Prawo Newtona a sprawa polska

„Dzisiaj w zasadzie można uchwalić, że prawo Newtona w Polsce przestaje działać – mówi nam prof. Klaus Bachmann, historyk, politolog, publicysta, profesor nauk społecznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Sędziowie Sądu Najwyższego wysłali zapytanie do Trybunału Sprawiedliwości UE i do czasu odpowiedzi wstrzymali niektóre przepisy ustawy, czym zablokowali czystki. Rządząca większość już określiła to mianem rokoszu i bezprawnego działania. Co to oznacza?

PROF. KLAUS BACHMANN: To jest kolejna eskalacja sporu prawnego. Na szczęście niemal cała eskalacja konfliktu w Polsce odbywa się na płaszczyźnie prawnej, a nie na ulicy. Z punktu widzenia sędziów SN ma to jednak też taką wadę, że staje się coraz bardziej niezrozumiałe dla publiczności (a, sądząc po zamieszaniu wokół pani prezes Gersdorf, nawet dla obozu władzy) i przez to demobilizuje obywateli. Im bardziej zawiły staje się ten spór, tym łatwiej jest machać ręką na to i mówić „ach, tam na górze się tylko kłócą” zamiast postrzegać to jako spór o zachowanie demokracji w Polsce. Ta eskalacja skupia też cały spór na osobie pani prezes Gersdorf, tak jak widzieliśmy to już 2 lata temu na przykładzie prezesa TK, Andrzeja Rzeplińskiego. To działa trochę jak samospełniająca się przepowiednia: PiS atakuje sędziów jako politycznie stronniczą, skorumpowaną elitę, sędziowie, jeśli się bronią, potwierdzają tę narrację, stając się stroną w politycznym konflikcie (choć ich naturalną pozycją jest być neutralnym arbitrem takich sporów). Jeśli się nie bronią, to się poddają i zostaną usunięci.Tak czy owak, jako sędziowie przegrywają.

 

Według Pawła Muchy, wiceszefa Kancelarii Prezydenta, w polskim systemie prawnym nie występuje zawieszenie stosowania przepisów ustawy. Możemy zatem się spodziewać, że prezydent będzie dalej prowadził działania mające zmieniać sędziów SN. Jak to zostanie odebrane w Brukseli?

Cały obecny obóz rządzący ma olbrzymi problem ze zrozumieniem prawa europejskiego, co wynika z prostego faktu, że praktycznie wszyscy, którzy się na tym znają, albo już dawno opuścili PiS, albo zostali usunięci z partii, rządu, Pałacu Prezydenckiego. Tym sobie tłumaczę, że raz po raz przedstawiciele rządu, prezydenta i większości sejmowej w swoich wypowiedziach w Polsce zaprzeczają temu, co twierdzą w raportach słanych do Komisji Europejskiej i do Trybunału Sprawiedliwości UE. Jak można tam napisać, że reforma odpowiada standardom UE, że nic nie zagraża praworządności w Polsce, że nie ma nacisków na sędziów i że sądownictwo w Polsce jest niezawisłe, jeśli w tym samym czasie przedstawiciele prezydenta i KRS odrzucają decyzję SN, grożą sędziom SN postępowaniem dyscyplinarnym, a organizacje finansowane przez rząd prowadzą kampanię propagandową przeciwko sędziom?

 

Pojawiają się głosy, że KE na takie lekceważenie prawa może zareagować ostrzej niż zazwyczaj. Pytanie, co może zrobić oprócz prowadzenia „dialogu” z rządem.

KE niewiele może, a to, co mogła zrobić, zrobiła – pozwała Polskę przed TSUE za ustawy sądownicze. To pierwszy taki przypadek, że TSUE ma ocenić system polityczny kraju członkowskiego. TSUE sam prosił o taki pozew w odpowiedzi na zapytanie prejudycjalne dotyczące Portugalii na początku roku. Można się dziwić, że KE robiła to tak późno, ale trzeba sobie zdać sprawę, że nie wszystkie instytucje na tym świecie pracują na tak wysokich obrotach jak posłowie PiS. Za to ich decyzje potem mają ręce i nogi, czego nie można powiedzieć o parlamencie, który nieustannie poprawia swoje błędy w kolejnych nowelizacjach.

 

Mówi się, że jak rząd PiS nie zaakceptuje decyzji TSUE i będzie podważać prawo europejskie, to będzie to oznaczać wyjście z UE. Czy Polexit ocenia pan jako realny scenariusz?

TSUE ma narzędzia, które pozwalają na to, aby skłonić kraj członkowski do respektowania jego decyzji. Inna sprawa, czy respektowanie lub nierespektowanie decyzji TSUE cokolwiek zmienia w Polsce – bo sędziów raz wysłanych na emeryturę przecież nie sposób ściągnąć z powrotem. Nie mówiąc o podważeniu wstecz wyroków wydanych przez nieprawidłowo wybranych lub mianowanych sędziów. Tego żaden zagraniczny trybunał dla nas nie załatwi, mogę sobie jedynie wyobrazić, że np. nakazuje Polsce spełnienie pewnych zasad, nakłada np. kary za każdy dzień niespełnienia tych zasad i czeka, aż polski rząd naprawi swoją reformę tak, aby odpowiadała tym standardom, natomiast zostawia to polskim instytucjom, jak te standardy spełnić. To byłby duży kłopot dla PiS, bo rząd, prezydent i posłowie musieliby się dogadać z opozycją na zmiany konstytucji i uregulowanie kwestii TK, SN, KRS w taki sposób, aby reforma była zgodna z konstytucją i z prawem UE. Natomiast nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak miałoby wyglądać „nierespektowanie prawa UE” w tym zakresie. Wiem, że w obozie rządzącym toczą się dyskusje o tym, jak zmienić porządek prawny w Polsce tak, aby konstytucja i polskie ustawy były nadrzędne nad prawem UE i prawem międzynarodowym, ale nawet jak to się uda zapisać np. w wyroku TK, to i tak obowiązuje to tylko w Polsce i Polskę – wobec innych krajów, wobec UE jest to kompletnie nieskuteczne ani nie działa to wstecz. Równie dobrze można uchwalić, że prawo Newtona w Polsce przestaje działać.

 

Unia ma dużo więcej własnych problemów niż tylko łamiącą wartości unijne Polskę. Czy Bruksela będzie mieć determinację, aby walczyć z rządem polskim o wartości, a może czeka nas los kraju na marginesie Europy, czarnej owcy?

Czarną owcą już jesteśmy.
Cała debata o UE w zachodniej Europie wróciła do stanu sprzed rozszerzenia, kiedy jego przeciwnicy argumentowali, że kraje, które chcą przystąpić, są na to niegotowe, nieobliczalne, zablokują procesy decyzyjne na szczeblu europejskim, będą wszystko blokować. Teraz faktycznie tak jest, wystarczy spojrzeć na olbrzymią listę naruszeń prawa europejskiego, którą wobec Polski nagromadziła KE, albo na te, które już przekazała do TSUE. Wiele z nich pochodzi jeszcze z kadencji PO-PSL, ale PiS potrzebował tylko 2,5 roku, aby je dramatycznie zwiększyć i dodać wiele politycznie bardzo kontrowersyjnych i dla funkcjonowania państwa i UE istotnych kwestii. Państwa członkowskie zostawiają to KE i TSUE i liczą na to, że one sobie z tym radzą, ale prędzej czy później to do nich wróci. Podam przykład: jeśli jeden sąd po drugim w UE odmówi ekstradycji podejrzanych do Polski i – o czym przedstawiciele obozu rządzącego też mówią już publicznie – lojalne wobec polskiego rządu polskie sądy przestaną przekazywać przestępców do innych krajów UE – to każdy rząd UE stanie przed decyzją, czy nie wprowadzić ponownie (jak w latach 90.) kontroli osobowych na granicach z Polską, aby złapać tych przestępców, którzy chcą uciec do Polski, i tych, którzy chcą przyjechać do innych krajów, aby tam popełnić przestępstwa licząc na to, że sądy nie przekażą ich z powrotem do Polski. Na wprowadzeniu kontroli granicznych traciliby spedytorzy w Niemczech, ale jednocześnie też kilkaset tysięcy Polaków, którzy codziennie muszą przekraczać granicę, aby dotrzeć do pracy w Niemczech. Warto o tym pamiętać, jak się dyskutuje o dalszej eskalacji.

 

Jak w tym kontekście traktować zgodę kanclerz Merkel na plan Macrona, aby zacieśniać kraje strefy euro pozostawiając resztę członków na obrzeżach?

Nie było jeszcze takiej decyzji UE, która arbitralnie wykluczyłaby jeden albo kilka krajów z jakiegoś kręgu integracji. Zawsze zasada jest taka, że kto chce i spełnia wymogi, może uczestniczyć. W Unii Walutowej jest tak samo i plan Macrona tego nie zmienia. Na mocy traktatu akcesyjnego Polska ma obowiązek, a nie tylko prawo, aby przystąpić do Unii Walutowej i przyjąć euro, więc choćby z tego powodu nie można powiedzieć, że to ją skazuje na obrzeża. Jeśli jest coś, co skazuje jakiś kraj na peryferie, to są to decyzje jego własnego rządu, jeśli ten prowadzi taką politykę, która uniemożliwia spełnienia wymogów – na przykład nabiera nadmiernie dużo długów i winduje deficyt budżetowy, jak na przykład rząd Węgier. Ale to jest decyzja Węgier. Polska mogłaby przystąpić do strefy euro, ale rząd tego nie chce. Mógłby wtedy też wpłacać do budżetu strefy euro (i pewnie, jako jeden z biedniejszych członków, korzystałby nawet z transferów z tego budżetu), ale wszyscy wiemy, że z tym rządem Polska tam nie będzie. Bo przy negocjacjach o przystąpieniu z KE i Radą raz po raz rząd słyszałby pytanie, co rząd polski zamierza zrobić, aby gwarantować konieczną do funkcjonowania strefy euro praworządność, niezawisłość sądów, prawa obywatelskie i niezależność instytucji kontrolujących rząd, jak na przykład TK i SN.

 

Panie profesorze, nie tylko Polska ma do czynienia z populistycznym rządem, a kryzys demokracji liberalnej widać także w krajach Europy Zachodniej. Czym to grozi?

Obawiam się, że to grozi zastąpieniem demokracji przedstawicielskiej, w której elity polityczne za pomocą odpowiednich instytucji kontrolują się wzajemnie, dbając o to, aby żadna instytucja, żaden rząd, prezydent, parlament nie zdobywały za dużo władzy, którą może wykorzystać, aby prześladować przeciwników, poszczególnych obywateli albo nadużywać swoich praw, aby się wzbogacić kosztem innych. Zastąpi to demokracja bezpośrednia, w którym rząd albo prezydent mają taką przewagę nad innymi instytucjami, że nikt nie może ich kontrolować. Formalnie zrobi to wtedy „naród” poprzez referenda, ale de facto to referenda i wybory służą rządowi albo prezydentowi tylko do tego, aby manipulować ludźmi tak, aby przedłużyć kadencję i unieszkodliwić instytucje powołane do jego kontroli.
To taka wodzowska demokracja, w której ludziom będzie się wydawać, że mają wpływ na politykę, głosując w referendum albo w wyborach, kiedy de facto o terminie, brzmieniu pytań, organizacji i liczeniu głosów decydować będzie wąska grupa ludzi.

 

Czy wobec postawy Trumpa, który widzi w Europie raczej konkurenta niż sojusznika, polska polityka zagraniczna powinna podjąć jakieś kroki? Zakładając, że jest w stanie prowadzić politykę zagraniczną zgodną z racją stanu.

W tej chwili polityka wewnętrzna tak dominuje nad polityką zagraniczną, że jest to chyba niemożliwe.

 

Zatem dlaczego liberalna demokracja, po ponad 70 latach pokoju w Europie, przestaje już być tak atrakcyjna?

Myślę, że wpływa na to kilka czynników: emocjonalizacja polityki dzięki masowym, elektronicznym mediom i Internetowi, coraz wyższe oczekiwania (zwłaszcza w bogatych społeczeństwach) wobec polityki w ogóle, w czasie, kiedy polityka może mniej niż kiedyś, ale politycy się do tego nie przyznają. To rozczarowuje dużo ludzi. No i paradoksalny fakt, żenie żyje już prawie nikt z tych, którzy doświadczyli wojny, i coraz mniej ludzi jest wśród nas, którzy pamiętają życie w systemach totalitarnych. I tu mam na myśli nazizm, faszyzm i stalinizm, nie późny PRL, który dla wielu starszych ludzi i moich rówieśników w Polsce tak często jest punktem odniesienia. Ale to nie był porządek totalitarny, to był taki absurdalny system, z którego dziś możemy się śmiać, nic, co szczególnie odstrasza, tym bardziej, że przecież to upadło bez rozlewu krwi. Dla wielu młodszych demokracja sama w sobie nie jest wartością wartą obrony, bo oni pamiętają tylko Polskę demokratyczną i brak prześladowań, nie mają tej świadomości, że może być inaczej, albo że to, co dotąd mieli, może być zagrożone tylko dlatego, że pani Gersdorf kłóci się z panem prezydentem…

Kto się boi Michała K.?

Nowy rolniczy lider szturmem podbija internet. Wrzuca w media społecznościowe masę zdjęć i filmów. Modna fryzura, aparat na zębach i pięść skierowana do rządzących – to jego znaki rozpoznawcze. Kim jest Michał Kołodziejczak i jego Unia Warzywno-Ziemniaczana i o co walczą? Poniżej lipcowe protesty rolników i ich przyczyny w pigułce.

 

Lato to dla mieszkańców miast przede wszystkim czas wakacji. Liczą pieniądze i jeśli ich stać, szukają miejsc, gdzie mogą spędzić urlop i wypocząć. Dla rolników jednak nie ma pracowitszego okresu. To kluczowy czas dla zbiorów. Warzywa, owoce, zboża – większość z nich rolnicy pozyskują w tym okresie. W sklepach, marketach i na rogatkach ulic pojawiają się też wtedy wytłoczki polskich malin, worki bobu, brzoskwinie, morele czy porzeczki. Tymczasem, niezależnie od nawału pracy w polu, w Warszawie na początku lipca zjechali się na demonstrację rolnicy zrzeszeni w Unii Warzywno-Ziemniaczanej. Protestujący domagali się od rządu reakcji, na ich zdaniem, tragiczną sytuację polskich producentów rolnych. Przewodził im Michał Kołodziejczak.

Ciągną do niego aktywiści i politycy z prawicy i lewicy. Na demonstracjach można zauważyć posła nacjonalistę Roberta Winnickiego, znanego ze spalenia kukły Żyda Piotra Rybaka, a tweetuje o nim eksksiądz-antysemita Jacek Międlar. Dla równowagi pojawiają się też socjaldemokraci z partii Razem czy ich kandydat na prezydenta Warszawy Jan Śpiewak. Kołodziejczak miesza lewicowe i prawicowe hasła. Wygraża pięścią amerykańskiej ambasadzie, na demonstracjach puszcza Rotę, ale i opowiada o oddolnym zrzeszaniu się w rolnicze kooperatywy i spółdzielnie oraz że nie obchodzi go, kto z kim sypia.

Zapanowała specyficzna polityczna moda na Kołodziejczaka, a swojego człowieka widzieć w nim chcą i nacjonaliści, i komuniści, i przedsiębiorcy, i związkowcy. Smsy, połączenia, wiadomości na mesendżerze – jego telefon nie milknie. Zgłaszają się do niego rolnicy chcący dołączyć do protestów, sklepikarze chcący kupić płody rolne bezpośrednio od producentów, aktywiści, widzący w nim swojego rzecznika, a także polityczni wizjonerzy i fantaści mający nadzieję, że to lider na którego czekali, żeby wcielić w życie swoje teorie. Coraz częściej słychać mówione o nim w kręgach politycznych „nowy Lepper”.

Kim jest więc ten producent kapusty pekińskiej z podsieradzkiej gminy Błaszki i dlaczego wychodzi ze swoimi ludźmi na ulicę?

 

Wąskie gardło wspólnego rynku

Może i polska reprezentacja w piłkę nożną fatalnie zaprezentowała się na mundialu, ale są konkurencje, w których jesteśmy globalnym liderem. Polska jest największym na świcie eksporterem jabłek i pieczarki. Liderujemy UE w produkcji malin i wiśni. Podobnie marchwi, ogórków gruntowych, łososi i drobiu. W truskawkach mamy, z 17% udziałem w rynku, drugie miejsce w Europie. W produkcji śliwek czwarte, gruszek i pomidorów piąte, a brzoskwiń szóste. W okresie rządów koalicji PO-PSL wdrożono program tworzenia rolniczych grup producenckich, które zaczęły konsolidować wiejski kapitał. Duży, zamożny unijny rynek stoi przed nimi otworem. Skoro więc jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

W sklepie i na straganie półkilowa wytłoczka malin kosztuje od siedmiu do dziesięciu złotych. Z hektara malin można zebrać nawet 10 ton tego owocu. Gdyby cała suma szła do rolnika, zarabiałby między 140 a 200 tys. złotych z każdego hektara. Sytuacja nie jest jednak taka prosta. Ceny skupu na owoce i warzywa są nawet dziesięć razy niższe niż detaliczne. Za kilogram malin rolnik dostanie 1,5 zł. Za tyle samo czarnej porzeczki 30 groszy. Za wiśnię – złotówkę. Ziemniaki i czerwoną kapustę sprzeda za 30 groszy, białą za 10-15. Odliczając płacę zbieracza, amortyzację sprzętu, benzynę, prąd, wodę i podatki w kieszeni rolnika zostaje niewiele.

Różnica idzie do kieszeni pośrednika. A nimi są w Polsce przede wszystkim wielkie sieci marketów – kolejno pod względem popularności: Biedronka, Lidl, Kaufland, Auchan i Tesco. Negocjacje z nimi nie są w żadnym razie symetryczne. Warzyw i owoców rolnik nie może długo przechowywać, więc chce sprzedać je jak najszybciej. Jeśli sieć nie dokona zakupu, płody rolne zgniją w skrzynkach.

– Dwa lata temu temu był taki problem z pomidorami – opowiada mi Kołodziejczak. – Były drogie. W Hiszpanii były jeszcze droższe. Duża sieć marketów na to „faka wam damy”. Tydzień będziemy dopłacać do hiszpańskich, ale waszej ceny nie zaakceptujemy.

Co mieli zrobić, zgodzili się. – Jesteśmy na łasce monopoli – opowiada mi lider rolniczych protestów.

Do tego dochodzą wymagania jakościowe. Teoretycznie kraje Unii Europejskiej nie mogą dyskryminować towarów ze względu na kraj pochodzenia. W praktyce jednak zamiast ceł mogą stosować inne blokady. Firmy mogą wymagać specyficznego kształtu i koloru warzyw, odpowiedniej ich wielkości czy składu. Jednocześnie do Polski, bywa, zwożona jest żywność gorszej jakości.

Importerom opłaca się przywozić towar, którego nie sprzedaliby u siebie, bo Rzeczpospolita nie stawia jej tak wysokich wymagań jakościowych jak Niemcy. Bywa też, że sieci marketów wolą nabyć towar poza Polską, nawet nieco drożej, bo kupują od firmy, która jest częścią ich własnego konsorcjum. Czyli w praktyce od siebie samego.

Do Polski napływają też towary zagraniczne, które są przepakowywane już na miejscu i sprzedawane jako polskie. Na przykład ziemniaki z Egiptu, Grecji, Hiszpanii, Francji, Niemiec czy Belgii. Tymczasem, żeby wysłać je z Polski do Niemiec polski rolnik musi zdobyć specjalne dokumenty, których zrobienie zajmuje kilka dni. W odwrotną stronę nie ma takiego obowiązku. To w praktyce blokuje ich eksport za granice, bo niewielu rolników podejmuje się tego wysiłku. – Jesteśmy zamknięci na swoim rynku, do którego i tak mamy może z 20-30 proc. dostępu – mówi mi Kołodziejczak.

Do tego polscy rolnicy przegrywają z dłuższą tradycją, większym kapitałem i lepszym umocowaniem w Unii Europejskiej swoich zachodnich odpowiedników. I z większymi dopłatami. Te dla Francuzów czy Holendrów są prawie dwukrotnie wyższe. Kiedy Polska wchodziła do Unii zachodni producenci rolni dostawali je już od co najmniej kilkunastu lat i znacząco wyprzedzali Polaków pod względem używanej technologii, organizacji i doświadczenia w radzeni sobie na wspólnym rynku. Nadwiślańscy rolnicy mogli wygrywać z nimi jedynie dzięki taniej sile roboczej.

Odpowiedzią na tę sytuację miały być grupy producenckie. Koalicja PO-PSL naciskała na ich tworzenie. Wystarczyło pięciu rolników, żeby dostać dofinansowania rzędu 75-90% proc. W tym procesie dochodziło jednak do wielu nieprawidłowości. Wiele powstałych w tym okresie grup upadło. Niektórzy rolnicy sprzedawali sobie nawzajem własne samochody, wystawiali faktury, a potem dzielili się zyskiem. Do obrotu dodawany był finansowany przez państwo bonus, 5-10 proc. I niestety w efekcie powstawały także i zmowy. Bywało, że grupy obracały towarami między sobą nawzajem, za każdym razem kasując od państwa te 5-10 proc. Jaki był tego efekt? Wielu rolników zostało oszukanych przez ludzi, którzy uzyskali od nich i od państwa fundusze, a potem z nimi zniknęli.

 

Na wschodzie bez zmian

Jednym z postulatów rolników jest żądanie rozwiązania problemu rosyjskiego embarga na polską żywność.

– Moje gospodarstwo jeszcze cztery, pięć lat temu sto procent produkcji sprzedawało do Rosji – opowiada mi Kołodziejczak. – A teraz wychodzi premier i mów: embargo to nie problem. Ja wtedy poczułem bezsilność. Jak mam się przekwalifikować? Jak zmienić produkcję? Przecież maszyna do zbierania kapusty kosztowała mnie 500 tys. zł, muszę spłacać kredyt! – dodaje wzburzony
Embargo uderza przede wszystkim w producentów pomidorów i kapust. Rolnicy są skazani na markety i wspólny rynek. Żeby nie zbankrutować, przekwalifikowują się na inną produkcję, co jeszcze bardziej pogarsza warunki na rynku. Zachodni rolnicy sprzedają swoją nadprodukcję w Europie Środkowej. Polscy rolnicy nie mają już gdzie tego zrobić. Dawniej chłonny rosyjski rynek jest dziś dla nich w dużej mierze zamknięty. I będzie zamknięty „w interesie bezpieczeństwa kraju” co najmniej do końca 2019 r., jak zadekretował na początku lipca prezydent Rosji Władimir Putin. Zakazem wwożenia objęte są pochodzące z krajów Unii i z nią stowarzyszonych owoce, warzywa, mięso, drób, ryby, mleko i nabiał. Czyli wszystko to, w czego produkcji przoduje Polska.

Bez zakończenia wspierania Ukrainy w jej konflikcie z prorosyjskimi separatystami nie ma szans na zniesienie tych sankcji. – Churchill powiedział, że przyjaciel czy wróg to nie są jakieś stałe. Tylko interes jest niezmienny – odpowiada mi na to Kołodziejczak. Jednocześnie na Ukrainie ziemię masowo dzierżawią Holendrzy, Hiszpanie, Francuzi i zaczynają produkcję na najżyźniejszych glebach w Europie. Podobne dziafania podejmują w Afryce, a potem tak pozyskane płody rolne wprowadzają na unijny rynek jako swoją produkcję.

Tym bardziej, że wzrasta koszt siły roboczej. Do prac polowych rolnicy dotychczas zatrudniali pracowników z Ukrainy. Jednak od wprowadzenia w ubiegłym roku dla nich ruchu bezwizowego oraz zwiększenia świadczeń socjalnych, liczba chętnych do pracy na polskich polach regularnie spada. Rolnikom udało się wymusić na rządzie ustawę o pomocnikach w rolnictwie, ale to na dłuższą metę nie załatwi sprawy braku rąk do pracy i niskich płac pracowników sezonowych. Jeśli na Zachodzie nie wystąpi jakaś klęska żywiołowa, to wielu producentów rolnych znajdzie się na granicy bankructwa.

 

„Nowy Lepper”?

Modnie ostrzyżony, z aparatem na zębach, wygadany lider Unii Warzywno-Ziemniaczanej budzi coraz większe zainteresowanie mediów. Jest bezpośredni, od razu przechodzi na ty. Jego komórka ciągle brzęczy od nowych powiadomień.

– Ludzie sami się zgłaszają i chcą robić – mówi podekscytowany. – Poczekaj, poczekaj, tylko podeślę linka jednemu gościowi – przerywa na chwilę spotkanie, żeby wysłać coś mesendżerem.
Pokazuje mi na komórce filmik. Ukraińscy pracownicy śpiewają i wkładają zebraną kapustę pekińską na coś, co przypomina połączenie traktora i pasa transmisyjnego. – Są tylko takie dwie maszyny w Polsce – oświadcza mi z wyraźną dumą Kołodziejczak.

Mimo że był członkiem Prawa i Sprawiedliwości, dziś z PiSem mu zdecydowanie nie po drodze. – Jak powiedziałem, że robię zebranie rolników we wsi, zadzwonili do mnie z partii o 23 i powiedzieli, że już nie mam czego u nich szukać – opowiada. – Wyrzucili mnie przez telefon! Za to że zebranie na wsi robię, bo to źle wygląda w oczach społeczeństwa, że buntuje przeciw dobremu PiSowi – mówi mi z goryczą w głosie.

Polskie Stronnictwo Ludowe też mu się nie podoba. – To są lokalne układziki i układy – opisuje Kołodziejczak ludowców. Widzę, jak to działa w gminach. Wójt, burmistrz, radni, rodzina pozatrudniana, tu sprzątaczka, tam księgowa. To taka organizacja, która korzysta z państwowych zasobów, żeby utrzymywać samą siebie i swoją klientelę. Interes chłopski, związkowy, nie może iść w parze z żadną partią polityczną – podsumowuje twardo.

Jednak na protestach rolników, którymi kieruje Kołodziejczak, pojawia się coraz więcej polityków. Jak na razie z głównie ci z radykalniejszych skrzydeł i niewielkich organizacji. Na demonstracjach przemawia znany z palenia kukły Żyda na wrocławskim rynku Piotr Rybak. Da się zauważyć posła nacjonalistę Roberta Winnickiego. Można było wypatrzyć Jana Śpiewaka i członków Zarządu Krajowego partii Razem Macieja Koniecznego czy Marcelinę Zawiszę. Nacjonaliści widzą w protestujących bojowników o polski interes narodowy; socjaliści – buntowników wobec dyktatu korporacji i wielkiego kapitału; miejscy przedsiębiorcy – swój wiejski odpowiednik. A to wszystko dopiero po niecałym roku samoorganizacji protestujących. Podobnie sprawy wyglądały z Lepperem. Tam wokół zrewoltowanych bankrutujących rolników natychmiast pojawiali się politycy z prawa i z lewa, chcąc ideologicznie zagospodarować potencjał, jaki przynosił medialnie dobrze się sprzedający lider.

– Staramy się znaleźć to, co nas łączy i już nas nie interesuje, czy jesteś w mieście nacjonalistą czy lewakiem – zarzeka się Kołodziejczak. – Związek zawodowy ma działać w interesie rolników nie jakichś partii, deklaruje.

A jaki jest stosunek do nich innych rolniczych związków zawodowych?

– Boją się. My nie mamy za sobą historii, pieniędzy, związków z lobbystami, publicznych pieniędzy. Nie mamy nic do stracenia, – opowiada mi lider protestów. Co na ich postulaty rząd? – Było sympozjum u Rydzyka, suwerenność gospodarcza. Miał być premier. Mówię chłopakom, jedziemy, zadamy mu pytanie, opowiada mi się Kołodziejczak. Pytamy: co mamy robić? A on co? Rozkłada ręce – dodaje wściekły.

Chiny z Unią, Unia z Chinami

Zeszłotygodniowe, pekińskie spotkanie premiera Chin Li Keqianga z przewodniczącym Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem oraz przewodniczącym Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckerem pełne było wyjątkowo zgodnych deklaracji.

 

Premier Li Keqiang zadeklarował, że Chiny zdecydowanie wspierają proces integracji europejskiej i mają nadzieję, że Unia Europejska utrzyma swą jedność, stabilność i rozwój. Dlatego chcą wzmocnienia strategicznej komunikacji z UE i rozwoju partnerstwa strategicznego Chiny – UE.

Chiny i UE jednomyślnie uznały, że w obliczu narastania unilateralizmu i protekcjonizmu na arenie międzynarodowej, będą wpierać multilateralizm, politykę wolnego handlu, promować pokój i stabilność na świecie. Chcą też bronić Karty Narodów Zjednoczonych, zasad Światowej Organizacji Handlu, wzmocnić dialog na temat wspólnej polityki zagranicznej oraz bezpieczeństwa międzynarodowej.

Powyższe deklaracje jednoznacznie wskazują, że Chiny i Unia Europejska zadeklarowały sojusz przeciwko prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi wszczynającemu globalne wojny celne w imię zasady „America first”. I zdeklarowanemu przeciwnikowi dalszej integracji Unii Europejskiej.

Ale nie tylko anty trumpizm był tematem szczytu Chiny – USA.

Podczas pekińskiego spotkania obie strony ustaliły listę priorytetowych chińsko-europejskich umów inwestycyjnych. Stan i przebieg ich realizacji ma posłużyć do stworzenia nowego modelu szybkich ścieżek inwestycyjnych, wolnych od biurokratycznych barier.

Preferencje przyznano inwestycjom dotyczącym ochrony środowiska naturalnego, produkcji odnawialnych źródeł energii, gospodarki o obiegu zamkniętym, gospodarki cyfrowej i nowoczesnej urbanizacji. Chiny wsparły europejskie polityki ochrony własności intelektualnej i zobowiązały się do lepszej współpracy w tym zakresie.

Unia Europejska wspierać będzie chiński globalny projekt infrastrukturalny „Nowy Jedwabny szlak. Lądowy i morski” oraz unifikację międzynarodowych oznaczeń geograficznych.
Będzie też promowana turystyka Chiny – Unia Europejska. Dla polepszenia jej jakości przygotowano program wymiany personelu branż turystycznych. Cennym dodatkiem do współpracy turystycznej będzie chińsko-europejska współpraca w branży winiarskiej i spirytusowej.

A przy okazji lepsza współpraca międzynarodowej działalności antynarkotykowej.

Chiny oczekują od państw Unii Europejskiej złagodzenia restrykcji w zakresie eksportu zaawansowanych technologii i lepszych warunków dla chińskich inwestycji w Europie.
Premier Li przypomniał, że podczas sofijskiego spotkania Forum Gospodarczo – Handlowego „16 + 1” zdecydowano, że w Sofii powstanie Globalne Centrum Partnerów. Ośrodek szkolący chińskich i europejskich inwestorów w zakresie prawa i realiów gospodarczych w Chinach i Europie.

Donald Tusk i Jean-Claude Juncker przypomnieli, że w tym roku przypada piętnasta rocznica podpisania umowy o partnerstwie strategicznym UE z Chinami.
W tym czasie obie strony poczyniły postępy we współpracy w dziedzinie handlu, inwestycji, dyplomacji, połączeń międzysystemowych i zmian klimatu. Teraz Europa i Chiny powinny podzielić się odpowiedzialnością w przestrzeganiu światowego ładu, opierać się protekcjonizmowi i unilateralizmowi, wyciągać wnioski z historii oraz unikać konfliktów i zamieszek.

Po spotkaniu podpisano szereg umów dotyczących współpracy między Chinami i UE w dziedzinie inwestycji, ochrony środowiska, gospodarki o obiegu zamkniętym oraz ceł.

Uczestnicy spotkania jednomyślnie uznali, że wspólne interesy Chin i UE, czyli anty trumpizm, przeważają nad różnicami między nimi.

 

Do napisania tekstu zostały wykorzystane publikacje z „People’s Daily” – „Renmin Ribao”.

Złapał Kozak…

Podczas, gdy większość światowych mediów zastanawia się o czym tak naprawdę rozmawiali obydwaj przywódcy w Helsinkach, część prasy amerykańskiej i prasa izraelska wiedziała i wie dość sporo.

 

Bezpośrednio przed szczytem izraelska gazeta „The Jerusalem Post” pisała, że kilka dni wcześniej premier Benjamin Netanyahu spotkał się na Kremlu z Putinem. Oczywiście Netanyachu rozmawiał także kilkakrotnie na temat bezpieczeństwa Izraela z Trumpem. Dlatego gazeta przewidywała, że bardzo ważnym tematem szczytu będzie przyszłość Syrii i rola Iranu w regionie. Spekulowała przy tym, że Putin zaoferuje pozbycie się irańskich sił z Syrii, jeżeli Trump wywrze nacisk na Zachód, by złagodzić ekonomiczne i dyplomatyczne sankcje nałożone na Rosję po jej inwazji i aneksji Krymu. (Herb Keinon, „Netanyahu talks to Trump before Trump-Putin Summit”, The Jerusalem Post, July 15, 2018).

Bezpośrednio po szczycie, w tym samym dniu, amerykański „New York Post” napisał, że zwycięzca szczytu może być tylko jeden – Izrael. Obydwaj przywódcy zapewnili, że będą wspólnie pracować na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa Izraela. Putin wezwał do pełnego poszanowania Porozumienia z 1974 roku dotyczącego rozdzielenia wojsk na Wzgórzach Golan; zapewni to pokój na Wzgórzach i bardziej przyjazne relacje między Syrią i Izraelem oraz bezpieczeństwo Izraelowi. Putin wezwał do koordynacji działań militarnych Rosji i Stanów w kryzysie syryjskim. Jak wiadomo, dotychczas w tej 8. letniej wojnie obydwa państwa popierały zwalczające się strony. Izrael spodziewa się korzyści po spotkaniu dwóch przywódców. (Marisa Schultz, „Why Israel stands to benefit from Trump – Putin summit”. New York Post, July 16, 2018).

Większość obserwatorów twierdzi, że zwycięzcą szczytu okazał się Putin, a nie Trump. Wykluczyć się jednak nie da, że wyniki szczytu będą korzystne także dla Izraela. Styl jednak w jakim ten ewentualny sukces został osiągnięty budzi poważne wątpliwości. Izraelska gazeta Haaretz dzień po szczycie niezwykle krytycznie oceniła postawę Trumpa w Helsinkach: „Z wyjątkiem twardych zwolenników, Ameryka z trudem wybaczy prezydentowi, który stojąc przy autorytarnym przywódcy, jakim jest Władymir Putin, zdecydował się raczej go bronić niż skarcić, zamiast tego walił (bashed) w swój własny kraj”. Jeżeli nawet Trump niczego Putinowi nie zawdzięcza, (podkreślenie moje, M.P.) to wyglądał i mówił tak, jak gdyby był jego lokajem lub marionetką, co już wcześniej przewidziała Hilary Clinton. (Chemi Shalev, „In Helsinki, Trump Hazed America as if He Were Putin’s Puppet” , Haaretz, Jul 17, 2018). Co i komu Trump zawdzięcza czytamy w wywiadzie dla tygodnika „Przegląd”, jakiego udzielił wybitny znawca Bliskiego Wschodu, ambasador Krzysztof Płomiński: „Nie odmawiam zasług Rosjanom. Ale mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, zresztą są już na to dokumenty, że jeśli chodzi o Bliski Wschód, to z jednej strony Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, a z drugiej Izrael wiele zrobiły, by Donald Trump został prezydentem”. (Rozmawiał Robert Walenciak, „Ropa, Religia, Narody, Interesy”, Przegląd Nr 28, 8-15.07.2018). Wygląda więc na to, że Donald Trump spłaca teraz swe długi.

Dowiemy się kiedyś zapewne czy w Helsinkach dyskutowano o Unii Europejskiej, Europie Środkowo-Wschodniej, czy o Polsce i co postanowiono. Świat obserwował będzie z niepokojem treść dialogu, jaki prowadzić będą Rosja i USA. Za ustępstwa rosyjskie wobec USA i Izraela na Bliskim Wschodzie, Europa, a szczególnie nasz region zapłacić może jakąś cenę. Pytanie – jaką? Na naszym polskim podwórku słychać niezdarne próby usprawiedliwiania postawy Trumpa w Helsinkach ( a to, że jest pod stałą presją krytyków i nie wytrzymał tej presji, albo, że właściwie „Polacy nic się nie stało”). Jest jednak oczywiste, że Stany Zjednoczone nie chcą już być przywódcą świata zachodniego, dobrowolnie z tego przywództwa zrezygnowały, choć pozostało jeszcze ich przywództwo w NATO. Natura nie lubi próżni i to miejsce zapełni zapewne po jakimś czasie Unia Europejska (a w niej Niemcy i Francja). Do Europy Środkowej weszły już gospodarczo Chiny (formuła 16+1 niewiele się różni od 12tki państw Trójmorza). Potwierdzeniem chińskich intencji było sofijskie forum gospodarcze 16+1, na którym (7 lipca) premier Chin Li Keqiang zachęcał do dyskusji o problemach dotychczasowej integracji Środkowej Europy i promowaniu osiągnięć regionu. Chiny oraz 16 państw Środkowo-Wschodniej Europy chciałyby widzieć zjednoczoną, dobrze funkcjonującą Unię Europejską. Integracja środkowoeuropejska nie jest konkurencją czy alternatywą dla Unii Europejskiej. Chiny postrzegają Europę jako globalny „biegun pokoju” i proponują zaproszenie państw trzecich do współpracy z „16+1”, w domyśle chodzi o Niemcy, Francję, Włochy. „Wojna celna USA z Chinami, zaproszenie państw bałkańskich do Unii Europejskiej, obietnice kredytów dla państw Trójmorza składane przez prezydenta Donalda Trumpa wzmocniły pozycję Forum 6+1, Czy uda im się wykorzystać to zainteresowanie – czas pokaże”.(Anna Sobczyńska, „Chiny zapraszają”, Trybuna, 16-17 lipiec 2018 – przy pisaniu tekstu pani A. Sobczyńska wykorzystała publikacje z „People’s Daily”).

Unia Europejska, w przeciwieństwie do USA i Rosji w sposób otwarty, bez tajemnic, nawiązuje ściślejsze niż dotąd stosunki z Chinami. W dniu szczytu w Helsinkach w Chinach wizytę złożyli Jean-Claude Juncker, Przewodniczący Komisji Europejskiej i Donald Tusk, Przewodniczący Rady. Podpisano wiele umów. Chiny szukają w UE sojusznika w wojnie handlowej z USA i chcą zrównoważyć straty w relacjach gospodarczych z USA. Dyskutowano m.in. o sytuacji w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym także o Ukrainie. A więc nie tylko Stany Zjednoczone i Rosja interesują się naszym regionem i całą Europą!

W świetle rozpętanej przez Donalda Trumpa wojny handlowej i obłożenia towarów z UE dodatkowymi cłami, szczególne znaczenie miała będzie umowa podpisana 17 lipca 2018 roku między UE a Japonią przez Junckera i Tuska oraz japońskiego premiera Shinzo Abe. Powstaje strefa wolnego handlu obejmująca ponad 600 milionów ludzi. Japonia, bliski sojusznik USA, nie zapytała się w tym przypadku o zgodę swego wielkiego brata.

Po szczycie Trump-Putin w Helsinkach obudziliśmy się, bez własnej woli, w innym zupełnie świecie.

Debata o przyszłości

To mógł być dobry dzień dla Polski.

 

Po raz pierwszy premier Mateusz Morawiecki stanął oko w oko z posłami do Parlamentu Europejskiego. Oficjalnym tematem spotkania było poznanie poglądów polskiego premiera na przyszłość Unii Europejskiej.
Trzeba powiedzieć, że w tej części pan premier mówił rzeczy warte zastanowienia, choć nie wolne od kontrowersji. Na przykład wtedy, kiedy mówił o konieczności redefiniowania Unii Europejskiej, zwłaszcza w świetle coraz wyraźniejszej jego zdaniem niechęci narodów Europy do jednoczenia się i jednoczesnych dążeń do tworzenia związku silnych państw suwerennych. Przy tej okazji mówił też o pluralizmie, w którym on widzi prawo nadane każdemu państwu do swobodnego kształtowania własnego systemu.
– Zamiast więc załamywać ręce nad populizmem trzeba się zastanowić, dlaczego on się po Europie rozlewa?…
I zaraz sam sobie odpowiadał:
– Być może dzieje się tak dlatego, że to właśnie populizm jest istotą demokracji…
Rychło jednak pan premier popadł w pewien logiczny kłopot, a nawet chwilami przeczył sam sobie. Oto na przykład ten twórczy populizm, owa sól demokracji, staje się nagle wstrętnym piołunem, gdy pan premier używa tego określenia w kontekście pejoratywnym – wtedy, gdy mówi o rozlegających się w państwach unijnych głosach o konieczności ograniczania funduszu spójności, z którego właśnie Polska czerpie najwięcej unijnych pieniędzy. Populizm zachodni zderza się w tym momencie z populizmem z drugiej strony Odry.
Wyznawcy pierwszego mówią – dość płacenia, niech sobie radzą, wyznawcy drugiego – nam te środki się należą w związku z naszą trudną historią i niezawinionymi przez nas opóźnieniami w rozwoju. Musicie więc nam płacić jak najwięcej, a już na pewno nie mniej niż dotąd… Otóż populizm ma różne twarze i żadna nie jest twórcza.
Niestety, pan premier nie powstrzymał się też przed wypowiedzeniem myśli, które wymagają bardziej zdecydowanej odpowiedzi. To, że źle mówił o PRL, to już się przyzwyczailiśmy, trudno. Dlaczego jednak na forum PE spostponował dorobek Polaków – wielu rządów i wielu Sejmów, po roku 1989? To oczywista nieprawda, że zanim nastał rząd PiS, Polskę przygniatały korupcja, oszustwa i bezprawie. Warto w tym miejscu przypomnieć panu premierowi, że był już jeden rząd Prawa i Sprawiedliwości, zanim nastąpił ten, którym on teraz kieruje. Czy pierwszy rząd PiS też tak fatalnie zapisał się w historii?
Ta część przemówienia premiera Morawieckiego została przyjęta ze zdziwieniem, jeśli nie źle. W Brukseli dobrze się bowiem pamięta Polskę, która była ważnym sprawcą przemian demokratycznych pośród wszystkich nowo przyjętych członków Unii.
Wystąpienie pana premiera miało też swoistą „drugą część”, która chyba była zresztą nie do uniknięcia. Wiadomo było z góry, że napięcie w stosunkach Polski z Unią na tle praworządności w naszym kraju będzie musiało znaleźć w tej rozmowie odbicie. Uruchomiona jest przecież procedura art. 7 Traktatu Unijnego. Po raz pierwszy w historii Komisja Europejska, uznając, że w naszym kraju istnieje systemowe, instytucjonalne zagrożenia dla zasad praworządności, używa do jej obrony oręża zwanego potocznie „bombą atomową”. Jednocześnie w tych dniach KE rozpoczęła inną procedurę – zaskarżenia polskich władz do Trybunału Sprawiedliwości w związku ze zmianami ustroju Sądu Najwyższego uznawanymi jako niekonstytucyjne.
I choć na rządzie PiS nie robi to wrażenia, to jednak ludzie na ulicach protestują przeciwko takim praktykom. Dlatego premier Morawiecki występował przed posłami do PE przy akompaniamencie demonstracji w Warszawie i w innych miastach w obronie SN i sędziów tego Sądu, którym skrócono kadencję i odesłano na emeryturę. Dodać trzeba, iż także Trybunał Konstytucyjny i Krajowa Rada Sądownictwa wzbudzają poważne zastrzeżenia zarówno co do sposobu ich powołania, jak i co do zdominowania w ten sposób władzy sądowniczej przez władze ustawodawczą i wykonawczą.
Unia nie chce i nie może się z tym zgodzić.
Premier Morawiecki stając przed Parlamentem Europejskim zdawał się w ogóle nie dostrzegać tych okoliczności swojego wystąpienia. Mówił o Nord Stream 2, o walce z „Rosją Putina”, z mafiami VAT-owskimi i rajami podatkowymi, słowem, o wszystkim, o czym lubi mówić także w kraju, łącznie z samochodami na prąd. Nie to jednak europosłów interesowało – uparcie wracali do praworządności. Oto garść głosów, które odnotowałem:

Valdis Dombrowskis – wice przewodniczący Komisji Europejskiej, który mówił w zastępstwie nieobecnego Jean-Claude’a Junckera:
– Polska dostała 86 mld. euro (do tej pory – BL) w ramach funduszu spójności. Dużo więcej niż inne kraje. Od 2004 r. polski eksport do krajów UE potroił się. Jeśli chodzi o kolejny budżet Polska w przeliczeniu na obywatela też będzie otrzymywała znacznie więcej niż inni. Dombrowskis delikatnie dał do zrozumienia, że nie można wybierać sobie z Unii, co nam najbardziej pasuje, zaś lekceważyć lub ignorować to, czym jesteśmy zainteresowani mniej. Unia jest wspólną i spójną wartością. Do takiej przystępowaliśmy. Przypomniał, że Unia była wyborem 80 proc. Polaków. Pokój, demokracja, poszanowanie dla rządów prawa, to jest spoiwo całej Unii, Unia jest unią prawa – nie tylko interesów. Dlatego więc, gdy istnieje systemowe zagrożenie dla rządów prawa, nie możemy odwrócić głowy, bo to ma wpływ na całą wspólnotę.

Manfred Weber (przew. grupy parlamentarnej Europejskiej Partii Ludowej – EPL):
– Zasada rozdziału władz została określona już w pierwszej Konstytucji, którą Polska przyniosła Europie. Wierzymy w Polskę opierającą się o wartości demokratyczne, które niósł ze sobą Lech Wałęsa, „Solidarność” i Jan Paweł II.
Niemniej jest wokół dzisiejszego stanu spraw w Polsce wiele pytań: dlaczego rząd zwalnia tylu sędziów; dlaczego inne państwa Unii muszą zwracać się do Trybunału Sprawiedliwości, z pytaniem, czy polskie sądy są sprawiedliwe; dlaczego pan Frasyniuk staje przed sądem, a nie nacjonaliści… Stracił pan okazję (panie premierze – BL), żeby to wyjaśnić. Nie ma wolności bez praworządności.
Mówił pan o suwerenności, ja chciałbym zapytać przy tej okazji, czy ta anty-unijna atmosfera, te okrzyki, że Bruksela, to nowa Moskwa, to jest ta atmosfera suwerenności? Mówi pan o nowej Europie, która będzie słuchać obywateli. Ta Europa już jest – tu, w Parlamencie Europejskim. I Funkcjonuje bardzo dobrze, nie potrzebujemy nowej Europy. Europa nacjonalizmów nie jest w stanie spełniać oczekiwań europejskich narodów. To byłby świetny komunikat, gdybyśmy mogli usłyszeć go od pana.

Udo Bullmann (przew. Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów):
– Mówił pan o rzeczach ważnych – bezpieczeństwie energetycznym itd. podważając jednocześnie wartości, na których opiera się projekt europejski – dlaczego? Nie może pan tych wartości podważać i w tym samym czasie apelować do Zachodu o zjednoczenie, które właśnie na tych wartościach jest zbudowane. Chcemy mieć Polskę w samym sercu Europy, ale proszę nie robić tego, co robicie – nie ograniczajcie praw i praworządności.

Guy Verhofstadt (przew. frakcji liberalnej)
– Przyszłość UE, to coś więcej niż wspólna waluta, wspólny rynek. To jest także wspólnota wartości. Stawianie sędziów pod kontrolą, to nie są te wartości, pan musi o tym wiedzieć. To jest kwestia zasad, naszej wspólnej tożsamości. Zmuszanie sędziów do przejścia na emeryturę, pozostawianie ich na łasce i niełasce rządów, nigdy nie może być cechą naszej wspólnoty. Niech pan zadba o przywrócenie Polski do rodziny europejskiej, zamiast pozwalać, by kręciła się po obrzeżach.

Ska Keller (Zieloni):
– Powinien pan wiedzieć, że Parlament Europejski jest w tej sprawie [praworządności w Polsce – BL] bardzo silnie zjednoczony. Państwo zawrócili Polskę z drogi wolności i demokracji. Tymczasem to, co dzieje się w Polsce, jest kluczowe dla całej Europy. Popieramy procedurę z art. 7 i proc. w sprawie naruszeń ustawy w sprawie SN. Ludzie w Polsce protestują, domagają się poszanowania praw kobiet i zwracają się do UE, bo uważają, że Unia może stanąć w ich obronie. Polska, to także jest Europa. Nie poddamy się. Jeśli chcą państwo współpracy, to muszą się państwo trzymać się wartości, na których Unia jest zbudowana.

Tania González Peñas (Konfederacyjna Grupa Zjednoczonej Lewicy Europejskiej/Nordycka Zielona Lewica):
– Pan żyje w jakiejś innej rzeczywistości niż pańscy rodacy. Pański rząd ogranicza prawa demokratyczne. Nie może pan igrać życiem kobiet, proszę nas posłuchać, [chyba, że – BL} dzwony kościelne nie pozwalają panu tego usłyszeć. Czy chce pan przejść do historii, jako ten, który skończył z trójpodziałem władzy, prawami kobiet i środowisk LGTB?…

I tak przez dwie i pół godziny. Z niejaką przykrością muszę odnotować, że moim zdaniem premier Morawiecki nie wykorzystał okazji do posunięcia spraw polsko-unijnych do przodu. Od początku tego sporu uważam i głoszę to, że obie strony, w nadrzędnym interesie całej naszej europejskiej wspólnoty, powinny zmierzać ku kompromisowi, powinny wykazać skłonność do cofnięcia się. Na początek choćby o krok. Niestety – ubolewam nad tym – zamiast jakichś propozycji dających szansę na rzeczywiste nowe otwarcie, premier powtarzał: – Jesteśmy dumnym krajem i proszę nas nie pouczać. I choć wszyscy polscy europosłowie tym razem powstrzymali emocje i nie dopuścili do wojny polsko-polskiej w PE, to jednak wystąpienie premiera Morawieckiego uznać należy za straconą szanse zaprezentowania lepszego oblicza Polski.
Na co więc liczy premier, upierając się przy racjach PiS?
Obawiam się, że spowodowane to jest kalkulacją na przyszłoroczne wybory do PE i nadzieją, że jego odnowiony skład będzie bardziej podatny na PiS-owskie argumenty. Te kalkulacje są nie tylko dlatego niebezpieczne, że na długo mogą podważyć reputację i wiarygodność Polski w Europie, ale też dlatego, że zanim wyłoniony zostanie nowy Parlament Europejski, ten, który jest, przyjmie unijny budżet na lata 2021-2027. Nowy Parlament może być jeszcze mniej hojny, zwłaszcza, że będzie też nowa Komisja. Im więcej będzie partii populistycznych i narodowych, tym gorzej. Możemy zostać wyeliminowani, jak na mundialu.

Kraj biednych emerytów

Właśnie ukazał się raport „Ageing Working Group”, który Komisja Europejska publikuje regularnie co trzy lata. Dotyczy on starzenia się społeczeństw i prognoz dotyczących ewentualnych świadczeń. Polskę czeka sukcesywne zwiększanie się liczby emerytów, ale wysokość świadczeń niestety w większości nie pozwoli na godne życie.

 

W dokumencie możemy przeczytać, że „relacja wydatków na emerytury do PKB będzie się utrzymywała na stałym poziomie około 11 proc”. Do 2050 roku liczba emerytów (12,6 mln) może praktycznie zrównać się z liczbą osób pracujących i płacących składki (12,7 mln). Natomiast w 2060 liczba pobierających świadczenia emerytalne przekroczy liczbę pracujących i niestety – dalej będzie sukcesywnie rosnąć. Tę tendencję widać dobrze już dziś. Na koniec 2016 emerytów było 9,2 miliona, a pracujących i odprowadzających składki – 16 mln.

– Wpływ starzenia się społeczeństwa będzie szczególnie widoczny i będzie się wiązał ze wzrostem wydatków na świadczenia już w latach 2020–2030, co odzwierciedla proces starzenia się pokolenia „baby boomers” – mówi w rozmowie z „Rz” Antoni Kołek, prezes Instytutu Emerytalnego.

Utrzymywanie dalej tzw. systemu zdefiniowanej składki – jest bardzo korzystne dla państwa, ale nie dla przyszłych emerytów, ponieważ – jak twierdzi Komisja Europejska – nastąpi ograniczenie przyszłych obciążeń budżetu wydatkami na emerytury. Świadczenia będą oczywiście niewystarczające, ponieważ „wskaźnik korzyści” (relacja przeciętnej emerytury do wysokości przeciętnego wynagrodzenia) będzie sukcesywnie spadać.

Eksperci, m.in. Paweł Strzelecki z NBP, uważają, że zwiększanie liczby emerytów będzie wiązać się z coraz większą presja na rząd, aby podnosił świadczenia lub całkowicie przebudował system.
Podobnie uważa Marcin Mrowiec, główny ekonomista Banku Pekao, którego o opinię poprosiła „Rz”.

„Raport wskazuje, że na poziomie makroekonomicznym na korzyść budżetu mocno zapracuje przejście z systemu zdefiniowanego świadczenia na system zdefiniowanej składki – pomiędzy 2016 a 2050 r. praktycznie nie będzie – liczonego jako procent PKB (a nie nominalnie) – wzrostu wydatków publicznych na emerytury. To stawia nas w gronie krajów, które z tego tytułu powinny mieć najmniejsze kłopoty.

Niestety, w pewnym sensie kłopot budżetu państwa został przerzucony na obywateli – relacja przeciętnej emerytury do przeciętnego wynagrodzenia spadnie z 48,5 proc. w 2016 do 27,3 proc. w 2050 r.” – napisał ekonomista.

 

Ul. Komisarza Timmermansa

Zbiegły się w ostatnich dniach dwa procesy, które jak na rentgenowskim zdjęciu ukazują kondycję naszego państwa. Ukazują również coś więcej niż statyczna fotografia: ukazują trendy, kierunki, w których pcha Polskę Prawo i Sprawiedliwość. Te procesy to postępowanie w Parlamencie i Komisji Europejskiej w sprawie praworządności w Polsce oraz salto w tył z pełnym obrotem PiS-u w sprawie ustawy o IPN.

 

Wszystkie te sprawy mają jeden wspólny mianownik: stosunek władz polskich do Unii Europejskiej. Pierwsza jest oczywista: po wysłuchaniu Polski, które było jednym wielkim blamażem polskiego rządu, Komisja zajęła jasne stanowisko i gotowa jest wnieść przeciwko Polsce do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Tymczasem Główny Propagandzista Kraju – premier Morawiecki buńczucznie oświadcza, że PiS z „reformy” sądownictwa się nie wycofa. Konflikt stanął na ostrzu noża.

Afera z ustawą o IPN jest z jednej strony mniejszej wagi, ale z drugiej niesie z sobą więcej wątków. I tak wyrwanie zębów ustawie odbyło się w sposób ośmieszający polski parlament. Właściwie to słowo „ośmieszający” jest nie na miejscu, jest zbyt łagodne. Polski rząd do końca sprostytuował polski Sejm i Senat. Pół roku temu rządząca koalicja, najważniejsze politycznie usta w Polsce gardłowały za tymi rozwiązaniami jej krytykom wymyślając od zdrajców Narodu, grożąc całemu światu procesami. Wszystko w imię „wstawania z kolan”. Dzisiaj wystarczyło 2 godziny w Sejmie i nieco ponad godzinę w Senacie na cały proces legislacyjny odwracający wszystko to, za czym rządząca koalicja jeszcze niedawno gotowa była umierać. Rekord Guinnessa w jedzeniu jajek na twardo niech się schowa! Ale cała ta farsa musi skłaniać do odpowiedzi na pytanie zasadnicze: czym dzisiaj jest polski Sejm, polski Senat? Jaką pełnią rolę? Te dwie, jeszcze nie tak dawno szanowane w Polsce i na świecie instytucje, są dzisiaj, niczym broszka premier Szydło, ozdóbką, świecidełkiem na stroju władzy wykonawczej. Nikt mający jako takie pojęcie o polityce zagranicznej nie ma złudzeń, że ta wolta parlamentarna sprawi, że Polska odzyska szacunek i poważanie w świecie. Wręcz przeciwnie: w świat poszedł przekaz, że wystarczy aby USA tupnęły mocniej nogą, a Polska w podskokach i ukłonach wykona każdą, najbardziej skomplikowaną figurę gimnastyczną.

Żeby była jasność. Samo wycofanie się z idiotycznych zapisów jest oczywiście rzeczą dobrą. Ale sposób przeprowadzenia nowelizacji, a przede wszystkim doprowadzenie do takiej uwłaczającej polskiemu parlamentaryzmowi sytuacji – to sprawa bez wątpienia naganna.

Skąd to superekspresowe tempo noweli ustawy o IPN? Nie wiadomo, choć krążą plotki, że Stany zagroziły, że nie zaproszą polskiego premiera na uroczystości 4 lipca, jeżeli ustawa nie zostanie znowelizowana. Tak czy inaczej tempo to musi, w naturalny sposób, być konfrontowane z trwającą już wiele miesięcy grą polskiego rządu z Unią Europejską w sprawie „reformy” sądownictwa, grą pełną z polskiej strony kłamstw, cwaniactwa cynizmu, pogardy dla partnera. Ameryka cacy – Unia be.

Ze obydwu tych, najbardziej ostatnio aktualnych spraw, przeziera wrogość polskich rządzących elit do Unii Europejskiej i żadne słowa, zaklęcia złotoustych premierów tego nie zaszpachlują.

Jeżeli więc tak się stanie, że demokratyczne środowiska odsuną PiS od władzy i – przy pomocy Parlamentu i Komisji Europejskiej – przywrócą Polskę Europie, to po stronie unijnej będzie to szczególną zasługą komisarza Fransa Timmermansa. Bowiem nie Przewodniczący Junker, nie Prezydent Tusk, ale właśnie Frans Timmermans okazał się największym orędownikiem polskiej sprawy na unijnej arenie. Polska będzie mu wówczas winna wdzięczność i nazwanie ulicy, placu czy ronda jego nazwiskiem będzie czymś oczywistym.

Plan M – w poniedziałek

Gdy w piątkowy poranek weekendowe wydanie Trybuny docierało do kiosków, przywódcy państw Unii Europejskiej właśnie kładli się spać po nieprzespanej nocy. Targi i spory dotyczące imigrantów zajęły im całą noc. W piątek media odtrąbiły sukces szczytu i zakończenie ciągnącego się od trzech lat kryzysu migracyjnego. Czy rzeczywiście był to sukces? I czyj sukces?

 

Słowo „sukces” było bardzo potrzebne wielu politykom europejskim. Przede wszystkim tym nastawionym wrogo do migrantów. Włoski premier stwierdził, że Włochy nie są już same. Miał zapewne na myśli zakaz cumowania do brzegów Italii statków z wyłowionymi z morza Afrykanami. Zadowolona była Angela Merkel. Bez odtrąbienia „sukcesu” nie było pewności czy sklecony z takim trudem niemiecki rząd, nie upadnie. No i szczęśliwi byli premierzy Węgier i Polski, Viktor Orbán i Mateusz Morawiecki. Ich twarde „nie” dla przyjęcia choćby jednego uchodźcy, również z terenów objętych wojną, od piątku stało się zgodne z prawem obowiązującym w całej Unii.

Szefowie uczestniczący w szczycie Rady Europejskiej zadecydowali o rezygnacji z tak zwanych „obowiązkowych kwot”. Czyli próby rozładowania skupisk uchodźców w Grecji, Włoszech i Hiszpanii. Zakończył się więc bój o 8 do 10 tysięcy uchodźców, które w 2015 roku premier Ewa Kopacz zgodziła się przyjąć w Polsce. Okazało się, że niestety wygrał Kaczyński, mówiący o chorobach, wirusach i bombach roznoszonych przez migrantów. A nie Ci, którzy powoływali się na solidarność społeczeństw państw Unii Europejskiej.

Co w zamian? Unia ma sfinansować sieć obozów na terenie Włoch, Grecji i Hiszpanii. Na razie jest to tylko luźna zapowiedź. Nie wiadomo jak takie obozy miałyby wyglądać. I jaka byłaby przyszłość ich mieszkańców. Zgodzono się również na tworzenie obozów poza granicami Unii Europejskiej, najpewniej w Afryce Północnej. Tam miałby docierać statki organizacji humanitarnych z rozbitkami. Dimitris Awramopulos, komisarz ds. migracji, spraw wewnętrznych i obywatelstwa w Komisji Europejskiej, zapewnia co prawda, że zamysłem Unii nie jest stworzenie europejskiego modelu Guantánamo. Ale portal Onet.pl zwraca uwagę na złowieszczo brzmiącą (zwłaszcza w Polsce) nazwę takich ośrodków. Disembarkation platforms – to w dosłownym tłumaczeniu „platformy rozładunku”. Owe „platformy rozładunku” to póki co tylko mglista koncepcja. Władza urzędników brukselskich nie sięga do Afryki, a jak wiadomo: „do tanga trzeba dwojga”.

Uzgodniono, że przyjmowanie uchodźców będzie autonomiczną decyzją każdego unijnego państwa. A więc deklaracja rządzącej w Polsce prawicy, że Polska nie przyjmie żadnego uchodźcy nie może być od piątku przedmiotem krytyki ze strony Unii.

Co prawda Polskę, Węgry i Czechy zelektryzowała sobotnia deklaracja kanclerz Angeli Merkel, że te trzy państwa znalazły się w gronie 14 krajów członkowskich Unii, które na szczycie zadeklarowały przyjęcie imigrantów znajdujących się obecnie na terenie Niemiec. Przedstawiciele Polski, Węgier i Czech natychmiast zdementowali słowa Pani Kanclerz. Ale po piątkowym „sukcesie” takie deklaracje i tak nic nie znaczą.

Konkluzje po szczycie? Sukces – na potrzeby coraz liczniejszych wyborców przeciwnych obecności migrantów w Europie. I pat – w znalezieniu konstruktywnych propozycji składających się na politykę migracyjną Unii Europejskiej.

Strefa Erdogana i Putina

„Na 31 mln dorosłych Polaków jest te 5 mln, którzy głosują na PiS i jak widać, to wystarcza. Pytanie, co się dzieje z tymi pozostałymi 26 mln” – z politologiem, prof. Radosławem Markowskim rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co)

 

JUSTYNA KOĆ: Co to za gra, która toczy się między prezydentem a parlamentem, czyli de facto jego macierzystą partią, o referendum konstytucyjne?

PROF. RADOSŁAW MARKOWSKI: Trudno się połapać, o co tu chodzi. Chyba warto zrobić krok w tył i powiedzieć, że niebywałym infantylizmem politycznym jest to, żeby referendum, w którym jednym z pytań jest tak fundamentalne pytanie, jak to o konstytucję, zabagniać czternastoma innymi mniej lub bardziej marginalnymi zagadnieniami. Większość z nich jest bezsensowna, np. pytanie o prawa nabyte. Jedno pytanie można by zadawać w oddzielnym referendum po odpowiednim przygotowaniu, np. czy prerogatywy prezydenta w obecnej konstytucji nie powinny być trochę większe. Tak było w tzw. małej konstytucji z 1992 roku, gdzie prezydent miał więcej do powiedzenia w sprawie polityki zagranicznej i obronnej.
Ale podstawowy problem leży gdzie indziej. Nie wolno robić takiej konstytucyjnej zabawy. Najpierw trzeba powiedzieć, dlaczego obecna konstytucja jest zła, a takich analiz nie ma. Po drugie, skoro już zdecydowano się zmieniać konstytucję, to potrzeba co najmniej spokojnych dwóch lat, żeby powołani eksperci – nie politycy, którzy mają swoje interesy – zajęli się sformułowaniem pytania, jakie alternatywne rozwiązania konstytucyjne mogą wchodzić w grę, i pokazali to na papierze. Mówiąc krótko, musi być jasno napisane, czym nowa konstytucja będzie się różnić od starej. Pierwsze pytanie w referendum jest skandaliczne w tym brzmieniu, jakie zaproponował prawnik Duda. To pytanie brzmi: czy chcesz zmienić konstytucję w całości, czy tylko we fragmentach?

 

Przypomnijmy dokładnie: czy jest pani/pan za uchwaleniem a) nowej Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej?; b) zmian w obowiązującej Konstytucji RP?

A gdzie odpowiedź dla takich jak ja, którzy mówią: nic nie zmieniać, obecna jest dobra? Ja na pierwszym roku dowolnego kierunku uczę studentów, że tak się nie zadaje pytań. W dobrze skonstruowanym pytaniu musi być możliwość, aby pytany odpowiedział zgodnie ze swoimi przekonaniami, tak jak uważa. Jedną z opcji powinno być pozostawienie konstytucji w obecnym kształcie. Prezydent chyba nie rozumie, że nie wolno robić tego w taki sposób, w jaki zaproponował. Jak czułby się prawnik Duda, gdybym w badaniu opinii publicznej zadał pytanie brzmiące: „Czy uważasz, że prezydenta Dudę należy odwołać: (a) natychmiast czy (b) w ciągu miesiąca?”. Teraz rozumiem, dlaczego na UJ miał kiepski stopień z magisterium i słabo obroniony doktorat…
Zaś gierki między PiS a Andrzejem Dudą mogą wskazywać na to, że po prostu ten ostatni chce zwiększyć władzę prezydencką. Tak jak raz uniósł się wetując pomysły Ziobry, z powodu raczej prywatnych ambicji niż dobra publicznego, tak wydaje się być i teraz. Duda ma jeszcze dwa lata kadencji, liczy pewnie na kolejne pięć lat. Warto zwrócić uwagę, że w takich półautorytarnych systemach jest tak, że kombinuje się z konstytucją i kadencją. Prezydent w środku kadencji zmienia konstytucję, potem może powiedzieć, że okres, kiedy był prezydentem pod starą konstytucją, się nie liczy, zatem może pozostać na stanowisku jeszcze dwa pięciolecia. W niedemokratycznych systemach, a w takim kierunku zmierzamy, takie działania są częste. Zresztą w powyższym kontekście nawet głupio się zastanawiać nad tym, o co i kto się spiera w PiS-ie. Pewnie Ziobro nie chce zbyt dużej władzy tego ośrodka i tyle.

 

To po co to wszystko?

Jest jeszcze jedna hipoteza, która mówi, że powodem byłby ten sam termin referendum, co wyborów samorządowych. Opozycja absolutnie zasadnie – a ja z punktu widzenia mojej wiedzy o polityce i referendach również – będzie namawiać do tego, aby nie chodzić na takie referendalne farsy. Nie można zostawić ludziom zaledwie kilku miesięcy na podejmowanie decyzji, co ma być w konstytucji, oraz na poważne zastanawianie się nad kolejnymi 14 innymi tematami, wśród których – gdyby całe przedsięwzięcie traktować poważnie – są takie, nad którymi należałoby głęboko się zastanowić, a poważna wielomiesięczna akcja edukacyjna byłaby wielce wskazana. Nie bez kozery demokratyczny świat wymyślił instytucję konstruktywnego wotum nieufności. To jest bardzo mądre rozwiązanie, które zakłada, że jeśli chcemy coś zmienić, np. odwołać premiera czy marszałka, to musimy jednocześnie wskazać, kogo chcemy na jego miejscu widzieć. Jakiś czas temu mieliśmy referendum – abstrahując, czy zasadne, czy nie – aby odwołać prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Zdecydowana większość warszawiaków nie wzięła w nim udziału, bo nie wiedziała, kto zamiast.

 

To jak należy zmieniać konstytucję, jeżeli już to robić?

Dobrym przykładem była Nowa Zelandia. Na początku lat 90. Nowozelandczycy postanowili zmienić swoją konstytucję i prawo wyborcze. Proces przewidzieli na kilka lat. Najpierw spytano, czy jest wola zmiany, później przedstawiono cztery alternatywne ordynacje wyborcze do wskazania w pierwszym referendum. Intensywnie socjalizowano Nowozelandczyków do trzech alternatywnych ordynacji wyborczych i później dano im po dwóch latach szansę, aby się wypowiedzieli, którą z opcji popierają. To jest poważnie wykonana robota, gdzie ludzie mają czas i możliwość zapoznania się tym, co im się proponuje. A referendum Dudy to polityczna hucpa i nieodpowiedzialność obliczona na własną korzyść, nie mówiąc już o długotrwałych efektach dalszej kompromitacji samej instytucji referendum.

 

Jak powinna zachować się w tej sytuacji opozycja?

Powinna namawiać, aby do referendum nie iść. Tylko musi się przygotować na to, że gdy będzie to robić, to podniosą się populistyczne głosy, że to anarchizacja, że opozycja nie chce, aby społeczeństwo brało udział w polityce. Wówczas może dojść do sztucznego obniżenia frekwencji ludzi, którzy chcą popierać partię demokratycznego, liberalnego centrum. Zwłaszcza gdyby wybory i referendum miały nastąpić tego samego dnia, chociaż nawet gdyby był tydzień czy dwa różnicy, to też może taki efekt być. I obawiam się, że to może być główny motyw owego referendalnego podniecenia Andrzeja Dudy i PiS.
Panie profesorze, skoro jesteśmy przy wyborach samorządowych, to jak ocenia pan strategię SLD, by po równo atakować PiS i PO? Włodzimierz Czarzasty mówi o trzeciej drodze, która ma rozbić PO-PiS.
Zastanawiam się, co jest większą bolączką debaty publicznej: czy to, że mamy do czynienia z prymitywną propagandą, lawiną kłamstw odnośnie do otaczającego świata serwowaną przez PiS i jej agendy, czy też że część uważających się za tzw. publicznych intelektualistów i „gniewnych” lewicujących dziennikarzy nowego pokolenia wydaje się doświadczać ogromnych trudności w docieraniu do rzetelnej wiedzy o współczesnym świecie.
Taka narracja bezrefleksyjnego krytykowania III RP, a zwłaszcza ośmiu lat rządów PO-PSL, jest czymś, co obraża każdego szanującego własny rozum człowieka.
By była jasność, zarówno owo 25 lecie, jak i lata ostatniej demokratycznej koalicji nie były idealne, wiele rzeczy można pewnie było zrobić nieco lepiej, ale jak się patrzy na dorobek Polski – na tle choćby tak cywilizacyjnie zaawansowanych w regionie Europy Środkowej krajów, jak Słowenia, Czechy czy Węgry – to jedyną uczciwą intelektualnie kwestią jest próba odpowiedzi na pytanie, jakim cudem to właśnie nam udało się „o niebo” lepiej rozwijać w ciągu tego okresu, a tempo naszych zmian było dwukrotnie lub wielokrotnie szybsze niż w tych krajach. A teraz SLD. Zacznijmy od tego, że ludzi o poglądach lewicowych w Polsce jest między 30 a 45 proc., zależy jakie aspekty lewicowości brać pod uwagę. W wielu ostatnich latach jednak głównej partii lewicy polskiej nie udawało się zyskać poparcia nawet połowy tego elektoratu, z bardzo różnych powodów – od nieudanych przywódców, przez brak klarownego programu politycznego, po wystawianie kompromitujących w ogóle świat polityki kandydatów na najważniejsze stanowiska w państwie. Teraz SLD gra dość cynicznie, bo musi udawać, że nie widzi głównego zagrożenia demokratycznego ładu w Polsce i czepia się konkretów polityk sektorowych w wersji uprawianej przez poprzednią koalicję kilka lat temu. Dość specyficzne poczucie odpowiedzialności za nasze dobro publiczne. A to może się zemścić, bo SLD nie zyska wiele wśród zagubionych, słabo wykształconych mieszkańców wsi, musi walczyć o miejskiego inteligenta i część klasy średniej, a ci niekoniecznie muszą podzielać ten ich krytycyzm. SLD powinno – i pewnie będzie – nagłaśniać takie sprawy, jak edukacja, sfera publiczna, ścieżki rowerowe, wszystko to, co jest związane z ideami progresywnymi. To samo będą zresztą mówiły PO i Nowoczesna, zatem SLD gra o wyborcę z partiami opozycyjnymi, a nie z PiS-em.

 

Grają na rozbicie opozycji, co sprzyja PiS-owi?

Może nie intencjonalnie, ale rezultat taki właśnie może być. Już od roku wiadomo, że nie jest możliwa wielka lewicowa koalicja z SLD jako jądrem; obawiam się, że nie jest też możliwa koalicja Partii Razem z kimkolwiek, a to oznacza, że tzw. nowa lewica nie dogada się ani ze sobą, ani z SLD. Scenariusz, w którym do wyborów parlamentarnych pójdą 3 albo 4 ugrupowania lewicowe, jest równie prawdopodobny, co (niestety) komiczny, a dla ludzi prawdziwej lewicy – tragiczny, gdyż oznacza kolejne 4 lata braku wpływu na politykę państwa. Proszę tylko pamiętać, że wybory samorządowe są specyficzne, regionalne, w każdym zakątku kraju to może inaczej wyglądać. SLD ma ciągle silne struktury lokalne, więc chce powalczyć w takich lokalnych konfiguracjach, w jakich uważa za stosowne. Ciekawe, czy odważy się zawiązać koalicję z PiS. Jak to jest możliwe, że PiS jest ciągle liderem sondaży? Po ujawnieniu nagród, łamaniu prawa, obrażaniu, pogardzie dla opozycji, kłopotach Polski w UE z art. 7, chaosie w szkołach czy astronomicznych wydatkach Beaty Szydło na fryzjera i wizażystę… PiS ciągle jest liderem procentowym, ale w liczbach bezwzględnych poparcie mu spada. Problem jest w tym, że inne partie nie potrafią przebić się z atrakcyjną propozycją. PiS stosuje prostą propagandę: okazało się, że ta partia strzeliła w dziesiątkę tym, że Polak nie rozumie spraw publicznych. Większość społeczeństwa jest kształcona od kolebki do potwornego egocentryzmu, a raczej prywatocentryzmu, i patrzenia wyłącznie przez pryzmat rodziny – my, nasi, kumple – a nie dobra publicznego. PiS to zrozumiał. Srebrniki do kieszeni są dużo bardziej atrakcyjne niż budowa teatrów, przedszkoli, autostrad itp. Pomieszanie datków, przekupstwa i klientelizmu ekonomicznego z sosem patosu religijno-nacjonalistycznego – okazało się, że to świetnie działa. Na 31 mln dorosłych Polaków jest te 5 mln, którzy głosują na PiS i jak widać, to wystarcza. Pytanie, co się dzieje z tymi pozostałymi 26 mln, dlaczego oni nie są w stanie się zorganizować, zaktywizować i odesłać w niebyt tych, którzy łamią polską konstytucję. Ci, którzy głosują na PiS, nie rozumieją wagi prestiżu konstytucji, poszanowania praw i zasad cywilizowanego świata, demokratycznych reguł gry.

Plan M

Trwa szczyt Unii Europejskiej poświęcony w głównej mierze problemom migracji.

 

W ostatnich dniach czerwca szefowie państw Unii Europejskiej spotykają się w Brukseli podczas kolejnego szczytu Rady Europejskiej. Jak zapisano w agendzie, pierwszym i najważniejszym tematem będzie „wewnętrzny i zewnętrzny wymiar polityki migracyjnej”. Nie ma jednak pewności, że szczyt zakończy się konkretnymi decyzjami. Unia w sprawie migrantów jest podzielona jak nigdy dotąd.
W ostatni weekend w Brukseli odbył się nieformalny szczyt szefów państw UE, zwany mini-szczytem. W zamyśle organizatorów miał przygotować stanowiska, które byłyby przyjęte podczas trwającego obecnie szczytu. Zakończył się fiaskiem. W mini-szczycie uczestniczyło jedynie 16 państw członkowskich UE (Polski też nie było). Nie uzgodniono wspólnych wniosków w sprawie migrantów.

 

Walizki imigrantów

Europa powoli zapomina o 175-kilometrowym płocie zbudowanym przez Orbana na granicy węgiersko-serbskiej. I o słowach premier Szydło, deklarującej, że w ramach unijnej solidarności Polska nie przyjmie żadnego imigranta. W ostatnim czasie najczęściej komentuje się stanowisko rządu Włoch.
Matteo Salvini, włoski wicepremier i minister spraw wewnętrznych nie ukrywa, że celem nowego rządu Włoch jest odesłanie do krajów pochodzenia półmilionowej rzeszy nielegalnych imigrantów. „Nie możemy sobie pozwolić na to, aby utrzymywać dalej setki tysięcy ludzi we Włoszech” – powiedział Salvini. „Muszą pakować walizki…” – dodał.
Na początku czerwca Salvini odmówił zgody na wpłynięcie do włoskiego portu statku z ponad 600 imigrantami, których na wodach libijskich uratowała załoga statku „Aquarius” należącego do organizacji humanitarnej SOS Méditerranée. Włosi zaproponowali, by migrantami zajęła się maleńka Malta. Ta również odmówiła.
Ostatecznie imigrantów przyjęła Hiszpania. Decyzję o przyjęciu kolejnych 629 przyjezdnych z Afryki ogłosił premier Hiszpanii Pedro Sánchez. Notabene, lider socjaldemokratycznej partii PSOE (Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza).

 

Z Austrii do Afryki

Przeciwni pomocy imigrantom: Orban na Węgrzech i Kaczyński w Polsce mają więc grono nowych sprzymierzeńców. I to nie tylko we Włoszech. Również kanclerz Austrii, Sebastian Kurz wspomina o zamiarze zawracania migrantów z powrotem do Afryki. A także, co znamienne, minister spraw wewnętrznych w koalicyjnym rządzie Angeli Merkel. Horst Seehofer zagroził, że: „jeśli do czasu szczytu UE (28-29 czerwca) nie będzie żadnego rozporządzenia, zlecę rozpoczęcie zawracania (imigrantów) na granicy”. I to bez oglądania się na zgodę kanclerz Merkel.
Tymczasem Viktor Orban poszedł krok dalej. Po nowelizacji kodeksu karnego, kara roku więzienia grozi każdemu, kto zdecyduje się na pomoc nielegalnym imigrantom. Zaś darowizny na rzecz uchodźców zostały obłożone 25 proc. podatkiem. Przeznaczonym na utrzymanie płotu na południu Węgier.
Karane mogą być też osoby pomagające migrantom w ramach organizacji humanitarnych. Takich, jak załoga wspomnianego już statku „Aquarius”. Można wyobrazić sobie sytuację, w której po przypłynięciu statku z wyłowionymi z morza imigrantami do portu węgierskiego, cała załoga trafiłaby do więzienia. Dobrze się składa, że Węgry nie leżą nad morzem.

 

Droga do Europy

Znamienne, że wzrostowi nastrojów antyimigranckich w Europie wcale nie towarzyszy zwiększona fala migracji. Napływ imigrantów miał swój szczyt w październiku 2015 roku. Wówczas w ciągu tylko jednego miesiąca do Europy przybyło prawie ćwierć miliona osób. Głównie z Bliskiego Wschodu, za sprawą wojny w Syrii.
W kolejnych miesiącach i latach liczba migrantów systematycznie malała. Od mniej więcej roku ilość przybyszów plasuje się na podobnym poziomie kilku tysięcy osób miesięcznie. Przykładowo, w maju 2018 roku było to 6041 osób. Gdyby teoretycznie przyjąć symetryczną alokację imigrantów na terenie całej Unii Europejskiej, do miasta wielkości Wrocławia trafiałoby miesięcznie 8 mieszkańców Afryki lub Azji. Dla porównania, szacuje się, że we Wrocławiu mieszka i pracuje ponad 60 tysięcy przyjezdnych z Ukrainy.
Gwoli ścisłości trzeba przyznać, że jednym z czynników, który wpłynął na zahamowanie napływu setek tysięcy imigrantów drogą lądową był węgierski płot. Potwierdziła to ostatnio nawet kanclerz Angela Merkel. Cóż, płoty i mury tak mają. Zatrzymują ludzi. Niezależnie od tego, gdzie się je stawia. Na Węgrzech. W Berlinie. Czy w Chinach. Ale węgierski przykład nie może oznaczać zachęty do powrotu współczesnego świata do budowania „murów obronnych”. Oddzielających bogatych od biednych.

 

Dzieci z Dworca Brześć

Jakie najważniejsze zasady polityki migracyjnej powinny być bliskie polskiej socjaldemokracji? Po pierwsze: bezwarunkowa pomoc potrzebującym. Czy można nie reagować na widok łodzi wypełnionej afrykańskimi kobietami. Afrykańskimi dziećmi. Afrykańskimi wyrostkami – również. Zachować się jak włoski wicepremier Salvini? Powiedzieć: „to nie ja – to kolega”.
Identycznie zachowują się politycy rządzącego w Polsce PiS-u. Do brzegów Bałtyku nie przybijają co prawda łodzie i pontony z Afryki. Ale na dworcu kolejowym w Brześciu przez wiele miesięcy koczowały czeczeńskie rodziny próbujące dostać się do Polski. Niektórzy są tam do dzisiaj. Marina Hulia, kiedyś nauczycielka rosyjskiego, zorganizowała nawet szkołę dla czeczeńskich dzieci mieszkających na dworcu.
Urzędujący zaledwie od czterech tygodni socjaldemokratyczny premier Hiszpanii Pedro Sánchez dał dobry przykład coraz bardziej antyimigranckiej Europie. Przyjmując imigrantów z „Aquariusa”. Mimo, że w samym tylko roku 2017 do Hiszpanii dotarło drogą morską ponad 22 tysiące nowych imigrantów.
Ale oprócz doraźnej pomocy, najważniejsze dla Europy są rozwiązania systemowe.

 

Platformy regionalne

Ilość nielegalnych przekroczeń granic UE systematycznie spada. Jak podaje Frontex, Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej, w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku odnotowano o 46 proc. mniej przypadków nielegalnego przekraczania granic Unii niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Mimo tego przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk proponuje kontrowersyjne rozwiązanie. Mające radykalnie ograniczyć liczbę imigrantów napływających do Europy.
O projekcie napisała kilka dni temu Wirtualna Polska. Miałyby powstać tak zwane regionalne platformy wysiadkowe. Zlokalizowane poza granicami Unii, głównie w Afryce Północnej. Trafialiby tam migranci z łodzi i statków, takich jak „Aquarius”. Na miejscu byłaby możliwość oceny, którzy z migrantów jest uchodźcą z terenów objętych wojną lub prześladowanym w swoim kraju. I wymaga pomocy ze strony Unii Europejskiej. A kto jest jedynie emigrantem ekonomicznym.
Zdaniem komentatorów, pomysł zgłoszony przez Tuska jest mocno niedopracowany i budzi wiele wątpliwości. Najpewniej nie dostanie jednoznacznego „zielonego światła” ze strony uczestników szczytu. Myślę, że słusznie. Byłoby to w jakimś stopniu to samo, co zrobił włoski wicepremier. To nie ja – to kolega. W Afryce. Można dodać sarkastycznie, że w Polsce temat „regionalnych platform wysiadkowych” już przerabialiśmy. Na dworcu w Brześciu…
Tak przy okazji. Pomysł „platform” nie jest propozycją nową. Już dwa lata temu o takim rozwiązaniu problemów migracyjnych mówił Viktor Orban.

 

Chwiejna równowaga

Czy można oczekiwać, że obecny szczyt Rady Europejskiej wprowadzi istotne zmiany w polityce migracyjnej Unii? Raczej nie. Prasa cytowała niedawną wypowiedź Donalda Tuska, dotyczącą perspektyw rozwiązania kryzysu migracyjnego w Europie. Przewodniczący Rady Europejskiej mówił o konieczności wykonania „dodatkowej pracy, by znaleźć równowagę miedzy solidarnością a odpowiedzialnością”…

 

Plan M

Gdzie jest polska lewica? Część polityków niechętnie zabiera głos. Jak mi powiedział w przypływie szczerości jeden z ważnych działaczy lewicy, on też jest zdania, że: „za dużo tych »ciapatych« w Europie”. To nie tak kolego! Lewica powinna mieć jasne i ugruntowane stanowisko w sprawie migrantów. Zupełnie odmienne od zacytowanego powyżej.
Po pierwsze: bezwarunkowa pomoc potrzebującym – już o tym pisałem. Pomoc nie może być elementem politycznej kalkulacji i bieżących nastrojów społecznych. Jasne, że nie wszyscy przybysze pragnący mieszkać w Polsce, muszą automatycznie uzyskiwać azyl lub prawo pobytu. Ale pozostawianie ludzi bez pomocy na morzu lub na dworcu kolejowym jest działaniem okrutnym.
Po drugie: budowanie klimatu przychylności dla przyjezdnych, zwłaszcza z odmiennych kręgów kulturowych i religijnych. Poczynając od języka, w którym słowo „ciapaty” nie ma prawa bytu nawet w zaciszu domowym. Świat XXI wieku jest skazany na multikulturowość. To oczywisty skutek łatwości przemieszczania się oraz komunikacji zdalnej. Widać to szczególnie wyraźnie w największych skupiskach ludności na wszystkich kontynentach. Nawet Warszawa powoli staje się miastem wielu kultur.
Po trzecie: akceptacja dla zagranicznych pracowników. W Polsce przez kilka kolejnych dekad będzie dramatycznie brakowało rąk do pracy, nawet kilku milionów pracowników. Napływ Ukraińców to dopiero początek wielkiej fali. Twierdzenie, że imigranci z krajów arabskich i z Afryki to „nieroby” i „prymitywy” jest rasizmem w najczystszej postaci. A to, że wśród nich co drugi jest terrorystą – kłamstwem.
Nie oglądając się na to, co uradzą w Brukseli, zacznijmy od tych trzech spraw.

 

Afryka Afryka

I najważniejsze. Dzisiejszy dramat wielu milionów ludzi zamieszkujących Afrykę w dużej mierze jest pokłosiem działań Europejczyków w ubiegłych stuleciach. Dzisiaj nie ma kolonii w Afryce. Ale to działania Wielkiej Brytanii, Francji, Portugalii, Hiszpanii, Włoch, Niemiec, Belgii, Holandii, a nawet Danii – ich podboje kolonialne – są praprzyczyną dzisiejszych kłopotów Czarnego Lądu. Dlatego mieszkańcom Afryki – setkom tysięcy emigrantów i uciekinierów – Europa po prostu musi spłacić dług za dziesięciolecia niewoli i poniżania rdzennych mieszkańców Afryki.
Polska nigdy nie miała kolonii. Ale w imię solidarności, też powinna przyłączyć się do spłaty europejskiego długu.