Bursa prawie wyklęty

Andrzej Bursa odszedł bardzo młodo. Jednak nie w wyniku zamachu samobójczego, jak wielu innych poetów „wyklętych”. To była śmierć naturalna.

 

Od urodzenia cierpiał na przerost aorty. Ale jego przedwczesna śmierć, zaledwie w cztery lata po debiucie, pasowała do legendy o poetach wyklętych. Zwłaszcza że Bursa słynął ze swej nieustępliwości, często padał ofiarą złośliwych komentarzy, bywał lekceważony i niedoceniany. Sporo jego utworów ukazało się dopiero po śmierci poety. Niektóre wiele lat po śmierci – tak było z „Zabiciem ciotki”, jedynej powieści Bursy, która ujrzała światło dzienne dopiero w roku 1969. Wcześniej autor czytywał jej fragmenty przyjaciołom.

„Andrzej Bursa nie zginął śmiercią samobójczą – pisał Maciej Chrzanowski w książce „Andrzej Bursa. Czas, twórczość, mit” (1986). – Ale i z tym faktem można sobie poradzić przez sugerowanie nieodwołalności jego śmierci, stałego świadomego i konsekwentnego zbliżania się do niej poety. To, że Bursa sam nie pozbawił się życia, okazuje się tylko przypadkiem, bowiem „on musiał umrzeć” – zgodnie z wybraną postawą i przede wszystkim zgodnie z obrazem powołanego do życia w jego poezji świata, miejsca w nim jednostki”.

 

Legenda wyklętego

sprzyjała podtrzymywaniu zainteresowania poetą, który dopiero zaczynał iść swoją drogą, budząc wśród bardziej uważnych czytelników i krytyków ogromne nadzieje. Jego niewielki poemat „Luiza” uchodzi za arcydzieło. Zachwycał się nim Jarosław Iwaszkiewicz. W tym onirycznym utworze poeta przeskakiwał całą epokę socrealizmu, nawiązując wprost do awangardy przedwojennej, do nadrealistów, a współcześnie do surrealistów francuskich. Poemat czytany także dzisiaj sprawia wielkie wrażenie:

Wśród mahoniowych biurek
lśniących płyt kredensów
Stąpają nosorożce i mamuty czarne
W salonie odczynionym
przez wieczór z nonsensu
Douglas chrapie w fotelu
z poderzniętym gardłem.

Mroczna tajemnica tego obrazu nasuwa skojarzenie z poetyką rozwibrowanych zmysłowo wierszy Tadeusza Micińskiego.

Za życia Bursa odniósł niekłamany sukces w kabarecie i teatrze. Wystawiał go sam Tadeusz Kantor – reżyserował „Karbunkuł – teatr okropności”. Poeta był dostawcą tekstów dla Piwnicy pod Baranami, gdzie Krzysztof Litwin i Wiesław Dymny wykonywali jego skecz „Rozmówki chłopskie, czyli socjalistyczne daleko”. Nietrudno w nim dostrzec źródło sławnych rozmówek chłopskich w „Indyku” Sławomira Mrożka (1960). Nie wszystkie teatralne teksty się zachowały, ale przyjmowane były gorąco. Poza teatrem wiodło się mu gorzej, wciąż uważano go za pisarza, który się dopiero zapowiada. Wydawnictwo Literackie odrzuciło jego tom poezji jako przedwczesny. Rzecz w tym, że Bursa nie miał czasu, choroba na niego czyhała.

 

Żył bardzo krótko

(1932-1957). Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim najpierw dziennikarstwo, potem bułgarystykę. Debiutował w „Życiu Literackim” wierszem „Głos w dyskusji o młodzieży” (1954). Dość typowym dla tego okresu. Szukał wciąż dla siebie formy, zmieniał poetyckie kostiumy, może dlatego był na bakier z krytyką.
Po śmierci nastała na Bursę moda. Posypały się wydania zbiorów o wcześniej publikowanych nowel. Przedtem odtrącany, nawet wyśmiewany stał się legenda październikowej generacji. Jego bezkompromisowa postawa, a zwłaszcza niechęć do życia byle jakiego, do konformizmu stała się emblematem pokolenia:
„Najostrzej protestował Bursa przeciw letniości i nijakości postaw prowadzących do roli bezwolnego pionka w społeczeństwie „bladych krętków”, jak np. w wierszu Kasjer czy w wierszu „Nic”, gdzie mówi wprost: a jego nie ma/ mówi/ lecz nikt go nie słyszy/ dźwięk jego głos jest nieważny dla ucha ludzkiego/ bo on jest nic/ a raczej jego nic nie ma.

Chętnie sięgał po groteskę i ciętą ironię jak w obrazoburczym wierszu „Poeta”:

Poeta cierpi za miliony
od 11 do 13.20
od 11.10 uwiera go pęcherz
wychodzi
rozpina rozporek
zapina rozporek
Wraca chrząka
i apiat
cierpi za miliony.

Pewnie dlatego młodzi czytelnicy widzieli w nim swego poetę.

Przyciągająca siła jego poezji ujawniła się dopiero po śmierci Andrzeja Bursy. W 1958 ukazał się wybór jego wierszy i prozy, teatr Atelier wystawił „Zwierzęta hrabiego Cagliostro”, a Piwnica pod Baranami skecz „Żakeria, czyli męczeństwo wiejskiego proboszcza”. Dziesięć lat później Stanisław Stanuch wydał jego „Utwory wierszem i prozą”. Od tego czasu datuje się sława Bursy – poety prawie wyklętego. Czytając Bursę albo widując jego utwory na scenie, młode pokolenie oglądało się za siebie i szukało odpowiedzi na pytanie: kim jest?

Potwierdza to

 

pośmiertna kariera

mikropowieści „Zabicie ciotki”, która doczekała się aż dwóch ekranizacji Grzegorza Królikiewicza (1984) i Mateusza Głowackiego (2013, krótki metraż), a wcześniej arcyciekawej realizacji w teatrze jednego aktora – spektakl Cezarego Nowaka na festiwalu monodramów w Toruniu okazał się wydarzeniem elektryzującym młodą widownię. Nowak przeczytał bowiem powieść Bursy przez charakterystyczne motto, którym poeta opatrzył swój utwór: Wszystkim tym, którzy stanęli kiedyś przerażeni martwą perspektywą swojej młodości. Andrzej Bursa opowiadał się zatem za prawem młodego pokolenia do własnej biografii, szydził z „ciotki rewolucji”, aktor przekazywał zaś tę przestrogę niemal ćwierć wielkiej po napisaniu powieści, choć wydawało się wtedy, że Bursa napisał te słowa dopiero wczoraj.

Jest rok 1982. Stan wojenny. Cezary Nowak skrupulatnie, z anatomiczną dokładnością zdaje relację z procederu ubijania ciotki. Czyni to w taki sposób, że słychać chrzęst piłowanych kości denatki. Wieje grozą.

Niektórzy widzowie nie kryją obrzydzenia, wzburzeni szczegółami mordu i próbami pozbycia się zwłok. Groteska Bursy przyobleka bez mała naturalistyczne szaty. Nowak tylko opowiada, ale tak sugestywnie, że uczestniczymy w akcji, w jego bezpłodnych trudach podrzucenia szczątków zamordowanej. Dopiero finałowa dedykacja uświadamia, że padliśmy ofiara szyderczej mistyfikacji, że o nie rzeczywiste sprawozdanie z mordu i nie o realne perypetie ze zmasakrowanymi włokami chodziło.

Nowak sięgnął po tekst Bursy wówczas, gdy znowu padało pytanie o kształt pokolenia, gdy prawo do własnej biografii stało się odczuwaną potrzebą. Dokonał przy tym czegoś więcej: stworzy postać z krwi i kości. Jego student Jurek to znerwicowany, choć z pozoru dobrze ułożony młodzieniec, obdarzony nadwrażliwością i intuicją, który staje wobec wyboru swojej drogi. Staje na rozdrożu i wybiera rozwiązanie szaleńcze. Jak każde szaleństwo i to ma swoje racjonalne jądro: jest opowieścią o zagubieniu, o skomplikowanych okolicznościach, o pogruchotanym systemie wartości. Trudno o bardziej trafne odczytanie sytuacji pokoleniowej.

Sukces Nowaka (zdobył wówczas Grand Prix o Nagrodę Dziennikarzy festiwalu) polegał na dwóch celnych wyborach aktora: po pierwsze, tekstu, który zachował aktualną wymowę; po drugie, stylu aktorskiego, który nie hamował wykonawcy przed sięgnięciem nawet po jaskrawe środki. Zarzucano aktorowi, że „przedobrzył” interpretację, że był zbyt prawdziwy, zbyt dosłowny, że wywiódł publiczność w pole. Czy słusznie? Zamierzone

 

zmylenie widza

wciągnięcie go w akcję kryminalną owocowało ostro wyakcentowanym finałem, szokującą, lecz trafną puentą. Okazywało się wówczas, że widz śmiał się lub drżał w innej sprawie. Nie o ciotkę tu przecież chodziło. Nowakowi udało się połączyć konkretność postaci z parabolicznym sensem pokoleniowego tekstu Bursy o utraconych złudzeniach – mordowanie „ciotki” to pozbywanie się garbu przeszłości, usuwanie nadzorców niechcianej tradycji. W finale nieukończonej (?) powieści Bursy ciotka nagle pojawia się w domu. Cała więc opowieść o jej zamordowaniu i zmaganiach z trupem wygląda na czarną fantazję młodzieńca. Chociaż i to jest wątpliwe, skoro ciotka odnajduje szczątki… ciotki w wannie i razem ze swym podopiecznym Jurkiem pracowicie je uprząta. Interpretujcie to sobie jak chcecie, ale dla mnie to wyraźny dowód, że Bursa podał w wątpliwość szansę „zabicia ciotki”, a więc wyparcia przeszłości jednym ruchem. Uważał taki rodzaj samooczyszczenia za złudzenie.

Zresztą

 

paradoksy to jego specjalność

Dość przywołać króciutkie opowiadanie „Smok” (także ulubiona lektura Iwaszkiewicza), w którym Bursa opisuje obyczaj dorocznego wydawania na pożarcie dorodnej pary młodych mieszkańców wsi Grząźle, w której zamieszkuje do niepamiętnych czasów pewien osowiały smok. Rzecz dzieje się współcześnie, a ofiary są składane niejako rutynowo i bez protestu. No tak, ugrzęźliśmy wszak w Grząźle, inaczej nie być może.

Piszę o tym wszystkim, bo właśnie nakładem Znaku ukazały się w bardzo starannej szacie plastycznej „Dzieła (prawie) wszystkie” Bursy. Tytuł zawiera pewne zastrzeżenie, redaktor Wojciech Bonowicz sugeruje, że może odkryte zostaną jakieś znaleziska (tak jak opisywane „Zabicie ciotki”), choć prawdopodobnie tym razem to już naprawdę wszystko, co zostało po Poecie, także ciekawe rysuneczki, którymi książkę ozdobiono.

W tym wydaniu, do którego doszła garść wcześniej niepublikowanych w książkach utworów, zabrakło tekstów publicystycznych, które wcześniej przypomniał w swojej edycji Stanuch. Redaktor tłumaczy to nieprzystawalnością poziomu tekstów dziennikarskich i prozy czy poezji. To dość oczywiste – publicystyka rzadko zachowuje świeżość, a jeszcze rzadziej dotrzymuje kroku literaturze (choć bywają wyjątki). A jednak żal tych dziennikarskich tekstów, choćby ich próbek. Bursa należy przecież do pewnej epoki – zadecydowały o tym daty urodzenia i śmierci, należy do historii kultury PRL. Jego biografia młodego człowieka związanego z lewicą (także członka partii) stanowi ważne tło podejmowanych przez niego ideowych i literackich wyborów, także rozczarowań, jakie dzielił z wieloma entuzjastami, witającymi z nadzieją polski Październik. Uwaga ta nie umniejsza zasługi wydawcy, który przypomina Bursę właściwie bez okazji – bez żadnej rocznicy czy innych okoliczności, ale z poczucia kulturalnego obowiązku. Przypomina nader słusznie, bo wciąż jest mnóstwo ciekawych rzeczy do znalezienia w jego tekstach.

 

Andrzej Bursa, „Dzieła (prawie) wszystkie”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, ISBN: 978-83-240-3284-6.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *