zagranicznych partnerów biznesowych nie mamy wpływu, ale na stabilność polityczną i regulacyjną powinniśmy mieć. A tak nie jest.

Produkujmy zamiast importować

Problem braku leków w polskich aptekach będzie się zawsze powtarzał, jeśli nie wrócimy do ich produkowania w naszym kraju.

Rząd PiS nie jest sobie w stanie poradzić z brakiem leków w aptekach i szpitalach.
W maju 2019 r. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii opracowało projekt działania Refundacyjnego Trybu Rozwojowego, czyli narzędzia wsparcia rozwoju przemysłu farmaceutycznego w Polsce i przekazało go Ministrowi Zdrowia. Niestety, został on przez ministra Łukasza Szumowskiego odrzucony i wszystko wskazuje na to, że w tej kadencji Sejmu nie zostanie przyjęty. Jakieś zakulisowe rozgrywki w łonie PiS-owskich decydentów odbijają się więc na polskich pacjentach
Tymczasem bez instrumentów wsparcia, przemysł farmaceutyczny w naszym kraju nie będzie się rozwijać, ponieważ przegra konkurencję z tańszymi produktami z Azji. Producenci chińscy zawsze będę wygrywać z nami ceną, bo koszty wytwarzania leków są u nich niższe.
Niewykorzystanie potencjału przemysłu farmaceutycznego, który posiadamy będzie olbrzymią stratą nie tylko dla naszej gospodarki, ale również dla polskich pacjentów. Tylko rodzima produkcja może zagwarantować ciągłość dostaw wysokiej jakości produktów, a także wzrost polskiego PKB, nowe miejsca pracy i poprawę bilansu handlu zagranicznego. Warto więc wspierać produkcję leków w kraju, bo to się zwyczajnie opłaca. A czas działa na niekorzyść Polski, ponieważ wiele innych krajów wdraża zachęty do produkcji leków na ich terenie.
Niestety, resort zdrowia traktuje krajowych wytwórców na równi z chińskimi i hinduskimi, tłumacząc całkowity brak wsparcia rodzimej produkcji, niewystarczającym budżetem oraz brakiem wytycznych ze strony resortów odpowiedzialnych za gospodarkę.
Ta krótkowzroczna polityka pozornych oszczędności daje nie tylko efekt zaprzepaszczenia szansy zbudowania w naszym kraju nowoczesnego centrum produkcji leków, ale grozi także zachwianiem bezpieczeństwa lekowego Polski.
Warto stworzyć zachęty zarówno do produkcji leków jak i substancji czynnych, bo Polska ma po temu kompetencje i możliwości. Mogłoby się to stać naszą polską specjalizacją. Rząd PiS powinien wreszcie wyciągnąć wnioski z błędu, jakim było uzależnianie się od chińskich i hinduskich producentów leków.

Przemysł radzi sobie coraz lepiej

Kraje wysoko rozwinięte są skazane na wolniejszy rozwój. Polska, znajdując się na znacznie niższym pułapie, wciąż zachowuje szanse na znaczące przyśpieszenie.

Pierwsze pięć miesięcy tego roku pokazało, że polski przemysł ciągle dobrze sobie radzi – mimo spowolnienia w gospodarkach głównych partnerów handlowych w Unii Europejskiej, gdzie lokujemy ponad 80 proc. naszego eksportu.
Na 34 działy naszego przemysłu, 27 odnotowało wzrost produkcji sprzedanej.

Przyśpieszamy, obywatele

Te dziedziny, które osiągnęły największy wzrost, to w większości branże eksportowe. Na przykład, produkcja sprzedana urządzeń elektrycznych wzrosła o 16,5 proc., pojazdów samochodowych o 12,6 proc., pozostałego sprzętu transportowego aż o prawie 37 proc., mebli o 9 proc.
W ciągu pięciu miesięcy bieżącego roku wzrost produkcji sprzedanej przemysłu wyniósł 7 proc. i był wyraźnie wyższy niż w tym samym okresie 2018 r. (6,1 proc.).
Produkcja sprzedana przemysłu w maju 2019 r. była na poziomie produkcji kwietniowej, a jednocześnie o 7,7 proc. wyższa niż w maju 2018 r. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Jest to efekt stabilnej sytuacji na rynku konsumpcyjnym, ale przede wszystkim relatywnie wysokiej i rosnącej dynamiki produkcji sprzedanej dóbr inwestycyjnych.

Ruszyły się inwestycje

Dane dotyczące produkcji inwestycyjnej, tak majowe, jak w całym okresie od początku tego roku wskazują, że wzrost nakładów inwestycyjnych w gospodarce nie ma krótkookresowego charakteru. To oczywiste, jesteśmy przecież w trakcie realizacji coraz większej liczby projektów inwestycyjnych finansowanych ze środków unijnych.
Pytanie tylko, czy taką dynamikę uda się utrzymać, gdy budżet państwa i budżety samorządowe są obciążane coraz większymi wydatkami służącymi wyborczej walce politycznej?. Inwestycje infrastrukturalne wymagają bowiem współfinansowania ze środków własnych. A tych, po sfinansowaniu obietnic wyborczych, pozostaje coraz mniej.
Trudno jednoznacznie ocenić, czy utrzyma się skłonność przedsiębiorstw do inwestycji. W pierwszym kwartale 2019 r. inwestycje te były o 21,7 proc. większe niż w pierwszym kwartale 2018 r.
Jednocześnie, od września 2018 r., czyli od siedmiu miesięcy płyną niepokojące sygnały od menedżerów z firm przemysłowych, wskazujące na rosnące obawy dotyczące przyszłości ich sektora.

Nastroje i rzeczywistość

Widzimy powiększającą się lukę między dynamiką produkcji sprzedanej przemysłu a wskaźnikiem PMI, stanowiącym ocenę kondycji sektora przemysłowego (dokonywaną na podstawie ankiet kierowanych do osób zarządzających 200 przedsiębiorstwami przemysłowymi w Polsce).
Taka sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsca – siła zmian produkcji sprzedanej przemysłu i wskaźnika PMI bywała różna, ale kierunek był podobny. Nawet przed kryzysem finansowym i w jego trakcie, w latach 2007-2009.