
Przez kilkaset lat, w średniowieczu i bliżej współczesności, w sferach militarnych panowała moda na przedbitewne pokazy odwagi, siły i zręczności harcowników. Byli to młodzi ludzie, w Polsce najczęściej żołnierze i szlachcice z wolnego naboru, którzy chcieli się pokazać i utkwić w pamięci nie tylko wojska, ale także uczestniczących w bitwie wielmożów.
Przed bitwą, kiedy wrogie wojska stały naprzeciwko siebie na polu albo pod murami obleganej fortecy lub miasta, na to przedpole albo przedgrodzie wychodzili lub wyjeżdżali harcownicy, wyzywając wrogów na pojedynki. Rozgrzewało to oczekujące na bitwę oddziały, dawało popularność, a nawet – przy powtarzaniu takich występów kończonych zwycięstwami – sławę wielkiego wojownika.
Współczesne harce
Ze zdziwieniem, ale i zadowoleniem stwierdziłem ostatnio, że w kochającej tradycje Polsce wracają te zwyczaje i możemy znowu obserwować harcowników i podziwiać (albo nie) ich osiągnięcia. To wprawdzie zupełnie inne czasy, inne pola walki, inna technika i inne rodzaje śmiercionośnych broni – ale sens „wychodzenia przed szereg” jest najczęściej bardzo podobny.
Współcześni polscy harcownicy to politycy (lub osoby uważające się za polityków), którzy albo opuścili wielkie armie polityczne, albo są z nimi w przyjaznych kontaktach, ale nie wiążą się organizacyjnie. Wybrali inną drogę. Sami lub z gronem zwolenników wskoczyli na polityczne pole walki, atakując tych, których nie lubią, albo się z nimi nie zgadzają – zarówno w kraju, jak i za granicą.
Jest ich więcej niż myślicie, ale większość jeszcze nie przebiła się do społecznej świadomości. Najbardziej znani rozpoznawalni są ci, którzy wykorzystali ostatnie wybory prezydenckie, weszli na listę kandydatów i uzyskali zauważalne wyniki poparcia. Nie będę im robił reklamy podając pełne nazwiska, tylko – jak zwykle – zostawię Czytelnikom możliwość sprawdzenia ich pamięci. A więc na naszym politycznym przedpolu walczą ostatnio dzielnie tacy harcownicy jak Sławomir M., Grzegorz B., Magdalena B., Adrian, Tadeusz Z. Poza tą grupą bardzo aktywnym harcownikiem jest też Przemysław C.
Harce z przyzwyczajenia
Na postprezydenckiej liście harcowników są też dwie osoby, których nie umiem obecnie zakwalifikować. Pierwsza z nich zaczynała swój marsz do sławy wyraźnie jako harcownik, przystępując do walki o prezydenturę rzekomo samodzielnie, bezpartyjnie i piastując ważne stanowisko kierownicze w instytucji o charakterze polityczno-naukowym. Wygrała te wybory „o włos” i nie całkiem pewnie, wspierana nieformalnie przez dużą partię polityczną i jej elektorat. Jest więc prezydentem kraju, ale często zachowuje się, jak nadal walczący harcownik. Przypuszczam, że jest to wynik przyzwyczajenia i że tak bywa wygodniej.
Pan prezydent wyraźnie daje do zrozumienia, że nie lubi naszych największych sąsiadów, którzy Polskę napadali i ją „rozbierali”. Ostatnio wykrzyczał (moda krzyku u prezydentów jakoś nie przemija!) pretensje do rządu, elektoratu i zachodnich sąsiadów, że nie załatwiono nam solidnych „reparacji”, czyli odszkodowań za zniszczenia i krzywdy spowodowane II Wojną Światową. Jeśli Alzheimer jeszcze mnie nie dopadł, to w mojej sklerotycznej pamięci są ślady, że ten temat był od zakończenia wojny co najmniej cztery razy odgrzewany i wałkowany. Ale to tak, jak z tangiem. Trzeba dwojga. Tego. Który domaga się odszkodowania, i tego, który ma je dać. W tym przypadku ten drugi wyraźnie nie wykazuje ochoty na taki taniec i powojenne przesunięcie polskich granic na zachód sprzyja jego obronie.
Działacze polityczni często uprawiający harcownicze pojedynki tak się do nich przyzwyczajają, że, nawet po zmianie swego statusu społecznego i objęciu ważnych stanowisk, nie zawsze potrafią całkiem zrezygnować z „harcowania”. Niektóre wypowiedzi naszego nowego prezydenta też bardziej pasują do pojedynków. Z obywatelskim zadowoleniem oceniam jednak, że na ogół są bardziej realistyczne niż wypowiedzi poprzednika.
Drugim z budzących moje zdziwienie harcowników jest osoba, która też zajmuje jedno z najważniejszych stanowisk w państwie. Ale mimo to, stojąc także na czele niewielkiej partii, prowadzi wielostronne pojedynki, które nie zawsze mają tylko charakter obronny. Wyjątkowo wysoko cenię inteligencję tej osoby i nie rozumiałem powodu jej startu w prezydenckich wyborach. Nadal ich nie rozumiem i nieśmiało przypuszczam, że właśnie w tej decyzji zwyciężyły skłonności harcownicze. Zwykła logika wskazywała bowiem, że w ówczesnych warunkach jego start był odczuwalnie szkodliwy dla szeroko rozumianego obozu politycznego, w którym od dawna działa.
O co walczą harcownicy? Oczywiście każdy (i każda) z nich ma swoje postulaty, w części powtarzające się, i w części znane tylko niewielkim grupom zwolenników. Znalazłem nawet postulat o zdecydowane ułatwienie dostępu do broni. Widocznie harcownik odczuwa taką potrzebę. A – co trzeba przyznać – uzyskanie pozwolenia na broń wymaga u nas monstrualnej biurokracji.
O co głównie harcujemy?
Przy moim cynicznym spojrzeniu na merytoryczne podstawy pojedynków, prowadzonych przez polskich harcowników XXI wieku, dają się zakwalifikować do kilku grup.
Po pierwsze – żeby było lepiej. Żeby ludzie więcej zarabiali, płacili mniejsze podatki, uzyskiwali pomoc państwa, jeśli wpadną w jakieś kłopoty.
Po drugie – żeby było inaczej. Żeby politycy i urzędnicy czuli się „sługami” Narodu i nie doprowadzali do odwrotnej sytuacji – kiedy Naród musi ich traktować jak swoich panów.
Po trzecie – żeby nauczyć się szybko i sprawnie załatwiać sprawy lokalne – nowe drogi, nowe linie kolejowe, dworce, szkoły itd.
I po czwarte – żeby było bezpiecznie zarówno w sensie lokalnym jak i międzynarodowym. Lokalnie – dobra, ale i tolerancyjna policja i prokuratura, sprawiedliwe i szybkie sądownictwo. Międzynarodowo – dobra pozycja w UE i NATO, przyjazne relacje z USA, unikanie konfliktów z sąsiadami.
Ten zestaw problemów najbardziej interesujących polskich harcowników powoduje, że pojedynkują się oni głównie z wojownikami rządu albo rządzących partii.
Obserwuję niektóre z tych pojedynków i bardzo mnie one cieszą. Ożywiają scenę polityczną, rozświetlają czasem ukrywane lub celowo zaciemniane zakątki. To dobrze. Ale może być znacznie gorzej, jeśli harce stałyby się ulubionym zajęciem tych, którzy powinni zajmować się głównie utrzymywaniem kręgosłupa państwa we właściwej pozycji. Przebieg ostatniego posiedzenia Trybunału Stanu dowodził, że takie niebezpieczeństwo istnieje. Uszczypliwości pionu prezydenckiego w stosunku do rządu też bardziej obiecują jakieś harce niż działania stabilizujące państwo.









