Dwaj mistrzowie

Finiszujący w ostatnich dniach ubiegłego roku festiwal filmów rosyjskich „Sputnik nad Polską” (już czternasty!) zakończył się spektakularnym triumfem dwóch uznanych mistrzów tej kinematografii – Andrieja Konczałowskiego i Andrieja Smirnowa. Pośród szeregu pokazanych podczas festiwalu wyróżniających się najnowszych rosyjskich produkcji Grand Prix przypadł filmowi „Drodzy towarzysze!” Konczałowskiego, po drugą zaś nagrodę sięgnął „Francuz” Smirnowa. A sam ostatni „Sputnik” – co koniecznie trzeba tu dodać – okazał się, jak zresztą wszystkie poprzednie, bardzo interesujący, a także niezwykle sprawnie w niecodziennych warunkach on line zorganizowany; ekipie Małgorzaty Szlagowskiej-Skulskiej znów należą się brawa.

Andriej Konczałowski (dawniej piszący się Michałkow-Konczałowski, jak wiadomo – syn poety i dramatopisarza Siergieja Michałkowa i pisarki i tłumaczki Natalii Konczałowskiej oraz starszy brat aktora i reżysera Nikity Michałkowa), filmowiec o bardzo obfitym, przy tym i tematycznie, i stylistycznie nader zróżnicowanym dorobku, laury za swe filmy zbiera już od ponad półwiecza, od dłuższego też już czasu cieszy się statusem żywego klasyka. Mnie po raz pierwszy urzekł jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych – swą wtedy właśnie ukończoną „Romancą o zakochanych”, pięknie poetyzującą i patetyzującą sprawy najprostsze i najpowszedniejsze, a przecież dla ludzkiej egzystencji fundamentalne, do tego fascynującą swą odwagą i odkrywczością formalną, z nieledwie operową konwencją włącznie (Innokientij Smoktunowski w roli Trębacza!). Już po obejrzeniu „Romancy” poznawałem wcześniejsze filmy reżysera: powstały w 1965 roku jego błyskotliwy, stylizowany na radzieckie kino lat dwudziestych debiutancki obraz o porewolucyjnej walce nowego ze starym w kirgiskim aule – „ Pierwszego nauczyciela” według Czyngisa Ajtmatowa (cóż to był za świetny pisarz!) czy też nakręcone w 1969 roku „Szlacheckie gniazdo” według Turgieniewa, zniewalającą swą wizualną urodą nostalgiczną pieśń o dziewiętnastowiecznej Rosji, rzecz, w której wprawdzie zostało niewiele z dylematów rosyjskiego „zbędnego człowieka”, ale dostatecznie dużo o odrodzeniu przez cierpienie; ulubionej wtedy aktorce Konczałowskiego – Irinie Kupczenko, która grała Lizę, jako zjawiskowa Warwara Pawłowna partnerowała Beata Tyszkiewicz. Zaraz po „Szlacheckim gnieździe” pojawiła się, też szeroko komentowana i dyskutowana, kolejna ekranizacja rosyjskiej klasyki – Czechowowskiego „Wujaszka Wani” (1970); z kolei po „Romancy” Konczałowski wystąpił z epopeją „Syberiada” (1979), filmem-rzeką o dwudziestowiecznych dziejach dwóch syberyjskich rodów, w burzliwych czasach wielkich przemian to dzielonych wzajemną nienawiścią, to łączonych miłością. Nie zawsze jednak los mościł Konczałowskiemu drogę samymi różami: rozdygotany, niewesoły portret rosyjskiej wsi – „Historię Asi Klaczinej, która kochała, ale za mąż nie wyszła” (1967) skierowano na ponad dwie dekady na półki i przez ten czas skrupulatnie pomijano w biogramach reżysera. W końcu lat siedemdziesiątych Konczałowski wyjechał na dłuższy czas do Stanów Zjednoczonych, gdzie nakręcił sześć kolejnych filmów; choć zauważone tak w Stanach, jak i w Europie, olśniewających sukcesów artystycznych ani komercyjnych swemu twórcy nie przyniosły.
A w ciągu ostatniej dekady urodzony w 1937 roku Konczałowski przeżywa jakby drugą triumfalną młodość – każdy z wychodzących regularnie co dwa laty na ekrany jego nowych filmów staje się wydarzeniem. Niemal każdy też zdobywa nagrody na festiwalu w Wenecji, czym jakby domyka krąg jego filmowej drogi – bo przecież przed debiutanckim w pełnym metrażu „Pierwszym nauczycielem” była jeszcze krótkometrażówka „Chłopiec i gołąb” (1962), która przyniosła mu weneckiego Brązowego Lwa. Nakręcone w 2014 roku „Białe noce listonosza Aleksieja Triapicyna” – to liryczna opowieść o mieszkańcach rozrzuconej wśród jezior osady na rosyjskiej Północy. Bohaterką moralitetowego „Raju” (2016) jest paryżanka, rosyjska arystokratka, w czasie wojny zesłana przez hitlerowców do obozu za ukrywanie dwóch żydowskich chłopców; choć za sprawą od lat zakochanego w niej niemieckiego oficera może ocalić życie, dobrowolnie idzie do gazu w miejsce Żydówki, która podejmie się wychowania tych dzieci; tytułowy raj – to kraina nadludzi, o której marzy ów Niemiec, ale też wrota, w które wstępuje idąca na śmierć Rosjanka; metaforą piekła staje się obóz, w którym Żydówka recytuje w języku Dantego jego słynne strofy „Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”. Dante pojawi się też w finałowej wizji bohatera „Grzechu” (2018), wielkiego Michała Anioła ze szczytowych lat jego aktywności, wciąż owładniętego szaleńczą pasją tworzenia, a przy tym szamoczącego się między sprzecznymi żądaniami potężnych mecenasów i miotającego się w poszukiwaniach, nie zawsze najszlachetniejszymi sposobami, środków na opiekę nad rodziną i pomocnikami – „boskiego” (bo wszyscy już go tak mianują) artystę uspokojeniem obdaruje dopiero spotkanie z duchem autora „Boskiej komedii”.

Dla młodszego od Konczałowskiego o cztery lata, skądinąd też wychowanka Michaiła Romma, aktora i reżysera Andrieja Smirnowa prawdziwym entrée w wielkie kino stał się „Dworzec Białoruski” (1970) – opowieść o czwórce frontowych druhów, teraz spotykających się na pogrzebie jednego z oficerów ich batalionu, które to spotkanie nieoczekiwanie przeradza się w swoisty sprawdzian ich dzisiejszych postaw i ideałów. Konstantin Simonow pisał, że film „odsłonił moralną siłę frontowego braterstwa i, co szczególnie ważne, pokazał tę siłę nie jako coś, co pozostało w dalekiej przeszłości, lecz jako wartość posiadającą wpływ na sprawy i czyny współczesne”; po latach wspominano, że obraz młodego reżysera „od razu stał się częścią narodowej świadomości tak, jakby istniał tam od zawsze, jak drzewo na polu”. Ale jednocześnie raz po raz i Smirnowowi piętrzyły się kłopoty: nakręconej cztery lata później „Jesieni”, kameralnej historii miłości dwojga trzydziestolatków, zarzucono zredukowanie osobowości bohaterów wyłącznie do sfery erotyki i przyznano bardzo niską kategorię dystrybucyjną; filmu najpewniej wówczas w ogóle nie udałoby mi się zobaczyć, gdyby nie zamknięty pokaz dla doktorantów z bratnich krajów socjalistycznych, zorganizowany aż w Taszkencie. Od lat osiemdziesiątych Smirnow kręcenia filmów zaprzestał, choć wciąż był czynny (i niejeden raz nagradzany) jako aktor, na przykład odtwórca głównej roli męskiej w „Elenie” Andrieja Zwiagincewa; odrodził się jako reżyser dopiero po trzydziestu latach – głośnym obrazem „Żyła sobie baba” (2011), inspirowanej prozą Bunina panoramie ponurych dziejów rosyjskiej wsi w początkowych dziesięcioleciach dwudziestego wieku, ukazanych przez pryzmat wstrząsającego losu młodej chłopki – cierpiącej biedę, poniewieranej, bitej, przecież heroicznie próbującej w tym infernalnym otoczeniu uchronić życie, wychować potomstwo, zbudować choćby na chwilę namiastkę szczęścia…

Na „Sputniku” Konczałowski i Smirnow spotkali się w epoce Chruszczowa. Francuzem z filmu Smirnowa jest młody francuski komunista, syn uciekinierki z ZSRR, podczas chruszczowowskiej odwilży (jest rok 1957) przyjeżdżający jako stypendysta do Moskwy, by kontynuować badania dziejów rosyjskiego baletu, przede wszystkim jednak podjąć próbę odnalezienia swego ojca, hrabiego Tatiszczewa, carskiego oficera, w 1937 roku osadzonego w łagrze, z którego udało mu się zbiec. Wraz z owym młodym Francuzem doświadczamy zarówno życia rosyjskiej bohemy w odwilżowej, choć nadal mocno kontrolowanej stolicy, jak
i wstrząsającej rzeczywistości prowincjonalnego Peresławia, gdzie dożywa swych dni obdarzony wybitnym talentem matematycznym, a teraz pracujący jako nocny stróż i wegetujący w krzyczącej biedzie Tatiszczew. Akcja „Drogich towarzyszy”, też jak „Francuz” czarno-białych, toczy się pięć lat później i koncentruje się na wydarzeniach w Nowoczerkasku – robotniczym strajku, który wybuchł tam latem 1962 roku w odpowiedzi na podwyżkę cen i równoczesne podniesienie norm produkcyjnych w miejscowej fabryce; podczas tłumienia robotniczych wystąpień zginęło dwadzieścia kilka osób, a potem w czasie procesów jeszcze siedem otrzymało wyroki śmierci (choć np. wydana u nas przez Ossolineum „Historia ZSRR” Davida Marplesa podaje wziętą z powietrza apokaliptyczną liczbę 7 tysięcy straconych, co polski edytor musi w przypisie stanowczo prostować). Film Konczałowskiego umiejętnie splata suchy paradokumentalizm z przejmującym wątkiem fabularnym, którego główną postacią jest Ludmiła Siomina, kierowniczka wydziału w miejskim komitecie partii, zarazem kochanka pierwszego sekretarza tego komitetu, zagorzała stalinistka i zwolenniczka radykalnych kroków wobec strajkujących; gdy w czasie zajść znika jej niepokorna córka, Siomina po bezskutecznych dramatycznych poszukiwaniach, już przekonana o śmierci dziewczyny, w końcu znajduje ją całą i zdrową, choć ukrywającą się przed milicją; przytula ją ze słowami jak z Czechowa; „będzie lepiej”, „będziemy lepsi”… Tę główną rolę w „Towarzyszach” gra obecna małżonka i muza reżysera, zresztą pochodząca z Nowoczerkaska aktorka Julia Wysocka, przedtem też główna bohaterka „Raju”, a w „Grzechu” ukazująca się na moment w pałacu Medyceuszy Leonardowa dama z gronostajem.

Jak Michałkow-Konczałowski, także Smirnow może się szczycić przynależnością do znanej artystycznej dynastii; jego ojciec, Siergiej Smirnow, był pisarzem, córka zaś, Awdotia Smirnowa, od lat już z powodzeniem stąpa śladami ojca jako reżyserka (na „Sputnikach” gościły jej filmy „Dwa dni” i „Kokoko”). A dynastia Michałkowów-Konczałowskich ma już dziś w Moskwie cały kwartał: na rogu Powarskiej i Pierścienia Sadowego na fasadzie położonej naprzeciw słynnego Domu Pisarzy kamienicy, gdzie mieszkali Natalia i Siergiej, wisi poświęcona Natalii tablica pamiątkowa (zmarła w 1988 roku, jako ówczesny pracownik polskiej ambasady uczestniczyłem w jej pożegnaniu w moskiewskim monasterze Daniłowskim), uwieczniony w brązie Siergiej zasiada na ławeczce na sąsiadującym z tą kamienicą skwerze, a parędziesiąt metrów dalej na innej kamienicy kolejna tablica upamiętnia ojca Natalii, a dziada Andrieja – wielkiego malarza Piotra Konczałowskiego. Tymczasem „Drodzy towarzysze”, podobnie jak niedawno „Raj”, w walce o Oskara są już na „krótkiej liście”…