Ocalić SAFE?

„Ma on trzy tysiące pancernych, a setka ich znaczy tyle co dziesięć secin innych. Daje on tym mężom odzież, konie, broń i wszystko, czego tylko potrzebują”. Tak Ibrahim ibn Jakub opisywał zbroją drużynę księcia Mieszka. Ibrahim był kupcem. W podręcznikach pisanych dla patriotów o dziecięcym rozumku jawił się pionierem bursztynowego szlaku. Naprawdę handlował niewolnikami, których świeże dostawy miał Mieszko. Byli to zwykle sąsiedzi, słowiańscy bracia budującego swe państwo, księcia. Trafiali potem do islamskich kalifatów, na tereny obecnej Hiszpanii, Syrii, Iraku, Egiptu. Tam było na nich największe zapotrzebowanie. Wielu obecnych mieszkańców tych państw ma w sobie korzenie praPolaków.

Niestety od kiedy Mieszko poślubił czeską katoliczkę i przyjął katolicką wiarę, interes popsuł mu się. Katolicki władca nie mógł sprzedawać swych ludzkich braci wrażym muzułmanom, bo byli oni wtedy objęci papieskimi sankcjami. Mógł za to swobodnie handlować z Żydami, którzy bojkotowali tamten dwubiegunowy świat i sankcje. Zakupione u nas Słowianki sprzedawali bogatym Arabom. Brali za to prowizję jak potem ten Epstein.

Szefem jednej z takich niewolniczych „karawan cienia” był ów Ibrachim Jabukowicz. W zależności od potrzeby klienta, bywał Arabem lub Żydem. Dorabiał też szpiegowaniem.

Dzięki handlu niewolnikami książę Mieszko mógł stworzyć pierwsze regularne, zwycięskie wojsko polskie. Jego syn Bolesław Chrobry finansował z tego procederu jeszcze koszty tworzenia administracji kościelnej i odgórnej chrystianizacji nowego królestwa polskiego.

Szlachta nie płaci

W I Rzeczpospolitej powstał oryginalny system demokracji szlacheckiej. Jego przyczyną była szczególna niechęć polskiej szlachty do płacenia podatków. Przede wszystkim na państwowe wojsko. Fundamentem tamtej „demokracji szlacheckiej” była uchwalona w 1505 roku konstytucja zwana „Nihil Novi”. Zakazywała ona królowi wydawania ustaw, czyli nakładania podatków, bez uzyskania zgody szlachty reprezentowanej przez Senat i Izbę Poselską.

Od tamtej pory król musiał każdorazowo prosić stan szlachecki o podatki na wyprawy wojenne i zbrojenia. Stałymi kosztami obrony narodowej obarczano miasta królewskie, Żydów, chłopów w dobrach królewskich, górników. Szlachta podatki płaciła symboliczne. W zamian, w razie zagrożenia Ojczyzny, miała tworzyć „obywatelską armię”, stawać do boju jako pospolite ruszenie. Wystawiać wojsko za własne pieniądze, przede wszystkim poczty husarskie, skuteczne jak czołgi. Do połowy XVII wieku taki system był efektywny. Wygrywano tak chwalebnie bitwy. Ale z biegiem lat coraz częściej przegrywano długoletnie wojny. Zwłaszcza kiedy nadszedł czas zawodowych armii z poboru. Muszkietów i artylerii. Ludwisarni, stoczni, młynów prochowych.

W XVII król Władysław IV próbował zmodernizować polskie wojsko. Zapraszał cudzoziemskich fachowców. Wybudował arsenały, gdzie gromadzono zakupioną artylerię. W 1640 roku doliczono się 325 dział i moździerzy. Wtedy już 50 dział wystarczało dla bitnej armii. Jednak zgromadzone w polskich arsenałach działa były w większości bezużyteczne, bo brakowało do nich kosztownych zaprzęgów artyleryjskich, wozów amunicyjnych, amunicji i wykwalifikowanej obsługi. Działa pięknie się prezentowały na pokazach i w sprawozdaniach. Nie miały szansy powalczyć.

Dodatkowo w czasie każdej elekcji polskiego króla stan szlachecki dzielił się na wojujące obozy. Ówczesne kampanie wyborcze sprawiały, że prywatne magnackie armie otwarcie walczyły ze sobą. Zwykle za pieniądze obcych mocarstw zainteresowanych osadzeniem swojego króla. W XVIII wieku walczące polskie stronnictwa wspierane były też przez zapraszane do nas obce wojska. Rozbiory potwierdziły traconą suwerenność.

Oszwabić Francuza

Odrodzona II Rzeczpospolita odziedziczyła po armiach zaborców sprzęt wojskowy. Udało się nim zwyciężyć Rosję Radziecką w 1920 roku. Potem suwerenni Polacy musieli budować kapitalizm bez kapitałów.

Wtedy okazało się, że niepodległość z kusym budżetem może być krucha. Pierwsze rządy chwytały się rozpaczliwie zagranicznych pożyczek. Najpierw próbowano uzyskać ją u brytyjskich bankierów. Ci zgodzili się pod warunkiem cieć kosztów, przede wszystkim wojskowych. Odrzucono taką opcję. Zdecydowano się na szybką pożyczkę od szwedzkiego biznesmena Ivara Kreugera. Dostał 50 procent zysków z Polskiego Monopolu Zapałczanego. Udało się wreszcie w 1927 roku uzyskać kredyt od amerykańskiej korporacji J.P. Morgan. Państwo polskie przeżyło, ale armia zakonserwowała się.

Szansa na modernizacje pojawiła się w 1936 roku. Francja udzieliła Polsce kredytu w wysokości ponad 2 miliardów franków francuskich. Bo Paryż już dostrzegł niemieckie zagrożenie. Kredyt miał wrócić do Francji, bo wojsko polskie miało kupować nowoczesny sprzęt wojskowy we francuskich fabrykach. Tak się nie stało. Nie tylko dlatego, że polscy wojskowi nie spieszyli się z zakupami, a francuscy dostawcy nie dotrzymywali terminów umów, preferując dostawy dla armii francuskiej. Też głodnej nowoczesnego sprzętu. W efekcie w maju 1940 roku armia francuska skorzystała z dział zamówionych przez polską armię wiosną 1939 roku.

Strona polska nie śpieszyła się z wydawaniem francuskiego kredytu we Francji, bo zwyciężyła koncepcja od lat lansowana przez Eugeniusza Kwiatkowskiego. Wtedy wicepremiera i ministra skarbu.

Zaproponował, aby skorzystać z tej szansy i francuską pożyczkę wykorzystać do budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego. Celami COP było zwiększenie gospodarczego potencjału Polski, rozbudowa przemysłu ciężkiego i zbrojeniowego, a także zmniejszenie bezrobocia. Przyszłe przedsiębiorstwa zaplanowano na terenach wiejskich, zacofanych cywilizacyjnie, bez infrastruktury komunikacyjnej. Aby zachęcić kapitał prywatny obiecano zwolnienia podatkowe. Nie przyniosło to oczekiwanych skutków, bo takich środków finansowych w tamtej Polsce nie było.

Pomimo tego do 1939 roku budowano 5 hydroelektrowni. Jedną z nich, w Rożnowie, ukończyli niemieccy okupanci. Zbudowano i rozbudowano wiele ważnych zakładów pracy jak; Hutę Stalowa Wola, fabrykę kauczuku w Dębicy, zakłady lotnicze w Mielcu, fabrykę silników i obrabiarek w Rzeszowie, fabrykę prochu w Niepołomicach, fabryki samochodów i samolotów w Lublinie, broni w Starachowicach i Radomiu, prochu w Pionkach.

Potem Niemcy zajęli COP. Modernizowali i wykorzystali na potrzeby własnej wojny. Aż front tam dotarł. W Polsce Ludowej już w latach 1947–1949 większość zakładów odbudowano bądź uruchomiono na nowo. Potem COP stał się filarem gospodarki centralnie planowanej. Po przeobrażeniach transformacji ustrojowej wiele jego zakładów wciąż funkcjonuje. Dziś uważa się, że zainicjowany wtedy COP, modernizowany potem przez Niemcy i Polskę Ludową, jest największym projektem industrialnym w historii Polski.

Poczęty został za francuską pożyczkę. Już wtedy zakładał konflikt z pożyczkodawcami pragnącymi jedynie sprzedawać swe uzbrojenie. Ich ewentualne roszczenia miały być spłacane potem ze sprzedaży powstających w COP nowoczesnych armat, samolotów, samochodów.

Krytycy COP zauważali, że tamte pieniądze przeznaczone na uzbrojenie polskiej armii wydano na fabryki uzbrojenia, które polskiej armii nie zdążyły uzbroić. W efekcie ponieśliśmy klęskę we wrześniu 1939 roku. I potem II Rzeczpospolita upadła.

Zwolennicy COP uważają, że nawet dozbrojona przez francuski sprzęt polska armia była skazana na klęskę w wojnie z Niemcami i ZSRR. Zakupione we Francji uzbrojenie mogło jedynie przedłużyć walki obronne w Polsce. A dzięki takiemu manewrowi finansowemu polskie społeczeństwo zaznało rewolucji przemysłowej, skoku cywilizacyjnego. Zaprojektowane wtedy elektrownie wodne i zbiorniki działają do dzisiaj. A wyprodukowana wtedy broń nadaje się jedynie do muzeum.

Co SAFE nam ocali?

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jako Polska dostaniemy prawie 44 miliardy euro pożyczki na szybkie zmodernizowanie polskiej armii. Pożyczka jest nisko oprocentowana i nie trzeba jej szybko zwracać. To raczej wiemy. Ale już na co ów szmal wydamy, jakie firmy finansowo dozbroimy do końca nie wiemy.

Bo wiele wydatków, ze względu na toczoną już „wojnę hybrydową” jest tajnymi. Możemy domyślać się co będzie produkowane, ale nie ma pewności gdzie i przez kogo.

Krytycy programu SAFE alarmują, że Polacy zapłacą za sprzęt wojskowy wyprodukowany przez firmy niemieckie i francuskie. Co nie byłoby głupie gdyby podwykonawcami tych firm były polskie. Tak Ferdynand Porsche też zaczynał.

Straszą, że pożyczka brana w euro w finale doprowadzi Polskę do strefy euro. Co też głupie nie byłoby, jeśli wejście do tej strefy też zacznie nam się opłacać.

Nie wspominają, że nie ma gwarancji, iż potencjalny agresor napadnie na naszą Polskę. Czy wzmocni napad „hybrudowy”, który wymaga zupełnie innych zbrojeń, czy zrobi to tak po staremu, czyli bomby, czołgi, bagnety, dawaj czasy. I wtedy wojenko, wojenko.

Jednak brak takiej napaści może sprawić, że wiele z zakupionych teraz czołgów i dział za 20 lat będzie się nadawać jedynie jako dekoracja skwerów lub gabinetów grozy w aqua parkach. Z innymi zakupami pozostaniemy jak Himilsbach z angielskim w jego czarnym śnie.

PS. Więcej w Tygodnik NIE

Piotr Gadzinowski

Poprzedni

Sąd Najwyższy blokuje cła Trumpa. Prezydent USA odpowiada nową stawką 10 proc.

Następny

Wolność z eksportu