Warto być przyzwoitym

Władysław Teofil Bartoszewski w studiu Radia ZET podczas rozmowy z Bogdanem Rymanowskim. Screen z transmisji na żywo Radia ZET, 10 marca 2026.

Po tragedii w Minab nie chodzi już tylko o to, kto wystrzelił pocisk. Chodzi również o to, jak reagują politycy, gdy pojawiają się nagrania, analizy i zdjęcia szczątków podważające wygodne wersje wydarzeń. W takich momentach każde słowo waży podwójnie – zwłaszcza gdy wypowiada je wiceminister spraw zagranicznych państwa, które jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, ale jednocześnie deklaruje przywiązanie do prawa międzynarodowego. Można powiedzieć, że sprawa wymaga śledztwa. Można powiedzieć, że trzeba poczekać na fakty. A jeśli nie zamierza się powiedzieć wersji najbliższej prawdzie, to czasem naprawdę lepszym wyjściem jest milczenie. Chociaż i w takiej sytuacji by mu się oberwało. Najgorzej jest jednak zrobić coś innego – powtórzyć wersję wydarzeń, której nie potwierdzają żadne dowody, poza bajdurzeniem Donalda Trumpa.

Do uderzenia doszło 28 lutego 2026 roku. Pocisk spadł w rejonie sąsiadującym z kompleksem powiązanym z irańską Gwardią Rewolucyjną. Szkoła Shajareh Tayyebeh była jednak od tego terenu oddzielona murem i działała jako cywilna placówka edukacyjna. Atak stał się jednym z najbardziej tragicznych incydentów cywilnych w trwającej wojnie.

Co ważne, nie był to jeden pojedynczy wybuch. Według relacji z miejsca zdarzenia i analiz nagrań doszło do dwóch uderzeń w odstępie około 40 minut. Ten szczegół jest istotny, bo podważa narrację, która początkowo krążyła po sieci, jakoby chodziło o przypadkową eksplozję czy chaotyczny incydent. Dwa precyzyjne uderzenia w krótkim odstępie czasu sugerują raczej zaplanowane działanie systemu uzbrojenia, a nie przypadkowy błąd czy niekontrolowany pocisk.

Na tę sekwencję zwracają uwagę także analitycy OSINT i dziennikarze zajmujący się weryfikacją materiałów z konfliktów zbrojnych. Relacje świadków oraz analizy wskazują na klasyczny schemat tzw. „double tap” – drugie uderzenie w to samo miejsce po kilkudziesięciu minutach. W części relacji świadków pojawia się nawet informacja o trzech trafieniach, ale już sam drugi atak po tak długim czasie całkowicie podważa wersję o „przypadkowym incydencie”.

Kilka dni później (w sobotę) sprawa pojawiła się podczas pytań dziennikarzy na pokładzie Air Force One. Zapytano prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, kto odpowiada za uderzenie. Trump odpowiedział bez wahania, że według niego to Iran stoi za atakiem, ponieważ – jak stwierdził – irańskie uzbrojenie jest bardzo niedokładne.

Trump wskazał więc sprawcę, mimo że w tym momencie nie było publicznego wyniku żadnego śledztwa. Chwilę później reporterzy zwrócili się do stojącego obok niego sekretarza obrony Pete’a Hegsetha. Jego odpowiedź była zupełnie inna. Hegseth powiedział, że sprawa jest badana, a Stany Zjednoczone – jak podkreślił – „nigdy nie atakują celów cywilnych”.

Pentagon mówi więc o trwającym dochodzeniu, podczas gdy amerykański prezydent już ogłosił winnego.

Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy w sieci pojawiło się nagranie z miejsca ataku. Materiał został przeanalizowany i zgeolokalizowany przez zespoły OSINT oraz redakcje zajmujące się weryfikacją materiałów wojennych. Analizę przeprowadzili między innymi badacze z Bellingcat, dziennikarze zespołu Visual Investigations „New York Timesa”, a także redakcje CNN i The Washington Post, które potwierdziły autentyczność i geolokalizację nagrania.

Wideo pokazuje moment, w którym pocisk uderza w kompleks w Minab w miejscu, gdzie znajdowała się szkoła. Analitycy wskazali, że widoczny na nagraniu pocisk odpowiada charakterystyce pocisku manewrującego Tomahawk – zarówno pod względem trajektorii lotu, jak i charakteru eksplozji.

Jednocześnie, warto jeszcze raz podkreślić, szkoła Shajareh Tayyebeh była wyraźnie oznaczonym obiektem cywilnym, działającym w tej lokalizacji od lat. Budynek znajdował się w gęstej zabudowie miejskiej Minab, w pobliżu infrastruktury wojskowej, ale funkcjonował jako normalna szkoła podstawowa.

To właśnie dlatego część ekspertów podkreśla, że trudno mówić o sytuacji, w której strona przeprowadzająca atak nie wiedziała o obecności szkoły. Współczesne uderzenia z użyciem pocisków manewrujących – takich jak Tomahawk – są poprzedzone szczegółową analizą satelitarną, rozpoznaniem celu oraz planowaniem trajektorii ataku.

Możliwe więc, że celem był obiekt wojskowy znajdujący się w pobliżu szkoły. Faktem pozostaje jednak, że w gęstej zabudowie miejskiej takie uderzenia bardzo często prowadzą do ofiar cywilnych. A przy zapowiadanym przez Donalda Trumpa nasileniu izraelsko-amerykańskich bombardowań – o którym pisał na swoim portalu Truth Social, zapowiadając, że Iran „zostanie uderzony DWADZIEŚCIA RAZY MOCNIEJ”, a nad jego przeciwnikami zapanują „Śmierć, Ogień i Wściekłość” – można się spodziewać, że liczba ofiar wśród ludności cywilnej będzie tylko rosła. To retoryka, która rzeczywiście brzmi jak wypowiedź godna kandydata do Pokojowej Nagrody Nobla.

Trump i jego bajki

Dlatego deklaracje, że Stany Zjednoczone „nigdy nie atakują celów cywilnych”, brzmią zdecydowanie bardziej jak kolejne polityczne kłamstwo niż opis rzeczywistości. W wielu operacjach wojskowych – od Iraku po Afganistan – uderzenia w obszarach miejskich prowadziły do udokumentowanych śmierci cywilów, w tym kobiet i dzieci, nawet jeśli oficjalnie podanym celem były instalacje wojskowe.

Po skonfrontowaniu Donalda Trumpa z faktem, że istnieją dowody, że szkołę zniszczyły pociski amerykańskie, zmieniła się jego linia argumentacji. Ale tylko trochę.

Najpierw twierdził on, że za atak odpowiada Iran i to się nie zmienia, ale zaczął przekonywać, że Tomahawk jest „dość powszechnym pociskiem” sprzedawanym wielu państwom. Nieomylny, zdaniem niektórych, prezydent USA poszedł jeszcze dalej, sugerując nawet, że Iran także posiada takie pociski, dodając ironicznie, że „chciałby mieć ich więcej”.

Jednym słowem, bzdura za bzdurą. Te wypowiedzi zostały szybko i pewnie podważone przez analizy fact-checkingowe publikowane między innymi przez CNN, „New York Times” i „Wired”, które wskazywały, że teza o irańskich Tomahawkach nie ma żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Iran nie posiada Tomahawków i nigdy ich nie posiadał.

Dla tych co dalej wierzą w bajki. Tomahawk nie jest „powszechnym” pociskiem, jak sugerował Donald Trump. To system uzbrojenia ściśle kontrolowany przez Stany Zjednoczone i eksportowany wyłącznie do najbliższych sojuszników w ramach programu Foreign Military Sales. Każda sprzedaż wymaga zgody rządu USA i odbywa się zgodnie z rygorystycznymi regulacjami kontroli technologii wojskowych, takimi jak ITAR oraz reżim MTCR ograniczający rozprzestrzenianie technologii rakietowych.

Przez dziesięciolecia operacyjnymi użytkownikami Tomahawków były przede wszystkim marynarki wojenne Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a dopiero w ostatnich latach pociski te zaczęły wprowadzać kolejne państwa należące do ścisłego kręgu sojuszników Waszyngtonu.

Iran, z oczywistych względów, nigdy nie był i nie mógł być odbiorcą tej technologii. Dodatkowo Tomahawki mogą być odpalane jedynie z określonych platform – przede wszystkim z okrętów wyposażonych w pionowe wyrzutnie Mk-41 lub ze specjalnie przystosowanych okrętów podwodnych. Irańska flota takich systemów nie posiada. Jej okręty i okręty podwodne są oparte głównie na starszych konstrukcjach radzieckich, chińskich i własnych projektach, które nie są kompatybilne z amerykańskimi systemami startowymi wymaganymi do użycia Tomahawków.

Dlatego tragedia w Minab przestała być tylko niewygodnym pytaniem tej wojny. To kolejna jawna amerykańska zbrodnia. Wobec wszystkich przedstawionych faktów – nagrań z uderzenia, analiz OSINT oraz fragmentów pocisku znalezionych na miejscu – coraz trudniej mówić o zwykłym domniemaniu. Nawet zdjęcia szczątków opublikowane przez irańskie media zostały poddane niezależnej weryfikacji. Ich autentyczność oraz identyfikację elementów pocisku potwierdzili analitycy zajmujący się uzbrojeniem, m.in. Jeffrey Lewis z Middlebury Institute oraz N.R. Jenzen-Jones z Armament Research Services, a także zespoły weryfikacyjne wspomnianych wyżej redakcji.

W świetle tych ustaleń sprawa przestaje być jedynie sporem o interpretację wydarzeń. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego mówi się o naruszeniu podstawowych zasad międzynarodowego prawa humanitarnego. Chodzi przede wszystkim o trzy kluczowe reguły prowadzenia działań zbrojnych zapisane w Konwencjach Genewskich i Protokole Dodatkowym I z 1977 roku: zasadę rozróżniania między celami wojskowymi i cywilnymi, zasadę proporcjonalności oraz obowiązek podejmowania środków ostrożności w celu ochrony ludności cywilnej.

W momencie ataku trwały zajęcia szkolne, co oznaczało obecność setek uczennic i nauczycieli. W takich warunkach uderzenie w bezpośrednim sąsiedztwie szkoły – w gęstej zabudowie miejskiej – oznaczało przewidywalne i bardzo wysokie ryzyko ofiar cywilnych. Z tego powodu organizacje praw człowieka, w tym Human Rights Watch, a także eksperci ONZ, zaczęli wzywać do międzynarodowego śledztwa w sprawie możliwej zbrodni wojennej.

Nie ma co mieć jednak złudzeń. Historia ostatnich lat pokazuje bowiem, że nawet dobrze udokumentowane zbrodnie wobec ludności cywilnej systematycznie dokonywane przez Izrael – jak te opisywane przez organizacje międzynarodowe w Strefie Gazy – bardzo rzadko prowadzą do realnej odpowiedzialności politycznej czy prawnej.

Kiedy dyplomata powtarza propagandę

W świetle przedstawionych faktów oraz rosnącego oburzenia opinii publicznej na świecie trudno się dziwić, że ogromna i uzasadniona krytyka spadła na Władysława Teofila Bartoszewskiego w związku z jego odpowiedziami na pytania redaktora Bogdana Rymanowskiego w Radiu Zet.

Wiceszef polskiego MSZ stwierdził publicznie, że szkołę mieli zniszczyć… sami Irańczycy. Według niego Iran „przypadkowo” zbombardował własną szkołę. Dosłownie zapytany o tragedię w Minab, święcie przekonywał, że to irańska rakieta miała spaść na szkołę i zabić ponad sto dzieci….

Oczywiście, zapytany o dowody, przyznał, iż bez przeprowadzenia śledztwa nie można mieć stuprocentowej pewności, ale takie mają informacje. Innymi słowy – najpierw ślepo powtórzył niewiarygodną wersję wygodną dla Waszyngtonu, a potem sam nie był w stanie wskazać żadnych konkretnych dowodów na jej poparcie.

Nie był to zresztą jedyny raz, gdy wiceszef polskiej dyplomacji mówi rzeczy, które bardziej przypominają polityczną propagandę niż wyważoną ocenę sytuacji.

W tym samym wywiadzie Bartoszewski przekonywał również, że Izrael nie popełnia zbrodni wojennych, a premier Benjamin Netanjahu nie jest zbrodniarzem.

To dość osobliwe stanowisko, biorąc pod uwagę fakt, że Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wydał wobec Netanjahu nakaz aresztowania w związku z zbrodniami wojennymi w Strefie Gazy. Tym bardziej że Polska jest stroną Statutu Rzymskiego i uznaje jurysdykcję Międzynarodowego Trybunału Karnego.

Kurtyna.

Warto przypomnieć, że w styczniu zeszłego roku, Bartoszewski stwierdził z kolei, że „nie ma czegoś takiego jak Palestyna”. Wypowiedź ta była tym bardziej zaskakująca, że Polska oficjalnie uznaje państwo palestyńskie od 1988 roku.

Wszystko to rodzi bardzo proste pytanie – kogo właściwie reprezentuje wiceminister spraw zagranicznych Polski?

Polskie państwo, które deklaruje przywiązanie do prawa międzynarodowego i zasad Karty Narodów Zjednoczonych?

Czy raczej polityczne narracje, które mają usprawiedliwiać działania naszych silniejszych sojuszników – nawet wtedy, gdy pojawiają się poważne zarzuty dotyczące śmierci cywilów, w tym dzieci?

To jest moment, w którym robi się naprawdę niezręcznie. Bo jesteśmy sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, kupujemy od nich uzbrojenie, stacjonują u nas amerykańscy żołnierze. Więc wiadomo, że w takiej sytuacji dyplomaci powinni ważyć słowa – przynajmniej dopóki nasza polityka bezpieczeństwa wciąż oparta jest na amerykańskich gwarancjach (chociaż coraz mniej pewnych).

Zwłaszcza gdy na czele Stanów Zjednoczonych stoi polityk tak impulsywny i nieprzewidywalny jak Donald Trump. Można więc zrozumieć polityczną kalkulację: nie wchodzić w otwarty konflikt z Waszyngtonem, nie dolewać oliwy do ognia, nie eskalować napięcia.

Ale jest zasadnicza różnica między ostrożnością dyplomatyczną a powtarzaniem narracji, która usprawiedliwia śmierć cywilów. Co z przyzwoitością?

W momencie, gdy przedstawiciel polskiego rządu zaczyna powielać wersje wydarzeń sprzeczne z dostępnymi analizami i faktami, przestaje to być dyplomacją. Zaczyna być zwyczajnym powtarzaniem propagandy.

A to ma jeszcze jeden skutek. Ludzie widzą nagrania, czytają analizy, mają dostęp do informacji. Prawda prędzej czy później do nich dociera. A wtedy słowa polityków wracają jak bumerang.

I właśnie w takich momentach rośnie w siłę skrajna prawica. Bo kiedy rząd mówi rzeczy, które coraz wyraźniej rozmijają się z rzeczywistością, pojawiają się politycy pokroju Brauna czy Mentzena, którzy w jednej sprawie mówią coś bliższego faktom – nawet jeśli w innych kwestiach ich program i diagnozy są skrajnie szkodliwe lub zwyczajnie absurdalne.

Mechanizm jest prosty i niebezpieczny: rząd kłamie, więc prawicowi radykałowie zaczynają wyglądać jak jedyni mówiący prawdę.

Oczywiście, w polityce bywa tak, że racja stanu nie zawsze pokrywa się z prawdą. Ale nawet wtedy istnieją granice przyzwoitości. Bo powielanie oczywistych bzdur nie tylko jest nieprzyzwoite – ostatecznie szkodzi także wiarygodności państwa i samego rządu.

Na koniec, naprawdę warto przypomnieć słowa ojca obecnego wiceszefa polskiej dyplomacji, Władysława Bartoszewskiego (1922-2015):

„Warto być przyzwoitym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieprzyzwoitym, ale nie warto.”

Pozwolę sobie na przytyk, że patrząc na wypowiedzi obecnego wiceszefa polskiej dyplomacji, można odnieść wrażenie, że uznał on z jakiegoś powodu, iż jednak się opłaca.

Jeżeli jedyną odpowiedzią na śmierć irańskich dzieci ma być powtarzanie niesprawdzonych wersji zdarzeń korzystnych dla silniejszego sojusznika, to naprawdę lepiej nic nie mówić.

Czasem milczenie jest złotem.

Zwłaszcza gdy pełni się funkcję wiceministra spraw zagranicznych.

Julian Mordarski

Redaktor naczelny „Dziennika Trybuna”, publicysta i komentator polityczny. Członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej. Absolwent studiów licencjackich z polityki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim; obecnie studiuje dziennikarstwo i medioznawstwo na tej samej uczelni. Z „Dziennikiem Trybuna” związany od 2022 roku, początkowo jako szef działu zagranicznego. W 2025 roku objął funkcję redaktora naczelnego. Od pięciu lat współpracuje z mediami lewicowymi, specjalizując się w tematyce społecznej i międzynarodowej.

Poprzedni

Sprawiedliwość na telefon

Następny

Sejm za wzmocnieniem Państwowej Inspekcji Pracy. Reforma uderzy w patologie „śmieciowego zatrudnienia”