PiS prowadzi Polskę na peryferia

Rozmowa z dr. Ireneuszem Bilem, dyrektorem Fundacji Amicus Europae, ekspertem ds. stosunków międzynarodowych.

Czy relacje polsko-amerykańskie znalazły się w kryzysie? Ireneusz Bil: – O kryzysie w relacjach międzypaństwowych nie może być mowy, nasze kraje łączy zbyt wiele interesów i więzi politycznych, sojuszniczych, ekonomicznych. Ale możemy mówić o kryzysie zaufania do polskich władz. Takiego ochłodzenia relacji jak obecnie nie było w ciągu ostatnich 25 lat. Amerykańska konsternacja sytuacją w Polsce jest bezprecedensowa. Skala negatywnego zaskoczenia w Waszyngtonie jest większa aniżeli po wygranej Aleksandra Kwaśniewskiego nad Lechem Wałęsą w wyborach prezydenckich 1995 r. Wtedy przyczyny niepewności były zrozumiałe: oto przywódcą państwa prowadzącego negocjacje o członkostwie w NATO został „postkomunista”, który w dodatku pokonał ikonę walki o demokrację, laureata Nagrody Nobla, którego uhonorowano wystąpieniem przed amerykańskim Kongresem. Ale Kwaśniewski szybko zjednał Amerykanów determinacją na drodze do NATO i UE, przyjęciem konstytucji, która de facto ograniczała jego władzę, otwartością wobec świata, polityką pojednania i rozwoju dobrych relacji z sąsiadami. A były to wartości szczególnie cenne w obliczu zmagania się ówczesnego świata z konsekwencjami wojny narodowościowej w byłej Jugosławii, która pokazała, dokąd wiedzie nacjonalistyczna i szowinistyczna polityka prowadzona na obszarze postkomunistycznym. Dzisiaj skala zaskoczenia jest większa, bo i większe jest niezrozumienie przyczyn zamachu na praworządność i procedury demokratyczne, gwałtownego zachwiania się stabilności polskiej demokracji. Amerykanie niewątpliwie uważnie obserwowali rozwój sytuacji w Polsce. Wiemy z depesz ujawnionych przez WikiLeaks, jak drobiazgowe są depesze amerykańskiej ambasady. Można sądzić, że wiązali nadzieje z nowym prezydentem, który dzięki mocnemu mandatowi z wyborów powszechnych będzie odgrywał rolę stabilizującą polskie podziały, starając się moderować konflikty i spory instytucjonalne. Wyrazem tej nadziei było zaproszenie Prezydenta Dudy przez Baracka Obamę do jednego stołu podczas szczytu ONZ. Dali sygnał – traktujemy Polskę poważnie, jako dojrzałą demokrację, solidnego i ważnego sojusznika, przykład udanej transformacji dla innych – także obecnej przy tym samym stole putinowskiej Rosji. Ten test Andrzej Duda swoimi późniejszymi działaniami oblał. Złamanie konstytucji, a w szczególności naruszenie fundamentalnej zasady „checks and balances” było zauważone w USA nie tylko przez liberalne media, ale i przez administrację. Dzisiaj mamy tego konsekwencje. Jak ocenia Pan wypowiedź ministra Waszczykowskiego na temat „murzyńskości” w relacjach z USA. Sformułowania tego, jako pierwszy użył minister Sikorski. Miało to jednak miejsce w prywatnej rozmowie, która została nagrana. Waszczykowski użył go z premedytacją w programie telewizyjnym, zapewne wiedząc, jaki skutek wywoła. To nie pierwszy przypadek, kiedy Waszczykowski daje się ponieść publicystycznemu temperamentowi. Czy nadaje się on na szefa polskiej dyplomacji? – Rzeczywiście, termin „murzyńskość” został użyty przez Radosława Sikorskiego w prywatnej rozmowie. W sposób obrazowy przedstawił swoją ocenę relacji polsko-amerykańskich. Ocenę, z którą osobiście się nie zgadzam. Z drugiej strony, użycie tego terminu w wywiadzie telewizyjnym przez aktualnego ministra spraw zagranicznych Polski należy ocenić fatalnie. Rozumiem ten fakt, jako wypowiedź nakierowaną na politykę wewnętrzną. Mimo wszystko wypowiedź niezrozumiałą, będącą chyba wyrazem frustracji Pana Ministra z faktu braku spotkania Andrzeja Dudy z Barackiem Obamą, o które zabiegała podległa mu dyplomacja. Jeżeli natomiast ta wypowiedź ma być symbolem „wstawania z kolan”, to jest przykładem niepokojącym, biorąc pod uwagę starania Polski o stałe stacjonowanie wojsk NATO w naszym kraju. Kiedy, jak nie podczas „szczytu jądrowego” rozmawiać z amerykańskim prezydentem o polskich obawach związanych z polityką Rosji? Wypowiedź ministra Waszczykowskiego być może nie dyskwalifikuje go, jako ministra, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że to nie jest postać na miarę Geremka, Bartoszewskiego czy Adama Daniela Rotfelda. Radykalny język odwołujący się do jakiś polskich kompleksów nie wzmacnia, ale dramatycznie osłabia jego autorytet i po prostu nie przystoi szefowi polskiej dyplomacji. Osobista pozycja szefa MSZ współdeterminuje pozycję międzynarodową Polski; szanowany minister spraw zagranicznych jest słuchany z większą uwagą, zapraszany na międzynarodowe konferencje i odczyty. Jego znaczenie, czyli innymi słowy oddziaływanie publiczne i medialne, może daleko wykraczać ponad formalne umocowanie, jako szefa dyplomacji. Minister Waszczykowski swoimi wypowiedziami trwoni kapitał początkowy, z którym tę funkcję objął. Czy szczyt NATO w Warszawie jest zagrożony? – Szczyt NATO w Warszawie się odbędzie, ale to nie będzie festiwal sympatii i wzajemnego zrozumienia. Nie przekuje się w poparcie dla polskich priorytetów, naszych starań i aspiracji. Czy to ze strony USA, Francji czy Niemiec. Raczej będzie to próba odniesienia sukcesu mimo wszystko. Nikt nie będzie chciał się specjalnie afiszować zdjęciami z Prezydentem Andrzejem Dudą, czy ministrem obrony Macierewiczem, dając się wmanewrować w domniemanie popierania antyeuropejskiej i antydemokratycznej agendy rządu PiS-u. Szczyt NATO może stać się płaszczyzną wzmożonego zainteresowanie świata Polską, ale niestety w negatywnym sensie – analizowania przyczyn kryzysu konstytucyjnego i politycznych celów aktualnej władzy w Polsce. Obawiam się, że obraz naszego kraju, jaki się z takiej analizy wyłoni, raczej się pogorszy aniżeli polepszy. Sukces umiejscowienia szczytu NATO w Warszawie zostanie zmarnowany. Jakie mogą być polityczne, gospodarcze i militarne konsekwencje ochłodzenia w relacjach polskoamerykańskich? – Jestem ostrożny w przewidywaniu negatywnych konsekwencji polityczno-militarnych, gdyż kreślenie scenariuszy erozji relacji sojuszniczych w NATO byłoby zdecydowanie przedwczesne. Amerykanie wiedzą jak działa demokracja; już za kilka lat sytuacja polityczna w Polsce może ulec diametralnej zmianie. Do tego czasu będą się starali zachować polityczną poprawność, próbując delikatnie przypominać o zobowiązaniach międzynarodowych Polski w zakresie jakości demokracji i rządów prawa. W przyszłym roku władzę obejmie nowy Prezydent USA, od tego wiele zależy, jak będzie kształtować się polityka Waszyngtonu także wobec naszego regionu Europy. Natomiast warte podkreślenia jest utracenie w polityce krajowej przez rząd Prawa i Sprawiedliwości potężnego argumentu, jakim jest sojusz z USA, jako przeciwwagi dla systemowego pogorszenia relacji z Niemcami i Unią Europejską. Nie tylko symbolicznie, ale i realnie polityka PiS zaprowadzi wtedy Polskę ponownie na międzynarodowe peryferia, z których wyrwaliśmy się z takim sukcesem 25 lat temu.

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}