
„Żadnej litości dla naszych wrogów. Żadnych jeńców.” Taką deklarację złożył sekretarz wojny Stanów Zjednoczonych Pete Hegseth w kontekście trwającej krucjaty. W języku wojskowym wypowiedziane przez niego „No quarter” oznacza odmowę przyjmowania kapitulacji przeciwnika, czyli walkę, w której przeciwnik nie ma prawa się poddać. Chyba, że po prostu się przejęzyczył…
Nie bez powodu ponad sto lat temu konwencje haskie wprost zakazały ogłaszania, że wrogowi nie będzie się dawało możliwości kapitulacji. Taki język należał do epok, w których po zdobyciu miasta następowała rzeź – od średniowiecznych oblężeń, aż po późniejsze brutalne wojny.
W zamierzchłych czasach przeciwnik był wrogiem, którego należało wybić do nogi i nie brać w niewolę, czyli wymordować, a potem zostawić jego martwe ciało na polu bitwy. Dziś uznalibyśmy rozstrzelanie poddającej się armii wroga za barbarzyństwo. To właśnie dlatego na początku XX wieku powstały konwencje haskie regulujące sposób prowadzenia wojny, a później konwencje genewskie chroniące rannych, jeńców i ludność cywilną. Razem stworzyły fundament współczesnego prawa wojennego.
Stany Zjednoczone pozostają stroną zarówno konwencji haskich, jak i genewskich i formalnie deklarują ich przestrzeganie. Jednocześnie od lat odrzucają międzynarodowy system ich egzekwowania. Waszyngton nie uznaje jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego i utrzymuje, że ewentualne naruszenia prawa wojennego będzie sądził wyłącznie we własnych sądach. W praktyce sprowadza się to do prostej zasady, że egzekwowanie odpowiedzialności za jego łamanie Ameryka zastrzega dla siebie.
Deus vult!
Pete Hegseth – nazwijmy go więc wprost krzyżowcem z Pentagonu – ma na ramieniu wytatuowane hasło „Deus vult”, czyli „Bóg tak chce”. To okrzyk znany z czasów wypraw krzyżowych, kiedy nie było miejsca na negocjacje ani kapitulację. Byli tylko niewierni, których należało pokonać.
Dziś, jak widać, ten sam język powraca w nowoczesnej retoryce wojennej. I pojawia się dokładnie w chwili, gdy konflikt na Bliskim Wschodzie wchodzi w kolejną fazę.
Stany Zjednoczone wysyłają do regionu nowe siły: okręt desantowy USS Tripoli, tysiące marines, dodatkowe jednostki floty i myśliwce F-35. Waszyngton coraz głębiej angażuje się w wojnę, która początkowo była przedstawiana jako precyzyjna operacja wymierzona w irański reżim i mająca przynieść Irańczykom „wyzwolenie”. Ta narracja zaczęła się jednak zmieniać i coraz bardziej plątać. Coraz wyraźniej widać to, o czym wielu obserwatorów (w tym ja) mówiło od początku: że w praktyce chodzi o pełne wsparcie wojny prowadzonej przez Izrael. Najbliższy sojusznik Tel Awiwu walczy w tej wojnie ramię w ramię z nim, wydając na operacje militarne miliardy dolarów dziennie. Realizowane jest to z zapałem, który u krzyżowca z Pentagonu nie powinien nikogo dziwić – zwłaszcza że w otoczeniu Donalda Trumpa nie brakuje chrześcijańskich syjonistów, przekonanych, że szczególna rola Izraela na Bliskim Wschodzie jest częścią biblijnego planu prowadzącego do powrotu Jezusa. A najbardziej odklejeni potrafią już widzieć w samym Trumpie niemal mesjańską postać.
Równolegle izraelscy urzędnicy zapowiadają rozszerzenie operacji lądowej w Libanie. Mówią przy tym wprost, że mogą zrobić tam „to, co w Gazie”.
A świat dobrze wie, co oznacza „to, co w Gazie”. Zniszczone miasta, dziesiątki tysięcy ofiar cywilnych i poważne oskarżenia o zbrodnie wojenne formułowane przez organizacje międzynarodowe. W tym sensie zapowiedzi izraelskich władz i słowa Hegsetha są przynajmniej spójne. Jedni mówią w praktyce o braku litości nawet wobec cywilów, których łatwo uznać za „terrorystów”, a drugi o wojnie bez litości i bez jeńców. W historii podobny język kończył się zwykle tak samo. Gdy krzyżowcy zdobyli Jerozolimę w 1099 roku, kronikarze opisywali rzeź mieszkańców miasta – kobiet, dzieci i starców – dokonaną w imię Boga.
Problem z krucjatową symboliką promowaną przez Hegsetha polega na tym, że krzyżowcy w Jerozolimie zabijali nie tylko muzułmanów, ale również Żydów. Jeśli więc ktoś naprawdę chce wracać do epoki „Deus vult”, powinien najpierw sprawdzić, jak ta epoka wyglądała w praktyce.
Na koniec, przypominam, że to Waszygton powołał niedawno Radę Pokoju, która miała uspokoić sytuację na Bliskim Wschodzie, firmowaną przez Donalda Trumpa. Źle i zbyt szybko się to zestarzało. Gdy krzyżowiec z Pentagonu mówi o braku litości, a w tym samym czasie na Bliski Wschód płyną kolejne okręty i żołnierze, trudno uwierzyć w pokojową narrację.
Bo jeśli strategia zaczyna się od słów o walce bez kapitulacji, to coraz bardziej wygląda to nie na plan niesienia pomocy ucieśnionym.
Tylko na nową krucjatę, tylko że tym razem w interesie rządu Izraela.









