Biurokracja zamiast żałoby

Od lat mówi się o kryzysie demograficznym. Politycy apelują do kobiet, by rodziły dzieci, a państwo, niezależnie od tego kto rządzi, chętnie przedstawia się jako obrońca rodziny. Jednak gdy przyjrzymy się temu, jak traktowane są kobiety, które już zaszły w ciążę, lecz doświadczyły poronienia, obraz jest zupełnie inny.

Poronienie to doświadczenie nie tylko fizycznie bolesne, ale też psychicznie wyniszczające. W takiej chwili kobieta szczególnie potrzebuje wsparcia, zrozumienia i minimalnej choćby troski instytucji publicznych. Tymczasem zamiast empatii napotyka biurokratyczny mur, zimne procedury i absurdy prawne. Jeżeli kobieta zostaje sama w chwili największego cierpienia, to trudno uznać, że państwo naprawdę stoi po stronie rodziny.

Kodeks pracy co prawda przyznaje po poronieniu prawo do ośmiotygodniowego, w pełni płatnego urlopu macierzyńskiego. Jednak już pierwszy krok, by go uzyskać, potrafi odebrać siły.

Aby otrzymać urlop, kobieta musi zarejestrować dziecko w Urzędzie Stanu Cywilnego. Wymagany jest akt urodzenia z adnotacją o martwym urodzeniu – dokument możliwy do uzyskania dopiero po otrzymaniu karty martwego urodzenia wystawionej przez szpital. Problem w tym, że szpital może ją wydać tylko wtedy, gdy znana jest płeć dziecka. A jeśli poronienie nastąpiło przed 16. tygodniem ciąży? Kobieta musi wykonać badania genetyczne – koszt to od 400 do 600 zł, pokrywany z własnej kieszeni, bo państwo nie refunduje tego typu testów. W przypadku poronienia w domu kobieta musi zabezpieczyć materiał biologiczny i samodzielnie zgłosić się do szpitala.

Wszystko to dzieje się w cieniu traumy i cierpienia. W tle – paragrafy, procedury, terminy. Co więcej, kobieta nie ma wyboru: jeśli chce skorzystać z przysługującego jej urlopu, musi przejść przez całą urzędową procedurę – nawet jeśli psychicznie nie jest gotowa nadawać imienia nienarodzonemu dziecku.

Nic więc dziwnego, że wiele kobiet rezygnuje z urlopu macierzyńskiego i korzysta ze „zwykłego” zwolnienia lekarskiego. To rozwiązanie szybsze, mniej bolesne, choć finansowo mniej korzystne – L4 to 80% wynagrodzenia (a czasem tylko 70%), w przeciwieństwie do pełnego zasiłku przy urlopie. Państwo de facto zmusza kobiety do wyboru prostszej, ale mniej opłacalnej ścieżki – byle nie musiały nadawać imienia dziecku, którego nawet nie dane im było urodzić.

Rocznie dochodzi do ponad 40 tysięcy poronień. To nie są jednostkowe przypadki – to problem systemowy. Nie ma jednak żadnych oficjalnych danych, ile kobiet po poronieniu korzysta z urlopu, a ile – z braku sił lub przez absurdy formalne – wybiera L4. Wieloletnie milczenie instytucji publicznych boli równie mocno, jak brak empatii w procedurach.

Luki w działaniu państwa wypełniają dziś organizacje pozarządowe, jak Fundacja Rodzić po Ludzku czy Fundacja Ernesta Wójcickiego, które oferują wsparcie emocjonalne, prawne i informacyjne. To jednak nie powinno być ich zadanie – to rola państwa. Raport Najwyższej Izby Kontroli wykazał, że aż 35% kobiet po poronieniu nie otrzymało żadnej formy wsparcia psychologicznego w placówkach ochrony zdrowia.

Obecna polityka nie jest neutralna – ona zniechęca. Zniechęca do macierzyństwa, podważa zaufanie do instytucji, odbiera kobietom chęć szukania pomocy. Gdy kobieta po poronieniu słyszy, że musi nadać imię dziecku, którego nie może pochować, i jeszcze biegać z dokumentami po urzędach – nie czuje się otoczona troską. Czuje się pozostawiona sama sobie.

Dopiero w tym roku coś w końcu ruszyło. W lutym ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk określiła obowiązek ustalania płci dziecka przed przyznaniem świadczeń po poronieniu jako „okrutny absurd” i ogłosiła, że zostanie on jak najszybciej zniesiony. Ministerstwo zapowiedziało zmiany, zgodnie z którymi wystarczyć będzie zaświadczenie od lekarza lub położnej – bez konieczności ustalania płci i bez rejestracji dziecka w urzędzie. Obecnie wciąż trwają konsultacje publiczne, a nowe prawo ma – według zapowiedzi – wejść w życie najpóźniej jesienią. Jednak na razie kobiety wciąż czekają.

To, że zmiany są – miejmy nadzieję – coraz bliżej, daje powody do ostrożnego optymizmu. Ale równie ważne jest pytanie: dlaczego dopiero teraz? Przecież problem jest znany od co najmniej 2012 roku. Już wtedy pojawiały się interpelacje poselskie, a Rzecznik Praw Obywatelskich ostrzegał, że kobiety po poronieniu są traktowane nierówno. W 2015 roku alarmowano, że państwo wymaga od nich ustalania płci dziecka – nawet wtedy, gdy jest to niemożliwe albo zbyt kosztowne. Mimo kolejnych sygnałów i apeli przez ponad dekadę nie podjęto realnych działań.

W tym czasie tysiące kobiet musiały mierzyć się nie tylko z traumą straty, ale też z absurdem urzędowych procedur. Gdyby nie ich determinacja oraz działania fundacji i organizacji społecznych, być może w ogóle nie byłoby zapowiedzi żadnej reformy.

Zmiany są nie tylko potrzebne. Są pilne. W kraju, gdzie co roku tysiące kobiet przechodzą przez dramat poronienia, każda zwłoka to kolejny cios wymierzony w zaufanie do państwa. System opieki reprodukcyjnej musi być projektowany z kobietami i dla kobiet – nie przeciwko nim.

Bo jeśli państwo wymaga od kobiety w żałobie imienia, papierów i procedur, zamiast zaoferować zrozumienie i wsparcie – to nie jest to państwo prorodzinne. To państwo papierowe.

Piotr Kusznieruk

Poprzedni

„Chińska modernizacja w moich oczach” – trwa nabór do V edycji konkursu „Impresje o Chinach”

Następny

News Analysis: China’s Xinjiang is more dynamic, attractive amid increasing openness