Początek szlachetnego Przedmurza

Tadeusz Jasiński
Początek szlachetnego Przedmurza

2017_I_Liceum_Ogólnokształcące_w_Kłodzku_1

Karina Kabacińska, autorka obszernego artykułu pt.: Początki Jezuitów w Polsce” opublikowanego w jednym z lutowych periodyków historycznych napisała „ Polska zachowała swoje katolickie oblicze i może poszczycić się szlachetnym mianem przedmurza chrześcijaństwa w dużej mierze dzięki sprowadzonym w 1564 roku Jezuitom”. Dalej, że Kościół w XVI wieku przeżywał trudne chwile z powodu niskiego poziomu moralnego, nepotyzmu, kierowania się kleru bardziej zyskiem i światowymi przyjemnościami niż względami duchowymi. Zwiększała się liczba wiernych podążających za niegodnymi czci kalwinizmem, luteranizmem, czy arianizmem. Katolicy popadli w marazm i trudno było zawrócić neofitów z błędnej drogi. Całe rody wspierały nowinki wyznaniowe, przeganiano zakonników i kapłanów, a chłopów przymuszano do wyrzekania się katolicyzmu. Gorszący był też przykład kapłanów, którzy porzucali prawdziwą wiarę, nawet biskupi przez swoją opieszałość okazywali sympatię różnowiercom i kościoły zamieniali na zbory. Narastała oziębłość wobec Kościoła a urągliwe ekscesy pozostawały bezkarne. Chyba to o teraźniejszości?

Niejaki Erazm Otwinowski, poeta, piszący erotyki, fraszki, epigramaty, ale też teolog i badacz Pisma Świętego, zbezcześcił monstrancję, rzekłszy na procesji do księdza: „Bóg jest w niebiesiech, a nie w chlebie i w twojem pudełku” i nie został ukarany. Ale działo się to przed przybyciem onych Braci – zdaje się ubolewać autorka. A kalwinista Rej broniąc poety rzekł:, „jeżeli dopuścił się obrazy Boga, to go sam Bóg z pewnością skarze, atoli stłukł jeno szkiełko od monstrancyi i zniszczył kawałek opłatka, co razem dwóch groszy nie warto. Za rzecz tak drobną prawa polskie kary nie przepisują”. Jakby zgorszenia było nie dość, malkontenci różnych wyznań i wartości moralnych podjęli próbę zrzucenia katolicyzmu z pozycji panującej. Żądano opodatkowania majątków i likwidacji sądów kościelnych, zniesienia dziesięciny i świętopietrza, a nawet zezwolenia na małżeństwa księży, komunię z winem i liturgii po polsku. Posłano o zgodę na owe reformy do papieża, któren to zważywszy, że Polska przestała płacić annaty (ongi świętopietrze), a zakony złożyły świecki hołd królowi, zamiast zgody przysłał wprawionego w boju biskupa, potem rzeczonych mnichów. Bo reformacja się pleniła, przynosząc opłakane skutki w postaci masowego porzucania prawdziwej wiary.
Wspomniane przez autorkę zjawiska po czterech wiekach okazują się niezwykle aktualne, więc przyjrzyjmy się niektórym, podlegającym ongiś ekspansji, niosących zagrożenia dla wiary i ducha narodu. Lokalne zakony straciły na znaczeniu, a ciągnący zewsząd uchodźcy przywlekali ameby, ośmiornice, drukarnie, kahały, izborniki, giermaki, pludry, fortugale i inne dziwadła. Umocniła się drobnomieszczańska pauperia, a szlachtę fascynowały nowe trendy. Zuchwale stawiano człowieka w centrum nauki i sztuki, wypierając panteizm. Powrócono do bezwstydnej kultury antycznej, pisano traktaty, dialogi, satyry, drobne obrazki codzienności w postaci fraszek, epigramów, elegie filozoficzne, komedyjki, sielanki i figliki, odwracając się od wartościowej twórczości katolickiej. Lansowano mętne i nikomu niepotrzebne „wartości ideowe, z których zaszłościami zmagamy się do dziś.
O patriotyzmie pisali kalwini typu Rej, Morsztyn, czy heretyk Frycz, który śmiał nawet rzec: „Papieże, podstawiając nogi do całowania, każą wypełniać swoje rozkazy, jakby pochodziły z tajemnych planów bożych…I zapomniawszy o tym, że są tylko ludźmi, pragną, by im przyznawano cześć boską” W swoich agnostycznych pismach, wierny lud równali do trzody, kur a nawet gęsi. Ubierano je w miło brzmiące słowa o „ postępowej myśli społecznej, obronie chłopów, krytyce prywaty, egoizmu, warcholstwa klas posiadających, i rzekomej tolerancji religijnej”.
Domagano się prawa do wolności sumienia i tolerancji różnowierców. W rzeczywistości skupiano się na krytyce, która rozpleniła się wraz z zarazą, która jak rak, toczy umysły narodu do dziś. Z patriotycznych zasług Reja czy Jana z Czarnolasu, poza marnym żywotem i lipą, niewiele pozostało, a pochwała rozumu, korzystanie z życia i kosmopolityzm nie mieszczą się w kanonach prawdziwej wiary. Kult nauki rozwijał się w wypaczonej formie i nie służył katolickiemu wyrażaniu uczuć. Pisanie o obyczajach, urzędach, życiu ziemiańskim, dworskich rozrywkach, zabawach wiejskich czy faramuszkach, było, co najmniej bezużyteczne. Zamiast wchłaniania przywleczonych zewsząd pojęć, wystarczyłoby posługiwać się tym, co głoszą świadectwa wiary. Rozprawę pana i wójta z plebanem napisano, by poniżyć duchownych, toteż owi mnisi opracowali Indeks ksiąg zakazanych, gdzie umieszczono też Kopernika. Ówcześni magnaci, ścigali się w konstruowaniu pałaców i zamków, z attykami, krużgankami i arkadami, obwieszonymi malowidłami Niemców albo Flamandów, mających rzekomo dawać światło i perspektywę. Niczemu, prócz swawoli one nie służyły, więc słusznie po wiekach, popadły w ruinę.
Przenikanie kultury z Zachodu poprzez podróże polskich posłów do innych krajów- wyjazdy synów magnackich na studia do Włoch – Bolonii, Rzymu, Florencji doprowadziły do wymiany zbędnych myśli pomiędzy uczonymi, co poruszyło dotychczas bezgrzeszną ziemię i sprawiło napływ dziwnych zawodów, a z nimi Niemców i Olendrów. Jeden z kalwinów zażądał obniżenia uprawnień kleru, jak czynią to obłudnicy dziś. Pod pretekstem krzewienia języka i kultury drukowano dzieła o obrotach, naprawach i prawach ignorując ukształtowane wartości i prawdy. Wynalazek druku sprzyjał lansowaniu dzieł Lutra, Kalvina i innych buntowników, w czym udział brali też odszczepieńcy zwani Polish Brothers. Sytuację poprawił „Raj duszny”, wydrukowany przez Niemca, który przybył do bogatszego naonczas kraju. Religii było wiele, ale Kościół, nienawykły do współpracy, konkurencji nie życzył sobie tolerować. Zebrał, więc siły, dokończył sobór, zwany trydenckim, podjął uchwały i wyznaczył zadania Bractwu owładniętemu żarliwą wiarą i oddaniem papieżowi. A zadanie były trudne – odmienić bieg dziejów i wykarczować zalążki herezji. Jak pisze dalej autorka, sprowadzonych do Polski braci czekał ogrom pracy, jednak gotowi byli zapłacić cenę „na większą chwałę Bożą?. Zabroniono wiernym zadawania się z heretykami, czytania ich ksiąg i zobowiązano kler do walki z zaprzedańcami. Każdy biskup miał obrać „inkwizytora heretyckiej nieprawości”, do wizytowania parafii, co zwano misjami świętymi.
Wieloletnie zmagania bractwa z pogaństwem, arianami, kalwinizmem, niesakramentalnymi związkami, nieprzystępowaniem do spowiedzi przyniosły sukcesy. W kolegiach innowiercy kończyli naukę już, jako katolicy, opieką objęto wojsko, dwory, w tym królewski, a epidemie zwalczano sakramentami, które ożywiały nawrócenia i pokrzepiały chorych. Wszystko dla oczyszczenia ziemi z innowierców. Osądu o przewiny, zwłaszcza kobiet, baczyli biskupi, bowiem „niewiasta jest niedoskonałym zwierzęciem, jest zła z natury, rychlej traci zaufanie do wiary i wyrzeka się jej, co stanowi podstawę uprawiania czarów” to cytat z historii. Głoszono, iż „lepiej, by zmarło stu niewinnych, niż żeby jeden winny uniknął kary”. Kto opuścił mszę stawał się podejrzany, a obowiązkiem wiernych było o tym i innych nietypowych zjawiskach, donosić? Herezji nikt nie bronił, bo bronić tego niepodobna. W tej walce zasłużyło się wielu dostojników, a bestsellerem stały się „Żywoty Świętych” P. Skargi, jak podaje autorka. Było też wielu hipokrytów, zazdrosnych o władzę i odstępców szerzących antykatolicką propagandę. Wykorzystując interregnum, uchwalili deklarację warszawską. Rozniecili rokosz, żądając wypędzenia jezuitów, drukowali kłamliwe ulotki na niemieckich maszynach. A jak powiada autorka, tyle dobrego ów zakon uczynił już wtedy, lecz ważniejsze były dalekosiężne efekty ich tytanicznej pracy i heroicznego poświęcenia. Uratowano słabnącą wiarę rodaków, heretyków spalono albo przepędzono wraz z ich drukarniami i Flamandami, malującymi portrety bez związku z religią. Młodzież nie musiała wyjeżdżać, wzrosły powołania kapłańskie i zakonne, dzięki czemu utrzymano dominującą pozycję i oblicze przedmurza, w czym ogromna zasługa Jezuitów, Matki Bożej, Zygmunta Wazy i kolejnych królów. Zrezygnowano z tolerancji, więc dla odmieńców nie było już miejsca. Ps. To też nie brzmi jak historia!
Jeżeli obłudnik „przyznał się do herezji”, dostępował łaski króla i ścięcia. Główną karą był podniosły „ akt wiary „(procesje, msze, kazania, festyny), by przebłagać Boga za grzechy heretyka kończący się paleniem grzesznika i jego dzieł, by oczyścić ziemię. A to za odstępstwo od wiary, obraza Boga, obcowanie z diabłem, udział w sabatach, sprowadzanie chorób, pożarów, powodzi i wszelkich plag, nawet leczenie ziołami. Ostatni taki festyn odbył się w XVIII wieku, i dotyczył 14-tu kobiet, którego skutkiem było zniesienie kary śmierci za czary. Aż korci zapytać, jak z przypiecka, stareńki frater Kaziuka: „ A co na to Pambuk?
Skuteczne działania Jezuitów przesądziły o zwycięstwie. Według autorki, Polska odzyskała swoją wielkość i stała się przykładem dla innych narodów. Zburzone światopoglądy z trudem odbudowano, bowiem radości należało poszukiwać w miłości do Boga. Ale nie obyło się bez fuszerek, jako, że w końcu XVII wieku zamożny szlachcić – zakonnik, potem filozof i poseł, napisał był dziełko o nieistnieniu Boga. Przy wsparciu Watykanu, bogobojnym biskupom w liczbie 17-stu, udało się puścić łotra z dymem. Dobry król skazał na dekapitację, a wielebni, spalili kolejno: dziełko, głowę, rękę, która owe bezeceństwa pisała, a w końcu całą resztę. Tylko tak można było ubłagać Boga za grzechy potwora!
Ma rację autorka artykułu, że z wielu zdobyczy korzystamy do dziś. Jednakże niektóre z oświeconych działań poszły w zapomnienie, więc należałoby je chyba przywrócić, jako że kraj ogarnia chaos podobny, jak przed wieki.
Wiele złośliwych osób i ośrodków, ów XVI wieczny zamęt nazwało „Złotym Wiekiem Kultury Polskiej”, z czym pewnie zgodzi się autorka i jej czciciele. Wzorem Lutra i Kalvina, wykorzystano nieświęty wynalazek Niemca, jakiegoś Guten.. Taga (?) I rozpowszechniono szkodzące wiernym i Bogu rzeczy i myśli. Ta niedługa, bo trwająca zaledwie sto lat epoka skondensowała wiele zjawisk, nurtów, zdarzeń, objawień artystycznych, intelektualnych, naukowych i odkryć, rewolucjonizując wyobrażenia o religii i bogu. Kształtowała się różnorodna kultura, nauka rozwijała się w oparciu o kontakty z Europą, co miało również wpływ na żyjący w wierze i pobożny lud.
Dziś przyszło mierzyć się ponownie z problemami jak przed czterema wieki. Ale przepływ antyreligijnych ideologii, wskutek działań Unii i jej podobnych struktur stał się szybszy. Boją się słuchać o potędze Polski, trójmorzu, przedmurzu i znaczącym rozwoju, jaki nastąpił po wytrzebieniu podziałów religijnych, jakie przyniosła reformacja. Tak kończy autorka.
Dodajmy, że byli też bracia polscy, których dzieła postulujące racjonalizm i tolerancję religijną, wywarły wpływ na inne kraje europejskie m.in. na filozofię liberalizmu. Ich Katechizm Rakowski zainspirował konstytucję USA w kwestiach neutralności światopoglądowej państwa i rozdziału państwa od Kościoła. Jeden z nich, Łaski, przełożył w 1563 roku całość Starego i Nowego Testamentu, za co(?) M.in. jego potomni zostali wypędzeni.
Należy zgodzić się z autorką, która pisze, że dzięki dziejowej misji przedmurza, naznaczonej przez papieża, XVI- wiecznemu zamętowi położono kres. Papież popierał starania Wazów o koronę szwedzką, stąd wyniszczające wojny, bo walczono o restytucję katolicyzm.
Niewątpliwie rola Kościoła w Polsce była i jest znacząca. Ale to polityka zdecydowała o przyjęciu chrztu, a koronę Chrobremu kupiono za „ogromne pieniądze” od papieża, który gotów był sprzedać wszystko. Jezuici w Polsce wykonywali zadanie papieży i dzięki ich zasługom, Złoty Wiek Polski nigdy się nie powtórzył`. O tym pisali już Mikołaj Rej, Frycz Modrzewski, Morsztyn, później Lelewel, Józef I. Kraszewski, Słowacki, Goszczyński, Wyspiański, Witkiewicz, Gombrowicz. Pisano też, że po owym zwycięstwie, ze szkół jezuickich wychodził nie Polak, lecz łacinnik, albo polakokatolik, typ niezdolny do rządzenia państwem wielonarodowym. Dalej zaczyna się tragedia Rzeczypospolitej, w której Kościół katolicki odegrał istotną rolę. Epoka saska to apogeum katolicyzmu i równocześnie czasy największego jej upadku moralnego, politycznego i gospodarczego, za co polakokatolicy do dziś wiernie dziękczynią. Seweryn Goszczyński, w XIX w. Pisał: „Urządziwszy Polskę w swoim duchu, podniósłszy nad nią władzę duchową, Kościół pojrzał na nią jak na swoją własność, zapragnął zmienić ją w ślepe narzędzie swojego samowładztwa. Stąd wynikło, że ją ociemnił jezuityzmem, duchem cudzoziemszczyzny, nietolerancją zakrwawił, zeszpecił, rozdzielił, zesłabił, następnie upodlił, przywiódł nad przepaść zguby i w końcu przeklął.”.
Kościół katolicki urobił swoją filozofię, ma własne państwo, usiłuje, gdziekolwiek może, powstrzymać, naturalny rozwój człowieczeństwa. I będzie miał, co robić, bo wciąż mamy wielu, którym żyje się źle i obco na tym świecie. I oferuje się wizję lepszego świata poza grobem. Ale trudno uznać, że niejaki abp. Głódź wierzy w taką ofertę, bo dba o doczesność, otoczywszy się mnóstwa dobrami. Pożądliwość dóbr i majątków ma długą tradycję. Pole do nadużyć było i jest szerokie. Dziś dostrzegamy sprzeczności między głoszoną etyką a praktykowaną moralnością. A ulgową taryfę wobec możnych tego świata, tłumaczono tak:
„Po pierwsze, Bóg dał pierwszeństwo na tym świecie bogatym i możnym; honorując ich, postępujemy zgodnie z porządkiem rzeczy. Po wtóre, liczymy się z ułomnością bogaczy, którzy wpadają w gniew, stają się gorsi ku udręce nas i innych biedaków; powinniśmy nie dawać ludziom ułomnym okazji do czynienia zła, lecz pobudzać ich do dobrego. Po trzecie, większa jest korzyść z jednego nawróconego bogacza, niż z wielu biednych; z bogacza wielu odnosi korzyści. Po czwarte, skoro większą pomoc otrzymujemy od bogatych, słuszna, byśmy odpłacali im duchowo.
Jeden z filozofów wspomniał, że „każdy kraj, w którym zagościli jezuici, dostał suchot w pacierzowym szpiku i upadł lub zbliżył się do upadku. Kościół nie łaknie krwi – twierdziła inkwizycja wydając heretyków na spalenie, czyli bezkrwawo, bowiem głowy ścinano tylko wtedy, gdy jakiś król udzielił łaski. Jeszcze w XX wieku teolog katolicki, opiekun młodzieży, pisał: „Heretyków, którzy błąd swój ze szkodą dla innych dusz szerzą, należy się surowa kara; ich grzech zasługuje na wyklęcie i osądzenie jak za zbrodnie przeciw bliźniemu; bo większą zbrodnią jest zatruwanie źródeł wiary i narażanie dusz na chorobę i śmierć aniżeli zatruwanie studni (…) I z tego tytułu kara śmierci jest sprawiedliwa”
Bliski współpracownik Piłsudskiego doradzał: „Czas wreszcie głośno powiedzieć to, co wiemy wszyscy, że zależność Polski od Rzymu była i jest jednym z największych nieszczęść narodu. (…) Upokarzający, haniebny w dziejach polskich to okres saski o wszechwładnych wpływach Kościoła, a nawet okupacji przez zakon jezuitów. Dlatego jako Polacy, budowniczy suwerennego państwa, nie możemy się godzić, aby w jego łonie działała organizacja, ślepo posłuszna obcej jednostce. Musimy uznać Kościół za instytucję szkodliwą dla państwa”. A dalej to: „Łatwość, z jaką naród poddał się jarzmu niewoli, może zdumiewać kogoś, kto nie wie, co to znaczy naród skatoliczony. Tym ludziom własne państwo było obojętne, a więc właściwie niepotrzebne. Są polakokatolicy, ale nie ma np. germanokatolików, frankokatolików anglokatolików, bo przed ich skatoliczeniem uchronili protestanci. W żadnym z tych krajów Rzym nie odgrywał takiej roli jak w Polsce, nigdzie jezuici nie doszli do takiej potęgi jak u nas”.
I Rzeczpospolita liczyła ponad 10 mln. Dusz, z których około pół miliona inteligencji wyedukowanej przez Jezuitów. Obok dziedzica pana, duszami rządził proboszcz. Zagrozić im mogła tylko oświata. Dlatego oświatę wśród mas zwalczano wszystkimi sposoby. Jeden z XIX wiecznych pisarzy pytał, w jakim innym kraju liczba kleru dwukrotnie przewyższała liczbę wojska? To są rzeczy znane, opisane przez wielu autorów. Nawet Witos twierdził, że „pod zaborami wieś była katolicka, ale nie była polska; była wiernie carska w Kongresówce, wiernie austriacka w Galicji. A w 1920 roku chłopi pod Płockiem „uroczyście i z radością witali naszych Moskali”. W zaborze austriackim nawet śpiewano: bośmy to, jacy tacy – chłopcy Austriacy.
Wszystko zakończyło się upadkiem i trójzaborową niewolą. W dwóch zaborach polakokatolik dostał się pod oddziaływanie prądów umysłowych i idei, jakimi żył świat. Europejska nauka, zachodnia ekonomia poczęły tworzyć wyłomy w katolickim zaścianku. Pod wpływem obcych idei lud różnicuje się. Pozostają odłamy bogoojczyźniane, ale też wyłaniają się ruchy lewicowe, antyklerykalne, nawet ateistyczne, głównie pod wpływem zaborców.
Piłsudski, któremu przyszło budować zręby II Rzeczypospolitej sprawę postrzegał tak: „Masa społeczeństwa polskiego jest rzeczą niczyją, luźnie chodzącą, nieujętą w żadne karby organizacyjne, nieposiadającą żadnych właściwie przekonań – jest masą bez kości i fizjonomii. O tę gawiedź politycznie bezmyślną, o przyciągnięcie jej choćby na jeden moment w jedną lub drugą stronę chodzi w pierwszym rzędzie tym wszystkim, którzy robią w Polsce politykę. Cel ten zaślepia i przesłania oczy na wszystko inne, zdolnym prowadzić tylko zajadłe duszołapstwo”. Europa śmiała się z nas już w XVII wieku. Ma powody ku temu i dziś. W Dziejach Danii napisano: „Kościół protestancki narzucił ludności takie zasady, jak ścisłe przestrzeganie wypoczynku świątecznego, uczciwość w załatwianiu spraw materialnych, cnoty dziś jeszcze żywe w tym kraju.” Zadajmy sobie pytanie: a co narzucił ludności w Polsce Kościół katolicki? Skąd postawy, o których tu wspomniano?
Dla katolicyzmu ważne przede wszystkim: jednostka – Bóg. Wszystko inne poza tym, jest drugorzędne. A ten czy ów biada, że w Polsce katolickiej moralność jest niska, kwitnie prywata, politycy, prominenci, osoby ze świecznika nie mają pojęcia o tym, co to elementarna przyzwoitość, nagminnie łamane są prawa, nie szanuje się mienia publicznego.
Kościół katolicki od wieków chronił masy wiejskie od zgubnej oświaty, polityki i innych takich zdrożności, niebezpiecznych dla zabobonów z ambony. O Klątwie Wyspiańskiego napisano: „Klątwa ukazuje, jak katolicyzm staje się tragedią w polskiej wsi, jak bezwzględnie druzgocze on dusze. Podobnie, w perspektywie szerszej, widziała rolę Kościoła w Polsce dziewiętnastowieczna pisarka: „Nie dałabym się zabić za katolicyzm, biorąc pod uwagę los wszystkich państw katolickich z zadziwiającą skutecznością wychowanych do anarchii. (…)
Atmosfera klerykalna, przesiąknięta pseudopolskością i duszna, odczuwana jest także dziś; by o tym się przekonać, wystarczy posłuchać niektórych sług, czy mediów, z kardynałami włącznie. Powyższe przykłady nawiązują do słów i opinii wielu polskich myślicieli, polskich patriotów, ale wśród nich nie ma jezuitów. Interesujące, że słownik PWN podaje, że „jezuita” to człowiek przebiegły, obłudny, a synonimy to m.in: łgarz, dwulicowiec, fałszywiec, faryzeusz, hipokryta, kłamca, kombinator, krętacz, krzywoprzysięzca, kuglarz, lawirant, matacz, naciągacz, obłudnik, oszust, picer, pozer, donosiciel, kolaborant, konfident, renegat, szpieg, zawistnik. Wśród około stu wymienionych, nie ma żadnego synonimu, który byłby bliski do: dobro, wiara, pobożność przyzwoitość, patriotyzm. Dedykuję to autorce artykułu, bowiem także dziś wśród wyznawców znajdziemy wielu, do których wymienione synonimy mogłyby przystawać. Dlatego też stwierdzenie autorki, że „ Polska zachowała swoje katolickie oblicze i może poszczycić się szlachetnym mianem przedmurza chrześcijaństwa w dużej mierze dzięki sprowadzonym w 1564 roku Jezuitom”, jest prawdziwe, ale ze szlachetnością utworzone w XVII wieku przedmurze miało niewiele wspólnego. Warto dodać, że ów zakon został przepędzony z wszystkich krajów, w których wykazał się gorliwością wykonywania zadań, które naznaczał papież: „Żaden zakon nie może działać bez reguły, czyli nadanego przez papieża zbioru przepisów regulujących całość życia jego członków”. W XVI wieku w Polsce – dzięki otwartości i tolerancji na wszelkie nowości przeżywaliśmy rozkwit w każdej dziedzinie, co nazwano „Złotym Wiekiem”. Potem było tylko gorzej, bowiem wkrótce doszło do upadku, w czym także zasługa wspomnianego zakonu. I wbrew twierdzeniom autorki, nie są to zasługi godne pochwały. Zakon Jezuitów dokonał też rzeczy pozytywnych, szczególnie w czasach współczesnych, ale gloryfikując jego osiągnięcia w Polsce warto pamiętać też o takiej jego roli. Dziś Kościół w krajach, w których Jezuitom nie udało się odnieść wielkich sukcesów, jest zupełnie inny niż w Polsce. Może warto byłoby się przyjrzeć jak katolicyzm funkcjonuje np. w Niemczech, Holandii czy Stanach Zjednoczonym, gdzie miałem ogromną przyjemność studiować właśnie na jezuickim uniwersytecie w Waszyngtonie.
To uwaga do zagorzałych wyznawców, rydzykomanów, radiomaryjów i wszystkich hierarchów. Kościół, katolicki, jaki mamy dziś w Polsce, nie miałby racji bytu w żadnym cywilizowanym kraju. Przez niemal pięć wieków nie zmieniło się nic, co dość szczegółowo opisała autorka owego artykułu.

PS. W opracowaniu korzystałem ze zbiorów Fundacji im. K. Łyszczyńskiego, oraz W.Czaplińskiego: „Dzieje Danii nowożytnej”, P.Laskowskiego „ Pięć wieków herezji”, C. Hollis „Historia jezuitów”, Encyklopedia PWN.

Poprzedni

Złote myśli Witolda Modzelewskiego

Następny

Oko smoka

Zostaw komentarz