Kutza nigdy dość

Ileż to już razy czytałem o szkole filmowej w Łodzi w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ile naczytałem się opowiastek i anegdot, często pikantnych o reżyserach, aktorach, o ekipach realizacyjnych, o przygodach i skandalach na planach filmowych i poza nimi, o politycznych kontekstach, w które uwikłana była kinematografia, o bujnym życiu środowiska filmowego!
Nie da się tego ogarnąć! Iluż autorów o tym pisało, w różnym stylu, konwencjach i z różnych pozycji: Andrzej Wajda, Janusz Majewski, Mieczysław Wojtczak, Jerzy Antczak, Janusz Zaorski, Jan Machulski, Juliusz Machulski, Tadeusz Konwicki, Ewa Morell, Jerzy Gruza, Andrzej Krakowski – listę można by kontynuować. A iluż pisało o, nich, o ludziach polskiego kina, w trybie relacji zewnętrznej, w monografiach wybitnych postaci. Ukazywały się też wspomnienia córek czy synów o ojcach i matkach.
Poczesne miejsce na tej liście przysługuje Kazimierzowi Kutzowi (1929-2018). Gdy przeczytałem jego „Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko” (1999) uświadomiłem sobie, że jest on nie tylko wybitnym reżyserem, ale także znakomitym, soczystym pisarzem. Mając w pamięci „Klapsy” z prawdziwą przyjemnością zabrałem się do jego portretów godziwych” (2004), a później do felietonów filmowych „Z mojego młyna” (2009). O „Piątej stronie świata” (2010) tym razem nie wspominam, bo rzecz zasadniczo nie dotyczy filmu, lecz Śląska.
I oto znów można z rozkoszą zanurzyć się w pisarstwie Kutza dzięki jego „Autoportretowi. Będzie skandal”. Kutz, to prawdziwy polski Franciszek Rabelais. Można by też powiedzieć: wielki, subtelny, wyrafinowany artysta, a przy tym człowiek wykształcony i rozlegle oczytany, erudyta, w skórze „Marchołta grubego a sprośnego”, by odwołać się do motywu polskiej literatury. Jego bujny, pyszny, pieprzny, soczysty, obrazowy, barwny, nieokiełznany, bezpardonowy, nieliczący się z żadnymi konwencjami styl (nie tylko pisania ale i bycia) znajdziemy właśnie w „Autoportrecie”. Zawsze jednak na dnie tego piekielnego kutzowego bigosu, tej wielosmakowej mieszanki znajdujemy śląską i po prostu ludzką, czasem gorzką mądrość Kutza-filozofa. Bo znał ten człowiek życie, oj znał do głębi. „Autoportret” to niby ta sama historia życia śląskiego chłopaka z Szopienic, który wyrósł na wybitnego artystę, ale pokazana znów inaczej, tak, jakby czytało się to po raz pierwszy. Niezliczone opowiastki i anegdoty o „Filmówce” i bujnym życiu towarzyskim, o szaleństwach artystów, o skandalach, pijaństwach, o kolegach reżyserach, aktorach, romansach, małżeństwach, o realizacjach filmowych, telewizyjnych i teatralnych (Kutz należał do nielicznego grona twórców sprawnych jednocześnie w trzech dziedzinach), o polskich i zagranicznych festiwalach, uniwersum polskiego kina. Wystarczy zresztą sięgnąć do indeksu osób z setkami nazwisk, by zorientować się jak rozległe spektrum personalne objął Kutz swoimi wspomnieniami. Kutza można by jeść łyżkami i tylko żal, że to prawdopodobnie jego ostatnia książka, chyba że zostało po nim coś jeszcze w papierach. Ja w każdym razie przeczytałem „Autoportret” Kazimierza Kutza z pasją, z ogromnym zainteresowaniem i innym to gorąco rekomenduję.
Kazimierz Kutz – „Będzie skandal. Autoportret”, wstęp Tadeusz Lubelski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019, str. 408, ISBN 978-83-240-5919-5